poniedziałek, 14 grudnia 2015

4. Rozdział II - W Rzecznej Puszczy

     Ostre, górskie słońce, odbijające się od śniegu, oślepiło mnie tak, że musiałem przysłonić oczy ręką. Jednocześnie owionął mnie ziąb. Powietrze było niesamowicie zimne.
     W oddali usłyszeliśmy ryk smoka. Gdzieś daleko, za górami. Echo powtarzało go przez kilka chwil i trudno było się nawet zorientować, skąd dochodzi. Wydawało nam się, że cichnie.
      - Wygląda na to, że odleciał stąd na dobre – odezwał się Hadvar. – Ale raczej nie powinniśmy tu zostawać. Zwłaszcza ty. Gdy nadejdzie noc, chwyci mróz, a ty pewnie do mrozu nienawykły?
     Przytaknąłem milcząco.
      - Jak to się stało, że ty, Cyrodiilijczyk, znalazłeś się na wozie, razem z Ulfrikiem?
      Cyrodiilijczyk! Jeśli miałem jakieś wątpliwości, to w tym momencie się rozwiały. Hadvar naprawdę był moim rodakiem. Tylko my sami nazywaliśmy siebie w ten sposób. Wszyscy inni mówili o nas po prostu „Cesarscy”. A w Skyrim słowo „cesarscy” mogło oznaczać nie tylko Cyrodiilijczyka, ale też legionistę. Innymi słowy, nie każdy cesarski to Cesarski i odwrotnie. Prawdziwa kołomyja.
      Pokręciłem głową.
    - Nie wiem – odparłem. – To znaczy, nie wiem dlaczego. Przybyłem tu, żeby zaciągnąć się do legionu i pomścić brata. Na granicy nikt nie robił mi problemów. Kawałek dalej zauważyłem obozowisko żołnierzy. Chciałem się dowiedzieć, gdzie są zaciągi. Nie wiedziałem, że to Gromowładni. Nawet nie zdążyłem do nich dojść, by spytać, gdy cesarscy nas napadli. Na samym początku musiałem oberwać czymś w głowę i straciłem przytomność. Obudziłem się na wozie pod Helgen.
     Hadvar przyglądał mi się w milczeniu.
     - Dlaczego chciałeś zaciągnąć się do legionu? – spytał nagle. – I dlaczego akurat w Skyrim? Przecież w Cyrodiil byłoby ci o wiele łatwiej!
    - Wcale nie – westchnąłem. – Ojciec się nie zgadzał. A poza tym, chciałem pomścić brata, który zginął w Skyrim. No i zobaczyć Skyrim na własne oczy…
      - Brata, powiadasz?
     Skinąłem głową.
     - Aersic. Zginął jakiś miesiąc temu. Był legionistą w Skyrim. Ojciec nie chciał stracić drugiego syna i uparł się oddać mnie na służbę do hrabiego. Jako kuchcika – dodałem z goryczą.
     - Uciekłeś?
     Pokiwałem głową.
    - A gdy dotarłem na miejsce, ten sam legion, do którego chciałem się zaciągnąć, o mało nie skrócił mnie o głowę – dodałem. – A Gromowładni niechcący uratowali mi życie, do spółki ze smokiem…
     Hadvar westchnął.
     - Trudne do przewidzenia są losy ludzkie – rzucił sentencjonalnie. – Aersic, powiadasz? Przykro mi, nie słyszałem o nim. Żeby się czegoś o nim dowiedzieć, musiałbyś udać się Samotni. Tam jest sztab. Tam mają wszystkie listy i dokumenty. Jedno jest pewne. Jak stąd nie znikniemy, prędzej czy później znajdzie nas albo smok, albo Gromowładni.
     - Nie wiem, czy muszę się obawiać Gromowładnych – prychnąłem z goryczą. – Siedziałem obok ich władcy i razem szliśmy na śmierć.
     - Akurat będziesz miał czas im to wytłumaczyć! – odparł drwiąco. – Masz na sobie cesarską zbroję, więc pytać nie będą. Chodźmy do Rzecznej Puszczy. To osada, niedaleko stąd. Tam się zastanowimy, co dalej.
     - Pomogą nam tam? – spytałem niepewnie.
     - Mój wuj jest tam kowalem – zapewnił. – To dobrzy ludzie. Chodźmy, zanim zmarzniesz na kość.
     Pobiegłem za nim w dół. Wkrótce dotarliśmy do traktu, wyłożonego kamieniem. Ścieżka wiła się w dół. Biegliśmy już jakiś czas, gdy nagle ściana lasu urwała się, odsłaniając rwącą rzekę, a za nią wysoką górę. Stanąłem w miejscu, nie mogąc oderwać oczu od cudownego, malowniczego widoku. Tak wysokich gór nie było w mojej ojczyźnie. Szczyt skąpany w śniegu i słońcu, lśnił jak najprawdziwszy klejnot. Ciche huczenie wodospadu dopełniało niesamowitego nastroju tego miejsca.
     Przysłoniłem oczy dłonią.
     - Co to? – wskazałem ręką przed siebie. – Widzę jakiś budynek. Jak stajnia bez dachu.
     - Gdzie? – spytał Hadvar, stając obok mnie. – Tam na górze? To Czarnygłaz. Tak to tutaj nazywają. I zapewniam cię, że nie jest to żadna stajnia. Chyba, że hodujesz wyjątkowo wyrośnięte konie…
     Przyjrzałem się dziwnej budowli, zbudowanej na szczycie góry. Wyglądała, jak rozlatująca się szopa, z której dachu pozostały tylko puste krokwie, a ze ścian, jedynie słupy, tylko… Przyjrzałem się uważniej i nagle po raz pierwszy zauważyłem niesamowite zjawisko, którego przedtem nie znałem. Tym czymś było złudzenie, za które ponoć odpowiadało górskie powietrze. Wszystko wydawało się tu znacznie bliżej niż w rzeczywistości, stąd uznałem, że tajemnicza budowla to jakiś większy dom. Tymczasem, gdy zerknąłem na świerki, rosnące poniżej i porównałem je z ową budowlą, dotarło do mnie, że budowla jest bardzo daleko i… jest ogromna! Jak ruiny jakiegoś pałacu.
     - To ruiny jakiegoś zamku? – spytałem.
    - Świątyni – odparł Hadvar. – Tak mówią. Ale nikt nie wie, jakie bóstwo tu czczono. To starożytne ruiny, sprzed setek lat. Chodźmy, jeśli chcemy zdążyć przed zmrokiem. Tu, w górach, noc zapada bardzo szybko.
     Pobiegliśmy dalej. Droga skręciła najpierw w prawo, a potem w lewo, by znów skierować się ostrym łukiem w prawo. A na łuku drogi stała inna budowla. Jakiś pomnik, złożony z trzech, smukłych menhirów. Zaciekawiony podszedłem do jednego z nich. Miał na sobie wyryty jakiś rysunek, trudny do odczytania. Dotknąłem go i ze zdziwieniem wyczułem delikatną wibrację. I zrozumiałem: to były magiczne kamienie!
     Pierwszy raz widziałem coś takiego na oczy. Mój elfi przyjaciel Eanor miał pewien magiczny amulet, który też tak wibrował, gdy wzięło się go do ręki. Podobno pomagał mu w warzeniu mikstur, dodając im mocy. Obejrzałem sobie dokładnie wszystkie trzy menhiry.
     - Idziesz? – spytał Hadvar. – Już niedaleko, zaraz za tym zakrętem.
     - Idź sam – odparłem. – Dołączę do ciebie wkrótce. Muszę obejrzeć sobie te kamienie dokładnie.
     - W Rzecznej Puszczy pytaj o kowala Alvora – odparł. – Zresztą, kuźnię zauważysz od razu. Jest po lewej stronie, zaraz na początku.
    Machnął mi ręką na pożegnanie i pobiegł ścieżką w dół. Ja tymczasem przyłożyłem obie dłonie i czoło do tajemniczego głazu. Rozkoszne wibracje uspakajały mnie i koiły moje rany. Ból głowy powoli ustępował. Przyjrzałem się wyrytym rysunkom. Odgadłem już, co przedstawiają. Były to Kamień Wojownika, Kamień Złodzieja i Kamień Maga. Czytałem kiedyś o magicznych kamieniach. Mają ponoć pomagać w nauce profesji. Ale co to za profesja, ten złodziej?
     Magią nigdy dotąd się nie zajmowałem. Nie czułem jakoś powołania. Za to zainteresował mnie Kamień Wojownika. Jak tu sprawić, żeby pomógł mi w strzelectwie, czy szermierce? Podszedłem do niego i położyłem na nim dłonie. Uspokoiłem oddech i wyraziłem życzenie przyjęcia błogosławieństwa. I stało się. Poczułem, jakby ciepły wiatr owionął mi skronie. Na chwilę ogarnęła mnie błogość.
     Dopiero później dowiedziałem się, jakiego naprawdę błogosławieństwa udzielił mi głaz. Dzięki niemu, o wiele łatwiej było mi wyćwiczyć wszelkie potrzebne w walce umiejętności. Nie dawał samych umiejętności, ale pomagał je zdobyć. Jak wiele mu zawdzięczam, trudno dziś ocenić, ale na pewno wiele. Bardzo wiele.
     Mrok zaczął gęstnieć, więc zaniepokojony nieco, ruszyłem traktem, którym pomknął Hadvar. Na szczęście było blisko. Ujrzałem przed sobą światełka ognisk i pochodni, a po chwili moim oczom ukazała się drewniana stanica, na solidnej, kamiennej podmurówce, przegradzająca trakt. Stał przy niej strażnik w przyłbicy i zbroi, przypominającej kirys Gromowładnych. Tylko zamiast narzuconej na nią błękitnej opończy, ten miał ciemnożółtą. Na jego tarczy znajdował się znak, w postaci stylizowanego końskiego łba. Nie zatrzymywał mnie, gdy wchodziłem przez bramę. Cesarska zbroja zapewne zastąpiła mi przepustkę. Kuźnia znajdowała się zaraz za bramą, obok stał drewniany dom. Zapukałem do drzwi. Te otworzyły się niemal natychmiast, zalewając moją postać światłem, z pozapalanych wewnątrz kaganków. Wejście zasłoniła mi jakaś wysoka, barczysta postać, której twarzy nie mogłem rozpoznać, bo nikła w cieniu.
     - Bądź pozdrowiony – odezwałem się. – Szukam kowala Alvora. Mój towarzysz, Hadvar powiedział mi…
     - A ty jesteś Wulfhere, tak? – przerwał mi mój rozmówca niskim głosem.
     Przytaknąłem.
     - Wejdź i czuj się jak we własnym domu – odrzekł gospodarz, odsuwając się na bok i wpuszczając mnie do środka. – Przyjaciele Hadvara są moimi przyjaciółmi.
    Wszedłem do środka. Ciepło tego miejsca było balsamem na moje zmarznięte ciało. Nie prosząc nawet o pozwolenie, podszedłem do paleniska, na którym huczał płomień i wyciągnąłem ręce ku niemu. Dopiero teraz rozejrzałem się po izbie.
     Za prostym drewnianym stołem siedział Hadvar i pałaszował z miski coś smakowitego. Aż mnie skręciło z głodu. Zerknąłem na gospodarzy. Kowal był wysoki, jasnowłosy i brodaty. Na jego rękach dojrzałem ten charakterystyczny brud, wcinający się we wszystkie szpary i nie dający się usunąć. Przypominał mi ojca. Gospodyni, równie smukła i wysoka, zdawała się być dużo młodsza od swego męża. Też nie była ubrana zbyt wykwintnie, ale przecież nie spodziewała się gości. Zaprosiła mnie do stołu i bez pytania podsunęła miskę z gęstą polewką i dużą pajdę chleba. Uśmiechnęła się, gdy zacząłem ze smakiem zajadać, o wiele szybciej i łapczywiej, niż wymagałyby tego względy uprzejmości.
     Polewka była naprawdę smaczna. Grochowa, na wędzące, tak gęsta, że łyżka w niej stawała. I gorąca. Czułem, jak z każdą łyżką jest mi coraz cieplej. Zaspokoiwszy głód, podziękowałem jak umiałem najładniej, a gospodarz tymczasem postawił przed nami i przed sobą drewniane kubki i napełnił je miodem.
     - No – odezwał się. – Teraz możemy porozmawiać. Co was tu sprowadza i dlaczego wyglądacie, jakbyście wrócili z wielkiej wojny?
     Spojrzeliśmy na siebie z Hadvarem i obaj jak na komendę parsknęliśmy śmiechem. Skórzana zbroja Hadvara miała na ramieniu głębokie rozcięcie w miejscu, gdzie gromowładny zahaczył go mieczem. Cała uwalana była krwią, błotem i sadzą. W kilku miejscach nosiła ślady przypalenia od płonących kawałków strzech Helgen i tlącego się drewna. Na czole miał rozmazaną ciemną plamę, z krwi, pomieszanej z sadzą. Ja zapewne wyglądałem nie lepiej.
     - Wuju, nie wiem za dobrze sam, co się stało – odezwał się Hadvar. – Byliśmy w Helgen, gdy miasto zaatakował… Mówię zupełnie poważnie! Smok…
       - Hę? – Alvor wysunął szczękę, w geście niedowierzania. – To niedorzeczne…
    - Przysięgam! Sam nie mogłem w to uwierzyć! Najprawdziwszy smok zaatakował i zniszczył miasto.
      Alvor spojrzał na mnie, pytającym wzrokiem. Skinąłem głową.
      - Prawda – potwierdziłem. – Był ogromny. Czarny. I zionął ogniem.
     - Słyszeliśmy coś – Alvor podrapał się w zamyśleniu za uchem. – Jakiś dziwny dźwięk. Coś jak przeciągłe wycie.
     - Nawet kilkakrotnie – potwierdziła jego żona. – A ta staruszka z naprzeciwka twierdziła, że widziała lecącego smoka.
     - Nie wierzyliśmy starej, bo różne ma już przywidzenia – dodał Alvor. – Ale widać, miała rację. Co robiliście w Helgen?
    - Tulius miał tam kwaterę. Należałem do jego oddziału – odrzekł Hadvar. – Tam poznałem mojego towarzysza, w niezbyt miłych dla niego okolicznościach.
    Alvor przeniósł wzrok na mnie. Postanowiłem nie kryć przed gospodarzem niczego. Opowiedziałem mu całą historię, począwszy od śmierci brata, skończywszy na ucieczce lochami miasta. Kowal pokiwał tylko głową.
     - Ta wojna postawiła całe Skyrim do góry nogami – mruknął. – A tu jeszcze smok!
     Odważyłem się zapytać.
     - Popieracie cesarstwo?
     Alvor wzruszył ramionami.
   - Cesarstwo jest dobre – odparł. – Bez niego zdani bylibyśmy na łaskę, albo raczej niełaskę Aldmerskiego Dominium. Ale i tak panoszą się w nim elfy i zabraniają nam naszych starych, odwiecznych obrzędów. To obraza dla każdego Norda. Tulius traktuje nas jak podbitą prowincję i za nic ma nasze obyczaje. Dlatego rozumiem tych, co dołączyli do Ulrfika i chcą je wypędzić. Z drugiej strony – zniżył głos – nie wierzę w czyste intencje Ulfrika. Chce zaspokoić swoje ambicje i zostać najwyższym królem, a los ludzi jest mu obojętny.
     Pokiwałem głową, choć wtedy wydawało mi się jedynie, że rozumiem. Na początku mój sposób myślenia był jasny i prosty: cesarscy dobrzy, gromowładni źli. Teraz pojąłem, że wcale tak być nie musi. Alvor mówił dalej i w miarę jak go słuchałem, w mojej głowie pojawiał się coraz pełniejszy obraz sytuacji.
    Niegdyś Skyrim było lojalną częścią cesarstwa Tamriel. Po Wielkiej Wojnie z Aldmerskim Dominium, zamieszkałym przez Altmerów, czyli elfy wysokiego rodu, jak same siebie nazywały, podpisano traktat pokojowy, zwany Konkordatem Bieli i Złota. W myśl tego traktatu, cesarstwo pozostaje niepodległe, ale zakazano w nim wyznawania kultu boga Talosa, protoplasty naszej cesarskiej dynastii, czego pilnowali specjalnie delegowani do cesarstwa agenci Thalmoru, czyli organizacji rządzącej w Aldmerskim Dominium. Kult ten, jak się okazało, w Skyrim był jeszcze silniejszy niż w Cyrodiil. W każdym domu znajdowała się kapliczka Talosa. Był to najważniejszy bóg Nordów, zatem rzadko kto miał zamiar podporządkować się temu zakazowi. Tymczasem Thalmor, zgodnie z literą konkordatu, miał prawo aresztować każdego, kogo przyłapał na pielęgnowaniu kultu Talosa. Brutalność jego metod słusznie oburzyła mieszkańców. Skyrim natychmiast podzieliło się na dwa obozy. Ulfric Gromowładny, jarl miasta, zwanego Wichrowym Tronem, odrzucił Konkordat i otwarcie czcił Talosa. Pod jego dowództwo zaciągnęli się wszyscy Nordowie, nie zgadzający się na narzucony traktat. Ulfric wyzwał na pojedynek najwyższego króla Torryga i zabił go, rozpoczynając tym samym trwającą od miesiąca wojnę domową. Jego przeciwnikiem był teraz generał Tulius, przysłany z Cyrodiil, z zadaniem opanowania rebelii. Ten sam Tulius, którego miałem już okazję ujrzeć w Helgen. Utworzył sztab w Samotni, mieście na północy, zarządzanym teraz przez Elisif, żonę Torryga. Mieszkańcy Skyrim byli podzieleni. Nieraz w jednej rodzinie poszczególni członkowie stawali po przeciwległych stronach. Naprawdę, nie ma gorszej wojny, niż wojna domowa. Brat przeciw bratu, ojciec przeciw synowi. Wzdrygnąłem się na myśl, że miałbym walczyć z własnym ojcem. Byli i tacy jak Alvor, którzy popierali wprawdzie cesarstwo, ale nienawidzili szarogęszącego się w ich ojczyźnie Thalmoru i po cichu sprzyjali gromowładnym, udzielając im pomocy  w umknięciu przed Tahlmorskimi agentami. Widoków na pokojowe rozwiązanie sporu nie było…
     Głos Alvora wyrwał mnie z zamyślenia. Po jego minie domyśliłem się, że oczekuje ode mnie jakiejś odpowiedzi.
     - Przepraszam, zamyśliłem się – odpowiedziałem. – O co pytałeś?
     - Pytałem, czy nam pomożesz – odparł kowal. – Jarl musi dowiedzieć się,  że w okolicy pojawił się smok. Widzisz, Rzeczna Puszcza  jest prawie bezbronna. Musimy poprosić Balgruufa z Białej Grani, aby przysłał tu więcej żołnierzy.
     Biała Grań! Znam tę nazwę! Pamiętałem ją z opowieści ojca. Na wieść, że to gdzieś blisko, poczułem dreszcze podniecenia.
     - Zaraz za tą górą na północy – wyjaśnił Alvor. – Stąd nie widać miasta, ale gdy tylko pójdziesz wschodnim traktem, nie sposób go nie zauważyć.
     - Balgruuf? – zmarszczyłem czoło, bowiem nie słyszałem dotąd tego imienia. – Kto to?
   - Rządzi Białą Granią – odparł Alvor. – Mieszka w pałacu, zwanym Smoczą Przystanią. Dobry człowiek, choć czasem wydaje mi się, że zbyt ostrożny. No, ale czasy teraz takie, że ciężko go za to winić.
      - Po czyjej jest stronie? – spytałem, kosztując miodu.
     - Po stronie Białej Grani – roześmiał się Alvor. – O ile mi wiadomo, nie przepada ani za Ulfrikiem, ani za Elisif, nie mówiąc już o generale Tuliusie. Póki co, balansuje. Nie zakazał u siebie czczenia Talosa i nie wpuszcza do miasta agentów Thalmoru, ale nie jest zdrajcą. W razie konieczności stanie po stronie Cesarstwa. Przyjdzie pewnie dzień, w którym będzie musiał to zrobić. Odwleka po prostu tę chwilę.
     - Dlaczego?
     Alvor wzruszył ramionami.
   - W Białej Grani możesz znaleźć zwolenników gromowładnych, a także ich zdecydowanych przeciwników. Nie chce, żeby mieszkańcy brali się wzajemnie za łby. No i jeśli opowie się jasno po jednej stronie, drugą będzie musiał wtrącić do lochów, a tego nie chce. Jemu naprawdę zależy na Białej Grani.
    - Jaki jest? – spytałem zamyślony.
  - Rozsądny – odparł Alvor. – Rozsądny i opanowany. Bardzo oddany swojemu ludowi. I sprawiedliwy. Nie musisz się go obawiać.
     Upiłem łyk miodu. Zaczęło mi się robić błogo. Czułem, że ogarnia mnie sen.
    - Dobrze – powiedziałem wreszcie. – Pójdę do Białej Grani i zdam mu sprawę z wydarzeń w Helgen.
    Alvor wyraźnie się ucieszył. Nie powiedziałem mu, że musiałby mnie końmi odciągać od tego zamiaru. Tak bardzo chciałem zobaczyć to miasto!
      - Sigrid przygotowała ci posłanie. Wyśpij się, wypocznij, wyruszysz jutro z samego rana.
     Nie protestowałem. Oczy same mi się zamykały. Słyszałem jeszcze, jak Hadvar dyskutował z wujem o Samotni, o Tuliusie, o cesarstwie. Potem ogarnęła mnie ciemność.

*          *           *

     Spałem jak nieżywy. W izbie nie było nikogo. Z zewnątrz dochodził do mnie miarowy dźwięk uderzeń młota o kowadło. Poczułem się jak w domu. Od razu zrobiło mi się weselej.
     Wstałem, przeciągnąłem się, aż zatrzeszczało mi w kościach, po czym wyszedłem przed dom. Przywitałem się z gospodarzami, a Sigrid przekazała mi pozdrowienia od Hadvara, który przed świtem wyruszył do Samotni, po czym  zaproponowała mi śniadanie. Spojrzałem na siebie.
     - Może najpierw trochę się odświeżę – odrzekłam nieco zażenowany, bowiem wciąż byłem uwalany krwią, sadzą i błotem, tak jak uciekłem z Helgen.
     Rzeczna Puszcza, jak sama nazwa wskazywała, leżała nad rzeką. Woda w niej była rwąca, czysta jak kryształ i bardzo, bardzo zimna. Ale mimo to, zrzuciłem ciuchy i z rozkoszą zanurzyłem się w jej toni, czując, jak pulsuje we mnie krew. Umyłem się, doprowadziłem swoje ubranie do porządku, a potem, przyjąwszy od Sigrid wielką bułkę z serem, podszedłem do Alvora, który przywitał mnie z uśmiechem, nie przerywając pracy.
     - Mogę skorzystać z kuźni? – spytałem. – Chciałem doprowadzić do porządku swój ekwipunek.
     - Oczywiście, jeśli potrafisz… - Alvor nie krył zaciekawienia.
    Poprosiłem go o małą sztabkę stali i kawałek skóry. Przede wszystkim porządnie naostrzyłem sobie miecz i wymieniłem skórę na rękojeści. Łuk aż prosił się o nową cięciwę. Tarczę wystarczyło tylko lekko wystukać i załatać w miejscu, gdzie utkwiła strzała. Zabrałem się za zbroję. Z tym było najwięcej roboty, na szczęście zbroje cesarskie wykonywane są według jednego wzoru i łatwo się je naprawia. Ta, którą miałem na sobie, nie pochodziła z kuźni mojego ojca. Poznałbym bez trudu, gdyby tak było. Ale była tak samo zrobiona, według jednego, obowiązującego w cesarskim legionie szablonu. Rozprułem kilka szwów, wyciąłem nadmiar skóry i z wprawą zszyłem z powrotem. Teraz leżała na mnie jak ulał. Wykułem tez kilka brakujących ćwieków i wpasowałem w skórzany kaftan. Minęła zaledwie godzina, może nieco dłużej, a mój ekwipunek został zapięty na ostatni rzemień.
     Alvor nie krył podziwu i oznajmił, że mogę z jego kuźni korzystać, kiedy tylko zechcę. A jakbym nie wiedział, co z sobą zrobić, to w Białej Grani na pewno znajdę zajęcie jako pomocnik kowala.
     - Kariery tam pewnie nie zrobisz, bo za duża konkurencja – uśmiechnął się. – Ale od czegoś trzeba zacząć.
    Pożegnałem się z nimi serdecznie, po czym wstąpiłem do chaty, którą wskazano mi jako sklep. Miałem bowiem kilka drobiazgów, znalezionych w lochach i postanowiłem sprawdzić, czy nie da się ich wymienić na coś bardziej użytecznego, w ostateczności na pieniądze.
     Jeszcze zanim na dobre otworzyłem drzwi, dotarły do mnie odgłosy kłótni. Zawahałem się. Może przychodzę w złą godzinę? Ale odgłosy umilkły, więc wszedłem do środka.
     Za ladą stał młody mężczyzna, o nieco śniadej skórze i ciemnych włosach. Oho, następni Cesarscy! Sporo nas w tej krainie, jak widać. Naprzeciwko stała młoda kobieta. Od razu widać było, że są rodzeństwem – tak wyraźne podobieństwo nie mogło być przypadkiem. Przywitałem się, udając, że nie widzę wzburzenia na ich twarzach.
     - Mam parę drobiazgów na sprzedaż – oznajmiłem, wysypując na ladę zawartość sakwy. – Może coś cię zainteresuje? Tanio sprzedam.
     Niewiele tego było. Kilka buteleczek z leczniczymi miksturami, stalowy sztylet, moja stara kurtka i trochę innych niewiele wartych przedmiotów. Kupiec zaproponował mi kilka sztuk złota. Zgodziłem się bez targowania. Zdawałem sobie sprawę, że wszystko to nie było wiele warte. Gdy wsypałem pieniądze do sakiewki, odważyłem się spytać o powód kłótni.
     - Nic takiego - odparł niechętnie kupiec, który przedstawił się jako Lukan Valerius. – Mieliśmy tu wczoraj włamanie.
     - Okradziono was? – spytałem.
     - Tak, ale, co dziwne, ukradziono tylko jedną rzecz – kupiec zniżył głos. – Nawet złota złodzieje nie ruszyli. Interesował ich tylko szpon.
     - Szpon?
     - Tak, to złota ozdoba, w kształcie smoczego szponu. Wiele warta, to prawda. Ale że przy okazji nie ruszyli pieniędzy? Dziwne, prawda?
    - Dziwne – zgodziłem się. – To znaczy, że ten szpon jest więcej wart, niż ci się wydaje. Skąd go miałeś?
     - To rodzinna pamiątka – odparł kupiec. – Nie wiem, skąd pochodzi, był tu, jak tylko pamiętam. Z pewnością jest wiele wart, ale dla mnie ma jeszcze wartość sentymentalną. A moja siostra upiera się, żeby iść do gniazda bandytów i odebrać im go! Chyba postradała rozum!
     - A ty odwagę! – odgryzła się dziewczyna, która przedstawiła się jako Camilla.
    - Tak, pewnie, jestem strasznym tchórzem, bo nie chcę iść sam, bez broni, do kryjówki rozbójników, żyjących z rabunku i morderstw! Jeszcze nie zgłupiałem…
     Camilla chciała coś powiedzieć, ale wtrąciłem się łagodnie.
     - To rzeczywiście byłoby lekkomyślne – poparłem Lucasa. – Chodzi o to, by odzyskać szpon, a nie dać się zabić. Czy wiecie, gdzie należy go szukać?
     Rodzeństwo pokręciło głowami.
    - Prawdopodobnie w Czarnygłazie. Tam bym zaczęła – odezwała się Camilla. – Tam wiecznie przesiadują jacyś opryszkowie. Co ludzie jarla ich wykurzą, ci znów wracają.
      Czarnygłaz! To ta tajemnicza budowla, na górze, za rzeką! No i wiedziałem już, że ta przygoda mnie nie ominie. Chęć obejrzenia tej monumentalnej świątyni była silniejsza niż głos rozsądku.
      - Spróbuję go odzyskać – oznajmiłem. – Jeśli, oczywiście, jest w Czarnygłazie. Ale nie teraz. Teraz muszę udać się z misją do jarla.
     Rodzeństwo spojrzało po sobie.
     - Ten szpon jest wiele wart – mruknął młodzieniec. – Ale nie tyle, co życie…
    - Nie martw się, potrafię o siebie zadbać – odparłem nonszalanckim tonem człowieka, dla którego niebezpieczeństwo i walka były chlebem powszednim. – Zresztą, jeśli okaże się to niemożliwe, po prostu zawrócę.
    Rozsądek wrócił mi w samą porę. Moje doświadczenie w walce ograniczało się do tej pory do dwóch żołnierzy w lochach Helgen i to przy pomocy Hadvara. Jednak tego ranka czułem się jak ktoś, kto nie boi się niczego. Liczyłem na moje myśliwskie umiejętności. Być może uda mi się zaskoczyć bandytów i pokonać ich za pomocą łuku, nie dopuszczając ich na długość miecza.
     Pożegnałem się z rodzeństwem i wyszedłem na drogę. Na lewo znajdowała się kuźnia i brama, przez którą przyszedłem. Skierowałem się w prawo, do przeciwnej bramy i zaraz za nią wszedłem na kamienny most, przerzucony przez rwącą rzekę. Droga zaczęła piąć się w górę. Dziarsko ruszyłem przed siebie.
     Zgodnie ze słowami Alvora, ten trakt miał mnie doprowadzić do miejsca, gdzie łączą swoje nurty dwie rzeki. Wskutek tego, schodzą się tam dwa mosty i dwie drogi, biegnące wzdłuż rzek. Miałem tam skręcić w lewo, na drogę, biegnącą wzdłuż rzeki, a ona miała doprowadzić mnie do Białej Grani.
     - Zresztą – powiadał Alvor – stamtąd już zobaczysz miasto, chyba, że najdzie mgła. Zamek góruje nad okolicą, widać go z daleka. Tylku tutaj te góry zasłaniają…
      Idąc wzdłuż rzeki, spłoszyłem pięknego jelenia. Szum wodospadu musiał zagłuszyć moje kroki, więc zauważył mnie w ostatnim momencie. Szarpnął łbem, ozdobionym pięknym, rozłożystym porożem i galopem umknął w las. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Jakaś radość rozsadzała mi pierś. Słońce zaczęło przygrzewać, powietrze było czyste i rześkie. Zacząłem nawet pogwizdywać pod nosem.
     Wtem, za zakrętem pojawiło się coś, co sprawiło, że zamilkłem. Zauważyłem go od razu. Siedział na wielkim głazie, skrytym w cieniu rozłożystego świerku. Wielki, groźnie spoglądający mi w oczy, a z jego gardła dochodził złowrogi bulgot.
      Wilk. Wielki, czarny wilk. Znacznie większy od tych, które spotykałem w ojczystych stronach.
    W Cyrodiil wilki unikały ludzi. Rzadko kiedy dało się w ogóle takiego dojrzeć, choć ślady ich obecności obecne były wszędzie. Ten tutaj nie tylko nie uciekał, ale sprawiał wrażenie, jakby chciał mnie zaatakować. W dzień! I to zupełnie sam!
     Ostrożnie wyciągnąłem miecz z pochwy. Chyba nie będzie tak głupi, by się na mnie rzucić? Nawet tak wyrośnięty wilk może dałby sobie radę z dzieckiem, lub starcem, ale z uzbrojonym człowiekiem nie miał szans.
     - Pójdziesz ty stąd! – parsknąłem na niego. – Wynocha!
     Tupnąłem nogą. I w tym momencie wilk rzucił się na mnie. Z zaskoczenia, bez żadnego ostrzeżenia, jak pocisk skoczył do mojego gardła. Odruchowo odskoczyłem w bok, uderzając tarczą. Potężne uderzenie omal nie zwaliło mnie z nóg, ale zdołałem jakoś utrzymać równowagę. Wilk upadł na skałę i zaskowyczał z bólu, gdy ostra krawędź wbiła mu się między żebra. Nie czekałem, aż wstanie. Wiedziałem już, że ten wilk jest w stanie mnie pokonać. Był szybki, wielki i silny, a także, co zauważyłem, nie pierwszy raz atakował człowieka. Wiedział, jak trzeba to zrobić. Czym prędzej doskoczyłem do niego i mieczem zdzieliłem go po łbie. Oszołomiło go. Twarda i masywna czaszka oparła się mojemu uderzeniu, ale poprawiłem raz i drugi.
     Zdjąłem hełm i powachlowałem się dłonią. Przede mną leżało wielkie, czarne cielsko wilka. Dotknąłem jego futra. Było miękkie i ciepłe. Nic dziwnego, w tej zimnej krainie zapewne wszystkie zwierzęta miały grubsze futra niż w Cyrodiil. Pomyślałem, że szkoda, aby tak piękna skóra się zmarnowała. Nie myśląc wiele, wyciągnąłem z plecaka kilka rzemyków, uwiązałem ubitego wilka za tylne łapy na przydrożnym drzewie, wyciągnąłem nóż i zacząłem go odzierać ze skóry. Szybko się z tym uporałem. Ma się jednak tę wprawę! Uciąłem kilka gałęzi, powiązałem rzemykiem i zrobiłem z nich coś w rodzaju prawidła, na które naciągnąłem skórę. Dokładnie natarłem ją piaskiem, czyszcząc z wszelkich pozostałości. Truchło wrzuciłem do rzeki. Niech ryby też coś z tego mają! Po czym, przytroczywszy sobie zdobycz do plecaka, ruszyłem w dalszą drogę. Ścieżka zaczęła opadać. Wkrótce dotarłem do skrzyżowania.
       Miałem szczęście – miejsce to patrolował jakiś strażnik, w żółtej opończy i znakiem konia na tarczy. Spytałem o drogę. Nie odpowiedział, tylko uniósł ramię i wskazał mi skąpane w słońcu miasto. No tak, musiałem być chyba ślepy, że go nie dostrzegłem! Podziękowałem i ruszyłem w stronę murów.
     Całe miasto ogrodzone było masywnym, kamiennym murem. Wystawało zza niego kilka drewnianych dachów, a ponad całym miastem, jak szczyt góry, wznosił się piękny, majestatyczny zamek, również drewniany, lub kryty drewnem. Miasto wyglądało jeszcze piękniej, niż je sobie wyobrażałem. Było też znacznie większe. Zajmowało całe rozległe wzgórze. Zbudowano je tak, że mury stanowiły przedłużenie stromych zboczy, po których wspiąć się było niemożliwością. Jedyny możliwy dostęp do miasta był od strony drogi, którą właśnie szedłem. A że droga biegła wzdłuż rzeki, gród miał naturalną fosę. Z murów, w kilku miejscach, do rzeki płynęły kaskady wody, zupełnie, jak z bijącego źródła. Tak też było w istocie, bowiem miasto zbudowano w miejscu, gdzie biło bardzo obfite źródło wody, podziemnymi korytarzami zbierające ją z pobliskich gór. Po tej stronie też znajdowała się brama.
       Przyspieszyłem kroku.

środa, 9 grudnia 2015

3. Rozdział I - Helgen

     I teraz, właśnie, leżąc na wozie, związany jak koza na sprzedaż, miałem piękny widok na skaliste szczyty, pokryte śniegiem – te szczyty które zawsze chciałem zobaczyć na własne oczy. Znajdowałem się dokładnie u celu mojej wędrówki. I coś mi mówiło, że nie tylko ta wędrówka, ale w ogóle wszystkie zmierzają do rychłego końca. Jęknąłem, trochę z żałości, trochę z powodu potwornego bólu, rozsadzającego mi czaszkę. Ralof miał rację, musiałem tęgo oberwać. Wciąż widziałem niewyraźnie, a w głowie szumiało mi, jak przy wodospadzie.
   - A temu co się stało? – spytał chłopak, siedzący obok niego, wskazując przy tym głową na nieznajomego, z przewiązaną twarzą.
     - Nie wiesz? – zdziwił się Ralof. – To Ulfric Gromowładny! Prawdziwy najwyższy król Skyrim!
   Ulfric Gromowładny! A więc to on! To ten, który rozpoczął tę wojnę. Ten, przez którego wyruszyłem na północ. Co za ironia losu. Wyruszyłem, aby szukać zemsty na nim i jego Gromowładnych, a teraz razem trafiliśmy do niewoli. Zerknąłem na niego spod powiek. Siedział na wozie, związany jak prosię, ale mimo to miał w sobie coś królewskiego. Obojętnym wzrokiem obserwował okolice.
    - To nie powinno się stać! – zawołał niespodzianie chłopak, siedzący obok mnie. – Ja nie jestem Gromowładnym!
   - Nie trzeba było kraść Gromowładnym koni – Ralof wzruszył ramionami. – Sam się w to wpakowałeś.
     - To wszystko przez ciebie! – wybuchnął znów chłopak. – Gdybyś nie zbudził się wtedy, już dawno byłbym daleko stąd. Na twoim koniu…
     Ralof parsknął tylko w ironicznym śmiechu. Chłopak zwrócił się w moją stronę.
     - Nie powinno nas tu być. Ani ciebie, ani mnie! Nie mamy z tym nic wspólnego!
     Przez chwilę rozglądał się trwożliwie na boki.
     - Co oni z nami zrobią? – jęknął.
     Ralof spojrzał na niego z powagą i czymś w rodzaju sympatii.
     - Cokolwiek zrobią, Sovngard czeka – odrzekł spokojnym głosem.
   Sovngard! Ojciec opowiadał mi kiedyś o tym miejscu. Według wierzeń Nordów, tam właśnie kierowały się po śmierci dusze norskich wojowników, na Wieczną Biesiadę.
     Zapadła cisza, przerywana tylko skrzypieniem osi, parskaniem koni i cichym łkaniem chłopaka. Rozejrzałem się. Kamienista dróżka skręciła i oczom naszym ukazał się gród, otoczony murem. Czyżby tam nas wiedziono?
      - Z której wiochy cię przywiało, koniokradzie? – spytał nagle Ralof.
     - A co cię to obchodzi? – odwarknął chłopak głosem, który miał zapewne zabrzmieć zaczepnie, ale zabrzmiał jak skarga dziecka.
     Ralof wzruszył ramionami.
     - Nic – mruknął. – Ale ostatnią rzeczą, o jakiej pomyśli Nord, powinien być jego dom.
     - Z Rorikstead – szepnął chłopak. – Pochodzę z Rorikstead…
   Podjechaliśmy do szerokiej, masywnej bramy. Ta, na nasz widok, otworzyła się na oścież, odsłaniając wnętrze grodu. Wóz podskoczył na kamiennym progu i znaleźliśmy się wewnątrz.
    Ulice miasta były wybrukowane kamieniami. Z obu stron stały drewniane domy, na kamiennej podmurówce. Ludzie gromadzili się na gankach i przyglądali się nam w milczeniu. Na skrzyżowaniu stało kilku oficerów, z których jeden, z odkrytą głową, o siwych, krótkich włosach, wydawał się wyższy rangą od pozostałych. Zauważyłem, że miał na sobie taką samą zbroję, jak gość, który niedawno nas odwiedził w mojej wiosce. 
     - Oho, spotka nas wielki zaszczyt – mruknął Ralof. – Sam generał Tulius odprowadzi nas na tamten świat. I są z nim agenci Thalmoru. Przeklęte elfy, na pewno maczały w tym swoje paluchy!
     Obok generała stał inny oficer w hełmie… Oficer? Przyjrzałem się uważnie niewysokiej postaci w stalowym hełmie. Czyżby to była kobieta?
    - Ach, Helgen! – westchnął Ralof. – Kiedyś byłem zakochany w dziewczynie z tego miasta. Nie zaglądałem tu od paru lat, ale… wygląda tak, jak je zapamiętałem.
     Przez chwilę rozglądał się na wszystkie strony. Cień uśmiechu przemknął przez jego twarz, jakby rozjaśniło ją jakieś wspomnienie. Ale zaraz spochmurniał.
      - Zabawne – mruknął. - Gdy byłem mały, te cesarskie mury i wieże dawały mi prawdziwe poczucie bezpieczeństwa.
    Ulica skręciła łagodnym łukiem w prawo, po czym urwała się pod kamiennym murem. Wóz zatrzymał się.
      - Dlaczego stajemy? – spytał chłopak z lękiem w głosie.
      - A jak myślisz? – prychnął Ralof. – Koniec trasy…
      Koniec trasy!
     Jakże złowróżbnie to zabrzmiało. W tych dwóch krótkich słowach zawarta była cała tragedia mojego położenia. Koniec trasy na wozie i koniec mojej drogi na tym świecie. Nie miałem wątpliwości co do tego, jaki los mnie czeka. Opodal stał wysoki osobnik, z zakrytą twarzą, dzierżąc w silnych dłoniach ogromny topór. Pniak, przy którym stał, nosił na sobie plamy krwi.
     Zapewne dziwić może mój spokój i milcząca zgoda na nieuchronność losu. Ale dopiero później dotarło do mnie, na jak cienkim włosku wisiało wtedy moje życie. Wciąż jeszcze byłem zbyt oszołomiony, wciąż czułem się jak we śnie. Moja głowa nie nadążała za rozwojem sytuacji. Gdy kazano nam zejść z wozu, zrobiłem to tak machinalnie, jakby dotyczyło to kogoś innego.
     Znów zaczęło mi szumieć w głowie. Kolejną scenę ujrzałem jak przez mgłę. Bez emocji, jakbym oglądał teatralne przedstawienie. Podszedł do nas barczysty żołnierz, w cesarskiej zbroi, dzierżąc w dłoniach spory kajet. Otworzył go i zaczął wyczytywać nasze imiona.
       - Ulfric Gromowładny!
      Pyszna postać z zawiązanymi ustami, nie tracąc nic ze swej godności, spokojnym krokiem przeszła na lewą stronę, w kierunku oczekujących na egzekucję.
       - Ralof z Rzecznej Puszczy!
       Potężny Nord spokojnie podążył za tym, którego uważał za swego króla.
       - Lokir z Rorikstead!
      Ale tym razem stało się coś innego, Otóż, mój młody towarzysz niedoli, z okrzykiem „Nie możecie mnie zabić!”, rzucił się do ucieczki.
        - Łucznicy! – krzyknął oficer niewieścim głosem.
      Widziałem, jak chłopak, mimo związanych rąk, pędzi ulicą miasta, w kierunku bramy. Ujrzałem dwóch cesarskich żołnierzy, naciągających cięciwy. I słyszałem ich brzęk – tak dobrze znany mi dźwięk, a potem syk dwu strzał, które jak jadowite żmije, pomknęły do celu, niosąc śmierć. Chłopak w biegu przewrócił się na kamienny bruk. To był podwójny mistrzowski strzał. Śmierć przyszła od razu.
        - Ktoś jeszcze ma zamiar uciekać? – warknęła kobieta w oficerskiej zbroi?
        Wreszcie legionista spojrzał na mnie i na jego twarzy odmalowało się zdumienie.
        - Kim ty jesteś? – spytał, przypatrując mi się uważnie.
       Musiał powtórzyć dwa razy, zanim do mnie dotarło.
        - Mam na imię Wulfhere – odparłem z wysiłkiem.
    Jak wolno pracował mój umysł, widać wyraźnie właśnie po tej scenie. Zamiast powiedzieć żołnierzowi, o moich zamiarach zaciągnięcia się do cesarskiego legionu, zamiast wspomnieć o ojcu, byłym legioniście, o bracie, również żołnierzu, którego zamierzałem pomścić, ja skończyłem na wyjawieniu swego imienia, które nic nikomu nie mówiło. Gorzej, jego norskie brzmienie sugerowało, że sam jestem Nordem i najprawdopodobniej buntownikiem. Dwoma zdaniami mogłem uratować swoją głowę od topora, a jednak tego nie uczyniłem.
      Jeden z moich przyjaciół twierdził później, że głowa musiała boleć mnie do tego stopnia, że z ulgą chciałem się jej pozbyć. Ja myślę, że była wtedy tak pusta, iż nawet ta myśl do niej nie przyszła.
       - Legacie, co z nim? – legionista zwrócił się do oficer. – Nie ma go na liście!
       - Nic mnie to nie obchodzi – ucięła zapytana. – Niech idzie z innymi.
     Cień przemknął przez twarz żołnierza. W jego oczach ujrzałem najprawdziwsze współczucie. Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem.
       - Przykro mi – szepnął i uczynił gest, kierujący mnie w stronę szafotu.
    Zdawać by się mogło, że żołnierzowi obojętny powinien być mój los. Jak banalną rzeczą dla żołnierza jest śmierć, może pojąć jedynie drugi żołnierz. Przejmować się zgonem jednego, czy dwóch jeńców, to dla niego za wiele. Niewiasta w oficerskiej zbroi sama była najlepszym tego przykładem. Jej nie interesowało moje życie. Śmierć spowszedniała jej już do tego stopnia, że w ogóle się nad tym nie zastanawiała. A mimo to, z jakiegoś nieznanego mi powodu, temu żołnierzowi nie było wszystko jedno. Wojaczka nie zdołała zabić w nim człowieka. Gdy wypowiedział powyższe słowa, w całej jego twarzy można było dostrzec, że naprawdę jest mu przykro. Dlaczego akurat moje życie go obeszło? Nie wiedziałem tego wtedy, ani nie dowiedziałem się później od niego samego.
     Na pół przytomny skierowałem się na plac, w stronę swojego przeznaczenia. Słyszałem jeszcze słowa Ralofa, skierowane do Ulfricka Gromowładnego, zapewniającego go, że będzie to zaszczyt zginąć u jego boku. Pierwszy ze skazańców sam podszedł do kata i położył na nim głowę, hardo wołając:
    - Moi przodkowie ze Sovngardu patrzą na mnie z dumą! Możecie powiedzieć o sobie to samo, Cesarscy?
      To były jego ostatnie słowa. Ogromny topór uniósł się w powietrze, znieruchomiał na okamgnienie, aby z impetem opuścić się na szyję skazańca. Jedno cięcie wystarczyło, aby głowa Norda odpadła od tułowia i wtoczyła się do podstawionego kosza. Z otwartego karku chlusnęła fontanną krew. Bezgłowe ciało osunęło się na ziemię.
      - Odważny do samego końca – szepnął Ralof za moimi plecami.
      I wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszałem ten dźwięk.
     Doszedł do nas od strony gór, zwielokrotniony przez echo, niewyraźny, ale dość głośny. Brzmiał trochę jak ryk dzikiej bestii, trochę jak ludzki krzyk. Nie przypominał niczego znajomego. Żołnierze, ale i skazańcy, zaczęli się rozglądać.
      - Co to było? – ktoś obok mnie rzucił pytanie.
     Pomyślałem, że krzyk ten pochodzi z zaświatów, że to przodkowie dzielnego Norda wyrazili swoje oburzenie. Ale cesarscy mimo to nie zrezygnowali z zamiaru uśmiercenia buntowników. Czyjeś silne ręce chwyciły mnie za ramiona i powiodły do zakrwawionego pniaka.
     W piersi po raz pierwszy zadrgał mi wtedy żal za życiem, z którym przyszło mi się pożegnać w tak młodym wieku. Przed oczami stanęły mi zasmucone twarze ojca i matki. Ale największy żal miałem o to, że w ich oczach na zawsze pozostanę buntownikiem, który przyłączył się do zabójców brata. Przed kapliczką Arakaya w kącie chaty paliła się świeca, ku pamięci Aersica i leżał jego myśliwski nóż, jako jedyna pamiątka po bracie. Mnie nie czekała podobna żałoba. O mnie będą chcieli czym prędzej zapomnieć, a moją pamięć przysłoni widmo zdrajcy. A przecież niczym sobie na to nie zasłużyłem.
     Ale już było za późno. Rzucono mnie na kolana. Ktoś nacisnął obutą stopą na moje plecy, przyciskając mnie do pnia. Kat chwycił topór.
         I wtedy właśnie to się stało!
      Niby chmura, ogarnął nas na chwilę cień. Coś ciemnego i bardzo szybkiego przesunęło się po niebie. Potężny ryk wstrząsnął miastem, aż zadrgało mi w brzuchu. I wtedy ujrzałem go po raz pierwszy.
       Gdy przyciśnięto mnie do pnia, moje oczy spoglądały na oprawcę i znajdującą się za nim kamienną wieżę. Tam właśnie, na tle jasnego nieba, pojawił się smok.
       Gdyby ktoś opowiedział mi tę historię, wyśmiałbym go. Nawet najmniejsze dziecko doskonale wie, że smoki nie istnieją. To tylko legendy. W starych księgach stoi, że kiedyś, tysiące lat temu, istniały naprawdę, ale kto tam odróżni prawdę od fikcji w tak starych dziejach? Tymczasem na moich oczach legenda stała się rzeczywistością.
     Najprawdziwszy smok przysiadł na wieży! Ogromny! Ciemny, prawie czarny. Miał dwie nogi, zakończone potężnymi szponami, zaciśnięte w tej chwili na krawędzi wieży i ogromne, błoniaste, jak u nietoperza, skrzydła, zakończone czymś w rodzaju pazura. Długi ogon, ostro zakończony i niemal równie długą szyję, z głową, wielkości całego konia. Z głowy, szyi i grzbietu wystawały mu wysokie wyrostki, niby rząd kolców. Czy to jakiś bóg zjawił się po moją duszę? Czy tylko ja go widzę?
       Odpowiedź przyszła natychmiast. Smok rozejrzał się wokół i nagle z jego pyska trysnął jęzor ognia.
       Wybuchła panika. Wokół wszystko stanęło w płomieniach.
       A potem musiałem na chwilę stracić przytomność, bo nie wiem dokładnie co się stało. Następne, co pamiętam, to słowa Ralofa, szarpiącego mnie za ramię.
       - Wstawaj! Szybko! Bogowie nie dadzą nam drugiej szansy!
     Nie wiem, jakim cudem, ale zdołał jakoś pozbyć się więzów z rąk. Chwycił mnie i pociągnął za sobą, ledwo zdążyłem wstać z kolan.
      Miasto płonęło.
    Słomiane strzechy domów paliły się jak pochodnie. Z drewnianych ścian buchały płomienie. Płonące ściany i krokwie przewracały się, przygniatając mieszkańców. Ludzie w panice biegali po dziedzińcu, nie wiedząc, gdzie ukryć się przed szalejącym smokiem. A ten co chwilę wzbijał się w powietrze, zionął ogniem i uderzał ogonem, siejąc zniszczenie. Ralof skierował się do kamiennej wieży i wbiegł na schody, które wiły się wewnątrz niej, prowadząc na dach. Pobiegłem za nim. Dużo nie brakło, a obaj pozostalibyśmy na tych schodach na zawsze, bowiem smok z wściekłością uderzył w wieżę tuż przed nami. Gad miał siłę tak ogromną, że jednym uderzeniem zdołał wybić wielką dziurę w grubej, kamiennej ścianie. Przykucnęliśmy odruchowo.
    - Spróbujmy tamtędy – Ralof wskazał na wybity otwór, za którym widniało odsłonięty strych jednego z budynków. – To długi skok, ale powinien się udać!
      Nie czekałem już, aż mnie pociągnie. Obudziłem się już z letargu i powróciła do mnie przytomność. Sam skoczyłem. Nie było wcale daleko, a ja przecież miałem zaledwie osiemnaście lat, w dodatku nie skończone. Byłem młody, sprawny i silny. Pomimo związanych wciąż rąk, pewnie wylądowałem na deskach stropu i przekoziołkowałem po drewnianej podłodze. Zerwałem się na nogi i skierowałem do otworu, przy którym powinna stać drabina. Nie było jej, ale budynek nie był też wysoki. Bez trudu zeskoczyłem na glinianą polepę. Ralof wylądował tuż za mną.
      - Do zamku! – rzucił w biegu.
     Podążyłem za nim. Nie znałem tego miasta, więc uznałem, że tak będzie najlepiej. Wybiegliśmy na dziedziniec zamku. Zauważyłem, że Ralof trzyma w ręku miecz. Zapewne zabrał go któremuś z poległych. Na dziedzińcu omal nie zderzyliśmy się z legionistą – tym samym, o którym wspomniałem wcześniej, który z kajetem wyczytywał nasze imiona. Ogromny kajet gdzieś pewnie przepadł, ale za to żołnierz trzymał w ręce miecz.
      - Nie zatrzymasz nas, Hadvarze! – krzyknął Ralof.
     Żołnierz wcale nie zdradzał chęci zakucia nas w kajdany. Przeciwnie, wydało mi się, iż ucieszył się na nasz widok, choć twarz jego pozostała poważna.
    - Nie możemy tu zostać – odparł. – Ale lepiej rozdzielmy się. Nie chciałbym być zmuszony do zaaresztowania cię, Ralofie.
       No tak, to wiele tłumaczyło. Oni się znali!
       Ralof spojrzał na mnie.
   - Chodź ze mną! – krzyknął. – Prześlizgniemy się przez straże i razem uciekniemy do Gromowładnych!
        - Nie jesteś buntownikiem – odparł Hadvar. – Widziałem to w twoich oczach. Chodź ze mną!
       Zdecydowałem w okamgnieniu. Ralof okazał mi wiele przyjaźni, w zasadzie uratował mi życie. Był moim towarzyszem niedoli i w pierwszym odruchu chciałem podążyć za nim. Ale znów ujrzałem oczyma wyobraźni twarze swoich rodziców. Ja miałbym przyłączyć się do buntowników? Do tych, którzy zabili mojego brata?
       Nie czułem już chęci do wojaczki. Wcale mi nie zależało na walce przeciw Gromowładnym, a chęć zemsty na Nordach rozwiała się wraz z ciepłem, jakie okazał mi Ralof. Ale mimo to, nie chciałem być buntownikiem. Popędziłem za Hadvarem.
     Wbiegliśmy do kamiennego budynku. Hadvar zatrzasnął grube, dębowe drzwi. Staliśmy przez chwilę ciężko dysząc, aż mój towarzysz wyciągnął zza pasa sztylet.
         - Chodź, może uda mi się przeciąć te więzy – wysapał.
         Wreszcie miałem okazję mu się przyjrzeć.
       Był mojego wzrostu, ale tęższy. Lat miał może trzydzieści, może trochę więcej. Skórę miał nieco śniadą, podobnie jak ja. Czarne włosy opadały mu na ramiona, a ciemne oczy spoglądały na mnie bystro. Zarostu nie nosił. Nie wyglądał na Norda, raczej na Cyrodiilijczyka. Może to jakieś więzy krwi spowodowały jego życzliwość do mnie? Bo jeśli to prawda, byliśmy rodakami.
       Sztylet miał ostre zakończenie, ale tępą klingę. Wykuto go do zadawania pchnięć, a nie cięcia. Mimo to, Hadvar zdołał przeciąć gruby powróz, krępujący mi ruchy. Rozcierając nadgarstki, rozejrzałem się po obszernej komnacie. Niewiele tu było. Kilka kufrów, jakiś stojak na broń, jakiś regał z różnymi drobiazgami.
       - Bierz, co potrzebujesz – odezwał się Hadvar. – Przyda ci się jakaś broń. W którymś z tych kufrów na pewno znajdziesz cos pożytecznego.
      W jednym kufrze istotnie znajdowała się lekka, cesarska zbroja. Trochę na mnie za duża. Ale mimo to, wsunąłem na siebie skórzany kaftan, tak bardzo podobny do tych, które wyrabiał mój ojciec. Od razu poczułem się pewniej.
      - Myślisz, że coś nam tu grozi? – spytałem.
      Hadvar potrząsnął głową.
     - Nie wiem, ale zdawało mi się, że na dziedzińcu widziałem kilku Gromowładnych. Nie jeńców, tylko uzbrojonych, w kirysach i hełmach. Nie zdziwiłbym się, gdyby oni też uderzyli na Helgen, żeby odbić Ulfrika. Że smok zaatakował w tym samym czasie, to pewnie przypadek. Zresztą, kto to wie… – dodał niepewnym głosem.
     Zacząłem grzebać w kufrach. Niewiele tam znalazłem. Za to na stojaku pod ścianą wisiał solidny, stalowy miecz. Chwyciłem go w dłoń i z lubością zamachnąłem się nim kilka razy. Był ciężki, i trochę przytępiony, ale i tak była to lepsza broń niż puste ręce.
     - Pod zamkiem są jaskinie – odezwał się znów Hadvar. – Ciąg jaskiń, który prowadzi do wyjścia. Spróbujemy wyślizgnąć się tamtędy. Gotowy?
       Potwierdziłem gestem.
     Skierowaliśmy się do zakratowanego przejścia. Hadvar pociągnął jakiś uchwyt i krata z chrzęstem się podniosła. Już miałem przejść do sąsiedniej komnaty, gdy powstrzymał mnie głos towarzysza.
      - Uważaj, Gromowładni! Spróbuję z nimi porozmawiać.
     Ale nie dane nam było negocjować. Dwóch żołnierzy w jasnoniebieskich opończach, zarzuconych na kirysy, uderzyło na nas z głębi komnaty. Rzucili się na nas z impetem, który pchnął nas z powrotem. Nie było czasu na tłumaczenia. Hadvar odbił cios wymierzonego weń topora i szybkim, celnym pchnięciem zatopił miecz w miejscu, w którym hełm stykał się ze zbroją. Trysnęła krew. Mój przeciwnik nie dał jednak mi czasu na obserwację. Zaatakował mnie toporem.
     Nie byłem wówczas dobrym szermierzem. Potrafiłem posługiwać się mieczem, ale tylko na tyle, na ile nauczył mnie ojciec, któremu też daleko było do mistrzów. Do tej pory walczyłem jedynie z drewnianymi kołkami i gdyby takie kołki nas zaatakowały, pewnie poradziłbym sobie bez trudu. Tu jednak przyszło mi stanąć twarzą w twarz z żywym przeciwnikiem, w dodatku zakutym w zbroję i zapewne potrafiącym posługiwać się jednoręcznym toporem, dzierżonym w prawej ręce. Fakt, że przeżyłem to starcie, graniczy z cudem. Odbiłem cios z góry, zaatakowałem z dołu, trafiając na zastawę, od której zdrętwiała mi dłoń. W chwili, kiedy moje życie znów wisiało na włosku, atakujący mnie żołnierz potknął się. To wystarczyło, aby zadać mu potężny cios w głowę, w który włożyłem wszystkie swoje siły. Żołnierz padł i już się nie podniósł. Nie wiem, czy żył, czy nie. Prawdopodobnie był jedynie ogłuszony, ale nie miałem czasu tego sprawdzać.
       - Tędy! – Hadvar pociągnął mnie w boczny korytarz.
      Chwyciłem jeszcze lekką, rzemieniową tarczę, którą wypuścił z rąk mój przeciwnik i pognałem za nim.
      Korytarz, na pół naturalny, na pół wykuty w skale, prowadził w dół, po kamiennych schodach. Po kilkudziesięciu krokach zorientowałem się, że zmierzamy do lochów. Tak też było w istocie.
    Znaleźliśmy się w zamkowym więzieniu. Tu było jaśniej, bowiem płonęły zatknięte na ścianach pochodnie. Kilka cel, przypominających bardziej klatki na zwierzęta, było pustych, jakkolwiek walały się w nich jakieś szpargały. W jednej, małej klatce, jak dla ptaka, zawieszonej u powały, tkwił ludzki szkielet. Strażnik, raczej tępy gamoń, próbował nas zatrzymać, ale Hadvar powiedział mu kilka ostrych słów i jegomość zamknął usta. Skorzystałem z okazji i poszperałem trochę po więzieniu. Znalazłem kilka wytrychów, przemyślnie schowanych w porzuconych szatach. Czyżby jakiś skazaniec planował ucieczkę? A może już uciekł, bo klatka była pusta. Na stole stało kilka małych buteleczek z etykietkami.
     „Mikstura pomniejszego uzdrowienia” – przeczytałem.
     Obok leżało kilka złotych monet i jakiś sztylet.
     - Twoje? – spytał Hadvar strażnika.
     Ten zaprzeczył ruchem głowy.
     - Bierz wszystko, co tylko ci się przyda –zwrócił się do mnie. – Zwłaszcza te mikstury. 
     Zgarnąłem cały dobytek ze stolika i schowałem go do leżącego pod nim plecaka. Ten zarzuciłem sobie na ramiona. W jednej z klatek, którą udało mi się otworzyć, znalazłem nieduży mieszek, z kilkoma złotymi monetami. Również go zabrałem, czując się jednak nieswojo, trochę jak złodziej.
     - Nic się nie przejmuj – Hadvar klepnął mnie w ramię. – Nikt tego szukać nie będzie, a za murami przyda ci się, by przeżyć.
     Pobiegliśmy dalej, na niższy poziom. Ile jeszcze ich było? Przecisnąwszy się przez wąski, naturalny otwór, znaleźliśmy się w obszernej jaskini, oświetlonej przez wpadające przez otwór w sklepieniu, dzienne światło. Na jej środku płynął szeroki strumień, przez który przerzucono kamienny most.
      - Uważaj! – Hadvar pociągnął mnie w tył.
      Obok mojej głowy o kamienie zaklekotała wypuszczona z niewiadomego kierunku strzała.
    Nie czekając na powtórny strzał, rzucił się przed siebie, z wyciągniętym mieczem. Odruchowo dobyłem broni i pognałem za nim, zasłaniając się tarczą. Mocne uderzenie upewniło mnie, że dobrze zrobiłem – gdybym się nie zasłonił, strzała wbiłaby mi się prosto w pierś, a tak utkwiła w krawędzi tarczy. Dostrzegłem jego błękitną postać, gdy sięgał za plecy po następną strzałę. Nie dałem mu czasu do powtórnego naciągnięcia cięciwy. Uderzyłem z całą siłą, na jaką było mnie stać. Najpierw tarczą, od czego omal nie odpadła mi ręka, a gdy żołnierz stracił równowagę i zatoczył się w tył, poprawiłem mieczem. Trzasnąłem go po hełmie, aż poleciały iskry. Poprawiłem raz i drugi, aż rozciągnął się u moich stóp.
     - Gromowałdni – mruknął Hadvar, podchodząc do mnie i wycierając skrwawiony miecz o błękitną opończę pokonanego żołnierza. – To na pewno nie przypadek. Chodźmy, nie ma czasu do stracenia.
      - Zaczekaj – odparłem przez ściśnięte gardło. – Wezmę łuk i strzały.
   Drżącymi z emocji dłońmi zdjąłem żołnierzowi kołczan, do połowy wypełniony strzałami. Rozejrzałem się wokół. Drugi przeciwnik leżał opodal w kałuży krwi, z paskudnie rozharatanym gardłem. Dobrze, że od dawna niczego nie jadłem, bo zapewne dołożyłbym do tego widoku coś od siebie. Ale i tak poczułem mdłości. Nie dałem się jednak słabości. Chwyciłem jego strzały w garść i wyjąłem je wszystkie, zapełniając całkowicie swój nowy kołczan. Wprawnym ruchem włożyłem go na plecy, gdzie po chwili wylądował też łuk. Z łukiem na plecach czułem się pewniej.
      - Chodźmy! – rzucił Hadvar.
     Pobiegłem za nim, zagłębiając się w ciemny tunel. Ale, o dziwo, ciemny tylko na początku. Dalej rozjaśniały go zatknięte w ścianę pochodnie.
      - Widzisz? – Hadvar chwycił jedną z nich. – To najlepszy dowód na to, że to planowany atak. Tych lochów nikt nie używa od lat. To Gromowładni się tu zebrali i stąd zaatakowali. Bądźmy cicho. Mogą tu jeszcze być. Na pewno zostawili jakieś straże.
     Przytomność wróciła mi całkowicie. Zatrzymałem Hadvara ruchem ręki, po czym wyjąłem mu z dłoni pochodnię i zatknąłem na powrót w kamiennej ścianie. Może i był on dobrym żołnierzem, ale skradać się nie potrafił. Kto to widział, skradać się z płonącym łuczywem w rękach? Chyba po to, żeby go z daleka zauważono!
    Przyłożyłem palec do ust, uprzedzając jego protest i ruszyłem pierwszy. Hadvar, z irytującym sapaniem, ruszył za mną. Gdyby był myśliwym, umarłby z głodu. Uciszałem go jeszcze kilkakrotnie, zanim tunel rozszerzył się w przestronną jaskinię. Nie było tu pochodni, ale przez otwór w powale docierało słoneczne światło. Poczułem dziwny odór. Hadvar chwycił mnie za ramię i ostrożnie wskazał ciemny kształt, czający się w przeciwległym rogu.
      - Pająk śnieżny – szepnął tak cicho, że ledwo go dosłyszałem. – Nie ruszaj się i nic nie mów!
     Pierwszy raz widziałem wtedy pająka śnieżnego. Nie wiem, jacy bogowie stworzyli to plugastwo, ale musieli być albo wyjątkowo złośliwi, albo czymś mocno odurzeni. Wyobraźcie sobie kosmatego pająka, wielkości krowy, szybkiego, silnego, o masywnych szczękach, zdolnych przegryźć grubą skórę, w dodatku zdolnego do plucia strzępkami lepkiej pajęczyny na dużą odległość. I, jak gdyby było tego mało, pająk ten był też jadowity, a porcja jadu, jaką za jednym razem wstrzykiwał ofierze, była zdolna sparaliżować dorosłego mężczyznę. Ofiara pozostawała sparaliżowana przez czas wystarczająco długi, aby nie mogąc złapać oddechu, udusić się.
     Pająk śnieżny nie ma dobrego słuchu, ale włoski na jego ciele reagują na najmniejsze drgania powietrza. Musieliśmy zachowywać się jak duchy, aby nas nie zauważył. Na domiar złego,  tuż za nim zobaczyłem następnego.
      - Weź łuk – głos Hadvara był raczej tchnieniem niż mową. – Celuj w odwłok, albo w łeb, tam gdzie oczy. Dasz radę?
      Skinąłem głową. Chwyciłem łuk. Pająk poruszył się.
      - Ostrożnie! – tchnął Hadvar do mojego ucha. – On łatwo dostrzega wszelki ruch. Musisz poruszać się bardzo wolno, to cię nie zauważy.
     Posłuchałem jego rady, bardzo cennej, co nieraz przyszło mi później wspominać, jako że śnieżne pająki wcale nie były w Skyrim rzadkością. Powoli, bardzo powoli naciągnąłem cięciwę. Grot skierowałem na jego łeb i nieco uniosłem. Wypuściłem strzałę. Pająk drgnął, ale nie zdołał umknąć. Grot wbił mu się w łeb. Z szybkością, o jaką nigdy bym go nie podejrzewał, zaczął się do nas zbliżać. Wypuściłem jeszcze dwie strzały. Dopiero trzecia go unieruchomiła. Nie czekając, nałożyłem czwartą i wypuściłem ją prosto w łeb drugiego pająka, który również zaczął swoją szarżę. Ten strzał, na szczęście, uśmiercił go od razu.
     - Uff! – sapnął Hadvar. – Dobrze, że potrafisz strzelać. To bardzo groźne zwierzę. Na szczęście, nie ma pancerza, jak chaurus i łatwiej go zabić.
     - Na pewno nie żyją? – spytałem niepewnie, spoglądając na włochate, drgające odnóża pająków.
   - Na pewno – odparł mój towarzysz. – Ranny zawsze atakuje, albo ucieka. Jeśli nie biegnie, to znaczy, że nie żyje. Tubylcy polują na nie dla śnieżnego jadu. To trucizna, używana do polowania. Wbija się strzałę o, tutaj – wskazał dłonią miejsce tuż za szczęką pająka. – I masz ją zatrutą. Spróbuj, może się przydać.
     Posłuchałem jego rady i zatrułem kilka strzał. Wprawdzie ilość jadu na grocie była za mała, żeby sparaliżować człowieka, ale wystarczająca, by go trochę osłabić i spowolnić, w razie gdyby strzał nie był śmiertelny. Zdaniem Hadvara, o powodzeniu w walce decydują nieraz ułamki sekund i każde spowolnienie przeciwnika mogło przesądzić o moim życiu lub śmierci. Śnieżnego jadu używałem później wiele razy, polując na jelenie, czy łosie. Zwierzyna, nawet lekko raniona, wyraźnie spowalniała i łatwiej było ją dopaść. Mniejsze sztuki nawet od razu padały sparaliżowane. Po wycięciu kawałka mięsa przy samej strzale, reszta nadawała się do jedzenia.
     Ze strzałą na cięciwie, zagłębiłem się w oświetlony tunel. Prowadził do kolejnej jaskini, jeszcze większej. I też czaiło się w niej niebezpieczeństwo, choć tym razem to ja zauważyłem je pierwszy i gestem nakazałem Hadvarowi się zatrzymać. On całkiem ochoczo skamieniał, dostrzegłszy, co czai się przed nami. A tam, skulony na żwirowej polepie, drzemał olbrzymi niedźwiedź. Nie wolno nam było teraz wydać najmniejszego dźwięku. Niedźwiedź potrafiłby rozpłatać mnie jednym uderzeniem łapy i to pomimo lekkiej zbroi, jaką miałem na sobie. Był znacznie groźniejszym przeciwnikiem od pająka, ale na szczęście, dobrze mi znanym. To Eanor nauczył mnie polować na niedźwiedzie, których kilka już padło z mojej ręki. Któryż to już raz dziękowałem w myślach mojemu bosmerskiemu przyjacielowi…
     Bez strachu uniosłem łuk. Pierwsza strzała wbiła mu się w oko. Rozległ się przeraźliwy ryk, zwielokrotniony przez echo jaskini. Niedźwiedź szarpnął całym ciałem, po czym stanął na tylnych łapach. Na to tylko czekałem. Następna strzała przebiła jego futro tuż pod piątym żebrem. Niedźwiedź upadł, ale próbował jeszcze wstać. Trzecia strzała dokończyła dzieła. Ogromne zwierzę w agonii darło pazurami podłoże, jakby pisało na nim swój testament.
       Hadvar z podziwem pokręcił głową.
       - Ty to masz oko! – rzekł znów o wiele za głośno. – Prosto w serce!
       A potem wskazał jaśniejącą plamę na ścianie.
       - Tędy. Tu jest wyjście!

wtorek, 8 grudnia 2015

2. Wstęp - c.d.

     Jako najmłodszy z rodzeństwa, niewiele miałem do roboty. Nikt nie miał dość czasu, aby mnie czegokolwiek nauczyć. Czasem pomagałem ojcu i bratu w kuźni – ot, drobne prace, typu przynieś sztabkę, wynieś popiół, pozamiataj, podmuchaj miechem. Lubiłem jednak przypatrywać się, jak pod potężnymi uderzeniami młota sypią się z rozgrzanego żelaza złociste iskry. Pytałem o wiele rzeczy, a ojciec z uśmiechem opowiadał mi o tajnikach kowalstwa. Zwłaszcza o kuciu broni, co było jego ulubionym zajęciem. Opowiadał mi o dziwerowanych mieczach, powstałych przez skręcenie kilku prętów i dokuciu do niego stalowych ostrzy. Pokazał mi, jak zrobić przedni łuk, jak wybrać drewno, jak opleść paskami skóry, jak skręcić z jelit baranich cięciwę. To ostanie interesowało mnie najbardziej, a wkrótce po tym, jak na siódme urodziny najstarszy brat podarował mi najprawdziwszy łuk, trudno było zastać mnie w domu. Całymi dniami potrafiłem uganiać się po okolicznych lasach i polować na króliki, później również na dzikie kozy. Tam właśnie nauczyłem się niezawodnie trafiać w cel. Do uczciwej roboty nie dało się mnie zagonić, ale rodzice nie naciskali zbytnio. To, co udało mi się upolować, było przecież nie do pogardzenia dla naszej rodziny, a i skóry przydawały się w kuźni. Jedynie wieczorami, gdy ja najchętniej spoglądałem w stronę swego legowiska przy piecu, ojciec nieubłaganie zaganiał mnie do nauki czytania i pisania. Mieliśmy w domu kilka ksiąg, co było rzadkością. Mało kto umiał wtedy czytać. Mój ojciec umiał i postanowił, że przekaże mi ten dar, choćbym bronił się przed nim rękami i nogami. I, pomimo mojej zaciekłej obrony, postawił na swoim. Jedna z ksiąg była najzwyklejszym podręcznikiem kowalstwa, a raczej płatnerstwa. Opisano w niej wiele kowalskich technik, pozwalających wykuć doskonałe miecze, groty strzał, czy topory. Inna mówiła o sztuce fechtunku, jeszcze inna opowiadała historię jakiejś królowej. Ale mnie najbardziej podobała się „Żółta księga zagadek”, zawierająca, jak to w tytule wyjaśniono, zagadki. I to tę księgę przeczytałem jako pierwszą. Nigdy nie zapomnę tej twardej oprawy, z grubo wyprawionej skóry i stron z pożółkłego papieru, pokrytych pięknym, ręcznym pismem.
     I tak moje życie przebiegało między kuźnią, lasami, księgą i pobliskim jeziorem, gdzie razem z kilkoma chłopcami z sąsiednich wiosek łowiliśmy ryby, albo pluskaliśmy się w wodzie. Wtedy też, w tajemnicy przed rodzicami, zaprzyjaźniłem się z Obcym. Tak nazywali go ludzie. Naprawdę miał na imię Eanor i był leśnym elfem. Mieszkał w lichej chatce, w głębi puszczy. Trudnił się sporządzaniem leków i innych mikstur, a w międzyczasie polował z łukiem. To on właśnie, mistrz łuku, wyszkolił mnie w strzelaniu, prawie za darmo. Ot, kilka razy musiałem pomóc mu przy szukaniu w lesie różnych ziół. Bardzo go lubiłem – wiecznie roześmiany, nie przejmujący się niczym, żyjący z dnia na dzień, bez żadnych planów na jutro. Zazdrościłem mu tego życia, tak różnego od mojego, pod wieczną kontrolą rodziców i innych członków naszej małej społeczności. Wstawał nie skoro świt, ale wtedy, gdy miał na to ochotę. Gdy był głodny, jadł. Gdy nie miał co jeść, zaciskał pasa i dalej robił to, na co miał ochotę – zwykle było to granie na lutni i śpiew w niezrozumiałym języku. A gdy już bardzo przycisnął go głód, brał łuk i szedł do lasu. Czasem zabierał mnie z sobą. Po lesie poruszał się jak duch – bezszelestnie, nie trącając zielonych gałązek, ani nie przydeptując suchych. Przy nim nauczyłem się skradać, choć w biegłości w tej sztuce nigdy nie udało mi się nawet do niego zbliżyć.
     A po polowaniu zwykle wychylaliśmy po kubku jakiegoś słodkiego, odżywczego napoju, które przyrządzał z soków różnych roślin i rozchodziliśmy się do swoich domów. Ja brałem na ramię kilka ptaków, lub królików, on podobnie i machając do siebie rękami, rozstawaliśmy się. Nie mówiłem o nim rodzicom. Nikt w wiosce nie ufał Obcemu. Nie wiadomo dlaczego, bo krzywdy nikomu nie czynił, a wielu ludziom pomógł swoimi miksturami. Ale tacy właśnie są ludzie – wystarczy, że ktoś ma nieco bardziej spiczaste uszy i trochę większe oczy…
     Tak biegły lata, jeden rok podobny do drugiego.
     Pewnego dnia coś się jednak zmieniło. Do naszego domu zawitał niecodzienny gość.
Ojciec zdumiał się, gdy go zobaczył, ale przywitał go ciepło, jak dobrego znajomego. Gość odziany był w skórzaną zbroję, nabijaną stalowymi ćwiekami i takiż hełm. U pasa wisiał mu stalowy miecz, a w lewej ręce niósł niedużą, lekką tarczę, z obitego skórą drewna i okutą metalowymi taśmami. Już od pierwszego wejrzenia budził respekt. Tak bardzo różnił się od swojskich mieszkańców wioski. Z każdego jego ruchu biły męstwo, siła i odwaga. Ojciec zaprosił go do domu, a nam wszystkim kazał wyjść. Zaciekawiło mnie to. A gdy mnie coś zaciekawiło, trzeba było ataku niedźwiedzia, żeby mnie od tego odciągnąć – przynajmniej do chwili, w której sam zacząłem na nie polować. Nie bacząc na ojcowski zakaz, cichcem zakradłem się na kryty gontem dach kuźni, a stamtąd wdrapałem się na grubą, słomianą strzechę, dziękując w duchu Eanorowi, za naukę skradania. Nikt mnie nie zauważył. Rozgarnąłem ostrożnie słomę i  zajrzałem do środka.
     Nieznajomy mówił coś o wojnie. Niewiele z tego rozumiałem, bo rozmawiali przyciszonymi głosami. Usłyszałem jednak magiczne dla mnie słowo „Skyrim” i jeszcze bardziej nadstawiłem uszu. Gdy na koniec gość wręczył mojemu ojcu pokaźny trzos, zrozumiałem, że cesarski żołnierz po prostu zamawia u mojego ojca broń. I wiedziałem już, że nici z mojego wałęsania się po lesie – będę potrzebny w kuźni.
       Na szczęście okazało się, że do broni potrzeba również skór. Czymś przecież trzeba opleść rękojeści mieczy, czy łuków, z czegoś trzeba zrobić rzemienie, podtrzymujące zbroje, no i same zbroje, których podstawą było coś, w rodzaju skórzanego kaftana. A kto był najlepszym myśliwym w wiosce? Dzięki Eaonorowi, byłem nim ja. Tak więc, zwykle rankiem udawałem się do lasu, w kuźni zjawiając się jedynie popołudniami. Pomagając ojcu i bratu w wykuwaniu mieczy i hełmów, nasłuchiwałem uważnie. Ojciec niewiele mówił, ale czasem coś tam wspomniał. Ułożyłem sobie z tych kawałków układanki całość sytuacji.
     Cesarstwo zawsze potrzebowało żołnierzy. Tym razem wzmacniało swój garnizon w Skyrim. Każdy wybrany kowal musiał dostarczyć dwadzieścia kompletów uzbrojenia, na które składały się stalowy miecz, sztylet, lekka tarcza, skórzana, nabijana stalowymi ćwiekami zbroja i hełm, oraz łuk i trzydzieści strzał z żelaznymi grotami. Pracy było sporo. Mnie przypadło wyprawianie skór i wykuwanie grotów, jako najprostszych do wykonania. Potem brat pokazał mi, jak należy zszywać skórzane zbroje i kołczany. Z początku podobało mi się to, choćby dlatego, że nie obowiązywał mnie już zakaz polowania na jelenie. Żywności mieliśmy więc w bród, pomagaliśmy też sąsiadom, dzieląc się z nimi dziczyzną, której sami przejeść i tak nie dalibyśmy rady i to pomimo tego, że większą część musieliśmy, po uwędzeniu, odesłać do koszar.
     Któregoś dnia, skończywszy szycie skórzanej pochwy, umieściłem w niej wykuty przez ojca miecz i spytałem.
     - Ojcze, czy władanie czymś takim to bardzo trudna sztuka?
     Ojciec uniósł wzrok znad koła szlifierskiego.
     - Trudna – odparł po chwili. – Tym trudniejsza, że jej nauka nigdy się nie kończy. Nigdy nie jesteś w niej dość dobry, a aby przeżyć, musisz być najlepszy.
     Przez chwilę jedynie zgrzyt obracającego się koła rozcinał ciszę.
     - A ty umiesz władać mieczem? – odważyłem się spytać.
     Ojciec roześmiał się.
   - Synu, byłem legionistą! Oczywiście, że umiem! I to nie najgorzej, choć spotkałem od siebie lepszych. Na szczęście po naszej stronie. Gdyby było inaczej, pewnie by mnie tu nie było. I ciebie też.
Powrócił do pracy. Złote iskry sypnęły się równym strumieniem spod ostrzonego sztyletu. Przez chwilę pracowaliśmy w milczeniu, aż ojciec przerwał ciszę.
     - A co, chciałbyś się nauczyć? – spytał nieoczekiwanie.
     Opuściłem głowę.
     - Pewnie, że bym chciał – rzekłem cicho. – Każdy by chciał. Ten żołnierz tak postawnie wyglądał z tym mieczem. Aż strach człowieka brał.
    - Ano, pewnie – ojciec pokiwał głową. – Miecz to groźna broń. Groźniejsza niż łuk. Prawdziwie męska.
     - No… - mruknąłem przytakująco.
     Ojciec przełożył sztylet na druga stronę i zaczął pracowicie szlifować jego tylec.
     - Wstań jutro wcześniej, to może czegoś cię nauczę – powiedział nieoczekiwanie. – Czytać i pisać już umiesz, może to i dobra chwila, żebyś nauczył się teraz władać mieczem, jak mężczyźnie przystoi.
    Nie muszę chyba dodawać, że paliłem się do tych lekcji, nie zważając na protesty matki, która zaklinała się, że na żadną wojnę mnie nie puści. Ojciec zbywał jej lamenty śmiechem i zaczął uczyć mnie podstaw fechtunku. Kroki, zamachy, zastawy, cięcia… A ja, muszę to przyznać samemu sobie, ćwiczyłem naprawdę z dużym zaangażowaniem. Niejedno drzewo i niejeden kołek w płocie pokonałem, ćwicząc ciosy, aczkolwiek pochwał od starszyzny wioski za to nie zdobyłem. Zwłaszcza moja świetna wygrana ze studziennym żurawiem nie przypadła jej do gustu, za co porządnie oberwałem w skórę od ojca.
     Trwało to kilka lat. Urosłem, ciągłe ćwiczenia dały mi sporo tężyzny, jak na mój młody wiek. Wprawdzie mistrzem miecza nie zostałem, ale za to w łucznictwie osiągnąłem wyniki, jakich nie powstydziłby się zawodowy łucznik, oczywiście, o ile tylko nie jest leśnym elfem. Ale wszystko kiedyś się kończy. Kres przyszedł pod postacią tego samego żołnierza, który niedawno zamówił u nas broń.
      Pojawił się w wiosce niespodziewanie i natychmiast skierował swe kroki do naszej chaty. Minę miał poważną. Poprosił moich rodziców, by mu towarzyszyli, po czym cała trójka zamknęła się w domu. Nie na długo. Już po chwili drzwi otworzyły się z trzaskiem i matka wypadła z nich, zanosząc się płaczem. Ojciec podążał za nią, próbując ją uspokoić, aczkolwiek nie trzeba było mojej bystrości oczu, aby dostrzec łzy, spływające mu po policzkach. Żołnierz wyszedł z wahaniem, po czym, zerknąwszy na rodziców, westchnął cicho i niezauważenie odszedł w stronę koryta, przy którym uwiązał konia. Domyśliłem się, co tak bardzo mogło wstrząsnąć nimi, że nawet ojcu pociekły łzy. Aersic, mój brat, nie żył. Okazało się, że jego legion przerzucono do Skyrim, aby stłumić jakieś zamieszki, wywołane przez dostojnika, zwanego Ulfikiem Gromowładnym. I tam poniósł śmierć w jednej z potyczek.
     Od tego czasu skończyły się lekcje fechtunku. Ojciec stwierdził, że na nic mi się ta sztuka nie przyda. A że myśliwym byłem zawołanym i złowioną zwierzynę sprawnie umiałem oprawiać, postanowił oddać mnie na służbę do zamku, gdzie miałem pomagać przy kuchni. Taki zgotował mi los!
       Na nic błagania, ojciec był nieprzejednany.
     - Jednego syna już straciłem i wystarczy – burczał tylko. – Pora, żebyś zabrał się za coś, co przyniesie ci dostatek bez podkładania łba pod miecz! Żołnierze muszą jeść, zawsze będziesz potrzebny!
     Postanowił, że gdy tylko ukończymy kolejne cesarskie zamówienie na broń, pojadę do miasta i tam już zostanę.
      Miałem już siedemnaście lat i kilka miesięcy. Nie wypadało mi płakać, ale mimo to, ukradkiem, gdy nocą leżałem już na posłaniu, niejedna łza pokulała się z moich oczu. Czy nigdy nie zobaczę wielkiego świata? Nie ujrzę strzelistych gór Skyrim? Nie popłynę okrętem po morzu? Mam skończyć jako kuchcik, poganiany przez jakiegoś tłustego kucharza? Mam resztę życia spędzić, dmuchając w ogień, szorując gary i zbierając cięgi za niedoprawioną polewkę?
     Nie trzeba było opowiadać mi o Skyrim. Nie trzeba było uczyć mnie fechtunku, ani pozwalać na swobodne hasanie po lesie. Nie, nie dam się zamknąć w klatce, choćby i pełnej strawy! Pewnego dnia wstałem wcześniej niż zwykle – niby na polowanie. Wszyscy jeszcze spali. Spakowałem w węzełek kawał wędzonej dziczyzny, pół bochenka chleba, trochę odzieży i stalowy nóż. Chwyciłem swój wypróbowany łuk i kołczan pełen strzał. Cichcem wkradłem się do izby rodziców, chcąc spojrzeć na nich po raz ostatni. Spali, niczego się nie domyślając. Powstrzymałem chęć ucałowania matki. Mogłaby się przecież zbudzić i od razu nabrałaby podejrzeń. Potem pogłaskałem czule dębowe bale, z których zbudowano naszą chatę. Wciągnąłem w nozdrza zapach naszego paleniska, pomieszany z aromatem wiszących pod strzechą ziół. Westchnąłem cicho i… wyszedłem, zamykając drewniane drzwi.
     Będąc już kilkadziesiąt kroków od domu, obejrzałem się jeszcze. Było ciemno, bowiem niebo na wschodzie dopiero zaczęło jaśnieć. Mimo to zdołałem ujrzeć ciemny kształt, który chciałem zapamiętać na zawsze.
      Poszedłem na północ. Nie będę wędził się przy kuchni! Zostanę żołnierzem i zamiast spędzać reszty dni na kucharzeniu, pomszczę swego brata. Tak postępuje mężczyzna! Biada wam, Gromowładni. Wulfhere nadchodzi!
     Postanowiłem zaciągnąć się do cesarskiego legionu. Ale dopiero na miejscu.
     W Skyrim!

1. Wstęp

     Przez chwilę, wydawało mi się, że płynę łódką po jeziorze. Łódź kiwała się i skrzypiała, pod palcami czułem drewno… Do moich uszu dotarły przytłumione głosy i gwizdy wiatru. I dotarło do mnie coś jeszcze: było mi zimno.
     Spróbowałem poruszyć rękami. Nie mogłem. Coś mnie krępowało. Spróbowałem jeszcze raz, z większym samozaparciem. Potworny ból głowy sprawił, że poniechałem. Spróbowałem otworzyć oczy.
     Zrazu widziałem niewyraźnie, jak przez mgłę. Obraz był przyciemniony. Jaśniał jednak w oczach w miarę odzyskiwania przytomności. Potem musiałem je przymrużyć, bo oślepiający blask poraził mnie w oczy. Rozejrzałem się wokół.
     Znajdowałem się na wozie, ciągnionym przez dwa konie. Razem ze mną, nie licząc woźnicy, jechało nim jeszcze trzech nieznajomych mężczyzn. Byli skrępowani, jak więźniowie. Zrobiło mi się jeszcze zimniej.
     - Czy ja też? – pomyślałem.
     Spróbowałem się poruszyć. Nic z tego. Gruby sznur krępował moje ręce i nogi. Nic z tego nie rozumiejąc, podniosłem wzrok i przyjrzałem się osobnikowi, siedzącemu naprzeciwko mnie. Zauważył to.
     - Hej, ty! – odezwał się tubalnym głosem. – No, nareszcie, dość już tego spania!
     Coś na kształt ironicznego uśmiechu skrzywiło jego wargi. Był związany sznurami, podobnie jak ja, siedział jednak na drewnianej ławce prosto i z godnością. Wydał mi się bardzo wysoki i potężnie zbudowany. Miał jasną grzywę i takąż brodę. Wyglądał na jakieś trzydzieści lat.
     Obok niego przywiązano chłopaka, mniej więcej w moim wieku. Nie miał jeszcze zarostu, a jego oczy rzucały przerażone spojrzenia raz w jedną, raz w drugą stronę. Po mojej prawej ręce siedziała tajemnicza postać. Był to mężczyzna równie potężny, jak ten, który mnie zagadał. Odziany był w pyszny strój, zdobiony srebrnymi haftami. Jego twarz była jednak przewiązana jakąś szmatą tak, że tylko oczy były widoczne. Zerknął na mnie bez większego zainteresowania, po czym odwrócił wzrok i spojrzał na wóz, jadący przed nami. Siedziało w nim kilku jeńców.
     - Gdzie ja jestem? – spytałem słabym głosem.
     Potężny brodacz spojrzał na mnie ze współczuciem.
     - W niewoli, chłopcze – odparł. – W niewoli u cesarskich psów – splunął ukradkiem.
     - Nic nie rozumiem – jęknąłem. – Jakich cesarskich?
     Brodacz pokiwał głową.
     - Nic nie pamiętasz? – spytał. – No, nic dziwnego, nieźle dostałeś w łepetynę. Złapali cię pewnie, jak próbowałeś przekroczyć granicę.
     Na pół przytomnym wzrokiem rozejrzałem się wokół. Droga wiodła przez świerkowy las. Drzewa otulał  śnieg, a i na samej drodze go nie brakowało. Kamienista dróżka, po której toczył się nasz wóz, łagodnie opadała. Po obu stronach znajdowały się skaliste wzniesienia, a w oddali, w przerwach między drzewami, można było dostrzec wysokie, strzeliste góry, zupełnie nie przypominające łagodnych pagórków z rodzinnych stron.
     - Gdzie ja jestem? – spytałem znów. – Co to za kraina?
     Zaduma odbiła się w oczach brodacza.
     - Jesteś w Skyrim, chłopcze. Nie pamiętasz?
     Skyrim!
    Zacząłem sobie wszystko przypominać. No, tak, przecież wybrałem się do Skyrim! Ale jak to się stało, że wiozą mnie na wozie, skrępowanego, niczym więźnia?
     - Jestem Ralof – przedstawił się brodacz. – A ty jak masz na imię? Skąd jesteś? Nie wyglądasz na Norda. Bardziej przypominasz jednego z tych cesarskich… - urwał, nie chcąc widocznie obdarzać mnie niezasłużoną obelgą.
     Wziąłem kilka głębokich oddechów.
   - Mam na imię Wulfhere – odparłem wciąż słabym głosem. – I rzeczywiście jestem Cesarskim. Pochodzę z południa, z Cyrodiil…

*     *     *

     Pochodziłem z niewielkiej osady w Cyrodiil – sercu cesarstwa Tamriel. Niewielka to była wioska – zaledwie siedem dymów. Leżała jednak na skrzyżowaniu dwóch szlaków i do dwóch dużych miast było nie dalej niż dzień drogi.
     Mój ojciec cieszył się w wiosce sporym szacunkiem. Był kowalem. Jego obraz stanął mi przed oczami, jak żywy. Niewysoki, barczysty, o przedwcześnie posiwiałych włosach i poważnym spojrzeniu. Utykał lekko na prawą nogę – pamiątka po jednej z bitew, jaką w młodości stoczył, jeszcze jako żołnierz cesarskiego legionu. Oprócz rodziców, było nas w domu pięcioro. Najstarszy brat terminował u ojca, ucząc się kowalskiego fachu. Młodszy zaciągnął się do legionu, pełniąc służbę w jakimś garnizonie, daleko na zachodzie kraju. Miałem jeszcze dwie siostry. Jedna wyszła już za mąż i niańczyła trójkę dzieci dwie chaty dalej. Druga dopiero zamierzała wyfrunąć z rodzinnego gniazda, ale bardzo łaskawym okiem patrzyła na pewnego górnika z pobliskiej kopalni żelaza. A ja? No cóż, byłem z rodzeństwa najmłodszy i nie bardzo było wiadomo, co ze mną zrobić.
     Gdy ojciec nadawał mi imię, ponoć cała wioska pytała, skąd je wyciągnął. Było obce, twardo brzmiące, zupełnie nie przypominało zwyczajowych imion, nadawanych chłopcom w moich stronach. Mój dziad, niech Arakay opiekuje się jego duchem, miał stwierdzić, że brzmi jak szczekanie psa. Rodzic mój jednak uparł się i tak zostałem Wulfherem, choć i tak wszyscy wołali na mnie Wulf. Któregoś ranka, gdy jako mały szkrab przyglądałem się, jak ojciec obrabia strugiem sosnową deskę, zauważyłem, że wydaje ona podobny dźwięk, jak moje imię. Zacząłem wtedy naśladować go, w rytm ruchów struga.
     - Wulf… Wulf… Wulf…
     Ojciec przerwał pracę i zdziwiony spojrzał na mnie. Domyślił się, co kołatało mi się w głowie i ryknął głośnym,  serdecznym śmiechem. Odłożył strug i pogładził mnie silną ręką po ciemnej czuprynie.
    - To nie żadne szczekanie, ani struganie. Nie słuchaj, gdy ci to ludzie mówią. To piękne, norskie imię. Dostałeś je po dzielnym woju, moim przyjacielu z legionu, który nieraz uratował mi życie. Już nie żyje – dodał ze smutkiem.
     - Zabili go na wojnie? – spytałem.
Ojciec pokręcił głową.
     - Trzeba by chyba smoka, aby go zabić – odparł. – Był wysoki, barczysty i silny jak tur. A toporem wymachiwał tak, że nie było mu równych. Przeżył wojnę, ale rany po strzałach nie pozwoliły mu wrócić do sił. Przez kilka lat słabł z miesiąca na miesiąc. Aż zachorował i zmarł. Dostałem wiadomość od naszego dawnego legata, na miesiąc przed twoimi narodzinami. Przyrzekłem sobie, że jeśli będzie to chłopiec, dam mu na imię Wulfhere.
     Zaciekawiła mnie ta historia. Odtąd często prosiłem ojca, by opowiedział coś jeszcze. Ten niechętnie zagłębiał się we wspomnienia, ale bywało, że dał się namówić.
     Opowiadał głównie o tajemniczej krainie, północnej prowincji Cesarstwa Tamriel, z której ród swój wywodził jego przyjaciel, a w której obu przyszło im służyć. Zwała się Skyrim. Była górzysta, o surowym klimacie, a na samej północy kończyła się zimnym morzem, po których pływały długie, smukłe okręty, znacznie większe od rybackich łodzi, kołyszących się na jeziorach Cyrodiil. Zamieszkiwali ją Nordowie – ludzie wysocy, silni i dumni. Mieli zwykle jasne włosy i takież oczy, a żółte, lub rude brody splatali w fantazyjne warkoczyki. Mistrzowie walki na długie topory i ciężkie, dwuręczne miecze. Opowiadał mi o tamtejszych miastach. Miały być mniejsze i nie tak bogate jak w Cyrodiil, ale za to chroniły je potężne, kamienne mury, a zza nich ku niebu wznosiły się wysokie, surowe wieże. I jakże dźwięcznie brzmiały ich nazwy! Wichrowy Tron, ponoć ogromny zamek, smagany północnym wiatrem.  Biała Grań, urocze miasto, całe z drewna, położone w słonecznej dolinie… Markart, gród pogranicza, cały wykuty w zboczu góry, przez tajemnicze, dawno wymarłe plemię… Moja wyobraźnia rysowała mi przed oczami posępne warownie, okolone murami, zamieszkałe przez dumnych i silnych wojowników. To wtedy właśnie ojciec nieświadomie zasiał we mnie ziarno włóczykija. To wtedy zapragnąłem ujrzeć tę krainę na własne oczy, wspiąć się na górę, sięgającą chmur, zanurzyć ręce w słonej, lodowatej wodzie, popłynąć przed siebie ogromnym okrętem przez bezkresne morze.
     Ale póki co, byłem na to wszystko za mały.
 
C.D.N.