sobota, 12 maja 2018

Rozdział XVI - Kurhan Na Białym Grzbiecie

     W naszej nowej sypialni stał duży regał na książki, częściowo zapełniony. Umieściłem tam kilka swoich woluminów, z wyjątkiem Czarnych Ksiąg, które wolałem zamknąć w sejfie. Gdy umieszczałem ostatni tom na półce, zadowolony, że właśnie skończyliśmy się urządzać, spomiędzy kartek wypadło mi kilka listów.

     - O, listy do Seliny – ucieszyłem się. – Zapomniałem już o nich. Pamiętasz? Znaleźliśmy je w Forcie Nocnego Mrozu.

     Podszedłem do lampy i poszukałem tego, który miał numer jeden. Złamałem pieczęć i rozpostarłem kawałek papieru. Był pokryty starannym, równym i wyraźnym pismem cesarskiego kancelisty. Papier pożółkł już mocno, wzdłuż złożeń zaczął się rozlatywać, ale tekst wciąż był czytelny. Lydia zajrzała mi przez ramię i przez chwile przebiegaliśmy wzrokiem ciemne literki.


     Moja najdroższa Selino,

     Mam za sobą ciężki dzień. General Carius skierował nas do pomocy robotnikom, pracującym przy murach i muszę przyznać, że naharowałem się jak dziki wół. Niestety, trzeba to było zrobić, bo te fortyfikacje nie wytrzymałyby oblężenia. Część żołnierzy zaczęła marudzić, ale ja ich zdania nie podzielam. Wiem, że generałowi leży na sercu wyłącznie dobro fortu i ufam jego rozkazom na tyle, że skoczyłbym za nim nawet w Otchłań. Za parę tygodni zawinie do nas okręt z zaopatrzeniem. Mam nadzieję, że zabierze wszystkie moje listy do ciebie. Oby ich lektura sprawiła ci równie dużo radości, co mnie pisanie ich. Tęsknię za tobą i już nie mogę doczekać się dnia, gdy moja służba na Solstheim dobiegnie końca.

     Na zawsze twój,

     Maximian Axius


     - Tak jak myślałem – szepnąłem wzruszony. – Stęskniony żołnierz pisał do swej ukochanej.

     - Szkoda, że tak się to skończyło – westchnęła Lydia. – A co w następnym liście?

     Otworzyłem kolejny.


     Moja najdroższa Selino,

     Eufemiusz zginął dziś z rąk rieklingów. Eskortowaliśmy transport zaopatrzenia, idący od Fortu Nocnego Mrozu, do Kruczej Skały i wpadliśmy w zasadzkę tych potworów. Udalo nam się ich pobić, ale niestety, Eufemiusz został przebity włócznią. Uzdrowiciele z fortu nie mogli go uratować, więc biedak pożegnał się z życiem na moich oczach. Gdyby nie moja lojalność wobec korony i płomienne przemowy generała Cariusa, pewnie nie wytrzymałbym w tym miejscu. Okręt zaopatrzeniowy powinien zwinąć do nas jutro. Obiecuję, że przekażę wszystkie listy kwatermistrzowi. Ucałuj ode mnie dzieci.

     Na zawsze twój,

     Maximian Axius

     11, Gwiazda Poranna, 4E 05


     - Dzieci – szepnęła Lydia. – To była jego żona.

     - Tęsknił podwójnie – westchnąłem z goryczą. – Do żony i do dzieci.

     - A dzieci pewnie jeszcze długo wypatrywały statku, który miał go przywieźć – dodała Lydia, ze ściśniętym gardłem.

     - Ten fragment o rieklingach mnie niepokoi - próbowałem zmienić temat, bo też mi się trochę oczy zaszkliły. – Freya uprzedzała, że kradną, ale nie wiedziałem, że potrafią urządzać zasadzki.

     - Są rozumniejsze, niż na to wyglądają…

     Otworzyłem trzeci list.

     - Teraz, gdy wiemy, jak smutno się skończyła ta historia, chyba nie musimy się obawiać, że zajdziemy w nim coś gorszego – próbowałem zażartować. – Ale może dowiemy się czegoś o samym generale?


     Moja najdroższa Selino,

     Okręt zaopatrzeniowy jeszcze do nas nie dotarł i nikt nie ma pojęcia, co się z nim stało. Wciąż pisze te listy w nadziei, że jednak zdołam jakoś ci je wysłać. Izolacja na Solstheim bardzo nam doskwiera, ale generał Carius twierdzi, że musimy utrzymywać ten fort dla dobra Cesarstwa. Wierzę w jego słowa, bo nigdy wcześniej nas nie zawiódł, ale czasami zastanawiam się, czy Radzie Cesarskiej naprawdę zależy na utrzymaniu tej zapyziałej wyspy. Przez ostatnie dwa lata straciliśmy czterech żołnierzy. Mam wrażenie, że Cesarstwo zwyczajnie o nas zapomniało, podczas gdy my siedzimy tu i pomału topniejemy jak śnieg w wiosennym słońcu. Każdego dnia wypatruję końca mojej służby.

     Na zawsze twój,

     Maximian Axius

     1, Słoneczny Świt, 4E 05

List przeszedł bez komentarza. Od razu sięgnąłem po czwarty.


     Moja najdroższa Selino,

     To mój ostatni list. Nie wiem, czy kiedykolwiek dane ci będzie przeczytać którykolwiek z nich, ale zatrzymam je na wypadek, gdyby ktoś mnie kiedyś odnalazł. Selino, wydarzyło się coś strasznego. Nie mam pojęcia, co to było, Ale Czerwona Góra plunęła ogniem. Nie sposób tego opisać. Fort Nocnego Mrozu został zniszczony. Jego mury rozpadły się, jakby były usypane z piasku, a ziemia zapłonęła. Wszędzie cuchnie popiołem i śmiercią. Nie mam pojęcia, czy ktoś ocalał. Utknąłem w jednej z niższych części fortu i chyba nie mam co wyglądać ratunku. Tęsknię za tobą, Selino. Chciałbym cię wziąć w ramiona i rzec, że wszystko będzie dobrze, ale prawdę mówiąc, czarno widzę moja przyszłość. Uściskaj Siricusa i Atię ode mnie. Przekaż im, że ich ojciec zginął, broniąc Cesarstwa, aby mogli mnie wspominać z podniesioną głową. A ty myśl o mnie czasem, gdy będziesz układać się do snu, aby mój duch mógł powrócić do domu. 

     Na zawsze twój,

     Maximian Axius

     3, Słoneczny Świt, 4E 05


     Oczy zaszły mi mgłą. Nie zdołałem się powstrzymać. Lydia również. Tej nocy zasypialiśmy objęci mocno, jakbyśmy bali się, że jakaś siła zechce nas rozdzielić. Przed oczami oboje mieliśmy młodego legionistę, umierającego w rozpaczy, z dala od osób, które kochał.

     Listy zachowałem. Próżno było, po dwustu latach, szukać potomków Maximiana Axiusa. Nawet jeśli by nam się to udało, cóż mógłbym im powiedzieć? Zapewne nawet nie znali imienia swego przodka. Ale to w tym momencie właśnie obiecałem sobie, że kiedyś, jeśli bogowie pozwolą, opiszę całe swoje życie i wspomnę w swym dziele o tych listach, które tak bardzo nas wzruszyły. Dziś, gdy piszę po latach te słowa, wszystkie cztery listy Maximiana leżą przede mną. Pożółkłe, dwa z nich podklejone kawałkami papieru, bo już się rozlatywały na złożeniach. Ale mam je do dziś i powyżej przytoczyłem ich treść co do literki, niczego nie zmieniając. A widok bladego szkieletu, odzianego w resztki cesarskiej zbroi, pamiętam do dziś, jakby ktoś namalował mi go pod powiekami. Czasami, dziękując Marze za moją wielką miłość, modlę się o Maximiana i Selinę, aby owa miłosierna bogini na zawsze połączyła te dwa serca, które zły los postanowił rozdzielić. Wierzę, że dziś są razem, trzymają się za ręce i uśmiechają do siebie, szczęśliwi tylko z tego powodu, że są razem. Razem – tak krótkie i pospolite słowo – a jakiego ogromnego nabiera znaczenia…

*          *          *

     - Wiesz, co mi to przypomina? – spytała Lydia, zatrzymując się.

     Przysłoniła przymrużone oczy, bo dzień był słoneczny, a góry ośnieżone.

     - Grobowiec Hillgrunda – odparłem. – I naszą pierwszą wspólną walkę.

     - Z draugrami – uśmiechnęła się. – Ciekawe, co słychać u Golldira.

     Wspominając dawne przygody i brodząc w śniegu, zbliżyliśmy się do kamiennej budowli, przyklejonej do zbocza góry. Było to typowe, starożytne norskie wejście do grobowca, jakie już nieraz widzieliśmy. W skale wykorzystano system jaskiń, co nieco wykuto i zamieniono na podziemną budowlę, a wejście do niej zadaszono łukowatym portalem. Niewątpliwy znak, że w dawnych czasach wyspę zamieszkiwali Nordowie. 

Solstheim - Kurhan na Białym Grzbiecie

     Kurhan na Białym Grzbiecie znajdował się niedaleko Kamienia Wody, ale przejścia między tymi dwoma punktami nie było. Musielibyśmy wspinać się po stromej, niemal pionowej, oblodzonej skale. Dlatego podróż zajęła nam trochę więcej czasu, bowiem trzeba było iść przez góry w głębi wyspy. Choć wyruszyliśmy na długo przed świtem, zmierzchało już, gdy stanęliśmy u kresu naszej wędrówki. Mimo to, zauważyliśmy drewnianą, rozpadającą się chatkę w pobliżu budowli. Zbadaliśmy ją – była pusta. Podeszliśmy więc na powrót do kurhanu. Żelazne drzwi otworzyły się łatwo. Znaleźliśmy się w przedsionku.

     - Co tu się stało? – jęknąłem zdziwiony, na widok dwóch trupów.

     W suchym, choć zimnym przedsionku leżały dwa ciała Dunmerów. Strzeliłem Płomieniem Świecy, by rozjaśnić mrok. Ubiór sugerował, że to rozbójnicy, ale kim byli w istocie, nie wiedział już nikt. Mnogość ran nie pozwalała mieć wątpliwości co do przyczyny śmierci. Co ciekawe, mieli też na skórze rozległe oparzenia.

     W przedsionku znajdowało się palenisko, choć wygaszone, pełno drewna na opał, a także porozrzucane butelki po winie i resztki jadła. Naprzeciwko wejścia znajdowały się drugie drzwi, drewniane z żelaznymi okuciami, zamknięte na solidną zasuwę. Zbadałem ją – dala się otworzyć, ale z otwarciem drzwi postanowiłem poczekać. Byliśmy zmęczeni forsownym marszem po górach i należał nam się wypoczynek.

     Wywlekliśmy ciała na zewnątrz i rozpaliliśmy ogień, by się nieco rozgrzać. Drzwi wejściowe podparliśmy drewnianymi kłodami, tylnych broniła zasuwa, więc nie było potrzeby wystawiania wart. Zjedliśmy solidną kolację i w suchym, ciepłym od ognia miejscu postanowiliśmy przenocować. W jednym kącie leżała spora wiązka słomy, zapewne przytargana niedawno przez rozbójników, którą postanowiliśmy w tym celu wykorzystać.

     Gdy się przebudziliśmy, wciąż była jeszcze noc, ale spać nam się już nie chciało. Posililiśmy się więc, odzialiśmy w zbroje i stanęliśmy przy drzwiach. Lydia dobyła miecza, ja sięgnąłem po łuk. Ale po chwili i tak musiałem go przewiesić przez ramię, bo okazało się, że zasuwa nie chce puścić. Musiałem się z nią trochę namęczyć, ale wreszcie udało się odryglować drzwi. Otworzyły się same, w naszą stronę, jakby czymś popchnięte. Zza drzwi wysunęły się zwłoki trzeciego zbója i z głuchym tąpnięciem uderzyły w kamienne podłoże.

     Spojrzeliśmy na siebie zdziwieni. Rozbójnik miał na sobie takie same rany, jak ci dwaj, których wieczorem wywlekliśmy na zewnątrz. Widać razem przed czymś uciekali, ale ten jeden nie zdążył i zamknięto mu drzwi przed nosem. Sięgnąłem po łuk i ruszyłem przodem, wąskimi, kamiennymi schodami w dół, gdzie majaczyła całkiem jasna łuna, pewne pochodząca z wielu pochodni. Schody prowadziły do drewnianych drzwi, otwartych na oścież. Przejście przegradzały tylko zwłoki czwartego zbója.

     - Co tu się działo? – mruknąłem zdziwiony.

     Schody wiodły jeszcze jakiś czas w dół. Zszedłem tam i zaraz znieruchomiałem. Znalazłem się bowiem w komnacie, bez wątpienia wykutej ręką człowieka. Ale ludzi w niej nie było. Tylko pająki. Nieduże, białe, ogniste pająki. Całe pomieszczenie było zasnute ich pajęczynami. I płonęły w niej kagańce – znak, że miejsce było odwiedzane przez ludzi, elfy, bądź draugry.

     Ustrzeliłem dwa pająki. A potem jeszcze kilka. Ostrożnie posuwając się przed siebie, natrafiłem również na pulsujące kokony. Wiedziałem już, że gdy się zbliżę, ognisty pająk przerwie go jednym ruchem i skoczy na mnie. Chcąc nie chcąc, dziurawiłem strzałami te wszystkie, obok których musiałem przejść, by dostać się do wyjścia po drugiej stronie. Wybuchały jak małe wulkany.

     Dalej znajdowało się wejście do krypty. Ale dziwnej krypty, całej zasnutej pajęczynami. Nie napotkaliśmy w niej żadnego draugra. Gdyby nie majaczące w białej wacie kamienne leża, w ogóle nie odgadłbym, ze to miejsce pochówku.

     Wkrótce doszliśmy do szybu, wiodącego w dół spiralnymi, drewnianymi, na pół spróchniałymi schodami. Zrobiło się chłodniej. Minęliśmy otwarte, okute drzwi. Chodnik wciąż opadał, aż doprowadził nas do sporej komnaty, aczkolwiek znajdującej się w opłakanym stanie. Trudno było nawet domyślić się jej przeznaczenia, bowiem wszystkie sprzęty, jakie się tu znajdowały, były rozbite i zasnute pajęczynami. Nie obyło się bez zlikwidowania kilku pająków i pulsujących kokonów.

     Głos, który nagle rozległ się w podziemiach, osadził nas na miejscu.

     - Na pomoc! – wołał przerażony głos. – Niech mi ktoś pomoże!...

     Urwał i skończył się przejmującym jękiem Na chwilę znieruchomieliśmy. Potem szybko ruszyliśmy w stronę skąd dobiegał. Korytarz otwierał się w ogromną komnatę, której kamienna posadzka znajdowała się jakieś dwie wysokości człowieka pod nami. Drogę przegradzała nam drewniana platforma, którą dało się opuścić, ciągnąc za uchwyt, jak zwodzony most. Naprzeciw znajdowała się druga, identyczna, prowadząca do tarasu naprzeciwko, ale tamtą opuścić można było tylko z drugiej strony. Za to z naszej prowadziły prymitywne schody z surowych pni, które pozwoliły nam szybko zejść na dół.

Wnętrze kurhanu - zwodzony most. Widoczny uchwyt na łańcuchu, opuszczający jedną część mostu. Druga część jest podniesiona

     Nieszczęśnik był Dunmerem i wyglądał na rozbójnika. Z pewnością nim był, ale i tak zdecydowani byliśmy mu pomóc, choćby po to, by się czegoś od niego dowiedzieć o tym miejscu. Ale było już za późno. Choć stał, widać było, że dzieje się z nim coś dziwnego. Jego skóra szybko nabierała dziwnej, żółtej barwy, a w oczach pojawiał obłęd. Z nieprzytomnym krzykiem rzucił się na nas, tylko po to, by nadziać się na miecz Lydii i momentalnie skonać.

     Spojrzeliśmy po sobie.

     - Jakiś narkotyk – szepnęła Lydia. – Nigdy czegoś takiego nie widziałam.

     Mimo grozy uśmiechnąłem się lekko na te słowa. Lydia często je powtarzała, zapominając, że przecież większość przygód przeżyliśmy razem i zwykle to co ona widziała, widziałem i ja.

     Trochę obawialiśmy dotykać martwego ciała, bo żadne z nas nie znało przyczyny tego żółtego zabarwienia skóry. Zauważyłem, że Lydia bardzo starannie wytarła miecz o futrzaną nogawicę Dunmera, a potem ukradkiem, przechodząc przy jednym ze zniczów, rozgrzała lekko ostrze nad jego płomieniem. Ebon obrabiało się w wysokich temperaturach, więc takie lekkie rozgrzanie nie szkodziło ostrzu w żaden sposób. Mogło je za to odkazić.

Wielka Sala we wnętrzu kurhanu

     Ruszyliśmy dalej. W pewnym miejscu kamienne podłoże przecinało niezbyt szerokie pęknięcie, ale za to długie na całą szerokość komnaty. Spojrzałem w górę.

     - Tu chyba pod spodem skała osiadła – mruknąłem, przyglądając się ścianom. – Cała komnata jest przekrzywiona.

     Nie trzeba było bystrości, by to zauważyć, zresztą im dalej, tym nierówność była większa. Po pewnym czasie widać to było jeszcze wyraźniej, bowiem cala komnata, niby ogromny korytarz, skręcała pod kątem prostym w prawo i wyraźnie widać było, że i podłoże i ściany są przechylone w lewo. Pod ścianą leżało kilka odłupanych kawałków muru i zgromadziło się trochę wody.

     Komnata kończyła się niskimi schodami, za którymi ujrzałem przejście do następnego korytarza. Drogę przegrodziły nam jednak dwa draugry. Jeszcze nas nie dojrzały, więc znieruchomieliśmy. Draugr ma słaby wzrok, jeśli tę magię można nazwać wzrokiem. Widzi dobrze tylko z bliska, natomiast z daleka dostrzega ruch. Dlatego wystarczy poruszać się wolno i takim też ruchem napięliśmy nasze łuki. Obie strzały trafiły bezbłędnie i skutecznie. Przejście było wolne.

     Korytarz za przejściem nabrał obłego, norskiego charakteru, przypominającego naturalny chodnik. Skręcił kilkakrotnie, zanim zakończył się żelaznymi, masywnymi drzwiami. Otworzyły się z trudem. Przecisnęliśmy się przez wąska szparę, tylko po to, by za następnym zakrętem napotkać kolejne drzwi, tym razem drewniane i solidnie okute, w dodatku zamknięte na potężną zasuwę. Obok nich leżały truchła dwóch draugrów.

     Zasuwa była trochę zardzewiała, ale dała się odsunąć. Za drzwiami znajdowała się obszerna komnata, o nieregularnym kształcie, pełnym schodków, zakamarków i nawet wyposażona w mostek, przerzucony nad niezbyt szerokim rowem. Wykonano ją bardzo starannie, ale ząb czasu i ogólny nieład zdążyły ją już nieco nadgryźć. Kiedyś, w czasach świetności budowli, z pewnością odbywały się tu jakieś obrzędy, bowiem sala jako żywo przypominała jakieś sanktuarium, czy główną nawę świątyni. Przez chwilę zacząłem sobie wyobrażać, jak mogła wyglądać dawno temu, wysprzątana i odnowiona, ale moje myśli przerwał atak trojga rozbójników.

Sanktuarium w Kurhanie na Białym Grzbiecie

     Ten który natarł na mnie, był Dunmerem. Miał żółtą skórę i obłęd w oczach. Czym prędzej więc zdzieliłem go mieczem, aby nie zdołał mnie dotknąć. Rozdzieracz Chłodu sparaliżował go na moment. Upadł znieruchomiały, więc choć rana nie była śmiertelna, miałem czas zająć się drugim. Z powodu żółtej skóry nie od razu poznałem, że jest Bosmerem. A raczej Bosmerką. Nie lubię walczyć z kobietami, ale życie w Skyrim nauczyło mnie, że w walce nie ma między nami różnicy. Zginęła na miejscu od ciosu w gardło. Odwróciłem się jeszcze do Dunmera, ale Lydia, uporawszy się z trzecim zbójem, zdążyła go przyszpilić do ziemi, zanim wstał. Trzeci rozbójnik również był kobietą, Cyrodiilijką. Wszyscy mieli żółtą skórę. Jaskrawożółtą, jakiej nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Wyglądali, jakby ktoś ich pomalował.

     Lydia chwyciła klucz, jaki wysunął się któremuś ze zbójów z kieszeni i podała mi go. Zwykły, żelazny klucz, jak do więziennej kraty. Schowałem go za pas, nie wiedząc co otwiera. Zapewne znajdę tu jakieś drzwi lub kratę, do których będzie pasował.

     Wszedłem na schody po lewej, skąd nadbiegli zbóje. Krótki, kręty korytarz zaprowadził nas do naturalnej, przestronnej jaskini, zasnutej wieloma pajęczynami. Pod jedną ze ścian zbudowano drewniane rusztowanie, na wzór górniczych pokładów, a na nim postawiono żelazne kraty. Prowadziły tam drewniane schody, po których przechadzały się dwa ogniste pająki. Poniżej schodów było ich jeszcze więcej, w tym niektóre zupełnie białe.

Jaskinia we wnętrzu kurhanu. widoczna platforma i zakratowane pomieszczenie

     Wiedzieliśmy już, jak ognisty pająk reaguje na obcych. Chcąc zbadać platformę, musieliśmy je najpierw wszystkie zlikwidować. Również te, znajdujące się jeszcze w swych pulsujących kokonach. I dopiero potem wspięliśmy się na platformę. Całą jej prawa stronę zajmowała zakratowana cela, a w niej jakaś maszyneria, przypominająca kufer i zwłoki jakiegoś Bosmera. Lewa strona zamieniała się w tunel. Zbadaliśmy więc najpierw tę lewą część, wiedząc, że zza krat nic nam nie grozi. Tunel był ślepy – typowy, kopalniany chodnik. W jednym miejscu stała jednak drabina, prowadząca do wąskiego szybu w sklepieniu, zamkniętego drewnianą klapą. Lydia wdrapała się tam zwinnie i z niewielkim wysiłkiem uniosła klapę. Sponad niej błysnęło oślepiające światło dnia.

     - Wyjście – oznajmiła mrugając oczami. – Wyjście do tej rozpadającej się chatki. Lepiej nie patrz, bo oślepniesz tak jak ja.

     Ostre, górskie słońce, w połączeniu ze śnieżną pokrywą, zalegającą okolice, potrafiło porazić wzrok nawet wędrowca, od kilku godzin przechadzającego się na wolnym powietrzu, a co dopiero takiego, który cały ten czas myszkował po ciemnych katakumbach. Wiedziałem, że przez jakiś czas nie będę mógł polegać na jej wzroku, więc po stwierdzeniu, że dalej korytarz kończy się ślepo, wróciliśmy w stronę kraty. Znaleziony przy zbóju klucz, jak się spodziewałem, pasował do zamka. Krata uchyliła się z cichym zgrzytem.
Przyczyny śmierci Bosmera nie mogłem dojść. Nie miał na sobie żadnej rany. Jego skóra nie miała żółtego zabarwienia, jak ciała pozostałych. Obejrzałem więc sobie jego warsztat. Na stole stała tajemnicza, metalowa maszyneria z jakimiś dźwigienkami, drzwiczkami i innymi elementami nieznanego przeznaczenia. Na stole nagromadziło się wiele szczątków ognistych pająków, jakieś alchemiczne składniki i kilka rubinów. Leżał tam też dziwnie spreparowany pająk, jakby zmniejszony, o pokurczonych odnóżach.

     - Takie coś wypadło z kieszeni jednemu z nich – Lydia wskazała w stronę sanktuarium, gdzie leżały zwłoki trojga rozbójników. – Ciekawe, do czego im to.

     - Ta maszynka pewnie służy do preparowania pająków – skinąłem głową. – Może to nam coś powie.

     Sięgnąłem w stronę innego stołu, zasłanego papierami i zapiskami. Były nieuporządkowane i trudno było się zorientować, o czym mówią. Po przejrzeniu kilku z nich ustaliliśmy, że zabierzemy je ze sobą i w domu, ze spokojem spróbujemy je uporządkować i może nawet zrozumieć. Maszyny na razie nie tykaliśmy, nie wiedząc, czego się po niej spodziewać.

Tajemniczy mechanizm

     Wróciliśmy do sanktuarium. Zerknąłem na zwłoki Dunmera. Rzeczywiście, kilka spreparowanych pająków wysunęło mu się z kieszeni. Przezwyciężyłem strach i odważyłem się go dotknąć. Niczego nie znalazłem, więc przeszukałem pozostałych. Bosmerka miała za pazuchą nieduży notes, nieco poplamiony, ale zapiski dały się odcyfrować. Na razie jednak nie chciałem się tym zajmować. Wrzuciłem dziennik do plecaka, razem z pozostałymi papierami.

     Ruszyliśmy na schody po drugiej stronie mostu. Musiałem użyć Płomieni, żeby oczyścić przejście, bowiem cale było zasnute pajęczynami gęstymi jak wata. Prowadziło ono do niewielkiej komnatki, z której wyjście zamknięto żelaznymi drzwiami. Za nimi znajdowała się inna komnata, a widok której zadrżało mi serce w piersi. Jednocześnie w mojej głowie rozległ się znany mi już zew. Wołało mnie Słowo.

     Smocza Ściana!

     Do komnaty schodziło się po schodach, bowiem jej podłoże znajdowało się jakieś dwie wysokości człowieka poniżej. Zstąpiłem już kilka pierwszych stopni, nim Lydia chwyciła mnie za ramię i pociągnęła z powrotem.

     - Sarkofag! – szepnęła z naciskiem.

     Istotnie, pod smoczą ścianą znajdował się kamienny sarkofag. Kogo chowano pod smoczymi ścianami? Oczywiście, smoczych kapłanów! Czekała nas więc jeszcze kłopotliwa przeprawa z nie byle jakim nieumarłym.

     Było blisko więc wybrałem szklaną strzałę. Powoli, ostrożnie zaczęliśmy schodzić na dół, ale nie zdążyliśmy jeszcze dotknąć stopami kamiennego podłoża, gdy wieko odskoczyło z hukiem i złowroga postać w charakterystycznej masce i z kosturem w kościstych rękach pojawiła się nad sarkofagiem.

     Dwie szklane strzały syknęły w powietrzu. Dwa głuche plaśnięcia rozległy się w podziemiach, gdy obie trafiły w cel. Nieumarły zachwiał się i zatoczył jak pijany, po czym zadrżał, jakby w bolesnym spazmie, gdy objęły go płomienie, pochodzące z naszych zaklętych ogniem łuków. Ta chwila jego ograniczonej przytomności wystarczyła nam, aby niepostrzeżenie nałożyć na cięciwy po nowej strzale. Nie zdążył nas zauważyć, zanim oberwał drugą salwę. Cztery szklane strzały, wypuszczone z bliska, z zaklętych, szklanych łuków, w dodatku z ukrycia, co jeszcze podwajało ich efekt, to za dużo nawet na smoczego kapłana. Wydał z siebie przenikliwe westchnienie, zakręcił się w śmiertelnym piruecie i… rozsypał się w pył, gdy zanikła magiczna siła, spajająca jego szczątki.

     Drewniana maska i magiczny kostur z łoskotem na dno sarkofagu. Pył, w jaki rozpadły się szczątki kapłana, pokrył je, niby padający śnieg. A ja, nie mogąc się dłużej oprzeć, podszedłem uroczystym krokiem do smoczej ściany. Jedno ze słów klinowego pisma smoczego języka, zapewne stworzonego po to, by smoki mogły wydrapać je pazurem, jaśniało błękitnym, pulsującym światłem. Gdy podszedłem zupełnie blisko, niemal na wyciągnięcie ramienia, światło to oderwało się od ściany i pomknęło ku mnie, przyprawiając mnie o lekki zawrót głowy. Rozbłysło w moim umyśle, razem z melodyjnym i pełnym potęgi dawnych herosów akordem.

     - Ven – szepnąłem, powtarzając to, co pojawiło mi się pod czaszką. – Wiatr…

     Poczułem w sobie moc, zdolną wywołać huragan, równający z ziemią wszystko, co znajdowało się na jej powierzchni. Dusza jednego z ubitych uprzednio smoków udzieliła mi zrozumienia słowa. To był zupełnie nowy Krzyk – Cyklon. Zdolny rozpętać wirujący żywioł, który siał spustoszenie w szeregach moich przeciwników.

Smocza ściana we wnętrzu kurhanu. Pod ścianą widoczny sarkofag Smoczego Kapłana.

     Jak zawsze, trwało to krótko. Po kilku głębokich oddechach, wszystko wróciło do normy. Rozejrzałem się przytomniej po komnacie. I natychmiast, naprzeciw smoczej ściany, ujrzałem ją – Czarną Księgę!

     Leżała na kamiennym podeście, naprzeciwko ściany, w miejscu niewidocznym ze schodów. Migotała lekko, jakby nie mogła się zdecydować, czy pojawić się w Nirn, naszym świecie, czy też wrócić do Otchłani. Podszedłem do niej i rzuciłem okiem na okładkę. „Blady Regent” – głosił tytuł. Chwyciłem ją w ręce i otworzyłem.

     - Tylko nie to! – usłyszałem jeszcze krzyk Lydii, zanim na chwilę ogarnęła mnie ciemność, a potem blade światło, jakby padające z góry. Znalazłem się w Apokryfie.

     Ze wszystkich swych wędrówek po Otchłani, tę właśnie wspominam z największym lękiem. Rzadko która z moich przygód była tak nieprzyjemna jak ta. Znalazłem się na jakiejś cienkiej, uginającej się pod stopami platformie, zawieszonej gdzieś w Otchłani, nad niewidzialną przepaścią. Blade światło, zawieszone gdzieś u góry, ledwo rozświetlało mrok i nie docierało na jej dno. Nie byłem nawet pewien, czy w ogóle ma ona jakieś dno. To miejsce wydawało się być zawieszone w bezkresnej przestrzeni, nie ograniczonej z żadnej ze stron. Wokół mnie, niby porwane miniaturowym cyklonem, wirowały kartki zapisanego papieru. Platforma była wąska i wisiała nieruchomo, tworząc wznoszący się i tonący w mroku chodnik, zawieszony na dziwacznych filarach, trochę przypominających czarne drzewa. Ruszyłem niepewnym krokiem w górę, czując mrowienie lęku wysokości w kolanach, ale gdy tylko wyszedłem z kręgu światła, natychmiast owionęło mnie niesamowite zimno i poczułem, że słabnę, jakby jakiś wampir wysysał ze mnie siły witalne. Czym prędzej cofnąłem się do światła.

     Musiałem przywołać na pomoc cały swój rozum, otępiały ze strachu. Co robić? Iść w górę nie można, zawrócić nie ma dokąd! Żeby wrócić do Nirn, muszę, znaleźć w Apokryfie księgę, która przeniesie mnie z powrotem. Ale jak mam jej poszukać, skoro nie mogę wyjść poza oświetlony krąg? To bowiem pojąłem od razu – nie wolno mi wejść w mrok, bo zginę. Muszę trzymać się światła.

     Byłem bliski paniki. Zupełnie nie wiedziałem, co mam robić. Przytomność umysłu wrócił mi dopiero widok bladego światełka, poruszającego się wzdłuż platformy. Lewitowało nad nią coś, co wyglądało jak rozwinięty ponad miarę kwiat dzwonecznika z jarzącą się kulką w środku. Zacząłem śledzić jego ruchy. Poruszało się wolno tam i z powrotem – od miejsca, w którym stałem, do jakiegoś innego w oddali, znajdującego się nieco wyżej, ale za to również oświetlonego. Gdybym poczekał, aż tajemnicze światełko przybliży się do miejsca, w którym stałem, mógłbym ruszyć razem z nim i wciąż znajdować się w świetle…

     Tak też uczyniłem. Gdy magiczne światełko pojawiło mi się nad głową, czym prędzej ruszyłem za nim. W głowie rozbrzmiały mi dawno usłyszane słowa Strażników Stendarra: „Krocz w świetle, albo cię do niego zaciągniemy!”. To bractwo, zaciekle tępiące wszelkie przejawy daedrycznych kultów, widząc moje wędrówki po włościach Hermeusa Mory, zapewne przeklęłoby mnie na wieki…

     Wiedziony przez przyjacielskie światełko, znalazłem się w miejscu, gdzie platforma rozszerzała się, tworząc coś w rodzaju umeblowanego regałami i stołami pomieszczenia – tylko bez ścian i zawieszonego nie wiadomo gdzie. Mizerne, świecące kuleczki, rozsiane z rzadka po całej tej powietrznej komnacie, rozpraszały mrok na tyle, że złowroga magia nie działała. Wyglądało to na jakąś bibliotekę, czy coś w tym rodzaju, a ja, gdy tylko sobie to uświadomiłem, natychmiast zdjąłem łuk z ramienia. Gdzie księgi, tam i Poszukiwacze…

     Dostrzegłem je z niemałym trudem. Stwór ten bowiem potrafi stać się niewidzialny. Zamajaczyły mi po przeciwnej stronie tej niby-komnaty. Jednego ustrzeliłem z daleka, ale drugi natychmiast zniknął.

     Ale nie ze mną takie sztuczki!

     - Laas! – zawołałem.

     Krzyk pokazał mi niewidzialnego przeciwnika, zbliżającego się do mnie z zadziwiającą szybkością. Czym prędzej napiąłem luk i władowałem strzałę w ową świecącą od Szeptu Aury purpurę. Zachwiała nim, ale go nie uśmierciła. Zdążył poczęstować mnie porcją zimnej, paraliżującej, nieznanej mi magii, zanim skonał po drugim strzale. Magia na szczęście nie była na tyle silna, by zwalić mnie z nóg.

     Ruszyłem w stronę najbliższego stołu, zastawionego jakimiś dokumentami i świecidełkami. Jednak nie dałem rady podejść, bowiem sam stół tonął w mroku i gdy tylko się do niego zbliżyłem, natychmiast poczułem złowrogą magię tego miejsca, odbierającą siły. Poniechałem. Ruszyłem za to w kierunku przejścia po przeciwnej stronie, gdzie wesoło świeciła rozżarzona kuleczka.

     Znów poczekałem na ruchomego, świecącego przewodnika i ruszyłem po koronkowym, misternym i zdawało mi się bardzo delikatnym podłożu. Wciąż w górę jak po cienkim moście. Przez cały czas miałem wrażenie, że cienka, koronkowa siatka pod moimi stopami nagle się przerwie, a ja runę w przepaść. Nie pomagało mi to… Do następnego oświetlonego miejsca, tym razem niewielkiego, wyglądającego jak półpiętro, gdzie platforma zakręcała, na kształt prostych schodów. Tam zatrzymałem się na chwilę, widząc, że światełko, które mnie prowadziło, zawróciło w dół. Byłem unieruchomiony, przynajmniej chwilowo czekając aż podpłynie do mnie drugie światełko, tym razem z góry. Stąd roztaczał się ciekawy widok, obok bowiem znajdował się koronkowy most, biegnący równolegle do mojej platformy. Wznios kierował mnie właśnie tam. I na tym moście ujrzałem ruch. Było tam coś dużego.

     Pełen najgorszych przeczuć, znów zawołałem Szeptem Aury. Niestety, przeczucie mnie nie oszukało. Krzyk objawił mi przechadzającego się pomoście Czyhacza. Ebonowa strzała sama powędrowała na cięciwę.

     Przestałem zwracać uwagę na wędrujące światełko. Skoncentrowałem się na strażniku Apokryfu. Chodził wolno tam i z powrotem, niby wartownik na posterunku. Uznałem za najdogodniejszy moment do strzału chwilę, w której zatrzymywał się nad przepaścią, by odwrócić się i z wolna ruszyć w drugą stronę.

     Strzeliłem. Usłyszałem delikatne plaśnięcie, potwierdzające celny strzał. Potwór zaryczał i zajął się ogniem, a potem… Stracił równowagę i poleciał z mostu, niby płonący meteoryt, ciągnąc za sobą smugę płomieni. Przeraźliwy ryk słychać było jeszcze długo, a płonący punkt leciał i leciał, zanim zgasł sam z siebie, zapewne nie dolatując nawet do dna owej bezkresnej otchłani.

     Ruszyłem w górę, podążając za świetlikiem, jak nazwałem owo wędrujące światełko. Znalazłem się na moście i tu musiałem poczekać na następne. Za mostem natomiast ujrzałem kolejnego Czyhacza.

     Z tym potworem już nie miałem tyle szczęścia. Po pierwszym, celnym strzale, dostrzegł mnie, stojącego w świetle i ruszył w moją stronę. Dwa następne strzały haniebnie chybiłem. Ustrzeliłem go dopiero, gdy był już całkiem blisko, otwierając paszczę, by porazić mnie swą obrzydliwą mazią. Odetchnąłem z ulgą. Do tej pory moja walka z Czyhaczami wyglądała podobnie, jak z dwemerskim Centurionem – cały czas się cofałem, szyjąc strzałami. Tu nie mogłem się cofać, bowiem nie wolno mi było opuścić oświetlonego pola. Gdyby mnie dopadł, mogło być źle.

     Uwolniłem potwora od ciężaru złota, ukrytego w fałdach skórnych. Dziwił mnie niezmiernie fakt, że do czegokolwiek było mu ono potrzebne, posługiwał się ziemskimi, cesarskimi monetami, naszymi poczciwymi septimami. Czyżby w Apokryfie nikt nie potrafił stworzyć niczego lepszego? A może nasze monety były idealne aż do tego stopnia?

     Tak to, biegając w świetle i zatrzymując się co chwila w oczekiwaniu na świetlika, dotarłem po delikatnych platformach na inną, nieco większą i jasno oświetloną. No, nie przesadzajmy, nie tyle jasną, co nie tonącą w mroku. Wspiąłem się na schody i podszedłem do podestu, na którym leżała Czarna Księga.

     Tak jak poprzednio, księga otworzyła się sama, gdy tylko się do niej zbliżyłem. I podobnie  jak ostatnio, rozbłysły na niej litery trzech mocy poszukiwacza: Potęgi, Magii i Cieni. Wybrać mogłem tylko jedno.

     Wybrałem zdolność Poszukiwacza Cieni. Wiedziałem, że ani potęgą, ani magią nie mogę równać się z Miraakiem. Moją przewagą była zdolność skradania się i ukrywania. Grunt wybrać jedną, w której mogłem zdobyć przewagę nad przeciwnikiem, a potem postarać się, by pojedynek odbył się moich warunkach. Nie wiedziałem, jak będzie wyglądał i czy w ogóle do niego dojdzie. Uznałem jednak, że lepiej mieć dużą przewagę w jednej dziedzinie, niż nie wyróżniać się w żadnej. Poczułem jak ciepły powiew magii owiewa moje czoło.

     A potem dotknąłem dłonią błyszczącego napisu „Wróć do Nirn”. Lekki zawrót głowy i już po chwili znalazłem się w podziemiach, w objęciach zaniepokojonej Lydii, która odetchnęła wyraźnie, widząc, że znów spoglądam na nią przytomnie.

     Przytuliła mnie do opancerzonej piersi, jakbym był małym chłopcem, a ona moją matką. Poczułem się nagle błogo i bezpiecznie.

     - Lydio – uśmiechnąłem się z ulgą. – Nie masz pojęcia, jak cię kocham…

sobota, 21 kwietnia 2018

Rozdział XV – Posiadłość Severinów

     Komnata nie miała innego wyjścia. Opukaliśmy dokładnie ściany, zbadaliśmy każdą szczelinę i żadnego nie znaleźliśmy. Zdziwiło nas to. Awaryjne wyjście było czymś, o czym ja pomyślałbym w pierwszej kolejności, gdybym zakładał kryjówkę podobnej szajki. Tym bardziej więc chyba powinna pomyśleć o nim organizacja, która potrafiła przygotować tak przemyślne pułapki, jakie musieliśmy omijać po drodze. Ale wyjścia nie znaleźliśmy. Nie było go, albo ukryto je na tyle dobrze, że nam się nie udało. I to pomimo, że sprawdziłem nawet basen.

     Chcąc nie chcąc, musieliśmy wrócić tą samą drogą, ostrożnie skacząc między pułapkami. Dalej już poszło łatwo. Jedynie po wyjściu na powierzchnię zatrzymałem się na chwilę, by zaklęciem sprawdzić, czy po drugiej stronie drzwi nie czeka na nas jakaś niespodzianka. Gdy wychodziliśmy, było jeszcze ciemno, ale po układzie gwiazd zorientowałem się, że do świtu już niedaleko. Zeszliśmy ze schodów i zagłębiliśmy się w las, na znaną nam już ścieżkę, która miała nas zaprowadzić na zachodnie wybrzeże.
     
     Do Kruczej Skały dotarliśmy jeszcze przed południem. Nic nas nie obciążało, toteż mimo braku snu, nie czuliśmy się zmęczeni. Gdy zaszliśmy do gospody, Geldis odetchnął z wyraźną ulgą, po czym bez pytania postawił przed nami dzban piwa i zakręcił się koło kuchni, obiecując nam prawdziwą ucztę.

     Istotnie, potrawa była znakomita. Jakieś małe kawałki delikatnego mięsa, nie wiedziałem z czego, duszone w posiekanych w kostkę popielnych bulwach i kilkoma innym warzywami, między którymi dostrzegłem marchew. Wszystko doprawione aromatycznymi ziołami.

     Gdy już się najedliśmy, uznałem, że nie będę czekał, aż najdzie mnie senność i poszukam Veletha. Należało go powiadomić o śmierci jego dwóch gwardzistów. No i trzeba było też zawiadomić Adrila, że Ulenowie zostali pokonani. Lydię natomiast, gdy najadła się już do syta, ogarnęła senność. Ziewając coraz szerzej, udała się do naszego pokoju, obiecując rychłą śmierć każdemu, kto spróbuje ją obudzić..

     Kapitana nie zastałem w mieście. Podobno sprawdzał jakieś posterunki w pobliżu Kamienia Ziemi. Za to na rynku dostrzegłem Adrila. Gdy mnie zobaczył, ucieszył się, podszedł do mnie szybkim krokiem i chwycił za ramię. 

     - No to mówże, jak poszło! – rzekł natarczywym tonem, patrząc mi w oczy. – Udało ci się dorwać Vendila? Mów, mów!

     Uśmiechnąłem się.

     - Nie stanowi już zagrożenia – zapewniłem.

     Przeciągłe westchnienie ulgi wydobyło mu się z głębi płuc. Odetchnął raz jeszcze z szeroko otwartymi oczami i pokręcił głową, jakby nie dowierzając swemu szczęściu.

     - Czyli wreszcie mamy spokój… - wydyszał z wysiłkiem, jakby właśnie zeszło z niego wielotygodniowe napięcie.

     Ale zaraz w jego oczach pojawił się niepokój. Niepewnie rozejrzał się na boki, jakby kogoś szukając.

     - A co z żołnierzami, którzy ci towarzyszyli? – spytał niespokojnie.

     Tym razem ja westchnąłem przeciągle.

     - Zabił ich Morag Tong – odrzekłem cicho.

     Przykrył ręką usta.

     - Niech to szlag… - westchnął ze smutkiem. – Miałem nadzieję, że po wysłaniu tych dwóch, nie będę musiał pisać listów do ich rodzin.

     Chwycił mnie pod ramię i zaczął łagodnie ciągnąć w kierunku dzielnicy portowej, wciąż dopytując się o szczegóły misji. Streściłem mu wydarzenia jak umiałem. Wkrótce dostrzegłem zadbaną, choć niezbyt reprezentatywną kamienicę, do której mnie wiódł. Przed wejściem stało na straży dwóch gwardzistów. Była to siedziba rajcy Morvayna.

     Adril, gdy wysłuchał już mojej relacji do końca, z niedowierzaniem potrzasnął głową.

     - Pomyśleć, że Vendil upadł tak nisko, zatrudniając takie łachudry – odezwał się tuz przed wejściem. – Cieszę się, że już nie oddycha.

     Wbrew temu zapewnieniu, w jego głosie zabrzmiał smutek, jakby chciał zagłuszyć wyrzut sumienia. Zapewne wolałby uczciwie postawić go przed sądem, ucinając wszelkie spekulacje. Rozumiał jednak konieczność.

     - Tak musiało się stać – zapewniłem.

     - Świetnie! – poklepał mnie po naramienniku. – Doskonale!

     Strażnik na nasz widok otworzył drzwi i przepuścił nas bez słowa. Widać Adril cieszył się całkowitym zaufaniem pierwszego rajcy.

     - Rajca Morvayn będzie zachwycony, gdy mu to przekażę.

     Wnętrze kamienicy urządzono funkcjonalnie i schludnie, z umiarkowanym przepychem. Ciężka, ciemnozielona, aksamitna kotara oddzielała niewielki hol od reszty mieszkania. Tam Adril poprosił mnie, abym chwilę poczekał. To było prywatne mieszkanie rajcy, więc wolał nie zaskakiwać go niespodziewaną wizytą obcego. Sam, będąc niemal domownikiem, nie musiał się krępować. Uchylił kotary i popędził do środka.

     Nie czekałem długo. Po kilku chwilach kotara uchyliła się i pojawił się Adril.

     - Chodź, zaprowadzę cię do rajcy – zaprosił mnie gestem do środka. – Porozmawiasz z nim osobiście.

Krucza Skała - siedziba rajcy Morvayna


     Wewnątrz było jasno. Od razu więc dostrzegłem rajcę Morvayna, dobrze zbudowanego Dunmera w sile wieku, z krótką, siwiejącą bródką. Zapewne Adril zdążył streścić mu bieg wydarzeń, bo patrzył na mnie z niekłamanym podziwem i zaciekawieniem.

     - Pozwolę sobie przeszkodzić, gdyż mam dobre wieści – uśmiechnął się Adril.

     Lleril Morvayn przeniósł wzrok na swego zaufanego zastępcę i uniósł brwi.

     - Od lat nie widziałem cię tak zadowolonego – odezwał się z przekąsem.

     Adril roześmiał się, po czym położył mi dłoń na ramieniu.

     - A oto osoba, które własnoręcznie ukróciła spisek na twoje życie – oznajmił uroczystym głosem. – Vendil, Tilisu i Mirri Severin nie byli tymi, za kogo się podawali. Wszystko wskazuje na to, że próbowali pomścić śmierć Vilura Ulena.

     Domyśliłem się, że Adril wprawdzie uprzedził Llerila o ostatnich wydarzeniach, ale nie zdążył powiedzieć mu wszystkiego. Tak musiało być, bowiem gdy padły imiona rzekomych Severinów, rajca Morvayn nie potrafił ukryć zaskoczenia.

     - Vendil? – otworzył szeroko oczy. – Ale on przecież tyle dobrego zrobił dla Kruczej Skały. Jak to możliwe?

     - Próbowali uśpić naszą czujność – odrzekł Adril. – Wszyscy zostaliśmy oszukani. Dałem się zrobić jak dziecko – opuścił głowę. – Proszę o wybaczenie.

     Lleril popatrzył na niego tak czule, że nikt ani przez chwilę nie mógł podejrzewać go o żal do Adrila. Przeciwnie, był mu niezmiernie wdzięczny, że ten, przy mojej pomocy, nie tylko wyśledził spisek, ale też zapobiegł zawczasu jego skutkom.

     - Nie mów tak – odrzekł ciepło. – To nie twoja wina, przyjacielu. A ty… - spojrzał w moją stronę – zbliż się.

     Postąpiłem krok ku niemu. Spojrzał na mnie życzliwym wzrokiem, w którym kryła się pewna doza ciekawości. Uśmiechnął się i odezwał uroczystym, choć wyraźnie wzruszonym głosem

     - Twoje czyny… Wszystko co udało ci się zrobić dla całej Kruczej Skały… Nie spodziewałem się, że ktoś obcy może tyle dla nas zrobić. Jestem ci za to dozgonnie wdzięczny.

     Moja nieśmiałość w stosunku do wysokich rodów, choć nieco zmalała, wcale mnie nie opuściła, a tu doszedł jeszcze szacunek dla sędziwego wieku. Choć Lleril wyglądał na najwyżej sześćdziesiąt lat, był przecież Dunmerem. Wiedziałem, że liczył sobie co najmniej półtora wieku. Wszystko więc, co udało mi się z siebie wydusić, to dwa, ciche słowa.

     - Dziękuję, rajco…

     I poczułem gorąco na twarzy. Zapewne spąsowiałem jak róża… Lleril, widząc to, spojrzał na mnie tak, jak ojciec zapewne patrzy na swoje bawiące się dzieci. Były w tym spojrzeniu i czułość, i zrozumienie dla mojego ściśniętego gardła.

     - Adril na pewno przygotował dla ciebie jakąś stosowną nagrodę – mrugnął do swego przyjaciela. – Aczkolwiek osobiście uważam, że powinienem dołożyć coś od siebie.

     - Och… - to wszystko, co zdołałem z siebie wydusić.

     Ale zaskoczenie miało dopiero nadejść. Oto bowiem Lleril otworzył swój sekretarzyk, wyciągnął jakiś dokument, dopisał na nim kilka słów, złożył zamaszysty podpis, po czym nakapał na końcu nieco czerwonego laku i przyłożył swą pieczęć. Zerknąwszy na mnie, z tajemniczym uśmiechem zwinął papier w rulon i umieścił w ozdobnym, skórzanym etui. A potem stanął przede mną i wyciągnął rękę.

     - Ponieważ rodzina Severinów… - uniósł brwi – jakkolwiek by się naprawdę nie zwała… Dopuściła się czynów karalnych, ich majątek przejdzie w twoje ręce. Niniejszym przekazuję ci posiadłość Severinów, wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza. Mało kto równie mocno zapracował na nasze obywatelstwo. Mam nadzieję, że zechcesz się tu osiedlić.

     Chwyciłem rulon w rękę, ale nie byłem w stanie wykrztusić ani westchnienia. Nawet słowa podziękowania nie przeszły mi przez gardło. Już wcześniej szczodrość Dunmerów mnie zadziwiła, ale teraz przeszli samych siebie.

     Zasłużyłem na nagrodę. Oczywiście, że zasłużyłem. W Skyrim na pewno za takie coś dostałbym pozwolenie na osiedlenie się w mieście i na zakup domu. Czasem mogłem jedynie liczyć na jakąś zniżkę, jak w Samotni. Ale otrzymać posiadłość w nagrodę? W dodatku taką posiadłość? O ile mi wiadomo, największą w Kruczej Skale… I rajca nie wziął tego podziemnego pałacu dla siebie, choć miał do tego prawo, tylko darował go mnie, samemu zadowalając się niewysoką kamieniczką! Po prostu odjęło mi mowę.

     Adril, widząc, że mnie zamurowało, łagodnie chwycił mnie za ramię i wyprowadził na zewnątrz. Tam zapewnił mnie, że zasłużyłem na taką nagrodę, jak nikt, więc po prostu mam ją przyjąć. 

     - Nawet jeśli nie zechcesz się tu osiedlić – dodał. – Ten dom będzie twój i będzie na ciebie czekał zawsze i o każdej porze. Jesteś jednym z nas. Nikt nie zrobił dla Kruczej Skały tyle co ty.

     - Przesadzasz – mruknąłem zmieszany.

     - Przesadzam? – przekrzywił głowę. – Policzmy… Uwolnienie tych nieszczęśników spod Kamienia Ziemi. Uruchomienie kopalni…

     - To zasługa Cresciussa, nie moja – żachnąłem się. – To on mnie do tego nakłonił.

     - Ale to ty poszedłeś do kopalni, nie on. Wiem, wiem – zamachał dłonią, zanim zdążyłem się odezwać. – To dlatego, że on jest stary, a ty młody, ale nie w tym rzecz. Mogłeś odmówić.

     - Nie miałem serca – bąknąłem. – Żal mi było starego.

     - Kilkakrotnie pomogłeś Modynowi…

     - Komu?

     Wyraz zdziwienia odbił się na jego twarzy.

     - No… Modynowi Velethowi.

     Parsknąłem krótkim śmiechem. To imię dziwnie mi nie pasowało do kapitana gwardii.

     - Nie wiedziałem, że ma na imię Modyn – bąknąłem.

     - Nie lubi tego imienia – uśmiechnął się. – Toteż prawie go nie używa. Na czym to skończyłem? Sprawa wskrzeszonego generała i pozbycie się popielców.

     - Wcale się ich nie pozbyliśmy – westchnąłem. – Nadal panoszą się na południu.

     - Ale nie atakują już miasta – odrzekł Adril. – A teraz jeszcze ta sprawa. O przysłudze dla mojej żony nawet nie wspominam, bo blednie to przy twoich wyczynach. Choć, oczywiście, jestem ci za to bardzo wdzięczny. A smok? Kto ocalił nas przed smokiem?

     Smok zaatakował Kruczą Skałę kilka dni temu. Nie zdążył narobić wielu szkód, bo szybko nam uległ. Nic wielkiego, zwykły, szary smok. Co ciekawe, Miraak nie pojawił się tym razem i nie skradł jego duszy. Udało mi się ją wchłonąć, wzbudzając niemałą sensację wśród strażników, którzy byli świadkami tej sceny.

     Słodził mi tak jeszcze jakiś czas, ale nie wątpiłem, że mówi szczerze. Gdy się pożegnaliśmy, czułem się tak podbudowany, że całe zmęczenie i cała senność w mig ze mnie uleciały. Byłem gotów śmiać się na całe gardło i miałem ochotę wyskoczyć ponad wierzchołki drzew, gdybym tylko umiał skoczyć tak wysoko. Oto stałem się jednym z mieszkańców osady. Uznali mnie za swojego. Dunmerowie! Ci sami Dunmerowie, którzy z taką nieufnością podchodzą do obcych, a Cesarskich wręcz nie znoszą! I to nie tylko rajcy. Gdy pół szedłem, pól biegłem do gospody, witało mnie po drodze wiele uśmiechów. Po drodze spotkałem Aphię, żonę Cresciussa, która nie omieszkała uścisnąć mi ręki i powiedzieć kilku miłych słów. Dalej napatoczyłem się na Bralsę Drel, którą uwolniłem spod klątwy Kamienia Ziemi. Uśmiechnęła się trochę smutno, ale życzliwie. Trudno się dziwić, w końcu wiele przeżyła. Najpierw przez zamknięcie kopalni, znalazła się na samym dnie. Potem ta sprawa z Kamieniem Ziemi. Straciła wszystko. Jeszcze nie doszła do siebie, choć po otwarciu kopalni dojrzała światełko w tunelu. Szedłem dalej. Gdy przechodziłem obok kuźni, Glover pomachał mi ręką znad paleniska. Przechodząc przez rynek, usłyszałem pozdrowienia od Garyna i Fethisa. Wszędzie otaczali mnie przyjaciele. Moją pierś rozsadzała tak niesamowita radość, że nie zmąciła jej nawet zakazana gęba Mogrula, posępnego Orsimera, kręcącego się wokół gospody, załatwiającego swoje ciemne i nie do końca legalne sprawki.

     Wpadłem do gospody jak wicher. Skinąłem głową Geldisowi i pobiegłem do naszego pokoju.

     - Wstawaj śpiochu! – potrząsnąłem Lydią. - Mam ci coś ważnego do powiedzenia.

     Głowa Lydii ledwo poruszyła się na poduszce.

     - Mmmmm – odparła, co zapewne miało znaczyć: „Zamknij się i daj ludziom spać”.

     - Nie uwierzysz, co się stało – nie odpuszczałem. – Mamy dom!

     - Uhm… - zamruczała Lydia, nie podnosząc głowy i zapewne nie otwierając oczu, ale trudno było to stwierdzić, bo twarz miała wtuloną w poduszkę.. – Jasne że mamy. W Białej Grani. A teraz daj pospać…

     - Nie o to chodzi – roześmiałem się. – Mamy dom tutaj! Dostaliśmy posiadłość Severinów na własność.

     - Taaa, pewnie… - mruknęła sennie. – A teraz się przymknij…

     Zacząłem się śmiać. Do tego stopnia rozbawiła mnie ta sytuacja.

     - Ale ja mówię poważnie – zapewniłem ją, mimo woli trzęsąc się ze śmiechu.

     - Śmiertelnie poważnie – mruknęła znowu. – Słyszę…

     - No, naprawdę, posiadłość Severinów jest nasza!

     - To spylaj do posiadłości Severinów i daj mi spać – naciągnęła derkę na głowę.

     - A pewnie, że pójdę – odparłem z udanym oburzeniem. – Czuję się tu ignorowany i niepotrzebny. Natychmiast udaję się do swej nowej posiadłości. Takiego łóżka jak tam, nie ma na całym Solstheim.

     Westchnęła przeciągle i odsunęła derkę. Z nadludzkim wysiłkiem dźwignęła się do pionu.

     - Nie mam siły cię zabić – poskarżyła się, nie otwierając oczu. – Ani związać i zakneblować. Za co bogowie tak się na mnie mszczą?

     Podsunąłem jej pod nos akt własności.

     - Popatrz tylko.

     Otworzyła jedno oko.

     - Bardzo ładne – ziewnęła. – Sam narysowałeś?

     Pokręciłem głową.

     - Dziewczyno, pokazuję ci akt własności posiadłości Severinów – powiedziałem tonem, jakbym tłumaczył to małej dziewczynce.

     Pokiwała leniwie głową.

     - Nie masz mi nic do powiedzenia? – spytałem zdumiony.

     - Mam – odparła. – Dobranoc…

     I znów opadła na poduszkę. Ale tym razem jej nie podarowałem. Rzuciłem się na łóżko i zacząłem ją tarmosić. Broniła się dzielnie, po pewnym czasie zrzucając mnie nawet z łóżka, ale dopiąłem swego – rozbudziła się na dobre.
- Ty zły człowieku! – jęknęła siedząc już na łóżku. – Ty podstępny budzicielu…

     Roześmiałem się na ten neologizm. Jej pewnie też skrzywiły się lekko wargi, ale zza grzywy włosów, opadających na twarz nie było nic widać. Wciąż uderzała w płaczliwy ton.

     - Ty wrogu dobrych ludzi… Ty oprychu… Ty łóżkowy rozbójniku… Ty okrutny, podstępny, wynaturzony przestępco… Jak ja cię nienawidzę…

     - Wstawaj szybko i chodź obejrzeć nowy dom – odrzekłem ze śmiechem. – Trzeba też przenieść nasze manele. Chyba damy radę…

     Trochę się tego uzbierało, ku mojemu zdziwieniu. Zabrałem swój plecak, napakowany do granic możliwości, w ręce wziąłem broń i kilka zdobyczy, po czym ruszyłem ku drzwiom. Po drodze poinformowałem Geldisa, że się wyprowadzamy.

     - Ale stołować się pewnie i tak będziemy u ciebie – uśmiechnąłem się.

     Gdy dotarłem do posiadłości Severinów, byłem mokry od potu. Rzuciłem wszystko w holu i usiadłem na ławeczce pod ścianą, aby trochę odpocząć. Otarłem pot z czoła, pooddychałem głęboko i z wysiłkiem dźwignąłem się na nogi. Nieprzespana nocka zaczęła się dawać we znaki. Wyszedłem na zewnątrz, nie zamykając drzwi i ruszyłem w kierunku gospody. Po drodze minąłem Lydię, też obładowaną jak juczny koń. Spojrzała na mnie z wyrzutem i podniosła głowę, przymykając oczy, pokazując mi, jak bardzo jest na mnie obrażona.

     Z gospody zabrałem to wszystko, co zostało i ruszyłem na powrót do mojego nowego domu. Z ulgą położyłem wszystko na kamiennej posadzce. Przeprowadzka była skończona.

     Lydia tymczasem, przyświecając sobie kagankiem, zwiedzała podziemne komnaty, zapalając kolejne świece i kagańce. W posiadłości robiło się coraz jaśniej.

     - Masz własną kuźnię! – zawołała zza filaru. – Możesz eksperymentować do woli i nikt nie będzie się śmiał!

     - Dowcipna – mruknąłem. – Może obejrzysz kuchnię? Tam ty możesz poeksperymentować.

     - A gdzie to jest?

     - Po drugiej stronie.

     Lydia wydała okrzyk zachwytu. Kuchnia nie tylko była ogromna, ale pełniła również funkcję ogrodu. Na samym środku znajdowało się kamienne ogrodzenie, wypełnione ziemią, niby wielka donica, a w nim cala uprawa rożnych cieniolubnych, jadalnych roślin i ziół. Otworzyła też drzwi za kuchnią, spodziewając się spiżarni, ale tam, pośród zapasów, odkryła całkiem przytulną sypialnię.

     - To pewnie pokój dla służby – stanąłem obok niej. – Prawdziwa sypialnia jest na końcu korytarza.

     Ruszyliśmy w tamtym kierunku. Lydia obejrzała sobie po drodze magiczny katalizator do zaklinania, znajdujący się w niewielkim pomieszczeniu po prawej. Wyglądał bardzo efektownie, ponieważ na ścianach rozwieszono sporo ozdobnych, wyłożonych czerwonym aksamitem uchwytów na zaklętą broń, a mnogość kryształów duszy pięknie iluminowała w świetle bogato rozmieszczonych kagańców.

     Po drugiej stronie znajdowało się laboratorium alchemiczne, z kamiennym moździerzem, wysokotemperaturowym palnikiem, destylatorem i całą szafą małych naczyń, fiolek i miseczek. Na półkach można było znaleźć wiele alchemicznych składników, które same w sobie wyglądały malowniczo. Były tam barwne, suszone skrzydła motyli, kwiaty, najróżniejsze sole, niektóre bardzo kolorowe, olejki, świecące grzyby, jaja rzadkich owadów, zdrewniałe ciała wił i wiele, wiele innych. Można było eksperymentować do woli.

     Ale prawdziwy zachwyt pojawił się na obliczu mojej żony dopiero wtedy, gdy weszliśmy do głównej sypialni. Była wielka. Przy wejściu stały cztery manekiny na zbroje i uchwyty na broń. Dalej, pod ścianą umieszczono ogromne łoże, nad którym powieszono obciągniętą czerwonym aksamitem tarczę, na której można było powiesić ozdobną broń. Przed łożem stał drewniany kufer ze stalowymi obiciami. Kufrów zresztą było w tym pomieszczeniu więcej. Pod ścianami umieszczono gabloty, które wypełniono – o zgrozo – starannie wypreparowanymi ludzkimi czaszkami. Nie zauważyłem tego w czasie mojej pierwszej wizyty. Zapewne były to makabryczne trofea Morag Tong. Nie wiedzieliśmy, do kogo należały, bo nie było przy nich żadnych opisów. Jedno wiedzieliśmy na pewno i żadne z nas nie musiało się odzywać, by to uzgodnić – czaszki należy skremować. I trzeba to zrobić z odpowiednim szacunkiem dla ludzkich, czy elfich szczątków, aby ich właściciele odzyskali utraconą godność. Muszę porozmawiać z kapłanem, na pewno mi nie odmówi. Może nawet podpowie, jaki sposób będzie najwłaściwszy.

     Otworzyłem sejf i zaprezentowałem mojej żonie jego zawartość. Było tam trochę kosztowności i pieniędzy. Dokumenty zwinęliśmy w rulon, by przekazać je Adrilowi. Wsunąłem do środka akt własności i stwierdziłem że jest tu sporo miejsca na kosztowności, które udało nam się w międzyczasie zebrać.

     Zaczęliśmy się urządzać, gdy odwiedził nas Veleth, z plikiem papierów w ręce. Rozejrzał się po posiadłości i z uznaniem pokiwał głową.

     - Ładny pałac – uśmiechnął się. – Można się zmęczyć, przy samym zwiedzaniu.

     Zaprosiliśmy go na skromną wieczerzę, ale odmówił, z powodu obowiązków. Zamiast tego potrząsnął jednym z dokumentów.

     - Znalazłem tego Nelotha, o którego pytałeś – oznajmił. – Niewiele o nim wiadomo. Przybył niedawno. Mieszka w grzybowej osadzie.

     - Gdzie? – spytała Lydia.

     - W Tel Mithryn, na południowo-wschodnim krańcu wyspy – odparł, wyciągając zza pazuchy ołowiany sztyfcik. – Daj mapę, to ci pokażę.

     Lydia podsunęła mu kolorowy arkusz. Zaznaczył miejsce na wybrzeżu, gdzie tworzyło ono dość ostry półwysep. Narysował trochę niezdarny kształt ni to drzewa, ni to grzyba. Chyba rysowanie nie było jego największym atutem. 

     - Warto zwiedzić i bez powodu – zapewnił. – Czegoś takiego pewnie jeszcze nie widzieliście. Wyobraźcie sobie ogromne grzyby, ale naprawdę ogromne, wydrążone w środku i zamieszkałe.

     - Przez kogo? – spytałem.

     Przyszły mi na myśl zbierane w rodzinnych stronach grzyby, które trzeba było rozciąć, by stwierdzić, czy nie są „zamieszkałe”, jak mawiał Eanor.

     - No, przez Dunmerów – odparł Veleth.

     - W grzybie? – spytała Lydia z niedowierzaniem. – Jak to możliwe?

     Veleth uśmiechnął się.

     - Mówiłem, że to spore grzyby – odparł ze śmiechem. – W Morrowind to dość częsty sposób zdobywania własnego lokum. Popularny zwłaszcza wśród członków rodu Telvanni. Zresztą, skoro szukacie Nelotha, musicie się tam udać osobiście. Sami zobaczycie.

     A potem spojrzał na mnie i uśmiechnął się zupełnie inaczej, z pewną dozą samozadowolenia, jak ktoś, kto właśnie rozwiązał trudną zagadkę.

     - O tobie też się dowiedziałem paru rzeczy – rzekł z przekąsem. – Legat Cesarskiego Legionu, Arcymag Akademii w Zimowej Twierdzy… No, no… A poza tym mówią o tobie Smocze Dziecię. Nie jestem Nordem, ale słyszałem już gdzieś takie określenie. 

     - Gdybym wiedział, że cię to interesuje, sam bym ci to powiedział – odparłem, mierząc go wzrokiem. – Myślałem, że możemy sobie ufać.

     - Możemy – odparł, uśmiechając się przepraszająco. – Teraz możemy, gdy się bliżej poznaliśmy. Ale gdy tu przybyliście… Zrozum, odpowiadam za bezpieczeństwo mieszkańców Kruczej Skały. Gdy pojawiło się tu dwoje obcych, chciałem się czegoś o nich dowiedzieć. Thalmorskie zbroje nigdzie nie wzbudzają zaufania, tutaj również. A że listy z kontynentu idą długo... Dopiero teraz dostałem odpowiedź.

     Spojrzał mi życzliwie w oczy i spoważniał.

     - Gdy tu przybyłeś, pytałeś wszystkich o Miraaka. Niewiele o nim wiem, ale coś niecoś słyszałem. Wiem, że jego też tak nazywano: Smocze Dziecię. To nie może być przypadek.

     - Nie jest – mruknąłem. – Ale nie zamierzałem tego ukrywać. Nie mówiłem o tym, bo nie było z kim. Kogo tylko spytałem o Miraaka, nikt niczego nie wiedział.

     - Rozumiem – pokiwał głową. – Ja cię przecież o nic nie oskarżam. Przeciwnie. Tyle dobrego dla nas zrobiłeś… Ale skoro przybyłeś tu w jakimś określonym celu, pomyślałem, że moglibyśmy ci jakoś pomóc, a nawet powinniśmy. Powiedz, chcesz poznać jego sekrety, prawda? Poznać tajniki jego wiedzy? Stać się równie potężnym jak on?

     Usiadłem na niewysokim zydlu i poprosiłem jego, żeby również usiadł.

     - I tak, i nie – odrzekłem w końcu. – Prawdą jest, że muszę stać się tak potężny jak on i że poszukuję jego tajemnej wiedzy. Ale bardzo tego nie chcę. Robię to z powodów, jakich nawet się nie domyślasz.

     Niepewność odbiła się na jego twarzy.

     - Nie ma w tym przecież niczego złego – odparł, krzywiąc się nieznacznie. – Każdy pragnie potęgi. Wierzę, że możesz z nią uczynić wiele dobrego. Zwłaszcza, że jesteś arcymagiem z Akademii. To normalne.

     - Chcę uczynić tylko jedno – odparłem. – Czy wiesz, dlaczego Kamień Ziemi zniewolił twoich ludzi?

     Pokręcił niepewnie głową, przypatrując mi się uważnie.

     - Jakaś ciemna moc go spaczyła, prawda?

     - Prawda. Miraak powrócił. To jego sprawka. Nie może jeszcze przybrać fizycznej postaci, ale jego duch przetrwał w Otchłani, w miejscu zwanym Apokryfem. Powrócił, by zniewolić Solstheim. A może nawet całe Tamriel. I tylko kwestią czasu jest, kiedy powróci naprawdę.

     Słuchał mnie, ani razu nie przerywając. Przez cały czas pozostał poważny. I widziałem, że wierzy moim słowom. Choćby dlatego, że w końcu ujrzałem w jego oczach lęk.

     - Miraak był tyranem, prawda? – spytał cicho. – Okrutnym tyranem.

     Skinąłem głową.

     - Widziałeś tych nieszczęśników przy Kamieniu Ziemi – odparłem. – Tych kamieni jest więcej. I przy każdym z nich pracowali zniewoleni ludzie i elfy, a nawet rieklingi. Gdybyś wysunął czasem nos z Kruczej Skały, mógłbyś to zobaczyć na własne oczy. To Miraak, wiem to na pewno. Przygotowuje się do powrotu. I muszę go powstrzymać.

     Wydał z siebie głębokie westchnienie.

     - Ale jak chcesz to zrobić? – szepnął. – Miraak… Jeśli to prawda, że nadal żyje, trwa już od tysięcy lat. Żyje i wzrasta w potęgę. Jak chcesz się z nim równać?

     Opuściłem głowę.

     - Nie mogę – odrzekłem smutno. – Jest ode mnie potężniejszy. Ale i tak spróbuję. Nie ma nikogo innego. Nikt mnie w tym nie zastąpi. Żeby się z nim zmierzyć, trzeba być Smoczym Dziecięciem, tak jak ja. Każdego innego zmiecie krzykiem z powierzchni ziemi, nie wstając z krzesła. Dlatego to ja muszę się z nim zmierzyć. Tylko najpierw muszę zdobyć choć część tej potęgi. Żeby mieć jakąkolwiek szansę…

     Spojrzałem na niego i uśmiechnąłem się smutno.

     - Nie martw się, nie chcę zająć jego miejsca. Chcę z nim skończyć i wrócić do domu, do Białej Grani. Nawet nie wiesz, jak tęsknię za Skyrim.

     Milczał dłuższą chwilę, zanim wstał i położył mi rękę na ramieniu

     - Jak mogę ci pomóc? – spytał, patrząc mi prosto w oczy. – Czego konkretnie szukasz? Może i nie jestem dobry z historii wyspy, ale znam tu wiele osób i potrafię zbierać informacje.

     - Sam nie wiem – odparłem zmartwionym tonem. – Szukam wszystkiego, co może mi pomóc. Przede wszystkim, Czarnych Ksiąg Hermeusa Mory.

     - Nie słyszałem…

     - Można je znaleźć w starożytnych ruinach, kryptach, kurhanach… Podobnie jak smocze ściany. To charakterystyczne, norskie budowle, pionowe, lekko wklęsłe, pokryte klinowym pismem.

     - Na północy jest spora, norska budowla – odrzekł. – Nazywa się Strażnica Saeringa.

     - Już tam byłem – uśmiechnąłem się. – I rzeczywiście, była tam smocza ściana.

     - Jest ich więcej – podrapał się po czole. – Kurhan Na Białym Grzbiecie. Też na północy. Daj mapę, to ci pokażę. O, mniej więcej tutaj. To rozległa, nieźle zachowana, starożytna, norska nekropolia.

     - Takich miejsc właśnie szukam! – ożywiłem się.

     - Żeby daleko nie szukać – poskubał bródkę, - w pobliżu Kruczej Skały, kawałek na południe, na klifie, jest kurhan, zwany Kurhanem Kolbjorn, niestety zasypany przez popiół. Ale niedawno jakiś gość próbował zwerbować górników do jego odkopania. Może dorył się tam już do czegoś, warto sprawdzić. 

     - Świetnie, tak właśnie możesz pomóc – uśmiechnąłem się.

     - Popytam jeszcze, na pewno się czegoś dowiem. Dwemerskie też cię interesują?

     - Wszystkie – odparłem. – Zawsze można tam natrafić na jakąś wskazówkę.

     - Tu jest cały zatopiony pałac – wskazał na wschodnie wybrzeże. – Ale część wystaje ponad wodę. Nazywa się… Nardak… Czardak, czy jakoś tak. A głębi wyspy, o, gdzieś tutaj, też jest całkiem nieźle zachowane wejście do dwemerskich podziemi. A, byłbym zapomniał! Kawałek na północ od miasta, na wybrzeżu, stoją dwie norskie wieże, połączone mostem.

     - Wejście do Kurhanu Krwiopuszcza – skinąłem głową. – Już zwiedziłem i to z całkiem niezłym wynikiem. Były tam i Czarna Księga, i smocza ściana.

     - Zacznę zbierać informacje – zapewnił, wstając. – Na pewno dowiemy się jeszcze o wielu tajemniczych miejscach. Mogę jeszcze jakoś pomóc? Może potrzebujesz ludzi?

     - Informacje mi wystarczą – zapewniłem.

     - Dostaniesz je…

     - Mam jeszcze jedno pytanie – zrobiłem tajemniczą minę.

     - Słucham – nachylił ucha.

     Milczałem przez chwile, walcząc z wesołością.

     – Naprawdę masz na imię Modyn? – wydukałem w końcu.

     Spojrzał  na mnie zaskoczony.

     - Śmieszy cię to? – obruszył się.

     - Nie, skąd – zapewniłem, próbując nie parsknąć mu śmiechem w twarz.

     Przez chwilę patrzył na mnie spode łba, ale szybko usta zaczęły mu drgać. W końcu nie wytrzymał i sam się roześmiał..

     - Tak mam na imię Modyn - parsknął. – Ale nie nadużywaj, proszę, tego imienia. Nie przepadam za nim.

     - Jak sobie życzysz,… Modyn – odparłem z trudem.

     Gdyby wzrok mógł zabijać…

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Rozdział XIV – Popielna Cytadela

     Długo przed świtem wysunąłem się z gospody i skryłem się w cieniu, za jej wystającym spod ziemi wejściem. Szept Aury poinformował mnie o pozycjach kilku strażników, których udało mi się łatwo ominąć. Wszyscy inni siedzieli w domach. Mimo to, nie chciałem przechodzić przez oświetlone centrum. Skierowałem się ku obrzeżom miasta, w kierunku kopalni. Tam klucząc między drzewami, skałami, i umocnieniami, obszedłem miasto okrężną drogą i stanąłem u wejścia do posiadłości Severinów.

     Jak wszystkie bogatsze rezydencje, również ta znajdowała się pod ziemią. Ponad powierzchnię wystawała jedynie kopuła wejścia, przypominająca olbrzymiego żółwia, z drzwiami zamiast głowy Po obu stronach drzwi znajdowały się filtry otworów wentylacyjnych, przypominających rybie skrzela, co jeszcze bardziej nadawało owej kopule podobieństwo do żywego stworzenia. Wciągnąłem powietrze w płuca.

Krucza Skała - wejście do Posiadłości Severinów

     - Laas!

     Wokół mnie wciąż zalegała ciemność, rozświetlona jedynie łuną z centrum miasta. Ale wewnątrz budynku zaświeciły się dwie sylwetki. Jedna z nich niewyraźnie, pod ziemią, zorientowana poziomo – zapewne pogrążona we śnie. Ale druga zajaśniała w holu, po drugiej stronie kopuły, pochylona nad czymś, jakby czymś zajęta. Trzeciej osoby nie dostrzegłem. Zapewne jeden z mieszkańców nie nocował w domu.

     Niedobrze. Trudno było wejść do holu, nie alarmując tajemniczej postaci. Zwłaszcza, jeśli wewnątrz paliły się jakieś lampki, a trudno było mi przypuszczać, że ten ktoś siedzi po ciemku. I co ja miałem teraz zrobić? Czekać?

     Przyłożyłem ucho do drzwi. Jeśli miałem nadzieję, że ten ktoś drzemie w fotelu, to w tym momencie rozwiały się one w pył. Usłyszałem bowiem jakieś szelesty. Ten ktoś na pewno nie spał.

     Krzyknąłem raz jeszcze. Szept Aury znów ukazał zgarbioną postać. Tym razem przyjrzałem się jej ruchom. Wyglądała, jakby składała pranie, albo porządkowała rzeczy w szufladach. Ale była do mnie odwrócona tyłem. Zaryzykować? A jeśli zaalarmuje ją podmuch powietrza?

     Rozejrzałem się wokół. Noc była cicha i spokojna. Zupełnie bezwietrzna, jakie rzadko się tu zdarzały. Może się uda?

     Wsunąłem klucz w zamek, wciąż trzymając ucho przy drzwiach. Przekręciłem najdelikatniej jak umiałem. Zamek trzasnął w drzwiach niesamowicie głośno, ale to dlatego, że miałem do nich przyłożone ucho. Przytrzymałem klucz, gdy samoczynnie, pchnięty sprężyną rygla, chciał przekręcić się dalej. Rygiel ustąpił, a ja trwałem bez ruchu, z uchem przy drzwiach.

     Szelesty za drzwiami nie ustały. Czyżbym nie został usłyszany? Szept Aury potwierdził, że tajemnicza postać nie zmieniła pozycji. Nadal stała w przeciwległym końcu holu i coś robiła. Odważyłem się uchylić drzwi. Tylko troszeczkę. Gdyby zaskrzypiały, natychmiast bym uciekł. Ale to były drzwi do bogatej rezydencji, dobrze utrzymane i naoliwione. Otworzyły się zupełnie cicho. A ja wsunąłem się w szparę, przemknąłem na drugą stronę i delikatnie pozwoliłem im się zamknąć, bez zatrzaskiwania rygla. Byłem w środku.

     Pod kopułą znajdował się rozległy hol. Jego centralną część stanowiły szerokie i długie schody, prowadzące do podziemnej części rezydencji. Okolono je niewysokim murkiem, zabezpieczającym zapewne przed przypadkowym wpadnięciem do środka. Dookoła stało kilka dzbanów z oliwą i pomniejszych mniejszych sprzętów. Ogień na kominku oświetlał wnętrze, a tajemnicza postacią okazała się być sama Tilisu Severin, pakująca jakieś rzeczy do podróżnego worka. Obok ujrzałem kilka mieczów i sztyletów. Czyżby szykowała się na jakąś wyprawę? Czyżby to dziś miała zamiar dokonać zamachu?

Posiadłość Severinów - przejście do części podziemnej


     Na razie nie miałem czasu na takie rozważania. Wystarczy, żeby się odwróciła, a dostrzeże mnie w świetle lampki. Schyliłem się i wolno, ostrożnie stawiając stopy, przesunąłem się w stronę schodów. Zsunąłem się o kilka stopni w dół i ukryłem za murkiem. Teraz tylko się nie potknąć.

     Ostrożnie zlazłem na sam dół. Na razie nie zauważony. Ale przecież trzeba było jeszcze wrócić!

     Rezydencja była naprawdę rozległa. W pomieszczeniu po prawej stronie dostrzegłem dymarkę i najprawdziwszą kuźnię. Po co? Przecież do kuźni Glovera Mallory’ego nie było daleko. Ród był bogaty, stać go było na zamawianie kutych przedmiotów u kowala. Chyba, że chcieli coś wytwarzać w tajemnicy. Tuż obok stał dobrze wyposażony warsztat do zaklinania, a po przeciwnej stronie szerokiego korytarza – całe laboratorium alchemiczne.

     Po lewej stronie dostrzegłem zamknięte drzwi. Podobne drzwi widniały na wprost schodów, na końcu korytarza. Omiotłem pomieszczenie zaklęciem. Po lewej zamajaczyła mi sylwetka kogoś śpiącego. Postanowiłem więc zbadać najpierw pokój na wprost, w którym nikogo nie było.

     Otworzyłem drzwi. Znalazłem się w obszernej komnacie. Była to zarówno sypialnia, jak i skarbiec, a także po trosze zbrojownia, o czym świadczyły stojące tu uchwyty na broń i manekiny na zbroje, teraz puste. Stało tu kilka drewnianych skrzyń i gablot, ale mój wzrok przyciągnął stalowy sejf, umieszczony w najdalszym kącie. Zbliżyłem się do niego cicho i zerknąłem okiem na zamek.

     Sejf zamykany był na klucz. W dodatku niezbyt wymyślny. Widać, nie spodziewano się tu złodzieja o zręcznych rękach. Wyciągnąłem swoje wytrychy i klęknąłem przy masywnych drzwiczkach.

Posiadłość Severinów - część podziemna

     Zamek był solidny, ale niezbyt wyrafinowany. Do dwemerskich, które nieraz zdarzało mi się otwierać, nawet się nie umywał. Złamałem jeden wytrych, ale po drugiej próbie drzwiczki stanęły otworem. Zajrzałem do środka. Było w nim kilka woreczków ze złotem, trochę kosztowności i kilka dokumentów. Wyciągnąłem je wszystkie i rzuciłem na nie okiem. Akt własności posiadłości mnie nie interesował. Odłożyłem go na miejsce. To samo zrobiłem z kwitami handlowymi i kilkoma asygnatami, wystawionymi na Kompanię Wschodniocesarską. Zainteresował mnie jednak jeden z listów. Jasny, świeży, nie pożółkły papier sugerował, że wysłano go niedawno, choć daty nie było. Za to nagłówek aż mnie zmroził: „Sprawa Ulenów”. Wpadłem na trop! Przebiegłem wzrokiem treść.


     Drogi rajco Saldinie,

     Pełna gotowość jest już tylko kwestią dni. Nasze oddziały, ukryte w Popielnej Cytadeli, ćwiczą dzień i noc, przygotowując się do ataku. Kapitan Veleth jest zbyt zajęty atakami popielców, żeby nam przeszkodzić, więc najwyższa pora zemścić się na Lleril Morvaynie, za zabicie mego przodka. Chętnie osobiście poderżnę mu gardło. Do następnego listu dołączę głowę tego bydlaka. Zadbaj o to,  aby cały ród Hlaalu mógł ją podziwiać, bracie.

     Vendil Ulen


     Zrobiło mi się gorąco. Vendil Severin to w rzeczywistości Vendil Ulen! Oddziały w Popielnej Cytadeli… Jak liczne? Z kogo się składające? Czyżby Ulenowie planowali inwazję na miasto? Czyżby chcieli zdobyć je zbrojnie? Muszę czym prędzej dostarczyć ten list Adrilowi.

     Zamknąłem sejf i ostrożnie otworzyłem drzwi. Pusto. Cicho jak duch pomknąłem ku schodom. Szelesty na górze nie ustawały. Może nie zostanę zauważony. Postawiłem wszystko na jedna kartę i przywołałem zaklęcie Niewidzialności. Szybko, ale cicho wspiąłem się na schody i zerknąłem za siebie. Tilisu musiała wyczuć działanie magii, bo przerwała pakowanie i uniosła głowę. Rozejrzała się wokół, ale nie zauważywszy niczego, wróciła do zapinania podróżnego worka. Uchyliłem drzwi i szybko wysunąłem się na zewnątrz, po czym, nie zważając już na ostrożność, popędziłem w las. Świt już rozjaśnił niebo na wschodzie.

     Do gospody przybyłem zdyszany. Było już prawie jasno, gdy uchyliłem drzwi Rzygającego Parzydłaka i wsunąłem się do środka. Sala była pusta. Poszedłem więc cicho do swego pokoju i o mało nie nadziałem się na miecz wyrwanej nagle ze snu Lydii, którą czyjeś skradanie budziło o wiele skuteczniej niż walenie kowalskim młotem.

     Szybko streściłem jej moją przygodę i pokazałem list. Jak zwykle, wykazała się rozsądkiem i kazała mi czym prędzej usiąść i ochłonąć.

     - Ale tam zbierają się oddziały! – zaprotestowałem.

     Spokojnie pokręciła głową.

     - Ulenowie nie chcą zniszczyć Kruczej Skały, tylko ją przejąć – odparła. – Nie napadną miasta zbrojnie, bo obróciliby całą ludność przeciwko sobie. Poza tym, oddziałów, potrzebnych do napaści nie ukryliby tak łatwo. To musiałoby być kilkudziesięciu zbrojnych.

     Ochłonąłem i trochę rozjaśniło mi się w głowie. Miała rację. Owe oddziały to zapewne kilku zabójców, z którymi powinniśmy sobie poradzić sami. Tylko gdzie jest ta Popielna Cytadela?

     - Szkoda, że nie ma daty – westchnęła Lydia. – Nie wiemy, kiedy się spodziewać ataku…

     - List nie został wysłany – podsunąłem. – Tilisu szykowała się do drogi… To może znaczyć, że miała zamiar dopiero komuś go przekazać.

     - Stąd nie wysyłałaby listów do Ulenów – Lydia pokiwała wciąż nieco zmierzwioną czupryną. – Pewnie masz rację. To nastąpi za kilka dni. Pewnie dopiero wybierała się do tej cytadeli.

     - Jak myślisz, co chcą zrobić? – spytałem niespokojnie.

     - Na pewno nie powstanie – potrząsnęła głową. – To by im się nie udało. Morvayn ma zbyt wiele zasług i jest za bardzo szanowany w tym mieście.

     - Więc planują zamach na niego… - szepnąłem przejęty. – Chcą go skrycie zamordować. A gdy go zabraknie, Severinowie, jako najbogatsi, staną się najpoważniejszym kandydatem do fotela pierwszego rajcy. Przejmą miasto bez walki i na pozór zupełnie legalnie.

     - Mogą nawet wyeliminować innych pretendentów – pokiwała głową. – Choćby Adrila. Jest przyjacielem i prawą ręką Morvayna, pewnie nienawidzą go tak samo jak pierwszego rajcy.

     Przez chwilę milczała, zamyślona, po czym potrząsnęła głową i sięgnęła na stolik po swój grzebień.

     - Tak czy owak – stwierdziła, - do takiego zamachu nie zbiera się połowy kohorty. Morderstwo zleca się jednemu człowiekowi, co najwyżej z jednym, albo dwoma pomocnikami. To będzie zaledwie kilku zabójców, może nawet tylko jeden.

     - Poradzimy sobie z nimi – przytaknąłem i sięgnąłem po swoją zbroję.

     - Porozmawiajmy najpierw z Adrilem – zaproponowała. – Potem działajmy.

     Znów miała rację. Wyszliśmy do głównej sali. Geldis gotował już jakieś smakowicie pachnące potrawy. Uśmiechnął się na nasz widok.

     - Niedługo pół miasta zejdzie się tu na śniadanie, – oznajmił, wskazując na przygotowywane dania. – Więc wybierajcie, póki jest z czego.

     - Nie mamy czasu – odparłem. – Musimy pilnie porozmawiać z Adrilem Arano.

     - Może posłać po niego? – zaproponował, widząc powagę na naszych twarzach. – Bo pewnie zależy wam na dyskrecji…

     - Gdybyś mógł – odrzekłem proszącym tonem. – To pilne.

     Skinął głową i zniknął w swoim kantorze za ladą. Po chwili wyszedł stamtąd, a razem z nim jakiś inny, skromnie odziany Dunmer, którego nie znałem. Pewnie jakiś jego pomocnik. Ów elf szybkim krokiem skierował się na schody, a nam Geldis wskazał stolik i zaproponował coś do jedzenia. Przystaliśmy na te propozycję.

     Adril zjawił się po kilkunastu minutach. Nie zdążyliśmy jeszcze zjeść podanej nam potrawki. Towarzyszył mu Veleth. Obaj rozejrzeli się po pustej jeszcze gospodzie. Uspokojeni, podeszli do naszego stolika.

     - Udało ci się znaleźć jakieś dowody w posiadłości Severinów – spytał trochę za głośno, aż Veleth ścisnął go uspokajająco za ramię.

     Wyjąłem z kieszeni list, znaleziony w sejfie.

     - Mam dowody, obciążające rodzinę Severinów – odrzekłem, podsuwając mu dokument.

     Poczekałem, aż obaj go przeczytają. A potem streściłem im szczegóły mojej wyprawy. Opowiedziałem też o naszych domysłach, dotyczących rzekomych oddziałów. Veleth zdawał się być tego samego zdania. Rzucił okiem na podsuniętą mu przez Lydię mapę i wskazał nam punkt w głębi wyspy, na południu. Tam miała znajdować się owa cytadela. Według słów kapitana, był to stary, opuszczony i na wpół zburzony fort w norskim stylu, w którym zachowały się jedynie podziemia. Te jednak miały być w dobrym stanie i mogły służyć za kryjówkę zabójców.

     - A więc mamy gagatków – Adril zacisnął pięści. – Teraz trzeba ich tylko wyłapać i postawić przed obliczem sprawiedliwości.

     Veleth uśmiechnął się lekko i spojrzał na mnie. Również się uśmiechnąłem. Adril był znakomitym organizatorem i zarządcą, ale kiepskim taktykiem. Wyłapanie wyszkolonych zabójców w ich kryjówce w ogóle nie wchodziło w grę. Albo ich wystrzelamy na miejscu, albo zginie bardzo wielu gwardzistów, nim wreszcie ostatni zabójca wyzionie ducha. Bo że nie dostaniemy ich żywcem, było zupełnie jasne.

     - Myślę, że nie poddadzą się dobrowolnie – odezwałem się.

     Veleth skinął głową. Według niego dwóch, góra trzech ludzi mogłoby się niepostrzeżenie dostać do podziemi i posuwając się ukradkiem, stopniowo wyeliminować spiskowców, których nie mogło być wielu. Sam stosowałem tę taktykę, więc poparłem go z całym przekonaniem i zaofiarowałem swoją pomoc.

     - I dobrze – Adril w zamyśleniu położył dłonie na stole. – Dwóch najlepszych żołnierzy Gwardii Redoran złoży im wizytę – powiedział wolno, po czym spojrzał na mnie i dodał. – Chciałbym, żeby i ciebie tam nie zabrakło.

     - Zaraz tam pójdę – zapewniłem.

     Veleth wyraził gotowość towarzyszenia mi w tej wyprawie. Ale Lydia wreszcie uznała za stosowne wtrącić się do rozmowy.

     - Co z miastem? – spytała. – Widzimy, że Severinowie nie działali sami. Część zabójców może już kryć się tutaj. Na ich miejscu, gdyby Gwardia udała się do cytadeli, wykorzystałabym okazję.

     Miała słuszność. Adril przyznał jej rację i skinął jej głową z szacunkiem. Natomiast Veleth posłał jej niezadowolone spojrzenie. Domyślił się już, że Adril nie zgodzi się na jego udział w wyprawie, choć bardzo chciał osobiście dopilnować całej sprawy.

     Tak też się stało. Drugi rajca stwierdził krótko, że kapitan i część gwardzistów ma ostentacyjnie przeczesywać miasto i pokazywać się w uczęszczanych miejscach, aby wszyscy widzieli, że Gwardia jest na miejscu. My mieliśmy wymknąć się z miasta, niby na wyprawę do wioski Skaalów. Dwóch najlepszych gwardzistów, osobiście wybranych przez kapitana, miało czekać na nas na miejscu. Planowaliśmy atak dziś o północy.

     - Dam ci takich, co potrafią się skradać i dobrze strzelać – zapewnił Veleth. – Mam dwóch takich zuchów.

     Aby dotrzeć do wskazanego punktu o północy, trzeba było wyruszyć około południa. Był więc czas, by złapać kilka godzin snu. Z gwardzistami mieliśmy spotkać się na miejscu, na schodach przed wejściem. Żebyśmy się w ciemnościach nie pozabijali, ustaliliśmy hasło. Było nim przeciągłe, pojedyncze huknięcie puszczyka, odzewem zaś dwa krótkie.

     Dokończyłem potrawkę i ruszyłem w stronę naszego pokoju. Lydia poczłapała za mną. Wiedzieliśmy, że teraz musimy się trochę przespać, by po południu wyruszyć w stronę Popielnej Cytadeli. Mieliśmy przed sobą kilka spokojnych godzin. Poprosiliśmy Geldisa, żeby obudził nas wczesnym popołudniem. 

*         *          *

     Było już zupełnie ciemno, gdy wreszcie zamajaczyły nam przed oczami ruiny cytadeli.

     Prowadziły do niej długie, wąskie schody, kończące się otworem w potrzaskanym murze. Nad powierzchnią, w blasku księżyca, lśniła jedynie szeroka, masywna wieża z płaskim dachem – typowa cesarsko-norska budowla, jakich pełno było w Skyrim. Surowy, norski styl przyjął się jak widać powszechnie do budowy cesarskich fortyfikacji. Jeszcze nim wysunęliśmy się  z cienia lasu, rzuciłem w stronę murów szept Aury.

     - Laas!

      Dwie postacie zajarzyły się za murem. Chłopcy od kapitana Veletha czekali w umówionym miejscu. Już miałem ruszyć na schody, gdy tknęło mnie jakieś przeczucie. Wyciągnąłem rękę przed siebie i przywołałem Wykrycie Życia. Obie postacie zajarzyły się purpurą.

Popielna Cytadela

     - Czekaj – szepnąłem Lydii. – Coś jest nie tak. Dlaczego oni świecą się jak wrogowie?

     Mimo ciemności dostrzegłem, że jest zaskoczona.

     - Wrogowie? – spytała szeptem. – Redoranie też należą do spisku?

     - Nie można tego wykluczyć… - szepnąłem, choć sam w to nie wierzyłem. – Zajdźmy ich z drugiej strony i przekonajmy się.

     Cicho, jak dwa cienie, zanurzyliśmy się z powrotem w las. Dość głęboko, aby księżyc nie odbił się w naszych elfich zbrojach, zdradzając naszą pozycję. Wspięliśmy się na górę i delikatnym krokiem obeszliśmy fort od północy. Tam, pod osłoną lasu i cienia, rzucanego przez wieżę i resztki murów, podkradliśmy się do rozsypującej się bramy. Zerknąłem w dół, na miejsce spotkania. I zadrżałem. Pojąłem bowiem, że jasne, poziome plamy, to chitynowe zbroje zabitych Redoran. Nad nimi, z łukami w rękach, stali dwaj zabójcy z Morag Tong, w charakterystycznych, ciemnych strojach, których nie sposób było pomylić z żadnymi innymi.

     Nie trzeba było słów. Dwa szklane łuki jednocześnie się napięły. Dwie dwemerskie strzały równocześnie z cichym sykiem pomknęły ku zabójcom. Obie zaznaczyły trafienie cichym plaśnięciem, po czym dwie upadające postacie zajarzyły się błękitno-purpurowym płomieniem, gdy przeskoczył na nie magiczny ładunek z naszych łuków. Śmierć była natychmiastowa, o czym przekonało nas zaklęcie Wykrycie Życia. Zeszliśmy niżej.

     Obie strzały trafiły prosto w potylice. Ale nie zabójcy nas w tej chwili obchodzili. Dotknęliśmy zwłok gwardzistów. Obaj już ostygli. Przyczyna śmierci nie była dla nas zagadką. Obaj mieli poderżnięte gardła. Widocznie zabójcy zaszli ich od tyłu. Wzdrygnąłem się na ten makabryczny widok. Zmarli straszną śmiercią.

     Żal było nam strażników, ale jeszcze bardziej zasmucił nas fakt, że teraz byliśmy zdani już tylko na siebie. A tym razem naszymi przeciwnikami nie była jakaś banda zbójów, lecz świetnie wyszkoleni i doświadczeni w swym mrocznym fachu zabójcy. W dodatku, nie wiedzieliśmy, ilu ich tam czeka. Ale co robić?

     - Przecież nie wrócimy – szepnęła Lydia, marszcząc brwi.

     Pokręciłem głową. Nie miałem zamiaru się cofać. W końcu, Lydia nie była byle kim. Czyż elitarny huskarl, znakomity łucznik i zaprawiony w boju oficer Cesarskiego Legionu to nie wymarzone towarzystwo do takiej misji? Byłem pewien, że mi ono wystarczy. Zresztą, Lydia była przecież Nordką i prędzej wybrałaby śmierć w walce, z dumnie podniesionym czołem, niż zrejterowała z pola bitwy. Po prostu, musieliśmy nieco zmienić naszą taktykę i dostosować ją do naszych możliwości.

     Powoli i ostrożnie ruszyliśmy w kierunku bramy.

     - Tak jak zawsze… - szepnęła Lydia.

     Skinąłem głową. Z łukiem w ręce pociągnąłem za uchwyt, otwierający starą, drewnianą bramę do stołpu. Uchyliła się z cichym zgrzytem. Wewnątrz było jaśniej, bowiem z kręconych schodów, prowadzących do podziemi, biła łuna pochodni. Wsunęliśmy się do środka, uważnie nasłuchując. Przytrzymałem rozlatujące się drzwi, aby cicho zamknęły się za nami.

     W środku stołp był zagracony i zaśmiecony, w dodatku zasypany piachem i popiołem. Pełen był połamanych mebli i innych sprzętów, kamieni i różnych śmieci. Ale do schodów wiodła między nimi wąska, uprzątnięta i niezbyt starannie zamieciona ścieżka – niechybny znak, że piwnic używano do dziś. W pyle, zalegającym w przejściu, odciśnięte były ślady stóp, wiodące w obie strony. Trudno o wyraźniejszy dowód ludzkiej obecności.

     Zresztą, wkrótce ujrzeliśmy nowy, jeszcze bardziej wyraźny. Bo oto ze schodów wypadł na nas jeden z zabójców, z orkową szablą, uniesioną nad głową. Wyprysł jak cień, niemal bezszelestnie. Widać, był to wyszkolony i doświadczony zabójca. Zamierzał zapewne ciąć Lydię przez głowę, a potem, nie wytracając pędu, zadać mi morderczy cios z półobrotu. Nie docenił jednak przeciwnika. Lydia szybkim ruchem uniosła nieco swą daedryczną tarczę, sama zaś lekko ugięła kolana, dzięki czemu jej głowa znalazła się za osłoną. Szabla skrzesała iskry na tarczy. Zabójca próbował jeszcze odskoczyć, ale atakując z tak wielkim pędem, nadział się na podstawiony Miecz Wampira. Ostra, ebonowa głownia znalazło szparę między chitynowo-skórzanymi płytami. Rana była groźna, ale nie śmiertelna, na chwilę jednak powstrzymała napastnika. Na tyle, żeby Lydia zdążyła trzasnąć go tarczą, powalając na ziemię i utopić miecz w jego gardle.

     Szczęściem dla nas, zabójcy z Morag Tong przyzwyczajeni byli do dyskretnych działań w pojedynkę. Poruszali się cicho i nigdy nie robili więcej hałasu niż to konieczne. Jedynym głośnym dźwiękiem w czasie tej walki był odgłos uderzenia szabli o tarczę. Przeciwnik nie tylko nikogo nie zaalarmował, ale też nie wydał żadnego dźwięku, nie mówiąc już o okrzyku. Istniała więc spora szansa, że wciąż pozostaliśmy niezauważeni.

     Ostrożnie zeszliśmy na dół. Kręcone schody doprowadziły nas do piwnicy, pełnej skrzyń i beczek. Co ciekawe, od piwnicy odchodził wąski, na pól naturalny korytarz, lekko opadający w dół. Lydia ruszyła pierwsza, z obnażonym mieczem i nastawioną tarczą, ja za nią z łukiem w ręku i strzałą na cięciwie. W wąskich przejściach tak było najbezpieczniej. Gdyby ktoś zaatakował nas bezpośrednio, Lydia wzięłaby pierwszy atak na siebie, dając mi czas na dobycie miecza. W przypadku zauważenia przeciwnika nieco dalej, wystarczyło aby przysunęła się do ściany lub lekko pochyliła, dając mi pole do strzału.

     Nikt nas jednak nie zaatakował. Doszliśmy na sam dół. Tam korytarz znacznie się rozszerzył i nabrał innego charakteru. Przede wszystkim, zamontowano w nim kratę, z pionowych prętów, która przegradzała przejście. Pod kratą, z naszej strony znajdowała się niewielka ławka, na której siedział wartownik – oczywiście, członek Morag Tong, w pełnej zbroi. Po obu stronach widać było jaśniejące prostokąty przejść do innych pomieszczeń. Trzeba było je zbadać, aby sprawdzić, czy są puste. Nigdy nie przesunąłbym się dalej, nie upewniwszy się przedtem, czy ktoś nie zagraża mi od tyłu.

     Ale najpierw zabójca. Spłaszczony, chitynowy hełm Morag Tong, o dość groteskowym wyglądzie, przypominającym nieco łeb płaza, ograniczał widoczność na boki, dzięki czemu zabójca nas nie zauważył. Miał on ponoć tę zaletę, że obsuwały się po nim strzały. Dlatego nie celowałem w głowę, tylko w szyję. Z tej odległości to żadna sztuka. Szklana strzała rozorała mu gardło tak, że choćby chciał krzyknąć, nie dalby rady. Z cichym chrzęstem zbroi, specjalnie zaprojektowanej do cichego poruszania się, osunął się na ławę i tam pozostał.

Podziemia Popielnej Cytadeli

     Lydia pozostała na miejscu, z łukiem w ręku, pilnując, czy nikt nie wyłoni się z bocznego wejścia. Ja posunąłem się do przodu i zbadałem najpierw prawe pomieszczenie. Była to komnata mieszkalna, całkiem obszerna. Stało tam kilka łóżek i szaf, ale nikogo w niej nie było. Ostrożnie przesunąłem się na drugą stronę. Tamto pomieszczenie było mniejsze i zawierało kompletne laboratorium alchemiczne oraz magiczny warsztat do zaklinania. Zapewne tutaj zabójcy przygotowywali swoje trucizny i leki. Tam też, na ścianie, znajdował się łańcuch z uchwytem, który zapewne podnosił kratę. Dałem znak Lydii, żeby się przygotowała, sam zaś pociągnąłem za uchwyt. Rozległ się chrzęst. Krata, wbrew moim oczekiwaniom, nie uniosła się, lecz przeciwnie – stalowe pręty schowały się w podłodze. Zrobiły to bardzo cicho, jak na tak duży mechanizm. Jak widać, wykonano go bardzo precyzyjnie.

     Przechodząc przez opuszczona kratę, wyciągnąłem jeszcze rękę ku zwłokom zabójcy i silnym ruchem ściągnąłem mu hełm. Spojrzałem w jego martwe oblicze, migoczące w świetle zatkniętej w ścianę pochodni. Moim oczom ukazała się dunmerska twarz, ale zupełnie mi nie znana.

     Dalej korytarz unosił się nieco. W oddali znów widać było kratę, tym razem ze skrzyżowanych prętów pionowych i poziomych. Podobnie jak poprzednio, po obu stronach jaśniały przejścia i na końcu, pod sama kratą, siedział na krześle strażnik z Morag Tong.

     Zlikwidowałem go, jak poprzedniego, ale tym razem nie udało się zrobić tego niepostrzeżenie. Gdy upadł, z pomieszczenia po lewej stronie wypadły nagle na nas trzy ciemne postacie.

     Jedną od razu położyła Lydia, która ze strzałą na cięciwie stała po mojej prawej ręce. Potem musieliśmy odrzucić łuki i sięgnąć po miecze. Mój przeciwnik był zadziwiająco szybki i zwinny. Zaatakował mnie mieczem i sztyletem. Mimo przyłbicy na twarzy, po sylwetce i sposobie poruszania się poznałem, że jest kobietą. Sztylet przeciwko elfim blachom niewiele mógł zdziałać, ale widać było, że moja przeciwniczka nie pierwszy raz atakuje kogoś, zakutego w zbroję. Zamachnęła się mieczem, odwracając moją uwagę, i niemal jednocześnie wykonała szybki ruch, który miał wbić mi sztylet w oko. Od miecza zasłoniłem się tarczą, ale cios sztyletu omal nie dosięgnął celu. Odruchowo przekręciłem głowę – cios zrykoszetował po hełmie, a ja, próbując się zasłonić, podniosłem ostrze miecza, wbijając jej głownię pod pachę. Zduszony jęk wydobył się spod przyłbicy, a jej zbroja natychmiast zaczerwieniła się w tym miejscu. Pod pachą bowiem, jak większość zbroi, nie miała żadnych utwardzonych płyt. Znieruchomiała na okamgnienie, ale to wystarczyło, żebym zdążył wbić jej ostrze w brzuch, gdzie wypatrzyłem niewielkie, nieopancerzone miejsce. Postać skuliła się momentalnie z bólu. Jeszcze tylko trzaśnięcie mieczem w kark i legła u moich stóp, tuż obok swego towarzysza, którego rozłożyła w międzyczasie Lydia.

     Sprawdziliśmy poległych. Dwóch Dunmerów było obcych, ale twarz kobiety wydała mi się znajoma. Przyjrzałem się jej uważnie. Na pewno gdzieś ją widziałem i to chyba w Kruczej Skale. Te kształtne usta, teraz wykrzywione bólem, te regularne i na swój sposób piękne rysy, znamionujące arystokratyczne pochodzenie…

     Lydia miała lepszą pamięć.

     - Mirri Severin – szepnęła. – Rzekoma córka Tilisu.

     Wahała się przez chwilę, po czym wyciągnęła nóż i chwyciła zwłoki za lewą rękę, po czym nagłym cięciem, rozcięła rękaw zbroi po wewnętrznej, miękkiej stronie. Obnażyła jej ramię. Naszym oczom ukazał się złowróżbny tatuaż Morag Tong. Westchnęliśmy oboje. Adril nie mylił się, Mirri nie była córką Severinów, czy raczej Ulenów, lecz jedną z przywódczyń gildii zabójców na ich usługach.

     Podnieśliśmy się na nogi i pozbieraliśmy swój ekwipunek. Na refleksje przyjdzie czas, na razie wciąż znajdowaliśmy się w podziemiach cytadeli, z organizacją zawodowych skrytobójców na karku. Trzeba ruszać dalej. Oczywiście, najpierw należało zbadać pomieszczenia po bokach korytarza. Zrobiliśmy to tak jak ostatnio. Najpierw zerknąłem do lewego. Była to całkiem nieźle wyposażona sala ćwiczeń. Oczywiście, ćwiczeń w rzemiośle zabójcy. Była tu niewielka arena do walki wręcz, manekiny, stojaki na broń i wszystko, co potrzebne do zaprawy w walce. Prawe wejście natomiast prowadziło do krótkiego korytarza, najeżonego żelaznymi pułapkami na niedźwiedzie, zdolnymi zgruchotać kości podudzia. Przeszedłem między nimi z największa ostrożnością, jednak musiałem to zrobić, bowiem na końcu tego korytarzyka znajdował się uchwyt, który, jak przypuszczałem podnosił kratę. Pociągnąłem łańcuch. W korytarzu rozległ się cichy szczęk mechanizmu, ale gdy wróciłem do Lydii, okazało się, ze schowały się jedynie poziome pręty kraty. Przejście pozostawało zamknięte. Musiał tu być jeszcze jeden mechanizm.

Sala ćwiczeń w Popielnej Cytadeli

     Tym razem sprawdziła się zasada, że kto szuka czegoś daleko, może się o to potknąć i nie zauważy. Podczas gdy ja opukiwałem ściany w sali ćwiczeń, Lydia znalazła uchwyt pod samą kratą, obok stanowiska wartownika. Przywołała mnie gestem i pociągnęła za łańcuch. Żelazne sztaby, tak jak poprzednio, pochowały się w ziemi.

     - To miejsce strzeżone jest bardziej niż apartamenty cesarza – mruknęła Lydia.

     Nie odpowiedziałem, ale w duchu przyznałem jej rację. Zwłaszcza po tym, co zobaczyłem dalej. Tam bowiem ktoś umieścił nieprawdopodobną ilość żelaznych płyt naciskowych. Przejść między nimi było naprawdę trudno. A nastąpić strach, bowiem znajdowało się tu kilka solidnych, drewnianych, ruchomych krat, najeżonych ostrymi, żelaznymi kolcami. Nastąpienie na którąś z płyt uruchamiało mechanizm. Krata uderzała wtedy mocno tego, który był nie dość ostrożny.  Nie dowiedzieliśmy na szczęście, z jaką siłą żelazne kolce wbijały się w ciało, bo szczęśliwie udało nam się na żadną z płyt nie nastąpić. Nie dość tego. Na samym końcu korytarz przegradzała kolejna krata.

     - Ten korytarz chyba służy do ćwiczeń – szepnąłem. – Zabójca jest gotowy, gdy zdoła przejść do ostatniego pomieszczenia.

     - Albo się z niego wydostać – odpowiedziała Lydia, również szeptem.

     Za kratą korytarz się kończył. Dalej widać było jasno oświetlone, obszerne pomieszczenie, na planie koła. Dostrzegłem pośrodku niewielki basen, nieznanego mi przeznaczenia. Kręciło się tu kilka osób. Jedną z nich była Tilisu, co zauważyłem od razu. Teraz jednak miała na sobie zbroję Morag Tong, jakkolwiek bez hełmu. Podobnie inny Dunmer, z krótką, rudą brodą, którego twarz również wydała mi się znajoma. To musiał być Vendil, bo któż by inny.

     Poczekaliśmy dłuższą chwilę w cieniu korytarza, obserwując uważnie poczynania zabójców. Nie robili niczego konkretnego. Wydało się, że odpoczywają, ale wprawne oko dostrzegło gorączkę w ich ruchach. Wcale nie odpoczywali. Czekali. Na co? Przypuszczalnie na informację, lub rozkaz wymarszu. Byli w pełnej gotowości. Severinom towarzyszyło dwóch innych zabójców, ci jednak nie zdjęli swych przyłbic, które nadawały im wygląd modliszek. Zapewne tak właśnie ich szkolono, aby w stanie gotowości go nie zdejmowali uzbrojenia na chwilę. Podobnie postępowano w Cesarskim Legionie, więc zwyczaj ten nie był mi obcy. I wprawdzie myślałem o nich ze wstrętem, ale nie mogłem sam przed sobą ukryć pewnej dozy podziwu dla ich organizacji. Byli świetnie wyszkoleni. Jak elitarna jednostka do zadań specjalnych. 

     Zabójcy jeszcze nie zorientowali się, że mają towarzystwo, nie mogło nam to jednak w żaden sposób pomóc. Jeśli strzelimy przez kraty, położymy najwyżej dwoje z nich, a pozostała dwójka pochowa się po kątach i już ich nie dostaniemy. Możliwe, że było stąd drugie wyjście, którędy mogli uciec, więc ten sposób nie wchodził w rachubę. Natomiast unosząc kratę, zaalarmujemy całą czwórkę naraz. W dodatku najpierw trzeba było odkryć, jak te kratę otworzyć. Przedzierając się między pułapkami, dostrzegliśmy dwa łańcuchy z uchwytami, zapewne otwierające ten mechanizm, ale nie ułatwiało nam to sprawy. Podziemia zagospodarowano naprawdę z rozmysłem. Ostatnią kratę można było otworzyć jedynie z pełnego pułapek korytarza, w którym nie sposób poruszać się szybko. Skutek był taki, że po otwarciu przejścia, wszyscy zabójcy z komnaty mogli wybiec prosto na unieruchomionego między pułapkami intruza, stanowiącego w tej chwili łatwy cel dla łuków. A że zabójcy umieli się nimi posługiwać, nie mieliśmy wątpliwości.

     Ale trzeba grać taką kartą, jaką się dostało. Przyciszonymi głosami ustaliliśmy plan działania.

     Lydia, będąca już niemal równie dobrym łucznikiem jak ja, stanęła przy kracie. Ja udałem się między pułapki. Szybko znalazłem pierwszy łańcuch. Musiałem wychylić się naprawdę daleko, by go dosięgnąć. Cichy szczęk dał do zrozumienia, że mechanizm zadziałał, aczkolwiek do podniesienia kraty to nie wystarczyło. Zapewne wyłączyło się jedynie jakieś zabezpieczenie w kamiennej posadzce. Podszedłem do drugiego łańcucha i zdjąłem łuk z ramienia. Nałożyłem elfią strzałę, bowiem tym ufałem najbardziej, gdy chodziło o celność. W dodatku ta była zatruta trucizną spowolnienia, przyrządzoną swego czasu ze sproszkowanego poroża jelenia i wonnego kwiatu dzwonecznika. Skinąłem głową Lydii. Napięła łuk.

     Tak jak przypuszczaliśmy, na odgłos unoszonej kraty zabójcy znieruchomieli na moment. Wystarczyło, aby moja żona celną strzałą rozłożyła najbliższego z nich na kamieniach. Troje pozostałych natychmiast rzuciło się w jej kierunku. Mieli jednak do przebiegnięcia kilkanaście kroków – dość czasu, by wyszkolony huskarl odrzucił łuk, dobył miecza i chwycił tarczę.

     Napiąłem luk. Gdy tylko pierwsza sylwetka pojawiła się w prostokącie przejścia, wypuściłem strzałę. Celowałem w korpus, bowiem cel w szybkim ruchu nie pozwalał na precyzyjne wymierzenie. Ale to wystarczyło. Elfia strzała, szybka i smukła, przebiła chitynową zbroję w chwili, gdy napastnik podnosił miecz do ataku. Wbiła mu się prosto w klatkę piersiową, z boku, pod pachą, gdzie zbroja była najcieńsza. Odrzuciłem łuk i dobyłem miecza, jednocześnie sięgając po tarczę. Ruszyłem przed siebie i kilkoma długimi skokami między pułapki dopadłem przejścia.

     Lydia tymczasem trzasnęła Mieczem Wampira trzeciego napastnika – była nią Tilisu Severin. Nie miała hełmu, więc Dunmerka natychmiast zalała się krwią i padła do jej stóp. Zdążyłem w samą porę, by nacierającego na Lydię Vendila oszołomić trzaśnięciem tarczy i ciąć mieczem przez głowę.

     Pojedynek był skończony.

     - Cała? – spytałem.

     Lydia skinęła głową i uśmiechnęła się.

     Zaklęcie Wykrycie Życia niczego więcej nie wykryło. Komnata była pusta, jeśli nie liczyć martwych Severinów, czy raczej Ulenów, dwóch nieznanych nam zabójców z Morag Tong i kilku szkieletów w niewielkim, ale dość głębokim basenie. Teraz zrozumiałem, do czego służył – był narzędziem tortur. Dwa ludzkie szkielety przykute były do kamiennego ocembrowania na tyle nisko, żeby złapanie oddechu przychodziło im z trudnością. Nieszczęśnicy nie przeżyli tej tortury. Jednak działo się to dawno temu, bowiem szkielety zdążyły już poszarzeć i w żaden sposób nie można było obecnych tu zabójców posądzać o tę zbrodnię. Przeciwnie, musiały one pochodzić z czasów, gdy wyspą władali Cesarscy. Przyznam, że zrobiło mi się na chwilę wstyd za moich rodaków.

Popielna Cytadela - pomieszczenie, w którym Wulfhere i Lydia dopadli rzekomych Severinów

     - Zadanie wykonane – odezwałem się cicho.

     - Tu pewnie jest drugie wyjście – Lydia rozejrzała się wokół. – Proponuję przeszukać najpierw tę komnatę, może coś znajdziemy.

     - I weźmiemy sobie jeden z tych hełmów – sięgnąłem po nakrycie głowy Morag Tong, leżące na ławie. – Adril wprawdzie nam ufa, ale co dowód to dowód.