piątek, 7 kwietnia 2017

Rozdział XXIX – Potęga Oka

     Do fortu dotarliśmy późną nocą, ledwo powłócząc nogami. Chyba trochę przeceniliśmy swoje siły. Jakby nie patrzeć, nasza wyprawa nie była przecież wycieczką, tylko męczącą ekspedycją, w której często trzeba było chwytać za broń. Żadne z nas nie miało siły się umyć. Jeść trochę nam się chciało, ale na widok równo, po wojskowemu zasłanego łóżka, zrezygnowaliśmy z kolacji. Komendant, znajomy oficer, z którym niegdyś wspólnie walczyliśmy o Fort Amol, chętnie udzielił nam kwater. Zwaliliśmy się tam na łóżka jak podcięte kłody, ledwo zdjąwszy z siebie zbroje. Przez to wszystko zapomniałem mu powiedzieć, żeby zbudził nas o świcie. Spaliśmy naprawdę kamiennym snem – tak bardzo byliśmy zmęczeni. Oczy otworzyłem dopiero wtedy, gdy słońce wyjrzało zza góry i zaświeciło nam w okno.

     Ale nawet wtedy nie miałem siły zerwać się z łóżka. Jest taka granica zmęczenia, kiedy człowiek obojętnieje na wszystko. Zwlokłem się z barłogu powoli, angażując całą siłę swej mizernej  woli. Wzdychając ze współczucia, zbudziłem Lydię, choć zwykle to ona budziła się przede mną. Wstaliśmy niemrawo i smętnym krokiem udaliśmy się na dziedziniec, w stronę studni, żeby się trochę obmyć.
     
     Zimna woda orzeźwiła nas nieco, aczkolwiek nie na tyle, by w jakimś znaczącym stopniu dodać nam energii. Poczuliśmy głód, ale uznaliśmy, że już dość cennego czasu przespaliśmy. Nie chcieliśmy go marnować jeszcze na śniadanie. W gospodzie zaopatrzyliśmy się tylko w suchy prowiant do zjedzenia po drodze. Całe szczęście, że mieliśmy konie z Fortu Kastav. Nie wyobrażałem sobie odbyć tej drogi pieszo, choć i jazda konna nie należała przecież do najwygodniejszych. Zawsze potem strasznie bolały mnie nogi i siedzenie.

     Konie stały sobie spokojnie w stajni, przeżuwając podrzucone im przez legionistów wiązki siana. Były to spokojne zwierzęta, więc żaden z nich nie protestował, czy zaczęliśmy je siodłać. Ruszyliśmy w drogę późnym rankiem, przygryzając suchary i kawałki sera i popijając wodą z manierek. Sądziłem, że to dobry pomysł, ale przekonałem się, że trzeba jednak było zostać na śniadaniu. Na koniu tak trzęsie, że zjedzenie czegokolwiek w kulbace graniczy z cudem. Raz, czy dwa razy ugryzłem się w język. Udało mi się co nieco przełknąć, ale zdecydowałem, że już nigdy nie będę jadł w siodle. Zapewne wytrawny jeździec potrafi nawet spać w siodle. Ja jednak do takich nie należałem. Lydia również niezbyt dobrze czuła się na końskim grzbiecie. Była huskarlem i ufała raczej własnym nogom, niż zwierzęcym. Nigdy się jednak nie skarżyła i nie zrobiła tego również tym razem.

     Było już na tyle późno, że nawet konno nie dało się dotrzeć do Fortu Kastav za dnia. Zwłaszcza, że owe krępe i nieduże konie, hodowane w Skyrim nie należą do specjalnie rączych. Są silne, odporne na mrozy, dobrze łażą po górach i nie są wybredne, jeśli chodzi o karmę, ale przy tych wszystkich zaletach mają też wadę – nie potrafią szybko biegać. Powolny trucht to ich prędkość podróżna, a w bardziej rączy galop potrafią przejść tylko na krótkich odcinkach.  Inna sprawa, że równych terenów, odpowiednich do galopu, w Skyrim nie było zbyt wiele. Ponadto, zauważyłem, że wycie wilków bardzo pomaga koniom w przyspieszaniu. Im bliższe, tym więcej sił potrafiły z siebie wykrzesać. Jeszcze skuteczniejszy był ryk niedźwiedzia. Ale ów galop trwał zwykle tylko na tyle długo, aż koń zdołał oddalić się na bezpieczną odległość. Cóż, częściej używa się ich tutaj do chomąta, niż pod wierzch.

     Dotarliśmy późnym wieczorem, a raczej wczesną nocą, gdy dowódca warty właśnie rozprowadzał nocny ront. Był to jakiś nowy podoficer, którego nie znałem przedtem. Jego również zaskoczył widok dwu postaci w złocistych, elfich zbrojach, dosiadających koni, które rozpoznał od razu jako tutejsze. Znaliśmy za to komendanta i kilku innych legionistów, więc nie było problemu ani z kolacją, ani z noclegiem.

     Do Akademii wyruszyliśmy z samego rana, bez żadnych opóźnień. Tym razem zdecydowaliśmy się na pieszą wędrówkę, bo nie było bardzo daleko i nie bardzo było potem co zrobić z końmi. Tak naprawdę jednak, po prostu szukaliśmy pretekstu, aby iść pieszo, bo aż tak bolały nas siedzenia. Pogoda była jak złoto – słonecznie, choć mroźno, ale za to wiatr ustał zupełnie. Maszerowaliśmy więc w doskonałych nastrojach. Na miejsce dotarliśmy jeszcze przed południem. Ale w chwili, w której wkroczyliśmy na most, nasz dobry nastrój prysł. Ogarnęły mnie złe przeczucia. Pobyt w Akademii nauczył mnie wyczuwać magiczne pole. Odczułem delikatne wibracje jakby wszystko wokół mnie naładowało się magią. Przedtem tego nie było. Coś musiało się stać! Przyspieszyłem kroku. Do magicznej studni wręcz dobiegłem i skierowałem się w górę do następnej, gdy nagle stanąłem jak zamurowany.

     Całą Akademię, aż do mostu, otaczała mglista, wibrująca magią zasłona. Wyglądała, jakby barwny dym owionął cały budynek i uformował się w ogromną kulę. Przypominało to barierę ochronną, jaką Ancano zbudował wokół siebie, gdy opuszczałem Akademię. Czyżby zdołał ją tak rozbudować, że ogarnęła cały gmach? Oblał mnie zimny pot, gdy pomyślałem o uwięzionych wewnątrz magach i studentach.

     Wbiegłem na filar mostu, gdzie stały już trzy osoby, bezsilnie przyglądające się temu widowisku. Poznałem ich z daleka. To Tolfdir, Faralda i Arniel. Tkwili bezradnie na moście, nie wiedząc co robić. Miny mieli naprawdę nietęgie, wszyscy troje. Dopiero, gdy do nich podbiegliśmy, trochę się rozjaśnili, a w ich oczach dojrzałem nadzieję.

     Musieli stać tu już od jakiegoś czasu, bowiem właściwa im energia, ustąpiła miejsca apatii. Jedynie Tolfdir trzymał się jako tako. Zauważyłem, że pod pachą miał szare zawiniątko, w którym rozpoznałem szatę arcymaga. Czyżby to jego wybrano na następcę Savosa? Szczerze mówiąc, wcale by mnie to nie zdziwiło i sam byłem gotów przyklasnąć temu pomysłowi, chociaż spodziewałem się raczej, że ten zaszczyt przypadnie Mirabelle.

     Stary mag przywitał nas jako pierwszy.

     - Udało ci się przeżyć – westchnął z ulgą. – Czy to znaczy, że to masz?

     Wyjąłem zza pasa Laskę Magnusa. Wszyscy troje z ciekawością na nią spojrzeli.

     - Miejmy nadzieję, że jest to tak potężne, jak sądzili Psijicowie – szepnął.

     Rozejrzałem się nerwowo.

     - Gdzie jest Mirabelle? – spytałem zaniepokojony.

     Ich reakcja powiedziała mi wszystko, zanim jeszcze zdążyli otworzyć usta. Zapadła grobowa cisza. Arniel opuścił głowę, w oczach Faraldy pojawiły się łzy, Tolfdir, choć próbował trzymać się dzielnie, również nie uchronił się przed wilgotnymi oczyma.

     - Ona… Nie dała rady – rzekł przez ściśnięte gardło. – Gdy stało się jasne, że będziemy musieli uciekać, została z tyłu, by zapewnić, że reszcie nie stanie się krzywda…

     Poczułem jakby krew odpłynęła mi z głowy. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nie… Bogowie, powiedzcie mi, że to nieprawda! Nie Mirabelle! Dlaczego właśnie ona?

     A więc przepadło… Akademia, nawet jeśli jeszcze stoi, straciła nie tylko arcymaga Savosa, ale też mistrzynię Mirabelle. Dwoje najpotężniejszych magów zginęło.

     - Dlaczego jesteś tutaj? – spytałem z trudem, bo słowa nie chciały przejść mi przez gardło.

     - Zobacz – Tolfdir zrezygnowany wskazał na Akademię. – Moc Ancano rośnie. Nie możemy przebić magicznej bariery, za którą się schronił.

     Ancano… Tyle nieszczęść przez jednego Thalmorczyka. Przeklęty Ancano! To on zabił Savosa Arena. To przez niego zginęła Mirabelle. Poczułem, jak krew się we mnie gotuje. Zapłaci za to. Zapłaci za każdą wylaną tu łzę! Osobiście roztrzaskam mu ten wredny uśmieszek, albo sam zginę! Odruchowo zerknąłem na Laskę Magnusa. Nie uszło to uwadze Tolfdira.

     - Mam nadzieję, że twoja wycieczka do Labiryntianu była owocna – rzekł cicho.

     - Chodźmy tam… - szepnąłem.

     - Będę tuż za tobą – zapewnił mnie.

     - Zdziwię się, jeśli ktokolwiek z nas to przeżyje – mruknął Arniel, ale bez wahania ruszył za starcem.

     - Nie powinniśmy byli tego tu przynosić – westchnęła Faralda, ruszając za Arnielem.

     Lydia zamykała pochód. Musieliśmy poruszać się gęsiego, bowiem most był bardzo wąski. Zaraz przy jego końcu zaczynała się magiczna bariera. Dotknąłem jej ostrożnie. Nie poraziła mnie błyskawica, ani mróz. Bariera lekko ugięła się pod naciskiem ręki, ale przebić jej się nie dało. Spróbowałem mieczem – odskoczył, jakbym uderzył kawałkiem drewna w kamień. Skierowałem więc na nią kostur. Poczułem mrowienie pod brzuchem. Przy pomocy oddechu przesunąłem je do ramienia, a z ramienia do kostura. Gwałtowny wydech i – z Laski Magnusa trysnął błękitny strumień energii. Rozlał się po magicznej barierze, a potem nagle rozpełzł jak stado mrówek i wydawało się, że zaraz zaniknie, ale tak się nie stało. Zanikła bariera…

     Nadzieja wstąpiła nam do serc. Jednak mimo wszystko, Laska okazała się potężniejsza od mocy Ancano, czerpanej zapewne z Oka Magnusa. Krótka chwila wahania i… Wbiegliśmy na dziedziniec. Tam napotkaliśmy Sergiusa Turrianusa, niezbyt przytomnie kręcącego głową i Niryę, próbującą dźwignąć się na uginające się pod nią nogi. Magiczne pole, wytworzone przez barierę, musiało pozbawić ich przytomności. Byli nie tylko osłabieni, ale i zziębnięci, przeleżawszy bez czucia jakiś czas na śniegu. Pozostałych chyba uwięziło w komnatach mieszkalnych, bo dopiero po chwili ujrzałem Enthira, niepewnym krokiem wychodzącego z Komnaty Osiągnięć, a jego wyraz twarzy mówił aż za wiele. Widząc nas, wszyscy troje podążyli za nami, choć tylko Enthir miał tyle sił, aby nie zostać za nami w tyle. Tamta dwójka dopiero z trudem dochodziła do siebie, racząc się wzajemnie uzdrawiającymi i wzmacniającymi czarami ze Szkoły Przywracania. Do Komnaty Żywiołów wpadłem jak bomba. Ale to, co tam ujrzałem, zmroziło mnie i to pomimo, że spodziewałem się takiego widoku.

     Ancano stał obok Oka Magnusa, z wyrazem euforii na twarzy. Między kulą a jego dłońmi wciąż zachodziła intensywna wymiana energii. Wyglądało to, jakby dostarczała mu ona jakiegoś ekstatycznego przeżycia, powodującego niesamowitą rozkosz i wywołującego zachwyt na jego szpetnej twarzy. Gdy wbiegłem na czele naszego skromnego pochodu, wolno odwrócił się w moją stronę i wykrzywił usta w złośliwym, pełnym pogardy uśmiechu.

     - Przychodzisz po mnie, prawda? – wycedził ostrym głosem. – Myślisz, że nie wiem, co kombinujesz?

     Ciekawe, skąd… Długo nad tym myślał? Tak trudno było zgadnąć, że zamierzam go powstrzymać i to raz na zawsze?

     Nawet nie wiem, jak miecz znalazł się w mojej dłoni. Kostur powędrował do lewej. Odłączyłem się od naszej grupki i z groźną miną podszedłem do niego. Ale on zaśmiał się tylko, a był to śmiech pełen wyższości i zadowolenia.

     - Myślisz, że nie mogę cię zniszczyć? – prychnął. – Mam w swoich rękach moc, mogącą zniszczyć ten cały świat, a ty uważasz,  że można coś z tym uczynić?

     Tolfdir z wściekłością posłał mu Ognisty Pocisk, ale ten nie zrobił mu żadnej krzywdy. Moc Oka chroniła go przed naszą magią.

     - Czary nie działają – jęknął Tolfdir.

     Ancano posłał mu wściekłe spojrzenie i skierował jedną dłoń w stronę grupki magów.

     - Mam już dość twoich żałosnych prób magicznych! – zawołał. – Nie możesz mnie tknąć!

     Przewidując, co chce uczynić, trzasnąłem go mieczem przez głowę, ale ostrze odbiło się od niego, jakby był wykuty z kamienia. Spróbowałem po raz drugi i o mało nie zraniłem sam siebie, gdy głownia znów odbiła się od jego postaci i trafiła  mnie w hełm.

     - Laska! – krzyknął Tolfdir. – Użyj jej na Oku…

     Tu urwał, bowiem Ancano nagłym ruchem posłał mu porcję jakiejś dziwnej magii, która wyglądała jak porcja zielonkawej mgły, ale momentalnie sparaliżowała całą grupę. Wszyscy znieruchomieli, jakby ich zamroziło, a potem wolno poprzewracali się na kamienną posadzkę. Gdybym przedtem nie odłączył się od nich, pewnie podzieliłbym ich los.

     - Dość! – wrzasnął Ancano i posłał mi spojrzenie pełne pogardy. – Wciąż nalegasz? Dobrze… Więc chodź, zobacz co potrafię!

     I nagle Oko otworzyło się. Ciemne płyty, tworzące jego skorupę, poprzesuwały się tak, że między nimi pojawiło się błękitne światło. I wypadł z nich ognik. Taki sam, z jakimi niedawno walczyliśmy w Zimowej Twierdzy. Ale ja nie zważałem na tę Magiczną Anomalię. Zwłaszcza, że na razie mnie nie atakowała, tylko bezładnie snuła się po komnacie. Miałem przed sobą znacznie silniejszego i znacznie bardziej zagrażającego nam wszystkim przeciwnika. Odruchowo spróbowałem jeszcze wbić w niego koniec miecza. Bezskutecznie.

     Ponury uśmiech na jego twarzy przywrócił mi zdolność myślenia. Poszedłem za radą Tolfdira. Skierowałem Laskę Magnusa na Oko i strzeliłem w nie porcją magii. Efekt był. Rozległ się cichy, przytłumiony huk i Oko zamknęło się. Jednocześnie dotarło do mnie, że urwał się strumień energii, jaki płynął od Oka do Ancano.

     Thalmorczyk zerknął zaskoczony na Oko. Wprawdzie jego wzrok natychmiast zhardział, jakby doskonale wiedział, co robić, ale to już była ostatnia rzecz, jaką zrobił w swym życiu. W swoich rachubach nie wziął bowiem pod uwagę mnie. Nigdy przedtem, ani nigdy potem nie czułem do nikogo takiej nienawiści, jak w tamtej chwili do niego. Ogarnęła mnie prawdziwa furia. W ten cios włożyłem wszystkie siły. I całą swoją złość. Za Savosa Arena. Za Mirabelle. Za to, jak potraktował Tolfdira i Quaranira. Za ten jego wredny, drwiący uśmieszek. Za to jego nie wiadomo skąd się biorące przekonanie o własnej wyższości. Za tę nonszalancję, którą bezustannie okazywał wszystkim członkom Akademii. Za podłość, zdradę i wieczną pogardę do wszystkiego, co nie thalmorskie. Za to, że w tej chwili miał pecha znaleźć się przede mną zupełnie bezbronny.

     Nie potrzebowałem wcale użyć aż takiej siły. Ancano nie miał na sobie zbroi. Ale cała moja nienawiść, jaką go obdarzyłem, w tym jednym cięciu znalazła ujście. Widziałem to wszystko, jakby w spowolnionym tempie. Zamach znad głowy… Precyzyjne prowadzenie ostrza prosto w jego czoło… Jego wzrok wciąż skierowany na Oko Magnusa, nie dostrzega zbliżającej się śmierci. Ale nagle pojawia się w jego oczach jakiś cień. Coś jest nie tak! Nie zdążył jednak skierować ich na mnie. Ostra końcówka głowni dosięga jego głowy i bez wysiłku rozcina skórę. Teraz czuję opór i słyszę chrupnięcie czaszki.  Czuję drżenie na rękojeści. A potem miecz zagłębia mu się w mózg…

     Nie wydał nawet jęku, zanim osunął się na ziemię. Nikt po takim ciosie nie zdoła wydać z siebie głosu. Śmierć była natychmiastowa. Nie żył już w chwili, w której nogi ugięły się pod nim, aby jego bezwładne ciało gruchnęło na posadzkę, obryzgując ją krwią. Dysząc, jak po wielkim wysiłku, choć to tylko złość ze mnie uchodziła, patrzyłem na jego martwe ciało bez cienia współczucia. Zamiast niego, zamajaczyły mi przed oczami poważna i życzliwa twarz Savosa i pogodny uśmiech Mirabelle, których już nigdy nie zobaczę. Przez niego!

     Śmierć Ancano przerwała magiczny paraliż pozostałych. Z wysiłkiem dźwignęli się na nogi. Lydia od razu rzuciła się na Magiczną Anomalię, która wciąż krążyła po komnacie, niby wielka, ognista mucha, a o której ja zupełnie zapomniałem. Wspomogli ją Enthir i Tolfdir. Niebezpieczeństwo zostało zażegnane.

     Przez długą chwilę staliśmy wszyscy w milczeniu bez ruchu. W głowie miałem zupełną pustkę. Stałem tak, aż Tolfdir ruszył ku mnie i położył mi dłoń na ramieniu.

     - Wiedziałem, że ci się uda – uśmiechnął się ciepło.

     Nie wiem, skąd czerpał tę pewność. Ja bowiem byłem pewien, że atakując Ancano idę na pewną śmierć. Wiedziałem, że czerpiąc energię z Oka, staje się potężniejszy od nas wszystkich, razem wziętych. Wątpiłem w skuteczność Laski Magnusa. Wydawała mi się mała i słaba w porównaniu do Oka. Na szczęście kostur nie zawiódł. Nie doceniłem też zgubnej siły arogancji. Tak, Thalmorczyka zgubiła jego własna arogancja i pogarda do wszystkich naokoło. W głowie mu się nie mieściło, że ktokolwiek jest w stanie mu zagrozić. Ba, nawet, że ośmieli się to zrobić! Nigdy nie zrozumiałem, skąd u Thalmorczyków tyle pogardy dla pozostałych mieszkańców Tamriel. Z pewnością nie była to cecha właściwa jego rasie. Znałem przecież tak wielu sympatycznych i szlachetnych Altmerów. Dwoje z nich stało zresztą w tej chwili obok mnie…

     Zamyślony podniosłem oczy na starca.

     - Co teraz robimy? – spytałem cicho.

     Podniósł wolno ramiona i lekko potrząsnął głową.

     - Ja… Nie wiem – przyznał z rozbrajającą szczerością. – Ancano zniknął… Ale cokolwiek uczynił Oku, najwyraźniej wciąż to działa.

     Westchnął cicho i rozejrzał się po pozostałych.

     - Nie mam pojęcia, co robić – przyznał.

     Otoczyliśmy Oko Magnusa, przypatrując mu się uważnie. Istotnie, nie trzeba było bystrości, żeby zauważyć, że coś się w nim zmieniło. Do tej pory obracało się majestatycznie, wolno i spokojnie. Teraz wydawało się ożywione i pobudzone. Magiczna wibracja, jaką emanowało, przybrała na sile. Zdawało się pulsować nerwowo, jakby czekało tylko na jakiś impuls, by eksplodować. Coś się z nim stało. I zdając sobie sprawę z jego mocy, wiedziałem, że wcale nie możemy jeszcze czuć się bezpieczni. W każdej chwili mogło się coś wydarzyć i raczej nie byłoby to nic dobrego.

     Zaczęliśmy rzucać półgłosem różne pomysły. Faralda nieśmiało zaproponowała, aby umieścić to z powrotem w Saarthal. Tolfdir jednak nie był przekonany do tego pomysłu. Zdawał sobie sprawę, że pieczęć, chroniąca to miejsce, została przez nas złamana, a nieumarły strażnik zginął. Znów chwila ciszy, zanim Enthir spytał mnie, czy w swoich wędrówkach nie spotkałem jakiegoś miejsca, w którym można by było to umieścić, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Wszystkie wydawały mi się zbyt łatwo dostępne, a przecież chodziło o to, by ukryć to na zawsze. Pomyślałem o Szczurzych Norach, ale tam było zbyt wielu ludzi. Ktoś łatwo mógłby się na nie natknąć. W dodatku, nie widziałem żadnego sposobu, jak przetransportować to niepostrzeżenie do Pękniny. Poza tym, chodziło o to, by Oko umieścić z dala od ludzkich osad. Przeleciałem w myślach wszystkie miejsca, które zdarzyło mi się odwiedzić. Może jakieś dwemerskie podziemia? Pomyślałem o ruinach Nchuand-Zel, ale odrzuciłem to z tego samego powodu, co Szczurze Nory. Może Czarna Przystań by się nadawała? Głęboko pod ziemią… Pusto… Czy rzeczywiście pusto? No niezupełnie, tam przewijają się Falmerowie, a wolałbym nie sprawiać im takiego prezentu… Czarnygłaz? Nie, nie nada się, zbyt łatwo było się do niego dostać. Korvanjund? Może… Ale po tym, jak znaleźliśmy tam koronę, zaroiło się w tych ruinach od badaczy i poszukiwaczy skarbów. Nie miałem żadnego pomysłu. Przyszło mi w końcu do głowy, żeby zapakować to na okręt i utopić w morzu. Ale czy to nie wypłynie? Przecież nawet tutaj skutecznie opierało się grawitacji, lewitując nad ziemią.

     Nasze rozmyślania przerwał niezwykły blask, jaki pojawił się nagle w Komnacie Żywiołów. Nie od razu go zauważyliśmy, wpatrzeni w jasne Oko Magnusa. W pierwszej chwili myśleliśmy nawet, że to ono tak pojaśniało.

     - Co się dzieje? – bąknął Tolfdir, rozglądając się na boki.

     I wtedy między nami pojawił się Quaranir. Nie wiem, skąd. Mnich Psijic pojawił się po prostu znikąd, sobie tylko znanym, magicznym sposobem. Uśmiechnął się na powitanie, a my wszyscy poczuliśmy ulgę. Żywiliśmy bowiem nadzieję, że on podpowie nam co robić.

     Tymczasem Psijic podszedł wolnym krokiem do Oka i przez chwilę obserwował jego zachowanie, po czym odwrócił się w moje stronę.

     - Wiedzieliśmy, że zwyciężysz – odezwał się do mnie ciepło. – Twój tryumf uzasadnia naszą wiarę w ciebie.

     Wcale nie zrobiło mi się od tych słów lżej. Uzmysłowiłem sobie bowiem, że nie udało mi się ocalić ani Savosa, ani Mirabelle. Śmierć tego pierwszego zdążyłem już przeboleć, ale wciąż nie mogłem pogodzić się ze stratą Mirabelle, chyba najmilszej tutaj osoby.

     - Twe czyny dowodzą, że oddanie ci przywództwa w Akademii w Zimowej Twierdzy, jest słusznym wyborem – dodał Quaranir.

     Byłem zbyt zmęczony i przygnębiony myślami o Mirabelle, żeby dotarło do mnie, co on naprawdę powiedział. Na razie mi to umknęło. Zerknąłem na ciało Thalmorczyka i spojrzałem w oczy Quaranirowi.

     - Skąd się wzięła twoja pewność, że pokonam Ancano?

     Zdawałem sobie bowiem sprawę, że moja misja mogła z łatwością skończyć się niepowodzeniem. Tylko kilku szczęśliwym zbiegom okoliczności zawdzięczałem fakt, że w ogóle wyszedłem z niej żywy. 

     Quaranir spojrzał na mnie z wesołymi iskierkami w oczach. Zadziwiające… Był tak podobny do Ancano i jednocześnie tak bardzo się od niego różnił. Wszyscy Altmerowie wydają się ludziom niezwykle do siebie podobni. Wszyscy są wysocy i smukli.  Wszyscy mają złotawą skórę, wąskie, pociągłe twarze o ostrym podbródku i wielkie, skośne oczy. Poza tym, habit zakonnika Psijic przypominała trochę szatę thalmorskiego maga. Obaj zresztą, jakby nie patrzeć, byli potężnymi magami. Ale tu kończyło się ich podobieństwo. Oczy Ancano zawsze rzucały wokół ironiczne spojrzenia, pełne pychy i pogardy dla rodzaju ludzkiego.  Oczy Quaranira przeciwnie – pełne były ciepła, życzliwości i spokojnej, promieniującej wokół mądrości.

     - Widzimy wiele wspaniałych rzeczy, ukrytych przed twoim wzrokiem – zapewnił. – Od dawna wiedzieliśmy, że ci się uda.

     Pokiwałem głową. No tak, jak mogłem zapomnieć, że Quaranir potrafił zatrzymać czas. Skoro umiał zrobić coś takiego, kto wie, może mnisi Psijic mieli możliwość spojrzenia w przyszłość? To by tłumaczyło ich pewność i fakt, że wybrali właśnie mnie. Ale nie śmiałem o to pytać. 

     - Co teraz robimy? – spytałem.

     Quaranir zwrócił twarz ku Oku. Błękitna poświata odbiła się w jego oczach.

     - Oko stało się niestabilne – odrzekł. – Nie może tu pozostać, bo mogłoby zniszczyć Akademię i ten świat. Należy je zabezpieczyć.

     Choć nikt z nas nie miał powodu, aby mu się sprzeciwić, powiódł wzrokiem po nas i tonem, jakby się tłumaczył, oznajmił.

     - Czyny Ancano dowodzą, że ten świat nie jest gotowy na coś takiego. Będziemy go strzec, póki co.

     I nagle, nie wiem skąd, nadszedł Nerien, ten zakonnik, który ukazał mi się najpierw w Saarthal, potem z Mzulft. Za nim kroczył trzeci mnich, którego nie znałem.

     - Masz teraz okazję kontynuować  pracę na Akademii i wieść spokojne życie – uśmiechnął się Quaranir. – Przyjmij naszą wdzięczność, arcymagu.

     Tolfdir rozglądał się zdziwiony i oszołomiony.

     - Psijicowie? – rzekł zdumiony. – Tu i teraz? Co na Talosa…

     Urwał bowiem stało się coś niezwykłego, choć w towarzystwie zakonników Psijic powinniśmy może przywyknąć, że rzeczy niezwykłe stają się normą. Otóż, stanęli oni wokół Oka w równych odstępach i unieśli ramiona w stronę kuli. Przez krótką chwilę nic się nie działo, aż w końcu zarówno Oko jak i mnisi zamienili się w błękitne, zwiewne zjawy, utkane ze światła. Zupełnie jak duchy w Labiryntianie. A po chwili znikli, razem z Okiem Magnusa…

     Patrzyliśmy na to z podziwem, właściwym magom, doceniającym kunszt mistrzów. Na wszystkich twarzach pojawiły się, jeśli nie uśmiechy, to przynajmniej wyraz ulgi, albo zadowolenia. Ja sam czułem ogromną ulgę, że znalazł się ktoś, kto wybawił nas od kłopotu. Nie tylko nas. Akademia na pewno nie wytrzymałaby kolejnej magicznej eksplozji, a już na pewno nie Nordowie w Zimowej Twierdzy. Pytanie tylko, czy po czymś takim ocalałoby cokolwiek w Skyrim, a także, jeśli uwierzyć przechwałkom Ancano, na całym świecie.

     I dopiero, gdy Quaranir zniknął wraz z Okiem Magnusa, dotarło do mnie, co on powiedział. Jak on mnie nazwał? Arcymagiem? Żartował, oczywiście… To zapewne aluzja do tej nietypowej sytuacji, gdy w walce stanąłem na czele naszej grupki. Cóż, to była walka, czyli coś, co umiałem najlepiej, zaraz po polowaniu i machaniu młotem. Teraz wszystko wraca do normy i znów staję się nowicjuszem pośród doświadczonych i szanowanych magów. I znów poczułem ukłucie w sercu na myśl, że nie ma już między nami arcymaga Savosa, ani Mirabelle. Był na szczęście Tolfdir. Byli i inni starsi mistrzowie. Sergius Turrianus, stojący naprzeciw mnie, czy Phinis Gestor, którzy wydawali mi się najbardziej godni tego zaszczytu. Sam byłem ciekaw, w jaki sposób wybiera się arcymaga. Zapewne przez głosowanie specjalnie zebranej rady, bowiem w Akademii o problemach się dyskutowało i wspólnie wybierało się drogę działania. To mi się właśnie najbardziej tutaj podobało. Nikomu nie zamykano ust, każdego słuchano równie uważnie, bowiem powszechna była tu opinia, że każdy z nas ma inne doświadczenia i każdy z nas może zaproponować coś rozsądnego. Dotyczyło to także studentów.

     Przez chwilę milczeliśmy wszyscy, choć wszyscy później przyznali, że w tym momencie poczuli ogromną ulgę. Ciszę przerwał dopiero Tolfdir.

     - Udało się – rzekł cicho. – Dzięki tobie Akademia jest znowu bezpieczna – dodał głośniej, zwracając się do mnie. – Wiedziałem, że ci się uda!

     Uśmiechnąłem się. Akurat, wiedział!… Był tak samo przerażony jak my wszyscy, tylko lepiej nad sobą panował. Po prostu, będąc tu najstarszym, czuł na sobie obowiązek opieki nad nami i dodawania nam otuchy. Kochany staruszek!

     On tymczasem zerknął na pozostałych i rozjaśnił twarz. Zrobił bardzo mądrą minę i podniósł w górę palec.

     - Śmiem twierdzić – rzekł uroczystym tonem, - że Psijicowie mają rację. Moim zdaniem nikt bardziej nie zasługuje na zostanie arcymagiem. Masz, to należy do ciebie.

     I przy tych słowach podał mi zwiniętą w rulon szatę arcymaga. Chwyciłem ją odruchowo. Mój pusty umysł potrzebował dłuższej chwili, aby zrozumieć, co to tak naprawdę znaczy. Czy on oszalał? Nawet nie powinien żartować w ten sposób! Przerażony tym darem, natychmiast oddałem mu szatę z powrotem. On jednak łagodnie, acz zdecydowanie, na powrót wcisnął mi ją w ręce.

     - Komnaty arcymaga też – oświadczył, kładąc na płaszczu pozłacany klucz Savosa.

     Oczami wielkimi jak spodki zerknąłem na otrzymany dar. Dar bezcenny, jak olbrzymia bryła złota, ale… Równie ciężki, ciężarem odpowiedzialności. Kierowanie Akademią wymagało nie tylko znajomości sztuki magicznej na poziomie znacznie przewyższającym moje skromne umiejętności, ale też zdolności politycznych i cech przywódczych. Nie posiadałem żadnej z nich. Jak nowicjusz mógł mieć jakikolwiek autorytet u magów, którzy opanowali swój fach do poziomu wirtuozerii? Ja przecież nie potrafiłem nawet pokonać magią Zniszczenia przeciwnika silniejszego od wilka! Na czarach Iluzji nie znałem się prawie w ogóle, poznawszy dotąd tylko jedno zaklęcie. Przemianą i Przywracaniem posługiwałem się częściej, ale daleko mi było do biegłości w tej sztuce. A Przywołanie? Nigdy nie zdarzyło mi się użyć jakiegokolwiek czaru z tej szkoły, choć znałem już zaklęcie ożywiające słabe martwe ciało.

     Oszołomiony  spojrzałem na pozostałych, w nadziei, że zaraz wszyscy się roześmieją i uznają to za żart. Przecież chyba nie poprą tego szalonego pomysłu? Ku mojemu przerażeniu, Arniel skinął głową na znak zgody. To samo zrobili Sergius i Faralda. Zerknąłem na Niryę, mając nadzieję, że choć ona się temu sprzeciwi. Choćby po to, by zrobić na złość Faraldzie. Ale Nirya, potrafiąca kłócić się z Faraldą o byle drobiazg, wykazywała zadziwiającą zgodność w sprawach zasadniczych. Patrząc mi prosto w oczy, energicznie i zachęcająco pokiwała głową. Enthir to samo. Spojrzałem w końcu na Lydię. Ta wzruszyła tylko ramionami. Nie będąc członkiem Akademii nie miała prawa głosu i wcale o to nie zabiegała. Uznała, że skoro magowie tak chcą, to tak musi być.

     - Jeśli będziesz mnie potrzebować, służę radą – zapewnił mnie Tolfdir poważnym głosem.

     Enthir, z właściwym sobie humorem, zawołał.

     - Arcymag zwycięża! Akademia… Skyrim… Całe Tamriel wiele ci zawdzięcza!

     Uszło ze mnie powietrze. Wyglądało, że z niewiadomych dla mnie przyczyn, wszyscy, oczywiście oprócz mnie, zupełnie poszaleli i uznają ten wybór za znakomity pomysł. Czyżby aż tak bardzo ufali Zakonowi Psijic? Powoli też zaczęli się rozchodzić, taktownie zostawiając mnie samego z moimi myślami i strasznym kłopotem. Po chwili zostaliśmy sami z Lydią i Niryą, która jeszcze przez jakiś czas, ze smutkiem, spoglądała na skąpane we krwi ciało Ancano.

     Ona chyba najmocniej to przeżyła. Uważała go za niezwykle przystojnego mężczyznę i zapewne żal jej było, że okazał się takim łajdakiem. Możliwe, że nawet było coś pomiędzy nimi, choć przypuszczałem, że raczej była to jednostronne zaangażowanie. Nie uważałem, by Ancano był zdolny do jakiegokolwiek przyjaznego uczucia, nie mówiąc już o niczym poważniejszym. Nawet do Altmerki. Tym większy miałem podziw dla Niryi, że nawet przez chwilę nie wahała się, po której trzeba stanąć stronie i okazała się być lojalną członkinią Akademii. I to pomimo, że nie przepadała za Savosem i wcale nie uważała go za dobrego przywódcę, znacznie chętniej widząc na tym stanowisku Mirabelle.

     Z westchnieniem przeniosła swoje wielkie, elfie oczy na mnie.

     - Właśnie przez takich jak Ancano, do Akademii wstęp mają nieliczni – szepnęła.

     Po czym, jakby przepraszając za swoją słabość, ścisnęła mi lekko rękę.

     - Gdyby nie ty, już byłoby po nas.

     Uśmiechnęła się lekko, z pewną zadumą, po czym wolnym krokiem opuściła Komnatę Żywiołów. 

Akademia w Zimowej Twierdzy. Czarodziejka Nirya w Komnacie Żywiołów
     Spojrzałem z głupią miną na Lydię, potem na trzymaną w dłoniach szatę arcymaga, a potem znowu na Lydię.

     - Co teraz? – spytałem.

     Wzruszyła ramionami.

     - Chodźmy do kwatery arcymaga. Tam się zastanowimy.

     Dziwnie się czułem, wchodząc po schodach do komnaty Savosa, którego już nie było między nami. Cisza w niej panująca i echo, jakie zawsze było obecne w tym obszernym pomieszczeniu, sprawiły, że poczułem się jak w świątyni. Z wahaniem, pokonując jakiś wewnętrzny opór, usiadłem przy stole, dając odpocząć zmęczonym nogom. Lydia klapnęła po drugiej stronie, z westchnieniem ulgi. Przez chwilę nie odzywaliśmy się do siebie, wodząc tylko wzrokiem po ścianach, przy których stały szafy, regały i kufry. 

     - I po co kupowaliśmy dom w Pękninie, skoro teraz mamy takie wielkie mieszkanie? – spróbowałem żartować.

     Lydia jednak potrząsnęła głową.

     - Nie chciałabym tu mieszkać – stwierdziła. – Tu wszystko jest takie obce i inne. Lubiłam Savosa, jak wszyscy, ale wciąż mi się zdaje, że on wyszedł tylko na chwilę i zaraz wróci. I spojrzy na mnie zdziwiony, co ja robię w jego komnacie.

     - A potem rzuci jakiś żart, żebyś nie czuła się skrępowana – uśmiechnąłem się. – Szkoda go…

     Znów chwila milczenia.

     - Co masz zamiar zrobić? – spytała Lydia.

     Wzruszyłem ramionami.

     - Na razie jestem zbyt zmęczony, żeby cokolwiek wymyślić – westchnąłem. – Moje najbliższe plany to kolacja, kąpiel i łóżko.

     Zaśmiała się cicho.

     - Podobają mi się twoje plany… Mam takie same.

     - Jutro zastanowimy się, co zrobić – mruknąłem, ściągając rękawice. – Chyba znajdę jakiś sposób, żeby wykręcić się od tego stanowiska. 

     - Chcesz zrezygnować? – spytała zdziwiona. – Dlaczego?

     Stwierdzenie, że mam typową żonę, byłoby dla niej obrazą. Nikt nie miał towarzyszki tak wyjątkowej jak ona. Która żona byłaby nie tylko miłością, ale i najlepszym przyjacielem, towarzyszem wypraw, walk i chodzącą tarczą? Ale pod jednym względem nic nie różniła się od innych żon – tak samo jak inne, przeceniała możliwości swego męża i była święcie przekonana, że nikt inny, tak jak on, nie zasługuje na wysokie stanowisko oraz że świetnie da sobie na nim radę. Nie miałem siły jej tego tłumaczyć.

     - Jutro – odrzekłem. – Jutro o wszystkim zadecydujemy. A na razie trzeba wypocząć.

     Tu nie było różnicy zdań. Pomogliśmy sobie wzajemnie przy pozbyciu się zbroi, po czym Lydia udała się do łaźni, a ja narzuciłem na siebie płaszcz, który znalazłem w szafie i wyszedłem na chwilę do Komnaty Żywiołów. U wejścia zastałem Faraldę, która uśmiechnęła się na mój widok.

     Spytałem ją, czy nie popełnię jakiejś niegrzeczności, jeśli poproszę wszystkich jutro na naradę, zaraz po  śniadaniu w Komnacie Żywiołów.

     - Nie znam aż tak dobrze zwyczajów Akademii – rozłożyłem przepraszająco ręce.

     Roześmiała się i po przyjacielsku chwyciła mnie za ramię.

     - Powiedziałabym, że wszyscy tego oczekują – odparła. – Ale zgodnie z niepisanym zwyczajem, takie rady odbywają  się w południe. Więc jeśli ci to nie przeszkadza…

     - Ależ skąd! – zaprzeczyłem gwałtownie. – Jak ich zaprosić?

     - Zajmę się tym, nic się nie martw – zapewniła mnie. – A na razie odpocznij. Wszystkim nam się to przyda.

     Podziękowałem jej i wróciłem na górę. Może niepotrzebnie się martwię? Niech rada zadecyduje, co z tym fantem zrobić. Wiedziałem tylko jedno: przybyłem tu, aby się uczyć, a nie bawić się w kierownictwo. Miałem nadzieję, że to zrozumieją. Na pewno zrozumieją! Przecież to wszystko, bez wyjątku, mądrzy ludzie i elfy. Kto ma zrozumieć, jeśli nie oni?

     Gdy już wykąpany i najedzony leżałem w łóżku z Lydią u boku, moje myśli były znacznie spokojniejsze. Przed oczami przesuwały mi się twarze przyjaciół z Akademii. Tolfdir z dobrocią i mądrością w oczach… Pogodne twarze Faraldy, Arniela, Enthira… Zamyślone spojrzenie Phinisa, czy poważne, nieco chmurne, ale szczere oczy Niryi. A potem nieco nieśmiałe spojrzenie Brelyny, spłoszone Onmunda, czy harde, kocie ślepia J’zargo. Otaczali mnie przyjaciele. Cóż więc złego mogło się stać?

     Jeszcze zanim zasnąłem, ujrzałem spokojne spojrzenie Savosa… A potem jego miejsce zajęło miłe każdemu sercu w Akademii oblicze Mirabelle. Ech, droga Mirabelle! Jak ciężko pogodzić się z jej śmiercią! Już nigdy nie zobaczymy jej uśmiechu, gdy na policzkach robiły jej się takie rozkoszne dołki. I tego promieniującego życzliwością spojrzenia ciemnych oczu, które potrafiły tak pięknie błyszczeć, gdy się śmiała. Nie usłyszymy już jej śmiechu, ani ciepłego zapewnienia podczas zająć, że następnym razem pójdzie lepiej. Ona jedna była tutaj nie do zastąpienia.

     Moją ostatnią myślą było, że w zasadzie każdy tutaj jest niezastąpiony, nie wyłączając mnie. A potem już nic nie pamiętam. Zasnąłem.

sobota, 1 kwietnia 2017

Rozdział XXVIII – Laska Magnusa

     Pomieszczeniem, do którego zaprowadziły nas drzwi był dość długi taras, na końcu którego znajdowały się schody, prowadzące w dół, ale w naszą stronę. Tam też ujrzeliśmy draugra. Posłaliśmy go strzałami na bruk i podobnie postąpiliśmy z następnym, który wyłonił się zza skalnego załomu. Całość wyglądała, jakby ktoś tutaj często przebywał. Wszechobecny w podziemiach pył i pajęczyny, tutaj zostały przez kogoś zamiecione. Płonęły tu też starożytne kagańce, rozświetlając mrok, a na niższym poziomie było coś w rodzaju zacisznego zakątka, gdzie ustawiono kilka regałów. Walało się na nich kilka zniszczonych ksiąg, ale na jednej z półek znalazłem wielki klejnot duszy. Powietrze też było inne, chłodniejsze, bardziej wilgotne. Dał się słyszeć lekki szum.

     - Tu gdzieś płynie woda – szepnęła Lydia.

     Znaleźliśmy ją prędzej niż przypuszczaliśmy. Obok regału znajdował się nieregularny otwór, przez który udało nam się przecisnąć. Znaleźliśmy się w jaskini. Szeroki korytarz prowadził nas w dół, do podziemnego strumienia, który z szumem przepływał obok i niknął gdzieś za żelaznymi drzwiami, majaczącymi w oddali. Za to nad miejscem, z którego wypływał, odkryliśmy skalną półkę, a na niej…
     
     - To ona! – Lydia wskazała na podłużny kształt. – Ma taką samą szatę.
     
     - O kim ty mówisz? – spojrzałem na nią zdziwiony.
     
     - O tej Argoniance. No, o jednym z duchów…
     
     Z wahaniem weszliśmy na skalną półkę. Stała tam drewniana skrzynia, zamknięta na klucz, a obok leżało ciało Argonianki w stanie daleko posuniętego rozkładu. Została z niej tylko skóra i gdzieniegdzie prześwitujące przez nią kości. Odziana była w na pół zgniłe szaty maga, ale mimo to rozpoznałem barwy Akademii. Lydia miała rację.

     Poleciliśmy ją Arkayowi. Jeśli miałem wątpliwości co do pokazujących się nam zjaw, to w tej chwili uzyskałem pewność. Widzieliśmy wspomnienia. Widzieliśmy projekcję czegoś, co wydarzyło się tu naprawdę. Nie wiem jakim cudem materializowały się one przed naszymi oczami, ale w końcu cała ta budowla służyła sztuce magicznej. Wszystko tutaj przesiąknięte było magią. Przez chwilę zastanawiałem się, kto zsyła na nas te wizje. I w jakim celu? Czy chce nas ostrzec? A może zniechęcić do dalszych działań?

     Z zamyślenia wyrwał mnie stukot zamka. Lydia, nauczona przeze mnie posługiwania się wytrychami, otworzyła skrzynię. Było w niej trochę złota. Przyda się. Było coś jeszcze. Gdy wyciągnęła to z kufra, aż uniosłem brwi w niemym podziwie. Była to szklana tarcza. Z wyglądu podobna nieco do elfiej, ale ze znacznie większymi wypustkami i bardziej bogato zdobiona. Przez chwilę Lydia ważyła ją w ręku.

     - Trochę cięższa. I grubsza. Ale niewiele.

     Obejrzeliśmy ją sobie dokładnie. Była to cenna zdobycz, ale zbyt nieporęczna, by się nią obarczać. Nasze płaskie, elfie tarcze były lekkie, mocne i gładkie, dzięki czemu mogliśmy stosować trik z osuwającym się po niej ostrzem atakującego miecza. Lydia wzruszyła ramionami i schowała znalezisko z powrotem. Udaliśmy się z biegiem strumienia. W pewnej chwili tajemniczy głos znów osadził nas w miejscu. Tym razem jednak mówił z wyraźnie wyczuwalną radością.

     - Arenie, wróciłeś, mój stary przyjacielu!

     Nie wiedziałem, czy mówi do mnie, czy też napotkał ducha arcymaga. Ale sam fakt, że nazwał go przyjacielem, zmroził mnie. Aren miał z tą budowlą więcej wspólnego niż mi się wydawało.

     Otworzyliśmy żelazne drzwi, brodząc po kostki w zimnym strumieniu. Przed nami ukazała się krata. Strumień przepływał przez nią i niknął gdzieś za skalnymi załomami. Na szczęście krata nie zasłaniała całego przejścia. Z boku było wolne miejsce. Brodząc w płytkiej i strasznie zimnej wodzie, znaleźliśmy się w malowniczej, wypłukanej przez wodę jaskini, o gładkich ścianach i naturalnych filarach. Nie byliśmy tu jednak sami. Strażnicy podziemi, draugr i szkielet, wyszli nam naprzeciw. Po jednej strzale na każdego wystarczyło w zupełności.

     Jaskinia skręcała w prawo i lekką kaskadą opadała w dół. Gdy znaleźliśmy się w tym miejscu, Głos znów zabrzmiał pośród otaczających nas skał.

     - Chcesz zakończyć to, czego zakończyć ci się nie udało?!

     Tym razem był wyraźnie wzburzony. Nie poprawiło to naszego samopoczucia. Mocniej ścisnęliśmy w dłoniach łuki. Kręty tunel skręcił w lewo. Poprowadził nas do zawalonego przejścia. Strumień znalazł sobie ujście szczelinami, ale my musieliśmy zboczyć nieco z drogi i zejść do przyległej jaskini, skąd prowadził inny chodnik. A ten zaprowadził nas do niewielkiej groty, również na pół zawalonej. W jednym miejscu znajdowało się ciasne przejście. Ruszyliśmy w tamtym kierunku, ale nagle zatrzymaliśmy się, bowiem oboje wyczuliśmy trolla.

     Wykrycie Życia nie pozostawiało wątpliwości – troll czyhał w wąskim przejściu na nieostrożne ofiary. Nie doczekał się. Dwie szklane strzały błyskawicznie zakończyły jego żywot.

     Przejście zaprowadziło nas do obszernego pomieszczenia. Była to jaskinia, którą nieznane ręce przekuły na dużą salę, wyrównując posadzkę i wygładzając ogrodzenie, w których umieszczono kraty. Na równej posadzce stał dziwaczny most, prowadzący do jakiegoś otworu w skale. Odór trolla był bardzo wyraźny. Na dole przechadzały się dwa szkielety. Na murze ponad nami stał trzeci. Nie bawiłem się w magię Zniszczenia. Wszystkie ustrzeliłem z łuku. Poćwiczyć można w bardziej dogodnych warunkach. Skierowaliśmy się na most. Ale zanim do niego doszliśmy, Głos znów się odezwał. Tym razem zabrzmiał jak ostrzeżenie, pomieszane z pogardą.

     - Po raz kolejny stąpasz w obliczu klęski…

     I po raz kolejny nie doczekał się odpowiedzi z naszej strony.


Labiryntian. Widoczny most, prowadzący do jaskini trolli

     Trolle były dwa. Jaskinia, do której prowadziło to przejście, stanowiła ich legowisko. Pełno było tam poobgryzanych kości, ale nie wyglądały na ludzkie. Cuchnęło tam straszliwie. Czym prędzej opuściliśmy to miejsce i skierowaliśmy się do krat, gdzie ujrzałem dźwignię, która zapewne je otwierała.

     - Nie… - odezwał się znów tajemniczy głos, mrożąc krew w żyłach. – Nie jesteś Arenem, prawda? Przysłał cię tu…

     A więc jednak cały czas mówił do mnie. Nie wiedział, że Aren nie żyje. Ale co ja miałem mu odpowiedzieć? Zamiast tego pociągnąłem dźwignię. Żelazne pręty schowały się w posadzce. Ostrożnie wstąpiłem do czegoś, co wyglądało na kryptę, ale zamiast kamiennych leży, były w niej drewniane rusztowania, a na nich drewniane trumny. Nie wyglądało to na pradawny sposób chowania zmarłych. Bardziej przypominało mi to rodzime obyczaje. Ale nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, bowiem nagle otoczyły nas ogniki.

     Czytałem w Akademii księgę o ognikach i Matkach Ogników, które je przywoływały. Nikt nie wiedział, na czym to zjawisko polegało, ani kim była Matka Ogników. Pewność autor miał tylko co do jednego: Matka Ogników nie była przyjazna ludziom i należało się wystrzegać zarówno jej, jak i jej dzieci, czy może wytworów, które teraz właśnie, świecąc bladobłękitnym światłem, latały sobie swobodnie po całej krypcie. Póki co, nie atakowały nas. Postanowiliśmy więc dać im na razie spokój. Może nie zaatakują. Matki Ogników nigdzie nie dostrzegłem. 

     Wspięliśmy się na drewniany taras. Wciąż cicho i ostrożnie przekradaliśmy się w stronę kładki, skleconej z desek, prowadzącej do niewielkiego otworu w ścianie. Ogniki nie zaatakowały nas. Ich tajemnicza matka nie pokazała się nam. Cieszyłem się z tego, ale też i trochę żałowałem. Chciałbym zobaczyć na własne oczy Matkę Ogników. Księga opisywała ją jako zwiewną, kobiecą postać, pełną niesamowitego wdzięku.

     Mostek zaprowadził nas do następnej jaskini. Nie zdążyliśmy jednak się po niej rozejrzeć, gdy tajemniczy Głos znów zatrzymał nas w miejscu. Tym razem brzmiał groźnie.

     - Czy ostrzegał cię, że twoja własna moc może stać się twoją zgubą? Że sprawi tylko, że będę silniejszy?

     Zamiast odpowiedzi, odruchowo skuliłem się w sobie.

     - Prowadź nas, Maro – szepnąłem tylko.

     Szliśmy uparcie dalej. Robiło się coraz cieplej. W końcu dotarła do mnie znajoma woń rozgrzanego żelaza. Czyżby kuźnia? Ale nie… Dotarliśmy tylko do małej jaskini. Przypominała tę, w której spotkaliśmy Ducha Mrozu i, podobnie jak tamta,  też miała drzwi, tym razem rozpalone niemal do czerwoności.

     - Pewnie spotkamy za nimi Ducha Ognia – uprzedziłem, wyciągając ręce. – Ktoś zadał sobie wiele trudu, aby zapieczętować to miejsce.

     Strzeliłem w drzwi magią Mrozu. Zasyczało, pojawiła się para, ale drzwi puściły. I tak, jak przewidziałem, pojawiła się w nich ognista postać, ubrana w żelazną zbroję. Na nasz widok uniosła miecz. My unieśliśmy swoje. Dwa potężne ciosy odesłały strażnika z powrotem do Otchłani.

     Ostrożnie przeszliśmy przez drzwi, starając się nie dotknąć rozpalonego żelaza. Za nimi znajdował się wąski korytarz, skręcający w lewo i kończący się zakratowaną bramą. Na szczęście, otwartą. Weszliśmy do niedużej, okrągłej komnaty. I w niej napotkaliśmy naszych starych znajomych. Duchy były już, gdy weszliśmy. Ale, o dziwo, tylko trzy.

     - No dalej! – mówił Savos, rozpaczliwym tonem. – Nie możemy się teraz zatrzymywać. Musimy iść dalej.

     To już nie był zdecydowany głos przywódcy. To był głos człowieka, który starał się uciec z pułapki. Widać, nie szukał już przygód. Rozpaczliwie szukał ocalenia dla siebie i swych towarzyszy.

     - Gdzie Elvali – rozległ się głos Atmah, a dziewczyna z przestrachem rozejrzała się po komnacie. - Była tuż za mną!

     W odpowiedzi młody Nord potrząsnął smętnie głową.

     - Nie żyje – szepnął. – Coś dopadło ją  z zaskoczenia. Zginęła, zanim mogłem coś zrobić.

     Atmah ukryła twarz w dłoniach. Ramionami wstrząsnął szloch.

     - Masz rację, to wszystko moja wina! – załkała. – Mamy zawrócić?

     Nord wzruszył ramionami.

     - Powrót tam to raczej kiepski pomysł – mruknął.

     - Gdybyśmy zawrócili, oznaczałoby to nasz koniec – poparł go Savos. – Uda nam się, jeśli będziemy przeć naprzód.

     Urwał na chwilę, po czym pewniejszym głosem powtórzył.

     - Uda się!

     Brzmiało to tak, jakby próbował przekonać sam siebie. A ja stałem się mimowolnym świadkiem rozpaczy trojga wędrowców. Współczułem im z całego serca, ale też gorączkowo zastanawiałem się, cóż takiego mogło spowodować takie spustoszenie pośród młodych wprawdzie, ale jednak magów z Akademii. I wcale nie robiło mi się od tego lżej na duszy.

     - Chodź, dasz radę – szepnął Nord, chwytając dziewczynę za ramię. – Chodźmy…

     Zjawy poznikały.

     - Co mogło pokonać sześcioro magów z Akademii? – westchnąłem przeciągle. – Co ich tak przeraziło?

     Lydia nie odpowiedziała od razu.

     - Magia to potęga – szepnęła. – Ale na pewno są sytuacje, w których lepszy jest miecz i zbroja. Magia to może wspomóc, ale tego nie zastąpi.

     - Pewnie znowu masz rację – skinąłem głową. – Mamy tę przewagę, że jesteśmy przede wszystkim wojownikami. Jak dotąd rzadko posługiwałem się magią.

     - Wspominałeś, że ten głos odbiera ci całą moc – zauważyła. – Może z nimi też się tak stało?

     - Może – odparłem niepewnym głosem. – I wtedy nie zostało im nic. Nie mieli zbroi, ani broni. Wtedy byle przeciwnik jest w stanie ich pokonać.

     Odważniej spojrzeliśmy na siebie, po czym zagłębiliśmy się w wąski, naturalny tunel, który prowadził z komnaty. Na końcu dostrzegliśmy szkielet, którego Lydia rozbiła strzałą. Ale zaraz za nim pojawiły się postaci, jakich nie widziałem jeszcze nigdy przedtem. Po sylwetce i sposobie chodzenia poznałem draugra, ale tylko po tym. Postać była bowiem przezroczysta, jak zjawa, która dopiero co się rozwiała. I towarzyszył jej równie przezroczysty, widmowy pies. Nie mieliśmy czasu na dokładniejsze przyjrzenie się napastnikom, bo oto pies, jak wyrzucony z katapulty, skoczył w moją stronę. Ustrzeliłem go w locie, jak kaczkę. Lydia tymczasem unieszkodliwiła draugra, który okazał się być równie podatny na ciosy jak te, które już znaliśmy.

     Teraz dopiero mogliśmy się im przyjrzeć. Oba ciała wyglądały, jakby wykonano je ze szkła, albo raczej z przejrzystej galarety, uginały się bowiem pod naciskiem naszych butów. Żadne z nas nie wiedziało, co to. Podniosłem i obejrzałem dokładnie łuk, który draugr upuścił przy upadku. Łuk również był przezroczysty. Być może nałożono na niego jakieś zaklęcie, ale nie wiedziałem, jakie. Poza tym, niczym nie różnił się od pradawnych, norskich łuków, jakie często znajdywaliśmy w starożytnych kryptach. Pomyślałem, że warto byłoby go zabrać na pamiątkę, ale poniechałem. Był zbyt wielki i ciężki. No i nawet nie umywał się do naszych, szklanych.

     Ruszyliśmy dalej. Tylko na chwilę zatrzymał nas gniewny Głos.

     - Przyjdź! – zadrwił. – Staw czoło upadkowi!

     Zadrżałem, ale nie zwolniłem kroku.

     Kręty, opadający korytarz doprowadził nas do kolejnej komnaty, przypominającej bardziej górniczy szyb, albo wnętrze pustej wieży. Tam ruszyły na nas kolejne dwa widmowe draugry. Te miały na hełmach coś, co przypominało pióra, albo raczej jelenie poroże. Nie wiedziałem, co to, ale draugry były silniejsze od poprzedniego. Gdy je pokonaliśmy, rzucił się na nas jeszcze szkielet, ale szybko się rozsypał po precyzyjnym sztychu Lydii.

     Na ziemię upadły widmowy topór i miecz. Topór nie interesował mnie, ale chciwie pochwyciłem miecz o fantazyjnej głowni i wąskiej, za wąskiej rękojeści, pozbawionej oplotu. Miecz był znacznie lżejszy, niż norski tej samej wielkości, mimo, iż kształtem żywo go przypominał. No i był przezroczysty. Jakby wykonany ze szkła, lekko zabarwionego na niebiesko. Przez chwilę walczyłem ze swoimi myślami, ale poległem. Żal mi było wyrzucić tak niezwykłą broń. Przytroczyłem ją na plecach, starannie zważając na to, by nie przeszkadzała mi w sięganiu strzał z kołczana.

     Z komnaty wąskie schody w dół doprowadziły nas do bramy. Za nią korytarz skręcał w lewo i znaleźliśmy się nagle w wysokiej komnacie. I tam czekały na nas widmowe draugry, ale nie byli to dla nas przeciwnicy wystarczająco silni, by nas zatrzymać. Z komnaty korytarz powiódł nas do żelaznych drzwi. Trochę zastane, ale dały się otworzyć. Znaleźliśmy się w krypcie.

     Szeroki korytarz krypty wciąż opadał w dół. Po bokach dojrzeliśmy leża dla zmarłych. Posuwaliśmy się więc bardzo ostrożnie, nauczeni doświadczeniem, że w każdej chwili może z nich wstać jakiś draugr. Te jednak, które nas zaatakowały, nie powstały z martwych, lecz po prostu wyszły zza zaułka. I też były przezroczyste. I też miały psa. Doprawdy, miejsce to było tak przesiąknięte magią, że nawet draugry były tu inne.

     Z krypty wyprowadził nas całkiem przyzwoicie wykuty korytarz. Ostrożnie wysunąłem się zza zaułka i nagle… Huk, przed oczami zrobiło mi się ciemno i poczułem przenikliwe, paraliżujące zimno. Byłbym upadł na posadzkę, gdyby Lydia mnie nie przytrzymała. Nadepnąłem na Runę Mrozu. Nie zauważyłem jej, zbyt zaabsorbowany tym, co znajdę za zakrętem.

     - Mam za swoje – mruknąłem. – Trzeba patrzeć pod nogi. Wszystkim to powtarzam, a sam zapominam.

     Musiałem przywołać zaklęcie Leczenia, żeby odzyskać siły. Ruszyliśmy dalej, tym razem uważnie patrząc pod nogi.

     Znowu! Paraliżujący mróz… Poczułem jeszcze, jak Lydia przytomnie odciąga mnie za róg korytarza. Musiałem usiąść, bo nogi zrobiły mi się sztywne. Co jest grane?

     - Magiczna pułapka – odrzekła Lydia, ostrożnie wyglądając za róg. – Klejnot duszy w reflektorze. Pamiętasz Szczyt Postradanej Mowy? Taka sama pułapka.

     Wychyliła się jeszcze raz i oczy rozszerzyły jej się ze zdziwienia.

     - I to nie jedna! – bąknęła. – Stąd widzę aż trzy. Jak my teraz przejdziemy?

     Ostrożnie wyjrzałem za róg. Nie odważyłem się wprawdzie wychylić bardziej, więc ujrzałem tylko dwie, ale i tak musiałem się gwałtownie cofnąć, gdy pierwsza z nich plunęła we mnie Lodową Burzą. Wokół nas pojawiła się mroźna mgiełka.

     - Ktoś zadał sobie wiele wysiłku, żeby utrudnić dostęp do tego miejsca – mruknąłem niezadowolony. – Tu za bardzo nie ma nawet jak porządnie napiąć łuk.

     Mimo wszystko spróbowałem. Najpierw nałożyłem elfią strzałę, jako najcelniejszą, ale po namyśle zmieniłem ją na pradawną, norską, znalezioną przy draugrach. Szkoda było drogiej, elfiej strzały na taką odległość. Udało mi się wystrzelić jedną, ale chybiła. Dopiero druga wybiła z reflektora klejnot duszy, unieszkodliwiając pułapkę. Wziąłem na cel następną…

     Posuwaliśmy się bardzo wolno. Najpierw ja strzelałem do klejnotów duszy, a jeśli mi się udało trafić, przesuwaliśmy się do miejsca, z którego mogłem wybić następny. Ze zdziwieniem naliczyliśmy aż pięć pułapek. Naprawdę ktoś włożył w to wiele wysiłku!

     Z korytarza wąskie schodki prowadziły do ciasnego przejścia, a to z kolei - do małej jaskini. Znów widmowe draugry! Nie czekałem, aż zaatakują. Wyciągnąłem Przedświt i trzasnąłem bliższego w głowę. Zajął się płomieniem, jednocześnie wywołując eksplozję, która zabiła drugiego. W myślach podziękowałem Meridii za ten dar.

     Gdzieś pod nami szumiała woda. Z jaskini prowadził korytarz, kończący się rozwidleniem. Na ścianie przed nami ktoś urządził makabryczną ozdobę – szkielet człowieka, przykuty do ściany. Był dobrze oświetlony, bowiem na końcu lewego, bardzo krótkiego korytarza, płonął spory znicz.

     - To jakaś kaplica – mruknęła Lydia.

     Istotnie, tak to wyglądało. Znicz oświetlał wielki, dwuręczny miecz o pradawnych kształtach, zatknięty tuż za nim. Na jego rękojeści ktoś powiesił żelazny hełm. Czyżby to była broń tego wojownika, który zginął przykuty do ściany? Powiodłem palcem po stalowej głowni. Jarzyła się czerwoną, pulsującą poświatą. Zaklęcie ognia. Cenna broń, ale zbyt ciężka, by się nią obarczać…

     Oderwałem rękę od miecza i wyprostowałem się. Jak zahipnotyzowany ruszyłem w stronę prawego korytarza.

     - Co się stało? – spytała Lydia, widząc moją zmienioną twarz.

     - Słowo – szepnąłem.

     Usłyszałem bowiem tak dobrze znany sobie zew. Wołało mnie Słowo! Zrazu cicho, ledwo słyszalnie, ale im dalej zagłębiałem się w korytarz, tym wyraźniej słyszałem pieśń pradawnych herosów. Zew zaprowadził nas do niedużej jaskini. Naprzeciwko nas stała smocza ściana. Przed nią zaś, na kamiennym podwyższeniu, ktoś ustawił tron, zwrócony w stronę ściany. Jarzące się na poręczach ręce uzmysłowiły mi, że siedział na nim kolejny widmowy draugr.

     Lydia zręcznie trzasnęła mieczem widmo atakującego psa. Ja, ze wzrokiem wbitym w pulsujące na ścianie Słowo, zupełnie machinalnie grzmotnąłem Przedświtem draugra, który wstał i wyszedł mi naprzeciw. Dar Meridii i tym razem pokazał swoją moc, bowiem eksplozja po moim ciosie zabiła mojego przeciwnika od razu. A ja, nie bacząc na nic wokół, podszedłem do ściany. Nie mogłem oderwać wzroku od pulsującego błękitnym blaskiem Słowa, napisanego smoczym alfabetem.

     - Ul – szepnąłem. – Wieczność…

     Słowo oderwało się od ściany i wniknęło we mnie. Lekki zawrót głowy i dźwięczny krzyk herosów, składający się w melodyjny akord. I poczułem się panem czasu. Niemal równy mocą Quaranirowi, który go niedawno zatrzymał. Poznałem trzecie słowo Spowolnienia Czasu.

     Usiadłem na kamiennym podwyższeniu pod tronem. Jakoś nie pomyślałem o tym, że tron byłby wygodniejszym siedziskiem. Ale po takim rytuale nie zawsze miałem jasność w głowie. Musiałem odpocząć.
Ruszyliśmy dopiero po chwili.  A droga zawiodła nas do krótkiego korytarza. Ale tak bardzo nie pasował on do reszty podziemi, że zatrzymaliśmy się przed nim.

     - Nie podoba mi się to – mruknęła Lydia.

     Korytarz był jasno oświetlony. Posadzka wygładzona. Po bokach niskie podwyższenia, a na ich granicy po kilka grubych filarów z każdej strony. Bardziej przypominało to część zabudowy jakiegoś pałacu niż podziemny korytarz. Ostrożnie postawiliśmy pierwsze kroki.

     Nasze przeczucia ziściły się co do joty. Nagle zza filarów wysunęły się draugry i otoczyły nas ze wszystkich stron. Było ich chyba z pięć, czy sześć, a na domiar złego towarzyszyły im dwa szkielety. Za blisko na łuk. Odrzuciliśmy je więc czym prędzej i dobyliśmy mieczy. W samą porę.

     Pierwszy cios odbiłem mieczem, bo nie zdążyłem jeszcze sięgnąć po tarczę. Trzasnąłem końcem głowni atakującego mnie draugra i wtedy wreszcie uchwyt tarczy wskoczył mi w lewą rękę. Poczułem się pewniej, mogąc się osłonić. Jednak ciosy, które na mnie spadały, choć nieco bezładne, były zadawane dwuręcznymi mieczami i toporami. W dodatku było ich tak wiele, że nie sposób traktować ich wybiórczo i odpowiednio ustawiać osłonę. Trzeba było po prostu trzymać tarczę z całej siły przed sobą, i spróbować szybko wyeliminować przynajmniej część z przeciwników, żeby nie zginąć pod gradem ciosów. Na pomoc Lydii nie miałem, co liczyć – sama miała niemałe kłopoty. Używać Głosu też nie chciałem, właśnie ze względu na nią. Znaleźliśmy się naprawdę w rozpaczliwej sytuacji.

     Pomógł mi dar od Meridii. Po kilku cięciach, Przedświt uwolnił swą magię i wywołał potężną eksplozję. Zmiotła ona szkielety, a draugrami zachwiała na tyle, że zdołaliśmy przecisnąć się między nimi i stanąć po jednej stronie, w wąskim wejściu do korytarza, obok siebie. Teraz było już łatwiej. Mogliśmy sobie wzajemnie pomagać, a przeciwnicy nie mogli atakować nas jednocześnie, bo przejście było za wąskie. Położyliśmy po jednym nieumarłym, gdy Przedświt wywołał następną eksplozję. Ta dokończyła dzieła. Oczy draugrów pogasły, a one same osunęły się na ziemię.

     - Bądź pozdrowiona, Meridio – szepnąłem resztką sił.

     Byliśmy tak wyczerpani, że jednocześnie usiedliśmy na ziemi. Przywołałem Uzdrawiający Dotyk i rzuciłem dwie porcje magii Przywracania w Lydię.

     - Nic mi nie jest – zaprotestowała. – Zajmij się sobą. Krwawisz.

     Istotnie, jeden z draugrów tak mocno trzasnął toporem w moją tarczę, że ta odskoczyła i jej krawędź rozorała mi policzek. Dobrze, że miałem hełm, bo inaczej wbiłaby się jeszcze głębiej. Zaleczyłem sobie rany i poczułem się lepiej. Spojrzeliśmy po sobie.

     - Ruszamy? – spytała Lydia.

     Skinąłem głową i uśmiechnąłem się. Odwzajemniła uśmiech, a wesołe ogniki zajarzyły się w jej ciemnych oczach.

     - Jak sobie życzysz, tanie.

     Prychnąłem z dezaprobatą.

     - Będę cię chronić własnym życiem!

     - Nie pogrążaj się – zgrzytnąłem zębami.

     - I wszystkiego, czego posiadasz – dodała, siląc się na powagę.

     Podniosłem na nią wzrok.

     - Naprawdę? – spytałem, wyszczerzywszy zęby. – Czy mam rozumieć, że tego, co uznam za najcenniejsze, będziesz strzec z największym zaangażowaniem?

     Spoważniała i spojrzała na mnie pytająco.

     - Więc strzeż mojej żony! – szepnąłem jej do ucha. – To mój najcenniejszy skarb.

     Uśmiechnęła się tak miło i tak ciepło, że zrobiło mi się błogo. Musiałem ją pocałować.

     Ruszyliśmy dalej. Korytarz prowadził do niewielkiej komnaty, w której znów ujrzałem ducha Savosa. Niemal łkał.

     - Cóż innego mogliśmy uczynić? – jęczał. – Zostać tam i umrzeć wraz z nią? Nie chciała iść dalej, nie mieliśmy wyboru!

     Nie wiedziałem, do kogo to mówił, bo nie zdołałem ujrzeć innego ducha. Usłyszałem tylko głos, ale nie dam głowy, czy nie należał przypadkiem do Savosa.

     - Zgoda, trzymamy się razem…

     Zjawa znikła. A szeroki korytarz, skręcający w lewo, wyprowadził nas z komnaty i zawiódł do solidnej, drewnianej, okutej żelazem bramy. Otworzyliśmy ją i naszym oczom ukazał się niezwykły widok.

     Dopiero później, z książek, dowiedziałem się, że to miejsce nazywa się Trybuny Labiryntu i naprawdę na taką nazwę zasługiwało. Istotnie, wyglądało, jakby miały się tu odbywać jakieś magiczne rytuały, obserwowane przez wtajemniczonych. Całość znajdowała się w ogromnej jaskini. Kamienna budowla po lewej stronie przypominała trochę widownię, a może raczej rozległy taras, na który prowadziły schody. Nad nim, wysunięte, niby dzioby atakującej czapli, znajdowały się kamienne balkony, zbudowane w pradawnym, smoczym stylu, charakterystycznym dla norskich budowli. Ale jeszcze dziwniejsze było to, co właśnie odbywało się w tym pomieszczeniu.

Trybuny Labiryntianu.

     Otóż, na obu balkonach stały… widma. Po sylwetkach poznałem, że to magowie, albo może raczej ich duchy. Nieprzerwany, ciągły strumień magii, kierowali na taras, leżący naprzeciw balkonów. A tam, pod błękitną kopułą magicznej energii tkwił smoczy kapłan, a raczej to, co pozostało z niego po śmierci.
Zrozumienie, co się dzieje, zajęło mi kilka minut. Otóż, dwa zniewolone duchy magów utrzymywały nad kapłanem barierę ochronną, ale nie po to, żeby go chronić, ale aby chronić świat przed nim. Dlaczego, o tym dowiedziałem się później. Dużo później. Otóż ów kapłan, imieniem Morokej, był nie tylko niezmiernie potężny, ale i zły do szpiku kości. Uwolniony, byłby ogromnym zagrożeniem dla świata. Nie można było zostawić go samego sobie. Skąd ci magowie się wzięli, nie wiedziałem. Czyżby to byli ci, których przywiódł tu Savos? Chyba nie…

     Wiedziałem jednak jedno – Morokej musi umrzeć. Zbyt potężnym był magiem, by obawiać się czarów, ale czy zdoła przeciwstawić się wojownikowi?

     Wspięliśmy się na trybunę i stanęliśmy w idealnym miejscu do strzału. Niestety, obie strzały odbiły się od bariery, nie czyniąc kapłanowi krzywdy. Trzeba było najpierw ją zdjąć. Ale jak?

     - Trzeba chyba zabić te… duchy – szepnąłem przez ściśnięte gardło.

     - Zabić? – Lydia uniosła brwi. – Nie myśl tak. Trzeba je uwolnić, nie zabić. Przecież ich ciała już nie żyją.

     Miała całkowitą rację. Odetchnąłem z ulgą. Świadomość, że wyświadczam im nieocenioną przysługę, uwolniła mnie od wyrzutów sumienia. Napiąłem łuk i wycelowałem w bliższego.

     Nie wiem, jak to się dzieje, że na niemal wszystkie napotkane w Skyrim duchy zjawy i inne ezoteryczne stworzenia, działa normalna broń. Tolfdir tłumaczył mi kiedyś, już długo po wydarzeniach w Labityntianie, że to nie sama broń zabija, tylko wola i energia życiowa wojownika. Jednak broń bardzo pomaga w ich ukierunkowaniu, podobnie jak czyni to magiczny kostur. Gdy strzała przeszywa ducha, uwalnia się wola wojownika, która traktuje go, jakby był żywym człowiekiem. Śmiertelnie trafiony duch po prostu się rozwiewa, ale oczywiście nie umiera. Jeśli duch krąży po ziemi, to znaczy że został przez jakąś moc zniewolony i nie może jej opuścić. Ta chwila, która wygląda jak śmierć, jest w rzeczywistości uwolnieniem, chwilą niezwykłej ulgi dla owego ducha, który może się już przenieść w zaświaty.

     Duch maga jęknął i… Rozwiał się, wydając westchnienie ulgi. Strumień magii między nim i barierą zniknął. Zapewne teraz się uda. Wybrałem ebonową strzałę i wycelowałem w Morokeja. Brzęk cięciwy i… Grot odbił się od błękitnej poświaty. Trzeba będzie najpierw uwolnić drugiego maga.

     - Strzelisz w drugiego maga, ale dopiero, gdy ci powiem – odezwałem się do Lydii.

     Ta spokojnie skinęła głową. Napiąłem łuk i wycelowałem w Morokeja.

     - Teraz!

     Strzała Lydii pomknęła ku błękitnej postaci. Nie patrzyłem w tamtą stronę. Usłyszałem tylko znów jęk i westchnienie ulgi. Ale magiczna bariera znikła, jak zdmuchnięta. W tym momencie wypuściłem swoją strzałę. Trafiła. Cios był tak mocny i niespodziewany, że Morokej zachwiał się, jakby miał upaść. Ale okazało się, że był za silny, aby położyła go jedna strzała. Podniósł magiczny kostur i skierował go w moją stronę.

     W tym momencie jednak zachwiał się znów, gdy dostał strzałę od Lydii. Zatoczył się jak pijany, dając mi sposobność do wpakowania w niego trzeciej strzały. To wystarczyło. Duch kapłana zakręcił się, jak w tańcu i… Rozsypał się, tworząc kupkę błyszczącego pyłu. Na posadzkę, z cichym łoskotem, upadły tylko jego maska i kostur, który potoczył się po kamiennym tarasie.

     Kostur…

     Czyżby to było to, czego szukamy?  Z wahaniem zstąpiłem o kilka stopni i wszedłem na most, łączący trybunę z tarasem. Podszedłem do kupki błękitnego popiołu, jaka pozostała z kapłana i jednocześnie uniosłem oba przedmioty.

     Maska Morokeja była niewątpliwie zaklęta. Było to tak cenne znalezisko, że nie zamierzałem go tu zostawiać. Ale jeszcze bardziej zainteresował mnie kostur, pulsujący magiczną poświatą. Był prosty w formie, bez żadnych wyrafinowanych ozdób, a w główkę oprawiony miał klejnot duszy. To musiało być to! Laska Magnusa. Zaklęcie było podobne w działaniu do tajemniczego Głosu – odbierało atakowanemu magiczne siły. A gdy te wyczerpywały się do zera, zabierało mu siły witalne. O tym dowiedziałem się dopiero później, podczas dokładnych studiów nad owym magicznym przedmiotem. Ale, co najważniejsze, istotnie była to Laska Magnusa. Udało się. Jest szansa ocalić Akademię!

     - Chodźmy – ponagliła mnie Lydia. – Wracajmy do Akademii. Kto wie, co Ancano tam wyprawia.

     - Chodźmy – zgodziłem się z nią, pakując laskę za pas. – Może znajdziemy tu jakieś inne wyjście?

     Wyjście było tuż za trybuną. Spore drewniane drzwi zasłaniały przejście do szerokiego korytarza. Zagłębiliśmy się weń, ale już na początku stanęliśmy jak wryci, bowiem znów ukazał się nam duch Savosa.

     Arcymag nie przypominał ani trochę silnego przywódcy Akademii. Był załamany. Z oczu leciały mu łzy, których nie próbował nawet ukryć. Zresztą, jak wywnioskowałem z jego mowy, nie miał przed kim…

     - Wybaczcie mi, przyjaciele… - łkał. – Tak mi przykro! Nie miałem wyboru… To był jedyny sposób, by upewnić się, że ten potwór nigdy nie ucieknie! Przysięgam, że nigdy więcej do tego nie dopuszczę. Zapieczętuję to miejsce…

     Byłem wstrząśnięty. A więc to jednak Savos zostawił swoich zniewolonych przyjaciół, aby strzegli pułapki Morokeja! Zapewne już wtedy nie żyli. Możliwe nawet, że stało się to za ich zgodą, gdy przejęci skutkami mimowolnego uwolnienia smoczego kapłana, sami się poświęcili dla dobra ludzkości. Magowie byli do tego zdolni, zwłaszcza młodzi, pełni ideałów studenci. Jednakże nigdy nie miałem się dowiedzieć, jak było naprawdę. Ci, którzy wiedzieli, odeszli na zawsze.

     Zjawa rozwiała się. A my, milcząc, wstąpiliśmy do chodnika, który piął się lekko w górę i kończy drzwiami z masywną zasuwą. Odsunąłem ją i otworzyłem drzwi. Za nimi znajdował się następny korytarz, po chwili skręcający w prawo, a zaraz potem w lewo. Naszym oczom ukazała się komnata, ale wejście do niej zamknięte było kratą. Na szczęście tuż obok znajdowała się dźwignia, która ją podnosiła.

     Weszliśmy do komnaty, Była pusta, ale naprzeciw miała drewniane drzwi. Ruszyliśmy w tamtą stronę, gdy nagle drzwi otworzyły się same. Tak nas to zaskoczyło, że mimowolnie dobyliśmy broni.

     W drzwiach, z szerokim uśmiechem na wąskiej twarzy, stał nieznany mi Altmer, w stroju thalmorskiego maga. Widok był tak zaskakujący, że znieruchomieliśmy ze zdziwienia.

     - A więc, udało ci się przeżyć – wycedził Thalmorczyk drwiącym głosem. – Ancano miał rację… Jesteś zagrożeniem.

     To mówiąc, wciąż zbliżał się do nas wolnym krokiem.

     - Obawiam się, że muszę odebrać ci ten kostur – cedził dalej przesłodzonym głosem. – Ancano nie chce, by był w niepowołanych rękach.

     Dotknął ręką czoła, w kiepskim, aktorskim geście, udając, że właśnie sobie coś przypomniał.

     - Aha – uśmiechnął się paskudnie. – I chce też twojej śmierci.

     Wzruszył ramionami.

     - To nic osobistego – zapewnił mnie ze złośliwym uśmieszkiem.

     Nie wytrzymałem. Z całej siły trzasnąłem go mieczem w tę uśmiechniętą gębę. Byłbym mu ją rozpłatał na dwoje, gdyby w ostatniej chwili nie przywołał jakiegoś czaru ochronnego, które osłabiło mój cios na tyle, że jego głowa odskoczyła tylko w tył, i pojawiła się na niej lekka szrama. Ale uśmiech zniknął, jak zdmuchnięty.

     - Z drogi! – warknąłem, wznosząc miecz, do kolejnego ciosu.

     - Nie masz szans, głupia istoto! – wrzasnął Thalmorczyk, przywołując zaklęcie błyskawic. – Nie trzeba było tu przyłazić!...

     Zgubiła go jego własna arogancja, właściwa jego ziomkom. Gdy mówił, przyzwyczajony był do tego, że nikt mu nie przerywał i każdy wysłuchiwał jego przemowy do końca. Tymczasem ja nie miałem dla niego nawet tej części szacunku, wymaganej do wysłuchiwania jego przemowy choćby do połowy. Nie czekając, aż skończy i poczęstuje mnie piorunem, trzasnąłem mieczem po raz drugi. Tym razem nie zdążył się zasłonić. Zapewne nawet by nie zdołał. Urwał w połowie słowa i zalał się krwią. Legł u naszych stóp, nie wydając nawet jęku.

     Z okrutną obojętnością przekroczyliśmy jego ciało i przeszliśmy do krypty za drzwiami i wspięliśmy się na schody. Tam ujrzeliśmy kolejne drzwi z zasuwą. Po jej odsunięciu weszliśmy do rozległego, ale na szczęście niezbyt wysokiego szybu. Na sklepieniu ujrzeliśmy niezbyt dokładnie zamknięte drewnianą, rozlatującą się klapą wyjście. A do niego prowadziła drabina, również w nie najlepszym stanie.

     Lydia wspięła się pierwsza. Ja za nią. Znaleźliśmy się na czymś, co kiedyś zapewne było balkonem, ale teraz stanowiło jedynie stertę gruzów. Powoli, aby nie skręcić karku, zsunęliśmy się po resztkach muru na dół i stanęliśmy na ziemi.

     - Gdzie jesteśmy? – rozejrzałem się wokół.

     - Wciąż w Labiryntianie – odparła. – Stamtąd przyszliśmy – wskazała ręką.

     Istotnie, ujrzałem we wskazanym kierunku schody do wysokiego budynku, a za nimi, bramę, którą weszliśmy. Zerknąłem w górę.

     - Zaraz zacznie szarzeć – mruknąłem. – Chodźmy. Może dojdziemy chociaż do fortu Dunstad.

     - I tak dojdziemy w nocy – ziewnęła, uzmysławiając mi, jak bardzo jestem zmęczony.

     Chwyciliśmy się za ręce i ruszyliśmy w kierunku bramy. Spiesznie. Czekała nas daleka droga.