czwartek, 28 lutego 2019

Rozdział XXIV – Czekając na Słowo

     Przez chwilę nic się nie działo. Potem karty księgi zaświeciły lekko zielonkawym blaskiem. Uniósł się z nich ciemny dym, zrazu delikatny, ale szybko zgęstniał i zamienił się w czarne macki, przypominające ramiona ogromnej ośmiornicy. Macki te oplotły szczelnie głowę Storna, tłumiąc wydobywający się z jego ust jęk.

     Był to wstrząsający widok. Frea zerwała się z miejsca, ja również. Tylko Lydia zachowała spokój.

     - Teraz już wiesz, dlaczego nie lubię, gdy to robisz – prychnęła. – To zawsze tak wygląda…

     Storn przez dłuższą chwilę trwał w tym stanie, po czym nagle zaczął z wysiłkiem poruszać głową, jakby chciał wyrwać się z uścisku daedry. Ale Hermaeus Mora nie ustąpił. Ścisnął jeszcze mocniej i zmusił szamana do powstania, a potem uniósł go wraz z księgą nieco ponad łokieć nad ziemię.

     - Wreszcie poznam tajemnice Skaalów! – rozległ się jego dudniący głos.

     Tym razem Lydia również zbladła.

     - Tego u ciebie nie było… - szepnęła. – Jest inaczej!

     Nagle Storn zdołał wyrwać na chwilę twarz z macek potwora i z wielkim wysiłkiem zdołał wydusić z siebie kilka słów.

     - Ach… Kłamco! Ach… Nie dam… Nie dla ciebie…

     Ale macki potwora oplotły go na powrót.

     - Ojcze, nie!

     Frea z nieprzytomnym błyskiem w oczach rzuciła się w jego stronę.

     - Przestań! – zawołała, próbując złapać go za ramiona.

     Ale Storn nie należał już do tego świata. Jej próby ściągnięcia go na ziemię nie dały żadnego rezultatu.

     - Zrób coś! – huknęła w moją stronę.

     Ale ja stałem bezradnie w miejscu. Targało mną straszne uczucie – bezsilność. Nie mogłem zrobić nic, dopóki szaman trwał w uścisku potwora. Trwało to jakiś czas, po czym wydało nam się, że uścisk macek zelżał, a ciało Storna opadło nieco niżej. Jednocześnie rozległ się głos Hermaeusa Mory.

     - Smocze Dziecię – zadudnił. – Otrzymałem od ciebie dar, o który prosiłem. W zamian dotrzymam obietnicy, jak przystało na księcia Otchłani. Dam ci słowo mocy, którego potrzebujesz, by rzucić wyzwanie Miraakowi. Przeznaczenie zadecyduje, czy będziesz jego godnym przeciwnikiem, czy następcą.

     I w tym momencie stały się dwie rzeczy naraz. Ciało Storna opadło bezwładnie na ziemię, a ku mnie popłynął strumień złotej mgły. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, a w głowie zahuczało mi Słowo.

     - Dov – szepnąłem. – Smok…

     Rozległ się śpiew pradawnych herosów. A ja poczułem w sobie siłę pierworodnego smoka – Alduina – który potrafił zniewolić inne smoki i narzucić im swoją wolę.

     Trwało to krótko, jak zawsze. Gdy się ocknąłem, stałem się świadkiem sceny, rozdzierającej serce. Storn leżał bezwładnie na ziemi, a przy nim klęczała zrozpaczona Frea, szlochając gorzko i tuląc do siebie jego głowę. Nie trzeba było bystrości, by odgadnąć straszną prawdę – Storn był martwy.

     - Ojcze, cóżeś uczynił?

     Jej pełen rozpaczy krzyk odbił się echem od ściany lasu, a wkrótce także od pobliskich gór. Wokół nich zbierał się coraz większy tłum. Wkrótce zeszli się wszyscy mieszkańcy wioski, a każdy z nich posępnym wzrokiem spoglądał na martwe ciało szamana. Wszyscy pospuszczali głowy. Wielu zaczęło poruszać bezgłośnie ustami, zapewne szepcząc w myślach modlitwy do Wszechstwórcy. Widziałem, że i Lydia wyszeptała kilka słów, zapewne polecając duszę Storna Arkayowi. Wszystkich nas ogarnął nastrój przygnębienia i bezgranicznego smutku. Ja sam poczułem, że w oczach mam łzy. Ale to zapewne od wiatru…

     Frea już nie szlochała, tylko z przymkniętymi oczami i wyrazem bólu na twarzy, siedziała na ziemi i wciąż tuliła bezwładną głowę Storna, jakby to było małe dziecko. Wiedziałem już, że ten widok będzie prześladował mnie do końca mych dni. Gdybym wiedział, że tak się to skończy, nigdy nie dałbym szamanowi tej przeklętej księgi. Ale stało się. Czasu nie dam rady cofnąć.

     Frea w końcu otworzyła oczy i spojrzała na mnie z wyrzutem.

     Nie, nie było w tym spojrzeniu nienawiści. Był tylko ból. Straszny, odbierający przytomność umysłu ból.

     - Ruszaj! - zawołała nagle. – Zabij Miraaka i zdejmij klątwę jego pana, która zawisła nad naszą wyspą!

     Ostrożnie położyła głowę Storna na śniegu, po czym wyprostowała się i podeszła do mnie, patrząc mi prosto w oczy.

     - Mój ojciec oddał za to życie – powiedziała z mocą. – Ruszaj zatem. Zabij Miraaka! Nie możesz przegrać.

     Chciałem powiedzieć jej coś na pocieszenie. Ale nie mogłem z siebie wydusić słowa. Zresztą, nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Każde słowo w takiej sytuacji brzmi jak banał. Nawet zapewnienie, że zrobię wszystko, aby pomścić Storna…

     Nie, nie pomścić. Szlachetny szaman nie życzyłby sobie zemsty. Ale na pewno chciałby, aby jego śmierć nie poszła na marne. Złożył najwyższą ofiarę, jaką może złożyć człowiek. Nie mogłem zmarnować tej ofiary. Musiałem pójść i zwyciężyć – tak jak żądała tego ode mnie Frea.

     Odszedłem stamtąd bez słowa. Czułem się podle. Naprawdę podle. Bo czułem się winny tym wszystkim spojrzeniom, pełnym smutku, jakimi mnie obrzucano. Wiedziałem, że niejeden ze Skaalów obwinia mnie o śmierć szamana. Napotkałem jednak też wzrok Fanari Mocny-Głos. Jej spojrzenie było smutne, ale silne. I nie było w nim wyrzutu, ani pretensji. Raczej zrozumienie i życzliwość. Delikatnym skinieniem głowy dała mi do zrozumienia, że dobrze robię, opuszczając wioskę. Ludzie, pogrążeni w rozpaczy, mówią czasem słowa niesprawiedliwe, które chlastają po grzbiecie jak bicz z surowej skóry. Nie chciała, aby między nami pojawiły się jakieś niesnaski. Dobrze wiedziała, że jestem jedyną nadzieją dla jej ludu. No i wciąż nie zapomniała, kto uwolnił ją z mrocznego snu pod Kamieniem Wiatru.

     Lydia dopędziła mnie po chwili. Wiedziałem, że podeszła najpierw do Frei i czule ją uściskała. A potem podniosła z ziemi Czarną Księgę, która upadła wraz z ciałem Storna, a o której ja, w przypływie emocji, zupełnie zapomniałem.

     - Nie miej jej za złe – wydyszała po szybkim biegu. – To ból przez nią przemawiał.

     - Nie mam – odparłem cicho. – Rozumiem ją. Ale ona ma rację. Zacząłem tę historię i muszę ją skończyć, choćby nie wiem co. Odwrotu już nie ma.

     - Gdybym mogła pójść z tobą – westchnęła. – Wiesz, co trzeba zrobić, żeby dotrzeć do Miraaka?

     - Wiem – odparłem. – Trzeba zerknąć w tę pierwszą księgę, „Sny na jawie”. Tę, którą znaleźliśmy w świątyni Miraaka. Ona przenosi w to miejsce Apokryfu, gdzie można go znaleźć.

     - A trzecie słowo Aspektu Smoka? – spytała z niepokojem w głosie. – Mówiłeś, że go potrzebujesz.

     - Potrzebuję – mruknąłem niezadowolony. – Ale nie mogę czekać, aż je znajdę, skoro nie wiem, gdzie szukać. To może potrwać lata, a my nie mamy tyle czasu.

     - A kurhan Kolbjorn?

     Westchnąłem cicho. Tak, kurhan Kolbjorn mógł skrywać tę tajemnicę. Słyszałem spod warstwy piachu wołające mnie Słowo. Delikatnie, ledwo słyszalnie, ale wyraźnie. W wielkiej komnacie kurhanu musiała znajdować się Smocza Ściana. Niewykluczone, że tkwiło na niej Słowo, którego szukałem.

     - A jeśli nie? – odezwałem się z niepokojem. – Jeśli tam tego Słowa nie ma, tylko jakieś inne?

     Lydia ścisnęła moją rękę.

     - Poznaj je najpierw – poprosiła. – Każde Słowo czyni cię potężniejszym, nawet jeśli nie będzie to Aspekt Smoka. I wtedy dopiero idź do Apokryfu.

     Miała rację. Objąłem ją czule i przycisnąłem do siebie. Była moim największym skarbem. Tym ciężej było podjąć tę decyzję. Bo przecież mogłem stamtąd nie wrócić.

     - Zrobię tak – szepnąłem jej do ucha. – Poczekam na to jedno Słowo. Jeśli będzie to Aspekt Smoka, to dobrze. Jeśli nie, trudno, zmierzę się z Miraakiem bez niego. I zrobię to po swojemu, łukiem i mieczem. Mam nadzieję, że da się go w ten sposób pokonać.

     Przez resztę drogi mało co się odzywaliśmy. Szliśmy obok siebie, trzymając się za ręce, mając świadomość, że to może być nasza ostatnia wspólna daleka wędrówka.

     Był już wieczór, gdy dotarliśmy do Kruczej Skały. Zmęczeni po długiej drodze i głodni jak wilki. Szybko rozpaliłem ogień, by zagrzać wodę do mycia. Lydia przywykła już do tego mojego dziwactwa, jak to nazywała. Nordowie, prawie nieodczuwający chłodu, nie tracili czasu na takie przygotowania. Myli się w zimnej wodzie. Dość, że gdy ja dopiero sięgałem po mydło, Lydia, już wykąpana, przebrana i uczesana – pięknie wyglądała w stroju, zakupionym niegdyś u Fethisa i jadeitowym diademie we włosach – oświadczyła, że pójdzie już do gospody, by zamówić nam gorącą kolację. Przynajmniej tu upodobania mieliśmy podobne.

     Kolacja była smaczna, my głodni, więc była to dla nas prawdziwa uczta. Ale nie poprawiła nam humorów. Pomimo żartów Geldisa, nie zdołaliśmy pozbyć się ciężaru, który nas przytłaczał. Jedynie Veleth trochę poprawił mi humor, oświadczając, że dowiedział się o kolejnym starożytnym kurhanie. Zwano go Gyldenhul, ale dokładnego położenia tego miejsca nie znał.

     - Na jakiejś małej wyspie – oświadczył. – Gdzieś na wschodnim wybrzeżu, bliżej północy. Ponoć blisko brzegu. Jakiś starożytny grobowiec.

     Rankiem nie było lepiej. Wstaliśmy późno, bo i tak nie mieliśmy niczego do roboty. Musieliśmy czekać na wiadomość od Ralisa, a nie spodziewaliśmy się jej szybko. Żeby się czymś zająć, Lydia zaczęła sprzątać, a ja naprawiać nasz sprzęt. Wymieniłem oploty na cięciwach łuków, zszyłem rozprutą w jednym miejscu wyściółkę mojego kirysu, a potem zabrałem się za naprawę prawego naramiennika Lydii, na którym pojawiło się wgniecenie. Z tym było trochę więcej pracy. Tak nam zszedł czas do obiadu, na który udaliśmy się do Geldisa. Po powrocie chwyciłem pierwszą z brzegu książkę i zacząłem czytać.

     Muszę przyznać, że początek był intrygujący.

     Haknir Śmiercionośca umierał.

     Zerknąłem na tytuł. „Śmiercionośca. Historia pewnego pirata”. Cóż, dowiem się chętnie, kto to taki.

     Dla Garuka Szronobrodego, okrętowego kwatermistrza, było to nie do pomyślenia. Haknir już za czasów jego dziada był legendą wśród piratów z północy, zwących go „Królem Duchów”. W oczach Garuka, który widział jak jego kapitan szarżuje do boju, odziany w lśniący, stalhrimowy pancerz, ścinając wrogów niczym zboże, ten król był niemal bogiem.

     Musiałem przeczytać jeszcze raz, bo nie mogłem uwierzyć. Nie, naprawdę napisano tam „stalhrimowy pancerz”! Z tego da się zrobić zbroję? Niby jak? Równie dobrze można spróbować zrobić zbroję z kamienia. Zapewne była to tylko legenda, niemająca wiele wspólnego z rzeczywistością. Temat jednak wciągnął mnie tak, że czytałem dalej.

     Nikt jednak nie lękał się Haknira bardziej niż jego własna załoga. Kapitan często wpadał w gniew, a i zdarzało mu się torturować innych dla uciechy. Ponoć Haknir dopuszczał się i mroczniejszych czynów, pożerając dusze pokonanych nieszczęśników, aby przedłużyć swój żywot.

     Pożerając dusze… Brzmiało znajomo. Czyżby był on jakimś wcieleniem Alduina, Pożeracza Światów?

     Niektórzy powiadali, że kapitan był daedrą, szalejącą w świecie śmiertelników. Inni upatrywali źródła jego potęgi w pakcie z Dagonem, księciem zniszczenia. Pieczęcią pod tym paktem miała być blizna, szpecąca twarz Haknira, na widok której każdemu żołądek podchodził do gardła.

     Będąc świeżo po lekcji historii, jakiej udzielił mi Neloth, nie mogłem nie zareagować dreszczem na imię Mehrunesa Dagona, najstraszniejszego z daedrycznych książąt. To on doprowadził do upadku Cesarstwa, w czasie Kryzysu Otchłani, a zniszczyłby jeszcze więcej, gdyby na drodze nie stanęli mu cesarz Martin Septim i tajemniczy Bohater z Kvatch. Wiedziałem już, że muszę tę księgę doczytać do końca. Z niecierpliwością szukałem czegoś więcej o stalhrimowym pancerzu.

     Garuk rozpamiętywał wszystkie zasłyszane legendy o Śmiercionoścy, spoglądając na Thalina, który był sternikiem okrętu i jego głównym rywalem. Po zachodzie słońca jeden z nich miał zostać nowym kapitanem, a drugi wylądować za burtą.

     Gdy Haknir wyszedł ze swej kajuty, wszyscy marynarze umilkli. Kapitan wyglądał na schorowanego, a jego głos był ledwie słyszalny, lecz nawet wtedy wyglądał jak wilk morski. Nawet wtedy jego korsarze, którzy wszak słynęli z okrucieństwa, nie umieli zdzierżyć jego spojrzenia. Po chwili Haknir westchnął.

     „Chcecie wiedzieć, kogo mianuję następcą i jak podzielę skarb”.

     Tutaj następował ciekawy fragment. Haknir nie wyznaczył bowiem następcy, lecz przeklął swój pancerz i miecze, po czym stwierdził, że nikt z załogi nie jest wart nawet splunięcia, w związku z czym załoga zostaje rozwiązana. Z niecierpliwością czekałem na jakąś wzmiankę o tym, co ma stać się z jego pancerzem. Taki fragment znajdował się nieco dalej.

     Haknir wyciągnął mapę i cisnął ją do stóp Garuka. „Garuk, weźmiesz łódź i zakopiesz elementy mojego pancerza w miejscach, które oznaczyłem. Thalin, płyniemy do mego grobowca, gdzie pochowacie mnie wraz z mymi skarbami. Potem spalcie okręty i idźcie w diabły, albowiem nie będziecie mieć już kapitana”. Po tych słowach odwrócił się i powlókł do kajuty.

     Ostatnia wola kapitana została spełniona, aczkolwiek nie obyło się bez próby oszustwa. Trzej marynarze, pod dowództwem Garuka, podpłynęli do mielizny, położonej gdzieś na północ od Solstheim i tam mieli zakopać część skarbu. Garuk jednak spróbował przywłaszczyć sobie stalhrimowy hełm. Ale gdy tylko włożył go na głowę, zaczął wrzeszczeć i jego krzyk do dziś ponoć można usłyszeć nad mielizną.

     Opowiedziałem tę historię Lydii.

     - Zapewne gdzieś na północy znajduje się jakaś szczególna formacja skał – odparła. – I morze, przy sprzyjających wiatrach, obijając się o wybrzeże, wydaje tam dźwięk, podobny do ludzkiego krzyku. Zwykle stąd biorą się takie legendy.

     Usiadła obok mnie i objęła mnie ramionami.

     - Ale i tak spróbujesz tego poszukać, co? – dała mi lekkiego kuksańca. – Gdyby było tylko o złocie, odłożyłbyś to na półkę, ale tam jest mowa o stalhrimowym pancerzu.

     Zarumieniłem się.

     - Cóż, przyszło mi to do głowy…

     Roześmiała się serdecznie.

     - Zobaczymy, jak Ralis sobie poradzi. Jeśli miałoby to potrwać dłużej, przeszukamy północny brzeg. Przynajmniej się czymś zajmiesz.

     Pocałowała mnie i dodała poważniejszym tonem.

     - Tych legend nie należy lekceważyć. W każdej z nich znajduje się ziarno prawdy. Śmiercionośca przecież istniał naprawdę.

     - A jego pancerz? – uśmiechnąłem się.

     - Na pewno też – położyła głowę na moim ramieniu. – Pirat musiał nosić pancerz. Tyle, że pewnie nie był stalhrimowy, może jedynie ozdobiony grudkami stalhrimu.

     - Tego kruszcu nie da się kuć – przyznałem. – Można to jedynie obłupać. Tak mi się przynajmniej zdaje… Pewnie to zwykły, skórzany kaftan, do którego jakoś przymocowano łupki stalhrimu.

     W głębi duszy, wcale nie byłem tego taki pewien. Stalhrim nie był naturalnym kruszcem. Powstał przy użyciu starożytnej magii. Mógł mieć właściwości zupełnie nieprzewidywalne. Wprawdzie znaleziona przez nas kiedyś stalhrimowa maczuga wydawała się być całkiem zwyczajnym kawałkiem obłupanego kamienia, oprawionego w stal i drewno, cenna, ze względu na zawartość stalhrimu, ale sama w sobie niezbyt poręczna. Może jednak nie był to jedyny sposób wykorzystania tego kruszcu. Nie miałem żadnego miarodajnego źródła informacji, tylko plotki. A te mówiły też o mieczach, a nawet łukach ze stalhrimu. Tego ostatniego już w ogóle nie potrafiłem sobie wyobrazić. Do budowy łuku potrzeba materiału sprężystego, a stalhrim był twardszy i sztywniejszy niż szkło. Prawdziwe szkło, nie ten stop, tylko tak nazywany. Ale gdy naciskało się, z wyczuciem oczywiście, szklaną szybę, to ona też się lekko uginała. Może trzeba było nadać ramionom odpowiedni kształt umożliwiający ich ugięcie? Tylko jak? Obłupując dookoła?

     Na pismo od Ralisa czekaliśmy dość długo. Zdążyłem w tym czasie nie tylko gruntownie naprawić nasze zbroje, ale też dorobić po kilkadziesiąt elfich i szklanych strzał, co zważywszy na pracochłonność, jest dość dużą miarą upływu czasu. W międzyczasie Kruczą Skałę znowu zaatakował smok. Przyleciał ze wschodu, zza góry i najpierw ze straszliwym rykiem kilkakrotnie okrążył osadę, a potem zawisł nad domem Garyna i rzygnął ogniem w stronę rynku, gdzie stały rozłożone kramy. A ja nie miałem przy sobie broni! Wyszedłem tylko do kuźni Glovera, by kupić sztabkę rafinowanego księżycowego kamienia. Na szczęście kowal przytomnie wcisnął mi w ręce ebonowy łuk, jaki miał na sprzedaż. Chwyciłem kołczan pełen strzał, leżący obok i rzuciłem się w stronę gada.

     Nie byłem sam. Ci ze strażników, którzy mieli łuki, również zaczęli strzelać. Ja sam nie zdążyłem posłać mu ani jednej strzały, zanim wzniósł się w powietrze i okrążył osadę ponad zasięgiem naszych pocisków.

     Ale smok nigdy nie odpuszcza! Jest na to zbyt dumny. Wkrótce znów zawisł nad Kruczą Skałą. Za chwilę poczęstuje nas ogniem.

     - Fus- Ro -Dah! – krzyknąłem z całej siły.

     Fala uderzeniowa rzuciła gadem o skałę, choć zdołał utrzymać się w powietrzu. Zapewne nie spodziewał się takiego ataku. Przez chwilę jednak znieruchomiał i to wystarczyło, by posłać mu celną strzałę pod pachę. Strażnicy też nie próżnowali. Dostał jednocześnie chyba z pięć strzał. I jeszcze lodowy kolec, wypuszczony z kostura Lydii, która wybiegła z domu, gdy tylko usłyszała gadzi ryk.

     Smok jednak zdołał jakoś utrzymać równowagę. Niezdarnie pomachał skrzydłami, wzbudzając na środku osady niemałą kurzawę, po czym wzniósł się w powietrze i zniknął za Przedmurzem. Mieszkańcy wydali okrzyk radości.

     - Za wcześnie na tryumf! – krzyknąłem w stronę rynku. – Zaraz znowu zaatakuje!

     Moja reputacja Smoczego Dziecięcia oraz zasługi w walce z popielcami, zdążyły już wzbudzić w strażnikach jako taką ufność w moje słowa. Wiedzieli, że smoki to moja specjalność i nie zlekceważyli sobie mojego ostrzeżenia. Kto miał jakiś łuk, nakładał strzałę na cięciwę i zadzierał głowę, wypatrując gada. Lydia podbiegła do mnie, dzierżąc w rękach magiczne kostury.

     Takoż i smok pojawił się wkrótce. Nadleciał znów zza góry i tym razem zionął ogniem w locie koszącym, bez zwyczajowego zawisania. Wielkiej szkody wprawdzie nie uczynił, ale też sam prawie nie doznał uszczerbku, bo niemal wszystkie strzały chybiły, podobnie jak mroźny kolec, wystrzelony przez Lydię z kostura. Smok zawrócił.

     Tym razem leciał wprost na mnie. I tym razem nie chybiłem. Ani strzałą, ani Krzykiem.

     - Joor – Zah – Frul!

     Smokogrzmot uderzył w niego z niespodziewaną siłą. Smok próbował gwałtownym wywrotem ominąć nadlatującą falę, ale spóźnił się o okamgnienie. Błękitne światło niszczącej magii rozlało się po jego ciele. Bezwładnie opadł na zbocze góry, uderzając w nią z ogromnym impetem. Nawet my, stojący u podnóża góry, poczuliśmy wstrząs.

     Żył jeszcze, ale był zbyt pokiereszowany, aby wzbić się w powietrze. Gdy w pośpiechu wspiąłem się na górę, spróbował jeszcze zionąć ogniem. Przytomnie schowałem się za wielkim głazem. Smoczy ogień podpalił tylko okoliczne krzewinki. Gdy ustał, wychyliłem się z napiętym łukiem i wpakowałem mu strzałę prosto w otwartą jeszcze paszczę. To go zabiło. Jego głowa bezwładnie opadła. Mięśnie drgały jeszcze przez chwilę, po czym wszystko się uspokoiło. Ciało smoka zaczęło się rozpuszczać.

     Rozejrzałem się wokół, ciekaw, czy Miraak znów skradnie jego duszę. Ale nie pojawił się. Wchłonąłem złotą mgiełkę, tak jak zawsze. I jak zawsze, lekko mnie zamroczyło, zanim usłyszałem melodyjny okrzyk pradawnych herosów.

     Na dole powitały mnie przyjazne uśmiechy.

     Ebonowy łuk zwróciłem właścicielowi. Szył nieźle, ale nie umiejąc obrabiać ebonu, nie byłbym w stanie go w razie czego naprawić. A łuk to broń, która wymaga wielu napraw. Od czasu do czasu trzeba go choćby wyklepać, żeby powrócił do pierwotnego kształtu. I trzeba to zrobić na gorąco, a potem zahartować. Pozostałem więc przy swoim Szklanym Łuku Pożogi.

     List od Ralisa przyszedł nazajutrz, późnym rankiem. Był więcej niż lakoniczny. Wspominał tylko o tym, że musimy pilnie pogadać. Podpisu nie było, ale poznałem charakter pisma. Pokazałem list Lydii. Uniosła tylko lekko brwi, jakby spodziewała się takiego obrotu rzeczy. Ja natomiast sięgnąłem do skrzyni, gdzie umieściłem płócienne woreczki ze złotymi septimami.

     Wyruszyliśmy wkrótce. Słońce ledwo przekroczyło najwyższy punkt na niebie, gdy znaleźliśmy się na miejscu.

     Obozowisko rozrosło się. Stało tu już kilka sporych namiotów, drewniane ławy, paleniska i sporo sprzętu górniczego. Za nim usypano całkiem sporą hałdę piachu i popiołu. Jednak było puste. Poza Ralisem nie zauważyliśmy nikogo. On sam stał przy jednej z ław i przeglądał jakieś papiery. Ponieważ ciche poruszanie się weszło nam już w krew, zauważył nas, dopiero gdy byliśmy zupełnie blisko i trochę się spłoszył. Nie trzeba jednak było bystrości, by zauważyć, że i bez tego jest rozdrażniony i poirytowany.

     - No a teraz jeszcze ty mi tu wracasz – rzekł ze źle skrywaną ironią. – Pięknie, po prostu pięknie!...

     - Co tym razem? – westchnąłem, przewidując odpowiedź.

     - Znowu oblazły nas draugry – odparł tonem skargi. – No, ale można się było tego spodziewać, prawda? – ze złością zmiął w ręce kartkę papieru. – Cóż innego kryje się w tych przeklętych kryptach, jak nie draugry!

     Bezsilna złość ustąpiła miejsca nagłej żałości.

     - Co najmniej sześciu kopaczy nie żyje – szepnął. – A reszta pouciekała. – podniósł na mnie oczy i dodał z ironią. – Jakoś im się nie dziwię.

     Wszyscy troje pospuszczaliśmy nosy na kwintę. Poczułem się winny, że nie było mnie tutaj, gdy znów pojawiły się draugry. Ja bym sobie z nimi poradził, zwłaszcza jeśli Lydia byłaby ze mną. Wtedy może nikt by nie zginął.

     Ralis chyba zgadł o czym myślę.

     - Masz już trochę doświadczenia z tymi potworami – odezwał się. – Możesz zajrzeć tam jeszcze raz? Żeby sprawdzić, czy ktoś przeżył…

     Przeżył… Marne szanse, ale nadzieja zawsze gaśnie ostatnia. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Zdjąłem z ramienia łuk. Lydia zrobiła to samo. Skierowaliśmy się w stronę kurhanu.

     Ralis nie próżnował przez ten czas. Nie trzeba już było schodzić po stromych, kamiennych schodach. Robotnicy wybudowali wygodny, drewniany podest, umożliwiający łatwe wynoszenie piachu i popiołu na zewnątrz. W przedsionku panowała cisza, ale już w pierwszej krypcie znalazło się aż sześciu nieumarłych, a za bramą czterech następnych. To była prawdziwa jatka. Szyliśmy z łuków na zmianę, aż Szept Aury pokazał mi, że w tej części kurhanu nie ma już nikogo. Nikogo żywego. Bo leżało tu kilka zakrwawionych ciał. Obejrzeliśmy dokładnie wszystkie.

Kurhan Kolbiorn - podest wejściowy , wykonany przez ekipę Ralisa Sedarysa

     Nadzieje Ralisa, że ktokolwiek przeżył, można było od razu wcisnąć między bajki. Z tyloma draugrami, które ślepo atakują każdego intruza, nie daliby sobie rady. W dodatku draugry to nie były przypadkowe zwłoki, tylko ciała tych, którzy za życia byli wojownikami. Niestety, draugry, choć niezbyt inteligentne, potrafiły znakomicie walczyć.

     Przy jednym z górników coś zauważyłem. Obok jego ciała leżała, na wpół wdeptana w piasek, skromnie oprawiona książka. Schyliłem się po nią.

     - „Upadek Ahzidala” – przeczytałem i aż uniosłem brwi ze zdziwienia nad własną ignorancją.

     Ten górnik przynajmniej próbował dowiedzieć się, w czym uczestniczy, podczas gdy ja po prostu czekałem, aż odkopie mi smoczą ścianę. Zrobiło mi się wstyd. Postanowiłem zabrać tę książkę i przestudiować ją przy najbliższej okazji. A nuż dowiem się czegoś przydatnego? Zresztą, jak powiedział kiedyś Neloth, każda wiedza jest przydatna, nawet niebezpieczna.

     Weszliśmy ostrożnie do wielkiej komnaty. Wciąż brodziliśmy jeszcze w piachu, ale jego poziom nieco się obniżył. Miejsce, gdzie przedtem znaleźliśmy buty Ahzidala, znajdowało się teraz nieco wyżej. Prowadził do niego drewniany podest. Korzystając z niego, weszliśmy na kamienny taras, prowadzący do ciemnego otworu. Zanim jednak tam wszedłem, rzuciłem jeszcze tęskne spojrzenie w lewo, skąd wyraźnie wzywało mnie Słowo. Tam tkwił czubek smoczej ściany wystający spod popiołów. Zew brzmiał znacznie głośniej. Czułem go wyraźnie w swej głowie. Niestety, Słowo wciąż znajdowało się pod warstwą piachu, grubości mniej więcej dwóch wysokości dorosłego człowieka. Westchnąłem przeciągle i skierowałem się do otworu, jak mniemałem, wejściowego do następnej krypty.

     Ten jednak był ślepy. Rozgałęział się tylko na dwa płytkie przedsionki.

     - Uchwyt – stwierdziła Lydia i wskazała na resztki łańcucha, na jednej ze ścian. – Na pewno otwiera jakieś wejście.

     - Pewnie tak – odparłem, zakładając strzałę na cięciwę. – Te draugry nie wzięły się znikąd. Musiały skądś przyjść. A w wielkiej komnacie nie ma żadnej krypty.

     Lydia zawiesiła łuk na plecach i chwyciła tarczę, jednocześnie dobywając miecza. Pociągnąłem więc za łańcuch. Po prawej stronie ze zgrzytem przekręciły się obrotowe drzwi, odsłaniając krótki korytarzyk. W nim świeciły zimną, błękitną poświatą oczodoły potężnego draugra.

     Nie zdążył zaatakować – Lydia była szybsza. Pierwszy cios Miecza Wampira uniemożliwił mu Krzyk, do którego już się napinał. Czerwona poświata zajarzyła się między mieczem i nieumarłym, który po chwili zajął się też płomieniem, gdy trafiła go strzała z mojego łuku. Lydia poprawiła cios, ja dołożyłem mu jeszcze jedną strzałę. Błękitna poświata zgasła. Korytarz jednak kończył się ślepo. Za to w jednym miejscu wystawała ze ściany żelazna dźwignia. Ta otworzyła drzwi po lewej.

     Jak można było się spodziewać, również za nimi tkwił draugr. Lydia rozłożyła go jednym, z pozoru niedbałym ciosem, wykonanym tak, jakby chodziło o trzepnięcie konia w zadek. Oboje zajrzeliśmy do otwartego korytarza, tym razem znacznie dłuższego i oświetlonego kilkoma sporymi zniczami.

     Ten chodnik, choć niezbyt długi, okazał się być kręty i najeżony pułapkami. Ich ominięcie wymagało pewnej niewielkiej dozy inteligencji, zatem nic dziwnego, że draugry tego nie potrafiły. Kilka trucheł leżało nam na drodze, gdy na skutek nadepnięcia na płytę naciskową uderzył je spadający z góry pień, albo osmaliły płomienie z palników, umieszczonych w ścianie. W jednym miejscu drogę przegrodziły nam poczwórne kraty, które trzeba było otworzyć odpowiednią kombinacją całego, bardzo przemyślnego systemu dźwigni, otwierających jedne, ale zamykających drugie. Górnicy jednak to nie głupie draugry. Pomyśleli, pokombinowali i zdołali się przez nie przedostać. Na swoje nieszczęście – natrafiliśmy na kolejne zwłoki. Aż serce mi się ścisnęło, gdy ujrzałem dunmerską dziewczynę, może w wieku Lydii, a może nawet młodszą, rozłożoną na kamiennej posadzce, jakby w wiecznym śnie. Szlachetne rysy jej twarzy zastygły z wyrazem strachu w oczach. Nie przerażenia – raczej napięcia. Widać wyczuła niebezpieczeństwo, ale go nie dostrzegła i napastnik zaskoczył ją znienacka. Z westchnieniem żalu zamknąłem jej niewidzące oczy.

     Nieco dalej natrafiliśmy na kraty, za którymi stał kamienny piedestał, a na nim coś małego i błyszczącego. Gdy znaleźliśmy wreszcie uchwyt, który tę kratę podnosił, okazało się, że to zaklęty pierścień.

     - Nałożono na niego zaklęcie ze Szkoły Przywołania – mruknąłem, oglądając uważnie połyskującą poświatę. – I to raczej z jej ciemnej strony.

     - Nekromancja? – spytała Lydia.

     - Pewności nie mam – wzruszyłem ramionami. – Ale najprawdopodobniej tak.

     Dalej drogi nie było. Z pewnością labirynt korytarzy nie kończył się w tym miejscu, ale inne musiały znajdować się jeszcze pod piachem. Ten chodnik nie miał przejścia. Wróciliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy.

     - Masz jakieś wieści? – spytał Ralis, gdy pojawiliśmy się u wejścia.

     - Udało nam się pokonać draugry – odparłem. – I znaleźć zaginionych górników. Nie żyją.

     Po jego minie było widać, że nie miał wielkiej nadziei, ale i tak była to dla niego bolesna wiadomość. Przykrył dłonią usta w geście przerażenia. Cóż, my nie znaliśmy tych górników. On zdążył już ich poznać i popracować razem z nimi. Przez chwilę milczeliśmy, nie wiedząc, co powiedzieć.

     - Mogłem się tego spodziewać – szepnął w końcu. – Szlag!

     Wyszliśmy z kurhanu i usiedliśmy na jednej z ław. Ralis kucnął obok.

     - No nic… - odezwał się niepewnie. – Przynajmniej możemy wrócić do roboty.

     Pokiwaliśmy głowami. Żadne z nas nie chciało, by ci górnicy zginęli na próżno. Nie teraz, gdy prace były już tak zaawansowane, do tego przypłacone ich życiem.

     - Niestety – westchnął Ralis, - dopłacanie ludziom za niebezpieczną pracę zdrowo trzepnie nas po kieszeni.

     Zabrzęczałem kiesą, chcąc w ten sposób zapewnić go, że nadal biorę w tym udział i jestem przygotowany na dalsze wydatki.

     - Tym razem zwerbuję jakichś najemników – pokiwał głową. – Nie zaszkodzi mieć pod ręką ludzi, którzy potrafią wywijać mieczem. Przynajmniej górnicy przestaną snuć domysły. Może zrobią się też ostrożniejsi na przyszłość. Niestety – westchnął – tym razem słono sobie policzą za robotę. Obawiam się, że będzie nas to kosztowało – policzył na palcach – trzy tysiące. Masz tyle?

     Odpiąłem ciężką kiesę od pasa.

     - Masz, oby to było czegoś warte.

     Niepowodzenie zapewne już dawno zniechęciłoby zwykłego sponsora. Ale mnie przecież zależało na smoczej ścianie. I miałem też nadzieję, że znajdę w podziemiach jakąś Czarną Księgę. Na złocie mi nie zależało. Zwłaszcza, że miałem go dużo. W dodatku wkrótce miałem mieć go jeszcze więcej, choć jeszcze o tym nie wiedziałem.

     - Nie pożałujesz tej inwestycji – zapewnił mnie. – Zaufaj mi. Wynajmę nową ekipę i kilku osiłków do zabezpieczenia operacji. Zajrzyj do nas kiedyś. Tym razem ruszymy jak huragan.

     Jego obietnice wywoływały we mnie skrajne uczucia. Nie wątpiłem w jego pracowitość i znajomość organizacji pracy. Wyniki dobitnie świadczyły o tym, że nasze pieniądze zainwestował prawidłowo i uczciwie. Obawiałem się jednak, że im dalej górnicy będą kopać, tym więcej nieumarłych napotkają. Dlatego tym razem wymogłem na nim obietnicę, że najemnicy będą bezustannie czuwać na samym froncie robót, a nie na tyłach, skąd nie zdążą nawet nadbiec z pomocą. No i Czarna Księga – jeśli ją znajdą, niech nikt jej nie otwiera, jeśli nie chce oszaleć! Uśmiechnął się z niejakim niedowierzaniem, ale przystał na takie warunki.

     Nasza droga powrotna trwała długo. Oboje milczeliśmy, zatopieni w myślach i szliśmy wolno, noga za nogą. Dopiero przed samym Przedmurzem Lydia zapytała.

     - To idziemy szukać tej mielizny?

     Roześmiałem się i skinąłem głową. Zatem jeszcze jedna wyprawa. Tym razem w poszukiwaniu stalhrimowego pancerza Haknira Śmiercionoścy.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Rozdział XXIII – Cena zakazanej wiedzy

     - Chyba jeszcze śpią – odezwałem się na widok kurhanu.

     Nigdzie nie było widać ani Ralisa, ani zatrudnionych przez niego górników. Obozowisko zdawało się trwać w uśpieniu.

     - Jeszcze wcześnie – odparła Lydia. – Słońce ledwo wstało.

     Ale ja przyspieszyłem kroku. Ten bezruch mnie zaniepokoił. Ralis zwykł wstawać wcześnie. To zresztą było niezbędne, bo rankiem musiał zaplanować prace dla pozostałych. Tymczasem nikt nie kręcił się po obozowisku.

     Przechodząc obok kurhanu aż westchnąłem z zadowolenia. Całe wejście było nie tylko odkopane, ale i starannie zamiecione, a znajdujące się na samym dole żelazne drzwi sprawiały wrażenie naprawionych i dość często używanych, co poznałem po tłustych plamach w okolicach zawiasów. Znak, że Ralis i jego ludzie nie próżnowali i dokopali się już do wnętrza. Nasze pieniądze zostały zainwestowane właściwie i bez marnotrawstwa.

     Podeszliśmy do namiotów. Chciałem zawołać, ale nie zdążyłem, bowiem zza jednego z nich właśnie wyłonił się Ralis. Blady i wymizerowany, w dodatku z obandażowaną niezbyt starannie głową. Płótno miało na czole krwawą plamę. Na widok podchodzącej do niego postaci przestraszył się, jakby zobaczył potwora, ale poznawszy mnie, odetchnął z wyraźną ulgą.

     - Ach, to ty...

     Musiał od kilku dni żyć w ciągłym napięciu i strachu. I, jak się okazało, nie bez powodu. Uścisnął nam dłonie, ale cały czas był zdenerwowany i zasmucony. Okazało się, że kłopoty były poważniejsze niż przypuszczaliśmy.

     - Co się dzieje? – spytałem zaniepokojony.

     - Mamy problem – otarł pot z czoła. – Coś przebudziło draugry. Ledwo zeszliśmy pod ziemię, a te bestie oblazły nas ze wszystkich stron.

     Podałem mu fiolkę z uzdrawiającą miksturą. Pociągnął łyk. Złotawa mgiełka magii przywracania zawirowała mu wokół głowy. Odetchnął głębiej i zaczął nabierać kolorów na twarz, ale wciąż drżały mu ręce.

     - W mgnieniu oka rozszarpały górników… - głos mu się załamał. – I gdybym nie dał drapaka, pewnie też bym tam też leżał.

     Zadrżałem. Czyżby wszyscy górnicy zginęli? Czyżby spełniły się nasze obawy?

     Ralis zrezygnowany skinął głową.

     - Tak to jest, jak się oszczędza na sile roboczej – westchnął.

     Cóż, tysiąc septimów to spora suma, ale nie w skali takiego przedsięwzięcia. Musiał oszczędnie gospodarować naszymi zasobami. Wynajął ekipę górników, ale zabrakło mu funduszy, żeby zatrudnić również uzbrojonych strażników. Miał nadzieję, że górnicy, pracując ostrożnie i najciszej jak się da, nie zbudzą nieumarłych. Nie wiedział, że draugry budzi sama obecność intruza.

     - Co teraz? – spytała Lydia, wymownie kładąc dłoń na rękojeści miecza.

     Ralis jednak nie zauważył tego gestu.

     - Cóż, jeśli nie zechcesz zająć się draugrami, to chyba będziemy musieli zakończyć współpracę – westchnął i opuścił głowę. – Chociaż pewnie i tak nic by z tego nie wyszło, bo utknęliśmy w martwym punkcie jeszcze zanim te zdechlaki zaczęły nas nękać. Możliwe, że coś przegapiliśmy – wzruszył ramionami. – Sam nie wiem.

     W miarę jego opowiadania zaczęło nam się rozjaśniać w głowach. Po dotarciu do wnętrza kurhanu, prace znacznie przyspieszyły. To zrozumiałe, bo wewnątrz było zdecydowanie mniej popiołu i piachu do wynoszenia. Jeszcze w tym samym dniu, w którym udało się otworzyć bramę, ekipa dotarła do krypty, w której oprócz zmumifikowanych zwłok, znalazła też jakiś rytualny ołtarz, a za nim kamienną bramę, która w żaden sposób nie dała się otworzyć. Jeden z górników pracował już kiedyś w jakiejś norskiej krypcie i wiedział czego szukać. Wszyscy więc rozeszli się po podziemiach, w poszukiwaniu jakiegoś uchwytu, dźwigni, czy kolumienek z symbolami zwierząt. I wtedy właśnie draugry ożyły. Co gorsza, ożyły wszystkie jednocześnie i otoczyły nieszczęsnych górników ze wszystkich stron. Ralis miał szczęście – jemu przypadły poszukiwania po stronie wejścia. Jako jedyny miał szansę się wydostać. Próbował walczyć, ale czymże jest tępy kilof przeciwko wojownikowi z mieczem i tarczą, w dodatku zakutym w resztki zbroi? Już pierwszy cios tarczą w czoło rzucił go na ziemię. Zdołał się jakoś zebrać i półprzytomny, z krwią zalewającą oczy, wybiegł z kurhanu. Draugry na szczęście nie goniły go i zdołał się wydostać. Ale górnicy zginęli.

     Wszyscy opuściliśmy nosy na kwintę. Ralis opróżnił fiolkę do końca, po czym wolnym ruchem zerwał z głowy opatrunek, który już nie był potrzebny. Magia zasklepiła ranę, jednak paskudny siniak na czole świadczył, że była ona poważna. Musiał tęgo oberwać. Z pewnością, mimo działania magii, zostanie mu tam blizna.

     Nie wiedzieliśmy, co robić, ale jedno było pewne. Musimy oczyścić podziemia z draugrów. I musimy zrobić to we dwójkę, bo Ralis, zbyt przestraszony i wciąż jeszcze osłabiony, nie nadawał się do takiej misji. Zeszliśmy więc na dół z łukami w rękach. Całus na szczęście i – Lydia uchyliła żelazne drzwi, które otworzyły się nad podziw lekko.

     Pierwszego nieumarłego dostrzegliśmy tuż przy wejściu. Szklana strzała zgasiła błękitną poświatę w jego oczodołach. Nawet nie zdążył nas zauważyć.

     Dalej następował kręty, wąski korytarz, kończący się schodami w dół. Poniżej znajdowała się obszerna komnata, podparta filarami. Pod ścianą stał wielki, kamienny stół, na nim płonął kaganiec, rozświetlając wnętrze i walały się jakieś szczątki, szmaty, jakieś żelastwo i kilka kości. Za stołem, w świetle płomyka, majaczyło zamknięte kamienną płytą przejście. Przy bramie stał potężny draugr, z toporem w ręku.

     Na stole, pół leżąc, pół stojąc, tak jak zastała ją nagła śmierć, spoczywała w ostatnim śnie młoda Dunmerka, cała we krwi. Innych zwłok ze szczytu schodów nie widziałem.

     - Arkayu, miej ją w opiece – pomyślałem.

     Wziąłem draugra na cel. Lydia stanęła za mną, nieco po prawej stronie i nałożyła ebonową strzałę. Moja strzała wystarczyła, by odesłać draugra do Sovngardu, ale natychmiast zza filaru wyłonił się inny, w dodatku równie silny. Lydia zwolniła cięciwę. Śmiercionośny pocisk z cichym sykiem pomknął ku nieumarłemu. Strzał z ukrycia zwykle zadawał nieumarłym znacznie większe obrażenia niż wtedy, gdy ten dostrzegł już strzelca. Nikt nie wie, dlaczego. Może siła, nadająca mu pozory życia, potrafiła go wzmocnić, gdy spodziewała się ciosu – tak jak człowiek, gdy odruchowo napina mięśnie na widok niebezpieczeństwa. Dość że draugr natychmiast rozciągnął się na ziemi, a na jego miejscu zjawił się następny.

     Strzelaliśmy na zmianę. Zwykle wystarczał jeden pocisk, by zabić. Tylko jeden draugr, Pan Śmierci, potrzebował aż trzech strzał, by uwolnić się od rozpadającej się, ziemskiej powłoki. Staliśmy w ciemnym przejściu, toteż żaden z nich nas nie zauważył. Zachowywaliśmy się też bardzo cicho, co weszło nam już w krew.

     W sumie draugrów było sześć. Sześciu nieumarłych wojowników przeciwko trzem górnikom, których zwłoki znaleźliśmy później i jednemu Ralisowi z kilofem. Biedacy, nie mieli żadnych szans.

     Przenieśliśmy ciała górników w jedno miejsce i poleciliśmy ich Arkayowi. Następna ekipa będzie musiała je wydobyć na powierzchnię i dostarczyć do Kruczej Skały, by spoczęły między swoimi. Bo decyzję, że prace będą trwały nadal, podjąłem od razu. Miałem przy sobie spory mieszek. Nagroda od Morvayna pozwalała mi nie przejmować się finansami. Wystarczy i na górników, i na zbrojnych dla ochrony. A potem stanąłem bezradnie przed kamiennymi drzwiami. Pchnąłem – nic. Jakby zamurowane. Popukałem tylcem miecza – odgłos głuchy, jakby za nimi znajdowała się lita skała. Jeśli to tutaj znajdowało się przejście, to płyta musiała być naprawdę gruba.

     Na razie jednak wróciliśmy na powierzchnię.

     - Masz dobre wieści? – Ralis wychylił się przez obramowanie kurhanu i spojrzał na nas.

     Skinąłem głową i zacząłem wspinać się po stromych schodach. Gdy przełożyłem nogę na zewnątrz i stanąłem przed Ralisem, musiałem wziąć kilka głębszych oddechów.

     - Udało nam się rozprawić z draugrami – oświadczyłem.

     Ralis pokiwał smętnie głową.

     - Na początek dobre i to… ale jak nie wymyślimy, co zrobić z tym ślepym korytarzem, to nigdzie się nie ruszymy.

     Zapewniłem go, że po śniadaniu i krótkim odpoczynku, zejdziemy na dół się rozejrzeć. Myśl o posiłku nieco go pocieszyła i dodała mu energii. Podszedł do paleniska i zaczął rozdmuchiwać żar, dokładając cienkich drewienek. Zapłonął ogień, a elf umieścił nad nim trójnóg z bańką, w której chlupotała źródlana woda. Wkrótce zjedliśmy śniadanie, popijając gorącym, aromatycznym  naparem z palonego zboża, ziół i cykorii.

     Gdy wstaliśmy, Ralis z niepokojem zaczął obserwować, jak zaciągamy pasy i sprawdzamy broń. Lydia sięgnęła do beczki po smolne pochodnie

     - Mówiłeś, że pozbyliście się draugrów? – zapytał ze źle skrywanym lękiem.

     - Tak – roześmiała się Lydia. – Ale spróbujemy otworzyć przejście. Kto wie, co za nim zastaniemy…

     Zgarbił się. Wspomnienia z krypty były zbyt świeże. Wciąż czuł paniczny lęk przed nieumarłymi. Uspokoiłem go, że nie tylko nie musi, ale nawet nie powinien iść z nami, na co zareagował źle skrywaną ulgą. Tam potrzebne były nasze umiejętności i dobra broń. No i silny pancerz, a mało która zbroja mogła się równać z naszymi doskonałymi, elfimi blachami.

     Zeszliśmy więc na dół we dwójkę i zabraliśmy się za poszukiwanie przejścia. Że tam jest, byliśmy pewni. W końcu, to nie pierwsza norska krypta, jaką badaliśmy. Liczyliśmy na nasze doświadczenie i na ten łut szczęścia, który zawsze nam towarzyszył, a którego źródłem – byłem tego coraz bardziej pewien – było któreś z daedrycznych książąt. W tym przypadku stawiałbym na Meridię, jako że odsyłanie nieumarłych do Sovngardu to raczej jej specjalność.

     Cóż z tego, gdy przejścia nie mogliśmy w żaden sposób znaleźć.

     Łukowate wgłębienie, które uznaliśmy za bramę, chyba rzeczywiście nią było. Po przetarciu krawędzi i dmuchnięciu w nią, w jednym miejscu ukazała się niewyraźna szpara. Cienka jak kartka papieru, ale widoczna. Niewątpliwie kamienna płyta nie była częścią ściany. Zrobiłem to samo w kilku innych miejscach. I tam dało się zauważyć, że nie przylega ona ściśle do obmurowania. Zatem płyta musi być ruchoma. W dodatku, gdy zapaliłem sobie nad głową magiczne światełko Płomienia Świecy, zauważyłem stare, bardzo stare, łukowate rysy na całej powierzchni, jakby płyta w przeszłości obracała się dookoła osi, tkwiącej gdzieś ponad przejściem.

     - To pewnie drzwi obrotowe – mruknąłem. – Takie, jak w świątyni Miraaka. Okrągła płyta ma w jednym miejscu wycięcie w kształcie bramy. Trzeba ją obrócić tak, żeby oba otwory, ten w murze i ten w bramie, nałożyły się na siebie.

     Lydia przycisnęła dłoń i spróbowała przesunąć. Nic z tego. Obiema rękami też nie poszło.

     - Nawet nie próbuj – pokręciłem głową. – Za duży ciężar. To jest poruszane przez jakiś mechanizm. Tylko gdzie się go uruchamia?

     Zaczęły się poszukiwania. Zwykle mechaniczne zamki znajdują się blisko drzwi, ale nie udało nam się znaleźć żadnej dźwigni, uchwytu, czy łańcucha. Ba, nawet żadnego śladu czegoś takiego, świadczącego, że kiedyś było tu odpowiednie urządzenie.

     Poszukiwania trwały coraz dłużej i odbywały się coraz dalej bramy. Rozdzieliliśmy się. Ja przeszukiwałem lewą część krypty, Lydia prawą. Po mniej więcej godzinie spotkaliśmy się przy wyjściu.

     - Nic – wzruszyłem ramionami.

     - Nic – westchnęła Lydia. – Ani śladu.

     - To musi być dobrze ukryte – rozejrzałem się po pomieszczeniu.

     - Albo przeciwnie – odrzekła Lydia. – Tak dobrze wyeksponowane, że aż tego nie dostrzegamy.

     I przy tych słowach oboje, jak na komendę wbiliśmy wzrok w kamienny stół. Podeszliśmy bliżej.

     Stół bez wątpienia stanowił rekwizyt jakiegoś pradawnego rytuału. Zapewne, po prostu tutaj balsamowano zwłoki i tu wystawiano je, owinięte w całun i przygotowane do pochówku. Nie było to niczym niezwykłym u Nordów. Poobijany wprawdzie, co było widać wyraźnie, jako że górnicy zdążyli go nieco odkurzyć, ale w dalszym ciągu cały i stał pewnie. Blat był gładki, tylko w jednym miejscu miał kwadratową, wypukłą płytę, na której ktoś postawił czaszkę. Przejechałem po nim elfią rękawicą, przy okazji zrzucając z niego jakiś metalowy, zardzewiały przedmiot, zapewne resztki narzędzia do balsamowania. Odgarnęliśmy z niego stare szmaty i różne śmieci. Nic. Nacisnąłem nawet płytę, na której stała czaszka, ale nie ugięła się pod moim naciskiem. Zapewne stanowiła część blatu. Odruchowo ustawiłem tę czaszkę tam, gdzie stała. Jakoś mi tak pasowała do reszty. Była zresztą specjalnie spreparowana, wypełniona jakąś masą, bo była bardzo ciężka. Stanowiła zapewne część rytualnego rekwizytu. Być może miała przypominać o nieuchronności przemijania?

     Rozpoczęliśmy oględziny bocznych ścian. Ornamenty, wyryte w kamieniu, nie stanowiły jednak części żadnego mechanizmu. Sam stół nie dawał się też przesunąć ani obrócić. Pod nim nie było nic.

     Zrezygnowani, usiedliśmy na posadzce, opierając się plecami o stół.

     - Jak w Kurhanie Krwiopuszcza – mruknęła Lydia. – Ale tam chociaż wiadomo było, gdzie szukać, tylko nie wiedzieliśmy, czego.

     - Wiele zagadek spotykamy na tej wyspie – westchnąłem. – Nie wiem, co robić. Nie mam żadnego pomysłu.

     Lydia przygryzła bezwiednie kosmyk włosów, który wysunął jej się spod hełmu.

     - To musi być stół – mruknęła sama do siebie. – Niczego innego tutaj nie ma. Może zróbmy to sposobem mojej matki?

     - Słucham? – podniosłem głowę.

     Roześmiała się.

     - Moja mama zawsze powtarzała, że jeśli nie mogę czegoś znaleźć, to mam zrobić porządek, a wtedy samo się znajdzie. Może oczyśćmy ten stół z tych wszystkich śmieci i przeszukajmy go jeszcze raz?

     - Jest to jakiś sposób – skinąłem głową. – Nie zaszkodzi go też odkurzyć. Może znajdziemy jakąś szparę i odkryjemy jakąś ruchomą część?

     Pociągnęliśmy z manierki po łyku miodu, bardziej żeby oczyścić gardło z kurzu niż z pragnienia. Przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele. Miód był trochę inny niż w Skyrim, o zupełnie innym aromacie niż Czerwonak, czy Miód Czarnych Róż, ale smakował równie dobrze. Pochodził z piwniczki Geldisa, który nie pamiętał już sam, skąd go ma.

     - Trudno, żebym pamiętał każdą butelczynę – wzruszył ramionami, gdy go o to spytałem. – Sam widzisz, ile tu tego jest. Nie wszystko pochodzi z regularnych dostaw od Gjalunda i Kompanii Wschodniocesarskiej. Wiele z tych flaszek to przypadkowe, okazyjne zakupy. Czasem, rzadko, przypłynie tu jakiś kupiecki statek z Cyrodiil, czy z Morrowind…

     Wspomnienie Cyrodiil odbiło się echem w moim sercu. Choć mój dom stał w Skyrim i do tego miejsca tęskniłem najbardziej, to przecież Cyrodiil było moją ojczyzną. Tam się urodziłem i wychowałem. I nagle, niespodziewanie dla samego siebie, zapragnąłem znaleźć się właśnie tam, między zielonymi pagórkami, pełnymi starych dębów, wysokich traw i ogromu borowików między nimi. Tych ciemnych borów, pełnych niedźwiedzi, dzików, jeleni, wilków, a także innych, nieprzyjaznych, ale na szczęście niezmiernie rzadkich stworów, jak minotaury, czy wiły. Kiedyś podobno bardzo pospolitych, dziś niemal doszczętnie wytrzebionych.

     Ale na razie nie było czasu na wspomnienia. Zaczęliśmy sprzątać kamienny stół. Wszystko, co się na nim znajdowało, położyliśmy obok niego. Potem chwyciliśmy szmaty i przy ich pomocą zaczęliśmy strzepywać z blatu kurz, popiół i piach. Nic się jednak nie wydarzyło, poza tym, że kilkakrotnie kichnąłem tak, iż omal nie urwało mi nosa.

     - Naprawdę już nie wiem – mruknąłem, opierając się dłonią o piedestał na blacie, na którym przedtem stała czaszka. – Gdzie jeszcze można poszukać?

     - To musi być gdzieś tutaj – Lydia gołą dłonią zaczęła gładzić blat stołu, w poszukiwaniu jakiejś nierówności. – Przecież kapłan, prowadzący rytuał, nie mógł łazić po zakamarkach. Musiał stać przy ołtarzu i stąd otwierać bramę.

     Słuszna uwaga. Tylko jak to robił?

     Bezmyślnie popukałem w piedestał, po czym wyprostowałem się w zamiarze przeszukania stołu raz jeszcze. I wtedy piedestał niespodziewanie uniósł się o grubość dwóch palców, jakby pchnęła go jakaś sprężyna.

     Głupiec ze mnie! Nie należało go naciskać, tylko przeciwnie, zdjąć z niego ciężar. Czaszka dociskała go do blatu, unieruchamiając zamek. Kapłan zapewne w pewnym momencie brał ją w dłonie i unosił ponad stół, a wtedy otwierała się brama.

     Otworzyła się i tym razem, z głośnym i niespodziewanym zgrzytem, który przyprawił nas o drżenie serc. Kamienna płyta obróciła się i odsłoniła ciemne wejście, prowadzące nie wiadomo dokąd.

     Spojrzeliśmy po sobie, jednocześnie odruchowo dobywając broni.

     - Dlaczego nie otworzyła się od razu? – spytała Lydia szeptem. – Kiedy zdjęliśmy z niej czaszkę.

     - Płyta była bardzo zakurzona – wzruszyłem ramionami. – W szparach popiół i piach. Zacięła się po prostu. Trzeba było w nią popukać.

     Ostrożnie, z łukami w rękach, przeszliśmy do następnej, obszernej komnaty. Ta jednak, ku naszemu zdziwieniu, była zasypana piachem i popiołem. Prawdopodobnie kiedyś zwalił się tu strop, co umożliwiło dostanie się popiołów do środka, a narastająca warstwa nowego popiołu i darni utworzyła coś w rodzaju nowego, naturalnego.

     - Laas! – zawołałem.

     Ciemno. Nic się nie zajarzyło. Komnata była pusta. Lydia wróciła więc do krypty i zabrała kilka pochodni. Przyświecając sobie, obejrzeliśmy dokładnie owo pomieszczenie. Nie było kryptą, raczej jakąś świątynią. Sklepienie znajdowało się bardzo wysoko, a podłożem był miękki piach, pomieszany z popiołem, w którym grzęzły nogi.

     Nagle przystanąłem.

     - Co się stało? – zaniepokoiła się Lydia.

     Uciszyłem ja ruchem ręki. Znieruchomiała i również zaczęła nasłuchiwać. Ale tego usłyszeć nie mogła.

     - Słowo – szepnąłem. – Woła mnie spod tego piachu. Gdzieś tu musi być smocza ściana…

     Zew był cichy, ledwo słyszalny. Zapewne kryła go gruba warstwa osadów, mogło też znajdować się w innym pomieszczeniu. Ale było blisko. Teraz wiedziałem już, że choćbym miał stracić tutaj połowę majątku, muszę je odnaleźć. Ralis i jego ekipa, bez względu na jego intencje, byli teraz dla mnie bezcenni. Mogło to bowiem być to Słowo, którego od dłuższego czasu bezskutecznie szukałem – trzecie słowo krzyku Aspekt Smoka, które musiałem poznać, zanim zmierzę się z Miraakiem.

     - Popatrz – Lydia wskazała na filar, znajdujący się mniej więcej pośrodku.

     Pod nim stał kamienny piedestał, a na nim jakiś dziwny przedmiot. Podeszliśmy bliżej. Okazało się, że były to po prostu buty. Para skórzanych butów, obłożonych żelaznymi, pancernymi płytami. W zadziwiająco dobrym stanie, jedynie płyty pokrył brunatny nalot. Gdy wziąłem jeden z nich do ręki, błysnął delikatną, jasną poświatą zaklęcia.

     - Nigdy czegoś takiego nie widziałem – oświadczyłem. – To zaklęcie ze szkoły Przemiany, ale zupełnie mi nie znane.

     - To musi być jeden z tych, jak to nazywał Ralis, artefaktów Azhidala – skitowała Lydia. – Pokażmy mu to, może będzie wiedział.

     Tak też było w istocie. Na widok butów, jego twarz rozjaśniła się.

     - Może jednak jest dla nas jakaś nadzieja – uśmiechnął się. – W takim razie spróbuję nająć nowych robotników. Nie będzie to łatwe – westchnął, – biorąc pod uwagę, że pierwsza ekipa przepadła.

     Spojrzał na mnie z zakłopotaniem.

     - Trzeba będzie zwiększyć budżet – oznajmił. – Do najęcia nowych pracowników, będę potrzebował… Tak ze dwa tysiące septimów.

     Byłem na to przygotowany. Bez słowa odpiąłem sakiewkę i wcisnąłem mu ją w dłoń. Było w niej nawet więcej niż dwa tysiące. Ralis z zadowoleniem potrząsnął sakiewką.

     - Ten dźwięk, to muzyka dla moich uszu – zaśmiał się. – Zebranie kopaczy zajmie mi kilka dni, ale zajrzyj tu do mnie, kiedy będziesz miał wolną chwilę. Zobaczysz jak nam idzie.

     Na odchodnym, wytłumaczył nam, że zaklęcie na butach Azhidala umożliwia chodzenie po wodzie, jakby to był twardy grunt. To bardzo stare zaklęcie, rzadko dziś używane. Widząc, że na samych butach mi nie zależy, poprosił mnie o ich przechowanie. Z namiotu, zwłaszcza gdy cała ekipa pracowała na dole, łatwo ktoś mógłby je wykraść. A gdy nie dostarczy kompletu zbroi, nie dostanie zapłaty. Zgodziłem się chętnie i zapowiedziałem, że jeśli zechce je z powrotem, niech zajdzie do Posiadłości Severinów.

     Wróciliśmy wybrzeżem. Nie mogliśmy się oprzeć, musieliśmy wypróbować te buty. Dla bezpieczeństwa, pozbyliśmy się na ten czas zbroi. Buty były bardzo ciężkie i za duże nawet dla mnie. Ale i tak spróbowałem tej sztuki. Było z tym sporo zabawy i wybuchów śmiechu. Bardzo dziwne uczucie. Woda, po włożeniu butów, okazała się być podłożem miękkim, ale nie tak jak piasek, jakoś inaczej, bardziej sprężyście, jak mocno napięte, grube płótno. Chodziło się trudno, trzeba było stawiać wielkie kroki, by posunąć się naprzód, a utrata równowagi wcale nie chroniła przed kąpielą. W dodatku, nie dałem rady wstać. Po wywrotce musiałem do brzegu po prostu dopłynąć i to przy pomocy samych ramion, bo moje stopy a nic w świecie nie chciały się zanurzyć. Lydii poszło trochę lepiej, wywróciła ją dopiero większa fala przyboju. Było sporo śmiechu. Obojgu nam ta przygoda poprawiła humory. Do Kruczej Skały wróciliśmy roześmiani, trzymając się za ręce.

     Nazajutrz, po wczesnym śniadaniu, zapakowałem księgę do plecaka. Wciągnęliśmy na siebie swój rynsztunek i wyruszyliśmy do wioski Skaalów. Drogę znaliśmy, więc obyło się bez przygód. Tyle tylko, że dopadła nas śnieżyca i na miejsce dotarliśmy bardzo późno. Gdyby nie fakt, że szliśmy już na pamięć, pewnie byśmy się zgubili. Frea nie pytała nas o nic, tylko szybko zaprosiła do środka i nalała nam po  misce gorącej zupy. Ze Stornem nie zdążyliśmy porozmawiać. Był bardzo zmęczony i spał już, gdy przyszliśmy. Nie chcieliśmy go budzić, zdając sobie sprawę, że ciągłe otaczanie wioski ochronna barierą jest dla niego bardzo wyczerpujące. Uznaliśmy, że możemy odłożyć rozmowę do rana.

Solstheim. Wioska Skaalów


     Rankiem z kolei Storn wstał wcześnie. Gdy się obudziłem, już nie było go w izbie. Obudziłem Lydię, po czym oboje zwlekliśmy się z posłania, by udać się na miejsce, w którym Storn zwykle oddawał się medytacjom, tworzącym ochronną barierę nad wioską. Frea klęczała przy nim. Gdy podeszliśmy, oboje uśmiechnęli się lekko i skinęli nam głowami. Usiedliśmy przy nich. Storn spojrzał na mnie pytająco.

     - Udało mi się pomówić z Hermaeusem Morą – zacząłem niepewnie. – Chce poznać tajemnice Skaalów.

     Storn uniósł swe krzaczaste brwi.

     - Hermaeus Mora… - mruknął z przekąsem. – Sam stary Herma-Mora. A więc to on jest źródłem potęgi Miraaka. – pokiwał głową. – Oczywiście. Mamy wiele podań o tym, jak Herma-Mora próbował podstępem ukraść nam nasze tajemnice.

     Urwał i westchnął ciężko.

     - A teraz znów przybywa po to, co tak długo przed nim chroniliśmy… - dodał.

     - Herma-Mora? – spytała Lydia. – Dlaczego tak go nazywacie?

     - To nasze imię dla niego – uśmiechnął się szaman. – Demon Wiedzy. Od zawsze jest naszym wrogiem.

     Tym razem ja westchnąłem. Skoro Skaalowie od dawna chronią swą wiedzę przed Hermaeusem Morą, to z pewnością mają ku temu powody. A to stawiało całą moją misję pod znakiem zapytania.

     - Czym są tajemnice Skaalów? – spytałem, po trosze też z własnej ciekawości.

     Storn nie odpowiedział od razu. Przez chwilę ważył słowa w swym umyśle, zanim odrzekł, mówiąc cicho i powoli, jak człowiek skrajnie zmęczony.

     - Starożytne podania, przekazywane między szamanami, od kiedy Wszechstwórca podarował Solstheim Skaalom.

     Zatoczył dłonią wokół.

     - Jak rozmawiać z wiatrem, jak słuchać ziemi, oto nasze sekrety. Nie związane z potęgą, czy władzą.

     Spojrzeliśmy z Lydią po sobie. Moja żona niepewnie wzruszyła ramionami. To mają być te wielkie sekrety, których tak bardzo pragnie demon?

     - Dlaczego Hermaeus Mora chce waszych tajemnic? – spytałem tonem człowieka, który nic już nie rozumie.

     - Znamy go jako Herma-Morę, demona wiedzy – Storn wzruszył ramionami. – W jego naturze jest gromadzenie sekretów. Ich wartość nie ma znaczenia. Sam fakt, że Skaalowie  ukrywają przed nim swą wiedzę, potęguje jego żądzę jej posiadania.

     Nadzieja wstąpiła mi do serca. Zatem mieliśmy rację. Skaalowie nie są w posiadaniu żadnych groźnych tajemnic. Ich wyjawienie niczego nie zmieni. Nie zagrozi światu. Tyle tylko, że dumny, norski lud przegra tę cichą wojnę z Otchłanią, którą toczy od zarania świata. Lud, który honor ceni ponad wszystko. Z pewnością napełni ich to goryczą. Goryczą, której chciałbym im oszczędzić. Ale wiedziałem też, że nie mogę sobie na to pozwolić. To była cena, jaką musieli zapłacić. Niewielka, choć bolesna. Oczywiście, pod warunkiem, że uda mi się pokonać Miraaka, czego wcale nie byłem taki pewny.

     - Powiedział, że tylko wtedy nauczy mnie ostatniego słowa krzyku Miraaka – odezwałem się, patrząc mu prosto w oczy.

     Storn znów westchnął.

     - A wiec to ja mam zdradzić nasze tajemnice prastaremu wrogowi – grymas przebiegł mu po twarzy. – Nie wiem, czy wystarczy mi sił, aby przed nim stanąć. Kamień Drzewa jest nadal spaczony. Świat wciąż daleki jest od równowagi.

     Urwał i położył mi dłoń na ramieniu.

     - Ale skoro inne zostały oczyszczone – spojrzał na mnie swymi łagodnymi oczami – może to wystarczy… Musi wystarczyć…

     - Czyli dasz mu to, czego chce? – zapytałem z nadzieją w głosie.

     - Tak – skinął głową. – Skaalowie mówią też o dniu, w którym w końcu będziemy musieli zdradzić swe tajemnice. W którym Herma-Mora w końcu wygra. Jako szaman, muszę strzec tych sekretów, ale też zdecydować, kiedy niezbędne jest ich wyjawienie.

     Ścisnął moje ramię.

     - Sądzę, że ten czas nadszedł teraz. A jeśli się mylę, niech przodkowie mi wybaczą.

     A mnie wtedy dopadł strach. Nie o siebie. O niego. Jak on sobie poradzi w Apokryfie, pełnym czyhaczy i mroźnego cienia? Wolno wyciągnąłem księgę z plecaka.

     - Mam nadzieję, że wiesz, co robisz – wydyszałem z wysiłkiem.

     Przez chwilę trzymałem księgę w zaciśniętych dłoniach. W końcu, z wahaniem, podałem mu opasłe tomisko. Chwycił je w ręce i spojrzał mi w oczy.

Wioska Skaalów nocą


     - Też mam taką nadzieję – szepnął.

     Położył wolumin na kolanach i przezwyciężając wstręt chwycił jej ciężką i sztywną okładkę.

     - Wierzę, że nie pozwolisz tej ofierze pójść na marne – dodał.

     I już miał otworzyć księgę na pierwszej stronie, gdy Frea złapała go za rękę.

     - Ojcze – jęknęła błagalnym głosem. – Nie możesz tego zrobić! Ta księga jest zła. Jej natura godzi we wszystko, czegoś mnie nauczył.

     Spojrzał na nią i uśmiechnął się do niej z taką czułością, z jaką tylko ojciec może spoglądać na ukochaną córkę. Były w tym spojrzeniu i bezgraniczna miłość i duma. Oto jest Frea! Dzielna, szlachetna, mądra – krew z jego krwi, kość z jego kości…

     - Muszę, Freo – odezwał się głosem ciepłym i spokojnym. – To jedyny sposób, by na zawsze uwolnić Solstheim od cienia Miraaka. Przychodzi czas, w którym wszystko musi się zmienić. Nic co żyje, nie pozostaje na zawsze takie samo.

     Delikatnie pogładził jej dłoń.

     - Nie martw się o mnie, córko. To los, który wybrał Wszechstwórca.

     Frea wciąż drżała, z niepokojem patrząc na ojca.

     - Będę trwać przy twym boku, ojcze – wydusiła z siebie, chwytając jego rękę. – Jak zawsze.

     Storn skinął lekko głową i zamknął na chwilę oczy.

     - Jestem gotów na wszystko, co podły właściciel tej księgi dla mnie przygotował – szepnął.

     I otworzył księgę.

wtorek, 22 stycznia 2019

Rozdział XXII – Lekcja historii

     Lydia z ulgą ścisnęła moje ramiona. Neloth zaś nie przestawał mi się przypatrywać, lustrując uważnie moją twarz, jak lekarz, szukający symptomów choroby. Ekspertyza chyba musiała wypaść pomyślnie, bo po chwili rozjaśnił oblicze i skinął głową.

     - Co się stało? – spytał. – Co tam było?

     Dotknął dłonią mojego czoła.

     - Różne osoby mają różne doświadczenia przy czytaniu tych ksiąg – dodał. 

     Z trudem dźwignąłem się na nogi, podtrzymywany przez nich oboje.

     - Dane mi było porozmawiać z Hermeusem Morą – sapnąłem, jak po wielkim wysiłku.

     Neloth przekrzywił głowę i rzucił mi uważne spojrzenie.

     - A wciąż zdajesz się mieć wszystkie klepki w porządku – stwierdził żartobliwym tonem. – Co miał ci do powiedzenia? Musiał czegoś od ciebie chcieć.

     - Chce poznać tajemnice Skaalów – mruknąłem. – W zamian nauczy mnie trzeciego słowa Przymusu…

     Neloth i Lydia spojrzeli na siebie zdumieni, potem znów na mnie.

     - Hmm – Dunmer wydął dolną wargę. – Jakie sekrety mogą być warte trzymania w ukryciu przed starym Morą?

     Najwyraźniej nie byłem osamotniony w swoich poglądach.

     - Jak dla mnie, to prawdziwa okazja – Neloth niepewnie wzruszył ramionami. – Hermeus Mora poznaje kilka nowych, fascynujących sposobów na skórowanie horkera, a ty stajesz się drugim z najpotężniejszych Smoczych Dzieciąt, jakie kiedykolwiek żyły.

     Westchnąłem przeciągle. Istotnie, wydawało się to bardzo proste i oczywiste, ale mogło wcale takie nie być. Hermeus Mora nie jest głupcem. Podzieliłem się z magiem swoimi wątpliwościami. Potarł czoło i niepewnie pokiwał głową na boki.

     - To daje mi dużo do myślenia – stwierdził cicho. – Muszę wrócić do Tel Mithryn. Mam kilka pomysłów na zlokalizowanie innych czarnych ksiąg.

     Księga… Byłbym o niej zapomniał! Pieczołowicie umieściłem grube tomisko w moim plecaku.

     - Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że Skaalowie wiedzą coś, czego nie wie Hermeus Mora – szepnęła Lydia, a głośniej dodała. – Ale może nie chodzi tu o Skaalów, tylko o jednego Skaala?

     Jak zwykle, trafiła w sedno. Westchnienia wydarły się z naszych ust..

     - Storn – Neloth pokiwał głową. – Oczywiście, chodzi mu o niego. Poznałem go. Skryty i tajemniczy. On rzeczywiście może wiedzieć coś ważnego. – Spojrzał mi prosto w oczy. – Chyba nie pozostaje ci nic innego, jak tylko szczerze z nim porozmawiać. To on musi ocenić, czy to co wie jest warte powstrzymania powrotu Miraaka.

     Choćbym myślał tydzień, zapewne nic lepszego nie przyszłoby mi do głowy. Nie miałem innego wyjścia, jak tylko porozmawiać ze Stornem. I albo się zgodzi, albo nie… Jeśli nie, trudno. Moja misja będzie zakończona, choć nie sukcesem. Nie będę w stanie stawić czoła Miraakowi. Lecz nic na to nie mogłem poradzić. Następny ruch należał nie do mnie, lecz do Storna. Pozostawało mieć nadzieję.

     Zamyśleni ruszyliśmy w stronę drzwi. Na zewnątrz panował zmierzch. Byliśmy w podziemiach dłużej niż nam się wydawało. I gdy tylko sobie to uzmysłowiliśmy, wszystkich troje dopadło nas znużenie.

     Ale nie dane nam było odpocząć. Jeszcze nie. Nad nami przesunął się bowiem szybki cień i rozległ się przeciągły ryk.

     Smok!

     Nie był to jakiś szczególnie niebezpieczny gad. Zwykły, szary smok, jakich wiele już ubiłem. Jedyną niedogodnością był fakt, że staliśmy na niezbyt rozległym tarasie, przez co nasze ruchy stały się ograniczone, a uniki strumieni ognia bardzo utrudnione. Na naszą korzyść jednak przemawiało nasze doświadczenie, a także świetna broń. Ebonowe strzały, wypuszczone z doskonałych, szklanych łuków, zadawały mu poważne obrażenia. Błyskawice, którymi raził go Neloth, jeszcze bardziej przyspieszyły jego koniec. Wkrótce jego rozpędzona, lecz bezwładna już masa gruchnęła z hukiem w kamienny podest i znieruchomiała. Odetchnęliśmy z ulgą, a ja podszedłem bliżej w kierunku gada. Nad smokiem pojawiła się złocista mgiełka, gdy jego dusza zaczęła go opuszczać. Za chwile ją wchłonę. Niech Neloth zobaczy sobie to zjawisko. Z pewnością go zainteresuje.

     Nic takiego się jednak nie stało. Złocista mgiełka uniosła się wprawdzie, zafalowała i popłynęła, ale nie w moją stronę. Obok mnie znikąd pojawił się Miraak. Złodziej smoczych dusz! Zwrócił w moją stronę oblicze, przysłonięte ohydną maską i odezwał się drwiąco.

     - Czy zastanawiałeś się kiedyś, czy to boli, gdy ktoś w ten sposób wydziera ci duszę?

     A potem zwyczajnie wchłonął ją i westchnął z ekstazą, jakby sprawiało mu to rozkosz.

     - Jeden krok bliżej do mojego powrotu – zamruczał.

     A potem zniknął. Rozwiał się, jakby go tu nigdy nie było. Pozostał tylko nagi, poszarzały szkielet smoka.

     Neloth przyglądał się tej scenie ze zdziwieniem. Obserwował to widowisko po raz pierwszy i nic z niego nie rozumiał. Gdy tylko zjawa znikła, podszedł do smoczych kości i zaczął je uważnie badać, po czym zwrócił się do mnie z pytaniami. Wyjawiłem mu wszystko, nie robiąc z tego żadnej tajemnicy. Pokiwał głową ze zrozumieniem.

     - Ciekawe, czy smoka da się złapać żywcem – mruknął. – Byłby fascynującym obiektem doświadczalnym…

     Urwał zaskoczony, gdy oboje z Lydią parsknęliśmy śmiechem.

     - Wszyscy magowie są tacy sami – pokręciłem głową rozbawiony. – Tak samo zareagował Farengar w Białej Grani, gdy złapaliśmy tam smoka.

     - Złapaliście smoka? – elf uniósł brwi. – Żywego?

     - Żywego – skinąłem głową. – To jednak część znacznie dłuższej historii.

     - I co się z nim stało?

     - Nic – odparłem, uśmiechając się mimo woli. – Musieliśmy go wypuścić.

     Spojrzał na nas z takim osłupieniem, że znów ogarnęła nas wesołość. W drodze powrotnej musieliśmy mu opowiedzieć całą historię Odahviinga. Kręcił głową z niedowierzaniem, ale nie bez podziwu. Kierowaliśmy się w stronę Tel Mithryn, bowiem mag zaprosił nas do siebie na odpoczynek. Bogowie wiedzą, jak bardzo nam był potrzebny. Wszyscy troje ledwo powłóczyliśmy nogami, a droga wydała nam się strasznie daleka.

     Na miejsce dotarliśmy późną nocą i od razu poszliśmy spać, nie dbając o puste żołądki.

Szczęśliwie scenę nocnego powrotu zarejestrował jeden z automatycznych ikonografów w Tel Mithryn. Od lewej Lydia, Neloth i Wulfhere. Zapewne nasi bohaterowie zastanawiają się, czy przyjąć zaproszenie elfa, czy też podążyć do Kruczej Skały

     Te napełniliśmy dopiero późnym rankiem, gdy Neloth zaprosił nas na śniadanie. Jak zwykle, miał sporo pytań i sporo do opowiadania. Tym razem poprosił mnie, bym opowiedział mu o moich wspomnieniach z Cyrodiil. Odwiedził wprawdzie  moją ojczyznę, nawet kilkakrotnie, ale stało się to bardzo dawno temu. Był ciekaw, czy nadal wygląda tak, jak je zapamiętał. Ale musiałem go rozczarować, niewiele bowiem miałem do powiedzenia.

     - Wstyd przyznać, ale słabo znam Cyrodiil – uśmiechnąłem się. – Prawie całą młodość spędziłem w niewielkiej wiosce, między Brumą i Cesarskim Miastem i niewiele wtedy podróżowałem. Tyle, co z ojcem, gdy dostarczał broń do garnizonów. Dwa razy odwiedziłem Cesarskie Miasto, raz dotarłem aż do Bravil, raz byłem w Skingrad, poza tym raczej niewiele ojczyzny zwiedziłem. Jedynie w Brumie bywałem nieco częściej. Prawdziwym wędrowcem stałem się dopiero w Skyrim. I o Skyrim mogę ci opowiedzieć dużo więcej. Bez porównania więcej.

     - Skyrim stało się twoją drugą ojczyzną – uśmiechnął się. – Podobnie jak Solstheim dla mnie. Jak ci się udało przywyknąć do mrozu? No i do tych gór…

     - Mój dom, jak już rzekłem, znajdował się w okolicach Brumy, u podnóża gór Jerral - wyjaśniłem. – To również górzysta okolica i nieco chłodniejsza niż Dolina Cesarskiego Miasta. Nie było więc tak trudno, jakby się wydawało. Różnica była, nawet wyraźna, ale nie drastyczna.

     - Tęsknisz czasem?

     - Czasem – odparłem zamyślony. – Ale przecież Cyrodiil wciąż istnieje, a dom moich rodziców wciąż tam stoi. Mogę ich odwiedzić, teoretycznie gdy tylko zechcę. Nie, mistrzu, tutaj, na Solstheim, bardziej tęsknię za Skyrim. Tam stoi mój dom, tam mieszka większość moich przyjaciół i tam odnalazłem siebie. Cyrodiil jest moją ojczyzną. Darzę je wielkim sentymentem i kocham je jak matkę. Ale Skyrim kocham inaczej, bardziej zmysłowo, jakby było moją żoną – ścisnąłem pod stołem rękę Lydii. – I to pomimo niefortunnego początku…

     - Nordowie nie przywitali się tam z otwartymi ramionami? – spytał. – Dziwne, przecież w Brumie jest ich pełno, więc powinniście być za pan brat. Można powiedzieć, że Bruma jest bardziej norska niż niejedno miejsce w Skyrim.

     Pokręciłem głową.

     - To prawda, nawet zabudowa przypomina tę w Białej Grani. Może właśnie dlatego tak pokochałem Białą Grań – bo przypominała tamte okolice. Nie chodzi mi jednak o Nordów, wręcz przeciwnie. To moi rodacy zgotowali mi gorzkie przyjęcie. Wyobraź sobie, że trafiłem tam na więziennej kibitce, związany powrozami i od razu miałem położyć głowę pod topór. Tak po prostu, choć nikt z nich nie wiedział ani kim jestem, ani nawet nie znał mojego imienia.

     Znieruchomiał. Uśmiech znikł z jego twarzy, a pojawił się na niej wyraz zdumienia.

     - Jak powiedziałeś? – spytał powoli? – Chcesz powiedzieć, że w Skyrim pojawiłeś jako bezimienny więzień?

     - Tak było – bąknąłem, zdziwiony przemianą, jaka w nim zaszła.

     Neloth ukrył twarz w dłoniach. Spojrzałem na Lydię, a ona na mnie. Czyżby tak bardzo brzydziło go łamanie prawa, że czuł wstręt do więźniów?

     - Ale byłem niewinny… - odezwałem się nieśmiało. – Mogę to wytłumaczyć.

     Potrząsnął głową i machnął ręką. Nie o to mu chodziło. Gdy spojrzał na mnie po chwili, na jego twarzy malowała się zaduma. Uśmiechał się lekko do własnych myśli.

     - To przeznaczenie – mruknął na poły do nas, na poły do siebie. – To nie może być przypadek. Przybyłeś do Skyrim jako bezimienny więzień, a potem zabiłeś Alduina, ocalając w ten sposób świat przed niechybnym końcem. W co bogowie z nami igrają?

     Nie rozumiałem go, ale nawet nie musiałem pytać, bowiem rozsiadł się wygodnie, założył ręce za głowę i marszcząc czoło, zaczął opowiadać.

     - Dawno, dawno temu, przed wybuchem Czerwonej Góry, gdy mieszkałem jeszcze w Sadrith Mora i byłem zdolnym, dobrze zapowiadającym się magiem, niespodziewanie odwiedził mnie pewien wędrowiec. Byłem zajęty swoimi sprawami i nie miałem ochoty przyjmować nikogo obcego, ale ten był nieustępliwy. Widząc, że nie zdołam pozbyć się natręta, przyjąłem go w swej wieży. Okazało się, że potrzebował mojego głosu w Domu Telvanni, aby ogłoszono go Hortatorem. To honorowy tytuł, nadawany zasłużonym dla danego Rodu, jeśli wszyscy liczący się członkowie Rodziny poprą daną kandydaturę. Mój głos był dla niego ważny, bowiem cieszyłem się już wtedy sporym szacunkiem wśród członków Rodu. Jeszcze nie z uwagi na umiejętności, przyznaję, lecz bardziej z powodu mojego pochodzenia. Mnie jednak nie obchodziła wtedy polityka. Miałem klapki na oczach i liczyła się dla mnie tylko moja magia. Ani trochę nie interesowało mnie, kto zostanie uhonorowany tym tytułem. Byłem gotów nawet dać mu swój głos, byle go spławić. Wtedy zajmowało mnie coś zupełnie innego. Bardzo potrzebowałem pieniędzy na pewien magiczny eksperyment i potrzebowałem ich szybko. Bardzo szybko. Nieznajomy w jakiś sposób dowiedział się o tym. Zaproponował mi pieniądze w zamian za głos. Po prostu, łapówka, nazwijmy rzeczy po imieniu. A ja, zadowolony, że pieniądze spadły na mnie jak z nieba, oddałem mu swój głos, nie dbając ani o niego, ani o to, po co mu ten tytuł. I gdy zniknął, niemal natychmiast o nim zapomniałem. Do tego stopnia nie obchodził mnie ani on, ani jego historia, ani walka o wpływy wewnątrz Domu Telvanni. Ba, nawet nie zapamiętałem, jak on wyglądał, ani jak miał na imię.

     Urwał i zwilżył gardło łykiem wina.

     - Kim był, dowiedziałem się znacznie później – dodał z westchnieniem. – Miałem oto okazję poznać jednego z największych bohaterów swoich czasów. To był ten, który pokonał Dagoth Ura i wyzwolił Dunmerów spod jego wpływu. Nerevaryjczyk, zesłany przez Azurę. Żywe wcielenie samego Nerevara.

     Pochylił głowę w moją stronę.

     - Zapytasz pewnie, co to ma wspólnego z tobą – postukał palcem w stół. – Otóż, na Vvardenfell przybył w kajdanach – oznajmił dobitnie. – Jako bezimienny więzień.

     - No i? – spytałem, przyglądając mu się uważnie. – Co z tego wynika?

     - Nie domyślasz się? – uśmiechnął się.

     - Przypadek… - bąknąłem nie przekonany.

     Ale Neloth był bardzo pewny swego.

     - To nie przypadek – pokręcił głową. – To przepowiednia tak stara, że nie zachowało się nawet jej źródło. Powtarzana była z ust do ust, poprzekręcana przez wieki do tego stopnia, że sama stała się legendą. A chodzi w niej po prostu o to, że gdy na Mundus* spadną klęski, którym nie podołają monarchowie, żyjący na szczycie, świat ocali ten pogardzony i poniżony, który znajdzie w sobie siłę. Któż jest bardziej poniżony niż skazaniec, oczekujący egzekucji? Przypadek? Nie sadzę. Chyba, że uznamy to za serię przypadków. Bo kilka lat później coś podobnego miało miejsce w twojej ojczyźnie. Zresztą, tę historię pewnie znasz. W Cyrodiil wydarzyło się wkrótce coś strasznego. Mehrunes Dagon zdołał zniewolić pewną grupę ludzi, aby mu służyła. Przy jej pomocy dokonał zamachu na cesarza i skradł mu Amulet Królów, przez co zanikła bariera oddzielająca Nirn* od Otchłani. Dzięki temu zdołał w wielu miejscach otworzyć Wrota Otchłani. Przez te wrota w Tamriel pojawiły się potwory rodem nie z tego świata. Nasz świat zaatakowały dremory, atronachy i inne daedryczne potwory. Świat stanął na krawędzi zagłady. I zginąłby, gdyby wrót w porę nie zamknięto. Czy wiesz, kto je zamknął? Kto zażegnał Kryzys Otchłani, który omal nie pochłonął całego świata?

     - Przecież Martin Septim – szepnąłem. – Ostatni cesarz z rodu Septimów. To on pokonał Mehrunesa Dagona.

     Parsknął tylko, wykrzywiając lekko usta.

     - Martin Septim ma wiele zasług, to prawda. Bez niego by się to nie udało. W ostatecznym starciu, oczywiście, to on osobiście walczył z Mehrunesem Dagonem i zwyciężył. Jednak zanim do tego doszło, trzeba było wykonać wiele niebezpiecznych misji, również w Otchłani. Tak, tak – pokiwał głową, widząc nasze niedowierzanie. – Jego zaufany przyjaciel bywał w niej wiele razy i, co ważniejsze, za każdy razem wrócił do Mundus żywy. Martin Septim nie dokonałby tego wszystkiego sam. On był głową, to prawda, ale aby myśl przekształcić w działanie, potrzeba też ramienia. Tak to bywa, że do historii przechodzą imiona koronowanych głów. O prawdziwych bohaterach świat zapomina. Przyznaję, Martin Septim był szlachetnym człowiekiem i poświęcił własne życie dla ratowania świata. Ale nie zrobiłby nic, bez pewnego dzielnego człowieka, którego imię, niestety, nie przetrwało do dzisiejszych czasów. Powszechnie nazywano go Bohaterem z Kvatch. Bowiem to on zdołał zamknąć pierwszą z Bram Otchłani, która otworzyła się właśnie w Kvatch. Słyszałeś o zniszczeniu Kvatch prawda?

     Skinąłem głową. Choć miasto podniosło się z ruin długo przed moimi narodzinami, do dziś podobno pozostały w nim ślady zniszczeń.

     - Martin był tam jednym z kapłanów – ciągnął Neloth. – Nie wiedział nawet, że jest synem Uriela Septima. Wraz z kilkoma ludźmi zdołał zamknąć się w świątyni, gdy po mieście szalały daedry. Siedzieli tam jak więźniowie, oczekując na atak potworów. I wtedy właśnie, nie wiadomo jakim sposobem, ten którego zwą Bohaterem z Kvatch, pojawił się pod murami miasta i zdołał zamknąć Bramę Otchłani, a potem  przedrzeć się do świątyni. Nie koniec na tym. Przy pomocy zaledwie kilku legionistów zdołał oczyścić miasto z daedr. To dzięki temu bezimiennemu bohaterowi ludzie uwierzyli, że pokonanie Mehrunesa Dagona jest możliwe. I zaczęli walczyć. A to dopiero był początek jego czynów. Tyle, że później działał już jako przyjaciel i zaufany człowiek Martina Septima i pewnie dlatego to na cesarza spłynęła cała sława. Mniejsza, nie będę zanudzał cię historią, którą gdzieś w cyrodiilijskich bibliotekach zapewne można znaleźć, opisaną dokładnie i ze szczegółami. Ważne są dwie rzeczy. Pierwsza, że ocalił świat, druga, że na arenie pojawił się jako bezimienny więzień.

     - Więzień… - powtórzyłem bezwiednie.

     - Nikt nie wie, za co został uwięziony – Neloth skinął głową. – Może był niewinny, może miał coś za uszami. Ważne, że na skutek niedopatrzenia, uwięziono go w jedynej celi, która zawsze miała pozostać pusta. Bo przez tę celę biegł tunel ewakuacyjny. Tajemne przejście, prowadzące za mury. Również przypadek, co? Jak na mój gust, trochę za wiele tych przypadków… I tamtędy właśnie ewakuowano cesarza Uriela Septima, gdy daedryczni kultyści zorganizowali zamach na jego życie. Domyślasz się reszty?

     - Rozumiem, że tam się spotkał z cesarzem – skinąłem głową. – Ale wiem też, że cesarz nie przeżył ich ataku, więc coś się nie zgadza.

     - Ewakuacja nie powiodła się – skinął głową. – Cesarz wpadł w pułapkę i zginął. Ale przed śmiercią zdołał przekazać więźniowi pewien artefakt, specjalny amulet i zlecił mu misję odnalezienia Martina, o którym wiedziało zaledwie parę osób w cesarstwie. I tak oto rozpoczęła się długa droga, którą musiał przejść ów zapomniany przez bogów więzień, aby ocalić świat. A z tobą było tak samo, czyż nie?

     Bezwiednie skinąłem głową i zadrżałem. Czyżby tak właśnie objawiała się łaska bogów? Swego wybrańca musieli najpierw strącić na samo dno? Po co?

     - Mam nadzieję, że twoje imię przetrwa – odezwał się ciepło. – Cieszę się, że było mi dane cię poznać. Gdy czasem pomyślę, że do mojego domu przyszedł kiedyś Nerevaryjczyk, a mnie nawet nie chciało się z nim gadać…

     Urwał i pokręcił głową.

     - Wydajesz się wiedzieć bardzo dużo o Cyrodiil – odezwała się Lydia. – Ja byłam tam tylko raz. Byłeś tam częstym gościem?

     Elf pokręcił głową.

     - Moja wiedza pochodzi głównie z ksiąg i innych dokumentów. W cesarskiej prowincji byłem kilkakrotnie, dawno temu, ale nie znalazłem tam tego, czego szukałem.

     - A czego szukałeś?

     Roześmiał się.

     - Tego samego co tutaj – zatoczył ręką w koło. – Dwemerskich ruin. Krasnoludzkie miasta były wtedy moją pasją. W Morrowind było ich całkiem sporo, choć niezbyt dobrze zachowanych. W ogóle było tam sporo śladów dawnych cywilizacji. Wznosiły się nawet drapieżne, daedryczne budowle, jakie podobno można spotkać jedynie w Otchłani. I wciąż czaiło się wokół nich jakieś zło. Włóczyły się tam jakieś pomniejsze daedry, zupełnie jak później przy Wrotach Otchłani. Na szczęście nigdy nie odchodziły daleko od tych ruin, jakby trzymała je tam jakaś moc. Tutaj ich nie ma, za to krasnoludzkie budowle są większe i wydają się bardziej zaawansowane. Ale z nieznanych mi powodów, Dwemerowie nie budowali swych pałaców w Cyrodiil. Nie ma tam chyba ani jednego ich obiektu.

     - Chyba nie ma – pokręciłem głową z zamyśleniu. – Przynajmniej ja o żadnym nie słyszałem. Jest za to wiele ayleidzkich. Głównie kapliczek i budowli, z których zostały rozległe podziemia.

     - Tak, zwiedziłem kilka z nich – potwierdził Neloth. – Też na swój sposób piękne, choć w zupełnie innym stylu, lekkim, altmerskim. Ayleidzi zostawili po sobie sporo przydatnych obiektów. Na przykład, kapliczki, wypełnione magicznymi błogosławieństwami.

     - Kapliczki wciąż są czynne – dodałem. – Sprawdziłem to kiedyś, w czasie wędrówki w dół. Spłynęła na mnie wtedy mgiełka i opadło ze mnie zmęczenie. Poczułem przypływ sił i energii...

     Urwałem, widząc, że oboje zaczęli się śmiać.

     - Dokąd wędrowałeś? – spytała Lydia. – W dół?

     - No, tak – uśmiechnąłem się. – Tak się u nas mówiło.  „W dół”, znaczy w stronę Cesarskiego Miasta. „W górę” znaczyło ku granicom Cyrodiil.

     - To zapewne na skutek ukształtowania terenu – Neloth zwrócił się do Lydii. – Cała kraina ma kształt rozległej kotliny, otoczonej wzgórzami, a od północy i wschodu nawet dość wysokimi górami. Cesarskie Miasto leży w samym centrum, na nizinie. Dla ludzi z tych terenów każda droga do stolicy biegła w dół. Ale odbiegliśmy od tematu. Mówiłeś, że poczułeś przypływ sił. Zapewne trafiłeś na Chrzcielnicę Wigoru. Ayleidzi porozmieszczali je w całej krainie, żeby wędrowcy i strażnicy mogli się pokrzepić. Mgiełka, która się wtedy uniosła, miała zapewne zielony odcień.

     - Tak było – skinąłem głową. – Ale dostałem za to burę od ojca, który stwierdził, że to bluźnierstwo.

     - Niesłusznie – uśmiechnął się elf. – To żadne bluźnierstwo. Kapliczki po to właśnie postawiono. Twojemu ojcu zapewne chodziło o to, że to dzieło Ayleidów, którzy dla Cesarskich byli okupantami. Pewnie większość twoich rodaków pogardzała wszystkim, co po nich zostało. Ale niesłusznie. Nie wszystko, co czyni okupant, jest złe. Przecież nawet Wieża z Białego Złota jest ich dziełem.

     Rozmowa przeszła potem na pracę Nelotha. Oprócz historii, jego pasją i umiejętnością doprowadzoną do perfekcji było zaklinanie. Ale nie broni, ani pancerzy. To umiał każdy mag w większym lub mniejszym stopniu, nie wyłączając mnie. On opanował sztukę o wiele trudniejszą, jaką było tworzenie magicznych kosturów.

     Przyznaję, że nigdy przedtem nie pomyślałem o tym, skąd biorą się magiczne laski, których przecież używałem od dawna. Ot, po prostu były. Tymczasem wiele z nich było właśnie dziełem mistrza Nelotha. Okazało się, że to bardzo trudna sztuka. Tu nie wystarczał już zwykły magiczny katalizator. Potrzebny był specjalny warsztat, a tajniki jego budowy znane były jedynie kilku osobom na świecie. Jedna z nich siedziała właśnie przy stole, naprzeciw mnie i uznałem to za zrządzenie losu.

     - Możesz nauczyć mnie czegoś o zaklinaniu? – spytałem nieśmiało.

     Roześmiał się.

     - Nie wygłupiaj się – odrzekł. – Oczywiście, że mogę! Pytanie tylko, czy powinienem. To niebezpieczna wiedza, ale przecież tobie mogę zaufać.

     Pozwolił mi skorzystać z warsztatu. Wyglądał jak magiczny katalizator, posiadał jednak kilka dodatkowych elementów, w postaci matryc w kształcie rożnych modeli kosturów. Pokazał mi, jak go używać, jednak nic z tego nie wyszło. Brakowało mi składników, a Neloth również ich nie posiadał. Okazało się, że do stworzenia kostura nie wystarczy zwykły klejnot duszy. Potrzebny jest specjalny kamień, który można czasem znaleźć w pokładach wulkanicznego pochodzenia. Legenda głosi, że bryły te pochodzą z serca Czerwonej Góry i zostały rozsiane po okolicy podczas jej wybuchu. Stąd nazwa: sercowy kamień.

     - To też jeden z powodów, dla których osiadłem właśnie na Solstheim – oświadczył. – Można je tu spotkać niemal równie często jak w Morrowind. Niestety, skończyły mi się. Ale możemy ubić interes. Ty dużo podróżujesz, możesz się więc natknąć na takie złoże. Opiszę ci, czego szukać i możesz spróbować. Za każdy dostarczony mi kamień, sowicie ci zapłacę.

     Przystałem na to z ochotą. I zapewne na tym skończyłaby się nasza wizyta w Tel Mithryn, gdybym w czas nie przypomniał sobie o jeszcze jednej rzeczy. O czymś, co znajdowało się w tym domu, a o czym rozmawialiśmy przed wyprawą do Nchardak.

     - Oczywiście, księga – Neloth podał mi opasłe tomisko. – Skoro każda z nich cię w jakiś sposób wzmacnia, dlaczego nie miałbyś skorzystać również z mojej.

     Wziąłem głęboki oddech i otworzyłem wolumin.

     - Czy to aby na pewno dobry pomysł? – jęknęła Lydia, pełna niepokoju.

     Ale to była ostatnia rzecz, jaką słyszałem, bowiem księga przeniosła mnie znów do Apokryfu.

     Ta część Apokryfu wyglądała znajomo. Wprawdzie nigdy tu przedtem nie byłem, ale wszystkie jego elementy były mi już znane. Koronkowe platformy, równie misterne mosty, rozwijające się po uruchomieniu Scrye, jeziorka ze smolistą cieczą, korytarze, zbudowane z ksiąg, puchate Poszukiwacze i jeden Czychacz. Tym razem jednak samo przejście wymagało pewnego sprytu. Księga bowiem, podobnie jak poprzednia, podzielona była na rozdziały. Każdy rozdział to inna część tego obszaru. Bywało, że znalazłszy się w korytarzach przypisanych do jednego rozdziału, nie znalazłem przejścia i musiałem cofnąć się do poprzedniego, aby znaleźć Scrye, które je otwierało. Bywało też, że znalazłem Scrye, które pozornie nie otwierało niczego. Musiałem wtedy cofnąć się znów o jeden rozdział, aby znaleźć nowo otwarte przejście do kolejnego rozdziału. Dość, że po dziewięciu rozdziałach trafiłem na ostateczną księgę, która zaoferowała mi kolejne trzy moce. Tym razem były to moce samego Hermeusa Mory. Jedną z nich była Agonia, dzięki której mógłbym w walce przywołać do pomocy trujące macki. Drugą – Uścisk, kiedy to Hermeus Mora zawieszał na jakiś czas przeciwnika między Nirnem a Otchłanią. Ja wybrałem jednak Łaskę Mory, która wzmacniała zdrowie i kondycję.

     Gdy pojawił się napis „Powrót do Nirn”, przeczytałem go na głos i znalazłem się na powrót w Tel Mithryn, w towarzystwie Lydii i Nelotha.

     Streściłem elfowi przebieg mej podroży po Apokryfie, a potem pożegnaliśmy się z magiem, bowiem chcieliśmy dojść jeszcze dziś do Kruczej Skały. 

     - Wykazał się podziwu godną cierpliwością – uśmiechnęła się Lydia. – Tłumaczyć wszystko takim młokosom jak my, to jak dla ciebie rozmowa z małymi dziećmi. Widziałam, że chwilami naprawdę ze sobą walczył, żeby nie rzucić czegoś uszczypliwego. A i tak kilka razy go poniosło.

     - Co o nim myślisz? – spytałem.

     - Egocentryk, jeśli nie egoista – skwitowała. – I bardzo wymagający. Od innych, ale i od siebie. Wyraźnie drażnią go cudza głupota i ignorancja. Ale pomógł nam jak tylko mógł, więc nie możemy mu niczego zarzucić. Na swój sposób go polubiłam.

     - Należy mu się szacunek choćby z powodu wieku i ogromu wiedzy, jaki posiadł – skinąłem głową. – Przyznam ci się, że w pewnym momencie w niego zwątpiłem. Wtedy, w Nchardak, gdy został na górze, przy cokole, podczas gdy my udaliśmy się po ostatnią kostkę. Nie wiem, dlaczego, ale byłem wtedy pewien, że zależy mu tylko na kostce i nas tam zostawi.

     - To znaczy, że naprawdę musisz odpocząć – skwitowała. – Skąd takie myśli?

     - Nie wiem – westchnąłem. – Czyżby to Miraak mi je podsuwał? Czy może mieć aż tak wielką moc? Tylko jemu byłoby na rękę, gdyby jego przeciwnicy poróżnili się między sobą.

     Nie doszliśmy do żadnego konkretnego wniosku przez całą drogę. Gdy wieczorem, utrudzeni i z odciskami na nogach, ujrzeliśmy wreszcie Przedmurze, nie mieliśmy siły, aby się z tego cieszyć.

     Jeszcze nie dotarliśmy do Posiadłości Severinów, jak wciąż nazywano nasz dom, gdy zaczepił nas kurier. Pocztę wprowadzili tutaj jeszcze cesarscy legioniści, a tutejsi Dunmerowie uznali ją za świetny wynalazek. Dość, że wciąż działała. Wręczył mi list bez podpisu i bez pieczęci, w dodatku nieco przybrudzony. Podszedłem z nim do kuźni Glovera, gdzie paliła się latarnia i z ciekawością go otworzyłem.

     List był nabazgrany trochę niestarannie. Widać, że nie pisany przy wygodnym sekretarzyku, tylko w byle jakich warunkach. I trudno było się dziwić, bowiem była to krótka wiadomość od Ralisa, prosto z Kurhanu Kolbjorn. Wiadomość lakoniczna, jakby obawiał się podawać w ten sposób zbyt wiele informacji.

     Mam nadzieję, że ten list jak najszybciej trafi w twoje ręce – pisał elf. – Zakończyłem wstępny etap wykopalisk, ale nie obyło się bez problemów. Musimy porozmawiać jak najszybciej.

     Twój partner, Ralis

     Westchnąłem przeciągle. Żegnaj, odpoczynku!

     - O, nie! – Lydia pokręciła głową. – Na pewno nie dziś. I nie jutro! Należy się nam odpoczynek. Zwłaszcza tobie.

     - A jeśli to coś poważnego? – potrząsnąłem kartką. – Ralis kopie w starożytnym kurhanie. Założę się, że natknął się na draugry. Mam nadzieję, że nie było ofiar, ale górnicy na pewno mu pouciekali.

     Grymas zniechęcenia przewinął się przez bladą twarzyczkę Lydii.

     - Akurat teraz, jakby nie było dość kłopotów – jęknęła. – Pogadamy o tym jutro. Dziś kąpiel, kolacja i łóżko. O niczym innym nie potrafię teraz myśleć.

     - To tak jak ja – uśmiechnąłem się. – Marzę, żeby wreszcie zdjąć z siebie te skorupy.

     A jednak, gdy już wykąpany i najedzony położyłem się w wygodnym łóżku i przytuliłem do siebie Lydię, długo nie mogłem zasnąć. Moje niespokojne myśli wciąż błądziły po wyspie, od kurhanu do wioski Skaalów. Wiedziałem jednak, że te sprawy muszą poczekać, przynajmniej jeden dzień. Musieliśmy nie tylko zregenerować siły, ale i naprawić ekwipunek, który w czasie przygód w Nchardak mocno ucierpiał. Przede wszystkich trzeba było go wysuszyć, żeby wyściółka nie zaczęła butwieć.

     Zabraliśmy się za to wcześnie rano. Wyściółki zbroi dokładnie wyszorowaliśmy mydłem i zakupioną u Fethisa szczotką, wypłukaliśmy w słodkiej wodzie, po czym, wycisnąwszy jej ile się dało, wytarliśmy suchymi szmatami. W międzyczasie rozpaliłem dymarkę, jaka stała w naszej prywatnej kuźni i wszystkie skorupy poustawialiśmy dookoła niej, aby wysuszyć wyściółkę. W buty najpierw powpychałem stare papiery, zwinięte w ciasne kulki, a po godzinie wymieniłem nasiąknięty wilgocią papier na nowy, suchy. Tak uczyniłem kilkakrotnie, aż papier wyciągnął większą część wilgoci. Potem po prostu pozostawiłem nasze buty przy piecu, aby wyschły. Większych uszkodzeń nie było, jedynie pojawiło się na nich trochę płytkich, w niczym nie przeszkadzających wgnieceń, których naprawę zaplanowałem na dogodniejszy czas.

     Mieczom też przydało się ostrzenie i polerka. Mimo, że były zaklęte, a przez to również niezwykle odporne na zniszczenie, niewielkie, ledwo dostrzegalne szczerby pojawiły się i na nich. Łuki również trochę się wygięły od ciągłego naciągania. Trzeba było je lekko wyklepać, aby powróciły do pierwotnego kształtu i odzyskały dawną siłę. Z tymi pracami uporałem się do obiadu. Potem, włożywszy miękkie i wygodne ubrania, udaliśmy się do „Rzygajacego Parzydłaka” na solidny posiłek.

     Nic więcej chwilowo do roboty nie było, bo wciąż musieliśmy czekać, aż wyschną nam zbroje. Miałem nadzieję, że wyschną do rana, bo chciałem wyruszyć jak najprędzej.

     Wcześnie położyliśmy się spać, aby rano wyruszyć jeszcze przed świtem.

__________________
Oba te słowa, Mundus i Nirn oznaczają po prostu świat. Z tym, że Nirn to świat w znaczeniu fizycznym (tak jak Ziemia, kula ziemska), podczas gdy Mundus oznacza konkretnie świat rzeczywisty, namacalny, w przeciwieństwie do innych wymiarów, jak Otchłań, czy Sovngard.