środa, 21 grudnia 2016

Rozdział XV – Trudne początki

     Przez prawie tydzień nie ruszaliśmy się z Białej Grani. Co robiliśmy? Nic. Cieszyliśmy się sobą jeszcze bardziej niż przedtem. Widać, najpierw trzeba było poczuć strach przed rozłąką, żeby docenić szczęście, jakim obdarzyła nas Mara.

     Ale po tygodniu oboje stwierdziliśmy, że nie ma co odwlekać nieuniknionego. Musiałem stawić czoła Miraakowi. A bez pomocy magów z Akademii, nie miałem z nim szans.

     Długo zastanawiałem się, który miecz wziąć ze sobą. Żal było mi rozstawać się z darem od Meridii. Ale Zguba Smoków była poręczniejsza i dużo lżejsza. Można było nią ciąć z jednej ręki, jak i oburącz. Z drugiej strony, nie miała szans na wywołanie eksplozji pośród nieumarłych. W końcu, niby wiadomy osiołek, nie mogąc się zdecydować, przypasałem oba.

     Mój wzrok padł też na jednosieczny, ebonowy miecz, podarunek od Tuliusa, wiszący nad łożem, jak trofeum. Z ciekawości poszedłem z nim do Farengara, aby wyjaśnił mi, jakie zaklęcie na niego nałożono. Spojrzał na ostrze i uniósł brwi ze zdziwienia.

     - Tej głowni nie zaklął człowiek – rzekł. – Skąd to masz?

     - Podarunek od generała Tuliusa – odparłem.

     Pokiwał głową.

     - Zapewne zdobył go w walce – mruknął. – Tego miecza nie wykuto w cesarskich kuźniach. Popatrz na te znaki – wskazał na dziwne, obce litery jakiegoś pradawnego pisma. – Tu napisano: Miecz Wampira. I zaklęcie też jest wampirze. Wchłania siły witalne ofiary, przyspieszając jego zgon. To bardzo groźna broń. I bardzo cenna.

     Machnąłem nią kilka razy. Przydałaby się niewielka przeróbka, żeby lepiej go wyważyć. Był trochę ciężki. No i lekko wyszczerbił się na wojnie. Przydałoby się mu ostrzenie i polerowanie. Nie umiałem zbyt dobrze obrabiać ebonu. Lepiej czułem się w lekkich metalach, jak księżycowy kamień, czy malachit. Na razie odłożyłem go na uchwyt w sypialni. Kiedyś jeszcze się za niego wezmę. 

     Do Zimowej Twierdzy szliśmy trzy dni. Pierwszy nocleg wypadł nam w Wichrowym Tronie, drugi w forcie Kastav. W południe trzeciego dnia ujrzeliśmy majestatyczną bryłę Akademii, tonącą w rzadkiej mgle.


Akademia w Zimowej Twierdzy - widok z gór

     Miałem nadzieję, że tym razem na moście znów powita nas Faralda. Widziałem jej figurkę z daleka. Jednak gdy podszedłem bliżej, stwierdziłem omyłkę. To nie była ona, lecz jakaś inna Altmerka. I z bliska ani trochę jej nie przypominała. Była od niej nieco wyższa i smuklejsza, ale tu kończyły się jej zalety. Nie miała w oczach tego ciepła i życzliwości, co jej koleżanka. Przeciwnie, spojrzenie jej wielkich, skośnych oczu było chmurne i to spod znaku bardzo ciemnych i bardzo groźnych chmur.

     Tym właśnie spojrzeniem zatrzymała nas skuteczniej niż jakakolwiek magiczna czy niemagiczna bariera.

     Przedstawiłem nas i z pewną dozą nieśmiałości zakomunikowałem, że już zostałem przyjęty do Akademii i właśnie wracam kontynuować naukę, przerwaną przez niezależne ode mnie okoliczności. Miałem nadzieję, że brzmi to wystarczająco uczenie, aby czarodziejka – miała na imię Nirya – uwierzyła, że jestem studentem. Moja przemowa wykrzesała w jej oczach ironiczne ogniki, ale nie zatrzymała nas. Odważyłem się spytać, co się tu działo od mojej ostatniej wizyty. Wzruszyła ramionami.

     - Wydaje mi się, że czas na zmianę przywództwa w Akademii – mruknęła głosem równie chmurnym jak jej spojrzenie.

     Zatem jeszcze tylko mrożące krew w żyłach przejście po resztkach mostu nad przepaścią i stanęliśmy u bramy. Moje obawy, czy się otworzy, zostały rozwiane bardzo szybko. Raz przyjęty do Akademii, stałem się jej częścią. Skrzydła gościnnie rozchyliły się przed nami. Weszliśmy na dziedziniec.

     Pierwszą osobą, jaką napotkaliśmy, był sam arcymag. Przechadzał się wokół monumentu, zatopiony w myślach. Nie chciałem mu przeszkadzać, ale na mój widok sam podniósł głowę, a na moje pozdrowienie odpowiedział pytaniem.

     - Jesteś kimś nowym, prawda?

     Przyjrzał mi się uważnie, a ja jemu. Był to niewysoki Dunmer, o przyjaznym spojrzeniu, zapewne bardzo długo żyjący w Skyrim, bowiem nabrał już norskich zwyczajów. Jego bródka była zwinięta w węzełek, jak to czynią Nordowie.

     Przedstawiłem mu się i w kilku słowach opowiedziałem, dlaczego dopiero teraz zgłaszam się na nauki. Przyjął moje wyjaśnienia bez mrugnięcia okiem.

     - Nie mieliśmy okazji porozmawiać – uśmiechnął się.

     - Nie, panie – odparłem, wywołując na jego twarzy jeszcze szerszy uśmiech.

     - Panie? – wesoło wykrzywił twarz. – Jakie to osobliwe!

     No tak, magowie mówią sobie po imieniu, bez względu na rangę. Wspominała o tym Mirabelle. Zaczerwieniłem się. Już na powitanie strzeliłem gafę. Tymczasem arcymag wolnym krokiem ruszył w stronę Komnaty Spokoju, gestem zapraszając mnie, abym mu towarzyszył.

     - Jestem Savos Aren – odezwał się. – Arcymag w Akademii w Zimowej Twierdzy. Cieszy mnie, że bada się tu niemal każdy przejaw magii. Nie pochwalam jednak żadnych badań ani eksperymentów, które zakładałyby celowe wyrządzenie krzywdy współczłonkom Akademii. Rozumiemy się?

     Przystanął i spojrzał na mnie spod brwi. Przytaknąłem skwapliwie.

     - Niebezpieczne badania muszą być sporym problemem – odrzekłem pytającym tonem.

     - Nie – niezdecydowanie pokręcił głową. – Na ogół nie.

     Ruszyliśmy z powrotem.

     - Rzecz jasna, trzeba podjąć pewne ryzyko – ciągnął arcymag. – Po prostu próbuję uniknąć przedwczesnych zgonów. Musimy też postarać się, by nie pogorszyć naszej opinii w Skyrim.

     Przewrócił oczami, a ja uśmiechnąłem się ze zrozumieniem. Przychylność Nordów została bezpowrotnie pogrzebana pod gruzami Zimowej Twierdzy, wraz z połową populacji miasta, w czasie potężnej magicznej eksplozji. 

     Pożegnaliśmy się pod bramą do Komnaty Żywiołów.

     Pierwsze kroki skierowaliśmy do Arcaneum. Urag siedział za swym biurkiem i pracowicie zszywał grzbiet jakiejś rozlatującej się księgi. Na nasz widok zmarszczył brwi, jakby usiłował przypomnieć sobie, kim jesteśmy. Pamięć musiała wrócić mu bardzo szybko, bowiem od razu zapytał nas o Pradawny Zwój, a potem o Septimusa Signusa, którego kiedyś bardzo dobrze znał. Opowiedziałem mu całą historię. Słuchał uważnie, ani razu nie przerywając. Z widocznym zmartwieniem przyjął informację o szaleństwie Septimusa.

     - Powinniśmy oddać mu tę kostkę – westchnąłem, wspominając dwemerski leksykon, powierzony mi przez szalonego maga. – Ale obawiam się to zrobić.

     - Słusznie – zahuczał Urag, kiwając głową. – Skoro przelano do niego treść Pradawnego Zwoju, może mu to namieszać w głowie jeszcze bardziej. Chociaż – spojrzał na mnie uważnie, - ty spoglądałeś na Zwój i wydajesz się być normalny.

     - On jest Smoczym Dziecięciem – odrzekła Lydia. – Nie jest taki jak inni. Zniesie więcej.

     Urag znów pokiwał głową w zamyśleniu.

     - Zastanawiam się – rzekł, - czy to mogłoby go uleczyć.

     Spojrzał na mnie i wzruszył ramionami.

     - Nie znam się na tym, ale sam rozumiesz – zająknął się. - Taki wstrząs… Może pomieszać zmysły, ale jemu już się one pomieszały. Więc może mógłby... No, gorzej chyba i tak być nie może!

     Spojrzeliśmy na siebie.

     - Może masz rację – szepnęła Lydia. – Nie wiem, jaki będzie skutek. Może warto zaryzykować…

     - A jeśli mu się pogorszy? – spytałem.

     Oboje wzruszyli ramionami.

     - Nie wiem – mruknęła Lydia. – Wiem tylko, że ja nie chciałabym tak żyć. Wolałabym, żeby ktoś albo mnie dobił, albo uleczył.

     Przez chwilę milczeliśmy.

     - Zastanowię się – mruknąłem. – Nie wiem jeszcze, co zrobię. Ale na pewno go odwiedzę.

     - Zdecydujmy na miejscu – podpowiedziała Lydia. – Zobaczmy, jak się czuje i wtedy…
Miała rację.

     - Gdzie mogę znaleźć Mirabelle? – spytałem, żeby zmienić przykry temat.

     Urag potrząsnął głową.

     - Może być wszędzie – odparł. – Nie wiem, musisz jej poszukać.

     Lydia postanowiła zostać w bibliotece. Nie miała żadnych magicznych zdolności, jak większość Nordów. Wiedziała, że i tak nie nauczy się tutaj żadnego czaru, a tylko by mnie rozpraszała. Za to biblioteka wydała się jej prawdziwym skarbcem. Urag nie miał nic przeciwko temu, aby usiadła sobie przy stoliku i otoczyła się książkami.

     - Po to są! – wzruszył ramionami.

     Ja zaś poszedłem na dół, poszukać Mirabelle. Najpierw zajrzałem do Komnaty Żywiołów. Nie było jej tam, ale spotkałem kilka innych osób. Najpierw napatoczyłem się na tajemniczego Thalmorczyka, którego spotkałem już ostatnio. Nie pamiętałem jego imienia. Stał w Komnacie Żywiołów, obok magicznej studni i przysłuchiwał się instrukcjom, jakich stary, ale wciąż dziarski Nord udzielał trojgu nowicjuszom. Gdy wszedłem, obrzucił mnie zimnym wzrokiem, po czym wolno wyszedł z komnaty. Spojrzałem na pozostałych. Gdy nie znalazłem Mirabelle wśród nich, chciałem wyjść, ale stary mag pomachał mi, żebym do nich podszedł.

Akademia w Zimowej Twierdzy - Komnata Żywiołów

     - Witaj, witaj! – zawołał. – Właśnie zaczynamy. Proszę, zostań i posłuchaj.

     To zapewne był Tolfdir, a pozostali to nowicjusze, tak jak ja. Właściwie, co mi szkodzi? Przecież po to tu przybyłem. Mirabelle zapewne skierowałaby mnie właśnie tutaj. Postanowiłem zostać. Dołączyłem do trójki pozostałych i przyjrzałem się nauczycielowi.

     Tolfdir był starym człowiekiem, ale wciąż jeszcze sprawnym. Wiek obsypał jego włosy i brodę popiołem, a twarz pobruździł zmarszczkami, ale nie zgasił mu dobrotliwego blasku w oczach. Gdy spojrzał na mnie, swymi łagodnymi oczami, poczułem do niego ogromną sympatię. Widać było, że to dobroduszny i uczciwy człowiek, pomimo, a może właśnie z powodu potęgi magii, jaką władał.

     Tymczasem staruszek w zamyśleniu potarł dłonie.

     - Więc jak już mówiłem – kontynuował przerwany wątek – w pierwszej kolejności należy zdać sobie sprawę, że magia jest z samej natury nieprzewidywalna i niebezpieczna. Zniszczy cię, jeśli nad nią nie zapanujesz.

     Stojąca obok mnie młoda Dunmerka uśmiechnęła się.

     - Chyba wszyscy to rozumiemy, proszę pana – odezwała się miłym głosem. – Gdybyśmy nie potrafili kontrolować magii, nie byłoby tu nas.

     Tolfdir nie wydawał się być zaskoczony. Chyba lubił nauczać i entuzjazm młodzieży nie był dla niego nowością.

     - Oczywiście, kochanie, oczywiście – uśmiechnął się. – Niewątpliwie, posiadasz jakieś wrodzone zdolności. To nie ulega wątpliwości. Mówię o prawdziwej kontroli, o mistrzostwie magicznym. Opanowanie tej sztuki zajmuje całe lata, jeśli nie dziesięciolecia.

     Przyjrzałem się pozostałym. Za Dunmerką stał młody, ale już rosły Nord o przyjemnej twarzy i rzadkim, młodzieńczym zaroście. Trochę zdziwiła mnie jego obecność, bowiem Nordowie rzadko wykazują zdolności magiczne. Za nim zaś, mrużąc kocie ślepia, przystanął jakiś Khajit. On to właśnie skrzywił koci pysk w grymasie zniecierpliwienia i mruknął, na tyle głośno, żeby go dosłyszano.

     - Więc na co czekasz? Zaczynajmy!

     Teraz ja się skrzywiłem. Tolfdir był starym człowiekiem i niewątpliwie silnym magiem. Z pewnością dobrze wiedział, co mówi i miał na poparcie swych słów całe lata doświadczenia w magicznym i edukacyjnym fachu. Należał mu się bezwzględny szacunek, dlatego nie spodobała mi się ta obcesowa odzywka, jakby była skierowana do jakiegoś chłystka. Ale mag widział i słyszał już w życiu zbyt wiele, aby przejmować się takimi drobnostkami. Uśmiechnął się pobłażliwie.

     - Proszę, proszę! – rzekł łagodnym tonem. – Właśnie o tym mówiłem. Zapał należy studzić ostrożnie. W przeciwnym wypadku katastrofa jest nieunikniona.

     - Przecież dopiero co tu przybyliśmy – odezwał się Nord. – Nie masz pojęcia, na co nas stać. Może dasz nam szansę pokazania, do czego jesteśmy zdolni?

     Przez cały ten czas Tolfdir kroczył powoli wzdłuż naszego szeregu, tam i z powrotem, jakby chciał dać nam znać, że zwraca się do nas wszystkich jednocześnie. W chwili, gdy padły te słowa, znajdował się właśnie przede mną. Zatrzymał się i spojrzał na mnie swymi łagodnymi oczami, otoczonymi siecią zmarszczek.

     - Jak dotąd milczysz – odezwał się do mnie. – Jak myślisz, co powinniśmy uczynić?

     Nie miałem wątpliwości. Nauczyłem się już polegać na bardziej doświadczonych ode mnie. Sam zaś, mimo młodego wieku, byłem wystarczająco doświadczonym wojownikiem, aby brawurę i kawaleryjską fantazję uznać za niepotrzebne ryzyko. Ryzykować trzeba wtedy, gdy to konieczne, gdy nie ma innego wyjścia. Wtedy jest to bohaterstwem. Kiedy indziej to zwykła głupota, mogąca skończyć się dla kogoś bardzo źle. A na wojnie widziałem wiele złych zakończeń. Zbyt wiele. I jak nikt z nich wiedziałem, jak kruche jest ludzkie życie.

     - Bezpieczeństwo powinno być najważniejsze – odezwałem się pewnym tonem.

     Coś na kształt uznania dostrzegłem w oczach maga. Zapewne domyślił się, że mimo niewielu lat na karku, nie jestem już nieopierzonym i lekkomyślnym młodzieńcem. Starzy ludzie to po prostu widzą. W oczach, w spojrzeniu, w ruchach…

     Tolfdir wolno pokiwał głową, po czym jej ruchem wskazał pozostałych.

     - Inni uczniowie wydają się z tobą nie zgadzać… - rzekł z przekąsem.

     Wzruszyłem wymownie ramionami. To ich problem, nie mój.

     - Och, nie słuchajcie go! – zawołał Khajit. – Możemy to zrobić, tylko daj nam szansę!

     Spojrzeliśmy sobie z Tolfdirem w oczy. Uśmiechnęliśmy się jednocześnie. Starzec mrugnął do mnie, po czym zwrócił się do pozostałych, jak do gromadki niesfornych dzieci.

     - Dobrze, uspokójcie się.

     Oddalił się o kilka kroków i stanął na środku.

     - Możemy teraz spróbować praktyki… - rzekł zamyślony. – Kontynuując nasz wątek bezpieczeństwa, zaczniemy od czarów ochronnych.

     Na powrót rozpoczął swój spacer wzdłuż szeregu, tym razem jednak w większej odległości.

     - Czary ochronne służą do blokowania magii – uczynił wymowny gest, lekko uderzając pięścią w otwartą dłoń. – Nauczę was wszystkich zaklęcia ochronnego i zobaczymy, czy uda się wam zablokować inny czar, dobrze?

     Zerknął na nas pytająco, nie czekając jednak na odpowiedź. Znów zwrócił się do mnie.

     - Możesz pomóc mi przy demonstracji?

     Niepewnie wyszedłem przed szereg, czekając na dalsze wyjaśnienia.

     - Znasz jakieś zaklęcie ochronne? – spytał.

     Pokiwałem głową.

     - Mam zaklęcie ochronne – odparłem niepewnie. – Ale nigdy nie zdarzyło mi się go rzucić.

     Uśmiechnął się wyrozumiale.

     - Właśnie po to jest ta lekcja – odpowiedział łagodnym tonem. – Idealny moment, by to wypróbować.

     Oddalił się nieco i wskazał krąg na posadzce, oddalony o kilka kroków.

     - A teraz po prostu stań tam, a ja rzucę na ciebie zaklęcie, które zablokujesz przy użyciu czaru ochronnego. Zaczynajmy!

     Stanąłem w wyznaczonym miejscu i wyciągnąłem lewą dłoń przed siebie.

     - Tam, proszę – rzekł Tolfdir. – Naprzeciwko mnie. Nie chcę, by ktokolwiek stanął mi na drodze. Teraz rzuć czar ochronny i utrzymaj go. Musisz utrzymać zaklęcie ochronne, w przeciwnym wypadku się nie uda. Nie chcę cię skrzywdzić.

     Uspokoiłem oddech i przywołałem w myślach zaklęcie Dębowe Ciało – jedyne jakie znałem. Poczułem ciepło w okolicach serca. Przepchnąłem je oddechem do dłoni, która zajarzyła się błękitnym blaskiem, po czym wokół mnie rozbłysła błękitna poświata. Magiczna energia otoczyła mnie na kształt sfery, tworząc ochronną barierę.

     - Nie ruszaj się! – zawołał Tolfdir i wyciągnął dłoń w moim kierunku.

     Jego ręka zajarzyła się purpurowym płomieniem. Jeszcze chwila i… W moim kierunku pomknął ognisty pocisk, w kształcie płonącej kuli. Bezwiednie napiąłem mięśnie. Ogień uderzył w barierę i rozbił się o nią. Poczułem to uderzenie w lewej dłoni, zupełnie jakbym trzymał w niej tarczę, która właśnie odbiła cios miecza. Czar nie uczynił mi krzywdy, jednak jego część przeniknęła barierę i poczułem jego ciepło. Tylko ciepło.

     Tolfdir opuścił dłoń. Ja również. Błękitna poświata znikła, jak zdmuchnięta.

     - Świetna robota – uśmiechnął się i skinął głową, dając mi znak, że mogę wrócić do szeregu.

     Spojrzał na nas ciepło.

     - Cóż, sądzę, że to obiecujący początek – uśmiechnął się. – Proszę, chciałbym, żebyście wszyscy kontynuowali praktykowanie czarów ochronnych.

     Polecił nam dobrać się w pary. Zerknąłem na swoją sąsiadkę w szeregu, a ona na mnie. Uśmiechnęła się.

     - Brelyna – przedstawiła się.

     - Wulfhere - odpowiedziałem, lekko się kłaniając. – Uprzedzam, że jestem zupełnym żółtodziobem i moja mana nie jest najsilniejsza. Ty masz zapewne zdolności, właściwe elfom.

     Uśmiechnęła się skromnie.

     - To prawda – odrzekła. – Moi rodzice chyba zarezerwowali mi miejsce w Akdademii, jeszcze zanim się urodziłam. Ale i ty wyglądasz na kogoś, kto zna się na rzeczy.

     - Jestem wojownikiem – pokręciłem głową. – Miecz i łuk to cała moja magia. Ale mam nadzieję czegoś się tutaj nauczyć. Zaczynamy?

     Rozpoczęliśmy ćwiczenia w parach. Nie znałem żadnego porcjowanego zaklęcia ze Szkoły Zniszczenia. Tylko Płomienie i Błyskawice, ale oba te zaklęcia mają działanie ciągłe. Innymi słowy, nie potrafiłem rzucić porcji magicznej energii, jak uczynił to przed chwilą Tolfdir. Ale przecież chodziło tu o rzucanie czaru ochronnego, więc nie miało to znaczenia.

     Brelyna doskonale poradziła sobie z moim płomieniem. Również błyskawica nie sprawiła jej trudności. Potem była zmiana – to ja broniłem się przed nią. Musieliśmy robić jednak częste przerwy, bowiem moja mana wyczerpywała się dość szybko. Pod koniec ćwiczeń czułem jednak, że starcza mi na dłużej niż na początku. 

     Przyszedł czas na zmianę partnera. Teraz stanął przede mną Nord, który przedstawił się jako Onmund. Uścisnęliśmy sobie ręce i rozpoczęliśmy trening. Był równie sympatyczny jak Brelyna i dogadywaliśmy się doskonale. Nigdy nie chodziłem do żadnej szkoły. Ojciec uczył mnie w domu. Dopiero teraz, już w dorosłym wieku, zacząłem poznawać uroki szkolnych przyjaźni. „Kolega ze szkoły” – jak miło to brzmiało!

     Potem jego miejsce zajął Khajit. Miał na imię J’zargo. Ten chyba chciał koniecznie pokazać mi, że jest ode mnie lepszy. Fakt, był dobry i co-nieco już potrafił. Moją barierę zaatakował silnym wyładowaniem, omal jej nie rozbijając. Z trudem wytrzymałem, czując, jak błyskawice przenikają moją ochronę i drętwieje mi ręka. Ze spotniałym czołem musiałem poczekać, aż zregeneruje mi się mana. Gdy przyszła kolej na zmianę ról, zarechotał nieprzyjemnie.

     - Wal śmiało – rzekł z przekąsem. – Pokaż, na co cię stać. Wytrzymam każdy atak.

     - Każdy? – uniosłem brwi.

     - Twój tak – uśmiechnął się ironicznie, przywołując barierę.

     Ale ja, zamiast wyciągnąć przed siebie dłoń, nabrałem w płuca powietrza.

     - Yol! – krzyknąłem.

     Efekt był. Nie dość, że wszyscy przerwali ćwiczenia i spojrzeli na mnie, to jeszcze mój Krzyk przebił się przez barierę ochronną J’zargo i dotknął jego skórzanej kurtki. Khajit wrzasnął ze strachu, gdy płomienie przypaliły jego futro. Skończyło się jednak na swędzie kilkudziesięciu spalonych włosów. Spojrzał na mnie ze strachem.

     - Co to było? – wyjąkał.

     - Ognisty Oddech – odparłem. – Sam chciałeś…

     - Ty jesteś… - Onmund wpatrywał się we mnie z szeroko otwartymi oczami. – Ty jesteś… Smoczym Dziecięciem!

     Uśmiechnąłem się i skinąłem głową.

     W jego oczach ujrzałem coś więcej niż szacunek. To było uwielbienie! Był przecież Nordem, a Nordowie kochają herosów, zwłaszcza tych na pół legendarnych.

     - Więc to ty… - rzekł cicho Tolfdir. – Wiedziałem, że Smocze Dziecię jest wśród nas, ale nie wiedziałem, że to ty…

     Już od jakiegoś czasu w komnacie obecny był niewysoki, łysawy mag, przyglądający się naszym ćwiczeniom. Przywołał mnie ruchem ręki.

     - Czy zamierzałeś go skrzywdzić? – spytał na boku.

     - Nie – zapewniłem. – Chciałem go trochę połaskotać, żeby stracił tę zgubną pewność siebie.

     Położył mi dłoń na ramieniu.

     - To było słuszne zagranie, ale na przyszłość nie rób tego bez porozumienia z Tolfdirem. To nie są zawody, tylko ćwiczenia. Sam przecież wiesz, że…

     - Bezpieczeństwo przede wszystkim – dokończyłem zaczerwieniony.

     Uśmiechnął się i polecił wracać do Tolfdira.

     - Sądzę, że jesteście gotowi na poznanie różnych zastosowań magii, jakie pojawiły się na przestrzeni wieków – rzekł Tolfdir głośno, zwracając się do wszystkich. – Akademia rozpoczęła fascynujące wykopaliska w ruinach pobliskiego Saarthal. To doskonała okazja do nauki. Sugeruję, byśmy spotkali się tam za kilka godzin i zobaczyli, co czeka nas w środku. To wszystko na razie. Dziękuję!

     Ale nie można było spotkać się za kilka godzin, bowiem w międzyczasie zapadł zmrok. Tolfdir uznał, że łażenie w nocy po górach, to niepotrzebne ryzyko. Umówiliśmy się więc na wymarsz jutro z samego rana.

     W Komnacie Osiągnięć czekała na mnie kolacja. Lydii jednak nie było. Zjawiła się trochę później, w kompletnej zbroi i z pełnym uzbrojeniem. Spojrzałem na nią zdumiony.

     - Coś się stało? – spytałem.

     - Wampiry – westchnęła, ściągając rękawice i rzucając je na łóżko. – Ale nie martw się, daliśmy im radę.

     - Wy?

     - Strażnicy, Mirabelle i ja – odparła. – Spotkałam ją na murach. Sama zaproponowała mi przechadzkę po mieście. Wciągnęłam wiec żelastwo na siebie i poszłyśmy. Były trzy. Nikomu nie zdążyły zrobić krzywdy. Pomożesz mi?

     Jej zbroja była wykonana tak, że mogła ją ściągnąć sama, ale było to bardzo nieporęczne, więc zawsze w takich wypadkach pomagaliśmy sobie nawzajem. Ściągnąłem z niej ciężką płytę. Z ulgą zrzuciła pancerne buty i wsunęła stopy w miękkie, futrzane pantofle.

     - Wyruszamy z rana do Saarthal – odezwałem się. – Do wykopalisk. Przyłączysz się?

     - Wykopaliska? Pewnie! – trzepnęła mnie w ucho - Za nic nie puszczę cię tam samego.

     - Nie będę sam – mruknąłem. – Idziemy wszyscy, razem z Tolfdirem.

     - Ale ja też chcę je zobaczyć – wzruszyła wdzięcznie ramionami. – Idę z wami. A na razie czeka na mnie łaźnia. I tobie też by się przydała.

     Roześmiałem się i obiecałem, że pójdę, jak tylko zjem.

     - Zostaw mi trochę tej sałatki – odparła. – Ta potrawka z papryką też wygląda smakowicie.

     Chwyciła gruby, miękki ręcznik i butelkę z jakimś wonnym balsamem, mrugnęła do mnie i znikła za kotarą. 

     Ech, jakże puste byłoby moje życie bez niej…

*          *          *

     - Myślicie, że coś nam grozi? – spytała z przestrachem Brelyna, ujrzawszy nas w zbrojach.

     - Niejedno – zamiast mnie odpowiedział Onmund. – Śnieżne trolle, niedźwiedzie…

     - Lodowe upiory – dodałem.

     - Smoki, wampiry, śnieżne pająki – wyliczyła Lydia.

     - Lodowe wilki – dodał Onmund.

     Brelyna zdawała się być przerażona. J’zargo natomiast prychnął tylko.

     - Jesteśmy magami – mruknął. – Damy sobie radę.

     I ruszył przodem, pod górę, ścieżką prowadzącą do płytkiej przełęczy. Znałem tę drogę. Tędy szliśmy do Alftand, tylko potem zboczyliśmy ku szczytom, podczas gdy droga do Saarthal prowadziła w przeciwną stronę, ku morzu.

     - Jest zbyt pewny siebie – mruknął Onmund. – Twoja lekcja niczego go nie nauczyła.

     Wzruszyłem ramionami. Nic nie mogłem na to poradzić. Weszliśmy w czwórkę na ścieżkę, podążając za J’zargo.

     - Poszła tam już spora wyprawa – odezwałem się, spoglądając na ślady. – Tuż przed świtem wyruszyło tam kilka osób.

     - Lepiej się pospieszmy – odrzekła Brelyna.

     Przez jakiś czas szliśmy w milczeniu, dopóki droga prowadziła pod górę. Gdy teren nieco się wyrównał, wdaliśmy się w pogawędkę. Nasza czwórka przypadła sobie do gustu. Mam oczywiście na myśli Brelynę, Onmunda, siebie i Lydię, choć ta ostatnia nie była magiem. J’zargo wciąż się na mnie boczył i trzymał się z daleka. Nie tęskniłem za nim.

     Zauważyłem, że gdy Dunmerka nie patrzy w jego stronę, Onmund wzdycha i przygląda się jej rozmarzony. I ona również od czasu do czasu rzucała mu ukradkowe spojrzenia. Czyżby ci dwoje coś do siebie poczuli? Cóż, Brelyna, choć Dunmerka i szaroskórej dunmerskiej urody, była przy tym tak miła i pogodna, że nie sposób było jej nie lubić. Nie wiedziałem, jak elfy oceniają ludzką urodę. Uszy i oczy Onmunda musiały zapewne wydać się im groteskowo małe… Ale cóż, ponoć Mara nie zna ograniczeń. Jeśli tak było, to Onmund stanowił niezbite i bardzo dosadne zaprzeczenie tezy, jakoby każdy Nord był rasistą.

     Ludzie i elfy byli ze sobą spokrewnieni w dość zróżnicowany sposób, zależnie od rasy. Cesarscy i Bretoni byli elfom znacznie bliżsi, niż zupełnie z nimi nie spokrewnieni Nordowie. Ze wszystkich ludzkich ras, Nordowie byli rasą najczystszą, najbardziej ludzką, przynajmniej pod względem dziedzicznych cech. Podobnie było z elfami. Dunmerom i Altmerom było do ludzi znacznie dalej niż Bosmerom. Kiedyś czytałem jakąś rozprawę na ten temat, nie pamiętałem jednak tytułu. Podobno stopień pokrewieństwa ras można było określić na podstawie potomstwa. Otóż, pary mieszane czasem mogły mieć dzieci, ale prawie nigdy nie mogły mieć wnuków. Dzieci te najczęściej były bowiem bezpłodne. Wyjątki zdarzały się jedynie wśród par bosmersko-cesarskich i bosmersko-bretońskich, ale i w takich rodzinach problem bezpłodności był znacznie częstszy niż w czysto elfich, czy czysto ludzkich. I dlatego właśnie, choć rasizm nie był w Tamriel czymś powszechnym, przynajmniej w kosmopolitycznym Cyrodiil, spotkać półelfa-półczłowieka było niezmiernie trudno.

     Dunmer i Nord to były dwa przeciwstawne bieguny. Najdalsze, jakie tylko mogą istnieć wśród humanoidów, jak określano ludzi i elfy. Ale skoro Mara nie widziała problemu, kimże byłem ja, żeby kwestionować jej wybór? O jej potędze przekonałem się przecież na własnej skórze.

     Po drodze nie spotkała nas żadna przygoda. Grupa magów, która szła przed nami, oczyściła nam ścieżkę. Z pewnością bez trudu poradziła sobie z trollem, którego zwłoki minęliśmy. Ścieżka zrobiła się trochę śliska, więc Lydia i ja wzięliśmy się za ręce. Widząc to, Onmund nieśmiało wyciągnął dłoń ku Brelynie, która przyjęła ją z wdzięcznością, wywołując na jego twarzy źle skrywaną euforię.

     - Jakie ty masz ciepłe ręce! – zdziwiła się. – Czy ty w ogóle nie marzniesz?

     - Jestem Nordem – odrzekł nieśmiało. – Rzadko czuję zimno. Łatwiej mnie oparzyć niż zamrozić.

     Była to szczera prawda. Lydia też zawsze miała ciepłe ręce. Nawet w czasie mrozu.

     - Ja przeciwnie – uśmiechnęła się Brelyna.

     Lydia mrugnęła do mnie. Ona również zauważyła, że tych dwoje ma się ku sobie. Uśmiechnęliśmy się, bowiem istotnie była z nich dziwna para. On Nord, odporny na zimno, ona Dunmerka, z wrodzoną odpornością na ogień. Tak niedobrani i jednocześnie tak doskonale pasujący do siebie nawzajem.

     Ścieżka skręciła za lodową górę. Naszym oczom ukazała się ogromna dziura w ziemi, otoczona drewnianymi podestami. Na samym dnie widniały ciemne, żelazne drzwi, zachowane w bardzo dobrym stanie. Podobno twardy lód, gdy dokładnie i szczelnie pokryje metal, wcale nie powoduje korozji żelaza, a wręcz je konserwuje. Nie znałem się na tym aż tak dobrze, by to ocenić.

Wykopaliska Saarthal - wejście.

     Po krótkim marszu dookoła wykopalisk znaleźliśmy się wszyscy na samym dnie. Tolfdir czekał na nas przy drzwiach. Powiódł wzrokiem po naszych twarzach i uśmiechnął się.

     - Jesteśmy wszyscy – oznajmił. – Wejdziemy do środka?

     - Już, chodźmy… - jęknąłem prosząco, przytupując energicznie, bowiem trochę zmarzłem w tym elfim ubranku.

     - Dobrze – uśmiechnął się stary mag. – Proszę trzymać się blisko mnie, gdy będziemy w środku. Powinno być bezpiecznie, ale lepiej zachować środki ostrożności.

     Otworzył ciężkie, żelazne drzwi. Powoli, jedno za drugim, zanurzyliśmy się w ciemny tunel, z rzadka jedynie oświetlony rozmieszczonymi gdzieniegdzie kagańcami. Wyglądało to jak wejście do kopalni. Ostrożnie posuwaliśmy się za Tolfdirem. Rozmowy ustały i zrobiło się cicho.

wtorek, 13 grudnia 2016

Rozdział XIV – W służbie Mary

     Zanim opuściliśmy Pękninę, odwiedziliśmy jeszcze świątynię Mary. Chcieliśmy jej tylko podziękować. Kapłanka Dinya Balu z uśmiechem zaprowadziła nas do ołtarza. A potem spytała, czy chcielibyśmy zrobić coś dla Mary.

     No pewnie, że chcieliśmy!

     - Udajcie się do pomnika Gjukara – powiedziała z dziwnym blaskiem w oczach. – Tam włożycie amulety Mary i spotkacie się z dawno nieżyjącą ukochaną.

     - Słucham? – spytałem zdziwiony, bowiem nic nie zrozumiałem.

     - Po prostu to zróbcie – szepnęła kapłanka. – Mara troszczy się o każdą miłość, a czas dla niej nie istnieje.

     Nie wiedziałem, o czym ona mówi, ale przysiągłem to zrobić. Lydia zawtórowała mi z ochotą.

     - Pomnik Gjukara jest w pobliżu Rorikstead – powiedziała, gdy opuściliśmy świątynię. – Widać stamtąd fort Sungard. Wróćmy do domu, zróbmy przyjęcie, jak obiecaliśmy sobie kiedyś, a potem pójdziemy do Samotni. Pomnik Gjukara jest po drodze.

Ranek w Pękninie

     Do Samotni i tak musieliśmy się udać, choćby po to, aby zabrać stamtąd nasze stare zbroje. Tęskniłem już za swymi elfimi skorupami, lekkimi i mocnymi. Kto wie, gdzie rzuci nas los? Trzeba było przygotować się na wszystko. A tamta zbroja była dużo lżejsza i mocniejsza niż obecna, cesarska.

     Do Białej Grani wróciliśmy po kilku dniach. Przyjemnie było podróżować, nie obawiając się ataku Gromowładnych. Potem przez tydzień przygotowywaliśmy swoje weselne przyjęcie. Ale nie „Pod Chorągwianą Klaczą”, jak zamierzaliśmy. Jarl Balgruuf stwierdził, że gospoda jest za ciasna i użyczył nam miejsca w Wielkiej Galerii Smoczej Przystani – w tej samej, w której kiedyś zastawiliśmy pułapkę na Odahviinga. Czy muszę wspominać, że było huczne i wesołe? To przecież jasne. Otaczali nas sami życzliwi ludzie. Zaproszeni byli wszyscy, a kto nie mógł, lub nie chciał przychodzić do Smoczej Przystani, został ugoszczony w gospodzie, lub wręcz na rynku, gdzie poprosiłem o wytoczenie kilku beczek piwa. Dobrze, że Gromowładni już nam nie zagrażali – byłby to idealny moment na zaatakowanie miasta.

     Na weselu zjawili się wszyscy nasi znajomi, jak i ci, których nigdy dotąd nie spotkaliśmy, albo zaledwie znaliśmy z widzenia. W pewnym momencie przepiło do nas troje ludzi z charakterystycznymi tatuażami na twarzach: jedna dziewczyna i dwóch junaków, podobnych do siebie tak, jak tylko brat może być podobny do brata. Dziewczyna wydała mi się znajoma. 

     - Aela… - bąknąłem.

     Roześmiała się. Ona to bowiem była – pierwsza mieszkanka Białej Grani, jaką w ogóle poznałem. Dwaj inni Towarzysze to bliźniacy Vilkas i Farkas. Jeśli wierzyć legendom, niezwyciężeni i dumni wojownicy.

     - I co, zabójco smoków – mrugnęła do mnie wesoło. – Wszystko wskazuje na to, że masz zadatki na mojego brata-tarczownika! Może wstąpisz do Towarzyszy?

     - Może kiedy indziej – uśmiechnąłem się. – Ale nie mówię nie. Po prostu, na razie mam inne plany.

     - Czekamy na was – tryknęła się rogiem pełnym miodu ze mną i z Lydią. – Dla takich zuchów nasze drzwi zawsze są otwarte.

     Wreszcie, po tygodniu zabawy i odpoczynku, uznaliśmy że dość leniuchowania.

     Idziemy do Samotni!

     Wyruszyliśmy przed świtem. Szliśmy na przełaj, niespiesznie, podziwiając urodę doliny Białej Grani. Czasem napatoczył się jakiś krab błotny, czasem stadko jeleni, kiedy indziej widzieliśmy przebiegającego w oddali wilka. Ale zapasów mieliśmy dość, więc nie musieliśmy polować. Zwykle taka podróż zajmuje dwa dni szybkiego marszu. Teraz trwała prawie cztery. Pierwszą noc spędziliśmy w płytkiej jaskini myśliwego. To była ta sama grota, w której nocowałem kiedyś w drodze do Ustengrav. Musiała być używana również przez innych myśliwych, bo znać było, że ktoś stale utrzymywał ją w dobrym stanie, dbając o ramę do suszenia skór i legowisko z desek, pokryte mchem i sianem. Mogiła tamtego nieszczęśnika wciąż stała opodal, ale zdawała się być większa. Zapewne towarzysze myśliwego dołożyli po kilka głazów, aby uczcić jego pamięć.

      Po kilku tygodniach, spędzonych w wygodnych łóżkach Pękniny i Białej Grani, nocleg w szałasie wydał nam się strasznie niewygodny. Obudziłem się zdrętwiały i obolały. Lydia nie narzekała wprawdzie, ale widziałem, jak próbuje rozprostować zdrętwiały krzyż.

     - Starzejemy się – westchnąłem.

     - To nie starość – Lydia parsknęła śmiechem. – To przyzwyczajenie do luksusu. Przejdzie…

     Ruszyliśmy w stronę Rorikstead. Po drodze minęliśmy obozowisko gigantów, pilnując, by się zanadto nie zbliżyć. Giganci byli bardzo nieprzyjemni, gdy ktoś wkraczał na ich teren. Było to spowodowane ludzką chciwością. Wielu bowiem próbowało upolować hodowane przez nich mamuty. Trąba mamuta uchodziła w Skyrim za przysmak.

     I wtedy właśnie naszła mgła.

     Góry znikły nam z oczu, nie mówiąc o słońcu. W lesie pewnie znalazłbym kierunek, patrząc na mech, porastający pnie drzew. Ale w dolinie Białej Grani drzewa rosły z rzadka. Szliśmy więc na wyczucie i po pewnym czasie jasnym już było, że pokręciliśmy kierunki. Teren stał się bardziej skalisty, i bardziej nierówny. W pewnym momencie musieliśmy zsuwać się po skałach i przekraczać w bród jakąś rwącą rzeczkę, która w pobliżu zapewne zamieniała się w wodospad. Wprawdzie nie widzieliśmy tego, ale usłyszeliśmy wyraźnie.

     - Chyba zboczyliśmy za bardzo na północ – westchnęła Lydia. – Obyśmy znaleźli jakiś trakt.

     Znaleźliśmy go dopiero pod wieczór, gdy mgła nieco się rozrzedziła. O ile mogliśmy się zorientować, był to trakt do Rorikstead, w dodatku blisko wioski. Niestety, pomnik Gjukara niechcący ominęliśmy szerokim łukiem. Nie było już sensu wracać.

     Przenocowaliśmy w Rorikstead. Rankiem powstał dylemat, co robić. Idziemy dalej do Samotni, czy wracamy do pomnika? Ustalaliśmy, że cofać się teraz nie ma sensu. Zwłaszcza, że mgła znowu naszła, choć nie tak gęsta. Lepiej było trzymać się traktu. Poszliśmy więc na północ, w stronę Samotni. Przecież i tak będziemy wracać właśnie tędy, więc do pomnika Gjukara po prostu podejdziemy później.

     Skutki wojny zawsze są opłakane, ale pod jednym względem przysłużyła się ona krainie: było zdecydowanie mniej zbójów. Wytępiły ich obie armie i na razie na trakcie panował spokój. Nawet przy stromiźnie, prowadzącej do Wąwozu Rabusiów, gdzie zwykle czaiło się kilku oprychów, tym razem było pusto. Wąwóz Rabusiów też stał niezasiedlony. Zrobiliśmy tam sobie krótki postój na posiłek, ale szybko ruszyliśmy w drogę, żeby za dnia dojść do Smoczymostu.

     Tam niespodzianka – gospoda pełna! Jakieś delegacje z Cesarstwa zajęły wszystkie wolne pokoje. Z pomocą przyszedł nam kapitan Maro, przygarniając nas w obszernej chacie, pełniącej obowiązki garnizonu, koszar i posterunku strażniczego jednocześnie.

     Do Samotni dotarliśmy następnego dnia w południe.

     Ze wzruszeniem odwinąłem z płótna elfią zbroję. A elfia tarcza, po ciężkiej cesarskiej, wydała mi się tak lekka, jakby wykonano ją z cienkiego papieru. Zbroja legata powędrowała do skrzyni. A potem z szacunkiem odwinąłem Zgubę Smoków i wysunąłem niezwykle ostre i lekkie ostrze z pochwy. Błysnęło niebieskim światłem zaklęcia. Schowałem je na powrót i wsunąłem za pas. Pokręciłem głową. Trzeba będzie się zdecydować, którego ostrza używać. Odwykłem już od łażenia z dwoma mieczami. Zatrzasnąłem skrzynię z ulgą. Lydia miała nieco gorzej. Jej stalowe płyty były cięższe niż cesarska zbroja. Ale wydawała się być zadowolona z tego, że wreszcie je na siebie włoży. Oczywiście, nie dziś. Dopiero jutro, gdy będziemy wracali.

     A w Wietrznym Domku kurzyła się znakomita elfia zbroja w sam raz na nią. Może zdołam ją kiedyś przekonać?

*          *          *

     - O czym myślisz? – spytała Lydia, z głową na mojej piersi.

     Leżeliśmy w miękkim łóżku, w niedużym pokoiku, w gospodzie „Pod Mrugającym Ślizgaczem”. Ja przyjąłem swoją ulubioną pozycję, z rękami zaplecionymi za głową, a Lydia ułożyła się na moim ramieniu.

     - O niczym – odparłem, przytulając ją do siebie. – Rozkoszuję się chwilą.

     Pogładziła mnie po szyi.

     - Za dobrze cię znam – zamruczała. – Błądzisz myślami gdzieś daleko.

     Błysnęła oczami w tak dobrze mi znany sposób. Zaraz zacznie się ze mnie nabijać!

     - Pewnie tęsknisz do Markartu i do Lisbet – odezwała się, bawiąc się kosmykiem moich włosów.

     A nie mówiłem? Parsknąłem śmiechem.

     - Co ty się tak przyczepiłaś tej Lisbet? – spytałem. – Co ona ci zrobiła?

     - Jeszcze nic – zamruczała. – Ale niech tylko spróbuje!

     Podniosła głowę i spojrzała mi w oczy.

     - Przyznaj się – szturchnęła mnie pod żebro. – Myślisz o niej.

     - Nie – roześmiałem się. – Naprawdę nie. Ale jeśli już o to chodzi, to przyznaję, że jest ładna i podoba mi się jako kobieta.

     - Wiedziałam – westchnęła i jej głowa opadła mi na pierś.

     - Ale podoba mi się wiele kobiet – odparłem. – Dlaczego przyczepiłaś się właśnie jej?

     - Na przykład? – znowu wbiła we mnie oczy, niby sztylety. – Kto?

     - A choćby Grelka z Pękniny…

     - Ta z tą wiecznie uciągniętą twarzą? – skrzywiła się dokładnie tak jak Grelka. - Nie lubię jej.

     - Nie mówię, że ją lubię, tylko że jest ładna. Albo Jonna z Morthalu. Ta w dodatku jest sympatyczna. Podoba mi się Mirabelle…

     - Ta mistrzyni z Zimowej Twierdzy?

     - Ta właśnie – odparłem. – Ma w oczach takie ciepło… Albo, żeby daleko nie szukać, Adrianne.

     Tu nie było zdziwienia. Adrianne na naszym weselu, gdy zrzuciła wreszcie z siebie ten ciężki fartuch, w którym widywaliśmy ją na co dzień i włożyła cienką suknię, wyglądała prześlicznie.

     - Mjoll też jest niczego sobie – ciągnąłem. – A widziałaś Aelę?

     - Mówiłeś, że nie podobają ci się tatuaże…

     Uśmiechnąłem się. To prawda, nie podobały mi się. Wolałem gładkie i regularne lico mojej żony. Żony! Jeszcze się nie przyzwyczaiłem…

     - A ty? – spytałem. – Nie wierzę, że nie podobają ci się inni mężczyźni.

     - Czasami – mruknęła.

     - A jakoś nie robię z tego problemu.

     - A mógłbyś… - zamruczała. – Przynajmniej wiedziałabym, że ci na mnie zależy. Zobaczysz, kiedyś stracę cierpliwość i uwiodę kapitana Maro. Albo Falka Ogniobrodego. Albo Hadvara. Też przystojny…

     Znowu się roześmiałem.

     - Nie śmiej się, bo mi głowa podskakuje – podrapała mnie lekko po szyi. – No i co w tym takiego śmiesznego? Na razie wymieniam tylko tych z Samotni. Poczekaj, aż pójdę dalej. Mówią, że elfy to mizeroty, ale podobno Khajitowie mają temperament.

     - Ech, ty moja kochana uwodzicielko – przytuliłem ją mocniej. – Mam ci codziennie mówić, że cię kocham? Przecież to wiesz.

     - Codziennie? – spytała, gramoląc się na mnie i chwytając moje ręce jak zapaśnik, rozkładający przeciwnika na łopatki. – Tylko tyle?

     Próbowałem się podnieść, ale przygniotła mnie swoim ciałem. Poczułem miły dreszcz.

     - Nie puszczę, dopóki nie przysięgniesz, że będzie to co najmniej trzy razy dziennie, a najlepiej trzy razy na godzinę. Albo częściej.

     Zamiast odpowiedzi, przylgnąłem do jej ust i wpiłem się w jej wargi. Puściła moje ręce i objęła mnie za szyję. Położyłem dłonie na jej nagich plecach.

     - A mogę w ten sposób? – spytałem szeptem.

     Znów wpiliśmy się w siebie, głodni siebie nawzajem.

*          *          *

     Do Rorikstead przybyliśmy późnym wieczorem. Zbyt zmęczeni, aby interesowało nas cokolwiek poza kolacją i wygodnym łóżkiem. Gdy już umyliśmy się przy studni i zjedliśmy po misce polewki z rozgotowanych w mleku ziaren jęczmienia, z ulgą wyciągnąłem się na futrzanym materacu, z rękami za głową. Lydia, swoim zwyczajem, wdrapała się na mnie i ułożyła głowę na mojej piersi.

     - Znowu rozmyślasz – mruknęła sennym głosem. – Śpij, bo jutro czeka nas… Nawet nie wiem co…

     Uśmiechnąłem się.

     - Zastanawiam się – odrzekłem. – Jutro pójdziemy pod pomnik Gjukara, a ja nawet nie wiem, kto to był ten Gjukar. Ani dlaczego postawiono mu pomnik. To jakiś bóg? Bohater? Król?

     - To był jeden z dawnych wodzów – zamruczała. – Śpij, jutro ci wytłumaczę.

     Pogładziłem jej włosy.

     - Jak dawnych? – spytałem.

     - Śpij, marudo – mruknęła. – Jutro…

     Westchnąłem.

     - Gdybyśmy wiedzieli, może domyślilibyśmy się, czego się spodziewać – mówiłem cicho. – Żałuję, że w Samotni nie skorzystałem z garnizonowej biblioteki. Może coś by tam było?...

     Położyła mi palec na ustach. Pocałowałem jej dłoń, ale odsunąłem ją. Musiałem się wygadać.

     - Nie wiemy, czego mamy szukać – ciągnąłem. – Albo kogo. Nie wiemy, co w ogóle mamy zrobić. Nie wiemy, czego się spodziewać. Walki, czy poszukiwań jakiegoś przedmiotu? 

     Uniosła głowę i sennym wzrokiem spojrzała na mnie.

     - Jak zaraz się nie przymkniesz, wracam do Samotni – oznajmiła. – Śpij i nie marudź. Jutro się okaże.

     Położyła głowę na mojej piersi i zamknęła oczy. Przez chwilę przyglądałem się jej długim, ciemnym rzęsom.

     - Jakoś nie mogę zasnąć – szepnąłem.

     - Bo gadasz – mruknęła ledwo dosłyszalnie. – Daj przynajmniej spać innym.

     Objąłem ją ramieniem i pogładziłem po plecach. Rozluźniła się, jak kot, gdy wolnym ruchem, delikatnie muskałem ją dłonią. Nie odzywałem się już. Po chwili usłyszałem jej regularny oddech. Zasnęła. A ja wciąż nie mogłem spać. Wpatrywałem się w sufit i zastanawiałem się nad zadaniem, jakie otrzymaliśmy od Dinyi Balu. A raczej nie od niej, tylko od samej bogini Mary. Byłem gotów je wykonać, ale nie miałem pojęcia, na czym ma ono polegać. Mam kogoś poszukać? Z kimś porozmawiać? Czy ten ktoś powie mi, co mam robić? A nawet jeśli tego kogoś spotkam, skąd będę wiedział, że to właściwa osoba? Pytania wciskały mi się pod czaszkę i odpędzały sen. Długo jeszcze nie mogłem zasnąć, a myśli plątały mi się w zadziwiające łańcuchy. Przypomniał mi się Alduin i jego potężny, dudniący głos, powodujący drżenie trzewi. A potem moje myśli pobiegły ku Paarthurnaxowi i wspomniałem jego głos, jakże inny, głęboki, aksamitny, czysty…

     Co porabia teraz? Czy medytuje na swoim ulubionym miejscu, na szczycie Gardła Świata? A może krąży gdzieś nad Tamriel, wysoko, aby nikt go nie zobaczył i kontempluje piękno świata, który pomógł ocalić? Wyobraziłem go sobie, jak z rozłożonymi skrzydłami, nie poruszając nimi, szybuje ponad górami, na południe, do Cyrodiil… I dalej, nad Morze Topal. I jeszcze dalej, w nieznane, o którym żadne mapy nie wspominają. Może tam dalej jest jeszcze jakiś ląd? Jak wielki? Kto go zamieszkuje? Ludzie? Elfy? A może jeszcze ktoś inny?

     Przed oczami stanął mi rodzinny dom. Drobna postać matki, siedząca na swoim ulubionym miejscu, na zydlu przy palenisku. Siwiejące włosy spięła w kok, aby nie zsuwały jej się na czoło. Na kolanach drewniana miska, w której co chwilę lądują świeżo obrane korzonki na jutrzejszy obiad. A przy stole ojciec, jedną ręką jedzący spóźnioną kolację, drugą zapisując utarg, uwagi do wykonanej roboty i planując pracę na jutro.

     Co też porabia teraz Eanor? Zapewne siedzi właśnie na zwalonym pniu przed swoją chatką i gra na lutni jakąś słodką melodię. Albo z łukiem na ramieniu przechadza się po leśnej polanie, chłonąc oczami, uszami i nosem całe piękno pogodnej nocy. A najprawdopodobniej leży rozwalony w swoim hamaku i gapi się w sufit, rozmyślając, podobnie jak ja teraz.

     Lydia poruszyła się lekko i zamruczała coś przez sen. Otuliłem ją derką. Jak miło czuć jej obecność. Właśnie tak – obecność! Kochałem jej spojrzenie, głos, kochałem każdy jej ruch, a każdy dotyk wywoływał we mnie rozkosz. Ale najbardziej zależało mi na jej obecności. Niechby sobie nawet siedziała obok na krześle i czytała jakąś księgę, w ogóle się nie odzywając, ani na mnie nie patrząc. Ale cieszyła mnie sama świadomość, że ona tu jest, tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Wystarczy się do niej odezwać, aby podniosła swoje ciemne oczy na mnie. Maro, czym ja sobie zasłużyłem na takie szczęście?

     - Ocaliłeś świat… - usłyszałem w swojej głowie jakiś słodki głos.

     Ale to zapewne była już tylko gra mojej wyobraźni. Zasnąłem.

*          *          *

     Chyba w każdym miejscu na świecie istnieje zwyczaj śpiewania dzieciom do snu. Lydia wynalazła właśnie nowy - śpiewania na obudzenie. Gdy spałem w najlepsze, jej ciepła dłoń zaczęła gładzić mi szyję i usłyszałem jak nuci popularną kołysankę, w naprędce przerobioną na przeciwną sytuację.

     Otwórz oczka, zbudź się już,
     Bo już słonko świeci.
     Ranek wstaje pośród wzgórz,
     Wstają wszystkie dzieci.

     Byłem ciekaw, jak sobie poradzi z trzecią linijką. W oryginale było bowiem „i zmęczone oczka zmruż” i trudno było przerobić to w drugą stronę. Ale wylazła z niej poetka. A ja spróbowałem naciągnąć derkę na głowę. Nie pozwoliła mi.

     - Mara na nas czeka – szepnęła mi do ucha. – Śniadanie też…

     - Mmmmm… – zamruczałem sennie, co miało oznaczać „no to niech jeszcze trochę poczeka; czekała tyle lat, kilka minut jej nie zbawi; a śniadanie nie ucieknie”.

     Ale Lydia była bezlitosna. Przemocą ściągnęła ze mnie ciepłą derkę. Skuliłem się na łóżku, bo ranek był chłodny.

     - Jeszcze troszeczkę… - poprosiłem, szukając derki po omacku. – Tak bardzo chce mi się spać…

     - Trzeba było wieczorem spać, a nie smęcić – odparła. – Dalej, chodź na śniadanie, zanim ostygnie.

     Usłyszałem jej kroki, jak wychodzi z pokoju. Otworzyłem oczy. Derka leżała na skrzyni, za daleko, żeby sięgnąć ręką. Chcąc, nie chcąc, musiałem zwlec się z łóżka. A skoro już wstałem, nie było sensu kłaść się na powrót.

     Przy stole z trudem powstrzymywałem ziewanie. Lydia zapowiedziała, że mnie wytarza w śniegu, żebym wreszcie się obudził. Na szczęście, byliśmy w Rorikstead, gdzie śnieg był rzadkością.

     Po śniadaniu włożyliśmy na szyje amulety Mary i ruszyliśmy na południe, w kierunku pomnika, stojącego niedaleko traktu. Po drodze Lydia opowiedziała mi wszystko, co wiedziała o Gjukarze, ale niewiele tego było. Generalnie, pomnik upamiętniał krwawą bitwę, jaką stoczył norski wódz Gjukar  kilkaset lat temu. Nie pamiętała, z kim walczył. Chyba z Dunmerami. Wiedziała tylko, że poniósł sromotną klęskę, a jego wojska zostały zmasakrowane. Pomnik wskazywał miejsce bitwy i był w zasadzie nagrobkiem ogromnej mogiły, jaką stanowiła malownicza dolinka. Jeszcze dziś można było gdzieniegdzie znaleźć bielejące w trawie kości.

     W mojej głowie jeszcze bardziej się pomieszało. Co to ma wspólnego z Marą? Co masakra wojsk może mieć wspólnego z miłością? Miałem nadzieję, że dowiem się na miejscu.

     Nie nadeszło jeszcze południe, gdy stanęliśmy pod monumentem. Było stąd widać fort Sungard na zachodzie, a na wschodzie widniało niewysokie wzgórze, dzielące tę część doliny na dwie części. Spojrzeliśmy na siebie i zaczęliśmy rozglądać się dookoła. Nic się nie działo. Rzuciłem kilkakrotnie wokół zaklęcie „Wykrycie Życia”. Pokazało mi kilka lisów, zająca, jakiegoś jelenia w oddali, poza tym nic. Bezradnie spojrzałem na Lydię. Wzruszyła ramionami.

     Czekaliśmy. Nie wiedzieliśmy na co. Ale cokolwiek to było, nie nadeszło. Słońce przesunęło się nad fort Sungard i zaczęło kryć się za murami zamku. Postanowiliśmy udać się do fortu na nocleg, a rano spróbować raz jeszcze.
Pomnik Gjukara. W oddali widoczny mur fortu Sungard.

     Zmierzchało, gdy stanęliśmy u bram zamku. Choć nie mieliśmy na sobie cesarskich zbroi, legioniści rozpoznali nas i zaprosili do stołu. Z wdzięcznością przyjęliśmy zaproszenie. Przy kolacji spytałem, czy mają tu jakieś księgi, opowiadające historię Gjukara. Żołnierze pokręcili głowami, ale zaraz rozpoczęły się opowieści. Podobno czasami, w okolicy pomnika, pojawiały się duchy.

     - Duchy? – Lydia uniosła brwi i spojrzała na mnie. – Duchy… Może to o nie chodzi? Dawno nie żyjąca kochanka…

     - Po północy strach tam chodzić – zapewnił mnie jeden z legionistów. – Zwykle nic się tam nie dzieje, ale czasem pojawiają się tam jakieś mgliste postaci.

     - Tylko w nocy? – spytała Lydia.

     Żołnierz potwierdził. Spojrzeliśmy po sobie.

     - Może trzeba udać się tam w nocy? – podsunęła.

     To była myśl. Szybko dokończyliśmy kolację i czym prędzej podziękowaliśmy za gościnę. Za oknami było już ciemno. Nie chcieliśmy tracić czasu. Opuściliśmy fort i po zaledwie półgodzinnym marszu znów stanęliśmy pod pomnikiem. I tedy właśnie zorientowaliśmy się, że nie jesteśmy sami.

     Przyznaję, że włosy stanęły mi dęba, gdy ujrzałem tę półprzezroczystą postać, jakby wykonaną z błękitnego, bladego światła. Chwyciliśmy się z Lydią za ręce, przyglądając jej się z lękiem. To była postać kobiety. Snuła się po okolicy wolnym krokiem. Co chwilę pochylała się, jakby coś podnosiła z ziemi. Coś ciężkiego, o ile mogłem zorientować się z jej ruchów.

     Lydia ścisnęła moją dłoń. Musimy się przemóc. To chyba o to właśnie chodziło Dinyi Balu. Z drżącymi sercami podeszliśmy do mglistej postaci. Podniosła głowę i spojrzała na nas. Była to niemłoda już kobieta, o smutnej twarzy, a w jej oczach czaiły się żal i jakiś dziwny rodzaj determinacji. Widać było, że choć w rozpaczy, jest zdecydowana znaleźć to, czego szukała. Miała na sobie skromną suknię, łataną w kilku miejscach. Na głowie czepek, jaki kiedyś nosiły w tym kraju kobiety i jaki niektóre nosiły do dziś. Ot, powiedziałbym, zwykła, przeciętna gospodyni, w średnim wieku. A jednocześnie tak bardzo niezwykła.

     Przełknąłem ślinę. Z trudem.

     - Co robisz? – odważyłem się spytać.

     Pytałem szeptem, bo odnosiłem wrażenie, że głos byłby tu bardzo nie na miejscu.

     - Szukam mojego Fenriga – załkała. – Maszerował wraz z ludźmi Gjukara, którzy ponoć zostali tu rozbici.

     Spojrzeliśmy na siebie zdumieni.

     - Lecz chociaż odwróciłam wszystkie ciała, nie mogę go odnaleźć – załkał znów duch.

     Strach ustąpił. Ten duch był tak zrozpaczony i nieszczęśliwy, że jego żal udzielił się nam. Żal tak potworny i przygniatający, że nie było w nas już miejsca na inne uczucia. Choć Lydia ze wszystkich sił próbowała zachować spokój, nie udało jej się ukryć nienaturalnie błyszczących oczu.

     Zjawa podeszła bliżej i spojrzała mi w oczy.

     - Proszę, pomóż mi w poszukiwaniach – szepnęła. – Ma płomiennorudą brodę i włosy…

     - Ostatnia bitwa odbyła się tu wiele wieków temu – odrzekła Lydia cichym, drżącym głosem.

     Zdumienie odbiło się na twarzy zjawy.

     - Rozum ci odebrało? – jęknęła. – Spójrz na te wszystkie ciała! Nawet jeśli nie widzisz na oczy, musisz czuć zapach krwi.

     Spojrzeliśmy wokół, ale nie dostrzegliśmy niczego. Zaś do moich nozdrzy doszedł tylko zapach trawy, wilgotnej od zbierającej się rosy.

     - Chodź, pomóż mi szukać Fenriga – załkał duch. – On musi gdzieś tu być.

     Zjawa odeszła, kontynuując poszukiwania. A my jeszcze mocniej chwyciliśmy się za ręce. Oto Mara pokazała nam inne oblicze miłości. Tragiczne, naznaczone bólem i rozdzierającą serce rozpaczą. I oboje poczuliśmy strach. Strach, że i nas może to spotkać.

     - Jak możemy jej pomóc – spytała Lydia, wycierając oczy. – Przecież nie widzę tu żadnych ciał.

     - Ani ja – szepnąłem. – Nie mam pojęcia, co mamy zrobić.

     - Może ciało Fenriga też nam się ukaże? – podsunęła. – Albo jego duch?

     - Spróbujmy…

     Obeszliśmy całą okolicę, uważnie wypatrując cieni. Nie znaleźliśmy nic.

     - Poszukajmy w tamtym kierunku – Lydia wyciągnęła rękę na wschód. – Jeśli jakaś armia maszeruje, to zwykle doliną. Pewnie stamtąd nadciągnęli…

     - A jeśli nie?

     - To poszukamy z drugiej strony – odparła. – Nie wiem, jak ty, ale ja tego tak nie zostawię.

     - Ja też – objąłem ją i przycisnąłem do siebie. – Będziemy przychodzić tu co noc i szukać tak długo, aż znajdziemy.

     Ruszyliśmy na wschód. Wciąż trzymaliśmy się za ręce, bojąc się odejść od siebie, choćby na chwilę. Widziałem już kiedyś Lydię, leżącą w kałuży krwi, jak uchodziło z niej życie. Widziałem już, jak gasła, po walce ze smokiem. Widziałem ją nieprzytomną, gdy troll rzucił ją o skały. Ale nigdy tak strasznie nie bałem się, że ją stracę, jak tej właśnie nocy.

     W swoich poszukiwaniach dotarliśmy pod samą górę. Niczego nie znaleźliśmy. Skręciliśmy na północ, z zamiarem zbadania podnóża gór i powrotu pod pomnik. Znaleźliśmy malownicze jeziorko, strumyk, kilka krabów błotnych… Ale żadnego ciała.

     Nagle Lydia ścisnęła mnie z całej siły.

     - Co się stało?

     Ale ona uważnie wpatrywała się na wschód, w miejsce po drugiej stronie skalistego wzgórza. Podążyłem za jej wzrokiem.

     - Patrz tam – uniosła rękę, wskazując jakiś punkt. – Widzisz?

     - Nic nie widzę – odparłem. – Gdzie?

     - Daleko, po drugiej stronie góry, przy rozlewisku.

     Mój wzrok podążył we wskazany punkt. Pamiętałem, że po drugiej stronie strumyk rozlewał się na kilka strug, tworząc płytką sieć wysepek. I tam dojrzałem niewyraźne, błękitne światełko. Było jednak tak daleko, że trudno było mi ocenić, czy to wzrok nie płata nam figla. Równie dobrze mogła to być gwiazda, odbijająca się w strudze wody.

     Ale co innego mogliśmy zrobić? Poszliśmy w tamtym kierunku. Minęliśmy jeziorko, przebrnęliśmy przez strumyk i po półgodzinnym marszu znaleźliśmy się w miejscu, gdzie dostrzegliśmy przedtem światło. Ale tym razem nie było tu niczego.

     - To chyba tylko złudzenie – szepnąłem. – Tu nic nie ma.

     I jakby na zaprzeczenie tych słów, światło pojawiło się znów, zaledwie o kilkanaście kroków od nas. Mglista postać zamajaczyła błękitnym blaskiem. Widzieliśmy ją wyraźnie i natychmiast chwyciliśmy się za ręce, jakby ten gest miał odpędzić jakiś zły urok. Powoli zbliżyliśmy się do ducha.

     Postać odwróciła się i spojrzała na nas. Było to mężczyzna w zbroi i hełmie. Miał jasną brodę i włosy, ale trudno było ocenić, czy istotnie są płomiennorude, bowiem cały zdawał się być ulepiony z jasnobłękitnej poświaty. Bez wątpienia nas widział i przyglądał nam się podejrzliwym wzrokiem. Podeszliśmy bliżej.

     - Fenrig? – spytałem szeptem.

     Zdziwienie odbiło się na jego twarzy. Niepewnie skinął głową, a ja poczułem, jakby wielki głaz spadł mi z serca. Znaleźliśmy go! Żywego!

     To znaczy… Nieżywego… Ducha. Na dziewięć bóstw, jak się tu w tym wszystkim połapać?

     - Twoja żona cię szuka – szepnąłem, przypatrując mu się uważnie.

     Wciągnął gwałtownie powietrze.

     - Ruki?

     Podszedł do mnie na wyciągnięcie ręki. Jak zahipnotyzowany przyglądałem się jego oczom – dwom ciemnym plamom na tle jasnej poświaty.

     - Gdzie ona jest? – spytał niecierpliwie.

     Podniosłem ramię i wskazałem w kierunku pomnika.

     - Na zachodzie – szepnąłem. – Na równinie, w pobliżu… góry.

     O mało nie powiedziałem „pomnika”. Ale przecież za czasów Gjukara pomnika jeszcze nie było.

     Zdziwienie odbiło się na jego świetlistej twarzy.

     - Mamy tam jutro stoczyć walkę – szepnął. – Gjukar wybrał to miejsce, by rozbić na noc obóz.

     Spojrzał na mnie uważnie i opuścił wzrok.

     - Jakoś nie podoba mi się to – mruknął.

     Nie wiedziałem, czy mówi o obozie, czy o Ruki, jak nazwał swoją żonę. Może dlatego moja wypowiedź zabrzmiała sztucznie i nieco teatralnie.

     - Dlaczego nie podoba ci się pomysł rozbicia tu obozu?

     Wzruszył ramionami.

     - Nasze ogniska widać z odległości wielu mil – odparł. – W niewielkiej kotlince. Łatwy cel…

     Pokiwałem głową. Dziwiło mnie, że w ogóle nie zakazano palenia ognisk. Choć mizerne miałem o taktyce pojęcie, nawet ja nie popełniłbym w polu takiego błędu.

     - Pozwól, że zabiorę cię do Ruki – odezwałem się.

     Podniósł głowę.

     - Skoro dotarła tak daleko, musi to być coś ważnego – rzekł pewnym głosem. – Prowadź! Muszę jedynie wrócić do obozowiska przed wschodem słońca.

     Jak we śnie ruszyliśmy na zachód. Ale duch nie podążył za nami. Zniknął… Spojrzeliśmy po sobie.

     - Co teraz? – spytała Lydia głosem drżącym z emocji.

     - Nie wiem – szepnąłem. – Po prostu pójdźmy do Ruki. Zobaczymy, co się stanie.

     Szliśmy z pośpiechem. Sam nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że niebo za naszymi plecami zaczęło już jaśnieć? Baliśmy się, że będzie za późno, zanim dojdziemy na miejsce.

     Ale Ruki wciąż przeszukiwała niewidoczne pole bitwy…

     Gdy się zbliżyliśmy, za naszymi plecami zajaśniała postać Fenriga.

     Ruki opuściła ręce, w geście zaskoczenia. Była tak zdumiona, że nie potrafiła wydobyć z siebie słowa. Nagła radość odmalowała jej się na bladoniebieskiej twarzy. Radość, połączona z  niedowierzaniem. I strachem. Strachem, że to wszystko okaże się przywidzeniem.

     - Fenrigu, ty żyjesz… - zdołała tylko wyszeptać.

     Fenrig dopadł jej w kilku susach i objął czule ramionami.

     - Oczywiście, że tak – zapewnił. – Co cię tu sprowadza?

     Ruki z całych sił przytuliła się do ukochanego.

     - Słyszałam, że rozbito ludzi Gjukara – załkała. – Przyszłam tu, by cię odnaleźć.

     Fenrig spojrzał na nią zdumiony.

     - Ale walka ma się odbyć dopiero jutro – szepnął.

     I nagle stało się coś dziwnego. Przytulona do siebie para duchów uniosła się, jakby wdmuchnięto pod nich powietrze.

     - Ruki, co się dzieje? – szepnął Fenrig, rozglądając się na boki.

     Ruki przytuliła się do niego jeszcze mocniej.

     - Czuje się taka… zdezorientowana – szepnęła z przejęciem. – Co się dzieje?

     A my widzieliśmy wyraźnie. Obie postaci wznosiły się coraz wyżej. Powoli, jak dym, uciekający kominem.

     - To nie ma znaczenia – dobiegł nas jeszcze z góry głos Fenriga. – Jestem tu. Jesteśmy razem. I będziemy na zawsze…

     Błękitni kochankowie wznosili się coraz wyżej i wyżej. Aż w końcu straciliśmy ich z oczu.

     Objęliśmy się z Lydią ramionami i przytuliliśmy z całych sił. Oboje mieliśmy łzy w oczach.

     - Wybacz mi, Maro – szepnąłem wzruszony. – Wybacz, że w ciebie zwątpiłem…

sobota, 3 grudnia 2016

Rozdział XIII – Węzeł

     Wyszliśmy z Pałacu Królów prosto na ciasny plac zamkowy. Barykady dopalały się, dzięki czemu było jasno niemal jak w dzień. Żołnierze zgromadzili na placu, czekając na wyjście generała. Gdy tylko wyszliśmy, powitał nas głośny okrzyk i hałas trzaskania mieczami o tarcze.

     Jakaś postać przecisnęła się przez szereg legionistów i dopadła mojego boku.

     Lydia!

     - Cały jesteś? – spytała.

     - Ja tak – objąłem ją ramieniem. – A ty?

     - Też – uśmiechnęła się, ale za chwilę spoważniała. – Co z Ulfrikiem?

     - Nie żyje – odparłem. – Zginął w walce…

     Tymczasem Tulius podniósł rękę, chcąc uciszyć zebranych.

     - Powstanie dobiegło końca – zaczął. – Ulfric Gromowładny nie żyje. Jego głowa pojedzie do Cyrodiil, gdzie zostanie zatknięta na murze Cesarskiego Miasta!

     Wzdrygnąłem się. Nie spodziewałem się aż tak barbarzyńskich zwyczajów po generale. Zaskoczyły mnie te słowa. I zdziwiły. Przecież, o ile mi było wiadomo, na murach Cesarskiego Miasta nie było zatkniętych żadnych głów…

     - Niech tam stanowi ostatnie ostrzeżenie dla wszystkich, którzy zwą się Gromowładnymi! – zawołał generał i odpowiedziało mu złowrogie wycie.

     A ja zrozumiałem, że ta część przemówienia skierowana była do Nordów, sprzyjających Ulfricowi, którzy z pewnością go słyszeli, lub usłyszą później, przekazaną im przez współziomków. Bardzo wątpiłem, aby generał wprowadził tę zapowiedź w życie. Po co? Żeby psuć widok miasta? Cesarz nigdy by się nie zgodził na tak makabryczną ozdobę swej stolicy. Dowód dla cesarza? Niepotrzebny. Słowo Tuliusa wystarczało w zupełności… 

Cesarscy żołnierze pod Pałacem Królów. Widoczne resztki barykad.

     Tymczasem Tulius przemawiał dalej. Nieco ochrypłym głosem, trochę się zacinając, ale moim zdaniem całkiem efektownie. Jak sam twierdził, nie był dobrym mówcą. W porównaniu do wystudiowanych przemów Ulfrica, brzmiało to chropawo i surowo. Ale i słuchacze nie spodziewali się po nim poezji.

     - Oddajemy miasto Brunwulfowi Wolnej Zimie! – ciągnął generał. – Honorowemu i wiernemu człowiekowi. Wielu z was zostanie w Wichrowym Tronie, aby pomóc jarlowi przywrócić porządek oraz ugasić wszelkie ogniska powstania, jakie wciąż mogą się tlić.

     Tym razem entuzjazm był raczej skromny. Żołnierze w większości palili się do powrotu do Cyrodiil. Ale generał nie przejmował się tym. W tak wielkiej grupie ludzi zawsze znajdą się ochotnicy, chętni do pozostania. Zwłaszcza w kraju, gdzie liczba wdów gwałtownie wzrosła.

     - W uznaniu waszej wzorowej służby – dodał Tulius – podwajam wam żołd…

     Tu już entuzjazm nie był niczym ograniczany. Okrzyk, wydobywający się z setek piersi był szczery i bardzo, bardzo głośny.

     - Oraz zadośćuczynienie dla wdów po waszych poległych towarzyszach – Tulius dokończył rozpoczętą myśl. – Jestem z was dumny! – podniósł w górę obie ręce i złączył je nad głową. – Chwała Cesarzowi! Chwała jego legionistom!

     Trudno przypuszczać, aby ktokolwiek spał tej nocy, ale jeśli miał to szczęście, to w tej chwili musiało go ono opuścić. Hałas z trzaskających o tarcze mieczów i okrzyk zwycięstwa, słychać było chyba nawet w Gajkyne.

     Generał opuścił ręce i dał znak, że można się rozejść. Oficerowie zaczęli wydawać komendy. Rozpoczęła się normalna służba, w dodatku niezbyt wdzięczna, polegająca na uprzątnięciu poległych, usunięciu barykad i opiece nad rannymi. 

     Tulius podszedł do nas i potrząsnął głową.

     - Nienawidzę przemówień – westchnął.

     Uśmiechnęliśmy się.

     - Nie było tak źle – odparła Rikke, siląc się na powagę.

     - Mam nadzieję, że nie zrobiłem z niego męczennika…

     Sięgnął do zapięcia pod brodą, rozpiął je i z ulgą zdjął hełm.

     - Z pewnością napotkamy opór – odparła Rikke. – Na wzgórzach znajduje się wiele obozów Gromowładnych. Bez wątpienia zaatakują, gdzie tylko im się uda i kiedy nadarzy się jakakolwiek okazja. Ale bez Ulfrica, podsycającego ich emocje, uspokoją się i w końcu wrócą do domów.

     Brzmiało to optymistycznie, ale Rikke mogła mieć rację, przynajmniej częściowo. Bez Ulfrica Gromowładni stracą serce do walki. Przynajmniej większość z nich.

     Generał myślał podobnie.

     - Mam nadzieję, że masz rację, legacie – skinął głową. – W tym czasie nadal będziemy ich wykurzać i roznosić na mieczach…

     Spojrzał na mnie i chyba po raz pierwszy uśmiechnął się tak zwyczajnie, po ludzku.

     - Nie dokonalibyśmy tego bez ciebie – uścisnął mi dłoń. – Cesarstwo opływa w chwałę dzięki twoim dokonaniom…

     Pokiwał głową, po czym skinął na Rikke.

     - Chodź, Rikke – rzekł ciepło. – Dużo jeszcze do zrobienia.

     - Czy… - zacząłem nieśmiało. – Czy mogę…

     Zająknąłem się, nie wiedząc, jak to ująć. Dziwnie się czułem, tak po prostu opuszczając Legion.

     Zatrzymał się i cierpliwie poczekał, aż wróci mi śmiałość.

     - Czy mogę coś jeszcze uczynić dla Legionu? – spytałem w końcu.

     Tulius w zamyśleniu wzruszył ramionami. Podszedł i spojrzał mi prosto w oczy.

     - Ulfric nie żyje – rzekł wolno, – a jego armia się rozpierzchła. Nie bardzo mam cię o co więcej prosić…
Potarł nos i brodę, namyślając się.

     - Podejrzewam jednak, że bogowie mogą mieć wobec ciebie inne plany.

     Po przyjacielsku położył mi rękę na ramieniu.

     - Wierni Gromowładni wciąż działają z ukrytych obozów na wzgórzach – zaczął. – Jeśli się na nich natkniesz… Zabij. Przy odrobinie szczęścia niedługo stracą ducha walki i wrócą do domów… Do rodzin. Jeśli nie – wzruszył ramionami – będziemy zmuszeni skończyć z nimi siłą.

     Spojrzał mi w oczy i żartobliwie zasalutował.

     - Odmaszerować! – uśmiechnął się.

     Odwzajemniłem uśmiech.

Wichrowy Tron. Legat Rikke krótko po decydującej bitwie.

*          *          *

     Pałac Królów, póki co, stał pusty, dlatego właśnie tam urządzono lazaret. Wuunfert Nieumarły radził sobie całkiem nieźle. Pomogłem mu, ile mogłem, ale jako że miał do pomocy wielu Dunmerów, z których każdy znał się trochę na magii, nie byłem mu niezbędnie potrzebny. Zjedliśmy więc trochę z naszych przydziałów i tuż po północy skorzystaliśmy z jednej z komnat gościnnych pałacu.

     Obudziliśmy się skoro świt. Nie dało się spać w tym hałasie. Całe miasto wymagało przecież gruntownych porządków, napraw no i… pochówków. Straty cesarskich były niewielkie, ale Gromowładnych padło naprawdę wielu. Ze zgrozą patrzyłem na stos ciał w błękitnych opończach, ułożony równo pod wejściem do komnaty umarłych. Zawodzenie ich bliskich sprawiało przygnębiające wrażenie. Tyle rozpaczy naraz nie widziałem jeszcze nigdy. Z ciężkim sercem przeszedłem obok cmentarza.

     - Straszne… - wyszeptałem tylko.

     - To prawda – odrzekła Lydia szeptem. – Ale gdy pomyślę, że to mogła być Biała Grań, mimo wszystko czuję ulgę.

     - Sami sobie zgotowali ten los – przytaknąłem. – Ale i tak jest to straszne. Najchętniej wyniósłbym się z tego miasta czym prędzej.

     - Ja też – mruknęła Lydia. – Widziałeś, jak tu na nas patrzą? Jak na zdrajców.

     Była to prawda. Pomocnica kowala rzuciła ku mnie nienawistne spojrzenie. Wielu ludzi spluwało na nasz widok. Zrobiło mi się tak nieprzyjemnie, że skręciłem do Szarej Dzielnicy. Tu było inaczej. Dunmerowie nie byli do nas wrogo nastawieni. Przeciwnie, Revyn Sadri, choć oczywiście zatroskany zrujnowaniem miasta i obawiający się o swój sklep, przyjął nas gościnnie i po dłuższej pogawędce na temat stanu miasta, kupił ode mnie kilka drobiazgów, znalezionych w czasie plądrowania zdobytych fortów.

     - Nie jest tak źle – pocieszał nas. – Nie wszyscy w tym mieście popierali Ulfrica. A nawet jeśli, to zrozumcie, ich rany są świeże. Z czasem się zagoją.

     Pożegnaliśmy się i wyszliśmy ze sklepu. Wciągnąłem w płuca mroźne powietrze i nagle zatęskniłem za Białą Granią. Chciałem znów pobyć trochę w Wietrznym Domku, pogawędzić z Adrianne, kupić jakiś drobiazg u Belethora, czy posłuchać gawęd w gospodzie „Pod Chorągwianą Klaczą”. 

     - A może – odpowiedziała nieśmiało Lydia – może najpierw udajmy się do Pękniny?

     Spojrzałem na nią poważnie. Opuściła wzrok.

     - Chyba, że się rozmyśliłeś…

     Roześmiałem się w głos i przytuliłem ją z całych sił.

     - Oczywiście! – zawołałem. – Najpierw do Pękniny!

     Roześmiani i trzymający się za ręce, poszliśmy jeszcze tylko pożegnać towarzyszy. A potem wyszliśmy za bramę i ruszyliśmy na trakt, prowadzący na południe.

     Czuliśmy się dziwnie. Nagle mieliśmy strasznie dużo czasu, z którym nie mieliśmy co zrobić. Dopóki ktoś organizował nam życie, nie było okazji na myślenie o własnych planach. A tu nagle wojna się skończyła! Mieliśmy cały czas dla siebie. Spory majątek, jaki udało nam się zgromadzić przez ten rok mojego pobytu w Skyrim, dawał nam całkowitą swobodę. Nagle staliśmy się panami naszego życia i tylko od nas zależało, co będziemy robili. I, co dziwne, oboje czuliśmy niepokój, jak zwierzęta, marzące o wydobyciu się z klatki, gdy wreszcie je wypuszczono, a one nie wiedzą, dokąd iść.

     Pierwszy postój zrobiliśmy sobie już w Gajkyne. W gospodzie najedliśmy się i odpoczęliśmy, choć wcale jeszcze nie czuliśmy zmęczenia. Czekała nas jednak daleka droga, bowiem pierwsza osada po drodze to dopiero Skała Shora. Trzeba wyjść z gospody przed świtem, aby dojść do niej już po zmierzchu. W dodatku, cały czas idzie się pod górę. I tak też zrobiliśmy, opuszczając gospodę niedługo po północy i zanurzając się w chłodną noc.

     Nie marzliśmy jednak. Im dalej na południe, tym bliżej do gorących źródeł. Lekka mgła, zawsze spowijająca trakt w tym miejscu, przyniosła ocieplenie. Zrobiło się jasno, gdy mijaliśmy dróżkę, prowadzącą do naszego dawnego obozu. Szliśmy nie spiesząc się, mając spory zapas czasu. Woleliśmy jednak, aby mrok nas nie zaskoczył w lasach Riftu. Za dużo było tu niedźwiedzi i wilków.

     Z jednym niedźwiedziem musieliśmy się zmierzyć, gdy zaatakował nas już w pobliżu Skały Shora. Nie przeżył oczywiście tego starcia, a my straciliśmy trochę czasu, bowiem Lydia przypomniała mi o obietnicy, danej Tembie Szerokiej-Ręce, właścicielce tartaku z Ivarstead. No i trzeba było odrzeć go ze skóry… Wskutek tego do Skały Shora dotarliśmy, gdy już zmierzchało.

     Filnjara nie było we wsi. Pojechał do Pękniny po jakieś materiały. Nie znając tu nikogo innego, nie chcieliśmy się wpraszać w gościnę. Zerknąłem na widniejącą w oddali wieżę fortu Zielony Mur. Spojrzeliśmy na siebie i oboje skinęliśmy głowami. Choć oficjalnie nie należeliśmy już do Legionu, jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by legioniści odmówili gościny weteranom. Dziarskim krokiem ruszyliśmy w tamtą stronę.

     Stało się, jak przypuszczaliśmy. Ponieważ wciąż miałem na sobie zbroję legata, komendant chciał nam odstąpić własną kwaterę, ale nie chcieliśmy nadużywać jego uprzejmości. Poprzestaliśmy na noclegu w koszarach.

     Do Pękniny dotarliśmy późnym rankiem, następnego dnia.

     - No i jak się czuje pani młoda? – spytałem, spoglądając czule na Lydię.

     - Nieświeżo – uśmiechnęła się. – Potrzebuję kąpieli.

     - Ja też – skinąłem głową. – Wynajmijmy sobie pokoik „Pod pszczelim żądłem”.

     - Dwa pokoiki – odparła z tajemniczym uśmiechem. – Dziś zapomnij o wspólnym łóżku. Tradycji musi stać się zadość.

     I przeciągnęła się jak kot, wzbudzając we mnie dreszcze pożądania.

     - Nie wiem, czy dam radę – objąłem ją i przycisnąłem do siebie.

     - Musisz – pocałowała mnie. – Pan młody nie może zobaczyć swej oblubienicy aż do samego ślubu.

     - Głupi obyczaj – mruknąłem niezadowolony, wzbudzając w niej atak śmiechu.

     Ale kimże ja jestem, żeby negować wielowiekową tradycję?

     Po pozostawieniu maneli w pokoju, udaliśmy się do świątyni. Wysoki Dunmer w kapłańskiej szacie, imieniem Maramal, uprzejmie wysłuchał naszej prośby. Gdy skończyliśmy, objął nas czule i uśmiechnął się radośnie.

     - Uwielbiam spełniać takie prośby – zapewnił. – Potrzebujecie pewnie trochę czasu, żeby się przygotować?

     Zerknął na nasze oficerskie zbroje.

     - Mara pobłogosławi każdą miłość – rzekł z uśmiechem. – Ale na pewno nie zaszkodzi pokazać jej, że chcecie uczynić ten dzień wyjątkowym. Choćby poprzez uroczysty strój. Młody w mundurze to nie nowina, ale zwykle pani młoda woli wyglądać w tym dniu inaczej.

     Lydia zaczerwieniła się i opuściła swoje niezwykle długie rzęsy.

     - Niczego innego chwilowo nie mamy – szepnęła.

     Zrobiło mi się głupio. Nie pomyślałem o tym, że chociaż w dniu ślubu chciałaby wyglądać pięknie i kobieco.

     Kapłan uścisnął ją za rękę.

     - Nic nie szkodzi. Dla Mary najważniejsza jest miłość. Jeśli tylko się kochacie, a przecież widzę, że tak jest, nie będzie to żadną przeszkodą.

     A potem zapytał nas o kilka szczegółów. Nie chcieliśmy zwlekać. Ustaliliśmy, że ceremonia zaślubin odbędzie się jutro z samego rana. Maramal przypomniał o tradycji i polecił mi zjawić się w świątyni równo ze świtem. Lydii natomiast kazał przyjść dziś jeszcze, w samo południe. Zgodnie ze zwyczajem, miała spędzić tę noc w świątyni.

     - Nie będziecie się widzieć aż do chwili zaślubin – uśmiechnął się znów. – To taki przesąd, ale przecież całkiem miły.

     Podziękowaliśmy i wróciliśmy do gospody, aby się oporządzić. Przede wszystkim kąpiel. Keerava dostarczyła nam już po sporej balii z gorącą wodą i wonnymi olejkami. Potem Lydia wyszorowała swoją zbroję i włożyła ją na siebie. Nic bardziej eleganckiego nie miała. Ja na razie poprzestałem na podróżnym stroju, zamierzając włożyć zbroję dopiero rano. Zbliżało się południe.

Pęknina. Świątynia Mary.

     - Do jutra – Lydia pocałowała mnie czule. – Będę czekać.

     I oddaliła się w stronę świątyni.

     A ja popędziłem do Balimunda, prosić go na świadka. Ucieszył się na mój widok i wysłuchał z przejęciem mojej prośby. Zgodził się, oczywiście. Co miał się nie zgodzić? W dodatku z drugim świadkiem poszło o wiele łatwiej, niż się spodziewałem. Nie musiałem szukać Mjoll po całym mieście, jak się obawiałem, bo ledwo uścisnęliśmy sobie z Balimundem dłonie, sama przyszła do kuźni, z zamiarem zakupu jakiegoś sztyletu.

     Mjoll była zaskoczona, ale i ucieszona. Spytała o Lydię, a gdy dowiedziała się, że jest w świątyni, czym prędzej ruszyła w tamtym kierunku.

     Przez resztę dnia zbierałem gratulacje. Nie miałem pojęcia, że wieści rozchodzą się tu tak szybko. Gdzie się obejrzałem, witały mnie uśmiechy. Przechodząc przez targowisko, z zaskoczeniem przyjąłem powinszowania nawet od Brynjolfa. I, co ciekawe, wydały mi się szczere.

     - Dziękuję – mruknąłem trochę zażenowany. – Nie wiedziałem, że wiesz…

     - Nawet się nie domyślasz, od kogo – uśmiechnął się tajemniczo. – Trzymaj się, młody…

     - Za sakiewkę – dokończyłem sam do siebie, odchodząc.

     Choć Brynjolf przy bliższym poznaniu wydawał się całkiem sympatyczny, nie mogłem przezwyciężyć wstrętu przed profesją, jaką się parał. Jak można tak po prostu być złodziejem?

     Wieczorem nie mogłem usiedzieć na miejscu. Przede wszystkim wypucowałem swoją zbroję. Metalowe napierśniki i naramienniki lśniły jak lustro. Hełmu nie zamierzałem wkładać, ale też rykoszetem został potraktowany szmatą. Nie pomyślałem o jakimś eleganckim kaftanie na tę okazję i było już za późno, by sobie jakiś sprawić. A zresztą, zbroja legata sama w sobie była uroczystym strojem. Żałowałem trochę Lydii, ale stwierdziłem, że wynagrodzę jej to w czasie weselnego przyjęcia w Białej Grani.

     Przed pójściem na spoczynek, umyłem się raz jeszcze, w wodzie, pachnącej wonnymi olejkami. Nie chciało mi się jeść. Poprzestałem na małym kubku miodu. Długo nie mogłem zasnąć, przewracając się z boku na bok. Emocje nie pozwalały mi się wyciszyć. Sam nie wiedziałem, dlaczego.

     Czy dopadła mnie typowa ponoć w takich sytuacjach niepewność, czy dobrze robię? Ani trochę. Byłem pewien, że bardzo tego chcę. Może strach, czy wszystko się uda? Szczerze mówiąc, w ogóle mnie to nie obchodziło. Nie interesowało mnie, czy ktoś w ogóle będzie tam obecny, czy się zająknę, czy pomylę, czy jeszcze coś innego. Wprawdzie nie znosiłem występów publicznych – choć jedną cechę miałem wspólną z Tuliusem – ale też nie zależało mi zupełnie na efekcie. Lydia i tak zrozumie, co chcę powiedzieć nawet, jeśli w ogóle się nie odezwę. I tylko to było dla mnie ważne. Więc dlaczego nie mogę zasnąć?

     Długo jeszcze wpatrywałem się w sufit, aż deski podbitki zamieniły się w strzeliste świerki i grube dęby na mokradłach Hjaalmarch. Zasnąłem.

     Obudziłem się przed świtem. Z niepokojem zerwałem się z łóżka i zerknąłem w okienko. Szczęściem, noc była pogodna i wyraźnie można było dostrzec gwiazdy. Po ich położeniu poznałem, że do świtu ledwo pół godziny.

     Umyłem twarz w miednicy z zimną wodą i przepłukałem usta cynamonowym płynem, kupionym kiedyś w aptece w Samotni. Ogoliłem się dokładnie i żałowałem tylko, że nie ma tu Lydii i jej grzebienia. W końcu czuprynę przeczesałem palcami. Ubrałem się szybko, tym razem dbając o to, by zbroja leżała równo. Broni nie chciałem zabierać, ale zbroja bez pasa dziwnie wyglądała. Skończyło się na tym, że przypasałem Przedświt do swego boku. Mara i Meridia miały wiele wspólnego, więc chyba bogini nie obrazi się o artefakt, będący darem akurat tej daedry.

     Niebo zaczynało jaśnieć, gdy wchodziłem po schodach do świątyni Mary.

     Zrazu zdziwił mnie tłum wewnątrz. W środku było pełno ludzi. Niektórzy stali, niektórzy siedzieli na ławeczkach, a wszystkie oczy zwróciły się w moim kierunku. Ujrzałem tam Grelkę, z wyjątkowo pogodną twarzą, dostrzegłem Bersiego z żoną, Młota, którego spotkałem podczas pierwszej wizyty w tym mieście, nawet Brynjolfa, choć ten ostatni zapewne przybył tu dla samego tłumu, w którym zdecydowanie łatwiej jest pomóc sakiewce zmienić właściciela. Naprawdę jednak zaskoczyła mnie obecność jarl Maven Czarnej-Róży. Siedziała na ławce niczym królowa, w otoczeniu połowy swego dworu.

Pęknina. Świątynia Mary. Główny ołtarz. Przed ołtarzem kapłanka Dinya Balu. Na pierwszym planie, po prawej stronie kapłan Maramal.

     Na mój widok Maramal uśmiechnął się radośnie.

     - Ach, oto i dumny pan młody! – powiedział głośno.

     Musiał tymi słowami kończyć jakieś dłuższe przemówienie, albo, co bardziej prawdopodobne, anegdotę, bowiem wszyscy obecni roześmieli się na te słowa. Stanąłem niepewny, nie widząc co robić, ale Maramal przywołał mnie gestem do ołtarza.

     A tam…

     Przyznaję, odjęło mi mowę i coś ścisnęło mnie za gardło. Przy ołtarzu, z błyszczącymi ze wzruszenia oczami, stała najpiękniejsza kobieta na świecie. Nie wiem, skąd miała na sobie tę długą, dworską suknię, ale wyglądała w niej prześlicznie. Cała w kolorze wiśni, z kilkoma dyskretnymi, złotymi haftami. We włosach miała złocisty diadem z księżycowego kamienia, który podarowałem jej dawno temu. Wyglądała tak pięknie, że aż otworzyłem usta ze zdumienia.

     Maramal uśmiechnął się do nas czule. Dał nam znak, żebyśmy wzięli się za ręce.

     - Rozpocznijmy uroczystość! – rzekł uroczystym głosem.

     Nieprawda, że go nie słuchałem! Słuchałem go bardzo uważnie. Przynajmniej na tyle uważnie, na ile pozwalało mi pożeranie wzrokiem Lydii. Nie mogłem oderwać od niej oczu. I ona mi się przypatrywała z błyszczącymi oczami i zaróżowionymi policzkami. Czułem ciepło jej dłoni w mej ręce i zapach jej perfum, przypominający trochę woń jakiegoś owocu. Byłem nią tak zauroczony, jakbym widział ją po raz pierwszy.

     - To Mara wydała na świat wszystko, co znamy – mówił tymczasem Maramal, zwracając się do pozostałych. – I przysięgła strzec nas, jej umiłowane dzieci. To jej miłość pokazała nam, jak mamy kochać bliźnich. To jej miłość dowiodła, że samotne życie to żadne życie. Zebraliśmy się tu dzisiaj, by pod kochającym spojrzeniem Mary, stać się świadkami połączenia dwu dusz w wiecznym związku. Niech kroczą razem przez życie i poza nie, w dobrobycie i w nędzy, w radości i smutku.

     Spojrzał na nas, uśmiechnął się dobrotliwie i skinął głową.

     - Czy chcecie zawrzeć związek małżeński, zrodzony z miłości, teraz i na wieki?

     Zwrócił oczy ku Lydii.

     - Tak, teraz i na zawsze – wyszeptała Lydia, ściskając moją dłoń.

     Maramal spojrzał na mnie.

     - Tak, teraz i na zawsze – odrzekłem.

     Maramal wzniósł ręce, jakby chciał objąć nasze głowy. Zamknął oczy i wyszeptał jakąś formułkę. I w tym momencie z ołtarza Mary popłynęła ku nam błękitna mgiełka. Otoczyła nas ze wszystkich stron, a potem wniknęła w nas, jak woda w suchy ręcznik. Oboje poczuliśmy, jakby ciepły dreszcz przeszył nas od stóp do głów. I ogarnął nas niesamowity, nieziemski spokój, połączony z radością. Bogini na oczach wszystkich udzieliła nam swego błogosławieństwa. Czyż nie był to wystarczający dowód na to, iż nasz związek zrodziła miłość?

     Głębokie westchnienie przetoczyło się pośród obecnych. Wszyscy to widzieli, nie tylko my. 

     - Mocą Mary, bogini miłości – rzekł Maramal spokojnym, lecz donośnym głosem, - ogłaszam was parą młodą!

     Podeszła do nas inna kapłanka, również Dunmerka. Na małej, aksamitnej poduszeczce trzymała dwie złote obrączki, jarzące się błękitnym blaskiem – bez wątpienia, pobłogosławione przez Marę.

     - Oto para obrączek, poświęconych przez łaskę Mary – rzekł Maramal. – Niech chronią was na waszej nowej, wspólnej drodze życia.

     Włożyliśmy sobie wzajemnie obrączki, o których nie wiedziałem nawet, skąd się wzięły. Zupełnie o tym zapomniałem. Ba, w ogóle o tym nie pomyślałem!

     A Maramal objął nas i uściskał serdecznie. Jemu też ta uroczystość sprawiła ogromną radość.

     A potem, pośród wiwatów, jakie nie przystoją w świątyni, objąłem czule Lydię i przytuliłem ją do siebie z całych sił. Ona zarzuciła mi ramiona na szyję i wpiła się wargami w moje usta. Moja Lydia! Moja na zawsze!
Gdy wychodziliśmy ze świątyni, mieszkańcy miasta utworzyli szpaler. Na jego końcu czekała na nas jarl Maven Czarna-Róża. Powinszowała nam z uśmiechem i, co bardzo mnie zaskoczyło, ogłosiła, że w imię moich wojskowych zasług, ofiaruje mi przywilej kupna domu w Pękninie. Wbrew pozorom, był to bardzo szczodry dar. Niełatwo było obcemu zdobyć pozwolenie na osiedlenie się w mieście. Podziękowaliśmy i zapewniliśmy ją, że na pewno weźmiemy taką możliwość pod uwagę. Miło byłoby mieć nieduży dom w mieście, gdzie zawsze można by odpocząć w naszych wędrówkach.

     Nie planowaliśmy żadnego przyjęcia weselnego. Miała to być skromna, kameralna uroczystość. Ale czy myślicie, że tak się dało? Do gospody zwaliło się chyba całe miasto! Onieśmielony i zakłopotany usiadłem przy stole, przygotowanym przez Keeravę. Obok mnie siadła Lydia. Miejsce po bokach zajęli świadkowie: Mjoll i Balimund. Miejsce naprzeciwko zajął pewien sympatyczny młodzieniec, przyjaciel Mjoll, imieniem Aerin, którego pamiętałem z mojej pierwszej wizyty w tym mieście. Sięgnąłem do paska i odpiąłem mieszek, w którym powinno być coś koło dwustu sztuk złota.

     - Keeravo – podałem jej sakiewkę. – Weź to jako zadatek. Niech dziś wszyscy jedzą i piją na nasz koszt. Wszystko dopisuj do mojego rachunku. Niech nikt nie wyjdzie stąd głodny, ani trzeźwy.

     Keerava zmarszczyła nos, co u Argonian oznacza wesołość. Przyjęła złoto i skinęła głową. To miał być w Pękninie niezapomniany dzień.

     I był!

     Miodosytnia Czarnych Róż z pewnością pozbyła się tego dnia sporego zapasu złotego trunku. Już po półgodzinie zrzuciłem z siebie zbroję i przebrałem się w zwykłą, szarą koszulę z grubego płótna. Ale nikt nie miał mi tego za złe. Wprawdzie niektórzy, zwolennicy Ulfrica, zwłaszcza jeden z synów Maven, patrzyli na mnie wilkiem, nie obchodziło mnie to ani trochę. Tego dnia było moje święto. Nasze święto.

     Po południu wyszliśmy nieco odetchnąć świeżym powietrzem. Poszliśmy na pomost nad jeziorem. Stanęliśmy przy barierce, objęci wpół i po prostu patrzyliśmy w dal, nie odzywając się do siebie.

     - Nie mogę w to uwierzyć – szepnąłem w końcu, nie patrząc na Lydię. – Boję się, że jutro się obudzę i okaże się to snem.

     Poczułem jej dłoń na piersi.

     - Jutro, mój ty tanie, legacie i mężu, jutro to ja cię obudzę. 

     Uśmiechnąłem się i przytuliłem ją jeszcze mocniej.

     - Skąd masz tę suknię? – spytałem. – I skąd wzięły się te obrączki? Wstyd przyznać, ale ja zupełnie o tym zapomniałem. To wszystko odbyło się tak nagle…

     Zachichotała cicho.

     - Nie zgadniesz nigdy… Suknię mam od Mjoll. Gdy popatrzyła na tę poobijaną zbroję, pokręciła głową i stwierdziła, że w sklepie Bersiego widziała coś w sam raz na mnie. Nawet nie trzeba było przerabiać.

     - A obrączki?

     - Dziękuj Balimundowi. Pamiętasz? Przerabiał nam kiedyś zaklęte pierścienie, żeby pasowały na nasze palce. Pamiętał rozmiary. Więc szybko przerobił te dwa złote, które kiedyś od nas kupił, zaniósł do świątyni. Tam je pobłogosławiono… I tyle.

     - Dobry z niego przyjaciel – westchnąłem wzruszony. – Zdobędę dla niego jeszcze więcej soli ognia.

     Z roztargnieniem rozejrzałem się wokół. I nagle mój wzrok padł na sąsiedni pomost. Wszystkie te konstrukcje były ze sobą połączone i stanowiły coś w rodzaju platformy, jakby przedłużenie miasta. Ale ten jeden stał osobno. Wyposażony był w schodki do małej kei, przy której kołysała się łódź. Wyglądał jak taras domu, do którego przylegał.

     Lydia spojrzała za moim wzrokiem.

     - To posiadłość Miodowe Zbocze – odezwała się. – Na sprzedaż…

     Przyjrzałem się z zainteresowaniem.

     - Hmm… - podrapałem się w głowę. – Dobrze byłoby mieć dom z osobnym wejściem i własną przystanią…

     - Mówiło mi parę osób, że domek niczego sobie – odparła Lydia. – Tylko mały. Mniejszy niż nasz. Za to z piwnicą.

     - O – podniosłem w górę palec. – Coraz ciekawiej! Chyba spytam o cenę.

     - Chcesz się tu przeprowadzić? – spojrzała na mnie zdumiona. – Nigdy nie lubiłeś Pękniny.

     - Nadal nie lubię – uśmiechnąłem się. – Ale dobrze byłoby mieć jakąś przystań, gdzie można swobodnie wypocząć po wędrówkach. Jakiś własny kąt. No i bazę wypadową.

     - Dla Obrońców Świtu? – spojrzała na mnie podejrzliwie.

     - A choćby, jako jeden z nich – wzruszyłem ramionami. – A mało to razy drżeliśmy, czy Keerava będzie miała wolny pokój? Na swoim zawsze lepiej. Urządzilibyśmy go sobie jak chcemy. Wyposażylibyśmy w co nam potrzeba… Stać nas przecież.

     - Nie wiemy – uśmiechnęła się Lydia. – Ale się dowiemy.

     Wolnym krokiem ruszyliśmy w stronę gospody.

     - Wciąż w to nie mogę uwierzyć – pokręciłem głową.

     Zatrzymałem się i objąłem ją, przytulając ją do siebie.

     - Lydio, czy ty wiesz? – szepnąłem jej do ucha.

     - Co takiego? – spytała również szeptem.

     Przycisnąłem ja jeszcze mocniej.

     - Jesteś moją żoną!