sobota, 14 maja 2016

Rozdział XXXI - Szczur zapędzony w kąt

     Mieliśmy szczęście – napotkaliśmy woźnicę, który jechał do Białej Grani. Zapłaciliśmy mu i wpakowaliśmy się na wóz. Koń ruszył z kopyta. Wczesnym popołudniem byliśmy już w domu.

     Zmieniłem zdobytą zbroję na swoją, lepiej dopasowaną i nie zwlekając wyruszyliśmy do Rzecznej Puszczy. Delphine na nasz widok wyraźnie odetchnęła.

     - Przynajmniej udało ci się wyjść z tego cało – powiedziała, schodząc do pokoiku w piwnicy. – Przechowałam twoje rzeczy u siebie w pokoju, tak jak obiecałam.

     Wskazała na stojącą pod ścianą skrzynię, po czym stanęła za stołem, w swojej ulubionej pozie, oparta wyprostowanymi rękami o blat.

     - I jak? – spojrzała na mnie. – Wiemy coś więcej?

     - Thalmorczycy nie wiedzą o smokach – odrzekłem.

     - Naprawdę? – uniosła brwi. – Trudno w to uwierzyć… Wiesz to na pewno?

    - Tak, nie mam wątpliwości – odparłem, rzucając na stół wszystkie zdobyte dokumenty. – Szukają kogoś o imieniu Esbern.

     - Esbern? – zdumiała się. – To on żyje?

     Próbowała ukryć wzruszenie, ale nie bardzo jej się udało.

     - Byłam pewna, że Thalmor dopadł go już dawno temu – szepnęła. – Ten szalony starzec… Choć to logiczne, że Thalmor, próbując odkryć, o co chodzi z tymi smokami, będzie próbował go odnaleźć.

     Zaczęła studiować dokumenty. Na widok swego własnego dossier, prychnęła z pogardą, po czym, jakby sobie o czymś przypomniała, wbiła we mnie wzrok.

     - Czytałeś?

     - Nie mogłem się oprzeć – uśmiechnąłem się. – Nie martw się, tam są same pochlebne rzeczy, przynajmniej z naszego punktu widzenia.

     Przebiegła po nim wzrokiem.

     - To o informacji dla trzeciego emisariusza też czytałeś? – spojrzała spod brwi, ale zauważyłem wesołą iskrę w jej oku.

     - Też – odparłem.

     - I nie kusi cię? – podniosła głowę. – Wiesz, gdzie mieszkam. Trzeci emisariusz dałby wiele złota za taką informację.

     - Trzeci emisariusz już nikogo niczym nie obdaruje – burknąłem. – Zawarłem z nim krótką znajomość. To Rulindil. Oficjalnie mag, nieoficjalnie oprawca, torturujący więźniów. Nakrył mnie w areszcie.

     - I? – spojrzała wyczekująco.

     - I nic – wzruszyłem ramionami. – Posłałem go do piachu. Co miałem zrobić?

     Dotknęła dłonią czoła, w geście bezsilności.

     - Czy wiesz, że teraz sam jesteś na ich liście? – szepnęła. – To było ogromne głupstwo.

     - To była konieczność – odrzekłem.

     I opowiedziałem jej o przebiegu misji.

     - Malborn powiedział, że uda się do Wichrowego Tronu – dodałem na końcu.

     Westchnęła przeciągle.

     - Palisz za sobą mosty…

     Ale nic więcej nie powiedziała, tylko zagłębiła się w dokumenty. W końcu uniosła głowę, ale jej spojrzenie stało się nieobecne. Zamyśliła się.

     - Czego Thalmor może chcieć od Esberna? – spytałem.

     Spojrzała na mnie trochę rozkojarzona, ale odpowiedziała przytomnie.

     - Poza pragnieniem zabicia każdego członka Ostrzy, jakiego uda się wytropić? – skrzywiła wargi w ironicznym uśmiechu, ale natychmiast spoważniała. – Esbern był jednym z archiwistów Ostrzy, jeszcze zanim Thalmor rozbił nas podczas Wielkiej Wojny. Starożytna wiedza o smokach, jaką dysponowały Ostrza, nie miała przed nim tajemnic. Był nią niemal opętany. Wtedy mało kogo to obchodziło. Wygląda na to, że nie był taki szalony, jak się wszystkim wydawało…

     - Więc Thalmor uważa, że Ostrza wiedzą o smokach… - mruknąłem zamyślony.

     - Co za ironia, prawda? – uśmiechnęła się smutno. – Odwieczni wrogowie zakładają, że każda katastrofa musi być dziełem drugiej strony… Tak czy siak, musimy znaleźć Esberna, zanim oni to zrobią. Jeśli ktoś wie, jak powstrzymać smoki, to właśnie on. Wiedzą, gdzie go szukać?

     - Chyba im się wydaje, że on ukrywa się w Pękninie – odezwała się Lydia.

     - W Pękninie, co? – odparła Delphine z przekąsem. – W takim razie pewnie gdzieś w Szczurzych Norach. Gdybym musiała się gdzieś ukryć, to właśnie tam.

     Klepnęła mnie po przyjacielsku w ramię.

     - Ruszaj do Pękniny – powiedziała, patrząc mmi w oczy. – Porozmawiaj z Brynjolfem.

     - Z Brynjolfem? – wybałuszyłem oczy. – Z tym złodziejem?

     - Ma wiele znajomości – odparła Delphine. – Zawsze to dobry punkt wyjścia.

     Westchnąłem przeciągle. Akurat musiałem trafić na tego jedynego mieszkańca Pękniny, z którym nie chciałem mieć nic wspólnego!

     Delphine tymczasem zaśmiała się cicho.

     - O… - uniosła w górę palec. – A gdy już znajdziesz Esberna… Jeśli myślisz, że ja mam paranoję, przygotuj się na niezłą przeprawę, jeśli chcesz go nakłonić, żeby ci zaufał. Po prostu – zniżyła głos – zapytaj go, gdzie był trzydziestego dnia Pierwszych Mrozów. Będzie wiedział, co to znaczy.

     Wyruszyliśmy niezwłocznie. Thalmor wiedział już, że informacja o prawdopodobnym pobycie Esberna w Pękninie, wpadła w moje ręce. Musiał nas uprzedzić, więc zapewne nie zwlekając wysłał tam swojego agenta. Nie było czasu do stracenia. Do Pękniny dotarliśmy bez przygód, na drugi dzień, pod wieczór. Brynjolfa nie było już przy straganie, więc zajrzałem do gospody. Okazało się, że dobrze trafiłem. Stał tam, oparty o ścianę i obserwował gości, zapewne knując pod swą rudą czupryną, jak tu dobrać im się do sakiewek.

     Nie miałem ochoty na tę rozmowę, ale co innego mogłem zrobić? Zaczepiłem go sam i przypomniałem mu się. Okazało się, że ma doskonałą pamięć.

     - Cieszę się, że w końcu wrócił ci zdrowy rozsądek – odezwał się głosem znacznie cieplejszym, niż bym się tego spodziewał. – Chcesz sobie trochę dorobić?

     Potrząsnąłem głową.

     - Tak naprawdę to szukam tego starca, który ukrywa się w Pękninie.

     Spojrzał na mnie badawczo i nagle stracił ochotę na współpracę.

     - Liczysz na darmowe informacje, hę? – prychnął. – Najpierw pomóż mi z interesem, a zobaczymy co mogę dla ciebie zrobić. Poza tym, chyba ci się trochę lekko w kieszeni zrobiło, co? – dodał kpiąco i ruszył w stronę baru.

     Złapałem go za ramię.

     - Zaczekaj, chcę tylko uzyskać informacje – mówiąc to, zabrzęczałem sakiewką, dając mu do zrozumienia, że jestem gotów zapłacić.

     - I jestem zajęty – wzruszył ramionami. – Pomóż mi, a ja pomogę tobie, a przy okazji nieco zarobisz. Tak to już jest. Do następnego spotkania, młody!

     I odszedł, nie oglądając się za siebie.

     Westchnąłem przeciągle i spojrzałem na Lydię.

     - I co teraz? – spytałem.

     Ku mojemu zdziwieniu, moja towarzyszka uśmiechała się.

     - On wiedział, że się nie zgodzisz – skwitowała.

     - Wiedział – skinąłem głową. – Dałem mu to do zrozumienia przy naszym pierwszym spotkaniu.

     - I mimo to zaproponował ci to samo… - przekrzywiła głowę. – To przecież dobra wiadomość. Czy to aby nie jest pretekst, aby nic ci nie powiedzieć?

     - Chcesz powiedzieć, że on kryje Esberna? – uniosłem brwi.

     - Na to wygląda – odrzekła. – Może znajdziemy sposób, żeby go przekonać, a na razie proponuję poszukać na własną rękę. W Szczurzych Norach.

     - Tak zrobimy – odrzekłem. – Nie wiem, gdzie to jest, ale na pewno ktoś tutaj wie.

     Spytałem pierwszego lepszego gościa. Opisał mi drogę. Trzeba było zejść na podest nad kanałem i tam na jego końcu znajdowały się drzwi. Ostrzeżono nas, że mieści się tam kryjówka Gildii Złodziei, a oni nie przepadają za gośćmi. Mimo to udaliśmy się tam niezwłocznie.

     Schody za drzwiami prowadziły w dół. Wszędzie czuć było stęchliznę, wilgoć, brud, smród i chłód. Szczurze Nory były po prostu labiryntem podziemnych korytarzy, piwnic, lochów i nie wiadomo czego jeszcze. Tym tylko różniły się od odwiedzonych przeze mnie jaskiń, że wykonała je ręka człowieka. Już na wstępie zaatakowało nas dwóch zbirów, nie wiadomo z jakiego powodu. Nie dali nam rady i wkrótce nam ulegli, ale nie było to miłe powitanie w podziemnym świecie. Trochę pobłądziliśmy po korytarzach i piwnicach, aż wreszcie znaleźliśmy się w oświetlonej salce, z której prowadziło kilka wyjść. Jedno z nich wychodziło na podnoszony mostek, który zauważyłem już poprzednio, z drugiej strony. Niestety, mostek był podniesiony, a opuścić go z tamtej strony się nie dało. Mogłem to jednak zrobić teraz – i zrobiłem. Przyda się droga odwrotu. Kilka innych wyjść było ślepych, ale jedno prowadziło do solidnych drzwi, na której ktoś gwoździem wyskrobał napis „Wyszczerbiona Bania”. Weszliśmy tam. Znaleźliśmy się w dużym pomieszczeniu, którego centrum stanowił zbiornik wodny, przypominający okrągły basen, okolony kamiennym chodnikiem. Po przeciwnej stronie ujrzałem prowizorycznie urządzoną gospodę, z kilkoma stolikami, krzesłami i ladą. Gospoda miała kilku podejrzanie wyglądających gości. Ani chybi trafiliśmy na kryjówkę Gildii Złodziei.

Pęknina - Wyszczerbiona Bania - siedziba Gildii Złodziei

     Poszliśmy w tamtym kierunku, uważnie łypiąc oczami na boki. W przejściu stał jakiś zbir, który zmierzył mnie wzrokiem i mruknął:

     - Trzymaj się z dala od kłopotów, albo będą kłopoty.

     Skinąłem tylko głową na tę porażającą logikę i podszedłem do lady. Nie zdążyłem jeszcze otworzyć ust, gdy długowłosy barman zwrócił się do mnie nieprzyjemnym tonem.

     - Mam nadzieję, że stać cię, żeby zapłacić za napitki. Tutaj nie dajemy nic za darmo!

     Puściłem jego uwagę mimo uszu. Oparłem się o ladę.

     - Szukam pewnego starca, ukrywającego się gdzieś w Pękninie – odezwałem się półgłosem.

     Wzruszył ramionami.

     - Wokół jest pełno starców – mruknął. – Nie wiem, jak mógłbym ci pomóc.
Zacząłem tracić nadzieję.

     - Muszę z nim porozmawiać! – odezwałem się błagalnym tonem. – Jesteśmy przyjaciółmi. Jego życie jest w niebezpieczeństwie.

     Spojrzał mi prosto w oczy.

     - Urzekła mnie twoja historia – odparł. – A teraz zejdź mi z oczu.

     Opuściłem głowę. Jak tu do nich trafić? Nie ufają nikomu, co w sumie mnie nie dziwi, ale jak ich przekonać, że nie stanowię zagrożenia.

     Nagle mój wzrok padł na sakiewkę, przytroczoną do pasa. Może choć ten argument wezmą pod rozwagę? Chwyciłem ja i położyłem na ladzie.

     - Może to pomoże ci na pamięć?

     Niepewnie podrapał się palcem za uchem. W oczach pojawił się błysk chciwości. Z wahaniem chwycił sakiewkę i zważył ją w dłoni. Była ciężka. Zawierała przeszło trzysta sztuk złota. Niewyraźny grymas przebiegł mu po twarzy. Wyraźnie się wahał.

     - Cóż – zająknął się. – Skoro tak to ujmujesz, to chyba znam starca, o którym mówisz.

     Zerknął na drzwi, znajdujące się za nim.

     - Zadekował się w Szczurzych Norach. Rzadko stamtąd wychodzi. Ktoś przynosi mu żarcie i inne rzeczy. Z tego co słyszałem, to szurnięty staruch. Trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby tam siedzieć.

     Skinąłem głową i przesunąłem sakiewkę w jego stronę. Złapał ją i zręcznym ruchem wsunął za brudną koszulę. A ja skierowałem się do wskazanych drzwi. Lydia podążyła za mną.

     - Uważaj – dobiegł mnie jeszcze głos barmana. – Nie tylko ty go szukasz.

Wyszczerbiona Bania - Bar Vekela Człowieczego


     Jego słowa potwierdziły się niemal natychmiast po tym, jak zamknęliśmy za sobą drzwi i znaleźliśmy się w ciemnym korytarzu. Na jego końcu jednak znaleźliśmy światełko. Podążyliśmy ostrożnie w tamtym kierunku. I znaleźliśmy się w przestronnym zadziwiająco jasno oświetlonym pomieszczeniu. Przed nami droga urywała się, jednak chodnik skręcał i prowadził w lewo, skrajem płytkiej przepaści, prosto na mostek po przeciwnej stronie zagłębienia. Poniżej dostrzegłem zakratowane okna, a w niej jakąś ludzką sylwetkę, z pochodnią w ręce. Po naszej stronie, pod przepaścią znajdował się taras, będący przedłużeniem podziemnego korytarza, a jeszcze niżej – grunt. Staliśmy więc na szczycie czegoś w rodzaju dwupiętrowego tarasu.

     Już miałem zamiar ruszyć, gdy Lydia chwyciła mnie za ramię.

     - Thalmorski żołnierz – szepnęła mi do ucha.

     Przyjrzałem się majaczącej w korytarzu postaci. Rzeczywiście, miał na sobie elfią zbroję! Niewiele się namyślając, zerwałem z pleców łuk. Skoro Thalmor dotarł aż tutaj, to znaczy, że zjawiliśmy się w ostatniej chwili i nie było czasu na negocjacje. Posłałem mu strzałę przez kraty. Pocisk nie zabił go, w dodatku zaalarmował pozostałych. Zdążyłem jeszcze wpakować mu drugą, tym razem śmiertelną strzałę, zanim na mostek wbiegł thalmorski mag.

     Lydia nie zasypiała gruszek w popiele. Strzała, jaką wpakowała mu w pierś, zatrzymała go. Wtedy ja strzeliłem, celując w oko. Nie trafiłem tam gdzie chciałem, ale i tak zwalił się z mostku dwie kondygnacje niżej i poniósł śmierć na miejscu. Trzeci żołnierz wypadł na nas z mieczem, a ujrzawszy łuki w naszych rękach, zręcznie uniknął strzał i rzucił się na nas.

     Chwyciłem miecz i tarczę. Starłem się z nim w śmiertelnej wymianie ciosów. Jego broń była dziwna, wyglądała, jak zbudowana z błękitnej poświaty. Wydała się nierealna, ale ciosy, jakie zadawała, były jak najbardziej rzeczywiste. Elf był dobrym szermierzem. Trafił mnie kilka razy, jednak doskonała elfia zbroja zamortyzowała uderzenia. Mimo podobnego uzbrojenia, miałem nad nim przewagę. Był nią Przedświt. Zbroja przeciwnika szybko zajęła się płomieniem i zaczęła go parzyć. To wystarczyło, żeby się odkrył i wtedy wbiłem miecz w szczelinę miedzy blachami. Trysnęła krew i zasyczała, gdy na drodze napotkała rozpalony kirys. Żołnierz wywrócił oczy i z chrzęstem zbroi padł na plecy. Jego tajemniczy miecz zniknął, wprawiając mnie w zdumienie. Po prostu zniknął! Jak to możliwe? Czyżby nie był to prawdziwy oręż, tylko jakaś skoncentrowana magia*?

     Nie było czasu nad tym deliberować. Przeszliśmy przez mostek i zagłębiliśmy się w kolejnym labiryncie. Przeszliśmy przez wijące się korytarze na niższą kondygnację, potem na schody, prowadzące do jasno oświetlonej komnaty, w której ktoś urządził sobie skromny skarbczyk, a potem dalej w ciemne korytarze. Czasami znajdowaliśmy ślady ludzkiej bytności, jak miskę z kawałkiem strawy, stolik i krzesło, a na stoliku kaganek. Generalnie, nie było to przyjemne miejsce i rzeczywiście trzeba było mieć nie po kolei w głowie, żeby zaszyć się akurat tutaj.

     Minęliśmy kilkoro zamkniętych drzwi. Czasami słychać było zza nich ludzkie głosy. Zwłaszcza jedne drzwi nas zastanowiły. Były masywne. Naprawdę masywne! Przypominały raczej drzwi od skarbca, albo więziennej celi. Czyżby to tu ukrywał się Esbern?

     Zapukałem. Echo rozniosło ten dźwięk po całych Szczurzych Norach. Nastała cisza, ale już po chwili uchyliło się małe, zakratowane okienko w drzwiach. Zamajaczyła tam twarz krzepkiego starca.

     - Idź sobie! – odezwał się nad podziw mocnym i dźwięcznym głosem.

     - Esbern? – zapytałem.

     Ujrzałem w jego oczach przestrach. I coś jeszcze. Coś, jakby desperację.

     - Otwórz drzwi – odezwałem się łagodnym głosem. - Nie mam złych zamiarów.

     - Co? – odparł starzec. – Nie… To nie ja. Nie nazywam się Esbern. Nie wiem, o czym mówisz.

     Przyszło mi do głowy, że wyprawa w elfiej zbroi to nie najlepszy pomysł. Moje thalmorskie skorupy musiały budzić w nim nieufność.

     - Spokojnie – uśmiechnąłem się. – Przysyła mnie Delphine.

     - Delphine? – starzec otworzył szeroko oczy. – Jakim cudem udało ci się ją znaleźć?

     I w tym momencie uświadomił sobie, jakie palnął głupstwo. Parsknął ze złością.

     - A ona skierowała cię tutaj! – zagrzmiał. – I oto jestem, złapany w pułapkę niczym szczur!

     - W Szczurzych Norach są agenci Thalmoru – jęknąłem, widząc, że nie zdołam go przekonać. – Szukają cię.

     - Na pewno z nimi współpracujesz – syknął Esbern, bowiem nie miałem już wątpliwości, że to on. – Zostaw mnie w spokoju!

     Trzasnął żelazną klapą i tyle go widziałem. Krew się we mnie zagotowała. Uderzyłem pięścią w drzwi, z całej siły. A że miałem na niej elfią rękawicę, zabrzmiało to jak grzmot.

     - Powiedziałem, idź sobie! – dobiegł mnie stłumiony głos. – Nie otworzę tych drzwi przed nikim!

     Przybliżyłem twarz do zamkniętego okienka i nieco ciszej zawołałem.

     - Delphine mówiła, żeby przypomnieć sobie trzydziesty dzień Pierwszych Mrozów.

     Po tamtej stronie cisza. A ja modliłem się w tym momencie do wszystkich bogów, jakich udało mi się przywołać, aby to zadziałało. Więcej argumentów bowiem nie miałem.

     Okienko wolno otworzyło się i znów ujrzałem jego oczy. Tym razem zadumane i zaskoczone.

     - A, rzeczywiście – szepnął. – Pamiętam…

     Przypadł do kraty, aż odcisnęła mu się na czole.

     - Delphine naprawdę żyje? – spytał z niedowierzaniem.

     Nie zdążyłem nawet skinąć głową, gdy usłyszałem szczęk zamka.

     - Lepiej wejdźcie do środka i powiedzcie mi, jak udało się wam mnie znaleźć i czego chcecie.
Po pierwszym szczęknięciu rozległo się następne i następne. Spojrzeliśmy na siebie z Lydią i omal nie wybuchliśmy śmiechem. Ile on miał tych zamków? Zwłaszcza, że to wcale nie był koniec tej szczególnej orkiestry.

     - To zajmie tylko chwilkę – zapewnił mnie Esbern, szurając czymś po drugiej stronie. – Ten zawsze się zacina… O, proszę! Jeszcze tylko kilka.

     Te drzwi składały się chyba z samych zamków!

     - Zrobione – obwieścił tryumfalnie Esbern i uchylił drzwi. - Proszę, wejdźcie. Czujcie się jak u siebie w domu.

     Był skromnie ubranym Nordem, dość niskim jak na jego rasę. Wyglądał bardzo staro, ale trzymał się zadziwiająco prosto i wciąż wydawał się być silny. Wchodząc, poczułem od niego delikatne, magiczne wibracje. Zatem nie tylko zamki go broniły! Takimi wibracjami emanuje wyłącznie potężny mag, co wśród Nordów jest rzadkością.

     Lydia została za zewnątrz, pełniąc wartę, a ja zamknąłem za sobą drzwi na jedną z wielu zasuw i otworzyłem okno, aby usłyszeć ewentualne ostrzeżenie. Pomieszczenie było całkiem przestronnym pokoikiem, choć oczywiście, dusznym i nieco ciemnym. Było tu jednak sucho i czysto. Pokoik był funkcjonalnie umeblowany, a wszędzie walały się jakieś księgi i dokumenty.

Szczurze Nory - Pomieszczenie, w którym mieszkał Esbern


     Gospodarz wskazał mi krzesło i sam usiadł.

     - Tak lepiej – rzekł. – Teraz możemy porozmawiać.

     Splótł dłonie i pochylił się w moją stronę.

     - Więc Delphine wciąż walczy – odezwał się. – Po tych wszystkich latach… Myślałem, że zdążyła już zrozumieć, że nie ma nadziei. Lata temu próbowałem ją przekonać.

     Poruszyłem się niespokojnie. Coś w jego głosie bardzo mnie zaniepokoiło.

     - Jak to, nie ma nadziei?

     - Jeszcze do tego nie doszliście? – złapał się za głowę. – Co jeszcze musi się stać, byście się obudzili i zobaczyli, co się dzieje? Alduin powrócił, jak przepowiedziano! Smok z zarania czasów, który pożera dusze zmarłych. Nikt nie ucieknie przed jego głodem, ani tu, ani w zaświatach. Alduin pożre wszystko, a ten świat się skończy. Nic go nie powstrzyma. Próbowałem im powiedzieć. Nie chcieli słuchać, durnie! Wszystko się spełnia. Mogłem jedynie obserwować nadejście naszej zguby…

     Przełamawszy nieufność, Esbern wpadł w słowotok. Musiałem nim potrząsnąć, żeby dał mi dojść do słowa.

     - Alduin… - spróbowałem wpaść mu w słowo. – Smok, który budzi pozostałe?

     Esbern ożywił się jeszcze bardziej.

     - Tak! – krzyknął z entuzjazmem. – Tak! Widzisz? Wiesz, ale nie chcesz zrozumieć!

     Wbrew temu, co powiedział, chyba go zrozumiałem.

     - Mówisz o dosłownym końcu świata? – spytałem ostrożnie.

     - O, tak – pokiwał głową ze zmartwioną miną. – Wszystko zostało przepowiedziane. To początek końca. Alduin powrócił.

     Przez chwilę milczeliśmy. On, bo popadł w zadumę, ja – bo przeraziły mnie jego słowa. Koniec świata! I nie ma nadziei na jego zatrzymanie! Co może być gorszą wiadomością?

     - Tylko Smocze Dziecię może go powstrzymać – westchnął Esbern, a ja z zaciekawieniem podniosłem wzrok. – Ale o żadnym Smoczym Dziecięciu nie słyszano od stuleci. Wygląda na to, że bogowie mają nas już dość. Zostawili nas samym sobie, jako zabawki w rękach Alduina Pożeracza Światów…

     Chwyciłem go za rękę i łagodnie skłoniłem, by na mnie spojrzał.

     - Jest jeszcze nadzieja, Esbernie – odezwałem się cicho. – Jestem Smoczym Dziecięciem.

     Esbern zbladł. Nawet przy nikłym świetle kaganków można było to zauważyć.

     - Co?... – zająknął się, jakby bał się dokończyć. – Ty? Czy to może być prawda?

     Przez chwile wpatrywał się we mnie uważnie. Wzrok maga widzi jednak więcej, niż oczy zwykłego człowieka. Musiał dojrzeć we mnie coś, co go przekonało. Porwał mnie w ramiona i uścisnął z siłą, o jaką bym go nigdy nie posądzał.

     - Smocze Dziecię? – prawie łkał ze wzruszenia. – Czyli… Wciąż jest nadzieja! Bogowie nas nie opuścili! Musimy… Musimy…

     Puścił mnie równie gwałtownie i spojrzał mi w oczy.

     - Musimy iść! – oznajmił.  – Szybko! Zabierz mnie do Delphine. Mamy wiele do omówienia.

     Wstał i zastygł na moment z palcem uniesionym w górę.

     - Ale daj mi jeszcze chwilkę. Muszę zebrać kilka rzeczy.

     Nie czekając na moją reakcję, wyciągnął spod łóżka starą torbę i zaczął się pakować.

     - Tego mogę potrzebować – mruczał pod nosem, napychając ją książkami i elementami odzieży. – Nie… Nie… Bezużyteczne śmieci… Gdzie ja położyłem swój opatrzony przypisami Anuad?

     Złapał jakąś księgę i wepchnął do torby. Po czym chwycił garść notatek i ku mojemu zdumieniu, zaczął je jedna po drugiej odpalać od kaganka, aż na ziemi zrobił małe ognisko, buchające niewielkim płomykiem, za to bardzo duszącym dymem.

     - Jedną chwilkę – zakaszlał. – Wiem, goni czas, ale nie wolno nam zdradzać sekretów Thalmorowi… Muszę przynieść jeszcze coś – poszperał w bibliotece i rzucił w ogień jeszcze kilka papierów. – Cóż, to chyba wystarczy. Chodźmy!

     Ale było już za późno. Ostrzegawczy krzyk Lydii sprawił że aż podskoczyłem. Dopadłem do okienka. Na schodach mignęła mi postać w złocistej, elfiej zbroi.

     - Thalmor! – zawołałem do Esberna. – Zostań tu i zarygluj drzwi!

     Przez chwilę siłowałem się z zasuwą, po czym wypadłem z pokoju Esberna i dobyłem miecza. Było ich dwóch, a za nimi stał thalmorski mag. Ruszyliśmy razem z Lydią na żołnierzy i starliśmy się z nimi, szykując się na to, że zaraz otrzymamy magiczne ciosy od maga. Już podczas wymiany ciosów z elfim żołnierzem, kątem oka zauważyłem błękitną błyskawicę. Zadałem okrutny cios z półobrotu, który przetrącił elfowi kark i odwróciłem się gwałtownie, spodziewając się ataku maga.

     Nic takiego jednak nie nastąpiło. Przeciwnie! To Esbern, nie dbając o własne bezpieczeństwo, wyszedł z pokoju i potężną błyskawicą poraził thalmorskiego maga, nim ten zdążył zrobić to z którymś z nas. Mag odruchowo przywołał zaklęcie ochronne, stanowiące zaporę przed magią zniszczenia. Przed magią, ale nie przed ostrzem. Miecz Lydii zatopił się w jego boku, definitywnie kończąc walkę.

     Spojrzałem na pobojowisko. Spojrzałem i zadrżałem. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Przy wejściu stała dziwaczna lodowa postać. Wielka, jak dwóch dorosłych mężczyzn i zapewne bardzo silna. Wiało od niej chłodem. Był to atronach lodu, przywołany przez Esberna. Nie zdążył wziąć udziału w walce, więc stał teraz bez ruchu i przysiągłbym, że nam się przyglądał, chociaż nie miał oczu, ani nawet twarzy. Ba, nawet głowy! Zamiast niej miał sterczący, zwężający się ku górze kryształ lodu, wyrastający wprost z ramion.

     Uśmiechnąłem się. Atronach, jako że został przywołany przez przyjaciela, nie atakował jego przyjaciół. Z pewnością jednak poraziłby lodowym kolcem każdego, kto spróbowałby zaatakować któregoś z nas.

     Trwało to kilkadziesiąt sekund, aż w końcu rozpadł się i wyparował. Powrócił do Otchłani.

     - Jakim cudem tak szybko nas znaleźli? – szepnęła Lydia.

     Esbern natomiast miał radość w oczach. Jeśli bowiem dotąd miał jakieś wątpliwości co do naszych zamiarów, walka z thalmorskimi żołnierzami musiała go ostatecznie przekonać co do naszych intencji.

     Chciałem ruszyć korytarzem, ale Esbern wstrzymał mnie ruchem ręki i sięgnął po klucz, po czym otworzył kratę, oddzielającą nas od wyjścia. Wbiegłem pierwszy na schody tylko po to, by zderzyć się z jakimś ubogo odzianym Nordem. Rzucił się na mnie z przeraźliwym okrzykiem i sztyletem w dłoni. Głupiec! Gdyby miał choć trochę oleju w głowie, nigdy nie atakowałby wojownika w zbroi, z mieczem i tarczą. Nie musiałem robić nic – sam nadział się na moje ostrze i skonał niemal natychmiast, ledwo dostrzegalnie błyskając płomieniami, wywołanymi przez mój zaklęty miecz.

     - Prezent od Meridii – wyjaśniłem, demonstrując Przedświt Esbernowi.

     Uniósł brwi w niemym podziwie. Tymczasem Lydia szybko przeszukała zwłoki i pokazała mi znaleziony przy nim list.


     Opis celu:

     Cesarski, mężczyzna, najprawdopodobniej posługuje się imieniem Cormac (być może pseudonimem). Będzie zapewne wypytywać o „Esberna” i Szczurze Nory.
Nie zaczepiać. W razie zauważenia, niezwłocznie poinformować przydzielonego łącznika.

     

     - Szpieg, na usługach Thalmoru – mruknąłem, podając kartkę Esbernowi. – Ciekawe, ilu ich jest w mieście.

     - Jest tu inne wyjście? – spytała Lydia. – Wolałabym nie przechodzić przez Wyszczerbioną Banię. Złodzieje na pewno nas sprzedadzą elfom.

     - Nie trzeba bać się złodziei – zaprzeczył Esbern. – Płaciłem im za ochronę i nigdy mnie nie zdradzili. Wbrew pozorom, to ludzie honorowi i godni zaufania, tylko trzeba najpierw ich do siebie przekonać.

     Honor i złodzieje! Dla mnie były to dwie sprzeczności. Jednak nie zamierzałem z nim polemizować. Znał ich lepiej niż ja. A z jego późniejszych opowieści wynikało, że to wcale nie była zgraja zaślepionych przez złoto złodziei, jak mnie się na początku wydawało.

     Gdy znaleźliśmy się w Wyszczerbionej Bani, Brynjolf również tam był. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, a widząc idącego za mną Esberna, uczynił ruch, jakby chciał mnie zaatakować. Esbern wykonał jednak uspakajający gest i uśmiechnął się. Brynjolf skinął głową, na znak że zrozumiał i spojrzał na mnie inaczej. Ujrzałem w jego oczach iskierki podziwu. Zapewne z tego powodu, że okazałem się sprytniejszy od niego. Nie ukrywam, że połechtało to moją próżność. A faktem, że istotnie pomagał Esbernowi, zjednał sobie u mnie odrobinę sympatii.

     Gdy wyszliśmy wreszcie z dusznych Szczurzych Nor na powierzchnię, pachnące zgnilizną powietrze nad kanałem wydało mi się czyste i odżywcze. Z przyjemnością wziąłem głęboki oddech, upajając się jego świeżością, choć do tej pory przyprawiało mnie ono o mdłości.

     Pod osłoną nocy wyszliśmy południową bramą i szybko oddaliliśmy się od miasta.


___________________________
     *Sądząc z opisu, był to efekt zaklęcia „Spętany Miecz”, ze Szkoły Przywołania. Wojownik nie musi nosić broni przy sobie, wystarczy, że wymówi zaklęcie i miecz pojawia się w jego ręce (przyp.tłum.)
 

czwartek, 12 maja 2016

Rozdział XXX - Thalmorskie dossier

     Znaleźliśmy się w ciasnej, naturalnej jaskini, w jednym kierunku rozciągającej się w ciasny korytarz.

     - Jak wpadłeś? – spytałem Malborna.

     - Przez własną głupotę – westchnął. – Wracając, wziąłem ze sobą dwie butelki brandy.

     - Widziałem – skinąłem głową. – Pochwały godna przewidywalność.

     - Tylko że na ladzie stało ich już chyba z dziesięć – mruknął z goryczą. – Myślałem, że nikt nie zwróci uwagi, ale uwierz mi, thalmorscy żołnierze są bystrzy – pokręcił głową, po czym dodał. – Elenven w pewnym momencie przypomniała sobie o tobie i zaczęła cię szukać. A gdy nie znalazła, strażnik przypomniał sobie o tym i wydało mu się to dziwne. Przyparli mnie do muru. Powiedziałem, że nic o tobie nie wiem, ale Elenven mruknęła tylko „To się okaże” i kazała wtrącić mnie do więzienia. No, a jak żołnierz, co mnie prowadził, odkrył twoje dzieło na dziedzińcu, to już było jasne, że się nie wykręcę. Zawołał drugiego i razem zeszli do lochu. Resztę znasz.

     Pokiwałem głową. Nie wszystko zawsze się udaje.

     - Ale przynajmniej zdobyłem to co chciałem – pocieszyłem go. – Nie poszło to na marne.

     Ruszyliśmy wzdłuż korytarza, który nagle rozszerzył się w obszerną, dwupoziomową grotę. Staliśmy na górze, niby na balkonie, a pod nami otwierała się płytka przepaść, mniej więcej na trzy wysokości człowieka. W nozdrza uderzył mnie zapach jakiegoś zwierzęcia.

     - Troll – Etienne chwycił mnie za ramię. – Śnieżny!

     Zakląłem szpetnie i wbiłem wzrok w cienie, majaczące przed nami. Istotnie, pod nami siedział śnieżny troll, wpatrując się w nas łakomym wzrokiem. Widziałem go wyraźnie, pomimo ciemności. Siedział spokojnie, jakby spodziewał się poczęstunku. Wszystko stało się jasne. Zwłoki po prostu rzucano trollowi na pożarcie. Niezłą znalazł sobie stołówkę!
No dobrze, ale jak tu teraz przejść?

     - Zawdzięczam ci życie – szepnął Etienne. – Należy teraz do ciebie. Teraz mogę spłacić dług. Zabij mnie i zrzuć na dół. On zajmie się mną, a wy uciekniecie. Tylko błagam, najpierw mnie zabij. Nie rzucaj mnie żywcem na pożarcie!

     - Absurd – mruknął Malborn. – To po co było cię ratować?

     - Nikt więcej nie zginie – odrzekłem stanowczo. – No, chyba że on – wskazałem na trolla.

     Zdjąłem łuk z pleców.

     - Umiesz strzelać? – spytałem Malborna.

     Spojrzał na mnie jak na idiotę.

     - Pytasz o to Bosmera?

     Wyczułem wyrzut w jego głosie. Bez słowa wziął ode mnie łuk i strzały. Zarzucił kołczan na plecy i umieścił strzałę na cięciwie. Ja zaś skupiłem się i przywołałem zaklęcie płomieni. Jeśli to prawda, że śnieżne trolle są wrażliwe na ogień, powinno się udać.

     Strzeliliśmy jednocześnie. Malborn strzałą, zatrutą śnieżnym jadem, ja jęzorem ognia. Rozległ się głośny ryk, zwielokrotniony przez echo. Troll wściekle podskakiwał, próbując nas dopaść, ale było za wysoko nawet dla niego. Płonął żywcem, jednocześnie będąc szpikowany strzałami. Zauważyłem, że płomienie mocno osłabiały jego zdolność regeneracji. W dodatku Malborn okazał się być świetnym strzelcem i już na początku oślepił potwora, strzelając w oczy. Nie zdążyła mi się skończyć mana, gdy troll legł, aby już więcej się nie podnieść.

     Zeskoczyliśmy na dół. Jaskinia nie była duża, za to wystrój miała więcej niż makabryczny. Walały się tam starannie obgryzione ludzkie kości, których nikt nie sprzątał. Cóż, trudno wymagać od trolla, żeby biegał z miotłą… Pod ścianą leżało nie ruszone jeszcze ciało jakiegoś maga, co poznałem po długiej, czarnej, rytualnej szacie.

     - Dunmer – mruknął Malborn. – Musiał być nieprzytomny, że się nie obronił.

     - Był martwy – odparł Etienne. – Widziałem, jak go wynosili.

     Na szczęście jaskinia miała wyjście. Ciasne wprawdzie, ale bez trudu kolejno się przez nie przecisnęliśmy. Etienne uścisnął nam dłonie. W prostych słowach podziękował za uratowanie życia i wolność, po czym puścił się biegiem po ośnieżonej ścieżce, chcąc znaleźć się jak najdalej od złowrogiej ambasady.

     Spojrzałem na Malborna. Było ciemno, ale śnieg rozjaśniał nieco mrok nocy i widziałem wyraźnie jego sylwetkę.

     - Dokąd teraz pójdziesz? – spytałem.

     Wzruszył ramionami.

     - Nie wiem – odparł. – Nie miałem czasu na opracowanie planu. W każdym razie, jak najdalej od Samotni. Chociaż, czy to mnie uratuje… Thalmor ma długie łapy.

     - Może do Białej Grani? – podsunąłem. – Balgruuf nie wpuszcza agentów Thalmoru do miasta.

     - Tak mu się tylko zdaje – westchnął Malborn. – Agenci Thalmoru są wszędzie, tylko nie zawsze na takich wyglądają. To może być każdy. Kupiec, od którego kupujesz chleb, strażnik, który pełni wartę w mieście, sprzątaczka, zamiatająca siedzibę jarla… Każdy! Czasem przez chciwość, a czasem… No cóż, każdy ma coś lub kogoś, kogo obawia się stracić. Chyba najprędzej ukryję się w Wichrowym Tronie. Tam przynajmniej mogę liczyć na pomoc miejscowych.

     - Przygotuj się na pogardę i poszturchiwanie – mruknąłem. – Wichrowy Tron to miasto Nordów i tylko Nordów. Elfy żyją tam w slumsach. Nawet Altmerowie!

     - Ale żyją – prychnął. – Może nie powinienem pytać, ale możesz mi wyjaśnić, co tu właściwie się stało? Brałem udział w misji, a nawet nie znam jej celu.

     Spojrzałem na niego zadumanym wzrokiem.

     - Wiesz niewiele mniej ode mnie – westchnąłem. – Chodzi o smoki. Próbujemy dowiedzieć się, co się stało, że powróciły i… zapobiec temu. Przynajmniej spróbować.

     Pokiwał głową.

     - Mam nadzieję, że było warto – odparł. – Może się jeszcze kiedyś spotkamy.

     Uścisnęliśmy sobie dłonie, po czym elf, oddalił się i już po chwili zniknął w mroku, za ośnieżonymi krzewami. A ja przez chwilę stałem nieruchomo, zastanawiając się nad dalszym krokiem.

     Musiałem zobaczyć się z Delphine i Lydią. Elfia zbroja nie była najlepszym ubiorem do niepostrzeżonego wślizgnięcia się do miasta, ale nie miałem niczego innego, bowiem stroju na przyjęcie pozbyłem się w połowie misji. Ruszyłem na trakt, mając nadzieję, że zaprowadzi mnie do Samotni. 

     Po prawej ręce wciąż miałem skały, a po lewej las. Trakt okrążał górę dookoła. Po pewnym czasie poczułem zapach morza. A gdy w oddali ujrzałem światło latarni, wiedziałem już, że idę dobrze. Wkrótce dotarłem do przejścia w baszcie. Rozpocząłem wspinaczkę.

     Wychodząc z przejścia pod basztą, starałem się nie wyglądać na kogoś, kto ma nieczyste sumienie. Strażnik przyglądał mi się uważnie, ale mnie nie zaczepił. Szedłem normalnym krokiem w stronę gospody. Ogień był już wygaszony, a przy stolikach pusto. Cicho podszedłem do pokoju Lydii i zapukałem. Otworzyła niemal od razu. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że była ubrana, zdjęła tylko zbroję.

     - Jesteś! – odetchnęła z ulgą. – Udało się?

     - Połowicznie – odparłem, wchodząc i zamykając drzwi. – Mam dokumenty, ale narobiłem sporo zamieszania. Lepiej się stąd wynośmy, zanim skarga dotrze do jarl Elisif, albo do Tuliusa. Gdzie Delphine?

     - Wieczorem pojechała wozem do Rzecznej Puszczy. Tu było niebezpiecznie. Zabrała twoje rzeczy. Mam ci przekazać, że tam się spotkamy. Przy okazji odbierzesz swoje manele.

     Chwyciła zbroję i zaczęła ją na siebie nakładać. Pomogłem jej, po czym chwyciłem jej plecak i cicho wyszliśmy z pokoju. Samotnię opuściliśmy nie zauważeni przez nikogo, wyjściem pod basztą, korzystając z okazji, że strażnik na chwilę opuścił posterunek. Udaliśmy się traktem na zachód, w kierunku Smoczymostu, ale w pewnym momencie Lydia zaproponowała, żebyśmy zmienili kierunek i udali się do świątyni Meridii.

     - Tam trochę odpoczniesz – powiedziała. – Ledwo trzymasz się na nogach.

     To była prawda – goniłem resztką sił. Rada wydawała się dobra. Wprawdzie doszedłbym bez trudu do Smoczymostu, ale tam byli ludzie. Ktoś, kto podróżuje nocą, a w dzień śpi, może się wydać podejrzany. Tymczasem na górze Kilkret nie było nikogo i nikt nie będzie zadawał niepotrzebnych pytań.

     W świątyni niewiele się zmieniło od czasu naszej ostatniej wizyty. Nadal panował w niej nieład. Było jednak sucho i ciepło. Oczy same mi się zamykały. Lydia też nie spała całą noc, czekając na mój powrót. Umościliśmy sobie legowisko z suchych liści, których wokół świątyni było pełno. Na tym niezbyt wygodnym posłaniu zasnąłem jak kamień, choć przez cały czas dręczyły mnie duszne sny. Widziałem w nich Elenven, która z satysfakcją dokonywała mojego aresztowania. Widziałem torturowanych Malborna, Lydię i Delphine. Widziałem magów, którzy razili mnie błyskawicami. Obudziłem się zmęczony i rozbity. Ciało nieco wypoczęło, umysł nie. Lydia też wyglądała niewyraźnie, jednak gdy wyjrzawszy na zewnątrz, oznajmiła, że już po południu, zerwałem się z niewygodnego posłania i wyszedłem. Przespaliśmy prawie cały dzień!

     Byliśmy głodni, ale nie mieliśmy nic do jedzenia. Na polowanie nie było czasu. Jeszcze dziś musieliśmy dojść co najmniej do Rorikstead, a słońce już zaczynało się obniżać.

     Szliśmy szybkim marszem. Nic nas po drodze nie napadło, nikogo nie spotkaliśmy. W Smoczymoście kupiliśmy trochę prowiantu i ruszyliśmy dalej. Słońce czerwieniło się już, gdy mijaliśmy Wąwóz Rabusiów. Było już ciemno, gdy doszliśmy do Rorikstead i znaleźliśmy się w gospodzie. Zamówiliśmy po misce zupy i dużym steku z jelenia, po czym udaliśmy się do studni, by się umyć. Wiedzieliśmy, że gdy zjemy, żadne z nas nie będzie miało już na to sił.

Rorikstead


     Kolacja smakowała nam jak nigdy. Zaspokoiwszy głód, wyciągnąłem nogi przed siebie i wyciągnąłem zabrane z ambasady dokumenty.

     - Delphine ma tam założoną teczkę – oznajmiłem. – Boją się jej. Zaczynam ją lubić coraz bardziej. Ciekawe, ile o niej wiedzą.

     Lydia usiadła obok mnie. 

     - Może zanim zaczniemy, opowiesz mi, co się wydarzyło w ambasadzie?

     Roześmiałem się. No tak, ona przecież jeszcze niczego nie wie! I tak długo wytrzymała z zdawaniem pytań. Opowiedziałem jej wszystko ze szczegółami. Nie przerwała ani razu. Dopiero, gdy skończyłem, zapytała.

     - Odnajdziesz tę jaskinię?

     - Chyba tak – odparłem. – Było ciemno, ale wiem mniej więcej, gdzie się znajdowała. Zresztą, zawsze można przeszukać tamtą okolicę. Ile może być tam jaskiń? Tylko po co?

     Wzruszyła ramionami.

     - Nie wiem – odparła. – Ale dobrze wiedzieć, że ambasada ma drugie wyjście. Albo wejście…

     Otworzyłem teczkę i oboje zaczęliśmy czytać.


     Thalmorskie dossier – Delphine – głosił tytuł.

     Stan: aktywna (pojmać lub zabić), wysoki priorytet, przyzwolenie emisariusza.

     - Nieźle – stwierdziłem. – Ani trochę nie przesadzała, twierdząc, że ma z nimi na pieńku.

     Opis: kobieta, Bretonka, około 50 lat.

     - Pięćdziesięciu? – Lydia ze zdziwieniem pochyliła się nad dokumentem.

     Sam byłem zdziwiony. Nie dałbym jej nawet czterdziestu.

     - Muszę się dowiedzieć, jak ona to robi – oznajmiła Lydia. – Jeśli dożyję jej wieku, chciałabym wyglądać tak dobrze jak ona.

     Historia:

     Delphine w trakcie Pierwszej Wojny stanowiła cel wysokiej wagi, ze względów operacyjnych i politycznych. Była bezpośrednio zamieszana w kilka najbardziej druzgocących operacji, przeprowadzonych przez Ostrza na terenach Dominium. Została zidentyfikowana i przeznaczona do wstępnej czystki, lecz niestety odwołano ją do Cyrodiil przed samym wybuchem aktów wrogości.

     Podczas wojny uniknęła trzech zamachów na swoje życie, w jednym przypadku zabijając całą drużynę zbójców.

     Aż mnie zatchnęło. Lydia zaś aż się roześmiała.

     - Dobrze, że jesteśmy po jednej stronie – stwierdziła.

     Od tamtej pory – czytałem dalej – mamy jedynie pośrednie dowody jej poczynań, jako że wykazuje się wyjątkową czujnością wobec naszych działań wywiadowczych. Należy ją uważać za bardzo niebezpieczną i powstrzymać się od wszelkich działań bez wsparcia przytłaczających sił i skrupulatnych przygotowań.

     Uwagi:

     Uważa się, że Delphine wciąż działa na naszą szkodę na terytorium Skyrim, aczkolwiek nie znamy miejsca jej aktualnego pobytu. Zakładamy, że pracuje sama, jako że nie wiemy o innych aktywnych Ostrzach w tym rejonie, a ona sama dla własnego bezpieczeństwa unikała w przeszłości kontaktu z innymi zbiegłymi Ostrzami (to jeden z powodów, dla których do tej pory unika prób likwidacji). Samo jej istnienie jest dla nas obrazą. Wszelkie informacje na temat miejsca jej pobytu lub działalności mają być natychmiast przekazywane Trzeciemu Emisariuszowi.


     Westchnąłem przeciągle. Delphine miała rację. Thalmor ją tropił i tylko dzięki swojemu sprytowi udawało jej się uniknąć schwytania. Teraz inaczej spojrzałem na jej poczynania. Historia z rogiem Jurgena Wiatrowładnego przestała mnie dziwić.

     - To dobre wiadomości – odezwała się Lydia. – Świadczą o tym, że właściwie nic o niej nie wiedzą.

     - Nie wiedzą, gdzie jej szukać – przytaknąłem. – Martwi mnie tylko ten „wysoki priorytet”. To może znaczyć, ze za jej wskazanie przewidziano nagrodę i to pewnie wysoką. W większej grupie ludzi zawsze znajdzie się jakaś chciwa menda, bez zasad.

     - Ile może być w Skyrim Bretonek w jej wieku? – spytała Lydia.

     - Nie wiem – wzruszyłem ramionami. – Pewnie sporo.

    - Czyli szukają igły w stogu siana – skwitowała. – Wiedzą, że jest Bretonką, wiedzą, że ma pięćdziesiąt lat i właściwie nic poza tym. A jakbyś się zachował, gdybyś ujrzał taki list gończy?

     - No, jak? – spojrzałem na nią pytająco.

     - Bo ja bym stwierdziła, że ona na pewno tyle nie ma i musi chodzić o kogoś innego.

     Pokiwałem głową.

     - Co racja, to racja…

     - A te inne teczki? – wskazała na pozostałe.

     - Też dossier – odparłem. – To teczka Esberna. Nie wiem, kto to, ale go szukają. A to dossier Ulfrica.

     - Gromowładnego? – spytała, unosząc brwi.

     - Gromowładnego – potwierdziłem. – Widać, mają teczki wszystkich swoich największych wrogów.

     Pobębniłem trochę palcami po skórzanej oprawie, po czym ją otworzyłem.

     - Nie biorę udziału w tej wojnie – oświadczyłem. – Ale jeśli Ulfrikowi grozi niebezpieczeństwo ze strony Thalmoru, to go ostrzegę. To mój obowiązek.

     - Wtedy weźmiesz udział w wojnie – odparła Lydia z powątpiewaniem. – Pomożesz jednej stronie.

   - Nie do końca – pokręciłem głową. – Tak samo ostrzegłbym Tuliusa. To wojna między Gromowładnymi i Cesarstwem. Trzecia strona nam niepotrzebna.

     - Może i racja – mruknęła, pochylając się nad dokumentem. – Awansowaliśmy właśnie na wywiadowców. Studiujemy tajne dokumenty, tylko nie wiemy, dla kogo pracujemy.

     Roześmialiśmy się oboje, po czym wspólnie oddaliśmy się lekturze.


     Thalmorskie dossier – Ulfric Gromowładny

     Stan: działacz (niewspółpracujący), uśpiony, przyzwolenie emisariusza
Opis: jarl Wichrowego Tronu, przywódca rebelii Gromowładnych, weteran Cesarskiego Legionu.
Historia: Zwróciliśmy uwagę na Ulfrica podczas Pierwszej Wojny z Cesarstwem, kiedy został pojmany w trakcie kampanii przeciwko Wieży z Bieli i Złota. W wyniku przesłuchania poznaliśmy jego potencjalną wartość (syn jarla Wichrowego Tronu) i przydzieliliśmy go śledczemu, obecnej Pierwszej Emisariuszce Elenven. Utwierdziliśmy go w przekonaniu, iż udzielona przezeń informacje były nieodzowne do zdobycia Cesarskiego Miasta (tak naprawdę padło zanim go złapaliśmy), a następnie puściliśmy wolno. Po wojnie wznowiliśmy kontakt i przekonaliśmy się o wartości Ulfrica. Tak zwany Incydent Markarcki okazał się szczególnie przydatny z punktu widzenia naszych celów strategicznych w Skyrim, mimo że w jego wyniku łączność z Ulfrikiem uległa niemal całkowitemu zerwaniu.

     Uwagi: Bezpośredni kontakt jest możliwy (w krytycznej sytuacji), aczkolwiek działacz powinien pozostać uśpiony. Dopóki wojna domowa nie przybierze ostatecznego kształtu, nie powinniśmy się mieszać. Incydent w Helgen to przykład koniecznego wyjątku. Oczywiste jest, że śmierć Ulfrica drastycznie zwiększyłaby szanse Cesarstwa na zwycięstwo i zaszkodziła naszym wpływom w Skyrim.

     UWAGA: Przypadkowe pojawienie się smoka w Helgen wciąż nie zostało wyjaśnione. Najwyraźniej osoba, stojąca za powrotem smoków nie chce, aby wojna się skończyła, aczkolwiek nie powinniśmy zakładać, że jej cele są zbieżne z naszymi. Nie należy też dopuścić do zwycięstwa Gromowładnych, w związku z czym nawet pośrednia pomoc ich sprawie musi być poprzedzona skrupulatnym planowaniem.


     Byliśmy zbyt wstrząśnięci, by cokolwiek powiedzieć. Milczenie przedłużało się.

      Ulfric? – wybąkała w końcu Lydia. – Ulfric miałby być agentem Thalmoru?

     - Może nie do końca – zerknąłem w dokument. – Nic tu nie ma o jego działalności…

     - Jak to nie ma? – wskazała na początek. – Stan: działacz!

     - Niewspółpracujący – dodałem bez przekonania.

     - Uśpiony – sprostowała Lydia. – Wiesz, co to znaczy? To znaczy, że ma pozostać bezczynny aż do właściwego momentu. Tak się robi, żeby umieścić w obozie wroga głęboko zakonspirowanego agenta.

     - Nie do końca rozumiem – potrząsnąłem głową. – Przecież cała działalność Ulfrica to zwalczanie Thalmoru.

     - Wiele szkód mu narobił? – spytała przekornie. – Podaj choć jeden przykład.

     - No… Nie wiem…

     - Sam widzisz! – odrzekła tryumfalnie. – Jest w uśpieniu. Taki agent ma prawo nawet brać udział w walce po stronie wroga, aby się uwiarygodnić. Wszyscy go mają za bohatera, a on…

     Nie dokończyła. Była Nordką i postępowanie Ulfrica ubodło ją do żywego.

     - Być może wcale tak nie jest – odpowiedziałem niepewnie. – Z tego nie wynika, że świadomie podjął jakąś współpracę. Niewykluczone, że on robi swoje, a Thalmor póki co jest przekonany, że ma go na pasku.

     - Ech, powinieneś zostać bardem i składać ballady – westchnęła. – Przeczytaj jeszcze raz pierwszy akapit. Został pochwycony i współpracował z Thalmorem. Udzielał informacji.

     - Sami piszą, że były bezwartościowe – zaoponowałem. - Może Ulfric wiedział, że miasto padło i świadomie podał im…

     - „Po wojnie wznowiliśmy kontakt i przekonaliśmy się o wartości Ulfrica” – przerwała Lydia. – Nie wiem, w co on gra, ale współpracuje z Thalmorem.

     - Może go zmuszono – mruknąłem z nosem na kwintę.

     - Może… - wzruszyła ramionami. – Tak czy owak, nie można mu wierzyć.

     Milczeliśmy przez chwilę, trawiąc niewesołe informacje.

     - Gdybyśmy to ogłosili, panowanie Ulfrika byłoby skończone – szepnęła Lydia. – Może udałoby się zakończyć tę wojnę, zanim jeszcze na dobre wybuchła? Nie mogę patrzeć na to, jak Nordowie wyrzynają się nawzajem.

     - Nic by się nie stało – westchnąłem. – Widziałaś, jego ludzi. To nie żołnierze, to wyznawcy. Fanatycy. Nie przyjmą tego do wiadomości. Uznają to za nędzną prowokację Cesarstwa. Poza tym, czy nie chciałabyś, żeby Skyrim było niepodległe?

     Westchnęła.

     - Chciałabym, aby nie pałętali się po nim Thalmorczycy – odparła. – I aby nikt nikomu nie zabraniał wierzyć, w co tylko chce. Z drugiej strony… Nie podoba mi się, że Nordowie chcą wszystkich przybyszów sprowadzić do roli niewolników. Zupełnie nie rozumiem, co przeszkadzają im elfy, czy Khajitowie. Choćby Irileth. Znam ją od dziecka. Mam do niej wiele szacunku. I uważam, że na niego zasłużyła. A Gromowładni chcieliby ją widzieć upodloną, w nędznych szatach, jak gnie się przed nimi w ukłonach. Tylko dlatego, że jest Dunmerką. Na to się nie zgadzam!

     - Mamy zadziwiająco zbieżne poglądy – odezwałem się. – Mnie też nie podoba się traktowanie obcych w Wichrowym Tronie. Boję się, że Ulfric chciałby przenieść ten model na całe Skyrim. Z drugiej strony, Cesarstwo nie ma dość sił, żeby odrzucić Konkordat. Nie ma co liczyć na to, że Thalmor przestanie się tu panoszyć.

     - Więc co robimy?

     Zamknąłem teczkę z trzaskiem.

     - Idziemy spać – oświadczyłem. – Na razie mamy na głowie smoki. Coś mi mówi, że chodzi tu o coś więcej, niż kilka ożywionych gadów, tylko nie wiem, o co. Podobnie myślą Siwobrodzi…

     - Nie zajrzymy do trzeciej teczki? – spytała. – Nie chce mi się jeszcze spać.

     Wziąłem ją do rąk. „Thalmorskie dossier – Esbern”.

     - Nie wiem, kim on jest – odezwałem się. – To jakiś starzec, poszukiwany przez Thalmor, ale nie wiem nawet, czy w związku z naszą sprawą. Podobno ukrywa się w Pękninie.

     - Nic łatwiejszego niż otworzyć i sprawdzić.

     - Czy to w porządku? – ogarnęły mnie wątpliwości. – Czuję się jak przekupa, wścibiająca nos w nie swoje sprawy. 

     - A może to właśnie jego trzeba ostrzec? – odparła Lydia. – Zakładam, że każdy wróg Thalmoru może, choć nie musi, być naszym sprzymierzeńcem.

     Przekonała mnie. Otworzyłem teczkę i oboje pochyliliśmy się nad białym papierem, zapisanym drobnym, elfim pismem.


     Stan: uciekinier (pojmać), najwyższy priorytet, przyzwolenie emisariusza

     Opis: mężczyzna, Nord, ponad 70 lat

     Historia: W czasach przed Pierwszą Wojną z Cesarstwem Esbern był jednym z uczonych Ostrzy. Nie działał jako agent, lecz uważa się, że stał za kilkoma z najbardziej druzgocących operacji, przeprowadzonych przez Ostrza w latach przedwojennych, w tym w Incydencie Falineckim oraz ucieczce z więzienia Błękitna Rzeka. Przez wiele lat jego akta leżały odłogiem, co jest niewybaczalnym błędem mojego poprzednika (który został wezwany do Alinoru, celem wymierzenia kary i reedukacji). Błędnie wierzono, że Esbern nie stanowi zagrożenia z uwago na swój podeszły wiek i brak doświadczenia w terenie. Niech to będzie nauczką dla działaczy wszystkich poziomów, że żaden z agentów Ostrzy nie należy do grupy zadań niskiego priorytetu. Wszystkim należy wymierzyć sprawiedliwość.

     Uwagi: Jako że nie znamy powodów i znaczenia powrotu smoków, uznałam pojmanie Esberna za misję o najwyższym priorytecie, gdyż słynie on jako ekspert od smoków. Z żalem stwierdzam, iż w tej kwestii wciąż wiele nam brakuje do Ostrzy. Wywodzą się oni od Akavirów, a ich wiedza na temat smoków cały czas przewyższa naszą (w wielkiej mierze teoretyczną). Archiwa Świątyni Władcy Chmur, uważanej za największą i najstarszą skarbnicę wiedzy Ostrzy, uległy niemal całkowitemu zniszczeniu, w wyniku oblężenia. Mimo usilnych prób rekonstrukcji straconych informacji doszliśmy do wniosku, że wpisy dotyczące smoków zostały albo usunięte, albo zniszczone przed natarciem. Dlatego też osoba Esberna jest dla nas najlepszym sposobem poznania powodów, dla których wróciły smoki.

     Nie można wykluczyć, iż Ostrza same są w jakiś sposób powiązane z tym fenomenem.
Otrzymaliśmy niedawno pewne informacje, iż Esbern wciąż żyje i ukrywa się gdzieś w Pękninie. Przesłuchania możliwego naocznego świadka trwają. Musimy działać ostrożnie, aby nie zaalarmować Esberna o niebezpieczeństwie. Jeśli w istocie przebywa w Pękninie, nie może nam uciec.


     - Czyli następny krok to Pęknina? – spytała Lydia.

    - Najpierw spotkajmy się z Delphine – odparłem. – Z dossier wynika, że Esbern był członkiem Ostrzy. Być może ona go zna. Zresztą, nie da się ukryć, że ona wie o sprawie najwięcej. Może wpadnie na jakiś pomysł?

     - Może…

     - I wiesz co? – roześmiałem się. – Chciałbym zobaczyć jej minę na widok jej własnego dossier.

     Spojrzała na mnie zadumana.

     - Ty zapewne też masz już założoną teczkę – odezwała się. – I jak tak dalej pójdzie, będzie grubsza niż ta.

     Wiedziałem o tym, a mimo to przeszedł mnie dreszcz.

poniedziałek, 9 maja 2016

Rozdział XXIX - Ambasada Thalmoru

     Droga była śliska i niebezpieczna. Nie mogłem się nadziwić spokojowi woźnicy. Siedział milcząco na koźle, otulony futrem i nie zdradzając żadnych emocji. Widocznie przejechał już tę ścieżkę setki razy, niewykluczone, że w znacznie gorszych warunkach. Mnie natomiast wciąż wydawało się, że koła zaraz osuną się po oblodzonych kamieniach i runę w przepaść razem z wozem. Na domiar złego, zaczął padać śnieg i zerwał się wiatr. Otuliłem się cienką derą, leżącą w furmance, przeklinając w duchu Delphine. Wynalazła mi bogaty strój, ale mogła najpierw sprawdzić, czy jest wystarczająco ciepły. Tymczasem, gdy mocno spóźnieni dotarliśmy na miejsce, byłem już tak skostniały, że ledwo udało mi się zejść z ławki.
     
     Ambasada znajdowała się na szczycie góry. Rzecz wielce osobliwa jak na placówkę dyplomatyczną, której odpowiedniejsze miejsce wydawało się w mieście. Rzuciłem jednak na nią okiem wojownika i musiałem przyznać, że w przypadku ataku, miejsce to nadawało się do obrony niemal równie dobrze, jak zamek. Wprawdzie nie miało grubych, wysokich murów, ale i ten niewielki, zakończony złoconymi ornamentami, potrafił zatrzymać intruzów. Wewnątrz były koszary, całkiem spore, co dawało jako takie wyobrażenie o sile thalmorskiego garnizonu. Sam budynek ambasady był natomiast luksusową posiadłością, zbudowaną z precyzyjnie ociosanego kamienia. Przy schodach stał żołnierz, w elfiej zbroi, takiej samej, jak moja, pozostawiona w Białej Grani. W ręku dzierżył pochodnię.
     
     - A, nie tylko ja spóźniłem się na wieczorek u Elenven! – dotarł do mnie zza pleców jakiś głos.
     
     Odwróciłem się. Za mną podążał jeszcze jeden spóźniony gość, sądząc po bogatym stroju. Nie patrzył jednak na mnie, tylko na powóz.
     
     - Na dodatek przybywasz powozem! – uśmiechnął się, jakby powiedział jakiś dowcip. – Moje uznanie, sir!
     
     I przy tych słowach skłonił się przesadnie, do mnie natomiast dotarło, że po prostu po drodze wypił co nieco. Nic dziwnego, pewnie próbował się rozgrzać.
     
     Wymieniliśmy kilka grzecznościowych uwag. Przedstawił mi się, jako Razelen. Na oko pochodził z południa, o czym świadczyły jego ciemna cera i czarne, wełniste włosy. Natychmiast wziął mnie pod ramię, nie przestając gadać.
     
     - Moje spóźnienie wynikło z faktu, że zabłądziłem, wspinając się na tę zapomnianą przez bogów górę, a nie dlatego, że chciałem przybyć za późno. Wolę przybyć wcześniej. Najlepiej dzień przed przyjęciem, żeby nie przegapić żadnego picia!
     
     Zaśmiał się, a ja zawtórowałem mu ostrożnie, by nie wydać się podejrzanym. Podobał mi się i budził zaufanie, ale właśnie dlatego wolałem zachować ostrożność. A nuż to jakiś szpieg, nasłany przez Thalmor? Podprowadził mnie pod schodki, gdzie żołnierz z szacunkiem, ale stanowczo zastąpił mi drogę.
     

Ambasada Thalmoru - brama zewnętrzna. Właściwy gmach ambasady jest ledwo widoczny przez bramę. Budynek po lewej to siedziba thalmorskiego garnizonu. Niestety, ambasada jest zamknięta dla zwiedzających, stąd brak innych zdjęć.


     - Witam w ambasadzie Thalmoru. Wstęp tylko za zaproszeniem!
     
     Podałem mu ozdobny dokument. Rzucił okiem na pieczęć i skinął głową.
     
     - Dziękuję, panie, proszę wejść.
     
     Mój towarzysz nie zamierzał puścić płazem takiej okazji. 
     
     - Oto moje zaproszenie – odezwał się. - Nie mam ukrytego sztyletu i tak dalej…
     
     - Spełniam tylko swoje obowiązki, panie.
     
     Żołnierz przepraszająco rozłożył ręce, a ja, choć nie darzyłem Thalmorczyków sympatią, spojrzałem na niego ze zrozumieniem. Nie on ustalał zasady, ale wszyscy czepiali się właśnie jego. Wszedłem po schodach, na szczęście odśnieżonych i odkutych z lodu i znalazłem się w budynku. Tu było ciepło i przytulnie. Pamiętając, co uczyniłby bogaty arystokrata, zerknąłem w zwierciadło i poprawiłem strój. Naprzeciwko mnie wyszła Altmerka, w długiej, thalmorskiej szacie. Miała całkiem przyjemne rysy twarzy i mogłaby sprawiać wrażenie arystokratki, ale jej sposób poruszania się, świadczył o tym, że mam do czynienia z wojowniczką. Szeroko stawiała stopy i ramiona również trzymała nieco rozłożone, jakby w każdej chwili miała dobyć krótkiego, paradnego miecza, przypasanego do boku.
     
     - Witam – odezwała się spokojnym, aksamitnym głosem. – Nie mieliśmy dotąd okazji się poznać. Jestem Elenven, ambasadorka Thalmoru w Skyrim. A ty jesteś?...
     
     Jej oczy… Mimo uśmiechu na twarzy i miłego głosu, oczy pozostawały zimne jak lód.
     
     - Jestem Cormac – skłoniłem się. – Miło mi cię poznać.
     
     - A, tak skinęła głową. – Pamiętam twoje imię z listy gości. Proszę opowiedz mi o sobie. Co sprowadza cię do tego… do Skyrim?
     
     Miałem już przygotowaną na tę okazję bajeczkę o inwestycji w poszukiwania rudy orichalcum, które zamierzałem rzekomo rozkręcić na dużą skalę, ale nie zdążyłem otworzyć ust, gdy ktoś zawołał ją zza baru.
     
     - O co chodzi, Malbornie?
     
    - Chodzi o to, że skończyło się wino z Alto – odparł mój bosmerski współspiskowiec, przyciszonym głosem. – Czy mogę otworzyć czerwoną Arenthię?
     
     - Oczywiście! – odrzekła Elenven niecierpliwym tonem. – Mówiłam ci już wcześniej, by nie zawracać mi głowy takimi błahostkami!
     
     - Tak, pani ambasador – wymamrotał ze skruchą Malborn.
     
     - Zechciej mi wybaczyć – Elenven zwróciła się do mnie. – Później musimy się nieco lepiej poznać. Proszę, baw się dobrze.
     
     Myślałem, że ucałuję tego elfa! Tak zręcznie odwrócił ode mnie uwagę Elenven, że miałem ją z głowy na jakiś czas. Aby ukryć zadowolenie, podszedłem do kontuaru i spojrzałem Malbornowi w oczy. Nie mrugnął do mnie, ani nie uczynił żadnego innego znaku, patrząc na mnie, jakby widział mnie po raz pierwszy. Właściciele teatrów powinni płaszczyć się u jego stóp, zabiegając o jego występ na swych estradach.
     
     - Co podać? – spytał oficjalnym tonem.
     
     Udałem, że się zastanawiam, podczas gdy on szeptał, prawie nie poruszając ustami.
     
     - Udało ci się. Dobra! Ale są komplikacje. Przyjechali jacyś magowie z Alinor. Nie wiem, po co.
     
     Istotnie, to mogło sprawić kłopoty. Jeszcze mi tu brakowało magów, szwendających się po ambasadzie! 
     
     - Ilu ich?
     
     - Kilku. Nie wiem, trzech, czy czterech. Przerywamy akcję?
     
     - Nie – odparłem. – Elenven nie da się drugi raz nabrać na numer z zaproszeniem. To jedyna szansa.
     
     - Możesz jakoś odwrócić ich uwagę od baru?
     
     - Coś wymyślę…
     
     - Jak tylko odwrócisz uwagę strażników, ja otworzę te drzwi i wtedy ruszysz dalej. Miejmy nadzieję, że dożyjemy jutra. Mocno zmarzłeś po drodze?
     
     - A jak myślisz? – łypnąłem na niego spod brwi.
     
     Cień uśmiechu przewinął mu się przez wargi.
     
     - Dam ci coś na rozgrzewkę – szepnął, a głośniej dodał. – Bardzo proszę, wyśmienita coloviańska brandy dla pana. Czym jeszcze mogę służyć?
     
     Wypiłem o wiele szybciej niż należało, ale przyjemne ciepło rozlało mi się po ciele. Poprosiłem o jeszcze jeden kielich, po czym, rzuciwszy uprzednio na ladę kilka złotych monet, podszedłem do Razelana, siedzącego na ławce i próbującego odtajać. Na widok kielicha w mojej ręce, ożywił się.
     
     - Co trzeba zrobić, żeby dostać tu drinka? – spytał.
     
     Uśmiechnąłem się i podałem mu kielich.
     
     - Proszę, mam dla ciebie napitek.
     
     Szeroki uśmiech rozjaśnił mu oblicze.
     
     - Ach, jedna szczodra dusza pośród skąpców i wazeliniarzy! – z lubością umaczał usta. – Jeśli kiedykolwiek będę mógł dla ciebie coś zrobić, nie wahaj się z tym do mnie zwrócić. Toast za piękną przyjaźń!
     
     Nie wiedziałem, czy mogę mu ufać, ale musiałem zaryzykować.
     
     - Właściwie jest coś, co możesz dla mnie zrobić – odpowiedziałem przyciszonym głosem.
     
   - Oczywiście! – łyknął brandy. – Zrobiłbym dla ciebie wszystko, mój jedyny i prawdziwy przyjacielu. Czego ode mnie potrzebujesz?
     
     - Jest tu pewna bardzo ładna panna – zrobiłem do niego oko.
     
     - Która? – rozejrzał się.
     
     - Ach, nie tutaj – ścisnąłem go za ramię. – Pracuje na pokojach. Ale chciałbym się z nią… No, wiesz, zobaczyć… Mógłbyś zrobić scenę i na kilka chwil ściągnąć uwagę wszystkich? Tak tylko, żebym mógł wymknąć się niepostrzeżenie…
     
     - To wszystko? – roześmiał się i po przyjacielsku klepnął mnie w plecy. – Przychodzisz do właściwej osoby! Można powiedzieć, że robienie scen to moja specjalność.
     
     Dopił brandy do końca.
     
     - Odsuń się i podziwiaj dzieło moich rąk – mrugnął do mnie wstając i kierując się do grupki gości.
Ja tymczasem podszedłem do lady i oparłem się o filar. Wymieniłem spojrzenie z Malbornem, po czym odwróciłem się, obserwując Razelana. Ten zaś stanął na środku i wspaniale udając pijacki bełkot, zaczął przemowę.
     
     - Uwaga, wszyscy! Proszę wszystkich o uwagę! Chciałbym coś ogłosić. Proponuję toast za Elenven, naszą panią. Oczywiście, nie dosłownie…
     
     Już na początku Malborn przekręcił klucz i uchylił drzwi. Wsunąłem się w wąski otwór, a on za mną. Słyszałem jeszcze, jak Razelan mówił coś o pójściu do łóżka z ambasadorką, wywołując salwy niepewnego śmiechu. Malborn wślizgnął się za mną.
     
     - Jak na razie idzie dobrze – szepnął, próbując dodać nam obu otuchy. – Mam nadzieję, że nikt nie widział. Musimy przejść przez kuchnię. Twój sprzęt jest ukryty w spiżarni. Trzymaj się mnie i pozwól że ja będę mówił, dobra? Za mną!...
     
     Otworzył drzwi do kuchni. Uderzył nas intensywny zapach gotowanej kapusty. W kuchni było parno i duszno. Od razu oblałem się potem. I mroczno – palił się tylko niewielki kaganek i częściowo przykryty ogień na palenisku.
     
     - Kto idzie, Malbornie? – dobiegł nas głos znad kotła, z gotującą się polewką. – Wiesz, że nie lubię dziwnych zapachów w kuchni.
     
     Ku mojemu zdumieniu, kucharką była Khajitka. Zwróciła na mnie ciekawe spojrzenie swych kocich oczu i przymrużyła je podejrzliwie, jednocześnie marszcząc koci nos. Nic dziwnego, że wspomniała o zapachach. Khajitowie mają wprawdzie doskonały wzrok, zwłaszcza w ciemności, ale równie dobre węch i słuch. Pochodzą z pustynnej prowincji Elsweyr. Podobno piaski nagrzewają się tam do takich temperatur, że w dzień nie da się na nich wytrzymać. Stąd Khajitowie prowadzili nocny tryb życia. Jedynie wędrując na północ, do ludzkich osiedli, przestawiali się na dzienny, co nie znaczy, że tracili swoje umiejętności widzenia w ciemnościach.
     
     - To tylko gość, który źle się poczuł – odparł elf, opanowanym głosem. – Nie czepiaj się go.
     
     - Gość? – burknęła kucharka. – W kuchni? To niezgodne z zasadami!
     
     - Mówisz o zasadach, Tsavari? – roześmiał się Malborn. – Nie wiedziałem, że pozwalają na jedzenie księżycowego cukru! Może powinienem spytać panią ambasador?
     
     Khajitowie mają kocie pyski, porośnięte krótkim, ale gęstym futrem, więc nie czerwienią się jak ludzie. Ale kucharka wyraźnie spuściła z tonu. Księżycowy cukier był silnym narkotykiem, zabronionym w całym Cesarstwie. Z pewnością nie tolerowano by go także w ambasadzie, a Tsavari, gdyby się to wydało, nie tylko straciłaby posadę, ale też zostałaby surowo ukarana.
     
     - Wynoś się stąd – mruknęła. – Niczego nie widziałam.
     
     Malborn poprowadził mnie do ciasnej spiżarni i zamknął za sobą drzwi.
     
     - Twoje wyposażenie leży w skrzyni – wskazał na kufer pod ścianą, po czym wyjętym z kieszeni kluczem otworzył inne przejście. – Zamknę za tobą drzwi. Nie schrzań tego! – dodał błagalnym tonem.
Szybko przypiąłem pas. Tarczę zawiesiłem sobie na plecach, w dłoń chwyciłem łuk.
     
     - Pospiesz się – szepnął Malborn, chwytając dwie butelki z półki. – Muszę wrócić, zanim zaczną coś podejrzewać.
     
     Pomyślałem, że gdy ujrzą go wychodzącego ze spiżarni z dwiema butelkami w ręce, to nie zaczną podejrzewać niczego. Barman, udający się na zaplecze po napitki to najnormalniejsza rzecz na świecie. Uśmiechnąłem się do niego z uznaniem. Myśli o wszystkim. Po czym, skinąwszy mu głową, wysunąłem się ze spiżarni i znalazłem w obszernym korytarzu rezydencji. Klucz cicho szczęknął w zamku za moimi plecami. Byłem zdany już tylko na siebie.
     
     Przez najbliższe drzwi po lewej ręce ostrożnie zajrzałem do znajdującego się tam pomieszczenia. Wyglądało trochę jak jadalnia, trochę jak kuchnia, trochę jak spiżarnia, a było pewnie wszystkim po trochu. Stał tam kontuar, a za nimi schody, na które zamierzałem się udać. Według słów Malborna, prowadziły one na piętro, a tam było jedno z dwóch wyjść na dziedziniec. Drugie znajdowało się na wprost drzwi, przy których stałem, jednak w odległości kilku kroków ustawiono parawan, więc niczego nie było widać. Nie wątpiłem jednak, że stoi tam jakiś wartownik.
     
     Nagły ruch przy filarze sprawił, że zamarłem. Stał tam żołnierz, którego przedtem nie zauważyłem. Zrugałem się w myślach za to karygodne niedbalstwo. Żołnierz miał elfią zbroję, a u pasa wisiał mu topór. Z pewnością umiał się nim posługiwać. Przez chwilę bałem się nawet oddychać. Na szczęście żołnierz ruszył w przeciwnym kierunku, nie zauważając mnie. 
     
     Już miałem się wsunąć do komnaty, z zamiarem przebiegnięcia schody, gdy żołnierz niespodziewanie zawrócił. Ledwo zdążyłem się cofnąć. Zamarłem, wsłuchując się w odgłos jego kroków. Stukot jego butów ucichł. Oceniłem, że stoi przy kontuarze.  I wtedy usłyszałem drugiego. Podszedł do kontuaru i obaj zaczęli rozmawiać przyciszonymi głosami. Nie wszystko udało mi się usłyszeć, ale zdołałem się zorientować, że mówią o magach z Alinoru, którzy dziś przybili do ambasady. Obaj zastanawiali się, po co. Przypuszczali, że chodzi o przesłuchanie jakiegoś ważnego jeńca. A ja gryzłem nerwowo palce, bowiem ich przedłużająca się rozmowa całkowicie paraliżowała mój plan. Nie mogłem ruszyć się z miejsca, by mnie nie odkryto.
     
     Pogaduszki trwały chyba całe lata! Tak mi się przynajmniej wydawało. W końcu ucichły, a stukot butów o kamienną posadzkę zabrzmiał w moich uszach jak najpiękniejsza muzyka. Wartownik wracał na stanowisko. Odważyłem się zerknąć do środka. Żołnierz stał nieruchomo, wpatrując się w tańczący u sklepienia płomyk kagańca. Potem przymknął oczy i potarł je dłońmi. A ja zrozumiałem, że jest zmęczony i chyba tylko temu zawdzięczałem, że mnie jeszcze nie odkrył. Po chwili żołnierz ruszył w kierunku swojego kamrata. Wykorzystałem okazję i cicho jak kot przebiegłem na schody, po czym wskoczyłem na piętro i przyczaiłem się.
     
     Schody prowadziły na coś w rodzaju wewnętrznego balkonu, otoczonego balustradą. Stamtąd było przejście na korytarz. Nie wiedziałem, w którą stronę teraz powinienem się zwrócić. Pokręciły mi się kierunki. Wybrałem prawy. Na końcu znajdowało się wejście do bogato umeblowanej sypialni jakiegoś dygnitarza. Obmiotłem okiem komnatę. Chyba nawet cesarz nie miał tak wyposażonej sypialni. Zręczny złodziej obłowiłby się tu na całe życie. Zwłaszcza, że znając skuteczność thalmorskiej ochrony, byłoby ono zapewne bardzo krótkie…
     
     Zawróciłem. Znalazłem się na powrót w korytarzu i powoli skradałem się ku przeciwległemu końcowi. Korytarz wydał mi się nagle niezmiernie długi.
     
     Wychodząca z komnaty postać zaskoczyła mnie całkowicie. Odruchowo przykucnąłem za komodą. Na szczęście dla mnie, korytarz również urządzono z przepychem i nie brakło tu bogato zdobionych mebli. Tymczasem z drzwi po mojej prawej ręce wyszedł altmerski mag, co poznałem po stroju i nie zauważywszy mnie skierował się do wejścia naprzeciw. Skrzypnęły drzwi i wydawało mi się, że poczułem powiew wiatru. Tam chyba było wyjście.
     
     Ledwie śmiąc oddychać, cały mokry od potu, szedłem powoli w tamtym kierunku. Łuk w pomieszczeniu nie na wiele się zda, więc przewiesiłem go przez plecy, a chwyciłem w dłonie miecz i tarczę. Miałem elfie uzbrojenie. Przyszło mi do głowy, że gdybym przebrał się w thalmorską zbroję, nikt by mnie nie odróżnił od pełniących tu służbę wartowników.
     
     - „Jesteś za mały!” – zabrzmiały mi w uszach słowa Lydii.
     
     No tak, byłem niższy od przeciętnego Altmera, ale czy potencjalny przeciwnik od razu to zauważy? Wystarczyłoby, że zdążę do niego podejść i zatopić mu miecz w sercu.
     
     Zerknąłem do komnaty, z której wyszedł mag. Bogato urządzona, ale zbroi w niej nie było. Nic dziwnego, Altmerowie byli magami i uczonymi, a nie wojownikami, choć przez to nie stawali się łatwiejszymi przeciwnikami. Nie znajdziesz w ich komnatach zbroi, jak u Nordów, czy Orsimerów, tylko co najwyżej księgi i magiczne mikstury. Wycofałem się i przeszedłem do komnaty naprzeciw.
     
     Ta okazała się być przedsionkiem, prowadzącym na zewnątrz. Usiłowałem najpierw zajrzeć przez dziurkę od klucza, ale niczego nie dostrzegłem. Zaryzykowałem i ostrożnie uchyliłem ciężkie drzwi. Pusto. Wyszedłem na krużganek, poprowadzony pod murem.
     
     Ambasadę zbudowano na planie dwóch przylegających do siebie prostokątów. Pierwszy dziedziniec, od strony traktu, był dostępny z zewnątrz. Tam stały koszary i znajdowało się główne wejście do ambasady. Tamtędy też przybyłem, zarówno ja, jak i pozostali goście Elenven. Teraz znalazłem się na drugim, dostępnym tylko z budynku ambasady, bowiem za murem znajdowała się już tylko głęboka przepaść. Oba otoczono niewysokim, ozdobnym murem, zakończonym pozłacanymi, kutymi kratami i takimż samym murem je od siebie oddzielono. Tu jednak wokół całego muru zbudowano kamienny taras, odgrodzony od dziedzińca murkiem i pozłacanym, metalowym, kutym płotem. Wyglądało to jak korytarz bez dachu, biegnący wzdłuż muru. Na dziedziniec można było dostać się jedynie w dwóch miejscach, po schodach, zbudowanych po jego naprzeciwległych stronach.
     
     Wyjście z ambasady prowadziło właśnie na ten taras, a żeby wejść do siedziby Elenven, musiałem znaleźć się najpierw na dziedzińcu, a potem jakimś cudem przejść niezauważony obok dwóch wartowników i trzech magów, przechadzających się opodal. Na domiar złego, dziedziniec, zapewne dla wygody gości, oświetlono kilkoma kagańcami, a kute ogrodzenie uniemożliwiało wprawdzie przejście, ale nie chroniło przed wzrokiem wartowników.
     
     Westchnąłem bezgłośnie i zacząłem powoli skradać się w stronę schodów. Przygotowałem łuk. Odkrycie mnie było kwestią czasu.
     
     Co jakiś czas przystawałem. Płot składał się z kamiennych filarów, miedzy którymi rozciągnięto kraty, więc gdy tylko dopadłem do któregoś z nich, chowałem się za nim i nieruchomo obserwowałem dziedziniec. W myślach kalkulowałem swoje szanse. I niestety, chcąc przejść dalej, musiałem zlikwidować wszystkich. I to szybko, zanim któryś z pozostałych zaalarmuje całą ambasadę. Pięć osób! Nie da się! Choćby każda strzała była nie tylko śmiertelna, ale i zabijała od razu, nie dam rady aż pięć razy z rzędu strzelić wystarczająco szybko i jednocześnie precyzyjnie. Mogłem wprawdzie poczekać, aż magowie wrócą do budynku, ale nie wiedziałem, ile czasu im to zajmie, a tego miałem mało. Elenven zapewne już sobie o mnie przypomniała i kto wie, czy właśnie w tym momencie nie poszukiwała mnie wzrokiem, aby uciąć sobie ze mną pogawędkę. Znaczy, wyciągnąć ode mnie tyle, ile się da…
     
     Postanowiłem chwilę zaczekać. Być może magowie jednak wrócą, bo pogoda nie nastrajała do przechadzek. Ale wtedy musieliby przejść obok mnie. Poczekałem, aż wszyscy znajdą się po przeciwnej stronie i przebiegłem na drugą stronę schodów. Tam ukryłem się w głębokim cieniu. Na szczęście byli Altmerami, a nie Khajitami. Tamci wyczuliby mnie od razu po zapachu.
     
     Okazało się, że miałem rację. Już po chwili dwóch magów skierowało się na schody i wolnym krokiem powędrowało w kierunku, z którego przyszedłem. Pozostało trzech – jeden mag i dwóch żołnierzy. Teraz!
     
     Najpierw mag. Nie dlatego, że najniebezpieczniejszy, ale dlatego, że nie miał zbroi. Mogłem położyć go jednym, celnym strzałem. Wartownicy niezbyt przykładali się tu do swoich obowiązków, tupiąc jedynie nogami i usiłując nie zamarznąć. Dzięki temu nie usłyszeli zdradliwej strzały, która pomknęła nagle prosto w szyję maga, znajdującego się właśnie w cieniu. Niestety, moje nadzieje, że tego nie odkryją, spłonęły właśnie, bo mag runął na ziemię z głośnym hukiem.
     
     Strażnicy najpierw spojrzeli na siebie rozbawieni, zapewne przekonani, że szanowny gość po prostu poślizgnął się na zamrożonej alejce.
     
     - Wszystko w porządku? – spytał jeden, ruszając w jego kierunku. – Nic się nie stało?
     
     Drugi też spoglądał w tym kierunku, ale nie ruszył się z miejsca. Dlatego właśnie jego wziąłem na cel. Trzeba było zlikwidować go, dopóki ten pierwszy był od niego odwrócony plecami.
     
     Spaprałem strzał! No cóż, zdarza się… Zduszony jęk rozległ się, gdy żołnierz chwycił się za brzuch. Strzała znalazła szparę między płytami zbroi i wbiła się głęboko, nie zadając jednak śmierci. Zaalarmowało to drugiego, który odwrócił się tylko po to, by dostać strzałę prosto między oczy. Nawet Altmer nie przeżyje takiego czegoś. Tymczasem ranny dostrzegł mnie i wyszarpnął miecz, ruszając w moim kierunku. Ruchy jego jednak były niezdarne i powolne. W dodatku usiłował się skupić na zaklęciu, aby uleczyć swą ranę, co poznałem po złotawej mgiełce, która pojawiła się w jego lewej dłoni. Druga strzała odbiła się od jego naramiennika, zaledwie przystopowawszy go na chwilę, ale trzecia dopełniła dzieła. Dziedziniec był pusty, a ja, pomimo mrozu, otarłem pot z czoła.
     
     Nie byłem z siebie dumny. Przeciwnie, aż zacisnąłem oczy i ogarnęły mnie mdłości.
     
     Ani mag, ani żołnierze, nic mi nie zrobili. Zdarzało mi się zabijać, ale dotąd zabijałem tylko bandytów, albo w obronie, ewentualnie jedno i drugie jednocześnie. Tym razem to ja byłem mordercą. Skrytobójcą! Bardziej pasowałem do Mrocznego Bractwa, niż do Ostrzy, z którymi przyszło mi współpracować. I co z tego, że byli to Thalmorczycy? Nie wiedziałem nic o magu, ale żołnierze po prostu pełnili służbę, marząc jedynie o zmianie wart i kubku gorącego napoju.
     
     Na pół przytomny zwlokłem się po schodach. Nie wiem, dlaczego pomyślałem o ukryciu zwłok. Należało tak zrobić, ale ja chyba po prostu chciałem ukryć wyrzuty sumienia. Zawlokłem wszystkich w cień i ukryłem w krzakach. Bez specjalnego wysiłku, bowiem mimo podobnej postury, Altmerowie są od nas znacznie lżejsi. Jakaś przytomniejsza część mojego umysłu nakazała mi zdjęcie zbroi z jednego z nich i włożenie jej na siebie. Wprawdzie był wyższy, ale od czego paski z wieloma dziurkami – po ich dociągnięciu całkiem nieźle pasowała.
     

Elfia zbroja thalmorskiego oficera - eksponat zbrojowni Dworu Nad Jeziorem w dzielnicy Falkret, w południowej części Skyrim

     Ostrożnie otworzyłem drzwi do prywatnych pomieszczeń ambasadorki. Znalazłem się w obszernej komnacie, wystrojem nie różniącym się od tych, które widziałem w budynku ambasady. Naprzeciw ujrzałem półprzymknięte drzwi, a zza nich dobiegł mnie szmer rozmów. Mówiono coś o przesłuchaniu więźnia. Jeden z głosów nalegał na zaostrzenie tortur, twierdząc, że czasu jest mało. Aż się wzdrygnąłem z obrzydzenia i momentalnie przestałem żałować trzech ofiar na dziedzińcu. Służąc takiej sprawie, sami się postawili poza nawiasem! Tak przynajmniej próbowałem uspokoić własne sumienie.
     
     Przekradłem się do sąsiedniego pomieszczenia, w którym stało bogato zdobione biurko, a za nim drewniany kufer. Na miejscu Elenven właśnie tu trzymałbym tajne dokumenty. I nie omyliłem się. Otworzywszy skrzynię, pilnując, by zawiasy nie zazgrzytały, znalazłem w niej trzy teczki i klucz. Zabrałem wszystko i przejrzałem. „Thalmorskie dossier – Ulfric Gromowładny”. Ciekawa lektura! Ale na później, teraz nie ma czasu. „Thalmorskie dossier – Delphine”. Delphine? Miała tu swoją teczkę i to całkiem grubą. Z pewnością ją ona zainteresuje. Ciekawe, ile Thalmor o niej wie. „Smocze śledztwo – stan obecny” – przeczytałem drobne, elfie pismo. Oho! To jest to! Znalazłem, czego szukałem. Przez chwilę zastanawiałem się, czy zaryzykować i przeczytać teraz, czy zabrać ze sobą. Początkowo zamierzałem tylko przeczytać, aby nikt nie odkrył mojej wizyty tutaj, ale teraz, gdy na dziedzińcu stygły trzy trupy, nie miało to już żadnego znaczenia. Mimo to, stwierdziłem, że dokument nie jest zbyt obszerny, więc otworzyłem i przeczytałem, mając nadzieję, że naprowadzi mnie to na jakiś inny ślad, który tutaj znajdę. I nie omyliłem się.
     
     
     Pierwsza Emisariuszka Elenven,
     
    Spodziewamy się przełomu w próbach wykrycia grupy, trzymającej władzę, która stoi za fenomenem smoczego odrodzenia. Informator wskazał nam pewna osobę, którą sprowadziliśmy do Ambasady, w celu pełnego przesłuchania. Obiekt jest wytrwały, lecz z pewnością posiada potrzebne nam informacje. Wydałem zgodę na Pośrednie Ręczne Rozwinięcie. Sądzę, że silniejsze środki nie będą konieczne, o ile czas was nie nagli. Wiem, że wolałaby pani być obecna przy ostatecznym przesłuchaniu. Poinformuję panią, kiedy obiekt stanie się w pełni podatny. Dwa dni powinny wystarczyć.
     
     W tym czasie, jeśli pragnie pani zweryfikować naszą działalność, jesteśmy otwarci na pani sugestie. Umieściłem więźnia w celi, w pobliżu schodów do pani gabinetu. Dla wygody.
     
     Rulindil, 3.Emisariusz

     
     Znów oblał mnie pot, tym razem z wściekłości.
     
     Co to za określenia? „Obiekt”, „Pośrednie Ręczne Rozwinięcie”! Torturują tu ludzi i nawet przed sobą samym tego nie potrafią przyznać! Krew się we mnie zagotowała. Rozejrzałem się uważnie i ujrzałem schody. To musi być tam. Tam zapewne znajduje się izba tortur, jak wspominał dokument. Udałem się w tamtym kierunku. Znaleziony w kufrze klucz pasował do zamka. Cicho otworzyłem drzwi.
     
     Tak jak przypuszczałem, znalazłem się na podeście, z którego schody prowadziły do więzienia. Pode mną stał oświetlony stół, na którym walały się jakieś papiery, obok krzesło i kufer. A dalej zakratowane cele i następne schody, prowadzące do podobnego podestu.
     
     A z celi słychać było jakieś jęki.
     
     Powoli zszedłem ze schodów i stanąłem naprzeciwko celi. Stał w niej jakiś żołnierz w złotej zbroi i naigrywał się z przykutego do ściany więźnia. Ten jęczał cicho, ale nie wzbudził tym współczucia w żołnierzu.
     
     - Zachowaj siły na przesłuchanie – rzekł drwiąco. – Mistrz Rulindil z tobą porozmawia.
     
     W tym momencie wydał na siebie wyrok. Napiąłem łuk i bez mrugnięcia okiem wpakowałem mu strzałę w kark. Z tej odległości bosmerski łuk przebijał nawet elfią zbroję. Żołnierz zwalił się z hukiem na podłogę.
     
     Wyczekałem chwilę, nasłuchując, bowiem wydało mi się, że coś słyszę. Istotnie, ponad schodami, na sąsiednim podeście zaskrzypiały drzwi i rozległy się kroki. Napiąłem łuk. Na schodach pojawił się mag. Początkowo szedł w stronę biurka, niczego nie zauważając, ale wkrótce dostrzegł żołnierza z wystającą z karku strzałą.
     
     - Co się…
     
     Nie dokończył. Upadł na drewnianą podłogę, wydając zaledwie cichy jęk. Strzała w głowę, wypuszczona z bliska, zawsze jest śmiertelna.
     
     Tym razem nie miałem wyrzutów sumienia. Zasłużyli sobie na ten los.
     
     Podbiegłem do więźnia, przekraczając ciało żołnierza. Uniosłem delikatnie jego zwieszoną głowę i spojrzałem mu w twarz. Była wymizerowana, sina od zadanych ciosów i przedstawiała smutny widok. Nawet nie wiedziałem, ile więzień ma lat, bo trudno było rozpoznać. Jego długie włosy zlepione były potem i zastygłą krwią. Obnażone ciało nosiło ślady tortur.
     
     Łypnął na mnie resztką sił. Ujrzawszy thalmorską zbroję, przymknął oczy.
     
     - Mówiłem ci, że nic więcej nie wiem na ten temat – szepnął z wysiłkiem i zwiesił głowę.
     
     - Nie zamierzam cię torturować – szepnąłem łagodnie. 
     
     - Co?... Kto?... – z wysiłkiem podniósł głowę. – Więc czego chcesz?
     
     Przytknąłem mu do ust fiolkę z mikstura uzdrowienia. Wypił ją chciwie i zaraz poczuł się lepiej.
     
     - Nie mam czasu na wyjaśnienia – mruknąłem, zdejmując mu łańcuchy.
     
     Opadł na kolana, ciężko dysząc. Wcisnąłem mu w rękę kolejną buteleczkę, jednocześnie kierując się w stronę biurka. I kufra…
     
     Papiery na biurku nie były zapisane. Za to w kufrze znalazłem kolejną teczkę. „Thalmorskie dossier – Esbern” – przeczytałem nagłówek. Nie wiedziałem, kto to, ale zabrałem dokumenty ze sobą. W kufrze znajdował się też klucz.
     
     Więzień doszedł już jako tako do siebie. Więc zasypałem go pytaniami, zapewniając, że jest wolny. Nieufnie spoglądał na moją thalmorską zbroję, ale widząc, że nie jestem Altmerem, uspokoił się trochę.
     
     - Szukają jakiegoś starca imieniem Esbern – powiedział. – Ma coś wspólnego ze smokami. Słyszałem ich rozmowę, gdy sądzili, że jestem nieprzytomny. W Pękninie widziałem człowieka, którego…
     
     Nie dokończył, bo nagle z hukiem otworzyły się drzwi, przez które tu wszedłem. Odruchowo przyklęknąłem. Na podeście pojawił się żołnierz.
     
     - Słuchaj, szpiegu! – rozległ się jego głos. – Mamy twojego wspólnika, a ty jesteś w pułapce. Poddaj się natychmiast, albo czeka was śmierć!
     
     Z przerażeniem dostrzegłem Malborna, z wykręconą ręką, prowadzonego przez drugiego Thalmorczyka.
     
     - Nieważne – odezwał się nagle Bosmer, na tyle głośno, abym usłyszał. – I tak jestem już martwy.
     
     - Cisza, zdrajco! – ryknął żołnierz. – Ruszaj! Powoli!
     
     Dzielny elf dawał mi do zrozumienia, żebym nie dał się nabrać na słówka Altmerów. Nie zamierzałem. Nie miałem złudzeń, co do losu, jaki nas czekał, gdybyśmy wpadli w ich łapy. Napiąłem łuk i zza kraty wypuściłem strzałę w tego, który go trzymał. Pocisk wbił się pod naramiennik. Żołnierz krzyknął z bólu i odruchowo puścił więźnia. Malborn z podziwu godną zimną krwią, wyrwał mu się i ruszył na niego, zaciskając dłonie na jego szyi.
     
     I wtedy drugi z żołnierzy popełnił niewybaczalny błąd.
     
     Zamiast ruszyć swemu kamratowi na pomoc, on zbiegł ze schodów i rzucił się na mnie. Jeszcze na schodach dostał strzałę w oko, a chociaż, o dziwo, nie zatrzymała go ona, to dokonał tego cios mieczem. Nawet jeśli go przeżył, magia Przedświtu dokonała reszty, obejmując go płomieniem. Upadł martwy i zsunął się po schodach na sam dół.
     
     Przeskoczyłem go i wbiegłem na górę. Obaj wciąż trwali w śmiertelnym uścisku, przepychając się i usiłując obezwładnić. Dostrzegłszy mnie kątem oka, Malborn przytomnie, ze zwinnością, charakterystyczną dla swej rasy, przekręcił się tak, żeby żołnierz znalazł się po mojej stronie. Najwyższa pora, bowiem ten zamierzał już wbić wyciągnięty sztylet pod jego żebra. Trzasnąłem go przez hełm raz i drugi. Zwiotczał. Wpakowałem ostrze pod napierśnik. Blachy zbroi zajęły się płomieniem, zanim żołnierz zwalił się u naszych stóp.
     
     Spojrzeliśmy na siebie z ulgą, ale po chwili, Malborn odezwał się z wyrzutem.
     
     - Teraz Thalmor będzie polować na mnie do końca mojego życia! 
     
     Westchnął przeciągle.
     
     - Mam nadzieję, że było warto – dodał ciszej, po czym rozejrzał się dookoła. 
     
     Zeszliśmy na dół. Więzień siłował się z zabitym magiem, próbując ściągnąć z niego płaszcz. Pomogliśmy mu w tym i z ulgą otulił się ciepłą odzieżą.
     
     – Jest tu inne wyjście? – spytał Malborn.
     
     Wzruszyłem ramionami, ale więzień, który przedstawił nam się jako Etienne Rarnis, pociągnął go za rękaw.
     
     - Chodź – odezwał się. – Widziałem. Ich strażnicy wynoszą tędy ciała.
     
     Zaprowadził nas do wielkiej klapy, umieszczonej w podłodze.
     
     - Ta droga na pewno dokądś prowadzi – szepnął.
     
     Próbowaliśmy podnieść – nic z tego. Zamknięte na amen. Ale przypomniałem sobie o kluczu, znalezionym w kufrze. Pasował! Szczęk zamka, chwila wysiłku i droga stanęła otworem.
     
     Zajrzałem do środka. Było ciemno. Chwyciłem więc jeden z kaganków i podałem Malbornowi, samemu chwytając drugi. Elf zagłębił się w otworze, Etienne ruszył za nim. Na koniec ja rozejrzałem się jeszcze po więzieniu, po czym stanąłem na chwiejnej drabinie i zacząłem posuwać się w dół.
     
     Klapa w podłodze zamknęła się za nami.