niedziela, 11 czerwca 2017

Rozdział XXXVI – Rozdzieracz Chłodu

     I znów na wiele miesięcy pochłonęły mnie studia w Akademii. Nowych zaklęć poznałem niewiele, ale dzięki ciągłym ćwiczeniom pod okiem Tolfdira i Faraldy, stawałem się coraz bardziej biegły w magii. Rzucanie zaklęć nie kosztowało mnie już wielkiego wysiłku. Robiłem to machinalnie, bez długotrwałej koncentracji. Moja mana również wyraźnie wzrosła. Nawet ja dostrzegałem różnicę. Trenowałem głównie Przemianę, Przywracanie i Zniszczenie, choć nie zapominałem o Iluzji i Przywołaniu. Ale nie przywoływałem atronachów, ani nie wskrzeszałem zwłok. Przywoływałem głównie broń, bowiem nauczono mnie zaklęcia Spętany Miecz. Dzięki niemu, mogłem być w jednej chwili zupełnie bezbronny, w drugiej dzierżyć już w dłoni ostrą klingę, przywołaną z Otchłani. Podobnie za przydatne zaklęcie uznałem Niewidzialność ze szkoły Iluzji. Było to jednak zaklęcie wysokoenergetyczne i zużywało się dość szybko. Mimo to, umiałem już znikać na całe dwie minuty – całkiem niezły wynik.

     Trochę też podróżowałem, ale niewiele. Właściwie tylko jedna wyprawa była brzemienna w skutki i złożyła się na dłuższą historię. Pewnego razu zawędrowaliśmy do Pękniny, a ponieważ było jeszcze wcześnie, jak to mieliśmy w zwyczaju, przechadzaliśmy się bez celu po mieście, odpowiadając tylko na pozdrowienia znajomych. Zatrzymaliśmy się w kuźni Balimunda, dla którego miałem kolejną porcję soli ognia. Skłoniliśmy się Maven Czarnej-Róży, przechodzącej obok i zajęliśmy się rozmową. Kowal zwrócił uwagę na mój miecz.

     - To Szklany Miecz Błyskawic – powiedziałem z dumą, demonstrując pięknie błyszczące ostrze. – Wspaniała broń.

     - Zapewne niewiele kling może się z nią równać – przytaknął Balimund, badając broń okiem znawcy i sprawdzając palcem gładkość głowni. – I pięknie utrzymany.

     - Może i nie jest to Rozdzieracz Chłodu, ale śmiem twierdzić, że niewiele mu ustępuje – odparłem z przekąsem.

     I natychmiast pożałowałem tych słów, bowiem na ich dźwięk natychmiast przy kuźni zjawiła się Maven.

     - O czym ty mówisz? – spytała podejrzliwym głosem.

     - O Rozdzieraczu Chłodu – odparłem, czerwieniąc się. – Na pół legendarnym mieczu, zaginionym wiele lat temu.

     - Skąd o nim wiesz? – zwęziła oczy.

     Spociłem się pod jej spojrzeniem. Nie chciałem zdradzać, że tę tajemnicę powierzył mi Młot, człowiek z jej najbliższego otoczenia. Wpędziłbym go w kłopoty.

     - Nie pamiętam już – odparłem. – Ludzie gadają…

     - Ludzie gadają – powtórzyła kpiącym tonem. – Nie słuchaj co ludzie gadają, bo zwykle powtarzają brednie.

     Powinienem ugryźć się w język, ale nie wytrzymałem.

     - Kto jak kto, ale jarl Pękniny powinien wiedzieć, co jest prawdą, a co brednią. I sądzę, że wie.

     Gdyby wzrok mógł zabijać…

     - A co ta cała legenda ma wspólnego z Pękniną? – wycedziła.

     - A posiadłość Pękwald! – odrzekłem takim samym tonem.

     Rzuciła mi nienawistne spojrzenie, po czym oddaliła się na pozór spokojnym krokiem. Balimund dotknął czoła.

     - Nie ma co, wpadłeś po uszy – westchnął. – Ona ci tego nie daruje.

     - Bardzo się jej boję – zakpiłem. – Po kolacji nawet zemdleję ze strachu!

     Tak naprawdę jednak poczułem spory niepokój. Wiedziałem, że Maven ma dobrą pamięć i długie ręce.  I miałem rację. Jeszcze tego samego wieczoru wezwano mnie do Mglistej Twierdzy.

     Maven siedziała na tronie, w towarzystwie Hemminga i Młota. Gdy wszedłem, skinęła mi głową i dalej półgłosem omawiała jakieś sprawy ze swym zarządcą. No cóż, musiała mi pokazać, jak niewiele znaczę i muszę czekać na swoją kolej. Przyznaję jednak, że nie przesadziła z tą demonstracją. Po chwili bowiem zwróciła się do mnie, głośno, aby pozostali słyszeli.

     - Podobno twierdzisz, że Rozdzieracz Chłodu znajduje się w Pękninie, w posiadłości Pękwald?

     Nie uszło mojej uwadze, że Młot, stojący obok tronu, przybladł na twarzy. A ja, no cóż, mogłem skłamać, ale bardzo nie chciałem przed nią zniżać się do takiego chwytu.

     - Tak twierdzę, mój jarlu – odparłem.

     - Dowody?

     - Nie mam – odparłem. – Dowody znajdują się w posiadłości Pękwald.

     - Nie masz? – zakpiła. – A czy wiesz, że za rzucanie bezpodstawnych oskarżeń też idzie się do więzienia?

     Poczerwieniałem. Miała mnie...

     - Powiedz, kto rzucił to podejrzenie, a odejdziesz wolno – wycedziła jarl.

     Wpatrywała się we mnie i dobrze, bo nie zauważyła bladości na twarzy Młota, który wzrokiem błagał mnie o litość. Nie, nie mogłem mu tego zrobić!

     - Jeśli tak trzeba, poniosę odpowiedzialność – odparłem z mocą. – Wierzę, że jarl Pękniny nie postąpi wbrew sprawiedliwości. Nic przecież łatwiejszego, niż przeszukać oficjalnie posiadłość Pękwald i sprawdzić moje słowa.

     Maven prychnęła tylko.

     - Sprawdzić, mówisz? Przeszukać? Przetrząsnąć posiadłość? A jutro stwierdzisz, że w domu Balimunda znajduje się cesarska korona, w pałacu berło, a w Spalni Helgi stacjonuje pułk Gromowładnych! I co wtedy? Też mam wszczynać dochodzenie? Mam pół miasta postawić na głowie i nękać jego mieszkańców rewizjami, na podstawie zwykłej plotki?

     Westchnąłem ciężko. Żałowałem, że nie umiałem trzymać języka za zębami. Bardzo żałowałem. Ale słowo się rzekło i co ja miałem teraz zrobić.

     - Nie wiem, jak inaczej mógłbym to udowodnić – westchnąłem. – Co mam zrobić?

     Maven odniosła pierwsze zwycięstwo i uśmiechnęła się tryumfalnie. Nie miała jednak zamiaru wtrącać mnie do lochu. Wiedziała, komu zawdzięcza to stanowisko. Honor Norda jej na to nie pozwalał. I również coś więcej. Jak wytrawnym była graczem, dowiedziałem się poniewczasie. Gdzie mnie się z nią równać!

     - Radzę ci wykonać tę misję – odezwała się spokojniejszym głosem. – Przeszukaj posiadłość ukradkiem. Wykradnij ten miecz, jeśli rzeczywiście znajduje się w posiadłości Pękwald. Wykradnij go i przynieś tutaj, jako dowód.

     - Mam postąpić jak złodziej? – bąknąłem zdziwiony.

     - Nie złodziej, tylko śledczy – odparła. – Nie bój się, nie złamiesz prawa. Mogę nawet dać ci glejt na piśmie, choć ze zrozumiałych względów wolałabym tego uniknąć. Nalegasz?

     - Nie, mój jarlu – odparłem, skłaniając głowę. – Zrobię to. Proszę tylko, aby pozwolono mnie zadecydować, kiedy to się stanie.

     - Myślę, że mogę przystać na ten warunek – odrzekła Maven, po czym skinęła mi głową na znak, że audiencja skończona. Wyszedłem z pałacu na chwiejnych nogach. 

*          *          *

     - Nie ma co, nieźle użyłeś głosu – westchnęła Lydia.

     - Wiem, głupio postąpiłem – mruknąłem niezadowolony. – Co ja mam teraz zrobić?

     Lydia wzruszyła ramionami.

     - Wykraść miecz – odparła. – Co innego ci zostało?

     - Sądzisz, że jeszcze tam jest? – jęknąłem. – Przecież oczywiste jest, że Maven powiadomiła już właściciela, żeby go wyniósł.

     - Zawsze możesz przyznać się do błędu – odrzekła. – To ci ujmy nie przyniesie. Tylko trzeba będzie zapłacić zadośćuczynienie za bezpodstawne oskarżenie…

     - Czyli chcą mnie oskubać z pieniędzy – zgrzytnąłem zębami. – O to chodziło od samego początku!

     - No i o to, że następnym razem zastanowisz się trzy razy, zanim postawisz się Maven i jej szemranemu towarzystwu.

     Westchnąłem przeciągle. Miała rację. Miałem z tej przygody wyjść oskubany i wyszydzony. Już nigdy nie miałem zagrozić Maven Czarnej-Róży, jedynej władczyni Pękniny.

     Tej nocy spałem bardzo źle. Rankiem śniadanie w ogóle mi nie smakowało. Miałem zły humor. Poprawiła mi go dopiero wizyta Balimunda.

     - Ja tylko na chwilkę – rzekł od drzwi, po czym przeszedł w szept. – Przysyła mnie Młot. Mam ci coś przekazać.

     Nadstawiłem uszy.

     - Jak wiesz, właścicielem posiadłości Pękwald jest Mercer Frey, przywódca Gildii Złodziei.

     Skinąłem głową.

     - Takiemu zawsze ziemia pali się pod nogami – mruknął. – Na wypadek nagłego najścia przygotował sobie drogę ucieczki. Z tyłu domu jest balkon a tam mechanizm z pochylnią. Podobno można ją otworzyć, strzelając z łuku w zamek. W ten sposób można uciec stamtąd niepostrzeżenie.

     - Taaa – mruknąłem. – Problemem jest wejść…

     - Gdzie można wyjść, można i wejść – uśmiechnął się Balimund. – Wyjście działa w obie strony. Tylko parę osób o nim wie, więc nie będzie strzeżone.

     - Tylko po co? – westchnąłem. – Tego miecza już tam pewnie nie ma.

     - Młot twierdzi, że jest – odrzekł. – Są bardzo pewni siebie. W domu roi się od najemników, więc są przekonani, że nie zdołasz dojść do piwnic. Musisz bardzo uważać. A to – i tu postawił przede mną dwie małe fiolki, wypełnione białym płynem – za sole ognia.  W tym rozgardiaszu ci nie zapłaciłem. Ach i jeszcze to – położył na stole skrawek papieru, złożony we czworo.  – Nasz przyjaciel prosił, żebyś nauczył się na pamięć i spalił. Źle byłoby dla niego, gdyby cię z tym złapali.

     Pożegnał się, ale jeszcze w drzwiach odwrócił się i rzekł z uśmiechem.

     - Co najmniej pół miasta trzyma za ciebie kciuki. Nawet nie domyślasz się, kto jest wśród nich…

     I znikł równie szybko jak się zjawił.

Pęknina - posiadłość "Pękwald"

     - Eliksir długiej niewidzialności – przeczytała Lydia na fiolce. – Może ci się przydać na dzisiejszą noc.

     Chwyciłem papier i zerknąłem na niego. Był to plan domu i opis, jak trafić do piwnic. Dalej Młot nie bywał i nie wiedział, jaki jest rozkład podziemi. Ale i tak była to spora pomoc. A w mojej głowie zaczął już rysować się pewien plan.

     - Nie dzisiejszą – odparłem. – Dziś jeszcze stąd wyruszamy.

     - Dokąd? – spytała zaskoczona.

     - Do Ivarstead – uśmiechnąłem się.

     - Ale po co?

     Objąłem ją i przytuliłem.

     - Im mniej wiesz, tym lepiej odegrasz swoją rolę – szepnąłem jej do ucha.

     - Jaką rolę?...

     Zamknąłem jej usta pocałunkiem.

*          *          *

     Wyruszyliśmy południową bramą. Widziało nas pół miasta. Dwie postaci w thalmorskich zbrojach zwracają na siebie uwagę. Przez całą drogę nic się nie działo i po zmroku szczęśliwie dotarliśmy do gospody Wilhelma. Tam dopiero wyłuszczyłem Lydii swój plan.

     - Ale przecież ledwo stoisz na nogach! – zaoponowała. – Musisz odpocząć!

     - Mam na to cały dzień – szepnąłem jej do ucha.

      A potem pozbyłem się zbroi, miecza, łuku i wszystkiego, co mogłoby mnie spowalniać. W razie czego magia musiała mi wystarczyć do obrony. Eliksiry zostały w domku w Pękninie, więc nie byłem niczym obładowany. Ostatni pocałunek i…

     Skoczyłem w ciemną noc. Ruszyłem biegiem.

*          *          *

     Niebo ledwo zaczęło jaśnieć na wschodzie, gdy zdyszany dotarłem do przystani w Pękninie. Nikt mnie nie widział i nie spotkała mnie po drodze żadna przygoda. Szept Aury i Wykrycie Życia pomogły mi ominąć szerokim łukiem kilka osób w pobliżu miasta. Cicho jak cień wspiąłem się na schodki do zewnętrznego wejścia i po chwili byłem już w domu.

     Zrzuciłem ubranie i umyłem się dokładnie, dbając, by zachowywać się cicho. A potem położyłem się w łóżku i zmęczony długim biegiem, zasnąłem jak kamień. Miałem cały dzień na sen.

     Obudziłem się pod wieczór. Słońce zaczynało już czerwienieć i chylić się ku zachodowi, a jego promienie liznęły moją twarz, wpadając przez okienko, wychodzące na jezioro. Poleżałem jeszcze chwilę, po czym, wciąż zachowując ciszę, wstałem i ubrałem się w wygodne, miękkie ciuchy, pilnując, by nie miały na sobie żadnych błyszczących ozdób. Na nogi wzułem skórzane, miękkie pantofle, pozwalające mi poruszać się bezszelestnie.

     Żałowałem, że nie zabrałem z Akademii szaty Savosa, wspomagającej regenerację many znacznie skuteczniej niż zużyty już i wytarty płaszcz kultysty. Zresztą, ten ostatni był za długi i plątałby mi się między nogami. Musiał mi wystarczyć zwiększający manę amulet Savosa, schowany pod bluzą.

     Aby uspokoić myśli, usiadłem pod ścianą i zatopiłem się w medytacji, jakiej nauczyli mnie Siwobrodzi. Trwałem tak dość długo. Gdy powstałem rozprostować nogi, na zewnątrz panowała już noc. Poczekałem jeszcze, aż ucichną wszelkie odgłosy i ostrożnie wysunąłem się na ulicę miasta.

     Pęknina w nocy była ciemna i robiła raczej przygnębiające wrażenie. Nie było tu rozstawionych kagańców, oświetlających ulice, jak w Białej Grani. Ten jeden raz mnie to cieszyło, bowiem ulice miasta tonęły w głębokim mroku, a przechadzających się z rzadka strażników z pochodniami widać było z daleka.

     Posuwając się sprawnie wzdłuż drewnianych ścian zabudowań, pilnując, by zawsze znajdować się w cieniu, zbliżyłem się do Mglistej Twierdzy. Tu strażników było więcej, więc musiałem bardzo uważać, by nie zostać dostrzeżonym. Za pałacem biegła wąska i rzadko uczęszczana dróżka pod samym murem, prowadząca na tyły północnych posiadłości. Jedną z nich była Pękwald.

Pęknina - ścieżka pod murami miasta

     Na widok przechodzącego strażnika, przylgnąłem do muru, chowając się pod grubym kożuchem bluszczu. Przeszedł mimo, nawet nie zerknąwszy w moją stronę. Cóż, lata łowieckiej praktyki miały teraz zaowocować…

     Przelazłem przez żelazny, kuty płot i dotarłem na tyły budynku. Z tej strony również znajdowały się drzwi, ale zaryglowane od środka na potężną zasuwę. Nie było szans, by je otworzyć z zewnątrz. Nawet nie próbowałem, skupiając całą swoją uwagę na balkonie.

     Był wysoko. Na tyle wysoko, że nie dałbym rady do niego doskoczyć. Przyzwyczajone do mroku oczy widziały wyraźnie mechanizm zapadni i samą zapadnię, ale już na pierwszy rzut oka odgadłem, że nie dam rady jej opuścić bez piekielnego hałasu. Musiałem znaleźć inny sposób. Mój wzrok padł na sąsiedni budynek. Gdyby udało się wspiąć na dach, z jego wysokości może dałbym radę przeskoczyć na balkon? Ale dach był stromy i znajdował się dość wysoko. Jak tu wejść?

Tyły posiadłości Pękwald

     Pomogła mi beczka na deszczówkę, stojąca pod ścianą. Ostrożnie wspiąłem się na nią i chwyciłem się wystającego gzymsu. Kilka ruchów tułowiem, jeden wysiłek dla ramion i udało mi się podciągnąć na tyle, żeby przerzucić na niego nogi. Byłem na dachu, ale wciąż za nisko i za daleko. Ostrożnie wspiąłem się po śliskim goncie nieco wyżej.

     Nic z tego, nie dam rady doskoczyć. Za daleko. Był wszelako jeszcze jeden sposób, którego miałem nadzieję uniknąć. Skoro jednak się nie da…

     Poczekałem, aż łuna od pochodni strażnika oddali się. Pomógł mi przypadek. Gdzieś, w okolicach bazaru rozległ się jakiś hałas. Strażnicy kogoś dorwali, pewnie jakiegoś złodzieja. Dość, że postanowiłem wykorzystać okazję.

     - Wuld!

     Krzyk zabrzmiał w nocy o wiele za głośno, niż bym chciał, ale efekt był. Trąba Powietrzna rzuciła mną prosto na balkon. Przywarłem do ściany budynku, pewien, że zaraz zbiegną się strażnicy. Trwałem tak kilkanaście minut, ale nic się nie wydarzyło. Nie usłyszeli mnie zapewne, zajęci przy bazarze. Następnego Krzyku nie usłyszał nikt prócz mnie.

     - Laas!

     W sąsiednich domach zamajaczyło mi kilka postaci, zwykle w pozycjach horyzontalnych. Na poddaszu posiadłości Pękwald zajarzyła się purpurą tylko jedna i to w przeciwległym pomieszczeniu. Zacząłem grzebać przy zamku. Nie był specjalnie wyrafinowany. To nie Markart, gdzie ludzie montowali sobie precyzyjne, dwemerskie mechanizmy. Puścił po kilku sekundach. Znalazłem się w małym, nieco zagraconym pomieszczeniu na poddaszu.

     Wykrycie Życia poinformowało mnie, że istotnie przebywało tu kilka osób. Słyszałem mruczenie jakiegoś zbira, odgrażającego się, że nie da nawet septima na tego bachora i że na pewno nie jest on jego. Musiał trochę wypić, bo był swoim jedynym rozmówcą, o czym przekonałem się, gdy uchyliłem drzwi. Stał w kącie, zwrócony twarzą do ciemnego okienka i wciąż mruczał sam do siebie. Dla mnie ważne było jednak, że stał tyłem do mnie i do schodów.

     Nie robiłem więcej hałasu niż pająk na ścianie. Ostrożnie podkradłem się do schodów i powoli, w rytm zagłuszających ewentualne skrzypnięcia słów najemnika, zacząłem schodzić coraz niżej i niżej.

     Strażnik w międzyczasie zmienił temat.

     - Kieszonkowcy – zamruczał z zachwytem. – To dopiero profesja…

     Widać w tym mieście wszystko stało na głowie.

     Schody prowadziły do rozległego holu. Naprzeciw nich stała szafa, z dużym, złotym lub pozłacanym, w każdym razie na pewno kosztownym posągiem Dibelli, bogini piękna, który bardziej pasował do jakiejś świątyni niż do mieszczańskiego domu. Na dole ujrzałem drugiego strażnika. Ten dla odmiany był czujny i wydawał się poważnie traktować swoje obowiązki. Stał w głębi korytarza, gdzie według planu znajdował się salon i miał również baczenie na drzwi wejściowe. Ale na szczęście nie musiałem obok niego przechodzić, bowiem zaraz ze schodów skręciłem do sypialni, znikając z jego pola widzenia. Drzwi do tego pomieszczenia otwierały się również baz skrzypnięć. Cała posiadłość była wzorowo utrzymana i widać było w każdym szczególe, że jest własnością człowieka bardzo zamożnego. Drogie meble, wygładzone deski podłogi, solidne deski, dodajmy, nie skrzypiące pod stopami, rozległe, jasne pomieszczenia i przede wszystkim wiele drogich sprzętów, stojących na regałach i w szafach – to wszystko musiało kosztować majątek. I gdy uzmysłowiłem sobie, że pochodził on ze złodziejskiego procederu, jakoś ulżyło mi na sumieniu. Czułem się bowiem bardzo źle w roli takiego samego rabusia, jaką przyszło mi teraz grać.

     Starannie zamknąłem za sobą drzwi i rozejrzałem się po sypialni. Była większa niż oba pomieszczenia w moim domku. I stały tu dwie szafy. W jednej z nich miało znajdować się tajne przejście do piwnic. Ot, stara sztuczka z fałszywą ścianką, taka sama jak u Delphine.

     Pierwsza była pełna drogich ubrań, wyszywanych złotymi nićmi i zdobionych klejnotami. Nawet jarlowie takich nie nosili. To była zwykła szafa. Natomiast druga była prawie pusta, zawierała jedynie parę niezłych butów. Położyłem dłonie na tylnej ściance. Wprawne ręce rzemieślnika wyczuły niewielki luz. Ścianka była przesuwna. Przycisnąłem dłonie mocniej i spróbowałem otworzyć, najpierw w prawo – nie dało się – potem w lewo, gdy ścianka bez zgrzytów ustąpiła na tyle, że zdołałem się przecisnąć.

     Znalazłem się u wejścia do piwnic. Ściany wokół mnie, już nie drewniane lecz kamienne, świadczyły o tym, że to zewnętrzna podmurówka domu. Zszedłem schodami w dół, nie zapominając uprzednio zamknąć szafy i zasunąć jej tylnej ścianki.

     Piwnica jak piwnica – wszystkie wyglądają podobnie. Wszystkie są zakurzone, zagracone, zimne i w rogach pokryte pajęczynami. Ta jednak miała połączenie z czymś, co nie wyglądało już na piwnicę. Raczej na kanał, albo burzowiec. Korytarz miał bowiem przekrój okrągły i widać było, że sklepienie jest wodoszczelne. Można to było poznać po niezwykle gładkiej zaprawie, jaką połączono kamienie. Słyszałem, że robi się ją z wulkanicznego pyłu.

     Już na wstępie drogę przegrodziła mi krata z żelaznych, grubych prętów, pokrytych rdzą, wmurowana na stałe. Na szczęście w lewo odchodził drugi korytarz, prowadzący do prostokątnego pomieszczenia, którego dno wyłożono kamiennymi płytkami, z otworkami na grubość palca. Wiedziałem już, co to. Spotkałem takie coś w Ustengrav i w Niebiańskiej Świątyni. To były płyty naciskowe. Gdybym na taką wszedł, od dołu buchnąłby na mnie ogień. Którędy tu przejść?

     Niestety, odstęp od ściany był zbyt mały, aby postawić tam stopę. Nie było rady, trzeba iść przez płyty. Najpierw zbadałem rękami ich twardość. Sprężyny miały mocne, a ja, bez zbroi i broni nie byłem specjalnie ciężki. Zaryzykować?

     Przeszedłem na czworakach, ostrożnie, płynnymi ruchami bez żadnych wstrząsów, uważnie pilnując, by nigdy nie opierać całego ciężaru ciała na jednej płycie. Sporo ryzykowałem. Gdybym uruchomił mechanizm, płomień buchnąłby mi prosto w twarz, brzuch i ramiona. Przez cały czas próbowałem się pocieszać, że przecież takie mechanizmy nie mogą być za bardzo czułe, bo uruchomiłyby je nawet wszędobylskie szczury-ślizgacze. Przelazłem szczęśliwie i otarłem rękawem pot z czoła. Potem otarłem go po raz drugi, gdy dotarło do mnie, że ta pułapka być może właśnie po to została wykonana, aby owe ślizgacze eliminować. Musiałem użyć wszystkich swoich umiejętności koncentracji i uspakajania oddechu, by zwolnić tętno szalejącego z emocji serca. Na pewno nie będę wracał tą drogą!

     Chyba, że nie znajdę innej… I znów otarłem pot z czoła. Minęła dłuższa chwila, zanim byłem w stanie iść dalej. 

     Dalej korytarz skręcał w prawo. Po kostki był zalany wodą, ale przy ścianie znalazłem suche miejsce. Woda zgromadziła się zresztą tylko na początku, potem można było już iść środkiem. Był dość długi, a na końcu skręcał w lewo. I tu czekała mnie niespodzianka. Nagły hałas, jaki rozległ się w podziemiach, przeraził mnie tak, że serce podskoczyło mi do gardła. Ze ścian wyskoczyły nagle wahadłowo poruszające się ostrza. Kołysały mi się przed oczami i to aż w ośmiu rzędach. Byłem pewien że mnie odkryto, ale, jak się później okazało, myliłem się. Powód włączenia się pułapki na zawsze miał dla mnie pozostać nieznany. Zapewne uruchamiała się sama, pod naciskiem nóg, a płyta naciskowa została ukryta i tak dokładnie dopasowana do reszty, że jej nie dostrzegłem.

     Jak tu przejść? Omijałem już takie pułapki, choćby w świątyni Czarnygłaz, ale tu latających ostrzy było znacznie więcej, rozmieszczono je gęściej, a ja nie miałem na sobie zbroi. Każde trafienie mogło mnie zabić. Wolałem nie ryzykować. Nabrałem powietrza w płuca.

     - Feim!

     Poczułem, jak moje ciało staje się nieważkie i niewrażliwe na żadne ciosy. Eteryczność – tak nazywał się ten Krzyk. Czynił ze mnie postać, przypominającą ducha, niemal bezcielesną, której żadna fizyczna siła nie jest w stanie skrzywdzić, ale też i ja nie mogłem skrzywdzić nikogo wokół. Jakby w postać wyłączoną z tego świata. Ale tylko na chwilę. Ta chwila wystarczyła jednak, abym przebiegł na drugą stronę, gdzie korytarz skręcał w lewo i kończył się długimi schodami w dół, na końcu których widniały drewniane drzwi.

     Musiałem poczekać, aż minie działanie Krzyku, po czym powoli uchyliłem drzwi. Już na wstępie poczułem nieregularny opór i odruchowo odskoczyłem, odgadując, że uruchamiam jakąś pułapkę. Nie omyliłem się. Z sufitu ku mnie pomknęły małe, zatrute strzałki. Rozbiły się na posadzce. Gdyby nie mój refleks, trafiłyby mnie prosto w pierś. Znów kilka głębokich oddechów, aby uspokoić serce.

     Znalazłem się w skarbcu. Bez wątpienia był to skarbiec!, o czym przekonałem się, gdy przywołałem zaklęcie Płomień Świecy, rozjaśniające wnętrze. Po mojej lewej ręce stał regał, na którym ustawiono sporo kosztownych przedmiotów. Obok zamknięty sejf i szkatuła. Naprzeciwko stół, z jakimiś papierami, a po prawej stronie… Aż mi ręce zadrżały! Stała tam oszklona gablota, a w niej, na czerwonym aksamicie, leżał piękny, szklany miecz.

     Jak już kiedyś wyjaśniałem, nazwa tego stopu była nieco myląca. Nie miał on nic wspólnego ze szkłem. Był to gatunek stali, uzyskiwany poprzez domieszkę rafinowanego malachitu. Stop ten był bardzo twardy i sprężysty jednocześnie. Trudno się go polerowało, ale gdy rzemieślnik włożył w to sporo wysiłku i serca, ostrze z tego metalu nie tępiło się prawie wcale. Nazwę swą zawdzięczał charakterystycznemu połyskowi, przypominającemu mętne, zielonkawe szkło, no i temu, że kuty w nieodpowiednim zakresie temperatur, łatwo pękał.

     Ten miecz różnił się jednak od innych. Ze względu na charakterystykę stopu, wszystkie szklane miecze były do siebie podobne, aby zapewnić optymalne wykorzystanie jego właściwości. Nadawano im taki sam fason jak ostrzom z księżycowego kamienia. Wszystkie miały głownie w kształcie pióra, szersze ku końcowi, węższe przy rękojeści. I choć kształtem do złudzenia przypominał on mój Miecz Błyskawic, miał zupełnie niespotykaną barwę - błękitną. Zapewne, do jego wykonania użyto jakiegoś specjalnie modyfikowanego stopu. Gdy otworzyłem precyzyjny zamek i wyjąłem go z gabloty, zauważyłem, że jest nieznacznie cięższy niż mój. Ciężar jednak był rozłożony idealnie. Pulsująca poświata przekonała mnie, że jest zaklęty mrozem, ale jednocześnie nałożono na niego jakieś inne zaklęcie. Broń podwójnie zaklęta była w Tamriel rzadkością, bowiem umiejętność podwójnego zaklinania opanowali tylko najwytrawniejsi zaklinacze. Nawet Phinis Gestor z Akademii, prawdziwy mistrz tej profesji, nie potrafił nałożyć dwóch zaklęć na jeden przedmiot. To drugie połyskiwało jednak słabo i nie zdołałem odgadnąć jego mocy.

     No, ale na to miałem czas później. Teraz trzeba było stąd zmykać. Hałas działającej pułapki w każdej chwili mógł mi ściągnąć na kark strażników. Ze skarbca prowadził kręty korytarz, kończący się schodami i drzwiami. Po sforsowaniu zamka znalazłem się w składowisku Szczurzych Nor.

     No tak, mogłem przypuszczać, że dom przywódcy Gildii Złodziei będzie miał podziemne połączenie z Wyszczerbioną Banią. Drzwi do przybytku Gildii znajdowały się bowiem zaledwie o kilkadziesiąt kroków. Zanim nacisnąłem klamkę, przywołałem Wykrycie Życia. Za drzwiami zajarzyło się kilka postaci. Co ciekawe, błękitnym kolorem! Złodzieje wcale nie byli moimi wrogami! Czyżby mój postępek sprawił, że stałem się jednym z nich? A może i oni byli po mojej stronie? Czyżby nie ufali swemu przywódcy?

     Uchyliłem drzwi. Ujrzałem zwalistą postać Elegii – brata Młota – siedzącego przy stole i żłopiącego piwo w towarzystwie innego złodzieja. Znałem jego imię - Glover Mallory. W oddali, w oświetlonym miejscu, zaczytana w jakimś liście, stała szczupła i całkiem ładna blondynka, w kostiumie z cienkiej skórki. Wiedziałem od Młota, że miała na imię Vex i była specjalistką od włamań. Gdybym wszedł, musiałaby mnie zauważyć. Pozostałych z tego miejsca nie widziałem.

     Co tu robić? Wejść na bezczelnego, powiedzieć, „cześć, chłopaki” i wyjść drzwiami po przeciwnej stronie? Kiedy indziej może tak właśnie bym zrobił, ale teraz, jakby nie było, okradłem właśnie ich przywódcę, a miecza nie zdołam schować pod krótką bluzą. Nie ma co, trzeba skorzystać z eliksiru.

     Cofnąłem się i otworzyłem fiolkę. Eliksir smakował jak zaprawa murarska, ale działał skutecznie. Moje dłonie znikły, pozostał jedynie ich niewyraźny zarys, który, jak wiedziałem z Akademii, widziałem tylko ja, nikt inny. Jeśli nie narobię hałasu, przejdę nie zauważony.

     Powoli zamknąłem za sobą drzwi. Z daleka ominąłem Elegię i Mallory'ego i ostrożnie wszedłem na pomost nad zbiornikiem. Jeszcze kilka kroków i znalazłem się na kamiennym ocembrowaniu. Stąpając delikatnie, zdołałem dojść do widniejących w oddali drzwi do wyjścia. Tylko w jednym momencie zamarłem, gdy Vex zdziwiona podniosła głowę i pociągnęła kilka razy nosem. Musiała wyczuć mój zapach. Na szczęście przeszedłem wystarczająco daleko od niej, by nie miała pewności. Elegia i Glover Mallory z nosami w piwie, na pewno niczego nie wyczuli.

     Wymknąłem się do przedsionka Szczurzych Nor, a stamtąd wyszedłem nad kanał w mieście. Delikatnie przebiegłem po drewnianym pomoście w kierunku schodów i wyszedłem na górę w okolicach mojego domu. W pobliżu nie było nikogo. Miasto spało. Ostrożnie otworzyłem drzwi i wsunąłem się do swej posiadłości. Z zadowoleniem położyłem miecz na stole. Wykonałem zadanie!

     Rozdzieracz Chłodu prezentował się znakomicie. Równie piękny jak mój Miecz Błyskawic, równie poręczny, nawet bardzo podobnie zdobiony. Rękojeść i jelec wykonane były z księżycowego kamienia, podobnie jak wzmocnienia na zastawie. Widać było w nim rękę prawdziwego mistrza. Sztych był ostry jak brzytwa. Gdy rzuciłem na niego kawałek lekkiego płótna, pod własnym ciężarem rozpadł się na dwie części. Lekki nalot na ostrzu przekonał mnie, że można go naostrzyć jeszcze bardziej, przez misterne polerowanie. Ale tym niech martwi się właściciel.

     Gdy około południa wszedłem do Mglistej Twierdzy, moja obecność wywołała niemałe poruszenie. Miecz, jaki niosłem w rękach, zewsząd przyciągał spojrzenia. Oczy Młota zajaśniały radością, natomiast Maven nie potrafiła ukryć zdumienia.

     - Nie spodziewałam się ciebie dzisiaj – odezwała się do mnie, unosząc brwi.

     Skłoniłem się.

     - Oto dowód – powiedziałem, podchodząc z mieczem na wyciągniętych dłoniach. – Na pół legendarny Rozdzieracz Chłodu. Znajdował się w posiadłości Pękwald, w piwnicach.

     Spojrzała na mnie z podziwem i pokręciła głową w niedowierzaniu.

     - Udało ci się… Niesamowite.

     - Czy taki dowód wystarcza, by wymierzyć sprawiedliwość? – spytałem z dumą.

     Ale ku mojemu zdziwieniu, Maven potrząsnęła głową. Nie doceniłem jej sprytu.

     - Nie zdołamy udowodnić, że miecz został znaleziony w posiadłości Pękwald – oznajmiła. – Właściciel może wyprzeć się wszystkiego i stwierdzić, że pierwszy raz widzi go na oczy. 

     Zdębiałem. Więc to wszystko na nic?

     - To był dowód dla mnie – ciągnęła Maven, uśmiechając się tryumfalnie. – Dostarczyłeś go, co doceniam. I ja ci wierzę!

     To już coś…

     - Udowodniłeś, że jesteś człowiekiem prawdomównym i nie rzucasz oskarżeń na wiatr – skwitowała. – Miecz powinien trafić do prawowitego właściciela, ale wiemy, że on nie żyje. Zatem, uczynisz nam zaszczyt, jeśli go przyjmiesz. Masz opinię wytrawnego wojownika i nosisz stopień legata Cesarskiego Legionu. Zasługujesz na niego.

     Nie wierzyłem własnym uszom.

     - Noś go z dumą – oznajmiła Maven uroczystym tonem i dość głośno, aby wszyscy wokół to słyszeli. – Od tej chwili jesteś prawowitym właścicielem Rozdzieracza Chłodu!

     Fala gorąca uderzyła mnie w policzki. Dotarło do mnie, że Maven, w swojej przenikliwości, przewidziała także, że może mi się udać. Z pewnością uzgodniła to już wcześniej z Mercerem Freyem i oboje doszli do wniosku, że w takim przypadku będzie to jedyne rozsądne wyjście. Sprzedać tego miecza i tak nie było komu – chyba tylko takiemu samemu złodziejowi jak on. Każdy obawiałby się nosić ostentacyjnie u boku tak charakterystyczną broń. Ale ja mogłem. Został mi podarowany oficjalnie i z honorami. Co mogłem zrobić innego? Przyjąłem go.

     I przyjąłem go z radością.

Rozdzieracz Chłodu

     Odtąd miecz ten stał się moją ulubioną bronią. Łuki zdarzało mi się zmieniać, bywało, że walczyłem też mieczem dwuręcznym, albo brałem w ręce jakąś specjalną broń. Ale u mojego boku zawsze tkwił w ozdobnej pochwie Rozdzieracz Chłodu, stając się moim atrybutem i nierozłącznym towarzyszem wypraw. Był najdoskonalszą, najlepiej wyważoną, najostrzejszą i najporęczniejszą bronią, jaką kiedykolwiek przyszło mi dzierżyć. Nie tylko ciął, jakby ciała moich wrogów wykonane były z masła. On jeszcze raził ich potężnym ładunkiem magii mrozu. A drugie zaklęcie potrafiło sparaliżować przeciwnika na chwilę, co przecież w walce jest nie do przecenienia. Tyle tylko, że to drugie działało tak jak eksplozja, wywołana ciosem Przedświtu – losowo, czasami się pojawiała, czasami nie. Widać, nie da się nałożyć na broń dwóch zaklęć, działających równie sprawnie.

     Nigdy nie dowiedziałem się, kto go wykuł. Ale zawsze, gdy po walce chowałem go do pochwy, mówiłem w myślach: „Chwała twórcy Rozdzieracza Chłodu!”. Myślę, że bogowie słyszeli te myśli i kowal ów cieszył się dużym poważaniem, nieważne, czy jeszcze żył, czy przebywał już w zaświatach.

     A potem, no cóż, wróciliśmy najpierw do Białej Grani, a potem znów na kilka miesięcy do Zimowej Twierdzy. Aż pewnego dnia, uznałem, że nie mogę czekać dłużej.

     Spojrzeliśmy po sobie i jednogłośnie westchnęliśmy.

     - Już czas…

     I wziąwszy się za ręce, ruszyliśmy do Wichrowego Tronu.


KONIEC CZĘŚCI II



Dotychczas, nakładem wydawnictwa Nitagerus Spółka z ogromną odpowiedzialnością, ukazały się:

Skyrim I - Pożeracz Światów
Skyrim II - Miecz i magia

Wulfhere powróci w III części, zatytułowanej:
Skyrim III - Miraak

A jeśli szlag mnie przedtem nie trafi, to stworzę jeszcze część czwartą: Obrońcy Świtu.

A na razie przerwa. Wyjechałem na wyspę Solstheim, aby zebrać materiały do następnej części.


sobota, 27 maja 2017

Rozdział XXXV – Leże Movarta

     W wynajętym pokoju zdjąłem zbroję, zostawiłem kołczan, łuk i tarczę, zatrzymując tylko miecz. Ale przypasałem go sobie na plecach, w taki sposób, że rękojeść sterczała nad prawym ramieniem. W ten sposób łatwiej się skradać, nie obawiając się o głownię, obijającą się o nogi. Nie zamierzałem z nikim walczyć, ale gdyby przyszła taka konieczność, będę gotów do obrony. Gdy wyszedłem, od razu przeniknął mnie chłód, aż zadrżałem. Na szczęście było blisko. Starannie unikając oświetlonych miejsc, zakradłem się do domu Alvy. Bezgłośnie, jak duch, pojawiłem się drewnianym ganku, przed zamkniętymi drzwiami.

     Najpierw przywołałem Wykrycie Życia. Pokazało mi błękitną postać w środku. Wiedząc jednak, że Alva może być wampirzycą, użyłem też Szeptu Aury. Tym razem postać Hroggara zajarzyła się na purpurowo, Nie ruszała się, a po sylwetce poznałem, że siedzi na krześle, zapewne przy kominku. Nikogo więcej w środku nie było. Czyżby Alva wyruszyła na łów? Wyjąłem pojedynczy wytrych, żeby nie dzwonić całym pękiem i delikatnie wsunąłem go w otwór zamka. Solidny był, trzeba przyznać. Namęczyłem się z nim trochę, zanim puścił z lekkim trzaskiem. Aż znieruchomiałem, bowiem w nocnej ciszy brzmiało to jak grzmot. Dopiero po chwili odważyłem się otworzyć drzwi.

     Hroggar drzemał przy kominku i zapewne tylko temu zawdzięczałem, że mnie nie usłyszał. Zamknąłem ostrożnie drzwi, pilnując, by zrobić to cicho. Z tej strony wystarczyło przekręcić drewnianą gałkę, aby zamek zaryglował się na powrót. Izba jak izba, niczego szczególnego widać w niej nie było, ale w dół prowadziły dość długie schody. Udałem się tam, uważając, by stąpać po jednej stronie stopni, nie na środku, gdzie mogłyby zatrzeszczeć. Po chwili już byłem w piwnicy.

     W piwnicy, czy w leżu wampira?

     Poczułem, jak włosy mi się jeżą. Pomieszczenie było oświetlone tlącym się kagankiem, więc widziałem wszystko bardzo dobrze. Przede wszystkim, było czyste i schludne. Bardziej przypominało buduar damy niż piwnicę. Jedynie zamiast łoża, znajdowała się w nim miękko wyściełana trumna.

     Nie wiem, dlaczego wampiry tak bardzo lubią spać w trumnach. W ogóle, nie mam pojęcia, skąd się to wzięło. Nikt nie umiał mi tego wyjaśnić – nawet wampiry, z którymi przyszło mi rozmawiać w przyszłości. I nie wiem tego do dziś. Czyż jednak trzeba było lepszego dowodu? Alva była wampirzycą, to jasne. I, jakby to nie wystarczało, znalazłem jeszcze dowód koronny rozwiewający wszystkie wątpliwości, jakie mogłyby się pojawić. W trumnie bowiem znajdował się oprawiony w cienką skórę pamiętnik Alvy. Podniosłem go, oczywiście i przebiegłem po nim wzrokiem.

     Postanowiłem przewertować go na miejscu, aby właścicielka nie zorientowała się, przedwcześnie, że grzebałem w jej rzeczach. Miałem dużo czasu, bowiem noc dopiero się zaczęła, a pamiętnik nie był gruby. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że wampiry mają znakomity węch i Alva bez problemu wyczułaby, że ktoś obcy był w komnacie. 

     Początkowo nic nie wskazywało na to, co ma się stać. Ot zwyczajne zapiski atrakcyjnej, młodej kobiety, spragnionej wielkiego świata i duszącej się w atmosferze prowincjonalnego miasteczka.

     Cóż to za życie? – pisała Alva. – Gdzie jest książę, który mnie ocali? Gdzie mój dzielny, norski wojownik, który ze mną odjedzie?

     Później jednak pojawiły się zapiski bardziej niepokojące. Jak się okazało, znalazł się ktoś, kto potrafił wykorzystać jej marzenia o światowym życiu.

     Poznałam dziś pewnego mężczyznę, gdy zbierałam kwiaty. Jest egzotycznej, elektryzującej urody. Całowaliśmy się w świetle księżyca. To było takie romantyczne. Dziś znów się z  nim zobaczę.

     Wszystko jasne – Alvę uwiódł wampir. I wkrótce przemienił ją w wampirzycę, o czym nie omieszkała napisać.

     Poznałam prawdziwe barwy nocy. Movart pokazał mi najczarniejszą czerń i krwistą czerwień. Obiecał mi krwawą ucztę, jeśli spełnię jego życzenie w Morthalu.

     Dalej znajdował się fragment, bezpośrednio dotyczący badanej przeze mnie sprawy.

     Z łatwością uwiodłam Hroggara. Movart powiedział, że powinnam najpierw znaleźć sobie obrońcę. Kogoś, kto będzie czuwał nad moją trumną za dnia. Hroggar doskonale się nada.

     No i nareszcie dowiedziałem się, jak to było z Laelette.

     Wieczorem przyszła do mnie Laelette. Ukoiła moje pragnienie. Ukryłam jej ciało, by powstała i mi służyła. Rozgłosiłam plotkę, że zaciągnęła się do wojska. Głupcy.

     Przemieniła ją… Więc tak Laelette stała się wampirem. Okazało się jednak, że to nie koniec okropności. Alva szykowała miastu coś o wiele straszniejszego.

     Movart przedstawił mi swój plan. Mam uwodzić strażników jednego po drugim i uczynić z nich swych niewolników. Potem wszyscy wespół zdobędziemy Morthal. Nie zabijemy mieszkańców, nie. Staną się bydłem, kojącym nasze pragnienie. Niekończącym się źródłem krwi i obrońcami, strzegącymi nas przed przeklętym słońcem.

     Pokręciłem głową. Jej prowokujący styl bycia był częścią planu. Zaprzedała się bez reszty tajemniczemu Movartowi. Musiał być naprawdę potężny. O ile mogłem się zorientować z zapisków, jego kryjówka znajdowała się gdzieś w pobliżu miasta.

     Czytałem dalej, szukając fragmentów, opowiadających bezpośrednio o sprawie. Znalazłem je kilka stron dalej.

     Rodzina Hroggara robi się niewygodna. Powiedziałam Laelette, żeby wszystkich zabiła i upozorowała wypadek. Jeśli Hroggar ma dalej być moim obrońcą, musi wyglądać na niewinnego.

     Głupia dziewka! Laelette spaliła rodzinę Hroggara żywcem. Kazałam jej upozorować wypadek, a ona doprowadziła do skandalu. Co gorsza, próbowała przemienić jego córeczkę, Helgi. Nawet tego nie potrafiła zrobić dobrze. Zabiła dziecko i pozostawiła ciało, żeby spłonęło.

     Zadrżałem. Więc jednak to Alva, rękami swej niewolnicy Laelette, dopuściła się tej zbrodni. Mimo wszystko, poczułem ulgę, że choć pod tym względem Hroggar okazuje się być niewinny. Nie wyobrażałem sobie, ja można tak po prostu zabić własne dziecko. Jak się dalej okazało, nie tylko mnie rozczuliło jej szczebiotanie.

     Coś się dzieje z Laelette. Cały czas mówi o Helgi. Chyba postradała zmysły. Uważa, że dziecko można jeszcze przywrócić do życia.

     Z rozczuleniem pomyślałem o Laelette. Musiała za życia być dobrym człowiekiem, skoro pomimo przemiany, pozostały w niej ludzkie uczucia. Los Helgi nie był jej obojętny.

     Ostatni zapisek był całkiem świeży, dodany zapewne dziś.

     W mieście pojawił się obcy i bada przyczyny pożaru. Muszę zachować ostrożność.

     Zamknąłem dziennik i westchnąłem cicho. Co ja teraz mam zrobić? Zostawić go? To jak dostarczę dowodu jarlowi? Zabrać? Alva zorientuje się, że jest śledzona.

     W końcu zdecydowałem się go zabrać. Wyszedłem tą samą drogą, którą tu wszedłem. Hroggar wciąż drzemał. Wymknąłem się niepostrzeżenie z domu i ostrożnie pobiegłem w stronę gospody.

     Był wczesny ranek, gdy stanąłem przed obliczem jarl Igrod. Sprawa musiała ją boleć już od dawna, bowiem bez żadnych wstępów zapytała.

     - Hroggar jest winny, czy nie?

     Moim zdaniem był winny, ale tylko porzucenia swej rodziny. Z samą zbrodnią nie miał nic wspólnego i z ulgą o tym doniosłem. Choć podpalaczką była Laelette, winę za tę zbrodnię ponosiła Alva, o czym oświadczyłem bardzo pewnym głosem. 

     - Alva podłożyła ogień – oznajmiłem – To ona jest morderczynią.

     Igrod w zaaferowaniu pokręciła głową.

     - Alva? – zamruczała zdziwiona. – Nie sądziłam, że jest do tego zdolna.

     - Ona jest wampirzycą – dodałem. – Planowała zniewolić całe miasto.

     - Zakładam, że masz dowody – odezwała się ostrzej. – Nie można szastać oskarżeniami bez dowodów!

     - Mam dziennik Alvy – odparłem, podając jej oprawiony w skórę brulion.

     Spojrzała na mnie badawczo, ale otworzyła pamiętnik i powoli zaczęła przerzucać strony, ledwo rzuciwszy na nie okiem. W pewnym momencie jej wzrok zatrzymał się. Musiała natrafić na interesujący fragment. Po dłuższej chwili i przerzuceniu kilku kartek, podniosła wzrok i prychnęła zaskoczona.

     - A więc to prawda… - szepnęła, a głośniej dodała. – To zdradziecka suka!

     Wróciła do lektury, ale tylko na chwilę. Skinąwszy mi głową, poleciła przyjść wieczorem. Cóż, potrzebowała trochę czasu na przestudiowanie dziennika i przemyślenie sprawy. Skłoniłem się więc tylko i wyszedłem z pałacu.

     Alva nie pokazała się przez cały dzień. Spotkałem tylko Thonnira. Na mój widok uśmiechnął się smutno i ścisnął mi dłoń. Chcąc dodać mu otuchy, zapewniłem, że Laelette nie opuściła go z własnej woli.

     - Została zniewolona przez Alvę – zapewniłem go. – Wampiry mają swoje sposoby.

     Pewnie przyniosło mu to jakąś ulgę, ale nie okazał jej. Rozstaliśmy się niedaleko tartaku, gdzie zszedłem z głównej drogi, kierując się do gospody. Po drodze, mijając zgliszcza spalonego domu, coś mnie tknęło, aby tam pójść. Stanąłem pomiędzy resztkami ścian i zamyśliłem się.

     Tak na dobrą sprawę, całą winę za tę zbrodnię ponosił Movart. Alva pomagała mu wprawdzie, ale sama została najpierw uwiedziona, a potem przemieniona. Movart sprytnie wykorzystał jej marzenia o wielkim świecie i wielkiej miłości, karmiąc ją zapewne jakimiś kłamstwami. Daleki byłem jednak od usprawiedliwiania Alvy. Zbrodnia na rodzinie Hroggara była jej pomysłem i musi za to ponieść karę. Podejrzewałem, że to jeszcze nie koniec historii. Tak też było w istocie.

     Gdy tylko zapadł zmrok, w pełnym rynsztunku udałem się do siedziby jarla. Tym razem towarzyszyła mi Lydia, również w blachach i uzbrojona po zęby. Na zewnątrz zebrał się kilkuosobowy tłumek, dość głośno komentujący ostatnie wydarzenia. Gdy się zbliżyliśmy, ucichli. Weszliśmy do środka.

     Jarl uroczyście skinęła nam głową.

     - Morthal jest twoim dłużnikiem – oświadczyła, zwracając się do mnie. Proszę, obiecano ci nagrodę za rozwikłanie zagadki.

     Ciężka kiesa powędrowała do moich rąk. Tym razem nagroda okazała się wysoka.

     - Ale ja muszę cię prosić o jeszcze jedna przysługę – ciągnęła jarl. – Morthal wciąż jest w niebezpieczeństwie. W dzienniku jest wzmianka o Movarcie, wielkim wampirze, którego podobno zgładzono sto lat temu. Skrzyknęłam paru twardych wojów, żeby oczyścić leże Movarta. Będą na ciebie czekać przez wejściem.

     Nie uszczęśliwił mnie taki obrót wypadków. Oczywiście, wspomnienie Helgi nie pozwoliłoby mi pozostawić tej sprawy i byłem gotów udać się do siedziby wampira, by zrobić z nim porządek. Ale pociągnąć tam na czele rozgorączkowanych i niezdyscyplinowanych mieszkańców, nie wydawało mi się dobrym pomysłem. Dotąd działaliśmy sami, zawsze z zaskoczenia i póki co przynosiło to doskonałe rezultaty. Zakraść się niepostrzeżenie do kryjówki wampira z taką czeredą za plecami, było niemożliwością.

     - Musimy się ich pozbyć – syknąłem, idąc do drzwi.

     - Może uda mi się ich trochę ostudzić – szepnęła Lydia. – Pogadam z nimi po drodze.

     Chętnych do zemsty na wampirze było pięciu. Przewodził im Thonnir, z siekierą w ręce i nieprzytomnym błyskiem w oczach. Nie zdążyłem jeszcze zamknąć za sobą drzwi, gdy krzyknął.

     - Zabierz nas do legowiska Movarta!

     - Taa! – zacharczał potężnie zbudowany wojownik, stojący za nim.

     - Zabić wampira! – zawołał Thonnir.

     - Zabijmy go! – poparł do olbrzym.

     - Zniszczyć go ! – dodał stojący obok Orsimer, z żelazną maczugą w dłoni.

     Zdziwiła mnie jego obecność. Spotkałem go już przedtem w gospodzie. Miał na imię Lurbuk i z całego serca chciał zerwać ze swoją wojowniczą naturą, by zająć się poezją. Jak widać, lojalność wobec mieszkańców miasta miała dla niego wyższą cenę.

     - Chcesz mi pomóc zabić wampira? – zwróciłem się do Thonnira.

     Miałem dodać „to rozpuść to towarzystwo w demony”, ale nie zdążyłem dokończyć.

     - Chcę pomścić moją żonę! – zawył. – Zemsta za Laelette. Idziemy do legowiska Movarta, nieważne, czy pójdziesz z nami!

     I nie czekając na odpowiedź, ruszył przed siebie w mrok. Nie mogłem pozwolić, by poszedł wprost na żer wampira. Pobiegłem za nim. Reszta ruszyła za nami.

     Przez całą drogę Lydia pracowicie opowiadała pozostałym, jakie czekają ich okropności, gdy przypadkiem zetkną się wampirem. Niby udzielała dobrych rad, jak się zachować, ale ja z trudem tłumiłem śmiech. Łgała oczywiście, jak polityk, ale widać było, że jej słowa robią na słuchaczach spore wrażenie. Opowiadała o więzieniu duszy, o nieuchronności wiecznego życia w mroku, o nieustającym służeniu wampirzym władcom. Nordowie na ogół nie boją się umierania, ale opis okropieństw, które czekają ich po śmierci, odnosił skutek. Stopniowo opuszczał ich zapał. Było już niedaleko, gdy jej udane zdziwienie, że nie mają na sobie specjalnych amuletów ochronnych wreszcie poskutkowało. Czworo z nich zawróciło z niewyraźnymi minami. Pozostał tylko Thonnir, który zatrzymał się dopiero przed wejściem do jaskini.

     - Oni są tchórzami – oświadczył z mocą. - Ale ja nie. Idę z tobą!

     Pokręciłem głową.

     - Lepiej zaczekaj tutaj – odparłem.

     Ale wytłumacz to człowiekowi, który nie ma już niczego do stracenia! Thonnir rwał się do zemsty i nie dbał o to, co się z nim stanie. Musiałem nim naprawdę mocno potrząsnąć.

     - Chcesz, żeby Movart zginął? – spytałem, patrząc mu prosto w oczy. – To pozwól nam działać po naszemu! Nie umiesz się skradać, ani walczyć z nieumarłymi, a każdy nieostrożny ruch może go zaalarmować. Uwierz mi, idąc z nami, wystawiasz nas na niebezpieczeństwo!

     Dopiero ten argument zadziałał. Spojrzał przytomniej.

     - Chyba masz rację – westchnął zrezygnowany. – Nie jestem wojownikiem.

     Opuścił głowę, ale zaraz ją podniósł.

     - Idź, pomścij moją Laelette – szepnął.

     Ścisnąłem jego ramię. A potem chwyciłem łuk i nałożyłem szklaną strzałę. Powoli i ostrożnie zagłębiłem się w otwór jaskini. Za mną, jak cień, podążała Lydia.

     Jaskinia okazała się być opuszczoną kopalnią rudy żelaza. Już na początku dotarliśmy do rozległego szybu, w którym wykuto spiralne zejście na dół, gdzieniegdzie uzupełniając je drewnianymi podestami. Tam też wałęsały się dwa śnieżne pająki. Po jednej strzale na sztukę…

     Zeszliśmy na dół i przecisnęliśmy przez połyskujący otwór. Wąski, kręty korytarz zaprowadził nas do niewielkiej oświetlonej groty, w której przy stole, zastawionym kilkoma pękatymi flaszkami, urzędował wysoki i muskularny Nord. Wampirzy sługa chyba niezbyt przykładał się do stróżowania. Nie usłyszał nas i nawet nie odwrócił głowy w naszą stronę. Z pewnością moja szklana strzała w skroń uchroniła go przed popełnieniem wielu błędów w przyszłości.

     Dalej była następna jaskinia, tym razem rozległa, choć niewysoka. Widać było, że za czasów świetności kopalni, tutaj znajdowało się miejsce, w którym górnicy robili sobie przerwy, posilali się  i odpoczywali. Słabe światełko rozjaśniało ją nieco i było można zauważyć rozstawione wokół drewniane wózki, pełne ludzkich szczątków i ubrań, odebranych ofiarom wampirów. Aż mnie zatrzęsło na ten widok.

Jaskinia, opisywana przez Wulfhrer'a

     Światełko dobiegało z wykopanego pod ścianą dołu. Stamtąd dobiegł mnie pomruk drugiego wampirzego sługi.

     - Cóż, wygląda na to, że wciąż jeszcze masz trochę złota w kieszeni, prawda przyjacielu?

     Chwila ciszy, jedynie ciche westchnienie.

     - Mmm, tak… - uśmiechnął się sam do siebie. – Pozwól, że zabiorę od ciebie tę sakiewkę. I jeszcze te ładne buty, które tam masz.

     Podszedłem cicho do prowizorycznego grobu. Jakiś ciemnoskóry osobnik odzierał właśnie zwłoki czworga młodych ludzi z wszelkiego dobra. Powstrzymałem w sobie chęć zatłuczenia go na śmierć. Uważam, że postąpiłem szlachetnie, a na pewno szlachetniej niż zrobiłby to wampir – zadałem mu bardzo szybką i bardzo niespodziewaną śmierć, umieszczając szeroki grot strzały dokładnie między jego kręgami szyjnymi.

     Kolejny korytarz był już typowym, kopalnianym chodnikiem. Wzdłuż jego lewej strony biegł drewniany podest, a na końcu znajdowała się ogromna jaskinia, pełna najróżniejszych zakamarków, naturalnych filarów i przejść do kolejnych jaskiń. Prawdziwy podziemny, naturalny pałac. Tam wampiry urządziły sobie salę biesiadną.

     Ostrożnie weszliśmy na podest i z góry spojrzeliśmy na to pomieszczenie. Z naszego miejsca widziałem trzy postaci. Jakiś mężczyzna, w pysznym stroju, siedział za stołem i przeliczał zgromadzone w kiesach złoto. Na podeście naprzeciwko stała kobieta, a po lewej stronie, w cieniu, wałęsał się jakiś wojownik. Wykrycie Życie upewniło mnie, że tylko on jest tutaj żywy. Wskazałem Lydii wampirzycę na podeście, sam wziąłem na cel Movarta, bo nie wątpiłem, że to właśnie on. Cięciwy brzęknęły jednocześnie. Wampirzyca zajęła się płomieniem i przewróciła się na plecy, wydając zduszony jęk. Movart jednak okazał się być bardziej żywotny. Pierwsza strzała wstrząsnęła nim, ale go nie uśmierciła. Wstał szybko zza stołu i omiótł jaskinię jakimś zaklęciem. Wtedy dostał drugą strzałę, prosto w pierś. Ale i ta nie wystarczyła. Dostrzegł mnie i wycelował we mnie ramię, jarzące się zaklęciem Lodowego Kolca. Za późno. Trzecia strzała trafiła go prosto między oczy i położyła kres jego wampirzej działalności.


Leże Movarta. Ikonografia wykonana przez naczelnego maga Morthalu, wkrótce po opisanych wydarzeniach. Widoczny zastawiony jadłem stół. Z tyłu podest, na którym Lydia ustrzeliła wampirzycę.

     Lydia szybko rozprawiła się z nadbiegającym wojownikiem. Zeszliśmy z podestu i zakradliśmy do jaskini.
Obfitość jadła na stole trochę mnie zdziwiła. Wiedziałem, że wampiry jeść nie muszą, aczkolwiek robią to czasem dla czystej przyjemności. Ale ten ogrom żywności znacznie przewyższał możliwości tych kilku wampirów. Czyżby było ich więcej?

     - Laas! – zawołałem.

     W odległych zakątkach jaskini zaświeciły mi się jeszcze trzy osoby. Podkradłem się ku najbliższej, po lewej stronie, w zaułku naturalnego korytarza. Strzeliłem w ciemności, gdy jeszcze nie zanikła poświata Szeptu Aury. Po dźwięku poznałem, że trafiłem, gdy wampir zwalił się na ziemię. Podszedłem do niego. Leżał nieruchomo, dzierżąc w ręku zakrwawiony, jednosieczny miecz. Kogo on tu ukatrupił?

     Odpowiedź przyszła niespodziewanie, gdy niechcący kopnąłem butem jakiś okrągły przedmiot. Potoczył się o kilka kroków, w kierunku jaskini i znieruchomiał w smudze światła. Ja też znieruchomiałem. Była to bowiem głowa Alvy.

     Jej bezgłowe ciało znaleźliśmy szybko. Leżało pod ścianą, tak jak padło, gdy wampir zadał jej morderczy cios.

     - Zabił ją na wieki – szepnęła Lydia. – Żeby zabić wampira, trzeba mu odciąć głowę, a zwłoki najlepiej spalić. Inaczej się zregeneruje i po jakimś czasie odżyje.

     - Ciekawe, dlaczego – odrzekłem również szeptem. – Pewnie wyznała, że ją odkryto i żeby nie zdradziła kryjówki Movarta.

     - Któż mógłby przypuszczać, że Thonnir je zna…

     - Śledził kiedyś Alvę, gdy szukał swojej żony – odrzekłem. – Sam mi to powiedział. Wiedział, że tu bywa. Nie wiedział tylko, że to kryjówka wampira, dopóki nie dowiedział się tego od Idgrod.

     - Jak skończymy, trzeba będzie zwołać ludzi, żeby zrobili tu porządek – szepnęła Lydia. – Zwłoki trzeba spalić na stosie. 

     – A więc skończmy – skinąłem głową i wskazałem przeciwległy kraniec jaskini. – Tam jeszcze są dwa.

     Jaskinia miała wiele zakamarków. Najpierw wspięliśmy się na podest, na którym leżała ustrzelona przez Lydię wampirzyca. Za nim znajdował się naturalny chodnik, prowadzący do niewielkiej, ciemnej groty. Stały tam szafy i kufry z odzieżą. Widać, wampiry stworzyły sobie tutaj coś w rodzaju garderoby. Wszystkie ubrania i buty odebrali zapewne swoim ofiarom. W grocie znaleźliśmy jeszcze jedną służkę wampirów, zbyt odurzonej skoomą, aby potrafiła się bronić. Dołączyła do swoich kamratów w zaświatach.

     Wyszliśmy stamtąd i spenetrowaliśmy jeszcze jeden zaułek. Ten był jasno oświetlony i przechadzała się po nim zamyślona wampirzyca. Ustrzeliliśmy ją z daleka. Więcej nikogo w jaskini nie znaleźliśmy.

     - Wygląda na to, że robota skończona – uśmiechnęła się Lydia. – Chodź, przyjrzymy się temu Movartowi.

     Po opisie w dzienniku Alvy, spodziewałem się kogoś o niesamowitej, wręcz magnetycznej urodzie. Spotkało mnie rozczarowanie. Movart okazał się być zupełnie zwyczajnym, łysym mężczyzną w średnim wieku i niczym szczególnym się nie wyróżniał.

     - Pewnie miał elektryzujące spojrzenie – wzruszyła ramionami Lydia. – I głos. Kobieta potrafi ulec głosowi…

     - Będę o tym pamiętał – mruknąłem. – To co, złota chyba nie zostawimy?

     - Pewnie nie – roześmiała się. – Przydałaby nam się rezydencja i tutaj, nie sądzisz? Złoto się przyda na zakup.

     - Szczerze mówiąc, wolałbym coś bliżej wybrzeża – odparłem. – Ale pewnie, złoto zawsze się przyda.
Było to zgodne z prawem i obyczajem. Śmiałek, likwidujący siedlisko bandytów, wiedźm, czy innych niepożądanych osobników, po wykonanym zleceniu, miał prawo zabrać stamtąd, co tylko chciał, bez żadnego podatku. Nam przypadły trzy całkiem ciężkie woreczki złota. Z reszty łupów zrezygnowaliśmy, żeby nie obciążać się zbytnio. Nie spiesząc się, ruszyliśmy ku wyjściu.

     Właśnie wspięliśmy się na podest na szczycie szybu i zamierzaliśmy opuścić grotę, gdy przed nami zajaśniała błękitna poświata.

     - Helgi… - szepnąłem.

     Istotnie, był to duszek Helgi. Dziewczynka ukazała mi się znów. Ale jakże odmieniona! Radosna i roześmiana. Zapewne dołączyła w zaświatach do swej matki.

     Zaczęła mówić szybko jakby nie miała zbyt wiele czasu.

     - Matka mnie woła – zaszczebiotała. – Czas do łóżka! Jestem strasznie zmęczona…

     Uśmiechnąłem się do niej. Poczułem ogromną ulgę, że wreszcie jest ze swoją mamą, która ją kocha. Przyznam się, że aż mnie to wzruszyło. Zwłaszcza, gdy Helgi przekrzywiła główkę i z cicho odezwała się po raz drugi.

     - Dziękuję – szepnęła, wyciągając ku mnie rękę. – Dzięki tobie czuję się już lepiej…

     Wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale nie dane jej było. Zjawa rozwiała się. Helgi opuściła ten świat na zawsze.

     Spojrzeliśmy po sobie. Lydia miała zadumaną minę i błyszczące oczy.

     - Biedna kruszynka – szepnęła wzruszona. – Warto było, choćby po to, żeby to usłyszeć.

     Chwyciłem ja za rękę i razem wyszliśmy z jaskini na świeże powietrze.

     Na zewnątrz wciąż panowała ciemna noc. Na szczęście, umiałem w nocy wyczuć wydeptaną ścieżkę stopami, nawet zupełnie jej nie widząc. Ot, taka umiejętność myśliwego, nabyta dzięki Eanorowi, mojemu bosmerskiemu druhowi i nauczycielowi z młodych lat. Szliśmy wolno, rozkoszując się zapachem dzwoneczników, które pachniały bardzo intensywnie. Ich woń, zmieszana z lekkim zapachem bagien, rozlewających się opodal, stanowiła naprawdę przyjemną ucztę dla nosa. Do Morthalu dotarliśmy wkrótce – nie było daleko.

     Strażnik poznał nas i podniósł tylko dłoń w pozdrowieniu. Poprosiłem go, żeby powiadomił jarl, że zadanie wykonane i Movart nie żyje, wraz z całą swoją czeredą.

     - Trzeba jednak spalić wszystkie zwłoki – dodałem. – Inaczej wampiry mogą ożyć. 

     Obiecał, że się tym zajmie i życzył nam dobrej nocy.

     - Dobrej reszty nocy – ziewnął. – Do świtu zaledwie godzina…

*          *          *

     Słońce już stało wysoko, gdy w gospodzie pojawił się Thonnir. Siedzieliśmy właśnie przy stole, jedząc spóźnione śniadanie. Thonnir podszedł do nas i z szacunkiem uścisnął nam dłonie.

     - Słyszałem, że się udało – uśmiechnął się i westchnął ciężko. – Jarl chciałaby się z wami zobaczyć. Przysyła mnie po was.

     Cóż, nie można kazać czekać jarlowi. Zwłaszcza tej jarl, która w każdym budziła szacunek. Przełknęliśmy pospiesznie ostatnie kęsy i ruszyliśmy za naszym towarzyszem, w kierunku dużego, drewnianego domu jarla.

     Idgrod Babokruk wstała na nasz widok. Był to dowód niezwykłej łaski. Jarl nie miał obowiązku wstawania na powitanie nikogo innego poza cesarzem. U Idgrod dochodził do tego szacunek, należny jej podeszłemu wiekowi. Dość, że stropił mnie nieco ten gest. Ale Idgrod uśmiechnęła się tylko i przy świadkach uroczyście podziękowała nam za ocalenie Morthalu. Dodała przy tym, że jeśli kiedykolwiek zechcemy osiedlić się w jej dzielnicy, zostaniemy przyjęci z otwartymi ramionami. Skorzystałem z okazji i spytałem o jakąś parcelę. Odesłała mnie do swego zarządcy, a ten zaproponował mi kilka opcji. Wybrałem tę, która leżała najbliżej wybrzeża. Choć wietrzny morski klimat nie zachęcał do osiedlania się, uznałem, że właśnie tam przyda nam się jakaś ostoja, gdyby noc zaskoczyła nas z dala od miejsc zamieszkałych.

     Okazało się, że nasza parcela leży niedaleko świątyni Ustengrav. W pogodny dzień wystarczało wyjść tylko kilkadziesiąt kroków za skałę, aby dostrzec w oddali niewyraźny kopiec. Uznałem to za dobry omen.

     Postanowiliśmy zatrudnić kilku rzemieślników z miasta, aby postawili nam tutaj na razie niewielki, ale solidny domek. Thonnir z pewnością zadba, aby na naszą rezydencję znalazło się drewno pierwszej jakości. Gdy zwróciliśmy się do niego z tą prośbą, zapewnił, że dostarczy na miejsce same wysezonowane i dobrze zakonserwowane bale. Wiedziałem, że dotrzyma obietnicy.

     Poznaliśmy jeszcze jedną osobę. Była nią Idgrod Młodsza, córka Idgrod Babokruk. Podobna do swej matki, nie miała jednak w oczach tego zdecydowania i siły. Przeciwnie, wydała mi się osobą raczej nieśmiałą i zamkniętą w sobie. Zwykle tak bywa, gdy jest się wychowanym przez dominującą osobowość, a taka z pewnością była jej matka. Sama nas zaczepiła i spytała, czy nie wybieramy się przypadkiem do Białej Grani.

     - Słyszałam, że tam właśnie mieszkacie – uśmiechnęła się.

     Zmierzaliśmy wprawdzie do Zimowej Twierdzy, ale na dźwięk słów „Biała Grań”, nagle zatęskniłem za Wietrznym Domkiem. Lydia pomyślała dokładnie to samo. Jednogłośnie, nawet nie zamieniwszy słowa, postanowiliśmy odwiedzić nasz dom. Parę dni nas przecież nie zbawi. Zapewniliśmy więc, że tam właśnie się wybieramy. Idgrod nieśmiało poprosiła nas o przekazanie listu do Daniki Piękno-Wiosny, kapłanki Kynaret. Oczywiście, nie stanowiło to dla nas żadnego problemu. Przekazała nam więc pokaźny zwój, który zadziwił mnie swoimi rozmiarami.

     - To sprawozdanie – usprawiedliwiła się. – Medyczne. Danica leczy mojego syna. Jej metoda okazuje się skuteczna. Wszystko idzie jak najlepiej.

     Spojrzeliśmy sobie w oczy, chwyciliśmy się za ręce i ruszyliśmy przed siebie, na południe, w stronę Labiryntianu. Tamtędy było najbliżej do Białej Grani. A choć nie było szans, by dojść za dnia, obiecaliśmy sobie dobrze wyciągać nogi, aby dziś jeszcze dojść do Labiryntianu, gdzie zamierzaliśmy przenocować. Już nie obawialiśmy się tego miejsca.

sobota, 13 maja 2017

Rozdział XXXIV – Wieczny odpoczynek

     - Wracasz! Mam nadzieję, że zwycięsko…

     Głos Styrra był pełen niepokoju. Zdjąłem z ramienia podróżny worek.

     - Udało mi się zdobyć szczątki Potemy – odrzekłem, sięgając po swój makabryczny pakunek.

     Wyraźnie wzruszony chwycił podaną mu czaszkę. Poobracał ją w dłoniach, delikatnie, jakby trzymał w nich bezcenny klejnot.

     - Doskonale – rzekł, nie przestając oglądać czaszki ze wszystkich stron. – Takie rzeczy zazwyczaj udają się, gdy ludzie zaczynają działać.

     Westchnął przeciągle i pokiwał głową w zadumie.

     - Uświęcę te szczątki – rzekł grobowym głosem.

     Wiedziałem, że teraz muszę go zostawić samego. Będzie przeprowadzał jakiś obrzęd  i nie chciałem mu przeszkadzać. Miałem zresztą zamiar powiadomić Falka o tym wydarzeniu. Pożegnałem się więc i chciałem odejść, ale chwycił mnie za ramię. Spojrzał mi prosto w oczy.

     - Na wypadek, gdyby Falk nie wyraził się jasno – rzekł wzruszonym głosem. – Samotnia ma u ciebie dług!

*          *          *

     Ale Falk wyraził się tak jasno, że jaśniej już chyba nie można było.

     - Dziś udało wam się dokonać czegoś wielkiego – rzekł, ściskając nasze dłonie i wiodąc nas do stolika w sali tronowej, gdzie zwykle urzędował. – Gdyby nie ty, zakończyłoby się to porażką. Powinienem był uważniej słuchać ostrzeżeń Varniusa. Nigdy już nie popełnię tego błędu.

     Przeprosił nas na chwilę i wyszedł z sali bocznym korytarzem. Po kilku minutach pojawiła się w nim Elisif, a za nią Falk, dzierżąc w dłoni sporą i ciężką kiesę.

     Wokół tronu natychmiast zgromadzili się posłowie i inni wielmoże, pragnąć złożyć jarl swoje uszanowanie. Falk jednak, zamiast im towarzyszyć, podszedł do nas i wcisnął mi ciężki mieszek w dłoń.

     - Przyjmij tę zapłatę – odezwał się, po czym zniżył głos i przybliżył głowę do mojej. – Jarl chce ci okazać wdzięczność, ale bardzo chce zachować powrót Potemy w tajemnicy.

     Skinąłem głową. Elisif wciąż miała tu wielu wrogów. Taki błąd mógł ją sporo kosztować. I choć uważałem ją za osobę raczej słabą i nie nadającą się na to stanowisko, bardzo liczyłem się ze zdaniem Falka i Tuliusa. A oni obaj chcieli widzieć Elisif na tronie i z pewnością mieli ku temu powody. Nie ukrywam, że darzyłem Elisif sympatią. Za jej dobroć i łagodność.

     - I nie wspominaj, że uważamy cię za jednego z obrońców Samotni – szepnął jeszcze Falk, wiodąc mnie do tronu, absolutnie poza kolejnością.

     Tytuł tana nadawano zarówno mężczyznom, jak i kobietom. Po tym względem w Skyrim panowała całkowita równość płci. W przypadku zasłużonych małżeństw, tradycyjnie nadawano go mężowi, ale małżonka dziedziczyła tytuł w przypadku jego śmierci i również za życia tana otaczano ją względami, choć oficjalnie tytułu nie nosiła. Dlatego nikt nie zdziwił się, że Elisif uściskała czule Lydię, a i moją dłoń trzymała nieco dłużej niż należało. No i, co najważniejsze, dostaliśmy pozwolenie na zakup domu w Samotni, a akurat na sprzedaż już od dłuższego czasu czekała posiadłość Dumna Wieżyca.

Samotnia. Posiadłość Dumna Wieżyca (z prawej)

     Dom stał pusty od roku. O ile mnie pamięć nie myli, wystawiono go na sprzedaż jeszcze podczas mojej pierwszej wizyty w tym mieście, jednak wysoka cena odstraszała kupców. Dom mimo wszystko był jej wart. Zbudowany w stylu cesarskim, jak większość budynków z Samotni, piętrowy, o rozległych piwnicach, stał dumnie przy głównej drodze, w pobliżu Błękitnego Pałacu. A w dodatku bezpośrednio sąsiadował z posiadłością Vittorii Vicci, kuzynki samego cesarza, bardzo miłej, młodej damy. Kamienice te miały nawet wspólny ganek. Później dowiedziałem się, że dla nas cena była o wiele niższa. Falk, gdy zapytałem go o to ewidentne naciągnięcie prawa, zaczerwienił się jak sztubak, przyłapany na psocie i mruknął tylko, że upust był częścią zapłaty za sprawę Potemy. Cóż, jest to jakieś wytłumaczenie…


Samotnia. Posiadłość Dumna Wieżyca - wnętrze


     Dom podobał nam się bardzo. Obszerny, solidny i dobrze utrzymany. Uzgodniliśmy, że Falk zatrudni parę osób przy jego odnawianiu i sprzątaniu. Wyposaży go też w meble, co trochę kosztowało i sprawiło, że na jakiś czas musieliśmy zaprzestać kupowania nowych rezydencji. Zresztą, z dużych miast, nie mieliśmy już tylko domu w Wichrowym Tronie, ale tam zaoferowano nam tylko posiadłość po Rzeźniku, której żadne z nas nie chciało.

     Na drugi dzień wyruszyliśmy w drogę powrotną do Zimowej Twierdzy. Ale tym razem wybraliśmy trasę przez Morthal i Gwiazdę Zaranną. Zaczynało szarzeć, gdy dotarliśmy do miasteczka. Strażnik spojrzał na nas podejrzliwie. Złagodniał dopiero, gdy powiedzieliśmy mu, kim jesteśmy. Słyszał już o nas. Spytałem, czy coś szczególnego działo się tu ostatnio. Westchnął i ponarzekał na wampiry, których ostatnio przybyło.

     - Skąd się te wampiry biorą? – pytał. – Musimy je wyplenić, zanim będzie jeszcze gorzej.

     Ale z tonu głosu widać było, że nie bardzo ma pojęcie, jak tego dokonać. Wampir był trudnym przeciwnikiem, atakującym zawsze niespodziewanie i niełatwo było go wypatrzyć, zwłaszcza że przecież zwykle polował w nocy.

     Gospoda Ustronna Przystań znów świeciła pustkami. Gdy skończyła się wojna i liczba żołnierzy zmalała, zmniejszył się tez ruch w interesie. Jonna powitała nas więc z radością.

Morthal - gospoda "Ustronna Przystań"

     Jedliśmy właśnie kolację, gdy drzwi otworzyły się znów i do izb weszła wysoka i smukła Nordka, o ciemnych włosach. Trudno było jej nie dostrzec. Ubrana była w krótką suknię, ze sporym dekoltem, odsłaniającą nie tylko nogi, ale również rozciętą na udach. Strój, który w chłodnym klimacie Skyrim musiał dziwić. I zachowywała się również prowokacyjnie, choć musiałem przyznać, że poruszała się z niebywałą gracją. Była atrakcyjna i wiedziała o tym.

     - Dobry wieczór, Jonno – odezwała się zmysłowym głosem, na który trudno było nie zwrócić uwagi.

     Jonna jednak wyraźnie się stropiła.

     - Czego sobie życzysz, Alva? – spytała spokojnie, ale widać było po niej, że nie cieszy jej ten gość.

     - Czego nie możesz mi dać, słonko? – spytała Alva nieco kpiącym głosem.

     Jonna była Redgardką, o ciemnej cerze, więc nie było widać, żeby się zaczerwieniła, ale z pewnością przytyk Alvy dotknął ją do żywego. To przecież nie jej wina, że interes kiepsko idzie.

     - Chcesz coś zjeść? – spytała, siląc się na spokój.

     - Zjeść? – Alva teatralnie przewróciła oczami. – Nie, chyba nie jestem… głodna. – słowo „głodna” wymówiła tak, jakby szukała odpowiedniego wyrazu, co w tej sytuacji brzmiało co najmniej dziwnie. – Przynajmniej nie w tej chwili.

     - Jasne – odrzekła Jonna. – Daj znać, jak zmienisz zdanie.

     Wyglądało to, jakby Alva w zawoalowany sposób podrywała Jonnę, a tej ostatniej było to bardzo nie w smak. Cóż, zdarzało się, nieczęsto wprawdzie, że kobieta wolała kobiety i w Skyrim dozwolone były małżeństwa jednopłciowe, ale okazało się, że to bardziej skomplikowana sprawa. Bowiem po chwili Alva obrzuciła wzrokiem nas. Kołysząc ponętnie biodrami, przeszła obok naszego stolika i rzuciła mi prowokacyjny uśmiech.

     - Przystojniak z ciebie – odezwała się zmysłowym półgłosem. – Powinniśmy spędzić ze sobą trochę więcej czasu.

     I skierowała się ku drzwiom, zostawiając mnie z kromką chleba w ustach i tak głupią miną, że Lydia, choć zszokowana jej zachowaniem, nie mogła się nie roześmiać.

     - O co jej chodzi? – spytałem zdziwiony.

     - Podobasz się jej – odparła Lydia, żartobliwie marszcząc brwi. – Ale jeśli ona cię tknie palcem, to straci rękę.

     - To miejscowa uwodzicielka – wycedziła Jonna, odzyskawszy rezon. – Wszyscy mężczyźni w Morthal za nią szaleją. A ją to bawi.

     - Nie ma męża? – spytała Lydia. – Ani nikogo, kto by ją trochę… uspokoił?

     - Jest z Hroggarem, ale owinęła go sobie dookoła palca. Zresztą, robi to prawie z każdym mężczyzną w tym mieście – Jonna wzruszyła ramionami. – Dziwię się Hroggarowi. Szybko znalazł pocieszenie w jej ramionach.

     - O czym mówisz? – spytałem zdziwiony.

     Przysiadła na ławie, oparła się o nasz stolik i odezwała się ściszonym głosem.

     - Widziałeś spalony dom pod skałą? Tam mieszkał Hroggar z żoną i córką. Pewnego dnia wybuchł pożar. Obie zginęły. A Hroggara jakby w ogóle to nie obeszło. Wpatrzony był w Alvę jak w obrazek. Ludzie mówią – zniżyła głos jeszcze bardziej – że sam podpalił dom i zamordował rodzinę, żeby móc ożenić się z Alvą.

     Zamurowało nas. Spojrzałem na Lydię, ona na mnie.

     - Mogę zrozumieć, że chciał zabić żonę – wybąkała Lydia. – Zdarzają się sekutnice, albo po prostu okrutni mężowie. Ale córkę? To niemożliwe…

     - Kto wie? – Jonna wzruszyła ramionami. – Też mi się tak wydawało, dopóki nie dotarło do mnie, co Alva potrafi zrobić z mężczyznami. Tu każdy robi do niej maślane oczy. A Hroggar za nią świata nie widzi, chociaż widziałeś, jak się zachowuje. Ona ma go za pachołka.

     Cóż, musiałem przyznać, że Alva naprawdę jest atrakcyjną kobietą, choć nie oddałbym za nią nawet jednego włosa Lydii. Ta ostatnia nieoczekiwanie zaproponowała, aby zostać tu jeszcze jeden dzień.

     - Po co? – spytałem zdziwiony. – Tu nie ma nic ciekawego. Wokół bagna… Piękne, to fakt. Zwłaszcza o wschodzie słońca.

     - Dzwoneczniki wtedy tak pięknie pachną – uśmiechnęła się Jonna, wstając. – W pogodny dzień, gdy nad bagnami unosi się mgiełka… Tylko trzeba uważać, bo bagna są zdradliwe.

     - Jestem ciekawa, jak daleko Alva jest w stanie się posunąć – odparła Lydia z tajemniczym uśmiechem.

     - Nie sądzisz chyba, że ja… - urwałem, nie wiedząc co powiedzieć.

     - A spróbowałbyś tylko – zabawnie zmarszczyła brwi. – A nie ciekawi cię ta historia?

     - A co może mnie obchodzić, kto z kim i kiedy? – burknąłem. – Tym zajmują się stare ciotki.

     - Mówię o pożarze – odrzekła Lydia z naciskiem. – A jeśli Hroggar naprawdę zamordował swoją rodzinę?

     Zadrżałem. Tak, miała rację. Tej sprawie trzeba było się przyjrzeć. Myśl, że być może morderca własnego dziecka pozostaje bezkarny, była dla mnie nie do zniesienia. Odłożyliśmy sprawę do jutra.

     O świcie poszliśmy sobie na bagna. Nigdzie daleko, ot, w pobliże miasteczka. Spotkało nas jednak rozczarowanie, bowiem ranek był pochmurny i nie udało mi się pokazać Lydii tej przepięknej iluminacji, która tak bardzo mnie zachwyciła swego czasu. Dzwoneczniki też nie pachniały tak intensywnie, jak w pogodny dzień.

Morthal nocą

     Hroggara spotkaliśmy w drodze powrotnej, przy tartaku, jak ostrzył siekierę. Spojrzenie miał bardziej niż chmurne. Trzymał się na uboczu i na nasze pozdrowienia odpowiadał półgębkiem, spoglądając na nas spode łba. Niezbyt przyjemny typ.

     - Nie dziwię mu się – mruknąłem do Lydii. – Winny, czy niewinny, musi żyć wśród ludzi, którzy go podejrzewają.

     - Za jego plecami szepczą, a w oczy fałszywie mu się uśmiechają – zgodziła się Lydia. – Tak jak my teraz.

     Okazało się, że Hroggar nie był jedynym, który ostatnio stracił żonę. Spotkaliśmy też innego młodego Norda o zasępionej twarzy. Miał na imię Thonnir i pracował w tartaku. Ten jednak dla odmiany, nie potrafił przeboleć swojej straty. Po krótkiej pogawędce, opowiedział nam, że jego żona, Laelette, pewnego dnia po prostu znikła. Podobno zaciągnęła się do Gromowładnych, chociaż trudno było mu w to uwierzyć, bo jego zdaniem wojskowy tryb życia to ostatnia rzecz, do jakiej się nadawała. Szukał jej długo, albo chociaż jej ciała, ale w końcu dał za wygraną.

     Włóczyliśmy się po mieście, pozornie bez celu. Kilka razy napotkaliśmy strażników. Jednego z nich spróbowałem zaczepić.

     - Czy za tym spalonym domem kryje się jakaś opowieść – zagadnąłem.

     Obrzucił mnie podejrzliwym spojrzeniem.

     - Rozmowy o tym miejscu przynoszą pecha – mruknął niechętnie. – Jarl szuka jednak kogoś, kto nie wierzy w przesądy.

     Zainteresowało mnie to.

     - Moim zdaniem, szuka idioty – strażnik wzruszył ramionami i odszedł.

     Cóż, byłem gotów zostać tym idiotą, ale bardzo chciałem dowiedzieć się czegoś więcej. Spojrzeliśmy więc po sobie i bez słowa, rozumiejąc się doskonale, skierowaliśmy swe kroki ku siedzibie jarla.

     Jarl Idgrod Babokruk nic się nie zmieniła od naszego ostatniego spotkania. Gdy jej się przedstawiłem, błysk zainteresowania pojawił się w jej oczach. Jak się okazało, wiele o nas słyszała, zwłaszcza o mnie. Po wymianie uprzejmości, spytała o cel naszej wizyty.

     - Podobno chcesz, żeby ktoś dowiedział się czegoś więcej o pożarze tego domu – wydusiłem trochę nieskładnie.

     Idgrod wyprostowała się.

     - Pożar w domu Hroggara… - skinęła głową. – Stracił w pożarze żonę i córkę. Mój lud uważa, że dom jest przeklęty. Nie mnie się z nimi spierać.

     Ostatnie słowa wymówiła z lekką irytacją, czy może rezygnacją. Widać było, że nie podziela zdania mieszkańców Morthalu.

     - A co się stało według Hroggara? – spytała Lydia.

     - Wini swoją żonę – odparła. – Za rozlanie niedźwiedziego sadła przy ogniu.

     Zapadła chwila milczenia.

     - Wielu ludzi uważa, że sam podłożył ogień – dodała ostrożnie.

     - Dlaczego miałby to zrobić swojej rodzinie? – pokręciłem zamyślony głową.

     - Żądza potrafi pchnąć człowieka do niewyobrażalnych czynów – prychnęła. – Popioły były jeszcze ciepłe, gdy przysięgał wierność Alvie.

     Najwyraźniej również go podejrzewała.

     - Więc dlaczego go nie aresztowaliście? – spytałem ostrożnie.

     Uśmiechnęła się drwiąco.

     - Na podstawie plotek i pomówień? – pokręciła głową. – Nie… Ale ty, osoba obca, może dociec prawdy – dodała, spoglądając mi prosto w oczy.

     Zawahałem się. Spojrzałem na Lydię, a ona na mnie. Nie uszło to uwagi Idgrod. Pochyliła się na tronie w naszą stronę.

     - Przesiej prochy, których inni lękają się tknąć – szepnęła. – Zobacz, co ci powiedzą. Jeśli dojdziesz prawdy o jego winie lub niewinności, nagrodzę cię.

     Oboje skinęliśmy głowami. Jarl uśmiechnęła się. Na odchodnym dobiegł nas jeszcze jej szept.

     - Losy Hroggara spoczywają w twoich rękach.

*          *          *

     Tak naprawdę niewiele sobie obiecywałem po tym śledztwie. Nie sądziłem, żeby udało nam się dociec prawdy. Nie po takim czasie. Gdybym zbadał pogorzelisko na drugi dzień po pożarze, może udałoby mi się coś znaleźć. Jako kowal, z ogniem i jego śladami byłem za pan brat. Jako myśliwy, potrafiłem znajdować najdrobniejsze ślady. Ale przecież od tamtego czasu minęło już kilka miesięcy. Z domu została tylko kamienna posadzka, osmalony kominek, kikuty nadpalonych słupów i resztki ścian, które nie zdążyły się dopalić, gdy ludzie zbiegli się, by gasić pożar. A wszystko to zostało wielokrotnie spłukane deszczem i topniejącym śniegiem.

     - Pewnie niczego tu nie znajdziemy – westchnęła Lydia, rozglądając się bezradnie.

     - Tylko tyle, że dom istotnie podpalono – mruknąłem, wpatrując się w zgliszcza.

     - Skąd wiesz? – spytała zdziwiona.

     - Popatrz – wskazałem ręką. – Ta ściana jest zupełnie spalona, ta też. A przy kominku i z tej strony jakoś nie widać wielkich zniszczeń. Tu ludzie zdołali ugasić pożar. Czyli zaczął się w tym miejscu – wskazałem ręką na zgliszcza, dość daleko od kominka. – A miał się rzekomo zacząć od rozlanego przy ogniu sadła. Gdyby tak było, ogień strawiłby przede wszystkim ściany przy kominku. Zwłaszcza, że te są zawsze najsuchsze i najszybciej się palą. Kominek je systematycznie osusza…

Morthal - spalony dom Hroggara

     - Czyli naprawdę Hroggar? – Lydia zadrżała.

     - Tego nie wiemy – pokręciłem głową. – Wiemy, że dom podpalono. Nie wiemy, kto to zrobił. Teoretycznie mógł to być każdy… - rozejrzałem się bezradnie po mieście. – A jarl żąda dowodów.

     Westchnąłem przeciągle.

     - Poszperam tu trochę - oznajmiłem. – Może coś znajdę. Zamówisz u Jonny coś do jedzenia? Zgłodniałem trochę.

     Skinęła głową i ruszyła w stronę gospody. Ja tymczasem zacząłem uważnie badać kominek, nie spodziewając się jednak znaleźć niczego szczególnego. Przede wszystkim, nie zauważyłem ciemnych plam przy palenisku, jakie z pewnością zostawiłby płonący tłuszcz. Ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Po takim czasie plamy mogły zostać zmyte.

     Właśnie odwróciłem się w stronę jednego z ocalałych kątów, gdy ujrzałem coś dziwnego. Oto w rogu, między pozostałościami ścian, pojawiła się bladobłękitna zjawa, może ośmioletniej, może młodszej dziewczynki. Stała w rogu i przypatrywała mi się zaciekawiona. Znieruchomiałem.

     - Kto tam? – spytała zjawa, przestraszonym głosem. – To ty, ojcze?

     Stałem jak sparaliżowany, przyglądając się niecodziennemu zjawisku. Choć blada i w dzień niezbyt wyraźnie odcinała się od tła, zjawa była dobrze widoczna. Można było dostrzec jej szczupłą, delikatną, dziecinną buzię z zadartym noskiem i zarysy sukienki. Czyżby to była córka Hroggara?

     - Kim jesteś? – spytałem szeptem.

     - Helgi – odpowiedziała dziewczynka niewinnym głosem. – Ale ojciec mówi, że nie powinnam rozmawiać z obcymi.

     Zaczęła mi się uważnie przyglądać.

     - Jesteś obcą osobą? – spytała po chwili.

     Uśmiechnąłem się niepewnie i przyklęknąłem na jedno kolano. Nasze oczy znalazły się na jednej wysokości.

     - Nie – odrzekłem. – Jestem przyjacielem… Wiesz, co się stało z twoim domem?

     - Obudził mnie dym – poskarżyła się, marszcząc nosek. – Było gorąco i się bałam. Dlatego się schowałam. Potem było zimno i ciemno.

     Przekrzywiła główkę i uśmiechnęła się.

     - Już się nie boję – oświadczyła. – Ale jestem samotna… Pobawisz się ze mną?

     Wyciągnąłem do niej dłoń, ale zaraz ją opuściłem, wiedząc, że to bezcelowe.

     - Jeśli to zrobię, powiesz mi, kto wzniecił pożar?

     Zjawa zaklaskała w ręce z radości.

     - Dobra! Pobawmy się w chowanego! Znajdź mnie, to ci powiem.

     Po czym uniosła w górę paluszek i tajemniczym głosem oznajmiła.

     - Musimy poczekać na noc. Ta druga też się bawi, ale wyjdzie dopiero w nocy.

     W nocy! Kto wychodzi w nocy? Chyba tylko wampiry…

     - Druga? – spytałem ostrożnie. – Co masz na myśli?

     - Nie mogę ci powiedzieć – zakryła ręką usta. – Może mnie usłyszeć. Jest tak blisko…

     Rozejrzałem się bezwiednie, ale niczego nie zauważyłem.

     - Jeśli znajdziesz mnie najpierw, to ci powiem! – dodała roześmianym głosem.

     Otworzyłem usta, chcąc ja jeszcze wypytać, ale zjawa znikła. Przez dłuższy moment siedziałem jak skamieniały, wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stało dziecko. Nie wróciło. Podniosłem się na nogi i kręcąc z niedowierzaniem głową, skierowałem się do gospody, porozmawiać z Lydią.

     - Jak miała na imię córka Hroggara? – spytałem Jonnę, gdy ta podała mi talerz gorącej zupy.

     - Helgi – odrzekła, uśmiechając się bezwiednie, ale potem grymas żalu pojawił jej się na twarzy. – Rozkoszna kruszynka… Wciąż nie mogę uwierzyć…

     Ukradkiem otarła łzę i zostawiła nas samych. Opowiedziałem Lydii, co mnie spotkało.

     - Pójdę tam o zmierzchu – oznajmiłem. – Może znów ją spotkam.

     - Pójdziemy razem – odrzekła. – Może przede mną będzie bardziej wylewna. 

*          *          *

     O zmierzchu pojawiliśmy się przy jej domu, ale daremnie czekaliśmy. Duszek nie pojawił się.

     - Jak ona to powiedziała? – spytała nagle Lydia. – Będziecie bawić się w chowanego… Musisz ją najpierw poszukać!

     - Jak mam poszukać ducha? – obruszyłem się.

     - Na pewno nie tutaj – Lydia obiegła wzrokiem resztki domu. – Tu nie ma gdzie się schować.

     - Duch nie musi się chować – zaoponowałem.

     Lydia uśmiechnęła się.

     - Wulf, musisz myśleć jak mała dziewczynka! Z pewnością schowała się gdzieś indziej.

     Zaczęliśmy się rozglądać wokół, zajrzeliśmy pod resztki schodów, w krzaki, za kamieniem – ale nigdzie nie dojrzałem skulonego duszka.

     - Tu jest cmentarz – zastanowiłem się. – Może tam? Duch chyba jakoś ciągnie do swoich szczątków.

     - Zobaczmy – powiedziała Lydia bez przekonania. – Cmentarz jest z tamtej strony skały.

     Ruszyliśmy ścieżką w górę, za niewielką skałę. Istotnie, stało tam kilka mogił, ale jedna z nich była rozkopana, a trumna wyciągnięta na wierzch.

     - To jest trumna dziecka – szepnęła Lydia. – Ale dlaczego jest wyciągnięta?

     Jakaś ciemna postać oderwała się od trumny i bezszelestnie znikła na górskiej ścieżce. Odruchowo wyciągnąłem broń. Przywołałem Wykrycie Życia, ale niczego nie zauważyłem. Albo tajemnicza postać była duchem albo tak szybko biegała, że nie zdążyłem jej dosięgnąć.

     Stanąłem nad trumną. Nie wiedząc, co zrobić, popukałem w nią gałką miecza.

     - Spraw, by Laelette już sobie poszła! – dobiegł mnie dziecinny głosik ze środka.

     Laelette! Zaginiona żona Thonnira! A więc nie żyje. Ona też była duchem. Duchem, albo…

     - Nie trzeba było tu przychodzić! – rozległ się kobiecy głos o kilka kroków ode mnie.

     I nagle ujrzałem szczupłą, młodą kobietę, o bladej twarzy, która zjawiła się nie wiadomo skąd. Wyciągnęła do mnie rękę i nagle między nami pojawiła się czerwona poświata magii wysączania.

     Wampir!

     Czułem jak słabnę, ale zdołałem jeszcze podbiec i uderzyć ją mieczem w pierś. Kruche, kobiece ciało łatwo poddało się ostrej głowni. Przeskoczył na nią magiczny, paraliżujący ładunek błyskawicy. Wampirzyca wydała tylko krótkie westchnienie i przewróciła się na plecy. Skonała, tym razem na dobre.

     - Masz mnie! – rozległ się nagle roześmiany głosik dziecka i postać duszka pojawiła się przy trumnie. – Laelette też mnie szukała – wskazała na wampirzycę. – Ale dobrze, że nie znalazła mnie pierwsza.

     Słuchałem tego wszystkiego przerażony. Więc to była Laelette! Wcale nie zaciągnęła się do Gromowładnych, tylko przystała do wampirów. Pytanie, czy z własnej woli…

     Dziewczynka tymczasem szczebiotała dalej.

     - Laelette powiedziano, żeby spaliła mamusię i mnie, ale nie chciała tego zrobić. Chciała bawić się jeszcze długo i długo… Pocałowała mnie w szyję i zrobiło mi się tak zimno, że nawet ogień mnie nie bolał.

     Zadrżałem. Laelette próbowała ją przemienić w wampira. Dobrze, że jej się nie udało…

     - Laelette myślała, że może mnie zabrać – ciągnęła Helgi zaaferowanym głosem. – Ale nie mogła. Cała jestem popalona – dodała, krzywiąc się, jakby trochę ja to zmartwiło.

     Ziewnęła.

     - Jestem zmęczona – oznajmiła. – Prześpię się chwilę…

     A ja wiedziałem, co to znaczy. Przechodzi w zaświaty. Zostaje uwolniona. I dobrze, niech spotka się ze swą mamą tam, po drugiej stronie. Niech wreszcie ktoś ją przytuli.

     Na Lydii też jej opowieść zrobiła piorunujące wrażenie. Trzymała się tylko siłą woli. Nic dziwnego, niewinna buzia dziecka potrafiła rozbroić nawet mnie, więc co mówić o Lydii.

     - Więc to jest Laelette – mruknąłem, zerkając na zwłoki wampirzycy. – Sprawczyni całego zła.

     - Nie do końca – zaoponowała Lydia. – Helgi wspomniała, że kazano jej to zrobić, choć nie chciała. Kto jej kazał? I dlaczego? To jest właściwy sprawca.

     Tymczasem na ścieżce pojawił się ktoś jeszcze. Thonnir dowiedział się, nie wiem jakim sposobem, o Laelette i szedł z nieprzytomnym wzrokiem w stronę tego, co kiedyś było jego żoną. Doszedł do niej, upadł na kolana i przytulił zimne ciało.

     - Na brodę Ysmira – załkał. – Ona… Ona jest wampirzycą!

     Zaniósł się szlochem.

     - Ona nie żyje! – zawył. – Laelette nie żyje!

     Lydia ścisnęła go za ramię, chcąc dodać mu otuchy. Ja również przyklęknąłem przy nim. Opanował się dość szybko, ale przecież opłakał ją już dawno temu. Odniosłem wrażenie, że też właśnie, zyskawszy pewność, poczuł coś w rodzaju ulgi, która złagodziła nieco jego ból.

     - Co możesz mi powiedzieć o twojej żonie? – spytałem delikatnie, gdy ciało Laelette znów spoczęło na ziemi.

     - Laelette – westchnął i otarł łzę. – Myślałem, że odeszła, by przyłączyć się do Gromowładnych. Ach, moja nieszczęsna Laelette…

     - Czy zdarzyło się coś dziwnego, zanim wyszła? – spytałem.

     Wzruszył ramionami. Odpowiedział dopiero po chwili.

     - Zaczęła spędzać wiele czasu z Alvą – szepnął. – A jeszcze tydzień wcześniej gardziła nią.

     Dotknął czoła i potarł je w zamyśleniu.

     - W noc swojego zniknięcia miała spotkać się z Alvą – dodał. – Później Alva powiedziała mi, że nie przyszła. Nawet się z nią nie pożegnałem.

     Znów westchnął przeciągle.

     - Może jednak się spotkały – mruknąłem.

     - Myślisz, że Alva… - urwał w połowie zdania i spojrzał na mnie zdumiony. – Ale to znaczy, że… O, bogowie! Myślisz, że Alva jest wampirzycą?

     Wzruszyłem ramionami.

     - Trzeba koniecznie wziąć pod uwagę tę możliwość – powiedziałem ostrożnie.

     Zaprzeczył tak gwałtownie, że aż cofnąłem się o pół kroku.

     - Nie! Jesteś w błędzie! Musisz się mylić!

     Spojrzeliśmy na niego zdumieni.

     - Laelette mogła zginąć na mokradłach… - zaczął bezładnie, cofając się, jakby się nas przestraszył. – Nie wierzę, że Alva mogła mieć z tym coś wspólnego! Nie udowodnisz tego jarlowi!

     I po tych słowach puścił się biegiem do miasteczka.

     - Biedny człowiek – westchnęła Lydia. – To za wiele dla niego.

     - Mam nadzieję, że nie pomieszało mu się w głowie – mruknąłem. – Woli zaprzeczać temu, co sam widział.

     - Czyżby ta Alva miała tak wielką moc nad mężczyznami? – zastanowiła się. – Jest pewnie ponętna, ale… Jest? – spojrzała na mnie pytająco.

     - Jest – skinąłem głową. – Do tego zachowuje się prowokacyjnie. Może się podobać.

     - Tobie się podoba? – spytała.

     - Czy ja wiem – wzruszyłem ramionami. – Na swój sposób tak, ale nie na tyle, by mogła mnie sobie owinąć dookoła palca. Tak jak to udało się tobie – dodałem po chwili, dając jej kuksańca.

     - Trzeba przeszukać jej dom – podsunęła, uśmiechając się lekko na moje słowa. – Może tam coś znajdziemy?

     - Pozwól, że zrobię to sam – skinąłem głową. – Na razie chodźmy do gospody.

     Ruszyliśmy wolnym krokiem wąską ścieżką w dół. Czekała mnie jeszcze jedna niełatwa sprawa do załatwienia.