niedziela, 14 lutego 2016

Rozdział XIII - W drodze do Ivarstead

     - Tak długo to trwało? 

    Głos Lydii wyrażał zdziwienie, ale i ja zdumiałem się, wychodząc z grobowca. Było ciemno, a przecież wydawało mi się, że spędziliśmy w podziemiach nie więcej niż czwartą część dnia. W dodatku zaczęło padać. Lydia spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.

    - Idziemy?

    Westchnąłem głośno. Wprawdzie zaleczyłem sobie rany, ale zmęczenie to inna sprawa. Potrzebowałem odpoczynku. Lydii o to nawet nie pytałem, bo domyślałem się, że nawet jeśli jest zmęczona, nigdy się do tego nie przyzna. Wskazałem na drzwi za naszymi plecami.

    - Proponuję przenocować w przedsionku. Tam jest ciepło i sucho. Wyruszymy rankiem.

    - Jak sobie życzysz, tanie – odpowiedziała odruchowo, otwierając drzwi.

    Weszliśmy do przedsionka. Rozdmuchałem żar na palenisku i dodałem kilka drewien. Płomień polizał polana, jakby chciał spróbować, czy przypadkiem nie daję mu na pożarcie czegoś oszukanego, po czym objął je, hucząc z zadowolenia. Zawsze fascynował mnie ogień. Był jak żywa istota…

    Zaryglowałem drzwi. Nie będzie potrzeby wystawiania warty. Oboje dziś wypoczniemy.

    - Mamy coś do jedzenia? – spytałem, słysząc burczenie w brzuchu.

    Lydia zajrzała do plecaka.

    - Niewiele. Ale zaraz coś skombinuję.

    Postawiła tarczę pod ścianą i znikła w grobowcu. Uśmiechnąłem się, domyślając się, co zamierza. Miała rację. Veranowi jego zapasy już się na nic nie przydadzą. Wróciła po chwili z kilkoma kawałami mięsa, kawałkiem sera i butelką wina. Rozejrzała się po komnacie i chwyciła nieduży, płaski kamień, zalegający gdzieś w kącie. Wstawiła go do paleniska i dołożyła trochę drew, żeby się szybciej rozgrzał. Podałem jej orkowy sztylet z Cieniowiska, idealnie nadający się do cięcia mięsa. Zresztą, dotąd jedynie do tego go używałem. Pokroiła mięso na cienkie kawałki.

    - Mam nadzieję, że to naprawdę dziczyzna – mruknęła, kręcąc nosem. – Po nekromantach można spodziewać się wszystkiego.

    Roześmialiśmy się oboje. Nie było wątpliwości, to był comber z jelenia. Znałem się na tym dobrze, bo niejednego jelenia już w życiu ćwiartowałem. Zapewniłem ją o tym i zacząłem wydłubywać korek z butelki. Nie bardzo było czym, więc użyłem sztyletu. Trochę się pokruszył, ale w końcu napełniłem nasze podróżne, drewniane kubeczki.

    - Dogadzał sobie – stwierdziłem, kosztując wina i palcem usuwając sobie z ust resztki korka.

    - Wino z Alto – dodała Lydia, próbując. – Ulubione wino Balgruufa.

    Przez jakiś czas w milczeniu przeżuwaliśmy kawałki mięsa, zwilżając je winem. Drogi, pleśniowy ser zachowaliśmy sobie na deser.

    Oparłem się o ścianę, wyciągnąłem nogi i sięgnąłem po kawałek sera. W zestawieniu z winem smakował bajecznie. Lydia przyjęła równie swobodną pozę, co bardzo mnie ucieszyło. Nareszcie zaczęła czuć się dobrze w moim towarzystwie. Mówi się, że wspólna walka zbliża ludzi. Z pewnością jest w tym dużo prawdy. Ja po dzisiejszej bijatyce z nieumarłymi wiedziałem już, że mogę jej całkowicie zaufać. Była świetnym wojownikiem. Ona chyba odniosła podobne wrażenie, bo zatraciła gdzieś dotychczasową rezerwę, z jaką mnie traktowała.

    Zjedliśmy wszystko. Zostało jeszcze pół butelki wina. Napełniłem kubeczki. Zrobiło mi się błogo. Zmęczenie, wino, ciepło ogniska, pełen żołądek – a jednak nie czułem się senny. Lydia też nie miała ochoty spać. 

    - Co to za maska? – spytała, wyciągając z plecaka maskę kultysty. – Wygląda jakby była zrobiona z kości.

    - Nie wiem – odparłem zgodnie z prawdą. – Miałem nadzieję, że ktoś mi to wyjaśni.

    Po czym opowiedziałem jej, co się wydarzyło w Ivarstead. Zerknęła okiem na list, znaleziony przy kultystach.

    - Soltsheim to dunmerska kolonia – powiedziała powoli. – Wyspa. Dość duża. Leży u wybrzeży Morrowind. Kawał drogi od Skyrim. Po wybuchu Czerwonej Góry, część Dunmerów przeniosła się tam, reszta rozproszyła się po całym Tamriel.

    - Byłaś tam?

    Potrząsnęła głową.

    - Ale słyszałam, że wulkan wciąż dymi i regularnie zasypuje ich popiołem. Niewiele o tym miejscu wiem. Kiedyś były tam jakieś kopalnie, już nie pamiętam czego. Złoża się wyczerpały i cesarstwo opuściło wyspę. Pozostały tylko jakieś niedobitki. Potem, gdy wybuchł wulkan, Dunmerowie znowu ją skolonizowali.

    Przynajmniej coś już wiedziałem. Nie rozumiałem tylko, skąd przypuszczenie kultystów, czy też tego całego Miraaka, że mam zamiar się tam udać. Przecież zanim mnie zaczepili, nie miałem pojęcia o istnieniu tej wyspy.

    Rozmowa zeszła na tematy osobiste. Wino w zadziwiający sposób rozwiązało nam języki. Lydia jednak potrafiła się śmiać, co udowodniła wielokrotnie. Podpytałem ją trochę o jej sprawy. Dowiedziałem się, że kiedyś była zakochana w jednym legioniście z Rzecznej Puszczy, ale sama nazywała to szczeniacką miłością. Nie pozostała mi dłużna – musiałem jej opowiedzieć o córce młynarza z naszej wioski, z którą niegdyś połączyła mnie burzliwa, choć krótkotrwała miłość, zanim młynarz, wraz z rodziną przeniósł się do miasta. Podobno wcale nie z mojego powodu! Jeszcze dość długo suszyliśmy tę butelkę, aż nasze nie przywykłe do wina organizmy zmorzył sen.

    Rano obudziłem się z potwornym bólem głowy. Drzwi do komory były otwarte i wdzierało się przez nie światło dnia. Strasznie chciało mi się pić, ale niczego do picia nie miałem, poza resztką wina, które odrzucało mnie samym zapachem. Lydii nie było. Pod ścianą leżała tylko jej zbroja. Bogowie wiedzą, jak sama zdołała się z niej uwolnić. Spróbowałem wstać. Ból rozsadzający skronie kazał mi zaprzestać wysiłku w tym kierunku. Czułem się okropnie.

    Jakaś szczupła postać przysłoniła na chwilę wejście. Bez zbroi Lydia wyglądała znacznie młodziej. Jej smukła, nieco chłopięca figurka, sprawiała, że przypominała raczej podlotka. Miała na sobie tylko płócienną koszulę, odkrywającą pięknie i harmonijnie umięśnione ramiona i nogi. Miała zdrowe i silne ciało, jak u sarny.

    - Nie dla ciebie ten kąsek – pomyślałem z niejakim żalem.

    Kiepski kowal i w miarę dobry myśliwy w jednej osobie raczej nie był odpowiednią partią dla pięknej panny z rycerskiego rodu. Po raz pierwszy pomyślałem o niej nie jak o żołnierzu, a jak o dziewczynie.

    Przykucnęła przy mnie i podała mi kubek zimnej, czystej wody, który wychyliłem duszkiem. Miała mokre włosy, a na koszuli kilka mokrych plam. Zapewne wykąpała się w górskiej rzece i przywróciło jej to przytomność. Postanowiłem pójść w jej ślady.

    Woda w rzece, tuż przy trakcie, była paraliżująco zimna. Mimo to zanurzyłem się w niej po czubek głowy. Gdy, dygocząc z zimna, wciągałem a siebie koszulę i pludry, czułem się już lepiej, choć głowa wciąż niemiłosiernie mnie bolała. Wciągnąłem buty i powlokłem się na górę, w kierunku grobowca.

    Nie chciało nam się jeść. Oboje wyglądaliśmy raczej nieciekawie, nie mając nawet sił na to, żeby sobie wzajemnie podogryzać. Pomogłem Lydii przywdziać zbroję, co przyjęła z westchnieniem wdzięczności i niechęci do wysiłku, jaki będzie musiała włożyć w jej dźwiganie. Potem ona pomogła mi włożyć moją. Zebraliśmy swój dobytek i zgodnie powlekliśmy się w stronę traktu.

    Miałem nadzieję, że nie spotka nas żadna przykra przygoda. Nie wiem, jak Lydia, ale ja nie miałem siły walczyć. Uległbym teraz każdemu przeciwnikowi. 

    Przeszliśmy przez mostek na rzece i stanęliśmy na rozdrożu. Uzmysłowiłem sobie właśnie, że nigdy nie szedłem tędy do Ivarstead. Poprzednio bowiem skręciłem w tym miejscu do Wichrowego tronu, a potem poszedłem przez Wschodnią Marchię i Pękninę. Z powrotem zaś wędrowałem z drugiej strony góry. Nie znałem drogi. Lydia też za bardzo nie wiedziała, którędy iść. Wiedzieliśmy tylko tyle, że do Pękniny trzeba iść prosto. Powlekliśmy się tamtędy.

    Do jako takiej przytomności doszliśmy po znalezieniu zwłok jakiegoś Dunmera. Miał na ciele rany od oparzeń i odmrożeń. Nie ulegało wątpliwości, że uśmiercono go magią, ze szkoły Zniszczenia.

    - Tu w pobliżu jest opuszczony zamek, w którym podobno nekromanci odbywają jakieś podejrzane rytuały – szepnęła Lydia. – Nazywa się Fort Amol. Na pewno ten nieszczęśnik padł ich ofiarą.

    - Trzeba zrobić z nimi porządek – mruknąłem z wysiłkiem. – Ale nie dziś…

    Poszliśmy dalej, uważnie rozglądając się na boki. Istotnie, po naszej lewej ręce ujrzeliśmy surowe mury zamku, wydawałoby się, opustoszałego. Ostrożnie przeszliśmy mimo i dotarliśmy do następnego mostu. Po naszej prawej stronie, z pionowej skały, z hukiem spadała przepiękna kaskadą czysta, źródlana woda. Wodospad nawilżał powietrze i sprawiał, że oddychało się znacznie łatwiej. Zaś zaczajony przy trakcie niedźwiedź, nie był groźnym przeciwnikiem dla dwu uzbrojonych wojów, nawet skacowanych. Ujrzałem go pierwszy i posłałem mu strzałę, może nie tak celną, jak bym chciał, ale zmusiła go ona do powstania na tylne łapy. Władowanie następnej w serce było już łatwe. Mimo wszystko rzucił się na nas, ale był już w agonii. Cios miecza Lydii przez kark dokończył dzieła.

    - Ładna skóra – stwierdziłem. – Jadłaś kiedyś niedźwiedzie łapy?

    Lydia potrząsnęła głową.

    - Pomożesz mi ściągnąć z niego tę skórę? – spytałem.

    Uśmiechnęła się z wysiłkiem.

    - Jak sobie życzysz, tanie.

    - Szlag mnie kiedyś trafi z tym tanem – mruknąłem zrzędliwie. – Dźwignąć go nie damy rady, trzeba na miejscu.

    Wyciągnąłem orkowy sztylet. Odzieranie wielkiego niedźwiedzia to nie jest łatwa praca. Zabrało nam to przeszło godzinę. Na koniec wykroiłem z łap kilka sporych kawałów mięsa.

    Przeszliśmy przez mostek, na kamienistą dróżkę. Zebrałem garść żwiru i spróbowałem natrzeć skórę, żeby ją oczyścić z resztek mięsa, ale żwir był za gruby. Chcąc nie chcąc, musiałem zwinąć ją w kłębek i ruszyć dalej, w nadziei, że nie zacznie cuchnąć, zanim dojdziemy do jakiegoś cywilizowanego miejsca.

    A droga wiodła w górę. Wycisnęła z nas ostatnie poty i resztki wina, więc choć zmęczeni, poczuliśmy się trochę lepiej. Głowa bolała mnie jeszcze, ale znośnie. W pewnym miejscu od traktu oddzieliła się wąska ścieżka, prowadząca stromo w górę.

    - Tędy do Ivarstead powinno być bliżej – stwierdziła Lydia. – Stromo, ale nadrobimy cały dzień.

    Posłuchałem jej i natychmiast tego pożałowałem. Było naprawdę stromo. A krótsza droga wcale nie oznaczała, że skończy się szybko. Pod wieczór dopiero trochę się wypłaszczyła, gdy doszła do leśnego zakątka, z małym jeziorem pośrodku. Obozowało tam dwóch myśliwych. Sprzedałem im tę niedźwiedzią skórę za dziesięć septimów. Droga jeszcze kawałek prowadziła w górę, po czym doszła do bystrego strumyka i ostatecznie się wyrównała. Podchodząc do płytkiej jaskini po lewej stronie, poczułem dziwny odór. Zatrzymałem się i sięgnąłem po łuk. Lydia zrobiła to samo.

    W samą porę! Nieludzki ryk rozdarł powietrze i jakiś ciemny, zwinny kształt wypadł nam na drogę.

    Czarny troll!

  Wpakowałem mu strzałę w pierś i natychmiast sięgnąłem po następną, nie chcąc dać mu czasu na regenerację. Troll był coraz bliżej. Nałożyłem trzecią strzałę, ale nie zdążyłem jej wystrzelić. Lydia wyskoczyła przede mnie, zasłaniając mi widok i walnęła potwora tarczą, po czym, zaczęła smagać mieczem. Nie miałem jak strzelić, więc odrzuciłem łuk i sięgnąłem po miecz. Troll był niezwykle silny i szybki. Mimo wszystkich umiejętności Lydii, zdołał ją dosięgnąć długim ramieniem i z ogromną siłą uderzył ją w ramię. Aż odrzuciło ją na skałę. Uniknąłem ciosu łapy, zakończonej pazurami, podobnymi do niedźwiedzich i nadstawiłem miecz. Troll sam rozciął sobie o niego ramię. Ryk bólu i wściekłości rozległ się po okolicy. Nie czekałem, aż się wyżali. Zadałem mu jeszcze dwa głębokie cięcia w odsłoniętą pierś. W odpowiedzi trzepnął mnie tak, że gdybym nie zasłonił się tarczą, pewnie cios oderwałby mi głowę. A tak jedynie odrzucił mnie o kilka kroków. Niestety, wylądowałem bezradnie na ziemi, wypuszczając tarczę. Troll zaatakował, lecz zasłoniła mnie Lydia. Musiała jednak poprzednio zdrowo oberwać, bo jej blokada była niezdarna i powolna. Troll powalił ją uderzeniem łapy i stanął nad bezbronną, wznosząc łapsko do morderczego ciosu w głowę. Zdążyłem jedynie podnieść się na kolano. Byłem za daleko, by ją zasłonić.

    - Fus-Ro! – wrzasnąłem, w czas przypominając sobie, kim jestem.

    Fala uderzeniowa odrzuciła trolla o kilka kroków, prosto na skalny występ. Ryk bólu znów rozdarł powietrze. Zdesperowany, rzuciłem się na niego z samym mieczem, bo nie miałem czasu sięgnąć po tarczę. Odgrodziłem go od Lydii i trzasnąłem po łbie raz i drugi. Wyraźnie osłabł. Tylko na to czekałem. Sam nie wiem, jak to zrobiłem, ale moje ciało jakoś przypomniało sobie cios z półobrotu, którego kiedyś nauczył mnie ojciec. Orkowy miecz zadał straszliwe cięcie w pierś, które omal nie rozpołowiło potwora. Po takim ciosie nawet troll musi ulec. Osunął się więc bezgłośnie na skały, a ja dla pewności uderzyłem jeszcze raz, prosto w czoło. Usłyszałem trzask pękającej czaszki. Troll znieruchomiał.

   Przypadłem do Lydii. Upadając, uderzyła się w głowę. Była nieprzytomna, ale żyła. Z rozpaczą uzmysłowiłem sobie brak jakiejkolwiek mikstury uzdrowienia. Zresztą, jak bym ją podał nieprzytomnej? Mogłem jedynie przemyć ranę na jej głowie zimną wodą, ze strumienia. Natarłem jej też skronie i przemyłem twarz. Z jękiem otworzyła oczy.

    - Żyjesz… - uśmiechnęła się słabo.

    - Nic nie mów – odparłem. – Masz rozciętą głowę i pewnie będziesz mieć tu zaraz potężnego guza. Spróbuj wstać. Dasz radę? Do Ivarstead powinno być niedaleko. Poznaję tę górę przed nami. Widać nawet szlak na Wysoki Hrothgar. Za tym wzgórkiem powinien być most.

    Skinęła głową. Z moją pomocą, stanęła chwiejnie na nogach. Podałem jej miecz, resztę wziąłem sam. Wystarczy, że musiała dźwigać ciężką zbroję. Powoli, oparta o mnie, poszła, trzymając się mojego ramienia. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i okazało się, że miałem rację. Naszym oczom ukazał się ciemny kształt tartaku, a w oddali przebijało się światło z gospody Wilhelma. Westchnienie ulgi wyrwało mi się z ust.

    W gospodzie było kilka osób. Nasze wejście było dla wszystkich zaskoczeniem. Lydia, idąc resztką sił, z westchnieniem osunęła się na najbliższą ławę. Musiałem ją przytrzymać, bo upadłaby na klepisko.

    - Pomocy… - wydyszałem. – Ona potrzebuje pomocy.

    Natychmiast znalazł się, nie wiem skąd, Kilimmek, a z drugiej strony dołączył do niego Wilhelm. Od razu mnie poznali.

    - Trzeba mikstury uzdrowienia – rzekł Kilimmek. – Ma ktoś?

    Wilhelm rozłożył bezradnie ręce.

    - Gwilin – zawołał Kilimmek. – On na pewno ma! Poczekajcie!

    I wypadł przez drzwi w ciemną noc.

    - Niedźwiedź? – spytał Wilhelm, wskazując na zadrapania i odgięty napierśnik w stalowej zbroi.

    - Czarny troll – odparłem. – Napadł na nas poniżej strumienia…

    Kilimmek wpadł do gospody równie gwałtownie jak z niej wyskoczył. Za nim zjawił się Gwilin, z czerwoną buteleczką w dłoni. Przytknął ją do ust Lydii i wlał najpierw kilka kropli. Złotawa mgiełka otoczyła ją na chwilę, po czym spojrzała na nas przytomniej. Chwyciła fiolkę i opróżniła ja do końca. Mgiełka znów się pojawiła, jeszcze wyraźniejsza. Lydia odetchnęła z ulgą. Magiczne mikstury uzdrowienia potrafią zdziałać cuda. 

    - Dziękuję wam – uśmiechnęła się już całkiem przytomnie. – Oj moja głowa…

    - Przydałaby się druga fiolka – odezwał się elf. – Ale miałem tylko jedną. Chyba, że szybko coś umieszam. Czy ktoś z was ma pęcherzycę?

    - Sproszkowana może być? – spytał Wilhelm. – Używam jej jako przyprawy.

    - Dawaj – odparł Gwilin i zniknął za drzwiami z drewnianą miseczką, napełnioną brunatnym proszkiem.

    - Jak to się stało? – spytał Kilimmek. – I co cię tu sprowadza, Smocze Dziecię?

    Powiedział to z naciskiem na „Smocze Dziecię”, zapewne dając mi do zrozumienia, że nie dba o zdanie niedawno spotkanych tu kultystów.

    Opowiedziałem mu o naszej wyprawie i potyczce z trollem.

    - Wybieracie się do Bthalft? – spytał Wilhelm. – Tam jacyś rabusie założyli obozowisko. Chcecie ich pokonać?

    - Mieliśmy taki zamiar – odparłem. – Zanim to się stało.

    W międzyczasie zjawił się Gwilin, niosąc trzy następne fiolki. Lydia już po dwu była zupełnie zdrowa. Trzecią wcisnął mi w dłoń na później. Sięgnąłem do sakiewki.

    - Nie trzeba – obruszył się. – Musimy sobie pomagać!

    - Jak nie będę mógł zapłacić, podziękuję dobrym słowem – uśmiechnąłem się, wciskając mu garść monet. – Póki mam, płacę. Jesteśmy w Skyrim, to taki norski zwyczaj.

    Wzruszył ramionami, ale wziął. Podał część Wilhelmowi.

    - To za pęcherzycę – rzekł. – Bierz, to taki norski zwyczaj! – dodał, przedrzeźniając mnie.

    Wszyscy się roześmiali. Zrobiło mi się lekko na duszy. Byłem wśród przyjaciół. 

    - Pokonaliście trolla – odezwał się Wilhelm z podziwem. – Niełatwa sztuka.

    - Opowiedz o tym – poprosił Kilimmek, dając znak oberżyście.

    Wilhelm postawił przed nami butelkę wina i drewniane kubki. Wszyscy zgromadzili się przy naszym stole.

    - No, dalej – zachęcił mnie Gwilin. – Ja znałem tego trolla, osiedlił się niedaleko stąd, ale tutaj nie zaglądał. Kiedyś próbowałem go upolować z łuku. Wybrałem miejsce, gdzie nie mógł mnie dosięgnąć i zacząłem go szpikować strzałami. Ale skończyły mi się strzały, a on wciąż dokazywał tam w dole.

    Opowiedziałem im wszystko ze szczegółami. Kiwali głowami, ze znajomością rzeczy. Na pogawędce zszedł nam cały wieczór i w butelce ukazało się dno. Nie przyłożyłem do tego ręki. Zapach wina mnie odrzucał. Lydia nawet nie spojrzała na kubek.

piątek, 12 lutego 2016

Rozdział XII - Grobowiec Hillgrunda

     Przy bramie uciąłem sobie krótką pogawędkę z jednym ze strażników. Powiedział mi o Grobowcu Hillgrunda, tajemniczej budowli, na wschód od miasta.

     - Dzieje się tam coś niedobrego – powiedział tajemniczo. – Ludzie gadają, że ktoś odprawia tam jakieś podejrzane rytuały.

     Zabrzmiało interesująco. Zaznaczył mi to miejsce na mapie. W miarę, gdy zbliżałem się do Smoczej Przystani, w mojej głowie zaczął się klarować pewien plan. Tajemniczy grobowiec znajdował się na wschodzie. Mógłbym go spenetrować, być może znaleźć jakieś kosztowności, których w podziemiach nie brakuje, a potem udać się w stronę Ivarstead, by rozprawić się z bandą rabusiów, grasującą w jej okolicach. List gończy wciąż tkwił u mnie w zanadrzu. Byłoby nieźle zaskarbić sobie wdzięczność jarla Pękniny. A potem dopiero ruszyłbym na wyprawę po róg.

     Pierwszą napotkaną przeze mnie osobą w Smoczej Przystani była Lydia. Ucieszyłem się na jej widok. Usiadłem przy niej i wyciągnąłem mapę. Pokazałem jej grobowiec.

     - Znam to miejsce, tanie – odrzekła. – Byłam tam kilka razy. Ot, grobowiec, jak grobowiec. Ale prawda, coś ostatnio się tam dzieje. Przynajmniej takie krążą plotki.

     - Pójdziesz tam ze mną? – spytałem.

     Spojrzała na mnie zdziwiona.

     - Czy pójdę? – spytała. – Jestem twoim huskarlem, tanie. Pójdę za tobą wszędzie, gdzie tylko sobie zażyczysz.

     Tanie! Jakoś nie mogłem się przyzwyczaić do tego tytułu.

     - A potem zamierzam udać się w okolice Pękniny. Zerknij na to – podałem jej list gończy.

     Przeczytała i skinęła głową.

     - Idziemy zaraz, tanie?

     Pokręciłem głową.

     - Muszę najpierw doprowadzić swój ekwipunek do porządku – odparłem, demonstrując rozciętą zbroję i rozprute karwasze. – Do wieczora mi z tym zejdzie. Wyruszymy jutro, skoro świt.

     - Jak sobie życzysz, tanie – odparła pokornie.

     W jej oczach nie dało się wyczytać zupełnie nic. Ani zawodu, ani ciekawości. Była po prostu żołnierzem, wypełniającym rozkazy. Trochę mnie to rozczarowało. Miałem nadzieję, że znajdę w jej osobie nie tyle strażnika, co kompana. Może z czasem…

     - Nie musisz ze mną iść, jeśli nie chcesz – odrzekłem łagodnie.

     Nie chciała tego po sobie pokazać, ale zauważyłem, że poczuła się dotknięta. Pożałowałem natychmiast tych słów. Była Nordką, a dla nich poczucie honoru było ponad wszystko. Zapewne zostawiając ją w pałacu, zrobiłem jej krzywdę i naraziłem na drwiny. Co to za huskarl, skoro nawet tan go nie chce? Takie docinki zapewne musiała znosić. Obiecałem sobie, że już nigdy do tego nie dopuszczę.

     - Wiesz, mam do spełnienia pewną misję, która będę musiał wykonać sam – odezwałem się zniżonym tonem. – Tę misję nałożyli na mnie Siwobrodzi. To próba i nie będę mógł wziąć cię ze sobą. Ale będę zadowolony, jeśli będziesz mi towarzyszyć we wszystkich innych wędrówkach.

     - Tylko rozkaż, tanie – odparła, przyglądając mi się tymi przenikliwymi, ciemnymi oczami.

     Miałem tego dość.

     - Tak, mam dla ciebie rozkaz – uśmiechnąłem się. – Mam na imię Wulfhere i chciałbym, żebyś tak się do mnie zwracała.

     Jej wzrok spłoszył się nieco.

     - Nie uchodzi, tanie – odparła nieśmiało. – Jestem żołnierzem.

     Jeśli pomyślała sobie, że chcę się z nią spoufalić, bo mam zamiar potraktować ją jak jakąś dziewkę, to bardzo się pomyliła. Nawet przez myśl mi to nie przeszło. Jeszcze szacunek do wysokich rodów w sobie noszę, a przecież dość spojrzeć na nią, by poznać szlachciankę. Co z tego, gdy tak to zabrzmiało…

     - Widzisz, jestem prostym człowiekiem – odezwałem się. – Nie wychowałem się w pałacu, jak ty, tylko w kuźni i w lesie. Tytuł mnie peszy. Zwłaszcza, kiedy ty, bez wątpienia rycerskiej krwi, tytułujesz mnie w ten sposób.

     - A jak mam cię tytułować, tanie? – spytała Lydia niepewnie. – Jesteś przecież tanem.

     - Jestem – westchnąłem. – Sam nie bardzo wiem, co to znaczy, ale niby jestem. Dobra, mów jak chcesz, ale wiedz, że dzień, w którym nazwiesz mnie po imieniu, zapamiętam na długo.

     Ujrzałem błysk zrozumienia. I nigdy nie dowiedziałem się, czy zrozumiała mnie naprawdę, czy po swojemu.

     Umówiliśmy się o świcie pod bramą, obok kuźni Adrianne. Odwiedziłem jeszcze Farengara, oddałem pokłon jarlowi, który ucieszył się na mój widok i spytał o Siwobrodych. A potem zamieniłem jeszcze kilka słów z Proventusem, który zaproponował mi osiedlenie się w mieście i kupno domu.

     W mieście, otoczonym murem, nie było miejsca na nowe budynki. Trzeba było używać starych. To tłumaczyło niezły stan zabudowy – każdy dbał o dom, bo niewiele ich było i wszelkie remonty przeprowadzał na bieżąco. A te, które już stały, osiągały niebotyczne ceny. Domek, który zaproponował mi Proventus, był trochę podniszczony i wymagał skromnego remontu, jednak był to jedyny pusty dom w mieście i innego wyboru nie było. Kosztował pięć tysięcy septimów. Niby niewiele, jak na tutejsze ceny. Mój trzosik ważył już sporo, ale nie aż tyle. Z żalem musiałem odwlec decyzję o zakupie.

     Adrianne powitała mnie z uśmiechem. A potem obejrzała moją zbroję i mina jej zrzedła. 

     Może jednak zdecydujesz się na stalową? – spytała. – Ledwo uszedłeś z życiem. Mam tu niezłą segmentatę, powinna na ciebie pasować.

     Pokręciłem głową.

     - Mimo wszystko, wolę lekką zbroję – odparłem.

     - Rozumiem, ale może postarasz się o inną. Nie wiem, może nie od razu elfią, ale…

     - Masz taką? – spytałem zaciekawiony.

     Roześmiała się i pokręciła głową.

     - Nawet gdybym miała, pewnie nie byłoby cię na nią stać – odrzekła. – Do jej wykucia używa się stali, złota, rtęci i księżycowego kamienia. To rzadki minerał i bardzo drogi. Taka zbroja kosztuje fortunę. Dlatego używają jej głównie Thalmorczycy. Ale zbroja jest bardzo lekka i wytrzymała. Lżejsza nawet niż skórzana.

     Zaciekawiła mnie tym.

     - Thalmorczycy?

    - Mówimy o ich uzbrojeniu „elfie”, ale tak naprawdę to broń Altmerów. Mają świetne łuki, też z księżycowego kamienia. Ten minerał nadaje sztywność łęczyskom i elastyczność ramionom, ale nie wiem, jak oni to robią. Podobno przekładają jakoś paski drewna tym stopem, w odpowiedniej kolejności i kierunku. Miecze też mają niezłe. Miałam taki w rękach. Lekki, sztywny i trudno się szczerbi, czy tępi. Marzenie każdego wojownika. No – dodała, wzruszając ramionami – z wyjątkiem Norda. Oni nie uznają innego metalu niż stal.

     Adrianne zawołała męża – brodatego Norda, którego przedstawiła jako Ulfberta Niedźwiedzia Wojny – i kazała mu wstawić garniec wosku na palenisko. Mąż potulnie skinął głową i poszedł do sklepu, wykonać polecenie. Roześmiałem się w głos.

     - Krótko go trzymasz! – parsknąłem. – Jak on to znosi?

     - Całkiem nieźle – uśmiechnęła się. – Wie, że to ja utrzymuję rodzinę. On jest wojownikiem. Jak na razie, jarl nie wysyła nigdzie swoich wojsk, więc po co ma gnuśnieć w domu? Niech mi pomoże! A skórę wygotujemy w wosku. To ją utwardzi.

     Razem wycięliśmy i wyklepaliśmy potrzebne płaty skóry. Adrianne zajęła się ich zszywaniem, podczas gdy ja doprowadzałem do porządku swoje karwasze. Okazało się, że i buty wymagają naprawy. A potem znalazłem jeszcze głębokie rozcięcie w pochwie na miecz. Prawdopodobnie sam je zrobiłem własną bronią, bo wyraźnie cięcie było od środka. Gdy skończyłem swoje, zabrałem się do prac hutniczych. Adrianne miała koło domu dymarkę, w której można było wytapiać różne metale. Załadowałem ją żelazem, dodałem trochę korundu, załadowałem palenisko węglem i zabrałem się za wytop stali. Ręce bolały od miecha, ale nie narzekałem zbytnio, dziwiąc się tylko, że taki osiłek, jak Ulfbert nie może się za to zabrać.

     - Zupełnie nie ma talentu – Adrianne pokręciła głową. – Napsuł mi już tyle stali, że dostał zakaz zbliżania się do pieca. Ostatnio, gdy wytapiał stal, nie nadawała się nawet na gwoździe. Dał za dużo węgla i wyszła mu szara, krucha i nic nie dało się z niej zrobić. Pod uderzeniem młota zamieniała się w proszek. Ale to dobry człowiek. Trochę nieporadny, ale dobry. Można na nim polegać.

     Skończyliśmy około południa. Zbroja była jeszcze lepsza, niż poprzednio. Płyty naramienników były teraz znacznie mocniejsze i sztywniejsze, ale ruchów w dalszym ciągu nie krępowały. Adrianne wszyła między warstwy skóry po kawałku cienkiej stalowej blachy. Nie zwiększyło to znacząco wagi zbroi, a pewnością poważnie ją wzmocniło. Zgodnie z obietnicą, pomogłem potem Adrianne przy realizacji cesarskiego zamówienia. Do wieczora wykułem dwa miecze i sporządziłem całą cesarską zbroję z przygotowanych przez nią skór.

     - To za pomoc w naprawie zbroi – odparłem, gdy Adrianne sięgnęła do sakiewki. – Poświęciłaś mi pół dnia, więc ja tobie poświęciłem drugie. Jesteśmy kwita.

    Pokiwała głową na boki, w geście niedowierzania, ale przystała na to. Wcisnęła mi jednak kilkanaście orkowych strzał, twierdząc, że i tak nikt ich nie chce kupić. Cała Adrianne… Pożegnaliśmy się i skierowałem swoje kroki do gospody. Zasłużyłem na kolację i odpoczynek. Cały dzień ciężko pracowałem w kuźni, więc ramiona bolały mnie tak, że zacząłem się obawiać, czy aby ból przejdzie do jutra. Sklepy już były zamknięte, więc żadnej mikstury kupić nie mogłem. Jutro też nie zdążę, bowiem wyruszamy skoro świt. Ech, pokpiłem sprawę…

     Byłem jednak zbyt zmęczony, aby się martwić. Po kolacji poprosiłem szynkarkę, by obudziła mnie tuż przed świtem, po czym rzuciłem się na łóżko i zasnąłem jak kamień.

     Góry na wschodzie rozświetliły się, gdy szedłem już w stronę bramy. Lydia stała tam w pełnym ekwipunku. Musiała być niezwykle silna, bowiem jej wyposażenie ważyło znacznie więcej niż moje. Miała na sobie swoją stalową zbroję, z łagodnie zaokrąglonymi blachami, co nadawało jej dostojny i solidny wygląd. Jej buty również były wzmocnione stalowymi nagolennikami. Na ramionach miała skórzane karwasze, obłożone misternie grawerowaną blachą – zapewne bardzo drogie. Stalowy miecz i gruba, okrągła tarcza, obita blachą, dopełniały ekwipunku. Na plecach miała jeszcze cesarski łuk i kołczan ze strzałami, co bardzo mnie zdziwiło. Wyszła moja ignorancja w dziedzinie norskiej wojskowości. Dopiero później dowiedziałem się, od niej zresztą, że huskarl, to bynajmniej nie jakiś ochroniarz, tylko specjalnie wyszkolony, ciężkozbrojny piechur, który ma już za sobą udział w co najmniej trzech bitwach i dodatkowo potrafi biegle posługiwać się łukiem. Niewielu ich było w norskich drużynach. To elitarna formacja, w której często służyli ludzie wysokiego rodu.

     Wyruszyliśmy pieszo. Był to kawałek drogi, ale dzięki temu miałem nadzieję, że poznamy się trochę lepiej. Nie bardzo udało się to zrealizować, przynajmniej z początku. Lydia nie była zbyt gadatliwa, ja też nie wiedziałem, jak rozpocząć rozmowę. Skończyło się na tym, że aż do owego wysokiego mostu między dwiema wieżami, gdzie odbyłem potyczkę z bandytami, ograniczaliśmy się jedynie do zdawkowych uwag, niewiele rozmawiając.

     Dopiero, gdy doszliśmy do wieży, opowiedziałem jej o mojej walce. Ku mojemu zdziwieniu, odparła, że dobrze zna to miejsce.

     - Też miałam tu potyczkę z rozbójnikami – odparła. – To wieże Valtheim. I to była moja pierwsza bitwa. Rozbójnicy często tu się zagnieżdżają, bo miejsce jest opuszczone. Od czasu do czasu trzeba ich stąd wykurzyć.

     - Dlaczego jarl nie zajmie tego miejsca? – spytałem. – Przecież gdyby obsadził te wieże kilkoma strażnikami, nie byłoby kłopotu ze zbójami.

     - Pewnie kiedyś to zrobi – wzruszyła ramionami. – Jeśli wojna zawita w te strony. Na razie nie warto. Ta strażnica nie jest jakimś wyjątkowym obiektem. Ze Smoczej Przystani, w pogodny dzień, widać to samo, co z tych wież.

     Fakt. Okolica górzysta, obrośnięta lasem. Niewiele tu było widać. Dopiero, gdyby ktoś pojawił się bezpośrednio przy wieżach, można było go zauważyć. Zaproponowałem krótki postój i posiłek w cywilizowanych warunkach – to jest w jednej z wież, gdzie, jak pamiętałem, stały krzesła i stół.

     - Jak sobie życzysz, tanie – odparła, co sprawiło, że zacisnąłem wargi.

     Wdrapaliśmy się na wieżę. Była już ogołocona ze wszystkich drobiazgów, ale meble przetrwały. W szafie znaleźliśmy drewniane talerze i sztućce, których nie zdążyła wyszabrować miejscowa ludność, a Lydia rozpaliła niewielkie palenisko i podgrzała nad ogniem dwa kawały wędzonej dziczyzny. Świeży, kupiony w gospodzie chleb, też powędrował na stół. Zasiedliśmy do jedzenia.

    Nie byłem jakimś dzikusem. Rodzice bardzo dbali o to, byśmy przy stole zachowywali się właściwie. Ale gdy patrzyłem na maniery Lydii, moja własna niezręczność mnie paraliżowała. Posługiwała się sztućcami z taką swobodą i tak machinalnie, w dodatku z takim wdziękiem, że na milę można było wyczuć, iż wychowano ją w książęcym pałacu. Trzebaż mi było, żebym jeszcze teraz nabawił się kompleksów! Postanowiłem uczynić z tego swój atut.

     - Mam do ciebie prośbę – odezwałem się.

     - Co rozkażesz, tanie? – podniosła na mnie wzrok.

     - Jestem prostym człowiekiem – odrzekłem nieco zażenowany. – Nie odebrałem tak starannego wychowania jak ty. Czy nauczysz mnie prawidłowego zachowania przy stole?

     Moja prośba wyraźnie ją zaskoczyła.

     - Ależ… - zająknęła się – zachowujesz się przecież zupełnie…

     - Znośnie? – wpadłem jej w słowo.

     Uśmiechnęła się, bodaj czy nie pierwszy raz. Przez chwilę namyślała się, ważąc słowa.

     - Tylko trzeba jeść wolniej – odezwała się w końcu. – Mniejsze kawałki. I trochę inaczej siedzieć. Prosto, o tak, nie opierać łokci na stole.

     Wyprostowałem się. Musiałem wyglądać sztucznie i śmiesznie, bo z trudem tłumiła wesołość. Sam się roześmiałem.

     - Kiedyś się nauczę – zapewniłem ją. – Z twoją pomocą. Jak popełnię jakiś błąd, to mi go od razu wytknij, dobrze?

     - Gdy będziemy sami – dokończyła z mnie. – Tak zrobię.

     - Opowiedz mi o sobie – poprosiłem. – Jak to się stało, że zostałaś żołnierzem?

     Posmutniała. Widocznie nie miała wesołych wspomnień. Ale powoli, słowo po słowie opowiedziała mi swoją historię i widziałem, że przyniosło jej to ulgę. Miała kiedyś dwóch starszych braci, ale ledwo ich pamiętała. Obaj byli strażnikami w Rzecznej Puszczy i obaj zginęli w potyczce z bandytami. Po ich śmierci rodzice przenieśli się do Białej Grani. Jej ojciec był krewnym jarla. Był początkowo zwykłym żołnierzem, potem cesarskim kwatermistrzem i wtedy odkrył w sobie żyłkę do interesów. Postanowił zwolnić się ze służby, co przysługiwało mu, jako weteranowi, i zająć się handlem. Zaopatrywał też dwór i organizował lokalny rynek, więc jarl bardzo przyjaznym okiem patrzył na jego działalność. To w dużej mierze dzięki niemu Biała Grań stała się miastem zamożnym i ważnym celem kupieckich karawan. Wiodło im się nieźle, ale nieszczęścia ich nie opuściły. Matka, zdrowa i rumiana kobieta, niespodziewanie zachorowała i zmarła. Ojciec załamał się zupełnie. Zaniedbał interesy, całymi dniami czuwając przy zwłokach żony w Komnacie Umarłych. Interes szybko się posypał. Zbankrutował. Musiał sprzedać dom i cały dobytek, a jeszcze nie starczyło na spłatę długów. Zaciągnął się więc na wyprawę do legionu i już nie wrócił. Poległ gdzieś daleko, przy zachodniej granicy. Jarl nie dał jej umrzeć z głodu – przygarnął ją na dwór, zapewnił edukację i wychowanie. Ale Nord nie przyjmuje niczego darmo. Chciała to odpracować. Dano jej wybór – albo miotła i chochla, albo miecz. Wybrała to drugie. Przeszła szkolenie, wzięła udział w kilku potyczkach, wyróżniła się nawet w jednej z nich. Kilka miesięcy temu awansowała na huskarla. Jarl osobiście wręczył jej zbroję, przygotowaną specjalnie dla niej. I od tamtej pory służy w jego drużynie.

     - Przykro mi z powodu twoich rodziców – odrzekłem cicho. – Ja swoich bardzo kochałem, ale mój ojciec nie dał mi wyboru. Wybrał za mnie i to wybrał chochlę. Sam ich porzuciłem. Czy mi kiedyś wybaczą?...

     Dostrzegłem błysk zainteresowania w jej oczach. Nie minęła dłuższa chwila, a opowiedziałem jej cały swój życiorys, nie zatajając niczego. Nawet tego, co działo się na Wysokim Hrothgarze.

     - Nie było ci przykro, że jarl oddał cię na służbę do kogoś takiego jak ja? – spytałem. – Syn kowala, wychowany przy kuźni i w lesie, to raczej nie jest wymarzony dowódca.

     Spojrzała na mnie zdziwiona, a potem zagryzła dolną wargę, jakby się namyślała.

     - Wiesz, tanie, co najbardziej podoba mi się w wojsku? – spytała i nie czekając na moją odpowiedź, pociągnęła dalej. – Wszyscy są w nim równi. Nawet generał musiał zaczynać jako rekrut, z miotłą, zamiast miecza. Służyłam już raz pod oficerem, wywodzącym się z rabusiów. Obleśny, zapijaczony typ, ale znał się na rzeczy. Bo to tylko się w wojsku liczy. A ty… Ty wcale nie jesteś prostakiem, tanie i nie myśl tak o sobie. Nie pochodzisz z rycerstwa, to prawda, ale to jednak ciebie z jakiegoś powodu bogowie sobie upodobali.

     - Znasz legendy o Smoczym Dziecięciu? – spytałem.

     Skinęła głową.

     - Nawet dość dobrze. Czytałam „Księgę Smoczego Dziecięcia”. Ale zawsze sądziłam, że to tylko legenda. Aż do chwili, kiedy dowiedziałam się o tobie.

     Cisnęło mi się na usta jeszcze jedno pytanie, ale nie wiedziałem jak je zadać. Byłem ciekaw, jak zareagowała na wieść, że ma stać się moją przyboczną strażą.

     - A jak się o mnie dowiedziałaś – spytałem nieco nie na temat.

     - Kiedy walczyliście ze smokiem, my, cały dwór, wszystko obserwowaliśmy zza murów. Gdy krzyknąłeś… Tak, było słychać nawet w pałacu! Więc wtedy od razu pojęliśmy, kim jesteś. Jarl odciągnął mnie na bok i spytał, czy się zgadzam. Spytał mnie, nie dał mi rozkazu!

     - A ty?

     - Zgodziłam się. Chętnie się zgodziłam. Smocze Dziecię to naprawdę ktoś. Trzeba je chronić. Uznałam to za zaszczyt.

     - I co jarl powiedział potem?

     Roześmiała się.

     - Stwierdził, że jesteśmy rówieśnikami, to się dogadamy – odparła. – On twardo stoi na ziemi, wbrew pozorom. I zna się na ludziach.

     Zamilkliśmy oboje. Cisza przedłużała się. W końcu wstałem od stołu, a Lydia również się poderwała.

     - Komu w drogę, temu czas – powiedziałem tylko po to, by przerwać milczenie.

     Było już południe, gdy doszliśmy do miejsca, w którym niegdyś stoczyłem pojedynek z najemnikiem. Tym od orkowego miecza. Niedaleko tego miejsca od głównego traktu odbijała ścieżka w prawo, prowadząca w górę. Ruszyliśmy w tamtą stronę. Bez wątpienia prowadziła ona do miejsca kultu. Była równa, składająca się z płytkich, szerokich stopni, umożliwiających stąpanie po nich koniowi, ciągnącemu mary. Co jakiś czas nad ścieżką rozpościerała się kamienna brama, symbolizująca przejście do innego świata.

     Sam grobowiec był wykuty w zboczu góry. Łukowate zadaszenie ozdobione było jelenim wieńcem i czerwonymi kwiatami, w dodatku całkiem świeżymi. Stanęliśmy pod zadaszeniem, w cieniu, przed drewnianymi, solidnymi drzwiami.

     - Gotowa? – spytałem.

     Zademonstrowała trzymany w ręku miecz.

     Otworzyłem drzwi. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że wnętrze było jasno oświetlone. Miało kształt owalnej komnaty, a na środku płonęło ognisko. Naprzeciw zauważyłem następne drzwi. A przy nich stał młody Nord, z wyrazem niezdecydowania w oczach i przyglądał się im z przejęciem. Nie zauważył, jak weszliśmy. Dopiero gdy położyłem rękę na jego ramieniu, podskoczył i aż krzyknął z napięcia. Przez chwilę przyglądał mi się oszołomiony, po czym odetchnął głęboko.

     - Przestraszyłem się – wydyszał. – W pobliżu jest nekromanta, więc uważaj.

     Rozejrzałem się po komnacie. Nie było nikogo innego, więc zapewne ów nekromanta znajdował się za drzwiami.

     - Jest w grobowcu – jęknął Nord. – I robi bogowie wiedzą co ze szczątkami moich przodków!

     - Kto jest w grobowcu? – spytałem.

     - Vels Veran – wyraźnie skrzywił się, wypowiadając to imię. – Moja rodzina nigdy się z nim nie zgadzała, a on ostatecznie oszalał. Wszedł tam, żeby zbezcześcić nasz grobowiec rodzinny, wykorzystując naszych przodków do nekromancji mrocznych elfów. Moja ciotka weszła za nim, ale jeszcze nie wyszła, a ja nie mam szans w pojedynkę.

     Zaraz! On nie ma szans w pojedynkę, a ciotka miała?

     - Pozwoliłeś, żeby ciotka poszła tam sama? – spytałem z niedowierzaniem.

     Nord opuścił zawstydzony głowę.

     - Nie jestem z tego dumny – wyjąkał z trudem. – Przeraża mnie to miejsce, a ciocia Anga dobrze o tym wie. Ojciec zamknął mnie tu, gdy się upił, potem odszedł. Przez trzy dni jadłem dary, pozostawione zmarłym, zanim odnalazła mnie ciotka Anga…

     Wyglądał teraz tak nieszczęśliwie, że zrobiło mi się go żal. 

     - A razem z nami masz szanse? – spytałem przewrotnie.

     Ożywił się.

     - Zgodziłbyś się? – spytał z nadzieją w głosie. – Nie mam ci jak zapłacić… Ale w krypcie jest trochę kosztowności, należących do mojej rodziny. Możesz wziąć co zechcesz!

     Na myśl, że jakaś kobieta sama tam weszła, byłem gotów udać się tam bez żadnej zapłaty, ale znając norskie zwyczaje przystałem na to. Nord, który przedstawił się jako Golldir, otworzył drzwi i wszedł pierwszy. Wśliznąłem się za nim, a za mną Lydia. Naszym oczom pokazała się podłużna komnata, z ogromnym, kamiennym stołem do balsamowania zwłok. Nordowie bowiem dokonywali pochówku w ten sposób, że nasączali zwłoki jakąś trucizną, hamującą rozkład ciała, po czym owijali je w całun i chowali w suchej krypcie, gdzie dokonywała się mumifikacja. Za stołem były schody, prowadzące w dół i w lewo, a dalej dalsze schody, wciąż w dół.

     Już na początku natknęliśmy się na draugra. Trzasnąłem go mieczem, Golldir poprawił z drugiej strony i błękitna poświata w oczach nieumarłego zgasła, a on sam osunął się na kamienną posadzkę. W oddali zauważyłem następnego, wbiegającego po schodach. Było dość daleko – wystarczająco daleko, abym zdążył schować miecz, wyciągnąć łuk i posłać mu dwie celne strzały. Poszliśmy dalej. Na szczycie schodów, po prawej stronie, znajdowały się drewniane drzwi. Zajrzałem tam. Pusto. Ślepa komnata, tylko jakaś wielka urna stała na środku. Na dole schodów takie same drzwi i znów ślepa komnata, tyle tylko, że znajdowało się kilka mumii, a na leżach ktoś urządził sobie spiżarnię. Walały się tu puste butelki po winie, na leżach leżały też pełne i sporo żywności. Golldir, widząc to, zmełł w zębach przekleństwo.

     Na dole korytarz skręcał w lewo, a zaraz potem ostro w prawo. Na zakręcie stał kufer. Zajrzałem do niego. Było tam trochę złota i jakiś diadem. Sięgnąłem, żeby go obejrzeć.

     - Hej, to należy do mojej rodziny! – odezwał się Golldir półprzytomnie.

     Jednak zaraz się zmiarkował.

     - Przepraszam, weź co chcesz. Umarłym to i tak na nic się nie przyda.

     - Zabijamy twoich przodków – odezwałem się cicho. – Nie przeszkadza ci to?

     - Zabijamy? – zrobił zdumioną minę. – Przecież oni są już martwi. Pomagamy im wrócić do Sovngardu!

     Lydia przytaknęła. Sama była Nordką i doskonale rozumiała, co Golldir miał na myśli. Uznałem, że mają rację. Zabrałem kosztowności, choć nie czułem się najlepiej, robiąc to. A potem skierowaliśmy się korytarzem do obszernej komnaty, z której prowadziły szerokie wrota, teraz zamknięte. Na środku leżały zakrwawione zwłoki kobiety w średnim wieku, ale wciąż krzepkiej.

     - Ciociu! – zawył Golldir i dopadł ich jednym susem.

     Złapał ją za rękę, ale nie miał sił zrobić nic więcej. Zaniósł się spazmatycznym szlochem.

     Lydia podeszła do nich i dotknęła szyi kobiety. Spojrzała na mnie i z powagą potrząsnęła głową. Anga nie żyła. Golldir płakał jeszcze przez chwilę, po czym zamknął oczy i zamilkł, bezwiednie głaszcząc zmarłą po policzku. Musiał ją naprawdę kochać.

     Wrota nie dały się otworzyć. Były zaryglowane. Słysząc nasze usiłowania, Golldir oprzytomniał.

     - Tu jest gdzieś inne wyjście – szepnął. – Nie wiem gdzie, ale na pewno jest jeszcze jedno.

     Rzeczywiście, w płytkiej niszy znajdowały się kolejne drzwi, znacznie skromniejsze. Za nimi zaś schody, prowadzące do krypty. Poszliśmy tam, cicho stawiając stopy. Ja z łukiem, Golldir i Lydia z obnażonymi mieczami.

     Nie dość cicho.

     Pierwszy draugr wyrósł przed nami tak niespodzianie, że byłby mnie zatłukł, gdyby Lydia przytomnie nie odbiła ciosu. Golldir trzasnął go mieczem w głowę, Lydia poprawiła. Draugr padł, ale w obszernej jaskini, jaka otwierała się za korytarzem, aż się zaroiło od następnych. Szyłem z łuku raz za razem. Golldir, co muszę mu przyznać, po otrząśnięciu się z przestrachu, dzielnie stawił im czoła. Lydia natomiast walczyła z podziwu godną taktyką, z dwoma nieumarłymi naraz i zdawałoby się, zupełnie bez wysiłku. Pięcioro draugrów zaścieliło posadzkę krypty, gdy po skończonej walce złapaliśmy oddech. Spojrzeliśmy po sobie z zadowoleniem. Swoim zwyczajem przeszukałem truchła i znalazłem trochę złota i kosztowności. W komnacie były też dwie mikstury uzdrowienia, które zabrałem. Golldir nie oponował.

     Z komnaty wyszliśmy drzwiami, po przeciwnej stronie. Tu gestem nakazałem ciszę, bowiem całe następne pomieszczenie pokryte było pajęczynami. Dał się wyczuć odór śnieżnego pająka. Chwyciłem łuk, nałożyłem orkową strzałę, dającą rozległe obrażenia i powoli zagłębiłem się w pomieszczeniu. Ujrzałem go od razu, gdy tylko się poruszył. Opuścił się na swej nici spod powały, ale nie dotknął jeszcze podłoża, gdy już tkwiła w nim strzała. Niestety, nie zabiła go – zaczął szarżować. Zdążyłem wystrzelić jeszcze jedną, a potem Lydia zasłoniła mnie swoją tarczą i przyłożyła mu mieczem. Pająk zdechł.

     - Nie wchodźcie na kratę – uprzedziłem, wskazując środek komnaty.

     Widniała tam okrągła dziura, wypełniona mętną wodą. Kto wie, jak głęboką. Dziura przykryta była żelazną kratą, ale podejrzewałem pułapkę. Zwłaszcza Lydia nie powinna a nią wchodzić – jej ciężka zbroja szybko pociągnęłaby ją w dół.

     Ominęliśmy pułapkę i skierowaliśmy się po schodach w dół. Korytarz prowadził do naturalnej jaskini, w której wykuto leża dla mumii. Powoli posuwaliśmy się naprzód. Na kamiennych filarach widniały znajome znaki z symbolami zwierząt…

     Huk po lewej stronie tak mnie zaskoczył, że aż podskoczyłem. To draugr, którego nie zauważyłem, zamierzył się na Lydię, trafił jednak w dobrze ustawioną tarczę. Odrzuciłem łuk – na nic by mi się tu nie przydał. Dobyłem miecza i chwyciłem cesarską tarczę.

     Lydia rozłożyła już jednego nieumarłego, ale z komnaty rzuciły się na nas cztery następne. Jak na komendę zwarliśmy szyk i ruszyliśmy na nich, pchając ich tarczami. Wbiłem miecz w pierś draugra i rozorałem ją tak, że padł natychmiast. Obok Golldir roztrzaskał głowę trzeciemu. Lydia odepchnęła tarczą następnego, a ja rzuciłem się na piątego. Golldir nie mógł nam pomóc, bo wąskie przejście nie pozwalało mu na wciśnięcie się między nas. Musieliśmy sobie radzić sami. Ten, który rzucił się na mnie, zamierzył się dwuręcznym mieczem i zadał mi taki cios, że zadrżałem o całość swojej tarczy. Wyprowadziłem cięcie od dołu, ale miecz ledwo go dosięgnął końcem. Kolejny cios przyjąłem w taki sposób, by ześlizgnął się po tarczy, ustawionej ukośnie. Draugr stracił równowagę i zatoczył się w moją stronę, tylko po to, by nadziać się na mój miecz. Pociągnąłem z całej siły za rękojeść, wyciągając oręż w taki sposób, by rozorał mu pierś. Draugr padł. Rozejrzałem się szybko, czy nikt nie potrzebuje pomocy. Nikt nie potrzebował.

     Lydia zlustrowała szybko komnatę, ale nikogo więcej nie znalazła. Golldir krążył wokół filaru w zamyśleniu. Wydawało się, że komnata nie ma innego wyjścia.

     - To chyba miejsce, o którym opowiadała Agna – odezwał się Golldir. – Mówiła, że niedźwiedź wskaże drogę.

     Przypadkiem stałem właśnie pod filarem ze znakiem niedźwiedzia. Dostrzegłem przy nim uchwyt, zawieszony na łańcuchu. Czyżby to było takie proste? Pociągnąłem. Trach! I ze stojącego pod ścianą sarkofagu odpadło wieko, o mało nie przygniatając Lydii, która przytomnie odskoczyła. Odsłoniło się wąskie przejście.

     - Jest! – zawołał Golldir. – Przejście prowadzi przez sarkofag! Nie podoba mi się to…

     Nie wiem, dlaczego tak bardzo go to zmartwiło. Przejście jak przejście. Przecisnęliśmy się przez nie z niemałym trudem, potem korytarz skręcił w prawo i rozszerzył się w niewielką komnatę. Po prawej stronie znajdowało się jakieś siedzisko, zajęte przez draugra, którego poczęstowałem strzałą w oko, a Golldir poprawił mu mieczem. Mimo to nieumarły wstał i zamierzył się na Norda. Wpakowałem mu jeszcze jedną strzałę, a Golldir jeszcze jeden cios w szyję. Draugr upadł.

     Stanęliśmy przed ogromnymi drewnianymi wrotami.

     - Te wrota prowadzą do głównej komnaty grobowej – szepnął Golldir. – Tam ukrywa się Veran.  Wejdźmy tam i skończmy z nim!

     - Nie podoba mi się to – mruknęła Lydia.

     Mnie też się nie podobało, ale w końcu po to tu przyszliśmy.

     - Słuchajcie, ani jednego ruchu, dopóki nie wystrzelę – powiedziałem. – Jeśli tam jest, spróbuję go przeszyć na odległość. Dopiero jeśli ktoś się na was rzuci, wchodzicie do akcji, rozumiemy się?

     Pokiwali głowami. Ostrożnie uchyliliśmy wrota.

     Moim oczom ukazała się ogromna komnata. Wrota prowadziły do zagłębienia, skąd wychodziły schody w górę, do właściwej komnaty, pełnej sarkofagów. Dalej znajdowało się podwyższenie z grobowcem protoplasty rodu. Przy nim właśnie ujrzałem ciemna postać, w szacie maga. Wziąłem go na cel.

     Strzała trafiła bezbłędnie, ale Veran nie zginął, tylko użył czaru niewidzialności i zniknął. Jednocześnie pootwierały się sarkofagi i draugry zaczęły się z nich gramolić. Było ich naprawdę wiele. Lydia i Golldir nie czekali już na rozkaz, tylko rzucili się w górę z obnażonymi mieczami. Popędziłem za nimi, szyjąc z łuku. Rozległ się hałas walki. Kątem oka dostrzegłem nekromantę w przeciwnym końcu komnaty. Posłałem mu strzałę. Nie wiem, czy trafiłem, bo zniknął, zanim do niego doleciała. A potem musiałem odrzucić łuk i dobyć miecza, aby zmierzyć się z jednym z nieumarłych, którzy nas zaatakowali. A tymczasem otwierały się wciąż nowe sarkofagi. Draugr, którego położyłem, nagle wstał, świecąc błękitną poświatą. Zrozumiałem, że Veran na nowo powołał go do życia. Kilka ciosów mieczem i… rozsypał się w kupkę popiołu. A ja rzuciłem się na nekromantę, którego dostrzegłem koło sarkofagu. Tym razem nie zdołał mi umknąć. Chlasnąłem go mieczem po twarzy. I choć zaraz zniknął, uderzyłem jeszcze raz na oślep i poczułem opór. Trafiłem. Veran pojawił nagle, osuwając się na ziemię z jękiem. Nie żył. Jednocześnie wszystkie draugry, jak jeden mąż padły na ziemię.  Nic dziwnego, tylko wola nekromanty trzymała je przy życiu. Gdy jego zabrakło, stały się na powrót tym, czym były – wysuszonymi zwłokami.

     Zdjąłem hełm i karwaszem usiłowałem wytrzeć sobie czoło. Z mizernym skutkiem. Lydia dyszała ciężko, opierając się o ścianę i trzymając za zakrwawione ramię. Golldir wyglądał trochę lepiej. Nie namyślając się wiele, podałem Lydii wszystkie fiolki z miksturą uzdrowienia. Zaoponowała, ale byłem nieugięty. Wypiła je i poczuła się lepiej.

     - Dziękuję – szepnęła. – Ale teraz nie starczy dla ciebie.

     Mówiąc to wskazała na moją nogę. Nie da się ukryć, była rozharatana niemal do kości, ale w bitewnym szale nic nie poczułem. Zostawiałem za sobą spore plamy krwi. Czym prędzej przywołałem zaklęcie lecznicze. Rana zasklepiła się. Najwyższy czas, bo już zaczynałem słabnąć. Po kilku chwilach poczułem się na tyle dobrze, że przeszukałem truchła draugrów i znalazłem trochę wartościowych rzeczy. Przydadzą się. Mój domek w Białej Grani zaczynał nabierać realnych kształtów.

     Golldir w pewnym momencie podszedł do mnie i bez słowa uścisnął mi rękę. Ten gest znaczył więcej niż potok słów.

     - I co teraz zamierzasz? – spytałem.

     Westchnął cicho.

     - Trzeba tu posprzątać – szepnął. – Poproszę ludzi z osady. Pomogą. A potem… Potem trzeba się zająć ciocią Agną. Niech Arakay ma ją w opiece.

     Spojrzeliśmy z Lydią po sobie i porozumieliśmy się wzrokiem. Czas na nas. Lepiej zostawić go tu samego. Pożegnaliśmy się i skierowaliśmy do zaryglowanych wrót. Odsunąłem zasuwę. To przejście prowadziło bezpośrednio do komory, w której leżały zwłoki Angi. Kierowany odruchem litości, podniosłem zakrwawione zwłoki i umieściłem na stole do balsamowania. Lydia pousuwała z niego jakieś porozbijane skorupy. Przez chwilę staliśmy w milczeniu, oddając w myślach hołd dzielnej kobiecie. A potem, z westchnieniem udałem się w stronę schodów, prowadzących na górę. Odgłos kroków Lydii rozległ się za moimi plecami.

piątek, 5 lutego 2016

Rozdział XI - Cień z wyspy Solstheim

     Rano wstałem wcześnie. Zamierzałem wyruszyć skoro świt. Najpierw zejść z góry do Ivarstead, a potem pomaszerować do Białej Grani. Tam chciałem przenocować i zadecydować, co dalej.

    Pożegnałem Siwobrodych i wyszedłem przed klasztor. Nie wiało tak mocno jak wczoraj. Pocieszony tym odkryciem, ruszyłem w dół po oblodzonych stopniach.

      Schodzenie w dół było o wiele trudniejsze niż wspinaczka pod górę. Musiałem bardzo uważać na to, gdzie stawiam nogi. Moje podkute buty wprawdzie sprawiały się całkiem nieźle, ale lód był bardzo zdradliwy, często tak cienki i przezroczysty, że niemal niezauważalny. Śnieg osypywał się miejscami, grożąc lawiną, co uczyniło moją wędrówkę jeszcze bardziej niebezpieczną.

    W pobliżu kryjówki trolla zaczaiłem się i wyjrzałem ostrożnie zza ogromnego głazu. Był tam. Odwrócony do mnie tyłem i dość daleko, ale wiatr był bardzo niekorzystny – wiał prosto na niego. Wyczuje mnie jak nic! Z drugiej strony, pozostawanie w tym miejscu też nie było rozwiązaniem, bowiem wiatr pchał mój zapach prosto do wąwozu. Zaryzykowałem i przebiegłem w kierunku góry, po czym zacząłem się na nią wspinać. Tym razem udało mi się bez przeszkód obejść pechowy wąwóz. Obejrzałem się za siebie kilkakrotnie – stwór mnie nie gonił, więc pewnie nie zauważył. Wróciłem na ścieżkę i kamienne stopnie.

     Moja wędrówka trwała już dość długo, aż wreszcie dotarłem do miejsca, w którym zniknął lód pod nogami, nie leżał śnieg, za to droga stała się gliniasta i grząska. Niezmordowanie szedłem w dół, aż wreszcie dotarłem do mostu na rzece. Pomyślałem, że dobrze byłoby powiadomić Kilimmeka, że zaopatrzenie dotarło. Zacząłem go szukać. Znalazłem go niemal od razu, idącego w kierunku tartaku.

     - Niezła wspinaczka, co? – uśmiechnął się na mój widok. – Nie masz pojęcia, jak jestem ci wdzięczny za odwalenie za mnie tej roboty.

       - Drobiazg – zapewniłem.

       - Drobiazg, czy nie, przyjmij to w ramach zapłaty – wręczył mi trzos dukatów.

      Odruchowo zaprotestowałem, ale przypomniało mi się, że taki to już norski obyczaj. Przyjąłem więc zapłatę, zapewniając, że jeśli będzie potrzebował w przyszłości pomocy, ma się do mnie zwrócić. Pożegnaliśmy się serdecznie.

       Ale to nie on potrzebował pomocy, tylko ja. I to szybciej, niż mi się wydawało.

    Szedłem właśnie w kierunku gospody, chcąc kupić u Wilhelma coś do jedzenia, kiedy drogę przegrodziły mi dwie dziwne postaci.

     Uboje ubrani byli w długie płaszcze, wyraźnie obcego pochodzenia, z ozdobami, jakich nigdy nie widziałem u Nordów. I mieli na twarzach maski. Nie wiem, z czego wykonane, wydawało mi się, że z kości. Maski dość ohydne, mające zapewne zastraszyć przeciwników. Oba stroje były identyczne, jakby oboje byli żołnierzami jakiejś regularnej formacji. Po sylwetkach poznałem, że to mężczyzna i kobieta. Ona też odezwała się do mnie pierwsza.

      - Hej! To ciebie zwą Smoczym Dziecięciem?

    Przystanąłem. Ton głosu zdradzał raczej nieprzyjazne zamiary. Odruchowo położyłem dłoń na rękojeści miecza.

      - Zdaje się, że Siwobrodzi tak uważają – odparłem ostrożnie. – A dlaczego pytasz?

      Pomimo maski poznałem, że nieznajomą aż zatrzęsło z oburzenia.

      - A więc kłamstwo już się zagnieździło w ludzkich sercach! – krzyknęła ze złością. – Zaradzimy temu, wyrywając twoje! Wyświadczymy światu przysługę, likwidując fałszywe Smocze Dziecię!

      - O czym ty mówisz? – spojrzałem na nią zdziwiony.

      Zauważyłem, że dwoje strażników Ivarstead również przystanęło i zaczęło przysłuchiwać się naszej rozmowie. Poczułem się pewniej.

      - Jest tylko jedno, prawdziwe Smocze Dziecię i jest nim lord Miraak! – krzyknęła nieznajoma. – A ty, samozwańcze, giń!

      Jej ręka zabłysła nagle niebieskim światłem i natychmiast poraziła mnie błyskawica, paraliżując moje ruchy. Mimo to, udało mi się dobyć miecza i zdzielić ją na oślep. Poczułem dwa kolejne uderzenia, jedno od niej, drugie od jej towarzysza. Nie miałem jednak możliwości zajmować się dwójką. Z desperacją rzuciłem się na kobietę, zasłaniając się tarczą, choć niewiele ona dawała. Ciąłem na oślep, bowiem nie chciałem wystawiać oczu na działanie jej magii. Czułem jednak, że trafiam. Jeszcze kilka uderzeń i nieznajoma z jękiem osunęła się na ziemię. Odwróciłem się do drugiego przeciwnika. On tymczasem walczył z dwoma strażnikami. Jeden z nich zaatakował go mieczem, ale człowiek w masce trzymał go na dystans swoimi błyskawicami. Za to drugie ze strażników – kobieta, co łatwo było poznać, mimo przyłbicy – zasypała go strzałami. Podbiegłem z obnażonym mieczem. Trzem ludziom napastnik musiał ulec. Gdy dostał cios mieczem, odwrócił się do mnie ze wzniesiona ręką i wtedy właśnie dostał strzałą prosto w szyję. Nie żył już zapewne, gdy dotknął ziemi.

      Zdjąłem hełm i otarłem pot z czoła.

      - Dziękuję – wydyszałem. – Uratowaliście mi życie. Sam nie dałbym sobie rady.

      Strażniczka podeszła do mnie i klepnęła mnie w ramię.

      - Po to tu jesteśmy – odparła. – Czego oni chcieli od ciebie? I kto to w ogóle jest?

      Wzruszyłem ramionami.

      - Pierwszy raz widzę takich cudaków – odparłem.

      - Może trzeba ich przeszukać? – zaproponował strażnik. – Może mają coś przy sobie?

      Uznaliśmy, że to dobry pomysł. Zająłem się jednym, podczas gdy strażnicy sprawdzili drugiego. Okazało się, że nie byli to ludzie, lecz Dunmerowie, ale wiele nam to nie powiedziało. Dopiero strażniczka znalazła w płaszczu kobiety jakiś list.

      - Jakiś lord Miraak – wzruszyła ramionami, podając mi kartkę papieru. – Nie słyszałam.

      Rozwinąłem list, pokryty dziwnym, nieco staroświeckim pismem.


      Wejdźcie na pokład „Dziewicy Północy”, zacumowanej w Kruczej Skale, a następnie popłyńcie do Wichrowego Tronu, by rozpocząć poszukiwania. Zgładźcie fałszywe Smocze Dziecię, imieniem Wulfhere, nim dotrze ono na Soltsheim.

      Uczyńcie to, a Miraak was wynagrodzi


      Przeczytałem raz i drugi, ale w głowie wciąż miałem pustkę.

      - Gdzie jest Solstheim? – spytałem.

      Strażniczka nie wiedziała. Strażnik wspomniał coś o wyspie, gdzieś chyba na wschód od Skyrim, ale dokładnego jej położenia nie znał.

      - A niby po co miałbym płynąć na jakąś wyspę? – powiedziałem sam do siebie.

      - I dlaczego nazywają cię fałszywym Smoczym Dziecięciem? – dodała strażniczka. – Skoro Siwobrodzi cię uznali, to znaczy, że naprawdę nim jesteś! Oni się na tym znają.

      Jak widać, wieści rozchodzą się tu bardzo szybko.

      - Wszystko to wygląda bardzo tajemniczo – stwierdziłem. – Nie słyszeliście o Miraaku? Ja też nie. Spytam jeszcze w gospodzie.

      - To musieli być jacyś kultyści – dodała strażniczka na odchodnym. – Znaczy, przedstawiciele jakiegoś kultu…

      Niestety, Wilhelm też nic o nim nie wiedział. Wiedział za to, jak przyrządzić pyszną jajecznicę na boczku i jak na razie ta umiejętność musiała mi wystarczyć.

      - Nie zostaniesz na dłużej? – spytał, gdy zacząłem zbierać się do odejścia.

      - Chciałbym jeszcze dziś dotrzeć do Białej Grani – odparłem. – A to dość daleko.

      - Daleko – przyznał mi rację. – Ale możesz pójść krótszą drogą, po południowej stronie Gardła Świata. Tam wprawdzie droga wiedzie przez góry, ale jest całkiem łatwa i wygodna. Z gospody w prawo, przez most i na skrzyżowaniu znowu w prawo. Tylko włóż na siebie coś ciepłego, bo tam mocno wieje.

      Nie miałem niczego ciepłego, poza tym, co na sobie. Ale przyszło mi do głowy, że mógłbym wziąć płaszcz jednego z kultystów, jeśli tak już ich nazwać. Wróciłem do zwłok, wokół których zebrali się już mieszkańcy, kręcąc głowami i tworząc wyssane z palca teorie, co do ich tożsamości. Płaszcz kultystki do niczego się nie nadawał. Był pocięty moim mieczem i w zasadzie tylko patrzeć, jak się rozpadnie. Drugi był w znacznie lepszym stanie, zaledwie z jedną dziurą od strzały. Z niemałym trudem ściągnąłem go ze sztywniejących zwłok.

      - Weź jeszcze maskę – odezwał się znajomy głos.

      Był to Gwilin, niedawno poznany Bosmer, który widząc, że odchodzę, dogonił mnie i wcisnął w rękę maskę kultysty.

      - Tu nikt nie wie, kto to był – wyjaśnił. – Ale jeśli pokażesz tę maskę gdzieś indziej, może ktoś ją rozpozna. Jest dość charakterystyczna.

      Rada wydała mi się rozsądna. Schowałem maskę do plecaka, pożegnałem się z mieszkańcami i ruszyłem przed siebie. Tak jak radził Wilhelm, na skrzyżowaniu skręciłem w prawo. Droga wiodła ku zboczu góry.

      Po krótkiej wędrówce napotkałem przy drodze skromną chatkę. W małym ogródku rosły piękne kwiaty i stało tam laboratorium alchemiczne, poza tym wyglądała dość biednie. Zawołałem kilkakrotnie, ale nikt nie odpowiadał. Wszedłem i rozejrzałem się wewnątrz.

      Musiała to być chatka jakiegoś alchemika. Wszędzie było pełno ziół, grzybów i innych składników. Na półce stał nawet słoik z żywym motylem, bezładnie trzepiącym się po całym naczyniu. Na stoliku obok posłania leżał oprawiony w skórę dziennik. Rzuciłem na niego okiem, po to tylko, by przekonać się, że rzeczywiście mieszkał tu alchemik. Pamiętnik zawierał zaledwie parę zdań, za to pełnych zachwytu nad obfitością tutejszej flory. Zamierzałem u niego kupić kilka uzdrawiających mikstur, ale nie zjawiał się, a ja nie miałem tyle czasu, by na niego czekać. Skorzystałem tylko z laboratorium i odkryłem, że miksturę uzdrowienia można też uzyskać z kwiatu chabra i oka szablozębnego tygrysa. Zostawiłem mu kilka złotych monet, jako zapłatę za zużyte składniki.

      Ruszyłem dalej. Droga zaczęła się wspinać, a zarazem temperatura nieco spadła. Postanowiłem skorzystać z płaszcza, mając nadzieję, że nie będę potrzebował zbroi. Płaszcz był ciepły i lekki, a poza tym, co odkryłem po potyczce z pewnym wilkiem, zaklęty. Regeneracja many przebiegała znacznie szybciej, co stwierdziłem, zastosowawszy zaklęcie Leczenie ze szkoły magii przywracania. Ucieszyło mnie to. Postanowiłem przy pierwszej lepszej okazji przeczytać dwie pozostałe księgi czarów.

      Ale na razie nie było na to czasu. Na razie trzeba było wędrować dalej. Idąc drogą, napotkałem dziwną budowlę, jakby ruiny mostu, z cienkimi, ostro zakończonymi szczytami. Bardziej przypominało to jakąś symboliczną bramę, kto wie, może dawną granicę czyichś włości. A droga zaczęła wić się między skalnymi ścianami i coraz mocniej wiało.

      Słońce minęło już najwyższy punkt na niebie, gdy ścieżka zaczęła opadać. Niezbyt stromo, ale zdecydowanie. Po pewnym czasie odniosłem wrażenie, że znam to miejsce. Droga wydawała mi się dziwnie znajoma, ale nie mogłem sobie przypomnieć, skąd ją znam. Czyżby znów jakaś magia? Przecież nigdy tu nie byłem…

      Gdy mijałem płytką przełęcz, a w oddali, po prawej stronie, ośnieżony szczyt mignął mi w przerwie między skałami, uczucie, że już to widziałem, zamieniło się w pewność. Musiałem już tędy iść! Co z tego, gdy byłem pewien, że nie szedłem… Nie szedłem… A może… A może jechałem?!

     Aż stanąłem, olśniony nagłą myślą. Oczywiście! Jak mogłem nie poznać? To przecież tędy wieziono mnie na furmance, razem z Ulfrikiem, Ralofem i Lokirem, niech Arakay ma w opiece jego duszę! To tędy przejeżdżał ten wóz, zatem ta droga prowadzi do…

      Helgen!

    Na wspomnienie tego miasta przeszył mnie dreszcz. Wspomnienia wciąż były żywe i bardzo bolesne. Ale wracać do Ivarstead nie miałem zamiaru. Skoro nie miałem innego wyjścia, postanowiłem zmierzyć się ze swoimi demonami i pójść w tamtą stronę, pamiętając również, że stamtąd było blisko do Rzecznej Puszczy. Kroczyłem więc dalej, z drżeniem serca, nie wiedząc, co tam zastanę. Gdy wiatr przywiał do mnie swąd spalenizny, omal nie zawróciłem. Przełamałem się jednak i oderwałem ciężkie, jak z ołowiu nogi od kamienistej ścieżki. Już z daleka zauważyłem, że brama była cała, w dodatku zamknięta. Czyli ktoś tam musi być! Może potrzebuje pomocy?… Przyspieszyłem kroku.

      Brama, ta sama, którą poprzednio wwieziono nas do miasta, była wprawdzie zamknięta, ale nie zaryglowana. Otworzyła się łatwo, wystarczyło nacisnąć na drewnianą zasuwę. Wszedłem do grodu i moim oczom ukazał się straszny widok. Miasto leżało w gruzach i zgliszczach. Ani jeden budynek po tej stronie nie ocalał. Droga, którą nas wieziono, została zawalona gruzem i zwęglonymi belkami, gdy stojący obok niej dom rozsypał się, jak domek z klocków. Jeden z domów wydawał się mniej uszkodzony. Wszedłem do niego, ale znalazłem tylko kilka zniszczonych mebli. Był pusty. Przedarłem się przez rumowisko na plac, na którym miałem zostać ścięty. Wieża, na której wylądował smok, wciąż stała, choć wejście do niej zawalone było kamieniami, które spadły z zapewne ze stropu. O dziwo, katowski pień ocalał prawie nietknięty, tylko nieco osmalony. Wzdrygnąłem się na to wspomnienie.

      Druga wieża, ta sama, przez którą kiedyś uciekałem z Ralofem, wciąż stała i wydawała się nietknięta, z wyjątkiem owej dziury w ścianie, którą wybił smok. Wszedłem do środka. Pusto. Wlazłem na dach i rozejrzałem się po okolicy. Dookoła ani żywej duszy. Miasto umarło. Tylko zamek chyba ocalał, bo wyglądał na niezniszczony. Postanowiłem udać się w tym kierunku.

      Zamek wyglądał prawie tak samo, jak wtedy, gdy opuściłem go wraz z Hadvarem. Tyle tylko, że był całkowicie ogołocony ze wszystkich wartościowych rzeczy. Zapewne to grupa ocalałych mieszkańców, przed opuszczeniem miasta, które nie nadawało się już do zamieszkania, zabrała ze sobą resztki dobytku i wyruszyła do pobliskich osad. To tłumaczyłoby zamknięte bramy. Z westchnieniem opuściłem budowlę i skierowałem się w stronę południowej bramy. Przechodząc obok jednego z zawalonych domów, ujrzałem widok, który sprawił, że serce mi się ścisnęło. W kącie budynku siedziała ciemna postać. Gdy podszedłem bliżej, nie mogłem powstrzymać łez. Były to zwęglone ludzkie zwłoki, skulone w sobie, w geście strachu, a do piersi tuliły ledwo rozpoznawalny, spalony zezwłoczek małego dziecka.

      Nie wytrzymałem. Łzy same mi się pokulały do oczu. Idąc w stronę bramy, ryczałem już jak bóbr. Ze szlochem wypadłem z miasta, ledwo widząc przed sobą rozmazaną drogę, w gęstniejącym mroku.

      Za co? Za co taki los spotkał tę kobietę i to niewinne dziecko? Malutkie, pewnie nawet nie wiedziało jeszcze, jak ma na imię? Co komu zawiniło takie maleństwo? Z gniewem i rozpaczą spojrzałem w niebo i wydałem z siebie potworny, nieludzki krzyk rozpaczy. Bogowie! Dlaczego!? Jak mogliście do tego dopuścić?! Upadłem na kolana i zaniosłem się płaczem.

      Minęło sporo czasu, zanim jako tako się uspokoiłem, jednak widoku tego nie zapomnę do końca swoich dni.

      Otarłem oczy, przedmuchałem nos. Nie płakałem już od nie wiem kiedy, ale dziś przyniosło mi to ulgę. Ruszyłem w mrok, w stronę, jak mi się wydawało, Rzecznej Puszczy, jednak przed sobą ujrzałem rozwidlenie dróg, którego nie znałem. No tak, poprzednio wyszedłem przez lochy, a teraz przez bramę, niemniej wydawało mi się, że to ta sama droga. Musiałem się pomylić.

      Na szczęście, na rozstaju dróg ujrzałem jakiegoś myśliwego. Postanowiłem go spytać.

    Sam będąc myśliwym, od najmłodszych lat wyrobiłem w sobie odruch cichego poruszania się. Miałem to już we krwi. Stopy stawiałem delikatnie, na piętę, nie robiąc hałasu. Inaczej chodzić po prostu nie umiałem. Instynktownie też omijałem suche liście, gałązki i kamyki – jednym słowem wszystko, co mogło wywołać szelest, który w nocy, w cichym lesie, brzmiał jak grzmot. Dlatego też myśliwy zobaczył mnie w ostatniej chwili i wyraźnie się mnie przestraszył, gdy wyrosłem nagle przed nim.

      Uśmiechnąłem się mimo woli.

      - Przyjacielu, którędy do Rzecznej Puszczy? – spytałem.

      Nie odpowiedział, tylko wbił we mnie zdziwiony wzrok, który jednak po chwili zhardział.

      - Zgubiliśmy się, co? – wychrypiał nieprzyjemnym głosem. – A wiesz, że to kiepski dzień na zgubienie drogi?

      - Bardzo kiepski – potwierdził drugi, zjawiający się nie wiadomo skąd, z mieczem w ręce. – Nie masz dziś szczęścia, kolego.

      Prawdę uświadomiłem sobie cokolwiek poniewczasie. To nie byli myśliwi, lecz rozbójnicy! Ręka sama powędrowała do miecza.

      Za późno.

      Pierwszy cios spadł na mnie od razu, że nie zdążyłem się zasłonić. Poczułem straszny, rozsadzający ból w lewym barku. Cios był tak silny, że przebił skórzaną płytę i doszedł do ciała. Na szczęście zbroja zamortyzowała uderzenie na tyle, że rana nie była zbyt głęboka, niemniej z ramienia popłynął mi wartki strumień krwi. 

     Ale moja reakcja zadziwiła mnie samego. Wpadłem w bojowy szał. Widok spalonego żywcem dziecka do tego stopnia rozstroił moje nerwy, że nie dbałem już o nic. Natarłem na bandytów jak furia, której się nie spodziewali. Jednego z nich przewróciłem samym naciskiem tarczy. Drugi otrzymał cios prosto w głowę i więcej się nie podniósł. Tymczasem ten pierwszy dźwignął się z ziemi i wyprowadził mieczem zdradliwy cios, którego uniknąłem ze zręcznością, o jaką siebie nigdy nie posądzałem. Wszystkie jego ruchy widziałem, jakby były spowolnione. Strach w jego oczach dostrzegłem na okamgnienie przed tym, jak z półobrotu zadałem mu druzgoczący cios w pierś, który rozorał jego ciało w śmiertelnej ranie.

      Padł na plecy, nie wydając jęku. Patrzył na mnie z przerażeniem, gdy stanąłem nad nim, z mieczem, ociekającym krwią. Jego krwią! Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy.

      Szał z wolna mijał. Schowałem miecz do pochwy, ciężko dysząc. Krew płynęła mi ciurkiem z lewego ramienia, kapiąc na drogę. Na pół przytomnym wzrokiem spojrzałem na lewy karwasz, cały we krwi. Przywołałem zaklęcie leczenia i zasklepiłem sobie ranę na ramieniu. Poczułem przypływ sił.

      - Dobij… - dobiegł mnie jego szept.

      Spojrzałem znów na niego. W jego oczach strach walczył z błaganiem. Zerknąłem na ranę na jego piersiach.

      Miecz orkowy, jako się rzekło, nie nadawał się do zadawania pchnięć. Jednosieczna, zakrzywiona głownia, jakkolwiek zakończona bardzo ostro, potrafiła smyknąć się po elemencie zbroi i nie trafić w cel. Zatem było to bardzo ryzykowne i w walce mogło kosztować życie. Jednak rany cięte zadawał głębokie i paskudne. Ta była naprawdę paskudna. Nie trzeba było być medykiem, by zgadnąć, że jest śmiertelna, ale śmierć w tym wypadku miała trwać dość długo. Byłaby okrutna.

      Nie miałem powodu, by współczuć zbirowi, ale dobić leżącego jakoś nie potrafiłem. Pomóc mu też nie umiałem. Znałem zaklęcie leczenia, ale nie działało ono na nikogo innego, prócz tego, kto je wypowiadał. Zresztą, czy warto było go leczyć? Żeby znów zabijał niewinnych przechodniów? Ratując jego, skazywałem na śmierć podróżnych, których on napadnie i być może zabije…

      Ale wiedziałem już, że jeśli go tu zostawię na śmierć w męczarniach, widok jego oczu będzie prześladował mnie do końca życia. Nikt nie powinien posuwać się do okrucieństwa. Nie ma dla niego żadnego wytłumaczenia. Można wytłumaczyć zabijanie, czasem kradzież, czasem nawet morderstwo. Ale okrucieństwa wytłumaczyć się nie da. Nigdy!

      Powoli, wbrew sobie, przeklinając swoje miękkie serce, sięgnąłem do plecaka, po dwie ostatnie mikstury uzdrowienia. Wiedziałem, że pozbawiam się szansy na przeżycie. Zaklęcie lecznicze wymagało skupienia, o które w bojowym chaosie było trudno i przede wszystkim czasu, by zadziałać, a nie zawsze ten czas był dostępny. Mikstura działała od razu i między innymi dlatego zostały mi tylko dwie. Cóż, kiedy nie mogłem postąpić inaczej…

      Obszedłem go dookoła i przytknąłem mu fiolkę do ust, wlewając całą zawartość. Zakrztusił się, ale przełknął. Magiczna mgiełka pojawiła się wokół jego sylwetki. Spojrzał na mnie przytomniej. Rana lekko się zasklepiła, ale wiadomo było, że jedna fiolka nie wystarczy. Wlałem mu drugą.

      Wiadomo już było, że przeżyje, ale sił szybko nie odzyska. Zabrałem jego broń, jak również łuk jego towarzysza, który miał miej szczęścia. Spojrzałem na niego po raz ostatni. Jego twarz była ogłupiała i w dalszym ciągu przerażona.

      - Dlaczego? – spytał słabym głosem.

      Posłałem mu ponure spojrzenie.

      - Bo nie jestem mordercą, jak ty – warknąłem z pogardą. – Bezbronnego nie dobijam.

      Zamrugał oczami.

      - Ja bym cię dobił… - szepnął.

      - Wiem – wzruszyłem ramionami. – I dlatego jesteś, czym jesteś. I dokąd cię to zaprowadziło?

      - Dotąd sobie radziłem – szepnął, opuszczając wzrok.

      - Taaa! – prychnąłem. – Dopóki cię gołowąs nie rozłożył jak karalucha!

      Odwróciłem się i ruszyłem przed siebie, wybierając na chybił trafił wschodnią drogę.

      - Imię… - jęknął ranny.

      Odwróciłem się.

      - Czego chcesz? – spytałem niecierpliwie.

      - Twoje imię – szepnął resztką sił.

      Nie wiedziałem, po co mu ono, ale nie widziałem powodu, dla którego miałbym je zatajać.

      - Wulfhere – odparłem. – Wulfhere, zwany Smocze Dziecię – dodałem nie bez dumy.

      - Zapamiętam… - jęknął i jego głowa bezwładnie opadła na ziemię.

      Zemdlał. Wzruszyłem ramionami. Nic więcej nie mogłem zrobić. Więcej mikstur nie miałem, a taszczyć go ze sobą nie zamierzałem. Ruszyłem przed siebie. Nie znałem tej drogi i choć noc była bardzo jasna, wciąż wydawało mi się, że idę źle. Gdy zaczęła opadać i skręciła w lewo, byłem już pewien, że zabłądziłem.

      - Gdzieś dojdę – pomyślałem. – Dokądś przecież ta droga prowadzi…

      Gdy ujrzałem przed sobą strażnicę, aż się roześmiałem. Oczywiście, droga prowadziła do Rzecznej Puszczy, tyle tylko, że od południa, zatem od bramy, przez którą nie miałem dotąd okazji przechodzić. Doszedłem do gospody, w nadziei, że zjem coś i wypocznę. Moja nadzieja spełniła się tylko połowicznie. Owszem, zjadłem chleba ze świeżym serem i popiłem piwem, ale wolnego pokoju nie mieli. Przez chwilę namyślałem się, czy nie zajść do Alvora i Sigrid, ale poniechałem tej myśli. Było już późno, nie chciałem zakłócać im wypoczynku. Usiadłem na ławie w kącie, plecami oparłem się o ścianę, wyciągnąłem nogi na ławie i tak się zdrzemnąłem, budząc się co chwila.

      Kowala odwiedziłem dopiero rano. Sprzedałem mu broń, zabraną bandytom i kilka wilczych skór, zdobytych w czasie wędrówki. Potem odwiedziłem sklep Lucasa i kupiłem u niego uzdrawiającą miksturę. Niestety, miał tylko jedną. A potem pożegnałem mieszkańców Rzecznej Puszczy i już bez przygód dotarłem do Białej Grani.