środa, 17 maja 2023

Rozdział VIII - Serana

     Za drzwiami było dość jasno, ale światło padało z dołu i z daleka. Wyczuliśmy lekki przeciąg. Tuż za przejściem znajdowała się otwarta komnata, czy może raczej taras, bo zamiast tylnej ściany miał kratę z krzyżujących się, stalowych prętów. Na szczęście na środku znajdowało się niezakratowane przejście. Krawędź zasłaniała nam wnętrze rozległej, jasno oświetlonej jaskini. Chcieliśmy się przesunąć w jej stronę, ale dochodzące z dołu głosy sprawiły, że oboje zamarliśmy w bezruchu. Lydia próbowała delikatnie zamknąć za sobą drzwi, by nie zatrzasnął ich przeciąg, ale te zaskrzypiały złowieszczo. Znieruchomiała więc w połowie przejścia, z ręką na klamce.

     - Nic ci nie powiem, wampirze – mówił zmęczony, męski głos. – Moja przysięga wobec Stendarra mocniejsza jest niźli cierpienie, jakie możesz mi zadać.

     Głos, który mu odpowiedział był głęboki i niski, na swój sposób zniewalający. Przypominał mi Hermaeusa Morę, który swego czasu przemówił do mnie w Apokryfie. Mówił też w podobny sposób, wyraźnie, powoli, nie spiesząc się, jakby jego właściciel był bardzo pewny swego.

     - Wierzę ci, strażniku – odparł, po czym dodał z wyczuwalnym uśmiechem. – Myślę, że nie wiesz nawet, co tu znalazłeś. Więc idź… Spotkaj się ze swym ukochanym Stendarrem.

     Zduszony jęk był całą odpowiedzią. Potem rozległ się odgłos upadającego ciała. Zrobiło mi się zimno. Czym prędzej chciałem rzucić się w tamtą stronę, ale Lydia przytrzymała mnie na miejscu i potrząsnęła głową. Miała rację, było już za późno. Wampir zabił jakiegoś strażnika i nie mogliśmy mu już pomóc.

     - Jesteś pewien, że to było mądre, Lokilu – odezwał się inny głos, kobiecy. – Mógł jeszcze coś powiedzieć. Sami nie zdołaliśmy nic osiągnąć.

     Rozległy się wolne kroki, a głosy zaczęły się od nas oddalać.

     - Niczego nie wiedział – mówił osobnik, zwany Lokilem. – Spełnił swoją rolę, przyprowadzając nas tu. Teraz my musimy wypełnić naszą: zanieść Harkonowi to, po co nas tu przysłał. I nie wrócimy z pustymi rękami. Potem Vingalmo i Orthjolf ustąpią mi wreszcie z drogi.

     - Tak oczywiście, Lokil – odpowiedział damski głos. – Nie zapominaj, kto się powiadomił o odkryciu strażników.

     Ostatnie słowa wypowiedziane były niemal uwodzicielskim tonem. W odpowiedzi Lokila wyraźnie usłyszałem uśmiech.

     - Nigdy nie zapominam swoich przyjaciół… Ani wrogów – dodał twardszym tonem.

     Lydia domknęła drzwi. Cicho, jak cienie, podkradliśmy się do krawędzi tarasu. Wyjrzeliśmy ostrożnie. Westchnienie wyrwało nam się z ust.

     - Nigdy czegoś takiego nie widziałam – szepnęła Lydia.

     - Ja też…

     Trudno nawet opisać to, co ujrzeliśmy. Pod nami, jakieś cztery, może pięć wysokości dorosłego człowieka, znajdował się wystający z wody, rozległy, okrągły plac, starannie wybrukowany wygładzonymi kamiennymi płytkami, o regularnym kształcie. Wzór posadzki tworzył koncentryczne kręgi wokół jakiegoś niewysokiego słupa. Wokół stało pięć innych, o podobnej wysokości. Otaczała je dziwna budowla, w kształcie rotundy, ale bez ścian i dachu, składająca się jedynie z kamiennych łuków, podtrzymujących jej koronę. Całość wykonana była starannie, w nieznanym mi stylu. Między naszym tarasem a centralnym placem chlupotała wprawdzie woda, ale z podnóża tarasu na plac przerzucono kamienny most. Całość była jasno oświetlona kilkoma sporej wielkości płonącymi zniczami. Po przeciwnej stronie ujrzałem majaczący w nikłym świetle podobny taras, jednakże dalsze części groty tonęły w mroku.

Tajemnicza rotunda w Krypcie Dimhollow

     - Gargulce – szepnęła Lydia.

     - Co mówisz?

     Zamiast odpowiedzi, moja żona wskazała skraj naszego tarasu. Znajdowała się tam masywna rzeźba gargulca, przycupniętego na krawędzi. Obok stała druga, taka sama. Gdy omiotłem wzrokiem pomieszczenie, ujrzałem jeszcze kilka innych. Tkwiły na murach i obok schodów. Czy to tylko rzeźby? Czy może zaklęci w kamień słudzy wampirów? Żywi czy martwi?

     - Lass!

     Szept Aury pokazał mi trzy postacie. Dwoje wampirów, oddalających się w kierunku tajemniczej rotundy i barczystego, norskiego wojownika, zapewne wampirzego sługę, kroczącego mostem w naszą stronę. Czym prędzej cofnęliśmy się znad krawędzi.

     Nie musieliśmy długo czekać. I nie musiałem używać Krzyku po raz drugi. Odgłos jego podkutych butów wyraźnie informował o jego położeniu i właśnie mówił nam, że Nord wchodzi po schodach na nasz taras.

     Jak to się skończyło, łatwo przewidzieć. Gdy tylko wychylił głowę znad krawędzi, dostał jednocześnie dwie strzały. Nawet nie westchnął. Słyszeliśmy, jak jego ciało bezładnie zsuwa się po schodach. Dobrze, że jego zbroja była skórzana, bo gdyby nosił stalową, jego zsuwające się zwłoki narobiłyby sporo hałasu. Wychyliłem się za krawędź. Oboje krwiopijcy niczego nie zauważyli, bowiem przechadzali się obok tajemniczego słupa, rozmawiając o czymś z cicha. Za daleko jednak było, aby usłyszeć, o czym mówią. Słyszeliśmy jedynie dalekie głosy, zwielokrotnione przez echo. Nie sposób było rozróżnić słów.

     - Jak tu dowiedzieć się, czego oni szukają? – wzruszyłem ramionami. – Żywcem żadnego z nich nie złapiemy. A nawet jeśli, to co? Jak z niego wyciśniemy prawdę? To on z nas może co-nieco wysączyć i to na odległość. Co robić? Czekać i obserwować?

     - Jak długo? – szepnęła Lydia. – Nie możemy czekać w nieskończoność.

     - Sprawiają wrażenie, jakby sami do końca nie wiedzieli, czego szukają – prychnąłem, ukradkiem zerkając w stronę rotundy. – A już na pewno nie wiedzą, jak się do tego czegoś dobrać.

     Ponownie skierowaliśmy wzrok na dwie, przechadzające się pod rotundą postacie. Oba wampiry miały podobne stroje. Ona szarą suknię, ze sporym dekoltem, on ciemnoczerwoną, długą szatę. To musiał być jakiś ceremonialny strój, bowiem napotkaliśmy już kilka tak odzianych wampirów. Te, które uśmierciliśmy przy wejściu do krypty, ubrane były tak samo. Coś jak jednolite mundury określonej formacji. To zdawało się potwierdzać przypuszczenia Israna, że w całej tej awanturze chodzi o coś więcej. To nie była po prostu grupa wampirów – to była wampirza organizacja, w której istniały hierarchia i jako taka dyscyplina. Tak, Isran miał niewątpliwie rację, gdy twierdził, że wampiry mają jakiś plan. Tylko jaki?

     - Zlikwidujmy ich – Lydia wzruszyła ramionami. – I poszukajmy sami.

     Przyznaję, że też o tym pomyślałem, ale nie byłem przekonany do tego pomysłu. Trudno bowiem znaleźć cokolwiek, jeśli się nie wie, czego się szuka.

     - Pomyszkujemy, poszukamy, w końcu na jakiś trop wpadniemy – zachęcała Lydia. – Przeskanujesz otoczenie swoją magią… Coś mi mówi, że gdy już to znajdziemy, odgadniemy, że właśnie o to chodziło.

     Cóż, miejsce było na tyle niezwykłe, że łatwo było poddać się wrażeniu, iż musi ono ukrywać coś równie niezwyczajnego, coś, co natychmiast rzuci się w oczy. Skinąłem głową.

     - Ale na pewny strzał za daleko – mruknąłem, przygryzając wargę. – Musimy się trochę do nich zbliżyć.

     Nie obawiałem się samej walki, raczej tego, że wampir, nie uśmiercony od razu, ucieknie mi i nie dam rady go złapać. W walce na odległość przewagę mieliśmy my. Nawet jeśli wampir zaatakowałby mnie swoją magią wysączania życia, to na większy dystans nie od razu osłabiłby mnie tak, abym nie zdołał wypuścić jeszcze kilku strzał. Poza tym, ja przecież także władałem tą magią – znałem już odpowiedni Krzyk. Jedynie starcie w zwarciu przechylało szalę na ich korzyść, a to dlatego, że magia wysączania silniej działała na małe odległości. Poza tym, wampir mógł mnie ukąsić lub w inny sposób zranić i zarazić wampiryzmem. Słyszałem wprawdzie, że nie wszystkie wampiry zarażają, ale nie wiedziałem ani ile w tym prawdy, ani do którego rodzaju należą te dwa. Zerknąłem na swój znakomity, szklany miecz, zaklęty mrozem i prychnąłem, zły sam na siebie. Magia mrozu nie miała wielkiego wpływu na wampiry. Co innego magia ognia!

     - Przypomnij mi, żebyśmy wracali przez Białą Grań – mruknąłem niezadowolony. – Ja tu paraduję z Rozdzieraczem Chłodu, który na wampiry niewiele pomoże, a Przedświt kurzy się na ścianie, w Wietrznym Domku!

     Ech, Przedświt! Wspaniały dar Meridii, wykuty tylko w jednym celu – aby zwalczać nieumarłych. Może i nie ciął tak świetnie jak Rozdzieracz Chłodu, ale pchnięcia zadawał znakomite, a w walce z nieumarłymi był niezrównany. Że też nie pomyślałem o tym wcześniej.

     Aby zejść z tarasu, trzeba było przesunąć się ku jego krawędzi, a potem nieco w prawo. Tam znajdowały się schody. Na szczęście, nikły w cieniu, więc udało nam się zejść, nie wystawiając się na widok wampirów. Most jednak był jasno oświetlony. Trudno było się przemknąć przez niego niezauważenie. Postanowiliśmy więc zaatakować z cienia. Z dołu rotunda nie była już tak dobrze widoczna, jak z góry, ale wampiry znajdowały się znacznie bliżej.

     - Strzelamy, jak podejdą na tę stronę – szepnąłem. – Ja biorę na cel ją. Ty weź Lokila.

     Skinęła głową. Tak było najłatwiej: strzelec po lewej stronie, w tym wypadku ja, bierze na cel przeciwnika po lewej, prawy celuje do prawego. Wampiry zbliżyły się. Napięliśmy łuki.

     Lydia strzeliła pierwsza, ja o okamgnienie później. Ale obie strzały okazały się śmiertelne. O ile można tak powiedzieć o kimś, kto w zasadzie jest nieumarłym, a więc nie żyje w pełni tego słowa znaczeniu. Dość, że oba gruchnęły na kamienną posadzkę, jak zwalone przez wiatr kłody drewna.

     W pierwszej kolejności podeszliśmy do zwłok zabitego Strażnika Stendarra. Leżał tam, gdzie padł, ze związanymi z tyłu rękami i nagą piersią, w której czerwieniła się głęboka rana od sztyletu. Nie znaliśmy go. Zamknęliśmy mu oczy i poleciliśmy Arkayowi. Mimo iż Strażnik służył Stendarrowi, to w końcu Arkay opiekował się umarłymi. Dopiero potem poszliśmy w kierunku rotundy. Oba wampiry leżały na wznak, ze strzałami w głowach. Nie wiem, jak wyglądały przed śmiercią, ale po niej miały zdecydowanie odpychający wygląd. Szare, pomarszczone twarze o ostrych rysach. Trudno było nawet rozpoznać rasę.

     Lydia z wahaniem dotknęła sukni wampirzycy.

     - To zamsz – spojrzała na mnie. – Całkiem przyjemna w dotyku.

     Suknia miała utwardzony gorset oraz coś w rodzaju skórzanego fartucha, ukrytego pod spodem. Mogła zatrzymać cios sztyletem, bądź poważnie osłabić uderzenie mieczem. Z pewnością zasługiwała na miano lekkiej zbroi.

     - Jestem ciekawa, jak się to nosi – Lydia skrzywiła wargi. – I czy byłoby mi w tym do twarzy.

     Roześmialiśmy się oboje.

     - Jak znajdę taką, co będzie na mnie pasowała, to ją sobie przywłaszczę – oznajmiła niespodziewanie. – Ale lepiej czerwoną. Ta szara mi się nie podoba.

     - Nareszcie mówisz jak kobieta – zaśmiałem się. –Jednak prawdziwa natura w końcu z ciebie wylazła – chwyciłem ją za rękę i przyciągnąłem do siebie. – Ale ty jesteś z tych, co nawet w worku po ziarnie wyglądają pięknie.

     - A ty nagle zacząłeś mówić, jak typowy dusigrosz – odgryzła mi się. – Który powie wszystko, żeby tylko żonie nie kupić nowej sukni. Wypchaj się, sama sobie jakąś zdobędę.

     Pocałunek złagodził nieco jej słowa. Wydawać by się mogło, że nasze uwagi są bardzo nie na miejscu tam, gdzie właśnie zagościła śmierć. Ale my zdawaliśmy sobie sprawę, że ta śmierć mogła dotknąć i nas. Musieliśmy jakoś to odreagować. Odreagowaliśmy śmiechem, który dziwnie zabrzmiał w tym pustym miejscu. Trwało to zresztą krótko, bo zaraz zainteresował mnie stojący w samym centrum budowli słup. Podszedłem do niego i obejrzałem dokładnie.

     - Czy mi się wydaje – mruknąłem sam do siebie – czy też na szczycie jest przycisk?

     Pacnąłem ręką w sam szczyt i natychmiast tego pożałowałem. Wyskoczył bowiem stamtąd ostry kolec, który jak nic wbiłby mi się w rękę. Na szczęście zahaczył o blaszki elfiej rękawicy i obsunął się miedzy moimi palcami. Nie wiedziałem, czym grozi ukłucie przez ten kolec i wcale nie chciałem się dowiedzieć. Szpikulec zresztą natychmiast się schował, za to wokół rozległ się głośny, zwielokrotniony szczęk i pojawiło się coś dziwnego – jasnofioletowa poświata, wyglądająca, jakby z podłogi wyłoniła się delikatna zasłona.

     Poświata nie była zabójcza. Gdy przełożyłem przez nią rękę, niczego nie poczułem.

     - To jakaś wskazówka – stwierdziła Lydia. – Popatrz, ona ma dziwny, geometryczny kształt.

     Rzeczywiście, parawan z poświaty składał się z kilku koncentrycznych łuków, ale o różnych promieniach. Tam, gdzie kończył się jeden, a zaczynał inny, ich końce połączone były linią wzdłuż promienia.

     - Słupki! – wskazałem na pięć słupów, otaczających rotundę. – To chyba z nimi trzeba coś zrobić. Popatrz, w posadzce są szpary, jakby można było je przesuwać!

     Lydia zerknęła na najbliższy słupek. Był okrągły, u góry rozszerzający się w płytką misę. Dotknęła go dłonią i lekko nacisnęła. Słupek drgnął. Lydia więc naparła mocniej, aż słupek powędrował wzdłuż promienia na inną pozycję, bliższą centrum. Jednocześnie misa zapłonęła, niebieskawym światłem, jakby ktoś nalał do niej mocnego alkoholu i podpalił.

- Magiczny płomień – oświadczyła Lydia, dotykając go, zrazu ostrożnie, potem wkładając weń całą dłoń. – Zimny, nie parzy.

     Widząc to, popchnąłem słupek, który stał najbliżej mnie. Pchnąłem go w kierunku centrum. Przesunął się, ale nie zapłonął. Przepchnęliśmy więc wszystkie. Nic się jednak nie stało, poza tym, że dwa z nich zapłonęły, a pozostałe nie.

     - To trzeba zrobić inaczej – Lydia skrzywiła zabawnie usta. – Może tak?

     Pchnęła jeden z płonących słupków z powrotem. Przesunął się i zgasł. Przesunęła go więc na powrót ku centrum. Zapalił się.

     - Trzeba pewnie umieścić je tak, żeby wszystkie się zapaliły – pokiwała głową. – Chyba… Mam nadzieję.

     Nie miałem innego pomysłu. Przestawiliśmy więc wygasłe słupki na poprzednie pozycje, a potem jeszcze dalej na zewnątrz, tak jak pozwalały na to promieniowo wykonane szczeliny w posadzce.

     I tak, metoda prób i błędów, udało nam się – wszystkie słupki zapłonęły błękitnym światłem. I rozległ się głośny chrobot. Centralny słup zapadł się, ale zamiast niego, w centrum z posadzki wyłonił się prostopadłościenny monolit, wielkości sarkofagu.

     Odruchowo chwyciłem za broń, bowiem w norskich kryptach w takich sytuacjach można było liczyć jedynie na towarzystwo draugra. Ale niepotrzebnie. Po chwili bowiem przednia płyta tego, co wydawało się być monolitem, zaczęła opadać, odsłaniając wnętrze.

     - Ach! – westchnienie wyrwało się z ust Lydii.

     O mało jej nie zawtórowałem. Rzekomy monolit okazał się być kamienną skrzynią. Wewnątrz znajdowała się… rzeźba? Posąg? W każdym razie postać młodej, smukłej dziewczyny w długich szatach. Miała zamknięte oczy, a twarz o szlachetnych, regularnych rysach sprawiała wrażenie jakby wyrzeźbiono ją w wosku. Długie, ciemne, proste włosy z przodu zaplecione były w kilka warkoczy, zachodzących na boki, przez co odsłaniały one wysokie, proste czoło. U pasa wisiał jej krótki miecz w skórzanej, zdobionej błyszczącym metalem pochwie. Na plecach zaś… Czyżby to był?...

     - Pradawny Zwój – szepnęła Lydia. – A przynajmniej tak to wygląda.

     Istotnie, choć nie było widać wyraźnie, zza pleców wystawał jej rzeźbiony wałek, na który nasunięto okrągły walec, jakby osłonę. Czego? No cóż, gdybym miał się założyć, też postawiłbym na zwój. Sam przecież byłem w posiadaniu podobnego i swego czasu zdeponowałem go u Uraga w Akademii, w Zimowej Twierdzy.

     Oboje drgnęliśmy, gdy rzekoma rzeźba nagle się poruszyła. Drgnęła, jakby przeszył ją dreszcz, po czym nagle odchyliła głowę do tyłu i gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Przez chwilę oddychała niespokojnie i chciwie, jak pływak, który przebywając zbyt długo pod wodą, zdołał się wreszcie wynurzyć na powierzchnię. A potem powoli otworzyła oczy. Bolesne westchnienie wyrwało się z jej ust. Upadła na posadzkę, jakby nagle zrobiło się jej słabo.

     Pochyliłem się nad nią odruchowo, chcąc jej pomóc, ale ona, jakby dopiero teraz nas dostrzegła, nagłym ruchem odsunęła się ode mnie i spojrzała na mnie z przestrachem.

     Jej oczy w blasku zniczy błyszczały tak, że odniosłem wrażenie, jakby świeciły w ciemnościach.

     Nieznajoma wpatrywała się we mnie przez chwilę. Potem zerknęła na Lydię, a potem znowu na mnie. Stopniowo w jej oczach zaczęła pojawiać się przytomność. Wyprostowała się i spróbowała wstać, wciąż jednak nie wróciły jej do siły. Gdy przysunąłem się do niej z wyciągniętym ramieniem, znów gwałtownie i z nieskrywanym lękiem odsunęła się ode mnie.

     Uniosłem w górę dłonie, aby widziała, że nie mam złych zamiarów. Nie odrywając ode mnie oczu, powoli wstała na równe nogi, choć było widać, że jej ruchy są spowolnione, jak u kogoś, kto długo pozostawał w bezruchu i zastały mu się zarówno mięśnie, jak i stawy.

     Poruszyła ustami, ale wydobył się z nich tylko niewyraźny jęk. Spróbowała znów.

     - Ugh… - zakrztusiła się. – Gdzie jest?... Kto cię przysłał?...

     Głos, choć słaby i niepewny, miała dźwięczny i przyjemny. I wciąż można było wyczuć w nim strach.

     - A kogo się spodziewałaś? – spytała Lydia.

     Nieznajoma spojrzała najpierw na nią, potem znowu na mnie i wzięła kilka głębokich, nerwowych oddechów.

     - Nie zdziwiłoby mnie – szepnęła nieśmiało – gdyby zjawił się ktoś – opuściła wzrok, ale zaraz znów go podniosła – co najmniej taki jak ja…

     Jej mowa brzmiała trochę dziwnie. Z jednej strony, wymawiała słowa jak Nordowie, starannie je od siebie oddzielając. Ale ich wymowa nie była twarda, na norski sposób. Przeciwnie, mówiła miękko, jak niektórzy mieszkańcy południowych prowincji. Nie sposób było określić jej narodowości.

     - Co masz na myśli, mówiąc „jak ty”? – zapytałem, przyglądając się jej uważnie.

     - W… – urwała gwałtownie, wpatrując się we mnie z przestrachem.

     Zachęciłem ją skinieniem głowy.

     - Patrzysz na mnie i nie wiesz? – spytała tonem, który pewnie miał brzmieć zaczepnie, ale zabrzmiał niepewnie i nieśmiało.

     Opuściła głowę, jakby bojąc się własnych słów, po czym z wyraźnym wysiłkiem znów spojrzała mi w oczy.

     - Jestem wampirem.

     Nie powiem, żeby to wyznanie nie zrobiło na mnie wrażenia. Ale nie poczułem do niej wrogości, czego mógłbym się sam po sobie spodziewać. Raczej litość. W tej chwili była dla mnie po prostu przestraszoną i zdezorientowaną dziewczyną, która potrzebuje pomocy. Zwłaszcza, że wydawała się zupełnie niegroźna.

     Wymieniliśmy z Lydią spojrzenia.

     - Obrońcy Świtu – odezwałem się niepewnie – woleliby cię widzieć martwą.

     Nie wiem dlaczego, ale gdy wymawiałem te słowa, poczułem się zażenowany, jakbym robił coś złego. Może dlatego, że sam czułem się zdezorientowany i zupełnie nie wiedziałem, co powinienem był zrobić.

     - Nie przepadają za wampirami, co? – głos wampirzycy przybrał zaczepny ton, ale nadal drżał i brzmiał niepewnie.

     Znów spojrzała na Lydię, jakby z niedowierzaniem, potem znów na mnie.

     - Czy wy… - zająknęła się. – Czy wy też…

     - Czy jesteśmy Obrońcami Świtu? – dokończyła za nią Lydia. – Tak, jesteśmy…

     - To jacyś łowcy wampirów?

     Pokiwaliśmy głowami, ale bez cienia tryumfu.

     - I przyszliście tutaj, żeby mnie zabić? – jej oddech przyspieszył.

     Pokręciłem głową.

     - Nie – odparłem. – Przyszliśmy tu, żeby dowiedzieć się, czego tu szukały wampiry.

     - Nie spodziewaliśmy się, że cię tu spotkamy – dodała Lydia.

     Nieznajoma rozejrzała się nerwowo. Widać było, że jest zbyt przerażona aby tłumić emocje. Zresztą, w jej sytuacji wcale mnie to nie dziwiło.

     - Słuchaj – odezwała się drżącym głosem. – Zabijecie mnie, jeden wampir z głowy. Ale skoro ludzie chcą mnie dorwać, to gra toczy się o wyższą stawkę. Mogę wam pomóc w znalezieniu odpowiedzi…

     Opuściła głowę.

     - Pomóc wam i sobie – dodała szeptem. – Bo na razie sama jej nie znam.

     Westchnąłem przeciągle. Wprawdzie nie myślałem o tym, że mógłbym ją teraz zabić, ale w tym momencie podjąłem decyzję.

     - Nie chcemy cię zabijać – oznajmiłem. – Nie musisz się nas bać. To prawda, przyszliśmy tutaj, by wyjaśnić pewną tajemnicę. Jeśli możesz nam pomóc, skorzystamy.

     Jeszcze nie przestała się bać. Wpatrywała się we mnie niespokojnym wzrokiem.

     - Dokąd masz zamiar się udać? – spytałem.

     Lekko wzruszyła ramionami.

     - Moja rodzina zamieszkiwała wyspę, na zachód od Samotni – odrzekła. – Najpewniej wciąż tam żyją.

     - Zamek Volkihar – odparła Lydia. – Układanka zaczyna do siebie pasować.

     Dziewczyna przytaknęła niepewnym skinieniem głowy.

     - Dlaczego cię tu zamknięto? – spytała Lydia.

     Dziewczyna potrząsnęła głową.

     - Wolałabym – odezwała się niepewnie – nie rozmawiać o tym z tobą. Jeśli ci to nie przeszkadza – dodała pospiesznie. – Przepraszam, to nie tak… Po prostu, na razie nie wiem, komu mogę zaufać. W ogóle niewiele wiem. Wróćmy do mojego domu, a będę mieć… lepszy ogląd tego, na czym stoimy.

     Czyżby ona też niewiele o tym wiedziała? Czy to możliwe? Nie odrywałem od niej oczu, choć z jej twarzy niczego, poza lękiem, nie umiałem wyczytać. Chyba że…

     - Ile czasu spędziłaś w zamknięciu? – spytałem niespodziewanie.

     Znów niepewne wzruszenie ramion.

     - Dobre pytanie – zamruczała. – Trudno powiedzieć. Ja… – potrząsnęła głową. – Trudno powiedzieć. Czuję, jakby minęło mnóstwo czasu…

     Podniosła na nas pytający wzrok.

     - Kto jest teraz Najwyższym Królem Skyrim?

     Spojrzeliśmy po sobie z Lydią i uśmiechnęliśmy się oboje.

     - Trudno powiedzieć – odparłem z uśmiechem. – Na razie nie ma króla. Elisif z Samotni jest pretendentką, ale moot jeszcze się nie zebrał.

     - Nie znam tego imienia – pokręciła głową. – Czy to ona piastuje urząd jarla Samotni? Kto ją popiera?

     - Tak, to jarl Samotni – odparłem. – Cesarstwo popiera Elisif. Ale w Skyrim wciąż jest wielu ludzi lojalnych Ulfricowi… To jest, jego pamięci. Ulfric nie żyje.

     W miarę jak mówiłem, jej błyszczące oczy otwierały się coraz szerzej.

     - Cesarstwo? – wydyszała zdumiona. – Jakie… Jakie cesarstwo?

     Tym razem to nas zatchnęło.

     - No, Cesarstwo – odparłem zdziwiony. – Z Cyrodiil.

     - Cyrodiil?

     Spoglądała to na mnie, to na Lydię, jakby mając nadzieję, że śni.

     - Cyrodiil jest siedzibą cesarstwa? – przykryła twarz dłońmi, ale zaraz je opuściła. – Chyba nie było mnie dłużej niż myślałam – dodała szeptem. – Niewątpliwie, dłużej niż planowaliśmy…

     Podniosła na nas błagalny wzrok.

     - Proszę, pospieszmy się – poprosiła. – Muszę wrócić do domu. Żeby dojść do tego, co się wydarzyło…

     Pokiwałem smętnie głową. Skoro ja nie pamiętałem, by stolica kiedykolwiek znajdowała się gdzie indziej, to co tu sądzić o niej. Zdezorientowana to za mało powiedziane. Przecież ona musiała być tam zamknięta przez kilkaset lat! Może nawet więcej. Przez ten czas wszystko, co pamiętała, zwyczajnie przeminęło…

     - Czy to powietrze nie jest… ciężkie? – odezwała się znów szeptem. – Trochę kręci mi się w głowie. Ale to może być od przebudzenia…

     - Chodźmy – podjąłem decyzję. – Znamy wyjście... Poza tym, tu naprawdę jest duszno.

     Ruszyłem z powrotem. Lydia i nasza nowa towarzyszka poszły za mną. Ale nagle przystanąłem. Przejście na tarasie było zamknięte żelazną kratą. Czym prędzej podbiegłem tam, ale musiałem przyjąć do wiadomości, że tędy nie wyjdziemy. Nigdzie nie mogłem znaleźć żadnego mechanizmu, podnoszącego te pręty.

     - Tędy nie wyjdziemy – westchnąłem nerwowo, po czym dodałem w stronę wampirzycy. – Chyba, że potrafisz nas stąd wyciągnąć.

     - Wiem równie mało co wy – potrząsnęła głową. – To miejsce wygląda inaczej, niż wtedy, gdy mnie tu zamknięto.

     Westchnąłem znów. Skoro tkwiła zamknięta przez tak długi czas, nie było szans, by dowiedzieć się od niej czegoś, co dotyczyło ostatnich wydarzeń. Chyba, że na miejscu, w zamku Volkihar, domniemanej siedzibie wampirzej arystokracji. Ale to plan na później. Na razie trzeba było się stąd wydostać. Zerknąłem na taras po przeciwnej stronie. Tam też były schody. Pewnie tam znajdziemy wyjście.

     - Czy to Prastary Zwój? – spytałem jeszcze, ruszając powoli w kierunku drugiego tarasu.

     - Owszem – zająknęła się. – I należy do mnie.

     - Dlaczego go posiadasz? – spytała Lydia.

     Potrząsnęła głową.

     - To… skomplikowane. Nie mogę o tym mówić. Przynajmniej, nie teraz. Wybacz…

     A potem przystanęła i uśmiechnęła się lekko. Po raz pierwszy od czasu naszego spotkania.

     - A tak w ogóle, mam na imię Serana – szepnęła z zażenowaniem. – Miło was poznać.

Serana w Krypcie Dimhollow



poniedziałek, 8 maja 2023

Rozdział VII - Krypta Dimhollow

     Wbrew pozorom, uwaga Israna ucieszyła mnie. Oznaczała bowiem, że wyraził zainteresowanie naszymi kandydaturami. Popytał trochę o nasze doświadczenie w walce. Mój tytuł legata nie zrobił na nim spodziewanego wrażenia. Uznał zapewne, że otrzymałem go z powodu koneksji na cesarskim dworze. Mimo moich zapewnień, wciąż chyba brał mnie za arystokratę. Bardziej zainteresowały go moje umiejętności szermiercze, myśliwskie i strzeleckie. Te, na moje szczęście, ocenił wysoko. Wprawdzie z kuszy ledwo udało mi się trafić w stos skrzynek, ale spodobało mu się, gdy z łuku umieściłem kolejno sześć strzał w jednej, prostej linii obok siebie. Popytał potem o smocze Krzyki. Chciał wiedzieć, co potrafię. Wymieniłem mu kilka poznanych Krzyków i wyjaśniłem, jaki odnoszą skutek.

     - Ale tak naprawdę, jedynie Szeptu Aury używam na co dzień – dodałem. – Thu’um to potężna broń, stworzona po to, by głosić chwałę Kynaret i nie należy jej nadużywać.

     Isran skrzywił się na te słowa.

     - Nie dość, że herbowy rycerzyk, to jeszcze pięknoduch – burknął niezadowolony. – Jeśli sądzisz, że wampiry uszanują twoje ideały, to lepiej się stąd wynoś. Pierwszy lepszy wampir wykorzysta to do swoich celów. Nawet nie wiesz, jak one umieją manipulować ludźmi. Zresztą – machnął ręką – pewnie niedługo sam się przekonasz.

     Nic nie powiedziałem, bo nie wiedziałem, jak udowodnić mu, że się myli. Zamiast mnie odezwała się Lydia.

     - Potrafimy walczyć – odrzekła spokojnym, opanowanym głosem. – I to nie tylko przeciw wojownikom. Wiele razy oczyszczaliśmy zbójeckie meliny z różnej maści przestępców.

     Zauważyłem drgnięcie jego brwi. Najwyraźniej Lydia trafiła celnie, w jakąś myśl, która musiała go dręczyć już przedtem.

     - Mamy też spore doświadczenie w penetrowaniu norskich krypt, po których wałęsają się draugry – dodałem. – Potrafimy się skradać i strzelać znienacka. A strzelamy nieźle. Choć przyznaję, nie z kusz…

     Isran pogładził się po brodzie. Później zauważyłem, że czynił ten gest zawsze, gdy się nad czymś zastanawiał.

     - Krypty, powiadasz – mruknął zamyślony. – Kto wie, może miałbym dla ciebie jakieś zadanie…

     Wyprostowałem się odruchowo, jak żołnierz podczas musztry.

     - Jak mogę pomóc?

     Isran zerknął na mnie, po czym wbił wzrok w dal.

     - Potrzebny mi ktoś, kto wyprawi się na tereny wampirów – rzekł powoli. – Podczas gdy my będziemy odnawiać twierdzę. Tu wciąż jest sporo do zrobienia…

     - Jesteśmy gotowi – zapewniłem.

     Uśmiech przewinął mu się przez wargi.

     - No, dobrze, nawet lepiej, gdy pierwszy raz pójdziecie razem – pokiwał głową. – Skoro stanowicie tak zgrany duet, jak twierdzicie, nie będę was na to pierwsze zadanie rozdzielał. Ale nie przyzwyczajajcie się do tego. Wciąż jest nas mało i będę musiał wysyłać was w różne miejsca.

     Po czym przywołał nas gestem, abyśmy podeszli bliżej. Pochylił głowę i zniżył głos.

     - Tolan opowiedział mi o jaskini, w której węszyli strażnicy – gestem przywołał stojącego opodal Norda.

     Tolan, wciąż stojący obok i przysłuchujący się naszej rozmowie, zbliżył się do nas niepewnym krokiem. Tymczasem Isran ciągnął dalej.

     - Jego zdaniem, była chyba w jakiś sposób związana z ostatnimi atakami wampirów. Tolanie – zwrócił się do Norda. – Opowiedz im o… Jak się to nazywało? Dimhollow?

     Tolan rozjaśnił twarz. Fakt, że Isran zdecydował się skorzystać z jego pomocy, dawał nadzieję, że jeszcze nie został przez niego odrzucony.

     - Tak – zapewnił skwapliwie. – Krypta Dimhollow. Brat Adalvald był przekonany, że ukryto w niej jakiś zapomniany wampirzy artefakt.

     Umilkł na chwilę, po czym dodał ciszej.

     - Słuchaliśmy go tak jak Israna… Był w komnacie, gdy została zaatakowana.

     Isran zdecydowanie skinął głową.

     - Mnie to wystarcza – oznajmił i zwrócił się do mnie. – Sprawdź, czego wampiry szukały w tej całej… Krypcie Dimhollow. Przy odrobinie szczęścia nadal tam są.

     Czyli na razie nie jest źle! Zostaliśmy przyjęci.

     - Rozejrzyjcie się trochę po zamku – Isran zatoczył koło ramieniem. – Wiele tu do oglądania nie ma, ale mam nadzieję, że niedługo to się zmieni. Jeśli potrzebujecie kwatery, pełno tu pustych pomieszczeń, możecie sobie jakieś zaadaptować. Tylko służby tu nie ma, musicie to zrobić sami.

     Ledwo dostrzegalna ironia, której nie zdołał ukryć, przebiła się przez jego ostatnie słowa. Wciąż uważał mnie za rozpieszczonego synalka, który sam niczego nie potrafi.

     - Śmiało – zachęcił nas. – Pokręćcie się trochę po twierdzy. Weźcie sobie wszystko, co uznacie za przydatne. Inna sprawa, że nie ma tego dużo.

     Skinąłem głową.

     - Poza podróżnym prowiantem, niczego nie potrzebujemy – oznajmiłem. – Walczyłem już z wampirami i wiem, że łuk i miecz też się nieźle sprawdzają. Zwłaszcza łuk, bo wampiry dobrze jest trzymać na dystans. Dlatego na razie kusze zostawię w spokoju, przynajmniej, dopóki nie nauczę się nimi posługiwać.

     Spojrzał na mnie spode brwi i skinął głową. Chyba na razie udało mi się trochę zatrzeć pierwsze, niekorzystne wrażenie. Po czym skierował wzrok na drzwi i machnął dłonią na onieśmielonego młodzieńca, który się w nich pojawił. Tolan tymczasem podszedł do nas.

     - Macie mapę? – spytał przyciszonym głosem.

     Lydia wyciągnęła kolorowy arkusz.

     - Jeśli chcemy zaskoczyć wampiry, nie możemy podróżować razem – oświadczył. – Spotkamy się w krypcie Dimhollow, o tu – zaznaczył sztyfcikiem miejsce niedaleko Komnaty Czujnych, a raczej tego, co z niej zostało. – Choć tyle mogę zrobić, by pomścić mych martwych kompanów.

     Isran słysząc to, uznał za stosowne wtrącić się w naszą rozmowę.

     - Tolanie, myślę, że to nie jest najlepszy pomysł. Wy, strażnicy nie byliście szkoleni na…

     - Wiem za kogo nas masz! – wybuchnął Tolan, nie pozwalając mu dokończyć. – Za mięczaków! Za tchórzy! Niech Stendarr czuwa, by nie przypadła ci ta sama próba i nie okazała się zbyt trudna. Idę do krypty Dimhollow, czy ci się to podoba, czy nie. Być może będzie ze mnie jakiś pożytek.

     Zignorował zniesmaczoną minę Israna i zwrócił się do nas.

     - Spotkajmy się tam za trzy dni, o świcie. Będę czekał u wejścia. U podnóża zaczyna się ścieżka, która doprowadzi was do samego wejścia. Szukajcie na północnym zboczu.

     I po tych słowach odwrócił się i wyszedł zdecydowanym krokiem. Przez chwilę salę rozświetlił blask słońca, wpadający przez otwarte drzwi, które jednak szybko zamknęły się za wychodzącym i znów zrobiło się mroczno.

     Isran westchnął przeciągle. Spojrzał na nas, rozkładając ręce i wzruszając ramionami, po czym ponownie przyzwał młodego Norda, który na czas tej gwałtownej przemowy, zatrzymał się w połowie kroku.

     - Hej, chłopie – odezwał się, przyzywając go gestem. – Przestać czaić się w cieniu i podejdź tu. Jak cię zwą?

     Chłopak z wahaniem podszedł do niego i nieco onieśmielony stanął jakieś trzy kroki przed nim. Widać było po nim, że nigdy dotąd nie brał udziału w walce i nie wyrobił w sobie jeszcze tego szczególnego rodzaju dumy, jaka cechuje wojowników. Był spięty i zdenerwowany.

     Nie chcąc przeszkadzać, skierowaliśmy się do wnętrza zamku. Postanowiliśmy zwiedzić piętro, więc zaczęliśmy wspinać się po schodach na galerię, ale świetna akustyka sali i wszechobecne tutaj echo sprawiły, że i tak ich głosy były doskonale słyszalne. Chcąc, nie chcąc słyszeliśmy więc wszystko.

     - Agmaer – przedstawił się młodzian. – Ja… Nazywam się Agmaer, panie.

     Isran roześmiał się.

     - Czy ja ci wyglądam na pana, chłopie? – spytał jowialnym tonem. – Nie jestem żołnierzem, a ty nie dołączasz do armii.

     - Tak, pa… – zająknął się Agmaer. – Isranie…

     - Mówię, żebyś podszedł – ton Israna stał się niecierpliwy. – Hmmm… Syn rolnika, co? Jakim orężem władasz?

     - Eeee… Oręż? – słychać było, że chłopak ciężko dyszy ze zdenerwowania. – Głównie to używam topora mojego tatka, jak się wilki do owiec przymierzają…

     Urwał, gdy Isran parsknął gniewnie.

     - Topór tatka… – mruknął. – Stendarze, miej litość!

     Usłyszałem jakiś niewyraźny rumor, po czym Isran odezwał się znów.

     - Bez obaw – złagodził nieco ton. – Może być z ciebie jeszcze Obrońca Świtu. Masz, pokaż co potrafisz zdziałać z kuszą w ręce.

     - Eee… Kusza? – w głosie młodzieńca wyraźnie brzmiał paniczny strach. – Ja nigdy nie…

     - Tak, kusza! – przerwał mu Isran, a metaliczny szczęk upewnił mnie o jej napięciu. – To najlepsze narzędzi do walki z wampirami. Oddaj kilka strzałów do tamtych skrzyń.

     Przez chwilę zalegała cisza. Wystarczająco długą chwilę, abyśmy dotarli na galeryjkę. Spojrzałem w dół. Agmaer niezgrabnie trzymał kuszę, wycelowaną w kierunku sterty skrzyń, ale nie potrafił utrzymać jej nieruchomo. Spust również nacisnął zbyt gwałtownie. Rozległ się krótki brzęk, po czym bełt zrykoszetował na kamiennej ścianie, daleko od celu. Zażenowany spojrzał na Israna, ale ten, o dziwo, nie wydawał się rozgniewany. Wziął od niego broń i naładował ją znów, po czym oddał kuszę Nordowi.

Isran (z lewej) szkoli nowego rekruta wstrzelaniu z kuszy

     - Delikatniej. I uwaga na odrzut – dodał. – Trzeba do niego przywyknąć.

     Agmaer strzelił ponownie, ale ponownie chybił. Isran z cierpliwością, o jaką nigdy go nie podejrzewałem, znów załadował broń.

     - Weź głęboki wdech, a potem wypuść powietrze i nie oddychaj podczas strzału.

     Trzeci strzał głośnym stuknięciem zaznaczył wreszcie trafienie w skrzynię. Isran roześmiał się i klepnął młodzieńca po plecach.

     - To by było na tyle!

*          *          *

     W ciągu pierwszego dnia zamierzaliśmy dojść do Mzulft i tam, w jednym z budynków dwemerskiego kompleksu, urządzić sobie postój. Nie doszliśmy. Zamiast tego znaleźliśmy w pobliżu przytulną jaskinię, chyba dość często wykorzystywaną przez myśliwych, o czym świadczyło wygaszone palenisko i legowisko z mchu i zeschłych liści. Ogień rozpaliliśmy niewielki, bowiem jaskinia nie miała wylotu u góry i moglibyśmy zaczadzić się dymem. Palenisko było zbudowane specyficznie – oprócz kręgu niewielkich kamieni, nieco bliżej środka znajdowały się trzy znacznie większe. Po co, dowiedzieliśmy się w nocy, gdy ognisko już wygasło, za to nagrzane głazy zaczęły oddawać ciepło. Całkiem sprytnie pomyślane.

     Wichrowy Tron minęliśmy, kierując się w stronę Gwiazdy Zarannej. Niedaleko miasta stała bowiem mała wioska, w której zamierzaliśmy przenocować. Uznaliśmy, że lepiej za dnia dojść jak najdalej. Doszliśmy tam jeszcze przed zmierzchem. Mieszkańcy nie byli do nas przychylnie nastawieni. Nie ufali obcym. Udzielili nam jednak noclegu, jak stwierdziła później Lydia, wzruszeni widokiem złotych septimów, które im w zamian ofiarowaliśmy. Nie nadużywaliśmy zresztą ich gościnności, bowiem do Gwiazdy Zarannej droga była daleka i aby zajść tam za dnia, musieliśmy wyruszyć jeszcze przed świtem. Gdy pod stopami poczuliśmy dobrze znany nam szlak, zrobiło nam się lżej. Chwyciliśmy się za ręce i przez jakiś czas maszerowaliśmy zgodnie obok siebie. Nie pytałem Lydii, co czuła wtedy, ale jestem gotów założyć się, że podobnie jak ja, cieszyła się z tej chwili. Znów wyruszaliśmy razem na akcję, znów mieliśmy jakiś cel, znów witała nas przygoda, jak kiedyś, gdy prawie się nie znaliśmy. Wspominałem wtedy naszą pierwszą wspólną walkę w Grobowcu Hillgrunda. To wtedy, całkiem nieświadomie, zadzierzgnęliśmy między sobą niewidzialne więzy, które łączyły nas do dziś.

     Moje rozmyślania przerwał atak lodowego upiora. Na tym szlaku spotykaliśmy je stosunkowo często, więc nie udało mu się nas zaskoczyć. Mój miecz, zaklęty mrozem Rozdzieracz Chłodu, niezbyt dobrze radził sobie z tym niewrażliwym na ten rodzaj magii stworem. Dlatego spróbowałem pokonać go magią ognia, która była dla niego zabójcza. Wyciągnąłem lewą dłoń przed siebie i przywołałem Płomienie ze Szkoły Zniszczenia. To była dobra strategia. Płomienie trzymały stwora na dystans, a gdy tylko udało mu się podejść bliżej, trzaskałem go mieczem. Zwykle niecelnie, bo ten stwór jest niezwykle zwinny i łatwiej pewnie trafić latającą wokół głowy muchę. Lydia, z mieczem w dłoni, przyglądała się tej walce, na razie nie biorąc w niej udziału. Z trudem jej to przychodziło, ale uległa mojej wielkiej prośbie, aby w takich chwilach jak ta, wkraczała jedynie w ostateczności. Wiedziała, że chcę wyćwiczyć zastosowanie magii w prawdziwej walce, co ani trochę nie przypominało jałowego puszczania ognia w kierunku suchego pniaka. Tamto już umiałem, ale tutaj chodziło o opanowanie precyzyjnego kierowania płomieniem, co zresztą wciąż nie do końca mi wychodziło. Upiór w końcu uległ mi, ale moja mana wyczerpała się do cna. Wciąż jeszcze nie umiałem dobrze posługiwać się magią zniszczenia.

     Niedługo potem doszliśmy do Małej Gwiazdy, miejsca, w którym zbiegały się szlaki do Wichrowego Tronu, Gwiazdy Zarannej i Białej Grani. Skierowaliśmy się na zachód i gdy tylko słońce osiągnęło najwyższy na niebie punkt, naszym oczom ukazał się Fort Dunstad. Do Gwiazdy Zarannej było już stosunkowo niedaleko. W forcie stała gospoda, w której urządziliśmy sobie postój. Zjedliśmy co nieco i daliśmy trochę odpocząć nogom. Niezbyt długo. Potem zamierzałem skierować się na północ, ale Lydia podsunęła mi myśl, aby najpierw sprawdzić to, co zostało z Komnaty Czujnych, która znajdowała się niedaleko. Zgodziłem się z nią, że to dobry pomysł.

     Z daleka nie było widać zniszczeń. Te widoczne były dopiero, gdy podeszliśmy zupełnie blisko. Komnatę spalono bowiem głównie wewnątrz. Mimo wyraźnych prób podpalenia, deszcz lub zalegające na dachu czapy śniegu zdołały ugasić pożar. Skutek był zatem dość niecodzienny, bowiem prawie nienaruszony dach spoczywał na osmalonych, częściowo wypalonych ścianach i tylko w jednym miejscu mocno się przekrzywił, gdy zabrakło pod nim podpory. Przy czym z zewnątrz było to widoczne tylko w kilku miejscach. Wszędzie walały się zwęglone resztki sprzętów, masywne belki, z których niegdyś składały się ściany i potłuczona ceramika, a także szkło z okien, chrzęszczące pod stopami. Kamienna posadzka była za to nienaruszona, choć miejscami osmalona. Stanowiła ona jedyną całą strukturę budynku. Całość przedstawiała raczej przygnębiający widok. Pomimo wciąż trzymającego się dachu, widać było, że Komnata nie nadaje się do naprawy. Raczej do wyburzenia i postawienia nowej.

Tyle zostało z Komnaty Czujnych po ataku wampirów

     Ze śladów nic nie wyczytaliśmy. Tragedia rozegrała się zbyt dawno. Z nosami na kwintę ruszyliśmy więc w stronę Gwiazdy Zarannej i dotarliśmy tam późnym popołudniem. Kolacja i odpoczynek w gospodzie zakończyły nasz dzień. Położyliśmy się spać wcześnie, bowiem nazajutrz trzeba było równie wcześnie wstać.

     Co też uczyniliśmy.

     Niebo na wschodzie zaczynało jaśnieć, gdy znaleźliśmy się u podnóża góry. Tak jak mówił Tolan, w górę prowadziła ośnieżona ścieżka, miejscami łagodna, miejscami nieco bardziej stroma, ale niewątpliwie wybudowana przez ludzi, co potwierdzały kamienne wzmocnienia, jakie wystawały spod śniegu w węższych miejscach. Mógł tędy swobodnie przejść pogrzebowy kondukt, zmierzający do krypty.

     Wejście do niej znajdowało się mniej więcej w połowie wysokości góry. Ku mojemu zaskoczeniu, nie miało żadnego rzeźbionego zadaszenia czy obramowania, jak to zwykle bywało w przypadku norskich krypt. Ot, zwykła jaskinia, w dodatku dość ciasna. Jedynym nienaturalnym elementem były wykute w kamieniu, niewysokie schody, składające się zaledwie z kilku stopni. Nie zwlekając, chwyciliśmy łuki, nałożyliśmy po strzale i cichaczem zagłębiliśmy się w ciemną gardziel.

     Wejście stanowił naturalny, wąski korytarz, najpierw schodzący w dół, potem wznoszący się dość gwałtownie. Nikogo w nim nie było, za to usłyszeliśmy jednostajny szum, jakby płynącej wody. Postanowiliśmy poszukać Tolana nieco dalej, ale najpierw przywołałem Wykrycie Życia i skierowałem czar w głąb korytarza. Nic.

     Trochę mnie to zaniepokoiło. Tolan powinien czekać na nas na samym początku korytarza. Tak się umawialiśmy. Tymczasem nie było go nigdzie w pobliżu. Chcąc się upewnić, nabrałem w płuca powietrza.

     - Laas!

     Ku mojemu zdziwieniu, Szept Aury ukazał mi w pobliżu aż trzy istoty. Najbliższa była czworonożna, dwie dalsze stały na dwóch nogach. I wiedziałem już, że wszystkie trzy były nieumarłymi. Gdyby było inaczej, Wykrycie Życia pokazałoby mi ich obecność. Czyżby więc Tolan wycofał się, gdy zorientował się, że jaskinia nie jest pusta? Oby…

     - Chyba wampiry – szepnąłem Lydii do ucha. – Trzy.

     Ostrożnie podkradliśmy się bliżej i wychyliliśmy głowy z korytarza.

     Przed nami znajdowała się rozległa jaskinia, przecięta w pół przez dość głęboki kanion, w którym szumiała woda, kaskadą spadająca z niewysokiej skałki. Jaskinia nie do końca naturalna, bowiem widać było ślady obróbki ludzką ręką. Znajdowało się tu kilka zniczy, rozświetlających wnętrze, a po przeciwnej stronie od wejścia majaczył kształt podziemnego donżonu, nie wiadomo, dokąd prowadzącego.

Krypta Dimhollow. Podziemny donżon

     Po raz drugi użyłem Szeptu Aury. Znów ujrzałem trzy istoty. Najbliżej nas znajdował się ogar śmierci, jak kiedyś nazwała te stworzenia Lydia. Były to nieumarłe psy, hodowane przez wampiry. Groźny o tyle, że mógł nas wyczuć i zaalarmować pozostałych. Na szczęście dla nas, od dwu innych postaci odgradzał go szeroki skalny filar. Napiąłem łuk i ustrzeliłem stwora. Nawet jeśli wydał jakiś dźwięk, szum wody stłumił go. Powoli posunęliśmy się dalej.

     Wampiry były dwa. Oba miały na sobie skórzane szaty, które Strażnicy Stendarra nazywali wampirzymi zbrojami, jako że były to ubrania dość sztywne i we wrażliwych miejscach potrafiły dać odpór białej broni. Wkrótce postacie zbliżyły się do siebie i rozwinęła się między nimi rozmowa. Opuściłem napięty już łuk i zacząłem się jej przysłuchiwać. Nie wszystko dobrze rozumiałem, z powodu szumiącej wody, ale sens rozmowy dotarł do naszych uszu.

     - Ci strażnicy nie wiedzą, kiedy się poddać – mówił jeden z nich, głębokim, niskim głosem. – Myślałem, że nauczyliśmy ich już dość, w tej ich komnacie.

     Drugi odpowiedział kobiecym głosem.

     - I dlatego przyszedł tu sam… Głupiec, jak cała reszta.

     Wampir skinął głową.

     - Ale walczył dzielnie – stwierdził. – Jeron i Bresoth nie mieli z nim szans.

     - I dobrze im tak – prychnęła wampirzyca. – Ich arogancja była już nie do zniesienia.

     Spojrzeliśmy po sobie. Z ust Lydii wyrwało się bezgłośne westchnienie. Od razu odgadliśmy, co się tu stało. Tolan wszedł do jaskini i został napadnięty przez cztery wampiry. Dwa położył, ale uległ ich przewadze liczebnej.

     Tymczasem rozmowa wampirów zeszła na inny temat.

     - Całe to gadanie rozbudza moje pragnienie – mruknął wampir. Może niedługo wpadnie tu kolejny Strażnik.

     - Miło by było, gdyby Lokil się pospieszył – dodała wampirzyca. – Poważnie myślę nad powrotem do zamku i wyśpiewaniem Harkonowi, jakiemu to głupcowi powierzył tę misję.

     Ha, czyli było ich tu więcej! I rzeczywiście, realizowały jakąś misję. Nadstawiłem uszu.

     Wampir prychnął nieprzyjemnie.

     - A ja mam zamiar poinformować Lokila o twojej nielojalności – burknął zaczepnym tonem.

     - Nie ośmielisz się! – warknęła wampirzyca. – A teraz cicho i rób swoje.

     Rozmowa urwała się. Zdając sobie sprawę, że nic więcej już nie usłyszymy, wziąłem ją na cel. Lydia także napięła łuk i skierowała grot na wampira. Cięciwy jęknęły niemal jednocześnie.

     Pomni wytrzymałości wampirzych zbroi, oboje celowaliśmy w głowy. Dwa głośne uderzenia zaznaczyły celne strzały. Oba wampiry padły jak zdmuchnięte. Opuściliśmy broń i cicho wsunęliśmy się do wnętrza jaskini.

     Już na początku ujrzeliśmy zwłoki dwóch innych wampirów, z roztrzaskanymi czaszkami. Niestety, moje obawy potwierdziły się – za nimi natknęliśmy się na ciało Tolana. Nie miał wielu ran, zapewne uśmiercono go magią wysączania. Jego ręce wciąż dzierżyły miecz, którego nie wypuścił padając. Martwe oczy wpatrywały się w skaliste sklepienie. Zamknąłem mu powieki.

     Ruszyliśmy dalej, w stronę widniejącego w oddali donżonu. Po lewej ręce pojawił się szeroki, boczny korytarz, niestety zasunięty żelazną kratą. Żadnej dźwigni ani uchwytu w pobliżu nie było. Ten znaleźliśmy dopiero w wieży, która, jak się kazało, donikąd nie prowadziła, stanowiąc coś w rodzaju posterunku wartowniczego. Można było z niej obserwować zarówno wejście, jak i zakratowany korytarz. Po pociągnięciu za uchwyt, krata uniosła się z cichym chrzęstem.

     Przez chwilę oboje trwaliśmy w bezruchu. Dźwięk podnoszonej kraty mógł kogoś zaalarmować. Ze strzałą na cięciwie wpatrywałem się w okno wieży, gotowy napiąć łuk, gdyby tylko w korytarzu pojawiła się jakaś postać. Nic się jednak nie wydarzyło. Opuściliśmy więc ślepy donżon i ruszyliśmy w kierunku przejścia. Jak się okazało, prowadziło ono do kolejnej jaskini, przez którą przepływała ta sama, podziemna rzeka. Ta grota była nieco wydłużona. Na jej końcu znajdowały się krótkie schody, prowadzące na górę. Tam też przechadzała się wampirzyca, co łatwo poznałem po tym, że Wykrycie Życia nie zaświeciło jej żywotnej poświaty. Jednocześnie, do mych uszu dotarło charakterystyczne skrzypienie – znak, że znajdowali się tam także inni nieumarli, konkretnie: szkielety.

Druga grota

     Wampirzycę posłałem na ziemię jedną celną strzałą. Tyle samo wystarczyło na każdy z trzech szkieletów, które jak na komendę ruszyły w naszą stronę. Więcej przeciwników nie było. Powoli wspięliśmy się na schody, a stamtąd skręciliśmy w lewo na coś w rodzaju podziemnej skarpy, która zaprowadziła nas do następnej bramy i następnej kraty. Tu na szczęście nie musieliśmy szukać zamka, bowiem dźwignia znajdowała się tuż obok bramy. Lydia przestawiła ją delikatnym ruchem. Krata uniosła się z cichym zgrzytem.

     Jak się okazało, było to wejście do krypty. Najpierw kręty korytarz, potem niewielka komnata, wykuta w skale, a w niej dwa sarkofagi. I dwa draugry, już niegroźne, bowiem uśmierciły je wampiry. Widocznie nie mogły zdobyć nad nimi kontroli, jak to uczyniły ze szkieletami. Z komnaty kolejny korytarz prowadził do właściwej krypty.

     Była to na pół naturalna, na pół wykuta w skale klasyczna krypta w norskim stylu, z piętrowymi marami po obu stronach. Spoczywało tam kilka szkieletów i mumii. Na posadzce leżało też kilka draugrów, ubitych przez wampiry.

     Ale chyba nie wszystkie ubiły, bowiem przed sobą usłyszeliśmy odgłosy walki. Czym prędzej udaliśmy się dalej, trzymając broń w pogotowiu.

     Taką scenę widziałem pierwszy raz w życiu: dwa wampiry walczyły z dwoma draugrami. Nie wiadomo, dlaczego nieumarli obudzili się dopiero teraz, choć wiedzieliśmy, że wampiry musiały już przedtem korzystać z tego przejścia. Prawdopodobnie drzemiące draugry nie mogły wyczuć ich życiowej aury – bo te jej nie posiadały – i dlatego nie reagowały na ich obecność. Traf chciał, że któryś z wampirów uczynił prawdopodobnie jakiś nieprzemyślany ruch. Być może próbował zabrać coś któremuś z nieumarłych, co obudziło pradawnego wojownika z pozoru snu.

     Choć gotowi w każdej chwili włączyć się do walki, na razie nie reagowaliśmy, obserwując całą scenę z daleka. Nam zagrażała każda ze stron, uznaliśmy więc, że lepiej nie pchać się między młot a kowadło i pozwolić im pozabijać się nawzajem. Początkowo wampiry miały przewagę, wysączając z draugrów energię na odległość. Ale nie na wiele im się to zdało. Może, gdyby trafili na słabszych nieumarłych, ta taktyka przyniosłaby efekt. Ale tutaj jednym z nich był Pan Śmierci, a drugim Upiór. Szybko dopadli swych prześladowców. Rozpoczęła się walka wręcz, przez co przewaga momentalnie przechyliła się na korzyść nieumarłych. W ciasnej krypcie wampiry nie miały dokąd uciekać, by trzymać ich na dystans. I choć Upiór wkrótce uległ, Pan Śmierci roztrzaskał oba wampiry wielkim, żelaznym mieczem. Po czym znieruchomiał, tylko po to, żeby dostać ode mnie strzałę w czoło. Jedna wystarczyła.

     - Jesteś wolny, pradawny wojowniku – szepnąłem. – Dziękuję za pomoc.

     Krypta była zbudowana na planie nieregularnego wieloboku i posiadała aż cztery wyjścia, każde zasłonięte masywną kratą. I za każdą z tych krat widać było żelazne pręty klatki, w kształcie tunelu, prowadzącego nie wiadomo dokąd, bowiem ich końce tonęły w mroku. Przy każdej z nich znajdował się też uchwyt, który ją otwierał. Na chybił-trafił wybraliśmy pierwszą z brzegu.

     Wybraliśmy trochę niefortunnie. Tunel kończył się ślepo, a w dodatku na końcu stał sarkofag, z którego draugr Pan Śmierci wylazł ze złowieszczym sykiem, gdy tylko się do niego zbliżyliśmy. Ne zdążył jednak krzyknąć, gdy dostał dwie strzały. Pocisk z ukrycia – a skrywał nas mrok – zawsze działał na nieumarłych ze zdwojoną siłą. Tym razem też zadziałał. Draugr powoli osunął się na ścianę sarkofagu.

     Rzuciłem okiem na jego miecz. Ebonowy, pewnie bardzo cenny. Ale ciężki. Niech zostanie przy swym właścicielu.

     Druga krata także nas rozczarowała. Podłużna klatka, składająca się z żelaznych prętów, zaprowadziła nas do ślepej ściany. Stał tam jakiś postument, na którym zapewne kiedyś umieszczono jakiś artefakt, ale teraz znajdowała się na nim jedynie spora warstwa kurzu. Chcąc, nie chcąc, musieliśmy zawrócić.

     Za to trzecia krata skrywała przejście do innego tunelu. Kamienny korytarz pokręcił się trochę w prawo i w lewo, by zaprowadzić nas do kolejnej krypty, tym razem w postaci niewielkiego labiryntu wąskich korytarzy, w dodatku spowitej pajęczynami. Oznaczało to, że tę część podziemi opanowały pająki śnieżne. Już na początku natknęliśmy się na truchło jednego z nich. Jednocześnie usłyszeliśmy jakieś głosy.

     Szept Aury zdradził obecność trzech wampirów. Musieliśmy poruszać się naprzód z największą ostrożnością. Pierwszego wampira ustrzeliła Lydia. Niestety, jego śmierć musiał zauważyć któryś z jego pobratymców, bowiem leżące opodal truchło pająka poruszyło się, zajarzyło na niebiesko i… powstało, jak żywe stworzenie.

     Nekromancja! No tak, dlaczego mnie to dziwi? Przecież wśród wampirów byli też magowie, którzy posiedli sztukę ożywiania zwłok! Mniej doświadczony wojownik zapewne od razu strzeliłby do ożywieńca, zdradzając swoją pozycję, ale my nie byliśmy przecież nowicjuszami. Wiedzieliśmy dokładnie, że atak na niego nie ma sensu, przynajmniej dopóki ożywiony pająk nie potrafił nas zlokalizować. Trzeba było poczekać, aż pojawi się nekromanta, który powołał go do życia. Tak też się stało. Po chwili, ostrożnie skradając się przy ścianie korytarza, pojawiła się wampirzyca. Zlustrowała korytarz swymi nienaturalnie błyszczącymi oczami, ale nie zdążyła nas dostrzec, gdy już dostała strzałę w czoło. Osunęła się na ziemię z ledwo słyszalnym westchnieniem, a jednocześnie ożywione ciało pająka rozpadło się w błyszczący niebieską poświatą pył.

     Trzeciego wampira znaleźliśmy nieco dalej, w labiryncie korytarzy. Dołączył do swoich towarzyszy, gdziekolwiek to jest. Nie miałem pojęcia, dokąd wampiry wędrują po śmierci i czy w ogóle dokądś wędrują.

     Wyjście z krypty zasłaniała kolejna krata z uchwytem do jej podnoszenia. Krótki chodnik zaprowadził nas do jaskini, którą kończyły szerokie, choć niewysokie schody w górę. W dalszej części grota zamieniała się w wykutą ludzkimi rękami komnatę. Ale zupełnie inną niż te, które widzieliśmy dotąd. Zlikwidowaliśmy jednego wampira i szkielet, które się tam wałęsały, po czym dokładnie obejrzeliśmy sobie oświetlone pochodniami pomieszczenie. Nie miało w sobie nic z surowego, norskiego charakteru. Przeciwnie, kamienie wyrównano i wygładzono, gdzieniegdzie pokryto je również delikatnymi ornamentami.

     - To nie jest norska komnata – szepnęła Lydia.

Skinąłem głową.

     - Bardziej przypomina styl cesarski – potwierdziłem. – Ale też chyba nie do końca.

     - Pewnie akawirski – odrzekła Lydia. – Przypomina mi Niebiańską Świątynię.

     Przyznałem jej rację. Prawdopodobnie myliliśmy się oboje, bowiem żadne z nas nie znało się na architekturze wnętrz. Istotne jednak było dla nas to, że ta część krypty Dimhollow wykonana została przez inną, być może obcą cywilizację. I zapewne inne czekały tu na nas niebezpieczeństwa.

     - Przekonajmy się – Lydia wskazała drewniane drzwi po przeciwnej stronie.

     Zanim je otworzyliśmy, obejrzałem je sobie dokładnie. Były solidne, wykonane z grubych desek, starannie wygładzone i zakonserwowane środkiem, które nie powodowało ciemnienia drewna, bowiem deski pozostały jasne. Dębowe, jeśli wzrok mnie nie mylił. Okucia też były delikatniejsze, nie rzucające się w oczy, wykonane z dbałością o szczegóły. Nawet deski ułożono w nich inaczej, nie pionowo, jak to zwykle bywało, a w ozdobny sam w sobie kształt jodełki.

     Skinęliśmy sobie porozumiewawczo głowami. Przygotowałem łuk do strzału. Lydia delikatnie nacisnęła klamkę.


piątek, 28 kwietnia 2023

Rozdział VI - Isran

     - Więc zgaduję, że wybieramy się do… Jak to się nazywa?

     Musiałem zerknąć na swoje notatki, bo nazwa była nie do powtórzenia.

     - Akrnghtamz – wydukałem. – Język można sobie połamać.

     Lydia, wciąż jeszcze wylegując się w łożu, wychyliła się do plecaka i wyjęła mapę.

      - Gdzie to jest? – spytała, rozkładając ją.

     Potrząsnąłem głową.

     - To gdzieś na Pograniczu – odpowiedziałem bezwiednie. – Na południu. Gdzieś pod Markartem. Ale nie, nie możemy się tym teraz zająć.

     Podniosła na mnie wzrok.

     - Twierdza Świtu?

     Pokiwałem smętnie głową.

     - Nie możemy odkładać tego w nieskończoność – westchnąłem. – Jeśli Isran ma rację i wampiry mają jakiś większy plan, to każda zwłoka z naszej strony działa na ich korzyść.

     Lydia opuściła wzrok na mapę, ale wydawało mi się, że wcale na nią nie patrzy.

     - Plan – bąknęła pod nosem. – Jaki plan mogą mieć wampiry? Łakną tylko krwi. Zniewolenie ludzi i traktowanie ich jak hodowlę? Tak jak kiedyś ten cały Movart w Morthalu?

     Nie miałem pojęcia, o co chodzi tym krwiopijcom. Ale wiedziałem jedno – czegokolwiek chcą, nie będzie to dobre dla ludzi. Hodowla ludzi na krew wydawała mi się przerażającą, ale realną wizją. Tylko czy to właśnie jest plan wampirów? A może ktoś inny wykorzystuje je do własnych celów? Ktoś równie potężny, jak Miraak na wyspie Solstheim…

     - Dziś jeszcze nie chce mi się stąd iść – oznajmiłem. – Ale jutro chyba już ruszymy?

     Przytaknęła bezgłośnie, wciąż zamyślona.

     - Do Wichrowego Tronu – odezwałem się znów. – A potem znowu donikąd… – parsknąłem niezadowolony. – Trzeba będzie przenocować gdzieś po drodze. Może w Mzulft? Po drodze nie ma innych zabudowań.

     - Zobaczymy – odparła. – Dokądś dojdziemy. Szkoda, że to nie Cyrodiil… Tam po drodze stałaby nie jedna, ale dziesięć gospód. I konno można pojechać.

     Roześmiałem się na te słowa. Czyżby tak bardzo spodobała się jej moja ojczyzna? Przecież zawsze możemy się tam przeprowadzić!

     - Nie – potrząsnęła głową. – Przeprowadzić nie. Nie umiałabym tam żyć. Tam jest pięknie, ale jakoś tak obco. Czułam się tam jak dziwadło. Ale odwiedzać częściej? Dlaczego nie?

     - I jak znam ciebie, to jeszcze kupić tam jakąś posiadłość – spojrzałem na nią z ironią. – Albo kilka, żeby się nie tułać po gospodach…

     Urwałem, bo oberwałem poduszką. Zdążyłem jeszcze tylko usłyszeć, że to świetny pomysł, po czym wylądowała na mnie kołdra. Lydia wstała i zaczęła się ubierać.

     Po śniadaniu poszliśmy do Arcaneum. Uraga nie było, ale wiedziałem, gdzie przechowuje mapy. Skopiowałem sobie położenie Akrnghtamz. Leżało na południowy wschód od Markartu. Daleko. Zbyt daleko, aby udawać się tam teraz, zwłaszcza że Pęknina leżała na wschodnim krańcu Skyrim.

     Potem trochę potrenowałem magię pod okiem Tolfdira. Skupiłem się na czarach ochronnych, bowiem te mogły mi się najbardziej przydać w sytuacji, gdyby wampir zaatakował mnie swoją magią wysączania. A wieczorem położyliśmy się spać wcześnie. Czekała nas długa wędrówka.

     Tak jak postanowiliśmy, wyruszyliśmy przed świtem. Wschód słońca przywitał nas w połowie drogi do fortu Kastav, tego samego, w którym kiedyś uwolniłem uwięzionych w nim legionistów, by potem uderzeniem od środka wspomóc oddział Hadvara. Pogoda była na razie ładna, więc mocno wyciągaliśmy nogi, aby zajść jak najdalej, zanim dopadnie nas zmęczenie.

     W forcie urządziliśmy sobie krótką przerwę. Kilku znajomych legionistów zaprosiło nas do kantyny, więc była okazja się posilić i dać trochę wytchnienia nogom. Ale przerwa trwała krótko. Już wkrótce maszerowaliśmy znowu, tym razem na zachód.

     Po pewnym czasie zeszliśmy z traktu i zaczęliśmy się wspinać wąską ścieżką na niewysokie wzniesienie. Znaliśmy bowiem wygodny przesmyk przez góry, który znacznie skracał drogę do Wichrowego Tronu. Mury miasta ujrzeliśmy jeszcze zanim słońce poczerwieniało.

     Wichrowy Tron, jak Wichrowy Tron – niewiele się zmienił ani na plus, ani na minus. Jedynie Dunmerowie wydawali się swobodniejsi niż kiedyś, a że po wizycie na Solstheim zdobyłem wśród tego narodu sporo przyjaciół, ucieszył mnie ten fakt. Odwiedziłem sklep Revyna Sadriego i spytałem o Geldisa z Kruczej Skały. Revyn słyszał o nim i potwierdził, że istotnie są krewnymi, aczkolwiek nigdy nie miał okazji go spotkać. Poprosił jednak o jego adres.

     - Napiszę do niego – oświadczył. – Kto wie, może nawiążemy stały kontakt, może się nawet zobaczymy?

     Listy z Wichrowego Tronu do Kruczej Skały kursowały regularnie, w ładowniach Dziewicy Północy, więc pewnie nie będzie miał z tym problemu.

     Poszliśmy spać wcześnie, aby równie wcześnie wyruszyć. Czekał nas najdłuższy odcinek drogi, w dodatku pod górę, więc trzeba było wypocząć. Zasnąłem szybko i obudziłem się, jak mi się wydawało, niedługo przed świtem. Wstałem by zerknąć w gwiazdy i ustalić porę nocy, jednak niebo było zachmurzone i nic nie widziałem. W dodatku wstając, niechcący obudziłem Lydię. I oboje, nie wiedząc nawet jak długo spaliśmy, uznaliśmy, że czujemy się wypoczęci na tyle, aby wyruszyć już teraz.

     Jednak świt zastał nas dopiero w okolicach Mzulft. Okazało się, że wyruszyliśmy znacznie wcześniej niż zamierzaliśmy. Z jednej strony to dobrze – była szansa dotarcia do Pękniny jeszcze dziś. Ale nie można było nie wziąć pod uwagę faktu, że od tej chwili droga będzie się piąć w górę i być może niedostatecznie zregenerowaliśmy nasze siły, aby się tego podjąć. A tu jeszcze trzeba było uważać na niedźwiedzie, wilki, czy śnieżne pająki. Dlatego uważnie obserwowaliśmy okolicę drogi, a ja dodatkowo bardzo często używałem Wykrycia Życia ze szkoły Przemiany, którym to zaklęciem posługiwałem się już całkiem wprawnie.

     Jedynym zagrożeniem był dostrzeżony w gęstym podszyciu czarny troll, który nie zdążył nas jednak zaatakować, bowiem uspokoiłem go Krzykiem. Usiadł spokojnie pod drzewem, jak strudzony wędrowiec. Pokój Kyne potrafił ujarzmić każdą bestię. No, może z wyjątkiem człowieka.

     Udało nam się dojść do Pękniny późnym wieczorem. Byliśmy tak zmęczeni, że nawet jeść nam się nie chciało. Ale i tak postanowiliśmy zmyć z siebie pot i kurz, więc skorzystaliśmy z faktu, że mieliśmy prywatne wyjście poza mury miasta i obmyliśmy się w wodach jeziora.

     Wstaliśmy późno i oboje uznaliśmy, że do Wiosennego Kanionu udamy się dopiero jutro.

     - Ci Obrońcy Świtu nie doczekają się nas – mruknąłem wstając. – Który to już raz przekładamy to na później?

     Późne śniadanie w gospodzie, a potem konserwacja ekwipunku, uzupełnianie zapasów i długi odpoczynek – tak miał wyglądać nasz dzień. Odwiedziłem też Ingun Czarną-Różę i przekazałem jej zebrane po drodze zioła. Bardzo się ucieszyła, ale poprosiła o więcej. Zwłaszcza o kwiaty dzwonecznika, który nie występował w tej dzielnicy. Tak więc zlecenie wciąż było aktualne.

     Nie chciałem pieniędzy za tych kilka pęków ziół, ale Ingun i tak wcisnęła mi w rękę kilka fiolek leczniczych mikstur. Obiecałem jej, że gdy tylko będę w okolicach Morthalu, zbiorę jej duży pęk kwiatów dzwonecznika. Oczywiście, Lydia nie omieszkała dodać od siebie uwagi, zapewne w jej mniemaniu niezwykle dowcipnej, czegoś w stylu, że niby do innej baby to z bukietem kwiatów lecę, a ona co najwyżej może liczyć na pęk strzał. Na moją propozycję, aby sama do niej poszła z tym bukietem, żartobliwie wykrzywiła usta.

     - Ode mnie może nie przyjąć.

     Co ja z nią mam! Żeby ona choć na co dzień tak bardzo lubiła kwiaty! Ale i pod tym względem jest wyjątkowa.

     Poza tym, wieczór i noc minęły spokojnie. A rankiem spojrzeliśmy po sobie, wdzialiśmy swoje zbroje i ruszyliśmy na poszukiwanie tajemniczego Wiosennego Kanionu.

     Strzał z łuku od kamiennego mostu – tak mówił strażnik. Tam miała być ta szczelina w skalnej ścianie. Cóż z tego, gdy niczego takiego nie zdołaliśmy dojrzeć. W końcu Lydia zaproponowała, byśmy sprawdzili raz jeszcze, ale bliżej mostu.

     - On miał pewnie na myśli strzał z normalnego, myśliwskiego, albo cesarskiego łuku – uśmiechnęła się. – A nie z takiej broni jak nasza.

     To prawda, że szklany łuk niósł o wiele dalej niż myśliwski. To była doskonała broń. A mnie po głowie chodził już pomysł na jeszcze doskonalszą. Na podstawie wielu rozmów z Balimundem, Baldorem z Wioski Skaalów, a przede wszystkim z Gloverem Mallorym, który świetnie potrafił przerabiać kościaną masę, stworzyłem sobie wizję łuku kompozytowego, w którym głównym tworzywem byłaby smocza kość. Wiedziałem, że jest to możliwe, bo wspominały o nim stare księgi. Sztuka wykonywania takiej broni zanikła przez wieki, z powodu braku dostępnego surowca, ale ja przecież miałem go pod dostatkiem. Należało skleić ze sobą i jednocześnie odpowiednio ukształtować naprzemiennie cienkie paski cisowego drewna i smoczej kości, aby uzyskać łuk o niezwykłej sprężystości. W dodatku, w Arcaneum znalazłem dokument nieznanego pochodzenia, traktujący o konstrukcji ramion łuku. Ponoć wygięcie ich do przodu miało powodować, że w ostatniej fazie strzału cięciwa nawijała się na ich końce, co powodowało dodatkowe przyspieszenie. Bardzo chciałem spróbować, ale jak na razie nie miałem na to czasu. Nad taką bronią trzeba było go spędzić bardzo wiele, pracując dokładnie, ze spokojem i skupieniem. Obiecałem sobie, że zabiorę się za to w pierwszej wolnej chwili.

     Tymczasem natknąłem się na głaz, o którym wspominał strażnik. Chyba to był ten, aczkolwiek nie miałem pewności. Wielki, jasny kamień, omszały od spodu, owalny… Chyba ten! Jak to było? Kilkanaście kroków od niego, w stronę mostu. Uważnie przyglądałem się skalnej ścianie i nagle aż klasnąłem w ręce.

     - Mam!

     Skalna szczelina, zasłonięta częściowo krzewami, nadal nie była widoczna, bowiem ostre krawędzie głazów tworzyły doskonałe złudzenie optyczne. W ogóle nie było widać, że to dwie, zachodzące na siebie ściany. Wyglądało to jak zwykła rysa na skale. Ale wiatru oszukać się nie dało. Dmuchnął nieznacznie, porywając ze sobą suche liście. Dmuchnął wąskim strumieniem, tak wąskim, że mógł się on wydobywać tylko ze szczeliny, połączonej z wąwozem.

     Podszedłem do skały. Tak, to było to. Już na pierwszy rzut oka było widać, że kiedyś ta skała wcale nie tkwiła w tym miejscu, a po prostu oderwała się od ściany i zasłoniła wejście do wąwozu, tworząc wąską szczelinę. I musiało się to stać całkiem niedawno, o czym świadczyły ostre krawędzie, których nie zdążyły stępić ani wiatr, ani deszcz. Zresztą, było to logiczne – przez taki wąski przesmyk nie sposób było dostarczyć budulec, niezbędny do budowy zamku. Gdy już przecisnęliśmy się na drugą stronę, wąwóz rozszerzył się w szeroką ścieżkę.

     Dlaczego ten wąwóz nazwano wiosennym, nie wiem do dziś. Z wiosną nie kojarzył się wcale. Przeciwnie, było w nim wietrznie, a na skałach błyszczał lód, bowiem nie dochodziło tu słońce. Na szczęście nie był długi. Ruszyliśmy przed siebie i już po chwili znaleźliśmy się w obszernej kotlinie. Przed nami rozlało się malownicze jezioro, z szumiącą kaskadą źródlanej wody, wylewającej się ze skalnej ściany. Uczęszczana, co poznałem po wyraźnych śladach, ścieżka skręcała w lewo, za skalny wyłom. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i kotlina otworzyła się przed nami w całej okazałości.

     - Kawał zamku – szepnąłem oszołomiony.

Twierdza Obrońców Świtu


     Nie spodziewałem się budowli tak olbrzymiej i masywnej. Zamek był znacznie większy niż wszystko, co dotąd widziałem w Skyrim. Zbudowany w klasycznym, cesarskim stylu, przypominającym nieco mury Cesarskiego Miasta. Tyle tylko, że tamto zbudowano z białego kamienia, a tu użyto miejscowego, szarego. Zamek miał wysokie, proste mury, uwieńczone blankami i najeżone masywnymi, okrągłymi basztami. Dwie z nich, wysunięte do przodu, połączono z murami przy pomocy kamiennych mostów. Była to potężna twierdza, w której niewielki oddział żołnierzy mógł się skutecznie bronić przez długie tygodnie. Wszystko było w nim przemyślane i bezbłędnie zaplanowane. Z wyjątkiem jednego – po co postawiono go w takim niedostępnym miejscu? No i jeszcze jedna zagadka – jak do niego wejść?

     Ruszyliśmy żwirowatą ścieżką przed siebie. Dokądś przecież prowadzi, a najprawdopodobniej – do bramy. Minęliśmy szemrzący potok i niewielki gaik. Nagle zatrzymałem się w pół kroku, bowiem do moich uszu dotarł nietypowy dźwięk, dobiegający zza drzew. Brzmiał krótko, nieco metalicznie, jakby uruchomił się jakiś mechanizm i kończył się wyraźnym stukiem, jakby ktoś wbijał siekierę w drzewo. Zaciekawiony, skręciłem w tamtą stronę.

     - No, no – przywitał mnie niski, nieco ochrypły głos. – Udało ci się. Dobrze…

     Widać nie byłem jedynym, któremu znalezienie kanionu sprawiło trudności. Czyżby traktowano to tutaj jako egzamin? Poza tym, głos wydał mi się znajomy, a gdy ujrzałem już jej właściciela, uśmiechnąłem się.

Durak na podzamczu, ćwiczący strzelanie z kuszy

     Podszedłem do stojącej w cieniu postaci i podniosłem dłoń w pozdrowieniu. Odwzajemnił gest i przez jego wargi przewinął się cień uśmiechu. Był to Durak, ów Orsimer, który swego czasu uratował mnie z opresji, gdy zaatakowały nas wampiry. To od niego po raz pierwszy usłyszałem o Obrońcach Świtu. To on kiedyś pokazał mi kuszę, której nigdy przedtem nie widziałem.

     Uścisnęliśmy sobie dłonie.

     - Isran czeka na ciebie w twierdzy – wskazał wspinającą się ścieżkę. – Zgłoś się do niego.

     Nie oznaczało to oczywiście, że jestem oczekiwany. Durak nie miał daru opowiadania i czasami trudno było zrozumieć jego wypowiedzi. Chodziło o to, że każdy kandydat powinien zgłosić się bezpośrednio do Israna. Zanim jednak udałem się w tamtą stronę, z ciekawością rzuciłem okiem na trzymaną w rękach Duraka kuszę. Zauważył to.

     - Masz, wypróbuj ją – zachęcił mnie, podając mi broń. – Musisz się z nią oswoić, jeśli chcesz dołączyć do Obrońców.

     Przyznaję, że byłem bardzo ciekawy, jak ona działa. Była ciężka, choć kiedy Durak pokazał mi, jak składać się do strzału, wydała mi się całkiem poręczna. Ale trudność pojawiła się już na samym początku, bowiem nie miałem pojęcia, jak naciągnąć cięciwę.

     - Tu jest dźwignia – Durak wziął ode mnie kuszę i zademonstrował. – Najpierw odginasz ją do przodu, o tak. Te dwa haki nakładasz na cięciwę. Potem ciągniesz dźwignią aż do tego momentu. To jest orzech, ma tutaj wycięcie. Cięciwa musi trafić w te zaczepy.

     Szczęknął mechanizm i naciągnięta cięciwa zablokowała się w okrągłym elemencie, przymocowanym obrotowo do łoża.

     - Tu nakładasz bełt – załadował broń. – W tym miejscu, żeby bełt znalazł się między tymi zaczepami. A potem przykładasz kolbę do ramienia, celujesz i naciskasz spust.

     W tym momencie nacisnął na metalową dźwignię, schowaną pod łożem i bełt z wielką prędkością wyprysł do przodu, by z głośnym stukiem uderzyć w pień drzewa.

     - Spróbuj sam – podał mi kuszę.

     Nie od razu mi poszło. Okazało się, że aby naciągnąć cięciwę, trzeba niemałej siły. Cofająca się cięciwa sama naszła na zaczepy orzecha, który pod jej naciskiem cofnął się i zablokował. Odhaczyłem cięciwę i zamknąłem dźwignię. Nałożyłem podany mi bełt. Wyglądał jak krótka, masywna strzała, grubości mojego kciuka i o długości nieco większej niż moja dłoń. Przyłożyłem broń do ramienia. Durak poprawił mój chwyt. Wycelowałem w drewniany pniak. Broń była ciężka i trudno było utrzymać ją poziomo w rękach. Nie celowałem więc zbyt długo i nacisnąłem metalową dźwigienkę.

     Rozległ się ów słyszany uprzednio metaliczny trzask, po czym poczułem silne uderzenie kolby w ramię, a potem szarpnięcie w przód, kiedy to kusza o mało nie wyrwała mi się sama z rąk. Stuknięcie grota usłyszałem wyraźnie, ale w pniak nie trafiłem. Bełt poleciał w prawo i utknął w pniu brzozy. Durak zaśmiał się i klepnął mnie w ramię.

     - Robisz ten sam błąd, co wszyscy łucznicy przed tobą – potrząsnął głową. – Tutaj bełt leci prosto. Nie bierz poprawki w prawo.

     No tak, głupiec ze mnie. Przyzwyczajony do celowania z łuku, odruchowo przesunąłem kuszę w prawo od celu. Strzała z łuku bowiem ma zwyczaj wyginać się przy zwalnianiu cięciwy i skręcać w lewo od osi łęczyska. Tutaj jednak łuczysko położone było poziomo, więc bełt leciał prosto.

     Za drugim razem poszło mi lepiej, choć daleko od doskonałości. Zniechęcony, oddałem broń Durakowi.

     - Nauczysz się – pocieszył mnie. – Nikt się mistrzem nie rodzi.

     Pożegnaliśmy go i ruszyliśmy ścieżką w górę, ta skręciła w prawo i zaprowadziła nas pod schody, nad którymi widniała masywna, okuta brama do zamku. Nie zdążyliśmy jednak na nie wejść, bo brama się otworzyła i na schodach pojawił się nieznajomy Breton, może trzydziestoparoletni, może młodszy. Miał na sobie lekką, lamelkową zbroję, jaką widziałem już u Duraka. Spojrzał na nas ciekawie i skinął głową na powitanie.

     - Nowi rekruci?

     Przytaknąłem.

Celann

     Uśmiechnął się, ale odniosłem wrażenie, że to był smutny uśmiech. Podał nam rękę. Miał na imię Celann i już na wstępie poinformował nas, od kogo zależy, czy zostaniemy przyjęci.

     - Isran oceni, czy coś z was będzie.

     Zza otwartych drzwi słychać było podniesione głosy dwu osób. Celann wskazał kciukiem za siebie i zachęcił do wejścia.

     - Śmiało. Znajdziecie go w środku.

     Po czym wolnym krokiem zaczął schodzić.

     - Pracowałeś już kiedyś z Isranem – odważyłem się zapytać.

     Przystanął i odwrócił głowę w moją stronę, ale nie patrzył na mnie, tylko gdzieś w dal.

     - Tak. Dawno temu obaj byliśmy członkami Straży.

     Zwrócił oczy na mnie.

     - Obaj mieliśmy jej serdecznie dość – uśmiechnął się znów. – Mieli wprawdzie szlachetne serca, ale Isran i ja nigdy nie czuliśmy się z nimi dobrze.

     Westchnął ciężko.

     - Odeszliśmy razem – ciągnął. – Ale nasz tandem szybko się rozpadł. Niektóre z jego metod były dla mnie nie do przyjęcia.

     Skinął nam głową i zszedł na ścieżkę, po czym wolnym krokiem zaczął się oddalać. Tknęło mnie złe przeczucie co do Israna. Wziąłem głęboki oddech i wszedłem do środka. Lydia podążyła za mną.

     Musiałem przystanąć, bowiem słabo oświetloną salę spowijał mrok. Tylko echo upewniało mnie, że jest całkiem spora. Była to zapewne główna sala zamku, na planie koła, a na środku stały dwie osoby i prowadziły rozmowę, niezbyt przyjazną, sądząc po tonie obu głosów. Jednym z nich był łysawy Nord w średnim wieku, z toporem na plecach. W pierwszej chwili wziąłem go za Bretona, bowiem zamiast zaplecionej bródki, jaką często widziałem u Nordów, nosił bokobrody, na bretońską modę. Drugim barczysty, brodaty mężczyzna o śniadej, posępnej twarzy, ciemnym cieniem na głowie, ogolonej na łyso i niezwykle przenikliwym spojrzeniu. W chwili, gdy weszliśmy, mówił właśnie on, a w jego głosie czułem wyrzut.

     - Więc co tu w ogóle robisz, Tolanie?

     Odniosłem wrażenie, że Isran – bo domyśliłem się już, że to on – nie mówi, tylko warczy.

     - Od dawna już nie mam ze Strażą nic wspólnego! – dodał.

     Nord westchnął i opuścił głowę.

     - Wiesz, dlaczego tu jestem – odezwał się cicho. – Straż pada ofiarą nieprzerwanych ataków. Wampiry okazały się znacznie groźniejsze niż przypuszczaliśmy.

     Po tych słowach podniósł wzrok na swego rozmówcę, ale jeśli spodziewał się współczucia, srodze się zawiódł. Przez twarz Israna przebiegł tylko niecierpliwy grymas.

     - A teraz chcesz się schronić pod skrzydłami Obrońców? – spytał, nie próbując bawet ukryć drwiny. – O to chodzi? – Zatoczył ręką wokół. – Pamiętam jak strażniczka Carcette z uporem powtarzała mi, że Twierdza Świtu to rozsypująca się ruina, na którą szkoda marnować środków i ludzi. A teraz, po zadarciu z wampirami, przychodzisz błagać mnie o ochronę?

     Tolan rozłożył ręce w błagalnym geście.

     - Isranie! Carcette nie żyje!

     Widziałem po minie Israna, że ta nowina zaskoczyła go. Otworzył szerzej oczy i znieruchomiał.

     - Komnata Strażników – ciągnął Tolan – wszyscy… Oni wszyscy zginęli.

     Isran powoli wypuścił z siebie powietrze. Widać było, że wiadomość bardzo go przygnębiła. Przez chwilę stał nieruchomo, po czym zrobił krok w stronę Tolana i spojrzał mu prosto w oczy.

     - Miałeś rację, a my byliśmy w błędzie – wyznał Tolan, z bólem w głosie. – Czy ta świadomość ci nie wystarcza?

     Isran westchnął i zamyślony przeciągnął dłonią po swej czarnej brodzie.

     - Tak… cóż – zająknął się, ale jego głos zabrzmiał o wiele łagodniej. – Nie cieszy mnie ten obrót spraw. – Pokręcił głową zasępiony. – Słyszeliście moje ostrzeżenia. Przykro mi, że tak się stało.

     Ostatnie słowa powiedział niemal ciepło, a ja pomyślałem, że chyba jednak nie jest taki zły, jak sobie wyobrażałem. Postąpiłem krok naprzód, jednocześnie wychodząc z cienia. Isran, jakby dopiero teraz mnie zauważył, obrzucił mnie podejrzliwym spojrzeniem niespodziewanie jasnych oczu. Jego wzrok przesunął się po moich elfich blachach, elfiej tarczy i szklanym mieczu. Zza pleców wystawały mi ramiona szklanego łuku. Zgadłem, co mu chodzi po głowie. Zapewne wziął mnie za jakiegoś arystokratę, syna bogatego hrabiego, przyzwyczajonego do luksusów i obsesyjnie oddanego sprawie rozsławienia swojego rodowego nazwiska. Zgadłem to, bo jego spojrzenie wcale nie było przychylne.

     - Więc kim ty jesteś? – spytał po chwili. – Czego chcesz? 

     Wymieniłem swoje imię. Chyba nic mu nie powiedziało.

     - Obiło mi się o uszy, że szukasz łowców wampirów – dodałem.

     Jego chmurne spojrzenie nieco się rozjaśniło.

     - Właśnie tak – skinął głową. – Dobrze, że wreszcie się to rozniosło…

     Urwał nagle i zmarszczył brwi.

     - Ale oznacza to – dodał ostrożnie – że wkrótce zorientują się także wampiry.

     - Możliwe, że już wiedzą – odezwała się Lydia, wychodząc z cienia. – Wśród strażników krążą o was plotki.

     Isran obrzucił ją nieufnym spojrzeniem.

     - A ty kim jesteś? – spytał groźnie.

     - Lydia, żona Wulfhere’a. I jego huskarl.

     Uniósł brwi i pokręcił głową z niedowierzaniem. Nic nie powiedział, ale domyśliłem się, że moja ocena spadła jeszcze niżej. Nie dość, że rozpieszczony synalek bogatego szlachcica, to jeszcze podróżuje z osobistym ochroniarzem! Lydia także domyśliła się, co chodzi mu po głowie. Lekki uśmiech przebiegł jej przez usta, ale natychmiast spoważniała.

     - Mój mąż – rzekła z naciskiem – jest Smoczym Dziecięciem.

     Isran spojrzał uważnie najpierw na nią, potem na mnie. Przez chwilę milczał, po czy podszedł do mnie i spojrzał mi prosto w twarz.

     - Smocze Dziecię – odezwał się, przypatrując mi się uważnie. – To taki, co to krzykiem umie zabić?

     - Między innymi – odparłem.

     Pokiwał smętnie głową.

     - Cenna umiejętność – stwierdził, uśmiechając się drwiąco. – Ale przyjmij do wiadomości, że tutaj jest gówno warta!

środa, 12 kwietnia 2023

Rozdział V – Wojny o Eterium

     W gospodzie wynajęliśmy sobie pokój i rzuciliśmy się na łóżko. Nie wiem jak Lydia, ale ja spałem jak kamień – jak zawsze po takiej wyprawie. Wiem, że coś mi się śniło, ale zapamiętałem tylko ostatni sen, który spłynął na mnie nad ranem. Śniło mi się, że spaceruję po nasłonecznionych, trawiastych pagórkach, a wokół mnie rozbrzmiewa piękna muzyka, grana na nieznanym mi instrumencie, brzmiącym trochę jak cymbały, ale bez tego metalicznego pogłosu, inaczej, cieplej. Melodia wydała mi się znajoma i brzmiała upajająco, ale po przebudzeniu późnym rankiem nie umiałem już sobie jej przypomnieć.

     Zerknąłem na Lydię, śpiącą obok. Uśmiechnąłem się pod nosem. Rzadko zdarzało się, żebym obudził się przed nią. Musiała być naprawdę skonana. Uznałem, że skoro ona śpi, to i ja mogę zdrzemnąć się jeszcze trochę i zamknąłem oczy. Przez dłuższy czas wsłuchiwałem się w oddech Lydii, nie mogąc zasnąć, ale wkrótce i ja straciłem kontrolę nad swoimi myślami. Obrazy, które sobie wyobrażałem, zaczęły żyć własnym życiem. Zasnąłem znów.

     Obudziliśmy się późno. Wstaliśmy dopiero tuż przed południem. Gospoda słynęła z rybnych dań. Zjedliśmy więc pyszne śniadanie, w postaci łososia upieczonego w ziołowym sosie. A potem, nad parującymi kubkami – u mnie naparu z palonego zboża i cykorii, u Lydii lokalnej autorskiej mieszanki aromatycznych ziół – zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej.

     - Jesteśmy tak blisko Zimowej Twierdzy – podsunęła Lydia. – Bliżej pewnie nieprędko będziemy. A mnie bardzo ciekawi ten kamień Welkynd. Może któryś z magów z akademii będzie wiedział, co z tym zrobić? Może to coś, co przyda się w walce z wampirami?

      Na wspomnienie akademii zrobiło mi się cieplej na sercu. Obudziła się we mnie tęsknota do przyjaciół i do samego miejsca, z którym wiązało mnie tak wiele miłych wspomnień. Odwiedzić znów moją akademię, spotkać Faraldę, Tolfdira, Brelynę… Czy Arniel Gane, znawca dwemerskiej kultury, będzie coś więcej wiedział również o kulturze ayleidzkiej? Niewykluczone. W końcu, w Cyrodiil stała się ona niejako częścią naszej kultury, a Arniel był przecież Cyrodiilijczykiem i na pewno nieraz miał w rękach kamienie Welkynd. Może w Arcaneum znajdę jakąś księgę? O ile sobie dobrze przypominałem, Urag w swoich zbiorach miał kilka pozycji, poświęconych Ayleidom.

     Potem pomyślałem jednak o Obrońcach Świtu. Czy nie za bardzo zwlekam? Czy mam tyle czasu, aby odwlekać nieuniknione w nieskończoność? Rozum nakazywał, aby udać się do Pękniny i poszukać ich twierdzy, ale serce ciągnęło w przeciwną stronę. W Akademii czułem się jak w rodzinie, zewsząd otoczony przyjaciółmi, podczas gdy tajemniczy Isran, po rozmowie ze Strażnikami Stendarra, jawił się w mojej wyobraźni jako dość nieprzyjemna kreatura. Przez dłuższą chwilę walczyłem sam ze sobą. I, niestety, przegrałem.

     - Też chciałbym odwiedzić Akademię – przyznałem. – Może Urag ma jakąś księgę na temat tych kamieni? Tych i innych.

     - Innych?

     - Ayleidzi używali jeszcze jednego rodzaju kamienia. Nazywał się Varla i jest niezwykle rzadki i o wiele droższy niż Welkynd. Kupowali je najczęściej zamożni magowie, bo tylko ich było na nie stać. Sam widziałem taki kamień tylko jeden raz w życiu, gdy pewien kupiec, znajomy ojca, pokazał nam go w drodze do Cesarskiego Miasta. Miał go tam sprzedać na Tajemnym Uniwersytecie i spodziewał się za niego niezłej sumki, z co najmniej trzema zerami.

     Chwilę pomilczeliśmy, aż Lydia w końcu oznajmiła.

     - Jestem za tym, żeby odwiedzić Zimową Twierdzę.

     Spojrzała na mnie pytająco.

     Uśmiechnąłem się i skinąłem głową. Za mocno mnie tam ciągnęło. Inną przyczyną był fakt, że za dnia mogliśmy stąd dojść tylko tam, albo do Wichrowego Tronu, a to drugie miasto niespecjalnie lubiłem. I wiele osób, dawnych zwolenników Ulfrica, patrzyło tam na nas wilkiem. Nawet w kuźni, gdzie zwykle czuję się jak w domu. Wprawdzie sam kowal nigdy nie powiedział mi niczego przykrego i zdawał się być przyjaźnie nastawiony, ale jego pomocnica nie szczędziła mi pogardliwych słów. Również w pałacu wiele osób odnosiło się do mnie z pogardą. Choć tak szczerze, to bolało mnie to tylko ze strony zarządcy Jorleifa, do którego kiedyś, przy okazji sprawy Rzeźnika, poczułem prawdziwą sympatię.

     Był słoneczny, pogodny dzień, gdy wyszliśmy z gospody i ruszyliśmy na wschód, do Zimowej Twierdzy. Po drodze opowiedziałem Lydii, co mnie bolało w Wichrowym Tronie. O dziwo, szybko znalazła na to lekarstwo, na swój zwyczajny, kobiecy sposób.

     - Bo trzeba kupić tę posiadłość po Rzeźniku!

     Aż przystanąłem.

     - Co?

     Ale ona chwyciła mnie za ramię i pociągnęła za sobą. Ruszyliśmy dalej.

     - Wtedy nie będziemy musieli nocować w gospodzie – odparła. – Będziemy mieli własny dom. Jeśli nie zechcemy, w ogóle nie będziemy widywać się z mieszkańcami. Nie chcą nas, to nie, damy sobie radę bez nich.

     Pokręciłem głową z niedowierzaniem.

     - Naprawdę, chcesz kupić tę posiadłość, po tym wszystkim co tam znaleźliśmy?

     Ze zgrozą wspomniałem walające się po ukrytej komnacie ludzkie szczątki. Ale Lydia tylko wzruszyła ramionami.

     - Tego, co tam znaleźliśmy, dawno już tam nie ma – odrzekła. – Posiadłość wysprzątano, wyszorowano, wykadzono i wystawiono na sprzedaż. Można ją urządzić po swojemu i w ogóle nie będzie przypominać o tamtych strasznych rzeczach. I o ile wiem, wciąż jest na sprzedaż. Pewnie dlatego, że Nordowie w mieście są przesądni i nie chcą tam mieszkać.

     No tak, tego mi jeszcze brakowało. Domu w Wichrowym Tronie!

     Ale w drodze zacząłem myśleć – bo gdy idę, myśli mi się najlepiej. I doszedłem do wniosku, że pomysł wcale nie jest taki głupi. Wichrowy Tron to było jedyne duże miasto, w którym nie mieliśmy jeszcze własnego domu. W Pękninie byliśmy właścicielami Miodowego Zbocza – niedużego, ale uroczego domku na skraju miasta. W Samotni mieliśmy sporą posiadłość Dumna Wieżyca, w samym centrum miasta. W Markarcie mogliśmy się zatrzymać w obszernym, wykutym w skale mieszkaniu, zwanym Dworem Vlindrel. W Hjalmaarch, na wybrzeżu, stała nasza chata, nieduża, ale zamierzaliśmy ją z czasem rozbudować, a w Zimowej Twierdzy mieliśmy wygodne lokum w Akademii. Tylko we Wschodniej Marchii i w Bieli musieliśmy się dekować w gospodach. A przecież po wyprawie na Solstheim byliśmy bogaczami. Było nas stać na kupno i utrzymanie domu w każdym mieście.

     - I na budowę nowych posiadłości – dodała Lydia.

     Teraz już przesadzała.

     - Na co ci tyle posiadłości? – mruknąłem niezadowolony. – Przecież nie możesz być wszędzie. Chcesz zostać obszarnikiem?

     Lydia nie rezygnowała.

     - Ale sam przyznasz, że ten kawałek ziemi w Falkret jest bardzo urokliwy! Miło byłoby mieć tam jakiś dworek. Tę chatkę w Hjalmaarch też przydałoby się rozbudować i urządzić tam swoją bazę. A poza tym, pomyśl sam – coś po nas zostanie. Zawsze powtarzasz, że kochasz tworzyć, a nie niszczyć. Wybudowanie kilku domów to przecież coś pięknego.

     Westchnąłem przeciągle. Tak, miejsce w Falkret było naprawdę ładne, położone nad malowniczym jeziorem Ilinalta, na płytkiej przełęczy. Wystarczająco wysoko, aby widok na okolicę stał się zniewalający. Było stamtąd w miarę blisko do Rzecznej Puszczy, do Falkret też niedaleko. Nic prostszego niż zwerbować kilku rzemieślników i zlecić im postawienie solidnego domu. Zacząłem go sobie wyobrażać. Obszerny, dwupoziomowy, podpiwniczony, okolony tarasami, na których w pogodne dni można siedzieć i popijając piwo, podziwiać okolicę. Tak, przyznaję, urzekła mnie ta wizja. I kosztowało mnie to wiele wysiłku, aby ukryć to przed Lydią. Zresztą, kto ją tam wie, przed nią nic nie udawało mi się ukryć…

     Tymczasem doszliśmy do Fortu Kastav. Pozdrowiliśmy strażników i przeszliśmy mimo. Do Zimowej twierdzy było już blisko. Już niedługo odległy gmach Akademii powinien wyłonić się zza gór. Po pewnym czasie minęliśmy nieczynną kopalnię żelaza, w której strażnicy urządzili sobie stanicę. Strażnik w cesarskiej zbroi uśmiechnął się na nasz widok. Znał nas już, bowiem w przeszłości wiele razy tędy przechodziliśmy. To był ten sam, który swego czasu tak bardzo zdumiał się, gdy ujrzał na mojej piersi Gwiazdę Azury. Nauczony tym doświadczeniem, przestałem nosić ją na piersi i wszyłem ją do wewnętrznej kieszeni plecaka. Nadal spełniała swoją rolę, ale nie była dla nikogo widoczna.

     Wkrótce na drogę padł cień, rzucany przez górskie pasmo, które mieliśmy po lewej ręce. Znak, że słońce niedługo zajdzie. Jednocześnie niebo zabarwiło się na złoto. W tym ujrzeliśmy w oddali most akademicki, błyszczący złotym kolorem zachodzącego słońca. Zabudowań Zimowej Twierdzy wciąż nie widzieliśmy – przysłaniała je mgiełka, a one same także tonęły w cieniu. Ruszyliśmy raźniej i wkrótce znaleźliśmy się w mieście.

     Zanim udaliśmy się do akademii, wstąpiliśmy do sklepu Birny, aby pozbyć się kilku gratów. W niemal w każdym mieście był sklep, handlujący wszystkim. Zwykle sprzedawaliśmy w nich zdobyte kosztowności albo elementy broni i uzbrojenia. A potem już zgodnie ruszyliśmy do akademii.

     Powitanie było bardziej niż serdeczne. Ze wzruszeniem uściskałem Faraldę, Niryę i Arniela. W Komnacie Żywiołów napotkałem Tolfdira, któremu z szacunkiem uściskałem dłoń, a on chwycił czule moje skronie, jak zwykł to robić mój ojciec i… nic nie powiedział, bo za bardzo się wzruszył. Enthir, Brelyna, Onmund, nawet J’Zargo wyraźnie ucieszyli się z mojego przybycia. Jedynie Urag swoim zwyczajem nic po sobie nie pokazał, ale przecież wiedziałem, że również był zadowolony z faktu, że mnie widzi.

     Wieczór poświęciliśmy na odpoczynek i opowieści w gronie przyjaciół, którzy byli bardzo ciekawi naszych przygód na Solstheim. Ale zauważyłem, że o wiele bardziej niż historia Miraaka, poruszyła ich wiadomość o zawarciu znajomości z Nelothem. Podobno wśród magów była to postać na pół legendarna.

     Nazajutrz udaliśmy się do komnaty Arniela. Lydia pokazała mu kamień Welkynd i spytała, co o nim wie. Arniel, tak jak myślałem, wiedział o tych kamieniach całkiem sporo.

     - Wyrabiali je w dawnych czasach Ayleidzi – stwierdził, biorąc emanujący błękitnym światłem kryształ do ręki. – Wykorzystywali w tym celu szklane meteoryty, które idealnie nadawały się do magazynowania magicznej energii. W ayleidzkich pałacach były powszechne, traktowano je jak sprzęty codziennego użytku. Oświetlano nimi też wnętrza, ale tylko te, które nie wymagały jasnego światła. Wiecie, piwnice, korytarze i tym podobne. Nawet bateria takich kamieni jedynie nieznacznie oświetlała pomieszczenie. Jako lamp używali innych kamieni, zwanych Varla, świecących znacznie intensywniejszym blaskiem.

     - Więc służyły jedynie jako ozdobne lampy? – Lydia nie kryła rozczarowania.

     - Ależ skąd – zaprzeczył Arniel. – Były magazynami many. Gdy mag w danej chwili nie potrzebował używać magii, mógł przelać swoją manę w ten kamień. A gdy zaczynało mu jej brakować, mógł ją odzyskać, pobierając ją na powrót.

     - Czyli było to coś w rodzaju magicznego akumulatora? – spytałem.

     - Właśnie tak – Arniel skinął głową. – Ayleidzi potrafili się nimi biegle posługiwać. Niestety, ich tajemnica odeszła razem z nimi.

     - Czyli – spojrzałem na niego pytająco – nikt dziś nie potrafi ich używać?

     Arniel pokręcił głową.

     - Nie w takim stopniu jak oni – odparł. – Potrafimy wprawdzie wydobyć z niego manę, ale kamień ulega wtedy zniszczeniu, podobnie jak klejnot duszy w czasie ładowania zaklętej broni. Nie wiemy też, w jaki sposób przelewali swoją manę do wnętrza kamienia. Nie umiemy ich dziś używać tak sprawnie jak oni. Pewnie dlatego w Cyrodiil używa się tych kamieni głównie jako ozdóbek, oświetlających komnaty.

     - Ale wciąż możemy ich używać do uzupełniania swojej many? – upewniłem się.

     Arniel najpierw skinął głową a potem niepewnie wzruszył ramionami.

     - No owszem, możemy – potwierdził. – Ale po co? Nie mamy ich aż tyle, żeby w każdym pomieszczeniu ustawić ich całą baterię i żeby zawsze były pod ręką. Można nosić przy sobie, ale zważ, że kamień tej wielkości, albo nawet kilka… To dość kłopotliwe, nie uważasz? Mikstury przywracania magii są znacznie praktyczniejsze. Mniejsze, lżejsze, łatwiej ich używać, a skutek jest taki sam. No i wtedy zniszczyłbyś bezpowrotnie piękny artefakt, którego nikt dziś nie potrafi stworzyć. Szkoda by było, niech sobie trwa i świeci – uśmiechnął się. – Przypomina mi rodzinny dom. Też mieliśmy tam taki kamień. Stał zawsze na specjalnie dorobionym postumencie, na półce, pomiędzy księgami.

     Przyznałem mu rację. Tak, magiczne mikstury były wygodniejsze. Ale i tak udałem się potem do Arcaneum, w nadziei, że znajdę tam jakąś księgę, która przybliży mi tajemniczą spuściznę Ayleidów. Niestety, niczego takiego nie znalazłem. Urag miał wprawdzie księgi o dawnych mieszkańcach Cyrodiil, ale nic o wytwarzanych przez nich kamieniach. Stwierdził jednak tajemniczym głosem, że może mieć coś interesującego.

     - Wprawdzie nie o Ayleidach, tylko o Dwemerach – odezwał się, kładąc dłoń na niezbyt grubym tomie, który leżał na jego biurku. – Całkiem nowa pozycja. Ale mówi właśnie o błękitnych, świecących kryształach. To raczej nie przypadek. Kto wie, może Dwemerowie i Ayleidzi wpadli przypadkiem na podobny pomysł?

     Zachęcony przez bibliotekarza, wziąłem księgę do rąk. Tytuł brzmiał „Wojny o eterium”, autorem był jakiś Taron Dreth. Nigdy przedtem nie słyszałem tego nazwiska. Na pierwszej stronie widniała dedykacja.


     Dedykuję Katrii, mojej przyjaciółce i współpracownicy.


     Zabrałem się za lekturę. Początek traktował o upadku Dwemerów, co mnie bardzo zainteresowało, bowiem zniknięcie tak zaawansowanej cywilizacji stanowiło niemałą zagadkę dla dzisiejszych mieszkańców Tamriel. Arniel Gane studiował ten temat od wielu lat i wciąż nie znalazł satysfakcjonującej odpowiedzi.


     Tempo upadku, gdy już nadszedł, było szybkie. W ciągu trzech krótkich lat wielkie krasnoludzkie miasta Skyrim, od Markartu po góry Velothi, padły pod ciosami armii Najwyższego Króla. Miasta, które przez ponad sto lat stawiały niezłomny opór Nordom, popadły w ruinę nagle i bez uprzedzenia…

     Przez stulecia uczeni zdumiewali się nagłym upadkiem dwemerskich państw-miast. Nawet Nordowie zdawali się być zaskoczeni, choć ich kronikarze szybko przypisali sukces wspaniałej taktyce króla Gellira i błogosławieństwu, zesłanym przez Shora.


     Autor jednak był zupełnie innego zdania, w czym skłonny byłem przyznać mu rację. Dwemerów, choć bez wątpienia byli rasą elfów, zwano też czasem krasnoludami, ze względu na swoje upodobania do mieszkania pod ziemią, a także biegłości w obróbce minerałów. Byli zbyt wysoko rozwiniętą cywilizacją, aby półdzicy Nordowie – oczywiście w porównaniu do poziomu Dwemerów – mogli ich tak łatwo pokonać. Przemyślne pułapki i wciąż działające dwemerskie automaty, jakie można było napotkać w starożytnych podziemnych miastach, dowodziły czegoś wręcz przeciwnego. Przyczyna musiała być inna, co też autor potwierdził na kilku następnych stronach.


     Moje badania dowodzą jednak zupełnie innej przyczyny. W czasach przed upadkiem krasnoludzkie miasta w Skyrim zostały zdziesiątkowane przez wewnętrzne spory i walki o zdumiewającą rzecz: eterium.


     Eterium… Nic mi to słowo nie mówiło, ale przypuszczałem, że to jakiś minerał. Dalsze karty księgi potwierdziły moje przypuszczenia.


     Współcześni uczeni wiedzą, że eterium było rzadkim, świetlistym, niebieskim kryształem, jaki można znaleźć w niektórych dwemerskich ruinach. Większość uważa je za nie więcej niż ciekawostkę, ponieważ okazało się, że nie da się go obrabiać – choć ma silną aurę magiczną, jest alchemicznie obojętny, a żaden znany proces nie prowadzi do jego zaklęcia, stopnienia, uformowania, złączenia, bądź rozpadu.


     Tak, to jako żywo przypominało kamień Welkynd. Ale czy to było to samo? Ayleidzi, jeśli wierzyć podaniom, do wytwarzania swoich artefaktów używali szklistych meteorytów, podczas gdy następne karty księgi sugerowały, że eterium było minerałem kopalnianym. Czy to możliwe, że meteoryty wbijały się tak głęboko w ziemię i występowały masowo, w podziemnych pokładach?


     Dla krasnoludów takie problemy były, oczywiście, jedynie wyzwaniem. W latach po panowaniu króla Haralda, Dwemerowie odkryli w swych najgłębszych kopalniach duże złoża eterium. Sojusz czterech miast, któremu przewodziło Akrnghtamz, wielkie centrum nauki na południowym Pograniczu, powstał, by nadzorować wydobycie, przetwarzanie i badanie kryształów. Zbudowano też „Kuźnię Eterium”, której zadaniem było przetapianie go w ściśle określonych warunkach.

     Jeśli wierzyć inskrypcjom, które odkryłem, rezultaty były naprawdę spektakularne. Przedmioty wywarzane przez Kuźnię były artefaktami o ogromnej mocy, zaraz po stworzeniu obdarzonymi potężnymi zaklęciami. Krasnoludzki sojusz rozpadł się niemal natychmiast, gdyż każde z czterech miast próbowało przejąć Kuźnię, a do walki o nią włączyli się też ich rywale.


     Tu przerwałem lekturę, bowiem zrobiło mi się gorąco z wrażenia. Kuźnia Eterium pobudziła moją wyobraźnię. Moja imaginacja pokazała mi ją jako wielki, złocisty kocioł, otoczony złocistymi rurkami, dmuchającymi parą. Choć, oczywiście, nie miałem pojęcia jak ona wyglądała w rzeczywistości, Jednocześnie naszła mnie refleksja. Wojna domowa, wewnętrzne spory, agresywna rywalizacja – te przywary naszego gatunku niejedną już cywilizację pogrzebały w gruzach. Tak, to wszystko brzmiało wiarygodnie. Autor był najwyraźniej tego samego zdania.


     Możemy tylko spekulować – najpewniej żadnemu z nich się to nie udało. Dziesięciolecia starć jedynie je osłabiły, co pozwoliło królowi Gellirowi na podboje. I choć Dwemerowie w kolejnym stuleciu odzyskali większość swoich ziem, nie ma żadnego dowodu na to, że wznowili badania nad eterium. Koszty były najpewniej zbyt wielkie.


     Ostatnie karty naprawdę mnie zainteresowały. Obudził się we mnie odkrywca. 


     W Skyrim nie odnaleziono jednak nic, co przypominałoby opisaną w inskrypcjach Kuźnię Eterium. Możliwe, że została ona dawno temu zniszczona przez nordyckich najeźdźców lub samych Dwemerów. Możliwe również, że, podobnie jak sekrety samego eterium, nadal czeka ona na odkrycie.


     Kuźnia Eterium! Ech, gdyby znaleźć taki artefakt! Wiedziałem, że moje dawniejsze działania w akademii związane z Okiem Magnusa, bardzo jej pomogły, ale było to raczej jej ratowaniem przed upadkiem. Dotąd nie udało mi się zrobić niczego, co stanowiłoby jakiś istotny wkład w największy jej skarb: wiedzę.

     Zapisałem sobie nazwę owego miasta. Zamyślony, powróciłem do swej komnaty.