środa, 14 czerwca 2023

Rozdział X - Misja

     Obudziłem się na przystani, pod wieżą. Trochę czasu minęło, zanim zorientowałem się, gdzie jestem. Spróbowałem się podnieść, ale świat tak mi zawirował przed oczami, że nogi ugięły się pode mną i znów wylądowałem na ziemi. Miałem tylko tyle siły, żeby rozejrzeć się w poszukiwaniu Lydii. Siedziała obok, oparta plecami o wieżę, przytomna, choć blada jak kreda. Oddychała z wysiłkiem.

     Spróbowałem przywołać zaklęcie leczenia. Udało mi się dopiero za drugim razem i niewiele ono dało. Byłem słaby, miałem mdłości i świat wciąż nie chciał stanąć w miejscu, jak bogowie nakazali, tylko krzywił się, wirował i drżał. Zamknąłem oczy i wykonałem kilka głębszych oddechów. Pomogło, choć niewiele. Zapach wilgotnej ziemi i ziół, rosnących przy przystani, orzeźwił mnie trochę. Szum w głowie, z jednostajnego buczenia, stopniowo zaczął zamieniać się w falowanie morza. Gdy podniosłem głowę, świat powoli zaczął się uspokajać. Jednak nie odważyłem się jeszcze stanąć na nogi. Na razie tylko usiadłem.

     - Nieźle nam podziękował pan wampir – jęknąłem, chwytając się za głowę. – Chyba wizyta w tym zamku, to nie był najlepszy pomysł.

     Ciche westchnienie było jedyną odpowiedzią Lydii. Usłyszałem metaliczny chrobot, gdy jej zbroja otarła się o kamienną ścianę. Wstała na nogi, choć wciąż musiała opierać się o wieżę. Również spróbowałem wstać. Zakręciło mi się w głowie, ale jakimś cudem udało mi się utrzymać na nogach. Chwiejnym krokiem podszedłem do Lydii i stanąłem obok niej, również opierając się plecami o wieżę. Zwróciłem głowę w jej stronę.

     - Mam nadzieję, że żaden z nich nas nie ukąsił – wydyszałem. – I nie zaraził wampiryzmem. Wolałbym nie dołączać do tej hałaśliwej gromady.

     - Podobno wampiry z Volkihar nie zarażają – odparła Lydia w wysiłkiem. – Tak twierdził Farengar. Ale lepiej weź to. – wcisnęła mi w dłoń małą fiolkę. – Wypij na wszelki wypadek. Ja też wezmę…

     Zerknąłem na podaną mi buteleczkę. Po kolorze rozpoznałem magiczną miksturę, leczącą wszelkie choroby. Bez ociągania odkorkowałem ją i wlałem w siebie jej zawartość. Lydia zrobiła to samo. Nie wiedzieliśmy, co się z nami działo, gdy byliśmy nieprzytomni, a ta mikstura potrafiła wyleczyć nawet z wampiryzmu, o ile przyjęło się ją wystarczająco wcześnie.

     Nie wiem, czy nas to z czegokolwiek wyleczyło, ale uboczne działanie lekarstwa, polegające na ogólnym wzmocnieniu, zadziałało. Poczuliśmy się lepiej.

     - Lepiej zmykajmy stąd – wskazałem na łódź, wciąż kołyszącą się na wodzie tam, gdzie ją zostawiliśmy. – Zanim pan wampir zmieni zdanie…

     Jeszcze się trochę zataczaliśmy, ale daliśmy radę wsiąść do łódki. Chwyciłem wiosła.

     - Samotnia? – spytała Lydia, siadając przy sterze. – Zresztą, co się pytam… Dokąd niby mielibyśmy popłynąć? Byle jak najdalej stąd…

     Skinąłem głową i spojrzałem w górę. Słońce kryło się za chmurami, ale widziałem mniej więcej, z której strony pada światło i oceniłem porę dnia. Późny ranek, do południa jeszcze trochę.

     - Należy nam się łóżko – mruknąłem, chwytając za wiosła. – Bogowie, jaki jestem zmęczony! A to jeszcze tak daleko…

Cypel z przystanią. W oddali zamek Volkihar

     Rzeczywiście, cypel do którego niezadługo dobiliśmy, znajdował się niecałe pół dnia drogi od Samotni. A my, zmęczeni, szliśmy niezbyt szybko, prawie ze sobą nie rozmawiając. Na szczęście, nie spotkała nas żadna przykra przygoda. Przed zmierzchem dotarliśmy do baszty, którą weszliśmy do miasta i skierowaliśmy się prosto ku Dumnej Wieżycy – naszej posiadłości.

Powitałem ją z prawdziwym wzruszeniem. Dawno nas tu nie było. Wnętrze zaszło trochę pajęczynami. Derka, przykrywająca łóżko, pokryła się kurzem. Ale nic nie mogło mnie zmusić do tego, abym teraz przejął się nieporządkiem. Ledwo stałem na nogach. Po szybkim i pobieżnym obmyciu się w miednicy, rzuciłem się na łóżko i zamknąłem oczy. Pamiętam jeszcze, jak ciepłe ciało Lydii wtuliło się w moje ramiona, a potem zapewne chrapałem już w najlepsze. 

Samotnia. Posiadłość Dumna Wieżyca

*          *          *

     Obudziliśmy się późnym rankiem, w miarę wypoczęci, w miarę zdrowi i na pewno głodni jak wilki. Czym prędzej więc ubraliśmy się i popędziliśmy do gospody „Pod Mrugającym Ślizgaczem”. Gdy już najedzeni do syta, popijaliśmy swoje napoje – Lydia napar z mięty, ja wywar z palonego zboża i cykorii – zaczęliśmy się naradzać, co dalej.

     - Przyszło mi do głowy, żeby pogadać z Sybillą – odezwałem się. – Nikt nie zna wampirów lepiej od niej. Może powie mi coś, co powinniśmy o nich wiedzieć?

     - Dobry pomysł – Lydia pokiwała głową. – Ale idź sam. Ja w tym czasie trochę posprzątam, zanim ta wszechobecna szarość pokryje cały dom.

     Uśmiechnąłem się z tej „wszechobecnej szarości”.

     - Wynajmij kogoś do pomocy – odparłem. – To nie Wietrzny Domek, nie uwiniesz się z tym sama. Przynajmniej nie w jeden dzień.

Gospoda "Pod mrugającym ślizgaczem"

      Na rynku zawsze można było spotkać kilkoro ludzi chętnych do dorywczych prac. Wynajmowanie ich do sprzątania było czymś normalnym. Mieszkało tu sporo zamożnych obywateli, których stać było na takie usługi. Po śniadaniu Lydia skręciła więc w stronę kramów, a ja udałem się do Błękitnego Pałacu.

     Jarl Elisif urzędowała już w najlepsze, siedząc na tronie i dyktując skrybie jakieś listy. Na mój ukłon, odpowiedziała uprzejmym uśmiechem i skinieniem głowy. Falk siedział niedaleko, przy stole, w towarzystwie paru urzędników i skrzętnie coś zapisywał. Był tak pochłonięty swoją pracą, że nawet mnie nie zauważył. Natomiast Sybillę Stentor zastałem nieco dalej, na ławie w pałacowym korytarzu, samotnie studiującą jakąś opasłą księgę.

     Gdy stanąłem przed nią, podniosła na mnie swoje świecące oczy i uśmiechnęła się.

     - Witaj – odezwała się. – Miło cię znów widzieć.

     Po czym wskazała mi miejsce na ławie, obok siebie.

     - Też się cieszę, że cię widzę – odrzekłem, siadając przy niej. – Nie chciałbym przeszkadzać, ale mam kilka pytań, na które tylko ty możesz odpowiedzieć.

     - Śmiało – zachęciła mnie z uśmiechem. – Ktoś, kto zrobił dla Samotni tyle co ty, ma u mnie szczególne względy. Rozumiem, że interesują cię wampiry?

     Nietrudno było jej to zgadnąć. Sybilla o wampirach wiedziała wszystko. A to dlatego, że sama była jednym z nich.

     Mogło wydawać się dziwne, że nadworny mag Samotni jest wampirem i wszyscy wokół, nie wyłączając mnie, nie tylko ją tolerują, ale jeszcze poważają. Ale ją naprawdę trudno było podejrzewać o złe zamiary. Służyła miastu od wielu lat, wiernie i z oddaniem, darząc jarl Elisif prawdziwie matczynym uczuciem. Torygg, nieżyjący mąż Elisif, był praktycznie jej wychowankiem. W głębi duszy pozostała uczciwym człowiekiem. Jej charakteru nie wypaczyła nawet przemiana w wampira.

     Ale nie do każdego podchodziła z sercem. Mordercy, zbóje i inni groźni przestępcy nie mogli liczyć na jej litość. Plotki głosiły, że skazanych na śmierć za najcięższe zbrodnie, zamiast do kata, wysyłano do podziemi, gdzie odwiedzała ich Sybilla. Podobno nikt już stamtąd nie wyszedł.

Błękitny Pałac - sala tronowa. Na tronie jarl Elisif, na pierwszym planie (po prawej) Falk Ogniobrody

     Opowieści te budziły dreszcze, ale trudno było mi potępić te praktyki – o ile wieść o nich była prawdziwa. Ja sam miałem na koncie wielu przestępców, którzy zginęli od mojego miecza, a jeszcze częściej od mojej strzały. I nie czułem żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu. Praworządny obywatel cesarstwa nieraz był zmuszony bronić siebie, albo innych, przed różnego rodzaju opryszkami, których nigdy nie brakowało. Jeśli ktoś taki przed śmiercią nasycił jeszcze głód krwi Sybilli, to właściwie tylko mu pozazdrościć, że w zaświaty udawał się bez bólu, choć zapewne nie bez strachu.

     - Tak – potwierdziłem. – Chodzi o wampiry.

     Sybilla pokiwała głową ze zrozumieniem.

     - Czyżbyś dołączył do Obrońców Świtu? – spytała nieoczekiwanie.

     Przyznaję, że nieco się spłoszyłem. Miałem zamiar jej to wyznać, ale nie tak od razu, żeby nie posądziła mnie o złe zamiary względem jej samej. Na tak zadane pytanie mogłem jednak odpowiedzieć tylko w jeden sposób.

     - Tak – westchnąłem ciężko. – Dołączyłem. Ale naprawdę nie mam nic do ciebie.

     - Spróbowałbyś – odparła z udaną groźbą i poufale trąciła mnie łokciem. – Co chcesz wiedzieć?

     Wziąłem głęboki oddech.

     - Czy wampir może się powstrzymać od picia krwi?

     Spojrzała na mnie zamyślona.

     - To zależy, co przez to rozumiesz – odparła ostrożnie. – Jeśli chodzi ci tylko o fizyczne picie krwi, to tak, może. Tak naprawdę, wampiry wcale nie żywią się krwią.

     - Nie krwią? – spojrzałem na nią zdumiony. – A czym?

     - Energią witalną – odparła z przekonaniem. – Ludzką energią życiową. A tak się składa, że znajduje się ona właśnie we krwi. Najłatwiej jest wyssać ją razem z krwią. Krew zawiera jednak również inne składniki, które na wampira działają trochę jak wino i wprawiają w dobry nastrój. To prawda, że niektóre wampiry muszą ją pić, ale tylko te, które nie znają innego sposobu.

     - Na przykład, magii wysączania?

     - Właśnie – skinęła głową. – To bardziej wyrafinowana dieta. I bardziej, jakby to powiedzieć, elegancka, prestiżowa, pasująca do wyższych sfer, a za taką uważają się wampiry wyższego rzędu. Nie zapominaj jednak, że każdy wampir był kiedyś człowiekiem i ma typowo ludzkie wady, na przykład lenistwo. Stosowanie magii wymaga nie tylko umiejętności, ale też wysiłku. Czasami napić się krwi jest po prostu łatwiej. No i przyjemniej. Dlatego nawet wampiry z najwyższego kręgu czasem sobie pozwalają na tę słabość, na przykład wydając uczty, na której wszyscy piją krew.

     - Czyli – zagryzłem wargę – tak czy tak, ofiara musi ponieść śmierć?

     - Niekoniecznie – odrzekła. – Jeśli wampir potrafi powstrzymać się od wysączenia całej energii, ofiara przeżyje, będzie tylko mocno osłabiona. Podobnie z krwią. Jeśli wampir wypije jej zaledwie kielich i pozwoli się ranie zasklepić…

     - A co z zarażaniem? – zapytałem. – Kapłanka Kynaret z Białej Grani twierdziła, że wampiryzm jest bardzo zaraźliwy. Jak się przed tym chronić?

     - Unikać wampirów – uśmiechnęła się. – Ale rozumiem, że w twoim przypadku to niemożliwe.

     - Chodzi mi o to, czy samo przebywanie wśród wampirów może człowieka zarazić – wyjaśniłem. – Czy też wampir musi ukąsić? I czy każde ukąszenie kończy się przemianą w wampira?

     Podniosła w górę ręce, chcąc przerwać potok moich pytań.

     - Po kolei – odrzekła. – Każdą wiedzę trzeba uporządkować, bo inaczej wyniknie z niej tylko chaos. Pozwolisz na krótki wykład?

     - Na to właśnie liczę – uśmiechnąłem się.

     Złożyła dłonie razem i podniosła głowę. Przez chwilę wpatrywała się w wiszący na ścianie kinkiet, jakby zbierała myśli. Płomyk lampki odbił się w jej oczach, czyniąc je jeszcze bardziej błyszczącymi.

     - Wampirem można stać się na dwa sposoby – odezwała się w końcu. – Pierwszy nazwałabym przypadkowym. Jest to po prostu choroba, zwie się Sanguinare Vampiris. Można się nią zarazić po kontakcie z pośledniejszym wampirem, ale tylko wtedy, gdy on ukąsi lub z bliska zacznie wysączać z ciebie twoją życiową energię. Niekoniecznie musi cię ugryźć. Wystarczy, że jest wystarczająco blisko. Dlatego dobrze go trzymać na odległość. Jeśli przypadkiem się nią zarazisz, sam staniesz się pośledniejszym wampirem. I jeśli ukąsisz kogoś innego, również go zarazisz. Tak to się roznosi. Ten rodzaj można jednak uleczyć. Jeśli zrobisz to szybko, zaraz po zarażeniu, wystarczy mikstura, albo błogosławieństwo z boskiej kapliczki. Jeśli później, jest to dość skomplikowane, ale wciąż możliwe. Wiąże się to z pewnym dość skomplikowanym rytuałem. Potrzeby do tego jest ołtarz Talosa.

     - A drugi sposób?

     - To trudniejsza sprawa. Drugi sposób to specjalny rytuał, który może odprawić inny wampir wyższego rzędu. Może przemienić cię wtedy w takiego samego wampira jak on. Taki wampir nie zaraża, nawet jeśli cię ukąsi.

     Potarłem czoło w zamyśleniu.

     - Mówisz, że wampir wyższego rzędu nie zaraża – powiedziałem wolno. – Zaledwie wczoraj ofiarowano mi taki… mroczny dar. Pewien wampir zaproponował mi swoją krew. Oczywiście, odrzuciłem to.

     Sybilla pokiwała głową.

     - Jeden z wampirów Volkihar, zgaduję – mruknęła. – I tak trzeba ci zazdrościć, że dał ci wybór. Ja go nie miałam. Przemieniono mnie wbrew mojej woli. Zmuszono mnie do wypicia krwi wampira. Ale tu sama krew nie wystarczy. To bardziej skomplikowany rytuał. I uwierz mi, nie chcesz znać szczegółów. To jest coś okropnego!

     Zwróciła na mnie swoje oczy, błyszczące teraz zimnym światłem.

     - I to jest jeden z powodów, dla których nienawidzę wampirów! I jeśli kiedykolwiek będę mogła ci pomóc w ich wytępieniu, nie krępuj się mnie o to prosić. Czy masz jeszcze jakieś pytania?

     - Czy wampir może być przyjazny ludziom? – spytałem, myśląc o Seranie.

     Roześmiała się.

     - Czyż nie jesteśmy przyjaciółmi? – spytała. – A przynajmmniej, czyż nie odnosimy się do siebie życzliwie?

     - No tak – mruknąłem zażenowany. – Ale ty jesteś wyjątkiem.

     Westchnęła głęboko.

     - To w pewnym sensie prawda – odrzekła cicho. – Jestem wyjątkiem, bo ja nie chciałam do nich dołączyć. Z całego serca chciałam pozostać człowiekiem i w pewnym sensie mi się to udało, choć uwierz, kosztowało to wiele wysiłku. Wampiryzm zupełnie zmienia człowieka. Zmienia jego charakter, zabija jego wrażliwość na cierpienie innych. I mnie zdarza się bywać okrutną. Choć staram się to okrucieństwo kierować na ludzi równie podłych, muszę od czasu do czasu dać upust swoim żądzom. Cóż, ja nie zaufałabym innemu wampirowi, za dużo o nich wiem. Ale skoro istnieję ja, nie wykluczam, że może istnieć ktoś inny, podobny do mnie. Wiesz, w dużej grupie osób zawsze znajdzie się jedna czy dwie, które dołączyły do niej z zupełnie innych przyczyn niż pozostali. I te osoby myślą i działają zupełnie innymi kategoriami.

     Żartobliwie szturchnęła mnie łokciem.

     - A może zamiast zgadywać, po prostu opowiesz mi, co ci się przytrafiło? – spytała. – Czy też jest to tajemnica Obrońców Świtu?

     Uśmiechnąłem się.

     - Tak, to tajemnica Obrońców Świtu – odparłem. – Ale tobie mogę ją zdradzić.

     I po tych słowach opowiedziałem jej wszystko, co przytrafiło nam się w ostatnich dniach. Słuchała uważnie, nie przerywając. Gdy skończyłem, zadumana pokiwała głową.

     - Taaak… Niezwykła historia – oznajmiła. – Klan Volkihar to istotnie najstarsza wampirza rodzina. A lord Harkon to potężny wampir. Ostatnio często spotyka się w Skyrim członków jego świty. Można ich poznać po specyficznych szatach. Niewątpliwie coś knują. Ale po co im Pradawny Zwój? Tego nie jestem w stanie odgadnąć. Wydaje mi się, że ta młoda wampirzyca stanowi centrum tego planu. I ktoś, nie wiem kto, chciał mu zapobiec, dlatego zamknął ją w krypcie. Ale na razie to tylko puste domysły.

Sybilla Stentor w swej komnacie w Błękitnym Pałacu

     Podziękowałem za poświęcony mi czas.

     - Poszperam w bibliotece – obiecała. – Jeśli się czegoś dowiem, dam ci znać.

*          *          *

      Przez cały następny dzień zbieraliśmy siły do drogi. Obejrzeliśmy dokładnie swoje ciała, aby sprawdzić, czy nie pojawiły się na nich ślady po wampirzych zębach. Niczego takiego nie znaleźliśmy, a jak skończyło się wzajemne oglądanie i obmacywanie, łatwo się domyślić. Cóż, oboje byliśmy wtedy młodzi, zakochani i pełni wigoru. Uzupełniliśmy też swój ekwipunek w sklepie u Fihady, zapewniając kołczany przednimi strzałami i wymieniając nieco zużyte cięciwy naszych łuków. Fihada – pogodny i przyjacielski Redgard – na poczekaniu zmierzył je i przyciął, po czym na każdej z nich, w miejscu nakładania strzały, dodał oplot z żywicznej nici.

     Wyruszyliśmy więc dopiero następnego ranka, przed świtem, jak mieliśmy w zwyczaju. Czekała nas daleka podróż na drugi koniec Skyrim, którą rozplanowaliśmy sobie na cztery dni. Dziś mieliśmy dojść do Rorikstead, nazajutrz do Białej Grani. O ile nic nie wejdzie nam w drogę, wieczorem trzeciego dnia powinniśmy dotrzeć do Ivarstead, a dopiero czwartego do Pękniny. 

     - Jestem ciekawa, jaką minę zrobi Isran, kiedy mu opowiemy nasze przygody – odezwała się Lydia. – Raczej nie będzie szczęśliwy. Nie dość, że nie zlikwidowaliśmy wampira, chociaż mogliśmy, to jeszcze pomogliśmy mu dotrzeć do zamku.

     - I jeszcze niczego właściwie się nie dowiedzieliśmy – westchnąłem, przeczuwając nieprzyjemne chwile. – Serana prawdopodobnie była jakąś kluczową postacią w planie wampirów. I jeszcze ta sprawa Pradawnego Zwoju… Obawiam się, że Isran będzie wściekły. I najgorsze, że będzie miał rację.

     Ale myliłem się. Zapewne uznał, że nie należy obrzucać wyzwiskami kogoś, kto przed chwilą uratował mu życie. A tak się złożyło, że musieliśmy to zrobić, bowiem gdy zbliżyliśmy się do twierdzy, doszły nas odgłosy walki. Czym prędzej pobiegliśmy w kierunku bramy.

     Jak łatwo się domyślić, twierdzę zaatakowały wampiry. Isran i jeszcze jedna członkini Obrońców Świtu, wojowniczka o imieniu Vori, rozpaczliwie oganiali się od czterech wampirów, atakujących ich zarówno bronią, jak i magią wysączania. Na razie dawali radę, ale nie mogło to trwać w nieskończoność. Magia wampirów pozbawiała ich sił. Musieli ulec prędzej czy później. Zdążyliśmy dosłownie w ostatniej chwili.

     Już pierwsze cięcie mojego miecza wywołało eksplozję. Pomny wydarzeń w krypcie Dimhollow, pozostawiłem mój szklany miecz Rozdzieracz Chłodu w Wietrznym Domku, a zabrałem stamtąd Przedświt – daedryczny dar Meridii. Ta eksplozja nie uczyniła najmniejszej szkody ludziom, ale mocno zachwiała wampirami. Jeden z nich momentalnie rozsypał się w kupkę lśniącego pyłu. Musiał być magicznie przywołanym chowańcem. Drugiego Lydia rozorała Mieczem Wampira – darem od generała Tuliusa. Trzeciego, zadającego właśnie potężny cios Isranowi, odepchnąłem tarczą, przez co cięcie trafiło w próżnię. Dobiłem go sztychem miecza. Jego szata zajęła się ogniem, gdy magia przeskoczyła z ostrza na ofiarę. Skonał ze zduszonym jękiem. Czwartego dobił Isran, w czas odzyskując równowagę.

     Isran krwawił z rany na ramieniu. Rzuciłem w jego stronę zaklęcie lecznicze. Przymknął oczy i skinął mi głową w podzięce. Próbował nawet się uśmiechnąć, ale wyszło to karykaturalnie, bowiem w głębi duszy wciąż był zasmucony.

     - Spójrz – mruknął zasępiony. – Można się było domyślać, że znalezienie nas będzie dla nich tylko kwestią czasu.

     Wciąż masował się po obolałym ramieniu, więc głową wskazał nam drzwi do zamku. Podążyłem za nim.

     - To cena, którą płacimy za jawny zaciąg – westchnął, wchodząc na schody. – Musimy wyznaczyć nową obronę.

     Weszliśmy do zamku. Zaprosił nas do komnaty. Usiedliśmy przy stole.

     - Nie podejrzewam, że masz dla mnie dobre wieści – uśmiechnął z zadumą.

     Zapewne wyczuł to, widząc moją minę. Westchnąłem również.

     - Cóż, mam wieści – skinąłem głową. – Ale raczej nie są dobre.

     - Oczywiście, czemu sądziłem inaczej – uśmiechnął się z ironią. – No, nic, powiedz co wiesz.

     Wziąłem głęboki oddech.

     - Wampiry szukały kobiety, uwięzionej w Dimhollow.

     Spojrzał na mnie zdumiony, potem na Lydię, która tylko skinęła głową. Potem znów na mnie.

     - Kobieta? – bąknął, pochylając się w moją stronę. – Uwięziona w takim miejscu? To bez sensu. Kim ona jest?

     - To córka potężnego władcy wampirów – odrzekłem, opuszczając głowę. – A najgorsze, że chciałem być sprytny i zdaje się, że nawarzyłem niezłego bigosu.

     Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.

     Chcąc nie chcąc, opowiedziałem mu o wydarzeniach z krypty. A potem o naszej wizycie w zamku Volkihar.

     - Uznałem, że jeśli ją zabiję, niczego się nie dowiem – wyznałem. – Miałem nadzieję, że zdobędę jakieś informacje na miejscu. A przynajmniej zinfiltruję siedzibę wroga. Ale nie udało mi się nic. Było ich po prostu za dużo. Skutek tylko taki, że poznałem lorda Harkona i jego córkę. No i widziałem siedzibę wampirów od środka, ale też tylko pobieżnie.

     - I dostały tę kobietę od ciebie! – jego głos nie był wściekły, raczej brzmiał ironicznie.

     Pokręcił głową z niedowierzaniem.

     - Mają też Prastary Zwój – dodałem cicho.

     - Że co? – zareagował nieco gwałtowniej. – A co z próbą powstrzymania ich? Nie udało ci się zabezpieczyć zwoju? Nie próbowałeś chociaż?

     - Było ich zbyt wiele jak na nas dwoje – pokręciłem głową. – A Harkon nie wypuściłby nas ze zwojem w rękach. Z rozmowy wynikało, że bardzo mu na nim zależało.

     - Chyba nawet bardziej niż na córce – dodała Lydia. – To była pierwsza rzecz, o jaką ją zapytał. Jeszcze zanim zdążył się z nią przywitać.

     Długie westchnienie wyrwało się z jego piersi. Przez dłuższą chwilę milczał, siedząc z łokciami na kolanach i głową podpartą rękami.  W końcu wyprostował się.

     - Czyli mają wszystko, czego chciały – powiedział powoli. – A nam nie zostało nic. Na bogów! – jęknął, kręcąc głową. – Gorzej już być nie mogło. To przekracza nasze możliwości…

     Zamilkliśmy wszyscy troje. Milczenie przedłużało się. W końcu nie wytrzymałem. Wstałem i zacząłem nerwowo spacerować po komnacie.

     - Znamy ich kryjówkę – mruczałem ni to do nich, ni to do siebie samego. – A gdybym tak zakradł się tam niezauważenie i spróbował wykraść ten zwój?

     - Niezauważenie – burknął Isran. – Widać, że niewiele jeszcze wiesz o wampirach. Skoro było ich tam tak wiele, nie dasz rady się tam dostać tak, żeby cię nie zauważono.

     - No, ale – zająknąłem się – mnie mogłoby się udać. Dobrze się skradam, władam trochę magią, świetnie strzelam. Spróbowałbym. W końcu, to przeze mnie mają ten zwój…

     Ale Isran zdecydowanie pokręcił głową.

     - Jest nas za mało, żebym miał cię posyłać na samobójczą misję – oznajmił.

     - Musimy coś zrobić! – jęknąłem.

     - Oczywiście, że musimy – pokiwał głową. – Jestem stary, nie głupi. Będziemy potrzebowali pomocy. Jeśli są na tyle odważne, by na nas napaść, to sprawa może być poważniejsza niż myślałem. Mam tu dzielnych ludzi, ale… – urwał nagle, rozglądając się wokół. – Są ludzie, których poznałem i z którymi pracowałem przez lata. Potrzebujemy ich umiejętności, jeśli chcemy przeżyć. Problem w tym, że rozstałem się z nimi w gniewie i ze mną zapewne nawet nie zechcą rozmawiać.

     Tu zamilkł, aby po chwili podnieść na mnie swoje jasne, błyszczące oczy.

     - Jeśli uda wam się ich znaleźć, może będziemy mieć szansę.

     - Znaleźć?

     - To trudne zadanie – pokiwał głową. – Jak szukanie igły w stogu siana. Trzeba będzie się sporo nałazić. Ale z tego, co mówiliście, taki tryb życia właśnie prowadzicie?

     - Lubimy taką włóczęgę – przytaknęła Lydia. – I chętnie się tego zadania podejmiemy. Tylko nie wiemy kogo i gdzie mamy szukać.

     - Gdzie znajdziemy potrzebnych nam ludzi? – spytałem.

     Spojrzał na mnie i uśmiechnął się nieco weselej.

     - Prosto i do sedna, co? – skinął głową. – Podoba mi się to. Nie to, co ci głupcy z zakonu… Należy unikać rozgłosu. Zbyt wielu ludzi, a ściągniemy na siebie niechcianą uwagę. Myślę, że przyda nam się Sorine Jurard, Bretonka, bardzo bystra i zręczna. Zafascynowana Dwemerami. W szczególności ich uzbrojeniem. Wiem tylko, że niedawno krążyła po Pograniczu, przekonana że wkrótce natrafi na największe krasnoludzkie ruiny w historii.

     - Pomoże nam? – spytałem.

     Niepewnie pokiwał głową na boki.

     - Być może potrzebna będzie odrobina perswazji, ale powinna to zrobić. Wiesz – westchnął przeciągle – pożegnaliśmy się raczej chłodno. Powiedziałem parę słów za dużo. Teraz, gdy już za późno, wiem, że to ja byłem w błędzie. Na moją prośbę nie przybędzie, ale wy… Jeśli powiecie jej całą prawdę, wytłumaczycie, jak wygląda sytuacja. Zrozumiem, jeśli odmówi. Ale spróbujcie.

     - Dwemerowie – odezwała się Lydia, w zamyśleniu. – Jeśli rzeczywiście jest nimi zafascynowana, to może znać innych ludzi, zakręconych na ich punkcie. Spytajmy Calcelmo, albo Arniela. Może o niej słyszeli? Może wiedzą, gdzie jest?

     Isran wyraźnie poweselał. Aż klepnął się dłońmi w kolana.

     - No, proszę, jak szybko pojawia się plan działania! – próbował się roześmiać, ale mu trochę nie wyszło. – Nie lubicie tracić czasu.

     - To nie będzie szybkie działanie – pokręciłem głową. – Choć jedyne sensowne, jakie potrafię dostrzec. Arniel jest w Zimowej Twierdzy, Calcelmo w Markarcie. Sama podróż zajmie wiele dni. Przyszedł mi też do głowy mistrz Neloth, również wielki znawca kultury dwemerskiej. Tylko on jest aż na Solstheim.

     - Mówiłem, że trzeba się będzie nałazić – przytaknął Isran. – Macie młode nogi, dacie radę. A że to trudne zadanie, wiem sam. Tylko jeśli mogę coś doradzić, raczej nie rozpytujcie osób postronnych. Jedynie takie, którym ufacie. Nie chciałbym, żeby nasz wróg dowiedział się, że jej szukam. To naraziłoby ją na niebezpieczeństwo.

     Pokiwałem głową.

     - Czy kogoś jeszcze mamy odszukać? – spytałem.

     Isran pogładził się po brodzie.

     - Na pewno zechcę odszukać również Gunmara. To zwalisty Nord, nienawidzi wampirów niemal równie mocno jak ja. Wbił sobie do głowy lata temu, że jego doświadczenie ze zwierzętami będzie pomocne. Zwłaszcza z trollami, z tego co słyszałem…

     - Z trollami? – Lydia zrobiła wielkie oczy. – A co trolle mają z tym wspólnego?

     - Ponoć są szczególnie trudne do pokonania przez wampiry – odparł Isran. – Tak mi się zdaje. Inaczej dlaczego Gunmar próbowałby je oswoić? Ale dlaczego są dla nich takie groźne, nie wiem.

     - Oswoić trolla? – potrząsnąłem głową. – To niemożliwe.

     Ale Isran uśmiechnął się tylko tajemniczo.

     - Sporo wiesz, jak zauważyłem – odezwał się z lekką drwiną w głosie. – Ale nie wiesz wszystkiego. Zresztą, nikt nie wie. Mnie też się tak kiedyś wydawało, ale dziś wcale nie jestem taki pewien swego. Gunmar może wiedzieć sporo o trollach, a na pewno więcej niż my. Poświęcił im parę lat życia i dobrze poznał. Tak, czy owak, przydałby nam się. Straż złożona z trolli skutecznie odstraszy wampiry, tego jestem pewien.

     - Gdzie go szukać?

     Wzruszył ramionami.

     - Ostatnie co o nim słyszałem, to że krąży po Skyrim, szukając bestii do oswojenia.

     Wolno wypuściłem powietrze z płuc.

     - Trzeba będzie po prostu szukać dziwaka, który rozpytuje o trolle – skwitowałem.

     - Może sprawiać wrażenie myśliwego – dodała Lydia. – To już nie takie dziwne.

     - Łój trolla to jedyny z niego pożytek – pokręciłem głową. – Jest w miarę tani, a troll niebezpieczny, więc niewielu myśliwych na nie poluje. Popytamy, poszukamy – spojrzałem na Israna. – Ale nie obiecuję, że znajdziemy ich szybko. Trzeba przeczesać w zasadzie całe Skyrim, a przecież nie szukamy nieruchomego głazu, tylko człowieka, który też wciąż się przemieszcza. Trolle nie występują w jednym miejscu. Są w zasadzie w każdym większym lesie.

     Isran pokiwał głową ze zrozumieniem i klepnął mnie w kolano.

     - Wiem, że to trudne i nie spodziewam się szybkiego rezultatu. Ale to konieczne. Sprowadź tu tę dwójkę, a będziemy mogli zacząć obmyślanie planu. Nie wiem skąd, ale mam przeczucie, że wam się uda i to szybciej, niż wszyscy się spodziewamy.

*          *          *

     Nie nocowaliśmy w zamku. Do Pękniny było całkiem blisko, jak na odległości w Skyrim, więc po prostu wróciliśmy na noc do naszego domku. I tam zaczęliśmy układać plan działania. Zadanie było jednocześnie łatwe i trudne. Łatwe, bo nie wymagało żadnych szczególnych umiejętności, ani nawet wyrzeczeń z naszej strony. Oboje uwielbialiśmy włóczyć się po kraju i penetrować nieodkryte miejsca. Trudne, bo czekał nas spory obszar do przeczesania, być może nawet kilkakrotnie.

     - Na Pograniczu… – Lydia uważnie wpatrywała się w naszą mapę. – Szuka wielkiej, dwemerskiej budowli. Ja zaczęłabym od Bthardamz? Pamiętasz? Byliśmy tam kiedyś. Spore, podziemne miasto. Chyba największe w Skyrim. I w odludnym miejscu, nie wszystkim znane.

     - Albo Czarna Przystań – pokiwałem głową. – Też leży częściowo na Pograniczu, a raczej pod nim. Tylko tam znalezienie kogokolwiek graniczy z cudem.

     - Nchuand-Zel – palec Lydii wskazał Markart. – Też niemałe miasto. Jest gdzie szukać.

     - Albo to ostatnie, jak to się nazywało? – zerknąłem na mapę. – Akrnghtamz, nigdy nie zapamiętam. Warto byłoby i tego poszukać. Proponowałbym nawet zacząć od tego.

     Lydia spojrzała na mnie pobłażliwie.

     - Bo nigdy tam nie byliśmy? – spytała.

     Zdaje się, że zrobiłem wtedy bardzo głupią minę, bo nie mogła powstrzymać śmiechu. Przyznaję, że ciągnęło mnie do tego miejsca. Zwłaszcza po tym, co w Akademii przeczytałem o tajemniczym eterium. Zdawałem sobie jednak sprawę, że na razie trzeba to odłożyć na bok i jak najszybciej wykonać zadanie, jakie nałożył na nas Isran. W końcu, to z naszej winy wampiry zdobyły przewagę w tej walce i należało to naprawić.

     - Najlepiej chyba zacząć od Markartu – westchnąłem zrezygnowany. – Tam trzeba popytać Calcelmo, czy wie coś o… Jak ona miała na imię?

     - Sorine Jurard – odparła Lydia. – A skoro ona włóczy się po Pograniczu, z Markartu będzie najbliżej.

     - Taaa – westchnąłem przeciągle. – Zwłaszcza, że Markart to miasto najdalej położone od Pękniny. Cztery dni drogi najmniej.

     Lydia przysunęła się do mnie i szepnęła mi do ucha.

     - Ale za to, przez Białą Grań…

     Objąłem ją czule.

     - Ty to zawsze wiesz, jak mnie pocieszyć.

     Nazajutrz, jeszcze przed świtem, zgodnie ruszyliśmy w kierunku Ivarstead.


piątek, 26 maja 2023

Rozdział IX – Zamek Volkihar

     Wymieniliśmy swoje imiona. Wciąż przypatrywałem się naszej nowej znajomej, bijąc się z myślami. Mieliśmy zwalczać wampiry, a co robimy? Pomagamy jednemu z nich, powrócić do domu! W dodatku, skoro jej domem był zamek Volkihar, oznaczało to, że należy ona do klanu najpotężniejszych wampirów w całym Skyrim. Tak przynajmniej głosiła gminna wieść.

     Z drugiej strony, jeśli ją teraz zabiję, nie dowiem się niczego. Nie odgadnę sam, jakie plany miały wampiry. Ba, nawet jeśli dotrzemy na zamek Volkihar i wrócimy z niego żywi, co wcale nie było pewne, nic nie gwarantowało nam, że czegokolwiek się dowiemy. Jedyny plus – obejrzymy sobie zamek od środka, co też mogło być ważne. Może zauważymy tam coś, co naprowadzi nas na jakąś myśl? Poza tym, dobrze byłoby poznać przeciwnika lepiej.

     Nie byłem do końca przekonany, czy dobrze robię. Ale jednego byłem pewien – nie zdołam jej zabić. Przynajmniej nie teraz. Jestem tylko człowiekiem i uczucie litości nie jest mi obce. Nie wiedziałem niczego o Seranie, ale w tej chwili była ona dla mnie po prostu przestraszoną i zdezorientowaną dziewczyną, która potrzebowała mojej pomocy. Byłem naiwny? Tak, byłem, dziś sam to przyznaję. A jednak nie potrafiłem postąpić wtedy inaczej.

     Szedłem pierwszy. Za mną, cicho stawiając stopy, sunęła Serana. Lydia zamykała pochód. Omiotłem taras Wykryciem Życia, potem krzyknąłem jedno słowo Szeptu Aury – ale nic się nie pokazało. Szedłem więc pewnie, ale spotkała mnie nieprzyjemna niespodzianka. Oto bowiem ze strony tarasu dobiegł nas jakiś chrobot. Zerknąłem tam i oniemiałem. Dwa posągi – gargulce – nagle się poruszyły. Najpierw zasłonił je obłok opadającego z nich kurzu. Potem oba wyprostowały się i zaryczały złowrogo. Natychmiast przypadliśmy do zacienionej części placu. Kto by pomyślał? Nowy rodzaj przeciwnika, którego nawet Szept Aury nie jest w stanie wykryć! Przynajmniej dopóki jest skamieniały… Szarpnięciem zerwałem łuk z pleców i odruchowo nałożyłem strzałę. Napiąłem łuk. Ebonowa strzała z sykiem pomknęła ku dalszemu z potworów i powaliła go. Bliższego chciałem zostawić Lydii, ale ona nie miała dogodnej pozycji do strzału. Zamiast niej, do walki włączyła się Serana, rażąc potwora długą i jasną błyskawicą. Gargulec obrócił się w naszą stronę, zaryczał i ruszył na nas. Lodowy Kolec, wypuszczony z lewej dłoni Serany, spowolnił go trochę, co dało mi okazję do strzału. Magia ognia, którą zaklęty był mój łuk, dopełniła dzieła. Drugi gargulec padł na schody i groteskowo zsunął się z nich na sam dół.

     Opuściłem łuk i zerknąłem na naszą nową towarzyszkę. Skinąłem jej głową, w niemej podzięce. Sam fakt, że zaczęła walczyć po naszej stronie, skrzesał we mnie zarzewie sympatii. Zdawałem sobie wprawdzie sprawę, że musi nam pomagać, jeśli chce dotrzeć do domu, ale i tak zrobiło mi się cieplej na sercu. Nieźle władała magią Zniszczenia, na pewno lepiej niż ja. Dopóki stała po naszej stronie, dobrze było mieć ją ze sobą. To jednak mogło się zmienić…

     Wspięliśmy się na schody. Niestety, spotkało nas rozczarowanie. To, co wzięliśmy za przejście, było tylko zacienioną wnęką w kamiennej ścianie. Przejścia nie było. Westchnienie wyrwało się z wszystkich trzech ust, niemal jednocześnie. Zaczęliśmy rozglądać się dookoła.

     Lydia pierwsza zauważyła obok drugi taras, tonący w mroku. Rzuciłem czar Płomień Świecy, by się nieco rozejrzeć. Od podnóża prowadził do niego łagodny stok, a na samej górze tkwiło łukowate wejście, jak do norskiej krypty. Zeszliśmy schodami na dół i skierowaliśmy się na ów stok, tym razem trzymając broń w pogotowiu. Nic się jednak nie stało, nawet gdy weszliśmy na górę. Spod kamiennego łuku zionął czernią wąski korytarz.

     - Chyba jesteśmy na dobrej drodze – szepnęła Serana. – Zaczynałam się już martwić.

     Krótki, kręty korytarz zaprowadził nas do rozległej komnaty. Tę jednak wykonano w surowym, norskim stylu. Miała dwa poziomy. Przed nami znajdowały się schody, prowadzące na górny poziom, znajdujący się nieco dalej. Takie same schody stały po lewej stronie, wiodąc do szerokiego, starannie wykonanego korytarza, jakie nieraz napotykaliśmy w norskich kryptach. Jego ściany pokryto tajemniczymi reliefami, jedynie na końcu, zamiast kamiennej bramy, otwieranej kluczem w kształcie szponu, znajdowała się gruba krata, której nie sposób było podnieść.

Dwupoziomowa komnata w norskim stylu

     - Znowu ukryty zamek? – mruknąłem zniechęcony.

     Serana udowodniła w tym momencie, że znacznie lepiej od nas widzi w ciemności.

     - A to? – wskazała w kierunku, z którego przyszliśmy.

     Musiałem przejść kilka kroków, żeby dostrzec to, co widziała tam Serana. Była to spora dźwignia, wystająca z kamiennego fundamentu. Cóż, trzeba było sprawdzić, czy rzeczywiście otwierała ona przejście, ale na wszelki wypadek przygotowaliśmy broń. Oboje z Lydią wiedzieliśmy, że dźwignia, umieszczona tak daleko od przejścia, z pewnością uruchamia nie tylko kratę, ale jeszcze coś. I to coś mogło być niebezpieczne. Widząc naszą reakcję, Serana przywołała na obie ręce zaklęcia zniszczenia.

     Z niemałym wysiłkiem przerzuciłem dźwignię. Krata istotnie uniosła się, ale jednocześnie odpadły wieka od dwu znajdujących się tu w cieniu sarkofagów, których przedtem nie dostrzegliśmy i wylazły z  nich draugry. Usłyszałem też za plecami charakterystyczne trzeszczenie – znak, że pojawiły się tam szkielety. Lydia i ja wzięliśmy na cel draugry. Ustrzeliliśmy je, zanim nas zauważyły. Potem natychmiast odwróciłem się, by wziąć na cel szkielety, ale zdążyłem tylko zauważyć, jak Serana rozbija drugiego z nich Lodowym Kolcem. Pierwszy leżał już na ziemi, rozbity na kostki.

     - Dobrze cię mieć ze sobą – wyrwało mi się z ust.

     Serana uśmiechnęła się, nieco zażenowana. Wskazała na podniesioną kratę po lewej stronie.

     - Dobrze będzie wyjść na zewnątrz i móc trochę odetchnąć – stwierdziła, wciąż trochę nieśmiało. – Nie tęsknię za blaskiem słońca, ale brakuje mi świeżego powietrza.

     Skierowaliśmy się więc całą trójką w tamtą stronę. Przeszliśmy pod podniesioną kratą i… Znieruchomieliśmy.

     - Co to jest? – Lydia zmarszczyła brwi. – Arena? Teatr?

     Ogromne pomieszczenie nie przypominało bowiem niczego, co widzielibyśmy przedtem. Wielka jaskinia, o naturalnym sklepieniu, zwężała się w dół jak lej, ale na bokach tego leja wykuto coś w rodzaju schodkowej widowni. Po naszej stronie, niby na trybunie honorowej, stały dwa kamienne trony. Po przeciwnej, na podobnym piedestale – trzy, z czego środkowy był znacznie wyższy od dwu pozostałych. Na samym dole znajdowała się niewielka, okrągła arena, a na jej środku – zagłębienie, w którym huczał ogień. Zagłębienie przykryto żelazną kratą. Kto podtrzymywał ogień w takim miejscu? Wiadomo – nieumarli. Przywiązani do tego miejsca przez ciemną moc, przez wieki bezwiednie, jak niewolnicy, wypełniający obowiązki, jakie na nich nałożyła wola jakiegoś pozaziemskiego bytu.

     - To raczej miejsce tortur – wzdrygnąłem się. – Albo wyjątkowo okrutnie dokonywanych egzekucji. Popatrz tam – wskazałem na dwa charakterystyczne menhiry, w kształcie „orlich dziobów”.

     - Smoczy kult – Lydia pokiwała głową. – A tam, co to?

     Zerknąłem nieco w prawo i natychmiast to usłyszałem: wołało mnie Słowo. Poniżej, w cieniu, wybudowano Smoczą Ścianę. To już był ewidentny dowód na to, że pomieszczenie służyło obrzędom smoczego kultu. Ruszyłem w tamtą stronę, ale zanim tam dotarłem, musieliśmy uporać się jeszcze z dwoma draugrami i kilkoma szkieletami, które nagle wyłoniły się z ciemnych zakamarków komnaty.

Tajemnicze pomieszczenie. Po prawej stronie widoczny fragment smoczej ściany

     - Lah – szepnąłem, gdy znaki smoczego pisma oderwały się od ściany i zamieniwszy się w błękitną mgiełkę, wniknęły w moje ciało. – Magia…

     Tak poznałem trzecie słowo Krzyku, który niezmiennie kojarzył mi się z wampirami – Wyssanie Witalności.

     Ale nie dane mi było kontemplować tego faktu, bowiem na trybunie coś trzasnęło, jakby z kamiennego sarkofagu opadło wieko. I nie, nie było to draugr. To był licz. Smoczy kapłan!

     Na szczęście my staliśmy w cieniu. I mieliśmy doskonałe, szklane łuki, zaklęte ogniem. I umieliśmy się nimi posługiwać. W dodatku, mieliśmy ze sobą kogoś, kto doskonale władał magią zniszczenia. Wynik tego starcia, niezależnie od mocy licza, mógł być tylko jeden. Kapłan uległ nam bardzo szybko.

     I dostrzegliśmy coś jeszcze – za jego sarkofagiem jaśniała drewnianymi deskami szeroka brama. Brama, prowadząca na zewnątrz, co okazało się w chwili, gdy ją otworzyliśmy. Wąski, naturalny chodnik za bramą był oszroniony i przysypany śniegiem. Śnieg skrzył się milionem iskier, odbijając błąkające się tu światło. Słoneczne światło! Poczuliśmy przepływ zimnego, świeżego powietrza. Niewątpliwie, było to wyjście.

     Nie zdołałem zareagować. Serana wybiegła, zanim zdążyłem mrugnąć. Czyżby uciekała?

     Ale nie. Gdy tylko wybiegła na oświetlony jasnym słońcem, zaśnieżony stok, roześmiała się radośnie, jak dziecko, po czym rozłożyła ręce i zakręciła jak w tańcu.

     - Ach, jak dobrze jest móc znów odetchnąć! – zawołała, po czym rozejrzała się po świecie, który widziała po raz pierwszy od nie wiadomo jak długiego czasu. – Ta pogoda jest niesamowita!

     Ale potem zmrużyła oczy, i przyłożyła ręce do skroni, jakby zabolała ją głowa. Wolnym ruchem naciągnęła sobie na głowę czarny kaptur, który niemal skrywał jej oczy i spojrzała w moją stronę.

     - Tu jest za jasno – poskarżyła się. – Nie wiem, jak ty to znosisz.

     Mnie też raziło słońce. Nic dziwnego, skoro dzień był słoneczny, powietrze czyste i przejrzyste, a śnieg aż skrzył się od słonecznego światła. Skoro ja musiałem zmrużyć oczy, to co czuła ona która nie widziała słońca od bardzo dawna. Poza tym była przecież wampirem, a więc stworzeniem, dla którego słońce jest zabójcze. Czym prędzej skryła się na powrót w cieniu korytarza.

     - Może zrobimy krótki postój – zaproponowała Lydia, spoglądając w jej stronę. – Jeszcze nie ma południa. Słońca wciąż będzie przybywać. Nie wiem, jak ona to zniesie. Wyruszylibyśmy wieczorem…

     - Przed nami daleka droga – podrapałem się po brodzie. – Jeśli ruszymy wieczorem i będziemy maszerowali całą noc, to akurat o świcie dojdziemy do zamieszkałych terenów. – Spojrzałem na dziewczynę. – A wolałbym, żeby nikt niepowołany jej nie widział.

     - Nikt nie musi wiedzieć, kim ona jest – odparła Lydia. – Gdy włoży kaptur, nie widać jej świecących oczu.

     Zgodziłem się z nią, głównie dlatego, że sam zdawałem sobie sprawę z potrzeby odpoczynku. Nie dalibyśmy pewnie rady wędrować całą noc. Potrzebowaliśmy wytchnienia.

     Serana zaofiarowała się trzymać wartę, jednak nie skorzystaliśmy z tej oferty. Za mało ją znaliśmy, a sama świadomość, że w naszym towarzystwie znajduje się wampir, nie pozwoliła by nam zasnąć. Widziałem, że zrobiło się jej przykro, ale nie zmieniłem zdania.  W końcu, ona też niezupełnie nam ufała i wciąż miała przed nami tajemnice.

     Lydia objęła pierwszą wartę, a ja wróciłem do krypty i położyłem się niedaleko ognia, płonącego na dnie areny. Było mi ciepło, toteż zasnąłem w miarę szybko, pomimo twardej posadzki, na której przyszło mi drzemać. Obudził mnie całus.

     - Zmiana warty – szepnęła Lydia do mojego ucha.

     Podniosłem się z ziemi.

     - Jak nasza podopieczna?

     - Nad wyraz spokojna – odparła Lydia, moszcząc się na ziemi. – I wciąż zdezorientowana. Nie wie, gdzie jest, ani jak trafić do domu. I ja też nie wiem, czy dobrze robimy, biorąc ją pod opiekę. Jakoś jej nie ufam. I ona chyba też niespecjalnie mnie lubi.

     Nie powiem, żeby mnie to podbudowało. Nigdy nie lekceważyłem przeczuć Lydii, bo zwykle okazywały się prawdziwe. Ale na razie i tak nie miałem innego planu ponad ten, który uzgodniliśmy przedtem. Zostawiłem ją w krypcie i udałem się na górę. Słońce dawno minęło już najwyższy punkt na niebie. Postanowiłem poczekać aż jeszcze się obniży i wyruszyć tuż przed zachodem słońca.

     Serana zdawała się drzemać, przytulona do skalnej ściany, na pograniczu wpadającego do groty światła i cienia, rzucanego przez skałę. Gdy pojawiłem się obok niej, uniosła głowę i uśmiechnęła się, wciąż trochę nieśmiało. Odwzajemniłem uśmiech. Poczułem do niej nić sympatii. Wyglądała, jakby miała jakieś siedemnaście, może osiemnaście lat, ale pytanie wampira o wiek mija się z celem. Z pewnością swoje lata liczyła w setkach.

     Zapytałem ją o jej dom, do którego zamierzaliśmy wyruszyć.

     - Znajduje się na wyspie, niedaleko Samotni – odrzekła z nikłym uśmiechem, jak ktoś, kto spodziewa się rychłego kresu długiej podróży. – Przy odrobinie szczęścia, znajdziemy łódź, która nas tam zabierze.

     - Wątpię – mruknąłem, stłumiwszy ziewnięcie. – Rybacy raczej trzymają się od tego miejsca z daleka. Zamek Volkihar ma złą sławę.

     - Jak tylko pamiętam, zawsze było tam kilka łodzi – odrzekła z przekonaniem. – Sami je tam zostawialiśmy. Jak inaczej moglibyśmy podróżować na kontynent?

     Uśmiechnęła się dziwnie.

     - To mój rodzinny dom – podjęła przerwaną opowieść. – Nie jest to najmilsze miejsce, ale w zależności od tego, kogo tam zastanę, nie powinno mi się nic przydarzyć.

     Spojrzałem na nią zaciekawiony.

     - Jest tam ktoś, kogo unikasz?

     Niewyraźny grymas przebiegł przez jej twarz.

     - Mój ojciec – prychnęła z goryczą – i ja… Kiepsko się dogadujemy…

     Po czym roześmiała się ironicznie.

    - Uch, kiedy powiedziałam to na głos, zabrzmiało to tak… pospolicie. „Mała dziewczynka, która nie dogaduje się z ojcem!”. Sto razy czytałam podobną historyjkę…

     Pokiwałem głową ze współczuciem.

     - Dzisiejsza data nic ci nie mówi – odezwałem się. – W twoich czasach nawet czas liczono inaczej. Sama nie wiesz, ile lat upłynęło, od kiedy cię zamknięto. To mogło stać się naprawdę dawno temu, setki, a może i tysiące lat. Od tego czasu wszystko mogło się zmienić. Wszystko! Twój dom też.

     Zamknęła oczy i skuliła się w sobie, jakby dopiero teraz to do niej dotarło. Objęła rękami kolana i położyła na nich głowę. Milczała dość długo. Odpowiedziała dopiero po dłuższej chwili, podnosząc na mnie swoje niesamowicie błyszczące oczy.

     - Ale mówiliście, że zamek Volkihar wciąż stoi…

     Skinąłem głową.

     - Stoi – potwierdziłem. – Widać go w pogodne dni z północnego wybrzeża. Ale nikt nie wie, czy w środku ktokolwiek mieszka. To miejsce jest okryte tak złą sławą, że nikt się tam nie wybrał od bardzo dawna. Nawet złodzieje. A przynajmniej ja o żadnym takim śmiałku nie słyszałem.

     Zrobiło mi się jej żal, gdy zauważyłem łzy, cisnące się do jej oczu, które z całych sił próbowała powstrzymać.

     - Ale zaprowadzimy cię tam – obiecałem. – I przekonamy się sami.

     Przez chwilę oboje milczeliśmy, aż w końcu odezwałem się, sam dziwiąc się swoim słowom.

     - Wiesz dlaczego powołano Obrońców Świtu?

     Potrząsnęła głową.

     - Bo ostatnio aktywność wampirów znacznie wzrosła – odrzekłem. – I tropy wiodą w okolice Samotni. Więc póki co, nie trać nadziei. Odstawimy cię do zamku.

     A potem spojrzałem w niebo i westchnąłem przeciągle.

     - A bogowie niech spróbują mi wytłumaczyć, dlaczego to robimy, bo tylko oni to wiedzą!

*          *          *

     Słońce stało jeszcze całkiem wysoko, gdy Lydia wynurzyła się z tunelu i oświadczyła, że jest gotowa do drogi. Jej zdolność do szybkiej regeneracji sił nieodmiennie mnie zdumiewała.

     - Kawałek drogi będzie po otwartym terenie – zwróciłem się do Serany. – Ale potem wejdziemy w las. Dasz radę na tym słońcu?

     Skinęła głową i dodała, wstając.

     - Byle nie za długo…

     Ruszyliśmy dziarsko stromą ścieżką w dół. Wkrótce znaleźliśmy się u podnóża góry i skręciliśmy w kierunku traktu do Smoczymostu. Serana szła z kapturem naciągniętym na oczy i widać było, że źle się czuje, ale nie skarżyła się na swój los. Dopiero gdy na horyzoncie pojawił się las, poprosiła nieśmiałym tonem.

     - Szybciej… Słońce… niezbyt dobrze działa na moją skórę. Jeśli wiecie, co mam na myśli.

     Roześmialiśmy się. Zabrzmiało to, jakby przewrażliwiona puncie swego wyglądu arystokratka narzekała na pogodę, ale przyspieszyliśmy kroku. Gdy po niedługim czasie znaleźliśmy się w cieniu między drzewami, odetchnęła głęboko.

     - Dobrze będzie zejść na chwilę ze słońca.

     - Zanim wyjdziemy z lasu, słońce zajdzie – odparła Lydia, z ukrywaną niechęcią zerkając na Seranę. – Proponuję ominąć Smoczymost i iść na skróty, przez mokradła. Znamy bród przez rzekę Karth, niedaleko świątyni Meridii. Jeśli nie boicie się zamoczyć nóg…

     Zgodziłem się, że to dobry pomysł, który oszczędzi nam sporo drogi i czasu. Dzięki temu mogliśmy jeszcze przed świtem dojść do wybrzeża. Po drodze nie spotkaliśmy wielu osób. Jakiś myśliwy na koniu, patrol cesarskich żołnierzy, z których kilku znało nas z dawnych czasów i nie zamierzali sprawiać problemów. Jedyną osobą, która nam zagroziła, był rozbójnik, uzbrojony w ciężki topór, który zaatakował nas już w nocy, w okolicach Samotni. Przyznaję, zaskoczył nas i byłby mnie poszczerbił, gdyby Serana, z podziwu godnym refleksem, nie zasłoniła mnie mieczem. Zbója, oczywiście, usiekliśmy. Na moje podziękowania Serana tylko uśmiechnęła się lekko.

     I jak ja miałem zabić kogoś, kto uratował mi życie? Ech, pokrętnym graczem jest los… 

     Świtało już, gdy zmęczeni dotarliśmy do wybrzeża. Lydia i ja musieliśmy wychylić po sporej fiolce mikstury, przywracającej kondycję. To specyfik, usuwający zmęczenie na jakiś czas. Gęsty, zielonkawy i słodki w smaku płyn istotnie dodał nam energii. Rzadko go stosowaliśmy, bo podobno łatwo było się od niego uzależnić.

     Zamek Volkihar tonął w porannej mgle. Widać było tylko odległe szczyty jego dachów.

 Zamek Volkihar

     - To tam – Serana wskazała na cypel, porośnięty drzewami i gęstym podszytem. – Kawałek na północ. Tam zwykle trzymaliśmy łodzie, by móc przepłynąć na wyspę.

     Graniczyło to z cudem, ale istotnie znajdowała się tam skromna, drewniana przystań, nawet dobrze utrzymana, a na brzegu leżała drewniana łódź i to w całkiem niezłym stanie. Wiosła i latarnia, napełniona olejem, znajdowały się w łodzi, pod deskami, pełniącymi rolę ławek. Było tam nawet drewniane wiadro, służące zapewne do wylewania deszczówki, którego jednak nie musieliśmy używać.

     Serana była tak podniecona, że przez całą drogę wierciła się na swej ławce jakby oblazły ją mrówki. Lydia i ja usiedliśmy do wioseł, Seranę, jako znającą te wody, wygnaliśmy do steru. Słońce, niewidoczne z powodu mgiełki, zapewne wychyliło się już zza horyzontu, bowiem było już całkiem jasno, gdy dotarliśmy do przystani na wyspie. Niepewnie, ociągając się, odłożyłem wiosło i wyszedłem na ląd. Lydia za mną. Serana energicznie wyskoczyła z łodzi i wzruszona spojrzała w stronę zamku.

     Tuż obok przystani wznosiła się okrągła, wysoka wieża obserwacyjna, w norskim stylu, stanowiąca zapewne też pierwszą linię obrony. Dalej wypukłym łukiem piętrzył się kamienny most, na którym co kilkanaście kroków postawiono kamienne postumenty, na których przycupnęły gargulce, czy też ich rzeźby – nigdy nie nauczyłem się tego rozróżniać. Za mostem zakratowana brama broniła wejścia do jednobryłowej, masywnej, ale strzelistej w swym charakterze budowli, w stylu trudnym do zdefiniowania.

     - Czy mi się wydaje? – szepnęła Lydia, przykładając dłoń do ucha. – Tam słychać głosy!

     Ja też je usłyszałem. Z zamku dochodziły głosy. Wiele głosów! I było coś jeszcze – przy wejściu paliły się pochodnie. Zamek bez wątpienia był zamieszkany. Serana uśmiechnęła się i postąpiła naprzód, ale widząc, że się ociągamy, zatrzymała się i spojrzała na mnie.

     - Co teraz? – spytała.

     Wzruszyłem ramionami. Niby mieliśmy ją tylko odprowadzić do domu. Ale co jeśli to już tylko ten sam budynek? Domu nie tworzą mury, tylko mieszkańcy. Nie miałem ochoty tam wchodzić, no ale dałem słowo. Poza tym, nie zapomniałem o swoim zadaniu – miałem zdobyć informacje.

     - To twój dom? – spytałem, wskazując na zamek.

     Wykrzywiła usta w ironicznym uśmiechu.

     - To tu – potwierdziła. – Nie ma to jak w… zamku.

     A więc ona też się tego obawiała. Trudno nie ma rady! Nie mogę stąd odejść, nie upewniwszy się, że jest bezpieczna.

     - Robi wrażenie – pokiwałem smętnie głową, ruszając w kierunku mostu.

     - To prawda – odparła, w lot pojmując, o co mi chodzi.

     Gargulce na moście nie poruszyły się. Może były to zwykłe rzeźby… A może nie wyczuwały niebezpieczeństwa, jako że przybyłem tu w pokojowych zamiarach? Nie miałem pojęcia, jak odróżnić kamienny posąg od zaklętego w kamień wampirzego strażnika.

     Idąca przodem Serana zatrzymała się nagle i obróciła w naszą stronę. Stanęliśmy jak na komendę.

     - Hej, więc – zająknęła się z zakłopotaniem. – Zanim tam wejdziemy…

     - Nic ci nie jest? – spytałem, zauważając zmianę na jej twarzy.

     - Tak myślę – potrząsnęła głową. – Dzięki za troskę. Chciałam wam podziękować za towarzyszenie mi aż do teraz. Potem może nie być okazji. Ale gdy już tam wejdziemy… Przez jakiś czas będę musiała działać w pojedynkę. Myślę… Wiem, że wasi przyjaciele najchętniej zabiliby tam wszystkich. Liczę, że potraficie się bardziej opanować.

     Mimo, iż czułem się wewnętrznie spięty, roześmiałem się na te słowa.

     - Możesz być spokojna – zapewniłem. – Jeszcze nie zwariowaliśmy, żeby w dwójkę rzucać się na całą zgraję wampirów. Czy w ogóle powinniśmy tam wchodzić? Damy radę potem wyjść?

     - Myślę, że dopóki jestem z wami, nic wam nie grozi – uśmiechnęła się niepewnie, po czym ruszyła w kierunku bramy.

     Nie byłem zdziwiony, że nas dostrzeżono z zamku. Ale zdumiało mnie, że niemal od razu rozpoznano Seranę.

     - Lady Serana wróciła!

     Głos od strony bramy brzmiał zdziwieniem i nieskrywaną radością.

     - Otworzyć bramę!

     Krata uniosła się z cichym chrzęstem. Zaskrzypiały zawiasy drewnianej bramy. Strażnik – stary Nord w skórzanej zbroi, skłonił się naszej towarzyszce z szacunkiem. Podziękowała mu skinieniem głowy i weszła w uchyloną bramę. Podążyliśmy za nią. Gdy mijaliśmy strażnika, ten łypnął na nas nieufnie.

     - Lord Harkon to wielki człowiek – mruknął w moim kierunku. – Lepiej okaż mu należny szacunek.

     Przedsionek zamku zbudowano starannie, z szarego, wygładzonego kamienia. Naprzeciwko znajdowała się kamienna balustrada, a za nią jakieś spore, jasno oświetlone pomieszczenie, z którego doszły nas głosy jakiejś biesiady. Widzieliśmy jednak tylko sufit, bo znajdowało się ono znacznie niżej. Zapewne balustradę postawiono na wystającym tarasie, z którego prowadził w dół jakieś schody.

     Tam właśnie pojawił się Altmer o siwych włosach i groźnym wyrazem na bladej twarzy.

     - Jak śmiesz tu wkraczać? – warknął nieprzyjemnie.

     Ale zaraz zmienił się na twarzy. Złość znikła, a jej miejsce zajęło niebotyczne zdumienie.

     - Zaraz – szepnął nie dowierzając. – Serana? To naprawdę ty?

     - Witaj, Vingalmo – Seranaz godnością skinęła mu głową. – Tak, to ja.

     - Własnym oczom nie wierzę – Altmer pokręcił głowa z niedowierzaniem, ale zaraz podbiegł do balustrady w tylnej części atrium i zawołał.

     - Mój panie! Słuchajcie wszyscy! Serana wróciła!

     Zrobiło się cicho. Altmer skłonił się i wykonał zachęcający gest w stronę Serany. Zapraszał ją do środka, niby ochmistrz swoją panią, powracającą z długiej podróży.

     - Sądzę, że mnie oczekują – Serana skinęła na nas zachęcająco i ruszyła w stronę sali. Podążyliśmy za nią.

     I zaraz tego pożałowaliśmy.

     W dole istotnie znajdowała się duża sala i odbywała się w niej uczta. Przy dwóch podłużnych stołach po obu stronach siedziało sporo osób, które na widok naszej towarzyszki, schodzącej po schodach, wstały z szacunkiem, by ją powitać.

     Ale na stole…

     - Zaraz zwymiotuję – szepnęła Lydia.

     Mnie też żołądek powędrował do gardła. Na każdym ze stołów leżały zwłoki. Świeże zwłoki, sądząc po czerwonych plamach krwi, w okolicach szyi. Wampiry napełniały z nich swoje kielichy, niby winem z podstawionych beczek. W dodatku wszędzie walały się ludzkie szczątki. Wokół roznosił się niesamowity odór gnijącego mięsa.

     Na środku stał postawny mężczyzna, w pysznym stroju. Wysoki i barczysty jak Nord, ale włosy jego były czarne i krótko przystrzyżone, na cesarską modę. Domyśliłem się, że to lord Harkon. Na widok Serany, rozłożył ramiona, jakby chciał ją powitać.

     - Moja dawno zaginiona córka w końcu wraca!

     Jego głos brzmiał dźwięcznie i głęboko, wprawiając moje wnętrzności w rezonans. Coś takiego czułem kiedyś, gdy odzywał się do mnie Alduin, Pożeracz Światów.

     - Wierzę, że masz mój Prastary Zwój? – dodał pytającym tonem.

     Serana parsknęła gniewnie i zeszła na sam dół, ale zamiast paść w ramiona ojca, zatrzymała się kilka kroków przed nim.

     - Po tych wszystkich latach to pierwsza rzecz, która przychodzi ci do głowy? – spytała ostrym tonem, jakiego dotąd u niej nie słyszałem. – Tak – prychnęła z pogardą. – Mam zwój!

     - Ona ma zwój – szepnął z podziwem jeden z wampirów przy stole.

     Harkon pokręcił głową z dezaprobatą, ale uśmiechnął się, choć trochę sztucznie.

     - Oczywiście, że się cieszę na twój widok, córko – zapewnił. – Czyż muszę takie słowa wypowiadać na głos?

     A potem na jego twarzy pojawił się dziwny grymas.

     - Gdybyż tylko była tu twoja zdradziecka matka – sapnął gniewnie. – Kazałbym jej oglądać to spotkanie, nim jej głowa znalazłaby się na palu!

     Momentalnie przestało mnie dziwić, że Serana nie dogaduje się z ojcem. Skoro takimi słowami ją witał!

     - A teraz powiedz mi, kogo tu z sobą przyprowadziłaś?

     Zapewne, aby złagodzić nieco pierwsze, zdecydowanie złe wrażenie, Serana uśmiechnęła się w naszą stronę.

     - Oto ludzie, którzy mnie ocalili!

     Zerknąłem na Lydię. Była blada. Odwzajemniła moje spojrzenie i ledwo dostrzegalnie potrząsnęła głową, jednocześnie przesuwając się lekko za moje plecy. Wiedziałem, co to znaczy. Nie chciała uczestniczyć w tej rozmowie, więc udała, że jest tylko moją przyboczną strażą. Tak też zrozumiał to Harkon, przez całą rozmowę zwracając się tylko do mnie. Wiedziałem, że Lydia w tym czasie zapisuje sobie w pamięci wszystko, co widzi i słyszy. Jej spostrzegawczość i oko do szczegółów gwarantowały, że zapamięta z tego spotkania znacznie więcej niż ja.

     - Masz moją wdzięczność za bezpieczny powrót mojej córki – skłonił się lekko Harkon. – Powiedz, jak masz na imię?

     - Jestem Wulfhere – odparłem, odwzajemniając ukłon. – Kim ty jesteś?

     Wampirzy władca uśmiechnął się wyrozumiale.

     - Jestem Harkon – oznajmił. – Władca tego dworu. Do teraz moja córka z pewnością powiedziała ci, kim… A raczej czym jesteśmy.

     Wiedziałem oczywiście, ale gdy po raz drugi omiotłem wzrokiem komnatę, nie mogłem się powstrzymać od kąśliwej uwagi.

     - Jesteście samotniczym kultem kanibali.

     Nie, nie wpadł we wściekłość. Przeciwnie, roześmiał się głośno, a ja nie umiałem oprzeć się wrażeniu, że śmieje się szczerze.

     - Niezupełnie – zapewnił. – Ale rozumiem, że ktoś z zewnątrz może wyciągnąć taki wniosek. Nie, jesteśmy wampirami. Jednymi z najstarszych i najpotężniejszych w Skyrim. Spędziliśmy tu całe stulecia, z dala od trosk tego świata.

     Spoważniał nagle i dodał z goryczą.

     - Wszystko skończyło się, gdy moja żona mnie zdradziła i skradła to, co dla mnie najcenniejsze.

     Umilkł. Serana z zażenowaniem opuściła głowę. Cisza przedłużała się, więc postanowiłem ją przerwać.

     - I co teraz?

     Wiem, że nie zabrzmiało to szczególnie błyskotliwie, ale miałem wtedy w głowie kompletną pustkę. Powiedziałem to, żeby po prostu coś powiedzieć. Odniosło to zresztą skutek, bowiem Harkon pokiwał głową i odezwał się.

     - Wyświadczasz mi wielką przysługę i należy ci się nagroda – zahuczał swym głębokim głosem. – Istnieje tylko jedna rzecz, którą mogę oddać a która dorównuje swą wartością Prastaremu Zwojowi i mojej córce. Oferuję ci moją krew – wyciągnął ramię w moją stronę, zwracając ku mnie obnażony nadgarstek. – Weź ją, a będziesz kroczyć jak lew między owcami. Ludzie będą drżeć na twój widok, a ty już nigdy nie będziesz obawiał się śmierci.

     Nie zgadniecie, co przyszło mi wtedy do głowy! Otóż, przebiegło mi przez myśl, że nie mógł trafić gorzej ze swą ofertą, co nawet nieco mnie rozbawiło. Pomijając fakt, że nie zamierzałem wcale dołączyć do tej gromady, którą szczerze się brzydziłem, jego propozycja wydała mi się śmieszna. Nie mógł mi zaofiarować niczego, czego bym już nie posiadał, albo czego bym pragnął. Potęga Smoczego Dziecięcia wydała mi się o wiele większa niż moc wampira. Wzbudzanie strachu w ludziach wcale nie przypadło mi do gustu. Wolałem bowiem, gdy ludzie uśmiechali się na mój widok, jak dotychczas. A śmierci, po wizycie w Sovngardzie, nie obawiałem się w ogóle.

     - A co jeśli odmówię przyjęcia daru?

     Spodziewałem się przynajmniej zmiany na jego twarzy. Ale nic takiego nie zaszło. Panował nad sobą w sposób doskonały. Nawet uśmiechnął się lekko.

     - Wtedy będziesz zwierzyną, jak wszyscy śmiertelnicy – rozłożył ręce w geście, który wyglądał jakby przepraszał mnie za zuchwałe słowa. – Tym razem daruję ci życie, lecz wygnam cię z tego miejsca. Takie tu panują zasady.

     - O niczym innym nie marzę – szepnęła cicho Lydia za moimi plecami.

     - Może potrzebujesz czegoś, co cię przekona? – lord uśmiechnął się groźnie i tajemniczo, jakby miał zamiar uczynić jakiś trik. – Oto moc!

     I nagle zaczął się zmieniać. Najpierw zrobił się cały czarny, włącznie z ubraniem, a po chwili, w miejscu, w którym stał, pojawił się gargulec, wyposażony w błoniaste, czarne skrzydła, jak u nietoperza. Gargulec podniósł głowę i zaryczał przeciągle.

     - Oto moc, którą oferuję – odezwał się charkotliwym głosem. – A teraz wybieraj!

     Umiejętność polimorfii była niezwykle rzadkim darem. Słyszałem o kilku istotach z Otchłani, które posiadły umiejętność zmiany postaci. Nie wiedziałem, że potrafią to także wampiry. Ale wcale nie pragnąłem jej posiąść. – „Dla wszystkich istot, miej zawsze jedną i tę samą twarz” – poradził mi dawnymi czasy mistrz Arngeir i tych nauk wolałem się trzymać. Pokręciłem głową. Do pewnego stopnia mu ufałem, więc po jego zapewnieniu, że tym razem skończy się na wyproszeniu nas z zamku, nie obawiałem się odmówić. 

     - Nie chcę być wampirem – oznajmiłem pewnym głosem. – Wybacz zuchwałość, ale odmawiam przyjęcia daru. Każdy musi kroczyć własną ścieżką, a ja dawno temu wybrałem inną.

     Przyjął to spokojnie i ze zrozumieniem, jak się spodziewałem.

     - Niech więc tak będzie – pokiwał głową, po czym dodał bez cienia gniewu, takim tonem, jakby wypowiadał zwyczajową formułkę. – Jesteś zwierzyną, jak wszyscy śmiertelnicy. Precz stąd!

     I w tym momencie wyciągnął dłoń w moją stronę. Na jego postaci zamajaczyła na chwilę jakaś ciemna poświata nieznanego mi zaklęcia. A potem straciłem przytomność.


środa, 17 maja 2023

Rozdział VIII - Serana

     Za drzwiami było dość jasno, ale światło padało z dołu i z daleka. Wyczuliśmy lekki przeciąg. Tuż za przejściem znajdowała się otwarta komnata, czy może raczej taras, bo zamiast tylnej ściany miał kratę z krzyżujących się, stalowych prętów. Na szczęście na środku znajdowało się niezakratowane przejście. Krawędź zasłaniała nam wnętrze rozległej, jasno oświetlonej jaskini. Chcieliśmy się przesunąć w jej stronę, ale dochodzące z dołu głosy sprawiły, że oboje zamarliśmy w bezruchu. Lydia próbowała delikatnie zamknąć za sobą drzwi, by nie zatrzasnął ich przeciąg, ale te zaskrzypiały złowieszczo. Znieruchomiała więc w połowie przejścia, z ręką na klamce.

     - Nic ci nie powiem, wampirze – mówił zmęczony, męski głos. – Moja przysięga wobec Stendarra mocniejsza jest niźli cierpienie, jakie możesz mi zadać.

     Głos, który mu odpowiedział był głęboki i niski, na swój sposób zniewalający. Przypominał mi Hermaeusa Morę, który swego czasu przemówił do mnie w Apokryfie. Mówił też w podobny sposób, wyraźnie, powoli, nie spiesząc się, jakby jego właściciel był bardzo pewny swego.

     - Wierzę ci, strażniku – odparł, po czym dodał z wyczuwalnym uśmiechem. – Myślę, że nie wiesz nawet, co tu znalazłeś. Więc idź… Spotkaj się ze swym ukochanym Stendarrem.

     Zduszony jęk był całą odpowiedzią. Potem rozległ się odgłos upadającego ciała. Zrobiło mi się zimno. Czym prędzej chciałem rzucić się w tamtą stronę, ale Lydia przytrzymała mnie na miejscu i potrząsnęła głową. Miała rację, było już za późno. Wampir zabił jakiegoś strażnika i nie mogliśmy mu już pomóc.

     - Jesteś pewien, że to było mądre, Lokilu – odezwał się inny głos, kobiecy. – Mógł jeszcze coś powiedzieć. Sami nie zdołaliśmy nic osiągnąć.

     Rozległy się wolne kroki, a głosy zaczęły się od nas oddalać.

     - Niczego nie wiedział – mówił osobnik, zwany Lokilem. – Spełnił swoją rolę, przyprowadzając nas tu. Teraz my musimy wypełnić naszą: zanieść Harkonowi to, po co nas tu przysłał. I nie wrócimy z pustymi rękami. Potem Vingalmo i Orthjolf ustąpią mi wreszcie z drogi.

     - Tak oczywiście, Lokil – odpowiedział damski głos. – Nie zapominaj, kto się powiadomił o odkryciu strażników.

     Ostatnie słowa wypowiedziane były niemal uwodzicielskim tonem. W odpowiedzi Lokila wyraźnie usłyszałem uśmiech.

     - Nigdy nie zapominam swoich przyjaciół… Ani wrogów – dodał twardszym tonem.

     Lydia domknęła drzwi. Cicho, jak cienie, podkradliśmy się do krawędzi tarasu. Wyjrzeliśmy ostrożnie. Westchnienie wyrwało nam się z ust.

     - Nigdy czegoś takiego nie widziałam – szepnęła Lydia.

     - Ja też…

     Trudno nawet opisać to, co ujrzeliśmy. Pod nami, jakieś cztery, może pięć wysokości dorosłego człowieka, znajdował się wystający z wody, rozległy, okrągły plac, starannie wybrukowany wygładzonymi kamiennymi płytkami, o regularnym kształcie. Wzór posadzki tworzył koncentryczne kręgi wokół jakiegoś niewysokiego słupa. Wokół stało pięć innych, o podobnej wysokości. Otaczała je dziwna budowla, w kształcie rotundy, ale bez ścian i dachu, składająca się jedynie z kamiennych łuków, podtrzymujących jej koronę. Całość wykonana była starannie, w nieznanym mi stylu. Między naszym tarasem a centralnym placem chlupotała wprawdzie woda, ale z podnóża tarasu na plac przerzucono kamienny most. Całość była jasno oświetlona kilkoma sporej wielkości płonącymi zniczami. Po przeciwnej stronie ujrzałem majaczący w nikłym świetle podobny taras, jednakże dalsze części groty tonęły w mroku.

Tajemnicza rotunda w Krypcie Dimhollow

     - Gargulce – szepnęła Lydia.

     - Co mówisz?

     Zamiast odpowiedzi, moja żona wskazała skraj naszego tarasu. Znajdowała się tam masywna rzeźba gargulca, przycupniętego na krawędzi. Obok stała druga, taka sama. Gdy omiotłem wzrokiem pomieszczenie, ujrzałem jeszcze kilka innych. Tkwiły na murach i obok schodów. Czy to tylko rzeźby? Czy może zaklęci w kamień słudzy wampirów? Żywi czy martwi?

     - Lass!

     Szept Aury pokazał mi trzy postacie. Dwoje wampirów, oddalających się w kierunku tajemniczej rotundy i barczystego, norskiego wojownika, zapewne wampirzego sługę, kroczącego mostem w naszą stronę. Czym prędzej cofnęliśmy się znad krawędzi.

     Nie musieliśmy długo czekać. I nie musiałem używać Krzyku po raz drugi. Odgłos jego podkutych butów wyraźnie informował o jego położeniu i właśnie mówił nam, że Nord wchodzi po schodach na nasz taras.

     Jak to się skończyło, łatwo przewidzieć. Gdy tylko wychylił głowę znad krawędzi, dostał jednocześnie dwie strzały. Nawet nie westchnął. Słyszeliśmy, jak jego ciało bezładnie zsuwa się po schodach. Dobrze, że jego zbroja była skórzana, bo gdyby nosił stalową, jego zsuwające się zwłoki narobiłyby sporo hałasu. Wychyliłem się za krawędź. Oboje krwiopijcy niczego nie zauważyli, bowiem przechadzali się obok tajemniczego słupa, rozmawiając o czymś z cicha. Za daleko jednak było, aby usłyszeć, o czym mówią. Słyszeliśmy jedynie dalekie głosy, zwielokrotnione przez echo. Nie sposób było rozróżnić słów.

     - Jak tu dowiedzieć się, czego oni szukają? – wzruszyłem ramionami. – Żywcem żadnego z nich nie złapiemy. A nawet jeśli, to co? Jak z niego wyciśniemy prawdę? To on z nas może co-nieco wysączyć i to na odległość. Co robić? Czekać i obserwować?

     - Jak długo? – szepnęła Lydia. – Nie możemy czekać w nieskończoność.

     - Sprawiają wrażenie, jakby sami do końca nie wiedzieli, czego szukają – prychnąłem, ukradkiem zerkając w stronę rotundy. – A już na pewno nie wiedzą, jak się do tego czegoś dobrać.

     Ponownie skierowaliśmy wzrok na dwie, przechadzające się pod rotundą postacie. Oba wampiry miały podobne stroje. Ona szarą suknię, ze sporym dekoltem, on ciemnoczerwoną, długą szatę. To musiał być jakiś ceremonialny strój, bowiem napotkaliśmy już kilka tak odzianych wampirów. Te, które uśmierciliśmy przy wejściu do krypty, ubrane były tak samo. Coś jak jednolite mundury określonej formacji. To zdawało się potwierdzać przypuszczenia Israna, że w całej tej awanturze chodzi o coś więcej. To nie była po prostu grupa wampirów – to była wampirza organizacja, w której istniały hierarchia i jako taka dyscyplina. Tak, Isran miał niewątpliwie rację, gdy twierdził, że wampiry mają jakiś plan. Tylko jaki?

     - Zlikwidujmy ich – Lydia wzruszyła ramionami. – I poszukajmy sami.

     Przyznaję, że też o tym pomyślałem, ale nie byłem przekonany do tego pomysłu. Trudno bowiem znaleźć cokolwiek, jeśli się nie wie, czego się szuka.

     - Pomyszkujemy, poszukamy, w końcu na jakiś trop wpadniemy – zachęcała Lydia. – Przeskanujesz otoczenie swoją magią… Coś mi mówi, że gdy już to znajdziemy, odgadniemy, że właśnie o to chodziło.

     Cóż, miejsce było na tyle niezwykłe, że łatwo było poddać się wrażeniu, iż musi ono ukrywać coś równie niezwyczajnego, coś, co natychmiast rzuci się w oczy. Skinąłem głową.

     - Ale na pewny strzał za daleko – mruknąłem, przygryzając wargę. – Musimy się trochę do nich zbliżyć.

     Nie obawiałem się samej walki, raczej tego, że wampir, nie uśmiercony od razu, ucieknie mi i nie dam rady go złapać. W walce na odległość przewagę mieliśmy my. Nawet jeśli wampir zaatakowałby mnie swoją magią wysączania życia, to na większy dystans nie od razu osłabiłby mnie tak, abym nie zdołał wypuścić jeszcze kilku strzał. Poza tym, ja przecież także władałem tą magią – znałem już odpowiedni Krzyk. Jedynie starcie w zwarciu przechylało szalę na ich korzyść, a to dlatego, że magia wysączania silniej działała na małe odległości. Poza tym, wampir mógł mnie ukąsić lub w inny sposób zranić i zarazić wampiryzmem. Słyszałem wprawdzie, że nie wszystkie wampiry zarażają, ale nie wiedziałem ani ile w tym prawdy, ani do którego rodzaju należą te dwa. Zerknąłem na swój znakomity, szklany miecz, zaklęty mrozem i prychnąłem, zły sam na siebie. Magia mrozu nie miała wielkiego wpływu na wampiry. Co innego magia ognia!

     - Przypomnij mi, żebyśmy wracali przez Białą Grań – mruknąłem niezadowolony. – Ja tu paraduję z Rozdzieraczem Chłodu, który na wampiry niewiele pomoże, a Przedświt kurzy się na ścianie, w Wietrznym Domku!

     Ech, Przedświt! Wspaniały dar Meridii, wykuty tylko w jednym celu – aby zwalczać nieumarłych. Może i nie ciął tak świetnie jak Rozdzieracz Chłodu, ale pchnięcia zadawał znakomite, a w walce z nieumarłymi był niezrównany. Że też nie pomyślałem o tym wcześniej.

     Aby zejść z tarasu, trzeba było przesunąć się ku jego krawędzi, a potem nieco w prawo. Tam znajdowały się schody. Na szczęście, nikły w cieniu, więc udało nam się zejść, nie wystawiając się na widok wampirów. Most jednak był jasno oświetlony. Trudno było się przemknąć przez niego niezauważenie. Postanowiliśmy więc zaatakować z cienia. Z dołu rotunda nie była już tak dobrze widoczna, jak z góry, ale wampiry znajdowały się znacznie bliżej.

     - Strzelamy, jak podejdą na tę stronę – szepnąłem. – Ja biorę na cel ją. Ty weź Lokila.

     Skinęła głową. Tak było najłatwiej: strzelec po lewej stronie, w tym wypadku ja, bierze na cel przeciwnika po lewej, prawy celuje do prawego. Wampiry zbliżyły się. Napięliśmy łuki.

     Lydia strzeliła pierwsza, ja o okamgnienie później. Ale obie strzały okazały się śmiertelne. O ile można tak powiedzieć o kimś, kto w zasadzie jest nieumarłym, a więc nie żyje w pełni tego słowa znaczeniu. Dość, że oba gruchnęły na kamienną posadzkę, jak zwalone przez wiatr kłody drewna.

     W pierwszej kolejności podeszliśmy do zwłok zabitego Strażnika Stendarra. Leżał tam, gdzie padł, ze związanymi z tyłu rękami i nagą piersią, w której czerwieniła się głęboka rana od sztyletu. Nie znaliśmy go. Zamknęliśmy mu oczy i poleciliśmy Arkayowi. Mimo iż Strażnik służył Stendarrowi, to w końcu Arkay opiekował się umarłymi. Dopiero potem poszliśmy w kierunku rotundy. Oba wampiry leżały na wznak, ze strzałami w głowach. Nie wiem, jak wyglądały przed śmiercią, ale po niej miały zdecydowanie odpychający wygląd. Szare, pomarszczone twarze o ostrych rysach. Trudno było nawet rozpoznać rasę.

     Lydia z wahaniem dotknęła sukni wampirzycy.

     - To zamsz – spojrzała na mnie. – Całkiem przyjemna w dotyku.

     Suknia miała utwardzony gorset oraz coś w rodzaju skórzanego fartucha, ukrytego pod spodem. Mogła zatrzymać cios sztyletem, bądź poważnie osłabić uderzenie mieczem. Z pewnością zasługiwała na miano lekkiej zbroi.

     - Jestem ciekawa, jak się to nosi – Lydia skrzywiła wargi. – I czy byłoby mi w tym do twarzy.

     Roześmialiśmy się oboje.

     - Jak znajdę taką, co będzie na mnie pasowała, to ją sobie przywłaszczę – oznajmiła niespodziewanie. – Ale lepiej czerwoną. Ta szara mi się nie podoba.

     - Nareszcie mówisz jak kobieta – zaśmiałem się. –Jednak prawdziwa natura w końcu z ciebie wylazła – chwyciłem ją za rękę i przyciągnąłem do siebie. – Ale ty jesteś z tych, co nawet w worku po ziarnie wyglądają pięknie.

     - A ty nagle zacząłeś mówić, jak typowy dusigrosz – odgryzła mi się. – Który powie wszystko, żeby tylko żonie nie kupić nowej sukni. Wypchaj się, sama sobie jakąś zdobędę.

     Pocałunek złagodził nieco jej słowa. Wydawać by się mogło, że nasze uwagi są bardzo nie na miejscu tam, gdzie właśnie zagościła śmierć. Ale my zdawaliśmy sobie sprawę, że ta śmierć mogła dotknąć i nas. Musieliśmy jakoś to odreagować. Odreagowaliśmy śmiechem, który dziwnie zabrzmiał w tym pustym miejscu. Trwało to zresztą krótko, bo zaraz zainteresował mnie stojący w samym centrum budowli słup. Podszedłem do niego i obejrzałem dokładnie.

     - Czy mi się wydaje – mruknąłem sam do siebie – czy też na szczycie jest przycisk?

     Pacnąłem ręką w sam szczyt i natychmiast tego pożałowałem. Wyskoczył bowiem stamtąd ostry kolec, który jak nic wbiłby mi się w rękę. Na szczęście zahaczył o blaszki elfiej rękawicy i obsunął się miedzy moimi palcami. Nie wiedziałem, czym grozi ukłucie przez ten kolec i wcale nie chciałem się dowiedzieć. Szpikulec zresztą natychmiast się schował, za to wokół rozległ się głośny, zwielokrotniony szczęk i pojawiło się coś dziwnego – jasnofioletowa poświata, wyglądająca, jakby z podłogi wyłoniła się delikatna zasłona.

     Poświata nie była zabójcza. Gdy przełożyłem przez nią rękę, niczego nie poczułem.

     - To jakaś wskazówka – stwierdziła Lydia. – Popatrz, ona ma dziwny, geometryczny kształt.

     Rzeczywiście, parawan z poświaty składał się z kilku koncentrycznych łuków, ale o różnych promieniach. Tam, gdzie kończył się jeden, a zaczynał inny, ich końce połączone były linią wzdłuż promienia.

     - Słupki! – wskazałem na pięć słupów, otaczających rotundę. – To chyba z nimi trzeba coś zrobić. Popatrz, w posadzce są szpary, jakby można było je przesuwać!

     Lydia zerknęła na najbliższy słupek. Był okrągły, u góry rozszerzający się w płytką misę. Dotknęła go dłonią i lekko nacisnęła. Słupek drgnął. Lydia więc naparła mocniej, aż słupek powędrował wzdłuż promienia na inną pozycję, bliższą centrum. Jednocześnie misa zapłonęła, niebieskawym światłem, jakby ktoś nalał do niej mocnego alkoholu i podpalił.

- Magiczny płomień – oświadczyła Lydia, dotykając go, zrazu ostrożnie, potem wkładając weń całą dłoń. – Zimny, nie parzy.

     Widząc to, popchnąłem słupek, który stał najbliżej mnie. Pchnąłem go w kierunku centrum. Przesunął się, ale nie zapłonął. Przepchnęliśmy więc wszystkie. Nic się jednak nie stało, poza tym, że dwa z nich zapłonęły, a pozostałe nie.

     - To trzeba zrobić inaczej – Lydia skrzywiła zabawnie usta. – Może tak?

     Pchnęła jeden z płonących słupków z powrotem. Przesunął się i zgasł. Przesunęła go więc na powrót ku centrum. Zapalił się.

     - Trzeba pewnie umieścić je tak, żeby wszystkie się zapaliły – pokiwała głową. – Chyba… Mam nadzieję.

     Nie miałem innego pomysłu. Przestawiliśmy więc wygasłe słupki na poprzednie pozycje, a potem jeszcze dalej na zewnątrz, tak jak pozwalały na to promieniowo wykonane szczeliny w posadzce.

     I tak, metoda prób i błędów, udało nam się – wszystkie słupki zapłonęły błękitnym światłem. I rozległ się głośny chrobot. Centralny słup zapadł się, ale zamiast niego, w centrum z posadzki wyłonił się prostopadłościenny monolit, wielkości sarkofagu.

     Odruchowo chwyciłem za broń, bowiem w norskich kryptach w takich sytuacjach można było liczyć jedynie na towarzystwo draugra. Ale niepotrzebnie. Po chwili bowiem przednia płyta tego, co wydawało się być monolitem, zaczęła opadać, odsłaniając wnętrze.

     - Ach! – westchnienie wyrwało się z ust Lydii.

     O mało jej nie zawtórowałem. Rzekomy monolit okazał się być kamienną skrzynią. Wewnątrz znajdowała się… rzeźba? Posąg? W każdym razie postać młodej, smukłej dziewczyny w długich szatach. Miała zamknięte oczy, a twarz o szlachetnych, regularnych rysach sprawiała wrażenie jakby wyrzeźbiono ją w wosku. Długie, ciemne, proste włosy z przodu zaplecione były w kilka warkoczy, zachodzących na boki, przez co odsłaniały one wysokie, proste czoło. U pasa wisiał jej krótki miecz w skórzanej, zdobionej błyszczącym metalem pochwie. Na plecach zaś… Czyżby to był?...

     - Pradawny Zwój – szepnęła Lydia. – A przynajmniej tak to wygląda.

     Istotnie, choć nie było widać wyraźnie, zza pleców wystawał jej rzeźbiony wałek, na który nasunięto okrągły walec, jakby osłonę. Czego? No cóż, gdybym miał się założyć, też postawiłbym na zwój. Sam przecież byłem w posiadaniu podobnego i swego czasu zdeponowałem go u Uraga w Akademii, w Zimowej Twierdzy.

     Oboje drgnęliśmy, gdy rzekoma rzeźba nagle się poruszyła. Drgnęła, jakby przeszył ją dreszcz, po czym nagle odchyliła głowę do tyłu i gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Przez chwilę oddychała niespokojnie i chciwie, jak pływak, który przebywając zbyt długo pod wodą, zdołał się wreszcie wynurzyć na powierzchnię. A potem powoli otworzyła oczy. Bolesne westchnienie wyrwało się z jej ust. Upadła na posadzkę, jakby nagle zrobiło się jej słabo.

     Pochyliłem się nad nią odruchowo, chcąc jej pomóc, ale ona, jakby dopiero teraz nas dostrzegła, nagłym ruchem odsunęła się ode mnie i spojrzała na mnie z przestrachem.

     Jej oczy w blasku zniczy błyszczały tak, że odniosłem wrażenie, jakby świeciły w ciemnościach.

     Nieznajoma wpatrywała się we mnie przez chwilę. Potem zerknęła na Lydię, a potem znowu na mnie. Stopniowo w jej oczach zaczęła pojawiać się przytomność. Wyprostowała się i spróbowała wstać, wciąż jednak nie wróciły jej do siły. Gdy przysunąłem się do niej z wyciągniętym ramieniem, znów gwałtownie i z nieskrywanym lękiem odsunęła się ode mnie.

     Uniosłem w górę dłonie, aby widziała, że nie mam złych zamiarów. Nie odrywając ode mnie oczu, powoli wstała na równe nogi, choć było widać, że jej ruchy są spowolnione, jak u kogoś, kto długo pozostawał w bezruchu i zastały mu się zarówno mięśnie, jak i stawy.

     Poruszyła ustami, ale wydobył się z nich tylko niewyraźny jęk. Spróbowała znów.

     - Ugh… - zakrztusiła się. – Gdzie jest?... Kto cię przysłał?...

     Głos, choć słaby i niepewny, miała dźwięczny i przyjemny. I wciąż można było wyczuć w nim strach.

     - A kogo się spodziewałaś? – spytała Lydia.

     Nieznajoma spojrzała najpierw na nią, potem znowu na mnie i wzięła kilka głębokich, nerwowych oddechów.

     - Nie zdziwiłoby mnie – szepnęła nieśmiało – gdyby zjawił się ktoś – opuściła wzrok, ale zaraz znów go podniosła – co najmniej taki jak ja…

     Jej mowa brzmiała trochę dziwnie. Z jednej strony, wymawiała słowa jak Nordowie, starannie je od siebie oddzielając. Ale ich wymowa nie była twarda, na norski sposób. Przeciwnie, mówiła miękko, jak niektórzy mieszkańcy południowych prowincji. Nie sposób było określić jej narodowości.

     - Co masz na myśli, mówiąc „jak ty”? – zapytałem, przyglądając się jej uważnie.

     - W… – urwała gwałtownie, wpatrując się we mnie z przestrachem.

     Zachęciłem ją skinieniem głowy.

     - Patrzysz na mnie i nie wiesz? – spytała tonem, który pewnie miał brzmieć zaczepnie, ale zabrzmiał niepewnie i nieśmiało.

     Opuściła głowę, jakby bojąc się własnych słów, po czym z wyraźnym wysiłkiem znów spojrzała mi w oczy.

     - Jestem wampirem.

     Nie powiem, żeby to wyznanie nie zrobiło na mnie wrażenia. Ale nie poczułem do niej wrogości, czego mógłbym się sam po sobie spodziewać. Raczej litość. W tej chwili była dla mnie po prostu przestraszoną i zdezorientowaną dziewczyną, która potrzebuje pomocy. Zwłaszcza, że wydawała się zupełnie niegroźna.

     Wymieniliśmy z Lydią spojrzenia.

     - Obrońcy Świtu – odezwałem się niepewnie – woleliby cię widzieć martwą.

     Nie wiem dlaczego, ale gdy wymawiałem te słowa, poczułem się zażenowany, jakbym robił coś złego. Może dlatego, że sam czułem się zdezorientowany i zupełnie nie wiedziałem, co powinienem był zrobić.

     - Nie przepadają za wampirami, co? – głos wampirzycy przybrał zaczepny ton, ale nadal drżał i brzmiał niepewnie.

     Znów spojrzała na Lydię, jakby z niedowierzaniem, potem znów na mnie.

     - Czy wy… - zająknęła się. – Czy wy też…

     - Czy jesteśmy Obrońcami Świtu? – dokończyła za nią Lydia. – Tak, jesteśmy…

     - To jacyś łowcy wampirów?

     Pokiwaliśmy głowami, ale bez cienia tryumfu.

     - I przyszliście tutaj, żeby mnie zabić? – jej oddech przyspieszył.

     Pokręciłem głową.

     - Nie – odparłem. – Przyszliśmy tu, żeby dowiedzieć się, czego tu szukały wampiry.

     - Nie spodziewaliśmy się, że cię tu spotkamy – dodała Lydia.

     Nieznajoma rozejrzała się nerwowo. Widać było, że jest zbyt przerażona aby tłumić emocje. Zresztą, w jej sytuacji wcale mnie to nie dziwiło.

     - Słuchaj – odezwała się drżącym głosem. – Zabijecie mnie, jeden wampir z głowy. Ale skoro ludzie chcą mnie dorwać, to gra toczy się o wyższą stawkę. Mogę wam pomóc w znalezieniu odpowiedzi…

     Opuściła głowę.

     - Pomóc wam i sobie – dodała szeptem. – Bo na razie sama jej nie znam.

     Westchnąłem przeciągle. Wprawdzie nie myślałem o tym, że mógłbym ją teraz zabić, ale w tym momencie podjąłem decyzję.

     - Nie chcemy cię zabijać – oznajmiłem. – Nie musisz się nas bać. To prawda, przyszliśmy tutaj, by wyjaśnić pewną tajemnicę. Jeśli możesz nam pomóc, skorzystamy.

     Jeszcze nie przestała się bać. Wpatrywała się we mnie niespokojnym wzrokiem.

     - Dokąd masz zamiar się udać? – spytałem.

     Lekko wzruszyła ramionami.

     - Moja rodzina zamieszkiwała wyspę, na zachód od Samotni – odrzekła. – Najpewniej wciąż tam żyją.

     - Zamek Volkihar – odparła Lydia. – Układanka zaczyna do siebie pasować.

     Dziewczyna przytaknęła niepewnym skinieniem głowy.

     - Dlaczego cię tu zamknięto? – spytała Lydia.

     Dziewczyna potrząsnęła głową.

     - Wolałabym – odezwała się niepewnie – nie rozmawiać o tym z tobą. Jeśli ci to nie przeszkadza – dodała pospiesznie. – Przepraszam, to nie tak… Po prostu, na razie nie wiem, komu mogę zaufać. W ogóle niewiele wiem. Wróćmy do mojego domu, a będę mieć… lepszy ogląd tego, na czym stoimy.

     Czyżby ona też niewiele o tym wiedziała? Czy to możliwe? Nie odrywałem od niej oczu, choć z jej twarzy niczego, poza lękiem, nie umiałem wyczytać. Chyba że…

     - Ile czasu spędziłaś w zamknięciu? – spytałem niespodziewanie.

     Znów niepewne wzruszenie ramion.

     - Dobre pytanie – zamruczała. – Trudno powiedzieć. Ja… – potrząsnęła głową. – Trudno powiedzieć. Czuję, jakby minęło mnóstwo czasu…

     Podniosła na nas pytający wzrok.

     - Kto jest teraz Najwyższym Królem Skyrim?

     Spojrzeliśmy po sobie z Lydią i uśmiechnęliśmy się oboje.

     - Trudno powiedzieć – odparłem z uśmiechem. – Na razie nie ma króla. Elisif z Samotni jest pretendentką, ale moot jeszcze się nie zebrał.

     - Nie znam tego imienia – pokręciła głową. – Czy to ona piastuje urząd jarla Samotni? Kto ją popiera?

     - Tak, to jarl Samotni – odparłem. – Cesarstwo popiera Elisif. Ale w Skyrim wciąż jest wielu ludzi lojalnych Ulfricowi… To jest, jego pamięci. Ulfric nie żyje.

     W miarę jak mówiłem, jej błyszczące oczy otwierały się coraz szerzej.

     - Cesarstwo? – wydyszała zdumiona. – Jakie… Jakie cesarstwo?

     Tym razem to nas zatchnęło.

     - No, Cesarstwo – odparłem zdziwiony. – Z Cyrodiil.

     - Cyrodiil?

     Spoglądała to na mnie, to na Lydię, jakby mając nadzieję, że śni.

     - Cyrodiil jest siedzibą cesarstwa? – przykryła twarz dłońmi, ale zaraz je opuściła. – Chyba nie było mnie dłużej niż myślałam – dodała szeptem. – Niewątpliwie, dłużej niż planowaliśmy…

     Podniosła na nas błagalny wzrok.

     - Proszę, pospieszmy się – poprosiła. – Muszę wrócić do domu. Żeby dojść do tego, co się wydarzyło…

     Pokiwałem smętnie głową. Skoro ja nie pamiętałem, by stolica kiedykolwiek znajdowała się gdzie indziej, to co tu sądzić o niej. Zdezorientowana to za mało powiedziane. Przecież ona musiała być tam zamknięta przez kilkaset lat! Może nawet więcej. Przez ten czas wszystko, co pamiętała, zwyczajnie przeminęło…

     - Czy to powietrze nie jest… ciężkie? – odezwała się znów szeptem. – Trochę kręci mi się w głowie. Ale to może być od przebudzenia…

     - Chodźmy – podjąłem decyzję. – Znamy wyjście... Poza tym, tu naprawdę jest duszno.

     Ruszyłem z powrotem. Lydia i nasza nowa towarzyszka poszły za mną. Ale nagle przystanąłem. Przejście na tarasie było zamknięte żelazną kratą. Czym prędzej podbiegłem tam, ale musiałem przyjąć do wiadomości, że tędy nie wyjdziemy. Nigdzie nie mogłem znaleźć żadnego mechanizmu, podnoszącego te pręty.

     - Tędy nie wyjdziemy – westchnąłem nerwowo, po czym dodałem w stronę wampirzycy. – Chyba, że potrafisz nas stąd wyciągnąć.

     - Wiem równie mało co wy – potrząsnęła głową. – To miejsce wygląda inaczej, niż wtedy, gdy mnie tu zamknięto.

     Westchnąłem znów. Skoro tkwiła zamknięta przez tak długi czas, nie było szans, by dowiedzieć się od niej czegoś, co dotyczyło ostatnich wydarzeń. Chyba, że na miejscu, w zamku Volkihar, domniemanej siedzibie wampirzej arystokracji. Ale to plan na później. Na razie trzeba było się stąd wydostać. Zerknąłem na taras po przeciwnej stronie. Tam też były schody. Pewnie tam znajdziemy wyjście.

     - Czy to Prastary Zwój? – spytałem jeszcze, ruszając powoli w kierunku drugiego tarasu.

     - Owszem – zająknęła się. – I należy do mnie.

     - Dlaczego go posiadasz? – spytała Lydia.

     Potrząsnęła głową.

     - To… skomplikowane. Nie mogę o tym mówić. Przynajmniej, nie teraz. Wybacz…

     A potem przystanęła i uśmiechnęła się lekko. Po raz pierwszy od czasu naszego spotkania.

     - A tak w ogóle, mam na imię Serana – szepnęła z zażenowaniem. – Miło was poznać.

Serana w Krypcie Dimhollow