czwartek, 11 stycznia 2018

Rozdział X – Ostateczne oczyszczenie

     Chodnik był wąski i kręty, z całą pewnością zbudowany z naturalnego jaskiniowego komina. Prowadził w górę i kończył się sporym głazem, zagradzającym przejście. Głaz był ruchomy i, w przeciwieństwie do innych norskich tajemnych przejść, wykonany niezbyt precyzyjnie. Jego krawędzie niedokładnie przylegały do otworu. Odniosłem wrażenie, że nie jest to oryginalny kamień, zastosowany przez pradawnych budowniczych, choć umieszczono go w tym samym mechanizmie, poruszanym dźwignią.

     Przez szpary dostrzegliśmy światło i dosłyszeliśmy jakiś męski głos.

     - Jeszcze jedna butelkę, może dwie – bełkotał głos. – Tak na sen…

     Któż może się kryć w takim miejscu? Najprawdopodobniej rozbójnicy. Ostrożnie, aby nie brzęknąć ostrzem, wysunąłem z pochwy Rozdzieracz Chłodu, Lydia zrobiła to samo z Mieczem Wampira. Szarpnąłem za dźwignię.

     Zbójów było dwóch. Nie można było mieć żadnych wątpliwości co do ich profesji. Za sam wygląd dostaliby wejściówkę na szafot. Choć pijani, rzucili się na nas, o nic nie pytając. Byli łatwymi przeciwnikami.
Pomieszczenie było kryptą, którą rozbójnicy zamienili sobie na melinę. Widocznie obecność zabalsamowanych zwłok w ogóle im nie przeszkadzała. Wstawili tu łóżka, szafy i kufer, mieli tu stół i krzesła. Nawet parę książek. No i światło. Co za makabryczne miejsce zamieszkania!

     Zlustrowaliśmy cale pomieszczenie. Znaleźliśmy trochę złota i kosztowności, zrabowanych zapewne podróżnym. Z książek zainteresowała mnie jedna. „Śmiercionośca” – głosił tytuł. Gdzieś już słyszałem to słowo… Zabrałem tę nieco podniszczoną książkę, z trudem wpychając ją do plecaka, by zająć się nią później.

     A potem stwierdziliśmy, że to nieciekawe miejsce na odpoczynek. Obecność zbójów była dowodem na to, że gdzieś tutaj musi być wyjście. Poszliśmy w najbliższy korytarz. Rozwidlał się. Po prawej stronie rozszerzał się w niewielką jaskinię. Tam, niedbale porzucone w kącie leżały zwłoki dwu osób, z pewnością nietutejszych. Cyrodiilijczyk i młoda Altmerka – nieczęsto spotykało się tu te rasy. Zwłoki były sztywne, ale ich rozkład jeszcze się rozpoczął. Musieli zginąć niedawno. Biedacy…

     Zagotowało się we mnie krew na ten widok. Dlatego, gdy idąc drugim korytarzem, ujrzałem trzeciego zbója, nie było litości. Nie zdążył nawet wyciągnąć miecza. Szybki cios przez czaszkę i dołączył do swoich kamratów. Przekroczyliśmy go bez cienia współczucia i ruszyliśmy w stronę widniejących w oddali schodów. Na ich szczycie otworzyliśmy drewniane drzwi. Powiało świeżym powietrzem. Tu było wyjście.

     Znaleźliśmy się nagle na kamiennym moście. Światło dnia trochę nas oślepiło. Był już wieczór, a wyszliśmy po zachodniej stronie wyspy, prosto w stronę zachodzącego słońca. Musieliśmy zmrużyć oczy.

     Strzała, która uderzyła w mój hełm, uzmysłowiła mi, że to nie koniec walki. Cofnąłem się odruchowo do kamiennej budowli i ściągnąłem łuk z ramienia.

     Most prowadził do podwójnej wieży. Czaiło się w niej jeszcze trzech banitów. Wieże wykonano w norskim stylu, podobnie jak w Skyrim. Miały one zewnętrzne podesty, prowadzące do wnętrza. Na jednym z nich dojrzałem przyczajonego łucznika. Strąciłem go dwemerską strzałą, aż jego ciało z gruchotem grzmotnęło o skalistą ziemię. W tym momencie Lydia wyrwała się przed siebie i szybko przebiegła przez most do wieży. Tam usłyszałem odgłosy walki. Zdążyłem przebiec przez most, zanim z otworu w wieży wyłoniła się Lydia z zakrwawionym mieczem. Zerknąłem do środka – leżały tam świeże zwłoki dwóch innych. Tymczasem Lydia wykonała dłonią ruch, jakby używała zaklęcia. Zrozumiałem. Przywołałem Wykrycie Życia. Postać Lydii zajarzyła się błękitnym blaskiem, ale poza tym było ciemno. Więcej zbójów dostrzegłem.

     Wieże miały zdrowe mury, ale podłogi tak spróchniałe, że strach było po nich chodzić. Nie traciliśmy więc czasu na dokładne ich przeszukanie. Po chwili byliśmy na dole.

     - Jakbym wróciła do Białej Grani – roześmiała się Lydia, patrząc z dołu na całą budowlę. – To przecież niemal wieże Valtheim!

Most przy Kurhanie Krwiopuszcza

     Istotnie, most i jedna z wież jakby żywcem przeniesiona ze Skyrim. Najpierw też się roześmiałem, ale po chwili ogarnęła mnie nostalgia. Czy ja jeszcze kiedyś zobaczę Skyrim? Czy uda nam się tam wrócić? Czy też zostanę tutaj na wieki, pokonany przez Miraaka?

     Starałem się tego nie okazać, ale Lydii nie dało się oszukać. Od razu poznała, co mnie gnębi. Chwyciła mnie za rękę i ścisnęła czule.

     - Dokąd teraz? – spytała. – Krucza Skała chyba będzie na południu.

     Też mi się tak wydawało. Ruszyliśmy więc w tamtym kierunku. Przechodząc pod wieżą, Lydia, chcąc skierować moje myśli gdzie indziej, wskazała jakąś roślinę o czerwonawych liściach.

     - Wiesz co to? – spytała.

     - Nie mam pojęcia – odparłem. – Wygląda jak agawa.

     - To boleśniak – roześmiała się. – Zachodnie i południowe wybrzeże całe jest nim porośnięte.

     - Rośnie tak sobie na dziko? – zdziwiłem się. – Myślałem, że to się uprawia.

     - Uprawia się – odparła Lydia. – Ale na dziko też rośnie.

     - Całkiem smaczna – bąknąłem od niechcenia.

     Ale istotnie poczułem się lepiej.

Boleśniak ma jadalne, słodkawe, mięsiste liście, które najpierw trzeba obrać z kolców. W stanie surowym trochę łykowate, po ugotowaniu jednak łatwo obrać je z łykowatej skórki, pozostawiając smaczny miąższ

     Było już ciemno, gdy dotarliśmy do Kamienia Ziemi. Ku naszemu zdziwieniu, zastaliśmy tam kapitana Veletha. Stał zamyślony, spoglądając na zielonkawe światło kamienia. Gdy nas dostrzegł, wyraźnie się ucieszył. Powitał nas i zadał kilka zdawkowych pytań o wyprawę, o której zdążył usłyszeć. Wyraził uznanie, gdy dowiedział się o zlikwidowaniu szajki zbójów i obiecał o tym wspomnieć rajcy. Po incydencie za Przedmurzem był do nas nastawiony bardzo przyjaźnie. We trójkę udaliśmy się w stronę  miasta. Po drodze obiecałem mu, że udam się do Fortu Nocnego Mrozu, ale najpierw muszę jeszcze uwolnić ludzi spod dwóch kamieni żywiołów. Rozumiał to doskonale. Stwierdził, że to istotnie pilniejsza rzecz. Po czym spytał, czy będziemy potrzebowali jego pomocy w Forcie. Nie chciał wysyłać tam strażników, ale osobiście czuł się zobowiązany, aby nam towarzyszyć. Jak twierdził, trzy miecze to nie dwa. Szczerze mu to odradziłem.

     - Mamy już doświadczenie w takich wyprawach – zapewniłem. – Tu nie miecz decyduje, a umiejętność skradania. Trzy pary nóg robią więcej hałasu iż dwie, w dodatku wytrenowane. We dwójkę pójdzie nam łatwiej. Każda dodatkowa osoba to dodatkowe ryzyko. A ty nie jesteś łazikiem, jak my.

     Przyznał mi rację, aczkolwiek widać było, że trochę mu ciąży ta świadomość. Wolałby spłacić swój dług wdzięczności. Ustąpił dopiero wtedy, gdy wyklarowałem mu, że bardziej będzie potrzebny tutaj, gdzie ma na głowie bezpieczeństwo całego miasta. Kto wie, jakie licho zbudzimy podczas tej wyprawy.
     
     Ale był jeszcze inny powód. Od Geldisa przypadkiem dowiedziałem się, ile kapitan miał lat. Choć zupełnie na to nie wyglądał, będąc wciąż dziarskim i sprężystym, nawet jak na Dunmera był to wiek poważny. Zwyczajnie, nie chciałem go narażać. I on w głębi ducha też nie czuł się na siłach, by brać udział w takich wyprawach. Dlatego ustąpił stosunkowo łatwo.

Kapitan Gwardii Redoran Modyn Veleth w służbowej, chitynowej zbroi

     W gospodzie nie było jeszcze tłoku. Skorzystałem z tego, że Geldis nie miał zbyt wiele do roboty i gdy tylko podał nam kolację, uciąłem sobie z nim pogawędkę.

     - Twoja gospoda nosi nietuzinkową nazwę – zagadałem, gdy przechodził obok naszego stolika.

     Uśmiechnął się i przystanął.

     - Za tą nazwą kryje się wesoła historia – odparł.

     Zachęcony przeze mnie, rozejrzał się po bokach i stwierdził, że może sobie pozwolić na chwilę luzu. Usiadł obok mnie i zaczął opowiadać.

     - Kilka lat temu w dokach wpadł na mnie zataczający się Dunmer z butelką sujammy w ręku. To był jeden ze stałych bywalców który lubił wypić, więc nic nowego. 

     - To chyba nic niezwykłego – uśmiechnąłem się.

     - Ten Dunmer był jednak nagi, jak go natura stworzyła – zaśmiał się. – I strasznie fałszował, próbując śpiewać na całe gardło. Obserwuje to przedstawienie i widzę parzydłaka, przelatującego nad Przedmurzem i zmierzającego wprost na niego. Facet patrzy na parzydłaka i drze się „Łyknij se!”, a potem rzuca butelkę…która trafia prosto w cel.

     Zaniósł się śmiechem na to wspomnienie.

     - Co zrobił parzydłak? – spytałem.

     - Butelka się rozbiła na parzydłaku – zachichotał, - który zapewne połknął zawartość, bo dziwnie się przekrzywił. W końcu przestał się ruszać i zadygotał.

     Również zacząłem się śmiać. Musiał to być bardzo komiczny widok.

     - Chwilę później z gęby zaczął mu tryskać najohydniejszy płyn, jaki kiedykolwiek było mi dane powąchać! Widziałem w karierze wielu pijaków i powiem ci, że ten parzydłak się zachlał!

     - Teraz rozumiem – wydusiłem z siebie przez śmiech, jaki mnie ogarnął.

     - Prawdziwa historia – Geldis uderzył się w pierś. – Najprawdziwsza!

     Tego wieczoru poszliśmy spać wcześnie. Byliśmy skonani i zasnęliśmy od razu. Rano obudziłem się późno i długo nie mogłem dojść do siebie, tak kleiły mi się oczy. Zmusiłem się, aby wstać, zostawiając Lydię śpiącą. Czekała nas dziś wyprawa do Kamienia Wody, dość daleko na północy, a jeszcze przedtem chciałem odwiedzić Cresciusa i poinformować go, że jednak miał rację. Byłem pewien, ze ta wiadomość sprawi staruszkowi dużą przyjemność.

     Chwyciłem w ręce Ostrze Krwiopuszcza. Zamierzałem mu je pokazać, ale po namyśle odłożyłem miecz z powrotem pod ścianę. Niby dlaczego to właśnie miałoby go zainteresować? Miałem przecież coś znacznie dla niego cenniejszego. Był to dziennik Gratiana. Należał do jego przodka i z pewnością będzie chciał go przeczytać. Postanowiłem mu go zwrócić. Owinąłem rozlatujący się kajet pakowym papierem, który dał mi Geldis Sadri i ruszyłem w stronę niskiej kamieniczki w dzielnicy portowej, gdzie, jak wiedziałem, mieszkał stary górnik.

     Kamieniczka wyglądała skromnie, lecz solidnie. Zapukałem i gdy usłyszałem zaproszenie, otworzyłem drzwi, których zawiasy nie widziały smaru od wieków i znalazłem się w skromnie urządzonej, ale czystej i schludnej izbie. Na mój widok staruszek poderwał się z miejsca, jakby ubyło mu ze dwadzieścia lat.

     - Jesteś z powrotem! – zawołał zaskoczony. – Proszę powiedz, co udało ci się znaleźć?

     Zaciągnął mnie na drewniana lawę i z ciekawością wlepił we mnie wzrok. Musiałem się uśmiechnąć.

     - Racja była cały czas po twojej stronie – odrzekłem pewnym głosem.

     A potem w kilku słowach opowiedziałem mu o naszym znalezisku. Na koniec podałem mu owinięty w papier dziennik Gratiana Caereliusa.

     - Pokaż to…

     Chwycił szary pakunek i zaczął go niecierpliwie rozwijać. Kilka kartek spadło mu na podłogę. Podniósł je i troskliwie umieścił z powrotem na miejscu..

     - Ha! – uśmiechnął się z tryumfem. – Wiedziałem! Gratian nie zginął przez osunięcie się skał. Ta historyjka miała trzymać ludzi z dala od grobowców.

     Po czym tryumfalnie zacisnął ręce na dzienniku Gratiana.

     - Mając ten dziennik mogę uzyskać jakieś wyjaśnienia od Kompanii Wschodniocesarskiej – rzekł rozmarzonym tonem. – Zapłacą za swoje kłamstwa.

     - Powodzenia – mruknąłem z ironią.

     Staruszek chyba nie wiedział, na kogo się porywa. Za wielki sukces uznałbym, gdyby w ogóle ktoś zechciał mu odpowiedzieć. On jednak zrozumiał moje słowa dosłownie.

     - Dziękuję! – uśmiechnął się radośnie. – Wydaje mi się, że za twój trud jestem ci winien o wiele więcej niż wdzięczność.

     Wstał i pogrzebał chwilę w niewielkim kuferku pod ścianą. Wyciągnął z niego kiesę, pełną złotych monet.

     - Proszę – wyciągnął rękę. – To niedużo, ale najwięcej, na ile może sobie pozwolić  emerytowany górnik.

     Próżno się wykręcałem. Nie miałem sumienia brać od starego pieniędzy, zwłaszcza, że woreczek wydał mi się całkiem pękaty. Bałem się, że staruszek, w przypływie radości, daje mi swoje wszystkie oszczędności i pozostawia się bez środków do życia, licząc na zadośćuczynienie od Kompanii. Równie dobrze mógłby żądać go od dziewięciorga bóstw… Ale Crescius uparł się i powołał na stary, norski obyczaj, zapominając przy tym, że obaj jesteśmy Cyrodiilijczykami. Gdy mu to przypomniałem, burknął tylko coś pod nosem i wcisnął mi kiesę w ręce. Co było robić? Ze szczerego serca dane, trzeba ze szczerym sercem przyjąć.

     - Czy w Kruczej Skale są jeszcze jacyś Cesarscy? – spytałem na odchodnym.

     Crescius zaperzył się. Zbyt długo żył wśród Dunmerow, żeby nie przejąć przynajmniej po części ich sposobu myślenia. A nie kochano tu Cesarskich i, co gorsza, były ku termu powody.

     - Ci tchórze odeszli dziesiątki lat temu! – wybuchnął. – Co do jednego! Kiedy skończyły się złoża ebonu, zwinęli swoje manele. Niedorzeczność…

     Spojrzałem na niego zaciekawiony.

     - Niedorzeczność? – powtórzyłem. – Dlaczego?

     Zbliżył się ku mnie i ściszył głos.

     - Na Solstheim wciąż jest mnóstwo rudy ebonu – szepnął. – Wiem, że jest jej więcej… Czuję to. Jestem górnikiem w trzecim pokoleniu i mówię ci, że Kompania Wschodniocesarska popełniła błąd. Po prostu, nie chcą wydawać więcej pieniędzy, by spróbować ją znaleźć.

     Nie wiedziałem, co o tym sądzić. Wydawało się, że znowu buja w obłokach, ale przecież w sprawie Gratiana też mi się tak wydawało. Pozostawiłem go więc w nastroju uniesienia.

     - Posłuchaj mnie – rzekł, gdy już stałem w drzwiach. – Krucza Skała jeszcze nie przepadła!

     W dobrym humorze wróciłem do gospody, w sam raz na spóźnione śniadanie, które Lydia w międzyczasie zamówiła u Geldisa. A potem niezwłocznie wdzialiśmy zbroje, chwyciliśmy broń i wyruszyliśmy prosto na północ, ku Kamieniowi Wody.

     Początkowo szliśmy piaszczystym wybrzeżem, mając nadzieję, że droga będzie łatwa. Kilkakrotnie mijaliśmy snujące się ponad powierzchnią morza parzydłaki. Raz nawet całą rodzinę – dwa duże i dwa małe. Potem brzeg zmienił się na skalisty i już nie było tak łatwo. Raz skała dochodziła do samego morza i trzeba było wspinać się pod górę, by ją obejść.

     - Zrobiliśmy głupstwo – westchnąłem. – W porcie pewnie znaleźlibyśmy kogoś, kto zapakowałby nas w łódkę i przetransportował na miejsce.

     - Fakt – przyznała Lydia. – Nie pomyśleliśmy…

     Dalej kamieniste nadbrzeże nieco złagodniało. Pojawiły się nawet na nim niskie zarośla i kilka drzew. W pewnym miejscu zaatakowała nas wiła. Ale jakaś inna, nie przypominająca wił, spotykanych w Skyrim. Wyglądała jak osmalona, albo nadpalona. Nie zdołała zrobić nam krzywdy, zanim sama padła. Jej ni to kończyny, ni to gałęzie, nie zdołały przebić elfich blach.

     - Czego one od nas chcą? – westchnąłem. – Wcale nie chcę ich zabijać. Dlaczego nas atakują?

     - Nie wiem, Wulf – odrzekła Lydia równie smutnym głosem. – Może po prostu bronią się przed nami, jak przed najeźdźcami.

     - Rozumiem, w lesie – odparłem gderliwym tonem. – Ale tutaj? Na skalistym wybrzeżu? To człowiek już nigdzie nie ma wstępu?

     - Szkoda, że nie można się z nimi porozumieć – przyznała Lydia. – Ale pamiętaj, co mówił Storn. Tu działa jakaś potężna siła. Może to ona nasyła na nas te wiły?

     Dalej wybrzeże zamieniło się w niewielką zatoczkę. Trzeba było ją obejść. Ruszyliśmy więc błotnistym brzegiem, gdy nagle stanąłem jak wryty. W ziemi ujrzałem wyraźnie odciśnięte ślady racic.

     - Kozy? – spytała Lydia.

     Potrząsnąłem głową.

     - Kozy by mnie nie zdziwiły - odparłem. – To są dziki. I to spore.

     Przyklęknąłem na kolano i dokładnie zbadałem trop. Należał do dwóch zwierząt, które nadeszły z głębi wyspy, trochę pokręciły się po nadbrzeżu, zapewne w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia, po czym odeszły na północ. Sądząc po głębokości śladów, musiały być naprawdę duże.

     - Trzymaj łuk w pogotowiu – ostrzegłem Lydię, chwytając łęczysko i nakładając stalową strzałę. – Dziki potrafią być niebezpieczne. Zwłaszcza takie wielkie.

     W Skyrim nie było dzików, więc moja żona nigdy w życiu żadnego nie widziała. Jedynie na obrazkach w książce. Dziwiło mnie to trochę, bo warunki do życia na pewno miałyby tam lepsze niż tu, na tej surowej wyspie. W Skyrim było wiele miejsc, gdzie czułyby się doskonale, zwłaszcza w takich dzielnicach, jak Falkret, czy Rift, które porastał gęsty las. Inna sprawa, że żyły tam też wilki i niedźwiedzie.

     Zobaczyliśmy je wkrótce. Stały na skale, nad brzegiem morza. Nieruchomo jak dwa czarne głazy. Niewątpliwie zwietrzyły nas już i wiedziały o naszej obecności. Mimo to, wcale nie uciekały. Ścisnąłem mocniej łuk. Skoro nie bały się nas, mogły zaatakować. A było się czego bać. Rozmiarami znacznie przekraczały zwierzęta znane mi z ojczystych stron. Były też inaczej zbudowane, wyższe i masywniejsze z przodu. I dysponowały pokaźnym orężem, widocznym z daleka. Szabla dzika, niesamowicie ostra, w powiązaniu z siłą jego grubego karku, była naprawdę niebezpieczną bronią. Zapewne mogłaby przebić i rozedrzeć nawet elfią zbroję. Eanor upolował kiedyś w Cyrodiil dzika, który na szablę nadziany miał kawał stalowej blachy z jakiejś zbroi. Skoro potrafiły przebić stal, to może nie oprze im się i blacha z księżycowego kamienia – mocniejsza wprawdzie, ale też znacznie cieńsza.

     Nie zaatakowały. Ale też nie uciekły. Przyglądały się nam, gdy przechodziliśmy brzegiem. Czułem się dziwnie. Choć dziki nie są drapieżnikami, nie gardzą mięsem i zdarza się, że polują na mniejsze zwierzęta. Te dwa osobniki, wyrośnięte ponad miarę, wyglądały, jakby właśnie rozważały tę opcję.

     - Czuję się jak przekąska – mruknąłem.

     - I to od razu w garnku – Lydia postukała się po napierśniku. – Głupie uczucie. Współczuję królikom, one tak mają na stałe.

     Uśmiechnęliśmy się oboje. Wkrótce dziki zostały za nami, a naszym oczom ukazało się coś innego, co przykuło nasz wzrok. O jakiś strzał z łuku od brzegu, w niewielkiej zatoce, na kotwicy stał nieduży statek. Kołysał się na fali, a na pokładzie było zupełnie pusto. Podeszliśmy do brzegu i przyjrzeliśmy mu się dokładnie.

     - Nie widać śladów życia – stwierdziła Lydia. – Żadnego ruchu. Może ktoś jest pod pokładem?

     - Może… - mruknąłem nieprzekonany. – Statek wygląda jak opuszczony. Chyba dość długo już tu stoi.

     Lydia rozejrzała się wokół, jakby miała nadzieję, że dojrzy gdzieś załogę. Nie dojrzała, ale spostrzegła coś innego. Na brzegu opodal leżały dwie nieduże, drewniane łódki.

     Pobiegliśmy w tym kierunku. W łodziach było sporo wody, ale poza tym wydawały się nie uszkodzone. Kadłub żadnej z nich nie przeciekał. Woda dostała się z deszczu, albo od fal i na pewno nie dziś, bo pogoda była spokojna. W środku były nawet wiosła i jakieś drewniane wiadro.

     - Łodzie pomieszczą z sześć osób – skwitowałem. – Ilu marynarzy może potrzebować taki statek? Mały… Chyba rybacki, bo wszystkie kupieckie statki, jakie widziałem, były znacznie większe.

     - Rybacki byłby poobwieszany sieciami – mruknęła Lydia. – Tak mi się zdaje…

     Żadne z nas nie wiedziało co to za jednostka. Ale uznaliśmy, że być może cała załoga z jakiegoś powodu przypłynęła na brzeg.

     - Musiało to być z tydzień temu – odezwała się Lydia. – Wtedy ostatni raz padało i wiało trochę mocniej. Inaczej w łodziach nie byłoby wody.

     - Mnie się widzi, że jeszcze dawniej – odparłem. – Tydzień temu trochę tylko popadało, a wiatr nie był tak silny. Na dobrą sprawę, jak tu tylko przybyliśmy, nie było żadnej gwałtowniejszej ulewy, ani silnego wiatru.

     - Ciekawe, co się stało z załogą – zastanawiała się Lydia. – Mam nadzieję, że są cali. To norski statek, widywałam takie wiele razy w Samotni… - urwała i przygryzła wargę.

     - Myślisz o tym co ja? – ścisnąłem jej rękę, - Przekonajmy się.

     Nasze obawy sprawdziły się. Gdy spiesznie ruszyliśmy w górę, ku Kamieniowi Wody, ujrzeliśmy pracujących przy nim marynarzy.

Kamień Wody przed oczyszczeniem

     Było ich czworo – jedna kobieta i trzech mężczyzn. Dziewczyna była typową Nordką – wysoka, smukła i jasnowłosa. Mrucząc coś do siebie, wykuwała kilofem kawałki głazów z pobliskiej skały. Barczysty brodacz przenosił je w pobliże artefaktu, gdzie dwóch pozostałych – jeden młody, w futrzanej czapce na wschodnią modłę, drugi znacznie starszy, z długimi, siwymi włosami, związanymi w kucyk – składali kamienną klatkę wokół świętego głazu. W oczach mieli pustkę, jak wszyscy napotkani dotąd niewolnicy Miraaka.

     Nie było sensu przedłużać tej sceny. Zdjęliśmy z ramion łuki, nałożyliśmy strzały. Gdy obaj budowniczowie odeszli na chwilę od budowli, by sięgnąć kamień, nabrałem powietrza w płuca.

     - Gol!

     Chwila ciszy, po czym rozległ się trzask pękającej budowli i łomot walących się głazów. Tuman pyłu, jaki podniósł się wokół budowli, szybko się rozwiał, a w basenie pojawił się spodziewany czyhacz.

     Moją strzałę dostał prosto w szyję, gdy tylko wysunął łeb spod wody. Zatoczył się do tyłu, ale wstał, tylko po to, by zarobić strzałę od Lydii, prosto pod żebro. Znów się zachwiał, jednak spróbował zaatakować. Nieskutecznie. Gdy próbował rzygnąć swoja obrzydliwą mazią, moja strzała wbiła mu się w pierś. Zwinął się i przyklęknął na jedno kolano, a wtedy strzała Lydii wbijając mu się głęboko w skroń, dokończyła dzieła. Walka była skończona. Czyhacz wydał dźwięk, brzmiący jak głębokie westchnienie i osunął się plecami na kamienną cembrowinę, po czym siłą rozpędu wypadł z basenu i legł obok, pod skałą.

     Budowniczowie stanęli bez ruchu, zupełnie zdezorientowani. Wprawdzie obłęd zniknął im z oczu i powróciła do nich przytomność, ale nie trzeba było bystrości, by poznać, jak bardzo są oszołomieni. Nie mieli pojęcia, co się stało. Nie od początku też nas dostrzegli. Spojrzeli najpierw po sobie.

     Pierwszy przemówił marynarz w czapce.

     - Chyba powinniśmy wracać na statek – odezwał się niepewnym głosem, spoglądając na brodacza.

     - Wyruszymy wraz z przypływem – odrzekł brodacz, równie niepewnie. – Już jesteśmy spóźnieni.

     - Wichrowy Tron jest daleko stąd – westchnęła dziewczyna.

     - Nie wiem, dlaczego zdecydowaliśmy się zostać tak długo na brzegu – mruknął brodacz.

     I wtedy mnie zauważyli.

     Lydia stała za głazem, więc jej nie widzieli, ale na mój widok znieruchomieli. Brodacz sięgnął do biodra, jakby chciał złapać za nóż. Dziewczyna stanęła w rozkroku, gotowa do obrony. Widać, że to ludzie twardzi i przywykli do obcowania z niebezpieczeństwem. Postać w thalmorskiej zbroi najwyraźniej nie wzbudzała ich zaufania.

     - Najlepiej stąd zmykaj! – warknął najstarszy z nich, posyłając mi groźne spojrzenie.

     Uśmiechnąłem się tylko, lekko unosząc ręce, w geście mówiącym „nic do was nie mam”. Wtedy Lydia wyłoniła się zza głazu i podeszła do mnie, wieszając łuk na ramieniu. Wyraźnie się stropili, widząc, że przewaga jest po naszej stronie. Dwójka uzbrojonych wojowników to trochę za twardy kąsek dla czwórki marynarzy. Nie wiem, za kogo nas wzięli, ale nie spodobało im się to. Mrucząc coś z cicha, czym prędzej zaczęli się oddalać ścieżką w dół, prowadzącą do miejsca, gdzie stały łódki. Raz po raz puszczali za siebie ukradkowe spojrzenia, jak ludzie, mający nie do końca czyste sumienie. Zacząłem chichotać.

     - Co ci tak wesoło? – burknęła Lydia. – Nawet nie potrafili podziękować.

     Była rozdrażniona. Ze wszystkich osób, które udało nam się uratować, akurat Nordowie, jej rodacy, nie okazali wdzięczności. W dodatku potraktowali nas jak intruzów.

     - Rozchmurz się – chwyciłem jej rękę. – Oni nie wiedzą, co dla nich zrobiliśmy.

     - Wstyd mi za nich – mruknęła naburmuszona.

     - Wiesz już, z kim mieliśmy do czynienia? – zerknąłem na nią.

     - Domyślam się – skinęła głową. – Ani kupcy, ani rybacy.

     - Przemytnicy – skwitowałem. – Jestem pewien. Dlatego tak dziwnie zareagowali na nasze zbroje. Wzięli nas za jakieś urzędowe osoby. Założę się, że byli przerażeni.

     Parsknęła śmiechem. Świadomość, że zmykali w popłochu dała jej odrobinę satysfakcji. Ja zaś wyciągnąłem rękę w kierunku artefaktu. Poczułem magiczne wibracje. Wibracje łagodne i kojące. Kamień został oczyszczony.

     - No, to jeszcze tylko jeden nam został – skrzywiłem wargi. – Ten przy świątyni Miraaka. Ale to już chyba nie dziś.

     Lydia zerknęła na stromą skałę i pokręciła głową.

     - Nie damy rady dojść tam za dnia – westchnęła. – Nie przez takie góry. Może wrócimy do Kruczej Skały i ruszymy z rana?

     To była rozsądna rada. Tak też zrobiliśmy. Droga do Kruczej Skały odbyła się bez żadnych przygód. Pogoda była słoneczna i choć od morza wiał chłodny wiatr, było całkiem znośnie. Maszerowaliśmy bez pośpiechu, w doskonałych nastrojach. Po drodze nikogo nie spotkaliśmy.

*          *          *

     Ranek był chłodny i wietrzny. Słońce nieśmiało wyglądało zza chmur i raczej nie miało zamiaru przygrzać mocniej. Dlatego bez żalu opuściliśmy Kruczą Skalę i udaliśmy się w głąb wyspy, gdzie wiatr powinien być znacznie słabszy. Szliśmy dziarsko, bo drogę już znaliśmy. Było dość daleko, bo niemal po przeciwnej stronie wyspy. Wiedzieliśmy, że zajdziemy tam niedługo przed zmrokiem, ale nic się tym nie przejmowaliśmy. Niedaleko świątyni leżała przecież wioska Skaalów, w której zawsze mogliśmy liczyć na ciepłe przyjęcie. Postanowiliśmy zanocować właśnie tam.

     - Jutro wrócimy do Kruczej Skały – odezwałem się. – I damy sobie cały następny dzień na odpoczynek.

     - Po co czekać? – obruszyła się Lydia. – Pójdziemy sobie powoli do wraku „Ostrego Szkwału” i tam zanocujemy. Stamtąd blisko do fortu.

     - Masz rację – przytaknąłem. – Tak zrobimy.

     - A potem dokąd? – spytała. – Poszukamy Nelotha?

     - Nic innego nie przychodzi mi do głowy – odparłem. – Trzeba będzie tak zrobić.

     - Tęsknię już za Skyrim – westchnęła Lydia. – Chciałabym już mieć to wszystko za sobą, wejść na statek i ruszyć do domu.

     Też chciałem. Ale w myślach próbowałem oddalić tę chwilę, jak tylko się dało. Bardzo balem się konfrontacji z Miraakiem. Wiedziałem, że jest ode mnie dużo potężniejszy. I wiedziałem, że nie mogę opuścić tego miejsca, zanim go nie pokonam. Podzieliłem się swoimi wątpliwościami z Lydią. Spojrzała na mnie czule, po czym chwyciła moja dłoń i mocno ścisnęła. Dalej maszerowaliśmy, trzymając się za ręce i tak doszliśmy do świątyni Miraaka.

     Najpierw wypróbowałem okrzyk na Kamieniu Drzewa, w samej świątyni. Niestety, tak jak przewidywał Storn, ten artefakt został już obudowany magiczną klatką i nie udało mi się go uwolnić. Dunmerowie i Skaalowie, pracujący przy odbudowie świątyni, w ogóle nie zareagowali. Dalej powtarzali swoje mantry i nadal pracowali.

     Nic tu po nas. Zeszliśmy na wybrzeże, gdzie błyszczał Kamień Bestii, ostatni z magicznych kamieni. Było jeszcze jasno, aczkolwiek słońce wisiało już dość nisko i sam głaz stał w cieniu, rzucanym przez strome zbocze. Dlatego nie od razu zauważyliśmy, kto przy nich pracuje.

Kamień Bestii przed oczyszczeniem

     - Dzieci? – zdumiała się Lydia. – Widzę tam tylko dwoje dzieci!

     Rzeczywiście, przy kamieniu pracowały tylko dwie, bardzo niskie osoby. Odruchowo przyspieszyliśmy kroku, tylko po to, by po chwili stwierdzić swoją omyłkę i znieruchomieć ze zdumienia. 

     To nie były dzieci. Nie wiedzieliśmy, co to było, ale wyglądało to strasznie. Przy kamieniu uwijały się jakieś niskie, człekokształtne z grubsza stwory, o sinej skórze, odziane dość skąpo w prymitywną, skórzaną odzież. Proporcje ciała miały podobne do dziecięcych, tylko głowy znacznie większe, z karykaturalnie wielkimi oczami, nosem i ustami. Wyglądały okropnie. Jak jakieś zdeformowane karły.

     - Co to jest? – bąknęła Lydia. – Jakieś orki?

     Żadne z nas nie wiedziało. Próbowaliśmy wsłuchać się w ich pomruki, ale stwory nie mówiły po naszemu. Wydawały tylko jakieś ciche kwiki i piski. Nie wiadomo nawet było, czy to na pewno mowa, czy tylko zwierzęce odgłosy.

     Niemniej pracowały tak samo jak inni niewolnicy Miraaka. I tak samo miały obłęd w oczach.

     - Ktokolwiek, czy cokolwiek to jest, nie pracuje tu z własnej woli – oznajmiłem. – Uwolnimy ich, ale odsuńmy się trochę. Nie wiadomo ilu czyhaczy się pojawi i nie wiadomo, czy te stwory nas nie zaatakują.

     - Mają odzież – szepnęła Lydia, zdejmując łuk z ramienia. – To chyba rozumne stwory. Choć wyglądają na prymitywne…

     Mój Krzyk rozdał powietrze. I stało się tak samo, jak poprzednio – kamienna klatka zawaliła się, a obok kamienia pojawił się czyhacz. Spodziewając się go, naszpikowaliśmy go strzałami, zanim w ogóle zdążył zareagować. Po krótkim starciu legł na ziemi, z ciężkim westchnieniem.

     Oba stwory znieruchomiały, przyglądając się nam ciekawie i z pewną dozą lęku w oczach. Ostrożnie zbliżyliśmy się do tajemniczych karłów. I wtedy oba jednocześnie zaczęły machać przykrótkimi rękami i wydawać dziwne okrzyki.

     Nie rozumieliśmy z tego nic. Ani z gestów, ani z mowy. Ale niewątpliwie była to mowa. Świadczyły o tym różnorodność i modulacja wydawanych przez nie dźwięków. Jakaś zupełnie obca, jakaś dziwna i nieludzka, ale z pewnością mowa. Staliśmy bez ruchu, gapiąc się na podskakujące postacie, widząc to jedynie, że nie zdradzają wobec nas agresywnych zamiarów. Dobre i to…

     Nie trwało to zresztą długo. Widząc, że nie można się z nami porozumieć, stwory wydały jakieś piskliwe dźwięki, niby na pożegnanie, po czym odwróciły się i zabawnie podskakując, udały się do lasu. Wkrótce znikły między zaroślami. Pozostaliśmy sami.

     - Może Storn będzie wiedział – odezwałem się niepewnie. – Te stworki wyglądały na niegroźne.

     - Spytajmy go – odrzekła Lydia. – Niedługo się ściemni. Chodźmy.

     - Chodźmy – zgodziłem się. – Zasłużyliśmy na miskę gorącej zupy.

     Roześmialiśmy się i zgodnie ruszyliśmy na północ, w kierunku przyjaznej wioski.

środa, 6 grudnia 2017

Rozdział IX – Apokryf

     Zamknąłem dziennik i spojrzałem na miecz. Chwyciłem go w rękę i znów wysunąłem z pochwy. Zaklęcie błysnęło w ciemności  tajemniczym światłem.

     Wstałem i machnąłem nim na próbę. Całkiem poręczny! Ale, co mnie zastanowiło bardziej, istotnie u jego sztychu pojawiła się na chwile świetlista smuga nieznanej mi energii.

     - Ma dokładnie taką samą barwę – szepnęła Lydia z przejęciem. – Podejdź do tych drzwi i spróbuj jeszcze raz.

     Zbliżyłem się do tajemniczych wrót. Znaki pulsowały czerwoną poświatą. Ale niektóre z nich zdawały się pełzać. Dokładnie, dwa z nich, po obu stronach. Poziome, nieregularne kreski, wyglądające jak woda, płynąca w przeciwnych kierunkach. Machnąłem znów mieczem. Lydia nie odrywała oczu od świetlistych smug.

     - Coś jest na rzeczy – mruknęła zamyślona. – To nie może być przypadek.

     Też tak uważałem, ale nie miałem pojęcia, co należy z tym zrobić. Między znakami na drzwiach i głownią miecza istniał jakiś magiczny rezonans. Wibrowały w ten sam sposób. Niewątpliwie miecz był kluczem do zamka. Co z tego, skoro samego zamka nie mogłem znaleźć…

     Mniej więcej półgodzinne machanie mieczem przed drzwiami zaowocowało w końcu bólem ramion. Zdjąłem hełm, wytarłem spocone czoło i usiadłem na skalnym występie, ciężko dysząc. Za to Lydia chwyciła miecz i spróbowała zrobić nim parę wymachów. Gapiłem się na nią bezmyślnie, początkowo po prostu podziwiając grację, z jaką macha ciężkim mieczem. Do mojej świadomości dotarł w końcu fakt, że istotnie poświata, wywołana przez głownię, ma taką sama barwę, jak świecące znaki na wrotach, ale w dalszym ciągu nic więcej z tego nie wynikło. Lydia zrezygnowana opuściła miecz.

     - Przyjdzie nam tu spędzić trochę czasu – mruknęła, siadając obok mnie.

     Pulsujące znaki oświetliły jej twarz i długie rzęsy rzuciły cienie na jej policzki. Objąłem ją bezwiednie. Położyła głowę na moim naramienniku.

     - Odsapniemy trochę, a potem spróbujemy jeszcze raz – odpowiedziałem. – Może trzeba nim machać bliżej drzwi, bliżej tych znaków? Ta poświata nie jest zbyt silna. Może z większego dystansu nie działa, kto wie…

     - Trzeba pewnie wypróbować kilka pozycji – odrzekła zamyślona. – To też może mieć znaczenie. Znaki są różne, inne po bokach, inne na środku. Pewnie każdy z nich reaguje na inny ruch.

     Zjedliśmy co nieco, a potem ogarnęła mnie senność. Lydii też kleiły się oczy. Musieliśmy zapewne błądzić po tych podziemiach znacznie dłużej, niż nam się wydawało i w końcu dopadło nas zmęczenie.

     - Tu chyba nic nam nie grozi – Lydia powiodła oczami po ścianach. – Warta nie będzie potrzebna.

     - Tyły sobie oczyściliśmy – mruknąłem sennie. – Chyba, że te wrota nagle się otworzą.

     - Wątpliwe – odparła Lydia.

     Wyciągnąłem z plecaka wysłużony i poprzecierany, ale wciąż ciepły płaszcz kultysty i okryłem ją troskliwie.

     - Prześpij się koniecznie – pocałowałem ją. – Ja biorę na siebie pierwszą wartę.

     Powieki ciążyły mi jak z ołowiu, ale uparłem się. Lydia po krótkiej i nieprzekonującej sprzeczce, dała za wygraną. Była zbyt zmęczona. Zwinęła się w kłębek i zasnęła niemal momentalnie. A ja zacząłem wolnym krokiem łazić tam i z powrotem, aby odegnać senność. Kilkakrotnie przemyłem twarz w strumieniu. Zimna woda orzeźwiała, ale tylko na chwilę. Próbowałem przestudiować znaki na wrotach, ale nic mi one nie mówiły. Pulsowały sobie wolno jasnoczerwonym światłem. To świeciły jaskrawym blaskiem, to przygasały. Dwie poziome szpary po bokach świeciły szczególnie intensywnie. Światło zdawało się w nich pełzać, albo raczej płynąć, niczym falująca woda. Wyglądało to tak, jakby świecąca ciecz z obu stron płynęła wąskim strumieniem w kierunku wrót, ale nigdy do niego nie dopływała. Nigdy przedtem nie widziałem takiego zjawiska. Pogapiłem się na nie bezmyślnie. Potem poczułem, że trochę bolą mnie nogi. Usiadłem więc na ziemi i oparłem się plecami o wrota. Przez chwilę siedziałem tak bez ruchu. Ale gdy przed oczami zaczęły pojawiać mi się różne omamy, potrząsnąłem głową i postanowiłem wstać. Dotarło bowiem do mnie, że siedząc, zapadam w krótkie drzemki.

     Trochę połaziłem, ale musiałem dać za wygraną. Byłem za bardzo zmęczony. Usiadłem i  pozwoliłem sobie na jedną trochę dłuższą, trwająca może kilka minut drzemkę. To mi pomogło. Poczułem się lepiej. Powinno mi to pozwolić funkcjonować przez kilka godzin.

     Zanim Lydia się zbudziła i przetarła oczy, jeszcze kilkakrotnie musiałem sobie robić przerwy w czuwaniu, na krótkie, czujne drzemki. Nic się nie wydarzyło, poza tym, że ledwo stałem na nogach. Gdy Lydia wstała i przeciągnęła się jak kot, ja bez słowa gruchnąłem na ziemię i, otuliwszy się płaszczem, zasnąłem natychmiast.
Śniło mi się, że jestem w Cyrodiil, w uroczym zakątku w pobliżu mojej rodzinnej wioski, a Eanor uczy mnie pływać w rzece. 

     - To nie jezioro – uśmiechał się. – Tu jest prąd.

     - Wiem – odkaszlnąłem. – Próbuję z nim walczyć.

     - Nie walcz nim – pokręcił głową. – Wykorzystaj go. Niech cię poniesie tam, dokąd chcesz.

     - Kiedy on płynie nie tam, gdzie chcę! – zawołałem.

     Znowu jego ciepły uśmiech, tak dobrze mi znany.

     - Rzeka ma zakola – odrzekł. – W zakolach tworzą się zatoczki, a tam jest wsteczny prąd. Wykorzystaj go. Zawsze pozwalaj, żeby to prąd pracował dla ciebie…

     Wpłynąłem w niewielką zatoczkę. Istotnie, słaby prąd porwał mnie w drugą stronę. Jednocześnie woda stawała się coraz gęstsza i gęstsza, jak jakiś syrop..

     Potem nie wiem, co się działo. Przeniosłem się jakoś w miejsce, przypominające starą kopalnię. Błądziłem po jakichś podziemiach, częściowo zalanych wodą. Ale ani trochę nie przypominały one norskich korytarzy. Były wykopane w piaszczystej glebie i co chwila ze stropu sypała się ziemia, grożąc zasypaniem. Łaziłem po nich, brodząc w błocie po kolana i nie mogąc znaleźć wyjścia. Każdy krok kosztował mnie sporo wysiłku. W końcu, zmęczony tym snem, otworzyłem oczy. Na powrót znalazłem się w wielkiej komorze pod kopalnią Krucza Skała. I fakt ten przyjąłem z ulgą. Te podziemia miały przynajmniej znajomy charakter.

     Lydia stała przy wrotach, z magicznym mieczem w dłoniach i wykonywała nim jakieś delikatne ruchy, uważnie obserwując magiczną poświatę. Gdy wstałem, odwróciła się do mnie i uśmiechnęła.

     - Co to za horror ci się przyśnił? – spytała. – Jęczałeś przez sen, jak potępieniec.

     - To z wysiłku – ziewnąłem. – Wiesz przecież, jak ciężko chodzi się w błocie. A we śnie jeszcze gorzej… Odkryłaś coś?

     - Sama nie wiem – mruknęła. – Wydaje mi się, że rezonans najsilniejszy jest w tym miejscu.

     I przy tych słowach poruszyła ostrzem przy jednej z dwu jaskrawych szpar, zdających się pełzać. Poświata błysnęła bladym światłem.

     - W innych miejscach też reaguje, ale bardzo słabo.

     Podszedłem do niej i przyjrzałem się jej ruchom. Istotnie, przy tych dwóch pełzających znakach poświata zdawała się świecić silniej. Co szkodzi spróbować?

     Wziąłem Ostrze Krwiopuszcza od Lydii i na próbę machnąłem kilkakrotnie w różnych miejscach. Poświata pojawiała się i znikała. Gdy zbliżyłem ostrze do pełzającego światła w szparze, też nic się nie wydarzyło, ale gdy poruszyłem nim w pobliżu znaku, poświata błysnęła jaskrawym światłem. Lydia miała rację. To mogło być ważne.

     - Odsuń się – powiedziałem, biorąc miecz w obie ręce. – I obserwuj.

     Lydia cofnęła się o kilka kroków, a ja wziąłem zamach i poprowadziłem ostrze przy samych wrotach, tnąc łukiem z góry. Potem, nie wyhamowawszy go, obróciłem je tak, że ruch sztychu przebiegł tuż przy pełzającym znaku, gdy ciąłem z dołu. Poświata, wciąż ciągnąca się za głownią, w tym jednym momencie rozbłysła jaskrawym światłem. Trwało to krótko, jak błyskawica, ale wystarczająco jasno, aby na chwilę nas oślepić. Chyba wpadliśmy na trop.

Tajemnicze wrota w kurhanie Krwiopuszcza

     - Spróbuj wzdłuż tej szpary – zaproponowała Lydia. – Może wtedy efekt będzie silniejszy.

     Tak też zrobiłem. Niezbyt mocno, ale poświata znów rozbłysła jak latarnia morska. Zapaliła się i zgasła. Poza tym jednak wciąż nie było żadnego efektu.

     - Może trzeba mocniej – mruknąłem, poprawiając chwyt.

     Tym razem uderzyłem naprawdę mocno. Koniec miecza niemal musnął wrota, przelatując prawie idealnie wzdłuż znaku. Błysnęło, jakby ktoś sypnął w ogień garść przesuszonego i sproszkowanego węgla drzewnego. Jasność poświaty nas zadziwiła. Rozświetliła najdalsze zakątki wielkiej komory. Ale poza tym nic innego się nie wydarzyło.

     Bez większej nadziei, spróbowałem też przy drugiej szparze. Machnąłem od niechcenia. Ku mojemu zdumieniu, poświata nie tylko rozbłysła, ale też rozległ się jakiś głuchy dźwięk, jakby westchnienie i wrota wyraźnie drgnęły.

     Przez chwilę stałem bez ruchu, po czym doznałem olśnienia.

     - Czekaj – odezwałem się zaaferowany. – Chyba już wiem…

     Zamierzyłem się znów, zadając potężne, poziome cięcie z półobrotu. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Oto fragment zewnętrznego kręgu, kończący się u dołu świetlistą szparą, z chrzęstem zapadł się w głąb ściany, a dolny wsunął się mocniej, wskakując na jego miejsce. Świetlista szpara powędrowała w górę i zajęła pozycję pionową.

     - Eanor miał rację – roześmiałem się. – Trzeba z prądem!

     Spojrzała na mnie zdziwiona. Zapewniłem ją, że wyjaśnię to później, a na razie podszedłem do lewego znaku. Przeczucie Lydii, aby poruszać ostrzem wzdłuż znaku było słuszne. Jednak byłem praworęczny i dwuręcznym mieczem wygodniej było mi zadawać poziome cięcie z prawa na lewo. Dotychczasowy brak rezultatów miał tę przyczynę, że dotąd robiłem to przy lewym znaku, w którym światło pełzało w prawo. Tymczasem należało machnąć mieczem nie tylko wzdłuż znaku, ale też zgodnie z jego kierunkiem. „Płyń z prądem”, jak mawiał Eanor. Ciekawe, że przyśniło mi się to właśnie teraz. Czy to jakiś bóg odezwał się do mnie przez sen? Albo któraś z przyjaznych daedr? Stawiałem na Marę, albo Azurę. 

     Przekonałem się, że co do sposobu machania mieczem, miałem rację. Po ciosie w prawo, lewa strona wrót zachowała się identycznie jak prawa. Teraz po obu stronach świetliste smugi znalazły się u góry i zdawały się pełzać pionowo w dół.

     - Trzeba tak, jak pokazują te smugi – oświadczyłem, wskazując na świetliste znaki. – Teraz po obu stronach w dół.

     - Pokaż! – Lydia wyciągnęła rękę po miecz.

     Stanęła przed ścianą, po czym, zmierzywszy wzrokiem odległość, odsunęła się o pół kroku.

     Dwuręczny miecz ma swoją masę. Niełatwo wyprowadzić szybki cios, niełatwo go też zatrzymać. Dlatego też fechtunek takim orężem polega głównie na tym, z najpierw trzeba go rozkręcić, nadając mu prędkość, a potem bić się, nie zatrzymując go w miarę możliwości ani razu. Szermierz cały czas utrzymuje broń w ruchu, zmieniając tylko kierunek jego obrotu i w ten sposób wyprowadza ciosy, wykorzystując pęd miecza.

     Nie miałem wielkiego doświadczenia z bronią dwuręczną. Lydia, będąc wyszkolonym huskarlem, biła mnie pod tym względem na głowę. Z przyjemnością patrzyłem, jak ruchem pełnym gracji, niby atakująca pantera, na ugiętych kolanach rozkręca miecz nad głową, po czym, prostując nogi, zmienia kierunek jego obrotu na pionowy i wyprowadza szybki cios znad głowy. Precyzyjnie, dokładnie wzdłuż świetlistego znaku.
I znów rozbłysła poświata, a fragment pierścienia zapadł się, ustępując temu, który wysunął się z dołu. Świetlista smuga powędrowała w górę i rozbłysła poziomo, u szczytu, po prawej stronie. Nie na długo. Lydia bowiem, nie zatrzymując ostrza, wykonała tylko parę okrężnych ruchów i machnęła końcem miecza dokładnie wzdłuż niej. Rozległ się tępy chrobot i prawa strona pierścienia dosunęła się do samego końca. Smuga znikła.

     Lydia nie zatrzymała się. Wyglądało to jak taniec, ale taniec pełen złowrogiego i drapieżnego piękna. Obróciwszy się dookoła własnej osi, znalazła się nagle naprzeciw lewej, pionowej smugi, zadając cios równie precyzyjny i szybki, co poprzednio. Kamienny krąg ledwo zdążył się przesunąć na górę, gdy spadło na niego ostatnie cięcie, pozostawiając za sobą czerwona smugę.

     Lydia, znakomicie wykorzystując bezwładność miecza, zakończyła swój taniec efektownym piruetem, po czym znieruchomiała, z ramionami wyciągniętymi na boki. Jednocześnie rozległ się głuchy szczęk, a potem chrobot, gdy kamienne wrota zaczęły powoli opadać i chować się w posadzce. Jeszcze chwila i droga była wolna.

     - To było piękne – zaklaskałem, patrząc jej prosto w oczy. – Piękny pokaz. Przypomnij mi, żebym nigdy nie pojedynkował się z tobą na dwuręczne miecze.

     Uśmiechnęła się i podeszła do mnie, zarzucając mi ramiona na szyję.

     - Pojedynek między nami? – spojrzał a na mnie figlarnie. – Chyba na pieszczoty…

     Gorący pocałunek musiał nam jednak na razie wystarczyć.

     Za wrotami pojawił się szeroki, misternie wykończony korytarz, w znanym nam stylu, który nazywaliśmy galerią. Od innych galerii różnił się tylko tym, że nie biegł prosto, lecz łagodnym łukiem skręcał w prawo. No i gdy tylko przekroczyłem próg, ze ścian z hałasem wysunęły się ruchome ostrza na styliskach, niby dwusieczne, długie topory i wahadłowym ruchem zaczęły kołysać się z prawa na lewo i z powrotem. Zawieszono je w kilku konfiguracjach – po dwa lub trzy na jednej osi. Trzeba było naprawdę uważać, aby ruszyć w odpowiednim momencie, by bez szkody przemknąć między nimi. Na szczęście odległości miedzy grupkami ostrzy były na tyle duże, że prześlizgnąwszy się pod jedną, miał człowiek czas na wyczucie następnej. Żadne z nich nie zdołało mnie dotknąć. Lydii też, która nie czekając, aż unieruchomię pułapkę, podążyła za mną.

Galeria w kurhanie Krwiopuszcza. Widoczne ruchome ostrza, zawieszone pod sklepieniem.

     Galeria kończyła się kratą, ale na końcu znajdowała się dźwignia, która ją podniosła. Jednocześnie zatrzymały się ostrza-pułapki. Pomni czyhających niebezpieczeństw, przygotowaliśmy łuki do strzału, zanim zagłębiliśmy się w wąskie przejście.

     Prowadziło ono do podłużnej komnaty. Na środku której znajdował się dość głęboki basen, wypełniony wodą. Wiodły do niego kamienne schody, zbiegające z końca niezbyt długiej, tępo zakończonej ostrogi. Po drugiej stronie basenu widniały inne schody, nieco szersze, prowadzące na szeroki, kamienny podest. Wąskie, kamienne podesty znajdowały się również po bokach basenu, ukryte za masywnymi filarami, podtrzymującymi strop. Na samym końcu komnaty majaczyła Smocza Ściana. A w mojej głowie znów rozległ się znajomy Zew.

     Na widok Smoczej Ściany, Lydia delikatnie chwyciła mnie za ramię, po czym położyła palec na ustach. Spojrzałem na nią pytająco, trochę niecierpliwie, bowiem Zew działał na mnie naprawdę mocno. Trzeba było niezwykle silnej woli, by mu się oprzeć. Lydia wysunęła tymczasem ramię w kierunku basenu. W tym momencie i ja ujrzałem, przed czym mnie ostrzegała. Lewitował tam, częściowo zanurzony w wodzie, Smoczy Kapłan.

     A zatem miejsce było strzeżone. I to przez nie byle kogo. Kapłan emanował potężną magią, ale na moje szczęście, nie był pierwszym, jakiego spotkałem. Wybrałem ebonową strzałę. Zielonkawy połysk na grocie upewnił mnie, że jest zatruta. Lydia zrobiła to samo. Jednocześnie napięliśmy łuki i zwolniliśmy cięciwy. Obie strzały z sykiem pomknęły ku nieumarłemu. Obie trafiły.

     Smoczy Kapłan zatoczył się jak pijany i wynurzył się ponad powierzchnię wody. Zlustrował komnatę, ale nie dostrzegł nas, bowiem przezornie ukryliśmy się za filarami. Nałożywszy nowe strzały, już z napiętymi łukami wychyliliśmy się jednocześnie. Wtedy nas dostrzegł, ale nie zdołał umknąć szybkim pociskom. Kolejne dwa trafienia mocno nim zachwiały. Zdążył jeszcze przesunąć się na kamienny podest i porazić mnie krótką Błyskawicą, jednak moja trzecia strzała znajdowała się już w powietrzu, podobnie jak strzała Lydii. Ta salwa go zabiła. Zakręcił się w śmiertelnym piruecie i rozsypał w proch. Maska kapłana z głośnym stukiem upadła na kamienną posadzkę.

Kurhan Krwiopuszcza - miejsce w którym Lydia i Wulfhere spotkali smoczego kapłana. W oddali widoczna smocza ściana

     Nie podszedłem do niego. Na to będzie czas. Nie mogłem dłużej się opierać swemu przeznaczeniu. Wołało mnie Słowo. Musiałem podejść do ściany, aby pulsujące Słowo oderwało się od niej i wniknęło we mnie.

     - Qah – szepnąłem. – Zbroja…

     Poczułem nagle, że mam na sobie pancerz ze smoczej łuski, którego nie przebije żadne żelazo, ani żadna stal. I ten pancerz nic nie ważył, pozwalając mi poruszać się niezwykle szybko i zwinnie. Poczułem się niezwyciężony, jak prawdziwy dova! Poznałem nowe, drugie już słowo krzyku Aspekt Smoka.

     Trwało to krótko, jak zawsze. Skończyło się lekkim, chwilowym zmroczeniem i okrzykiem z setek gardeł, zlewających się w zgodny akord. Powróciłem do rzeczywistości. I usłyszałem, że woła mnie Lydia.

     Stała po drugiej stronie, przy wejściu do komnaty, trzymając w rękach maskę kapłana. Za nią znajdowało się przejście do następnej komnaty, zamknięte kratą, zza której połyskiwało światło. Poszedłem w jej kierunku, obchodząc basen dookoła. Dźwignia przy przejściu uniosła kratę, Znaleźliśmy się nagle w małej, okrągłej, lecz wysokiej komnacie, oświetlonej płonącymi kagańcami. Piął się tu w górę ku powale drewniany, spiralny podest, niby kręcone schody. A na środku stał postument, z rozłożoną na nim księgą. Poznałem od razu – to była jedna z Czarnych Ksiąg. Podobnie jak poprzednim razem, wydawała się trochę nierzeczywista. I nic dziwnego, należała bowiem do dwóch światów jednocześnie. Była czymś w rodzaju pomostu między Nirn i Otchłanią, o czym przekonałem się od razu, gdy tylko ją otworzyłem.

     - Przestań to robić! – usłyszałem jeszcze nerwowy krzyk Lydii, zanim podziemia znikły mi z oczu i znalazłem się… nie wiadomo gdzie.

     To była przedziwna kraina, ale niewątpliwie miała coś wspólnego z królestwem Miraaka. Znalazłem się na jakiejś platformie, pośrodku bezkresnego morza, a nade mną jaśniało jaskrawą łuną zielone niebo. Morze było niemal czarne i wydawało się gęste, falując lekko, acz powoli, jakby nie było w nim wody, tylko gęsty syrop. Sama platforma wydała mi się bardzo lekka, a prowadziła na schody, za którymi dostrzegłem charakterystyczne budowle, w znanym mi już, koronkowym stylu.

     Spojrzałem po sobie. Wciąż miałem na sobie elfią zbroję. Na plecach wciąż wisiały mi łuk i kołczan. Na ramieniu zawieszoną miałem elfią tarczę, a u boku w pochwie tkwił Rodzdzieracz Chłodu. Byłem uzbrojony. Poczułem się pewniej i postąpiłem krok naprzód.

     Potężny, niski głos zatrzymał mnie w miejscu. Głos ten zdawał się dobiegać ze wszystkich stron jednocześnie. Miał taką moc, że poczułem drżenie swych elfich blach. Przypominał trochę głos Alduina, ale miał inną barwę, cieplejszą, bardziej aksamitną.

     - Tak jak mówiłem, gdy dawałem ci „Oghma Infinium” – mówił głos, - twoja wolna wola to złudzenie. W przeciwnym razie nie byłoby cię tutaj.

     „Oghma Infinium”! To był jeden z nielicznych incydentów w moim życiu, o których wolałem zapomnieć. Widać nie dane mi było. A powodem był fakt, że sam pamiętałem go mgliście, jak sen, nie będąc pewnym, co właściwie się wtedy wydarzyło. Dawno temu, na posterunku Septimusa Signusa, gdy szalonemu starcowi wreszcie udało się otworzyć dwemerską kopułę, znalazł w niej księgę o takim tytule. Niecierpliwie ją otworzył i… Natychmiast wyzionął ducha. Księga upadła na ziemię, tuz obok niego. Zabrałem tę księgę do Arcaneum, ale nie wiedząc, co zawiera, nie odważyłem się w nią zajrzeć. Wychodząc na lodowe pola, ujrzałem za to jakąś maszkarę, jakąś mroczną, bezkształtną istotę, która tym samym głosem proponowała mi zajęcie miejsca u jej boku. Był to Hermeus Mora, jedno z daedrycznych książąt. Odmówiłem zdecydowanie, zapewniając, że nigdy tego nie uczynię. Odrzekł pobłażliwie, że tak mi się tylko wydaje, po czym zniknął.

     Przeszedł mnie dreszcz. Wyglądało na to, że miał rację. Znów stanąłem przed nim i nie dostrzegałem żadnej drogi ucieczki. Byłem na jego łasce i niełasce, zbyt słaby, by bronić się przed daedrą. I nagle zrozumiałem źródło potęgi Miraaka. Miraak nie był samodzielnym władcą, lecz sługą Hermeusa Mory!

     - To Apokryf – odezwał się znów Hermeus Mora. – Tu przechowuje się wszelką wiedzę.

     Przemawiał głosem zadziwiająco ciepłym, jakby zwracał się do małego dziecka, nie chcąc go przestraszyć. Czyżby miał nadzieję, że do niego dołączę? Znów ogarnęły mnie wątpliwości. Nie wiedziałem o nim zbyt wiele. W Cyrodiili i w Skyrim otaczano go powszechną pogardą, jak większość daedr. Tak samo jak jego bracia i siostry, nie liczył się z losem śmiertelników, wykorzystując ich do własnych celów, jakby byli oni martwymi przedmiotami. O ile jednak inne daedry robiły to dla zabawy, o tyle Hermeusowi Morze przyświecał cel światlejszy: gromadzenie wiedzy. I o tyle właśnie był lepszy od pozostałych daedrycznych książąt. W mojej sytuacji było to bardzo niewiele.

     - Zaspokój swe pragnienie wiedzy – ciągnął, - w nieprzebranych zasobach mojej biblioteki. Jeśli zmęczą cię poszukiwania, jeszcze raz przeczytaj swoja księgę, aby powrócić do życia śmiertelnego. Na jakiś czas…

     Rozejrzałem się uważnie, Dopiero teraz dostrzegłem, że to, co wziąłem za wzorzystą posadzkę, w rzeczywistości było ogromem, zapisanych kart. Tutaj wiedza była wszędzie. Nawet pod stopami. W Apokryfie stąpało się nie po kamieniach, lecz po wiedzy…

     Postąpiłem kilka kroków naprzód. Wstąpiłem na schody.

     - Czar Apokryfu wezwie cię z powrotem – dodał jeszcze Hermeus Mora głosem, w którym wyczułem uśmiech. – To twoje przeznaczenie.

     Daedra umilkła, a ja powoli wszedłem na schody.

     Nagły szelest za moimi plecami sprawił, że odwróciłem się ruchem szybkim jak błyskawica i dobyłem miecza. Za mną stał Poszukiwacz – tak Storn nazywał owe włochate stworzenia, zamieszkujące Apokryf. Podniósł rękę i rzucił we mnie porcję paraliżującej magii. Odruchowo przywołałem czar ochronny. Osłabiło to magię Poszukiwacza na tyle, że nie zdołał mi zaszkodzić. A potem Rozdzieracz Chłodu znalazł się w mojej ręce i Poszukiwacz zachwiał się pod jego uderzeniem. I nagle… rozdzielił się na dwie osoby! Oba zaczęły razić mnie magią. Co to?

     Nie wiedziałem tego na pewno, ale znalem się już na magii wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, czym jest Iluzja. Przypuszczałem, że jeśli zlikwiduję pierwotnego przeciwnika, drugi zniknie samoistnie. I tak się też stało. Utrzymując w lewej ręce zaklęcie ochronne, trzasnąłem go kilkakrotnie mieczem. Duplikat rozwiał się w kupkę pyłu, niby ożywieniec, natomiast z Poszukiwacza jakby uszło powietrze. Zupełnie, jakbym przedziurawił nadmuchany, skórzany worek, który na moich oczach momentalnie się opróżnił i rozpłaszczył się na ziemi, jak włochata poduszka, z której wysypano pierze.

     Schowałem miecz i chwyciłem łuk. Lepiej bronić się na odległość. Wszedłem na niewielką platformę. Stało tu kilka stołów, zastawionych księgami i dokumentami. Rzuciłem okiem na tytuły. „Legenda Czerwonego Orła”. Brzmiało znajomo. O ile sobie przypominałem, dotyczyło jakiegoś wojownika z Pogranicza. „Ostatni król Aleyidów”… Znam! To ta sama księga, którą kiedyś przyniosłem do Arcaneum z Twierdzy Zabójczego Blasku. Zerknąłem na kilka innych ksiąg. Niektóre znałem, inne nie… Na jednym ze stołów znalazłem wielki klejnot duszy. Zabrałem. W końcu, właściciel przecież pozwolił mi korzystać z zasobów tego miejsca i nie wspomniał, z jakich konkretnie.

     Dalej tajemnica komnata była podzielona na kilka części, za pomocą koronkowych, gęstych  krat. Za nimi widziałem jakieś korytarze, inne regały, pełne dokumentów, jakieś świecące kule i coś w rodzaju strąków, wypełnionych  światłem. Podszedłem z ciekawością do jednego z nich i ostrożnie zanurzyłem rękę w błękitnym świetle, które go wypełniało niby jarząca się ciecz. Poczułem, jak moja mana, nieco zużyta od zaklęcia ochronnego, momentalnie się regeneruje. Zrozumiałem. To była tak zwana Chrzcielnica Magii. Opowiadał o tym któryś z magów w Akademii.

     Gdzieś w oddali mignęła mi sylwetka Poszukiwacza, ale kraty były zbyt gęste, aby dało się w niego trafić. Wiedziałem już, że nie można liczyć na ich pobłażliwość. Szkoda, bo wyglądały sympatycznie – jak włochate, łagodne zwierzęta. Widać nie tak łagodne…

     Poruszałem się wolno i cicho, by pozostać niezauważonym. Zbadałem ostrożnie kraty. W ich labiryncie nie udało mi się jednak znaleźć żadnego przejścia. Przejście jednak musiało być, inaczej Poszukiwacz nie dostałby się tam, gdzie jest. Z pewnością było tu coś, co otwierało którąś z krat. Rozejrzałem się uważnie.

     Ruchomą kratę zlokalizowałem szybko i łatwo – po bokach miała zawiasy. Ale co ją otwierało? Na pewno musiało być to blisko, bo jaki sens miałoby umieszczanie zamka z dala od drzwi?

     Mój wzrok padł na coś w kształcie doniczkowego kwiatu. Przy bramie stał postument, na nim ni to doniczka, ni to otwarta muszla, a z niej wyrastało coś, co można było wziąć za roślinę. Miało to dwa długie liście, a pomiędzy nimi tkwiła wygięta łodyga, ze świecącą jasno kulką na samym końcu. Początkowo wziąłem to po prostu za lampę, stylizowaną na nieznany mi kwiat, ale zastanowił mnie otwór pomiędzy liśćmi. Wyglądał, jakby idealnie pasował do zawieszonej na łodydze kulki. Postanowiłem spróbować. Chwyciłem świecącą kulkę – została mi w ręce. Nie parzyła i w ogóle nie była gorąca, choć świeciła intensywnym blaskiem o ciepłej barwie. Z wahaniem wrzuciłem ją do otworu. Momentalnie łodyga schowała się pomiędzy liśćmi, jakby ją to zabolało, te zaś zwinęły się i zapadły w głąb muszli, która natychmiast się zamknęła. Zupełnie jak małż, gdy go dotknąć. Ale za to otworzyła się brama.

     Tak odkryłem magiczny mechanizm Apokryfu, zwany Scrye. Był to powszechnie używany tutaj rodzaj ozdobnego zamka. Może i niezbyt praktyczny, ale za to idealnie pasujący do nastroju tego miejsca, co jego twórca widać uznał za ważniejsze.

     Cicho zagłębiłem się w labirynt krat. Poszukiwacza udało mi się zlikwidować znienacka, jedną strzałą. Rozglądając się na boki ujrzałem tutaj prawdziwe skarby. Mnogość dokumentów i ksiąg przyprawiała o ból głowy. Oszołomiła mnie zupełnie. Gdybym tylko wiedział, czego szukać! Chyba powinienem szukać Czarnej Księgi…

     Na razie szedłem dalej. Labirynt zmienił się w kręty korytarz. Jeszcze kilkakrotnie napotkałem ruchome kraty i świecące Scrye w pobliżu. W końcu dotarłem do czegoś w rodzaju niewielkiego placu pod gołym niebem. Schodziło się nań po schodach, a za nim widziałem spory, kamienny taras, do którego również po lewej stronie prowadziły schody. Na placu zaś czerniła się powierzchnia czegoś, co wyglądało jak basen. Jego powierzchnia falowała, ale nie jak woda, tylko jak gęsty, czarny, połyskujący syrop. Do złudzenia przypominało to roztopioną, płynną smołę. Postanowiłem na wszelki wypadek trzymać się od niego z daleka.

     Ale gdy tylko postąpiłem krok naprzód, z basenu wyłonił się Czyhacz!

     Czarny potwór rozejrzał się na boki swymi rybimi oczami. Jeszcze mnie nie dostrzegł. Dziwne, przecież moje elfie blachy musiały w tym miejscu błyszczeć z daleka… Wpakowałem mu ebonową strzałę, a potem szybko jeszcze jedną, zanim zdołał się zorientować, skąd nadleciała pierwsza. Mocno nim zachwiały. W końcu dostrzegł mnie jednak i ruszył w moim kierunku, w chwili, gdy wypuszczałem trzecią strzałę. Trafiła i Czyhacz zatoczył się, jak pijany. Nie poniechał jednak ataku. Rzygnął w moją stronę czarną mazią i byłby trafił, gdybym nie odskoczył w tył. Przewaga jednak przechyliła się na moją stronę. Czyhacz nie był zbyt szybki, a ja za sobą miałem długi korytarz. Mogłem cofać się, wciąż strzelając. Władowałem w niego jeszcze kilka strzał, aż wreszcie padł na posadzkę i wyzionął ducha.

     Wlazłem na taras z lewej strony. Jego druga część była odgrodzona kratami, ale znalazłem tam Scrye. Trudno tego nie znaleźć – świeci to jaśniej niż świeca. Ku mojemu zdziwieniu jednak otworzyła się nie krata na tarasie, tylko zupełnie gdzie indziej, po drugiej stronie, w pobliżu basenu.

     Cóż było robić, zszedłem z tarasu i poszedłem w tamtą stronę.

     Tam otworzyło się małe pomieszczenie, pełne ksiąg. I tu też świecił Scrye. Po jego uruchomieniu z tarasu obok z chrobotem wysunęły się kamienne schody. Droga na taras stanęła otworem.

     A tam, oprócz ogromu dokumentów, papierów, rulonów i ksiąg, znajdowała się jedna szczególna. Nosiła tytuł „Wichry zmian” i pulsowała ową szczególną, czarną magią. Nareszcie, znalazłem to, co chciałem: tajemna wiedza Hermeusa Mory.

     Otworzyłem księgę. Chciałem tylko unieść okładkę, ale ona sama otworzyła się w miejscu, które widać dla mnie było przeznaczone. W zasadzie otworzyła się sama, bo ona żyła swoim własnym życiem, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie.

     Na tej stronie tekst opisywał trzy dary intuicji: uczonego, towarzysza i kochanka. Pierwszy ułatwiał zrozumienie tajemnic, drugi chronił towarzysza wypraw przed nieumyślnie zadanymi mu ciosami. Trzeci, choć kojarzył się z miłością, służył do walki – dawał przewagę w walce z osobnikiem przeciwnej płci. Na końcu księga dawała mi wybór jednego z nich.

     W pierwszej chwili pomyślałem o pierwszym. Co jak co, ale teraz, gdy próbuję rozwiązać tajemnice Miraaka, przyda mi się najbardziej. Gdy jednak sięgnąłem dłonią do ilustracji, która je wyobrażała, moja ręka zawisła w powietrzu.

     Wybrałem drugi.

     Myśl, że mógłbym przypadkiem skrzywdzić Lydię, przeraziła mnie. Ale należało się z tym liczyć. Wiele razy walczyliśmy w ciasnych miejscach, albo strzelaliśmy sobie z łuków ponad głowami. To i tak cud, że jeszcze nic takiego się nie wydarzyło. Owionęła mnie złotawa mgiełka...

     A potem położyłem dłoń na innym obrazku – powrót do Nirnu, mojego świata. I na chwilę moje oczy ogarnęła ciemność.

     A potem ujrzałem kręcony podjazd, postument z Czarna Księgą i Lydię, która pełna niepokoju trzymała mnie za rękę.

     - Wróciłem – szepnąłem. – Dzięki Marze…

     Gorący uścisk sprawił, że poczułem nie tylko ogromną ulgę, ale i nagłą radość.

     Księgę zabrałem. Pokażę ją Stornowi, albo Nelothowi, gdy już go odnajdę. Nie bez problemu umieściłem ją w plecaku. A potem ruszyliśmy podestem w górę. Było wysoko. Ale na samej górze znaleźliśmy żelazne drzwi, nieco pokryte rdzą. Ustąpiły pod naciskiem ramienia. Zagłębiliśmy się w wąski chodnik.

piątek, 24 listopada 2017

Rozdział VIII – Kopalnia Krucza Skała

     Lydia spojrzała ma mnie pytającym wzrokiem.

     - Na co ci kilof?

     - Może się przydać – odparłem. – Ponoć odkryto tam jakieś pradawne norskie ruiny. Może będą sarkofagi, zapieczętowane stalhrimem…

     Nie odpowiedziała. Wysunęła tylko zza pasa dwa kostury i dała mi je do naładowania. Sięgnąłem do sakwy z klejnotami duszy.

     - Mówiłeś, że to tylko stara kopalnia. Jednak wierzysz, że coś tam jest?

     - Tak twierdzi Crescius – wzruszyłem ramionami. – Może coś tam jest, może nic nie ma. Ale niepokoi mnie ten list do Gratiana. Sprawdzimy, to się dowiemy.

     Włożyłem hełm i rękawice. Starożytny kilof Nordów wsunąłem z prawej strony, za pas. Łuk zawiesiłem na plecach, w rękę chwyciłem tarczę. Byłem gotowy. Lydia chwyciła podane jej kostury, przytroczyła sobie jeszcze manierkę z wodą i stanęła wyprostowana, w pełnym uzbrojeniu. Spojrzałem z zachwytem na jej smukłą figurę. Elfia zbroja tylko podkreślała jej kształty. Hełm zaś wyglądał, jakby wykuty był specjalnie dla niej i jakby zrobił to nie kowal, a cesarski projektant strojów. Idealnie do niej pasował, niby najbardziej twarzowa i wytworna fryzura, nadając jej jeszcze bardziej zmysłowy wygląd.

     - Wiesz, że jesteś piękna? – szepnąłem.

     Uśmiechnęła się.

     - Tak mówią…

     Miałem ochotę porwać ją w ramiona i pewnie zrobiłbym to, gdybyśmy oboje nie byli zakuci w zbroje. Ich zdejmowanie wydało nam się tak pracochłonne, że potrafiło zabić każde uniesienie. Skończyło się na długim i namiętnym pocałunku.

     Kopalnia przywitała na przyjemnym chłodem. Było tu pusto. Gdy ruszyłem na drewniane schody, prowadzące do szybu, od razu poczułem odór śnieżnego pająka. Lydia też go wyczuła, bowiem chwyciła łuk. Postąpiłem tak samo, wieszając tarczę na plecach. Nałożyłem orkową strzałę. Miałem ich dużo, a na śnieżnego pająka wystarczy aż nadto. Szkoda mi było dwemerskich, czy elfich.

     Zeszliśmy w dół i stanęliśmy na brzegu sporego szybu. Pająk wiercił się w dole, łażąc w tę i z powrotem. Zapewne zdążył nas już wyczuć, nie wiedział jednak, jak wspiąć się po stromej ścianie. Orkowa strzała zakończyła jego wysiłki. Na chwilę zajął się płomieniem, bezgłośnie obkurczył odnóża, wyglądając jak zwykły, martwy pająk-krzyżak. Tylko dużo, dużo większy.

     Zeszliśmy nieco niżej, po drewnianej platformie, której na szczęście pająk nie znalazł. Kopalnia niczym szczególnym się nie wyróżniała. Może jedynie tym, że była opuszczona już od dawna, a mieszkańcy miasta powynosili sobie z niej wszystko, co mogło im się przydać i w zasadzie, poza drewnianymi, nieco spróchniałymi stemplami i pomostami, nie znaleźliśmy w niej innych śladów ludzkiej ręki. Raz tylko potknąłem się o porzucony, złamany kilof, poryty grubą warstwą pyłu, a w innym miejscu tkwiła zapomniana, górnicza latarnia. Na ślepych ścianach widać było miejsca, z których wydobywano kiedyś rudę ebonu. Choć przyświeciłem sobie Płomieniem Świecy i obmacałem kilka takich miejsc dokładnie, nie znalazłem śladu rudy. Skończyła się.

     Łuków musieliśmy użyć jeszcze trzy razy. Pająki wzięły ten obszar w swe posiadanie, aczkolwiek nie stworzyły tu kolonii, żyjąc zapewne każdy osobno. Poza tym, nie znaleźliśmy niczego interesującego. Obeszliśmy kopalnię wzdłuż i wszerz. Labirynt nie był skomplikowany. Ebon ponoć tworzy dość zwarte złoża, nie występuje w cienkich żyłach, jak inne surowce. Skutek jest taki, że kopalnie ebonu nie są plątaniną korytarzy, jak to bywa w przypadku choćby księżycowego kamienia, a raczej zwykle składają się z jednej głównej komory, od której odchodzi kilka rozgałęzień. To sprawiło, że nasze poszukiwania trwały krótko.

     - Niczego tu nie ma – skwitowała Lydia. – Staremu coś się pokręciło.

     Nie odpowiedziałem od razu. W głowie kołatał mi jakiś niejasny domysł, jakbym gdzieś zobaczył coś, co nie pasuje do reszty. Ale nie umiałem sobie uzmysłowić, co to może być. Zupełnie, jakby mój własny umysł bawił się ze mną w zgadywanki. Coś mnie niepokoiło, uwierało niby kamień w bucie. A ja nie wiedziałem, co.

     Podzieliłem się wątpliwościami z Lydią. Pokiwała niepewnie głową, ale nie zlekceważyła moich przeczuć. Zaproponowała, aby przejść się po kopalni jeszcze raz, tym razem wolniej. Tak też zrobiliśmy, ale nie udało mi się znaleźć niczego niezwykłego. Ot, drewniane pomosty, stropy, grożące zwaleniem, spróchniałe stemple, gdzieniegdzie drewniane wzmocnienia, zapobiegające osunięciom się ścian, ślepe korytarze, zakończone ścianami, podziurawionymi kilofem, w poszukiwaniu rudy. Poza tym nic.

     Nagle Lydia przystanęła gwałtownie i wpatrzyła się w drewnianą ścianę.

     - Czekaj… - mruknęła. – To ślepy korytarz. I kończy się ścianą…

     - Drewnianą – pochwyciłem. – Masz rację, to właśnie nie dawało mi spokoju! Na co ktoś zabija dechami ślepą ścianę? To ściana, ta… jak to mówili górnicy?

     -Przodkowa – podpowiedziała.

     -Właśnie! – podchwyciłem. – Nie ma sensu jej zasłaniać.

     - Chyba, że nie jest ślepa… - odrzekła, podchodząc do nieoheblowanych desek. – A nie jest! Spójrz tylko.

     Podszedłem do ściany i przyłożyłem oczy do szpary między deskami. Niczego nie widziałem, z powodu ciemności, ale od razu poczułem przeciąg. Korytarz nie był ślepy. Został przegrodzony! Po co? Proste – aby nikt nie przeszedł na drugą stronę. Coś chciano tam ukryć.

     Kilof przydał się do podważenia i oderwaniu kilku desek z przejścia. Za nimi znajdowała się biała wata pajęczyn. Ale były to zwykle, wiotkie pajęczyny, nie uwite przez pająki śnieżne. Potraktowałem je Płomieniem. Naszym oczom ukazała się niewielka komnata, czy raczej rozszerzenie korytarza, zamknięte żelazną kratą. W kracie były drzwi, zamknięte na klucz.

     - No proszę – gwizdnąłem przez zęby. – Wygląda na to, że jednak coś jest na rzeczy!

     Sięgnąłem do sakwy, w której tkwił podarowany przez Cresciusa klucz.

     - Pasuje – uśmiechnąłem się, gdy klucz przekręcił się w dziurce z cichym zgrzytem. – Stary miał rację. Coś próbowano tu ukryć.

     Nie zaniechaliśmy ostrożności. Ściągnęliśmy łuki z ramion i nałożyliśmy strzały, zanim ruszyliśmy w stronę na pół naturalnego korytarza.

     Chodnik szybko rozszerzył się w jaskinię, z filarem pośrodku. Pomieszczenie było zalane wodą po kostki. Rozejrzeliśmy się wokół. To była krypta. Dookoła wykuto typowo norskie, piętrowe leża na mumie. Ścisnęliśmy mocniej łuki. Tam gdzie mumie, tam i draugry.

Kopalnia Krusza Skała - krypta

     Pierwszego zauważyłem, gdy zaczął gramolić się ze swojego leża. Nie zdążył wstać, aczkolwiek musiałem władować w niego aż dwie strzały. Drugi zaatakował od tyłu. Lydia odrzuciła łuk i chwyciła Miecz Wampira. Nie musiałem jej pomagać. Byłem pewien, że doskonale sobie poradzi i zająłem się trzecim, tym razem potężnym Panem Śmierci, który wstawał właśnie ze swego barłogu. Tu już dwie strzały nie wystarczyły. Zdołał wstać i nabrał powietrza, by poczęstować mnie Krzykiem. Nie zdołał. Za każdym razem, gdy miał wydobyć z siebie głos, moja strzała wyduszała z niego dech. Tak stało się dwa razy, zanim poświata w jego oczach zgasła.

     Czwarty draugr wykończył się sam. Z krypty prowadził bowiem korytarz, w którym umieszczono pułapkę. Płyta naciskowa uruchamiała żelazną kratę, wyposażoną w długie kolce, zamykającą się na podobieństwo drzwi. Gdy ktoś nieostrożnie nadepnął na owalny kamień, krata zamykała się, uderzając w nieszczęśnika ostrymi niegdyś, teraz nieco pordzewiałymi ostrzami. Gdy za pierwszym razem nastąpił na płytę, krata uderzyła z brzękiem, odrzucając go o kilka kroków. Gdyby był istotą myślącą, ominąłby pułapkę, ale siła, która nadaje draugrom pozory życia, nie daje im inteligencji. Spróbował jeszcze raz, tą samą drogą. Tym razem musiał przyklęknąć na jedno kolano, tak osłabił go cios kraty. Gdy wreszcie udało mu się wstać, chwiejnym krokiem znów ruszył w naszą stronę. Trzeci cios  żelaznych ostrzy wytłoczył z niego pozory życia. Żadne z nas nie musiało nawet kiwnąć palcem. Przyglądaliśmy się temu, niby przedstawieniu, chichocząc z cicha. Do tego stopnia przywykliśmy do widoku draugrów, że ów makabryczny w sumie widok wywołał w nas jedynie wesołość. Nieumarły bowiem wyglądał naprawdę groteskowo, szamocząc się z pułapką, a świadomość, że koniec oznacza dla niego uwolnienie, pozbawiła nas współczucia dla jego niedoli.

     Chodnik skręcał w prawo. Za zakrętem krótkie schody w górę zaprowadziły nas do dziwnego miejsca, w którym stały aż cztery kamienne trony. Dwa z nich zwrócone były w naszą stronę, dwa w przeciwną, gdzie majaczył czernią chodnik. Sam korytarz rozszerzał się tu w niewielką kryptę, w której bieliły się jakieś zabalsamowane zwłoki, jasno oświetlone przez płonący tu znicz. Ale nie ich trzeba było się obawiać, tylko czterech draugrów, siedzących na czterech tronach.

     Nieumarły po lewej stronie wstał, co wyglądało, jakby chciał nas powitać. Zamiast wyciągniętej ręki dostał dwie strzały. Wystarczyły. Prawego poczęstowałem jedną, ale reakcji nie było. To nie był draugr, lecz martwe, wysuszone zwłoki. Po drugiej stronie oba były martwe, za to z naprzeciwka wolnym krokiem zbliżał się Pan Śmierci, co poznałem po charakterystycznym hełmie z rogami. Nie zauważył nas dotąd, co dało nam okazje do wpakowania w niego dwu strzał. Zachwiał się, ale nie upadł, tylko przyspieszył kroku. Dwie następne strzały osłabiły go na tyle, że przystanął. Piąta położyła go na łopatki.

     Ruszyliśmy dalej, cicho jak duchy. Wąski korytarz zaprowadził nas do rozleglej, okrągłej komnaty. Środek stanowiła ozdobna krata, przykrywająca chlupoczącą pod nią wodę. Naprzeciwko czerniały żelazne drzwi, a po obu bokach stało sześć kamiennych tronów. Oczywiście, nie były one puste. Liczba nieumarłych sprawiła, że oblałem się potem. Ufałem jednak, że sobie poradzimy, byle działać sposobem, a nie pchać się w otwartą szarżę.

Komnata Sześciu Tronów

     Wybraliśmy po szklanej strzale i cofnęliśmy się nieco w głąb korytarza. Wziąłem na cel Pana Śmierci, zajmującego tron na lewo od wyjścia. Lydia wycelowała do prawego. Obie strzały, wypuszczone znienacka, zadały bardzo mocne obrażenia. Zauważyłem już dawno, że strzał z ukrycia wywiera na nieumarłych o wiele silniejszy skutek. Dwaj pradawni wojownicy drgnęli, jakby przebudzeni i podnieśli się ze swych siedzisk, tylko po to, by bezwładnie opaść na nie, gdy każdy z nich dostał drugą strzałę. Zajęły się płomieniem. Ale oto na środek wyszedł trzeci., rozglądając się na boki. Nie dostrzegł nas. To go zgubiło. Albo ocaliło, jak kto woli. Zawsze uważam, że draugrów się nie zabija, tylko uwalnia.

     Dwa ostatnie już nie dały się wystrzelać. Dojrzały nas i ruszyły w naszą stronę. Na szczęście dla nas, nie były to te najsilniejsze. Po jednej strzale na głowę i pojedynek był skończony. Szósty draugr nie wstał w ogóle. Był martwy od samego początku.

     Odetchnęliśmy i łyknęliśmy sobie odrobinę wody z manierki. Po czym zbadaliśmy dokładnie komnatę. Pod ścianą znaleźliśmy drewnianą skrzynię. Nie była pusta, ale nie zawierała niczego ciekawego. Jakiś stalowy miecz, stara, pordzewiała zbroja, jakieś szmaty… Stanęliśmy więc pod żelaznymi drzwiami. Dały się otworzyć, choć nie bez wysiłku. Prowadziły do dalszych krypt, jednak wykonanych w zupełnie innym stylu. Tu już nie pozostawiono naturalnych ścian, lecz starannie je obrobiono. Widać, chowano tu osoby znaczniejsze.

     Już na samym początku, po lewej stronie zauważyliśmy dwa, wmurowane w ścianę, pionowe sarkofagi. Byliśmy przygotowani na atak, ale nic z nich nie wylazło. Poszliśmy cichutko dalej. Skręcający korytarza zaprowadził nas do małej, podłużnej komnatki, do której wejście i wyjście znajdowały się na jednej, bocznej ścianie. Przy szczytowych ścianach ustawiono dwa trony, zajęte przez wysuszone zwłoki. Pomiędzy nimi stał pionowy, kamienny sarkofag, wyglądający, jakby wypełniono go lodem. Wyciągnąłem ku niemu rękę. Owszem był zimny, ale nie jak lód. Raczej jak kamień.

     Stalhrim! To musi być stalhrim!

Kopalnia Krucza Skała - sarkofag, zapieczętowany stalhrimem

     Jednak zanim wyciągnąłem kilof i zacząłem nim hałasować, zbadaliśmy przyległe pomieszczenie. Przyznaję, że nas zaskoczyło. Czegoś takiego bowiem nie spodziewalibyśmy się nigdy. Wyjście prowadziło bowiem do czegoś w rodzaju przedsionka, w którym znajdował się warsztat alchemiczny. Czynny! W dodatku oświetlony kagańcem. A na dwóch regałach leżały alchemiczne składniki i to niektóre całkiem świeże. Zbadałem też korytarz, wychodzący z laboratorium. Był dość długi i wznosił się lekko. Jeśli cos nadbiegnie z tej strony, zdążymy to wyeliminować z łuku. Lydia stanęła na straży ze strzałą na cięciwie, a ja wróciłem do komnaty i zacząłem wydłubywać stalhrim z sarkofagu.

     Szło bardzo opornie. Trzeba było naprawdę mocno uderzyć, żeby zauważyć jakiś efekt na lodowej masie. W dodatku, stalhrim okazał się być materiałem nierównomiernie twardym. W jednym miejscu udało mi się wykuć bryłkę, w drugim, tuż obok, nie dało się już tego dokonać, choć waliłem z całych sił. Koniec końców, zmachany, zziajany i z potem lejącym się po plecach, wykułem sobie cztery spore grudy stalhrimu. Reszta była nie do ruszenia.

     - Spokój? – spytałem Lydii.

     - Teraz tak – odparła i wykrzywiła usta. – Bo przed chwilą ktoś tak hałasował, że posadzka się trzęsła.

     - Nic nie wylazło? – wbiłem wzrok w korytarz.

     – Żadnego ruchu nie widać.

     Zagłębiliśmy się więc w wąski chodnik. U góry zwęził się jeszcze bardziej, by na samym szczycie zamienić się w skrzyżowanie. Przecinał go jakiś poprzeczny korytarz. Za skrzyżowaniem chodnik opadał. Wychyliłem się delikatnie, chcąc zbadać, czy z krzyżującego się chodnika nie grozi nam jakieś niebezpieczeństwo. Wystarczyło mi krótkie spojrzenie, by natychmiast rzucić się w tył. Błyskawica z magicznej pułapki uderzyła w krawędź przejścia. Malutka jej cząstka odbiła się od niej i trafiła we mnie, ale rozeszła się po blachach, nie czyniąc mi krzywdy.

     - Magiczny reflektor – rzuciłem w stronę Lydii, wyciągając orkowa strzałę. – I to z obu stron.

     Orkowe strzały były takie, jak orkowie – mocne, solidne ale mało wyrafinowane. Przez to na dalsze odległości nie za bardzo się nadawały. Ale na małe wystarczały w zupełności. Mimo to, potrzebowałem aż trzech, by wybić z piedestału pierwszy kryształ, z prawej strony. Z lewej poszło gładko, bo generalnie, zza węgła praworęcznej osobie łatwiej strzela się w lewo. 

     Opadający korytarz zamienił się w schody. Niezbyt długie, ale i tak wystarczyły, aby dotrzeć do poziomu wody. Nie było głęboko, zaledwie po kolana, ale woda była przeraźliwie zimna. Zalany korytarz skręcał w prawo i kończył się szeroką, drewnianą bramą z solidnymi, żelaznymi okuciami. Przez szparę pod nimi lała się woda.

     Otworzyliśmy wrota. Nie na oścież, tylko tyle, żeby się przecisnąć. Widok zaparł nam dech w piersiach. Znaleźliśmy się w wysokiej, i długiej, ale wąskiej jaskini, noszącej jednak ślady ludzkich rąk. Przed nami, z przeciwległej ściany, spływała kaskada wody, zatapiając całą komnatę. Po prawej stronie, wzdłuż ściany, ciągnął się kamienny taras, kończący się schodami z obu stron. Przy przeciwległej ścianie sięgały one dna, z naszej strony – prowadziły w górę. Przed wodospadem komnatę na dużej wysokości przecinał w poprzek wąski, kamienny most. A na nim stał draugr. Pan Śmierci…

     Nie zauważył nas. Powoli napięliśmy więc łuki. Dwie strzały syknęły i pomknęły ku nieumarłemu. Uderzyły mocno. Bardzo mocno! Zachwiał się, z trudem łapiąc równowagę. Trzecia strzała strąciła go z mostu. Leciał dość długo, jak kometa, ciągnąc za sobą warkocz płomieni, roznieconych przez Łuk Pożogi. Wreszcie wzbił fontannę wody, upadając na zalane dno komnaty. Ale to nie koniec. Z lewej strony na most wybiegł drugi. Rozejrzał się wokół, stojąc bez ruchu akurat tak długo, by zarobić strzałę od Lydii. W mig zorientował się, skąd padł strzał. Kołyszącym się, kaczym krokiem, ruszył w prawo i znikł nam za kamienną ścianą. Za nim pojawił się trzeci. Ten nie zatrzymał się w ogóle, ale udało mi się wpakować mu strzałę w biegu. Sam nie sądziłem, że trafię do ruchomego, oddalonego o dobre pięćdziesiąt kroków celu, w dodatku pod górę. Tymczasem jakiś draugr, prawdopodobnie był to ten drugi, pojawił się nagle na szczycie schodów z naszej strony. Zbiegł na dół, na kamienny taras i pobiegł dalej, w kierunku drugich schodów, oddalając się od nas. Strzeliłem, ale nie trafiłem. Lydia podobnie. Cóż, pech. Draugr tymczasem zbiegł na sam dół i zaczął szarżować na nas z wielkim, ebonowym mieczem w dłoniach. Na schodach ukazał się trzeci, ale musieliśmy go zignorować, zajęci tym, który był najbliżej. Dwie strzały – zachwiał się. Potem dwie następne – poświata w jego oczach zgasła, a on sam wolno, niby przewracające się drzewo, upadł w wodę z wielkim pluskiem, którego jednak nie słyszeliśmy z powodu szumu wodospadu. Napięliśmy łuki jeszcze raz, bo w międzyczasie na dole pojawił się trzeci. Na tego wystarczyły dwie strzały. Prawdopodobnie dlatego, że wciąż nas nie dostrzegł, tylko biegł na ślepo, w stronę, skąd padały strzały, w nadziei, że w końcu nas zobaczy.

     Tak jakoś dziwnie reagowali ci nieumarli. Strzał z ukrycia często zadawał im znacznie większe obrażenia. Pamiętać jednak trzeba, że to nie broń go zabijała, ale wola wojownika. On przecież już był martwy. Strzała, czy miecz, w tym przypadku służyły jedynie do koncentracji tej woli. Widocznie strzał znienacka koncentrował ją dokładniej. A może spodziewając się ciosu, potrafił jakoś tej woli przeciwstawić swoją… Nie wiem i nikt tego nie wiedział.

     Przy wodospadzie było trochę głębiej. Oboje zamoczyliśmy się trochę przy wyrywaniu strzał z trucheł. Połowa z nich nadawała się do dalszego użytku. Przy jednym z nieumarłych znalazłem nawet trochę złota, którym pobrzęczałem ostentacyjnie, wchodząc na schody.

     - Cesarskie Szczęście – mrugnąłem do Lydii. – To dar bogów, właściwy naszej rasie. Zawsze znajdujemy złoto tam, gdzie można je znaleźć.

     - Po prostu, jesteście niżsi – Lydia wydęła wargę. – Wasze oczy są bliżej ziemi i łatwiej dostrzegacie, co na niej leży.

     Roześmiałem się. Czasami przekomarzaliśmy się w ten sposób, żartobliwie próbując udowodnić wyższość jednej rasy nad drugą. Ona trzymała stronę Nordów, ja Cesarskich. Ale, o dziwo, dzięki temu dowiedzieliśmy się o sobie wielu ciekawych rzeczy i rozumieliśmy się coraz lepiej. Lydia na przykład, po jednej z naszych dyskusji, przestała uważać Cyrodiilijczyków za mięczaków, o czym dotąd była przekonana, ponieważ łatwiej i chętniej okazywaliśmy uczucia, w tym żal, czasami kończący się łzami, nie kryjąc się z nim, jak czynili to Nordowie. Ja zaś przestałem uważać Nordów za bezduszne maszyny do zabijania i zawsze chętne do umierania w imię honoru, choć nadal uważałem, że mocno z tym pojęciem przesadzali.

     Schody zaprowadziły nas do korytarza. Prowadził wzdłuż komnaty, w stronę wodospadu, ale po prawej stronie odchodziło od niego odgałęzienie. Niestety, przegrodzone żelazną kratą. Było dość ciemno i nie mogłem znaleźć żadnego uchwytu, jaki spodziewałem się tutaj zastać.

     - Laas!

     Szept Aury nie wykrył żadnego zagrożenia w pobliżu. Strzeliłem więc w górę Płomieniem Świecy i przy jego świetle zbadaliśmy uważnie cały chodnik. Niestety, niczego nie znaleźliśmy.

     - Musi być jakiś sposób – mruknęła Lydia, przyłożywszy dłoń do kraty. – W kilku miejscach nie ma rdzy. Ona na pewno się podnosi.

     Zerknąłem na kratę. Miała rację. Sam kiedyś nauczyłem ją zwracać uwagę na takie rzeczy. Pręty pokryte były brunatnym nalotem, gdzieniegdzie nieco głębsze wżery, ale widać było również ślady używania. W kilku miejscach, pozbawionych rdzy, żelazo błyszczało, jakby wyślizgane przez prowadnice. Krata nie tylko była czynna, ale też używana całkiem niedawno i to regularnie.

     - Jeszcze tu wrócimy – odezwałem się. – Na razie zbadajmy co jest po drugiej stronie.

     Tak jak przypuszczałem, korytarz kończył się i po lewej stronie otwierała się przepaść, a nad nią wąski, kamienny most. Zawiesiłem łuk na plecach, wyciągnąłem miecz i tarczę. Nie aby się bronić, ale aby utrzymać równowagę. Most nie był wprawdzie węższy iż inne budowle tego typu, ale znajdował się bardzo wysoko, w dodatku był mokry od wodospadu, bryzgającego wodą. Rozłożyłem na boki ręce z mieczem i tarczą – sposobu tego nauczyła mnie kiedyś Lydia – i dość pewnym krokiem przeszedłem na drugą stronę, do podobnego, na pół naturalnego korytarza. Stało tu kilka urn i płonął blady kaganiec. Najważniejsze jednak, że znajdował się tu także kamienny postument, a na nim uchwyt, który na pewno coś uruchamiał. Nie trudno było zgadnąć, co. Pociągnąłem za niego z całej siły.

     - Dobrze strzegą tego miejsca – odezwała się Lydia, słysząc szczęk podnoszonej po drugiej stronie kraty – Musi tam być coś ważnego.

     Przeszliśmy z powrotem przez most i zagłębiliśmy się w otwarte tym razem przejście. Korytarz rozwidlał się. Po lewej stronie ujrzałem okrągłą komnatę, dość wysoką, otoczoną drewnianą galerią, na wysokości mniej więcej trzech wzrostów człowieka. Na dole tkwił kamienny pulpit, na którym leżała nieźle zachowana książka. Przejścia nie było, przynajmniej na poziomie ziemi. Zdarliśmy głowy. Może znajdowało się na galerii, ale dostać się tam niepodobna.

     Zerknęliśmy na księgę.

     - „Księga Czarów: Lodowy Kolec” – przeczytała Lydia. – Bierzemy?

     - Kiedy indziej – skrzywiłem się. – Znam Lodowy Kolec, a nie chcę nas obarczać niepotrzebnie.

     Poszliśmy więc w drugą stronę, mając nadzieję, że znajdziemy przejście. Nasza nadzieja spełniła się co do joty. Tamta komnata była mniejsza i całość zajmował kręcony podest, który niby schody prowadził w górę, prosto na drewnianą galerię. Ta prowadziła do pierwszej komnaty, okrążała ją i kończyła się chodnikiem w skale, odbijającym w prawo.

     Chodnik nie był długi. Doprowadził nas do żelaznych drzwi, które z oporem ustąpiły pod naciskiem ramion. Naszym oczom ukazał się kamienny most, otoczony kratą, która tworzyła nad nim coś w rodzaju tunelu. Z pewnością było zabezpieczenie, bowiem most znajdował się jeszcze wyżej, niż poprzedni. Dokładniej, znajdował się nad nim.

     Przystanąłem na chwilę i zerknąłem w dół. Znajdowaliśmy się dokładnie nad komnatą, w której uprzednio ubiliśmy trzech nieumarłych. Pod naszymi stopami huczał wodospad. Widok był nie do opisania, ale szybko zakręciło mi się w głowie. Mimo dwóch lat, spędzonych w Skyrim, wciąż nie przywykłem do wysokości. Dobrze, że były tu te kraty i było się za co złapać.

     Most doprowadził nas do kolejnego tunelu. U jego wlotu poczuliśmy przeciąg, łaskoczący nas w przemoknięte nogi. Chodnik rozszerzył się nieco. Naszym oczom ukazały się drewniane drzwi, całkiem nieźle zachowane. Prowadziło do nich kilka schodków. Jednocześnie, po lewej stronie, w ścianie wykuto wąski korytarz. Wykuto go na tyle niechlujnie, że widać było na pierwszy rzut oka, iż dodano go znacznie później. Nie pasował stylem do reszty budowli. Ot, zwykłe górnicze przejście jednorazowego użytku. Bo gdyby miał on stanowić część podziemnej arterii, z pewnością wykonano by go staranniej i odpowiednio zabezpieczono strop. Przeciąg jednak był wyczuwalny właśnie tam.

     - Pewnie tam jest przejście – stwierdziła Lydia., wskazując korytarz końcem łuku. – Założę się, że za bramą jest jakiś zwał i nie da się przecisnąć…

     Trudno było je otworzyć. Widać, nie używano ich od dawna. W końcu ustąpiły ze zgrzytem.

     Lydia miała rację tylko połowicznie – przejścia istotnie nie było. Ale nie było też zawalonego chodnika. Drzwi prowadziły do ciasnej komnatki,  w której stał drewniany kufer. Uchyliłem wieko. Skrzynia była niemal pusta, tylko na dnie błyszczało kilka złotych monet i walało się kilka wytrychów. Sprawdziłem – nie połamane. Przydadzą się. Dołączyłem je do swego pęczku w kieszonce kołczana.

     Wślizgnąłem się w ciasny, boczny chodnik. W jednym miejscu naprawdę ciasny. Bałem się, że się w nim zaklinuję, ale jakoś przelazłem. Lydia, szczuplejsza ode mnie, przeszła bez problemu. Chodnik wił się trochę, to w lewo, to w prawo, dlatego nie od razu zobaczyliśmy to, co znajdowało się u jego wylotu. Patrzeliśmy głównie pod nogi i słusznie, bowiem tunel kończył się nagle i to dość stromą przepaścią. Ale gdy to wreszcie ujrzeliśmy, stanęliśmy jak zamurowani.

     - Nigdy czegoś takiego nie widziałam – szepnęła Lydia.

     Pod nami rozpościerała się ogromna jaskinia. Nie do końca naturalna. Jej ściany wzmocniono kamiennymi słupami, w kształcie graniastosłupa, o sześciokątnej, foremnej podstawie – takimi samymi, jakich użyto w Kruszej Skale. Widać, było to tutaj powszechnie używane rozwiązanie budowniczych. Słupy takie dawało się łatwo do siebie dopasować, tworząc konstrukcje zwartą i wytrzymałą. Słupy te ukształtowano w taki sposób, że tworzyły coś w rodzaju kamiennych tarasów. Skacząc z jednego na drugi można było dostać się na dół.

Tajemnicze wrota - widok z wylotu korytarza

     Ale my nie od razu zeskoczyliśmy. Dłuższą chwilę staliśmy w wąskim przejściu, podziwiając ten niesamowity widok.

     Komnata tonęła w półmroku, ale nie było w niej zupełnie ciemno. Rozświetlał ją jaskrawoczerwony blask, przypominający żar gasnącego ogniska. Dobywał się z okrągłego ni to ołtarza, ni to rzeźby, znajdującej się po przeciwnej stronie. Przypominało to smocze wrota, ale jaskrawym światłem jarzyły się na nim jakieś pełzające smugi. 

     Ze ściany wydobywały się dwie smugi wody, na dole zamieniając się w dwa strumienie.nieco dalej łączące się w jeden, który niknął w skale, gdzieś pod nami. Wyjaśniła się tajemnica wodospadu.

     Opuściłem się pierwszy. Chwyciłem się krawędzi, zawisnąłem nad tarasem i puściłem chwyt. Nie było wysoko. Przynajmniej nie na tyle, aby groziło to połamaniem nóg. Lydia podała mi nasz ekwipunek, po czym sama zeskoczyła na kamienny taras. Dopiero wtedy spojrzeliśmy w górę i zrozumieliśmy nasz błąd.

     - Nie wrócimy już tędy – mruknąłem niezadowolony.

     - Trzeba znaleźć inne wyjście – zgodziła się Lydia.

     - A jeśli nie znajdziemy? – podrapałem się po brodzie.

     - To mnie podsadzisz, ja wyjdę i wrócę z liną – odparła beztrosko. – Albo nawrzucam ci tu trochę gratów, żebyś mógł się po nich wspiąć.

     Istotnie, to było możliwe. Nie martwiąc się już, zeskoczyliśmy na kolejny taras. Tym poszliśmy w stronę domniemanych wrót, by tam zejść na dno jaskini. Stanęliśmy przed bramą. Bo nie miałem już wątpliwości, że były to drzwi.

     Były okrągłe, zupełnie jak smocze wrota. I podobnie jak one, składały się z koncentrycznych kręgów, tutaj kamiennych, podzielonych na fragmenty. Ale na tym kończyły się podobieństwa. Nie było dziurki na szpon. I nie było też samego szponu. Zapaliłem Płomień Świecy, by przeszukać jaskinię, ale znaleźliśmy tylko kilka ubitych draugrów i dwie wysuszone mumie, w resztkach długich szat, w jakich zwykle chodzą uczeni. Pod jedną z nich leżał długi, prosty, dwuręczny miecz. Wyszarpałem go spod zwłok, które, odchylając się na bok, odsłoniły też owinięty w skórę prostokątny, poszarzały przedmiot. Czyżby księga? Sięgnąłem po zawiniątko. Skóra była sztywna ze starości. Sama odpadła, odsłaniając zniszczony, rozlatujący się kajet, pokryty drobnym pismem. Poznałem je od razu – to pismo z moich rodzinnych stron. W Cyrodiil tak właśnie uczono kaligrafii, dbając o to, by literki były okrągłe i równe, a wszystkie wystające pałeczki miały na końcach ledwo dostrzegalne zawijasy. Sam pisałem w ten sposób. Rzuciłem okiem na pierwszą stronę i z moich ust wyrwał się okrzyk zdumienia.

     - Co się stało? – zainteresowała się moja małżonka.

     - Spójrz tylko – podsunąłem jej moje znalezisko. – „Dziennik Gratiana Caerelliusa”.

     Spojrzała mi przez ramię, równie zdumiona jak ja, po czym wskazała mi skalny stopień, na którym wygodnie było usiąść. Rozsiedliśmy się wygodnie. Ja otworzyłem dziennik, ostrożnie, aby go nie zniszczyć, a Lydia wyciągnęła z plecaka trochę zapasów do przegryzienia. Strzeliłem w górę Płomieniem Świecy, aby mieć światło do czytania. Coraz bardziej lubiłem to zaklęcie.


     30. Deszczowa Dłoń, 4E10

     - Prawie dwieście lat temu – mruknęła Lydia.

     Dostałem Dziś list od Kompanii Wschodniocesarskiej. Ponoć górnicy z kopalni przy Kruczej Skale przebili się do jakichś ruin. Mam nadzieję, że tym razem nie jest to fałszywy alarm, tak jak wtedy z tą żałosną wyprawą do Cyrodiil. O świcie pożegluję wraz z mym asystentem Millusem do Kruczej Skały… Miło będzie znów zajrzeć do mojego starego domu na Solstheim.

     7, Drugi Siew, 4E10

     Wreszcie dotarliśmy do Kruczej Skały i muszę przyznać, że ilość żyjących tu uchodźców, mrocznych elfów, cokolwiek mnie zaskoczyła. Na górników mi oni nie wyglądają, ale któregoś dnia na pewno będą z nich wspaniali robotnicy. Przez większą część dnia próbowaliśmy wraz z Millusem zgarnąć popiół, zalegający na dachu mego domu. Ten przeklęty wulkan wciąż pluje ogniem, dzień i noc. Gdyby nie ten wszechobecny popiół, rzekłbym, ze wszystko układa się śpiewająco.

8. Drugi Siew, 4E10

     Ruszam wraz Millusem do kopalni, aby przyjrzeć się, cóż takiego odkryli górnicy. Myślę, że przez zejściem na dół warto się solidnie zaopatrzyć. Przezorny zawsze ubezpieczony.

9. Drugi Siew, 4E10

     Wygląda na to, że górnicy przekopali się do starego kurhanu Nordów. Widziałem już takie kopce w Skyrim… Wszędzie ich pełno, a żadnego nie ma na mapie. Ten konkretny kurhan najwyraźniej należał do klanu Krwiopuszcza. Przepiszę inskrypcje, wyryte na grobowcach i spróbuję porównać je z moimi księgami.


     10. Drugi Siew, 4E10

     Minęło już kilka dni, a póki co, nie udało mi się znaleźć nawet jednej wzmianki o tym klanie. Postanowiliśmy dokładniej zbadać ten kurhan. Doszliśmy do sporej dziury, ale na jej dnie widzę wielką komorę. Opuszczanie całego sprzętu zajęło nam ładnych parę godzin.


     11. Drugi Siew, 4E10

     Dziś udało mi się dokonać niezwykłego odkrycia! Po dokładnym przeszukaniu tej wielkiej komnaty, odnalazłem najdziwniejszą broń, jaką w życiu widziałem. Jest idealnie ostra i zdaje się połyskiwać na czerwono. Z zapisków, które odczytałem wynika, że ta broń zwana jest Ostrzem Krwiopuszcza. Nie wiem, czy powinienem ruszać. Prześpię się z tym pomysłem. 


     W tym miejscu znajdował się starannie wykonany rysunek znalezionego przeze mnie miecza. Chcąc porównać go z ilustracją, podniosłem broń z ziemi i obejrzałem dokładnie. Istotnie, był bardzo ostry. Wyglądał na stalowy, ale z pewnością zastosowano tu jakieś domieszki, zapobiegające rdzewieniu i samoistnemu tępieniu się sztychu. Głownię miał długą i prostą, niespecjalnie grubą, co nadawało mu lekkość. I był zaklęty – wyraźnie połyskiwał czerwoną poświatą, aczkolwiek nie umiałem odgadnąć, czego to zaklęcie dotyczy. Nie znałem go.

     Zacząłem czytać dalej.


     12. Drugi Siew, 4E10

     Wbrew zdrowemu rozsądkowi, postanowiłem zabrać Ostrze Krwiopuszcza. Millius jest temu przeciwny, ale przecież musimy wynieść z tego kurhanu jakiś artefakt.


     13. Drugi Siew, 4E10

     Powinienem był usłuchać Milliusa. Jak tylko chwyciłem za broń, opadły nas draugry. Mój asystent walczył dzielnie, ale został zgładzony. Zdołałem ubić pozostałe potwory, ale odniosłem ciężkie rany. Ledwo trzymam się na nogach. Spróbuję poszukać jakiegoś wyjścia stąd, ale mam paskudne wrażenie, że nic z tego nie będzie.


     14. ? Drugi Siew, 4E10

     Mam coraz większe trudności z poruszaniem się po kurhanie. Muszę przystawać co kilka kroków. Moje zapasy już niemal zniknęły i czuję, że z każdą godziną słabnę. Jedyne, co udało mi się odnaleźć, to drzwi, ozdobione symbolami, jakich nigdy wcześniej nie widziałem. Nie jestem w stanie rozszyfrować tej tajemnicy, ani sforsować tych drzwi, które stoją jak wmurowane. Musiałbym je dokładniej zbadać, a w tej chwili nawet zachowanie przytomności jest dla mnie problemem.


     Tutaj znajdował się niezdarny rysunek tajemniczej bramy, z zaznaczonymi na czerwono świecącymi smugami.


     Jestem niemal pewien, że do otwarcia bramy potrzebne jest Ostrze Krwiopuszcza. Gdy wymachuję bronią w powietrzu, pozostają smugi mistycznej energii. Być może odpowiednia kombinacja wymachów zaowocuje ułożeniem tych smug we wzór, który otwiera drzwi. Mam nadzieję, że dane mi będzie sprawdzić to empirycznie, bo każdy wymach to dla mnie wielki wysiłek.


     Ostatni wpis.

     Jestem zbyt słaby, żeby pamiętać, jaki dziś dzień. Nawet ustać już nie mogę. Moje rany nie chcą się goić. Obawiam się, że przyjdzie mi spocząć w tym grobowcu. Jeśli ktoś znajdzie tu ten dziennik, niech wyśle go moim przełożonym z Kompanii Wschodniocesarsckiej i przekaże mojej żonie, że ją kocham.
Arkayu, prowadź mnie na ostatni spoczynek.


     Siedzieliśmy jeszcze dobrą chwilę bez ruchu. Płomień Świecy nad moją głową dawno zgasł. Potworny żal rozlał mi się po sercu. Nie z powodu śmierci, Gratiana, ale dlatego, że umierał w samotności, z dala od tej, którą kochał. Bezwiednie chwyciłem Lydię za rękę. I wiedziałem, że ona czuje to samo.