niedziela, 23 kwietnia 2017

Rozdział XXXI – Sanktuarium Staroblasku

     Do Białej Grani dotarliśmy następnego dnia, w południe. Zostawiliśmy manele w domu, po czym ja udałem się do świątyni Kynaret, a Lydia, jak każda szanująca się małżonka, poszła tracić pieniądze w sklepach i na bazarze. Tak przynajmniej ona sama stwierdziła, a ja pomyślałem, że wcale by mnie to nie zmartwiło. Miło byłoby od czasu do czasu mieć normalną żonę. Jednak ona i pod tym względem była niezwykła. Jej osobiste potrzeby były bardziej niż skromne. Nie pragnęła ani biżuterii, ani bogatych strojów. Inna sprawa, że i bez nich wyglądała przepięknie. Najlepiej czuła się w zbroi, a ulubionym klejnotem zwykle stawał się dla niej błyszczący i wypolerowany miecz. No cóż, znajdowaliśmy się w Skyrim, a pośród Nordów nie było to niczym nadzwyczajnym. Trzeba było po prostu porobić trochę zakupów. Coś do jedzenia, jakieś miękkie futro do wyściółki zbroi, kilka drobiazgów… Rozstaliśmy pod domem, gdzie ja skręciłem w prawo do centrum, a ona przeszła na drugą stronę ulicy i wskoczyła po schodach do „Pijanego Łowcy”, sklepu myśliwskiego, gdzie można było kupić strzały, łuki, a także rogi, skóry i dziczyznę.

     Pobiegłem do świątyni. Było tu spokojnie i cicho, jak zawsze. Danica rozmawiała właśnie półgłosem z jakimś nieznanym mi Cyrodiilijczykiem w podróżnym stroju. Gdy wszedłem, odwróciła do mnie głowę i spojrzała na mnie z zaciekawieniem, a gdy wyjąłem zza pasa Zgubę Pokrzyw, skrzywiła wargi w uśmiechu.

     - Udało ci się już odebrać Zgubę Pokrzyw tym wrednym wiedźmokrukom!

     Nie było to ani pytanie, ani stwierdzenie. Danica nie była specjalnie komunikatywna. A raczej była, jak najbardziej, ale tylko w jedną stronę. Umiała wspaniale słuchać i czytać prawdę między wierszami, z samego tonu głosu, zwłaszcza, gdy ludzie uskarżali jej się na różne dolegliwości. Ale wysławiać się w sposób zrozumiały nie potrafiła. Zdarzało się jej połykać słowa, albo formułować myśli w taki sposób, że jej własne wypowiedzi rozumiała wyłącznie ona jedna. Zawsze musiała potem tłumaczyć, o co jej chodziło, co niezmiernie ją irytowało. Ktoś, kto jej nie znał, mógłby uznać ją za wybuchową i mało sympatyczną osobę, ale byłby to błędny osąd. Z nią po prostu trzeba było nauczyć się rozmawiać.

     - Mam dla ciebie Zgubę Pokrzyw.

     Podałem jej magiczny nóż, ale ona odsunęła się, jakby bała się kontaktu z tym przedmiotem. Tak naprawdę nie chciała po prostu dotykać czegoś, co mogło być skażone. Po wiedźmokrukach można się bowiem było spodziewać wszystkiego. A w świątyni, która pełniła też rolę lazaretu, obowiązywała bezwzględna higiena.

     - Och, naprawdę nie spodziewałam się twojego powrotu – odrzekła.

     To tyle, jeśli chodzi o sztukę wysławiania się. Wyglądało to tak, jakby z całą świadomością posłała mnie na pewną śmierć. Oczywiście, zapomniała po prostu dodać „tak szybko”.

     Uśmiechnęła się zadowolona.

     - Oczywiście, cieszę się, że jednak jesteś.

     Po czym z zainteresowaniem, ale i rezerwą obejrzała ostrze, jednak nie wyciągając ku niemu ręki. Wskazała je tylko końcem palca.

     - Nie mam ochoty tego dotykać – oznajmiła, krzywiąc się lekko. – Myślisz, że możesz wykonać kolejne kroki?

     Aha… Czyli to nie koniec przygody! Sam będę musiał utoczyć sok ze świętego drzewa. Chyba nic trudnego, ale może to być daleko stąd.

     - Co trzeba zrobić? – spytałem.

     - Gaj, Sanktuarium Staroblasku, znajduje się na wschód stąd…

     Wyciągnąłem mapę i podałem jej, razem z ołowianym sztyftem do rysowania. Zaznaczyła mi punkt w pobliżu gorących źródeł, niedaleko fortu Amol. Nie ma co, dalekie zatoczyłem koło w tej wędrówce.

     - Możesz użyć Zguby Pokrzyw, by zdobyć trochę soku – mówiąc to, otworzyła stojącą pod ścianą skrzynię.

     Zajrzałem jej przez ramię. Stały tam same fiolki z lekarstwami, a niektóre puste i sterylne. Wybrała jedną i podała mi, patrząc mi ciepło w oczy.

     - Czy dobrze słyszałem, że zmierzasz do zagajnika Staroblasku?

     Śpiewna mowa z rodzinnych stron zabrzmiała mi przy uchu. Odwróciłem się. Przede mną stał podróżnik, z zaciekawionym wyrazem twarzy.

     - W czym mogę pomóc? – spytałem uprzejmie.

     Przedstawiliśmy się sobie. Nazywał się Maurice Jondrelle. I pochodził wprawdzie z Cyrodiil, ale z dalekiego południa, znad morza Topal, podczas gdy moja wioska leżała na północy. Ale zawsze miło było porozmawiać z rodakiem, nawet z daleka.

     - Jestem podróżnikiem – rzekł. – Pielgrzymem. Podążam za głosem Kynaret wszędzie, gdzie jest on słyszalny. Od lat marzyłem o ujrzeniu Staroblasku.

     Pochylił się w moją stronę.

     - Mogę podróżować razem z tobą? – spytał proszącym tonem. – Obiecuję nie wchodzić ci w drogę!

     Roześmiałem się. Nie wiem, za kogo mnie wziął. Czyżby za jakiegoś dygnitarza, w dyplomatycznej wyprawie? Posłem byłem dotąd tylko raz. Maurice wyglądał sympatycznie. Mógł mieć około trzydziestu lat. Śniada cera, ciemne włosy i oczy, jak to u Cesarskich. Ale najbardziej w oczy rzucał się spokój, bijący z jego strony i jakoś dziwnie mi się udzielający. Z pewnością mówił prawdę, gdy twierdził, że podąża za głosem Kynaret. Uścisnąłem jego dłoń.

     - Z radością przyjmę twoje towarzystwo – zapewniłem go.

     Umówiliśmy się na ranek, ale nie jutrzejszy, tylko następny.

     - Muszę trochę podreperować nasz ekwipunek – wyjaśniłem. – To może potrwać.

     A potem poszedłem do sklepu Belethora, pozbyć się kilku drobiazgów, zdobytych w czasie podróży. Moja sakiewka znów zaciążyła. Tryb życia, jaki prowadziłem, był wprawdzie bardzo niebezpieczny, ale niesamowicie intratny. Kosztowności, jakie znajdywałem w czasie wypraw, stopniowo czyniły z nas bogaczy. W Wietrznym domku mieliśmy już pełny kuferek złotych septimów, a w jednej z szuflad przechowywałem drogie kamienie i małe sztabki złota i srebra. Niemal zawsze po takich wyprawach odwiedzałem wszystkich okolicznych kupców i ogołacałem ich z gotówki, pomimo, że nie brałem drogo. Belethor też lubił robić ze mną interesy. Twierdził, że zawsze mam dobry towar i niewygórowane ceny, a przedmioty, jakie mu znoszę, są na tyle rzadkie, że nigdy nie leżą u niego długo. Cóż, znosiłem mu klejnoty z całego Skyrim. Z broni zbieraliśmy zwykle tylko sztylety, bowiem miecze, czy topory były jednak zbyt ciężkie. No, chyba że było blisko do miasta. Ale broń sprzedawaliśmy głównie kowalom. Natomiast kupcy mogli liczyć na biżuterię, drogie kamienie, zaklęte przedmioty i jakieś szczególne osobliwości, jak na przykład obroża wampirzego Ogara Śmierci, czy elementy dwemerskiej zastawy stołowej, która zawsze cieszyła się wielkim powodzeniem. W ogóle, na wszystkie dwemerskie wyroby był spory popyt. Choćby dlatego, że były po prostu pięknie wykonane i bardzo trudne do zdobycia. Kiedyś zabraliśmy ze sobą żyroskop ze strażniczej sfery. Był nie zniszczony i wciąż działał. Kupił go jeden z handlarzy w Pękninie i zrobił sobie z niej ozdobę na ścianę. Zapewne nie wiedział nawet, co to jest.

     Gdy wróciłem do domu, Lydii jeszcze nie było. Zrzuciłem z siebie zbroję i przebrałem się w luźną bluzę i płócienne spodnie. A potem obejrzałem swój wysoki, elfi but, obłożony blachą z księżycowego kamienia.

     Zęby sideł nie były bardzo ostre. To zrozumiałe – nie zastawiano ich po to, żeby ucięły zwierzęciu nogę, tylko żeby je złapały i przytrzymały. Nie przebiły więc cienkiej blachy. Zresztą, blachę z księżycowego kamienia nie tak łatwo było przebić. Ale lekko ją wgniotły. Na tyle, że but trochę mnie uwierał. A poza tym, wgniecenie było widoczne i bardzo mi się ono nie podobało. Z daleka było widać, że Wulfhere, jak dzieciak, dał się złapać w żelazo. Nic innego nie zostawiało takich śladów. Naprawa nie była trudna. Trzeba było tylko rozwiercić kilka nitów, zdjąć dwie blachy, wyklepać je na gorąco, trochę wypolerować i przynitować z powrotem. Nie zajmie mi to więcej niż dwie godziny.

     Ponieważ pod naszą nieobecność pojawiło się kilka pajęczyn i trochę kurzu, chwyciłem w ręce miotłę i zabrałem się za robienie porządków. Nie jakieś wielkie sprzątanie. Na miotle się skończyło. W międzyczasie weszła Lydia, z plecakiem pełnym zakupów. Rzuciła na stół grubą wiązkę dwemerskich strzał i zakrzątnęła się przy kuchni. A ja po jej minie wiedziałem już, że właśnie poznała przepis na nową potrawę i koniecznie będzie chciała mnie zaskoczyć. 

     - Kupiłam miękką skórę na wyściółkę – oznajmiła. – Naprawisz mi kirys?

     - Pewnie – rozciągnąłem się na krześle, wyciągając nogi przed siebie i zakładając ręce za głowę. – Nie będzie z tym dużo roboty. Zajmę się tym jutro.

     Odwróciła się do ściany.

     - A twój but? – spytała. – Nie będziesz go naprawiał?

     - Też jutro – odparłem leniwie, usiłując utrzymać powagę. – Dziś mi się nie chce…

     - A jak się okaże, że to trudniejsze, niż myślałeś?

     - A co w tym trudnego?

     Wzruszyła ramionami.

     - Jeśli ci to zabierze więcej czasu…

     - To wyruszymy dzień później – skwitowałem. – Maurice poczeka…

     - Kto? – odwróciła się do mnie zdziwiona.

     - Będziemy mieli towarzystwo w tej wyprawie. Polubisz go.

     - Jakiej wyprawie? – zmarszczyła brwi. – To nie wracamy do Zimowej Twierdzy?

     No tak, ona niczego nie wiedziała. Opowiedziałem jej o wszystkim, co wydarzyło się w świątyni. Słuchała bez specjalnego zainteresowania, dopóki nie wymieniłem nazwy Staroblask.

     - To tam idziemy? – spytała podnieconym głosem. – Zawsze chciałam zobaczyć to miejsce. Podobno jest przepiękne!

     I zaraz spoważniała.

     - Wiesz, będę ten kirys potrzebować jeszcze dziś…

     Uszło ze mnie powietrze.

     - A po co?

     - No… - zająknęła się. – Bo muszę go przymierzyć.

     - To przymierzysz go jutro – wzruszyłem ramionami. – Mamy czas…

     - Ale ja sobie życzę mieć go dzisiaj, jasne?! – huknęła na mnie tak, że aż podskoczyłem. – Idź go napraw, albo napraw sobie but, albo idź porozmawiać z… Z kim tam chcesz, ale zniknij mi z domu!

     - Co cię ugryzło? – spojrzałem na nią zaniepokojony.

     Westchnęła.

     - Bo jak będziesz mi patrzył na ręce, to na pewno mi nie wyjdzie…

     Roześmiałem się w głos.

     - No i czego rżysz? – mruknęła zawstydzona. – Czy ja ci patrzę na ręce, jak psujesz żelazo?

     Porwałem ją na ręce i zakręciłem w kółko, przy czym straciłem równowagę i wiele nie brakowało, abyśmy oboje wylądowali w palenisku.

     - Wariat – skwitowała. – Zupełnie szalony! 

     - Na pewno szaleńczo zakochany – odparłem, kradnąc jej całusa. – Dawaj ten kirys i przestań się boczyć.

     - Jest na górze…

     I zaraz pożałowała tych słów, bowiem zamiast ją postawić na ziemi, z okrzykiem „Idziemy po kirys!” zaniosłem ją na górę. Choć przyznam, że było to z mojej strony lekkomyślnością, bo schody były strome.

*          *          *

     Ranek był słoneczny i ciepły. Maurice czekał już na nas przy bramie. Miał ze sobą dużą torbę podróżną, w dłoni sękaty kij, a u pasa długi nóż, poza tym jednak nie był uzbrojony. Na nasz widok uśmiechnął się i pozdrowił nas jako pierwszy.

     - Nie masz broni? – spytałem zdziwiony.

     Spojrzał na mnie zaskoczony.

     - Jestem pielgrzymem, nie wojownikiem – odparł. – Idę do sanktuarium, nie na wojnę.

     - To jest Skyrim – odrzekła łagodnie Lydia. – Tutaj bezbronny pielgrzym rzadko kiedy dochodzi do celu.

     Położyła dłoń na rękojeści Miecza Wampira, który ulepszyłem wczoraj jak umiałem, a który bardzo jej się spodobał. Zawsze wolała nieco cięższą broń, więc uznałem, że podarunek Tuliusa nie powinien kurzyć się na ścianie, tylko służyć w walce. Lydia przyjęła go z wdzięcznością, z jaką inna kobieta przyjęłaby zapewne diamentowy naszyjnik.

     - Moja żona ma rację – przytaknąłem. – To nie Cyrodiil. Skyrim to kraj ogarnięty wojną, pełen wyrzutków, dezerterów, zbójów i najróżniejszych groźnych bestii, od wilków do smoków.

     Westchnął ciężko.

     - Nawet gdybym chciał, nie potrafię władać mieczem. Czy to znaczy, że nie weźmiesz mnie z sobą?

     Potrząsnąłem głową.

     - Ależ, wezmę – zapewniłem. – Z nami jesteś bezpieczny.

     - W miarę – dodała Lydia.

     - Tylko co potem? Jak wrócisz? Nie możesz chodzić po Skyrim bez broni, bo daleko nie zajdziesz. Jak trafiłeś do Białej Grani?

     - Z oddziałem Cesarskich – odparł. – Przechodzili tędy. Odłączyłem się w pobliżu bramy, a oni pomaszerowali dalej na zachód.

     - To tłumaczy, dlaczego udało ci się zajść tak daleko – skinąłem głową. – Na razie się nie martw, zaopiekujemy się tobą.

     Ruszyliśmy. Nie spieszyliśmy się zbytnio, bowiem postanowiliśmy dojść dziś tylko do fortu Amol i tam przenocować. Stamtąd już było blisko. Maurice okazał się być miłym kompanem. Przez całą drogę opowiadaliśmy sobie różne zabawne historyjki. Dopytywał się też o niektóre sprawy, związane ze Skyrim. Początkowo najbardziej interesowały go sprawy najnowsze, czyli wojna domowa i Gromowładni. Potem zaczęły się opowieści o smokach. Co ciekawe, do Cyrodiil dotarły wprawdzie dokładne informacje o wojnie domowej, lecz o smokach wiedział niewiele, a o Smoczym Dziecięciu tylko tyle, ile ludzie opowiedzieli mu w Białej Grani. Nie chcąc się przed nim przechwalać, pominąłem swoją rolę w zwalczaniu smoków, ale on i tak o to spytał. Zdążył się już dowiedzieć, że tak mnie nazywają i koniecznie chciał wiedzieć, dlaczego. Cóż, odpowiedziałem, ale na jego gorące prośby, aby zademonstrować jakiś Krzyk, pokręciłem głową.

     - Głos to nie zabawka – odparłem stanowczo. – Ten dar służy do głoszenia chwały Kynaret. Można go użyć do obrony, albo do zwalczania wielkiego zła, ale nie do zaspakajania ludzkiej ciekawości.

     - I jeszcze śnieg nie pada – dodała Lydia. – Gdybyśmy mieli zawieję, można by chociaż rozproszyć chmury. A tak… - rozłożyła ręce.

     - Rozumiem – skinął głową. – Żałuję tylko, że nie zobaczę tego na własne oczy.

     - Lepiej, żeby nie było okazji – skinąłem głową. – Naszym celem jest dotarcie do Staroblasku i wolałbym uniknąć po drodze walki.

     I jak na złość, okazja się trafiła. Nie doszliśmy jeszcze nawet do wież Valtheim, gdy drogę przegrodziło nam troje dziwacznie ubranych osobników. Wszyscy mieli na sobie cesarskie zbroje, a w dłoniach dzierżyli broń niewątpliwie pochodzącą z cesarskich zbrojowni. Ale z pewnością nie byli legionistami. W Legionie nikt nie dostaje za małej zbroi, za dużego hełmu, ani butów, w których mógłby się utopić. I przede wszystkim, żołnierze zachowują się zupełnie inaczej, swobodniej. Nie próbują na siłę wyglądać groźnie, wypinając pierś i robiąc głupie miny.

     - Hej, ty! – stojący pośrodku Orsimer wskazał na mnie palcem. – To teren wojskowy, tu nie wolno wchodzić!

     Dobre sobie! Główny cesarski trakt miałby być terenem wojskowym. Oj, coś nietęgą głowę miał ten rozbójnik, bo że nim był, nie miałem wątpliwości.

     Zauważyłem, że Lydia nieznacznie przysunęła się w moją stronę, zasłaniając sobą Maurice’a. Była gotowa do walki.

     - Musisz zapłacić grzywnę! – warknął znowu Ork. – Powiedzmy… Dwieście sztuk złota.

     Przyglądaliśmy mu się w milczeniu, co chyba trochę go stropiło.

     - No dalej, płać! – zawołał, marszcząc groźnie brwi.

     - Jestem legatem Cesarskiego Legionu – odpowiedziałem spokojnie. – I mam cholerną pewność, że ty nie masz z nim nic wspólnego.

     Wiedziałem, że zaatakuje właśnie teraz. Nie miał już nic do stracenia. Bez ostrzeżenia machnął ciężkim, dwuręcznym mieczem i z potwornym rykiem rzucił się w naszą stronę. Po krótkiej chwili, dołączyli do niego towarzysze.

     - Iiz-Slen! – krzyknąłem w jego kierunku.

     Żaden rzeźbiarz nie dałby rady stworzyć tak wyrazistego posągu, w jaki zamienił się Orsimer, na skutek tego Krzyku. Lodowa Postać to Thu’um, działający bardzo szybko. Zamroził go w okamgnieniu, w pół kroku, z mieczem wzniesionym nad głową. Momentalnie cały pokrył się szronem, co z jego wybałuszonymi oczami i grymasem na twarzy nadawało mu groteskowy wygląd. Oczywiście, lodowy posąg nie mógł utrzymać się w pionie na jednej nodze. Jak pchnięty menhir, powoli przechylił się w naszą stronę i legł sztywno u naszych stóp.

     Miecze w naszych dłoniach znalazły się tak szybko, że, jak twierdził później Maurice, nawet nie zauważył, kiedy to się stało. Ruszyliśmy oboje na dwóch pozostałych, niespodziewanie dla nich skracając dystans. Ten manewr sprawił, że ich oręż, podniesiony już do morderczych ciosów, jakie miały spaść na nasze głowy, nie zdążył opuścić się na czas. Byli tak doskonale odsłonięci, że nie musieliśmy nawet używać tarcz. Jeden miecz w jedną pierś, drugi w drugą, dokładnie między blachami obu segmentat. Mój przeciwnik dodatkowo zajął się płomieniem, gdy Przedświt poraził go swoją magią. Ten, który rzucił się na Lydię, na krótką chwilę zajarzył się czerwoną poświatą, gdy Miecz Wampira w mgnieniu oka wyssał z niego życiową energię. Po chwili obaj po chwili leżeli na ziemi, w ciemnoczerwonych kałużach, a my zwróciliśmy się w stronę Orsimera.

     Lodowa Postać nie zamraża na długo. Jednakże dwa słowa Krzyku unieruchomiły zbója na czas znacznie dłuższy, niż potrzebowaliśmy go na rozprawienie się z jego kamratami. Gdy mroźny paraliż minął, Orsimer czuł już ostrze Przedświtu na swojej szyi. Leżąc, posłał mi wściekłe spojrzenie i ryknął jak niedźwiedź. Nagłym ruchem odtrącił mój miecz i zwinnie skoczył na nogi.

     Wiedziałem, co to znaczy. Wpadł w coś, co magowie nazywają Bersekerskim Szałem. To jednak jeszcze nie był koniec pojedynku.

     W świecie magii, jaki zewsząd nas otaczał, każda rasa wykształciła sobie jakąś właściwą sobie magiczną cechę, nie wyłączając nawet takich beztalenci w tej dziedzinie jak Nordowie, których nieczułość na mróz znacznie przekraczała zwykłą, ludzką odporność na zimno. My, Cesarscy, mieliśmy coś, co nazywano Cesarskim Szczęściem. To dzięki niemu tak łatwo znajdowałem złoto i kosztowności tam, gdzie ktoś inny nigdy by ich nie zauważył. Cechą Orsimerów, urodzonych wojowników, była zdolność do wpadania w Szał Bersekerski. Było to niezwykle groźne zjawisko, bowiem pozwalało Orsimerom poruszać się znacznie szybciej, zadawać znacznie potężniejsze ciosy, a te, które spadały na nich, wyrządzały im znacznie mniejszą krzywdę, niż w normalnym stanie. Natarł na mnie z furią. Pojedynek zapowiadał się bardzo groźnie, ale ku mojemu zaskoczeniu, do walki włączył się Maurice.

     Nie dosłownie, oczywiście. Użył jednak jeszcze jednej mocy, właściwej Cesarskim – Głosu Cesarza. Nie każdy wprawdzie Cyrodiilijczyk nim władał, ale była to umiejętność dość często spotykana u moich rodaków. Głos ten działa podobnie jak krzyk Pokój Kyne – tyle tylko, że uspokaja wyłącznie istoty rozumne: ludzi, elfów i innych humanoidalnych mieszkańców Tamriel. I ten właśnie Głos uspokoił Orsimera. Wprawdzie nie na tyle, by zaprzestał on ataku, ale wytrącił go z Szału. Teraz, dla tak doświadczonego wojownika jak ja, stał się już łatwym przeciwnikiem.

     - Poniechaj! – ostrzegłem go, odbijając pierwszy cios. – Będziesz żył.

     Ale nie poniechał. Z wykrzywionymi wściekłością ustami, z których sterczały kły, niby dzicze szable i które nadawały mu szczególnie dziki wygląd, natarł na mnie niby rozjuszona bestia. Natarł, by nadziać się na mój miecz.

     Jego wzrok przybrał wyraz zdumienia, a potem jeszcze przez chwilę dostrzegłem w nim błysk boleści, gdy objął go płomień od mojej klingi. A potem wolno osunął się na ziemię i legł u moich stóp.

     - Poniechaj – prychnęła Lydia. – Do Orsimera… Długo nad tym myślałeś?

     Fakt, w ogóle nie należało tego mówić. Orsimer to stuprocentowy wojownik, do ostatniej kostki, ostatniego włosa, do ostatniej, najmniejszej części jego wojowniczego ciała. Jeszcze nie zdarzyło się, by Orsimer poddał się w walce. Okryłby się hańbą w swoich własnych oczach. Kiedyś, w drodze do Pękniny, spotkałem starego Orsimera, który wręcz prosił, aby zadać mu „dobrą śmierć” – śmierć w walce. Czuł, że siły go opuszczają, a nie chciał umierać rozszarpany przez niedźwiedzia, albo zostać wygnanym z orsimerskiej twierdzy. Chciał umrzeć z mieczem w dłoni. Ale w walce. W prawdziwej walce, nie udawanej. Walczyłby jak lew. A ja jakoś nie umiałem się na to zdobyć. Gdyby był przestępcą, gdyby sam mnie zaatakował, pewnie dostałby to, o co prosił. Ale on był dobrym, starym orkiem, który nikogo nie skrzywdził. Widok jego oczu prześladowałby mnie do końca moich dni. Próbowałem odwieść go od tego zamiaru. Nie udało mi się. „Dobrą śmierć” zadał mu ktoś inny. Nie wiem kto, ale w drodze powrotnej znalazłem go martwego, z paskudną raną od miecza na piersi.

     Tymczasem Maurice znalazł w pobliżu obnażone zwłoki trzech ludzi. Podbiegliśmy do niego. Trzech młodych mężczyzn, z ranami na szyjach i piersiach, porzucono w krzakach, ogołociwszy ich najpierw ze wszystkiego.

     - Julius – szepnęła Lydia, wskazując jasnowłosego chłopaka z przedziurawioną piersią.

     - Kto? – podniosłem na nią zdziwiony wzrok.

     - Cesarski łucznik – odrzekła ze smutkiem. – Był w moim oddziale, gdy odbijaliśmy fort Sungard. Ech, taki pogodny i wesoły chłopak…

     - Zatem już wiemy, skąd mieli zbroje – westchnąłem. – Napadli na cesarski patrol.

     - Chyba ich tak nie zostawimy? – spytał Maurice.

     Niewiele mogliśmy jednak zrobić.  W skalistym gruncie nie udało nam się wykopać dołu. Zwlekliśmy ich tylko do płytkiej niecki i obłożyliśmy głazami. Poleciliśmy ich dusze Arkayowi.

     Ta smutna przygoda zabrała nam jednak trochę czasu. Zaczynało szarzeć. Zmieniliśmy więc plany i postanowiliśmy przenocować w Valtheim. Do wież doszliśmy jeszcze zanim zapadł zmrok.

*          *          *

     Ciepła mgiełka unosiła się w pobliżu góry. Nic dziwnego, niedaleko znajdowały się gorące źródła. Góra natomiast nie była zbyt imponująca i być może dlatego widok, jaki ujrzeliśmy po przebyciu długiego opadającego, naturalnego korytarza, dosłownie nas olśnił.

Gorące źródła Wschodniej Marchii - okolice Sanktuarium Staroblasku.

     - Nigdy czegoś takiego nie widziałam – szepnęła zachwycona Lydia.

     Maurice milczał, z szeroko otwartymi oczami, chłonąc piękno tego miejsca. A ja zupełnie zapomniałem o ostrożności i zamiast obserwować pobliskie zakamarki, jak to mam w zwyczaju, całkowicie poddałem się urokowi Sanktuarium Staroblasku.

     Trudno opisać słowami całe piękno tego miejsca. Znajdowało się ono w olbrzymiej jaskini, czy może raczej we wnętrzu krateru, zwężającego się ku górze i kończącego się naturalnym, szerokim kominem, przez który wpadało do środka światło słońca. Przez środek płynęła rzeczka, dookoła rosły gęste krzewy, rośliny o pięknych kwiatach, niewielkie drzewka. W jednym miejscu grunt podnosił się, tworząc podziemne wzgórze, na którym, niby władca tej krainy, rozrosło się ogromne, obsypane kwiatami drzewo, o korzeniach tak potężnych, że zdawało się oplatać nimi całą tę cudowną dolinę. Światło słońca nie wpadało tu bezpośrednio, lecz odbijało się od jasnych skał na krawędzi krateru, przez co nieco się rozpraszało i pozbawione było owej drapieżnej ostrości. Przeciwnie, blask, jaki rozświetlał sanktuarium, był miękki, lekko przytłumiony, bardziej przypominał światło księżyca. I zdawał się otulać tę dolinę, niby lekka, puchowa pierzyna. Cała kraina promieniowała wręcz spokojem i niczym nie zmąconym szczęściem.

Sanktuarium Staroblasku

     Nie wiem, jak długo trwaliśmy na skalnym tarasie. Maurice pierwszy się ocknął i wolnym krokiem ruszył dróżką, wiodącą do podnóża góry, gdzie zauważył dwie inne osoby. Podążyliśmy za nim.

     Miejsce to nie było bynajmniej dzikie i pozostawione samo sobie. Dróżka w bardziej stromych miejscach miała drewniane stopnie, wykonane z gładkich pni, a nad rzeczką ktoś postawił zgrabny, idealnie pasujący do tego miejsca mostek. Nieznajomi przywitali nas uśmiechami. Byli pielgrzymami, podobnie jak Maurice. Młody Nord, imieniem Sond i ładna kobieta, której wieku nie umiałem określić, imieniem Asta. Odpoczywali w tym miejscu, sycąc oczy i umysły jego pięknem i spokojem.

     Poddaliśmy się nastrojowi sanktuarium. Jakże miło było rzucić broń na ziemię zdjąć hełm i usiąść na kamieniu, wsłuchując się w szum przepływającej rzeczki i śpiew ptaków, które łatwiej było usłyszeć niż zobaczyć. Wyciągnęliśmy swoje zapasy i posililiśmy się nieco, po czym poleniuchowaliśmy jeszcze trochę. W końcu jednak trzeba było przypomnieć sobie, po co tu przyszliśmy. Wyciągnąłem z plecaka pustą fiolkę.

     - Idę ją napełnić – oznajmiłem. – Ktoś będzie mi towarzyszył?

Sanktuarium Staroblasku

     Zarówno Lydia, jak i Maurice wyrazili gotowość wspięcia się na wzgórze i obejrzenie drzewa Staroblasku z bliska. Przeszliśmy przez most i zaczęliśmy wchodzić na okalającą wzgórze serpentynę. Już na samym początku musieliśmy się jednak zatrzymać, bowiem potężny korzeń przegradzał nam drogę, uniemożliwiając przejście. Próbowałem się wspiąć po gładkiej korze, ale nie dałem rady. Cała pokryta była rosą i jakimś śliskim porostem.

     Wyciągnąłem Zgubę Pokrzyw. Danica powiedziała mi wyraźnie, że sok muszę utoczyć z pnia u nasady, a nie z korzenia, ale przecież to chyba taki sam sok…

     Ku mojemu zdziwieniu, gdy tylko dotknąłem nożem korzenia, ten poruszył się gwałtownie, jakby go zabolało. Nie zdążyłem nawet naruszyć kory, gdy powili i majestatycznie uniósł się w górę, obsypując nas przy okazji ziemią. Po prostu, uciekł przez Zgubą Pokrzyw!

     - To nie jest zwyczajne drzewo – mruknąłem. – Ono się broni.

Korzenie Drzewa Staroblasku - po wizycie Wulfhere'a na zawsze pozostały uniesione

     Poszliśmy dalej przez przejście, które otworzył nam uniesiony korzeń. Zanim dotarliśmy na szczyt, taka sytuacja miała miejsce jeszcze kilkakrotnie, bowiem korzenie tego drzewa były naprawdę potężne. Nie ukrywam, że trochę się bałem, bowiem nie wiedziałem, co się stanie, gdy ugodzę drzewo Zgubą Pokrzyw. Te korzenie miały w sobie wystarczająco dużo siły, aby mnie opleść i znieść w swych potężnych ramionach jak robaka.

     Zawahałem się przez chwilę, ale w końcu podstawiłem fiolkę i spróbowałem zaciąć korę. O dziwo, poszło nadzwyczaj łatwo. Zaklęcie Zguby Pokrzyw pokonało twardą jak kamień korę drzewa. Z zadzioru popłynął mętny, żywiczny sok. Najpierw lekko trysnął, potem coraz słabiej, aż w końcu zaczął jedynie kapać. Fiolka napełniła się bladoniebieskim płynem. Docisnąłem zadzior tylcem noża. Momentalnie przykleił się do resztki kory, tłumiąc wyciek.

Drzewo Staroblasku


     - Patrzcie! – krzyknął nagle Maurice, pokazując ręką coś w dole.

     Z miejsca, w którym klęczałem, nie mogłem niczego zobaczyć, bowiem pień drzewa zasłaniał mi widok. Ale przerażona twarz Maurice’a sprawiła, że poderwałem się natychmiast i zerknąłem w dół.

     - Wiły! – krzyknęła Lydia.

     Istotnie, były to wiły. Dwie, jedna większa, druga nieco mniejsza. Pojawiły się nie wiadomo skąd, atakując Sonda i Astę. Oboje, zupełnie nieprzygotowani na jakikolwiek atak, bronili się rozpaczliwie rękami przed uderzeniami twardych, drewnianych ramion wiły. Uciec nie mieli dokąd.

     Lydia pierwsza, ja za nią, popędziliśmy w dół jak wicher. Już z daleka jednak było widać, że nie zdążymy. Jeszcze chwila, a wiły zabiją ich oboje. Nie miałem innego wyjścia, szybkim ruchem sięgnąłem po łuk i chwyciłem elfią strzałę. Niestety, w tym czasie wielka wiła przebiła Sonda swym konarem na wylot, dosłownie rozdzierając mu klatkę piersiową. Z rozpaczą wycelowałem w drugą, przeklinając czas, zmarnowany na celowanie. Wiła jednak znajdowała się tak blisko Asty, że nie mogłem oddać strzału. Ale gdy zamierzyła się na nią ostrym ramieniem, nie miałem już wyboru. Wypuściłem strzałę. Wiedziałem, że mogę trafić Astę i zabić ją, zamiast jej pomóc. Ale jeśli nie strzelę, wiła zabije ją na pewno.

     Trafiłem bezbłędnie. Wiła zajęła się płomieniem i przewróciła się od jednej strzały. Cóż z tego, skoro o ułamek sekundy za późno… Asta osunęła się na ziemię, z rozoraną piersią.

     Lydia z mieczem w dłoni dopadła wielką wiłę. Natychmiast pojawiła się między nimi krwistoczerwona poświata, gdy Miecz Wampira, zbliżywszy się jedynie do przeciwnika, rozpoczął wysysanie sił witalnych. Założyłem łuk na ramię i wolnym, zrezygnowanym krokiem ruszyłem w dół. Byłem pewien, że Lydia poradzi sobie bez mojej pomocy. Wiła nie mogła poważnie zaszkodzić wojownikowi, zakutemu w elfią zbroję. Jej kończyny nie zdołałyby przebić takiej blachy. Tak też się stało. Wystarczyły dwa uderzenia miecza, a wiła osunęła się tuż obok swej ofiary.

      Zarówno Asta, jak i Sond, zginęli od razu. Wystarczył rzut oka na ich rany, by stwierdzić, że żadne zaklęcie niczego tu już nie zmieni. Staliśmy w trójkę nad czterema ciałami – dwoma ludzkimi, dwoma przypominającymi drzewa – bez słowa, bo żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć. Niedawny sielski nastrój prysł jak bańka na wodzie, ustępując miejsca goryczy i poczuciu ogromnego rozczarowania.

      - Czy to możliwe… - zająknąłem się. – Czy to możliwe, że zaatakowały dlatego, że ja…

      Urwałem, wskazując na drzewo Staroblasku.

      - Nie wiem – szepnął Maurice. – Ale to możliwe. Wiły to obrońcy drzew.

      - Więc dlaczego nie rzuciły się na mnie, tylko na nich? – wybuchnąłem. – Przecież oni nic tu nie zawinili!

      Maurice ze smutkiem wzruszył ramionami i rozłożył ręce.

      - Nie wiem – powtórzył. – Dla nich człowiek to człowiek. Zresztą, nie wiemy, czy akurat to było przyczyną.

      - Przynoszę pecha każdemu miejscu, w które zawitam – wykrztusiłem i poczułem, że wilgotnieją mi oczy. – Zawieźli mnie do Helgen, to spustoszył je smok i legło w ruinie. Polazłem do Akademii, to zginęli oboje przywódcy… Przywiało mnie w miejsce, będące darem bogów, to zbrukała je śmierć… Gdziekolwiek się pojawiam, zostawiam za sobą trupy!

      Gorycz dyktowała mi te słowa. Ale naprawdę wtedy tak właśnie się czułem. Ujrzałem siebie jako iskrę, która powoduje pożary, gdziekolwiek się pojawi. Prawie nie czułem gorącego i silnego uścisku Lydii, która otoczyła mnie z tyłu ramionami i próbowała uspokoić.

      Ale tu odezwała się magia tego miejsca. Po wylaniu zaledwie kilku łez poczułem ulgę i uspokoiłem się trochę. Spojrzałem ze smutkiem na pozostałych.

Sanktuarium Staroblasku

      - Musimy ich pochować – szepnąłem.

      - Zostaw to mnie – odparł Maurice, ściskając moje ramię. – Mam zamiar pozostać tu przez jakiś czas. Zajmę się wszystkim. Jesteś za bardzo wzburzony.

      - Dziękuję ci – odrzekłem cicho, czując ogromną wdzięczność, bowiem czułem, że nie powinienem zostawać tutaj dłużej.

      - To ja dziękuję, że mnie tu zabrałeś – uśmiechnął się Maurice.

      Pożegnanie było proste i niewylewne – dwa szczere uściski rąk. Po czym odwróciliśmy się i ruszyliśmy w stronę wyjścia. Tam, gdzie zaczynał się tunel, przystanęliśmy i odwróciliśmy się jeszcze, by zerknąć na sanktuarium i naszego towarzysza. Pomachał nam ręką, po czym poszedł poszukać grubego kija, aby zacząć smutną uroczystość kopania grobu.

      Zagłębiliśmy się w tunel, prowadzący do wyjścia.

piątek, 14 kwietnia 2017

Rozdział XXX – Zguba Pokrzyw

     Magowie, przy wszystkich swoich zaletach, mają też kilka wad. Jedną z nich jest powszechna i pełzająca już w stronę tradycji, notoryczna niepunktualność. W Akademii rzadko kto przejmował się czasem. Każdy żył tu w swoim własnym, prywatnym świecie. Nawet jeśli z początku zwracał na niego uwagę, postępująca obojętność wobec czasu wkrótce udzielała się i jemu. Bywało, że temu i owemu trzeba było przypomnieć o spotkaniu. Dość, że musiałem trochę poczekać, aż wszyscy się zejdą. A schodzili się niemrawo.

     Choć otaczały mnie same przyjazne mi osoby, czułem straszną tremę. Miałem chyba coś wspólnego z Tuliusem – tak jak on, nie znosiłem przemówień i publicznych wystąpień. Dobrze, że akustyka w Komnacie Żywiołów była znakomita, przynajmniej nie musiałem mówić głośno, bo zapewne nie zdołałbym.

     - Jak wam wszystkim wiadomo – zacząłem niepewnie, - w ostatnich dniach Akademia, za sprawą Ancano, poniosła dwie ciężkie straty. Nie żyje arcymag Savos Aren. Nie żyje również nasza mistrzyni Mirabelle Ervine…

     Głos mi się trochę załamał, gdy wspominałem Mirabelle. Ale zaraz sam siebie przywołałem do porządku. Milczałem przez chwilę, chcąc się uspokoić.

     - Trzeba wybrać nowego arcymaga – powiedziałem w końcu.

     W twarzach kilku najbliższych dostrzegłem wyraz zaskoczenia.

     - Cóż, sądziłem, że to już zrobione – odezwał się Tolfdir. – Czyżbyś miał zamiar nas opuścić? Teraz, gdy zaczynasz robić postępy?

     - Nie – zaprzeczyłem. – Wprawdzie wkrótce muszę wyruszyć z pewna misją, ale na pewno tu wrócę. Chodzi mi o to, że nie czuję się na siłach, aby podjąć się kierowania Akademią.

     - Ale nikt tego od ciebie nie wymaga – odparła Faralda. – Mówiąc między nami, arcymag to zaszczytny tytuł i przedstawiciel Akademii na zewnątrz, ale niewiele więcej.

     - Akademią i tak kieruje Rada – poparł ją Tolfdir. – Stanowisko arcymaga istnieje tylko na wypadek nieprzewidzianego zdarzenia, gdy trzeba podejmować szybkie decyzje. Albo gdy trzeba przyjąć szanownego gościa. I uważam, że jesteś najodpowiedniejszą tu osobą. My już trochę zgrzybieliśmy w tych murach i straciliśmy kontakt ze światem zewnętrznym.

Tolfdir - jeden z najbardziej szanowanych czarodziejów w historii Akademii w Zimowej Twierdzy

     - Arcymagiem powinien zostać ktoś, kto zna się na magii – odparłem pewnym głosem. – Sam tytuł to sugeruje. Ja jestem tylko studentem, a moje zdolności wciąż są mizerne, nawet jeśli porównamy je tylko do umiejętności moich kolegów studentów. Poza tym, jestem za młody.

     Tolfdir pokręcił głową.

     - Od magii masz nas – odrzekł. – Ty, pomimo młodego wieku, masz więcej doświadczenia życiowego, niż my wszyscy, którzy od lat żyjemy w tych murach. Ty znasz świat, znasz ludzi i, co nie jest bez znaczenia, potrafisz walczyć nie tylko magią. Bywają sytuacje, gdy magia zawodzi i wtedy pozostają miecz i łuk.

     - A wiemy, że potrafisz się tym posługiwać, legacie – dodał Arniel, uśmiechając się. – Niektórzy z nas to widzieli!

     - Legacie? – Faralda spojrzała na niego zdziwiona.

     - Jest legatem Cesarskiego Legionu – wyjaśnił. – Nie wiedziałaś? No cóż, nie chwali się tym. Wiem o tym od jarla Kraldara. Spotkałem się z nim po tej historii z Magicznymi Anomaliami w mieście. Przy okazji, prosił, abyś go odwiedził – zwrócił się do mnie.

Jedyne, zachowane do dnia dzisiejszego zdjęcie Arniela Gane

     Kraldar został jarlem Zimowej Twierdzy po zakończeniu wojny. Wielokrotnie przechodziłem obok jego siedziby, ale jeszcze nie miałem okazji go spotkać. Cóż, zwykle przebiegałem przy niej w pośpiechu, nie mając czasu na złożenie mu swego uszanowania.

     - Legat! – powtórzyła Faralda, z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami, co u Altmerki wyglądało naprawdę groteskowo, jakby oczy zajmowały jej pół twarzy. – Czy to przypadkiem nie jest tak, że stopień legata nadaje sam cesarz?

     - No… Tak… - bąknąłem.

     - Czyli jeszcze do tego jesteś w łaskach u cesarza? – zdziwił się Phinis? – No, to o co chodzi? Jesteś najlepszym kandydatem!

     - Zna osobiście generała Tuliusa – dodał Arniel, wyliczając na palcach. – Jego żona jest krewną jarla Balgruufa Większego. Sprzyja mu jarl Elisif i nawet jarl Maven Czarna-Róża liczy się z nim. Kraldar mówił o nim z niekłamanym podziwem.

     Przerwał na chwilę i powiódł wzrokiem po pozostałych.

     - Może to brzmi, jak polityka, ale gdyby ktoś tak ustosunkowany stanął na czele Akademii, może Thalmor przestałby się wtrącać w nasze sprawy. Wszyscy na tym skorzystamy. Trzeba myśleć realnie.

     - Jest Smoczym Dziecięciem – dodał nieśmiało Onmund. – Wybrańcem bogów.

     - O, właśnie – Arniel klasnął w ręce. – Czego więcej trzeba?

     - Nie zdołam nikomu przekazać tej umiejętności – odparłem. – Jest tutaj bezużyteczna.

     - Nie powiedziałbym – mruknął J’zargo, odruchowo dotykając miejsca, w którym niegdyś przypaliłem mu futro i wywołując uśmiechy na twarzach Tolfdira, Onmunda i Brelyny.

Brelyna Maryon, jeszcze jako studentka Akademii. Z tyłu widać Tolfdira w jego ulubionym fotelu

     - Przede wszystkim, jest dobrym i uczciwym człowiekiem – odezwał się Tolfdir. – Zdolnym do poświęceń, odważnym i sprawiedliwym.

     Szum aprobaty przeszedł po sali.

     - No i fakt, Thalmor nie powinien przysyłać tu swoich agentów – mruknęła Nirya. – Jeszcze jeden występ jakiegoś drugiego Ancano i już po Akademii.

     - Tym mogę się zająć – odrzekłem. – Mogę wysłać do Elenven list, w którym opiszę jego niecne uczynki. Niezręcznie będzie jej zaprzeczyć faktom. Myślę, że mnie pamięta. To powinno ją powstrzymać od przysyłania tu szpiegów, przynajmniej na jakiś czas.

     - Czyli znasz jeszcze Pierwszą Emisariuszkę? – Nirya wbiła we mnie kpiący wzrok, po czym wzruszyła ramionami. – Tracimy czas, jesteś arcymagiem i już! Kogo innego mielibyśmy wybrać?

     - Uważam, że powinien nim zostać Tolfdir – odrzekłem z mocą. – Ma nie tylko umiejętności, ale przede wszystkim autorytet. I nikt, choćby nie wiem jak chciał, nie może powiedzieć o nim złego słowa.

     Tolfdir uśmiechnął się tylko.

     - Jestem za stary – odrzekł łagodnie. – Tu trzeba kogoś młodszego, energicznego, kogoś, kto wprowadzi nas w nowe czasy i skontaktuje ze światem poza murami Akademii. Ja już żyję latami przeszłymi i wspomnieniami. Ale zawsze służę ci radą, jeśli tylko będziesz tego potrzebował.

     Niedobrze… Wyglądało, że nie uda mi się wykręcić od tego kłopotliwego stanowiska. Spróbowałem jeszcze jednego argumentu.

     - Ale ja nie mogę tu zostać! Dużo podróżuję, a po skończeniu nauki wybieram się na długą wyprawę na Solstheim! Nie planuję kariery maga.

     - Oj, damy sobie radę – prychnął Enthir. – Tu każdy wie, co ma robić. Zresztą, pewnie zauważyłeś, że oprócz paru zasad, których wszyscy przestrzegają, nie ma tu zbyt wielu zakazów i panuje dość swobodne podejście do obowiązków. To właśnie największy sekret Akademii – jak najmniej sztywnych reguł. Dzięki temu, każdy czuje się tu dobrze…

Enthir. W czasach Wulfhere'a był jedynym członkiem Akademii z plemienia Bosmerów (Leśnych Elfów)

     - Komnata arcymaga zawsze będzie na ciebie czekać – zapewnił mnie Tolfdir. – Dopóki starczy mi sił, mogę zająć się Akademią pod twoją nieobecność. Z pewnością parę osób tutaj pomoże mi w tym. Ale arcymagiem musisz zostać ty.

     - Tak też stwierdzili Psijicowie – dodała Faralda. – A oni się pod tym względem nie mylą.

     - A że dużo podróżujesz – Phinis podniósł w górę palec, - to i dobrze. Sam widzisz, że możesz się pochwalić znajomościami, jakich nie ma żaden z nas.

     Ze zdziwieniem stwierdziłem, że choć byłem osobą najbardziej zainteresowaną tą sprawą, najmniej mam w niej do powiedzenia. Rada szybko i niemal jednogłośnie, dokładnie przy jednym, konkretnie moim głosie sprzeciwu, wybrała, uchwaliła i właśnie zamierzała się rozejść, pozostawiając mnie z moim kłopotem. Ledwo zdążyłem ich zatrzymać, żeby ich poinformować, że wybieram się do Sierocej Skały.

     - Muszę zdobyć tam pewną zaklętą broń… W zasadzie narzędzie, nie broń… Potrzebne mi to, żeby pomóc świątyni Kynaret w Białej Grani. Jak wiecie, jako może nie zwyczajny, ale w pewnym sensie członek zakonu Siwobrodych, mam w stosunku do Kynaret pewne zobowiązania.

     - Ależ nie musisz tłumaczyć nam się z każdego twojego kroku! – roześmiał się Tolfdir. - Tu każdy ma własne sprawy, nad którymi pracuje i każdy to doskonale rozumie.

     - Po prostu, powiedz, że wyruszasz i to wszystko – dodała Faralda. – Żebyśmy cię potem nie szukali, zaniepokojeni, co się z tobą stało.

     Skapitulowałem. Zostałem arcymagiem Zimowej Twierdzy. Ja arcymagiem! Ciche westchnienie było całym moim komentarzem do tego wydarzenia.

*          *          *

     Kraldar, jarl Zimowej Twierdzy, zrobił na mnie bardzo korzystne wrażenie. Wglądał trochę jak młodsza kopia Tolfdira, tylko nieco tęższy, o posturze wojownika. Trzymał się też prosto i widać było, że pomimo siwizny, iskrzącej mu się gdzieniegdzie na głowie i brodzie, to wciąż człowiek zdrowy i silny fizycznie. Nie znałem go przedtem, a i on znał mnie tylko ze słyszenia. Za to, jak sam twierdził, słyszał o mnie bardzo wiele. Sam sprawiał wrażenie człowieka skromnego i nieprzywykłego do zaszczytów. Z uśmiechem nazywał siebie samego jarlem z przypadku. Z miejsca pogratulował mi godności arcymaga, a ja odwzajemniłem mu się dokładnie tym samym, co usłyszałem przed chwilą od niego – że też jestem arcymagiem z przypadku. Roześmiał się i poczęstował mnie kubkiem przedniego miodu, po czym wyjawił, że poprosił mnie tutaj, aby oficjalnie nadać mi tytuł tana. Ubolewał przy tym, że tak nędzną może mi dać nagrodę za moje zasługi. Zimowa Twierdza bowiem stanowiła opłakany widok. Niemniej, był pełen nadziei.

     - Z pomocą Cesarstwa, Zimowa Twierdza szybko stanie na nogi – zapewniał.

     Sprawiał wrażenie człowieka rozsądnego i sprawiedliwego. Domyślałem się, oczywiście, że przez ten gest chce sobie zapewnić dobre stosunki z Akademią, ale na jego miejscu postąpiłbym tak samo. Tak po prostu należało.

     Sama nominacja przebiegła bez większych ceregieli. Kraldar, podobnie jak ja, nie przepadał za oficjalnymi wystąpieniami. Po prostu, tryknęliśmy się kubkami i ścisnęliśmy sobie dłonie. Po żołniersku, bez zbędnych słów. 

     Potem  wróciłem jeszcze na chwilę do kwatery arcymaga. Tam usiadłem za biurkiem Savosa i z poczuciem, że popełniam coś w rodzaju świętokradztwa, otworzyłem jego szufladę i wyjąłem z niej pióro, kałamarz i biały jak śnieg arkusz papieru.

     Trzy razy pisałem ten list. Niewprawne w pisaniu ręce kowala-wojownika, niezbyt dobrze radziły sobie z piórem. A na dodatek docinki Lydii, mającej akurat atak znakomitego humoru, rozpraszały mnie jeszcze bardziej. Pierwszy, mniej więcej w połowie, ozdobiłem malowniczym kleksem, który odruchowo próbowałem zetrzeć, jeszcze bardziej pogarszając sprawę. Nie pozostało mi nic innego, jak potraktować go jako brudnopis. W drugim zgubiłem jedną literę w samym środku wyrazu. Zresztą i tak uznałem, że w piśmie do Altmerów trzeba bardziej przyłożyć się do kaligrafii. Trzeci w całości zepsułem, gdy zacząłem kombinować ze stylistyką i wyszedł mi taki bohomaz, że aż się zaczerwieniłem, a Lydia schowała twarz w poduszkę i zaczęła irytująco trząść ramionami.

     Czwarty napisała za mnie Nirya. Poprosiłem ją, czerwieniąc się i tłumacząc, że list napisany altmerską kaligrafią, zrobi na pewno lepsze wrażenie na Elenven. Wcale nie była zdziwiona. Zresztą, na jej zwykle chmurnym obliczu trudno było dostrzec emocje. Istotnie, z podziwem śledziłem delikatne ruchy jej ręki, gdy cienko zaostrzonym piórem stawiała jedną po drugiej zgrabne, ozdobne litery. Lepiej też operowała słowem i z wrodzoną elegancją ubierała moje chropawe zdania w barwne wypowiedzi.


     Do Elenven, Pierwszej Emisariuszki Aldmerskiego Dominium w Skyrim.

     Z ogromnym żalem przychodzi mi zawiadomić Panią o śmierci jej współpracownika, thalmorskiego maga, imieniem Ancano. Niestety, z ubolewaniem muszę stwierdzić, iż zginął z własnej winy, dopuszczając się, wbrew woli arcymaga Savosa, niezwykle niebezpiecznego eksperymentu magicznego, mogącego zniszczyć nie tylko Akademię, ale i cały świat. Co więcej, winien też jest śmierci dwojga powszechnie szanowanych w Skyrim magów: arcymaga Savosa Arena oraz jego zastępczyni, Mirabelle Ervine. Przy czym żadnej z tych śmierci nie można uznać za nieszczęśliwy wypadek, jako że były one skutkiem świadomej działalności Ancano.

     W takiej sytuacji liczę na zrozumienie, iż wzrost antythalmorskich nastrojów, nie tylko w Akademii, ale i w całej Zimowej Twierdzy, jest naturalną konsekwencją czynu Ancano. Sytuacja ta sprawia, iż nie widzę w tej chwili możliwości przyjęcia pod dach Akademii żadnego doradcy z ramienia Thalmoru.

     Przesyłam serdeczne pozdrowienia, licząc, że tak wypróbowany przyjaciel Cesarstwa pochyli się ze zrozumieniem nad trudną i delikatną sytuacją, w jakiej mimo woli znalazła się Akademia.

     W nadziei, że z czasem emocje opadną i stosunki między nami ulegną poprawie,

     Wulfhere, zwany Dovahkiinem

     Arcymag Akademii w Zimowej Twierdzy, tan Białej Grani i Zimowej Twierdzy, legat Cesarskiego Legionu.


     Wcale nie jestem aż tak zarozumiały. To Nirya nalegała, żeby wymienić te tytuły, a Lydia w pełni ją poparła. Ich zdaniem, znaczyły one, że teraz już jestem ważną figurą, z którą, chcąc nie chcąc, nawet Elenven musi się liczyć. Rosły więc szanse na to, że Akademia ma na razie Thalmorczyków z głowy. Poza tym, liczyłem na to, że listy gończe, jakie Thalmor wysłał za mną, zostaną odwołane, choć moim zdaniem to nie Elenven była tą, która je rozesłała.

     Podpisałem ten list i przyłożyłem pieczęć Akademii – znak Słonecznego Oka. Nirya obiecała wysłać go najbliższym kurierem. Choć to zaskakujące, bardzo polubiłem tę z pozoru nietowarzyską i niesympatyczną Altmerkę, trzymającą się zwykle na uboczu. Choć posępna, nieufna  i zamknięta w sobie, przy bliższym poznaniu bardzo zyskiwała. Przede wszystkim ceniłem jej nieskazitelną uczciwość i bezwzględną lojalność wobec wszystkich bez wyjątku członków Akademii, nawet tych, za którymi nie przepadała.

     A my w dwójkę, nazajutrz, krótko przed świtem, jak mieliśmy w zwyczaju, włożyliśmy nasze zbroje, przytroczyliśmy podróżne torby, chwyciliśmy broń i ciepło uśmiechnąwszy się do siebie nawzajem, wyruszyliśmy na południe.

     Długa to była droga. Noc już zapadła, gdy dotarliśmy do Wichrowego Tronu. Długo tam miejsca nie zagrzaliśmy. Rankiem trzeba było wyruszyć w dalszą drogę. Tym razem trwało to jeszcze dłużej, bowiem musieliśmy dojść aż do Pękniny, gdzie dotarliśmy dobrze po północy, solidnie zmęczeni, jako że energicznie wyciągaliśmy nogi. Ale z przyjemnością otworzyliśmy drzwi do własnego domku. To był naprawdę dobry zakup! Postanowiliśmy, że jeśli fundusze nam pozwolą, a wszystko na to wskazywało, kupimy sobie dom w każdym mieście, jeśli tylko jarlowie nam pozwolą.

     Tym razem spaliśmy do południa – tak byliśmy zmęczeni. Ale i tak nie zamierzaliśmy wyruszać dziś. Wspólnie przesunęliśmy to na jutrzejszy ranek, a resztę dnia spędziliśmy na odpoczynku. A że dzień był pogodny, przyjemnie siedziało się na werandzie nad jeziorem, przy kubku wina i talerzu z serami, gawędząc z Mjoll, i Aerinem, którzy spotkawszy nas na ulicy, przyszli nas odwiedzić.

     Do Ivarstead doszliśmy jeszcze za dnia i spędziliśmy kolejny miły wieczór, między przyjaciółmi. I następnego ranka znów w drogę, przez Wielką Przełęcz, w kierunku ruin Helgen. Maszerowaliśmy dziarsko, toteż wczesnym popołudniem byliśmy już w pobliżu Sierocej Skały.

     Miejsce to znajdowało się w lesie, w małej kotlince, z trzech stron otoczonej górami. Przy jednym z brzegów kotliny wznosiła się pionowa, niezbyt wysoka skała, na szczycie której urządzono sanktuarium jakiegoś wstrętnego kultu, któremu oddawały się wiedźmy. Z miejsca, w którym staliśmy, nie było ono jednak widoczne. I żadne z nas nie wiedziało, dlaczego tę skałę nazwano „sierocą”.

     Cała okolica zdawała się być dziwnie opustoszała. Nawet zwierząt tu nie było. Wiadomo, nikt nie chce znaleźć się w pobliżu wiedźm. Zwierzyna, sobie tylko wiadomym sposobem, również wyczuwała niebezpieczeństwo i omijała to miejsce z daleka. Dlatego wydało się nam ono martwe. Ale to tylko złudzenie. Okazało się bowiem, że owych staruch, parających się czarną magią, było tam w tej chwili aż pięć. I wcale nie one były, jak się później okazało, najgroźniejszym przeciwnikiem.

     Najbliższą zlokalizowałem, przy pomocy Krzyku. Wolałem w ten sposób, bowiem używając zaklęcia, wywołałbym zakłócenia w przepływie magii, co biegłe w tej dziedzinie wiedźmy mogłyby łatwo wyczuć.

     - Laas!

     Szept Aury ukazał mi purpurową postać, zbierającą zioła w gęstym podszyciu. Było dość daleko, ale elfie strzały donosiły znacznie dalej. Z głuchym westchnieniem zwaliła się na zieloną ściółkę, zajmując się płomieniem od Łuku Pożogi. Ostrożnie podeszliśmy do niej, uważnie rozglądając się wokół.

     Na pierwszy rzut oka wydawała się stara i pomarszczona, ale gdy przyjrzeliśmy się bliżej, ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że nie ma więcej niż czterdzieści lat. Była bowiem przeraźliwie chuda i wydawała się wyniszczona, jakby przez wiele lat była pod wpływem silnych narkotyków. Czarna szata nekromantki wibrowała delikatną magią, wspomagającą manę.

     - Paskudne babsko – mruknęła Lydia. – Ciekawe, czy one wszystkie takie są.

     Mieliśmy się przekonać już niedługo. Ostrożnie ruszyliśmy dalej. Po prawej stronie, na wzgórzu graniczącym z Sierocą Skałą, znajdował się naturalny taras z łagodnym wejściem z obu stron. Z tego tarasu przerzucono gruby, dębowy pień na szczyt skały, aby pełnił on rolę prowizorycznego mostu. Krzyknąłem po raz drugi. Zaświeciło mi się w oczach kilka postaci.

     - Po prawej stronie są dwie, przy wejściu na taras – szepnąłem. – Z tamtej strony dwie następne. Jedna po drugiej stronie tarasu, druga trochę dalej, na lewo, na wysokości tego ostrego szczytu. I jeszcze jedna na samej skale.

     - Rozdzielmy się – odpowiedziała szeptem. – Pójdę w lewo i zajmę się tymi dalszymi. Zajdziemy je z obu stron.

     Skinąłem głową. To był dobry plan.

     - Daj mi chwilę na dotarcie do celu – szepnęła jeszcze, zanim bezszelestnie znikła między krzewami.

     Przez chwilę martwiłem się, że zabłądzi w tej gęstwinie, albo że nie zauważy wiedźmy. Ale zaraz sam stwierdziłem, że moje obawy są płonne. Sieroca Skała, górująca nad otoczeniem, stanowiła niezawodny punkt odniesienia.

     Cicho ruszyłem w prawo, w stronę wzgórza i stanąłem, przyklejając się do skalnej ściany. Stąd widziałem wyraźnie obie wiedźmy. Jedna siedziała przy ognisku, druga stała nieruchomo przy namiocie, rozpiętym przy przejściu. Policzyłem w myślach do pięćdziesięciu. Tyle powinno wystarczyć Lydii, żeby dojść na wybrane stanowisko. I rzeczywiście, zanim jeszcze napiąłem łuk, ujrzałem ledwo dostrzegalny płomyk, gdy moja żona trafiła jedną z wiedźm po drugiej stronie. Teraz moja kolej.

     Najpierw wziąłem na cel siedzącą przy ognisku. Tamta druga była odwrócona do niej tyłem i istniała szansa, że niczego nie zauważy. Udało mi się połowicznie. Wiedźma osunęła się na ziemię z cichym jękiem, ale druga powoli odwróciła się w jej stronę. Przez krótką chwilę wpatrywała się w swą towarzyszkę, zapewne zdziwiona, że ta zajęła się płomieniem. Nagle jednak musiała zrozumieć, bo szybko i energicznie zgarbiła się i rozejrzała wokół, jednocześnie przywołując zaklęcie ochronne.

     Za późno. Jeszcze zanim magiczna bariera zamknęła się wokół niej, dosięgła ją moja strzała. Padła na ziemię z głośnym łomotem, który w tej ciszy musiał być słyszany z daleka. Znieruchomiałem. I wtedy usłyszałem cichy krzyk po tamtej stronie. Cichy i zduszony, który zamarł po chwili. Zapewne Lydia ustrzeliła drugą przeciwniczkę. Ale niestety, musiał on zostać usłyszany przez tę, która znajdowała się na skale.

     I nie omyliłem się. Nagle, ze szczytu skały, pomknęła ku wzgórzom ognista kula i to o niesamowitej sile rażenia. Usłyszałem zduszony jęk i z przerażeniem poznałem głos swojej żony. Nie ma czasu do stracenia!

     - Laas! – krzyknąłem biegnąc ku tarasowi.

     Postać, jaka zaświeciła mi przed oczami, zdawała się być większa od wiedźm. Przez chwilę widziałem jej zgarbioną sylwetkę i nienaturalne długie ręce. Strzeliłem poprzez gałęzie w gasnącą postać. Widziałem jeszcze, że zachwiała się gdy ją trafiłem. Ujrzałem płomyk, gdy przeskoczył na nią magiczny ładunek. Ale postać była o wiele bardziej żywotna niż te wyniszczone przez toksyczne substancje czarownice. Wciąż trzymała się na nogach. Następną strzałę posłałem na oślep, w miejsce, w którym przed chwilą stała. Zdążyłem jednak oberwać kulą ognia, aż rzuciło mną o skałę. Nie wiedziałem, czy moja druga strzała trafiła. Nie mogłem za szybko użyć Krzyku, więc czym prędzej przywołałem Wykrycie Życia. Postać, skulona, jakby w agonii, zamajaczyła mi pomiędzy zaroślami. Więc chyba trafiłem choć wiedźma wciąż żyła, co zdziwiło mnie niepomiernie. Jednocześnie, kątem oka ujrzałem inną, dalszą, jarzącą się błękitnym światłem. To Lydia…

     Strzeliłem na oślep. Zupełnie na oślep. Usłyszałem ciche westchnienie, jakby z kogoś uszło powietrze. Zaklęcie… Nic. Wiedźma zginęła.

     - Gdzie jesteś? – krzyknąłem. – Już po wszystkim!

     - Tutaj – odparła Lydia, zbolałym głosem.

     Popędziłem w kierunku, z którego dobiegł, przeskakując ciała wiedźm i dopadłem ją po krótkiej chwili. Jej pancerz był osmalony, a na twarzy widać było bolesny grymas.

     - Ale mnie starucha przypiekła – jęknęła, trzymając się za brzuch i próbując się uśmiechnąć.

     Uzdrawiający Dotyk sam zajarzył mi się w dłoni. Posłałem jej jedną porcję magii Przywracania, potem drugą i trzecią, aż machnęła ręką, dając do zrozumienia, że nic już jej nie jest.

     - Już dobrze – mruknęła. – Nie trać magii. Tylko wyściółka mi się trochę przypaliła. Czujesz?

     Rzeczywiście, czułem swąd przypalonego futerka, którym wyściełana był jej kirys. Drobiazg, wymieni się. Ze dwie godziny roboty, nie więcej.

     Przyjrzeliśmy się padłym wiedźmom. Wszystkie były niezwykle do siebie podobne. Jednakowo chude i pomarszczone, jak staruszki, ale wcale nie tak stare, jakby się wydawało. I wszystkie miały na sobie workowate, czarne suknie, nie pierwszej świeżości.

     - Jadły pewnie jakieś prochy i od tego tak wyglądają – mruknąłem.

     - I to od długiego czasu – przytaknęła Lydia. – Chodźmy poszukać tego sztyletu.

     W namiocie stała zamknięta skrzynia. Zapewne któraś z czarownic miała do niej klucz, ale za bardzo się nimi brzydziłem, by je obmacywać. Otworzyłem ją wytrychem. Rzadko który zamek mógł mi się oprzeć. W Gildii Złodziei pewnie zrobiłbym karierę jako nauczyciel.

     W skrzyni znaleźliśmy jednak tylko kilkanaście septimów, leżących luzem i kilkadziesiąt buteleczek z jakimś specyfikiem, zapachem przypominającym trochę skoomę, ale bardziej ostrym i zdecydowanie nieprzyjemnym.

     - Tym się pewnie faszerowały – mruknąłem, wrzucając butelkę z powrotem. – Nawet nie chcę wiedzieć, co to takiego.

     - Na pewno zawiera księżycowy cukier – odparła Lydia. – Ale musi nieźle niszczyć zdrowie, skoro one wszystkie wyglądają jak staruszki.

     Zatrzasnąłem skrzynię i rozejrzałem się wokół. Ruszyłem w stronę pnia, pełniącego rolę mostu i po kilku niepewnych krokach znalazłem się nad przepastnym rowem. W dole ujrzałem kilka nieruchomych ciał.

     - Pewnie ktoś tu skręcił sobie kark – odezwałem się, wskazując w dół. – Lepiej się tu nie zatrzymywać.
Przeszedłem na drugą stronę. Tu stał solidny szałas ze skór i gałęzi, a obok jakiś ołtarz, na którym leżała martwa wiła.

Sieroca skała

     Wiły to tajemnicze stworzenia, strzegące leśnych ostępów. Nikt nie wiedział, ani skąd się wzięły, ani czym w rzeczywistości są. Kto jednak naruszył ich terytorium, mógł spodziewać się kłopotów, bowiem nie tolerowały one intruzów w miejscach dla ludzi nie przeznaczonych. A że władały magią, niejeden śmiałek znalazł swą zgubę za ich sprawą.

     Sylwetką przypominały trochę atronacha ognia, ale bez jego wdzięku. Wyglądały, jakby wykonane były z drewna, a ściślej – jakby same z niego wyrosły. Ich kończyny przypominały splątane korzenie, albo gałęzie. Różniły się też między sobą tak, jak różnią się drzewa tego samego gatunku. Bywało, że wyrastało na nich nawet po kilka liści, aczkolwiek nie przypominały one żadnego znanego mi gatunku.

     Wiły nie były dla mnie nowością. Jeszcze w Cyrodiil Eanor pokazywał mi je na obrazkach, twierdząc, że w Valenwood, skąd wywodzą się Bosmerowie, jest ich pełno. W Cyrodiil były rzadkością, ale Eanorowi udało się jedną znaleźć w lesie, niedaleko mojej wioski.

     - Ściśle mówiąc, to ona znalazła mnie – śmiał się. – Gdybym nie umiał strzelać, pewnie byłaby to moja ostatnia przygoda.

     Opowiadał mi, jak wiła zaatakowała go w leśnych ostępach. W pewnym momencie zrobiła się zielona, a potem znikła, jednak czuły słuch leśnego elfa nie tak łatwo oszukać. Usłyszał, jak niewidzialna postać zbliża się ku niemu, by zabić zuchwalca, za wtargnięcie na jej teren. Na oślep wtedy strzelił, uskoczył i strzelił jeszcze raz. Wiła stała się widoczna i zatoczyła się nieprzytomnie, ale nie poniechała ataku. Dopiero trzecia strzała ją zabiła.

     - Moje plemię nie walczy z wiłami – powiedział, wskazując na drewnianą postać, stojącą na postumencie w jego chatce, którą oczywiście była ubita wiła. – Unika ich i szanuje ich terytoria. One wiele dobrego robią dla lasu. Nie są zresztą agresywne w stosunku do nas. Ale skoro ta mnie zaatakowała, to co miałem zrobić?

     Pamiętam, jak z podziwem oglądałem martwą, zasuszoną postać, nie dowierzając, że to stworzenie mogło być kiedyś żywe i poruszać się o własnych siłach. Wyglądało jak zeschnięty kawałek drewna i było równie lekkie.

     Wiła, której ciało rozpostarto na stole, nie żyła już od dłuższego czasu. Straciła zielone zabarwienie. Pewnym więc było, że to nie ona posłała Lydii ognistą kulę. Ale kto to zrobił? Rozglądałem się po zaroślach, w poszukiwaniu ciała wiedźmy. Lydia robiła to samo z drugiej strony szałasu.

     - Och – powiedziała nagle. – Nic dziwnego, że mi tak dopiekła.

     Poszedłem w jej stronę i rzuciłem okiem na ciemną postać, leżącą w krzakach. Aż mnie groza wzięła.

     - Wiedźmokruk!

     W istocie, był to wiedźmokruk, jedno z najohydniejszych stworzeń tego świata. Nic dziwnego, że ognista kula, jaką poczęstowała moją żonę, niemal zbiła ja z nóg. Wiedźmokruki były znacznie potężniejsze od zwykłych czarownic. Szczęście, że stwór nie wyczuł nas wcześniej, bo mielibyśmy z nim niezłą przeprawę. Żadne z nas nie miało ochoty dotykać tego stworzenia, ale trzeba było przecież poszukać Zguby Pokrzyw. Na szczęście, nie trzeba było długo szukać, bowiem stwór leżał twarzą do ziemi, a sztylet miał przypięty nieco z tyłu. Łatwo można było go wyciągnąć.

     Ebonowy sztylet jarzył się nieznanym mi zaklęciem, o zielonej poświacie. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że wcale nie jest tak ostry, jak się spodziewałem. Zapewne rany na korze drzewa powodowało zaklęcie, a nie samo ostrze. Zresztą, powiązania magiczne to bardzo skomplikowana sprawa. Mogło to wynikać z więzów Przeznaczenia, albo wręcz z tradycji, jeśli tylko ta trwała wystarczająco długo. Tu wszystko było w jakimś stopniu nasycone magią.

Zguba Pokrzyw - wyeksponowana w posiadłości Miodowe Zbocze w Pękninie

     Schowałem sztylet za pas i spojrzałem w górę.

     - Zaczyna zmierzchać – stwierdziłem. – Zostajemy na nocleg?

     - Oszalałeś? – burknęła Lydia. – W legowisku wiedźmokruka?

     - Nic lepszego tu nie znajdziemy – wzruszyłem ramionami. – Niecałą godzinę stąd jest Helgen, ale tam wolałbym nie nocować. Zresztą, na pewno zadomowiła się tam nowa banda.

     - A o kilka godzin stąd leży Rzeczna Puszcza – odparła, ruszając ku mostowi. – Zanim uporamy się z bandą, będziemy na miejscu. Tych parę godzin możemy maszerować w nocy.

     Miała rację. Zwłaszcza, że noc zapowiadała się pogodna i księżycowa. Poszedłem za nią. Zeszliśmy z tarasu. Na chwilę poszedłem tylko do skalnej szpary, dzielącej Sierocą Skałę od tarasu na wzgórzu. Była to naturalna formacja, a obie części tak do siebie pasowały, że nie miałem wątpliwości, iż kiedyś stanowiły całość. Najwyraźniej, nastąpiło tu jakieś pęknięcie góry i Sieroca Skała odsunęła się o kilka kroków, jednocześnie lekko opadając.

     Dobrze, że miałem zbroję i solidne buty, opancerzone elfią blachą. Jak jakiś nowicjusz wlazłem w żelazne sidła, które z głuchym dźwiękiem zatrzasnęły się na mojej łydce. Zwykle mi się to nie zdarzało.

     - Nic ci nie jest? – spytała Lydia.

     - Mnie nic – mruknąłem, zły sam na siebie. – Ale nie wiem, jak mam się teraz ruszyć. To chyba pułapka na niedźwiedzie.

     Próbowałem rozsunąć zębate żelazo rękami, ale nie dałem rady. Dopiero przy pomocy Lydii i kawałka drewna, przyciętego naprędce w klin, udało się rozsunąć zęby na tyle, że jakoś wyciągnąłem nieszczęsną nogę z pułapki.

     - But do naprawy – mruknąłem, przesunąwszy dłonią po wgłębieniach w opancerzeniu. – Dobrze, że nie popękało.

     - Czeka na pewnie dłuższy postój w Białej Grani – odparła Lydia. – Wiesz, wcale mnie to nie martwi…

     Roześmialiśmy się oboje.

     Chciałem zbadać jeszcze ciała, leżące pod pniem-mostem, ale machnąłem ręką. I tak nie mogłem im już pomóc. Złapaliśmy się za ręce i ruszyliśmy w kierunku Helgen, mając jednak zamiar ominąć je łukiem. Niezbyt szerokim, bo skały nie pozwalały, ale w każdym razie, nie mieliśmy chęci wchodzić za mury miasta. Pod ogrodzeniem znajdował się wąski przesmyk, który postanowiliśmy wykorzystać i przemknąć niepostrzeżenie. Z naszymi umiejętnościami skradania się, było to łatwe zadanie. Ruszyliśmy dziarsko w gęstniejący mrok, snując marzenia, co też zjemy sobie na kolację w gospodzie „Pod śpiącym gigantem”.

     I tylko na chwilę posmutnieliśmy, przypomniawszy sobie, kto był do niedawna jej właścicielem. Ech, Delphine, jak możesz tak odwracać się od swoich przyjaciół? Oboje za nią tęskniliśmy.

piątek, 7 kwietnia 2017

Rozdział XXIX – Potęga Oka

     Do fortu dotarliśmy późną nocą, ledwo powłócząc nogami. Chyba trochę przeceniliśmy swoje siły. Jakby nie patrzeć, nasza wyprawa nie była przecież wycieczką, tylko męczącą ekspedycją, w której często trzeba było chwytać za broń. Żadne z nas nie miało siły się umyć. Jeść trochę nam się chciało, ale na widok równo, po wojskowemu zasłanego łóżka, zrezygnowaliśmy z kolacji. Komendant, znajomy oficer, z którym niegdyś wspólnie walczyliśmy o Fort Amol, chętnie udzielił nam kwater. Zwaliliśmy się tam na łóżka jak podcięte kłody, ledwo zdjąwszy z siebie zbroje. Przez to wszystko zapomniałem mu powiedzieć, żeby zbudził nas o świcie. Spaliśmy naprawdę kamiennym snem – tak bardzo byliśmy zmęczeni. Oczy otworzyłem dopiero wtedy, gdy słońce wyjrzało zza góry i zaświeciło nam w okno.

     Ale nawet wtedy nie miałem siły zerwać się z łóżka. Jest taka granica zmęczenia, kiedy człowiek obojętnieje na wszystko. Zwlokłem się z barłogu powoli, angażując całą siłę swej mizernej  woli. Wzdychając ze współczucia, zbudziłem Lydię, choć zwykle to ona budziła się przede mną. Wstaliśmy niemrawo i smętnym krokiem udaliśmy się na dziedziniec, w stronę studni, żeby się trochę obmyć.
     
     Zimna woda orzeźwiła nas nieco, aczkolwiek nie na tyle, by w jakimś znaczącym stopniu dodać nam energii. Poczuliśmy głód, ale uznaliśmy, że już dość cennego czasu przespaliśmy. Nie chcieliśmy go marnować jeszcze na śniadanie. W gospodzie zaopatrzyliśmy się tylko w suchy prowiant do zjedzenia po drodze. Całe szczęście, że mieliśmy konie z Fortu Kastav. Nie wyobrażałem sobie odbyć tej drogi pieszo, choć i jazda konna nie należała przecież do najwygodniejszych. Zawsze potem strasznie bolały mnie nogi i siedzenie.

     Konie stały sobie spokojnie w stajni, przeżuwając podrzucone im przez legionistów wiązki siana. Były to spokojne zwierzęta, więc żaden z nich nie protestował, czy zaczęliśmy je siodłać. Ruszyliśmy w drogę późnym rankiem, przygryzając suchary i kawałki sera i popijając wodą z manierek. Sądziłem, że to dobry pomysł, ale przekonałem się, że trzeba jednak było zostać na śniadaniu. Na koniu tak trzęsie, że zjedzenie czegokolwiek w kulbace graniczy z cudem. Raz, czy dwa razy ugryzłem się w język. Udało mi się co nieco przełknąć, ale zdecydowałem, że już nigdy nie będę jadł w siodle. Zapewne wytrawny jeździec potrafi nawet spać w siodle. Ja jednak do takich nie należałem. Lydia również niezbyt dobrze czuła się na końskim grzbiecie. Była huskarlem i ufała raczej własnym nogom, niż zwierzęcym. Nigdy się jednak nie skarżyła i nie zrobiła tego również tym razem.

     Było już na tyle późno, że nawet konno nie dało się dotrzeć do Fortu Kastav za dnia. Zwłaszcza, że owe krępe i nieduże konie, hodowane w Skyrim nie należą do specjalnie rączych. Są silne, odporne na mrozy, dobrze łażą po górach i nie są wybredne, jeśli chodzi o karmę, ale przy tych wszystkich zaletach mają też wadę – nie potrafią szybko biegać. Powolny trucht to ich prędkość podróżna, a w bardziej rączy galop potrafią przejść tylko na krótkich odcinkach.  Inna sprawa, że równych terenów, odpowiednich do galopu, w Skyrim nie było zbyt wiele. Ponadto, zauważyłem, że wycie wilków bardzo pomaga koniom w przyspieszaniu. Im bliższe, tym więcej sił potrafiły z siebie wykrzesać. Jeszcze skuteczniejszy był ryk niedźwiedzia. Ale ów galop trwał zwykle tylko na tyle długo, aż koń zdołał oddalić się na bezpieczną odległość. Cóż, częściej używa się ich tutaj do chomąta, niż pod wierzch.

     Dotarliśmy późnym wieczorem, a raczej wczesną nocą, gdy dowódca warty właśnie rozprowadzał nocny ront. Był to jakiś nowy podoficer, którego nie znałem przedtem. Jego również zaskoczył widok dwu postaci w złocistych, elfich zbrojach, dosiadających koni, które rozpoznał od razu jako tutejsze. Znaliśmy za to komendanta i kilku innych legionistów, więc nie było problemu ani z kolacją, ani z noclegiem.

     Do Akademii wyruszyliśmy z samego rana, bez żadnych opóźnień. Tym razem zdecydowaliśmy się na pieszą wędrówkę, bo nie było bardzo daleko i nie bardzo było potem co zrobić z końmi. Tak naprawdę jednak, po prostu szukaliśmy pretekstu, aby iść pieszo, bo aż tak bolały nas siedzenia. Pogoda była jak złoto – słonecznie, choć mroźno, ale za to wiatr ustał zupełnie. Maszerowaliśmy więc w doskonałych nastrojach. Na miejsce dotarliśmy jeszcze przed południem. Ale w chwili, w której wkroczyliśmy na most, nasz dobry nastrój prysł. Ogarnęły mnie złe przeczucia. Pobyt w Akademii nauczył mnie wyczuwać magiczne pole. Odczułem delikatne wibracje jakby wszystko wokół mnie naładowało się magią. Przedtem tego nie było. Coś musiało się stać! Przyspieszyłem kroku. Do magicznej studni wręcz dobiegłem i skierowałem się w górę do następnej, gdy nagle stanąłem jak zamurowany.

     Całą Akademię, aż do mostu, otaczała mglista, wibrująca magią zasłona. Wyglądała, jakby barwny dym owionął cały budynek i uformował się w ogromną kulę. Przypominało to barierę ochronną, jaką Ancano zbudował wokół siebie, gdy opuszczałem Akademię. Czyżby zdołał ją tak rozbudować, że ogarnęła cały gmach? Oblał mnie zimny pot, gdy pomyślałem o uwięzionych wewnątrz magach i studentach.

     Wbiegłem na filar mostu, gdzie stały już trzy osoby, bezsilnie przyglądające się temu widowisku. Poznałem ich z daleka. To Tolfdir, Faralda i Arniel. Tkwili bezradnie na moście, nie wiedząc co robić. Miny mieli naprawdę nietęgie, wszyscy troje. Dopiero, gdy do nich podbiegliśmy, trochę się rozjaśnili, a w ich oczach dojrzałem nadzieję.

     Musieli stać tu już od jakiegoś czasu, bowiem właściwa im energia, ustąpiła miejsca apatii. Jedynie Tolfdir trzymał się jako tako. Zauważyłem, że pod pachą miał szare zawiniątko, w którym rozpoznałem szatę arcymaga. Czyżby to jego wybrano na następcę Savosa? Szczerze mówiąc, wcale by mnie to nie zdziwiło i sam byłem gotów przyklasnąć temu pomysłowi, chociaż spodziewałem się raczej, że ten zaszczyt przypadnie Mirabelle.

     Stary mag przywitał nas jako pierwszy.

     - Udało ci się przeżyć – westchnął z ulgą. – Czy to znaczy, że to masz?

     Wyjąłem zza pasa Laskę Magnusa. Wszyscy troje z ciekawością na nią spojrzeli.

     - Miejmy nadzieję, że jest to tak potężne, jak sądzili Psijicowie – szepnął.

     Rozejrzałem się nerwowo.

     - Gdzie jest Mirabelle? – spytałem zaniepokojony.

     Ich reakcja powiedziała mi wszystko, zanim jeszcze zdążyli otworzyć usta. Zapadła grobowa cisza. Arniel opuścił głowę, w oczach Faraldy pojawiły się łzy, Tolfdir, choć próbował trzymać się dzielnie, również nie uchronił się przed wilgotnymi oczyma.

     - Ona… Nie dała rady – rzekł przez ściśnięte gardło. – Gdy stało się jasne, że będziemy musieli uciekać, została z tyłu, by zapewnić, że reszcie nie stanie się krzywda…

     Poczułem jakby krew odpłynęła mi z głowy. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nie… Bogowie, powiedzcie mi, że to nieprawda! Nie Mirabelle! Dlaczego właśnie ona?

     A więc przepadło… Akademia, nawet jeśli jeszcze stoi, straciła nie tylko arcymaga Savosa, ale też mistrzynię Mirabelle. Dwoje najpotężniejszych magów zginęło.

     - Dlaczego jesteś tutaj? – spytałem z trudem, bo słowa nie chciały przejść mi przez gardło.

     - Zobacz – Tolfdir zrezygnowany wskazał na Akademię. – Moc Ancano rośnie. Nie możemy przebić magicznej bariery, za którą się schronił.

     Ancano… Tyle nieszczęść przez jednego Thalmorczyka. Przeklęty Ancano! To on zabił Savosa Arena. To przez niego zginęła Mirabelle. Poczułem, jak krew się we mnie gotuje. Zapłaci za to. Zapłaci za każdą wylaną tu łzę! Osobiście roztrzaskam mu ten wredny uśmieszek, albo sam zginę! Odruchowo zerknąłem na Laskę Magnusa. Nie uszło to uwadze Tolfdira.

     - Mam nadzieję, że twoja wycieczka do Labiryntianu była owocna – rzekł cicho.

     - Chodźmy tam… - szepnąłem.

     - Będę tuż za tobą – zapewnił mnie.

     - Zdziwię się, jeśli ktokolwiek z nas to przeżyje – mruknął Arniel, ale bez wahania ruszył za starcem.

     - Nie powinniśmy byli tego tu przynosić – westchnęła Faralda, ruszając za Arnielem.

     Lydia zamykała pochód. Musieliśmy poruszać się gęsiego, bowiem most był bardzo wąski. Zaraz przy jego końcu zaczynała się magiczna bariera. Dotknąłem jej ostrożnie. Nie poraziła mnie błyskawica, ani mróz. Bariera lekko ugięła się pod naciskiem ręki, ale przebić jej się nie dało. Spróbowałem mieczem – odskoczył, jakbym uderzył kawałkiem drewna w kamień. Skierowałem więc na nią kostur. Poczułem mrowienie pod brzuchem. Przy pomocy oddechu przesunąłem je do ramienia, a z ramienia do kostura. Gwałtowny wydech i – z Laski Magnusa trysnął błękitny strumień energii. Rozlał się po magicznej barierze, a potem nagle rozpełzł jak stado mrówek i wydawało się, że zaraz zaniknie, ale tak się nie stało. Zanikła bariera…

     Nadzieja wstąpiła nam do serc. Jednak mimo wszystko, Laska okazała się potężniejsza od mocy Ancano, czerpanej zapewne z Oka Magnusa. Krótka chwila wahania i… Wbiegliśmy na dziedziniec. Tam napotkaliśmy Sergiusa Turrianusa, niezbyt przytomnie kręcącego głową i Niryę, próbującą dźwignąć się na uginające się pod nią nogi. Magiczne pole, wytworzone przez barierę, musiało pozbawić ich przytomności. Byli nie tylko osłabieni, ale i zziębnięci, przeleżawszy bez czucia jakiś czas na śniegu. Pozostałych chyba uwięziło w komnatach mieszkalnych, bo dopiero po chwili ujrzałem Enthira, niepewnym krokiem wychodzącego z Komnaty Osiągnięć, a jego wyraz twarzy mówił aż za wiele. Widząc nas, wszyscy troje podążyli za nami, choć tylko Enthir miał tyle sił, aby nie zostać za nami w tyle. Tamta dwójka dopiero z trudem dochodziła do siebie, racząc się wzajemnie uzdrawiającymi i wzmacniającymi czarami ze Szkoły Przywracania. Do Komnaty Żywiołów wpadłem jak bomba. Ale to, co tam ujrzałem, zmroziło mnie i to pomimo, że spodziewałem się takiego widoku.

     Ancano stał obok Oka Magnusa, z wyrazem euforii na twarzy. Między kulą a jego dłońmi wciąż zachodziła intensywna wymiana energii. Wyglądało to, jakby dostarczała mu ona jakiegoś ekstatycznego przeżycia, powodującego niesamowitą rozkosz i wywołującego zachwyt na jego szpetnej twarzy. Gdy wbiegłem na czele naszego skromnego pochodu, wolno odwrócił się w moją stronę i wykrzywił usta w złośliwym, pełnym pogardy uśmiechu.

     - Przychodzisz po mnie, prawda? – wycedził ostrym głosem. – Myślisz, że nie wiem, co kombinujesz?

     Ciekawe, skąd… Długo nad tym myślał? Tak trudno było zgadnąć, że zamierzam go powstrzymać i to raz na zawsze?

     Nawet nie wiem, jak miecz znalazł się w mojej dłoni. Kostur powędrował do lewej. Odłączyłem się od naszej grupki i z groźną miną podszedłem do niego. Ale on zaśmiał się tylko, a był to śmiech pełen wyższości i zadowolenia.

     - Myślisz, że nie mogę cię zniszczyć? – prychnął. – Mam w swoich rękach moc, mogącą zniszczyć ten cały świat, a ty uważasz,  że można coś z tym uczynić?

     Tolfdir z wściekłością posłał mu Ognisty Pocisk, ale ten nie zrobił mu żadnej krzywdy. Moc Oka chroniła go przed naszą magią.

     - Czary nie działają – jęknął Tolfdir.

     Ancano posłał mu wściekłe spojrzenie i skierował jedną dłoń w stronę grupki magów.

     - Mam już dość twoich żałosnych prób magicznych! – zawołał. – Nie możesz mnie tknąć!

     Przewidując, co chce uczynić, trzasnąłem go mieczem przez głowę, ale ostrze odbiło się od niego, jakby był wykuty z kamienia. Spróbowałem po raz drugi i o mało nie zraniłem sam siebie, gdy głownia znów odbiła się od jego postaci i trafiła  mnie w hełm.

     - Laska! – krzyknął Tolfdir. – Użyj jej na Oku…

     Tu urwał, bowiem Ancano nagłym ruchem posłał mu porcję jakiejś dziwnej magii, która wyglądała jak porcja zielonkawej mgły, ale momentalnie sparaliżowała całą grupę. Wszyscy znieruchomieli, jakby ich zamroziło, a potem wolno poprzewracali się na kamienną posadzkę. Gdybym przedtem nie odłączył się od nich, pewnie podzieliłbym ich los.

     - Dość! – wrzasnął Ancano i posłał mi spojrzenie pełne pogardy. – Wciąż nalegasz? Dobrze… Więc chodź, zobacz co potrafię!

     I nagle Oko otworzyło się. Ciemne płyty, tworzące jego skorupę, poprzesuwały się tak, że między nimi pojawiło się błękitne światło. I wypadł z nich ognik. Taki sam, z jakimi niedawno walczyliśmy w Zimowej Twierdzy. Ale ja nie zważałem na tę Magiczną Anomalię. Zwłaszcza, że na razie mnie nie atakowała, tylko bezładnie snuła się po komnacie. Miałem przed sobą znacznie silniejszego i znacznie bardziej zagrażającego nam wszystkim przeciwnika. Odruchowo spróbowałem jeszcze wbić w niego koniec miecza. Bezskutecznie.

     Ponury uśmiech na jego twarzy przywrócił mi zdolność myślenia. Poszedłem za radą Tolfdira. Skierowałem Laskę Magnusa na Oko i strzeliłem w nie porcją magii. Efekt był. Rozległ się cichy, przytłumiony huk i Oko zamknęło się. Jednocześnie dotarło do mnie, że urwał się strumień energii, jaki płynął od Oka do Ancano.

     Thalmorczyk zerknął zaskoczony na Oko. Wprawdzie jego wzrok natychmiast zhardział, jakby doskonale wiedział, co robić, ale to już była ostatnia rzecz, jaką zrobił w swym życiu. W swoich rachubach nie wziął bowiem pod uwagę mnie. Nigdy przedtem, ani nigdy potem nie czułem do nikogo takiej nienawiści, jak w tamtej chwili do niego. Ogarnęła mnie prawdziwa furia. W ten cios włożyłem wszystkie siły. I całą swoją złość. Za Savosa Arena. Za Mirabelle. Za to, jak potraktował Tolfdira i Quaranira. Za ten jego wredny, drwiący uśmieszek. Za to jego nie wiadomo skąd się biorące przekonanie o własnej wyższości. Za tę nonszalancję, którą bezustannie okazywał wszystkim członkom Akademii. Za podłość, zdradę i wieczną pogardę do wszystkiego, co nie thalmorskie. Za to, że w tej chwili miał pecha znaleźć się przede mną zupełnie bezbronny.

     Nie potrzebowałem wcale użyć aż takiej siły. Ancano nie miał na sobie zbroi. Ale cała moja nienawiść, jaką go obdarzyłem, w tym jednym cięciu znalazła ujście. Widziałem to wszystko, jakby w spowolnionym tempie. Zamach znad głowy… Precyzyjne prowadzenie ostrza prosto w jego czoło… Jego wzrok wciąż skierowany na Oko Magnusa, nie dostrzega zbliżającej się śmierci. Ale nagle pojawia się w jego oczach jakiś cień. Coś jest nie tak! Nie zdążył jednak skierować ich na mnie. Ostra końcówka głowni dosięga jego głowy i bez wysiłku rozcina skórę. Teraz czuję opór i słyszę chrupnięcie czaszki.  Czuję drżenie na rękojeści. A potem miecz zagłębia mu się w mózg…

     Nie wydał nawet jęku, zanim osunął się na ziemię. Nikt po takim ciosie nie zdoła wydać z siebie głosu. Śmierć była natychmiastowa. Nie żył już w chwili, w której nogi ugięły się pod nim, aby jego bezwładne ciało gruchnęło na posadzkę, obryzgując ją krwią. Dysząc, jak po wielkim wysiłku, choć to tylko złość ze mnie uchodziła, patrzyłem na jego martwe ciało bez cienia współczucia. Zamiast niego, zamajaczyły mi przed oczami poważna i życzliwa twarz Savosa i pogodny uśmiech Mirabelle, których już nigdy nie zobaczę. Przez niego!

     Śmierć Ancano przerwała magiczny paraliż pozostałych. Z wysiłkiem dźwignęli się na nogi. Lydia od razu rzuciła się na Magiczną Anomalię, która wciąż krążyła po komnacie, niby wielka, ognista mucha, a o której ja zupełnie zapomniałem. Wspomogli ją Enthir i Tolfdir. Niebezpieczeństwo zostało zażegnane.

     Przez długą chwilę staliśmy wszyscy w milczeniu bez ruchu. W głowie miałem zupełną pustkę. Stałem tak, aż Tolfdir ruszył ku mnie i położył mi dłoń na ramieniu.

     - Wiedziałem, że ci się uda – uśmiechnął się ciepło.

     Nie wiem, skąd czerpał tę pewność. Ja bowiem byłem pewien, że atakując Ancano idę na pewną śmierć. Wiedziałem, że czerpiąc energię z Oka, staje się potężniejszy od nas wszystkich, razem wziętych. Wątpiłem w skuteczność Laski Magnusa. Wydawała mi się mała i słaba w porównaniu do Oka. Na szczęście kostur nie zawiódł. Nie doceniłem też zgubnej siły arogancji. Tak, Thalmorczyka zgubiła jego własna arogancja i pogarda do wszystkich naokoło. W głowie mu się nie mieściło, że ktokolwiek jest w stanie mu zagrozić. Ba, nawet, że ośmieli się to zrobić! Nigdy nie zrozumiałem, skąd u Thalmorczyków tyle pogardy dla pozostałych mieszkańców Tamriel. Z pewnością nie była to cecha właściwa jego rasie. Znałem przecież tak wielu sympatycznych i szlachetnych Altmerów. Dwoje z nich stało zresztą w tej chwili obok mnie…

     Zamyślony podniosłem oczy na starca.

     - Co teraz robimy? – spytałem cicho.

     Podniósł wolno ramiona i lekko potrząsnął głową.

     - Ja… Nie wiem – przyznał z rozbrajającą szczerością. – Ancano zniknął… Ale cokolwiek uczynił Oku, najwyraźniej wciąż to działa.

     Westchnął cicho i rozejrzał się po pozostałych.

     - Nie mam pojęcia, co robić – przyznał.

     Otoczyliśmy Oko Magnusa, przypatrując mu się uważnie. Istotnie, nie trzeba było bystrości, żeby zauważyć, że coś się w nim zmieniło. Do tej pory obracało się majestatycznie, wolno i spokojnie. Teraz wydawało się ożywione i pobudzone. Magiczna wibracja, jaką emanowało, przybrała na sile. Zdawało się pulsować nerwowo, jakby czekało tylko na jakiś impuls, by eksplodować. Coś się z nim stało. I zdając sobie sprawę z jego mocy, wiedziałem, że wcale nie możemy jeszcze czuć się bezpieczni. W każdej chwili mogło się coś wydarzyć i raczej nie byłoby to nic dobrego.

     Zaczęliśmy rzucać półgłosem różne pomysły. Faralda nieśmiało zaproponowała, aby umieścić to z powrotem w Saarthal. Tolfdir jednak nie był przekonany do tego pomysłu. Zdawał sobie sprawę, że pieczęć, chroniąca to miejsce, została przez nas złamana, a nieumarły strażnik zginął. Znów chwila ciszy, zanim Enthir spytał mnie, czy w swoich wędrówkach nie spotkałem jakiegoś miejsca, w którym można by było to umieścić, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Wszystkie wydawały mi się zbyt łatwo dostępne, a przecież chodziło o to, by ukryć to na zawsze. Pomyślałem o Szczurzych Norach, ale tam było zbyt wielu ludzi. Ktoś łatwo mógłby się na nie natknąć. W dodatku, nie widziałem żadnego sposobu, jak przetransportować to niepostrzeżenie do Pękniny. Poza tym, chodziło o to, by Oko umieścić z dala od ludzkich osad. Przeleciałem w myślach wszystkie miejsca, które zdarzyło mi się odwiedzić. Może jakieś dwemerskie podziemia? Pomyślałem o ruinach Nchuand-Zel, ale odrzuciłem to z tego samego powodu, co Szczurze Nory. Może Czarna Przystań by się nadawała? Głęboko pod ziemią… Pusto… Czy rzeczywiście pusto? No niezupełnie, tam przewijają się Falmerowie, a wolałbym nie sprawiać im takiego prezentu… Czarnygłaz? Nie, nie nada się, zbyt łatwo było się do niego dostać. Korvanjund? Może… Ale po tym, jak znaleźliśmy tam koronę, zaroiło się w tych ruinach od badaczy i poszukiwaczy skarbów. Nie miałem żadnego pomysłu. Przyszło mi w końcu do głowy, żeby zapakować to na okręt i utopić w morzu. Ale czy to nie wypłynie? Przecież nawet tutaj skutecznie opierało się grawitacji, lewitując nad ziemią.

     Nasze rozmyślania przerwał niezwykły blask, jaki pojawił się nagle w Komnacie Żywiołów. Nie od razu go zauważyliśmy, wpatrzeni w jasne Oko Magnusa. W pierwszej chwili myśleliśmy nawet, że to ono tak pojaśniało.

     - Co się dzieje? – bąknął Tolfdir, rozglądając się na boki.

     I wtedy między nami pojawił się Quaranir. Nie wiem, skąd. Mnich Psijic pojawił się po prostu znikąd, sobie tylko znanym, magicznym sposobem. Uśmiechnął się na powitanie, a my wszyscy poczuliśmy ulgę. Żywiliśmy bowiem nadzieję, że on podpowie nam co robić.

     Tymczasem Psijic podszedł wolnym krokiem do Oka i przez chwilę obserwował jego zachowanie, po czym odwrócił się w moje stronę.

     - Wiedzieliśmy, że zwyciężysz – odezwał się do mnie ciepło. – Twój tryumf uzasadnia naszą wiarę w ciebie.

     Wcale nie zrobiło mi się od tych słów lżej. Uzmysłowiłem sobie bowiem, że nie udało mi się ocalić ani Savosa, ani Mirabelle. Śmierć tego pierwszego zdążyłem już przeboleć, ale wciąż nie mogłem pogodzić się ze stratą Mirabelle, chyba najmilszej tutaj osoby.

     - Twe czyny dowodzą, że oddanie ci przywództwa w Akademii w Zimowej Twierdzy, jest słusznym wyborem – dodał Quaranir.

     Byłem zbyt zmęczony i przygnębiony myślami o Mirabelle, żeby dotarło do mnie, co on naprawdę powiedział. Na razie mi to umknęło. Zerknąłem na ciało Thalmorczyka i spojrzałem w oczy Quaranirowi.

     - Skąd się wzięła twoja pewność, że pokonam Ancano?

     Zdawałem sobie bowiem sprawę, że moja misja mogła z łatwością skończyć się niepowodzeniem. Tylko kilku szczęśliwym zbiegom okoliczności zawdzięczałem fakt, że w ogóle wyszedłem z niej żywy. 

     Quaranir spojrzał na mnie z wesołymi iskierkami w oczach. Zadziwiające… Był tak podobny do Ancano i jednocześnie tak bardzo się od niego różnił. Wszyscy Altmerowie wydają się ludziom niezwykle do siebie podobni. Wszyscy są wysocy i smukli.  Wszyscy mają złotawą skórę, wąskie, pociągłe twarze o ostrym podbródku i wielkie, skośne oczy. Poza tym, habit zakonnika Psijic przypominała trochę szatę thalmorskiego maga. Obaj zresztą, jakby nie patrzeć, byli potężnymi magami. Ale tu kończyło się ich podobieństwo. Oczy Ancano zawsze rzucały wokół ironiczne spojrzenia, pełne pychy i pogardy dla rodzaju ludzkiego.  Oczy Quaranira przeciwnie – pełne były ciepła, życzliwości i spokojnej, promieniującej wokół mądrości.

     - Widzimy wiele wspaniałych rzeczy, ukrytych przed twoim wzrokiem – zapewnił. – Od dawna wiedzieliśmy, że ci się uda.

     Pokiwałem głową. No tak, jak mogłem zapomnieć, że Quaranir potrafił zatrzymać czas. Skoro umiał zrobić coś takiego, kto wie, może mnisi Psijic mieli możliwość spojrzenia w przyszłość? To by tłumaczyło ich pewność i fakt, że wybrali właśnie mnie. Ale nie śmiałem o to pytać. 

     - Co teraz robimy? – spytałem.

     Quaranir zwrócił twarz ku Oku. Błękitna poświata odbiła się w jego oczach.

     - Oko stało się niestabilne – odrzekł. – Nie może tu pozostać, bo mogłoby zniszczyć Akademię i ten świat. Należy je zabezpieczyć.

     Choć nikt z nas nie miał powodu, aby mu się sprzeciwić, powiódł wzrokiem po nas i tonem, jakby się tłumaczył, oznajmił.

     - Czyny Ancano dowodzą, że ten świat nie jest gotowy na coś takiego. Będziemy go strzec, póki co.

     I nagle, nie wiem skąd, nadszedł Nerien, ten zakonnik, który ukazał mi się najpierw w Saarthal, potem z Mzulft. Za nim kroczył trzeci mnich, którego nie znałem.

     - Masz teraz okazję kontynuować  pracę na Akademii i wieść spokojne życie – uśmiechnął się Quaranir. – Przyjmij naszą wdzięczność, arcymagu.

     Tolfdir rozglądał się zdziwiony i oszołomiony.

     - Psijicowie? – rzekł zdumiony. – Tu i teraz? Co na Talosa…

     Urwał bowiem stało się coś niezwykłego, choć w towarzystwie zakonników Psijic powinniśmy może przywyknąć, że rzeczy niezwykłe stają się normą. Otóż, stanęli oni wokół Oka w równych odstępach i unieśli ramiona w stronę kuli. Przez krótką chwilę nic się nie działo, aż w końcu zarówno Oko jak i mnisi zamienili się w błękitne, zwiewne zjawy, utkane ze światła. Zupełnie jak duchy w Labiryntianie. A po chwili znikli, razem z Okiem Magnusa…

     Patrzyliśmy na to z podziwem, właściwym magom, doceniającym kunszt mistrzów. Na wszystkich twarzach pojawiły się, jeśli nie uśmiechy, to przynajmniej wyraz ulgi, albo zadowolenia. Ja sam czułem ogromną ulgę, że znalazł się ktoś, kto wybawił nas od kłopotu. Nie tylko nas. Akademia na pewno nie wytrzymałaby kolejnej magicznej eksplozji, a już na pewno nie Nordowie w Zimowej Twierdzy. Pytanie tylko, czy po czymś takim ocalałoby cokolwiek w Skyrim, a także, jeśli uwierzyć przechwałkom Ancano, na całym świecie.

     I dopiero, gdy Quaranir zniknął wraz z Okiem Magnusa, dotarło do mnie, co on powiedział. Jak on mnie nazwał? Arcymagiem? Żartował, oczywiście… To zapewne aluzja do tej nietypowej sytuacji, gdy w walce stanąłem na czele naszej grupki. Cóż, to była walka, czyli coś, co umiałem najlepiej, zaraz po polowaniu i machaniu młotem. Teraz wszystko wraca do normy i znów staję się nowicjuszem pośród doświadczonych i szanowanych magów. I znów poczułem ukłucie w sercu na myśl, że nie ma już między nami arcymaga Savosa, ani Mirabelle. Był na szczęście Tolfdir. Byli i inni starsi mistrzowie. Sergius Turrianus, stojący naprzeciw mnie, czy Phinis Gestor, którzy wydawali mi się najbardziej godni tego zaszczytu. Sam byłem ciekaw, w jaki sposób wybiera się arcymaga. Zapewne przez głosowanie specjalnie zebranej rady, bowiem w Akademii o problemach się dyskutowało i wspólnie wybierało się drogę działania. To mi się właśnie najbardziej tutaj podobało. Nikomu nie zamykano ust, każdego słuchano równie uważnie, bowiem powszechna była tu opinia, że każdy z nas ma inne doświadczenia i każdy z nas może zaproponować coś rozsądnego. Dotyczyło to także studentów.

     Przez chwilę milczeliśmy wszyscy, choć wszyscy później przyznali, że w tym momencie poczuli ogromną ulgę. Ciszę przerwał dopiero Tolfdir.

     - Udało się – rzekł cicho. – Dzięki tobie Akademia jest znowu bezpieczna – dodał głośniej, zwracając się do mnie. – Wiedziałem, że ci się uda!

     Uśmiechnąłem się. Akurat, wiedział!… Był tak samo przerażony jak my wszyscy, tylko lepiej nad sobą panował. Po prostu, będąc tu najstarszym, czuł na sobie obowiązek opieki nad nami i dodawania nam otuchy. Kochany staruszek!

     On tymczasem zerknął na pozostałych i rozjaśnił twarz. Zrobił bardzo mądrą minę i podniósł w górę palec.

     - Śmiem twierdzić – rzekł uroczystym tonem, - że Psijicowie mają rację. Moim zdaniem nikt bardziej nie zasługuje na zostanie arcymagiem. Masz, to należy do ciebie.

     I przy tych słowach podał mi zwiniętą w rulon szatę arcymaga. Chwyciłem ją odruchowo. Mój pusty umysł potrzebował dłuższej chwili, aby zrozumieć, co to tak naprawdę znaczy. Czy on oszalał? Nawet nie powinien żartować w ten sposób! Przerażony tym darem, natychmiast oddałem mu szatę z powrotem. On jednak łagodnie, acz zdecydowanie, na powrót wcisnął mi ją w ręce.

     - Komnaty arcymaga też – oświadczył, kładąc na płaszczu pozłacany klucz Savosa.

     Oczami wielkimi jak spodki zerknąłem na otrzymany dar. Dar bezcenny, jak olbrzymia bryła złota, ale… Równie ciężki, ciężarem odpowiedzialności. Kierowanie Akademią wymagało nie tylko znajomości sztuki magicznej na poziomie znacznie przewyższającym moje skromne umiejętności, ale też zdolności politycznych i cech przywódczych. Nie posiadałem żadnej z nich. Jak nowicjusz mógł mieć jakikolwiek autorytet u magów, którzy opanowali swój fach do poziomu wirtuozerii? Ja przecież nie potrafiłem nawet pokonać magią Zniszczenia przeciwnika silniejszego od wilka! Na czarach Iluzji nie znałem się prawie w ogóle, poznawszy dotąd tylko jedno zaklęcie. Przemianą i Przywracaniem posługiwałem się częściej, ale daleko mi było do biegłości w tej sztuce. A Przywołanie? Nigdy nie zdarzyło mi się użyć jakiegokolwiek czaru z tej szkoły, choć znałem już zaklęcie ożywiające słabe martwe ciało.

     Oszołomiony  spojrzałem na pozostałych, w nadziei, że zaraz wszyscy się roześmieją i uznają to za żart. Przecież chyba nie poprą tego szalonego pomysłu? Ku mojemu przerażeniu, Arniel skinął głową na znak zgody. To samo zrobili Sergius i Faralda. Zerknąłem na Niryę, mając nadzieję, że choć ona się temu sprzeciwi. Choćby po to, by zrobić na złość Faraldzie. Ale Nirya, potrafiąca kłócić się z Faraldą o byle drobiazg, wykazywała zadziwiającą zgodność w sprawach zasadniczych. Patrząc mi prosto w oczy, energicznie i zachęcająco pokiwała głową. Enthir to samo. Spojrzałem w końcu na Lydię. Ta wzruszyła tylko ramionami. Nie będąc członkiem Akademii nie miała prawa głosu i wcale o to nie zabiegała. Uznała, że skoro magowie tak chcą, to tak musi być.

     - Jeśli będziesz mnie potrzebować, służę radą – zapewnił mnie Tolfdir poważnym głosem.

     Enthir, z właściwym sobie humorem, zawołał.

     - Arcymag zwycięża! Akademia… Skyrim… Całe Tamriel wiele ci zawdzięcza!

     Uszło ze mnie powietrze. Wyglądało, że z niewiadomych dla mnie przyczyn, wszyscy, oczywiście oprócz mnie, zupełnie poszaleli i uznają ten wybór za znakomity pomysł. Czyżby aż tak bardzo ufali Zakonowi Psijic? Powoli też zaczęli się rozchodzić, taktownie zostawiając mnie samego z moimi myślami i strasznym kłopotem. Po chwili zostaliśmy sami z Lydią i Niryą, która jeszcze przez jakiś czas, ze smutkiem, spoglądała na skąpane we krwi ciało Ancano.

     Ona chyba najmocniej to przeżyła. Uważała go za niezwykle przystojnego mężczyznę i zapewne żal jej było, że okazał się takim łajdakiem. Możliwe, że nawet było coś pomiędzy nimi, choć przypuszczałem, że raczej była to jednostronne zaangażowanie. Nie uważałem, by Ancano był zdolny do jakiegokolwiek przyjaznego uczucia, nie mówiąc już o niczym poważniejszym. Nawet do Altmerki. Tym większy miałem podziw dla Niryi, że nawet przez chwilę nie wahała się, po której trzeba stanąć stronie i okazała się być lojalną członkinią Akademii. I to pomimo, że nie przepadała za Savosem i wcale nie uważała go za dobrego przywódcę, znacznie chętniej widząc na tym stanowisku Mirabelle.

     Z westchnieniem przeniosła swoje wielkie, elfie oczy na mnie.

     - Właśnie przez takich jak Ancano, do Akademii wstęp mają nieliczni – szepnęła.

     Po czym, jakby przepraszając za swoją słabość, ścisnęła mi lekko rękę.

     - Gdyby nie ty, już byłoby po nas.

     Uśmiechnęła się lekko, z pewną zadumą, po czym wolnym krokiem opuściła Komnatę Żywiołów. 

Akademia w Zimowej Twierdzy. Czarodziejka Nirya w Komnacie Żywiołów
     Spojrzałem z głupią miną na Lydię, potem na trzymaną w dłoniach szatę arcymaga, a potem znowu na Lydię.

     - Co teraz? – spytałem.

     Wzruszyła ramionami.

     - Chodźmy do kwatery arcymaga. Tam się zastanowimy.

     Dziwnie się czułem, wchodząc po schodach do komnaty Savosa, którego już nie było między nami. Cisza w niej panująca i echo, jakie zawsze było obecne w tym obszernym pomieszczeniu, sprawiły, że poczułem się jak w świątyni. Z wahaniem, pokonując jakiś wewnętrzny opór, usiadłem przy stole, dając odpocząć zmęczonym nogom. Lydia klapnęła po drugiej stronie, z westchnieniem ulgi. Przez chwilę nie odzywaliśmy się do siebie, wodząc tylko wzrokiem po ścianach, przy których stały szafy, regały i kufry. 

     - I po co kupowaliśmy dom w Pękninie, skoro teraz mamy takie wielkie mieszkanie? – spróbowałem żartować.

     Lydia jednak potrząsnęła głową.

     - Nie chciałabym tu mieszkać – stwierdziła. – Tu wszystko jest takie obce i inne. Lubiłam Savosa, jak wszyscy, ale wciąż mi się zdaje, że on wyszedł tylko na chwilę i zaraz wróci. I spojrzy na mnie zdziwiony, co ja robię w jego komnacie.

     - A potem rzuci jakiś żart, żebyś nie czuła się skrępowana – uśmiechnąłem się. – Szkoda go…

     Znów chwila milczenia.

     - Co masz zamiar zrobić? – spytała Lydia.

     Wzruszyłem ramionami.

     - Na razie jestem zbyt zmęczony, żeby cokolwiek wymyślić – westchnąłem. – Moje najbliższe plany to kolacja, kąpiel i łóżko.

     Zaśmiała się cicho.

     - Podobają mi się twoje plany… Mam takie same.

     - Jutro zastanowimy się, co zrobić – mruknąłem, ściągając rękawice. – Chyba znajdę jakiś sposób, żeby wykręcić się od tego stanowiska. 

     - Chcesz zrezygnować? – spytała zdziwiona. – Dlaczego?

     Stwierdzenie, że mam typową żonę, byłoby dla niej obrazą. Nikt nie miał towarzyszki tak wyjątkowej jak ona. Która żona byłaby nie tylko miłością, ale i najlepszym przyjacielem, towarzyszem wypraw, walk i chodzącą tarczą? Ale pod jednym względem nic nie różniła się od innych żon – tak samo jak inne, przeceniała możliwości swego męża i była święcie przekonana, że nikt inny, tak jak on, nie zasługuje na wysokie stanowisko oraz że świetnie da sobie na nim radę. Nie miałem siły jej tego tłumaczyć.

     - Jutro – odrzekłem. – Jutro o wszystkim zadecydujemy. A na razie trzeba wypocząć.

     Tu nie było różnicy zdań. Pomogliśmy sobie wzajemnie przy pozbyciu się zbroi, po czym Lydia udała się do łaźni, a ja narzuciłem na siebie płaszcz, który znalazłem w szafie i wyszedłem na chwilę do Komnaty Żywiołów. U wejścia zastałem Faraldę, która uśmiechnęła się na mój widok.

     Spytałem ją, czy nie popełnię jakiejś niegrzeczności, jeśli poproszę wszystkich jutro na naradę, zaraz po  śniadaniu w Komnacie Żywiołów.

     - Nie znam aż tak dobrze zwyczajów Akademii – rozłożyłem przepraszająco ręce.

     Roześmiała się i po przyjacielsku chwyciła mnie za ramię.

     - Powiedziałabym, że wszyscy tego oczekują – odparła. – Ale zgodnie z niepisanym zwyczajem, takie rady odbywają  się w południe. Więc jeśli ci to nie przeszkadza…

     - Ależ skąd! – zaprzeczyłem gwałtownie. – Jak ich zaprosić?

     - Zajmę się tym, nic się nie martw – zapewniła mnie. – A na razie odpocznij. Wszystkim nam się to przyda.

     Podziękowałem jej i wróciłem na górę. Może niepotrzebnie się martwię? Niech rada zadecyduje, co z tym fantem zrobić. Wiedziałem tylko jedno: przybyłem tu, aby się uczyć, a nie bawić się w kierownictwo. Miałem nadzieję, że to zrozumieją. Na pewno zrozumieją! Przecież to wszystko, bez wyjątku, mądrzy ludzie i elfy. Kto ma zrozumieć, jeśli nie oni?

     Gdy już wykąpany i najedzony leżałem w łóżku z Lydią u boku, moje myśli były znacznie spokojniejsze. Przed oczami przesuwały mi się twarze przyjaciół z Akademii. Tolfdir z dobrocią i mądrością w oczach… Pogodne twarze Faraldy, Arniela, Enthira… Zamyślone spojrzenie Phinisa, czy poważne, nieco chmurne, ale szczere oczy Niryi. A potem nieco nieśmiałe spojrzenie Brelyny, spłoszone Onmunda, czy harde, kocie ślepia J’zargo. Otaczali mnie przyjaciele. Cóż więc złego mogło się stać?

     Jeszcze zanim zasnąłem, ujrzałem spokojne spojrzenie Savosa… A potem jego miejsce zajęło miłe każdemu sercu w Akademii oblicze Mirabelle. Ech, droga Mirabelle! Jak ciężko pogodzić się z jej śmiercią! Już nigdy nie zobaczymy jej uśmiechu, gdy na policzkach robiły jej się takie rozkoszne dołki. I tego promieniującego życzliwością spojrzenia ciemnych oczu, które potrafiły tak pięknie błyszczeć, gdy się śmiała. Nie usłyszymy już jej śmiechu, ani ciepłego zapewnienia podczas zająć, że następnym razem pójdzie lepiej. Ona jedna była tutaj nie do zastąpienia.

     Moją ostatnią myślą było, że w zasadzie każdy tutaj jest niezastąpiony, nie wyłączając mnie. A potem już nic nie pamiętam. Zasnąłem.