piątek, 6 września 2019

Rozdział XXXIV – Cyrodiil

     W Cyrodiil thalmorskie zbroje, tutaj zwane po prostu elfimi, nie budziły takiego zainteresowania jak w Skyrim. Wielu wojowników takowe nosiło, choć rzadko kiedy były to zbroje kompletne. Trzeba pamiętać, że jak w całym Tamriel, wciąż prężnie działała tutaj Gildia Wojowników, organizacja w zasadzie nieobecna tylko w Skyrim. Tam bowiem działali Towarzysze z Jorrvaskr, którzy choć bywało, że z Gildią współpracowali, zachowali nadal odrębność. Gildia wprawdzie wierna była tradycji i raczej stawiała na stal, ale nie broniła się przed elfimi wynalazkami. Zresztą, różnorodność to drugie imię Imperium Smoka, jak nazywano moją ojczyznę, poświęconą bogu Akatoshowi. Było prawdziwym tyglem kultur, które przenikały się wzajemnie i uzupełniały. W tym właśnie wielu ludzi dopatrywało się źródła dostatku stołecznej prowincji.

     Leyawiin zrobiło na Lydii spore wrażenie. Każde miasto w Cyrodiil było otoczone murami i nad każdym górował murowany zamek obronny. Tu nie było tak majestatycznych formacji skalnych, by można było wykorzystać je jako naturalne fortyfikacje. Wszystko budowano od podstaw. Mury były stare, jednakże utrzymane w bardzo dobrym stanie. Nigdzie nie było widać żadnych ubytków, tylko gdzieniegdzie inny odcień kamienia pozwalał dostrzec miejsce, w którym dokonano naprawy.
     
Mury Leyaviin

     - To prawdziwa twierdza! – rzekła zdumiona.

     Zadarła głowę i zaczęła podziwiać strzeliste baszty i blanki, otaczające stanowiska strzelnicze. Najbardziej zdumiała ją jednak sama wysokość murów i fakt, że były one zupełnie pionowe, bez żadnego, niewielkiego nawet skosu. W dodatku całkiem gładkie, jako że kamienie do ich budowy starannie obrobiono.

     - Każde miasto tutaj ma takie mury? - spytała.

     - Każde – potwierdziłem. – Tak przynajmniej mówią ludzie, bo ja widziałem dotąd tylko kilka z nich. Ale z tych, które widziałem, każde.

     Chciała przejść się wzdłuż murów. Poszliśmy więc wolnym krokiem, aczkolwiek nie zaszliśmy daleko, gdy drogę nasza przegrodziła nam woda. Miasto leżało nad zalewem, na niewielkim półwyspie, więc w niektórych miejscach woda dochodziła do samych murów.

     - A to co? – wskazała na dziwną budowlę, znajdującą się na jednej z niewielkich wysepek.

     Roześmiałem się w głos.

     - A to, moja piękna żono, to jest pozostałość po naszej historii najnowszej.

     Spojrzała na mnie zdumiona, a ja chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem w tamtym kierunku. Trzeba było obejść dookoła, ale wkrótce stanęliśmy przed wąskim mostkiem, prowadzącym na wyspę. Most sam w sobie był zagadkowy, bo wyglądał, jakby wykonano go z kości. Był jednak twardy i nie uginał się pod stopami, zupełnie jakby zbudowano go z kamienia.

     Podeszliśmy do tajemniczej budowli.

     Była wysoka na dwie, może miejscami trzy wysokości człowieka i bardziej przypominała grupę martwych drzew, niż budowlę. Wyglądała jak dwa, wielkie, zakrzywione pazury, wystające z ziemi. Czas sprawił, że kolory wyblakły nieco, ale jeszcze można dostrzec czarne i czerwone barwy, jakimi niegdyś ją pokryto.

     - Czy to ayleidzkie ruiny? – spytała. – Wyobrażałam je sobie zupełnie inaczej.

     - Ayleidzkie ruiny nie są historią najnowszą – sprostowałem. – To dawne dzieje. To, co widzisz, to nic innego jak Wrota Otchłani.

     Otworzyła szeroko oczy i zdumiona spojrzał najpierw na mnie, potem na mroczną budowlę, nieziemskiego pochodzenia.

     - Tak, moja droga, to dzieło Mehrunesa Dagona. Już na szczęście nieczynne. To właśnie wychyliło się spod ziemi w czasach Kryzysu Otchłani, przeszło dwieście lat temu.

Pozostałości Wrót Otchłani pod Leyaviin.

     Nie zdziwiło mnie jej oszołomienie. Kryzys Otchłani to było coś, o czym uczyło się każde dziecko, ku przestrodze. Wiedziała doskonale, czym on był, a jednak zobaczyć na własne oczy portal do Otchłani, to coś, co robiło wrażenie na każdym. Każdym, który nie widział tego wcześniej.

     - A ty widziałeś? – zmrużyła oczy. – Przecież nigdy tu nie byłeś.

     - Ech, skarbie ty mój – objąłem ją ramieniem. – Tego przecież pełno w całym Cyrodiil. Bramy pootwierały się wszędzie, w pobliżu każdego miasta po kilka, a nawet wiele z nich w zupełnej głuszy. Te widzę po raz pierwszy, ale niewiele różnią się od tych, po których jako chłopiec skakałem z innymi dzieciakami pod Brumą.

     - I to są wrota, które zamknął Bohater z Kvatch? – spytała.

     - Tego nie wiem – przyznałem. – Te pod Brumą na pewno zamknął on sam. Podobno towarzyszył mu kapitan straży, któremu pokazał, jak trzeba to zrobić. Jeśli tylko znalazł się jakiś odważny, zabierał go ze sobą do Otchłani i pokazywał, jak należy zamykać złowrogie wrota. A wiadomo, gdzie wielu ludzi, tam zawsze znajdzie się jakiś śmiałek. On sam nie zdołałby zamknąć tylu wrót. Nie mógł być wszędzie. Ale nauczył innych i…

     - I wszyscy zaczęli go naśladować.

     - Nie wszyscy, ale paru się znalazło – zgodziłem się. – Dzięki temu daedry nie zdołały uczynić większych zniszczeń. W zasadzie zniszczyły tylko Kvatch i niewielki fragment Cesarskiego Miasta. Fakt, że Kvatch zniszczyły doszczętnie. Co do tych wrót tutaj, nie wiem, czy zrobił to osobiście, ale to bardzo możliwe.

     Lydia wyciągnęła dłoń przed siebie  z wahaniem dotknęła monstrualnego pazura. Jednak wkrótce z obrzydzeniem cofnęła rękę. Mroczne siły Otchłani budziły w niej zrozumiały lęk. Przez chwilę milcząco wpatrywała się w bramę, aż w końcu potrząsnęła głową.

     - Próbuję sobie to wyobrazić – oznajmiła. – I nie wiem, czy zdobyłabym się na coś takiego. Sama, zdana tylko na siebie, przeciwko daedrom na ich własnym terenie. Bohaterowi z Kvatch należy się pomnik.

     - Jest – odrzekłem. – Stoi w Brumie. Z tego, co opowiadali mi ludzie, większość tych misji wykonał sam, ale na przykład w Cheydinhal towarzyszył mu młody książę, syn grododzierżcy. Co więcej, książę poszedł tam na długo przed nim, zanim Bohater z Kvatch przybył do miasta. Spotkali się dopiero w Otchłani podobno razem unieszkodliwili tamtą bramę. Znaczy, jedną z nich…

     - Odważny ten książę – mruknęła. – Ja bym się na to nie zdobyła.

     - Opowiadasz bzdury – szepnąłem jej do ucha. – Znam cię nie od dziś. Nie cofasz się nigdy.

     Lydia popatrzyła jeszcze przez chwilę na wystające z ziemi pazury, jakby chciała je zapamiętać. A potem ruszyliśmy w stronę bramy miasta. Weszliśmy od wschodu, prosto na dziedziniec zamku. Miasto od wieków miało trzy bramy, w tym dwie prowadzące do zamku i nic się tu nie zmieniło. Gdy stanęliśmy na brukowanym placu, moja żona uśmiechnęła się w zadumie.

     - To jest twierdza – pokiwała głową z uznaniem. – Grube mury, wysokie wieże. Tu ognia nie podłożysz, jak w Smoczej Przystani.

Zamek w Leyaviin

     Do miasta prowadziła szeroka brama bez skrzydeł. Poszliśmy w tamtą stronę szeroką ulicą, wybrukowaną szarym kamieniem. Minęliśmy malowniczy staw, pełen nenufarów, który poza ozdobą zdawał się nie pełnić żadnej funkcji. Skierowaliśmy się do najbliższych zabudowań, na których wisiały szyldy, sugerując, że mamy do czynienia z placówkami usługowymi. Tak też było w istocie. W jednym z nich urządzono sklep, a prowadzący go Bosmer bez problemu zgodził się na przyjęcie depozytu i wystawienie stosownych asygnat. Gildia kupiecka działała prężnie w całym Cyrodiil i wystawione przez niego dokumenty miały taką samą wartość jak złote monety. Poprosiłem go, by przygotował papiery, opiewające na sumę trzydziestu tysięcy septimów, które zdeponujemy u niego pod wieczór, gdy Cronus skończy wyładunek i nasza skrzynia znajdzie się na lądzie.

     - W jakich nominałach? – spytał jeszcze.

     Uzgodniliśmy dwa po dziesięć tysięcy, jeden za pięć, cztery po tysiąc i pozostały tysiąc w setkach.
Tuż obok znajdował się zajazd, prowadzony przez parę Argonian. Zamówiliśmy sobie pokój i porządny obiad. Po raz pierwszy od wielu dni coś innego niż nie doprawiona kasza! Pomni jednak faktu, że nasze żołądki uległy w czasie rejsu pewnemu rozstrojowi, poprosiliśmy o coś lekkostrawnego. Argonianka zaproponowała nam rybę, ugotowaną na parze. Sam zapach drażnił podniebienie mieszaniną aromatycznych wodorostów. Smakowała znakomicie. A do tego jeszcze podała nam niewielki dzban zimnego, białego wina. Nie należy się więc dziwić, że po tym obiedzie poczuliśmy się tak wspaniale, że postanowiliśmy zwiedzić miasto.

Leyaviin

     Było co zwiedzać. Miasto prezentowało się bardzo malowniczo. Murowane domy pokryto kolorowymi tynkami, co nadawało im miły dla oka wygląd. Drewniane elementy zwykle przyciemniano dla kontrastu. Szyldy nierzadko zawierały srebrne wstawki, a wszystko wykonano tutaj z dbałością o szczegóły. Jakże różniło się to miasto od podobnych miejsc w Skyrim, gdzie postawiono na surową funkcjonalność. Tutaj ważna była nie tylko wygoda, ale i efekt wizualny. Poza tym było czysto i schludnie. Z pewnością była to zasługa nie tylko służb oczyszczania miasta, ale i samych mieszkańców. Stanęliśmy pod imponującym budynkiem, z szyldem Gildii Wojowników.

     - To jest siedziba – Lydia pokiwała głową. – A ja zawsze uważałam Jorrvaskr, z tym dachem wykonanym z kadłuba statku, za cud architektury.

Leyaviin. Czerwony budynek po prawej stronie to siedziba Gildii Wojowników

     Roześmiałem się serdecznie, czując jak wzbierają we mnie jednocześnie duma i wypite wcześniej wino. To była moja ojczyzna. Przez większość czasu tęskniłem za Skyrim, ale dziś czułem się bardziej Cyrodiilijczykiem, niż kiedykolwiek przedtem.

     Ale największy zachwyt wzbudziła w niej świątynia Zenithara. Takiego obiektu nie sposób znaleźć w Skyrim, gdzie budowano jedynie niewielkie kapliczki. Strzelista budowla, z wysoką wieżą-dzwonnicą, aż zatchnęła jej dech w piersiach. Oczywiście, musieliśmy wejść do środka. Przyjemny chłód, panujący wewnątrz i wszechobecna cisza, sprawiały że człowiek naprawdę poczuł się jak w królestwie bogów. Minęliśmy drewniane ławki i podeszliśmy do ołtarza, wyglądającego jak wielka, pusta misa, okolona biało-czerwonymi ornamentami. Skłoniliśmy głowy i w myślach poprosiliśmy bóstwo o błogosławieństwo. Przez chwilę nic się nie działo, aż wreszcie na ołtarzu pojawiła się błękitna mgiełka i otoczyła nas ze wszystkich stron, po czym wniknęła w nasze ciała. Oboje poczuliśmy przypływ sił i błogosławiony spokój ogarnął nasze umysły.

Leyaviin. Świątynia Zenithara

     W podróż wyruszyliśmy dopiero nazajutrz, po śniadaniu. Właściciel stajni gorąco polecał nam gorącokrwiste wierzchowce, „w sam raz dla takich znamienitych rycerzy”, ale my woleliśmy nieco spokojniejsze zwierzęta. Lydia wzięła sobie długogrzywą, srokatą klacz, mnie zaś w oko wpadł niemłody już ogier bułanej maści, leniwie przeżuwający wiązkę siana. Według stajennych, były to bardzo wytrzymałe konie, aczkolwiek niezbyt szybkie. Czyli w sam raz dla nas. Osiodłaliśmy je na tyle sprawnie, na ile umieliśmy.

     - No, to w drogę! – uśmiechnąłem się do Lydii. – W podróż po Cyrodiil!

     I wskoczyłem na swego bułanka.

     Świat z grzbietu konia wyglądał zupełnie inaczej niż z dołu. Przede wszystkim, konie były tu znacznie wyższe niż w Skyrim. Tamte używano głównie do chomąta, te natomiast były hodowane specjalnie pod wierzch. Miały dłuższe nogi i znacznie smuklejsze kształty. Skutek był taki, że poczułem się, jakbym wlazł na wysoką wieżę. Lepiej, żeby mnie ten zwierz nie zrzucił z siodła, bo do ziemi było dość daleko.

     Ruszyliśmy stępa. Nigdzie się nie spieszyliśmy, a zalew Niben prezentował się na tyle malowniczo, że nie chcieliśmy tego rejonu opuszczać zbyt szybko. Droga biegła głównie wzdłuż brzegu, czasem jedynie na krótko chowając się nieco głębiej w lesie. Mijaliśmy wielu podróżników, zdążających w obie strony. Tu dłoń w pozdrowieniu uniósł jakiś pieszy wojownik, dziarsko maszerujący przed siebie, tam jakieś dwie rozgadane kobiety z pakunkami na ramionach, kilku chłopów, ciągnących ręczny wózek, wyładowany pełnymi workami, czy myśliwy, wracający do domu, z pękiem upolowanych ptaków na ramieniu. Czasem mijaliśmy konnego strażnika, w stalowym kirysie, patrolującego okolice, albo jakąś przydrożną gospodę, z której wydobywał się gwar. Lydia była zachwycona. Po pierwsze, krajobrazem. Mnogość kolorowych kwiatów, barwnych motyli, soczysta zieleń wokół i bogactwo przyrody oszołomiły ją. Zdziwiło ją także mrowie ludzi, a najbardziej to, iż poruszali się oni swobodnie traktem, zwykle nie mając przy sobie broni, a mimo to nie zdradzając oznak lęku, co świadczyło o tym że droga jest bezpieczna.

     - Czuję się, jakbym w ogóle nie wyszła z miasta – roześmiała się. – Tu zawsze tylu ludzi?

     - Tak tu się żyje na co dzień – odparłem. – Dalej pewnie będzie bardziej pusto, ale tutaj wciąż jesteśmy blisko miasta.

     - Jakie szanse na zobaczenie dreugha, albo minotaura?

     - Bliskie zeru – uśmiechnąłem się. – Chyba, że skręcimy w las i pojedziemy na przełaj. Ale las gęsty i dla koni nie byłaby to wygodna droga. Poza tym, łatwo zabłądzić. W nocy ponoć można jeszcze przy odrobinie szczęścia dostrzec świetlika. Ale zaczęły one bać się ludzi, więc trudno jakiegoś zauważyć. Tak jak mówiłem, ludzie wybili wszystkie stwory.

     - Trochę szkoda…

     - Wiesz, po Kryzysie Otchłani, gdy wrota nagle się pozamykały, wiele daedr nie zdążyło wrócić do Otchłani – odrzekłem, przypominając sobie opowieść, jaką kiedyś podzielił się ze mną Tolfdir w Akademii. – Ludzie więc, uskrzydleni zwycięstwem, ruszyli w las, by je wybić. A przy okazji uśmiercili wiele innych groźnych stworów. Ogry prawie doszczętnie wybili, minotaury też, po trollach zostało niewiele ponad wspomnienie… Wiele stworzeń też przepędzili do Argonii. Niedźwiedziom i wilkom też się dostało. Dreugha nie widziano tu od wieku, a przecież kiedyś było ich tu pełno. Właśnie tu, w tej okolicy. Wyniosły się, nie wiadomo dokąd.

     Wieże miasta już dawno znikły za ścianą lasu. Droga wspięła się na niewielki pagórek i poprowadziła w głąb zarośli. Zamknęło się nad nami zielone sklepienie, w którym hałasowały ptaki. Po pewnym czasie minęliśmy pozostałości białego muru, porośnięte mchem. Okalały jakąś masywną budowlę, ziejącą czarnym otworem szerokiego wejścia bez drzwi.

     - Ayleidzkie ruiny? – spytała Lydia.

     - Nie – roześmiałem się. – Pozostałość po cesarskim forcie.

     - Zwiedzimy?

     - Tam nic nie ma – wzruszyłem ramionami. – Jeśli coś tam było, to już dawno zostało stamtąd wyniesione. Co najwyżej, znajdziesz tam kupę pajęczyn i gniazdo szczurów. A najpewniej składowisko śmieci.

     - A jeśli skryli się tam jacyś banici?

     - Za blisko traktu – pokręciłem głową. – I miasta.

     - Blisko? – Lydia uniosła brwi. – Wydaje mi się, że dość daleko. Strażnicy patrolują tak daleko od miasta?

     - To przecież konni – odparłem. – Patrolują cały trakt, nie tylko pobliże miasta. Bliżej miast jest ich więcej, ale strażnika można spotkać dosłownie wszędzie. Gdzie bity trakt, tam i strażnicy.

     Jakby na zawołanie, zza zakrętu wyłonił się wysoki, kasztanowy koń, a na jego grzbiecie siedziała uzbrojona postać w wypolerowanym, stalowym kirysie i hełmie. Na ciężkiej, okrągłej tarczy nie było żadnego godła – był to pielęgnowany od dawna zwyczaj imperialnych strażników konnych, których zadaniem było patrolowanie traktów z dala od miast. 

     Nie odpowiedziała, ale zgadłem co poczuła. Jej ojczyzna wydała się jej zapewne dzika i barbarzyńska. Może ona sama poczuła się dzikuską i na pewno zrobiło się jej nieprzyjemnie. Nie wiedziałem, jak mam ją pocieszyć, więc milczałem. A zgadłem to, bo ja sam poczułem się zupełnie odwrotnie. Dotąd przyzwyczajony do ciągłej czujności, czy to w Skyrim, czy to na Solstheim, tutaj nagle poczułem błogie rozleniwienie, jakie w innej części świata odczuwałem tylko w obrębie miejskich murów. Zupełnie, jakby cała kraina była jednym, wielkim miastem. Oto, czym jest cywilizacja.

     Potem trochę podgoniliśmy nasze konie. Do Bravil był kawał drogi, a tu już minęło południe. Zadudniły kopyta na kamienistym trakcie. Przez pewien czas nawet rozgorzał między nami wyścig, ale szybko się skończył, bowiem nie chcieliśmy męczyć naszych zwierząt. Poza tym, żadne z nas nie było dobrym jeźdźcem, więc o wypadek nietrudno.

     Słońce zaczęło się z wolna czerwienić, gdy las nagle rozstąpił się przed nami i naszym oczom ukazało się ogromne jezioro. Tak wielkie, że nie można było dostrzec przeciwległego brzegu. Jednocześnie w oddali ujrzeliśmy dużą, przybrzeżną wyspę, okoloną wysokim murem, ze strzelistymi basztami. Kolejne miasto.

Bravil o zachodzie słońca

     - Bravil – odezwałem się. – Byłem tu kiedyś. Ciekawe, czy wciąż podają tu tę smaczną potrawkę z mięsa i fasoli. A to Zatoka Niben, największe jezioro w Cyrodiil.

     Ale Lydia nie patrzyła w stronę miasta. Jej uwagę przykuło coś zupełnie innego. Oto bowiem, po naszej prawej stronie, na samym brzegu jeziora, pomiędzy drzewami zalśniła w słońcu biała, misterna budowla, której centralnym elementem był monumentalny, marmurowy posąg jakiejś uskrzydlonej postaci.

     - Co to? – zdumiała się.

     - To są właśnie ayleidzkie ruiny – odparłem. – Pozostałości po kulturze kontynentalnych Altmerów. Tę nazywają Bawn.

Cyrodiil. Bawn - ruiny dawnej ayleidzkiej budowli

     - Zobaczymy? – zerknęła na mnie prosząco.

     Roześmiałem się. Od chwili, gdy po raz pierwszy usłyszała o ayleidzkich budowlach, zapragnęła je zobaczyć na własne oczy. Kto wie, czy to nie głównie dlatego tak zapaliła się do podróży przez Cyrodiil.

     - Dlaczego nie – odparłem, kierując konia w stronę ruin. – Ale nie spodziewaj się zbyt wiele. To zapewne tylko ciemne, opuszczone podziemia.

     Stanęliśmy przed wejściem. Drogę przegradzały nam kamienne drzwi. Wszystkie wejścia do ayleidzkich pałaców tak właśnie budowano. Wszystkie miały ten sam znak. Wyglądał, jakby koło podzielono na trzy części – najpierw wycięto z niego mniejsze kółko, o dwukrotnie mniejszej średnicy, a pozostałość przepołowiono w pionie i nieco rozsunięto na boki. Kamienne skrzydła należało pchnąć w samym środku, gdzie znajdowało się wgłębienie w kształcie małego koła. Mechanizm niewątpliwie magiczny, ale wciąż działał. Skrzydła wrót rozchyliły się z lekkim chrobotem, by po chwili powrócić na swoje miejsce. Pchnąłem więc jeszcze raz i tym razem weszliśmy do środka, zanim wrota zamknęły się za nami. Strzeliłem w górę Płomieniem Świecy.

Wejścia do ayleidzkich podziemi wyglądały podobnie w całym Cyrodiil

     Tak jak myślałem, było tu zupełnie pusto. Kamienne schody prowadziły w dół, a potem rozdzielały się na dwa korytarze, prowadzące w przeciwnych kierunkach. Lewy był krótki i wiódł do niewielkiej, na wpół zawalonej komnaty, natomiast prawy ciągnął się dość długo i prosto. Musieliśmy zmrużyć oczy, bowiem niegdyś śnieżnobiałe, dziś już nieco poszarzałe ściany wciąż intensywnie odbijały światło. Po pewnym czasie korytarz skręcił i doprowadził nas do dużego pomieszczenia niewiadomego przeznaczenia. Stały tu w geometrycznym porządku jakieś kamienne, wysokie postumenty, zapewne dawno temu podtrzymujące latarnie, bowiem na kilku z nich wciąż tkwiły jakieś żelazne uchwyty. Pośrodku znajdował się potężny blok marmuru, w kształcie sarkofagu. Nie był jednak grobowcem, bowiem stanowiła go jednolita bryła. Pewnie przed wiekami umieszczono na nim coś ciężkiego, ale co to było, nikt już dziś nie potrafił zgadnąć. W oddali ujrzeliśmy wejścia do kolejnych tuneli.

     - Piękne – westchnęła Lydia, podziwiając gładkie ściany. – Dlaczego taka budowla stoi opuszczona i niszczeje?

     - Trochę z powodu przesądu – odparłem. – Cesarscy uważają, że kultura Ayleidów powinna ulec zapomnieniu. Poza tym, to nie jest bezpieczne miejsce. To stare ruiny, w każdej chwili grożą zawaleniem.

     - Ayleidzi też żyli pod ziemią, jak Dwemerowie?

     - Nie, z tego co wiem, nie. Po prostu naziemne części ich budowli nie przetrwały do naszych czasów. Zostały zburzone, zwykle budulec po prostu rozkradziono. Pozostały tylko podziemia. Musisz pamiętać, że to wszystko ma co najmniej tysiąc lat.

     - Żadna nie ocalała?

     - Tego nie wiem – przyznałem. – Jakby poszukać, pewnie znalazłoby się jakąś dobrze zachowaną. W końcu, tyle ich było…

     Poszliśmy jeszcze kawałek dalej, ale poza echem niczego nie znaleźliśmy. Mimo to, same podziemia warte były obejrzenia. Lydii bardzo spodobały się arkady i delikatne ornamenty, wieńczące każde przejście i oplatające każdy filar. Podziwiała precyzję wykonania, dotykając gładkich ścian, na których często, pomimo upływu lat, wciąż nie było widać łączeń poszczególnych bloków marmuru.

Ruiny ayleidzkich podziemi

     - Podobno kiedyś w takich podziemiach skrywały się różne stwory – odezwałem się szeptem, sam nie wiedząc, dlaczego. – Minotaury, świetliki, nawet wiły. Teraz co najwyżej można w nich znaleźć bandę zbójów, a i to bardzo rzadko.

     Poszliśmy jeszcze dalej, aż natrafiliśmy na następne przejście, do głębszych zakamarków podziemi. Przegradzały je ozdobne, metalowe drzwi, zdaje się, z pociemniałego ze starości księżycowego kamienia, z misternym ornamentem, wyobrażającym drzewo. Zamiast liści miało ono otwory na wylot. W niektórych tkwiły jeszcze kryształki kryształowego szkła. Przed wiekami ornament ten musiał być przepięknym witrażem, zwłaszcza, gdy oświetlono go z przeciwnej strony. Próbowałem go sobie wyobrazić, ale byłem pewien, że rzeczywistość znacznie przekraczała to, co mogła mi wymalować przed oczami moja imaginacja. Drzwi dały się otworzyć, choć z trudem, ale gdy przeszliśmy, natychmiast się za nami zamknęły. Dalej były schody i jeszcze jedna komnata, trochę mniejsza, wyglądająca jak skład. Pewnie pełniła niegdyś rolę spiżarni, albo magazynu. Wyjście prowadziło do chodnika, skręcającego w prawo, pod dość ostrym kątem. Dalej jednak nie można było przejść, bowiem drogę zagradzała misternie kuta żelazna krata, mocno pordzewiała, ale wciąż nie do ruszenia. Zawróciliśmy więc i po krótkim spacerze w podziemiach wyszliśmy na zewnątrz.

     - Bardzo rozbudowane te podziemia – stwierdziła Lydia. – Prawie jak dwemerskie. A nie sprawdziliśmy wszystkich przejść.

     - Możemy sobie zwiedzić jakieś inne – odrzekłem. – Natrafimy tu jeszcze na niejedno takie miejsce. Pod Cesarskim Miastem jest podobna budowla.

     Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, więc powróciliśmy na trakt i popędziliśmy w stronę miasta. Po pewnym czasie kopyta zadudniły na moście, po czym trakt skręcił w prawo, wzdłuż murów miasta, oddzielonych od lądu wąskim kanałem. Zbliżając się do stajni, zauważyliśmy jeszcze jedną ayleidzką budowlę, wystającą z lasu, po lewej stronie. Obiecaliśmy sobie zajrzeć do niej nazajutrz.

     Stajenny przytrzymał Lydii strzemię i pomógł jej zejść. Podziękowała mu z tak pięknym uśmiechem, że zaczerwienił się jak piwonia, ale widać było, że sprawiło mu to ogromną przyjemność. Nic dziwnego. Lydia urodą mogłaby obdarzyć ze trzy dziewczyny, a w złotej, ciasno dopasowanej zbroi, wyglądała naprawdę ponętnie. Wiedziałem już, że jutro rano jej srokacz będzie nie tylko wyszczotkowany, ale pewnie też będzie miał wypolerowaną uprząż. Ja poradziłem sobie sam, nie czekając aż zmieszany chłopak do mnie podejdzie. Podałem mu tylko wodze i poinformowałem, że konie będą nam potrzebne jutro przed południem.

     Do miasta prowadził drewniany most. Kiedyś podobno zawieszony był na linach, ale dziś zastąpiono go solidną, dębową konstrukcją. Miasto miało tylko jedną bramę od strony lądu. Drugą stanowiły wodne wrota, otwierające się na jezioro. Przez jego środek przepływał kanał portowy na rzece Larsius, jednak próżno było szukać w nim większego statku. Przy kei stały wyłącznie niewielkie, rybackie łódki. Zabudowa była tu drewniana i Bravil istotnie przypominało nieco Pękninę, choć domy zbudowano w innym stylu. Zamiast ciągu zabudowań, tutaj każdy budynek stał osobno i każdy miał co najmniej jedno piętro, zwykle z osobnym wejściem. Próżno było tu szukać luksusowych rezydencji, na wzór posiadłości Pękwald. Zwykle były one podzielone na dwa skromne mieszkania i widać było, że zbudowano je z myślą o biedniejszej części mieszkańców. Widać też było ich zaniedbanym nieco stanie, że miasto nie było zbyt bogate.

Bravil

     W centralnej części znajdował się niewielki placyk, z pomnikiem Szczęśliwej Starej Pani. Nie wiedziałem zbyt dobrze, kto to taki, bo nie znałem miejscowych legend, jednakże wielu ludzi przychodziło tutaj prosić o jej błogosławieństwo. Za placykiem i kilkoma domostwami, stała świątynia Mary – chyba jedyny porządnie wyglądający obiekt.

     - Nawet to mają wspólne – roześmiała się Lydia. – Świątynia Mary, jak w Pękninie.

     Odwiedziliśmy ją, oczywiście. Wiedziałem, że nigdy nie zdołam się odwdzięczyć bogini Marze za ten bezcenny dar, jaki od niej otrzymałem, a który kroczył obok mnie, trzymając mnie za rękę. Szliśmy tam nie tyle po błogosławieństwo, co złożyć jej podziękowania.

     Wewnątrz świątynia niewiele różniła się od tej, poświęconej Zenitharowi, stojącej w Leyawiin. Wszystkie kaplice w Cyrodiil budowano w tym samym stylu, by żaden z bogów nie czuł się wyróżniony, ani urażony. Będąc wewnątrz, trudno było czasem odróżnić jedną od drugiej. Przyjęliśmy z wdzięcznością błogosławieństwo, jakiego udzieliła nam bogini. Przez krótki czas staliśmy po prostu przed ołtarzem, napawając się atmosferą tego miejsca. Dopiero gdy następna para zbliżyła się do ołtarza, odsunęliśmy się i skierowaliśmy ku wyjściu.

Bravil. Świątynia Mary

     - Ładna dziewczyna – szepnęła jeszcze Lydia, zerknąwszy przez plecy.

     Ja jednak myślałem już tylko o posiłku.

     Gospoda też nie była jakaś szczególna. Skromna, ale ważne że czysta. Zamówiliśmy sobie pokój na parterze i zasiedliśmy do stołu. Okazało się, że wciąż mają w menu tę smaczną potrawkę, którą jadłem będąc tu z ojcem przed laty. Składała się z kawałków mięsa, obficie polanych słodkawym sosem, w którym można było znaleźć ziarna fasoli, drobne kawałki orzechów i suszonych owoców. Smakowała równie dobrze, jak niegdyś.

     Rankiem przywdzialiśmy nasze zbroje i wyszliśmy na zewnątrz. Nasze kroki zadudniły po deskach mostu. Jednak zamiast skierować się ku stajniom, ominęliśmy je i zaczęliśmy wspinać się pod górę, między gęste zarośla, gdzie bielał mur ayleidzkich ruin. Wejście było nieco wyszczerbione, ale tajemniczy mechanizm wciąż działał. Znaleźliśmy się w środku.

     Krótki labirynt korytarzy zaprowadził nas do wielkiej, pustej sali. Lydia klasnęła w ręce, chcąc posłuchać echa. Niewiele jednak było tu do podziwiania. Zagłębiliśmy się w korytarz, odchodzący w bok i po jakimś czasie znaleźliśmy się w miejscu, przypominającym podziemną kapliczkę. A na środku leżał jakiś wielki, ciemnoszary kształt.

     - Co to? – zdumiała się moja żona.

     Sam nie od razu odgadłem, co to. Pociągnąłem nosem, ale nie poczułem żadnego zapachu, poza właściwą podziemiom stęchlizną. Podeszliśmy bliżej.

     To były zwłoki. Zasuszone, zmumifikowane zwłoki wielkiego minotaura. Wyglądał, jak worek, z którego wypuszczono powietrze. Przez skórę wystawały mu kości. Zrazu trudno było poznać, co to takiego, bowiem ciało pozbawiono najbardziej charakterystycznej cechy – rogów.

     - Leży tu nie wiadomo od kiedy – mruknąłem. – Na pewno od dawna. Ze sto lat, albo i dwieście.

     - Zmarł z głodu? – zastanawiała się Lydia. – Czy może go upolowano?

     - Kto to wie? – wzruszyłem ramionami. – W każdym razie, ktoś go znalazł i odpiłował mu rogi. To był cenny składnik alchemiczny. Widzisz, masz szczęście. Ledwo tu przyjechałaś, a już zobaczyłaś minotaura. Ja przez całe życie nie widziałem ani jednego.

     - Szkoda, że nieżywy – mruknęła Lydia, oglądając truchło uważnie. – Na nogach ma racice jak byk… Ale tutaj, popatrz, ręce!

     - Minotaur był jakąś hybrydą – odparłem. – Powstałą z dwóch różnych stworzeń. Możliwe, że część jego ciała pochodzi od elfa. Ręce, ale przede wszystkim mózg. Wstyd przyznać, ale nie wiem o tych stworzeniach zbyt wiele.

     Lydia przyłożyła dłoń do ogromnej łapy stwora, pilnie uważając, by go nie dotknąć. Jej ręka wyglądała na bardzo małą w porównaniu do ogromnej łapy minotaura. Nawet po śmierci, z mięśniami zaschniętymi na wiór, wyglądał na siłacza. Z pewnością był niełatwym przeciwnikiem.

     - Upolowany – stwierdziła nagle Lydia, wskazując na jedno z żeber, wystających zza zmurszałej skóry. – Przyjrzyj się dobrze.

     Istotnie, spomiędzy żeber wystawał jakiś patyk. Sięgnąłem po niego i z niejakim wysiłkiem zdołałem go wyrwać. Była to połowa strzały. Wyraźnie było widać resztki skorodowanego srebrnego grotu. Takich używano niegdyś przeciw siłom nieczystym, daedrycznego pochodzenia.

     - Musiał to być dzielny śmiałek, skoro rzucił się na takiego potwora – pokiwałem głową. – Jedna strzała na pewno nie wystarczy na takiego osiłka. Nie sposób zastrzelić go z ukrycia.

     - Mogło ich być więcej…

     Snując domysły co do losów minotaura, wyszliśmy z podziemi i skierowaliśmy się do stajni. Tak jak przypuszczałem, koń Lydii stał na przodzie, wyszczotkowany, wyczesany i z wyczyszczoną uprzężą, nawet z wypastowanymi kopytami. Mój też prezentował się schludnie, tyle że bez aż takiej przesady. Stajenny przywitał nas ukłonem i z pąsem na twarzy wręczył Lydii wodze.

     Dostał od nas garść złotych monet. Byłem jednak pewien, że cenniejsza nagrodą był dla niego uśmiech Lydii i dotyk jej dłoni, gdy serdecznie podziękowała mu za opiekę nad wierzchowcem. Co jak co, ale mężczyźni zawsze jedli jej z ręki. Wszyscy. Ja chyba najbardziej.

Okolice Bravil

     Wyprowadziliśmy nasze konie ze stadniny. Wskazałem drogę, pnącą się pod górę i prowadzącą w las.

     - A teraz tędy – oznajmiłem. – Do stolicy!

     Ruszyliśmy z kopyta. Po chwili ściana lasu zamknęła się za nami. Bravil i zatoka Niben znikły nam z pola widzenia. Zewsząd otoczył nas gęsty, szumiący lekko las, przecięty jedynie jasną wstęgą wijącego się pomiędzy drzewami traktu.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Rozdział XXXIII – Daleki rejs

     Noc pod pokładem minęła spokojnie. Statek łagodnie ukołysał nas do snu. Tylko było mi trochę chłodno, ale nie chciało mi się wstać i sięgnąć po wysłużony płaszcz kultysty, który leżał zwinięty między skorupami w płóciennym tobołku. Zwłaszcza, że z takiej koi niełatwo jest wstać i niełatwo na nią wejść. Spaść było o wiele łatwiej.
  
     Rankiem zbudził nas ruch na statku. Drewniany kadłub bardzo dobrze przewodził dźwięki, zwłaszcza wszelkie stuki i zgrzyty. Zaczęło się od nieśmiałego tupotu stóp, potem rozległy się nawoływania, aż w końcu statek ożył kakofonią dźwięków. Potworne skrzypienie, jakby rozdzierano kadłub, poderwało nas na nogi. Czym prędzej wskoczyłem w buty i wybiegłem na pokład. Lydia dołączyła do mnie po chwili.

     - Co się dzieje? – spytałem pierwszego napotkanego marynarza.

     - A co ma się dziać? – odparł zdziwiony. – Nic. Odpływamy…

     Po chwili doszliśmy do tego, że ów dźwięk wydawał pewien przyrząd, znajdujący się na przednim pokładzie. Nie od razu się w tym zorientowaliśmy, bowiem na zewnątrz pracował on w miarę cicho i jego odgłosy nie wydawały się aż tak przerażające jak pod pokładem.

     Składał się z masywnej, drewnianej kolumienki, nieco grubszej na górze, gdzie wykonano kilka pionowych wycięć, w które marynarze powtykali jakieś drzewce. Czterech z nich kręciło tą kolumienką, jak konie, zaprzężone w kierat. Trwało to chwilę, aż inny żeglarz, wychylony za burtę i uważnie wpatrujący się w wodę Altmer, krzyknął głośno.

     - Stój! 

     Marynarze znieruchomieli.

     - Poluzuj!

     Marynarze lekko przekręcili kolumienkę w przeciwnym kierunku, po czym znów znieruchomieli. Przez chwile nic się nie działo, aż z prostokątnego otworu w pokładzie wychyliła się jakaś głowa.

     - Przepięte! – zakrzyknęła głowa.

     - Pchaj! – rzucił Altmer.

     Marynarze znów nacisnęli na drzewce i zaczęli obracać kolumną. Jednocześnie padły inne komendy, coś o stawianiu foka. Kilku marynarzy wspięło się na przedni maszt, kilku innych chwyciło jakąś linę na przodzie. Na razie trwali w bezruchu czekając komendy.

     Altmer tymczasem, wpatrując się w wodę po drugiej stronie. Powoli podnosił rękę.

     - Stój!

     I wtedy padła inna komenda o ciągnięciu czegoś, czego chyba nie zrozumiałem. Marynarze szarpnęli za liny. Ciągnęli je rytmicznie, w takt pieśni, śpiewanej przez jednego z nich, podobnie, jak niegdyś czynili to marynarze „Dziewicy Północy”. On śpiewał początek, marynarze odpowiadali „Rwij fał ze wszystkich sił!”. I znów jakaś niezrozumiała przyśpiewka i znów „Rwij fał ze wszystkich sił!”. I tak kilkakrotnie, aż przedni trójkątny żagiel wspiął się na linę, łączącą masz z wystającym z przodu drzewcem. Wypełnił się poranną bryzą. Statek drgnął i powoli ruszył w stronę wyjścia z portu.

     Nie będę tu opisywał wszystkich czynności bo nie starczyłoby mi inkaustu. Było to bardzo skomplikowane. Padło wiele komend, pociągnięto wiele lin, wyśpiewano jeszcze kilka pieśni, zanim statek rozwinął żagle, niby ptak skrzydła i zaczął sunąć przed siebie, początkowo na zachód, potem skręcając na północ. Kapitan zdecydował się, jak widać, opłynąć wyspę od północy.

     Gdy wszystkie żagle rozwinięto i statek nabrał szybkości, wdrapaliśmy się jeszcze na wysoki pokład na rufie, by pomachać żegnającym nas Dunmerom na brzegu. A potem, korzystając z faktu, że część marynarzy chwilowo nie miała nic do roboty, ucięliśmy sobie pogawędkę z jednym z nich, prosząc, by wyjaśnił nam parę szczegółów.

     Dowiedzieliśmy się, że owa trzeszcząca kolumienka nazywa się kabestan i służy po prostu do podnoszenia kotwic. Wystający drąg na dziobie to tak zwany bukszpryt, który był niczym innym, jak poziomym masztem, służącym do rozpinania trójkątnych żagli, zwanych sztakslami. Nazwa żagli brała się od lin, zwanych sztagami, na których je zawieszono. Liny te od przodu utrzymywały maszty w pionie. Podobne liny, lecz po bokach, nazywano wantami.

     Spytałem również, co to znaczy „rwać fały”. Dowiedziałem się, że fał to inna lina, która unosi w górę żagiel. „Rwanie fałów” oznaczało po prostu stawianie żagli, choć w tym wypadku tylko sztaksli, bowiem pozostałe stawiało się inaczej. Marynarze wspinali się po prostu na reje i na komendę rozwiązywali liny, podtrzymujące żagiel, który spływał z łopotem, niby wielki, biały wodospad.

     Zachodni wiatr pochylił nieco statek na prawą burtę. „Dreugh” majestatycznie sunął przed siebie. Po prawej stronie majaczył ciemny zarys wyspy. Trudno było patrzeć w tamtą stronę, bowiem powietrze tego dnia było bardzo czyste i nisko wiszące słońce świeciło prosto w oczy. Mimo to dostrzegliśmy kilka znajomych miejsc, jak wieże Kurhanu Krwiopuszcza, czy nieco wyżej przełęcz, prowadzącą do Kurhanu na Białym Grzbiecie. A potem minęliśmy zachodni cypel i statek zaczął oddalać się od brzegu, który wkrótce znikł za horyzontem. Kapitan zdecydował się opłynąć ląd z daleka, z powodu podwodnych skał, które według niego jeżyły się przy północnym brzegu wyspy. Wkrótce też zmieniono kurs i „Dreugh” ruszył z wiatrem w kierunku słońca. Wyprostował się nieco, za to zauważalnie przyspieszył. Kapitan Cronus zapewnił mnie, że ten galeon przy pomyślnych wiatrach jest równie szybki jak norski barkas. Wprawdzie nie tak smukły, nie wspinał się na fale jak choćby „Dziewica Północy”, tylko parł w nie i rozbijał je ostrym dziobem, ale za to nieporównanie większa powierzchnia żagli powodowała, że wiatr pchał go znacznie silniej.

     Dalej niewiele się działo. Rozdano posiłek, niezbyt wyszukany, ale nikt nie narzekał. Marynarze powrócili do swoich zajęć, a kapitan co jakiś czas wychodził na górny pokład, skontrolować położenie słońca. Wymienialiśmy wtedy po kilka uprzejmych słów, odpowiadał na nasze pytania, po czym zwykle stwierdzał, że jest dziś zimno i znikał w rufowej nadbudówce, którą nazywał kasztelem. Poza tym niewiele się działo. Statek zapewne pozostawił już wyspę daleko w tyle. Nie było jej widać, tylko jak sięgnąć okiem, morze. Falująca, bezbrzeżna płaszczyzna. Nawet chmury nie pojawiły się na niebie. I tak do samego wieczora.

     Statek wciąż płynął na wschód…

     Następny dzień niewiele różnił się od poprzedniego. Wciąż płynęliśmy na wschód. Tylko trochę chmur pojawiło się na niebie. Ale nic, co popsułoby pogodę. Prawie cały dzień przesiedzieliśmy na pokładzie, wypatrując na horyzoncie czegokolwiek, co zakłóciłoby jednostajny krajobraz. Nie zauważyliśmy absolutnie nic.

     - Lubię morze – mruknąłem do Lydii. – Ale nie na długo. Jest piekielnie nudne.

     Usłyszał mnie stojący przy sterze Altmer i roześmiał się w głos.

     - Oby jak najdłużej wiało nudą – odparł ze śmiechem. – Uwielbiam się nudzić na morzu. Oby tylko nie dostarczyło nam rozrywki!

     Roześmialiśmy się wszyscy troje. Potem poszliśmy coś zjeść – znowu ta sama, nie doprawiona kasza z kawałkami mięsa – i z powrotem na pokład, wytrzeszczać oczy, w poszukiwaniu lądu, albo żagla. Nie dostrzegliśmy niczego. Jak okiem sięgnąć, wodna pustynia. I tak do samego wieczora.

     Dopiero trzeciego dnia coś się zmieniło. Wprawdzie „Dreugh” wciąż płynął wschodnim kursem, ale kapitan nieco częściej pojawiał się na pokładzie.


     - Muszę pilnować położenia statku – uśmiechnął się do nas, choć głowę dałbym, że uśmiech ten bardziej skierowany był do Lydii niż do mnie. – Właśnie opływamy Morrowind od północy. Zbliżamy się do Tel Thenim. Gdy ją miniemy, skręcimy na południe. Wreszcie zrobi się cieplej.

     - Tel Thenim? – spytała Lydia. – To jakaś wyspa?

     - Właściwie miasto, ale na wyspie – odparł. – Jedno z niewielu ocalałych po wybuchu Czerwonej Góry.

     - Brzmi jak nazwa miasta Telvannich – dodałem. – Też zabudowana grzybami?

     Kapitan potwierdził.

     - Północny wschód to ziemie Telvannich. Tu prawie wszystkie osady wykonano z grzybów.

     - A Sadrith Mora? – przypomniałem sobie nazwę rodzinnej posiadłości Nelotha. – To też gdzieś tutaj?

     Kapitan pokręcił głową.

     - Sadrith Mora leżało na małej wyspie, na wschód od wielkiej wyspy Vvardenfell – wyjaśnił. – Tam jest cały archipelag niewielkich wysepek, między Vvardenfell, a stałym lądem. Ale tam po wybuchu prawie nic nie zostało.

     - A to, jak mówiłeś, Tel Thenim leży na krańcu Vvardenfell?

     Kapitan spojrzał na mnie zdziwiony.

     - Ależ skąd – odparł. – To na stałym lądzie. – Vvanderfell już dawno zostawiliśmy z tyłu.

     - Szkoda że nie wiedziałem – mruknąłem. – Chciałbym kiedyś zobaczyć to miejsce. Choćby z daleka.

     - I tak nic byś nie zobaczył – odrzekł Cronus. – Za daleko. Jeśli cię to interesuje, zapraszam do siebie. Zerkniesz sobie na mapy.

     Skorzystałem z zaproszenia. Lydia również była ciekawa szczegółów. Kabina kapitana była urządzona schludnie i przytulnie. I funkcjonalnie. Była ciasna, jak wszystkie pomieszczenia na statku, ale za to wypełniona słonecznym światłem, wpadającym przez oszkloną rufę. Nie było tu hamaka, tylko solidne, drewniane łóżko, przyśrubowane do podłogi. Widać, kapitanowi kołysanie nie przeszkadzało. Obok stał spory stół, którego blat skonstruowano w sposób tak przemyślny, że można go było składać, opuszczając płyty po bokach. Kapitan otworzył jedną z niezliczonych tutaj szafek i wyciągnął gruby rulon papieru, po czym rozłożył go na stole. Pochyliliśmy się nad mapą.

     - Oto północno-wschodnia część kontynentu. Tu mamy Morrowind – zakreślił palcem.

     Morrowind wyglądało jak dwie dłonie, połączone w nadgarstkach i skierowane na północ, obejmujące z obu stron wielką wyspę Vvardenfell, tworząc Morze Wewnętrzne, otwarte jedynie od północy. Ją samą ze wszystkich stron otaczały archipelagi drobnych wysepek. Lądowa część Morrowind graniczyła od zachodu aż z trzema krainami – na północy ze Skyrim, bardziej na południe z Cyrodiil i na południu z Czarnymi Mokradłami, ojczyzną Argonian. Od tych krain oddzielał ich długi łańcuch gór Velothi. Z pozostałych stron oblewało je morze.

     - To Solstheim – Lydia pokazała okrągłą wyspę, która w porównaniu do reszty wydała mi się niezmiernie mała. – Myślałam, że jest większa. Zawsze mówiono mi, że to duża wyspa.

     - Całkiem spora – odrzekł kapitan. – Po prostu bywają większe. A gdy spojrzysz na całe Morrowind…

     - Kawał lądu – przyznałem. – Chyba większy niż Cyrodiil.

     - Nigdy tego nie liczyłem – zaśmiał się Cronus. – Ale jakby dobrze policzyć i pomierzyć te wszystkie wysepki, pewnie tak by to właśnie wyszło. My jesteśmy tu – wskazał na północny wschód.
Podążyliśmy wzrokiem za jego palcem. Potężny półwysep, okalający Vvardenfell od wschodu, skierowany był na północ. U jego krańca leżała duża wyspa, na której widniała kropka, opisana jako Tel Thenim. „Dreugh” zbliżał się do jej północnego brzegu.

     - Niedługo powinna być widoczna – dodał. – Miniemy ją dość blisko, więc ujrzymy zarys lądu. I zaraz skręcimy na południe. Już jutro pod wieczór powinno zrobić się zauważalnie cieplej.

     - A jaki ląd ujrzymy w następnej kolejności – spytała Lydia.

     Kapitan wskazał niewielki półwysep, odstający nieco na wschód.

     - Necrom – odrzekł. – Jak widzisz, to najdalej na wschód wysunięta kontynentalna część Tamriel. Ujrzymy ją pojutrze, wczesnym rankiem.

     - Dlaczego płyniemy tak daleko od lądu? – spytałem. – Ze względu na mielizny?

     - Na wschodzie nie ma wielu mielizn – odparł kapitan. – Morze tutaj jest głębokie, więc moglibyśmy płynąć bliżej brzegu. Ale po co? To znacznie wydłużyłoby drogę. Statek, tam gdzie może, płynie w linii prostej.

     I przy tych słowach chwycił srebrny sztyfcik i nakreślił prostą linię, łączącą wschodni cypel mijanej wyspy z najbardziej na wschód wysuniętą częścią półwyspu. Pokiwałem głową. To w końcu nie była wycieczka krajoznawcza, tylko rejs handlowy i czas miał dla niego kolosalne znaczenie. Przez głowę jednak przeszła mi myśl, żeby któregoś dnia wynająć statek i załogę tylko po to, by zwiedzić dalekie kraje. Byłem człowiekiem bogatym. Pewnie byłoby mnie na to stać. W ostateczności mogę nawet kupić okręt. Może jeszcze nie teraz, ale nasz majątek wciąż rósł. Może kiedyś…

     Na razie postanowiliśmy coś zjeść, a potem wrócić na pokład. Cronus z podziwem pokręcił głową.

     - Że też chce wam się tam marznąć – mruknął. – Za dwa dni, to rozumiem, ale teraz? Ziąb tam taki, że ręce grabieją.

     - Skąd jesteś – spytałem.

     - Z Anvil – odparł.

     - Złote Wybrzeże – uśmiechnąłem się. – Piękna kraina. Cóż, ja pochodzę z okolic Brumy, więc do mrozu i wiatru jestem przyzwyczajony. Wystarczy mi cieplejszy płaszcz i mogę stać tam przez cały dzień.

     Wskazałem na płaszcz kultysty, który miałem narzucony na ramiona.

     - A ja ze Skyrim – uśmiechnęła się Lydia. – Dla mnie na pokładzie jest całkiem przyjemnie.

     - Czasami zazdroszczę Nordom ich odporności na zimno – Cronus skłonił się Lydii z galanterią. – Mam w załodze kilku takich zuchów, co nie boją się mrozu. Wszyscy są Nordami.

     W doskonałych humorach opuściliśmy kajutę kapitana. Stanęliśmy na górnym pokładzie, wypatrując lądu po prawej stronie. I wkrótce go dostrzegliśmy, choć marynarz na maszcie – Nord, a jakże – obwieścił go długo przedtem, zanim udało nam się go dostrzec.

     Kapitan pojawił się na pokładzie natychmiast po okrzyku marynarza. Wkrótce na pokład wyszła większa część załogi. Zajęli stanowiska. Szykowała się zmiana kursu.

     Zwrot przebiegł sprawnie i szybko. Padło kilka niezrozumiałych komend, pociągnięto kilka lin, kilka innych poluzowano i wciąż jeszcze nisko wiszące słońce przesunęło się na lewą stronę, tak że świeciło teraz na dziób i lewą burtę. Statek też zauważalnie przechylił się na lewo i zaczęło nim trochę mocniej kołysać.

     - Po południu skorygujemy kurs i popłyniemy prosto na Necrom – odezwał się kapitan. – A na razie możecie z daleka podziwiać Morrowind.

     Było wprawdzie daleko, ale można było dostrzec szczegóły lądu. Słońce błyszczało na południowym wschodzie, zatem brzeg wyspy oświetlało z lewej strony. Przy ostrym, bocznym oświetleniu można wyraźnie dostrzec nawet niewielkie obiekty. Dlatego udało nam się, oprócz skał i niewielkich połaci lasów, wypatrzeć także kilka zabudowań. Choć na podziwianie architektury istotnie było za daleko.


     Następny dzień był nudny – dosłownie i w przenośni. Dookoła wodna pustka, a kołysanie znacznie się nasiliło. Źle to znosiłem, Lydia również. Straciliśmy apetyt i bez przerwy odczuwaliśmy nudności. Ja sam kilkakrotnie musiałem przechylić się przez burtę i wypompować z siebie całą zawartość żołądka, choć wydawało mi się, że i bez tego jest całkiem pusty. Lydia znosiła to trochę lepiej, ale i jej twarz, zwykle dość blada, stała się jeszcze bielsza. Czułem się słaby, wciąż było mi zimno i kręciło mi się w głowie. Z trudem stałem na nogach.

     Ze strony marynarzy nie doczekaliśmy się współczucia. Patrzyli na nas rozbawieni i niejeden rzucał przy nas jakąś uwagę o lądowych szczurach, którą zapewne uważał za dowcipną. Co gorsza, pozostali też musieli ją za takową uważać, bo po każdej z nich rozlegały się śmiechy. I to nie przytłumione.

     Większość dnia spędziłem pod pokładem, nie mając siły zwlec się z hamaka. Tam dało się wytrzymać, bo hamak kołysał się zgodnie z ruchem statku i trochę go niwelował. Mimo to, zapewne i tam zanieczyściłbym pomieszczenie, gdyby nie to, że już naprawdę nie miałem czym.

     Po dniu przyszła równie koszmarna noc i równie koszmarny dzień. A potem morze oszalało. Zerwał się silny wiatr i choć do ładowni światło słoneczne nie dochodziło, przysiągłbym, że widzę błyskawice. Zobojętniałem już na wszystko. Śmierć powitałbym jak wybawicielkę. Co chwila zapadałem w gorączkowy sen. Zatraciłem zdolność odróżniania snu i jawy. Koszmary mieszały mi się z rzeczywistością, równie okropną, a może i gorszą. Nie wiem sam, jak długo to trwało. Wydawało mi się, że całą wieczność. Pewnej nocy poczułem, że koniecznie muszę się chociaż napić wody, bo w gardle miałem strasznie sucho. Siłą woli wywlokłem się na pokład i odetchnąłem świeżym powietrzem. Poczułem się trochę lepiej, ale drżałem z zimna. Choć statkiem wciąż kołysało, wydawało mi się, że nieco lżej niż poprzednio. Musiałem się chwycić nadburcia, bo ledwo stałem na nogach.

     - Gdzie jesteśmy? – spytałem wysokiego Norda, stojącego przy sterze.

     Musiałem powtórzyć, bowiem ze słabości mówiłem tak cicho, że mnie nie dosłyszał.

     - Zbliżamy się do Archon – odparł. – A raczej do okolic Archon, bo miasto nie leży nad morzem.

     Nic mi ta nazwa nie mówiła. Zerknąłem w prawo. Widziałem niewyraźnie, ale udało mi się dostrzec w oddali jakieś światło.

     - To światło miasta?

     - A skąd – wzruszył ramionami. – Pewnie jakaś rybacka osada. Albo przystań…

     - Jesteśmy tak blisko brzegu?

     Skinął głową.

     - W dzień byłoby widać wyraźnie. Niestety, rankiem znowu oddalimy się od lądu. Ale na krótko. Teraz częściej będziemy widywać ląd.

     Próbowałem sobie przypomnieć mapę Morrowind i zorientować się, w którym miejscu możemy się znajdować. W końcu spasowałem.

     - To wyspa czy kontynent? – spytałem.

     - Stały ląd – odparł. – Ostatnią większą wyspę minęliśmy wieczorem. Następna dopiero na Morzu Topal, niedaleko Cyrodiil.

     - Którego dziś mamy?

     Roześmiał się, ale podał datę. Aż uniosłem brwi.

     - To tak długo to trwało?

     Okazało się, że od momentu wypłynięcia z portu minął już tydzień. To co wziąłem za wybrzeże Morrowind było w rzeczywistości Argonią – Czarnymi Mokradłami. Byliśmy znacznie dalej na południe niż myślałem. Musiałem stracić przytomność na dłużej niż mi się wydawało. Nic dziwnego, że ledwo stałem.

     - Zjedz coś – doradził marynarz.

     Z obrzydzeniem potrząsnąłem głową.

     - Zmuś się, bo do Cyrodiil dowieziemy tylko twoje zwłoki!

     Uparcie odmówiłem. Ledwo dałem rady napić się wody, a i tak czułem, że i ona podchodzi mi do gardła.

     - Musisz mieć czym rzygać – nalegał. – Wiem, to nic przyjemnego. Ale trzeba. Raz, drugi, czy może i trzeci zwrócisz to wszystko, ale trzeba uparcie jeść. W końcu się przyjmie a ty poczujesz się lepiej.

     Nie odpowiedziałem, ale choć robiło mi się niedobrze na samą myśl o jedzeniu, postanowiłem posłuchać jego rady. Może uda mi się zjeść jakiegoś sucharka. Zszedłem do ładowni. Właściwie to się do niej wturlałem, bo nie dałem rady utrzymać się na stromych schodach. Tam postanowiłem pomóc sobie Magią Przywracania. Trochę pomogło. Przywołałem więc Uzdrawiający Dotyk i rzuciłem porcję magii w stronę Lydii, ciężko oddychającej w koi obok. Otworzyła oczy.

     Minęło trochę czasu, zanim daliśmy radę wywlec się na pokład. Zjedliśmy po sucharze, maczanym w winie. I rzeczywiście, pierwsze suchary poszły za burtę, ale pomny rady marynarza spróbowałem jeszcze raz. Tym razem posiłek pozostał w żołądku. I naprawdę poczułem się lepiej!

     Tymczasem po lewej stronie niebo zaczęło jaśnieć. Wypiliśmy jeszcze po kilka łyków wina. Aż dziwne, ale zaszumiało nam w głowach, jakbyśmy wychylili po całym dzbanie. Cóż pusty żołądek i osłabienie. Mimo wszystko uznaliśmy, że lepiej będzie się położyć. Zeszliśmy na dół.

     Tym razem spałem spokojniej. Wciąż jeszcze było to na granicy jawy i snu, ale pozwoliło nabrać sił. Minęło południe, gdy Lydia obudziła mnie, pytając jak się czuję.

     - Lepiej – zapewniłem.

     - Zjesz coś?

     Poczułem nagle głód. To dobry objaw. Lydia podała mi menażkę z bogato okraszoną kaszą. Zapach podrażnił moje podniebienie.

     Nie chciało mi się wierzyć, że to ta sama nie doprawiona kasza, jaką rozdawano tu codziennie. Smakowała mi jak nigdy. Bujanie nie ustawało, ale nie wywoływało to już u mnie torsji. Lydii też wróciły rumieńce. Wyszliśmy na pokład.

     - O, jednak żyjecie! – roześmiał się Cronus. – A my już tu chcieliśmy się zabierać za szycie całunów!

     - Ale śmieszne – zgrzytnąłem zębami. – Już wiem, dlaczego ta podróż była taka tania.

     Roześmiał się w głos i poufale klepnął mnie w plecy.

     - Skoro przeżyłeś, nie jest źle! Każdy szczur lądowy przez to przechodzi, zanim zamieni się w wilka morskiego. Właśnie dostałeś pierwszą lekcję.

     - Mam nadzieje że ostatnią – westchnąłem. – Ledwo żyję.

     Kapitan polecił mi pójść do kambuza i poprosić o dwa kubki grogu. Zapewnił, że skoro już powstaliśmy z martwych, powinno nam to pomóc.

     - Czego?

     - Czego, czego… - przedrzeźniał mnie z wesołymi ognikami w oczach. – Zobaczysz!

     Postąpiłem zgodnie z jego radą. I nie wiadomo, co było gorsze – grog, czy morska choroba. Nie chodzi o smak. Napój był gorący, aromatyczny, słodkawy i pachnący miodem i korzeniami. W smaku całkiem przyjemny, choć ostry. Ale palił w gardle i odbierał dech. Wydawało mi się, że wlewam w siebie płynną lawę. Zakręciło mi się od niego w głowie. Ale rzeczywiście, dodał mi sił i animuszu. Zrobiło mi się ciepło, po raz pierwszy od wielu dni.

     Przez cały dzień dochodziliśmy do siebie. Stopniowo wracał nam apetyt, a wraz z nim siły. Ląd po prawej stronie zniknął wkrótce, a statek znów zmienił kurs, co poznałem po położeniu słońca. Wieczorem oświetlało już nie tylko prawą burtę, ale i część dziobu. Płynęliśmy na południowy wschód.

     Przez następne kilka dni wciąż mieliśmy po prawej ląd. To znikał w oddali, to znów się przybliżał, ale prawie cały czas był widoczny. Statek kilkakrotnie zmieniał kurs. Płynęliśmy teraz na zachód, aż pewnego ranka „Dreugh” skręcił na północny zachód. Wpłynęliśmy na Morze Topal. Kołysanie od razu się uspokoiło. Teraz było delikatne, choć wyczuwalne. Jednocześnie statek trochę zwolnił. Wiatr był tu wyraźnie słabszy, no i szliśmy częściowo pod wiatr.

     Od tego czasu Lydia nie odstępowała kapitana Cronusa, który wydawał się być tym faktem zachwycony. Zadawała mu mnóstwo pytań, na które starał się odpowiadać rzeczowo i dokładnie. Na pytanie, jak wielkie jest Morze Topal, uśmiechnął się.

     - To zwyczajowa nazwa. Topal jest właściwie zatoką.

     - I Leyawiin leży nad tą zatoką?

     - Nie do końca. Leyawin leży nad zalewem Dolny Niben, trochę dalej w głąb lądu.

     - To ten zalew jest tak głęboki?

     - To spory zalew – odparł Cronus. – Sięga aż do Cesarskiego Miasta. W okolicach Leyawiin jest najwęższy i najpłytszy, a i tak mogą tam wpłynąć pełnomorskie statki. Trochę ciasno, ale dają radę.

     - Niesamowite…

     - Wpływają nawet do Cesarskiego Miasta – odrzekł Cronus. – I to nie jakieś małe barkasy, tylko pełnomorskie galeony, większe niż ten.

     - Cesarskie Miasto jest pełnomorskim portem – dodałem. – W dodatku chyba największym w całym Cyrodiil.

     - A Leyawiin?

     - Do niedawna w ogóle portu tam nie było – odparł Cronus. – Tylko przystań. Trochę ją rozbudowano i teraz jest, choć niewielki.

     - Nigdy nie byłem w Leyawiin – przyznałem. – Wiem o mieście tyle, co z książki. I to starej, z czasów Kryzysu Otchłani.

     - No, to się zdziwisz! – roześmiał się. – Miasto rozrosło się od tego czasu. Może nie samo miasto, ale poza murami powstało wiele zabudowań. I jest wreszcie port z prawdziwego zdarzenia. Niewielki, ale funkcjonalny. Do tej pory, żeby dostarczyć towary, trzeba było płynąć aż do Bravil.

     - A w Bravil jest duży port? – spytała Lydia.

     - Miasto samo jest portem – odparłem. – Byłem tam kiedyś. Bardzo przypomina Pękninę. Przez środek miasta płynie kanał i mogą tam wpłynąć statki. Nawet zabudowa podobna.

     - Bravil mocno podupadło, po zbudowaniu portu w Leyawiin – przyznał Cronus. – Niewiele się tam dzieje. Większe ładunki wygodniej rozładować w Cesarskim Mieście.

     - Chciałabym to zobaczyć…

     - Przecież zobaczysz – otoczyłem ją ramieniem. – Już wkrótce.

     Rankiem następnego dnia ogarnęło mnie wzruszenie. Stałem na dziobie i wpatrywałem się w ląd przed nami. Zbliżał się wolno, niezauważalnie. Najpierw był po prostu ciemną smugą, przypominającą chmurę. Potem rozrósł się na boki i poszarzał, by po jakimś czasie zacząć nabierać kolorów. Najpierw zdał mi się błękitny, potem stopniowo zaczął zielenieć. Po raz pierwszy od niemal trzech lat, kiedy to po raz ostatni odwiedziłem swój dom, ujrzałem Cyrodiil. Ziemię, która mnie zrodziła. Jakbym ujrzał dawno nie widzianą matkę.

     Oczywiście, nasza podróż musiała przebiegać przez Brumę i moją rodzinną wioskę. Wiedziałem, że zostaniemy tam dłużej, w domu moich rodziców, których nie widziałem już tak dawno. A zanim to nastąpi, czeka mnie jeszcze nostalgiczna podróż po całej krainie – od najbardziej na południe wysuniętego skrawka lądu, aż do gór Jerall na północy, które stanowiły granicę ze Skyrim. Pokażę swojej żonie stolicę, pałac cesarza, Wieżę z Białego Złota i dobrze zachowane ayleidzkie ruiny, wciąż piękne i malownicze, pomimo zniszczeń, jakich dokonał czas. Zaprowadzę ją do świątyni Akatosha, gdzie wciąż wznosi się dumnie monumentalna statua boga-smoka, która jeśli wierzyć legendom, była skamieniałym awatarem cesarza Martina Septima. Przypomnę jej Brumę, miasto Nordów, które dotąd widziała tylko raz. I przede wszystkim przepiękne, gęste lasy, szeleszczące liśćmi, nie igłami.

     Usłyszałem czyjeś delikatne kroki za plecami. Nie musiałem odwracać głowy, by wiedzieć kto to. Wkrótce objęły mnie dwa ramiona i dwie smukłe dłonie legły na mojej piersi.

     - Całe Cyrodiil jest takie zielone? – spytała Lydia.

     - Prawie całe – odparłem. – Tylko na północy, w górach, jest białe. Zresztą. sama zobaczysz to na własne oczy.

     - Nie mogę się doczekać – szepnęła mi do ucha. – Chodź, musimy się przygotować do zejścia na ląd.

     Z trudem oderwałem oczy od lądu i podążyłem za nią do ładowni. Postanowiliśmy włożyć zbroje, by nie targać niezgrabnego tobołu. Z trudem też przekonałem Lydię, że nie należy pod nią wkładać bluzy.

     - Koszula zupełnie wystarczy – zapewniłem. – Jesteśmy w Cyrodiil. Tobie pewnie nawet w samej koszuli będzie za gorąco.

     Spakowaliśmy nasze rzeczy i wytargaliśmy je na pokład. W międzyczasie „Dreugh” zbliżył się do lądu na tyle, że było widać nawet pojedyncze drzewa.

Cyrodiil, zalew Dolny Niben. W oddali widoczne mury miasta Leyawiin. Ten właśnie widok zapewne tak bardzo wzruszył naszego bohatera

     Wkrótce wpłynęliśmy do czegoś, co wyglądało jak szerokie ujście wielkiej rzeki. W oddali majaczyły wysokie mury miasta, nad którymi górował zamek. Serce biło mi jak oszalałe. Jeszcze trochę, jeszcze chwila i będę w domu!

     Wkrótce statek sprawnie przybił do drewnianej kei pod murami miasta. Uścisnęliśmy ręce załodze i pożegnaliśmy się z nimi. Rzucono cumy, a potem drewniany trap. Lydia wyszła pierwsza, ja za nią. Gdy tylko dotknąłem stopą lądu, w oczach pojawiły mi się łzy wzruszenia. Nie mogłem się oprzeć. Zdjąłem rękawicę i schyliłem się do ziemi. Dotknąłem całą dłonią ciepłego, nagrzanego od słońca gruntu. Wziąłem w garść trochę czarnego, pachnącego wodorostami piasku, jakby było to czyste złoto.

     - Cyrodiil – szepnąłem przez ściśnięte gardło. – Wróciłem do domu…

niedziela, 21 lipca 2019

Rozdział XXXII – „Dreugh”

     Gjalund spóźniał się. „Dziewica Północy” już dwa dni temu powinna przybić do portu. Tymczasem mijał kolejny dzień, a jej prostokątny żagiel wciąż nie pojawiał się na horyzoncie. Zaczynaliśmy się już niepokoić. Co prawda ostatnio wiało trochę mocniej, co można było dostrzec po wzburzonym morzu i kierunku wulkanicznej chmury, która od kilku dni omijała wyspę z daleka, ale nie wydawało nam się, żeby miało to wpływ na rozkład rejsów tak wytrawnego żeglarza. Zrobiło się też nieco chłodniej. Dunmerowie, początkowo zadowoleni ze świeżego, odżywczego powietrza, zaczynali się obawiać o całość swoich upraw, którym niskie temperatury mogły zaszkodzić. Następnego ranka na ziemi leżał szron, dawno nie widziany po tej stronie wyspy. Za to w oddali, na horyzoncie pojawiła się czarna kropka, która powoli, choć zauważalnie rosła. Obserwowaliśmy ją z bastionu Przedmurza, na który od kilku dni wspinaliśmy się każdego ranka, wypatrując statku na horyzoncie. Stąd roztaczał się bardzo rozległy widok, jako że Przedmurze było dość wysokie i stanowiło wygodny punkt obserwacyjny. Uważnie wpatrywaliśmy się w powiększającą się kropkę. Po jakimś czasie zamieniła się w kreskę, a potem w nieregularny, ciemny kształt. Bez wątpienia, był to statek.

Widok z Przedmurza na morze

     - To nie jest „Dziewica Północy” – stwierdził nagle ze zdziwieniem towarzyszący nam Veleth. – To cesarski galeon!

     Zawsze byłem pełen podziwu dla sokolego wzroku kapitana Gwardii Redoran, ale nie wiedziałem, że zna się również na statkach. Dla mnie, przynajmniej z tej odległości, niewiele się one wszystkie od siebie różniły.
     
     - Skąd wiesz? – spytałem.
     
     - Jest o wiele większy – odparł kapitan. – I ma trzy maszty.
     
     Istotnie, po jakimś czasie, gdy statek podpłynął nieco bliżej, sam zauważyłem, że ma zupełnie inny kształt. Nie potrafiłem wprawdzie ocenić, czy istotnie jest większy, bo wokół nie było żadnego punktu odniesienia, ale zauważyłem, że bardzo różnił się od smukłych, norskich barkasów, jakie widywałem w Samotni, Gwieździe Zarannej, czy Wichrowym Tronie. Ten statek wydawał się proporcjonalnie krótszy, szerszy i znacznie wyższy. Nadbudówka nie znajdowała się na śródokręciu, lecz z tyłu, górując nad resztą. Pomijając fakt, że "Dziewica Północy" nie miała żadnej nadbudówki... No i rzeczywiście miał trzy maszty. Na pierwszych dwóch rozpięto żagle prostokątne, na drugim nawet piętrowe, jeden nad drugim. Tylko trzeci żagiel był trójkątny, podobnie jak dwa inne, na samym przodzie, rozpięte na samych linach, rozciągniętych między przednim masztem, a wystającym z przodu długim drzewcem.

     - Płynie od zachodu – Lydia zmarszczyła brwi. – Tak jakby płynął ze Skyrim. I chyba kieruje się do Kruczej Skały.

     - Coś się musiało stać – Veleth pokręcił głową. - Na mocy porozumienia z Kompanią Wschodniocesarską, ten szlak handlowy obsługiwany jest przez statki Nordów. Przecież Cesarscy nie łamaliby praw, które sami wprowadzili.

     - Może to wcale nie jest statek handlowy? – podsunęła Lydia? – Tylko jakiś transport wojska. Może Cesarscy dowiedzieli się o uruchomieniu kopalni i znowu zechcą zawładnąć wyspą?

     - Zupełnie nie w ich stylu. – Veleth zmarszczył nos. – Dunmerowie otrzymali tę wyspę od Skyrim, które jest częścią Cesarstwa. Wyspa należy do Morrowind, a Cesarstwu na pewno nie zależy na wojnie z Dunmerami. Zresztą, wtedy widzielibyśmy całą armadę, a nie jeden okręt. To raczej jakaś misja dyplomatyczna. Może cesarz chce tu urządzić ambasadę, żeby zapewnić dobrosąsiedzkie stosunki? Tylko dlaczego w takiej małej dziurze jak Krucza Skała?

     - No i przecież w Skyrim jest kilka kopalni ebonu – dodałem. – Choćby Skała Shora. Nikt nie wszczynałby wojny z jego powodu, a już na pewno nie Cesarscy.

     - Cesarscy raczej zaproponowaliby jakiś kontrakt, umowę handlową, czy coś w tym rodzaju – zgodził się Veleth. – To bardziej w ich stylu. I kto wie, może właśnie po to tu płyną.

     Zgodziliśmy się, że tak może być. Mimo to, pełni niepokoju zeszliśmy na dół. Wciąż bowiem byliśmy niespokojni o los kapitana Gjalunda i „Dziewicy Północy”. Mieliśmy nadzieję dowiedzieć się czegoś od załogi zdążającego tu galeonu. Chciałem udać się od razu do portu, ale Lydia stwierdziła, że jeszcze na to za wcześnie. Statku zapewne nawet nie było stamtąd widać. Minie pół dnia, zanim zawinie do Kruczej Skały, o ile w ogóle się tu wybierał.

     Miała rację. Galeon dobił do portu dopiero wczesnym wieczorem, gdy słońce już się czerwieniło. Nie przybił jednak do kei, tylko stanął na kotwicy na środku zatoki. A potem marynarze, korzystając tylko z ostatniego nie opuszczonego jeszcze, trójkątnego żagla, obrócili stojący na kotwicy statek dziobem w stronę morza. Naszym oczom ukazała się wysoko spiętrzona rufa, przypominająca dwupiętrowy, drewniany pałacyk, błyszczący taflami szyb, wstawionych w prostokątne okna. Pod nimi, złocąc się wypolerowanymi, mosiężnymi literami, błyszczała nazwa statku: „Dreugh”. Imię galeonu oznaczało morskie stworzenie, występujące w cieplejszych rejonach mórz, sporego skorupiaka, który potrafił poprzez dotknięcie ofiary sparaliżować ją, niby magią błyskawic. Na maszcie powiewała czarna, cesarska bandera ze srebrną winietą smoka. Zwinięto ostatni żagiel, rzucono drugą kotwicę i spuszczono łódź z kilkoma osobami.

     Takie wydarzenie musiało wzbudzić spore zainteresowanie osadników. W porcie trudno było się przecisnąć między mieszkańcami Kruczej Skały, z których każdy chciał obejrzeć cesarski statek, niektórzy po raz pierwszy w życiu. Staliśmy między nimi i musiałem przyznać, że widok naprawdę robił wrażenie. Statek był niemal dwukrotnie większy od „Dziewicy Północy”. Nieco dłuższy, znacznie szerszy i wyższy, głębiej zanurzony. Jak się później dowiedziałem, z tego ostatniego powodu, nie przybił do kei, bowiem kapitan obawiał się, czy jest tu wystarczająco głęboko.

     Na razie nie było mowy o tym, żeby dopchać się do drewnianego pomostu. Nawet Adril Arano musiał przepychać się przez ten tłum, by powitać niespodziewanych gości. Kilka osób, popchniętych przez napierający tłum, z pluskiem wylądowało w wodzie i trzeba ich było wyciągać. Gdzie tłum, tam i hałas. Ludzie przekrzykiwali się wzajemnie i nie było sposobu, żeby cokolwiek usłyszeć.


"Dziewica Północy" w porcie w Kruczej Skale. Według relacji Dunmerów, zawinęła do portu pięć tygodni po opisanych wydarzeniach.


     - Chodźmy do gospody – rzuciłem w pewnej chwili. – Kapitan będzie pewnie chciał coś zjeść. Tam najprędzej go spotkamy.

     - O ile rajca go nie zaprosi do siebie – odparła Lydia. – Jeśli to jakaś misja dyplomatyczna, to może się tak stać.

     Ja jednak liczyłem na to, że Adril, nie przygotowany na taką ewentualność, jeśli nawet zdecyduje się na oficjalne przyjęcie, raczej urządzi je w gospodzie. I miałem rację, choć minęło trochę czasu, zanim w „Rzygającym Parzydłaku” pojawił się drugi rajca, w towarzystwie dwóch nieznajomych Cyrodiilijczyków, w marynarskich, pikowanych bluzach, ozdobionych kolorowymi haftami. Byli to kapitan galeonu i intendent, reprezentujący Kompanię Wschodniocesarską. Kapitan był dość wysokim mężczyzną, o ciemnej czuprynie i krótkiej bródce, przyciętej na cesarską modę. Nie miał jeszcze czterdziestu lat, ale pierwsze siwe włosy pojawiły się już na jego skroniach i brodzie. Smukły i sprężysty, w doskonałej kondycji, zapewne również potrafił się posługiwać krótkim, paradnym mieczem, przypasanym do boku. Drugi był starszy, ale równie czerstwy. Nieco niższy, ale szerszy w barach. Z pewnością był nie tylko intendentem, bo  każdy jego ruch zdradzał wytrawnego wojownika. Mam oko do takich rzeczy. Byłbym gotów się założyć, że w razie czego potrafi złapać za miecz, choć teraz za pasem miał tylko krótki, ozdobny kordzik. Adril zaprosił ich do stołu.

     Ale kapitan nie od razu usiadł. Dyplomacja to, wydawałoby się, umiejętność, której moi rodacy nie muszą się uczyć. Oni się z nią rodzą. Kapitan najpierw skłonił się lekko i w kilku słowach podziękował wszystkim obecnym za ciepłe przyjęcie, a potem, ku mojemu zdziwieniu, podszedł do mnie i wyciągnął prawicę.

     - Witaj rodaku – wesoło błysnął oczami. – Nie spodziewałem się zastać tu Cesarskiego. Mówiono mi, że to wyłącznie dunmerska osada.

     Przedstawiliśmy się sobie. Nazywał się Maximilian Cronus, a gdy ja wymieniłem swoje imię,  okazało się, że słyszał już o mnie.

     - Ten Wulfhere? – przyjrzał mi się uważnie. – To o tobie mówią Dovahkiin?

     - To ja – uśmiechnąłem się. – Tak nazywają mnie Nordowie ze Skyrim, gdzie mieszkam.

     Zaprosił nas do swojego stołu. Całą trójkę, bowiem wciąż towarzyszył nam Veleth. Adril zamówił kolację. Zanim ją podano, kapitan Cronus zdążył nam odpowiedzieć na kilka pytań. Przede wszystkim spytałem o „Dziewicę Północy”.

     - Gjalund miał niemiłą przygodę – odparł kapitan. – Nastąpiło jakieś tąpnięcie, czy coś, w każdym razie wywołało to bardzo silną i zupełnie niespodziewaną falę, u ujścia Białej Rzeki. „Dziewica Północy” właśnie wypływała z portu. Fala była tak silna, że rzuciło ją na pobliską rafę. Mieli pecha, akurat stali burtą do tej fali. No, ale kto to mógł przewidzieć?

     - Zatonęła? – zaniepokoiliśmy się.

     - Osiadła na rafie – uspokoił nas Cronus. – Uszkodziła tylko poszycie i chyba kilka wręg. Pomagaliśmy ją stamtąd ściągać. Prowizorycznie załataliśmy dziurę i ściągnęliśmy statek na wodę, żeby go przeciągnąć na brzeg. Tam został wyciągnęliśmy go  z wody. Paskudna dziura w prawej burcie. Czeka go większa naprawa. Na kilka tygodni statek jest wyłączony z żeglugi.

     - A ty ofiarowałeś się, że weźmiesz jego ładunki? – spytała Lydia.

     Cronus uśmiechnął się do niej uprzejmie. Widać było, że moja żona bardzo mu się podoba, co mnie wcale nie dziwiło.

     - My, ludzie morza, zawsze sobie pomagamy – odrzekł skromnie. – Przeładowaliśmy jego ładunek na „Dreugha”. Ale to nie tak, że ja to zrobiłem za darmo. Wszystko po prostu od niego kupiłem. Oddał mi swój jednorazowy kontrakt na dostawę, chcąc się odwdzięczyć za pomoc. Zgodziłem się jedynie na trochę wyższą cenę, bo Gjalund potrzebował pieniędzy na naprawę statku, a przez to trochę mniejszy zysk dla nas. Nie narzekam, bo to i tak zysk nadprogramowy i niespodziewany. Jutro, za dnia, to wszystko wyładujemy.

     - Z co z powrotem? – spytał Veleth. – Mam pocztę do Wichrowego Tronu.

     - Ja również – Adril skinął głową.

     - A my chcielibyśmy wrócić do Skyrim – dodałem.

     Kapitan spojrzał na swego towarzysza. Tamten skrzywił się lekko i pokręcił głową.

     - Nie da rady – odparł. – Za dwa tygodnie musimy być w Leyaviin. Nie zdążymy.

     - Ano, nie możemy – wetchnął kapitan. – Mamy też swoje kontrakty, z trudem zdobyte. Musimy dotrzymywać terminów. Jutrzejszy dzień poświęcimy na rozładunek, ale następnego ranka musimy wyruszyć do Cyrodiil.

     - Ale naprawa „Dziewicy” nie powinna długo trwać – dodał intendent. – Widziałem to uszkodzenie. Musi naprawić dwie, czy trzy wręgi i wymienić kilkanaście desek z poszycia. Chętnych do pomocy mu nie brakuje. Włącznie z uszczelnianiem i smołowaniem, może mu to zająć jakieś dwa, może trzy tygodnie.

     Trzy tygodnie! Plus kilka dni na zdobycie kontraktu i załadunek, przy dobrym wietrze jedna doba na podróż, przy złym prawie dwa dni. A potem zwyczajowy trzydniowy pobyt w Kruczej Skale, czekanie na załadunek, wypełnianie ksiąg. No i załoga też musi trochę odpocząć na lądzie. Z trzech tygodni nagle zrobił się cały miesiąc.

     Lydia przygryzła wargę. Liczyła na to, że jednak wyruszymy wcześniej. Ja też miałem taką nadzieję. Miesiąc bezczynnego czekania wcale mi się nie uśmiechał. Gdyby chociaż można było się przez ten czas czymś zająć. Cóż, mogłem wprawdzie wyruszyć w góry, poszukać stalhrimu dla Baldora, ale szczerze mówiąc, paliłem się już do powrotu. Tamta sprawa nie wydała mi się wcale taka pilna.

     - Leyawiin jest na samym południu, prawda? – spytała Lydia. – Stamtąd daleko do Skyrim…

     Uśmiechnąłem się. Też o tym pomyślałem.

     - Tak, to na południowym krańcu kontynentu, nad morzem Topal – odparł Cronus. – Do Skyrim istotnie daleko.

     - Ile dni pieszo?

     - Nie wiem – roześmiał się. – Ja podróżuję statkiem. Wschodnim szlakiem będzie to dziesięć do dwunastu dni zależnie od wiatru. A lądem – rozłożył ręce – nie mam pojęcia.

     - Ale to przecież Cyrodiil – wtrącił się intendent. – Po co podróżować pieszo? Przecież są konie. A wy wyglądacie na kogoś, kogo stać na kupno, czy wynajem wierzchowca. W tydzień bylibyście na granicy.

     Miał rację! Że też nie przyszło mi to do głowy. W Cyrodiil każde miasto prowadziło własną stadninę. Tam nie podróżowało się pieszo, jak w Skyrim, gdzie strome, górskie szlaki zwykle nie pozwalały na użycie koni. Mimo większych odległości, drogę między miastami, nawet na piechotę pokonywało się szybciej, bo nie trzeba było co chwila omijać stromych, niezdobytych gór. To nie Skyrim gdzie szlak zwykle przypominał meandry rzeki, kręcąc się raz w jedną, raz w drugą stronę. W Cyrodiil drogi były znacznie prostsze, nachylone bez porównania łagodniej, lub wręcz wcale, a stajnie konkurowały ze sobą, oferując bardzo dogodne warunki wynajmu lub sprzedaży wierzchowców. Leyawiin na przykład szczyciło się wyhodowaniem rasy świetnych, wytrzymałych koni, zwykle o srokatym umaszczeniu. Widywałem takie u podróżnych, w pobliżu naszej wioski.
Spojrzeliśmy na siebie z Lydią. Słowa nie były potrzebne.

     - Zabierzecie dwoje pasażerów? – spytałem. – Cena nie gra roli.

     Kapitan zdawał się być zakłopotany.

     - Ja nie odmawiam – odrzekł powoli. – Problem w tym, że nie mam miejsc i nie mogę zaofiarować wam żadnej kabiny. To statek handlowy, nie pasażerski.

     - Nie przywykliśmy do luksusów – zapewniłem go. – Wystarczy byle jaki kąt do spania i coś, żebyśmy nie umarli z głodu.

     - Statek wyładowany po brzegi – westchnął. – A rejs zajmie nam trochę czasu. Jeden, czy dwa dni wytrzymacie w jakimś kącie, ale dwa tygodnie?

     - Po wyładowaniu skrzyń od Gjalunda będzie miejsce w górnej ładowni – intendent potarł brodę. – Wygód nie ma, ale hamaki będzie gdzie rozwiesić. Dwie osoby spokojnie się zmieszczą. Dużo macie bagażu?

     - To co mamy na sobie – odparła Lydia. – Do tego nasze zbroje i broń.

     - I jedna skrzynia – dodałem. – Nieduża, ale ciężka.

     Miałem bowiem zamiar zabrać do domu trochę złota i kosztowności ze skarbu Śmiercionoścy. Niedużo. Jakieś dwadzieścia, może trzydzieści tysięcy septimów. Miałem zamiar zdeponować je w Leyawiin i wymienić na cesarskie asygnaty, honorowane również przez wszystkich kupców w Skyrim. Resztę zostawiliśmy w grobowcu, zawczasu powierzając klucz Frei i wymuszając na niej obietnicę, że jeśli kiedykolwiek ona, lub jej lud znajdą się w potrzebie, mają z niego bez skrępowania skorzystać. Łatwo nie było, to w końcu Nordowie. Przekonał ją dopiero argument, że skarb ten pochodzi również z dóbr zrabowanych Skaalom.

     Cronus zgodził się na trzysta septimów za przewiezienie nas do Leyawiin. To niewielka cena, zważywszy na to, że będzie miał nas na karku przez tydzień, albo i dłużej, żywiąc nas i odpowiadając na nasze głupie pytania, jakie na pewno się podczas tej podróży pojawią. Byłem gotów zapłacić dwa, albo i trzy razy tyle, ale Cronus nie był chciwy.

     - Pusto tu będzie bez was – stwierdził Veleth. – Nie zostalibyście trochę dłużej?

     - Musimy wracać – odparłem rozmarzonym głosem. – Tęsknimy już do domu i przyjaciół w Skyrim. Każdy z nas ma swoje miejsce na świecie. Tak to już jest… Modyn.

     Kapitan straży spiorunował mnie wzrokiem spod brwi.

     - Nie było tematu – mruknął, wywołując salwę śmiechu.

*          *          *

     Dziwnie się czułem ze świadomością, że to nasza ostatnia noc w Posiadłości Severinów. Kapitan wymógł bowiem na nas, byśmy noc, bezpośrednio poprzedzającą rejs, spędzili na statku. Chciał odpłynąć wczesnym rankiem i nie miał zamiaru tracić czasu na szukanie nas po mieście, na wypadek gdybyśmy zaspali. Na statku kapitan ma władzę absolutną, nawet jeśli ktoś płaci za rejs. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby oponować. Przeciwnie, oboje staraliśmy się być jak najmniej kłopotliwymi pasażerami.

     Długo nie mogłem zasnąć. Myślami błądziłem po wyspie, odwiedzając każde z poznanych dotychczas miejsc. Stały mi się bliskie, podobnie jak bliscy stali mi się ich mieszkańcy. Przed oczami przesuwały mi się twarze przyjaciół, jakich tu zostawiam. Skaalowie – Baldor, Fanari, Frea… Czy Dunmerowie jak Veleth, Adril, czy Neloth. Albo Glover, pracowicie stukający młotem, czy Crescius, pomimo wieku, z kilofem na ramieniu dziarskim krokiem udający się do kopalni.

     Skyrim, tak wytęsknione i wyczekiwane przez cały ten czas, tej nocy odpłynęło gdzieś daleko, w nieznane. Tej nocy najbliższa była Krucza Skała.

     - Nie śpisz – usłyszałem w ciemności szept Lydii.

     - Nie śpię – odrzekłem.

     Położyła mi głowę na piersi. Otoczyłem ją ramieniem.

     - Ja też nie mogę spać – przyznała się. – Chyba będę tęsknić do tego miejsca.

     - Ja też – odrzekłem. – Niechętnie opuszcza się miejsca, w których człowiek dobrze się czuje.

     - A nie cieszysz się, że zobaczysz swoją ojczyznę? – spytała. – Wiem, nie planowaliśmy podróży do Cyrodiil, ale chyba miło ci będzie znów je odwiedzić?

     - Pewnie tak – uśmiechnąłem się sam do siebie. – To piękne miejsce.

     - Widziałam tylko Brumę i okolice twojej wioski – przesunęła dłonią po mojej piersi. – Przypominało to Skyrim. Trochę, zwłaszcza w Brumie.

     - Tym razem udajemy się na południe – odrzekłem. – Do Czarnego Lasu. Tam jest zupełnie inaczej. Tam nie ma gór, jest bardzo ciepło i wilgotno.

     - Czarny Las?

     - Tak nazywa się ta część Cyrodiil. Las jest tam tak gęsty, że nawet w słoneczne dni pozostaje mroczny. Podobno, bo nigdy na własne oczy tego nie widziałem. Nigdy nie byłem tak daleko na południu.

     - Dreugh… - szepnęła znów. – Statek nazywa się tak jak ten wodny stwór. Ciekawa jestem, czy to rozumne stworzenie, jak niektórzy gadają. To prawda, że one żyją w Cyrodiil? I wychodzą tam na brzeg?

     - Podobno – mruknąłem tylko, bo niewiele o nich wiedziałem.

     - Czytałam kiedyś, że wywodzą się od wodnych elfów.

     - Elfów? – uniosłem głowę. – Przecież to zwierzęta. Neloth kiedyś o nich wspominał. Podobno u wybrzeży Vvardenfell jest tego zatrzęsienie.

     - Neloth twierdzi tak o każdym, kto nie jest Dunmerem – prychnęła w odpowiedzi.

     Trochę racji miała. Ale nie sądziłem, by dreugh był rozumnym stworzeniem. Były to wielkie, wodne skorupiaki, rozmiarami i sylwetką trochę tylko przypominające humanoida. Nie miały nóg, tylko cztery macki, jak ośmiornica. Ich pyski, istotnie przypominające odrobinę ludzkie twarze, były pokryte chityną, a zamiast dłoni stworzenia miały szczypce, jak kraby błotne. Tak przynajmniej opisywano je w książkach. Ja sam nigdy takiego stwora nie widziałem. Zamieszkiwały ciepłe wody, jakich nie uświadczyło się w Skyrim, ani u wybrzeży Solstheim. Występowały na południu i podobno gdy przychodził ich okres godowy, przepoczwarzały się i wychodziły na brzeg. Na jakiś rok stawały się stworzeniami lądowymi, przypominającymi wielkie modliszki, po czym, gdy złożyły już jaja i wylęgły się larwy, wracały do morza.

     - Podobno używają magii błyskawic – odezwała się Lydia. – Nierozumne stworzenie nie potrafi używać magii.

     - Neloth twierdzi, że to nie jest magia i pod tym względem mu wierzę – odparłem. – Zna się na magii jak mało kto. To podobno naturalne zjawisko, takie samo jak iskry, co przeskakują po  pocieraniu wełnianej tkaniny. Podobnie zresztą działa. Dreugh potrafi porazić tylko wtedy, gdy cię dotknie.

     - Widziałeś kiedyś dreugha?

     - Nigdy – odparłem. – Zresztą, w Cyrodiil podobno są rzadkością. Wybili je myśliwi. Jak wszystko.

     - Jak można wybić wszystko?

     - No, nie wszystko… Mówię tu o stworach nie do końca naturalnego pochodzenia. Kiedyś żyły tam ogry, minotaury, świetliki, impy. Podobno wciąż jeszcze są, ale bardzo trudno je spotkać. Jeszcze dwieście lat temu było ich więcej.

     - A wiły?

     - Są. Niewiele, ale są. I jest to jakiś inny gatunek niż w Skyrim, czy tutaj. Wiły w Cyrodiil są piękniejsze. Sam taką kiedyś widziałem. Fakt, tylko raz. I potem jeszcze jedną nieżywą, w chatce Eanora. Tylko ta druga bardziej przypominała tutejszą.

     - Piękniejsze, to znaczy jakie?

     - Jakby to powiedzieć… - zająknąłem się. – Tutejsze wyglądają, jak ożywione pniaki. Bardziej przypominają kawałki drewna. Południowe wiły wyglądają jak młode, zielone kobiety, w ubraniu z gałązek, albo raczej jak obrośnięte bluszczem. Człowiekowi trudno uwierzyć, że to tak groźne stworzenie. Ma raczej ochotę porwać je w ramiona.

     Dała mi żartobliwego kuksańca.

     - Naprawdę – uśmiechnąłem się. – Wiłę z Cyrodiil z daleka można wziąć za młodą kobietę. Zwłaszcza gdy idzie. Porusza się wdzięcznie, jak dama. Ma w sobie coś zmysłowego.

     - A mamuty?

     - Nie ma. I nigdy nie było. Ale są trolle. Też inne, leśne. Są trochę mniejsze, ale zwinniejsze. I też już ich niewiele. Wybito je, bo zagrażały ludziom. No i łój trolla jest ceniony przez alchemików.

     Przez chwilę milczeliśmy. Lydia w zamyśleniu przebierała palcami po mojej piersi, ja zaś delikatnie gładziłem ją w miejsce, gdzie zaczynało się biodro, bo dalej nie mogłem dosięgnąć. Było nam dobrze i błogo.

     - Czytałam o minotaurach – odezwała się znów. – Podobno to też rozumne stworzenia. Kiedyś potrafiły mówić i nawet żyły między ludźmi, ale zatraciły tę umiejętność.

     - Tu jestem w stanie uwierzyć – przytaknąłem. – Choćby dlatego, że umieją posługiwać się bronią. Spotykano minotaury, uzbrojone w topory, albo młoty bojowe. Niektóre nawet nosiły w nosie złote, albo srebrne kółka, jak kolczyki. No i nie rozumiem tej ich agresji. Nie są drapieżnikami, więc po co atakują ludzi?

     - Może z zemsty? – podsunęła Lydia. – Za to że ludzie ich odtrącili i otoczyli pogardą.

     - Może…

     - A co to są impy?

     - To takie małe, latające stworzenia. Trochę przypominają nietoperze. Potrafią atakować małymi kulkami mroźnej mgły.

     - To chyba niegroźne?

     - Groźne o tyle, że żyją stadnie. Zamieszkują jaskinie. Nie wiadomo nawet, czy jeszcze jakieś się zachowały. O, jaskinie! Teraz sobie przypomniałem. W jaskiniach żyją gobliny. Widziałem ich ślady. I widziałem zwłoki człowieka, zabitego przez gobliny, które zajęły jakieś podziemia w pobliżu Cesarskiego Miasta. Widziałem, jak straż formowała grupę uderzeniową, żeby je zlikwidować. I gobliny już na pewno są rozumne. Wytwarzają nawet prymitywną broń, a ich szamani posługują się magią. Tylko za nic w świecie nie daje się z nimi porozumieć. To jakieś zdegenerowane plemię elfów.

     - Coś jak Falmerowie?

     - Coś jak oni – przytaknąłem – Tylko nie są ślepi. Przeciwnie, mają doskonały wzrok. Tak przynajmniej twierdzili strażnicy.

     - Mówiłeś, że są tam dziki.

     - Są – potwierdziłem. – Zwierzyny tam sporo. Samych niedźwiedzi chyba trzy gatunki. Dziki, wilki, górskie lwy.

     - Lwy?

     - Krewni waszych kotów szablozębnych – odparłem. – Trochę mniejsze, ale bez porównania zwinniejsze. Niebezpieczne zwierzęta. Na szczęście żyją samotnie i raczej unikają ludzi. Trzymają się z dala od szlaków.

     Jeszcze jakiś czas rozmawialiśmy półgłosem, jakbyśmy bali się kogoś obudzić, choć nikogo, poza nami tu nie było. Ale wkrótce zmorzył nas sen.

     Rankiem zaczęliśmy się przygotowywać do podróży. Trzeba było zdecydować, co bierzemy ze sobą, co zostawiamy. Zbroje na statku do niczego przydać się nie mogły, więc spakowaliśmy je do płóciennego tobołu, podobnie jak broń. Tobół i ciężka skrzynka ze złotem zostały wystawione do przedsionka na górze. Co jeszcze? Trochę zapasów na drogę. Niewiele, bo Cronus zapewnił nam wyżywienie. Trochę lekarstw, kilka wielkich klejnotów duszy do podładowania zaklętej broni, zapas strzał. Chyba wszystko? Kusiło mnie, żeby zabrać kilka brył stalhrimu, ale poniechałem tego zamiaru. Na miejscu czekała nas następna podróż, a transport kruszcu przez całe Cyrodiil na własnych plecach mijał się z celem. Będzie jeszcze okazja odwiedzić to miejsce w dogodniejszych warunkach, to go sobie zabiorę. Starożytny kilof Nordów powędrował do jednej ze skrzyń. Był częścią Solstheim i niech na niej pozostanie. Zresztą, do czegóż mógł mi się przydać gdzie indziej, gdzie nie występował stalhrim? Czarne Księgi powędrowały do sejfu. Były niebezpieczne, więc lepiej zamknąć je w niedostępnym miejscu. Żałowałem, że nie miałem czasu na wyprawę do Tel Mithryn, by zdeponować je u Nelotha. Nie dość, że byłyby tam bezpieczne, to jeszcze mistrz miałby obiekt do swoich badań. Ale kapitan nie dał nam na to czasu. Zatrzasnąłem je więc w stalowej skrzyni.

     - To chyba wszystko?

     Rozejrzałem się po posiadłości. Pozostawiałem tu niezliczone bogactwa, w postaci zbroi Ahzidala i Śmiercionoścy, dużego zapasu kruszców, alchemicznych składników, klejnotów dusz, czy niezwykłej broni, o workach złota i kosztowności nawet nie wspominając. Ale nie zamierzałem tego zabierać ze sobą.

     - Zostawmy to miejsce czyste – Lydia wcisnęła mi w dłoń miotłę. – Postaraj się nie kurzyć za bardzo.

     Sama chwyciła kawał płótna i drewniany skopek z wodą, by przetrzeć wilgotną szmatką wszystkie sprzęty.

     Zabrało nam to czas do południa, gdy wreszcie udaliśmy się na posiłek do gospody. Spotkaliśmy tam kilkunastu marynarzy z załogi „Dreugha”, którzy akurat nie brali udziału w rozładunku. Byli głośni i zachowywali się trochę jak rozbrykane dzieci, ale u marynarzy to podobno normalne. W ten sposób odreagowują żelazną dyscyplinę, jaką mają na co dzień.

     Geldis spodziewał się  nas i bez pytania podał nam dymiący półmisek z jakąś smakowicie wyglądającą potrawą, z kawałków mięsa i posiekanych warzyw. Do tego dzban piwa, pokryty rosą.

Gospoda Rzygający Parzydłak. Za ladą stoi Geldis Sadri


     - Uczta pożegnalna, na koszt firmy – stwierdził. – Żebyście zawsze pamiętali o „Rzygającym Parzydłaku”.

     - Będziemy – zapewniła go Lydia.

     - A marynarzom powiedz, żeby sobie wzięli coś na nasz koszt – dodałem. – I niech sobie nie żałują.

     - Tylko nie proponuj im niczego, co powali ich na ziemię – roześmiała się Lydia. – Bo jeśli jutro nie będą mogli pracować, Cronus nas zabije.

     Jak można się było spodziewać, marynarze zareagowali na to wszystko głośnym entuzjazmem. Napełnili kubki i przepili do nas w podziękowaniu. Była to prawdziwa mieszanina narodowości. Najwięcej było Cesarskich, ale nie zabrakło też kilku Nordów i jednego Redgarda. Dostrzegłem też Orsimera, dwóch Altmerów, Bosmera i nawet Khajita, co zdziwiło mnie niepomiernie, jako że to pustynne plemię ze wszystkim mi się kojarzyło, tylko nie z wodą. Co ciekawe, nie było wśród nich ani jednego Argonianina, którzy, wydawałoby się, z umiejętnością oddychania pod wodą, są znakomitym materiałem na marynarzy.

     Potrawa była znakomita. Wydawało mi się, że każdy jej kęs smakuje inaczej. Geldis, jak widać, nie żałował tutaj ziół i zapewne użył mieszanki mięs, wyciągniętych z różnych marynat.

     A po południu nie mieliśmy już nic więcej do roboty. Chwyciliśmy się za ręce i zaczęliśmy wolno przechadzać się po Kruczej Skale. Uścisnąłem wtedy wiele rąk, żegnając się i zapewniając, że jeszcze tu wrócimy. Pamiętam zarówno żelazny uścisk Glovera, po którym z trudem rozprostowałem palce, jak i delikatny i ciepły dotyk Drelyny Alor, córki Fethisa.

Cesarski galeon u ujścia rzeki Karth, w Samotni. Kompania Wschodniocesarska używała powszechnie tego typu statków,  ponieważ miały większą ładowność niż norskie barkasy

     Potem okazało się, że statek dokonał wyładunku, zatem można było zanieść tam nasze manele. Dostaliśmy całkiem przytulne miejsce w górnej ładowni, wypełnionej skrzynkami z logo Kompani Wschodniocesarskiej. Wszystko zabezpieczone skórzanymi pasami i linami, żeby się nie przesuwało w trakcie kołysania statku. W szkielet kadłuba wkręcono sporo haków, więc było na czym rozwiesić dwa hamaki, które razem z grubymi derkami przynieśli nam dwaj marynarze.

     Po urządzeniu się na statku, wróciliśmy na brzeg, bo do wieczora było jeszcze trochę czasu. Właściwie tylko po to, by pożegnać się z Geldisem, Velethem i Adrilem, z którymi wypiliśmy po pucharze wina – na pożegnanie. A potem pozostał jedynie uścisk ręki i wolnym krokiem udaliśmy się w stronę portu, gdzie na tle zachodzącego słońca kołysał się na martwej fali „Dreugh” – najprawdziwszy cesarski galeon.