piątek, 14 kwietnia 2017

Rozdział XXX – Zguba Pokrzyw

     Magowie, przy wszystkich swoich zaletach, mają też kilka wad. Jedną z nich jest powszechna i pełzająca już w stronę tradycji, notoryczna niepunktualność. W Akademii rzadko kto przejmował się czasem. Każdy żył tu w swoim własnym, prywatnym świecie. Nawet jeśli z początku zwracał na niego uwagę, postępująca obojętność wobec czasu wkrótce udzielała się i jemu. Bywało, że temu i owemu trzeba było przypomnieć o spotkaniu. Dość, że musiałem trochę poczekać, aż wszyscy się zejdą. A schodzili się niemrawo.

     Choć otaczały mnie same przyjazne mi osoby, czułem straszną tremę. Miałem chyba coś wspólnego z Tuliusem – tak jak on, nie znosiłem przemówień i publicznych wystąpień. Dobrze, że akustyka w Komnacie Żywiołów była znakomita, przynajmniej nie musiałem mówić głośno, bo zapewne nie zdołałbym.

     - Jak wam wszystkim wiadomo – zacząłem niepewnie, - w ostatnich dniach Akademia, za sprawą Ancano, poniosła dwie ciężkie straty. Nie żyje arcymag Savos Aren. Nie żyje również nasza mistrzyni Mirabelle Ervine…

     Głos mi się trochę załamał, gdy wspominałem Mirabelle. Ale zaraz sam siebie przywołałem do porządku. Milczałem przez chwilę, chcąc się uspokoić.

     - Trzeba wybrać nowego arcymaga – powiedziałem w końcu.

     W twarzach kilku najbliższych dostrzegłem wyraz zaskoczenia.

     - Cóż, sądziłem, że to już zrobione – odezwał się Tolfdir. – Czyżbyś miał zamiar nas opuścić? Teraz, gdy zaczynasz robić postępy?

     - Nie – zaprzeczyłem. – Wprawdzie wkrótce muszę wyruszyć z pewna misją, ale na pewno tu wrócę. Chodzi mi o to, że nie czuję się na siłach, aby podjąć się kierowania Akademią.

     - Ale nikt tego od ciebie nie wymaga – odparła Faralda. – Mówiąc między nami, arcymag to zaszczytny tytuł i przedstawiciel Akademii na zewnątrz, ale niewiele więcej.

     - Akademią i tak kieruje Rada – poparł ją Tolfdir. – Stanowisko arcymaga istnieje tylko na wypadek nieprzewidzianego zdarzenia, gdy trzeba podejmować szybkie decyzje. Albo gdy trzeba przyjąć szanownego gościa. I uważam, że jesteś najodpowiedniejszą tu osobą. My już trochę zgrzybieliśmy w tych murach i straciliśmy kontakt ze światem zewnętrznym.

Tolfdir - jeden z najbardziej szanowanych czarodziejów w historii Akademii w Zimowej Twierdzy

     - Arcymagiem powinien zostać ktoś, kto zna się na magii – odparłem pewnym głosem. – Sam tytuł to sugeruje. Ja jestem tylko studentem, a moje zdolności wciąż są mizerne, nawet jeśli porównamy je tylko do umiejętności moich kolegów studentów. Poza tym, jestem za młody.

     Tolfdir pokręcił głową.

     - Od magii masz nas – odrzekł. – Ty, pomimo młodego wieku, masz więcej doświadczenia życiowego, niż my wszyscy, którzy od lat żyjemy w tych murach. Ty znasz świat, znasz ludzi i, co nie jest bez znaczenia, potrafisz walczyć nie tylko magią. Bywają sytuacje, gdy magia zawodzi i wtedy pozostają miecz i łuk.

     - A wiemy, że potrafisz się tym posługiwać, legacie – dodał Arniel, uśmiechając się. – Niektórzy z nas to widzieli!

     - Legacie? – Faralda spojrzała na niego zdziwiona.

     - Jest legatem Cesarskiego Legionu – wyjaśnił. – Nie wiedziałaś? No cóż, nie chwali się tym. Wiem o tym od jarla Kraldara. Spotkałem się z nim po tej historii z Magicznymi Anomaliami w mieście. Przy okazji, prosił, abyś go odwiedził – zwrócił się do mnie.

Jedyne, zachowane do dnia dzisiejszego zdjęcie Arniela Gane

     Kraldar został jarlem Zimowej Twierdzy po zakończeniu wojny. Wielokrotnie przechodziłem obok jego siedziby, ale jeszcze nie miałem okazji go spotkać. Cóż, zwykle przebiegałem przy niej w pośpiechu, nie mając czasu na złożenie mu swego uszanowania.

     - Legat! – powtórzyła Faralda, z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami, co u Altmerki wyglądało naprawdę groteskowo, jakby oczy zajmowały jej pół twarzy. – Czy to przypadkiem nie jest tak, że stopień legata nadaje sam cesarz?

     - No… Tak… - bąknąłem.

     - Czyli jeszcze do tego jesteś w łaskach u cesarza? – zdziwił się Phinis? – No, to o co chodzi? Jesteś najlepszym kandydatem!

     - Zna osobiście generała Tuliusa – dodał Arniel, wyliczając na palcach. – Jego żona jest krewną jarla Balgruufa Większego. Sprzyja mu jarl Elisif i nawet jarl Maven Czarna-Róża liczy się z nim. Kraldar mówił o nim z niekłamanym podziwem.

     Przerwał na chwilę i powiódł wzrokiem po pozostałych.

     - Może to brzmi, jak polityka, ale gdyby ktoś tak ustosunkowany stanął na czele Akademii, może Thalmor przestałby się wtrącać w nasze sprawy. Wszyscy na tym skorzystamy. Trzeba myśleć realnie.

     - Jest Smoczym Dziecięciem – dodał nieśmiało Onmund. – Wybrańcem bogów.

     - O, właśnie – Arniel klasnął w ręce. – Czego więcej trzeba?

     - Nie zdołam nikomu przekazać tej umiejętności – odparłem. – Jest tutaj bezużyteczna.

     - Nie powiedziałbym – mruknął J’zargo, odruchowo dotykając miejsca, w którym niegdyś przypaliłem mu futro i wywołując uśmiechy na twarzach Tolfdira, Onmunda i Brelyny.

Brelyna Maryon, jeszcze jako studentka Akademii. Z tyłu widać Tolfdira w jego ulubionym fotelu

     - Przede wszystkim, jest dobrym i uczciwym człowiekiem – odezwał się Tolfdir. – Zdolnym do poświęceń, odważnym i sprawiedliwym.

     Szum aprobaty przeszedł po sali.

     - No i fakt, Thalmor nie powinien przysyłać tu swoich agentów – mruknęła Nirya. – Jeszcze jeden występ jakiegoś drugiego Ancano i już po Akademii.

     - Tym mogę się zająć – odrzekłem. – Mogę wysłać do Elenven list, w którym opiszę jego niecne uczynki. Niezręcznie będzie jej zaprzeczyć faktom. Myślę, że mnie pamięta. To powinno ją powstrzymać od przysyłania tu szpiegów, przynajmniej na jakiś czas.

     - Czyli znasz jeszcze Pierwszą Emisariuszkę? – Nirya wbiła we mnie kpiący wzrok, po czym wzruszyła ramionami. – Tracimy czas, jesteś arcymagiem i już! Kogo innego mielibyśmy wybrać?

     - Uważam, że powinien nim zostać Tolfdir – odrzekłem z mocą. – Ma nie tylko umiejętności, ale przede wszystkim autorytet. I nikt, choćby nie wiem jak chciał, nie może powiedzieć o nim złego słowa.

     Tolfdir uśmiechnął się tylko.

     - Jestem za stary – odrzekł łagodnie. – Tu trzeba kogoś młodszego, energicznego, kogoś, kto wprowadzi nas w nowe czasy i skontaktuje ze światem poza murami Akademii. Ja już żyję latami przeszłymi i wspomnieniami. Ale zawsze służę ci radą, jeśli tylko będziesz tego potrzebował.

     Niedobrze… Wyglądało, że nie uda mi się wykręcić od tego kłopotliwego stanowiska. Spróbowałem jeszcze jednego argumentu.

     - Ale ja nie mogę tu zostać! Dużo podróżuję, a po skończeniu nauki wybieram się na długą wyprawę na Solstheim! Nie planuję kariery maga.

     - Oj, damy sobie radę – prychnął Enthir. – Tu każdy wie, co ma robić. Zresztą, pewnie zauważyłeś, że oprócz paru zasad, których wszyscy przestrzegają, nie ma tu zbyt wielu zakazów i panuje dość swobodne podejście do obowiązków. To właśnie największy sekret Akademii – jak najmniej sztywnych reguł. Dzięki temu, każdy czuje się tu dobrze…

Enthir. W czasach Wulfhere'a był jedynym członkiem Akademii z plemienia Bosmerów (Leśnych Elfów)

     - Komnata arcymaga zawsze będzie na ciebie czekać – zapewnił mnie Tolfdir. – Dopóki starczy mi sił, mogę zająć się Akademią pod twoją nieobecność. Z pewnością parę osób tutaj pomoże mi w tym. Ale arcymagiem musisz zostać ty.

     - Tak też stwierdzili Psijicowie – dodała Faralda. – A oni się pod tym względem nie mylą.

     - A że dużo podróżujesz – Phinis podniósł w górę palec, - to i dobrze. Sam widzisz, że możesz się pochwalić znajomościami, jakich nie ma żaden z nas.

     Ze zdziwieniem stwierdziłem, że choć byłem osobą najbardziej zainteresowaną tą sprawą, najmniej mam w niej do powiedzenia. Rada szybko i niemal jednogłośnie, dokładnie przy jednym, konkretnie moim głosie sprzeciwu, wybrała, uchwaliła i właśnie zamierzała się rozejść, pozostawiając mnie z moim kłopotem. Ledwo zdążyłem ich zatrzymać, żeby ich poinformować, że wybieram się do Sierocej Skały.

     - Muszę zdobyć tam pewną zaklętą broń… W zasadzie narzędzie, nie broń… Potrzebne mi to, żeby pomóc świątyni Kynaret w Białej Grani. Jak wiecie, jako może nie zwyczajny, ale w pewnym sensie członek zakonu Siwobrodych, mam w stosunku do Kynaret pewne zobowiązania.

     - Ależ nie musisz tłumaczyć nam się z każdego twojego kroku! – roześmiał się Tolfdir. - Tu każdy ma własne sprawy, nad którymi pracuje i każdy to doskonale rozumie.

     - Po prostu, powiedz, że wyruszasz i to wszystko – dodała Faralda. – Żebyśmy cię potem nie szukali, zaniepokojeni, co się z tobą stało.

     Skapitulowałem. Zostałem arcymagiem Zimowej Twierdzy. Ja arcymagiem! Ciche westchnienie było całym moim komentarzem do tego wydarzenia.

*          *          *

     Kraldar, jarl Zimowej Twierdzy, zrobił na mnie bardzo korzystne wrażenie. Wglądał trochę jak młodsza kopia Tolfdira, tylko nieco tęższy, o posturze wojownika. Trzymał się też prosto i widać było, że pomimo siwizny, iskrzącej mu się gdzieniegdzie na głowie i brodzie, to wciąż człowiek zdrowy i silny fizycznie. Nie znałem go przedtem, a i on znał mnie tylko ze słyszenia. Za to, jak sam twierdził, słyszał o mnie bardzo wiele. Sam sprawiał wrażenie człowieka skromnego i nieprzywykłego do zaszczytów. Z uśmiechem nazywał siebie samego jarlem z przypadku. Z miejsca pogratulował mi godności arcymaga, a ja odwzajemniłem mu się dokładnie tym samym, co usłyszałem przed chwilą od niego – że też jestem arcymagiem z przypadku. Roześmiał się i poczęstował mnie kubkiem przedniego miodu, po czym wyjawił, że poprosił mnie tutaj, aby oficjalnie nadać mi tytuł tana. Ubolewał przy tym, że tak nędzną może mi dać nagrodę za moje zasługi. Zimowa Twierdza bowiem stanowiła opłakany widok. Niemniej, był pełen nadziei.

     - Z pomocą Cesarstwa, Zimowa Twierdza szybko stanie na nogi – zapewniał.

     Sprawiał wrażenie człowieka rozsądnego i sprawiedliwego. Domyślałem się, oczywiście, że przez ten gest chce sobie zapewnić dobre stosunki z Akademią, ale na jego miejscu postąpiłbym tak samo. Tak po prostu należało.

     Sama nominacja przebiegła bez większych ceregieli. Kraldar, podobnie jak ja, nie przepadał za oficjalnymi wystąpieniami. Po prostu, tryknęliśmy się kubkami i ścisnęliśmy sobie dłonie. Po żołniersku, bez zbędnych słów. 

     Potem  wróciłem jeszcze na chwilę do kwatery arcymaga. Tam usiadłem za biurkiem Savosa i z poczuciem, że popełniam coś w rodzaju świętokradztwa, otworzyłem jego szufladę i wyjąłem z niej pióro, kałamarz i biały jak śnieg arkusz papieru.

     Trzy razy pisałem ten list. Niewprawne w pisaniu ręce kowala-wojownika, niezbyt dobrze radziły sobie z piórem. A na dodatek docinki Lydii, mającej akurat atak znakomitego humoru, rozpraszały mnie jeszcze bardziej. Pierwszy, mniej więcej w połowie, ozdobiłem malowniczym kleksem, który odruchowo próbowałem zetrzeć, jeszcze bardziej pogarszając sprawę. Nie pozostało mi nic innego, jak potraktować go jako brudnopis. W drugim zgubiłem jedną literę w samym środku wyrazu. Zresztą i tak uznałem, że w piśmie do Altmerów trzeba bardziej przyłożyć się do kaligrafii. Trzeci w całości zepsułem, gdy zacząłem kombinować ze stylistyką i wyszedł mi taki bohomaz, że aż się zaczerwieniłem, a Lydia schowała twarz w poduszkę i zaczęła irytująco trząść ramionami.

     Czwarty napisała za mnie Nirya. Poprosiłem ją, czerwieniąc się i tłumacząc, że list napisany altmerską kaligrafią, zrobi na pewno lepsze wrażenie na Elenven. Wcale nie była zdziwiona. Zresztą, na jej zwykle chmurnym obliczu trudno było dostrzec emocje. Istotnie, z podziwem śledziłem delikatne ruchy jej ręki, gdy cienko zaostrzonym piórem stawiała jedną po drugiej zgrabne, ozdobne litery. Lepiej też operowała słowem i z wrodzoną elegancją ubierała moje chropawe zdania w barwne wypowiedzi.


     Do Elenven, Pierwszej Emisariuszki Aldmerskiego Dominium w Skyrim.

     Z ogromnym żalem przychodzi mi zawiadomić Panią o śmierci jej współpracownika, thalmorskiego maga, imieniem Ancano. Niestety, z ubolewaniem muszę stwierdzić, iż zginął z własnej winy, dopuszczając się, wbrew woli arcymaga Savosa, niezwykle niebezpiecznego eksperymentu magicznego, mogącego zniszczyć nie tylko Akademię, ale i cały świat. Co więcej, winien też jest śmierci dwojga powszechnie szanowanych w Skyrim magów: arcymaga Savosa Arena oraz jego zastępczyni, Mirabelle Ervine. Przy czym żadnej z tych śmierci nie można uznać za nieszczęśliwy wypadek, jako że były one skutkiem świadomej działalności Ancano.

     W takiej sytuacji liczę na zrozumienie, iż wzrost antythalmorskich nastrojów, nie tylko w Akademii, ale i w całej Zimowej Twierdzy, jest naturalną konsekwencją czynu Ancano. Sytuacja ta sprawia, iż nie widzę w tej chwili możliwości przyjęcia pod dach Akademii żadnego doradcy z ramienia Thalmoru.

     Przesyłam serdeczne pozdrowienia, licząc, że tak wypróbowany przyjaciel Cesarstwa pochyli się ze zrozumieniem nad trudną i delikatną sytuacją, w jakiej mimo woli znalazła się Akademia.

     W nadziei, że z czasem emocje opadną i stosunki między nami ulegną poprawie,

     Wulfhere, zwany Dovahkiinem

     Arcymag Akademii w Zimowej Twierdzy, tan Białej Grani i Zimowej Twierdzy, legat Cesarskiego Legionu.


     Wcale nie jestem aż tak zarozumiały. To Nirya nalegała, żeby wymienić te tytuły, a Lydia w pełni ją poparła. Ich zdaniem, znaczyły one, że teraz już jestem ważną figurą, z którą, chcąc nie chcąc, nawet Elenven musi się liczyć. Rosły więc szanse na to, że Akademia ma na razie Thalmorczyków z głowy. Poza tym, liczyłem na to, że listy gończe, jakie Thalmor wysłał za mną, zostaną odwołane, choć moim zdaniem to nie Elenven była tą, która je rozesłała.

     Podpisałem ten list i przyłożyłem pieczęć Akademii – znak Słonecznego Oka. Nirya obiecała wysłać go najbliższym kurierem. Choć to zaskakujące, bardzo polubiłem tę z pozoru nietowarzyską i niesympatyczną Altmerkę, trzymającą się zwykle na uboczu. Choć posępna, nieufna  i zamknięta w sobie, przy bliższym poznaniu bardzo zyskiwała. Przede wszystkim ceniłem jej nieskazitelną uczciwość i bezwzględną lojalność wobec wszystkich bez wyjątku członków Akademii, nawet tych, za którymi nie przepadała.

     A my w dwójkę, nazajutrz, krótko przed świtem, jak mieliśmy w zwyczaju, włożyliśmy nasze zbroje, przytroczyliśmy podróżne torby, chwyciliśmy broń i ciepło uśmiechnąwszy się do siebie nawzajem, wyruszyliśmy na południe.

     Długa to była droga. Noc już zapadła, gdy dotarliśmy do Wichrowego Tronu. Długo tam miejsca nie zagrzaliśmy. Rankiem trzeba było wyruszyć w dalszą drogę. Tym razem trwało to jeszcze dłużej, bowiem musieliśmy dojść aż do Pękniny, gdzie dotarliśmy dobrze po północy, solidnie zmęczeni, jako że energicznie wyciągaliśmy nogi. Ale z przyjemnością otworzyliśmy drzwi do własnego domku. To był naprawdę dobry zakup! Postanowiliśmy, że jeśli fundusze nam pozwolą, a wszystko na to wskazywało, kupimy sobie dom w każdym mieście, jeśli tylko jarlowie nam pozwolą.

     Tym razem spaliśmy do południa – tak byliśmy zmęczeni. Ale i tak nie zamierzaliśmy wyruszać dziś. Wspólnie przesunęliśmy to na jutrzejszy ranek, a resztę dnia spędziliśmy na odpoczynku. A że dzień był pogodny, przyjemnie siedziało się na werandzie nad jeziorem, przy kubku wina i talerzu z serami, gawędząc z Mjoll, i Aerinem, którzy spotkawszy nas na ulicy, przyszli nas odwiedzić.

     Do Ivarstead doszliśmy jeszcze za dnia i spędziliśmy kolejny miły wieczór, między przyjaciółmi. I następnego ranka znów w drogę, przez Wielką Przełęcz, w kierunku ruin Helgen. Maszerowaliśmy dziarsko, toteż wczesnym popołudniem byliśmy już w pobliżu Sierocej Skały.

     Miejsce to znajdowało się w lesie, w małej kotlince, z trzech stron otoczonej górami. Przy jednym z brzegów kotliny wznosiła się pionowa, niezbyt wysoka skała, na szczycie której urządzono sanktuarium jakiegoś wstrętnego kultu, któremu oddawały się wiedźmy. Z miejsca, w którym staliśmy, nie było ono jednak widoczne. I żadne z nas nie wiedziało, dlaczego tę skałę nazwano „sierocą”.

     Cała okolica zdawała się być dziwnie opustoszała. Nawet zwierząt tu nie było. Wiadomo, nikt nie chce znaleźć się w pobliżu wiedźm. Zwierzyna, sobie tylko wiadomym sposobem, również wyczuwała niebezpieczeństwo i omijała to miejsce z daleka. Dlatego wydało się nam ono martwe. Ale to tylko złudzenie. Okazało się bowiem, że owych staruch, parających się czarną magią, było tam w tej chwili aż pięć. I wcale nie one były, jak się później okazało, najgroźniejszym przeciwnikiem.

     Najbliższą zlokalizowałem, przy pomocy Krzyku. Wolałem w ten sposób, bowiem używając zaklęcia, wywołałbym zakłócenia w przepływie magii, co biegłe w tej dziedzinie wiedźmy mogłyby łatwo wyczuć.

     - Laas!

     Szept Aury ukazał mi purpurową postać, zbierającą zioła w gęstym podszyciu. Było dość daleko, ale elfie strzały donosiły znacznie dalej. Z głuchym westchnieniem zwaliła się na zieloną ściółkę, zajmując się płomieniem od Łuku Pożogi. Ostrożnie podeszliśmy do niej, uważnie rozglądając się wokół.

     Na pierwszy rzut oka wydawała się stara i pomarszczona, ale gdy przyjrzeliśmy się bliżej, ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że nie ma więcej niż czterdzieści lat. Była bowiem przeraźliwie chuda i wydawała się wyniszczona, jakby przez wiele lat była pod wpływem silnych narkotyków. Czarna szata nekromantki wibrowała delikatną magią, wspomagającą manę.

     - Paskudne babsko – mruknęła Lydia. – Ciekawe, czy one wszystkie takie są.

     Mieliśmy się przekonać już niedługo. Ostrożnie ruszyliśmy dalej. Po prawej stronie, na wzgórzu graniczącym z Sierocą Skałą, znajdował się naturalny taras z łagodnym wejściem z obu stron. Z tego tarasu przerzucono gruby, dębowy pień na szczyt skały, aby pełnił on rolę prowizorycznego mostu. Krzyknąłem po raz drugi. Zaświeciło mi się w oczach kilka postaci.

     - Po prawej stronie są dwie, przy wejściu na taras – szepnąłem. – Z tamtej strony dwie następne. Jedna po drugiej stronie tarasu, druga trochę dalej, na lewo, na wysokości tego ostrego szczytu. I jeszcze jedna na samej skale.

     - Rozdzielmy się – odpowiedziała szeptem. – Pójdę w lewo i zajmę się tymi dalszymi. Zajdziemy je z obu stron.

     Skinąłem głową. To był dobry plan.

     - Daj mi chwilę na dotarcie do celu – szepnęła jeszcze, zanim bezszelestnie znikła między krzewami.

     Przez chwilę martwiłem się, że zabłądzi w tej gęstwinie, albo że nie zauważy wiedźmy. Ale zaraz sam stwierdziłem, że moje obawy są płonne. Sieroca Skała, górująca nad otoczeniem, stanowiła niezawodny punkt odniesienia.

     Cicho ruszyłem w prawo, w stronę wzgórza i stanąłem, przyklejając się do skalnej ściany. Stąd widziałem wyraźnie obie wiedźmy. Jedna siedziała przy ognisku, druga stała nieruchomo przy namiocie, rozpiętym przy przejściu. Policzyłem w myślach do pięćdziesięciu. Tyle powinno wystarczyć Lydii, żeby dojść na wybrane stanowisko. I rzeczywiście, zanim jeszcze napiąłem łuk, ujrzałem ledwo dostrzegalny płomyk, gdy moja żona trafiła jedną z wiedźm po drugiej stronie. Teraz moja kolej.

     Najpierw wziąłem na cel siedzącą przy ognisku. Tamta druga była odwrócona do niej tyłem i istniała szansa, że niczego nie zauważy. Udało mi się połowicznie. Wiedźma osunęła się na ziemię z cichym jękiem, ale druga powoli odwróciła się w jej stronę. Przez krótką chwilę wpatrywała się w swą towarzyszkę, zapewne zdziwiona, że ta zajęła się płomieniem. Nagle jednak musiała zrozumieć, bo szybko i energicznie zgarbiła się i rozejrzała wokół, jednocześnie przywołując zaklęcie ochronne.

     Za późno. Jeszcze zanim magiczna bariera zamknęła się wokół niej, dosięgła ją moja strzała. Padła na ziemię z głośnym łomotem, który w tej ciszy musiał być słyszany z daleka. Znieruchomiałem. I wtedy usłyszałem cichy krzyk po tamtej stronie. Cichy i zduszony, który zamarł po chwili. Zapewne Lydia ustrzeliła drugą przeciwniczkę. Ale niestety, musiał on zostać usłyszany przez tę, która znajdowała się na skale.

     I nie omyliłem się. Nagle, ze szczytu skały, pomknęła ku wzgórzom ognista kula i to o niesamowitej sile rażenia. Usłyszałem zduszony jęk i z przerażeniem poznałem głos swojej żony. Nie ma czasu do stracenia!

     - Laas! – krzyknąłem biegnąc ku tarasowi.

     Postać, jaka zaświeciła mi przed oczami, zdawała się być większa od wiedźm. Przez chwilę widziałem jej zgarbioną sylwetkę i nienaturalne długie ręce. Strzeliłem poprzez gałęzie w gasnącą postać. Widziałem jeszcze, że zachwiała się gdy ją trafiłem. Ujrzałem płomyk, gdy przeskoczył na nią magiczny ładunek. Ale postać była o wiele bardziej żywotna niż te wyniszczone przez toksyczne substancje czarownice. Wciąż trzymała się na nogach. Następną strzałę posłałem na oślep, w miejsce, w którym przed chwilą stała. Zdążyłem jednak oberwać kulą ognia, aż rzuciło mną o skałę. Nie wiedziałem, czy moja druga strzała trafiła. Nie mogłem za szybko użyć Krzyku, więc czym prędzej przywołałem Wykrycie Życia. Postać, skulona, jakby w agonii, zamajaczyła mi pomiędzy zaroślami. Więc chyba trafiłem choć wiedźma wciąż żyła, co zdziwiło mnie niepomiernie. Jednocześnie, kątem oka ujrzałem inną, dalszą, jarzącą się błękitnym światłem. To Lydia…

     Strzeliłem na oślep. Zupełnie na oślep. Usłyszałem ciche westchnienie, jakby z kogoś uszło powietrze. Zaklęcie… Nic. Wiedźma zginęła.

     - Gdzie jesteś? – krzyknąłem. – Już po wszystkim!

     - Tutaj – odparła Lydia, zbolałym głosem.

     Popędziłem w kierunku, z którego dobiegł, przeskakując ciała wiedźm i dopadłem ją po krótkiej chwili. Jej pancerz był osmalony, a na twarzy widać było bolesny grymas.

     - Ale mnie starucha przypiekła – jęknęła, trzymając się za brzuch i próbując się uśmiechnąć.

     Uzdrawiający Dotyk sam zajarzył mi się w dłoni. Posłałem jej jedną porcję magii Przywracania, potem drugą i trzecią, aż machnęła ręką, dając do zrozumienia, że nic już jej nie jest.

     - Już dobrze – mruknęła. – Nie trać magii. Tylko wyściółka mi się trochę przypaliła. Czujesz?

     Rzeczywiście, czułem swąd przypalonego futerka, którym wyściełana był jej kirys. Drobiazg, wymieni się. Ze dwie godziny roboty, nie więcej.

     Przyjrzeliśmy się padłym wiedźmom. Wszystkie były niezwykle do siebie podobne. Jednakowo chude i pomarszczone, jak staruszki, ale wcale nie tak stare, jakby się wydawało. I wszystkie miały na sobie workowate, czarne suknie, nie pierwszej świeżości.

     - Jadły pewnie jakieś prochy i od tego tak wyglądają – mruknąłem.

     - I to od długiego czasu – przytaknęła Lydia. – Chodźmy poszukać tego sztyletu.

     W namiocie stała zamknięta skrzynia. Zapewne któraś z czarownic miała do niej klucz, ale za bardzo się nimi brzydziłem, by je obmacywać. Otworzyłem ją wytrychem. Rzadko który zamek mógł mi się oprzeć. W Gildii Złodziei pewnie zrobiłbym karierę jako nauczyciel.

     W skrzyni znaleźliśmy jednak tylko kilkanaście septimów, leżących luzem i kilkadziesiąt buteleczek z jakimś specyfikiem, zapachem przypominającym trochę skoomę, ale bardziej ostrym i zdecydowanie nieprzyjemnym.

     - Tym się pewnie faszerowały – mruknąłem, wrzucając butelkę z powrotem. – Nawet nie chcę wiedzieć, co to takiego.

     - Na pewno zawiera księżycowy cukier – odparła Lydia. – Ale musi nieźle niszczyć zdrowie, skoro one wszystkie wyglądają jak staruszki.

     Zatrzasnąłem skrzynię i rozejrzałem się wokół. Ruszyłem w stronę pnia, pełniącego rolę mostu i po kilku niepewnych krokach znalazłem się nad przepastnym rowem. W dole ujrzałem kilka nieruchomych ciał.

     - Pewnie ktoś tu skręcił sobie kark – odezwałem się, wskazując w dół. – Lepiej się tu nie zatrzymywać.
Przeszedłem na drugą stronę. Tu stał solidny szałas ze skór i gałęzi, a obok jakiś ołtarz, na którym leżała martwa wiła.

Sieroca skała

     Wiły to tajemnicze stworzenia, strzegące leśnych ostępów. Nikt nie wiedział, ani skąd się wzięły, ani czym w rzeczywistości są. Kto jednak naruszył ich terytorium, mógł spodziewać się kłopotów, bowiem nie tolerowały one intruzów w miejscach dla ludzi nie przeznaczonych. A że władały magią, niejeden śmiałek znalazł swą zgubę za ich sprawą.

     Sylwetką przypominały trochę atronacha ognia, ale bez jego wdzięku. Wyglądały, jakby wykonane były z drewna, a ściślej – jakby same z niego wyrosły. Ich kończyny przypominały splątane korzenie, albo gałęzie. Różniły się też między sobą tak, jak różnią się drzewa tego samego gatunku. Bywało, że wyrastało na nich nawet po kilka liści, aczkolwiek nie przypominały one żadnego znanego mi gatunku.

     Wiły nie były dla mnie nowością. Jeszcze w Cyrodiil Eanor pokazywał mi je na obrazkach, twierdząc, że w Valenwood, skąd wywodzą się Bosmerowie, jest ich pełno. W Cyrodiil były rzadkością, ale Eanorowi udało się jedną znaleźć w lesie, niedaleko mojej wioski.

     - Ściśle mówiąc, to ona znalazła mnie – śmiał się. – Gdybym nie umiał strzelać, pewnie byłaby to moja ostatnia przygoda.

     Opowiadał mi, jak wiła zaatakowała go w leśnych ostępach. W pewnym momencie zrobiła się zielona, a potem znikła, jednak czuły słuch leśnego elfa nie tak łatwo oszukać. Usłyszał, jak niewidzialna postać zbliża się ku niemu, by zabić zuchwalca, za wtargnięcie na jej teren. Na oślep wtedy strzelił, uskoczył i strzelił jeszcze raz. Wiła stała się widoczna i zatoczyła się nieprzytomnie, ale nie poniechała ataku. Dopiero trzecia strzała ją zabiła.

     - Moje plemię nie walczy z wiłami – powiedział, wskazując na drewnianą postać, stojącą na postumencie w jego chatce, którą oczywiście była ubita wiła. – Unika ich i szanuje ich terytoria. One wiele dobrego robią dla lasu. Nie są zresztą agresywne w stosunku do nas. Ale skoro ta mnie zaatakowała, to co miałem zrobić?

     Pamiętam, jak z podziwem oglądałem martwą, zasuszoną postać, nie dowierzając, że to stworzenie mogło być kiedyś żywe i poruszać się o własnych siłach. Wyglądało jak zeschnięty kawałek drewna i było równie lekkie.

     Wiła, której ciało rozpostarto na stole, nie żyła już od dłuższego czasu. Straciła zielone zabarwienie. Pewnym więc było, że to nie ona posłała Lydii ognistą kulę. Ale kto to zrobił? Rozglądałem się po zaroślach, w poszukiwaniu ciała wiedźmy. Lydia robiła to samo z drugiej strony szałasu.

     - Och – powiedziała nagle. – Nic dziwnego, że mi tak dopiekła.

     Poszedłem w jej stronę i rzuciłem okiem na ciemną postać, leżącą w krzakach. Aż mnie groza wzięła.

     - Wiedźmokruk!

     W istocie, był to wiedźmokruk, jedno z najohydniejszych stworzeń tego świata. Nic dziwnego, że ognista kula, jaką poczęstowała moją żonę, niemal zbiła ja z nóg. Wiedźmokruki były znacznie potężniejsze od zwykłych czarownic. Szczęście, że stwór nie wyczuł nas wcześniej, bo mielibyśmy z nim niezłą przeprawę. Żadne z nas nie miało ochoty dotykać tego stworzenia, ale trzeba było przecież poszukać Zguby Pokrzyw. Na szczęście, nie trzeba było długo szukać, bowiem stwór leżał twarzą do ziemi, a sztylet miał przypięty nieco z tyłu. Łatwo można było go wyciągnąć.

     Ebonowy sztylet jarzył się nieznanym mi zaklęciem, o zielonej poświacie. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że wcale nie jest tak ostry, jak się spodziewałem. Zapewne rany na korze drzewa powodowało zaklęcie, a nie samo ostrze. Zresztą, powiązania magiczne to bardzo skomplikowana sprawa. Mogło to wynikać z więzów Przeznaczenia, albo wręcz z tradycji, jeśli tylko ta trwała wystarczająco długo. Tu wszystko było w jakimś stopniu nasycone magią.

Zguba Pokrzyw - wyeksponowana w posiadłości Miodowe Zbocze w Pękninie

     Schowałem sztylet za pas i spojrzałem w górę.

     - Zaczyna zmierzchać – stwierdziłem. – Zostajemy na nocleg?

     - Oszalałeś? – burknęła Lydia. – W legowisku wiedźmokruka?

     - Nic lepszego tu nie znajdziemy – wzruszyłem ramionami. – Niecałą godzinę stąd jest Helgen, ale tam wolałbym nie nocować. Zresztą, na pewno zadomowiła się tam nowa banda.

     - A o kilka godzin stąd leży Rzeczna Puszcza – odparła, ruszając ku mostowi. – Zanim uporamy się z bandą, będziemy na miejscu. Tych parę godzin możemy maszerować w nocy.

     Miała rację. Zwłaszcza, że noc zapowiadała się pogodna i księżycowa. Poszedłem za nią. Zeszliśmy z tarasu. Na chwilę poszedłem tylko do skalnej szpary, dzielącej Sierocą Skałę od tarasu na wzgórzu. Była to naturalna formacja, a obie części tak do siebie pasowały, że nie miałem wątpliwości, iż kiedyś stanowiły całość. Najwyraźniej, nastąpiło tu jakieś pęknięcie góry i Sieroca Skała odsunęła się o kilka kroków, jednocześnie lekko opadając.

     Dobrze, że miałem zbroję i solidne buty, opancerzone elfią blachą. Jak jakiś nowicjusz wlazłem w żelazne sidła, które z głuchym dźwiękiem zatrzasnęły się na mojej łydce. Zwykle mi się to nie zdarzało.

     - Nic ci nie jest? – spytała Lydia.

     - Mnie nic – mruknąłem, zły sam na siebie. – Ale nie wiem, jak mam się teraz ruszyć. To chyba pułapka na niedźwiedzie.

     Próbowałem rozsunąć zębate żelazo rękami, ale nie dałem rady. Dopiero przy pomocy Lydii i kawałka drewna, przyciętego naprędce w klin, udało się rozsunąć zęby na tyle, że jakoś wyciągnąłem nieszczęsną nogę z pułapki.

     - But do naprawy – mruknąłem, przesunąwszy dłonią po wgłębieniach w opancerzeniu. – Dobrze, że nie popękało.

     - Czeka na pewnie dłuższy postój w Białej Grani – odparła Lydia. – Wiesz, wcale mnie to nie martwi…

     Roześmialiśmy się oboje.

     Chciałem zbadać jeszcze ciała, leżące pod pniem-mostem, ale machnąłem ręką. I tak nie mogłem im już pomóc. Złapaliśmy się za ręce i ruszyliśmy w kierunku Helgen, mając jednak zamiar ominąć je łukiem. Niezbyt szerokim, bo skały nie pozwalały, ale w każdym razie, nie mieliśmy chęci wchodzić za mury miasta. Pod ogrodzeniem znajdował się wąski przesmyk, który postanowiliśmy wykorzystać i przemknąć niepostrzeżenie. Z naszymi umiejętnościami skradania się, było to łatwe zadanie. Ruszyliśmy dziarsko w gęstniejący mrok, snując marzenia, co też zjemy sobie na kolację w gospodzie „Pod śpiącym gigantem”.

     I tylko na chwilę posmutnieliśmy, przypomniawszy sobie, kto był do niedawna jej właścicielem. Ech, Delphine, jak możesz tak odwracać się od swoich przyjaciół? Oboje za nią tęskniliśmy.

6 komentarzy:

  1. Jeszcze tylko więzimagów brakuje do kompletu! ;)
    Bardzo mi się podobał ten odcinek.
    I fajnie, że jednak przyjął tytuł Arcymaga, skoro Akademia i tak sama się kręci i nie zatrzyma go za bardzo w jednym miejscu. :)
    Jak minęły święta? Ufff, objedzona jestem. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W moim procesie utraty wagi cofnąłem się przez te dwa dni o jakiś miesiąc. Nienawidzę tych świąt!

      Usuń
  2. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że u nas jest wiele takich wielce tytularnych stanowisk i to nawet dobrze płatnych. Nie wiem tylko czemu mnie się nigdy takie nie trafiały, zawsze musiałam harować na takim stanowisku.
    Co prawda Smocze Dziecię też haruje, ale przynajmniej robi to co lubi;)
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zawsze to co lubi. Wulfhere to w sumie dość naiwny dzieciak, dlatego postępuje tak, jak należy. Zapewne skończy się to, gdy będzie miał własne dzieci i trzeba będzie iść na kompromis, żeby przede wszystkim ochronić swoją rodzinę. To zabija wszelkie ideały.

      Usuń
  3. A jednak arcymag! Można pozazdrościć sposobu obchodzenia się z wiedźmami w Skyrim. U nas robią co chcą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polowania na wiedźmy też przerabialiśmy. Wiele kobiet spłonęło na stosach. Jestem pewien, że wśród nich znalazła się jakaś wiedźma.

      Usuń