piątek, 6 maja 2016

Rozdział XXVIII - List żelazny

     Zatrzymałem się tak nagle, że Lydia wpadła na mnie z rozpędem.

     - Co się stało? – zapytała.

     Musiałem mieć bardzo niewyraźną minę. Nie wiedziałem, jak jej to powiedzieć. Nie chciałem wracać do źródeł naszej niedawnej kłótni, ale tu sytuacja była zupełnie inna.

     - Malborn spodziewa się tylko mnie – zerknąłem na nią ostrożnie. – Co będzie, jeśli zobaczy nas dwoje? Może uznać to za pułapkę i nic nie powiedzieć.

     - Nic się nie martw – odparła. – Podejdziesz do niego sam, a ja poczekam przy barze.

     Ku mojej wielkiej uldze, Lydia nie robiła z tego problemu. Doskonale rozróżniała ośli upór i konieczność.

Samotnia - gospoda "Pod Mrugającym Ślizgaczem"


     W gospodzie było gwarno, choć nie tak tłoczno jak wczoraj. Zacząłem się rozglądać po sali, niby za wolnym stolikiem. Dostrzegłem go po dłuższej chwili, bowiem sprytnie usiadł przy najdalszym stole, częściowo zasłoniętym przez szeroki filar.

     Nie przypominał Eanora. Wprawdzie smukły i niewysoki, o włosach w kolorze miedzi, twarz miał jednak zupełnie inną. I nie nosił charakterystycznego bosmerskiego kucyka. Nerwowymi palcami bębnił po drewnianym kubku z jakimś napitkiem. Zlustrowałem całą salę ponownie. To musiał być on. Był jedynym Bosmerem w gospodzie. 

     Zamówiłem miód i z pełnym kubkiem udałem się w stronę domniemanego Malborna. Gdy stanąłem przy stoliku, łypnął na mnie niespokojnie spode łba.

     - Potrzebujesz czegoś? – spytał głosem, w którym wyczułem napięcie.

     - Można się przysiąść? – spytałem. – Tłok tu dziś straszny.

     - Czekam na kogoś – odpowiedział nerwowym głosem.

     - A, to zmienia postać rzeczy – zrobiłem do niego oko. – Zakochani mają swoje prawa.

     Nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się z przymusem.

     - Mam na imię Wulfhere. Miło było poznać.

     - Malborn – odrzekł odruchowo. – Mnie też…

     Ku jego zdziwieniu opadłem na krzesło naprzeciw niego.

     - Spokojnie, przyjacielu – uśmiechnąłem się. – To na mnie czekasz.

     Bosmerowie mają duże oczy, ale w tej chwili Malborn otworzył je tak szeroko, że wyglądało to naprawdę groteskowo.

     - Przysyła mnie nasza wspólna znajoma – wytłumaczyłem przyciszonym głosem.

     Przedtem był tylko zaskoczony i niespokojny. Teraz na jego twarzy pojawiło się prawdziwe przerażenie.

     - Serio? – jęknął. – Ciebie wybrała?...

     Ukrywszy twarz w dłoniach, wyszeptał.

     - Mam nadzieję, że wie co robi…

     Ubodło mnie to do żywego. Kto dał mu prawo mnie osądzać? Bo byłem jeszcze młokosem? I kto to mówi? Sam nie miał pewnie wiele więcej lat ode mnie... No, fakt, był elfem. Równie dobrze mógł mieć na karku sześćdziesiątkę…

     - Ona mi zaufała – warknąłem. – Pewnie ma jakiś powód. Może też spróbujesz?

     Westchnął tylko. Widocznie uznał jednak, że nie ma co walczyć ze sprawami, na które nie ma się wpływu, bo od razu przeszedł do rzeczy.

     - Oto jak wygląda sytuacja – zaczął przyciszonym głosem. – Mogę dla ciebie przemycić nieco sprzętu do ambasady. Nie zabieraj ze sobą niczego więcej, bo ochrona Thalmoru nie jest na pokaz. Daj mi tylko to, co będzie ci niezbędne, a ja to dostarczę do ambasady. Reszta w twoich rękach.

     No, nareszcie gada do rzeczy. Myśl, że mogę mieć ze sobą broń, przydała mi otuchy. Tylko czy on jest w stanie ją przemycić?

     - Co mam przynieść? – zapytałem.

     Przerażenie w jego oczach sięgnęło zenitu.

     - Ja mam wiedzieć? – jęknął. – A obiecała, że przyśle kogoś, kto wie, co robi…

     - Pytam, bo nie wiem, co możesz przemycić! – syknąłem ze złością. – Nie znam twoich możliwości.

     Nerwowo łyknął z kubka.

     - Z tym nie ma problemu – odparł. – Całe zaopatrzenie ambasady w żywność i napitki jest na mojej głowie. Jutro dostarczam tam cały wóz najróżniejszych wiktuałów. Mogę między nimi ukryć sporo sprzętu. Sprawdzają, ale pobieżnie. Do pewnego stopnia mi ufają. No cóż, staram się…

     Skinąłem głową, przygotowując w myślach listę potrzebnych rzeczy.

     - Jeśli chcesz wyjść z tego w jednym kawałku – dodał - sugeruję wybrać coś, co pozwoli poruszać się cicho i błyskawicznie zabijać.

     - Łuk, strzały, miecz, tarcza – zacząłem wymieniać. – Na wszelki wypadek jakieś mikstury. Mam też trochę jadu śnieżnego. Więcej nie biorę, bo trudno byłoby mi się skradać.

     Ustaliliśmy miejsce i termin przekazania sprzętu. Musiało się to odbyć dyskretnie, w pokoju gospody, tuż przed jego wyruszeniem do ambasady, bo niewykluczone, że w Samotni byli szpiedzy Thalmoru. Według Malborna, w ambasadzie stacjonowało niewielu żołnierzy, ale za to świetnie wyszkolonych. Miałem więc bardziej polegać na umiejętności skradania i sprycie.

     - Jest jednak miejsce, gdzie prawdopodobnie nie unikniesz walki – szepnął. – Przyjęcie odbędzie się w budynku ambasady, a ty musisz przedostać się do siedziby Elenven. To inny gmach. Trzeba przejść przez dziedziniec, a tam na pewno będzie straż. Może w nocy cię nie zauważą, ale nie liczyłbym na to.

     Zgodziłem się z nim. Sytuacja była poważna i nie zamierzałem jej lekceważyć. Mimo to, wierzyłem w swoje szczęście. Spytałem o rozkład pomieszczeń. Wyjaśnił mi pobieżnie, którędy mam się udać. Wspomniałem jeszcze o Lydii, żeby nie przestraszył się jej, gdyby przyszło nam się spotkać w trójkę. Niepotrzebnie obawiałem się jej obecności – Delphine uprzedziła go już wcześniej, że zwykle podróżujemy razem. Pożegnaliśmy się, mając do siebie odrobinę więcej zaufania niż na początku. Zasypiając po całym dniu, patrzyłem w przyszłość z nadzieją.

     A rankiem Lydia niespodziewanie zaproponowała mi odwiedzenie pałacu.

     Dowiedziała się bowiem, że Jarl Elisif zwykle wieczorami urządza spotkania z mieszkańcami miasta. Można było zwrócić się do niej z różnymi nurtującymi sprawami i żaden konkretny powód wizyty nie jest potrzebny. Spodobało mi się to i zapisałem to na plus, choć samej Elisif jeszcze nie znałem. Udaliśmy się więc do Błękitnego Pałacu – beż żadnego powodu, ot, żeby złożyć jej nasze uszanowanie.

     Błękitny Pałac w środku wydał mi się bardzo ciasny. Nie było wielkiej sali, jak w Smoczej Przystani, czy Pałacu Królów. Nic dziwnego, zbudowano go na skale, która wymusiła niejako jego rozmiary. Był jednak pięknie urządzony, w zupełnie innym stylu niż dotychczas odwiedzane przeze mnie siedziby jarlów.

Samotnia - Błękitny Pałac - przedsionek sali tronowej, znajdującej się na górze


     Przedsionek nie był rozległy, ale czysty i schludny, w dodatku gustownie umeblowany. Za nim podwójne schody, z ozdobną balustradą prowadziły na górę, do sali tronowej. Ta też była niewielka, ale za to jasna i przez to wydawała się większa. Na tronie siedziała młoda kobieta o ciemnych włosach i miłej aparycji. Obok stał jej zwyczajowy huskarl – chłop jak dąb w stalowej zbroi. Po drugiej stronie jakiś arystokrata o spokojnych oczach, rudej czuprynie i takiejż brodzie, przystrzyżonej krótko na cesarską modę.

     Nie byliśmy sami – jakiś skromnie odziany mieszkaniec właśnie zdawał relację z okolic Smoczymostu. Z przejęciem opowiadał o jakiejś złowrogiej energii, wydobywającej się z jaskini o nazwie Wilczy Czerep. Zarówno jarl, jaki i jej rudobrody zarządca, z uwagą wysłuchali posłańca, po czym zarządca zaproponował wzmocnienie garnizonu w Smoczymoście, na co jarl przystała. Posłaniec skłonił się i odszedł zadowolony.

     Przyszła nasza kolej. Skłoniliśmy się i przedstawiliśmy. Elisif, oczywiście, nie słyszała o mnie, a o tym, że jestem Smoczym Dziecięciem, wolałem nie wspominać. Przynajmniej teraz, gdy miałem do wykonania tajną misję. Na szczęście w czas przypomniałem sobie o godności, jaką nadał mi Balgruuf, więc nie omieszkałem o tym wspomnieć. Tan Białej Grani brzmi bowiem znacznie lepiej, niż włóczęga, uganiający się za smokami.

     Zarówno Elisif, jak i Falk Ogniobrody, bo takie imię nosił zarządca, zrobili na mnie raczej korzystne wrażenie, jako ludzie życzliwi i otwarci. Nie zawracaliśmy im zresztą głowy zbyt długo. Ot, wymiana uprzejmości. Gdy wyszliśmy z pałacu, Lydia nie omieszkała spytać mnie o wrażenia.

     - Sam nie wiem – mruknąłem. – Miła kobieta, ale czy ma dość siły, aby piastować to stanowisko?

     - O tym samym pomyślałam – przytaknęła. – Ale ten Falk wygląda na kogoś, kto zna się na rzeczy. Jeśli ma więcej takich doradców…

     - No i jest jeszcze Tulius – przypomniałem. – Bardzo silna osobowość. Ciekawe, czy ją wspiera, czy też toczy z nią jakąś grę.

     Na razie uznaliśmy, że to nie nasze zmartwienie. My mieliśmy na głowie smoki. A właśnie zbliżał się czas spotkania z Malbornem.  Przeszliśmy więc przez całe miasto, aż do gospody, w której go spotkaliśmy. Przechodząc obok niego, udawałem, że go nie widzę. Udałem się do swojego pokoju. Po kilku minutach zjawił się w nim, z dużym, pustym workiem w ręce. Był skupiony, ale nie spięty. Szybko przekazałem mu broń i buteleczki z miksturami. Umieścił to w worku, owijając starannie. 

     - Niezły łuk – cień uśmiechu przewinął mu się przez wargi. – Bosmerska robota. Jak powiew z puszczy Valen.

     Uścisnęliśmy sobie ręce.

     - Dziś wieczór – szepnął.

     - Trzymaj się.

     Wychodząc z gospody, udaliśmy się do głównej bramy i wyszliśmy poza mury, kierując się ku stajniom. Stajnie w Samotni to było całe gospodarstwo, włącznie z czynnym wiatrakiem. Delphine czekała tam na nas, siedząc na wielkim kamieniu i zajadając się jabłkami. 

     - Tak długo czekasz? – spytałem, wymownie patrząc na ogryzki, zaścielające ziemię wokół głazu.

     - Nie, tak lubię jabłka – odparła, wstając. – Jak poszło z Malbornem?

     - W porządku – odparłem. – Dałem mu wszystko, czego będę potrzebował. A raczej, czego mam nadzieję nie potrzebować.

     - Rozumiem – skinęła głową. – Ale na twoim miejscu przygotowałabym się raczej na to, że trzeba będzie tego użyć. Wiele złego można powiedzieć o Tahlmorczykach, ale na pewno nie to, że są idiotami. Zwodzić ich można tylko do czasu.

     - Masz zaproszenie? – spytałem.

     - Oczywiście! – uśmiechnęła się, podając mi ozdobny dokument.

     Rozwinąłem go i zacząłem czytać.


Elenven, Pierwsza Emisariuszka Dominium Aldmerskiego w Królestwie Skyrim
Prosi
Cormac
o zaszczyt towarzystwa na przyjęciu, odbywającym się w dniu
8 Dom. Ogniska, 201 roku
W rezydencji ambasadora
RSVP. Wymagany strój wizytowy


     - Cormac? – podniosłem głowę. – Mam na imię Wulfhere, zapomniałaś?

     - Może jeszcze poinformujesz ich, gdzie mieszkasz? – prychnęła zniecierpliwiona. – Prędzej czy później wpadną na twój trop, ale nie mam zamiaru im tego ułatwiać.

     Chodziło mi o to, że nie należy kłamać tam, gdzie łatwo to sprawdzić. W końcu, kilka osób, włącznie z generałem i jarl, znało już moje imię. Ale machnąłem ręką. Chyba wie, co robi. Tylko to imię takie jakieś… Cormac.  Brzmiało jakby ktoś otwierał stare, rozlatujące się drzwi, o zardzewiałych zawiasach.

     - Jeszcze jedno – odezwała się Delphine z zagadkowym uśmiechem. – Strażnicy przepuszczą cię dopiero wtedy, gdy naprawdę uwierzą, że jesteś zaproszonym gościem. Musisz więc wyglądać jak gość, a nie jak uzbrojony po zęby żołnierz. Masz, załóż to!

     Podała mi owiniętą w papier paczkę. Rozciąłem sznurek i odwinąłem.

     - Niezłe – skwitowała Lydia, na widok eleganckiego kaftana i butów. – Będziesz udawał księcia?

     - Kupca – odparła Delphine. – Jesteś kupcem, handlującym rzadkimi i drogimi minerałami, używanymi w kowalstwie. Znasz się na tym, więc nie powinno być problemu. W razie pytań, zasyp rozmówcę szczegółami, to go zniechęci.

     - I nie zapomnij mówić z pasją – dodała Lydia. – Najlepiej jeszcze chwyć go za guzik. Tego żaden gość nie wytrzyma!

     Zaśmiały się obie.

     - Mów tak, żeby sam się od ciebie opędzał – dodała wesoło Delphine.

     Wzruszyłem ramionami i udałem się do młyna, żeby się przebrać. Ściągnąłem zbroję i włożyłem na siebie kaftan. Leżał całkiem nieźle. Buty były trochę ciasne, ale dało się je włożyć.

Stajnie i wiatrak w Samotni - opisywana scena rozegrała się w tym miejscu. Po lewej kamień, na którym siedziała Delphine. Zdjęcie wykonano wkrótce po opisanych wydarzeniach, bowiem już w przyszłym roku wyrosła tam jabłonka.


     - I jak? – spytałem, prezentując się w nowym stroju.

     Jak na komendę obie zaczęły dusić się ze śmiechu.

     - Cóż, zrobiłam co mogłam – skwitowała Delphine.

     - Nie jest tak źle – odparła Lydia z wymuszoną powagą. – Jak się ogoli, wygląda lepiej. No, wyprostuj się!

     - Może się uda – kiwnęła głową Delphine. – Jeśli nie będzie się odzywać…

     Śmiały się, ropuchy jedne, moim kosztem. Przecież od wrażenia, jakie uda mi się wywrzeć, zależało moje życie. Czułem się tak niepewnie, a one, zamiast mnie podbudować, zamiast dodać mi otuchy, odzierały mnie bezlitośnie z resztek złudzeń.

     - Jeszcze słowo, a któraś z was tam pójdzie zamiast mnie! – warknąłem. – Może zamiast rechotać, podpowiecie mi, jak mam się zachować?

     - Przede wszystkim, nie stawiaj nóg tak szeroko – odpowiedziała Delphine. – I ramiona też przy sobie, a nie jakbyś chciał zagarnąć całą przestrzeń dla siebie. Jesteś kupcem, a nie generałem.

     - Może spróbujesz się tak nie skradać? – spytała Lydia. – Chodzisz jak złodziej. Pewnie, dostojnie, jakbyś był wielkim panem! Wyobraź sobie, że masz tyle złota, że możesz sobie kupić całą tę ambasadę, razem ze wszystkimi gośćmi.

     - To chyba się nie uda – Delphine pokręciła głową. – Ale to nic. Będzie odgrywał rolę kupca-zdziercy. Oni tak chodzą i tak się rozglądają. A ich jedyna myśl: kogo by tu jeszcze oskubać?

     Znowu uderzyły w rechot. Aż się we mnie zagotowało.

     - A może nie kupiec, a syn kupca? – podsunęła Lydia. – Ojciec niedomaga, więc syn powoli przejmuje interes. To by tłumaczyło, dlaczego czuje się niepewnie. To jego pierwsze tak wielkie spotkanie.

     - Niezła myśl – skinęła głową Delphine. – Syn, który ku wielkiemu utrapieniu ojca, okazuje się nie mieć w ogóle żyłki do handlu.

     - I obawia się, że spaprze ten interes – dodała Lydia. – To dlatego jest taki przestraszony.

     - A ojciec zagroził, że go wydziedziczy i przekaże interes szambelanowi.

     - I nici z małżeństwa z piękną córką szefa gildii – Lydia przewróciła oczami. – Jej ojciec się nie zgodzi.

     - A oni potajemnie się kochają!

     - I już sobie przyrzekli, za plecami ojców.

     - Pisał dla niej wiersze…

     - I śpiewał serenady pod balkonem.

     Widząc, że na ich współczucie liczyć nie mogę, obróciłem się na pięcie i przebrałem w zbroję. Wstrętne baby! Wyszedłem z zawiniątkiem pod pachą i nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem, udałem się w stronę miasta. Zanim udam się do ambasady, musiałem się trochę oporządzić. Umyć się, ogolić, uczesać. Czasu miałem dość, zwłaszcza, że zamierzałem się nieco spóźnić, aby nie przybyć jako jeden z pierwszych, co uniemożliwiłoby mi ukrycie się między gośćmi. Udałem się więc do gospody, do swego pokoju.

     Lydia zjawiła się po kilku chwilach, z jakimiś buteleczkami w rękach. Zza pazuchy wystawał jej grzebień, a z kieszeni nożyce. Akurat wtedy, gdy szorowałem się nad miednicą pełną wody.

     - Daj, pomogę ci – pochyliła się ku mnie.

     - Poradzę sobie – warknąłem, wciąż jeszcze trochę zły.

     - Oj, przestań! – zbeształa mnie. – Musisz wyglądać jak arystokrata. Trzeba ci trochę przyciąć grzywę. Ale najpierw mycie.

     Wylała mi na głowę zawartość jednej flaszeczki. Poczułem zapach lawendy. Włosy pokryły mi się pianą, gdy delikatnie masowała mi skórę na głowie. Na koniec chlusnęła wodą z dzbanka i wszystko spłukała. Wysuszyła mi włosy ręcznikiem.

     - Usiądź tutaj – podstawiła mi krzesło i chwyciła nożyce. – Zrobię z ciebie księcia.

     Prychnąłem niezadowolony, ale posłusznie usiadłem. Najpierw rozczesała mi włosy tak, że opadły mi na oczy. Przystrzygła trochę grzywę i po bokach, wyrównując je gdzieniegdzie, po czym chwyciła brzytwę.

     - No, dalej, nadstaw gardło – uśmiechnęła się. – Zobaczymy, czy mi ufasz.

     Westchnąłem przeciągle. Ileż to trzeba znieść, aby uratować świat! Odchyliłem głowę do tyłu i zamknąłem oczy. Muszę przyznać, że ręce Lydii były bardzo delikatne i sprawne. Wiedziała, co robić. Była wojowniczką, ale nie przestała przez to być kobietą. Tylko gdzie nauczyła się golić brodę?

     Gdy już umyty, ogolony, ufryzowany i wyperfumowany włożyłem nowe szaty, odeszła o kilka kroków i przyjrzała mi się uważnie, marszcząc brwi. 

     - Może być – skwitowała. – Trzeba wiedzieć, kiedy skończyć, żeby nie przedobrzyć. Wiesz, całkiem przystojny z ciebie wagabunda.

     A ja poczułem się nagle bardzo niepewnie. Brakowało mi ciężaru miecza u pasa. Brakowało mi ucisku kołczana na ramieniu i łuku na plecach. I chyba to zauważyła, bo spoważniała.

     - Jakoś to będzie – rzekła cicho, patrząc mi w oczy. – A jakby się nie udało, to od czego są przyjaciele? Wyciągniemy cię stamtąd.

     - Życz mi szczęścia – odpowiedziałem drżącym głosem. – Coś mi mówi, że będzie mi bardzo potrzebne.

     Zamiast tego uściskała mnie czule. Odwzajemniłem uścisk. Trwaliśmy tak przez chwilę, aż w końcu Lydia łagodnie uwolniła się z moich ramion i otworzyła drzwi.

     - Pod strażnicą czeka na ciebie furmanka – powiedziała. – Delphine stwierdziła, że to powinno zamknąć co niektóre usta. Myśli o wszystkim.

     Wziąłem dwa głębokie wdechy i wyszedłem. Musiałem wyglądać naprawdę dostojnie, bo kilka głów obróciło się za mną. Wyszedłszy na chłodne, wieczorne powietrze, poczułem się pewniej. Weselsze myśli nabiegły mi do głowy. W końcu, nie byłem zupełnie bezbronny. Znałem trochę magię zniszczenia, jak Płomienie, czy całkiem niedawno poznane Błyskawice. Poznałem już Dębowe Ciało i Leczenie. Moja mana też była już silniejsza od ciągłych ćwiczeń. No i władałem Głosem, co było moim największym atutem. 

     Wyszliśmy poza mury miasta. Do stajni był kawałek drogi. Gdy stanąłem obok furmanki, sprawdziłem jeszcze, czy aby na pewno mam przy sobie zaproszenie. Tkwiło pewnie w kieszeni kaftana.

     - Szkoda, że nie wziąłem też czapki – rzekłem, uśmiechając się niepewnie. – Szykuje się mroźny wieczór.

     Uścisnęliśmy sobie ręce, po czym wdrapałem się na wóz.

     - Do ambasady Thalmoru! – powiedziałem głośno.

     - Wiem – mruknął woźnica i cmoknął na konia.

     Wóz potoczył się wolno po kamienistej dróżce.

niedziela, 1 maja 2016

Rozdział XXVII - General Tulius

     Gdy zszedłem na dół, Lydia już tam była i właśnie zawiązywała podróżny plecak. Spojrzałem na nią zdziwiony. Czyżby uparła się, że jednak ze mną pójdzie?

     Milczeliśmy przez jakiś czas.  Ona zaczęła wciskać się w kirys, ja przyrządzałem sobie śniadanie. Jednak po kilku chwilach nie wytrzymałem.

     - Wybierasz się dokądś? – burknąłem.

     - Tak – odparła, przypasując miecz.

     Nie siliła się na wyczerpujące odpowiedzi. Pobębniłem trochę palcami po stole.

     - Można wiedzieć, dokąd? – spytałem.

     - Do Samotni – odpowiedziała lakonicznie.

     Myślałem, że mnie coś trafi! Walnąłem pięścią w stół.

     - Przecież rozkazałem ci zostać!

     Zarzuciła plecak na ramię. Podeszła do mnie tak blisko, że aż musiałem się cofnąć i ze zwężonymi oczami wysyczała.

     - Cioci swojej możesz rozkazywać! Ja już nie jestem twoim huskarlem. Na twoje wyraźne życzenie!

     Otworzyła drzwi.

     - Mogę cię wziąć z sobą, jeśli chcesz – odezwała się na odchodnym. – Nie? Trudno. Bywaj!

     Zamknęła za sobą drzwi i tyle ją widziałem.

     Nic mi te miski nie zawiniły, ale pastwiłem się nad nimi dobrych kilka minut. Nie wystarczyło mi, że je rozbiłem. Musiałem zdeptać je na proszek, zanim furia mi minęła. Świecznikowi też się dostało, ale na jego szczęście, był odlany z mosiądzu więc nic wielkiego mu się nie stało.

     Byłem na nią tak wściekły, że może nawet lepiej, że jej tu nie było. W gniewie mogłem wykrzyczeć jej w twarz najokropniejsze i zupełnie niesprawiedliwe słowa, których później bym żałował. Ze złości o mało nie porąbałem mebli. Topór miałem już w rękach, ale zamachnąłem się nim tylko. To był ten, który przywlokłem z Obozu Cichych Księżyców. Miałem dowiedzieć się, co to za zaklęcie…

     Wciąż wściekły, włożyłem na niebie nową, skórzaną zbroję. Mocowałem się przez chwilę z niewyrobionymi jeszcze klamrami i trochę furia mi przeszła. Pomyślałem spokojniej. Muszę z kimś porozmawiać, bo oszaleję. Najwłaściwszą osobą wydał mi się Farengar. Chwyciłem topór i pod pretekstem zdjęcia z niego zaklęcia, udałem się szybkim, nerwowym krokiem do Smoczej Przystani. 

     Wędrówka po schodach sprawiła, że znów nieco ochłonąłem. Skierowałem się prosto do komnaty Farengara. Pozdrowiłem go i pokazałem mu topór. Od razu poznał wypełniającą go magię.

     - Zaklęcie Cichych Księżyców – rzekł, kiwając głową. – Niezbyt silne. Broń daje dodatkowe obrażenia, ale tylko w świetle księżyca. Raczej ciekawostka, bo trudno mi znaleźć dla niej jakieś normalne zastosowanie. To stare zaklęcie, ale oczywiście warto się go nauczyć. Każde ćwiczenie ci się przyda.

     Spokojny i jowialny głos maga uspokoił mnie jeszcze bardziej. Gdy pod jego kierunkiem korzystałem z magicznego katalizatora, by nauczyć się nowego zaklęcia, na chwilę zupełnie zapomniałem o gniewie. Topór rozsypał się na proszek, który nie zdążył opaść, zanim wyparował, zamieniając się w dym. W mojej głowie zabłysło nowe zaklęcie. Furia minęła.

     
Magiczny katalizator. Takich warsztatów jest w Skyrim wiele. Ten znajduje się w Samotni, w posiadłości Dumna Wieżyca

     Farengar nie był wścibski, jednak nie mógł nie zauważyć mojego wzburzenia, gdy tu wchodziłem. W łagodnych słowach spytał, czy może mi pomóc w kłopotach. Usiadłem, odetchnąłem głęboko i wylałem wszystkie swoje żale. Od razu poczułem się lepiej.

     Mag uśmiechnął się życzliwie.

     - Słowo to potęga – rzekł tajemniczym tonem. – Jest jak strzała. Dopóki tkwi w kołczanie, jest twoja, ale nad wypuszczoną z łuku, tracisz już wszelką kontrolę. Słów wypowiedzianych nie cofniesz, tak jak nie zawrócisz wypuszczonej strzały, ani nie odwrócisz skutków, jakie ta strzała wyrządzi. Jeśli kogoś zabije, nie przywrócisz mu już życia. Niby wszyscy o tym wiedzą, a jakże często o tym zapominają.

     - Ale co mam robić? – jęknąłem.

     - Pogodzić się z tym – odparł. – Cóż innego możesz zrobić? Wypuściłeś strzałę, ta zraniła twoją przyjaciółkę. Nie odwrócisz biegu wydarzeń.

     - Żałuję – westchnąłem. – Żałuję tych słów. Chciałbym je cofnąć.

     - Nie da się – pokręcił głową Farengar. – Strzała wypuszczona, rana już krwawi. Jednak rana może się zabliźnić, jeśli użyjesz balsamu.

     - Jakiego balsamu? – podniosłem głowę.

     - Prawdziwy przyjaciel zrozumie – szepnął. – Zrozumie i wybaczy, ale musi ujrzeć żal w twoich oczach. Są na świecie naprawdę potężne zaklęcia, ale żadne nie ma takiej mocy, jak zwykłe „Przepraszam”.

     Westchnąłem.

     - Nie wiem, czy się na to zdobędę – wyznałem.

     - A zatem nie była to prawdziwa przyjaźń – skwitował Farengar.

     Aż podskoczyłem.

     - Jak to nie była? Byliśmy jak dwie ręce jednego wojownika! Rozumieliśmy się bez słów! Każde z nas oddałoby życie za drugie! To  b y ł a  prawdziwa przyjaźń!

     Farengar teatralnie rozłożył ręce.

     - A jednak uważasz, że nie jest warta tego, aby się przyznać do błędu. Nie jest warta kilku słów. Nie jest warta jednej chwili wstydu, ani uszanowania faktu, że twoja przyjaciółka nie jest rzeczą, lecz też ma uczucia. Sam ją wyceniłeś. Nie miej do mnie pretensji, ja przecież o niczym nie rozsądzam. To ty dokonujesz bilansu.

     Wypuściłem powietrze w długim, syczącym wydechu. A więc o to mu chodziło?

     - Jestem głupcem – szepnąłem.

     - Jak każdy z nas – uścisnął mi ramię.

     Dotarło wreszcie do mnie, że przez głupią dumę mogę stracić Lydię – najbliższą mi tu osobę, najwierniejszą przyjaciółkę i niezrównaną towarzyszkę. Żegnając się z magiem, sam siebie zrugałem w myślach.

     Nie minęło wiele czasu, gdy w pełni wyekwipowany znalazłem się za bramą miasta.

     W Skyrim najczęściej podróżuje się pieszo. Górzysta kraina, pomimo całkiem niezłych dróg, nie bardzo nadaje się do używania furmanek. Wszechobecne stromizny w wielu miejscach uniemożliwiają korzystanie z wozów. Nawet wierzchem trudno dojechać niektóre miejsca. Ponadto, miejscowe drapieżniki, z niewiadomych przyczyn upodobały sobie koninę. Pewnie łatwiej było im upolować ciężkiego konia, niż zwinnego jelenia. Jednak przy każdym dużym grodzie można było znaleźć śmiałka, który oferował podróż wozem do innego miasta. Tyle tylko, że trzeba było mocno złapać się za kieszeń, a podróż taka niewiele była szybsza od pieszej. Tyle jedynie, że się człowiek nie zmęczył.

     Nie wiedziałem, którędy poszła Lydia. Mogła iść traktem, ale mogła i na przełaj. Miałem nadzieję ją dogonić w drodze. Zdecydowałem się pożegnać ze sporą garścią złotych septimów i wynająć wóz na podróż traktem do Samotni. Przy odrobinie szczęścia będę tam przed nią, a przy jego większej porcji – spotkam ją w drodze. 

     Woźnica trzasnął batem i wóz wolno potoczył się na trakt. Nie była to komfortowa podróż. Drewniana ławka wrzynała się w siedzenie na każdej nierówności, których tu nie brakowało. Wozem trzęsło tak, że aż dziw brał, iż jeszcze się nie rozleciał. Nic dziwnego, że tak mało osób korzystało z tego środka transportu. Na razie teren był w miarę równy, ale pamiętałem, że droga do Samotni wcale nie była płaska. Za Rorikstead opadała tak stromo, że nie miałem pojęcia, jak ten furman da sobie tam radę. Jeszcze gorzej zapewne było w drugą stronę.

     Woźnica nic sobie z tego nie robił. Pewnie nie pierwszy raz tędy jechał i znał jakiś sposób na pokonanie stromizny. Był pogodnym człowiekiem i dowiedziawszy się, skąd jestem, poczuł się w obowiązku opowiadać mi o mijanej okolicy.

     Gdy przejeżdżaliśmy obok Zachodniej Strażnicy, wskazał na wciąż walające się szczątki.

     - Tu zaatakował smok – poinformował mnie tajemniczym tonem. – Całkiem niedawno! Widziałem go. Wielki jak góra!

     - Naprawdę? – spytałem, udając zdziwienie. – Wygląda tu, jakby piorun strzelił w dach.

     - Smok, jak mi bogowie mili! – uderzył się pięścią w pierś. – Wieżę zniszczył i strażników srodze poturbował. Ale mówi się, że Smocze Dziecię go zabiło.

     - Kto?

     - Ano, nie jesteś Nordem – wzruszył ramionami. – Pewnie nic nie wiesz o Smoczych Dzieciętach.

     I tu zaczął mi opowiadać tak niestworzone historie, że musiałem ukryć twarz w dłoniach, aby się nie zaśmiać. Według niego, Smocze Dziecię umiało zamieniać się w smoka, latać i zionąć ogniem. A jako człowiek było wyższe o głowę od najwyższego Norda, miało bary jak niedźwiedź, a mieczem potrafiło przeciąć nawet kamień.

     Musiałem się roześmiać. Woźnica, widząc to, obraził się i zamilkł. Nie na długo jednak, bowiem zbliżaliśmy się do fortu Szara Przystań, o którym również nie omieszkał mi opowiedzieć.

     - To było siedlisko bandytów! – poinformował mnie. – Jeszcze parę dni temu strach był tu przejeżdżać! Na szczęście jarl ostro się za nich wziął! Ponoć sam się tu udał ze strażnikami i wycięli wszystkich zbirów w pień!

     Jak widać, wieści rozchodziły się szybko, co nie znaczy, że dokładnie. Plotka rządzi się własnymi prawami i trudno wymagać od niej rzetelności. Nie komentowałem tej wiadomości, bo pewnie i tak by nie uwierzył.

     Mijaliśmy niewielu podróżnych. Każdemu z nich przypatrywałem się uważnie, w nadziei, że spotkam Lydię. Nie zauważyłem jej jednak. Albo szybko powędrowała do przodu i była daleko przed nami, albo wybrała krótszą drogę na przełaj, przez dolinę.

     Spotkaliśmy ją dopiero pod Rorikstead. Szła dziarskim krokiem piechura, przywykłego do długich wędrówek. Gdy dobiegł ją turkot wozu, obejrzała się, ale mnie nie dostrzegła.

     - Zabierzemy tego wędrowca – odezwałem się do woźnicy.

     - Koń zmęczony… - burknął. – Nie uciągnie.

     - Zapłacę za niego – wsunąłem mu w dłoń garść złotych monet.

     O dziwo, koń musiał nagle nabrać sił, bo woźnica ani słowem już o nim nie wspomniał. Minął Lydię i zatrzymał wóz. Dopiero teraz mnie dojrzała. Rzuciła mi zdziwione spojrzenie, ale nawet nie zwolniła kroku.

     - Nie wygłupiaj się, chodź – szepnąłem na tyle głośno, by mnie usłyszała.

     Zatrzymała się, nie patrząc na mnie.

     - Chodź – powtórzyłem. – Proszę…

     Spojrzała na mnie spode łba. Chwilę stała niezdecydowana, ale w końcu ruszyła ku tyłowi, aby wspiąć się na platformę. Pogardziła moją wyciągniętą dłonią i całkiem zręcznie wdrapała się na wóz. Klapnęła na ławkę naprzeciwko mnie. Dopiero teraz spojrzała mi w oczy.

     - Przepraszam – mruknąłem, gdy woźnica strzelił z bata. – Nie chciałem, żeby to tak wyszło. Poniosło mnie.

     Pokręciła w milczeniu głową.

     - Jestem żołnierzem – westchnęła. – Powinnam słuchać rozkazów. Tyle w tym twojej winy, co i mojej.

     Ale zaraz spojrzenie jej zhardziało.

     - Ale rozkazy też trzeba umieć wydawać! – burknęła, uśmiechając się mimo woli. – A nie tak „ojej, paluszek cię boli, nie możesz iść!”.

     - Była okazja, żebyś wydobrzała – uśmiechnąłem się smutno. – Magia nie zastąpi czasu.

     - Ale ja naprawdę dobrze się czuję – zapewniła. – Zresztą, plany nie przewidują walki, prawda? Tylko w ostateczności. Więc o co chodzi?

     - Już o nic – westchnąłem. – Byłem wściekły, ale tak naprawdę, cieszę się, że tu jesteś.

     Uścisnęliśmy sobie dłonie. Zrobiło mi się lekko na sercu. Wyciągnąłem nogi przed siebie, rozparłem się na ławce i spojrzałem w pogodne niebo.

     - Życie jest piękne! – zwołałem i roześmialiśmy się oboje.

     - Z wozu! – odpowiedział woźnica, zatrzymując wehikuł.

     Akurat teraz musiał popsuć mi całą wizję! Spojrzeliśmy na niego zdziwieni.

     - No, koń nie da rady – rozłożył ręce, po czym wskazał drogę przed nami.

     Dobrnęliśmy do stromizny. Droga prowadziła tak ostro w dół, że i nam było łatwiej zjechać na siedzeniach. Woźnica tymczasem przejął dowodzenie. Polecił nam trzymać tylne koła. Pokazał jak to zrobić, a potem, uspakajając zdenerwowanego konia głosem i poklepywaniem, naparł na hamulce z obu stron. Powoli, stopa za stopą, drżąc o to, czy wóz nie ruszy nagle w przepaść i nie pociągnie nas za sobą, sprowadziliśmy furmankę na dół, gdzie stromizna nieco się wypłaszczyła. Oboje byliśmy mokrzy.

Stroma droga między Rorikstead a Wąwozem Rabusiów znacznie ogranicza transport kołowy.

     - Nie wiedziałem, że mnie takie atrakcje czekają – wysapałem, wdrapując się na wóz. - Dobrze, że nie jedziemy w drugą stronę, bo pewnie zostałbym do tego wozu zaprzęgnięty. I jeszcze za to płacę!

     - Dlatego jest tak tanio – bronił się furman.

     Tanio! Połowa mojej gotówki na to poszła! Ale nie drążyłem tematu. Nie miałem siły.

     Na szczęście stąd już było blisko do rzeki i mostu przy Wąwozie Rabusiów. Mimo protestów woźnicy, pokazującego nisko wiszące słońce, kazaliśmy mu się zatrzymać i porządnie umyliśmy się w rzece. Do Samotni dojechaliśmy późnym wieczorem.

     *          *           *

     Zamawiając pokoje w gospodzie „Pod mrugającym ślizgaczem”, rozglądałem się na boki. Siedziało tu jeszcze kilku maruderów, ale żaden z nich nie był Bosmerem. Zjedliśmy szybką kolację z resztek odgrzanego bażanta.

     - Musimy znaleźć sobie jakieś zajęcie na jutrzejszy dzień – odezwałem się. – Mój łącznik zjawi się tu dopiero wieczorem.

     - Zawsze chciałeś zobaczyć morze – uśmiechnęła się Lydia. – Masz okazję.

     Morze! Na śmierć o tym zapomniałem! Samotnia przecież leży nad morzem. To największy port w Skyrim.

     - W tym miejscu nie wygląda wprawdzie imponująco – uściśliła Lydia. – To płycizna, najeżona skałami, które zatrzymują większość fal. Ale i tak robi wrażenie. Zaprowadzę cię jutro. Też tęsknię za tym widokiem.

     - I może udałoby się dostać do sztabu – wyraziłem płonną nadzieję. – Chciałbym znaleźć coś o bracie.

     - Można spróbować – zgodziła się Lydia. – Nie znam tu żadnego oficera, ale spytać nie zaszkodzi.

     Tak też zrobiliśmy. Rankiem udaliśmy się w stronę zamku Dour. Na wybrukowanym dziedzińcu ćwiczyło kilku legionistów, szpikując strzałami postawione pod ścianą wiklinowe kosze. Stwierdziłem, że to niezła okazja, by zapoznać oficera, stojącego za nimi, nie szczędzącego im połajanek. Poznałem go od razu. Był to ten sam człowiek, który prowadził na szafot nieszczęsnego Roggvira, w czasie mojej pierwszej wizyty w tym mieście.

     Stanąłem z boku, w odległości dwukrotnie większej niż legioniści i gdy skończyli niezbyt udane strzelanie, posłałem w sam środek kosza trzy strzały. Wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Oficer powiedział coś przyciszonym głosem. Nie słyszałem tego, ale po reakcji żołnierzy domyśliłem się jego słów. Gdy pospuszczali nosy na kwintę, nie trzeba było wielkiej bystrości, żeby to odgadnąć.

     Oficer podszedł do mnie, przedstawił się jako Aldis i zagadnął. Na jego pytanie, czy przyszedłem się zaciągnąć do legionu, zaprzeczyłem.

     - Przyszedłem, aby dowiedzieć się czegoś o bracie – odparłem. – Był legionistą i poległ jakiś miesiąc temu. Miał na imię Aersic.

     - Wiedziałem, że kogoś mi przypominasz – rzekł Aldis, przyglądając mi się uważnie. – Pamiętam Aersica. Kilka razy przysłano go do mnie jako posłańca. Podobny był do ciebie.

     Oblała mnie fala gorąca. Nareszcie! Ktoś mógł mi powiedzieć coś o bracie. Ktoś go znał, być może był przy jego śmierci. Może wskaże mi miejsce, gdzie go pochowano…

     - Próżno szukasz jego grobu – westchnął oficer. – O ile mnie pamięć nie myli, twój brat wcale nie zginął w walce. Wypłynął okrętem, który nigdy nie wrócił. Miał to być szybki przerzut wojsk. Niestety, morze nie zawsze nam sprzyja…

     Porozmawialiśmy jeszcze chwilę. Kapitan znał wprawdzie Aersica, ale nie służył on w jego oddziale i niewiele więcej mógł mi powiedzieć. Spotkał go zaledwie kilka razy, a zapamiętał tylko z powodu okoliczności. Zawsze było dobrze zapamiętać posłańca – to oszczędzało wielu niepotrzebnych formalności. Poradził skierować się do generała Tuliusa. On mógłby sprawdzić, w którym oddziale służył brat i być może podałby mi imię kogoś, kto znał go lepiej.

     Odważyłem się zapytać go o egzekucję. Grymas przebiegł przez jego twarz.

     - To nie była moja chwila chwały – westchnął. – Roggvir był porządnym, honorowym człowiekiem.

     - Jak możesz stracić porządnego i honorowego człowieka? – spytałem zdumiony.

     Wzruszył ramionami. Był żołnierzem, a żołnierz jest od zabijania, jakkolwiek by to nazwać.

     - Czasami tak po prostu trzeba – wyznał. – Nie trzeba kogoś nienawidzić, by go zabić. Choć przyznaję, to pomaga…

     Potem rozmowa zeszła na moje umiejętności łucznicze i jakoś tak przeszła na szkolenie legionistów. Według Aldisa, każdy jego żołnierz umiał czytać i mógłby się w wielu sprawach sam dokształcić, gdyby tylko dysponował odpowiednim podręcznikiem. Od dawna poszukiwał „Zwierciadła”, które zawierało całą teorię obrony w walce wręcz. Obiecałem, że jeśli gdzieś znajdę tę księgę, to mu ją dostarczę.

     Skierowałem swe kroki do zamku. Gdy brama zamknęła się za mną, znalazłem się w holu, gdzie ustawiono dwa nader pożyteczne warsztaty: alchemiczny i katalizator do zaklinania. Dalej przejście prowadziło do sali narad, w której dostrzegłem generała i dwoje oficerów. Jeden z nich był bowiem kobietą. Czyżby to była ta sama oficer, która kazała mnie ściąć? Przyjrzałem się jej dokładnie. Nie, chyba nie… Na razie mnie nie zauważyli, więc rozmawiali swobodnie. Generała nie widziałem z tego miejsca – jedynie jego ramię.

     - Mówię ci, że Ulfric planuje atak na Białą Grań - mówiła kobieta.

     - Byłby niespełna rozumu, gdyby próbował – burknął Tulius. – Nie ma tylu ludzi.

     - Moi zwiadowcy meldują coś innego, panie – zaoponowała. – Codziennie przyłączają się do niego nowi sojusznicy. Popierają go już Pęknina, Gwiazda Zaranna i Zimowa Twierdza.

     Tulius milczał przez chwilę.

     - To nie jest słuszna sprawa! – wybuchnął nagle. – To rebelia!

     Przyznam, że zdziwiły mnie te słowa. Czyżby sam wahał się co do słuszności swych własnych działań? Niewykluczone. Nie był wprawdzie Nordem, ale nie trzeba było nim być, by marzyć o przepędzeniu Thalmorczyków.  Miał ich przecież pod nosem, a trudno było darzyć ich sympatią.

     - Może pan to dowolnie interpretować, generale – odezwała się oficer. – Ale on spróbuje zająć Białą Grań.

     Pomyślałem, że byłaby teraz dobra okazja, by wejść i potwierdzić tę informację. Słyszałem ją przecież z ust samego Ulfrica. Tyle tylko, że oznaczałoby to jednoznaczne opowiedzenie się po jednej ze stron, a tego nie chciałem robić, nie mając pewności, że postępuję słusznie. Stałem więc nadal przy filarze, na razie nie dostrzeżony przez nikogo, prócz wartownika, przypatrującego mi się uważnie.

     - Jarl Balgruuf… - Tulius urwał, jakby się namyślał.

     - Balgruuf nie pozwala legionowi zatrzymać się w swym mieście – odrzekła oficer. – Z drugiej strony, odmawia też uznania roszczeń Ulfrika.

     - Cóż, jeśli nie chce się zgodzić na protektorat Cesarstwa, to niech mu będzie – rzekł Tulius zrezygnowanym tonem. – Niech mu Ulfric splądruje miasto – dodał z goryczą.

     - Generale… - odezwała się oficer, ale ten przerwał jej w wściekłością.

     - Wy i wasi cholerni jarlowie! – wybuchnął.

     - Panie, nie można zmusić Norda do przyjęcia pomocy, o którą nie prosił…

     Znów chwila milczenia.

     - Jeżeli Ulfric czyha na Białą Grań – zaczął znów generał – to musimy go powstrzymać. Napisz jeszcze jeden list z typowymi banałami, ale tym razem dodaj trochę własnych przemyśleń co do planów Ulfrica – westchnął cicho. – Możesz trochę podkoloryzować. Niech to wygląda jak jego pomysł.

     - Tak jest, panie – potwierdziła oficer.

     - Wy, Nordowie i to wasze przeklęte poczucie honoru! – warknął nie wiadomo do kogo.

     Oho, przynajmniej w jednym zgadzaliśmy się całkowicie! Zdecydowałem się wejść. Minąłem zdziwionego wartownika i wkroczyłem do jasno oświetlonej komnaty. Wszystkie spojrzenia skierowały się na mnie.

     - Chcesz o czymś donieść? – spytała oficer, taksując mnie wzrokiem.

     Ja natomiast przyjrzałem się generałowi.

     Był to pięćdziesięcioletni może mężczyzna, niewysoki, o siwiejącej głowie. Ubrany był w prostą, lekką, skórzaną cesarską zbroję, która zastępowała mu mundur. Nie nosił żadnych ozdób, ani klejnotów, a krótki miecz, który wisiał mu u pasa, wsunięty był w pochwę wytartą od częstego używania. Nic w jego surowym ubiorze, ani postawie nie wskazywało na władzę, jaką posiadał. Był zupełnym przeciwieństwem Ulfrica. Jedynie przenikliwe oczy i surowe spojrzenie znamionowały wielkiego wodza.

     - Od kiedy to moi ludzie pozwalają każdemu pałętać się samemu po zamku? – spytał na tyle głośno, aby usłyszeli go wartownicy, którzy przezornie pospuszczali głowy. – Jaki jest powód twojej obecności tutaj? – zwrócił się do mnie.

     W kilku słowach opowiedziałem o bracie. Dodałem to, czego dowiedziałem się od Aldisa. Ku mojemu zdziwieniu, nie kazał mi się wynosić, choć w oczywisty sposób przeszkodziłem mu w naradzie. Stwierdził krótko, że jeśli Aersic zginął na okręcie, to z całym oddziałem. Innymi słowy, zginęli wszyscy, którzy go znali. Zerknął jednak na mnie przyjaźniej.

     - Porozmawiaj o tym z legat Rikke – wskazał na kobietę. – Ale nie obiecuj sobie za wiele. Wojskowe raporty zawierają suche fakty i obawiam się, że nie znajdziesz w nich niczego więcej, ponad to, co już wiesz.

     Milczałem niepewny. Przypomnieć mu o przygodzie w Helgen, czy nie? Zaryzykowałem.

     - Chyba już kiedyś się spotkaliśmy – powiedziałem wolno.

     - Czyżby?

     Przyjrzał mi się uważnie. Zdjąłem hełm. I stało się coś dziwnego – poznał mnie! Musiał mieć niesamowitą pamięć.

     - A, rzeczywiście – rzekł ostrożnie. – Widziałem cię w Helgen. Któryś z więźniów, jeśli mnie pamięć nie myli.

     Jego rysy stwardniały. Zapewne teraz właśnie rozważał, czy wtrącić mnie do lochu. I wcale mu się nie dziwiłem. Nie znał przecież mojej historii i w jego przekonaniu byłem stronnikiem Gromowładnych.

     - Hadvar zbiegł dzięki mojej pomocy – odezwałem się. – Mówił, że będzie za mnie ręczył.

     Przekrzywił siwiejącą głowę.

     - Hadvar żyje? – spytał. – Mam nadzieję, że to prawda, bo świetny z niego żołnierz. Tyle, że do tej pory się nie zgłosił, więc nie mamy jak potwierdzić twojej wersji wydarzeń.

     Zdumiało mnie to. Od naszego rozstania upłynęła masa czasu. Zdążyłby wrócić nie raz, ale dziesięć razy! Coś mu się pewnie stało…

     Generał tymczasem taksował mnie wzrokiem. Miał w sobie autorytet wielkiego wodza – musiałem mu to przyznać. Czułem, że jego spojrzenie przewierca mnie na wylot. I chyba widział to, czego nie powiedziałem, ani czego nie umiałem udowodnić.

     - Sądzę, że przydałby się nam ktoś tak obrotny jak ty – rzekł w końcu. – Mało kto wyszedł żywy z Helgen. Poza tym, na pewno cała ta odsiadka była jednym wielkim nieporozumieniem – wzruszył ramionami.

     Nie był jasnowidzem. Po prostu znał realia i wiedział, w jakich warunkach zostaliśmy aresztowani. A fakt, że zjawiłem się przed nim z własnej woli, musiał go tylko utwierdzić w tym przekonaniu. Czułem jednak, że nie należy nadużywać jego wspaniałomyślności. Pożegnałem się i wyszedłem, dziękując za chwilę uwagi.

     Lydia czekała na mnie przed bramą.

     - I jak? – spytała.

     - Niewiele mi pomógł – westchnąłem. – Ale też wiele się nie spodziewałem. I tak dobrze, że nie wtrącił mnie do lochu. Tylko Hadvar mnie niepokoi. Do tej pory się nie zgłosił.

     Miałem mętlik w głowie. Generał swoją surowością nie wzbudzał sympatii. Ale było w nim coś, co bardzo mi imponowało. Ten człowiek był zupełnie pozbawiony pychy! Po prostu, spełniał swoje obowiązki najlepiej jak potrafił i nie robił tego dla siebie. Zadaniem kowala jest wykuć miecz, zadaniem rolnika jest zaorać, zasiać i zebrać plony. Uczciwa praca zawsze budzi mój szacunek. Jego zadaniem było zduszenie rebelii Gromowładnych i starał się zrobić to jak najlepiej potrafił. Robił to, co jego zdaniem było słuszne, a nie to, co przyniosłoby mu korzyści. Gdybym w tym momencie miał wybrać między nim i Ulfrikiem, mój wybór zdecydowanie padłby na niego. Budził znacznie większe zaufanie, przynajmniej co do intencji swoich posunięć. Nie pozował na kogoś wyjątkowego, niemal nadczłowieka. Był tylko, i aż, wybitnym wodzem, darzonym wielkim szacunkiem przez podległych mu żołnierzy. Jego szczerość mnie rozbroiła. Stał twardo na ziemi, nie bujając w obłokach i nie mydląc swoim ludziom oczu jakąś ideologią.

     Lydia rozumiała moje rozterki. I wiedziała, jak im zaradzić.

     - Chodź, pokażę ci morze – odezwała się spokojnym głosem. – To kawałek drogi stąd. Uspokoisz myśli.
Spojrzałem na nią z wdzięcznością i podążyłem za nią. Ku mojemu zdziwieniu, nie skierowała się jednak do bramy, tylko w drugą stronę.

     - Wyjdziemy basztą – uśmiechnęła się. – Będzie bliżej.

Samotnia - widok na basztę-wiatrak. W łukowatym przejściu pod murem widoczna brama, prowadząca do baszty i czegoś w rodzaju wyjścia ewakuacyjnego z miasta.
     Weszliśmy do krótkiego tunelu w zewnętrznym murze. Prowadził on do kręconych schodów. W górę szło się na szczyt baszty, w dół można było dotrzeć do wyjścia, wprawdzie nie tak okazałego jak główna brama, ale całkiem wygodnego. Tyle tylko, że na schodach można było dostać zawrotu głowy. Ciągnęły się i ciągnęły w nieskończoność. Zrazu zbudowane z szarego kamienia, potem po prostu wykute w litej skale. I ściany też zmieniły charakter. Im niżej, tym mniej było zaprawy i ciosanych kamieni. Baszta zamieniła się w wydrążony w skale szyb. Gdy dotarliśmy do wyjścia, musiałem na chwilę przystanąć, bo zakręciło mi się w głowie. Wychodziło się przez naturalny otwór w skale, w który wstawiono dębowe, ciężkie drzwi. Znajdował się tuż za portem, który Lydia obiecała pokazać mi w drodze powrotnej.

     Poszliśmy na wschód, tak jak nadrzeczny trakt prowadził. Brzegi rzeki spięte były monumentalnym, naturalnym mostem. Zamek znajdował się po naszej stronie, natomiast na przeciwległym brzegu, do którego nie było dostępu od zewnątrz, znajdował się Błękitny Pałac – siedziba królów, a obecnie jarl Elisif. Miasto zajmowało środkową część, zawieszoną w powietrzu – już sam ten fakt powinien dać wyobrażenie o ogromie skalnej formacji. Miasto znajdowało się wysoko w górze. Pod nim mogły przepłynąć największe okręty, nie kładąc nawet masztów.


Samotnia zbudowana jest na naturalnym moście skalnym. Budynki po lewej to Błękitny Pałac. Po prawej, pod szczytem góry - Zamek Dour

     Trwało trochę, zanim znaleźliśmy się na brzegu. Widok był niesamowity, przynajmniej dla kogoś, kto nigdy dotąd nie widział na oczy takiego ogromu wody. Morze wciąż falowało, choć niezbyt mocno. Jego szum miał w sobie jakąś magnetyczną moc. Gdy tylko go usłyszałem, wiedziałem już, że zawsze będę za nim tęsknić.

     Odetchnąłem głęboko. Wciągnąłem w płuca czyste, rześkie powietrze.

     Nie widziałem horyzontu, tonącego w nadbrzeżnej mgiełce, ale dostrzegałem w oddali pojedyncze skały, wystające z dna jak zębiska wielkiego potwora. Woda z wściekłością je chłostała, pieniąc się i sycząc. Zanurzyłem ręce w zimnej, czystej wodzie.

     - Rzeczywiście słona - mruknąłem, zlizując krople z dłoni. – Wiedziałem, że będzie słona, ale nie że aż tak – wykręciłem usta w grymasie, który rozśmieszył moją towarzyszkę.

     Lydia tymczasem rozglądała się na boki.

     - Patrzę, czy nie ma tu jakiegoś horkera – wyjaśniła. – Ale chyba za blisko miasta. Gdybyśmy poszli wzdłuż wybrzeża, może napatoczyłby się jakiś.

     Żadnego jednak nie dostrzegliśmy, a na długie wędrówki nie było czasu. Trzeba było wracać, żeby zdążyć na spotkanie z Malbornem, a do miasta był kawałek drogi. Byłem bardzo ciekaw tego elfa.

     
Samotnia - port

     Wracaliśmy powoli, nie spiesząc się. Przechodząc obok portu, ujrzałem ogromny statek, przycumowany do kei. Długi, wąski kadłub lekko kołysał się na martwej fali, skrzypiąc od czasu do czasu. Na pokładzie i nadbrzeżu uwijało się kilku marynarzy, ładując jakieś beczki. Przystanąłem i wpatrzyłem się w niego. Uległem jego magnetyzmowi. Statek był dla mnie czymś, co tylko częściowo należało do znanego mi świata. Przez większą cześć swojego żywota należał do innego, nieznanego i groźnego – morskiego. Wpatrywałbym się w niego godzinami, gdyby Lydia łagodnie nie pociągnęła mnie za sobą.

     Wszedłszy przez główną bramę, udaliśmy się prosto do gospody. Był już najwyższy czas.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Rozdział XXVI - Łuk, miecz i kowalski młot

     Do Białej Grani dotarliśmy bez przygód. Bo kto by tam liczył tego norskiego idiotę, który nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy wypadł z krzaków i rzucił się na nas z mieczem. Uznaliśmy, że jego zbroja i miecz mogą nam się przydać. Moja sakiewka była już bardzo lekka, więc liczyła się każda wartościowa rzecz.

     Następnego dnia rankiem postanowiliśmy pójść do Rzecznej Puszczy. Wiadomość od Delphine wciąż nie doszła i to samo już było niepokojące. Na szczęście, gdy około południa dotarliśmy na miejsce, okazało się, że nasza znajoma dopiero co wróciła z długiej wyprawy i zwyczajnie nie zdążyła jeszcze się z nami skontaktować.

     Na widok mojej zbroi, skrzywiła się.

     - To już nie miałeś innego ubrania? – prychnęła. – Zwracasz tym na siebie uwagę!

     - Mam ją pomalować na czarno? – wzruszyłem ramionami. – Zbroja jak zbroja.

     Pokręciła głową niezadowolona, ale nie skomentowała, ja zaś byłem pewien, że mógłbym przebrać się w cokolwiek, a i tak wzbudziłoby to protesty przez sam fakt, że jest altmerskiego pochodzenia.

     - Oszczędziliście mi kłopotu – uśmiechnęła się. – Zjawiacie się w samą porę. To co? Pojedynczo do piwnicy, żeby nikt nie zauważył.

     W gospodzie było kilkoro gości, więc staraliśmy się nie rzucać w oczy. Delphine prześlizgnęła się łatwo. Z Lydią było trudniej, bo wszyscy mężczyźni oglądali się za nią. Ja natomiast stwierdziłem, że i tak nie uda mi się przejść niezauważenie, więc po prostu tam polazłem, nie przejmując się zdziwionymi spojrzeniami. Starannie zamknąłem drzwi i wlazłem przez szafę do piwnicy, nie zapominając o zamknięciu zarówno szafy, jak i fałszywej ścianki.

     - Dobrze byłoby powiesić w tej szafie parę ciuchów – odezwałem się. – Pusta szafa wzbudza podejrzenia.

     - Słuszna uwaga – skinęła głową Delphine. – Tak zrobię. A teraz przedstawię wam swój plan.

     Stanęliśmy wokół stołu. Delphine oparła się rękami o blat i spojrzała na mnie. W oczach błyszczały jej zawadiackie ogniki. Widać, działanie wyzwoliło w niej energię.

     - Wymyśliłam, jak przemycimy cię do ambasady Thalmoru! – oświadczyła.

     Przyznam, że mnie zaskoczyła.

     - Mnie? – uniosłem brwi. – A co z tobą? Nie idziesz?

     - To byłby kiepski pomysł – pokręciła głową. – Ściągnęłabym na siebie ich uwagę. Ale ciebie jeszcze nie znają.

     Skinąłem głową. Istotnie, ona nie wchodziła w grę. Znali ją. Delphine tymczasem uniosła w górą palec.

     - Ambasadorka Thalmoru, Elenven, regularnie organizuje przyjęcia, na których bogaci i wpływowi podlizują się Thalmorowi. Mogę ci załatwić wstęp na jedno z ich przyjęć. Kiedy już znajdziesz się w ambasadzie, wyjdziesz po cichu i poszukasz tajnych akt Elenven. 

     No, proszę, jakie proste! Oczywiście, wymknę się po cichu, bo nikt nie zauważy! Strażnicy akurat będą mieli atak ślepoty. I pójdę sobie, przez nikogo nie niepokojony prościutko do miejsca, oznaczonego wielką tablicą „Tu znajdują się tajne akta Elenven” i strzałką, wskazującą na szufladę. Otwartą, oczywiście!

     Nie wiem, ile Delphine wyczytała z mojej twarzy, ale chyba sporo, bo zmieniła ton.

     - Mam łącznika w ambasadzie – powiedziała tajemniczym głosem. – Nie byłby skłonny samodzielnie podjąć się tak ryzykownej misji, ale może ci pomóc.

     No cóż, nareszcie mówi konkretnie.

     - Nazywa się Malborn. To leśny elf. Ma mnóstwo powodów, by nienawidzić Thalmoru. Możesz mu ufać.

     Jakkolwiek by to zabrzmiało, Bosmerowie naprawdę woleli towarzystwo ludzi niż swych kuzynów Altmerów, więc ta wiadomość w ogóle mnie nie zdziwiła.

     - Dam mu znać - ciągnęła, - żeby spotkał się z tobą w Samotni, w gospodzie „Pod mrugającym ślizgaczem”. Wiesz gdzie to jest?

     Skinąłem głową.

     - Kiedy ty będziesz robić swoje, ja zajmę się zorganizowaniem dla ciebie zaproszenia na małe przyjęcie u Elenven. Kiedy załatwisz już wszystko z Malbornem, spotkaj się ze mną w stajniach Samotni. Jakieś pytania?

     Plan był stosunkowo prosty, ale takie są najlepsze. Zbyt skomplikowane nigdy się nie udają, bo wystarczy małe, nieprzewidziane wydarzenie, aby wszystko poszło nie tak. 

     - Kim jest twój kontakt? – spytałem. – Na pewno mogę mu ufać?

     Delphine skinęła głową.

     - Nie martw się o Malborna – zapewniła. – Nie jest tak niebezpieczny jak ty, ale ma na pieńku z Thalmorem, podobnie jak ja. To leśny elf. Thalmor wymordował jego rodzinę w puszczy Valen, podczas jednej z czystek, o których się nie mówi. Na szczęście, nie mają pojęcia, kim naprawdę jest. W przeciwnym razie nie podawałby napitków na przyjęciach u ambasadorki.

     Musiałem przyznać, że to całkiem sprytne. Barman miał kontakt z wieloma gośćmi i pracownikami ambasady, a wielu z nich, rozochoconych trunkami, nie potrafiło utrzymać języka za zębami. Był z pewnością cennym źródłem informacji.

     Przyjęcie, o ile Delphine dobrze się orientowała, odbędzie się w przyszłym miesiącu, więc czasu było dość. Umówiliśmy się na konkretną datę. Owego dnia Malborn późnym wieczorem miał czekać na mnie w gospodzie – wtedy jest w niej najwięcej gości i najłatwiej zmieszać się z tłumem. Jeśli go nie będzie, mam przychodzić wieczorem przez trzy kolejne dni. W tym czasie z pewnością będzie miał jakiś wolny wieczór.

     - I jeszcze jedno – odezwała się Delphine na odchodnym. – Żadnych thalmorskich zbroi! Zwracają na siebie uwagę, nawet w Samotni.

     Zgodziłem się z nią. Nie szedłem tam walczyć mieczem, tylko sprytem. Jeśli wpadnę, nie ochroni mnie żadna zbroja. Włożę tę starą, skórzaną, którą zachowałem przez sentyment.

     Pożegnaliśmy się, życząc sobie wzajemnie powodzenia. Wyszliśmy na trakt.

     - To świątynia Czarnygłaz, prawda? – Lydia wskazała na ledwo widoczne z tego miejsca ruiny.

     Przytaknąłem.

     - Nie byłaś tam nigdy?

     - Jakoś nie miałam okazji – wzruszyła ramionami. – A mieszkam tak blisko, że aż wstyd.

     Roześmiałem się i ruszyłem traktem na most. Do Białej Grani mogliśmy iść zarówno traktem, jak i przez Czarnygłaz, jakkolwiek było trochę dalej i nie tak wygodnie. Za mostem, zamiast w prawo, skręciłem w lewo, na górską ścieżkę.

     - Ale musimy zachować ostrożność – powiedziałem stanowczo. – Od mojej wizyty w tym miejscu minęło już trochę czasu, mogli się tam zagnieździć jacyś opryszkowie.

     Ale na szczęście było pusto. Zwiedziliśmy całą świątynię, a ja w każdym z odwiedzanych miejsc opowiadałem, co mi się w nim wydarzyło. Przy okazji pozbieraliśmy porzucone uzbrojenie, z zamiarem jego spieniężenia. Jako się rzekło, sakiewka mocno się już opróżniła, więc najpilniejszą sprawą było zdobycie pieniędzy.


Czrnygłaz - ruiny świątyni, komora zewnętrzna


     Zbóje pojawili się znacznie później, gdy obładowani wracaliśmy już po zmroku północną stroną góry do Białej Grani. Napadli nas w trójkę u podnóża. Jeden z łukiem, jeden z toporem, trzeci z mieczem. Rzuciliśmy nasze pakunki i chwyciliśmy za broń. Nie było trudno ich pokonać. Szermierzem byłem już coraz lepszym, a Lydia z upodobaniem wprawiała się w używaniu powierzonych jej magicznych kosturów. Jednego z nich tak potraktowała ogniem, że eksplozja odrzuciła go o kilkanaście kroków. Drugiego zmroziła do tego stopnia, że prawie nie mógł się ruszać i łatwo sobie z nim poradziłem. Trzeciego ustrzeliłem z łuku, gdy on sam obsypywał nas strzałami z przezornie dalekiej odległości.

     Łup powiększył się o kilka ćwiekowanych zbroi, tarcz, toporów i coś, co ucieszyło mnie najbardziej – naszyjnik pomniejszego dzierżenia. Pomagał on w walce na jednoręczną broń. Natychmiast włożyłem go na siebie i na próbę machnąłem kilkakrotnie mieczem. Wydawał się trochę lżejszy, a ciosy były nieznacznie, ale zauważalnie szybsze. Świetna sprawa!

     Gdy dotarliśmy do Wietrznego Domku, rzuciliśmy wszystko w kąt. Jutro rano się tego pozbędziemy, a na razie trzeba odpocząć. Przegryźliśmy lekką, spóźnioną kolację, wypiliśmy po kielichu wina i poszliśmy spać.

     Rankiem ja zająłem się sprzedażą łupu, a Lydia udała się do Smoczej Przystani, spotkać się z Proventusem i dowiedzieć się, czy nie ma jakiegoś zlecenia dla pary zabijaków. Adrianne aż chwyciła się za głowę, gdy zobaczyła tę górę żelastwa. Za broń dała słuszną cenę, ale zbroje sprzedałem praktycznie na wagę. Nie mając nic innego do roboty, stanąłem przy kuźni, pomagając jej wykuć kilka rzeczy, zanim zjawiła się Lydia.

     - Obóz Cichych Księżyców – powiedziała bez wstępów.

     Wiedziałem, gdzie to jest. Strażnicy swego czasu pokazali mi to miejsce z wieży.

     - Smok, gigant? – spytałem.

     - Bandyci – odparła. - Prosta sprawa.

     Prosta, nie prosta, nie miałem zamiaru lekceważyć grupy uzbrojonych zbirów. Włożyliśmy swoje zbroje, chwyciliśmy broń i niespiesznym krokiem ruszyliśmy na północny zachód, gdzie pod przełęczą widniała nieduża, kamienna warownia, postawiona na zboczu góry.

     Gdy stanęliśmy u jej stóp, ustrzeliwszy przedtem zbyt ciekawego rozbójnika, pełniącego straż, zdumiałem się nad jej architekturą. Zasadniczą jej częścią były wysokie, bardzo wysokie schody, prowadzące do jakiejś małej budowli, choć właściwa warownia znajdowała się obok, mniej więcej na wysokości jednej czwartej tych schodów. W międzyczasie zauważył nas drugi zbój, Argonianin, który zaatakował nas magią lodu, zanim sam nie zginął od strzał. Niestety, zdołał zaalarmować pozostałych. Drzwi warowni otworzyły się i wybiegło z nich trzech innych.

     Zanim do nas dobiegli, położyłem jednego, po czym chwyciłem za miecz. Ten, który rzucił się na mnie, był wysoki i dobrze zbudowany, w dodatku miał na sobie stalowy kirys. Walczył dwuręcznym mieczem. Lecz choć nie mogłem dorównać mu siłą, bez porównania górowałem nad nim szybkością. Lekka zbroja nie obroniłaby mnie pewnie przed jego morderczym ciosem, ale umożliwiała ich unikanie. Zamiast przyjmować ciosy na tarczę, albo odbijać je mieczem, robiłem uniki, które dodatkowo wytrącały go z równowagi. Moje ciosy natomiast były tak szybkie, że nie zdołał ich odbić. Wprawdzie ciężki kirys zatrzymał przynajmniej trzy czwarte z nich, ale niektóre dosięgły ciała i polała się krew. W końcu padł od ciosu w głowę.

     
Obóz Cichych Księżyców - starożytna budowla w dzielnicy Biała Grań

     Zaciekawił mnie jego miecz. Mienił się zielonkawym blaskiem. Bez wątpienia był zaklęty, ale jakie zaklęcie na niego nałożono? Pewnie, gdyby któryś z jego ciosów trafił, sam bym się przekonał na własnej skórze. Na szczęście, pozostawałem w błogiej nieświadomości.

     Wnętrze warowni nie było całkiem puste. Było tam jeszcze dwóch rozbójników, których unieszkodliwiłem z łuku. O mało wszystkiego nie zepsułem, podchodząc drugiego cichcem, bowiem słuchając monologu, z trudem powstrzymałem się, aby nie ryknąć śmiechem.

     - Magowie… - mówił rabuś marzącym głosem. – To dopiero potęga!  Na pewno znają jakieś zaklęcie, zmieniające drewno w złoto. Też bym chciał umieć zamieniać drewno w złoto…

     Przynajmniej umarł szczęśliwy, oddając się marzeniom. Strzała w szyję, dokładnie między kręgi szyjne. Śmierć była natychmiastowa.

     Zebrawszy całkiem pokaźny łup, składający się z uzbrojenia i kilkudziesięciu sztuk złota, znalezionych w skrzyni, postanowiliśmy odwiedzić tajemniczą budowlę na szczycie. Okazało się, że to kuźnia. Wszystkiego się tam spodziewałem, tylko nie kuźni! A na warsztacie leżały miecz i topór, oba mieniące się tym samym, zielonkawym połyskiem. Zabraliśmy je, oczywiście, ale znów największym skarbem była nie broń, nie złoto, a coś zupełnie innego. Znalazłem tam księgę. Wziąłem do rąk i przeczytałem tytuł: „Wykuwanie lekkiej zbroi” – pióra Revusa Sarvaniego. Skarb! Prawdziwy skarb! Gdyby to było możliwe, zabrałbym się za lekturę już teraz, ale oprzytomniałem i spakowałem ją do plecaka.

     Wracaliśmy powoli, bo i łupy trochę ważyły, i właśnie słońce mocno przygrzało, i czasu mieliśmy w bród. Lydia wskazała głową na południowy zachód.

     - Tam następny ruch? – rzuciła pytanie.

     Podążyłem za jej wzrokiem. Fort Szara Przystań wyglądał stąd jak kupa gruzów, ale była to wciąż silna twierdza i mury miała mocne. Siedlisko bandytów, kontrolujących rozwidlenie traktów.

     - Tam nie pójdzie tak łatwo – westchnąłem. – Strażnicy twierdzą, że tam jest zadekowana całkiem silna banda. We dwójkę możemy nie dać rady.

     Spojrzała na mnie kpiąco.

     - Zawsze, gdy tak mówisz, oznacza to, że masz już plan. To kiedy?

     Roześmiałem się.

     - Dziś w nocy – odparłem ze śmiechem. – Na dwie godziny przed wschodem słońca. Wtedy człowiek jest najbardziej zaspany i łatwo go zaskoczyć.

     - Ale dzisiaj nie ma żadnego machania młotkiem – stwierdziła. – Musisz być wypoczęty. Jeszcze przed zmrokiem uderzamy w kimono.

     - Rozkaz! – odrzekłem. – Jak sobie życzysz, mój huskarlu.

     Pokazała mi język.

     - A mogę poczytać do poduszki? – spytałem proszącym tonem.

     - Nic z tego! – pokręciła głową. – Jak się wciągniesz w księgę, to będziesz czytał do późnej nocy. Albo wyczytasz w niej co takiego, co nie pozwoli ci zasnąć całą noc. Żadnego czytania!

     Zrobiłem minę zbitego psa, ale w duchu dusiłem się ze śmiechu.

     - No dobra, nie dziś – powiedziałem w końcu. – Za dwa dni. Dziś sobie poczytam. Zaciekawiła mnie ta księga.

     I, jak się okazało, słusznie. Był to bowiem świetny podręcznik do sporządzania lekkiej zbroi. Poświęciłem mu dwa długie popołudnia i wieczory, ale przeczytałem od deski do deski. Najpierw był krótki opis potrzebnych materiałów, potem zasady ich doboru. Na schematach pokazano sposoby łączeń i optymalne kształty poszczególnych części. Na końcu było kilka obszerniejszych rozdziałów, charakteryzujących poszczególne rodzaje zbroi. Była tam więc zbroja rzemieniowa – najłatwiejsza, najtańsza, ale i najsłabsza, jednak idealna dla wojownika, operującego w lesie. Było wiele uwag na temat zbroi skórzanych. Przez ten rozdział przebrnąłem głównie kiwając głową, bowiem wiedziałem o nich sporo, ale i tam poznałem kilka trików, o których przedtem nie słyszałem. Zamiast grubej podbitki trzeba było stosować cienką skórę, wyprawioną na zamsz. Dzięki temu kirys lepiej przylegał i nie było w nim tak gorąco. Klamry można było stosować inne, znacznie wygodniejsze w użyciu i trzeba było je mocno odpuszczać, aby nie były za twarde. Wtedy klamra pod wpływem uderzenia lekko się ugnie, ale nie pęknie. To była prawda – klamrę w swojej starej zbroi musiałem wymienić, gdy cios miecza ją rozpołowił. Prosty trik w łączeniu skór pozwalał na sporządzenie hełmu z żaluzjową osłoną karku, sztywną i dobrze chroniącą przed uderzeniem, ale równocześnie jej ruchome elementy pozwalały na swobodne spojrzenie w górę. Szkoda, że przedtem tego nie wiedziałem. Może zrobię sobie jeszcze jedną skórzaną zbroję? Przydałaby mi się…

     Oczywiście, najwięcej czasu poświęciłem studiom, na temat zbroi elfiej. Była tam dla mnie najważniejsza informacja, o proporcjach, w jakich należy ze sobą zmieszać żelazo, księżycowy kamień i rtęć, aby uzyskać niezwykle wytrzymały metal. Okazało się też, że ptasia stylistyka, tak powszechnie w nich stosowana, była wprawdzie częścią tradycji, ale też miała zastosowanie praktyczne. Zakończenia blach na kształt ptasich piór są skutkiem procesu, zwanego karbowaniem, który wzmacniał dodatkowo blachę na końcach, gdzie zwykle mieściły się wszystkie złącza i mocowania. Pokazano tam optymalny układ pasów uprzęży, a także ciekawy trik, polegający na obramowaniu każdej blachy paskiem cienkiej skóry, Dzięki temu, blachy nie ocierały się o siebie bezpośrednio i możliwe było ciche poruszanie się. Wiedziałem już, że wkrótce stanę się właścicielem świetnej, elfiej zbroi, którą sam sobie wykuję.

     Zaskoczył mnie natomiast ostatni rozdział. Mówił o zbroi szklanej. Brzmiało to tak zaskakująco, że aż nie mogłem uwierzyć. W tym momencie wołami nikt by mnie nie odciągnął od tej księgi.

     Okazało się jednak, że to nie żadne szkło, tylko swoisty metal, uzyskiwany ze stopu stali z rafinowanym malachitem. Nazywany tak jedynie ze względu na specyficzny połysk, jakim się charakteryzował oraz kruchość przed ostatecznym hartowaniem i odpuszczaniem. Wykuwanie takiej zbroi było bardzo trudne i trzeba było mieć naprawdę zręczne ręce i ogromne wyczucie temperatury metalu. Zbroja jednak niespecjalnie mi się podobała. No, ale to tylko obrazek…

     Dnie spędzałem w kuźni. Na wyprawę do Samotni chciałem sporządzić sobie zbroję znacznie lepszą od tej, którą miałem. Adrianne pomogła mi, ale większość pracy wykonałem sam. Wprawdzie przed planowaną wyprawą do fortu Szara Przystań nie zdążyłem się z nią uporać, ale prace były już bardzo zaawansowane. Na akcję wdziałem zbroję elfią.

     Już pod murami fortu wpadłem na świetny pomysł. Fort bowiem zbudowano podobnie jak miasto, czyli wykorzystując źródło do wypłukiwania nieczystości. Ściek nie był zanieczyszczony, widać niewiele było tam osób. Nic dziwnego wybudowano go, żeby mieścił setkę żołnierzy, a tam nie było nawet jednej piątej tej liczby. Dość, że ściek zabezpieczono prowizorycznie, jedynie kilkoma deskami, które udało się odsunąć i wślizgnąć niepostrzeżenie do środka. Znaleźliśmy się w piwnicy.

Fort Szara Przystań w dzielnicy Biała Grań


     Nie będę tu opisywał labiryntu korytarzy, schodów i komnat, ani naszej po nich wędrówki. Zdobywanie poszło w podobny sposób, w jaki kiedyś opanowaliśmy fort Zielony Mur pod Pękniną. Skradaliśmy się i raziliśmy z łuków na odległość, a gdy to nie skutkowało, łapaliśmy za miecze i rozprawialiśmy się ze zbójami w bezpośredniej walce. Kilka razy musiałem jednak uleczyć się zaklęciem, a raz nawet miksturami, bowiem samozwańcza załoga składała się z samych silnych, rosłych i dobrze uzbrojonych Nordów.

     W pewnej komnacie zastaliśmy jakąś staruszkę. Spojrzała na nas z przestrachem, prosząc, by nie robić jej krzywdy.

     - Ja tylko tu sprzątam, gotuję i robię, co mi każą!

     Była to bezdomna kobieta, która najęła się jako gospodyni w zamian za kąt do spania i miskę strawy. Zbóje pozostawili ją przy życiu dla własnej wygody. Poprosiliśmy ją, aby zamknęła się w komnacie i nie otwierała, dopóki się nie uporamy z bandą. Wtedy zastukamy do niej trzy razy, a potem jeszcze raz trzy razy, tylko szybciej. Zgodziła się ochoczo.

     Fort oczyściliśmy w dwie godziny. Dziewięciu rozbójników posłaliśmy na tamten świat. Zabraliśmy im całe uzbrojenie. Spenetrowaliśmy szafy, komody, skrzynie…

     Ach, skrzynie!

     W jednej z nich, ukrytej w piwnicy, znalazłem coś, od czego zadrżały mi ręce. Był w niej schowany łuk. Ale jaki! Prawdziwy, oryginalny, elfi łuk, bosmerskiej roboty! Skarb nad skarby! Już dla niego samego warto było podjąć się tej wyprawy. Na razie jeszcze nie zdecydowałem się użyć go w walce, bo najpierw trzeba było go przystrzelać, ale już teraz, tylko badając naciąg cięciwy, było widać, że giętkością i sprężystością prześciga nawet mój krasnoludzki łuk, który właśnie trzymałem w ręce.

     Wychodząc na dziedziniec, omal wszystkiego nie zepsuliśmy. Nie spodziewaliśmy się, że będzie tam aż pięciu bandytów. Lydię ledwo po tym wszystkim uratowałem kosturem uzdrawiającego dotyku, sam siebie miksturami i trochę zaklęciem. Ta walka rzeczywiście była ciężka i mogła skończyć się tragicznie, gdyby nie to, że rozumieliśmy się już bez słów i walczyliśmy jak dwie ręce tego samego żołnierza, wzajemnie się osłaniając. Po tym wszystkim podjąłem decyzję, że do Samotni wyruszę sam, a Lydia niech się wykuruje do końca. Niby rany zasklepiły się od magii, ale osłabienie zawsze zostaje i wymaga normalnej rekonwalescencji, jak u każdego człowieka.

     Łupy trochę podratowały nasz budżet. Proventus nie wiedział, jak nam dziękować, bowiem uznał, że fort Szara Przystań to za twardy orzech dla śmiałków i nie wydał żadnego listu gończego. Wskutek tego, żadna nagroda nie była przewidziana. Balgruuf podszedł do sprawy rozsądniej, wiedząc, że nagroda to symboliczne sto sztuk złota, a prawdziwym powodem wyprawy zawsze jest łup, który można spieniężyć. Podziękował nam jednak oficjalnie, z wysokości tronu, aby wszyscy mogli o tym usłyszeć i po cichu podniósł Lydii żołd.

     A mnie znowu wypadło spędzić kilka dni w kuźni, bowiem zapaliłem się do tych zbroi jak jakiś artysta, który doznał gwałtownego przypływu weny. Ale moja nowa, skórzana zbroja była naprawdę udana. Gdy dodałem jeszcze kilka wynalazków, zaproponowanych przez Adrianne, mogłem śmiało powiedzieć, że jestem właścicielem najlepszej skórzanej zbroi w Skyrim. Jej wyjątkowość polegała nie tylko na tym, że było mocna i elastyczna zarazem. Zadbaliśmy również o to, żeby za bardzo nie rzucała się w oczy, sztucznie ją z zewnątrz postarzając. Ba, Adrienne pomyślała nawet o tym, żeby wszyć w hełm za uszami specjalne wkładki, odbijające dźwięk i sprawiające, że człowiek słyszał znacznie lepiej!

     Moja radość z nowej zbroi została jednak stłumiona przez pierwszą, poważną kłótnię z Lydią. Przyznaję, zawiniłem tutaj o wiele bardziej, niż bym chciał, a potem nie umiałem się do swego błędu przyznać. Skutek był taki, że nie odzywaliśmy się do siebie od kilku dni, wzajemnie się unikając.

     A zaczęło się od mojego oświadczenia, że do Samotni idę sam.

     - Kiepski żart – skwitowała Lydia.

     - To nie żart – odpowiedziałem z naciskiem. – Musisz się wykurować do końca. W forcie o mało nie wybrałaś się do… Jak to się nazywa? Sovngardu!

     - Byłeś tam jeszcze bliższy śmierci niż ja – warknęła. – Jeśli ja potrzebuję odpoczynku, to ty tym bardziej.

     - Zgadza się, ale ja muszę iść. A ty nie.

     - Skoro ty musisz iść, to ja też – ucięła krótko. – Jestem twoim huskarlem.

     Spróbowałem inaczej.

     - Lydio, nie ma sensu, żebyśmy narażali się oboje. Misję muszę wykonać ja. Tam nie ma roboty dla dwojga.

     - Może się zdarzyć, że będzie – wzruszyła ramionami. – Delphine jest bardzo dzielna, ale jeśli wpadniesz w łapy Thalmoru, sama cię stamtąd nie wyciągnie. Będzie potrzebowała pomocy.

     Jej upór zaczął mi grać na nerwach. Kłóciliśmy się tak dłuższy czas, aż w końcu nie wytrzymałem. Na jej kolejną uwagę, że jest moim huskarlem, wypaliłem z wściekłością.

     - Otóż, nie jesteś! – walnąłem pięścią w stół. - Zwalniam cię ze służby!

     Tego, co zobaczyłem wtedy w jej oczach, nie zapomnę do końca życia. Pomieszanie zaskoczenia, gniewu i przestrachu.

     - Ty przecież… - zająknęła się, a jej oczy zmieniły wyraz.

     Nie, nie pojawiły się w nich łzy. Na to była zbyt dumna i zbyt wściekła. Ale ubodło ją to do żywego. Natychmiast pożałowałem tych słów.

     - Oczywiście, możesz nadal tu mieszkać – wymamrotałem niepewnym głosem. – Jesteś współwłaścicielką tego domu, choć może o tym nie wiesz…

     Dziwne, ale nawet nie pomyślałem, żeby ją o tym poinformować, choć już dawno należało to zrobić.

     - Wiem! – warknęła. – Jestem z Proventusem w lepszej komitywie niż ty.

     A potem trzasnęła drzwiami i zamknęła się w swoim pokoju.

     Gdybym wtedy zebrał się na odwagę i zapukał, może dałoby się to jakoś załagodzić. Ale nie umiałem się na to zdobyć, co ze wstydem dziś wyznaję. Zareagowałem tak samo jak ona – zamknąłem się w swej sypialni i próbowałem czytać, żeby uspokoić myśli.

     Aż przyszła ostatnia noc przed wyprawą. Zamierzałem wyruszyć wcześniej, aby na pewno zdążyć na czas. 

     Wieczorem przygotowałem swój rynsztunek, co nie uszło uwadze Lydii, choć ani słowem się do mnie nie odezwała, ani nie zaszczyciła mnie nawet krótkim spojrzeniem. Spakowałem plecak, uzupełniłem kołczan, przygotowałem sobie trochę prowiantu na drogę. Odważyłem sobie część pieniędzy, resztę chowając do małej szafki w przedpokoju na górze. W tajemnicy przed Lydią, napisałem też swój testament, który postanowiłem pozostawić w widocznym miejscu w sypialni. Prawie wszystko co miałem, zapisałem Lydii. Poprosiłem ją też w testamencie o przebaczenie i zapewniłem, że bardzo żałuję tych słów, które rzuciłem w gniewie. A potem poprosiłem, aby pożegnała ode mnie moich rodziców w Cyrodiil i zapewniła ich, że zginąłem, próbując uratować ludzkość przed smokami.

     Podpisałem, z głębokim westchnieniem.

     Źle spałem tej nocy. Długo nie mogłem zasnąć. Chciałem porozmawiać z Lydią, przeprosić, załagodzić sprawę, ale duma mi nie pozwalała. Zasnąłem dopiero dobrze po północy, a i wtedy był to sen przerywany koszmarami. Ranek przywitał mnie w kiepskiej kondycji.