poniedziałek, 20 maja 2024

Rozdział XXII – Zapomniane skrzydło zamku

     Nie będę opisywał całej podróży. Nie wydarzyło się bowiem nic ciekawego podczas naszej kilkudniowej, a raczej kilkunocnej wędrówki. Dość, że po dłuższym wypoczynku w Samotni, jeszcze w nocy stanęliśmy na północnej przystani i wsiedliśmy do łódki, kierując się do majaczącego w oddali zamku. Oboje uznaliśmy, że bezpieczniej będzie przeprawić się w ciemnościach, aby nie wypatrzył nas przypadkowy strażnik. Jednak zacząć działać mieliśmy zamiar dopiero w dzień, kiedy to wampiry trwały pogrążone we śnie.

     - Podpłyniemy od zachodu – poinstruowała mnie Serana. – Tam jest drugie wejście. Zaniedbane i zagracone, od wieków nieużywane. Żeby dostać się do zamku, trzeba przedzierać się przez zawalone korytarze, dlatego jest słabo strzeżone. Z tego co wiem, jedynie przez nieumarłych.

Zachodni brzeg wyspy i tylne wejście do zamku

     Okazało się, że miała rację. Przybiliśmy cicho do niedużej zatoczki, przy zachodnim brzegu. Łódź ukryliśmy pośród przybrzeżnych skał i zakradliśmy się w pobliże zamku. Zlustrowałem jego okolice, co przyszło mi tym łatwiej, że choć słońce jeszcze nie wzeszło, było już jasno. Z tej strony zamku znajdował się rozległy taras, na który z obu stron prowadziły kamienne schody. Wałęsało się tam kilka postaci, ale z powodu odległości nie mogłem poznać, czy to draugry, czy szkielety. Szept Aury ukazał mi czterech strażników.

     - Zamek stąd wygląda na taki duży – szepnęła Serana. – To znaczy, jest duży, ale stąd wydaje się jeszcze większy. – Po czym zwróciła się do mnie. – Całe zachodnie skrzydło jest w zasadzie nieużywane. Jedynie jako śmietnik…

     Podeszliśmy bliżej. Zdjąłem z ramienia łuk i nałożyłem elfią strzałę.

     Dobry strzelec, wyposażony w doskonały łuk, nie musi się obawiać nieumarłych. Nie są rozumne i atakują na oślep, bez żadnej taktyki. Przy czym nie zawsze zwracają uwagę na to, co się dzieje z pozostałymi. Nie porozumiewają się między sobą i ze sobą nie współdziałają. Dlatego pozbycie się ich nie stanowiło większego wyzwania. Kilka celnych strzał z daleka i droga była wolna. Cicho wspięliśmy się na schody i po chwili Serana zaprowadziła mnie do drewnianych, solidnych, choć nieco zniszczonych drzwi.

Wejście do zamku

     Kilka chwil nasłuchiwania. Potem Szept Aury, który pokazał mi w środku kilka niewyraźnych światełek, po czym ostrożnie pociągnęliśmy skrzydło drzwi. Otworzyły się z głośnym zgrzytem, który sprawił, że zamarliśmy na chwilę. Nic się jednak nie stało. Cicho wsunęliśmy się do niewielkiego, ciasnego pomieszczenia. Prowadziły z niego niewielkie drzwi na wprost i po lewej stronie krótkie schody w dół, za którymi widać było większą bramę. Jednocześnie do mych nozdrzy dotarł nieprzyjemny zapach zepsutego mięsa. Po czystym, morskim powietrzu na zewnątrz, cuchnęło tu naprawdę obrzydliwie.

     Uchyliliśmy najpierw mniejsze drzwi, które wyprowadziły nas na niewielki, kamienny balkon nad obszerną komnatą, której środek zalano wodą. Przypominało to podłużny basen, przegrodzony przez biegnący w poprzek łukowaty, kamienny mostek. Architektonicznie wyglądałoby to bardzo ładnie, gdyby nie było tak zaniedbane. No i gdyby tak nie śmierdziało. Odór był okropny, aż zasłoniłem nos rękawicą.

     - Stara cysterna na wodę – szepnęła Serana i zerknąwszy na mnie, skinęła głową. – Teraz nie jest jeszcze tak źle. Były takie dni, że pachniało – urwała zakłopotana. – Nieważne. Ciesz się, że cię wtedy tu nie było.

     Po tarasach wokół basenu kręciło się kilka tych szkaradnych, wampirzych psów, wyglądających jakby wzajemnie obgryzły sobie pyski. Owych ogarów śmierci, jak nazywała je Lydia. Dla nich zapewne zapach ten był zniewalający. Wyglądały jak trochę nieprzytomne. Dlatego łatwo było mi trzy z nich ustrzelić jeszcze z balkonu. Czwarty, niestety, skrył się za filarem i stąd był niedosięgalny.

     Nie czekając aż nas dostrzeże, zeszliśmy z balkonu i zeszliśmy po schodach. Otworzyliśmy drzwi i wsunęliśmy się do pomieszczenia cysterny. Czwarty z ogarów wysunął się zza filaru, tylko po to, by dostać strzałę prosto na komorę.

Zamek Volkihar. Stara cysterna

     Pomieszczenie było obszerne i słabo, bo słabo, ale oświetlone. Najjaśniej błyszczała łuna na przeciwległym tarasie, częściowi zasłoniętym ścianą. Ruszyliśmy tam, aby napotkać piątego ogara, w towarzystwie biednie odzianego wampira. Czyżby więzień? Zesłaniec? Nie było czasu na zadawanie pytań, bowiem wampir dostrzegł nas i wykrzywił twarz w paskudnym grymasie, po czym zaatakował. Był jednak daleko, więc zdążył dostać grot w czoło i legł na posadzce bez ducha.

     - Szkoda – mruknąłem. – Może coś by powiedział. Znasz go?

     Serana potrząsnęła głową.

     - Pierwszy raz go widzę – odparła. – Nie wiedziałam, że tu ktoś w ogóle może przebywać. W takim okropnym miejscu. Jest wygłodniały. Może to jakiś więzień?...

     Obejrzeliśmy sobie całe pomieszczenie. Po lewej znajdował się otwór, prowadzący do wnętrza zamku był jednak zasłonięty przez drewniany, zwodzony most. Serana, znając te pomieszczenia, ruszyła na koniec tarasu, gdzie znajdowała się dźwignia. Po jej przestawieniu, most opuścił się, otwierając przejście.

     Ale tylko do połowy…

     Przez środek głębokiego kanału prowadziła podłużna, kamienna grobla, której końce ginęły w mrocznych korytarzach i na nią właśnie opadło zwodzone przęsło. Przejścia na drugą stronę nie było, a raczej było, ale niedostępne. Po drugiej stronie bowiem znajdował się podobny, zwodzony most, niestety, podniesiony.

     Przyjrzałem się uważnie kanałowi. Czy byłbym w stanie przeskoczyć na drugą stronę? Pokręciłem głową. Może, gdybym wziął odpowiedni rozpęd i miał na sobie jedynie lekkie, nie krępujące ruchów ubranie. Ale w zbroi, nawet lekkiej, w dodatku obwieszony bronią? Niemożliwe… W dodatku droga zagrodzona była przez podniesione przęsło.

     Z kłopotu wybawiła nas Serana.

     - Tutaj trzeba skręcić w lewo – wskazała na ciemny otwór korytarza. – To jedno z tych podwójnych zabezpieczeń, które mój ojciec wymyślił, gdy dopadła go paranoja. Jeśli podążymy tą ścieżką, tam dalej będzie druga dźwignia.

     Skinąłem głową i zamierzałem zagłębić się w ciemny korytarz, ale wampirzyca mnie powstrzymała.

     - Lepiej pójdę sama – oświadczyła. – Tamto miejsce nie jest zbyt przyjemne, nawet dla mnie, a co dopiero dla ciebie. Ty poczekaj tutaj.

     Zerknąłem na nią podejrzliwie. Czyżby prowadziła mnie w pułapkę?

     - Daj spokój – odparłem, mając nadzieję, że nie domyśliła się, co mnie naszło. – We dwójkę zawsze bezpieczniej.

     I nie czekając na jej reakcję, ruszyłem w lewo.

     Korytarz skręcił raz i drugi. I wtedy dowiedziałem się, co miała na myśli. Krew odpłynęła mi z twarzy, gdy ujrzałem ten stos ludzkich szczątków, którymi zawalona była ta część kanału. Smród był nie do opisania. A ja musiałem przedzierać się przez stos ludzkich kości i czaszek. Jak przelazłem, nie tracąc przytomności, nie wiem sam. W dodatku na koniec musiałem jeszcze stoczyć walkę z ogromnym pająkiem śnieżnym, pełniącym rolę mimowolnego strażnika tej części zamku.

     - Uprzedzałam – Serana prychnęła tylko, widząc moją bladość, po czym przerzuciła dźwignię, znajdującą się w komnacie, zamieszkanej przez pająka. – Naprawdę mogłam to zrobić sama.

     Niewyraźny trzask w oddali potwierdził działanie mechanizmu. Wracając tą samą drogą starałem się jak najmniej rozglądać na boki. Gdy znalazłem się znów na moście, sięgnąłem po miksturę kondycji, bowiem ledwo stałem na nogach. Jeszcze brakuje, żebym tu stracił przytomność!

     Przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele i poczułem się trochę lepiej. Przeszliśmy przez most i weszliśmy na schody prowadzące w górę. Skręcały w lewo i kończyły się masywnymi, dębowymi drzwiami.

     - Tędy można wejść na dziedziniec – odezwała się Serana. – Przez te drzwi.

     Wyprzedziła mnie i niecierpliwie szarpnęła za klamkę.

     - Na dziedzińcu jest piękny… – urwała zdumiona, gdy tylko drzwi się otworzyły.

     Zerknąłem jej przez plecy. Otoczony ze wszystkich stron murami dziedziniec był spory, acz bez przesady. Prowadziło nań kilka wyjść, znajdujących się na uroczych, choć zaniedbanych tarasach. Wszystko zarośnięte było chwastami, a pośrodku stały ruiny jakiejś dziwnej, niewielkiej budowli.

     - O nie! – szepnęła Serana. – Co tu się stało?

     Weszła na podwórze i rozejrzała się dookoła. Na jej twarzy odmalowała się żałość. Przez chwilę, jak nieprzytomna kręciła się po dziedzińcu, jakby czegoś szukała.

     - Całe to miejsce wygląda na martwe – jęknęła. – Zupełnie, jakby nikt nie postawił tu stopy od wieków!

     Wyszedłem za nią i rozejrzałem się uważnie. Panował tu nieład, aczkolwiek można było dostrzec resztki uroku tego miejsca. Tarasy, prowadzące do wejść, wykonano bardzo misternie i kiedyś musiały wyglądać bardzo malowniczo. Teraz jednak obrosły mchem, część filarów zawaliła się, posadzka popękała, a gdzieniegdzie walał się odłamany kawał muru. Mur porósł bluszczem, ziemia pokryła się długą, na pół uschniętą trawą.

     - To był ogród mojej matki – oznajmiła Serana smutnym głosem. – Kiedyś piękne miejsce. Lubiłyśmy tu przychodzić. Ona mogła przebywać w nim całymi nocami. Miała do tego rękę. Czy wiesz, jak pięknie wygląda takie miejsce, gdy zajmuje się nim prawdziwy mistrz?

     - Zajmowała się nim sama? – spytałem. – Nie miała ogrodnika?

     - Miała, ale wolała pielęgnować go sama – westchnęła Serana. – To był jej azyl. Jej ucieczka od trosk. Jak widzisz, niewiele tu słońca i raczej zimno, a jednak potrafiła wyhodować przepiękne kwiaty, które błyszczały w świetle księżyców. A to – wskazała na pochylony słupek pośrodku ogrodu – był jej zegar księżycowy. Niezwykła rzecz sama w sobie.

Serana na dziedzińcu zamku Volkihar, obok zegara księżycowego.

     Zerknąłem na tajemniczą budowlę. Rzeczywiście, przypominała zegar słoneczny, tyle że tarcza zajmowała pełen okrąg, a nie jego połowę. Tarcza podzielona była na sektory, wciąż jeszcze widoczne spod mchu. Na końcu każdego z nich widniał wizerunek księżyca. Każdy z nich miał rozmiar obiadowego talerza, i każdy pokazywał jakąś fazę księżyca. Po lewej stronie, jasne obrazki reprezentowały fazy Massera, większego z księżyców. Ciemniejsze naprzeciwko odnosiły się do Secundy.

     Pokręciłem głową. Nie bardzo rozumiałem, do czego miałby służyć taki zegar i przede wszystkim, jak miałoby to działać. Chyba, że zaprzęgnięto tu jakąś magię, ale choć przyłożyłem dłoń do najbliższego wizerunku Secundy, nie potrafiłem wyczuć żadnej magicznej wibracji.

     - Co jest takiego specjalnego w tym zegarze? – spytałem.

     Uśmiechnęła się z zadumą.

     - Cóż, o ile mi wiadomo, to jedyny istniejący egzemplarz – odparła, wpatrując się w masywny gnomon, który w zegarze słonecznym rzuca cień, pełniący rolę wskazówki. – Poprzedni właściciele tego zamku posiadali na dziedzińcu zegar słoneczny, co oczywiście nie odpowiadało mojej matce.

     Skinąłem głową. Wampiry, na ogół unikające słońca, były ostatnimi istotami, które mogłyby używać zegara słonecznego.

     - Matka przekonała elfiego artystę, by dokonał pewnych przeróbek – ciągnęła Serana. – Jak widzisz, tarcze wskazują fazy księżyców, Massera i Secundy.

     - I to działało?

     Roześmiała się dźwięcznie.

     - W tym rzecz…

     Spojrzała na mnie rozbawiona.

     - Ponoć znasz się na mechanizmach, więc sam sobie odpowiedz. Na zdrowy rozum, jaki jest sens w zegarze księżycowym?

     - Nie ma – odparłem, wzruszając ramionami. – Według mnie, to nie mogło działać. Księżyce wędrują po niebie w innym cyklu niż słońce i nie da się skonstruować sensownego zegara, który wskazywałby ich fazy. To znaczy, naturalnego zegara, bo w Cesarskim Mieście…

     - Tak wiem – przerwała mi. – Słyszałam o Planetarium. A wracając do tego – machnęła ręką w kierunku tarczy – zawsze zastanawiało mnie, dlaczego po prostu nie kazała tego usunąć. Ale kochała to… Nie wiem, to chyba jak posiadanie dzieła sztuki, kiedy coś takiego cię interesuje. Gdyby widziała go w takim stanie – pokręciła głową. – Ruina. Zarośnięty mchem, poobtłukiwany, brakuje kilku pieczęci.

     - Czego?

     Słowo „pieczęć” poruszyło jakąś strunę w mojej głowie. Zwykle nazywano tak magiczne elementy, których obecność, lub brak, wywoływały jakiś określony skutek. W odpowiedzi Serana wskazała na kilka pustych miejsc, w których brakowało znaków, przedstawiających księżyc.

     - Tak to nazywała. Pieczęcie. Nie wiem dlaczego.

     Zerknąłem na tarczę. Każda z pieczęci, jeśli je już tak nazywać, pokazywała jakąś fazę księżyca. Pochyliłem się nad nią i uważnie przyjrzałem się pieczęciom. Każdą wykonano z nieznanego mi tworzywa, przypominającego masę perłową. Z pewnością jednak nie istniały na świecie perły tak ogromne, by można z nich odciąć niemal płaski fragment tej wielkości. Nie wiedziałem, co to. Ale nie trzeba było tego wiedzieć, by stwierdzić, że istotnie, w tarczy brakowało kilku elementów.

     - Byłaś zamknięta bardzo długo – odezwałem się. – Przez ten czas to normalne, że ogród uległ zniszczeniu, skoro nikt go nie pielęgnował. Dotyczy to też zegara.

     W zamyśleniu pokręciła głową.

     - Mówię ci, że z tym zegarem jest coś nie tak – mruknęła zadumana, uważnie lustrując puste miejsce, gdzie powinna znajdować się podobizna Massera w trzeciej kwadrze. – Nawet nie przyszło mi do głowy, że te pieczęcie można zdjąć. Zastanawiam się, czy to nie wskazówka, której szukamy.

     - Od matki?

     Wolno skinęła głową.

     Znów zerknąłem na tarczę. Według mnie, zegar wyglądał zupełnie normalnie, o ile w ogóle można tak mówić o zegarze księżycowym, który sam w sobie był czymś niezwykłym.

     - Pewnie twój ojciec wpadł w szał i zniszczył ten zegar – wzruszyłem ramionami.

     Uśmiechnęła się smutno.

     - To go nie znasz – odparła. – Gdyby on miał zamiar to zniszczyć, nie pozostałoby tu nic. W takich wypadkach wpadał w niszczycielski szał. Nie spocząłby, dopóki nie zostałby tu tylko pył i popiół. Nie, to nie on.

      - Zatem czas – odrzekłem. – To i tak dobrze się zachowało.

     Ale ona wolno pokręciła głową.

     - Matka wiedziała, że ja wiem – szepnęła cicho. – Że ja wiem, jak ważny dla niej jest ten zegar, choć bezużyteczny. To ona go zdemontowała, bo wiedziała, że zwrócę na to uwagę. Często razem siadałyśmy na tarasie i przyglądaliśmy się mu, w nadziei, że kiedyś cień wskaże rzeczywistą fazę  któregoś z księżyców. Na tarasie… Jeśli tam ukryłaby pieczęć…

     Urwała i wolnym krokiem, jakby obawiała się rozczarowania, podeszła do jednego z tarasów. Wspięła się na schodki, pochyliła i po chwili zademonstrowała mi okrągłą pieczęć, z wizerunkiem księżyca.

     - Czas nie przeniósłby tej pieczęci na taras – odezwała się, wracając. – Nie ułożyłby jej tak starannie w miejscu, w którym byłaby bezpieczna. I w którym tak chętnie lubiła przebywać. Coś mi mówi, że właśnie natrafiliśmy na znak od mojej matki.

     Zdarła dłonią mech z miejsca na pieczęć, dmuchnęła kilkakrotnie w to miejsce, aby je oczyścić, po czym to samo zrobiła z pieczęcią, aby na końcu umieścić ją we właściwym miejscu. Wydawało mi się, że rozbłysła ona na moment, po czym przygasła, niczym nie wyróżniając się spośród pozostałych.

     - Widziałeś? – podniosła na mnie oczy. – Jakiś magiczny rezonans. To musi być to.

     Mnie wydawało się raczej, że to słońce odbiło się w powierzchni pieczęci, gdy ta zachybotała się, trafiając na miejsce, ale pewności nie miałem. Możliwe, że był to magiczny błysk, a skoro tak, to istotnie mógł być znak od lady Valeriki. Ale przemknęło mi też przez myśl, że to pułapka, zastawiona przez lorda Harkona.

     - A jeśli to twój ojciec celowo rozebrał ten zegar? – spytałem. – A ty, umieszczając te pieczęcie w odpowiednich miejscach, dajesz mu właśnie znak, że tu jesteś?

     Spojrzała na mnie zdumiona.

     - Podejrzewasz mnie? – spytała.

     - Nie ciebie – potrząsnąłem głową. – Twojego ojca. Mógł zastawić pułapkę również na ciebie.

     Uśmiechnęła się smutno.

     - To zupełnie nie w jego stylu – szepnęła. – Gdyby maczał w tym palce, byłoby to wszystko w znacznie gorszym stanie. Poza tym, widać przecież, że nikt tego nie ruszał od wieków, a aż tyle czasu nie minęło od kiedy mnie odnaleźliście.

     Trudno było dyskutować z takim argumentem. Westchnąłem ciężko i ruszyłem na spacer po ogrodzie, w poszukiwaniu dwu kolejnych pieczęci. Pod murem wyczułem coś stopami. Odgarnąłem trawę. Leżały tam równo ułożone w rzędzie, okrągłe kamienie, tworząc półokrąg. Zapewne kiedyś wyznaczały ozdobne rabaty, na których kwitły kolorowe kwiaty. Dziś trudno byłoby nawet odgadnąć, jakie, bowiem wszędobylska trawa, pomieszana z mchem, zarosła każdy zakamarek ogrodu.

     Doszedłem do wgłębienia, wypełnionego wodą. Wyglądało to jak wielka kałuża, ale resztki ocembrowania przekonały mnie, że kiedyś było to oczko wodne. Coś tam majaczyło pod wodą. Buty i tak miałem już mokre, w dodatku uwalane ludzkimi szczątkami, przez które musiałem się przedzierać, więc bez wahania wszedłem do wody. Nie była zresztą głęboka, sięgała mi zaledwie do kolan. Schyliłem się po błyszczący przedmiot.

     Tak jak przypuszczałem, była to kolejna pieczęć. Przedstawiała wąski sierp Secundy. Opłukałem ją z mułu i zaniosłem do tarczy zegara. Umieszczając ją w odpowiednim miejscu, znów ujrzałem delikatny rozbłysk.

     - Widziałeś? – uśmiechnęła się Serana. – To na pewno znak!

     W poszukiwaniu trzeciej pieczęci zawędrowałem aż do zamku. Zresztą, i tak miałem zamiar zbadać oba wejścia. Drzwi z trudem dało się otworzyć. Jedno z przejść było zawalone zaraz za drzwiami, za to drugie prowadziło do opuszczonej komnaty, w której straż trzymało dwóch nieumarłych. Oczywiście, odesłałem ich w zaświaty. Jednak zamiast przejścia do dalszych części zamku, ujrzałem jedynie zawalone tunele. Tak jakby ktoś celowo chciał odgrodzić tę część od reszty budowli. Kto? Nietrudno zgadnąć. Harkon po stracie żony zapewne celowo zawalił przejścia, chcąc odizolować to pomieszczenie od reszty zamku, aby nikt już więcej nie pielęgnował tego ogrodu.

     Trzecią pieczęć znalazłem w uschniętych krzakach, pod załomem muru. Po jej zgrubnym oczyszczeniu, oboje umieściliśmy ją we właściwym miejscu. I wtedy okazało się, że to Serana miała rację, bowiem najpierw rozległ się cichy chrobot, po czym poszczególne sektory zaczęły się zapadać w głąb ziemi, tworząc coś w rodzaju kręconych schodów.

     - Bardzo sprytne, matko – szepnęła Serana. – Bardzo sprytne.

     Po czym zwróciła się do mnie.

     - Nigdy wcześniej nie dane mi było odwiedzić tych tuneli – wskazała na ciemniejący w ziemi otwór. – Zdaje się, że biegną one pod dziedzińcem, wprost do ruin wieży. Cóż, przynajmniej się zbliżamy. Idziemy?

     - Chodźmy – skinąłem głową, zdejmując łuk z ramienia.

     - Nigdy wcześniej nie widziałam tej części zamku – ostrzegła mnie. – Nie wiem, na co możemy się natknąć. Musimy bardzo uważać.

Otwarte przejście pod zegarem

     Ze strzałą na cięciwie zapuściłem się w głąb korytarza. Wyglądało to jak zamkowe piwnice.

     - Zbliżamy się – szepnęła Serana, nie potrafiąc ukryć podekscytowania. – Jestem pewna!

     Doszliśmy do kamiennej ściany, z której zwisał uchwyt, powieszony na łańcuchu. Zupełnie jak w norskiej krypcie!

     Krótkie pociągnięcie za uchwyt i po chwili rozległ się chrobot. Ściana najpierw cofnęła się nieco, a potem uniosła, odsłaniając przejście. Weszliśmy do obszernej komnaty, przypominającej kuchnię. Były tu paleniska i nawet stoły, przypominające rzeźnicze, tylko walały się na nich ludzkie szczątki. No tak, czegóż innego miałbym się spodziewać?

     Zacisnąłem dłoń na łęczysku mojego łuku. Tu na pewno natrafimy na strażników. Świadczyły o tym lampy oliwne, płonące nikłym światłem. Zza ściany widać było nieco jaśniejszą łunę. Zupełnie jak w norskich kryptach, w których draugry pracowicie podtrzymywały płomienie zniczów, dbając, by podziemia były należycie oświetlone.

     Nie omyliłem się. Weszliśmy do znacznie większego pomieszczenia, przypominającego refektarz, z długim stołem i krzesłami po obu ich bokach. Siedziało na nich kilka postaci, mających na sobie elementy norskich zbroi. Wyglądały dość groteskowo, jakby drzemały przy stole, po obfitym posiłku. Czyżby draugry?

     To były szkielety, o czym przekonałem się bardzo szybko, gdy tylko postąpiłem krok naprzód. Jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, nagle zapłonęły lampy i ogień na kominku, a strażnicy zaczęli wstawać z krzeseł. Wziąłem na cel najbliższego, ale nie zdążyłem zwolnić strzały, gdy Serana rozbiła go Lodowym Kolcem. Przesunąłem więc grot na dalszego i strzeliłem, rozbijając go na kostki. Zdążyłem jeszcze unieszkodliwić trzeciego, zanim zmuszony byłem odrzucić łuk i chwycić za miecz.

     Walka nie była trudna. Szkielety, choć znacznie silniejsze i bardziej żywotne od tych, które wałęsały się po norskich kryptach, wciąż nie były wystarczająco wymagającymi przeciwnikami dla dobrze uzbrojonego i zaprawionego w boju wojownika, w dodatku w towarzystwie wytrawnego maga, jakim była Serana. Oczyściliśmy pomieszczenie z nieumarłych i zacząłem rozglądać się po wnętrzu.

     - Znasz to miejsce? – spytałem.

     Serana potrząsnęła głową.

     - Jesteśmy w drugiej, nieużywanej wieży – odparła. – Zawsze zakładałam, że ta druga wieża jest w środku kompletnie zrujnowana. Moja matka widać trzymała to w tajemnicy nawet przede mną. Musiała szykować coś niebezpiecznego.

     Z zaciekawieniem przebiegła wzrokiem po stołach i rozstawionych pod ścianami komodach. Stało tam sporo precjozów, jak srebrne świeczniki, naczynia, czy wazony, w których kiedyś zapewne trzymano bukiety kwiatów. To pomieszczenie musiało kiedyś wyglądać bardzo malowniczo. Teraz jednak wszystko pokrywała gruba warstwa kurzu i pajęczyn.

     - Wygląda na to, że była bardziej przebiegła, niż mi się wydawało – mruknęła wampirzyca. – Ciekawe, co jeszcze ukrywała.

     Wspięliśmy się na taras. Był głęboki i na końcu, po prawej stronie dostrzegłem drzwi. Obok nich znajdowała się zakurzona rzeźba, wyobrażająca gargulca. Ruszyłem w tamtą stronę, ale nagle stanąłem jak wryty, gargulec bowiem poruszył się i powstał, jakby nagle ożył. Wyprostował się i odniosłem wrażenie, że spada z niego jakaś skorupa.

     Tym razem uratował nas refleks. Szybka strzała i równie szybki Lodowy Kolec spowolniły napastnika. Zdążyliśmy władować mu po jeszcze jednym pocisku i to wystarczyło.

     - Mało brakowało – mruknąłem, sięgając po następną strzałę i kładąc ją na cięciwie. – Twoja matka trzymała tu gargulce?

     - Nie wiem – potrząsnęła głową. – Nigdy nie byłam w tej części zamku. Ale to możliwe.

     - Czyli należy się spodziewać, że będzie ich więcej?

     - Pewnie tak…

     Zerknąłem na szczątki gargulca. Wyglądał dość szkaradnie, jak skrzyżowanie trolla z nietoperzem. Rzeczywiście, musiał mieć na sobie jakąś skorupę, bo jej szczątki wciąż leżały w miejscu, w którym przedtem siedział. Chciałem zapytać Seranę o więcej szczegółów na ich temat, ale uznałem, że teraz nie pora na to. Ruszyliśmy dalej.

     Drzwi prowadziły do małej komnaty, z której wychodziły schody na górę. Dalej szeroki korytarz skręcał w lewo i tam natknęliśmy się na kolejnego gargulca. Znów trzeba było walczyć.

Zamek Volkihar - zachodnie skrzydło

     Gargulec to dość specyficzny nieumarły przeciwnik. Dla mnie, zwykle walczącego na dystans, polegającego głównie na łuku i strzałach, szczególnie niebezpieczny. O ile szkielet, draugra, lub nawet wampira można zlikwidować z daleka, o tyle z tym tworem to już nie zawsze działa. Dopóki bowiem sam się nie poruszy, jest niczym więcej niż kamienną rzeźbą, od której strzały zwyczajnie się odbijają. Dopiero gdy ożyje i zrzuci z siebie wierzchnią skorupę, staje się podatny na ciosy. W dalszym ciągu jest niebezpieczny, ale przynajmniej można z nim walczyć. Kłopot w tym, że ożywał zwykle dopiero wtedy, gdy podeszło się bardzo blisko.

     Tym razem również dopisało nam szczęście, bowiem nie od razu nas dostrzegł, co dało nam trochę czasu. Rozpoczęła się dalsza wędrówka pod górę. To był cały system połączonych ze sobą niewielkich komnat i schodów na szczyt. Przestałem już liczyć, ile ich było. Dość, że wkrótce znaleźliśmy się w następnym refektarzu i znów schody z niego prowadziły na taras. Ten taras jednak był znacznie rozleglejszy. Wyglądał jak wydzielona część refektarza, na której również biesiadowano. Po lewej stronie od wejścia na taras znajdowało się zakratowane przejście na schody. Zaś na wprost…

     - Następny – mruknąłem.

     Pod przeciwległą ścianą siedział przycupnięty gargulec. Nie poruszał się. Podszedłem do niego wolno, z napiętym łukiem, gotów wypuścić strzałę w każdej chwili. Ale nic się nie wydarzyło. Gargulec wciąż wyglądał jak kamienny posąg, nawet gdy podszedłem bardzo blisko. Dotknąłem go, ale w dalszym ciągu trwał nieruchomy.

     - Niektóre z nich to zwykłe rzeźby – odezwała się Serana. – Gdy trwają nieruchome, trudno je odróżnić. Ale nie ten. Zobacz, jak się mieni.

     Istotnie, gargulec mienił się jakąś dziwną, błękitną poświatą.

     - Może da się go jakoś ominąć? – odezwałem się z nadzieją w głosie.

     - Raczej nie – prychnęła Serana. – O ile wzrok mnie nie myli, tę kratę otwiera się dokładnie tam – wskazała miejsce za plecami strażnika.

Rzeczywiście, zwisał tam łańcuch z żelaznym uchwytem, jakie często napotykałem w norskich kryptach. Westchnienie wyrwało mi się z piersi. Odłożyłem łuk i sięgnąłem po miecz. Przedświt błysnął magiczną poświatą i to dodało mi odrobinę otuchy. Nie było na świecie lepszego oręża do walki z nieumarłymi niż dar pani Meridii.

     Zerknąłem w stronę Serany. Skinęła głową i przywołała czar. Jej prawa ręka zajarzyła się jasnobłękitną poświatą Lodowego Kolca. To był najlepszy sposób na spowolnienie gargulca.

     Trzy oddechy, po czym szarpnąłem za uchwyt i natychmiast odskoczyłem. Tak jak myślałem, potwór natychmiast ożył. Opadła z niego skorupa, wyprostował się i zaryczał. Usłyszałem też chrobot podnoszącej się kraty, ale na razie najważniejszy był gargulec. Zamierzyłem się i wyprowadziłem morderczy cios, od którego zajął się ogniem. Jednocześnie pierś potwora przeszył Lodowy Kolec, wypuszczony przez moją towarzyszkę. Potwór zachwiał się i podniósł ramię do ciosu. Władowałem mu sztych pod pachę, jednocześnie osłaniając się tarczą z góry. To wystarczyło. Magiczna eksplozja dokończyła reszty.

     - Dzięki ci, Meridio – wyszeptałem, chowając broń do pochwy i sięgając po łuk.

     Podążyłem za Seraną, która już znikała w przejściu. Tam znowu schody i to wysokie.

     - Na samej górze siedzi następny – szepnęła wampirzyca. – Szykuj łuk, ja go obudzę.

     Wytężyłem wzrok. Rzeczywiście, był tam. Trudno było go dojrzeć z uwagi na wszechobecną tutaj szarość, spowodowaną przez kurz i pajęczyny. Serana ruszyła do przodu, trzymając się ściany. Gdy podeszła blisko, potwór ożył. Dostał jednocześnie strzałę i kolec, ale to nie wystarczyło. Serana musiała użyć miecza, aby odbić ciosy jego pazurów. Na szczęście, zachowała przytomność umysłu i trzymała się z boku, wystawiając mi go na strzał. Dwa groty dokończyły dzieła.

     - Cała jesteś? – spytałem.

     - Cała – skinęła głową. – Dzięki za troskę.

     Po lewej stronie widniała opuszczona krata, zagradzająca przejście do sporej komnaty o wysokim sklepieniu. Na końcu ujrzałem schody na taras, a mniej więcej w połowie długości ściany przerzucono nad nią łukowaty most. Tuż obok kraty znajdował się uchwyt, za który pociągnąłem i krata uniosła się z głośnym chrzęstem.

Wnętrze zamku Volkihar


     Ledwo weszliśmy do środka, na tarasie zaczęły pojawiać się szkielety. Było ich chyba sześć, czy siedem! Na szczęście były po przeciwnej stronie komnaty i nie dostrzegły nas, więc mogłem zrobić użytek z łuku. Szyłem do nich jak na strzelnicy. Co strzał, to jeden z nich padał. Nawet Serana pokiwała głową z podziwem nad moimi umiejętnościami. Gdy skończyły mi się szkielety, ruszyliśmy dalej na taras, kończący się krótkimi schodami. Korytarz zawracał i potem skręcał na most. Przeszliśmy na drugą stronę, by znów znaleźć się w labiryncie komnat i schodów, wiodących na górę. Na koniec stanęliśmy przed solidnymi, podwójnymi drzwiami.

     - Zbliżamy się – szepnęła Serana. – Czuję to!

     Wsunęliśmy się do ciemnej komnaty. Gdy rozejrzałem się, zmartwiałem. Była pełna gargulców! Kamiennych posągów było zdaje się siedem. Aż bałem się poruszyć. Ostrożnie naciągnąłem łuk i dałem krok do przodu.

     Sam nie wiem, jak daliśmy im radę. Na szczęście, prawdziwe gargulce były tylko trzy. Pozostałe okazały się zwykłymi rzeźbami, ale i tak przewaga była po stronie strażników. Szczęśliwie, komnata była trochę zagracona, co dało mi możliwość kluczenia między sprzętami. Strzelałem raz za razem, starając się nie dopuścić żadnego z nich na długość ramienia. Serana szpikowała je Lodowymi Kolcami, również co chwilę przeskakując z miejsca na miejsce.

     W pewnym momencie, gdy udało mi się ustrzelić jednego z nich, ten ku memu zaskoczeniu podniósł się i wsparł nas w walce. Jak to się stało, nietrudno było się domyślić. To Serana rzuciła ciemny czar ze Szkoły Przywołania, który ożywił go na powrót. Należało się spodziewać, że to potrafi.

     Gdy ostatni z potworów padł, spojrzeliśmy na siebie z ulgą i na obu twarzach zagościł uśmiech ulgi. Wspólna walka zbliża i nie ma co do tego wątpliwości. W tamtej chwili byłbym gotów objąć ją i przytulić, gdybym tylko wiedział, że nie zrozumie tego opacznie. No i gdyby nie było między nami tego trzeciego – ożywionego gargulca, mieniącego się błękitnym światłem. Stał obok nas, posłuszny woli swej przywoływaczki, gotów natychmiast ruszyć do walki, gdyby tylko znalazła się ona w niebezpieczeństwie. Ale niebezpieczeństwo chwilowo minęło, więc stał tak bez ruchu przez dłuższą chwilę, po czym wydał głuche westchnienie i rozsypał się w pył, w dodatku w taki sposób, że usypał się z niego niemal regularny stożek.

     Oboje roześmialiśmy się na ten widok. Ale nasze dobre samopoczucie trwało krótko. Prysło, gdy tylko rozejrzeliśmy się uważniej po całym pomieszczeniu. Komnata była ślepa.


wtorek, 7 maja 2024

Rozdział XXI – Łuk Auriela

     Ruszyliśmy zaraz po zmroku. Tym razem musieliśmy dobrze wyciągać nogi, aby jeszcze nocą zdążyć do Białej Grani. Dlatego za Rorikstead zeszliśmy ze szlaku i poszliśmy na przełaj, przez rozległą dolinę. Nie była to najwygodniejsza droga, zwłaszcza w nocy, ale krótsza niż wiodącym naokoło traktem. Poza tym, co też nie było bez znaczenia, banici często szukali schronienia w tych bezludnych stronach. Jeśli będziemy mieli szczęście, natrafimy na jakiegoś zbója i Serana będzie mogła się pożywić. Choć twierdziła, że na razie nie czuje głodu, dobrze byłoby skorzystać z okazji. Wampir bowiem może się najeść niejako na zapas. Tak, tego też dowiedziałem się od niej.

     Może i byłem wtedy naiwny, ale coraz mniejszą czułem do niej rezerwę. Polubiłem nasze rozmowy i coraz częściej zdarzało się, że zaczynaliśmy się przekomarzać i żartować. I choć z tyłu głowy wciąż tkwiła mi niepewność co do jej prawdziwych intencji, musiałem przyznać, że jest całkiem sympatyczną towarzyszką podróży.

     Do Białej Grani doszliśmy o świcie. Przespaliśmy dzień w Wietrznym Domku. Ja w naszym szerokim łożu, ona w dawnym pokoiku Lydii, w którym starannie i szczelnie zasłoniliśmy najpierw okna.

     Źle spałem tym razem. Niby u siebie, w swoim własnym łóżku – ale sam. Brakowało mi ciepłego ciała przytulonej do mnie Lydii i jej spokojnego, rytmicznego oddechu. Gdzie jest? Co teraz robi? Czy w dalszym ciągu przemierza bezdroża Solstheim? Kiedy ją znowu zobaczę? W dodatku, nie zapominajmy, że biała Grań to jednak spore miasto i od samego rana, pomimo zamkniętych okien, docierały do mnie jego hałasy. Komendy strażników, uderzenia młotem z kuźni Adrianne, nawoływania przechodniów, czy zwyczajne, ludzkie rozmowy.

     W końcu zasnąłem i zregenerowałem jako tako siły.

     Dwa dni trwał marsz do Pękniny. Utartym, dobrze znanym szlakiem, przez Ivarstead, gdzie przeczekaliśmy dzień. Przed Wilhelmem nie chciałem niczego udawać i wybrałem szczerą rozmowę. Udało mi się go przekonać, że Serana, choć jest wampirzycą, nie zagraża ani jemu, ani żadnemu innemu mieszkańcowi wioski. Przyjął nas, choć widziałem, że się boi. Przyrzekł też nikomu o tym nie mówić i wieczorem okazało się, że słowa dotrzymał. Prawdziwy przyjaciel!

     Ze wszystkich miejsc, jakie w swoim życiu zwiedziłem, Ivarstead wspominam jako chyba najbardziej przyjazne. W zasadzie, bliżej lub dalej przyjaźniłem się tu z każdym mieszkańcem wioski. Zawsze w tym miejscu czułem się jak w domu, choć akurat tutaj żadnej własnej nieruchomości nigdy nie posiadałem.

     Gdy wreszcie dotarliśmy do Twierdzy Świtu, odetchnąłem z ulgą. Musiałem się choć trochę zdrzemnąć. Przywitałem się z Gunmarem, który zwykł wstawać wcześnie i już był na nogach. Poinformował mnie, że kapłan Dexion Evicus dotarł już do zamku i przygotowuje swój rytuał. Poprosiłem go, żeby mnie obudził, gdy Isran pojawi się w głównej sali, po czym zaległem na pierwszym napotkanym wolnym łóżku, upewniając się przedtem, że Serana niczego ode mnie nie potrzebuje i sama sobie poradzi.

     Obudziłem się sam. Akustyka w zamku była znakomita, więc doskonale słyszałem przygotowania do wieczerzy. Dobrze, że nie było tu zbyt wielu mieszkańców – dzięki temu za dnia było tu stosunkowo cicho. Odpowiedziałem na pozdrowienie Gunnmara i ze zdziwieniem dowiedziałem się, że już zapada wieczór. Przespałem cały dzień!

     - Byłeś skonany – roześmiał się Gunnmar. – Kapłan nie miał sumienia cię budzić, a chciał, żebyście oboje byli obecni przy rytuale.

     - Oboje?

     Poczułem nagłą radość, bowiem sądziłem, że Lydia już wróciła. Okazało się, że jednak nie.

     - No, wampirzyca też – odrzekł. – Isran nie miał nic przeciwko temu.

     Zastanowiło mnie to. Czyżby Isran przekonał się co do intencji Serany? Musiałem z nim później zamienić kilka słów. Dla pewności spytałem o Lydię. Niestety, jeszcze nie wróciła. Cóż, Solstheim leżało daleko stąd…

     Zwlokłem się z posłania i po kilku zwykłych, porannych czynnościach udałem się do głównej sali. Po chwili zjawił się Dexion Evicus. Na mój widok uśmiechnął się radośnie.

     - Ach, witaj! – odezwał się, wyciągając do mnie dłoń. – Widzę, że moja podróż do Skyrim zamieniła się w nie lada przygodę. Nie tego się spodziewałem, wyruszając na północ.

     Na dźwięk śpiewnej mowy z rodzinnych stron, zrobiło mi się ciepło na duszy. Uścisnąłem podaną mi rękę. 

     - Cieszę się, że udało ci się tu bezpiecznie dotrzeć – odrzekłem, odwzajemniając uśmiech. – Czy moi towarzysze dobrze cię przyjęli.

     - Och, tak – zapewnił. – To wprawdzie nie do końca ten rodzaj gościnności, do jakiego jestem przyzwyczajony – uśmiechnął się filuternie – ale ten twój Isran dobrze dba o moje potrzeby.

     Roześmiałem się cicho. Ech, jak miło się z nim rozmawiało. Uprzejmie, z galanterią i humorem, tak jak mnie uczono w rodzinnym kraju, gdzie konwersacja była sztuką i okazją do zacieśniania przyjaźni, a nie tylko sposobem na porozumiewanie się. Nie to, co krótkie, oschłe wypowiedzi mieszkańców Skyrim.

     - No i muszę powiedzieć – dodał, rozglądając się wokół – że ta forteca jest wspaniała. Zaniedbana wprawdzie, tu i ówdzie przydałoby się kilku murarzy z wapnem i kielnią, ale architektonicznie powalająca. Jakbym znalazł się w Cesarskim Mieście.

     - Przez lata, a może i przez wieki stała pusta i niszczała – odrzekłem, chcąc usprawiedliwić jej nie najlepszy stan. – Trzeba czasu, żeby ją przywrócić do pierwotnego stanu. Isran i tak zrobił bardzo wiele, biorąc pod uwagę skromne środki, jakimi dysponuje.

     - Doceniam, naprawdę doceniam – zapewnił, biorąc mnie poufale pod ramię – Mam kilku kolegów, którzy chętnie zbadaliby to miejsce dokładniej. Przypuszczam, że stołp i całe wschodnie skrzydło pochodzą jeszcze z Drugiej Ery. Zewnętrzne mury dobudowano później, zachowując styl.

     Wejście Israna przerwało naszą rozmowę. Od razu uleciała ze mnie swoboda i poczułem się spięty. I to pomimo, że twarz Israna była pogodna, a na mój widok nawet zdobył się na uśmiech.

     - Jestem pod wrażeniem, że tak szybko udało ci się znaleźć Kapłana Ćmy – odezwał się bez wstępów. – Opowiedział mi, co przeżył i jak został przez was uratowany. Dobra robota. Naprawdę dobra!

     Zaskoczył mnie swoją pochwałą. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Skinąłem więc tylko głową, na znak, że doceniam te słowa. On tymczasem oczami wskazał mi, abym odszedł za nim na stronę.

     - Jak nasza wampirzyca? – spytał półgłosem. – Kombinowała coś?

     Zaprzeczyłem zgodnie z prawdą.

     - Cały czas zachowywała się bez zarzutu – oznajmiłem. – Ponadto, zdarzyło mi się rozmawiać z Sybillą Stentor.

     Po jego minie odgadłem, że nie wie, o kogo chodzi.

     - To nadworny mag z Samotni – dodałem. – Powiedziała mi, że nie spodziewa się po niej kłopotów i chyba jest szczera w tym co robi.

     Parsknął gniewnie.

     - A co jakaś magiczka może wiedzieć, co jej tam pod czaszką gra? – obruszył się. – Przecież jej nie zna.

     - Ale bardzo dobrze zna się na wampirach – zapewniłem. – Zamek Volkihar  leży niedaleko Samotni, więc szczególnie dokładnie przygląda się wszystkiemu, co stamtąd przychodzi. Poza tym, widziała ją i wypytała o kilka spraw. Myślę, że wie, co mówi.

     Nie wydawał się przekonany, ale nie rozwijał tematu.

     - Przekazaliście mu zwój? – spytałem, wskazując na kapłana.

     - Dziwne, ale nie chciał – oznajmił. – Rzucił tylko na niego okiem i stwierdził, że wystarczy, jak mu go damy bezpośrednio przed czytaniem.

     - A poza tym wszystko gotowe?

     - Na czytanie? – uniósł brwi. – Tak, oczywiście. Daj tylko znać starcowi, kiedy chcesz zaczynać. Uparł się, żebyście przy tym byli.

     - A ty? – odważyłem się zapytać. – Nie masz żadnych wątpliwości? Chodzi mi o Seranę.

     - A twoim zdaniem powinienem mieć? – odpowiedział pytaniem.

     Wzruszyłem ramionami.

     - Moim zdaniem nie, ale – zająknąłem się. – Sądziłem, że to raczej ty jej nie ufasz. I że nie zechcesz, aby dowiedziała się, co kryje zwój.

     - Przeciwnie – uśmiechnął się chytrze. – Nie ufam jej, to prawda. Ale jestem ciekaw, jak zareaguje na te sensacje. Poleci do tatusia przy pierwszej okazji, czy raczej zostanie tutaj? Do tej pory nie sprawiała kłopotów. Jestem ciekaw, co stanie się teraz.

     Nie odpowiedziałem. W pierwszej chwili wprawdzie poczułem niesmak, ale musiałem przyznać, że postępuje słusznie. Serana wciąż była dla nas zagadką, a moja rosnąca sympatia do niej mogła mnie nieco zaślepiać.

     Podeszliśmy do kapłana, podziwiającego sklepienie. Zapewne porównywał je z zabudową Cesarskiego Miasta.

     - Czy jesteś gotowy, żeby odczytać Prastary Zwój? – spytałem.

     - O, jak najbardziej – ożywił się. – Sam jestem niezmiernie ciekawy, jakie skrywa sekrety.

     Isran zerknął w stronę ciemnego korytarza i podniósł dłoń w oszczędnym geście. Z korytarza wyszła Serana, niosąc w obu dłoniach Prastary Zwój, w taki sposób, jak zwykle dama niesie miecz przed uroczystym wręczeniem go rycerzowi. Uśmiechnęła się nieśmiało i podała go kapłanowi. Ten, zgodnie z cyrodiilijską etykietą, podziękował jej lekkim ukłonem i odebrał artefakt. Serana zerknęła na mnie i znów się uśmiechnęła, po czym cofnęła się o krok. Dexion uroczystym ruchem przygotował się do jego rozwinięcia.

     Zerknąłem na Israna i skinąłem mu głową w podzięce. To bez wątpienia on wydał polecenie, aby to właśnie Serana wręczyła kapłanowi zwój. Czyżby docenił jej wkład w uratowanie Dexiona? A może po prostu pamiętał, kto ten zwój tutaj dostarczył? Tak, czy owak, gest był miły i z pewnością przyczynił się od lepszej atmosfery w zamku, przynajmniej na czas ceremonii.

     - A teraz bardzo prosiłbym wszystkich zebranych o ciszę – oznajmił kapłan. – To, co mam odczytać, to nie jest zwykłe pismo. To magia, zsyłająca wizje. Niełatwo je ujrzeć. Trzeba wejść w magiczny rezonans z tym artefaktem. Jest to trudne i wymaga koncentracji.

     Wszyscy obecni podeszli do tego ze zrozumieniem. W sali było tak cicho, że można było usłyszeć przelatującego komara, gdyby tylko jakiś się pojawił.

Centralna sala stołpu w twierdzy Obrońców Świtu

     Dexion również milczał. Jego dobrotliwa twarz uspokoiła się, znikły z niej wszelkie emocje. Odniosłem wrażenie, że nawet zmarszczki przy oczach mu się wygładziły, ale to mogło być złudzenie, spowodowane niedostatecznym światłem. Z zamkniętymi oczami milczał przez chwilę, starając się oddychać równo i miarowo. Wreszcie otworzył oczy i delikatnym ruchem rozwinął zwój. Ale choć skierował na niego wzrok, odniosłem wrażenie, że nań nie patrzy. Wydało mi się, że patrzy znacznie dalej, nie tyle na zwój, co przez zwój. I widać było po nim, że kosztuje go to niemało wysiłku.

     - Mam przed oczami wizję – odezwał się nagle głębokim, uroczystym głosem. – Obraz wielkiego łuku.

     Ledwo dostrzegalnie skinął głową, jakby potwierdzał swoje własne myśli. Ja zaś oczami wyobraźni ujrzałem ogromną tęczę, jednak kapłan szybko rozwiał tę wizję. Chodziło mu bowiem o broń.

     - Znam tę broń – oznajmił. – To Łuk Auriela…

     Umilkł nagle i zmarszczył brwi. Nieznacznie przekręcił głowę, jakby czegoś nasłuchiwał.

     - Teraz jakiś głos… Szepce… Pośród dzieci nocy powstanie straszny władca! W erze sporów, gdy smoki powrócą do królestwa ludzi, ciemność zmiesza się ze światłem, a noc i dzień staną się jednością.

     Zamilkł i na chwilę przymknął oczy, jakby chciał dać im odpocząć.

     - Głos cichnie – szepnął. – A słowa zaczynają brzmieć coraz bardziej niewyraźnie. Ale zaraz, jest coś jeszcze! Sekret mocy Łuku jest opisany gdzieś indziej. Myślę, że w innych zwojach są jeszcze informacje o proroctwie. Tak, widzę je… Jeden z nich zawiera starożytne tajemnice smoków, a drugi mówi o mocy starożytnej krwi.

     Znów przymknął oczy. Wydawał się coraz bardziej zmęczony. Gdy na powrót je otworzył, westchnął tylko i delikatnie potrząsnął głową.

     - Moja wizja ciemnieje – szepnął Dexion. – Nie widzę już nic.

     Opuścił zwój i począł machinalnie zwijać go do pierwotnego kształtu. Ciężko przy tym oddychał, widać cały ten rytuał musiał kosztować go wiele wysiłku. Po chwili podniósł głowę i spojrzał w naszą stronę.

     - Aby poznać całe proroctwo, musimy zdobyć dwa pozostałe zwoje.

     Wykonał przy tym przepraszający gest, jakby to była jego wina, że nie znalazł satysfakcjonujących nas informacji. W Skyrim taki gest budził zdziwienie, ale w Cyrodiil był czymś powszechnym. Kapłan podszedł do nas i wręczył zwój Isranowi, który stał najbliżej.

     - Muszę odpocząć – szepnął. – Czytanie mnie zmęczyło.

     I nagle zatoczył się tak, że byłby upadł, gdyby Isran nie złapał go wpół. Wcisnął mi w ręce zwój i złapał go drugą ręką. Poprawił chwyt i wsparł na swoim ramieniu.

     - Chodź, staruszku – uśmiechnął się. – Potrzebujesz odpoczynku. Zaprowadzę cię.

     I ruszyli wolno w stronę komnat. Zerknąłem bezwiednie na zwój, mając pustkę w głowie. Westchnąłem przeciągle. Niewiele nam wyjaśnił ten rytuał. Właściwie dowiedzieliśmy się tylko, że potrzebujemy jeszcze dwóch innych zwojów. Ale jedna informacja sprawiła, że zrobiło mi się cieplej na sercu. Chodziło o to, że jeden zwój miał traktować o starożytnych smokach. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Czyżby chodziło mu o zwój, którego użyłem do pokonania Alduina? Tego, który teraz spoczywał w archiwach Arcaneum? Było niepodobieństwem, aby chodziło o coś innego. Pradawne Zwoje były w naszym  świecie niezwykłą rzadkością. Prawdopodobieństwo istnienia innego zwoju na temat smoków było tak nikłe, że trudno było to nawet wziąć pod uwagę. To musiał być ten. A zatem jedno z zadań, jakie nas czekały, okazało się niezmiernie łatwe. Wystarczyło udać się do Zimowej Twierdzy i porozmawiać z Uragiem. Gorzej z tym drugim…

     Delikatne dotknięcie w ramię wyrwało mnie z zamyślenia.

     - Masz chwilę, by porozmawiać? – spytała Serana.

     Skinąłem zamyślony głową. Wolnym krokiem powlokłem się za nią, w stronę przedsionka jednej z komnat, gdzie znajdowało się kilka stołów i ław.

     - O czym myślisz? – spytałem siadając.

     - Kapłan Ćmy… Dexion – powiedziała powoli. – Mówił, że potrzebujemy dwóch pozostałych Pradawnych Zwojów.

     Potwierdziłem. Pochyliła się ku mnie i szepnęła.

     - Chyba wiem, gdzie należy zacząć ich szukać.

     Spojrzałem na nią zdumiony.

     - Dlaczego wcześniej nic nie powiedziałaś? – bąknąłem.

     Uśmiechnęła się smutno.

     - Połowa ludzi z twojej małej drużyny prędzej by mnie zabiła, niż ze mną porozmawiała – wzruszyła ramionami. – To nie zachęca do otwierania się przed innymi. Jesteś jedynym człowiekiem, który zawsze ma dla mnie czas i nie traktuje jak trędowatego. Nawet Isran, choć muszę przyznać, że się stara, nie potrafi opanować wstrętu, gdy na mnie patrzy. Nie umiem z nim rozmawiać. Z tobą to co innego.

     Milczałem przez chwilę, nie wiedząc jak zareagować.

     - Co zrobisz z tą wiadomością, to już twoja sprawa – odezwała się znów. – Nie zależy mi na sekrecie, a nawet rozumiem, że musisz się nią podzielić z Isranem. Ale ja nie potrafię, gdy on przy mnie nawet odruchowo wstrzymuje oddech, zupełnie jakbym cuchnęła rozkładającym się mięsem.

     Pokiwała głową, po czym dodała z ironią.

     - Nawet mój ojciec zgotował mi cieplejsze powitanie, a to już coś znaczy.

     Uśmiechnąłem się na te słowa, choć żart należał raczej do kategorii smutnych.

     - Ufasz Harkonowi choć trochę? – spytałem znienacka. – W końcu, to twój ojciec.

     Westchnęła przeciągle.

     - To nie jest kwestia zaufania – oznajmiła z grymasem niesmaku na twarzy. – On ma prawdziwą obsesję na punkcie tego proroctwa. A o ile zdołałam zaobserwować, dodatkowy tysiąc lat tej obsesji nie poprawił jego stanu. Powinniśmy znaleźć mu jakieś hobby…

     Roześmiałem się. Ona również uśmiechnęła się, choć nie był to radosny uśmiech.

     - Myślę, że nawet nie widzi już we mnie córki. Jestem tylko narzędziem do osiągnięcia celu.

     Ku mojemu zdziwieniu, nie zauważyłem na jej twarzy żadnych oznak bólu, czy zawodu. Chyba już pogodziła się z tą sytuacją.

     - Wracając do tematu – odezwałem się. – Wspomniałaś o Pradawnych Zwojach.

     - Wiem coś o jednym – uśmiechnęła się przepraszająco. – Wprawdzie nie wiem, gdzie jest, ale znam kogoś, kto może wiedzieć.

     - A tym kimś jest? – spojrzałem na nią pytająco.

     - Moja matka – oznajmiła z kamienną twarzą. – Lady Valerica. Ona powinna wiedzieć, gdzie znaleźć zwój o starożytnej krwi.

     - Niby skąd?

     Uśmiechnęła się tajemniczo.

     - Bo kiedyś ten zwój należał do niej. Zapewne ukryła go gdzieś, ale musi wiedzieć, gdzie. A nawet, jeśli przypomnisz sobie, że sama pozostaje w ukryciu, przy odrobinie szczęścia będzie miała go przy sobie.

     Zalała mnie fala gorąca. Jeden ze zwojów leżał w zasięgu rąk, o drugim mieliśmy jakieś wskazówki, aby go poszukać. Sprawa wydawała się trudna, ale nie beznadziejna. Jednak zaraz ogarnęły mnie wątpliwości.

     - Wspominałaś, że nie wiesz, gdzie się ukryła – spojrzałem jej w oczy. – Mówiłaś coś o jakiejś domenie Otchłani.

     Przytaknęła.

     - Nie wiem, ale też niewiele o tym myślałam, bo nie próbowałam jej znaleźć. Otchłań to jedynie domysł i wydaje się to oczywiste. Ale pewności nie mam.

     Wzruszyłem ramionami.

     - Czyli jak poszukiwanie igły w stogu siana – burknąłem.

     Ale ona wolno pokręciła głową.

     - Pamiętaj, że byłyśmy sobie kiedyś bardzo bliskie – odparła. – Wiem o niej wiele, o wiele więcej niż mój ojciec. W miarę, jak oni oddalali się od siebie, rosła bliskość pomiędzy matką i mną. Znam wiele jej sekretów, których istnienia mój ojciec nawet się nie domyśla. Nie będzie to łatwe, oczywiście, ale warto jej poszukać. Gdy zaczniemy, prawdopodobnie wpadniemy na jakiś trop. Jak ją znam, zadbała wprawdzie o to, aby ojciec jej nie znalazł, ale mogła dla mnie pozostawić wskazówki, które tylko ja potrafię odczytać, a na które on nawet nie zwróci uwagi.

     Pokiwałem głową. To miało sens.

     - Ostatnim razem, gdy się widzieliśmy – rzekła zamyślona – mówiła, że… Jak to było? Uda się w bezpieczne miejsce… Gdzieś, gdzie nie znajdzie jej mój ojciec. Poza tym, nic więcej nie chciała mi powiedzieć. A ja nie nalegałam. Pewnie obawiała się, że ojciec może ode mnie wyciągnąć jakieś informacje.

     - A może? – spytałem, zerkając na nią.

     - I tak, i nie – prychnęła. – Gdyby po tych wszystkich latach przyjął mnie inaczej, gdyby pokazał, że mu na mnie zależy. Może wtedy. Ale po tym, co widziałam w zamku, co słyszałam od niego samego, zdecydowanie nie. Ale gdyby wziął mnie na tortury, nie wiem, czy zdołałabym zachować tajemnicę. Zresztą, tego nikt nie wie. Każdemu wydaje się, że jest nie wiem jak odważny, dopóki nie zobaczy oprawcy. Dlatego lepiej nie wiedzieć.

     - Tortury? – spojrzałem na nią pytająco. – Mówisz poważnie?

     - Jak najpoważniej.

     - Swoją własną córkę poddałby torturom?

     Wzruszyła ramionami.

     - Nie mam złudzeń – odparła ponuro. – Już nie. Chwilami boję się go bardziej niż twojego Israna. Ten wprawdzie też chętnie by się mnie pozbył, ale przynajmniej zabiłby mnie jednym cięciem topora, bez niepotrzebnego znęcania się nade mną.

     Nie wiem, czy był to jej celowy zabieg, czy zwyczajna chwila słabości, ale w tym momencie naprawdę zacząłem jej współczuć. Była bowiem zupełnie sama. Nigdzie nie miała żadnych przyjaciół, ani pośród wampirów, ani pośród ludzi. Nikogo, komu mogłaby zaufać, albo poprosić o pomoc. Nikogo… Oprócz mnie…

     - Przypomnij sobie, co powiedziała ci matka – odezwałem się, rad, że mogę zmienić nieprzyjemny dla niej temat.

     Potarła brodę w zamyśleniu.

     - Jak ona to powiedziała… „Miejsce, gdzie by nigdy nie szukał”. Brzmiało to bardzo tajemniczo, ale przykuwało uwagę.

     - Masz jakiś pomysł?

     Pokręciła głową.

     - Nie mogę pojąć, dlaczego powiedziała mi to akurat w taki sposób – ciągnęła zamyślona. – Pamiętam brzmienie jej głosu. To wyglądało tak, jakby chciała, żebym to zapamiętała. Tyle że – potrząsnęła głową – nie ma takiego miejsca. Myślę, miejsca, którego by mój ojciec nie przeszukał. A miał na to mnóstwo czasu. Stąd moje skojarzenie z Otchłanią.

     Westchnąłem cicho.

     - A może jakaś krypta? – podsunąłem. – Tak samo, jak ukryła ciebie?

     - Nie sądzę – pokręciła głową. – Przedtem kilka razy wspomniała, że chce zachować przytomność, na wypadek, gdyby ta sprawa poszła w nieprzewidzianym kierunku. Cóż, jedna z nas musiała. Kto inny mógłby mnie wtedy uwolnić, skoro tylko ona wiedziała, gdzie jestem ukryta?

     Uśmiechnąłem się zadumany. Nie przewidziała widać, że pojawią się na świecie takie łazęgi jak Lydia i ja.

     - Poza tym, no cóż – dodała Serana. – Była o wiele potężniejsza niż ja. Było jasne, że to ona pozostanie na świecie, choćby po to, aby w razie czego się mną zaopiekować. Mówię ci, że chyba udała się do Otchłani, do innej domeny. Tak sobie to przynajmniej wyobrażam, bo pewności nie mam.

     Pokiwałem głową. To brzmiało logicznie. Nie przychodziło mi do głowy żadne inne miejsce, w którym lady Valerica mogłaby się ukryć na tak długo, bez niebezpieczeństwa odkrycia jej przez Harkona.

     - Gdzie Twój ojciec na pewno by jej nie szukał? – mruknąłem w zamyśleniu. – Skoro my mielibyśmy przeszukać inne domeny, dlaczego nie twój ojciec? Może nie chodzi tu o Otchłań w dosłownym znaczeniu? Mówi się, że najciemniej jest pod latarnią. Obrońcy Świtu… Raczej nie szukałby jej wśród nas, ale to brzmi za bardzo fantastycznie. Poza tym, czy Obrońcy Świtu już wtedy istnieli?

     - Nie wiem – pokręciła głową. – Ale nawet jeśli, to wobec niej byliby jeszcze mniej mili niż wobec mnie. To skończyłoby się rzeźnią.

     - Mogło do niej dojść dawno temu – mruknąłem. – Ale to niczego nie zmienia, dziś musiałaby się ukrywać gdzieś indziej. Na jej miejscu schowałbym się gdzieś pod jego nosem. Najlepiej w zamku Volkihar. Szukałby mnie po całym świecie, ale może nie wpadłby na to, że jestem tak bardzo blisko. Tylko czy nie miał już okazji przeszukać go wiele razy?

     - Miał – szepnęła zamyślona. – Ale czekaj, to miałoby sens…Raczej nie kryjówka, bo tę Harkon na pewno by odkrył. Ale wskazówka. Mogła ją pozostawić na zamku, ale w takiej formie, że on nigdy by jej nie znalazł, nawet gdyby na nią patrzył.

     - Ale ty? – podsunąłem. – Ty mogłabyś, tak?

     - Być może – skinęła głową. – Nie wiem na pewno, ale to bardzo możliwe. Jeśli matka pozostawiła mi wskazówkę, to na pewno taką, która rzuciłaby mi się w oczy, ale ojciec nie zwróciłby na nią uwagi.

     Pokiwałem głową. To wszystko miało sens. Nie podobało mi się wprawdzie, że musimy udać się do zamku Volkihar, prosto pod nos wampirów, ale byłem pewien, że jakoś sobie poradzimy. Drżałem jednak na myśl, że być może będziemy musieli udać się do Otchłani.

     Otchłań była czymś, co w każdym śmiertelniku budziło nieopisany lęk. Zdarzały się wprawdzie wyjątki, jak Bohater z Kvatch, który swego czasu wzdłuż i wszerz spenetrował obcą domenę i to nie byle jaką, bo najgorszą z najgorszych, czyli należącą do samego Mehrunesa Dagona. Miałem tylko nadzieję, że w naszym przypadku nie będzie tak źle. Przez chwilę przyszło mi nawet na myśl, że być może trzeba będzie udać się do Mroźnej Przystani, domeny przyjaznej mi Meridii, ale odrzuciłem tę myśl. Meridia nienawidziła nieumarłych, a więc również wampirów. Raczej nie pomogłaby jednemu z nich. Z drugiej strony, tam Harkon nie szukałby na pewno…

     - Czyli musimy odwiedzić zamek Volkihar – powiedziałem wolno. – Nie powiem, żeby mnie to uszczęśliwiało.

     Cień uśmiechu przemknął przez twarz Serany.

     - Mnie też – zapewniła. – Ale możemy zwiększyć swoje szanse. Pójdziemy tam za dnia.


środa, 24 kwietnia 2024

Rozdział XX –Powrót

     Wampir to szczególny rodzaj nieumarłego. Zwykle, w przypadku draugrów, duchów, czy szkieletów nie ma większego znaczenia, w którą część ciała się trafi. Narządy wewnętrzne nieumarłych, o ile ci w ogóle je posiadają, nie żyją już, więc nie spełniają tej samej funkcji, co u żywego człowieka. Zabija je nie rana, a skoncentrowana w grocie lub ostrzu miecza wola wojownika, odbierająca energię mrocznej sile, podtrzymującej pozory jego życia. Z wampirem jest inaczej. Wprawdzie jest zimny i martwy, ale jego narządy funkcjonują nadal, tylko w inny sposób, napędzane magiczną energią życiową innych istot. Dlatego nadal warto celować w głowę, w szyję, albo w serce.

     Strzała w skroń posłała wampira na posadzkę. Stał w cieniu, po przeciwnej stronie magicznej kopuły, więc pozostałe wampiry nie od razu zorientowały się, co się stało, gdy gruchnął na twarz. Zdążyłem napiąć łuk po raz drugi i wypuścić strzałę do następnego. Jednocześnie kątem oka dostrzegłem jasny rozbłysk – to Serana zaatakowała swoją przeciwniczkę.

     Upewniwszy się, że drugi wampir leży, skierowałem się w stronę obu wampirzyc, by w razie potrzeby przyjść mojej sojuszniczce z pomocą. Ale ona jej nie potrzebowała. Najpierw sparaliżowała przeciwniczkę potężną błyskawicą, a potem, wciąż nie przerywając zaklęcia, zbliżyła się do niej z obnażonym mieczem. Zdołałem jeszcze dostrzeż grymas bólu i zaskoczenie w oczach wampirzycy. Niewątpliwie, poznała córkę lorda Harkona, zanim ta utopiła miecz w jej piersi. Nie zdołała jednak nic powiedzieć. Osunęła się bez słowa u stóp Serany.

     Podszedłem do niej, chcąc się upewnić, że nic jej się nie stało. Ale ona nie spojrzała na mnie, tylko wciąż wpatrywała się w martwą wampirzycę. Westchnąłem przeciągle.

Kopuła, w której uwięziono kapłana

     - Ciężko zabijać swoich – mruknąłem ze szczerym współczuciem. – Znałaś ją?

     Potrząsnęła głową, po czym spojrzała na mnie zamyślona.

     - Powiedz mi – odezwała się z niejakim wysiłkiem. – Czy ja też jestem dla ciebie kimś tak odrażającym, jak ona dla mnie?

     Zdziwiony zerknąłem na martwą wampirzycę. Była chuda i miała przedwcześnie pomarszczoną, bladą twarz o ostrych i nieprzyjemnych rysach. Widziałem jeszcze jej dłonie, wystające spod szaty. Chude dłonie o cienkich palcach, pogrubiałych w okolicach stawów, jakby cierpiała na artretyzm.

     Spojrzałem na Seranę. Wydawała się być zdezorientowana.

     - Nie… – odrzekłem z wahaniem. – Nie do końca. Ona jest zwyczajnie brzydka, a ty… No cóż, zewnętrznie prezentujesz się całkiem nieźle.

     Wiem, że zabrzmiało to nie tak, jak powinno, ale przynajmniej było szczere.

     - Czy to znaczy, że nie brzydzi cię moja obecność?

     Musiałem mieć głupią minę, bo całkowicie mnie zaskoczyła.

     - Nie wiem, jak to powiedzieć – zająknąłem się. – Nadal czuję się przy tobie nieswój, nadal odczuwam jakiś pierwotny lęk przed tobą, ale obrzydzenie? Nie, nigdy go nie czułem.

     W jej błyszczących oczach zajarzyła się cieplejsza iskierka. Chyba moja odpowiedź sprawiła jej przyjemność. Skinęła głową i wskazała na najstarszego rangą wampira, leżącego ze strzałą w skroni.

     - To Malkus – prychnęła. – Ważna osoba w zamku. Chyba pokrzyżowaliśmy trochę plany mojego ojca… Co teraz?

     Mówiąc to, wskazała na kopułę, pod którą wciąż uwięziony był kapłan. Zerknąłem w jego stronę. Siedział na posadzce zgarbiony, z opuszczoną głową, nie zdając sobie sprawy z tego, co się wokół niego dzieje. Nie było po nim widać, aby nadal odczuwał jakieś cierpienie, ponad to, które brało się z poczucia klęski. Nie wiedziałem jednak, jak działa magiczna kopuła i czy przypadkiem nie sprawia jakiegoś dodatkowego bólu. Trzeba było szybko ją zdjąć.

     Tylko jak? Miałem nadzieję, że ta bariera zniknie sama, gdy tylko zginie wampir, będący w moim mniemaniu  jej źródłem. Nic takiego jednak się nie stało. A znaczyło to jedynie, że źródło znajdowało się gdzieś indziej. Gdzie zatem?

     - Wiesz, jak to otworzyć? – spytałem Seranę.

     Pokręciła głową.

     - Kiedyś, dawno temu, widziałam coś podobnego, ale nie mam pojęcia, jak to powstaje – odparła. – Wiem tylko, że do tego potrzebne jest odpowiednie miejsce.

     - Nie rozumiem…

     - No – wykonała ręką niepewny gest – nie wszędzie można to przywołać. Potrzebne są jakieś magiczne instalacje. Tam gdzie ich nie ma, nie da się tego zrobić.

     - Aha…

     Uśmiechnąłem się do niej z wdzięcznością, bowiem była to bardzo cenna informacja. To nie wampir wytwarzał barierę, lecz jakiś przedmiot w tej jaskini! Trzeba było go tylko znaleźć.

     Serana zaczęła szukać na górnym poziomie, ja natomiast zabrałem się za obmacywanie skalnej ściany, w nadziei, że znajdę jakąś ukrytą wnękę, zawierającą magiczny artefakt. Ale nie zdążyłem jeszcze dotrzeć nawet do jej połowy, gdy dobiegło mnie wołanie Serany.

     - To musi być to!

     Pobiegłem wzrokiem za jej głosem. Stała przy jakimś kamiennym postumencie i przywoływała mnie machaniem ręki. Wdrapałem się na górę. Istotnie, nie trzeba było znać się na magii, by odgadnąć, że to właśnie było źródło. Kamienny postument bowiem nie tylko magicznie wibrował, ale też lekko świecił. Przy czym nie całą powierzchnią, tylko ukazywały się na nim świetliste wzory, to przygasające, to znów rozbłyskujące.

Magiczny cokół, uruchamiający barierę

     No dobrze, ale jak to wyłączyć? Żadne z nas nie wiedziało. Postument nie reagował na żadną z odmian Magii Zniszczenia, która to przecież najszybciej wchodzi w interakcję z magicznymi przedmiotami. Wypróbowaliśmy również zaklęcia innych szkół, ale bez skutku. Moją uwagę zwróciło niewielkie, okrągłe zagłębienie na szczycie, ale choć obmacałem je dokładnie, niczego nie udało mi się dokonać.

     - Ale wzorek na szczycie jest inny – odezwała się Serana, dokładnie mu się przyglądając. – Światło tutaj tworzy inne linie, jakby rozetę. To musi mieć jakieś znaczenie…

     Istotnie, miała rację, ale w żaden sposób nie poprawiało to naszego położenia, ani położenia uwięzionego kapłana, bowiem w dalszym ciągu nie wiedzieliśmy, co z tym zrobić. Najpierw szukaliśmy jakiejś ruchomej części. Zwykle usuwając tę część z magicznego artefaktu, wyłączało się jego działanie. I co z tego, gdy niczego takiego nie było. Oglądaliśmy postument ze wszystkich stron, obmacywaliśmy go, próbowaliśmy nim poruszyć – nic. Na domiar złego, jedyna osoba, która mogła coś wiedzieć, zdawała się być nieprzytomna. Kapłan nie odpowiadał na nasze próby nawiązania z nim kontaktu. Siedział na kolanach ledwo żywy na środku swego więzienia i zdawał się drzemać.

     W końcu Serana wpadła na pomysł.

     - Skoro niczego tu nie ma – mruknęła, ni to do mnie, ni to do siebie – To może trzeba zadziałać odwrotnie?

     Spojrzałem na nią pytająco.

     - No, tak tylko głośno myślę – odrzekła. – Jeśli nic stąd nie da się usunąć, to może właśnie trzeba zrobić coś wręcz przeciwnego? Może trzeba tu coś umieścić?

     Pochyliła się nad tajemniczą wnęką i delikatnie przesunęła po niej palcami.

     - To mi nie daje spokoju. Gładka jak lustro…

     Miałem już na ustach jakiś głupi żart o wampirach i lustrach, ale ugryzłem się w język. W tym momencie bowiem jako żywo przypominała mi Lydię. Tak samo jak ona, przeanalizowała sytuację i wyciągnęła prawdopodobny wniosek. Nawet ruchy miała podobne, gdy zamyślona obracała palec po krawędzi wnęki. Zdjąłem rękawicę i również przejechałem palcem po wnęce. Rzeczywiście, była zupełnie gładka, jakby wypolerowana. Po co? No cóż, mogła mieć rację.

     - Sprawdźmy to – zaproponowałem. – Załóżmy, że trzeba tu coś umieścić, A jeśli tak, to owo coś na pewno jest…

     Jak na komendę obróciliśmy głowy w kierunku Malkusa. Potem spojrzeliśmy na siebie i roześmialiśmy się, nie wiadomo z jakiej przyczyny. Fakt, że oboje jednocześnie pomyśleliśmy o tym samym, rozbawił nas, choć przecież nie było to nic nadzwyczajnego. Szybko zbiegliśmy ze schodów i stanęliśmy nad zwłokami Malkusa. Przez chwilę spoglądałem na jego skórzany płaszcz. Jeśli miał jakieś kieszenie, to na pewno z przodu. Z wysiłkiem przewróciliśmy go na plecy, po czym Serana niecierpliwie sięgnęła do skórzanej torebki, przytroczonej do jego pasa. Szarpnęła sprzączkę i wysypało się z niej kilka drobiazgów. Jakiś klucz, kilka monet, tajemnicza, nieopisana fiolka i…

     - To musi być to!

     Wyciągnąłem rękę i chwyciłem błyszczący przedmiot, lekko wibrujący nieznaną mi magią. Był to półprzezroczysty dysk, w kształcie soczewki, wielkości pięści. Z pewnością będzie pasował do wnęki postumentu. Ruszyłem na górę, Serana za mną. Niewiele się namyślając, włożyłem magiczną soczewkę do wnęki na szczycie postumentu. Świetliste wzory przygasły i ucichło ciche buczenie, jakie do tej pory rozlegało się w jaskini, a które zauważyłem dopiero wtedy, gdy ustało.

     Bariera rozwiała się.

     Oboje, jak na komendę, zerknęliśmy w kierunku kapłana. Nie zareagował. Nadal siedział zgarbiony na kolanach, nie zauważywszy nawet, że jest już wolny. Chyba nie był do końca przytomny. Zeszliśmy na dół. Serana, nie chcąc go przestraszyć swoją obecnością, zatrzymała się na dole schodów, ale ja podszedłem do kapłana i delikatnie położyłem mu dłoń na ramieniu. Nie drgnął, jakbym się spodziewał, tylko wolno, jakby z wielkim wysiłkiem, otworzył oczy.

     Spojrzałem w jego twarz. Był to brodaty Cyrodiilijczyk, po pięćdziesiątce, o łagodnych i na swój sposób szlachetnych rysach twarzy. Jego ciemne oczy, zapewne zwykle promieniały właściwą takim ludziom mądrością, ale teraz wciąż czaił się w nich obłęd. Odniosłem wrażenie, że w dalszym ciągu niczego nie widzi.

     - Czy mnie słyszysz? – spytałem, lekko ściskając jego ramię. – Wiesz kim jesteś? Pamiętasz, co się tu wydarzyło?

     Trwało chwilę, zanim jego źrenice poruszyły się. Wolno, na pół przytomnie rozejrzał się wokoło. Jego wzrok znieruchomiał, gdy dostrzegł martwego Malkusa. Ciche westchnienie wydobyło się z jego ust. Wolno podniósł głowę i wyraźnie zdezorientowany spojrzał na mnie.

     - Jesteś wolny – odezwałem się. – Twoi prześladowcy nie żyją.

     Przez chwile przypatrywał mi się nieprzytomnym wzrokiem, po czym w jego twarzy zaczęły zachodzić zmiany. Zmrużył oczy, zacisnął usta i nagle spojrzał na mnie z taką wściekłością, że aż cofnąłem się o krok. Nad podziw zwinnie wstał na równe nogi.

     - Mój pan nie żyje – wycharczał nagle zachrypniętym głosem. – Lecz jego wrogowie zapłacą…

     I nieoczekiwanie poraził mnie błyskawicą!

     Samo zaklęcie rozeszło się częściowo po moich blachach i choć bolesne, wielkiej krzywdy mi nie uczyniło. Bardziej poraziła mnie myśl, że być może jego opór został złamany już na zawsze i kapłan stał się wampirzym sługą. Napotkałem już w życiu wielu wampirzych sług, ale nie wiedziałem nawet, czy służą im oni z własnej woli, czy też zostali w magiczny sposób zniewoleni. Wiedziałem jednak, że następnej błyskawicy mogę nie przetrzymać i muszę się bronić. Wyszarpnąłem miecz z pochwy. I zawahałem się. Co robić? Nie chciałem zabijać kapłana. Nie tylko dlatego, że go potrzebowaliśmy. Po prostu, nie chciałem go skrzywdzić. I tu wyręczyła mnie Serana, ciskając w niego błyskawicę, ale niespecjalnie silną. Też nie chciała go uśmiercić, a jedynie sparaliżować.

     Skutek okazał się nadspodziewany. Kapłan krzyknął i na moment znieruchomiał, po czym spojrzał przytomniej i uniósł obie ręce ponad głowę.

     - Poczekaj! – zawołał błagalnym tonem. – Przestań! Poddaję się!

     Zauważyłem, że tym razem jego głos był zupełnie inny – czysty i dźwięczny.

     - To nie ja walczyłem – zapewnił pospiesznie. – Widziałem swoimi oczami, ale nie kontrolowałem swoich czynów.

     Uwierzyłem mu. Schowałem Przedświt do pochwy. Serana również opuściła ręce i podeszła do nas, stając po mojej lewej stronie. Kapłan przyjrzał nam się, po czym westchnął głęboko.

     - Dziękuję wam za złamanie władzy, jaką miał nade mną ten podły wampir – wyszeptał.

     - Mam na imię Wulfhere – skinąłem mu głową. – Tutejsi mówią o mnie Dovahkiin. A to jest lady Serana. Wprawdzie wampir – zająknąłem się. – Ale nie z tych krwiożerczych.

     - Jak najbardziej krwiożerczy – prychnęła Serana. – Ale niegroźny dla dobrych ludzi.

     - Dovahkiin – szepnął kapłan. – Słyszałem to imię. Więc to ty? Dzięki niebiosom za twoją obecność.

     - Wszystko w porządku? – spytałem. – Jak się czujesz? Potrzebujesz uzdrowienia?

     Potrząsnął głową.

     - Nie, nic mi nie jest – zapewnił. – Jeszcze kręci mi się w głowie, ale to przejdzie. Nazywam się Dexion Evicus – skinął głową. – Jestem Kapłanem Ćmy z biało-złotej wieży.

     - Z wieży? – uniosłem brwi. – Sądziłem, że z Tajemnego Uniwersytetu.

     Zaprzeczył.

     - Siedzibą mojego zakonu jest Wieża z Białego Złota. To przywilej, dany nam jeszcze za czasów panowania dynastii Septimów.

     - Siedziba w samym centrum Cesarstwa – odezwałem się z podziwem. – Bliżej centrum już się chyba nie da.

     Uśmiechnął się skromnie i przytaknął. Po czym rozejrzał się wokół.

     - Znaleźliście się tu przypadkiem? – zapytał. – Czy też może celowo?

     - Celowo – odparłem. – Mamy do ciebie pewną prośbę. Szukaliśmy cię po całym Skyrim, aż w końcu natrafiliśmy na twój ślad. Gdy odkryliśmy, że cię porwano, przybyliśmy ci na ratunek.

     Zdziwienie odbiło się na jego twarzy.

     - Te wampiry – wskazał na ciało Malkusa – też twierdziły, że porywają mnie z konkretnego powodu. Nie chciały jednak go zdradzić. Sądziłem, że oczekiwały za mnie okupu, głupie istoty… Ale coś mi mówi, że się myliłem.

     - Zgadza się – uśmiechnąłem się. – Wiem, dlaczego wampiry cię potrzebowały, ponieważ my potrzebujemy cię w tym samym celu.

     - Tak? – tym razem nie okazał zdziwienia. – No dobrze, koniec z tajemnicami. Co mogę dla ciebie zrobić?

     - Jestem… W zasadzie oboje jesteśmy członkami pewnej organizacji. Nazywają nas Obrońcami Świtu.

     - Nie do końca – potrząsnęła głową Serana. – On jest, ja nie jestem. Ja tylko z nimi współpracuję. A chodzi o… No cóż. O Prastary Zwój. W nasze ręce wpadł pewien Prastary Zwój. Nie wiemy, co zawiera, ale wiemy, że wampiry z klanu Volkihar – tu wskazała głową na ciało Malkusa – koniecznie chcą to wiedzieć. Potrzebują tej wiedzy do realizacji swoich planów.

     - A my wolelibyśmy dowiedzieć się o tym zamiast nich – przytaknąłem. – Aby na czas im się przeciwstawić.

     Zaskoczony spoglądał kolejno to na nią, to na mnie.

     - Macie Prastary Zwój? – wyszeptał ze zdziwieniem. – Niesamowite… Jeśli moja wiedza historyczna jest coś warta, przypominam sobie, że Obrońcy Świtu byli starożytną grupą łowców wampirów.

     - Reaktywowali się – przytaknąłem.

     - I macie w swoich szeregach wampirzycę? – przyjrzał się Seranie. – Gdzie tu sens?

     Nie mogliśmy powstrzymać śmiechu.

     - To skomplikowane – oznajmiła Serana, z trudem tłumiąc wesołość. – Tak, jestem wampirem, ale stoję po stronie Obrońców Świtu. Kiedyś ci to wytłumaczę, ale to długa historia.

     Potarł ręką czoło.

     - No cóż – szepnął zamyślony. – Nasza historia zna również wampiry, które mimo przemiany pozostały dobrymi ludźmi. Choćby hrabia Hasildor ze Skingrad… Zatem chcecie, abym odczytał wam Prastary Zwój?

     Przytaknęliśmy jednocześnie.

     - Cóż, w tej kwestii możecie na mnie liczyć. Ale to wymaga kilku przygotowań.

     - Nie mamy go tutaj – odrzekłem. – Chcieliśmy cię prosić, żebyś odwiedził Twierdzę Świtu. Tam jest zwój i siedziba naszej organizacji.

     - Rozumiem – pokiwał głową. – Gdzie to jest?

     - Pod Pękniną – odparłem. – Niedaleko Sygnału Stendarra i granicy z Morrowind.

     Pokręcił głową. W międzyczasie Serana zaproponowała, aby wreszcie opuścić to miejsce i udać się do Smoczymostu. Ruszyliśmy więc w stronę wyjścia.

Serana w Kryjówce Przodków

     - Przejeżdżałem tamtędy – odezwał się kapłan. – Byłem przy granicy z Morrowind. Ale żadnej twierdzy tam nie widziałem.

     - Jest dobrze ukryta – odparłem. – Niełatwo ją znaleźć.

     - Więc rozumiem, że mnie zaprowadzicie?

     Pozornie nic prostszego, ale okazało się, że sprawa była trochę bardziej skomplikowana. Otóż, kapłan za żadne skarby nie chciał podróżować nocą. I trudno było mu się dziwić, po tym co przeszedł. Z kolei Serana nie mogła maszerować w dzień. Poza tym, kapłan nie był typem piechura. Życie spędził w stolicy, pośród ksiąg i nie miał najlepszej kondycji. Wolał wynająć powóz. W końcu, gdy już wyszliśmy na zewnątrz, wpadłem na pomysł.

     - Poproszę kapitana Maro o eskortę dla ciebie – oznajmiłem. – Nie powinien odmówić furmanki i kilku żołnierzy. My przyjdziemy później, bo wyruszymy dopiero następnej nocy.

     - Ale dokąd?

     Podrapałem się po nosie. Pamiętałem, z jakim trudem znaleźliśmy wejście do wąwozu. Czy nawet jeśli dam mu wskazówki, trafi sam? Ze zrozumiałych względów, nie rozgłaszałem nikomu jego lokalizacji. Wiedział o niej w zasadzie tylko jeden z moich przyjaciół, któremu mogłem zaufać i któremu zdradziłem tę tajemnicę, aby w razie czego wiedział, gdzie mnie znaleźć.

     - Najpierw dotrzyj do Pękniny – oznajmiłem. – Tam musisz znaleźć kuźnię mistrza Balimunda. To przy samym targowisku, łatwo znaleźć.

     - A on wie?

     - Nie wie, ale na pewno będzie wiedział, gdzie znaleźć Aerina. Zapamiętasz? Aerin. Powołaj się na mnie i spytaj o niego. Aerin wskaże ci drogę.

     - Aerin – powtórzył kapłan. – Dobrze, tak zrobię.

     Do Smoczymostu nie było daleko. Wprawdzie trwała jeszcze noc, ale szczęśliwie kapitan był już na nogach i nie musiałem wyciągać go z łóżka. Zgodził się nam pomóc, tak jak przypuszczałem. Mój stopień legata wciąż jeszcze otwierał wiele drzwi. Pożegnaliśmy więc kapłana, ale sami nie udaliśmy się do gospody, jak zamierzałem. Powodem była Serana. Za nic nie chciała spędzić dnia, pogrążona we śnie, w miejscu publicznym. Obawiała się obcych i niestety, wiedziałem, że ma rację.  Nie było innego wyjścia, jak tylko wrócić do Samotni. I to szybkim krokiem, bo niebo na wschodzie już jaśniało.

     Przespaliśmy cały dzień w Dumnej Wieżycy, aby wieczorem wyruszyć znów na szlak. Nisko wiszące, zachodzące, czerwone słońce, choć na pierwszym, nie osłoniętym przez las odcinku drogi raziło w oczy, zdawało się nie wywoływać już u Serany żadnych niepożądanych efektów. Zaszło zresztą bardzo szybko. Ruszyliśmy zwykłym, marszowym krokiem, niespecjalnie się spiesząc, bowiem dziś zamierzaliśmy dojść jedynie do Wąwozu Rabusiów. Opuszczone, obozowisko na uboczu, gdzie w dodatku stała solidna, drewniana chata, w naszej sytuacji stanowiło lepsze miejsce na odpoczynek niż pełna ludzi gospoda w Rorikstead. Cała noc to aż nadto czasu, by tam dotrzeć.

     Takoż i dotarliśmy na długo przed świtem, w dodatku bez żadnych przygód. Ostrożnie omiotłem zaklęciem dawne obozowisko rozbójników, ale nic mi się nie pokazało. Miejsce stało opuszczone. Weszliśmy więc za drewniane ogrodzenie, a ja starannie zamknąłem wrota, oddzielające je od traktu.

     Obozowisko powstało dość dawno, ale solidną, drewnianą zabudowę postawiono zaledwie kilka lat temu. Chata, most nad traktem, zbójnicka zapadnia, która pozwalała zrzucić podróżnym na głowy masywne głazy – wszystko to wciąż znajdowało się w dobrym stanie. Zresztą, po wytępieniu zbójów, wielu podróżnych korzystało z tego miejsca, więc nieraz bywało, że ten i ów co nieco dodał, lub też usunął jakąś pojawiającą się usterkę. Taki był niepisany kodeks podróżników, korzystających z ogólnie dostępnych miejsc. Każdy czul się zobowiązany, aby zostawić to miejsce w takim stanie, w jakim je zastał, albo nawet lepszym. Skutek był taki, że obozowisko powoli zamieniało się w pustą osadę. Wyposażenie chaty, choć skromne, powoli jednak stawało się coraz bogatsze, wszelkie usterki były niemal na bieżąco usuwane, a bywało, że nad paleniskiem wisiały uwędzone kawały solonego mięsa, gdzie nie ulegały zepsuciu. Wieszali je tam myśliwi, którzy sami korzystali z tego miejsca. Często nie zużywali całej tuszy ubitej zwierzyny, zostawiali więc resztę dla podróżnych. Ja sam kiedyś naprawiłem zamek w drzwiach chaty, gdy zdecydowałem się przeczekać w niej rzęsistą ulewę, jaka zaskoczyła mnie w czasie jednej z wędrówek, więc i ja miałem w tym niewielki udział. Na zewnątrz stało też kilka solidnych, płóciennych namiotów, pokrytych skórami, z których dwa, zapewne najczęściej odwiedzane, w pełni nadawały się do użytku. Problem był tylko jeden, a ja, choć znałem dobrze to miejsce, nie pomyślałem o tym przedtem. Dopiero, gdy weszliśmy do chaty, zdałem sobie sprawę, że jest w niej tylko jedno łóżko. Szerokie wprawdzie, ale tylko jedno. No tak, do tej pory podróżowałem z Lydią, więc zupełnie nam to nie przeszkadzało. Pewnie dlatego nie pomyślałem o tym na czas. Ale teraz?

Wąwóz Rabusiów

     Serana z rozbawieniem obserwowała moją twarz. Domyśliła się wszystkiego i nie potrafiła ukryć wesołości. A ja nie wiedziałem, gdzie mam podziać oczy.

     - Pomóż mi, Meridio! – pomyślałem rozpaczliwie.

     Przyszło mi do głowy, że ta dobrotliwa daedryczna władczyni, brzydząc się nieumarłymi, w jakiś sposób uratuje tego, którego sama kiedyś wybrała na swojego czempiona i obdarowała magicznym mieczem, wiszącym u mojego pasa. Postanowiłem grać na zwłokę, w nadziei, że sytuacja jakoś sama się wyklaruje.

     Chata miała dwie izby. W pierwszej, większej, znajdowało się palenisko, stał ciężki, drewniany stół, sklecony z grubych desek i kilka prostych krzeseł, które wyglądały, jakby wykonano je wyłącznie przy użyciu siekiery i to nie najostrzejszej. Był też równie dokładnie sklecony regał, na którym stało kilka prostych naczyń, metalowych garnków i drewnianych talerzy. W drugiej stała niewysoka szafka i spore łóżko, z grubym siennikiem i kilkoma wyleniałymi skórami i zużytymi kocami. Rzuciłem plecak na jedno z krzeseł, zdejmując jednocześnie hełm i kładąc go, razem z bronią na stole. Zaklęciem zapaliłem kaganek z resztką oliwy i zabrałem się za rozpalanie ognia. Serana tymczasem siadła na drugim, i wyprostowawszy nogi, odchyliła się w tył, jednocześnie zakładając ręce na kark. Ten gest, niby to pełen wyższości, dobił mnie jeszcze bardziej, pomimo wesołych ogników w jej oczach i drgających kącików ust.

     Zacząłem przygotowywać sobie posiłek. Przyglądała się moim ruchom, nie odzywając się ani słowem. Ja również milczałem, ale to dlatego, że w głowie miałem zupełną pustkę.

     W końcu zlitowała się nade mną.

     - W porządku – odezwała się.

     - Słucham? – podniosłem głową znad paleniska i spojrzałem na nią.

     - Zgadzam się – odparła. – Nawet nie tyle zgadzam się, co sama to proponuję.

     Tym razem nie utrzymała powagi. Roześmiała się cicho.

     - Nie rozumiem…

     Pokręciła głową, patrząc na mnie pobłażliwie.

     - Mogę spać w namiocie.

     Aż sapnąłem zaskoczony. Czyżby umiała czytać w myślach?

     - Może i jestem wampirem, ale nie zapominaj, że jestem też kobietą – odparła, przyglądając mi się z lekkim uśmiechem. – Każda kobieta domyśliłaby się, o czym myślisz. Widziałam twoją minę, gdy zerknąłeś na łóżko.

     Czułem jak pąs nachodzi mi na twarz, co jeszcze bardziej ją rozbawiło.

     - Widzę, że krew ci intensywniej krąży – roześmiała się. – Żyły ci pulsują. Aż tutaj czuję jej ciepło. Nie boisz się, że mnie tym sprowokujesz? Jestem kobietą, jak mówiłam, ale nie przestałam być wampirem.

     To mnie jeszcze bardziej zbiło z tropu. Milczałem przez chwilę, po czym odezwałem się, siląc się na spokój.

     - Ja pójdę do namiotu – oznajmiłem. – Jak sama zauważyłaś, jesteś kobietą, w dodatku z wysokiego, choć przeklętego rodu. Zasługujesz na odrobinę wygody. Jeśli to tutaj – wskazałem głową na prymitywne łóżko i zgrzebną pościel – można nazwać wygodą.

     - W namiocie może być zimno…

     - Tym bardziej!

     Ale ona pokręciła tylko głową.

     - Nie bądź uparciuchem – odparła pogodnym głosem. – Może, gdybyś był Nordem, zgodziłabym się na taki układ. Ale jesteś zmarzluch z południa, brak ci wrodzonej odporności na zimno. A ja przecież jestem wampirem, zimno mi niestraszne, bo go nie czuję.

     Zakłopotałem się.

     - Ale jesteś też kobietą…

     - Nieumarłą kobietą – przewróciła oczami.

     Po czym przechyliła się w moją stronę i niespodziewanie dotknęła dłonią mojego karku. Jej ręka była zupełnie zimna, jakby dotknął mnie kawałek metalu. Aż się wzdrygnąłem.

     - Widzisz? – skwitowała. – Sama jestem zimna, więc szkoda dla mnie miejsca w ciepłej izbie. Nie bój się, umoszczę sobie wygodne legowisko i dokładnie się okryję, nie przez zimnem, a przed światłem. Tak postanowiłam, więc nie traćmy czasu na bezowocną dyskusję.

     Nie wiedziałem, co powiedzieć.

     - Czuję się zakłopotany – wyznałem.

     - Niepotrzebnie. To będzie dla mnie nowe doświadczenie i sama jestem go ciekawa.

     - Czy… Czy zjesz coś?

     Spojrzała na mnie wzrokiem, który mógł wyrażać tak wiele, że nie potrafiłem zgadnąć, o czym właśnie myśli.

     - Odrobinę, dla towarzystwa.

     - A czy – zająknąłem się – czy nie musisz się posilić… No wiesz,… na swój sposób?

     Potrząsnęła głową.

     - A jak myślisz, dlaczego upieram się, by wędrować nocą?

     Zdziwiony wzruszyłem ramionami.

     - Bo słońce ci szkodzi, czy nie?

     - Wysysa ze mnie energię – skinęła głową. – Wyczerpuje i zmusza do częstych posiłków. Upierałam się przy tym, żeby tego uniknąć. Nie zawsze trafi się jakiś zbój, którego można wykorzystać. A zwykłych ludzi nie chcę zabijać.

     Przyznaję, że mnie to zdziwiło. I trochę ucieszyło.

     - Czyli nie chcesz zabijać?...

     Potrząsnęła głową.

     Milczałem przez chwilę, zanim odważyłem się zadać to pytanie.

     - Zawsze byłaś taka? Mam na myśli, czy nigdy nie lubiłaś zabijania?

     Wzięła głęboki oddech i spojrzała w górę, zanim na powrót zwróciła głowę w moją stronę.

     - Nie, nie zawsze – odparła.

     Odetchnęła kilka razy i znów spojrzała w górę, po czym cichym, spokojnym głosem zaczęła swoją opowieść.

     - Początkowo nie mogłam się przełamać. Bałam się tego, kim jestem i próbowałam uniknąć zabijania. Ale się nie dało. Pozostali zresztą naciskali na mnie. Jak dziś pamiętam swój pierwszy raz. To była kobieta, przerażona, zdezorientowana, nie wiedząca, co się z nią dzieje. Długo nie mogłam się z tego otrząsnąć. Potem, sama nie wiem jak, zaakceptowałam to, a nawet rozsmakowałam się we krwi i życiowej esencji. Mój ojciec wciąż powtarzał, że ludzie to zwierzyna, a my jesteśmy drapieżnikami i że nikt nie ma za złe wilkowi, że zabija. Ale mnie to nie pasowało. Wilka stworzyli bogowie i nic nie może za to, że musi zabijać. My zostaliśmy przemienieni na naszą własną prośbę. Chcieliśmy się nimi stać i nic nas nie usprawiedliwia. Coraz częściej zastanawiałam się, jak ja bym się poczuła, gdybym nie została przemieniona i zaatakowałby mnie wampir. Wiedziałam jedno – na pewno byłabym przerażona. Próbowałam uniknąć zabijania ludzi. Przez jakiś czas polowałam na zwierzęta, ale one nie były w stanie zaspokoić mojego głodu. Musiałam zabijać.

     - I kiedy przestałaś?

     Widziałem, że ta spowiedź kosztuje ją wiele wysiłku. Ale tym razem postanowiłem nie odpuszczać. Milczała chwilę, zanim znów się odezwała. Ale zaczęła mówić szybciej, jakby bała się, że nie starczy jej odwagi.

     - Kiedyś upatrzyłam sobie młodego wojownika. Obserwowałam go dłuższy czas, nie mogąc się zdecydować. Podobał mi się. Rozumiesz, jako mężczyzna… Z jednej strony, chciałam go posmakować na sposób wampira, z drugiej – nie chciałam, żeby zginął. Samo obserwowanie go sprawiało mi przyjemność. Pragnęłam go, a jednocześnie wiedziałam, że to pragnienie nigdy nie zostanie zaspokojone. Wtedy pojawiało się inne pragnienie – jego krwi. Skoro nie może być mój, nie będzie należał do nikogo. Ale potem znowu przychodziło wahanie. Byłam w rozterce. Widziałam kiedyś, jak rozprawił się z gromadką zbójów. Bez litości. I wtedy uznałam, że w takim razie on też nie zasługuje na litość. Poczułam ulgę. Następnego wieczoru odwiedziłam jego wioskę. Ale gdy zobaczyłam, jak bawił się z całą gromadką dzieci, znowu zwątpiłam. Było już ciemno, więc nie obawiałam się, że pozna kim jestem. Podeszłam bliżej. Skłonił się z szacunkiem, na widok mojego bogatego stroju, biorąc mnie pewnie za jakąś księżniczkę. Spytałam go, dlaczego dzieci się go nie boją, skoro wczoraj potrafił być tak bezlitosny. Zdziwił się. Odpowiedział, że dzieci niczemu nie są winne i nie muszą się go obawiać. A tamci zapłacili po prostu za swoje zbrodnie. Wtedy dotarło do mnie, że nie muszę zabijać każdego napotkanego człowieka. Mogę wybierać i zabijać tylko tych, którzy na to zasługują.

     - I wytrwałaś w tym postanowieniu?

     - Różnie bywało – westchnęła. – Powiedzmy, że zaczęłam się starać, ale czasami głód był nie do wytrzymania. Wbrew pozorom, nie tak łatwo znaleźć przestępcę, który zasługuje na śmierć. To znaczy, trudno znaleźć o nich informacje, kiedy żyje się poza ludzką społecznością. Ludzie wiedzą o tym i owym, ale przy obcych zwykle usta im się zamykają. Poza tym, żeby ograniczyć głód, musiałam prowadzić nocny tryb życia, no a ludzi jednak łatwiej spotkać w dzień. Tych złych, wbrew pozorom, również.

     - Długo to trwało?

     Pokręciła głową.

     - Nie wiem dokładnie, ile czasu. Wampiry inaczej postrzegają czas, a bywa, że w ogóle go nie zauważają. Na pewno parę ładnych lat. Może kilkadziesiąt…

     - A potem?

     Uśmiechnęła się z zadumą.

     - A potem zostałam uwięziona w krypcie. A kiedy mnie uwolniliście, zauważyłam, że wy postępujecie tak samo. Jesteście bezlitośni dla morderców, zbójów i nekromantów, a dla zwykłych ludzi jesteście gotowi narazić własne życie. I stwierdziłam, że mogę postępować tak samo. Tylko…

     - Tylko? – podchwyciłem.

     - Tylko za wszelką cenę muszę unikać słońca - sapnęła. – Wtedy jedna ofiara jest w stanie nasycić mnie na wiele dni. Niestety, słońce wysysa ze mnie te siły. Muszę wtedy posilać się o wiele częściej i to najlepiej zwyczajnie, pijąc krew, bez użycia magii, bo ta też kosztuje sporo energii.

     W kociołku zaczęło kipieć. Zdjąłem go z paleniska i rozłożyłem na talerzach ugotowaną potrawkę z kaszy i drobno siekanych kawałków mięsa z warzywami i przyprawami. Zaczęliśmy jeść. Niespiesznie, bo do świtu zostało jeszcze trochę czasu. Jadłem z apetytem, podczas, gdy Serana spróbowała tylko tej odrobiny, jaką kazała sobie nałożyć na talerz. Smakowała jej długo i uważnie, by na koniec stwierdzić, że ma całkiem przyjemny, choć nieco dziwny smak. Zapewne chodziło jej o wonne przyprawy z Cyrodiil, które kupiłem w Samotni. Za jej czasów pewnie nie były dostępne w Skyrim.

     A potem skinęła mi głową i udała się do najbliższego namiotu, zostawiając mnie samego.