poniedziałek, 16 października 2017

Rozdział IV – Wioska Skaalów

     Trwało to dobrą chwilę, zanim zorientowałem się, że leżę na kamiennej posadzce, w objęciach Lydii, zaś Freya klęczała przede mną, próbując mnie ocucić. Gdy otworzyłem oczy, z ust Lydii wyrwało się westchnienie ulgi, zaś Freya z miejsca zaatakowała mnie gradem pytań.

     - Co ci się stało? – dopytywała się. – W jednej chwili czytasz księgę, a w drugiej…

     Wyciągnęła do mnie rękę, pomagając mi wstać i nie odrywając ode mnie zaaferowanego spojrzenia swoich jasnych oczu.

     - Twoje ciało zaczęło znikać – nie przestawała mówić. – Niby nadal całe, ale przezroczyste…

     Stanąłem z niejakim trudem na nogi. Zakręciło mi się w głowie i byłbym upadł, gdyby Lydia nie podtrzymała mnie ramieniem.

     - Nie mam pewności – wysapałem. – Dane mi było ujrzeć Miraaka…

     Zdumienie odbiło się na twarzach moich towarzyszek.

     - Gdzie? – wybałuszyła oczy Freya. – Gdzie on jest?

     Odruchowo położyła dłoń na rękojeści miecza.

     - Możemy go dorwać? – spytała z błyskiem w oczach. – Możemy go zabić?

     Nie dziwiłem się jej zapalczywości. Po tych wszystkich okropnościach, jakie ujrzeliśmy w świątyni, niczego nie pragnąłem bardziej niż zgładzenia tyrana, który ze zbrodni uczynił swój sposób na życie. Jednak z wysiłkiem pokręciłem głową.

     - Po przeczytaniu księgi – wskazałem na leżące na ziemi tomisko, które upuściłem, padając, - przeniosło mnie tam, gdzie był.

     A potem streściłem im jego słowa. Gdy wspomniałem o planach zniewolenia Solstheim, Freya zadrżała. Podejrzliwym okiem rzuciła na wolumin.

     - A więc to niebezpieczna rzecz – skwitowała, ze ściągniętymi brwiami.

     Podniosłem księgę, pilnując, by stale była zamknięta. Nie miałem ochoty znów wybierać się do krainy Miraaka. Tym razem mógłby nie być tak wspaniałomyślny, by puścić mnie wolno.  W pierwszym odruchu odłożyłem ją na postument, ale widząc to, Freya pokręciła głową.

     - Zabierzmy ją do wioski – zaproponowała. – Mój ojciec się jej przyjrzy. Może będzie w stanie wyjaśnić, co właściwie się stało.

     Rada wydała mi się słuszna. Chwyciłem księgę pod pachę. Freya uśmiechnęła się. A umiała się uśmiechać…

     - Chodź, chyba znalazłam wyjście – pociągnęła mnie za rękę, w kierunku ciemnego otworu.

     Lydia podniosła mój łuk i tarczę, które położyłem na ziemi, zanim zabrałem się za lekturę księgi i z kpiącym uśmiechem wcisnęła mi to w ręce. Z westchnieniem przytuliłem ją do siebie. Skradłem jej przy okazji całusa. Odwzajemniła uścisk.

     Cała nasza trójka ruszyła krótkim, wąskim korytarzem, w kierunku żelaznej bramy. Za nią znajdowała się ciemna jaskinia. Poczuliśmy powiew świeżego powietrza. Dobry znak! Otwór jaskini wyprowadził nas na zewnątrz, prosto w pogodną, zimną noc.
Wszyscy troje z rozkoszą odetchnęliśmy świeżym, mroźnym, górskim powietrzem. Musieliśmy wyjść gdzieś blisko morza, bo w oddali dał się słyszeć jego szum i można było wyczuć jego charakterystyczny, słony zapach. Tu, na północ wyspy, rzadko docierały wyziewy wulkanu. Powietrze zwykle było czyste i zdrowe, tak jak dziś.

     Freya zrobiła parę kroków przed siebie i rozejrzała się uważnie, po czym uśmiechnęła się i klasnęła w ręce. Wiedziała, gdzie jesteśmy. Gestem nakazała nam iść za sobą.

     Ruszyliśmy wąską ścieżką. Noc była jasna, księżycowa, zatem wszystko było widać bardzo wyraźnie. Dziewczyna poprowadziła nas w kierunku niewielkiego rozlewiska. Niedaleko, gdzieś pod nami huczał wodospad. Przeszliśmy na drugą stronę strumienia po zwalonym, brzozowym pniu i po kilkudziesięciu krokach wyczułem stopami ubity grunt. Znaleźliśmy się na uczęszczanym szlaku.

     Freya skierowała się wzdłuż wybrzeża. W pewnym momencie ścieżka rozwidlała się. Jedna odnoga prowadziła w dół, ku morzu. Dziewczyna zatrzymała się i wskazała dłonią coś na dole. Jarzył się tam niewyraźny, zielonkawy blask.

     - Widzisz to zielone światło? – spytała. – Tak lśni Kamień Wiatru, przy którym moi ziomkowie pracują wbrew swej woli.

Solstheim - Kamień Wiatru. Budowla w kształcie kopuły powstała za sprawą niewolników Miraaka.

     Westchnęła przeciągle.

     - Musimy ich uwolnić… - szepnęła.

     Trwało to chwilę. Po czym dziewczyna ruszyła górską ścieżką, w kierunku drewnianego mostu nad rwącym potokiem, który kaskadą spływał ku morzu.

     - Stąd mamy już prostą drogę do wioski – odwróciła się ku nam.

     Lydia zrównała się z nią i przez chwilę słyszałem, jak rozmawiają półgłosem. Lydia dopytywała się o jakieś szczegóły, zdaje się ilu mieszkańców liczy wioska, ile ma dymów. Ja szedłem za nimi i w myślach je porównywałem.

     Obie były Nordkami, choć Freya należała do społeczności wyspiarskiej. Ale zwyczajami, choć daleko od siebie, oba ludy zapewne niewiele się różniły. Freya przypominała typową Nordkę, jakie nieraz spotykałem w Skyrim – wysoka wojowniczka, ceniąca sobie honor, rozkochana w ciężkich zbrojach i dwuręcznej broni. Charaktery miały jednak zupełnie inne. Freya była spontaniczna, zapalczywa, jak typowy Nord, trochę gadatliwa i raczej pogodna. Lydia przeciwnie – zrównoważona, opanowana i skryta. Musiałem przyznać, że Freya podoba mi się jako kobieta. Wprawdzie urodą nie dorównywała Lydii, ale podobał mi się jej sposób bycia. Chwilami trochę dziecinny, częściej wojowniczy, jak u młodej, dorastającej dziewczyny. To właśnie ta świeżość, to złudzenie wczesnej młodości, a może po prostu niczym nie skalana szczerość tak mnie w niej ujęły. Widać było po niej dobre serce, żadnym złem nie skalane. Lydia, choć w rzeczywistości była od niej młodsza, zbyt wiele w życiu przeszła, aby nie odcisnęło to na niej swego piętna. Zdawała się być znacznie doroślejsza. Choć i ona potrafiła być wesoła, zwykle nie pozwalała sobie na aż taką spontaniczność. Przy Frei sprawiała wrażenie bryły lodu, choć wiedziałem, jak potrafi być gorąca, gdy jesteśmy sami.

     Z rozczuleniem spojrzałem na jej zgrabną figurkę. Elfia zbroja, ściśle dopasowana do ciała, jeszcze bardziej podkreślała jej kształty. Gdy szła przede mną, wdzięcznie poruszając biodrami, poczułem nagle chęć, by ją przytulić do siebie. Opanowałem się wprawdzie, ale sama świadomość, że Lydia jest tak blisko, spowodowała we mnie wybuch radości. Szedłem za nimi i uśmiechałem się szeroko, sam do siebie, jak jakiś idiota..

     Potem spoważniałem, dostrzegłszy za lasem dziwną, błękitną łunę. Tak zwykle błyszczy nieokiełznana magia. Dziewczyny zatrzymały się i poczekały na mnie. Freya wskazała miejsce przed siebie, gdzie znajdowała się wioska.

     - Storn roztoczył nad nią magiczną barierę – wyjaśniła, - chroniącą tę garstkę z nas, która nie poddała się klątwie. Bariera nadal trzyma. To dobry znak.

     Ruszyła przodem, my za nią, a ja z podziwem pomyślałem o wioskowym szamanie. Był nie byle kim, skoro potrafił roztoczyć tak silne pole ochronne. I w dodatku utrzymać je na stałe! Chętnie go poznam. Byłem pewien, że wbrew pospolitemu tytułowi szamana, jest on w rzeczywistości potężnym magiem. Sądząc po wypowiedziach Frei, zapewne człowiekiem wykształconym. Kto wie, czy nie absolwentem mojej Akademii…

     Ruszyliśmy dalej, w stronę lasu. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i naszym oczom ukazała się wioska, oświetlona księżycowym blaskiem, kilkoma zniczami i magiczną łuną, dobywającą się sprzed frontonu jednego z budynków.

     Oboje z Lydią zatrzymaliśmy się i westchnęliśmy z zachwytem. Oboje poczuliśmy to samo, jakbyśmy nagle wrócili do domu. Wioska nie była wielka, zaledwie parę dymów. Ale budynki wykonano niemal dokładnie w takim samym stylu, jak w Białej Grani. Drewniane szkielety z grubych bali, wypełniono masą, powstałą z mieszaniny białej gliny i słomy. Budynki miały wąskie, podłużne okna, wypełnione mozaiką drobnych szybek i spadziste dachy, kryte gontem. Nawet chyba stosowano tu ten sam typ oleju do konserwowania dachów, bowiem również miały one barwę wyblakłej ochry. Roześmiałem się z zachwytem.

     - Teraz widzę, że Skaalowie to w istocie Nordowie – uśmiechnąłem się do Lydii. – I to z samego centrum Skyrim. To przecież Biała Grań w miniaturze.

     - Miły widok, prawda? – skinęła głową, uśmiechając się oczami. – Nie spodziewałam się czegoś takiego. Myślałam, że będzie trochę jak w Kruczej Skale.

     - A tu niespodzianka – mrugnąłem do niej zawadiacko. – Już lubię Skaalów!

     W miejscu, które zapewne stanowiło społeczne centrum wioski, przed jednym z domów, znajdowało się źródło błękitnego światła. Medytowało tu trzech mężczyzn, zbitych w ciasny krąg. Siedzieli po prostu na śniegu, ale ich grube, skórzane ubrania z pewnością doskonale izolowały ich ciała od mroźnego podłoża. Wyglądało to, jakby grzali się przy ognisku. Ale ognisko nie grzało, tylko świeciło błękitnym blaskiem, który rozchodził się po okolicy, niby dym z paleniska. 

     Podeszliśmy bliżej. Freya zatrzymała się o dwa kroki od nich.

     - Ojcze, wróciłam – oznajmiła poważnym głosem.

     Najstarszy z nich uniósł wzrok. Odniosłem wrażenie, że jest strasznie zmęczony. Jasne oczy błysnęły mu spod krzaczastych, posiwiałych brwi.

     - Freyo… - zdołał się uśmiechnąć, ale zdawało mi się, że kosztuje go to sporo wysiłku. – Jakie przynosisz wieści? Czy istnieje sposób na uwolnienie naszego ludu?

     - Nie… - szepnęła Freya, po czym chwyciła mnie za rękę i przyciągnęła bliżej. – Ale przyprowadziłam kogoś, kto może rzucić nieco światła na nasz problem…

     Przy tych słowach położyła mi rękę na ramieniu.

     - Ten śmiałek odkrył, że to w istocie Miraak jest winny niedoli naszego ludu – dodała.

     Starzec przeniósł wzrok na mnie. Przyjrzałem mu się uważnie. Bardzo przypominał mi Tolfdira, choć był od niego nieco młodszy. Te same szlachetne, dobrotliwe oczy, ta sama siwizna we włosach i na brodzie. Kto wie, czy nie był z nim spokrewniony, bo podobieństwo było uderzające. Skłoniłem się. Przez chwilę Storn przypatrywał mi się badawczo, po czym jego wzrok złagodniał. Opuścił oczy i westchnął.

     - Obawiałem się że tak będzie – rzekł cicho.

     Freya usiadła przy nim i chwyciła go za grubą rękawicę.

     - Ale jak to możliwe? – spytała natarczywie, jak miała w zwyczaju. – Przecież minęło tyle lat…

     - Obawiam się, że zbyt wiele jeszcze nie wiemy – Storn z widoczną czułością, której nie próbował nawet ukryć, ścisnął jej dłoń. 

     Freya przywołała mnie gestem.

     - Opowiedz Stornowi, co się stało – rzekła, spoglądając mi z ufnością w oczy.

     Klęknąłem przy nich. Storn znów spojrzał na mnie i uśmiechnął się smutno.

     - Więc wiesz, co się dzieje, tak? – pokiwał głową i westchnął. – Moja magia słabnie, a wraz z nią bariera wokół naszej wioski. Mamy mało czasu. Powiedz mi, co wiesz.

     - Miraak stoi za wszystkim, co spotkało twój lud – oznajmiłem.

     - Skąd to wiesz?

     - Podczas czytania księgi – wskazałem za siebie, gdzie znajdowała się świątynia, - w jego świątyni, gdzieś mnie przeniosło. Była tam Miraak.

     Opowiedziałem mu wszystko po kolei, tak jak zapamiętałem. Słuchał, od czasu do czasu kiwając głową, jakby moje słowa potwierdzały jego wiadomości.

     - Legendy mówią o tym miejscu – odezwał się w końcu. – O straszliwych bitwach, stoczonych w świątyni. Smoki, w swej wściekłości, spaliły ją do gołej ziemi.

     Zamilkł na chwilę i dotknął czoła, jakby usiłował sobie coś przypomnieć.

     - Mówią też – odezwał się znów – o czymś tam ukrytym, a gorszym niż smoki. Trudno to sobie wyobrazić, ale jeśli to prawda… To znaczy, że to, czego się obawiałem, nadeszło. Miraak nigdy tak naprawdę nie umarł, a teraz powrócił. Jeśli możesz tam pójść i spotkać go…

     Podniósł na mnie wzrok i spojrzał mi prosto w oczy.

     - Czy jesteś jak Miraak? – spytał nagle. – Czy jesteś Smoczym Dziecięciem?

     Uśmiechnąłem i skinąłem głową. Nie wiedziałem, jak to odgadł, ale zrozumiałem już, że przed jego oczami mało co się ukryje.

     - Tak, jestem Smoczym Dziecięciem – zapewniłem.

     Jego wzrok złagodniał. Przez chwilę przyglądał mi się z ciekawością, choć nie bez życzliwości.

     - W takim razie może jesteście ze sobą połączeni… - rzekł powoli. – Według starych opowieści, on także był Smoczym Dziecięciem.

     Byłem ciekaw, jakież to więzi mogą łączyć mnie z owym zapatrzonym w siebie tyranem. Dlaczego Akatosh obdarzył Głosem kogoś takiego? A może kiedyś nie był taki? Może kiedyś był szlachetnym i honorowym wojownikiem? Może dopiero później wkroczył na ścieżkę ku ciemności? W głowie zakołatało mi to, przed czym dawno temu ostrzegał mnie mistrz Arngeir – droga ku tyranii składa się z małych kroczków, a każdy przejaw pychy to krok ku zatraceniu. Miraak poszedł tą drogą. Ale ja muszę z całych sił pilnować, by nigdy na nią nie wkroczyć. Jak? Dotąd wydawało mi się to proste – żyć dla innych ludzi, nie dla siebie. Czynić dobro, bez względu na wszystko, nie dbając o własny interes. Los przecież i bez tego był dla mnie niezwykle szczodry. Czy od kiedy przybyłem do Skyrim, mojej nowej ojczyzny, czegoś mi brakowało? Przez ten czas zgromadziłem nie tylko spory majątek i kilka sporych posiadłości, choć wcale mi wtedy na nich nie zależało. Zdobyłem przyjaźń kilku znacznych ludzi, nawet smoków i nawet daedr. Zdobyłem wiele, mniej lub bardziej spodziewanych zaszczytów i przede wszystkim mój największy skarb – moją wielką miłość. To wszystko zdobyłem mimo woli, bez zabiegania o własne sprawy. Zaspakajanie własnych potrzeb ograniczałem do zdobywania dobrej broni i zbroi – wszystko inne właściwie zdobyłem przypadkiem, niejako po drodze, wcale o to nie zabiegając. A nawet, jak w przypadku godności legata, czy arcymaga, przy moim zdecydowanym sprzeciwie. A czyż uszczęśliwianie innych ludzi nie czyniło szczęśliwszym i mnie? Pamiętałem, jak czułem się po zwycięstwie nad Alduinem? Albo po zdjęciu klątwy z Gwiazdy Zarannej? Czyż dla tego uczucia nie warto żyć? Czyż nie jest ono najwyższą nagrodą? Przynajmniej, dopóki człowiekowi nie brakuje niczego innego…

     Wiedziałem, że z całych sił chcę pomóc Skaalom. I będę próbował ze wszystkich sił. Tylko na razie nie miałem pojęcia, jak to zrobić. Może ta karmiczna więź z Miraakiem mi to umożliwi? Ale spytany o nią Storn niewiele mógł mi powiedzieć.

     - Nie mam pewności – odparł. – Może to oznaczać, że nas uratujesz, ale równie dobrze możesz sprowadzić na nas zniszczenie.

     Zadrżałem, co nie uszło uwadze Storna. Uśmiechnął się dobrotliwie.

     - Ale nasz czas tutaj kończy się – rzekł cicho. – Garstka z nas, która nie jest jeszcze pod kontrolą, nie ochroni się długo.

     Pochylił się ku mnie.

     - Musisz iść do Strażnicy Saeringa – rzekł dobitnie. – Poznasz tam Słowo, które Miraak poznał dawno temu i użyj tej wiedzy na Kamieniu Wiatru. Może uda ci się wyzwolić nasz lud…

     Strażnica Saeringa… Chyba nigdy o niej nie słyszałem. Podsunąłem szamanowi mapę Solstheim, zakupioną u Geldisa Sadriego. Wskazał jakiś punkt na północnym wybrzeżu. Wyjaśnił mi, że to starożytna, norska budowla, chroniona przez nieumarłych. Ale ja się ich już nie obawiałem. Przeciwnie, byłem zadowolony, że nareszcie dostałem jakieś konkretne zadanie. 

     Storn poradził mi iść wybrzeżem. Północna część wyspy była górzysta i trudno było tamtędy przejść. Radził mi za mostem pójść prosto, w kierunku rozlewiska, a potem skręcić w dół, ku morzu. Tamtędy było wygodniej. Obchodząc górę od północy, zaszedłbym w miarę szybko i nie męcząc się zbytnio. Poczułem przypływ adrenaliny. Byłem gotów pójść tam, choćby zaraz, ale reszta uznała to za zły pomysł.

     - Przecież ledwo stoicie na nogach! – zbeształa nas Freya, wskazując chatę opodal. – Potrzebujecie dobrej kolacji i wypoczynku. Na nic nam obrońca, który nie ustoi o własnych siłach. Zresztą, wszyscy troje tego potrzebujemy.

     Spojrzałem na Lydię. Uśmiechnęła się tylko. Wioska Skaalów wydała nam się miejscem przyjaznym i bliskim. Ich samych polubiliśmy od pierwszego wejrzenia. Nie mieliśmy nic przeciwko temu, aby przyjąć ich gościnę. Skinąłem głową i podążyłem za Freyą, w kierunku niewielkiej, lecz solidnie wyglądającej chaty.

*          *          *

     W dzień Kamień Wiatru wyglądał równie przygnębiająco jak w nocy. Nie tyle zresztą kamień, co obłąkani budowniczowie. Zeszliśmy ku nim i przyjrzeliśmy się nieszczęśnikom z bliska. Niemal wszyscy niewolnicy byli Skaalami, z wyjątkiem jednego, niemłodego już człowieka, w bogatym, choć zniszczonym stroju. Ten wyglądał na Cesarskiego, lub Bretona. Ale od niego i tak nie dowiedziałbym się niczego, bo nie zwracał na mnie uwagi, zajęty wykuwaniem kolejnych bloków z pobliskiej skały.

     Wyciągnąłem dłoń w kierunku kamienia, nie dotykając go jednak. Wibrował złą magią, od której włosy jeżyły się na karku. Zupełnie jak Kamień Ziemi, w pobliżu Kruczej Skały. Westchnąwszy ciężko, ruszyłem w górę, na most a Lydia podążyła za mną.

     Droga nie była ani daleka, ani specjalnie trudna. Najpierw zejście po lekko oblodzonej ścieżce, potem wspinaczka drugą. Na szczęście, w tę stronę nie było ślisko. Widać, nie był to szlak mocno uczęszczany. W pewnym momencie doszliśmy do jakiejś jaskini. Obejście świadczyło o tym, że jest, lub jeszcze niedawno była zamieszkana. U wejścia stały jakieś puste beczki i skrzynki. Wykrycie Życia jednak, gdy omiotłem zaklęciem okolice, niczego nie wykryło.

     Zbadanie jaskini zostawiliśmy sobie na później. Teraz mieliśmy ważniejsze zadanie, a tu już zbliżało się południe. Szliśmy więc dalej, ku widniejącej w oddali przełęczy, nad którą starożytni budowniczowie rozpostarli kamienny łuk, nadając jej kształt bramy.

     Nagle przystanąłem. Lydia z rozpędu władowała mi się na plecy. Uśmiechnęła się przepraszająco i otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale uciszyłem ją gestem. Wydało mi się, że kto krzyczał. Nadstawiłem uszu.

     - Fus! Ro! Dah! – zabrzmiało zza góry.

     Powietrze zadrżało. Nagie szczyty odpowiedziały echem. Dobrze znany mi Krzyk – Nieugięta Siła! Kto to może być?

     Rzuciliśmy się w tamtym kierunku. W kilka chwil dopadliśmy kamiennego łuku. Widok był tak niespodziewany, że zatrzymaliśmy się w pół kroku.

     Przed nami czerniła się pradawna, norska budowla z bazaltu, przypominająca trochę Labiryntian, choć nie tak olbrzymia. Na szczycie jednego z filarów przysiadł smok, wyciągając szyję w kierunku czegoś na pobliskim murze. A na murach stał draugr Pan Śmierci i co jakiś czas raził gada Krzykiem Nieugiętej Siły, choć wydawało się, że na smoka niewielki wywiera to skutek. Obok niego inny truposz szył w niego strzałami.

Strażnica Saeringa - ruiny pradawnej norskiej budowli

     Jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Draugry walczą ze smokiem! Widocznie siły ciemności też są w jakiś sposób podzielone.

     Gad właśnie posłał ku nieumarłemu strumień mroźnej mgły. A ja nie czekałem, aż smok mnie zauważy. Z ukrycia, spod kamiennego łuku, wypuściłem ku niemu ebonową strzałę. Zajął się na chwilę płomieniem, potem drugim, gdy ugodziła go strzała Lydii. Był to jednak pradawny smok, niezwykle silny i żywotny. Pomimo trwającego od jakiegoś czasu pojedynku z draugrami i pomimo ran, jakie mu zadały, wciąż miał sporo sił. Uderzył skrzydłami, wzniósł się w powietrze i zatoczył nad nami krąg. Gdy zniżył nieco lot, dostał kolejne dwie strzały od nas i jedną od draugra. Wtedy nas dostrzegł. Zatoczył kolejny krąg, zbliżając się do nas i lądując gwałtownie o kilkanaście kroków przed nami. Dwie strzały znów wyfrunęły ku niemu. Musiały trafić w jakieś wrażliwe miejsce, bo smok wyraźnie osłabł. Otworzył pysk, by porazić nas mrozem, ale wtedy wpakowałem mu strzałę w gardło – w sam środek paszczy. Ta go zabiła. Głowa gada potoczyła się bezładnie po śniegu. Po chwili jego łuski zajaśniały i zaczęły unosić się w powietrzu. Podszedłem bliżej.

     Ale tym razem, to nie ja wchłonąłem smoczą duszę. Głośny śmiech rozległ się po mojej lewej ręce. Odwróciłem głowę w tym kierunku i ku swojemu zdumieniu ujrzałem… Miraaka.

     - Dusza tego smoka należy do mnie! – zaśmiał się szyderczo.

     Choć stałem bliżej, smocza dusza, w postaci złotej mgiełki, unoszącej się nad truchłem smoka, powędrowała w jego stronę, jakby skierował ją tam nagły powiew wiatru. Otoczyła go ze wszystkich stron. Przez chwilę trwała nieruchomo, po czym zbiła się w ciasne, wirujące smugi i wniknęła w niego z cichym szmerem. Po raz pierwszy widziałem ten rytuał z zewnątrz, samemu w nim nie uczestnicząc. I poczułem ukłucie gniewu. Gdyby Miraak sam uśmiercił smoka, nie miałbym prawa zaprotestować – należało mu się, jako zwycięzcy. Ale on po prostu skradł duszę, która powinna należeć do mnie. I nic nie mogłem na to poradzić. Bezradnie przyglądałem się całemu rytuałowi, czując tylko złość i rozczarowanie. I coś jeszcze, a tym czymś było ukłucie lęku. Miraak na każdym kroku okazywał mi swoją wyższość, a ja z bólem musiałem przyznać, że moja siła nie śmie równać się z jego potęgą. Po raz drugi zwątpiłem w sens swoich mizernych usiłowań. Miraak nawet nie próbował mnie unieszkodliwić, tak niewiele dbał o moją obecność. Wiedział, że nie jestem w stanie mu zagrozić. Czy rzeczywiście tak jest, czy to tylko właściwa tyranom nonszalancja?

     Miraak tymczasem wchłonął duszę smoka i niedbale zwrócił się w moja stronę.

     - Dziękuję za pomoc! – prychnął szyderczym tonem. – Wkrótce znów się spotkamy!

     I zniknął. Po prostu! Rozwiał się, jak przed chwilą rozwiało się ciało smoka. Przed chwilą stał przede mną, a za moment w tym samym miejscu był już tylko śnieg.

     Spojrzeliśmy z Lydią po sobie. Moja żona pokręciła głową z niedowierzaniem. Wyciągnęła do mnie dłoń, ale nie zdążyła nawet do mnie podejść, gdy na jej kirysie zrykoszetowała strzała.

     Draugry! Jak mogliśmy o nich zapomnieć?

     Nie wiem, na co liczyłem. Że wspólna walka przeciw smokowi uczyni z nich sojuszników? To nieumarli, nie kierują się swoją wolą, bo jej nie posiadają. Siły ciemności nakazywały im walkę z każdym, kto ośmielił się zbliżyć do strażnicy. Nieważne, czy to smok, czy człowiek. Znów uniosłem łuk i szybko nałożyłem strzałę.

     Draugrów było pięć. Dwa z łukami, jeden Mściciel, rzucający czary mrozu i dwóch Panów Śmierci, uzbrojonych w wielkie miecze i niezwykle groźną umiejętność władania Głosem. Wziąłem tych dwóch ostatnich na siebie, bowiem mnie Krzyk nie mógł zaszkodzić. Lydia wzięła na cel pozostałych.

     Walkę zakończyliśmy bez draśnięcia, choć kilka razy Nieugięta Siła rzuciła nas na ziemię. Miękki śnieg zamortyzował upadek. Pomógł nam fakt, że nieumarli znajdowali się na murach i mogli nas razić jedynie z daleka. Rozumny wojownik zbiegłby z murów i starł się z nami w bezpośredniej walce, w której pokonałaby nas sama liczebna przewaga. Na szczęście draugry nie potrafiły myśleć, przynajmniej w potocznym tego słowa znaczeniu. Działały instynktownie, jak zaprogramowane automaty. Pokonaliśmy je wprawdzie nie bez trudu, ale i bez uszczerbku na zdrowiu.

     Po skończonej walce z zaciekawieniem przyjrzeliśmy się dziwnej budowli. Wyglądała jak monumentalny ołtarz, otoczony murami. Na górę prowadziły schody. Wspięliśmy się po nich, ale ja już wiedziałem, że idziemy dobrze. Usłyszałem Zew… Znów wołało mnie Słowo!

     Gdy stanąłem przed Smoczą Ścianą, błękitne znaki smoczego pisma oderwały się od kamiennego muru i wniknęły we mnie. Chór pradawnych wojowników krzyknął zgranym akordem. Lekki zawrót głowy…

     - Gol!... – szepnąłem, gdy Słowo rozbrzmiało w mojej głowie. – Ziemia…

     Tym razem nie poczułem żadnej nadprzyrodzonej mocy, gdy dusza któregoś z ubitych w przeszłości smoków użyczyła mi zrozumienia słowa. Poczułem tylko przygnębienie i ukłucie rozpaczy nad losem niewolnika. Tak w moim umyśle zamanifestował się zupełnie nowy Krzyk – Przymus.

Strażnica Saeringa - Smocza Ściana

     - Jak niby taki Krzyk może uwolnić kogokolwiek? – westchnąłem. – Mnie się wydaje, że on raczej służy do zniewalania.

     - Zobaczymy – Lydia wzruszyła ramionami. – Storn wyglądał na kogoś, kto wie, co mówi. Może działa to jak klucz, raz zamyka, raz otwiera…

     Roześmiała się nagle.

     - Wiesz, kogo on mi przypominał?

     - Wiem – uśmiechnąłem się. – Tolfdira. Mnie też. Może to nawet jakiś jego krewny? No, ale zobaczmy, co tam smok dostał w prezencie do kuferka.

     Podszedłem do masywnej, rozlatującej się ze starości, drewnianej skrzyni. Była w niej leżąca tam chyba od wieków zbutwiała, skórzana zbroja, kilka złotych monet, które natychmiast zmieniły właściciela i Wielki Klejnot Duszy. I to naładowany! Cenne znalezisko.

     Ruszyliśmy w drogę powrotną. Słońce już przekroczyło najwyższy punkt na niebie. Po drodze stoczyliśmy tylko krótki pojedynek ze śnieżnym trollem – pierwszym, jakiego zobaczyłem na Solstheim – który dorwał małego króliczka. Zwierzątka nie uratowaliśmy, ale troll legł już po drugiej salwie. Miałem nadzieję, że na wyspie ich nie ma, ale musiałem przyjąć do wiadomości ten fakt. Przynajmniej chyba nie było wilków, ani niedźwiedzi, bo żadnych śladów jak dotąd nie widziałem.

     Było jeszcze jasno, gdy stanęliśmy pod Kamieniem Wiatru.

     Jako już rzekłem, wokół niego uwijali się sami Skaalowie i rzeczony nieznajomy. Mruczeli do siebie w amoku jakieś niezrozumiałe słowa. Nie wiedziałem, jaki skutek wywrze na nich Krzyk. Wolałbym, aby na chwilę oddalili się od artefaktu, ale jasnym było, że niczego w tym celu nie mogę uczynić. Trzeba było zaryzykować.

     Zauważyłem, że Lydia chwyciła łuk i nałożyła strzałę. Słusznie! Nie wiadomo, co nas czeka, gdy krzyknę w ich stronę. Może zwrócą się przeciwko mnie? Nie miałem zamiaru ich krzywdzić, ale przecież musiałem się bronić w razie czego. Również przygotowałem łuk do strzału. Wciągnąłem powietrze.

     - Gol!

     Fala Krzyku, błyszcząc złocistą poświatą, uderzyła w kamień i budowaną wokół niego klatkę. Kamienna budowa, wznoszona przez niewolników Miraaka, rozsypała się, jakby zbudowano ją z błota. Kamień zalśnił na chwilę, jakby się obudził. Robotnicy przerwali pracę.

     I wtedy, nie wiadomo skąd, w basenie obok kamienia pojawił się wielki, czarny potwór.

     Stał na dwóch nogach i trochę przypominał ogromnego trolla. Ale był większy. Znacznie większy! I łeb miał inny, jakby rybi, co podkreślała jeszcze płetwa na grzbiecie, też jakby żywcem wzięta od ryby. Zapewne to jego posągi widzieliśmy w świątyni Miraaka. Wydawał się być piekielnie silny i zwinny. Rozejrzał się na boki, zaryczał przeciągle, wydając z siebie dźwięk, podobny do ryku smoka. A potem w moją stronę z jego rybiego pyska trysnęło coś czarnego, co wyglądało jak smugi czarnego błota.

     Odskoczyłem odruchowo. Cios potwora nie trafił we mnie, a ja wpakowałem mu strzałę w szyję. Lydia posyłała mu już drugą. Potwór zrobił krok ku nam i uniósł nogę, chcąc wyjść poza ocembrowanie. Nie zdążył. Dwie ebonowe strzały posłały go na ziemię. A raczej w wodę, bowiem z cichym odgłosem, brzmiącym jak westchnienie, osunął się do basenu, okalającego kamień. Potem rozległ głośny plusk – i znieruchomiał.

     Z niepokojem rozejrzałem się po budowniczych, w nadziei, że nic im się nie stało. Byli cali, tylko zupełnie zdezorientowani. Jednak już pierwszy rzut oka upewnił mnie, że zostali uwolnieni. Obłęd znikł z ich oczu, ustępując miejsca zdziwieniu i zaskoczeniu.

     - Co się tu stało? – spytał półgłosem Cyrodiilijczyk w bogatym stroju, odruchowo otrzepując swój kołnierz.

     - Czy to sen? – spytał jeden ze Skaalów w fartuchu kowala dotykając swej własnej ręki badawczym gestem. – Nie, to z pewnością koszmar…

     Rozejrzał się bezradnie na boki i dostrzegłszy mnie, podszedł niepewnym krokiem i spojrzał mi w oczy.

     - Nie mam pojęcia, jak się tu znalazłem – wyznał z widocznym lękiem.

     Uspokoiłem go, zapewniając, że wszystko już jest w porządku.

     - Budowaliście świątynię Miraaka - odezwała się Lydia. - Ale już po wszystkim.

     Stojąca najbliżej mnie, postawna i ładna brunetka, pokręciła głową z niedowierzaniem.

     - Chyba słabuję na umyśle – odezwała się dźwięcznym głosem. – Jak wszyscy, zresztą – dodała, rozglądając się po pozostałych. – Dlaczego brałam udział w budowie świątyni?

     - Kim jesteś? – spytała druga, nieco starsza. – Co ja tu robię? – rozejrzała się bezradnie.

     Należało im się kilka słów wyjaśnienia. Udzieliłem go na tyle, na ile umiałem, zapewniając, że Storn wie na ten temat więcej. Otoczyli nas ze wszystkich stron, uważnie słuchając moich słów. Zrobiły na nich spore wrażenie.

     - Nie wiem, spod jakiego uroku udało ci się nas wyzwolić – odezwał się jeden z nich, z bielmem na oku. – Ale dziękujemy ci…

     I przy tych słowach z wdzięcznością uścisnął najpierw moją dłoń, potem Lydii.

     - Jesteśmy ci wdzięczni – zapewnił drugi, imieniem Beor. – Dzięki tobie jesteśmy wolni.

     Kobieta, stojąca a końcu, pozbierała się najszybciej.

     - Muszę wracać do wioski – oznajmiła mocnym głosem, poprawiając wiszący u pasa miecz. – Skaalowie potrzebują przywódcy!

     Oto, jak mocna jest siła ciężaru odpowiedzialności! Jak się później dowiedziałem, miała na imię Fanari. W wiosce nazywano ja Mocny Głos i była kimś w rodzaju przywódcy. Jak widać, nie przypadkowo.

     Skaalowie, po niezbyt wylewnych podziękowaniach – jak to u Nordów – ruszyli zgodnie w stronę wioski. Ja zaś podszedłem do Kamienia Wiatru i wyciągnąłem dłoń ku niemu. Nadal wibrował magią. Ale inną, odżywczą i życiodajną. Jak świeży powiew morskiego wiatru. Chyba naprawdę się udało.

     Potem zainteresowały mnie zwłoki potwora. Czyhacza, jak nazywali go Skaalowie. Był wielki, czarny i wstrętny. Co ciekawe, w jego oślizgłej skórze znajdowały się fałdy na kształt kieszeni, wypełnione złotymi monetami. Czyżby to był stwór rozumny, znający wartość pieniądza? Niewykluczone, że tak było. Ale jakikolwiek by nie był, złoto martwemu i tak na nic by się przydało. A nam owszem. Przynajmniej mogliśmy, bez dziury w naszym budżecie, przedłużyć pobyt na wyspie o kilkanaście dni… Wyrwaliśmy jeszcze z jego cielska kilka strzał, które wydały nam się nieuszkodzone. A potem oboje stwierdziliśmy, że nie godzi się, aby truchło stwora brukało otoczenie artefaktu. Spróbowaliśmy wyciągnąć go z basenu, by go spławić do morza. Ale nie daliśmy rady. Był za ciężki. Trzeba będzie zwołać kilku silnych mieszkańców wioski, żeby zrobili porządek wokół artefaktu. Nie wątpiłem, że uporają się z tym szybko i chętnie.

     A potem wolnym krokiem ruszyliśmy w górę, w kierunku wioski. Zaczynało zmierzchać. Z pewnością Skaalowie nie odmówią nam gościny na noc. Chciałem też porozmawiać ze Stornem i naradzić się na temat dalszych działań. Jasnym bowiem dla mnie było, że to drobne zwycięstwo, choć ważne dla Skaalów, nie ma większego znaczenia w moim starciu z Miraakiem. O jego potędze już się przekonałem. Bogowie wiedzą, czym jeszcze mnie zadziwi.

poniedziałek, 9 października 2017

Rozdział III – Miraak

     Pierwszych nieumarłych, jakich napotkaliśmy, udało nam się uśmiercić z daleka, zanim jeszcze powstali z martwych. Dalej już nie było tak łatwo. Korytarz wił się jak zaskroniec i widać było, że budowniczowie wykorzystali naturalny chodnik, poddając się jego biegowi. Ale te liczne zakręty sprawiały, że nieraz trudno było dostrzec przeciwnika zawczasu. Kilka razy musieliśmy skrzyżować miecze. Przez chwilę żałowałem, że Przedświt bezużytecznie wisi na stojaku w Wietrznym Domku w Białej Grani. Przydałby mi się teraz, wywołując swe magiczne wybuchy. Na szczęście mój nowy miecz, Rozdzieracz Chłodu, choć nie wywoływał eksplozji pośród nieumarłych, nie dość, że ciął znacznie lepiej, to jeszcze zadawał poważne obrażenia od mrozu, a na dodatek niektórych przeciwników paraliżował na kilka sekund, co przecież w walce dawało przewagę nieocenioną. Dość, że ze wszystkich walk wyszliśmy bez draśnięcia.

     Po kilku zakrętach korytarz rozszerzył się w znany nam już styl, który nazywaliśmy promenadą. Zwykle była ona zakończona Smoczymi Wrotami, otwieranymi przy pomocy szponu. I tym razem czerniało coś w oddali, aczkolwiek trudno było dostrzec szczegóły. Zmartwiło mnie to, bowiem oznaczać to mogło, że bez klucza nie dostaniemy się dalej. Póki co jednak miałem inne kłopoty. Otóż, Freya, niezbyt doświadczona w myszkowaniu po norskch podziemiach, nieostrożnie nadepnęła na płytę naciskową i uruchomiła pułapkę, która omal mnie nie rozcięła na pół. Odskoczyłem od ostrza, które nagle wypadło ze ściany, a wokół nas rozległ się nagle straszny hałas przemieszczających się z lewa na prawo, ruchem wahadłowym ostrzy. Jak w Czarnygłazie!

     Freya spojrzała na nas przepraszającym wzrokiem, po czym skierowała go na wahadłowo poruszające się pułapki. Przez chwilę oceniała w myślach swoje możliwości, zerkając na swą ciężką zbroję, ale w końcu z rezygnacją potrząsnęła głową.

     - Ja tam nie wchodzę! – oświadczyła. – Źle by się to dla mnie skończyło…

     Uśmiechnęliśmy się, bo zabrzmiało to dość zabawnie. Ale miała rację. W ciężkiej zbroi trudno było się szybko poruszać, a tu potrzebna była przede wszystkim zwinność. Wzruszyła ramionami i wskazała na mnie palcem.

     - Jeśli któreś z nas jest w stanie przedrzeć się przez tę pułapkę, to ty!
Widać, mój niedawny, mimowolny popis zrobił na niej spore wrażenie. Uznała mnie za jakiegoś superbohatera. Tymczasem ona wytężyła wzrok i wbiła go w przeciwległy koniec promenady.

     - Głowę dam, że ta dźwignia zatrzymuje te ostrza – odezwała się, wskazując na ledwo widoczny mechanizm. – Póki co, chyba tu zostanę…

     - Brawo! – uśmiechnęła się Lydia. – Prawdopodobnie tak właśnie jest. Ty, czy ja? – spytała, zwracając się do mnie.

     - Oczywiście, że ja – odparłem. – Nie dam sobie odebrać tej przyjemności.

     Tak naprawdę, zwyczajnie balem się o Lydię. Wiem, niepotrzebnie. Zrobiłaby to równie sprawnie, a może nawet lepiej ode mnie. Ale zawsze, gdy narażała się na niebezpieczeństwo, ja wewnątrz truchlałem ze strachu. Teraz rozumiałem jej obsesję na punkcie mojego bezpieczeństwa. Rozumiałem, bo czułem to samo. I też od samego początku naszej znajomości.

     Podałem jej swój łuk i kołczan. Tarczę chwyciłem tak, żeby uderzające żelazo osunęło się po niej. Po czym stanąłem przed pierwszą przeszkodą i zacząłem ją uważnie obserwować, kołysząc się lekko w jej rytm. Zamierzałem pokonać każdą z nich z osobna, ale moja podświadomość nagle kazała mi wyprysnąć do przodu i przebiec przez całą promenadę od razu. Ten sprytny umysł, który siedzi głęboko w człowieku, okazał się być mądrzejszy ode mnie. W mig zauważył okazję i nakazał mi ruszyć w odpowiedniej chwili. Żadne z ostrzy nie zdołało mnie dotknąć.

     Po drugiej stronie ujrzałem wyjście. Wcale nie były to Smocze Wrota, lecz żelazna krata. Same wrota leżały w szczątkach u moich stóp. Widać ktoś, kto nie potrafił ich otworzyć i po prostu je rozbił. Jeszcze omiotłem wzrokiem otoczenie, czy przypadkiem nie znajdę charakterystycznych otworków, wydmuchujących zatrute strzałki, ale niczego takiego nie było. Nie wiedziałem, jak unieść kratę, ale ten problem rozwiązał się sam, gdy przesunąłem dźwignię. Rzeczywiście, zatrzymała ona poruszające się ostrza, a dodatkowo krata uniosła się, otwierając przejście.

     Moje towarzyszki bez pośpiechu przespacerowały wolną od pułapek promenadą. Lydia podała mi łuk i kołczan, Freya natomiast uśmiechnęła się do mnie z wdzięcznością i podziwem.

     - Dziękuję – rzekła, wskazując na mechanizm.

     Zapewne czuła się odpowiedzialna za uruchomienie pułapki. Niepotrzebnie. I mnie zdarzyło się przecież nieraz nie zauważyć jakiejś płyty. Tymczasem ona omiotła wzrokiem przejście.

     - Wygląda na to, że Miraakowi bardzo zależało, aby nikt się do niego nie zbliżył – mruknęła. - Miejmy nadzieję, że więcej pułapek nie ma…

     Cóż, nie zamierzałem zaniechać uważnego spoglądania pod nogi. Chwyciłem swój łuk, nałożyłem dwemerską strzałę i ruszyłem przodem. Korytarz opadał lekko, skręcił w lewo i niespodziewanie skończył się drewnianą, masywną bramą z żelaznymi okuciami.

     Prowadziła ona do niedużej komnaty, w której czatował na nas draugr. Dwie strzały położyły go na miejscu, a my uważnie rozejrzeliśmy się po pomieszczeniu. Spełniało ono prawdopodobnie rolę strażnicy, albo posterunku wartowniczego, bowiem przejście do następnej komnaty było zamknięte, a uchwyt, otwierający żelazną kratę, umiejscowiony był przy kamiennym siedzisku, tuż pod ręka strażnika. Za kratą znajdował się drewniany, zwodzony most, prowadzący do kolejnej komnaty. Opadł sam, gdy tylko zbliżyłem się do niego, odsłaniając wnętrze pomieszczenia. A ono składało się głównie z szerokich schodów i aż trzech przejść, również zasłoniętych zwodzonymi mostami.

Komnata z trzema pomostami - Solstheim, Świątynia Miraaka

     Zszedłem nieco niżej, zastanawiając się, gdzie może znajdować się mechanizm zwalniający, gdy niespodziewanie wszystkie trzy mosty opadły, a za nimi ukazały się draugry. I to nie byle jakie!

     Dwie strzały syknęły w powietrzu jednocześnie. Obie trafiły. Nieumarli zaczęli rozglądać się wokół, swymi pustymi oczodołami, wypełnionymi błękitną poświatą. To dało nam okazję do powtórzenia salwy. Tymczasem trzeci zauważył nas i ruszył niezdarnym, kaczym chodem w naszym kierunku. Komnata była jednak na tyle obszerna, że miał długą drogę do przebycia. Dało nam to okazję do jeszcze jednego strzału. Oba trafiły i dwaj nieumarli na szczycie schodów osunęli się na ziemię. A my wzięliśmy na cel trzeciego.

     Freya ścisnęła mocniej miecz. Lydia i ja rozsunęliśmy się trochę, dając jej, jakby zaszła taka potrzeba, możliwość ataku. Gdyby nie udało się położyć draugra strzałami, to na niej spocząłby obowiązek zatrzymania go, przynajmniej do chwili, gdy my dobylibyśmy swoich mieczy. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Pan Śmierci zdołał ledwo dojść do końca mostu, gdy poświata w jego oczodołach zgasła. Odzyskał wolność.

     Wspięliśmy się na jeden z mostów. Wszystkie trzy prowadziły do sporego przedsionka. Za nim w ścianie tkwiła brama. Zapewne wejście do sanktuarium Miraaka. Ale, o dziwo, za nią znajdował się wąski, kamienny most, otoczony żelazną kratą w formie tunelu. Prowadził nad jakimś rozległym pomieszczeniem, w którym panował straszny nieład. Najbardziej jednak uderzył nas widok kilku ludzkich szczątków, przykutych od krat. Nie mieliśmy wątpliwości, jaki los spotkał tych nieszczęśników.

Most otoczony kratą. Widoczne ludzkie szczątki - pozostałości smoczego kultu

     - Nie wiem, jakaż to wiedza pchnęła Miraaka do buntu przeciwko smoczym panom – mruknęła Freya, nie potrafiąc opanować dreszczu. – Widzę jednak, że okrucieństwo było w nią wpisane. Może dowiemy się, co tu niegdyś zaszło…

     Most prowadził do niewielkiego pomieszczenia, jakby przedsionka. I z niego wyszło na nas aż sześć szkieletów. Maszerowały jak oddział wojska, prosto na nas. Widok dla nie przyzwyczajonych do takich scen oczu był wręcz makabryczny. Freya nie potrafiła opanować okrzyku przerażenia, na widok maszerujących ku nam, uzbrojonych kościotrupów, zgrzytających starymi, poszarzałymi kośćmi. Przesunąłem się maksymalnie w lewo, na ile pozwalał mi wąski tunel, utworzony przez kratę, Lydia zajęła pozycje po mojej prawej ręce, nieco z tyłu. Zaczęliśmy strzelać na zmianę.

     Szkielet nie jest groźnym przeciwnikiem. Jedna strzała, wypuszczona ze szklanego łuku, to aż nadto na niego. Szyliśmy więc na zmianę. Najpierw ja – szkielet rozsypywał się, odsłaniając następnego. Tego kładła Lydia, potem znowu ja. Przypominało to pracę w manufakturze - rytmicznie, krok za krokiem, systematycznie oczyściliśmy przejście z nieumarłych. Freya z podziwem kręciła głową. Mruknęła coś o zawodowcach, ale nie wychwyciłem wszystkich słów.

     Po lewej stronie przedsionka znajdował się opadający tunel. Przejście wypadło obok dwóch, wmurowanych w ścianę sarkofagów. Chwilowo łuki powędrowały na ramiona, w naszych rękach znalazły się miecze i tarcze. Freya przysunęła się nieco bliżej.

     Nie wiem, jak nieumarli to wyczuwają. Sarkofagi niemal zawsze otwierają się wtedy, gdy człowiek zbliży się do nich na kilka kroków. Tym razem też oba wieka odskoczyły jednocześnie. Uderzyłem na oślep, zanim jeszcze opadł kurz i poczułem opór. Rozdzieracz Chłodu sparaliżował draugra, pozwalając mi na wbicie mu miecza w kark i zgaszenie poświaty w jego oczach. Po drugiej stronie Lydia trzasnęła drugiego Mieczem Wampira tak mocno, że chrupnęła czaszka. Freya poprawiła w bark. Draugr osunął się na ziemię.

     Ruszyliśmy dalej. Korytarz skręcił w lewo, lekko się wznosząc, po czym zamienił się w naturalny, dość przestronny chodnik. Stały tu jakieś zniszczone sprzęty.

     - Ciekawe – mruknęła Freya. – Może warto się tu rozejrzeć?

     Skinąłem głową. Nigdy nie wiadomo, co znajdzie się w norskich podziemiach. Omiotłem z pajęczyn zniszczone regały. Na jednym leżał zakurzony, ale cały klejnot duszy. I to całkiem spory. Z pewnością pomieściłby niedźwiedzią duszę. Za nim nieco zetlała, rozsypująca się sakiewka, a w niej kilkanaście złotych monet. Lydia i Freya dobrały się do ksiąg.

     Słyszałem, jak Lydia tłumaczy naszej towarzyszce coś o księgach czarów. Tamta westchnęła z niedowierzaniem i spojrzała na mnie z podziwem. Po czym schwyciła dwie ze znalezionych ksiąg i podeszła z nimi do mnie. 

     - Czułam, że coś tu będzie – oświadczyła, przyglądając mi się uważnie. – Znasz te zaklęcia?

     Rzuciłem okiem na księgi. Nie pamiętam już, jakich zaklęć dotyczyły, ale znałem je oba. Zdaje się, że jedno z nich dotyczyło Płomienia Świecy, którego nauczyła mnie jeszcze nieodżałowana Mirabelle. Odłożyliśmy księgi  na regały, nie chcąc się nimi obciążać. Lydia znalazła tymczasem dwa kolejne woreczki złota, w sumie chyba trzydzieści parę septimów.

     Dalej podziemia rozszerzyły się w dziwaczne pomieszczenie, ze schodami, które przypominało mi posterunek strażniczy. Dobrze, że szliśmy cicho. Dwaj kultyści nie zauważyli nas. Zginęli niespodziewanie od szklanych strzał. Draugr, który pojawił się nie wiadomo skąd, stoczył pojedynek z Freyą. Mogliśmy ją wspomóc, ale widząc, że radzi sobie doskonale, nie wtrącaliśmy się do pojedynku. I słusznie. Gdy oczy nieumarłego zgasły, jej pokraśniały dumą zwycięstwa. Należało jej się.

     Korytarz w tym miejscu rozdzielał się. Schody prowadziły w górę, chodnik w dół. Ruszyłem najpierw w dół, ku ciemnej jamie, ale szybko zorientowałem się, że to ślepy zaułek. Za to potknąłem się o leżący na dnie wielki, stalowy miecz. Podniosłem go i przyjrzałem mu się z ciekawością. Mienił się zaklęciem mrozu i to potężnym. Cenne znalezisko. Był jednak zbyt ciężki, by się nim obarczać. Nie wiedziałem, co z nim zrobić. W końcu Freya zaofiarowała się że poniesie go na plecach.

Zejście do piwnic

     Wspięliśmy się na schody, prowadzące na kamienny taras. Tam niespodzianka – następne schody, w dodatku dość strome, prowadzące w dół.

     - Wygląda jak zejście do piwnic – szepnęła Lydia.

     Istotnie, bardzo trafne porównanie! Ostrożnie stawiając stopy na wąskich stopniach, ruszyłem do podziemi.

     - Ile jeszcze to może mieć kondygnacji? – usłyszałem jeszcze szept Frei. – Znam legendy o potędze Miraaka, ale nie sądziłam, że był w stanie zbudować tak olbrzymią świątynię.

     Powoli schodziliśmy na dół. Robiło się coraz chłodniej.

     - Jesteśmy już blisko – szepnęła Freya. – Czuję to w kościach.

     Uśmiech przewinął się przez twarz Lydii. Fakt, mnie też to stwierdzenie wydało się zabawne, bo zupełnie nie pasowało do młodej dziewczyny, raczej do starca. Jednak zaraz spoważniała, pociągnąwszy nosem.

     - Nie podoba mi się to – mruknęła, mrużąc oczy.

     Nigdy nie lekceważyłem jej przeczuć. Choć Lydia nie miała żadnych magicznych zdolności, instynktownie umiała wyczuć niebezpieczeństwo. Zawsze po takim stwierdzeniu napotykaliśmy się na coś dziwnego. Tak też było tym razem, gdy znalazłszy się na samym dole, naszym oczom ukazała się komnata, jakiej się nie spodziewaliśmy. Przed nami znajdował się wmurowany w ścianę sarkofag, a na prawej ścianie pięć następnych. Zapowiadało to spore kłopoty. Łuki powędrowały na plecy. Dobyliśmy mieczy.

     - Wiedziałam, ze Miraak zwrócił się przeciwko smoczemu kultowi – szepnęła Freya z przejęciem, wpatrując się w górę. – Ale ten widok jest straszny…

     Podniosłem wzrok. Rzeczywiście, pod sklepieniem tkwił ogromny szkielet smoka, upozowany z rozłożonymi skrzydłami, jak myśliwskie trofeum. Ani chybi tym właśnie był.

     - Nie dziwię się, że smoki spaliły tę świątynię do gołej ziemi – dodała. – Też bym się wściekła, widząc takie trofea…

     Dalej nie słuchałem. Bezwiednie opuściłem gardę i wyprostowałem się. Westchnąłem przeciągle. Lydia zerknęła na mnie zaniepokojona., ale zaraz zrozumiała, co się ze mną dzieje. Widziała to już wiele razy.
Usłyszałem Zew. W mojej głowie rozbrzmiał chór pradawnych herosów. Wołało mnie Słowo!

     Smoczą Ścianę zlokalizowałem szybko. Znajdowała się w głębi komnaty, po lewej stronie. Podszedłem do pulsujących znaków. Słowo oderwało się od ściany i wniknęło we mnie. Usłyszałem jeszcze ostatnią kodę chóru i na chwilę zrobiło mi się ciemno przed oczami.

     - Mul – szepnąłem. – Siła…

     Ale jedna z wchłoniętych uprzednio smoczych dusz użyczyła mi zrozumienia tego Słowa. To nie była zwykła, ludzka siła. Tamto słowo, Fus, poznałem przecież już dawno temu. To była siła smoka! Ten krzyk, zwany przez kronikarzy Aspektem Smoka, ujawniał prawdziwą naturę Smoczych Dzieciąt – smoczą naturę. Poczułem bowiem w sobie siłę dominacji nad resztą istot. Poczułem się ich panem. Poczułem swą potęgę…
Trwało to krótko i całe szczęście, bowiem nagle z sarkofagów zaczęły odpadać wieka.

     - Coś jest nie tak! – krzyknęła zaskoczona Freya. – Gotuj się!

     W przeciwieństwie do niej, Lydia spodziewała się takiego obrotu sprawy. Pierwszy draugr jeszcze nie wylazł ze swego leża, gdy dostał morderczy cios Miecza Wampira w szyję, a potem jeszcze jeden. Nieumarły padł, a Lydia zajęła się następnym. Freya odważnie doskoczyła do niej i wspomogła ją z drugiej strony. Ja zaś odruchowo zasłoniłem się przed ciosem ebonowego miecza i władowałem szklany sztych prosto w pierś najbliższego draugra. Weszło jak w masło, prawie bez oporu, ale magiczny ładunek zmroził go i nieco spowolnił. Poprawiłem przez głowę i jeszcze raz. Padł, a ja doskoczyłem do następnego. W ostatniej chwili, bowiem zamierzał się już w kark Frei. Odruchowo stanęliśmy plecami do siebie, wzajemnie chroniąc swe tyły. Freya walczyła z jednym, Lydia z drugim, a ja z dwoma jednocześnie. Pracując na zmianę tarczą i mieczem, zdołałem wyeliminować jednego z nich. Drugiego uśmierciliśmy wespół z Freyą, która uporawszy się ze swoim przeciwnikiem, pospieszyła mi z pomocą. Lydia, jak się można było tego spodziewać, położyła swojego niemal bez wysiłku.

     Odetchnęliśmy. Lydia i ja z ulgą, Freya z przerażeniem. Widok atakujących ją zwłok zapewne przez najbliższy czas będzie ją prześladował w snach. Mimo to, jak na norską wojowniczkę przystało, dzielnie nam sekundowała, pokonując swój lęk w podziwu godny sposób. Zresztą, odniosłem wrażenie, że już się przełamała.

     Rozejrzałem się wokół. W sarkofagu naprzeciw wyjścia znajdowały się żelazne drzwi. Próbowałem je otworzyć, ale bezskutecznie. Były zaryglowane. Widząc moje wysiłki, Lydia schyliła się do najbliższych zwłok i zaczęła je badać końcem miecza, starając się jak najmniej dotykać nieumarłych. Nawet ona czuła wstręt, pomimo tylu wygranych z nimi pojedynków. Ja zacząłem przeszukiwać następnego. W końcu, przy jednym z nich znalazłem żelazny klucz. Pasował. Jeden obrót, drugi, potem metaliczny szczęk, głośny zgrzyt i drzwi stanęły otworem, odsłaniając spore pomieszczenie, które nie mogło skojarzyć się z niczym innym, jak tylko jadalnią. Stał tutaj podłużny, kamienny stół, resztki drewnianych krzeseł, a na blacie, pod kurzem i pajęczynami, szczątki naczyń, talerzy i nawet kilka zasuszonych kawałków czegoś, co mogło kiedyś być potrawą. Nikogo w nim nie było. Na ścianie znajdowały się kolejne żelazne drzwi, prowadzące do jeszcze większego refektarza, w którym stały aż trzy stoły. Stamtąd można było przejść do kuchni, ale innego wyjścia nie było. Próżno przeszukiwaliśmy każdy zakamarek, omiataliśmy ściany z pajęczyn, szukając jakiegoś ukrytego uchwytu, dźwigni, czy choćby dziury w ścianie, przez którą można się przecisnąć. Freya nie kryła rozczarowania.

     - Ślepy zaułek? – jęknęła. – Niemożliwe! To na pewno nie wszystko…

     I z nadzieją spoglądała na nas, jak na cudotwórców, którzy nagle wyczarują jej przejście. A my nie zważając na jej pojękiwania, szukaliśmy dalej. Też wydało nam się to dziwne. Na pewno było tu jakieś przejście. Inaczej cały ten ciąg pomieszczeń nie miałby żadnego sensu. Gdzieś tu przecież musiała znajdować się część centralna, jakaś siedziba Miraaka, albo jego sanktuarium.

     Minęło trochę czasu, zanim udało nam się znaleźć wąski i ciemny korytarzyk. Niestety, ślepy, co odkryło moje czoło. Przydało mi się zaklęcie Płomień Świecy, które rozjaśniło mrok, a także Płomienie, którymi omiotłem korytarzyk, paląc zasłaniające widok pajęczyny. Trud opłacił się. Lydia znalazła przycisk. Trudno było go dostrzec, bowiem znajdował się w zagłębieniu w ścianie. Ja go przeoczyłem. Po wciśnięciu, dochodzący z jadalni chrobot dal nam znać, że przycisk uruchomił jakiś mechanizm. I Freyę również, bowiem roześmiała się o wiele za głośno.

     - Wiedziałam! W jadalni otworzyło się przejście! To musi być tam!

     Lydia uciszyła ją gestem. Freya, zawstydzona, zakryła usta dłonią, ale oczy jej się śmiały, gdy wskazywała na otwór w ścianie. To było ukryte przejście. Ukryte tak dokładnie, że go nie dostrzegliśmy. Kamienna płyta o nieregularnym kształcie, wcale nie wyglądała na ruchomą. Przechodząc wąskim otworem, rzuciłem okiem na jej brzegi. Były obrobione tak precyzyjnie, że zapewne nawet włosa nie dało się wcisnąć, gdy była zamknięta.

     Dalej krótki, na pół naturalny chodnik prowadził do okrągłej komnaty. Pod ścianą stały w równych odstępach kamienne postumenty, a na niektórych z nich widać było resztki zniszczonych ksiąg. Niestety, nieczytelnych. Wszystko wyglądało, jak strawione ogniem. Tu zapewne odbywały się jakieś rytuały, albo po prostu studiowanie ksiąg. Przejrzeliśmy je, w nadziei, że uda nam się coś znaleźć, ale spotkało nas rozczarowanie. Zwęglone kartki rozsypywały się nam w palcach.

     - Może jest tu jakiś tekst, który rzuciłby światło na historię Miraaka?... – zastanawiała się nasza towarzyszka, ostrożnie łapiąc ostatnią księgę.

     Ta jednak rozleciała jej się w rękach. Westchnęła ciężko.

     - Same zniszczone książki…

     Z nosem na kwintę podążyła za nami do sąsiedniego pomieszczenia. To miało w podłodze kratę, zasłaniającą prowadzący w dół szyb. Widać było drewniane, kręcone schody. Przy ścianach stały zaś trzy dziwne rzeźby, nie wiadomo co przedstawiające. Według mnie, były to łby jakiegoś nieznanego mi gatunku ogromnej ryby, ale wiedziałem, że się mylę. Wykonano je zbyt starannie, a kamienne oczy spoglądały zbyt rozumnie. Freya również zaczęła się zastanawiać nad ich wyglądem.

     - Nie poznaję tych posągów – mruknęła, marszcząc brwi. – Kilka podobnych widziałam po drodze, ale im dalej idziemy, tym ich więcej.

     Rozejrzała się ze źle skrywanym lękiem.

     - Nie podoba mi się to miejsce – szepnęła. – Mam paskudne wrażenie, że te posągi zaraz ożyją.

     Na domiar złego, odkryła ona, że dźwignia, zapewne otwierająca kratę, znajdowała się w pysku jednego z nich. Wyciągnęła ku niej rękę, ale zaraz ja cofnęła. Zawahała się, po czym uśmiechnęła się do mnie.

     - To chyba jedyna droga – westchnęła. – Czyń honory z tą dźwignią, Ja ręki w paszczę tego potwora nie wsadzę…

     Była przesądna, jak każdy Nord. Niemal każdy. Lydia zbyt wiele widziała w życiu, by karmić się zabobonami. Zerknęła tylko, czy nikt nie stoi na kracie i pociągnęła za dźwignię. Krata rozsunęła się.

     Szyb był piętrowy. Na samym dole okazało się, że przejście prowadzi do kolejnego, prowadzącego jeszcze niżej. Ten zaś zawiódł nas do dwu sąsiadujących ze sobą, okrągłych komnat. Każda z nich miała drewnianą podłogę, z promieniście ułożonych desek, a na środku płonący znicz, w kształcie otwartego smoczego pyska. Widać było, że ktoś dba o te pomieszczenia i utrzymuje je w porządku. Kto? Wiadomo, nieumarli…

Jedna z okrągłych komnat w Świątyni Miraaka

     - Ta cisza jeży mi włosy na karku – mruknęła Freya. – Ale mam wrażenie, że niedługo zostanie zmącona. Miej broń w gotowości…

     Roześmiałem się tylko na tę radę. Oboje z Lydią mieliśmy stale broń w gotowości. Wiedzieliśmy dobrze, że norskie podziemia potrafią zaskakiwać niebezpieczeństwem. Po prostu, nie było tego po nas widać, bo zamiast ściskać miecze w dłoniach, jak robiła to Freya, nosiliśmy je poluzowane w pochwach, gotowi sięgnąć po nie w każdej chwili. Doświadczenie nauczyło nas, że tak jest najbezpieczniej.

     Korytarz, prowadzący z komnaty, kończył się ślepo, jednak na kolumnie wisiał uchwyt na łańcuchu. Po pociągnięciu zań, otworzyło się ukryte przejście, odsłaniając kręcone schody w dół. Na samym dole znajdowały się drewniane drzwi. A za nimi…

     Ech, co to była za jaskinia! Raczej galeria! Wyobraźcie sobie długi, bardzo długi i szeroki korytarz, wznoszący się lekko ku górze, wysypany równo grubym żwirem, a sklepienie podparte naturalnymi kolumnami. W korytarzu tym znajdowały się dziwaczne ozdoby, wykonane ze smoczych kości. Wyglądało ono, jakby przeznaczono je do uroczystych procesji, połączonych z tajemniczymi obrzędami. Zresztą, sporej wielkości znicz płonął już na początku, zaraz za drzwiami, a w oddali było widać światła kolejnych. I było widać coś jeszcze. Ruch. Dwa draugry spacerowały po tamtej stronie. Było daleko, niemożliwe więc, by nas dostrzegły, ale my widzieliśmy je wyraźnie.

     Nie trzeba było komendy. Dwie elfie strzały powędrowały na cięciwy. Oboje wybraliśmy właśnie te, bo niosły najdalej i najcelniej. Obie jednocześnie wystartowały, z cichym, złowrogim sykiem. I obie trafiły. Mój draugr padł od razu, zajmując się płomieniem. Ten, którego na cel wzięła Lydia, okazał się być silniejszy. W świetle płomieni, jakie objęły go po trafieniu, zdołałem się zorientować, że to władający Głosem Pan Śmierci. Nie zwlekając więc, poczęstowałem go drugą strzałą. Ta go położyła. Ale to jeszcze nie był koniec walki. Gdy przeszedłszy wielką galerię, dotarliśmy do szerokich, wznoszących się schodów, pojawił się na nich następny, w dodatku w towarzystwie czterech szkieletów. Udało nam się położyć wszystkich strzałami, zanim się do nas zbliżyły. Ale Lydia wskazała coś na szczycie schodów. Był tam kamienny sarkofag. W takich miejscach spoczywały zwykle najsilniejsze draugry i smoczy kapłani. I tak też było tym razem, bowiem gdy ze strzałami na cięciwach wspięliśmy się na schody, wieko odskoczyło z hukiem i z kamiennego grobu wygramolił się Suweren Śmierci.

     Na szczęście, byliśmy na to przygotowani. Dwie celne strzały, potem dwie następne. Wystarczyły. Więcej nieumarłych w galerii nie było.

     Za sarkofagiem stał drewniany kufer. Co byliby z nas za eksploratorzy, gdybyśmy go nie zbadali? Ebonowy łuk, jaki z niego wyciągnąłem, jarzył się błękitnym blaskiem zaklęcia magii. Łuk Unieważnienia, jak go nazywano, odbierał magię celu. W walce z magami wręcz nieoceniony, ale dla nas nieprzydatny. Mimo wszystko, niezwykle cenny. Na tyle cenny, że postanowiłem go zabrać.

     Za kufrem znajdowały się drzwi. Kamienne. Ale dały się otworzyć, odsłaniając kręty, wąski, lekko opadający, naturalny chodnik. Ten właśnie doprowadził nas do kresu podróży.

     Komnata była niewielka, okrągła, ze wszystkich stron otoczona delikatną, koronkową kratą, stylistycznie nawiązującą do budowli wokół Kamieni Żywiołów, tyle że delikatniejszą i cieńszą. Na samym środku znajdował się postument z czarnego kamienia, a na nim leżała rozłożona księga. Wielka księga, oprawiona w skórę i napisana na pergaminowych kartach. Z pewnością bardzo stara.

Świątynia Miraaka - główne sanktuarium. Widoczna Czarna Księga

     I trochę dziwna. Chwilami wydawała się rzeczywista, ale za moment sprawiała wrażenie iluzji, jakby stawała się przezroczysta. Lydia spoglądała na nią nieufnie, Freya z zafascynowaniem.

     - To miejsce jest przesiąknięte mroczną magią – szepnęła z przejęciem. – Ta księga… Coś z nią nie tak… Niby jest, a niby jej nie ma.

     Widać, nie tylko ja to zauważyłem. Miała też rację, co do tego miejsca – całe pomieszczenie wibrowało od magii. I to raczej nieprzyjaznej.

     Z ciekawością wziąłem księgę do rąk. Była bardzo ciężka. Rzuciłem okiem na tytuł, ale zapisana była znakami zupełnie dla mnie niezrozumiałymi. I nagle poczułem, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Świat wokół mnie zaczął robić się przezroczysty, jakby rozwiewał się w czarny dym. Zdołałem jeszcze usłyszeć Freyę.

     - To może być księga, której szukamy…

     Urwała zdziwiona, patrząc na mnie. Widziałem jeszcze Lydię, jak rzuca się w moją stronę, chcąc mnie złapać, a potem otoczyła mnie ciemność.

     Nie na długo, już po chwili ujrzałem przed sobą jakąś dziwną krainę, w nieznanym mi miejscu. Czyżby to była Otchłań? Pode mną kamienna, równa, błyszcząca posadzka, nade mną jaskrawozielone niebo, a przede mną jakieś dziwne, koronkowe budowle, jakieś dwa włochate potwory, wyglądające jak obrośnięte długim włosem duchy. I postać w masce. Wysoka postać w długim płaszczu i masce, nieco przypominającej maski kultystów. W każdym razie, w tym samym stylu. I wszystko jakieś przyciemnione, jakby w nocy.

     Wiedziałem, kto to jest. Wyczułem to podświadomie. To był Miraak!

     Gdy zjawiłem się w tej krainie, mówił właśnie coś do obu stworów.

     - Wkrótce nadejdzie czas, gdy…

     Tu urwał, bowiem przed nim nagle wylądował smok. Tak po prostu, jakby była to najzwyczajniejsza rzecz na świecie. 

     - Co? – spytał zdziwiony Miraak.

     Smok, o dziwo, skłonił mu się z szacunkiem i spojrzał na mnie. Miraak, biegnąc oczami za jego wzrokiem, obrócił się. I wtedy mnie dostrzegł.

     Zareagował bardzo szybko. Poraził mnie błyskawicą, która rzuciła mnie na kolana. Upadłem na twarz, sparaliżowany gwałtownym wyładowaniem, dopiero po chwili mogąc się dźwignąć. Jednocześnie wokół mnie zrobiło się jaśniej, jakby ktoś zdjął z moich oczu ciemny kir.

     - Kim jesteś, że ośmielasz się tu wkraczać? – zahuczał Miraak niskim, głębokim głosem, wznosząc dłoń do zadania drugiego ciosu.

     Jednak jego ręka zawisła w powietrzu, jakby się zawahał. Nie wypuścił drugiej błyskawicy. Opuścił dłoń i odezwał się z wyraźnym przekąsem.

     - Ach… Jesteś Smoczym Dziecięciem – pokiwał głową. – Czuję to. A jednak…

     Uczynił głową gest niedowierzania. Wbił we mnie wzrok i wydawało mi się, że prześwietla mnie na wylot. Nie widziałem jego twarzy, ale czułem jak jego spojrzenie bada mnie i sprawdza. Starałem się wyglądać spokojnie. Tak spokojnie, jak tylko umiałem. Zdawałem sobie bowiem sprawę, że to nie jest zwykłe spotkanie. To pojedynek. Nie na miecze, ani magię – to było starcie na siłę charakteru. I czułem, że je przegrywam.

     - A więc Alduin zginał z twojej ręki – rzekł wolno. – Dobra robota…

     Dostrzegłem cień podziwu w jego głosie, ale zaraz wzruszył ramionami.

     - Sam mogłem to zrobić, gdy jeszcze chodziłem po ziemi – oświadczył niedbale. – Ale wybrałem inną drogę. Nie wiesz nic o prawdziwej mocy, jaką może władać Smocze Dziecię – dodał kpiącym głosem.

     Nabrał powietrza.

     - Mul! Qah! Diir! – krzyknął nagle, aż skuliłem się odruchowo.

     Ale nic mi się nie stało. Zamiast tego, wokół ciała Miraaka pojawiły się świetliste elementy smoczego ciała – skrzydła, jakieś kostne wyrostki, rogi. Zupełnie, jakby zamienił się w smoka, ale nie do końca cieleśnie. Odniosłem wrażenie, że nie potrzebuje przybierać smoczej postaci, aby stać się dovą. Że dysponuje tą samą silą, co smoki, ale pozostaje w postaci znacznie praktyczniejszej i poręczniejszej – swojej własnej.

     Przemknęło mi przez myśl, że zanim stanę z nim do prawdziwego pojedynku, muszę poznać dwa pozostałe słowa Aspektu Smoka. Jak widać, był to niezwykły Krzyk. Pomimo, że usłyszałem go w całości, w mojej głowie nie odbiły się one echem, jak stało się to niegdyś w przypadku Smokogrzmotu. Wyraźnie nie były dla mnie przeznaczone. Swoje przeznaczenie muszę odnaleźć sam, na Smoczych Ścianach. Tylko gdzie ich szukać?

     Później. Na razie trwał pojedynek na spojrzenia. Przywołałem w myślach prośbę o opiekę Akatosha, ojca smoków, potem Kynaret, z którą łączyły mnie więzi Głosu. Poczułem się pewniej. Na myśl przyszła mi Meridia i nagle wydało mi się, że owa łagodna daedra stoi tuż za mną i wspiera mnie w tej walce. Przywołałem w myślach Azurę. W mojej wyobraźni, stanęła za moimi plecami, obok swej siostry. Poczułem się, jakby obie naprawdę tam stały, wspierając mnie w tym pojedynku.. Mój wzrok zapewne zhardział, a przynajmniej bardzo tego chciałem. Niestety, zapewne w rzeczywistości wciąż wyglądałem jak przestraszony kurczak.

     - Ta kraina jest dla ciebie zbyt potężna – odezwał się nagle Miraak. – Nie masz tu żadnej mocy. Solstheim… - pokiwał głową – też będzie należeć do mnie, to tylko kwestia czasu. Już kontroluję umysły jego mieszkańców. Wkrótce dokończę budowę mojej świątyni i będę mógł wrócić do domu.

     Odwrócił się ode mnie, jakby znudziło go moje towarzystwo i zwrócił się do jednego z włochatych potworów.

     - Odeślij go tam, skąd przybył – machnął ręką w moją stronę.

     Po tych słowach zaczął oddalać się wolnym krokiem. Audiencja była skończona.

     - Może oczekiwać mojego przybycia wraz z resztą Tamriel – rzucił jeszcze na odchodnym.

     Potwór skierował dłoń w moją stronę. Nie wiem, co to była za magia. Posłał ją w moją stronę, a ja poczułem się, jakby poraziły mnie błyskawica, płomienie i mróz – wszystkie naraz. Ból był paraliżujący, ale na szczęście trwał krótko. Tajemnicza kraina rozwiała się, a ja znalazłem się na powrót w świątyni Miraaka.

poniedziałek, 2 października 2017

Rozdział II - Freya

     Ruszyłem w stronę zachodniego wybrzeża. Nie było daleko. Zaczynało już zmierzchać, gdy stanąłem na skraju osady i przyjrzałem się robotnikom, krzątającym się wokół artefaktu. Kamień Ziemi był zielonkawy i wyraźnie promieniował magią. Kapliczka wokół niego była zwykłym, okrągłym i płytkim, kamiennym basenem, wypełnionym morską wodą. A wokół niego, niemrawo poruszali się budowniczowie, kując, stukając i obudowując kamień jakąś niesamowitą kamienną konstrukcją, bogowie raczą wiedzieć po co. Wyglądało to, jakby otaczali go kamienną koronką, czy raczej klatką. Jeszcze bardziej zdziwił mnie sposób, w jaki się poruszali. Jak dwemerskie automaty. Sztucznie, mechanicznie… I od razu poczułem, że coś tu jest nie tak. Oni są pod wpływem jakiejś magii!

     Podszedłem bliżej.

     Niestety, moje podejrzenia były słuszne. Wystarczyło spojrzeć na zamglony i nieobecny wzrok każdej z tych postaci. Niemłoda już Dumnerka, znajdująca się najbliżej mnie, mruczała coś pod nosem. Nadstawiłem uszu.

Solsheim, Krucza Skała. Kamień Ziemi. Widoczne rusztowanie i kamienna konstrukcja, budowana przez zniewolonych Dunmerów

     - Tu, w jego kaplicy – szepnęła.

     - Słucham? – spytałem.

     Ale odpowiedzi nie było. Zamiast niej odezwał się jakiś gwardzista w chitynowej zbroi.

     - Oni o tym zapomnieli…

     - O czym zapomnieli? – spytałem.

     - Tu trudzimy się… - odparł gwardzista.

     - O czym ty mówisz? – spojrzałem w jego oczy, ale te przesunęły się po mnie, wcale mnie nie zauważając.

     - Byśmy mogli pamiętać… - szepnęła Dunmerka

     - Nocą odzyskamy… - dodał gwardzista.

     Zrozumiałem. Oni nie mówili do mnie. Oni mówili do siebie, albo do kogoś, kogo usłyszeć nie byłem w stanie. Brzmiało to, jakby ktoś podawał im hasło, a oni od razu podawali odzew. Każde z osobna. Ich nieprzytomny wzrok upewnił mnie, że są obłąkani, albo pod wpływem narkotyku. Może nie narkotyku, lecz magii – nieważne, w każdym razie zostali oni w jakiś sposób zniewoleni. Jak draugry, pozbawieni swej woli, choć niewątpliwie wciąż żywi.

     Próbowałem zaczepić kilka innych postaci, ale bezskutecznie. Byli jak nieobecni, wpatrzeni tępo przed siebie i machinalnie pracujący, jak w transie. Co się tu stało?

     Podszedłem do Kamienia Ziemi. Wyciągnąłem ku niemu dłoń, ale zaraz ją cofnąłem. Magia, którą wibrował głaz, wcale mi się nie spodobała. Wyczułem w niej zło.

     Gdyby nie studia na Akademii w Zimowej Twierdzy, gdyby nie cierpliwość Tolfdira, Faraldy, czy nieodżałowanej Mirabelle, moja przygoda na ziemi skończyłaby się w tym momencie. To kamień był bowiem źródłem ich obłąkania. A raczej nie on sam, tylko moc, która go zbrukała i w tajemniczy sposób nim zawładnęła. Gdybym go dotknął, stałbym się takim samym zombi, jak oni, nawet o tym nie wiedząc. Ale wyczułem w nim wibracje, które w moim wyćwiczonym magią umyśle spowodowały dziwny dyskomfort. Nie zaryzykowałem.

     - Hej, ty! – usłyszałem nagle czyiś głos.

     Odwróciłem się. Przede mną stał smukły, łysawy Dunmer w lekkiej, oficerskiej zbroi. Wyglądał na strażnika i rzeczywiście, jak się okazało, pełnił obowiązki dowódcy straży Kruczej Skały. Ale najważniejsze było dla  mnie to, że patrzył przytomnie i w dodatku badawczym wzrokiem.

     - Nie wydajesz się być w takim stanie jak inni tutaj – stwierdził Dunmer, taksując wzrokiem moją elfią zbroję. – Bardzo ciekawe. Mogę spytać, co tu robisz?

     Choć słowa brzmiały nieco podejrzliwie, w ustach dowódcy straży były czymś najzupełniej naturalnym. Ja na jego miejscu na pewno również zainteresowałbym się dziwną postacią, ubraną w thalmorskie skorupy, znajdującą się w miejscu, gdzie dzieje się coś dziwnego. Dlatego też ów oficer, jak się po chwili dowiedziałem, imieniem Veleth, zrobił na mnie bardzo korzystne wrażenie.

     - Szukam osoby o imieniu Miraak – odparłem prosto z mostu.

     Uniósł brwi i przekrzywił głowę. Wydawał się być zaskoczony moim wyznaniem.

     - Miraak… - mruknął, skubiąc odruchowo krótką, ciemną bródkę. – Miraak… Brzmi znajomo, ale gdzie ja to słyszałem?

     Milczał przez chwilę zamyślony, aż w końcu błysnął oczami.

     - O, czekaj, już pamiętam! – uśmiechnął się, ale zaraz spoważniał. – Ale kompletnie nie trzyma się to kupy…

     Podszedł do mnie bliżej, wbił we mnie badawczy wzrok i odezwał się zniżonym głosem.

     - Miraak nie żyje od tysięcy lat!

     Poczułem, jakby mi ktoś przyłożył w głowę. Jak to nie żyje? To kto nasyłał na mnie tych nawiedzonych kultystów?

     - Co to znaczy? – jęknąłem zaskoczony, bezradnie rozglądając się wokół?

     Uśmiechnął się smutno.

     - Nie jestem pewien, ale to fascynujące, czyż nie? – prychnął z nieukrywaną ironią. – Może to ma związek z tym, co się tu dzieje. Dość niespodziewane… – dodał, wzruszając ramionami.

     Przez chwilę bez słów przyglądaliśmy się wspomnianej już Dunmerce, przenoszącej głazy. Jej nieobecne oczy nic nie mówiły. Nie było w nich ani żalu, ani smutku, ani radości, zupełnie nic. Pustka, jak u martwej osoby.

     Veleth westchnął ciężko.

     - Obawiam się, że nie znam odpowiedzi – odezwał się smutnym głosem. – Ale w okolicach środka wyspy stoją ruiny starożytnej świątyni Miraaka. Na twoim miejscu poszedłbym tam.

     Znów chwila milczenia. Dunmerka, nie zwracając na nas najmniejszej uwagi, odwróciła się i jak automat pomaszerowała po następny głaz.

     - Co robią ci ludzie? – szepnąłem z przestrachem.

     - Nie ma wątpliwości, że coś budują – Veleth powrócił do ironicznego tonu. – I nie wydaje mi się, żeby mieli w tej kwestii wiele do powiedzenia.

     Nie dziwiły mnie jego kpiące wypowiedzi. On widział to już dawno temu i zapewne sam próbował porozmawiać z obłąkanymi. To bezskuteczność jego prób wyzwoliła w nim ironię, w której pobrzmiewała bezsilność. Coś działo się w mieście, za które był odpowiedzialny, a on nie tylko nie wiedział, co to, ale też nic nie mógł z tym zrobić.

     - Bardzo jestem ciekaw, co się stanie, gdy skończą… - mruknął, rzucając okiem na nie ukończoną klatkę wokół kamienia.

     - Próbowałeś temu zapobiec? – spytałem.

     Roześmiał się gorzko.

     - Oczywiście, że nie! – odparł. – To przeszkodziłoby temu, co się teraz dzieje i nie mógłbym zobaczyć, jak to się skończy!

     Zacisnął wargi w bezsilnej złości. Byłem pewien, że zrobił, co tylko mógł. Patrzył na tych ludzi z takim współczuciem, że nie mogłem mieć wątpliwości co do jego prawdziwych intencji. Z pewnością znał wielu z nich, może nawet byli wśród nich jego bliscy. Zwłaszcza, że przy budowie pracowało trzech strażników, co łatwo było poznać po chitynowych zbrojach. Już choćby z tego powodu nie mogło mu się to podobać. Zresztą, pokażcie mi strażnika, który pozwoliłby na coś takiego w swoim rewirze!

     Pożegnaliśmy się, a ja wróciłem wolnym krokiem do gospody. Ku swemu zdziwieniu, w głównej sali znalazłem Lydię, odświeżoną i przebraną w luźny, podróżny strój. Szybko przeszło jej spanie. Rozmawiała z Dunmerką w bogatej sukni i widać było, że przypadły sobie do gustu, a w każdym razie świetnie się rozumiały.

     Jej towarzyszka miała na imię Cindiri Arano i była żoną rajcy Adrila, o czym dowiedziałem się jeszcze zanim zdążyłem do nich podejść.

     - Jako żona drugiego rajcy Kruczej Skały – mówiła do Lydii – z chęcią okażę ci wszelką pomoc.

     Jak widać, moja nieoceniona małżonka zaczęła już urabiać miejscową społeczność i zaczęła od samej góry. Cóż, przychylność mieszkańców nie tylko jest przydatna. Jest też przede wszystkim miła. I od razu budzi się w człowieku chęć, aby im pomóc. W czymkolwiek, choćby wyświadczając drobne przysługi. I Adrila, widać od razu to wyczuła. Gdy tylko zostałem jej przedstawiony, spojrzała mi w oczy, uśmiechnęła się lekko i pokiwała głową.

     - Wyglądasz na osobę, której niestraszne są wycieczki poza miasto – stwierdziła.

     Ramiona Lydii zaczęły się trząść. Adrila również z trudem utrzymywała powagę. Więc to tak! Obgadywały mnie przez ten czas, a teraz będą się ze mnie nabijać! Wstrętne baby!

     Okazało się jednak, że nie było tak źle. Lydia, chcąc zdobyć zaufanie i chęci do współpracy ze strony Dunmerów, postąpiła bardzo dyplomatycznie, ofiarując najpierw naszą pomoc mieszkańcom Kruczej Skały. Wielu z nich miało do załatwienia jakieś sprawy, wymagające odwagi zręczności i sprytu. Sami nie byliby w stanie pozbyć się kłopotów, ale przy naszej pomocy było to możliwe. W ten sposób powoli, stopniowo mogliśmy się wtopić w tę społeczność stać się jej częścią. A swoich, wiadomo, traktuje się inaczej. No i dobrze było mieć wielu przyjaciół i samemu być przyjacielem wielu.

     Spytałem więc uprzejmie, w czym mogę jej pomóc i zapewniłem, że choć nie znam wyspy Solstheim, to chętnie ją poznam, przy okazji robiąc coś pożytecznego. Adrila uśmiechnęła się na tę prawie dworską mowę pochyliła się ku nam.

     - Parę miesięcy temu – zaczęła ściszonym głosem – wysłałam do Cesarskiego Miasta ważny foliał do oprawienia, Do księgarni o nazwie „Pierwsze Wydanie”.

     Aż uniosłem brwi. Słyszałem o tym wydawnictwie. Było bardzo drogie. Zajmowało się wyłącznie cennymi dokumentami, a często nawet bezcennymi. W ostateczności takimi, których właściciel był gotów szczodrze sypnąć złotem za możliwość wydania bądź oprawienia. Księgi te niezmiernie rzadko trafiały do sprzedaży. Zwykle kończyło się na wydrukowaniu kilku egzemplarzy, z których większość trafiała do cesarskiej biblioteki. Księga, warta tego, by dać ją oprawić cesarskim introligatorom, musiała być bezcenna.

     - Niedawno go odesłano, ale do mnie nie dotarł – dokończyła z westchnieniem.

     - Był na jakimś statku? – domyśliłem się.

     - Tak, na „Ostrym Szkwale” – potwierdziła Adrila. – Czy coś w tym rodzaju…

     Okazało się, że statek rozbił się u południowego wybrzeża wyspy, ale wrak zaraz zasiedliła grupa rozbójników. Poza owym foliałem, nie było na nim wielu cennych rzeczy, więc nikomu nie chciało się ryzykować życia, aby odzyskać ładunek. Ot, trochę wina, żywności, sukna, broni – rabusie nie oddaliby tego po dobroci, a narażanie się dla tych nędznych łupów nie było warte świeczki. Co do księgi, rozbójnicy nawet nie zdawali sobie zapewne sprawy z jej wartości. Obawiałem się, czy przypadkiem nie użyli jej już na podpałkę. Mimo to, obiecałem zająć się tą sprawą. Siedliska bandytów to przecież jedna z moich specjalności.

     - Ale później – odrzekłem przepraszającym tonem. – Na razie najbliższą przyszłość mam zaplanowaną.

     Adrila tylko się uśmiechnęła. Czekała już tak długo, że kilka dni nie robiło jej różnicy. 

     Na drugi dzień, wcześnie rano, włożyliśmy swoje zbroje, przypasaliśmy miecze i kołczany i ruszyliśmy w górę, na przełaj, gdzie według słów Nelotha mieliśmy odnaleźć ruiny dawnej świątyni. Miała leżeć blisko wybrzeża, ale po północnej stronie wyspy, więc droga była dość daleka. Początkowo brodziliśmy w czerwonawym, wulkanicznym popiele. O dziwo, rósł tu dość gęsty las, któremu widocznie ów popiół nie przeszkadzał,  jednak ściółka była znacznie uboższa niż w Skyrim. Rosło tu zaledwie kilka nieznanych mi gatunków roślin. Dziwnie to wyglądało, jak pustynia pod dachem z koron drzew.

     W pewnym momencie zaatakowały nas koniki popielne. Duże insekty, wielkości szczura, obskoczyły nas z kilku stron. Próbowałem odpędzić je magią, ale okazały się być odporne na ogień. Uległy dopiero ostrzom. Na szczęście, było ich zaledwie kilka. Wyobraziłem sobie, jak rzuca się na mnie cała chmara – nie dałbym im rady!

     Dalej pyłu było coraz mniej i wreszcie pojawiła się trawa i leśne krzewinki. Wędrowaliśmy przez cały dzień, zanim dotarliśmy do skalistego podłoża, pokrytego śniegiem. Północna strona wyspy była górzysta. Już z daleka było widać ośnieżone turnie. Rozbiliśmy obóz w przytulnej kotlince. Tam zjedliśmy co nieco – okazało się, że koniki popielne są bardzo smaczne – i zapadliśmy w sen, na zmianę pełniąc wartę. Nic się nie wydarzyło, choć Lydia twierdziła, że słyszała przelatującego nad nami smoka.

     Rankiem ruszyliśmy dalej. Po drodze uważnie obserwowałem ślady. Zauważyłem bowiem tropy kilku dzików i jeszcze jakieś inne ślady, zupełnie mi nie znane. Były to bez wątpienia ślady ludzkie, lub istot podobnych do ludzi, w każdym razie, chodzących na dwóch nogach i używających prymitywnego obuwia. Co było w nich niezwykłe – były bardzo małe. Czyżby zamieszkiwały tu jakieś kolonie dzikich dzieci? Muszę o to zapytać w Kruczej Skale.

     Minęło południe, gdy poczuliśmy powiew morskiego powietrza. Grunt zaczął opadać i naszym oczom ukazała się niewielka dolina. Jej centralny punkt stanowiła budowla w norskim stylu, zbudowana na planie koła. Przypominała teatr, albo arenę jakiegoś cyrku. Całkiem nieźle zachowana. Co mnie zdziwiło, wokół leżało kilka smoczych szkieletów, poszarzałych ze starości. I ujrzeliśmy coś jeszcze – ruch. Kilkunastu ludzi krzątało się wokół ruin, wznosząc wokół kamiennych filarów coś, co jako żywo przypominało klatkę, stawianą wokół Kamienia Ziemi. Westchnąłem cicho.

Solstheim. Świątynia Miraaka. Widoczne rusztowania i elementy kamiennej konstrukcji, budowanej wokół świątyni. Pod schodami widoczne resztki smoczego szkieletu.

     - Nie zdziwię się, jeśli ujrzymy tu takich samych obłąkańców, jak w Kruczej Skale – odezwałem się, kierując się w dół. – To zapewne budowniczowie, zniewoleni przez tę samą moc.

     - Nawet budowlę wznoszą podobną – przytaknęła Lydia. – Kamienna koronka wokół filarów…

     Zeszliśmy na dół, ku ruinom, a raczej ku placowi budowy, czy też może raczej odbudowy. Nasze obawy spełniły się co do joty. Na drewnianych rusztowaniach, jak automaty poruszali się budowniczowie, nieobecni duchem, z obłędem w oczach, machinalnie wykonując swoją pracę. Nie zwracali uwagi na nas, ani na nic innego, co działo się wokół nich.

     - Skaalowie – szepnęła Lydia. – To wyspiarscy Nordowie.

     Istotnie, niektórzy z nich to byli ludzie, przypominający Nordów. Wysocy, jasnowłosi… Wyglądali mi na rybaków, choć był wśród nich również jeden w stalowej zbroi. No i kilku Dunmerów, stanowiących etniczną większość na tej wyspie. Wszyscy oni mieli nieobecny wzrok i mruczeli coś sami do siebie, jak w jakimś transie. Wyglądało to bardzo przygnębiająco.

     - Ciekawe, ile jeszcze takich miejsc napotkamy – westchnęła Lydia. – Jak dotąd…

     Urwała, widząc, że unoszę dłoń w uciszającym geście. Zdawało mi się bowiem, że kogoś słyszę. Oboje nadstawiliśmy uszu. Nie omyliłem się – ktoś wołał!

     Rzuciliśmy się w stronę świątyni, z której dobiegał głos. Im bliżej się znajdowaliśmy, tym wyraźniej było słychać słowa. Głos był kobiecy i bardzo, ale to bardzo przygnębiony.

     - Olafie! – wołała nieznajoma. – Błagam cię! Musimy opuścić to miejsce!

     Minęliśmy kamienny filar. Naszym oczom ukazała się rozpaczliwa scena. Młoda, norska wojowniczka, zakuta w stalową zbroję, siłowała się z innym wojownikiem, dźwigającym ciężki głaz. Ze łzami w oczach próbowała odciągnąć go od złowrogiej budowli. Ale w oczach jej ziomka widać było tylko pustkę. Nie słyszał jej i zapewne nawet nie czuł rąk, próbujących pociągnąć go do siebie. 

     - Ysra – załkała dziewczyna. – Słyszysz mnie?

     Zbliżyła swoją zapłakaną buzię do twarzy nieprzytomnego towarzysza.

     - Musisz stąd uciekać! – krzyknęła mu prosto w twarz.

     Ale na Skaalu nie zrobiło to żadnego wrażenia. Niewidzącym wzrokiem musnął jej postać, po czym odszedł z głazem na ramieniu, mrucząc coś niezrozumiałego, sam do siebie. Dziewczyna zrezygnowana odprowadziła go wzrokiem i w tym momencie ujrzała nas. Przez chwilę przyglądała się nam zdziwiona, po czym na jej twarzy ukazały się kolejno wstyd, obawa i nadzieja. Wstyd, że ujrzeliśmy ja zapłakaną. Czym prędzej otarła łzy, zła sama na swoją słabość. Obawa, bo dwie postaci w altmerskich zbrojach, w dodatku z obnażonymi mieczami, to zwykle wróżyło kłopoty. Jednak w jej oczach dostrzegliśmy też nadzieję, gdy zrozumiała, że nie jesteśmy obłąkani, jak pozostali.

     - Hej, ty! – zawołała, kładąc rękę na rękojeści miecza. – Co tu robisz? Czemu tu jesteś?

     Schowałem miecz do pochwy. Lydia uczyniła to samo.

     - Kim jesteś? – spytałem spokojnym głosem.

     Podeszła do nas, przyglądając się nam nieufnie. Jednak uspokoiła się, stwierdziwszy, że nie jesteśmy Altmerami. Jasna, typowo norska twarzyczka Lydii chyba ją ośmieliła do końca. Dziewczyna miała na sobie bogato zdobioną, płytową zbroję, podobną do tej, którą swego czasu nosiła rozbójniczka z fortu Hraggstad. Zapewne pochodziła ona z tej samej kuźni, bowiem nawet stylistyka ornamentów była podobna.

     - Jestem Freya z ludu Skaalów – odrzekła.

     Przedstawiliśmy się jej. Uśmiechnęła się, gdy usłyszała, skąd jesteśmy.

     - Przybyłam tu, aby ocalić moich ziomków – westchnęła. – Lub ich pomścić.

     - Od czego chcesz ich ocalić? – spytałem, w nadziei, że dowiem się czegoś więcej o tej dziwnej pladze.

     - Nie jestem pewna – pokręciła głową. – Jakaś siła owładnęła umysłami większości mieszkańców Solstheim. Ludzie snują się jak duchy, nie poznając bliźnich i – zatoczyła krąg ręką – wznoszą odrażające budowle, które plugawią ziemię.

     Rozejrzeliśmy wokół. Istotnie, pod wpływem obłąkanych budowniczych, zmieniał się norski charakter obiektu. Nabierał zupełnie innego stylu, lekkiego, jakby wychodzącego spod ręki elfa, moim zdaniem całkiem przyjemnego dla oka. Lecz jednocześnie przygnębiającego. Wyglądało to, jakby ktoś chciał zamknąć moc świątyni w kamiennej klatce – cóż z tego, że pięknej.

     - Mój ojciec, Storn – ciągnęła Freya, - nasz wioskowy szaman, twierdzi, że Miraak powrócił na Solstheim.

     Rozejrzała się ze źle skrywanym przestrachem.

     - Ale to niemożliwe – dodała niepewnie.

     Spojrzeliśmy z Lydia po sobie.

     - Ten Miraak próbował doprowadzić do mojej śmierci – mruknąłem, kręcąc głową. – Wielokrotnie…

     Usiedliśmy na kamiennych stopniach. Freya nabrała chyba do nas zaufania, bo usiadła tuż obok Lydii. Wyciągnęliśmy swoje zapasy, gestem zapraszając dziewczynę do posiłku. Z uśmiechem przyjęła poczęstunek.

     - Zatem tobie też powinno zależeć na rozwikłaniu tej tajemnicy – odezwała się pomiędzy jednym kęsem, a drugim.

     Skinąłem głową. I opowiedziałem jej wszystko, co wiedziałem o Miraaku i jego wysłannikach w Skyrim. Jednak niewiele tego było. Freya wiedziała o nim trochę więcej, ale też niewiele, głównie stare dzieje.

     - Jest równie stary co ta wyspa – mówiła. – Służył smokom w czasach, gdy to one władały światem. Był kapłanem w ich zakonie. Wielu wtedy uginało przed nim karki. On jednak w końcu przeciwstawił się gadom. Zrzucił ich jarzmo i sam był panem swojego losu. Jednak przyszło mu za to słono zapłacić. Ponoć chciał wydrzeć smokom Solstheim i za to został zgładzony.

     Nie tłumaczyło to jednak zjawisk, dziś zachodzących na wyspie. Miraak musiał jakoś wrócić na Solstheim. Zapewne jeszcze nie w cielesnej postaci, ale jego moc objawiała się wyraźnie.

     Opowiedzieliśmy też trochę o sobie, a Freya napomknęła o osadzie Skaalów i o świętych Kamieniach Żywiołów, których, jak się okazało, jest więcej. I przy każdym z nich, tak jak przy Kamieniu Ziemi w Kruczej Skale, pracowali zniewoleni mocą Miraaka ludzie, obudowując artefakty tą dziwną, kamienną klatką. Nikt nie wiedział, po co. Ja sam, choć znałem się na magii, nie umiałem odgadnąć przeznaczenia tych budowli. Przypuszczałem, że to jakaś bariera, która wypełniona magią zatrzymuje, albo w jakimś celu akumuluje moc Kamieni Żywiołów. Freya ponadto twierdziła, że kamienie te zawsze miały zbawienny wpływ na wyspę i jej mieszkańców, dopiero od niedawna zaczęły promieniować złą energią. Przedtem w ich pobliżu ludzie doznawali ozdrowień, olśnieni, albo pocieszenia. Niestety, teraz każdy, kto wzorem dawnych czasów dotknie kamienia, zamiast oczekiwanego błogosławieństwa, otrzymuje przekleństwo i staje się niewolnikiem. Przyznam, że zasiało to w mojej duszy ziarno niepokoju. Miraak musiał być o wiele potężniejszy ode mnie.

     Przez cały czas uważnie jej się przyglądałem, bezwiednie szukając podobieństwa do Lydii. Miała jasną twarz, o nieco zaróżowionych policzkach, jak u Nordów, ale tu kończyły się podobieństwa. Miała niezwykle jasne oczy, niemal białe. Włosy również miała jasne. Choć nieco starsza od nas, aczkolwiek niewiele, biła z niej dziecięca niemal szczerość i budziła sympatię od pierwszego spojrzenia. Sprawiała wrażenie osoby energicznej i zdolnej do szybkiego działania. Wysławiała się przy tym jak osoba wykształcona, która niejedna księgę w swym życiu przeczytała. Widać, ojciec, sam posiadłszy sporą wiedzę, bo inaczej nie zostałby szamanem, zadbał również o jej edukację.

     Gdy zaproponowaliśmy zbadanie ruin świątyni, w oczach Frei ujrzałem cień lęku, ale mimo to oświadczyła, że idzie z nami. Zapewniłem ją, że jesteśmy doświadczonymi eksploratorami pradawnych budowli. Uprzedziliśmy ją, że możemy spotkać draugry. Wiedziała, co to, aczkolwiek, jak twierdziła, sama jeszcze takiego czegoś nie spotkała. Lydia opowiedziała trochę o pułapkach, płytach naciskowych, o Krzykach, jakimi posługują się najpotężniejsze draugry. Ale dzielna dziewczyna nie zmieniła swego postanowienia. A gdy Lydia napomknęła, kim jestem, w oczach jej zabłysła nadzieja.

Świątynia Miraaka. Gotowa, wykończona konstrukcja, zbudowana wokół Kamienia Drzewa

     Kiwnęła ręką, żebyśmy szli za nią. Zaprowadziła nas na schody, prowadzące w dół. Ruszyliśmy tam. Schody zamieniły się w korytarz, przegrodzony żelaznymi drzwiami. Dały się z trudem otworzyć. Poczuliśmy charakterystyczny zapach norskich podziemi – mieszaninę niezbyt silnej woni stęchlizny, doprawionej nutą olejowego dymu i tego czegoś, czego żadne z nas nie umiało określić, niepodobnego do niczego innego. Naszym oczom ukazał się obły korytarz, na pół naturalny, a po obu jego stronach widniało po kilka przejść do innych pomieszczeń.

     Dałem znak Frei, żeby szła na końcu. I na paluszkach! Lydia i ja zdjęliśmy łuki z ramion. Freya chwyciła za miecz. Pierwsze pomieszczenia po lewej przypominało salę obrad. Stało tam kilka kamiennych tronów, ustawionych w półkole. Dwa z nich były zajęte przez poszarzałe, pokryte pajęczynami i niekompletne szkielety. Poza tym, pusto. Po prawej za to znajdowały się aż dwie komnaty. Były to bez wątpienia pomieszczenia, w których dokonywano przygotowania zwłok do pochówku. Nordowie stosowali zarówno balsamowanie, jak i kremację. Oba te pomieszczenia służyły właśnie do tego. W jednym znajdował się kamienny stół do balsamowania zwłok, w drugim palenisko, nad którym zawieszono kilka żelaznych klatek. W trzech znajdowały się na pół zwęglone szczątki i widać było, że wiszą tu od bardzo dawna.

Wnętrze Świątyni Miraaka - rzekoma sala obrad

     Dalej korytarz zamieniał się w schody i prowadził w dół. Na samym dole skręcił i rozszerzył się w nieduże pomieszczenie, za którym znajdowały się następne schody do podziemi. I tam właśnie ujrzałem wolno wchodzącego kultystę, a za nim drugiego.

     Nie czekaliśmy, aż nas poczęstują swoja magią. Oba łuki podniosły się jednocześnie. Oboje znaliśmy już ten rytuał na pamięć. Każde z nas brało na cel tego, który stał po jego stronie i na „raz-dwa” jednocześnie wypuszczamy strzały. Wybrałem prawego, Lydia lewego. Obie strzały trafiły bezbłędnie. Rozległ się rumor upadających ciał i na powrót zrobiło się cicho.

     Freya nie od początku zorientowała się, co się dzieje. Odgłos upadających ciał przestraszył ją. Jednak po chwili ujrzeliśmy w jej oczach wyrazy uznania dla naszego, jak to określiła, profesjonalizmu. Od tej chwili zaufała nam całkowicie.

     W komnacie znajdowały się też dwa pionowe sarkofagi, wmurowane w ścianę, ale choć byliśmy przygotowani na atak draugrów, nic z nich nie wylazło. Za to u wyjścia ktoś umieścił pułapkę – zatrute strzałki, wydmuchiwane z ledwo widocznych otworów w ścianie, po nadepnięciu na płytę naciskową. Pokazałem ją Frei i wyjaśniłem zasadę jej działania.

Wnętrze świątyni Miraaka. Widoczne dwie owalne płyty naciskowe w kamiennej posadzce

     - Musimy zachować czujność w tych ruinach – pokiwała głową, - bo na pewno są tu pułapki i to niemało. To tutaj Miraak chciał zaczerpnąć mocy. To miejsce miało go ochronić.

     Chodnik tymczasem zaprowadził nas do komnaty, pełnej urn, potem przez następną, której sklepienie wsparto na filarach, skręcił w lewo, po czym zamienił się w krótkie schody, przegrodzone kratą. Na szczęście obok wisiał uchwyt, który ją otwierał. Znaleźliśmy się w ogromnej jaskini.

     Tutaj czuć było ludzką rękę. Centrum jaskini stanowił głęboki prostokątny szyb, do którego prowadziły schody, które zauważyłem po przeciwnej stronie. Po prawej znajdowało się coś w rodzaju ołtarza, czy może jakiejś innej budowli – wystarczająco wysokiej, by sięgnąć niemal sklepienia. A pod sklepieniem wisiało kilka zardzewiałych, żelaznych klatek. W niektórych dostrzec można było ludzkie szkielety.


Ogromna komnata w świątyni Miraaka. Widoczne żelazne klatki, o których wspomniano w tekście

     - Nie chcę sobie nawet wyobrażać, do czego dochodziło w tej komnacie – szepnęła Freya z przejęciem. – Kim byli ci nieszczęśnicy w klatkach? Jakim cierpieniom poddał ich Miraak?

     Pokręciła głową wzruszona.

     - Czy wykonywał rozkazy smoków, czy działał na własną rękę? – mruknęła po chwili.

     Rozglądaliśmy się wielkim pomieszczeniu, aż Lydia dostrzegła schody, prowadzące w górę, na owa tajemniczą budowlę. Niestety, zawalone w połowie.

     - Czekaj! – Freya chwyciła mnie za ramię. – Chyba widzę coś tam w górze!

     Pobiegłem za jej wzrokiem. Rzeczywiście, na szczycie budowli coś urządzono. Dostrzegłem ciemne kształty jakiegoś mechanizmu, czy szczątki jakiegoś ołtarza. Trudno było rozpoznać w ciemności.

     - Schody nie nadają się do użytku – stwierdziła Freya z nosem na kwintę. – Ale jestem pewna, że jakoś wespniesz się na górę.

     Uśmiechnąłem się, bowiem odgadła moje myśli. Kamienne podpory po obu stronach wyglądały solidnie. Były też wystarczająco chropowate, aby dało się po nich wspiąć. Freya w ciężkiej zbroi nie dałaby rady, ale mnie, odzianemu w lekkie, elfie skorupy, powinno się udać. Wspiąłem się ostrożnie, uważając głównie, aby się nie zsunąć. Łatwo nie było, ale dotarłem na szczyt.

     Było to miejsce ciekawe i ohydne jednocześnie. Szczyt budowli stanowił obszerny taras widokowy, z kamiennym tronem i czymś w rodzaju kamiennego stołu. Zapewne to z tego miejsca Miraak, lub inny kapłan, racząc się smakołykami, rozstawionymi na stoliku, przyglądał się torturom i wsłuchiwał się w krzyki swych ofiar. Bogowie, jakże trzeba być wyzutym z sumienia, aby w tak okrutnych praktykach jeszcze znajdować rozrywkę!

     Rozejrzałem się wokół, ale niczego więcej tu nie znalazłem. Tylko wejście, zawalone całkowicie kamieniami i ziemią. Innej drogi powrotu nie było, więc po prostu zsunąłem się ostrożnie tą samą drogą, którą wlazłem na górę. A potem obeszliśmy szyb z lewej strony, aby dostać się do schodów.

     Szedłem pierwszy, Lydia za mną, Freya zamykała pochód. Ale oto zza filarów wynurzyły się dwie postaci i podążyły nam naprzeciw. Draugry! Strzeliłem ja, strzeliła Lydia. Potem poprawiliśmy. Oba legły na kamiennej posadzce, ale to nie był koniec walki. Jej odgłosy zwabiły bowiem trzech kultystów, którzy niespodziewanie wynurzyli się z szybu tuż obok nas. Choć było blisko, zdołałem napiąć łuk i wpakować pierwszemu strzałę w czoło, Potem drugiemu i trzeciemu – jak w amoku. Dopiero, gdy trzecie ciało z łoskotem padło na schody, minął mi wojowniczy szał.

     Freya spojrzała na mnie z lekkim przestrachem. Nawet Lydia z podziwem uniosła brwi, choć widziała już niejedno i niejedno sama umiała. Żadna z nich nie spodziewała się widocznie takiego popisu umiejętności. Przyznam, że tym razem zaskoczyłem sam siebie. Ot, przypadkiem wszystko mi się tym razem udało. Nic mi się nie zaczepiło, nic mi z rąk nie wypadło i wszystkie strzały trafiły dokładnie tam, gdzie celowałem. Gdy wspominam tę scenę, muszę przyznać, że mogła ona wyglądać bardzo efektownie. Aż żal, że nie patrzyłem na nią z boku…

     Nie było czasu na oklaski. Ruszyłem w dół, na schody, a moje towarzyszki za mną. Schody skręcały kilkakrotnie w prawo, by na samym dnie zamienić się w niewielką kryptę. Żelazna krata przegradzała przejście. Za nią dostrzegliśmy następną kryptę, znacznie większą. Freya pociągnęła za uchwyt i uśmiechnęła się, gdy krata uniosła się. Widać, po raz pierwszy zetknęła się z tym mechanizmem.

Świątynia Miraaka - wejście do krypty

     Spojrzeliśmy z Lydią po sobie, ściskając łuki w ręce. Skinęliśmy sobie lekko głowami.

     - A teraz na paluszkach – szepnąłem w kierunku Frei. – Tu zapewne będzie roić się od draugrów. Staraj się ich nie obudzić. Śpiącego łatwej uwolnić.

     Skinęła głową i mocniej ścisnęła miecz. Policzki miała czerwone od podziemnej duchoty, a na skroniach pojawiły jej się kropelki potu. Ale nie zważała na to.

     Wolno i cicho zagłębiliśmy się w podziemne cmentarzysko.