piątek, 16 marca 2018

Rozdział XIII – Szpieg

     - Wolno ci zgadywać trzy razy – roześmiała się Lydia.

     Wzruszyłem ramionami.

     - Nie mam pojęcia – odparłem.

     - Pomyśl – objęła dłońmi moją szyję. – Dla ułatwienia dodam, że dobrze go znasz.

     - Co? – otworzyłem szeroko oczy. – Masz na myśli Glovera?

     Roześmiała się znów.

     - Pudło! No, pomyśl, kto nie może opuścić Kruczej Skały, choćby nie wiem jak bardzo chciał za nią pojechać?

     W dalszym ciągu nie wiedziałem. Przyszło mi do głowy, że związana jest z jakimś lokalnym artefaktem, a jej uczucia są czysto platoniczne. Jak u kapłanki… Na przykład czci kogoś, kto już umarł i został tu pochowany.

     - Bywasz beznadziejny, wiesz? – prychnęła, ale wciąż wesołe ogniki tańczyły jej w oczach.

     Nie odgadłem. Mimo iż przeżyłem wiele, wciąż jeszcze niewiele wiedziałem o świecie i ludziach. Wszystkich oceniałem własną miarą. Mnie, przyzwyczajonemu do swobody, nie mieściło się wtedy w głowie, że ktoś może nie mieć możliwości podróżowania, dokąd oczy poniosą. I wcale nie dlatego, że choroba przykuła go do leża. Ale choć prosiłem Lydię, ta stwierdziła, że niczego mi nie powie.

     - Za karę – stwierdziła. – Za to, że czasami tracisz rozum. To przez te Czarne Księgi. Wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Wciskają ci się w umysł, jak temu szaleńcowi, co spotkaliśmy go dwa dni temu.

     Fakt, przykry to był widok. Człowiek w łachmanach, z nieprzytomnym wzrokiem, błąkający się po lesie. Bełkotał coś o Czarnej Księdze, w którą tylko zajrzał, a tajemnice wcisnęły mu się do głowy i nie może ich wyciągnąć. Był tak oszalały, że nawet nie przyjął od nas jedzenia, choć było widać, że nie jadł od dawna. Na pytanie, gdzie znalazł księgę, odpowiedział wprawdzie, ale tak nieskładnie, że nic nam to nie powiedziało. A po chwili jak oszalały popędził gdzieś przed siebie i tyleśmy go widzieli. 

     Na razie przebrałem się w miękkie i wygodne rzeczy i udałem się na wyprawę znacznie krótszą – do Grobowca Ulenów.

     Ciemne uliczki były opustoszałe. Jedynie przed domem pierwszego rajcy płonął znicz i stał strażnik w chitynowej zbroi.  Pewnie nawet mnie nie zauważył, bowiem idąc, pozostawałem w cieniu. Skierowałem się w stronę Przedmurza. Niby to wyszedłem zerknąć na zewnątrz, co wielu mieszkańców Kruczej Skały robiło co dnia, a zwłaszcza wieczorem. Ale potem, w drodze powrotnej, wsunąłem się w cień i przywarłem do ściany świątyni. I tak stopniowo przesuwałem się w stronę wejścia do grobowca.

     Nikt mnie nie widział. Wprawdzie strażnik przechodził mimo, ale przywarłem do ściany i nie ruszałem się, dopóki nie zniknął za rogiem. Niedobrze, gdy strażnicy noszą przyłbice. Niewiele przez to zauważają. Gdyby to był Veleth, który zawsze chodził z odkrytą głową, na pewno by mnie dostrzegł, ale akurat przed nim nie musiałbym się kryć.

     Drewniane, masywne drzwi prowadziły do wnętrza góry. Otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Przecisnąłem się przez wąską szparę i zamknąłem je starannie. W grobowcu paliły się lampki oliwne, więc dla moich przyzwyczajonych do ciemności oczu było tu całkiem jasno. Budowlę wykonano bardzo starannie. Architektura tego miejsca przypominała nieco gospodę Geldisa. Wykuto ją w skale, nadając jej charakter naturalnej jaskini. Składała się z szerokiego, sklepionego korytarza, prowadzącego do rozleglej komory, od której odchodziło kilka pomniejszych w tym samym stylu. Łukowate, łagodne sklepienie każdej z nich podparto masywnymi filarami, udającymi naturalne, natomiast posadzkę wyłożono jasnoszarym, starannie wyszlifowanym kamieniem.

Grobowiec Ulenów - główna nawa

     W komorach znajdowały się kupki jasnoszarego piasku. Czasami po prostu usypane po kątach, gdzie indziej starannie ułożone w płytkiej niecce. To z nim mieszano prochy zmarłych, aby po śmierci symbolicznie stanowili jedność z ziemią, po której za życia stąpali. Starannie omijałem takie miejsca, nie chcąc pozostawić śladów. Wszedłem do największej komory, w której znajdowało się okrągłe ocembrowanie, na kształt basenu, tylko zamiast wody wypełnione piaskiem. Tkwiły w nim dwie popielne bulwy, a na niskim, kamiennym ogrodzeniu ustawiono kilka lampek, oświetlających całość migotliwym blaskiem.

     Zbadałem pozostałe komory. Niektóre były zupełnie puste. To dobry znak. Do pustej komory nikt nie będzie wchodził, bo i po co? Tam mogę się ukryć, mając świetny widok na niemal cały grobowiec, a zwłaszcza na główną komorę, gdzie składano ofiarne bulwy i zapalano lampki. Wybrałem sobie miejsce w jednej z nich, ukrytej w głębokim cieniu, tuż za filarem, skąd miałem dobry widok na całe wnętrze. W grobowcu było też ciepło, co stwierdziłem z zadowoleniem, bo trochę obawiałem się, że zmarznę podczas długiego oczekiwania. Kto wie, kiedy tajemniczy osobnik się zjawi? Myszkując po komorach, w jednej z nich odkryłem dębowe drzwi, prowadzące, jak przypuszczałem, do świątyni. Ale były zamknięte na głucho, w dodatku z drugiej strony.

     Już zamierzałem skierować się do wyjścia, gdy usłyszałem niepokojące skrzypnięcie. Płomyki lampek poruszyły się i zamigotały. Ktoś otworzył wejście!

     Pośpiesznie zanurkowałem do pustej, ciemnej komory i przylgnąłem do zimnego filaru. Przymrużyłem oczy, aby nie zdradził mnie ich blask w świetle lampek. I ujrzałem wyraźnie wysoką, szczupłą postać, która wolnym krokiem zbliżała się do mnie korytarzem. Po sposobie chodzenia poznałem, że to kobieta.

     Istotnie, do komory zbliżyła się niemłoda już Dunmerka, z krótkimi, posiwiałymi włosami. Jednak daleko było jej do staruszki. Widać było, że wciąż jest sprawna, ruchy jej są sprężyste, jak u wojownika, a twarz, z wyjątkiem kilku zmarszczek przy oczach, wciąż jeszcze jest gładka i pełna jakiejś szlachetnej dumy. Miała na sobie szarą, nie rzucającą się w oczy pelerynę, ale spod niej wystawał miejscami bogaty strój, pokryty haftami. Poruszała się z niewymuszonym wdziękiem. Z pewnością była osobą wysoko urodzoną, co można było poznać po jej dostojnych ruchach i władczym spojrzeniu.

     Przebywając już od jakiegoś czasu w Kruczej Skale, zdążyłem poznać większość jej mieszkańców. Tę kobietę też znałem z widzenia. W końcu, arystokracja wszędzie przyciąga wzrok. Widziałem ją jednak jedynie ze dwa razy, na rynku, w towarzystwie innej, znacznie młodszej, oglądającą wyłożone towary. W gospodzie u Geldisa nie bywała i po portowej dzielnicy też się nie włóczyła. Nie wiedziałem, jak się nazywa, ani gdzie mieszka.

     Dunmerka tymczasem postała chwilę bez ruchu nad piaszczystym grobem. Jej usta poruszały się bezgłośnie. Zapewne odmawiała jakąś modlitwę za zmarłych. A ja wpatrywałem się w nią, jakbym chciał przewiercić ją wzrokiem na wylot, a przez głowę przelatywała mi burza myśli.

Grobowiec Ulenów - główna komora

     Pozornie plan Geldisa się powiódł – ktoś przyszedł. Jednak, gdy dobrze pomyśleć, w jej wizycie nie było niczego podejrzanego. Ot, zwyczajnie, krewna odwiedza grób zmarłego. Nie wybieramy sobie rodziny. Nawet jeśli zmarły był zdrajcą i zasłużył na śmierć, nie można było jej o to obwiniać. Dla niej był on krewniakiem, lub po prostu kimś, kogo znała i być może bardzo kochała. Nie sprzeciwiała się wyrokowi, przyjęła go jak na praworządną obywatelkę przystało, a że przy tym cierpiała – tylko jej współczuć. Wszystko to dałoby się prosto wytłumaczyć, gdyby nie jedna rzecz: noc. Dlaczego przychodzi tu ukradkiem? Dlaczego nie robi tego za dnia, oficjalnie, pokazując, że nie ma przed nikim tajemnic?

     Odpowiedź mogą być tylko jedna – bo ona miała swoje tajemnice. Nie chciała być kojarzona z Ulenami. Nie chciała, by ktoś wiedział, że tu przychodzi. Pytanie, dlaczego. I tu znów ogarnęły mnie wątpliwości. Mogło być wiele powodów, zupełnie zrozumiałych i zupełnie niewinnych. To wydarzenie sprzed lat mogło kłaść się cieniem na jej reputacji i przez to szkodzić w interesach. Mogło jej być po prostu wstyd za krewniaka, który okazał się być zwykłym przestępcą. Mogło w końcu łączyć ich kiedyś coś więcej, być może nawet wbrew woli klanu, zatem musiała kryć się ze swoimi uczuciami i kiedyś i teraz. Jej obecność tutaj nasuwała podejrzenie, ale w żadnym razie niczego nie dowodziła. Tak czy inaczej, należało porozmawiać z Adrilem. Zna tu wszystkich, może będzie wiedział, czy to osoba, której szukamy, czy też przypadkowy gość.

     Tymczasem Dunmerka, po chwili milczenia, wyjęła z poły swej szaty buteleczkę z oliwą. Starannie dolała płynu do lampek, po czym na środku piaszczystej mogiły umieściła dorodną popielną bulwę. Strzepnęła chustką piasek z ocembrowania i przez chwilę jeszcze postała zadumana w miejscu. Po czym opuściła głowę i wolnym krokiem skierowała się ku wyjściu. Po chwili powietrze w grobowcu poruszyło się, i drzwi zamknęły się za nią.

Grobowiec Ulenów - jedna z pomniejszych komór. Prawdopodobnie to z tego miejsca Wulfhere śledził tajemniczą postać.

     W pierwszym odruchu chciałem pobiec za nią, by wyśledzić, gdzie mieszka, ale szybko poniechałem tego zamiaru. Mogła zauważyć, że jest śledzona, a łatwiej było zwyczajnie o nią zapytać. Musiała tu być postacią powszechnie znaną. Odczekałem zatem, aż Dunmerka oddali się na bezpieczną odległość, po czym zbliżyłem się do wyjścia. Wykrycie Życia upewniło mnie, że za drzwiami nie ma nikogo, kto mógłby mnie zauważyć. Upewniłem się jeszcze w inny sposób.

     - Laas!

     Szept Aury pokazał mi kilka niewyraźnych postaci. W pierwszej chwili trochę mnie one zaskoczyły, ale szybko zrozumiałem, że to po prostu mieszkańcy kamienicy, po drugiej stronie ulicy. W wąskim przejściu nie było nikogo. Wysunąłem się więc ze swej kryjówki i uważnie się rozglądając, pobiegłem w stronę gospody.

     Nikogo po drodze nie spotkałem. Miasto spało.

*         *          *

     Fethis Alor miał całkiem niezły wybór ubrań, a Lydia była szczupła, jak elf, więc z samym rozmiarem problemu nie było. Problem był z kolorem, kwestią „czy to modne” i z jakimiś innymi kobiecymi sprawami, których nie rozumiałem ani ja, ani Fethis. Co chwilę spoglądaliśmy na siebie rozbawieni, a Lydia przymierzała jeden płaszcz po drugim i żaden jej się nie podobał.

     - Chciałabym coś, w czym wyglądałabym dostojnie – oznajmiła nagle, wzbudzając w nas parsknięcie śmiechu. – Jak dunmerski wielmoża. Jak żona rajcy!

     - Cindira Arano nosi coś takiego – Fethis zademonstrował elegancki, ciemnoszary płaszcz z dyskretnymi haftami. – Tylko czy nie za ciepły dla ciebie? Nordowie ponoć nie odczuwają zimna, tak jak my, zwłaszcza w taki dzień jak ten. Tak słyszałem – dodał tonem usprawiedliwienia.

     Fakt, słońce dziś przygrzewało mocno. Choć to był zaledwie ranek, zapowiadał się wyjątkowo ciepły dzień.

     - Ładny – oznajmiła Lydia, przyglądając się uważnie strojowi. – Elegancki, chociaż dyskretny. Zupełnie jak u Vittorii Vicci z Samotni. Ale mnie podobałoby się coś innego. Niedawno widziałam nawet kogoś w takim stroju.

     - Któż to taki? – uśmiechnął się Fethis. – Może uda mi się coś podpowiedzieć?

     - Nie wiem, jak się nazywa – odparła Lydia. – Ale miała na sobie ładny płaszcz, o barwie przyciemnionej ochry i takimi ładnymi wstawkami tutaj przy kieszeniach.

     - Że też nie ma tu mojej córki – westchnął Fethis. – Ona by wiedziała. Poznaje ludzi po ciuchach, jak każda dama. A możesz mi opisać tę osobę? Może się domyślę…

     - Patrzyłam bardziej na strój – uśmiechnęła się Lydia, udając zażenowanie. – Zdaje się, że była to wysoka kobieta, o krótkich, srebrnych włosach, ale nie wiem, ile miała lat. Gdyby była człowiekiem, powiedziałabym, że między czterdzieści a pięćdziesiąt, ale u was, Dunmerów, to nie tak prosto oszacować. Mogła mieć i sto i więcej…

     - Domyślam się – Fethis pokiwał głową. – Krótkie, srebrne włosy… Chodzi ci zapewne o panią Tilisu Severin! Istotnie, ma dobry gust. Niestety – rozłożył ręce – nie zaopatruje się u mnie. Nie mam niczego w jej stylu.

     - A, to szkoda – westchnęła Lydia. – A nie wiesz może, skąd miała ten płaszcz?

     - O ile mi wiadomo, pani Severin zaopatruje się gdzieś w Cyrodiil – odparł Fethis. – Jej szaty wyglądają na kosztowne.

     - Zapewne w samym Cesarskim Mieście – dodałem, kiwając głową. – I niestety, w najbliższym czasie się tam nie wybieramy. Może jednak wybierzesz sobie coś z tego? Tu przecież tyle najróżniejszych ubiorów…

     Lydia popatrzyła krytycznym okiem na kolekcję ubrań, udając zainteresowanie, a ja ze wszystkich sił próbowałem się nie roześmiać. Tak świetnie i przekonująco udawała. Prawdziwe zainteresowanie zapewne zauważyłbym u niej, gdyby na straganie wyłożono miecze i zbroje. 

     - Na razie wezmę tylko to – oznajmiła, wskazując na ciemną, pikowaną bluzę, którą już przedtem przymierzyła i w której było jej bardzo do twarzy. – Podoba mi się. Z płaszczem jeszcze się wstrzymam.

     - Świetny wybór – pochwalił Fethis – To bardzo dobra tkanina, z rośliny, żyjącej daleko na południu, na pograniczu z Elsweyr. Miękka i przyjemna w dotyku. Ale czy modna, to już musisz spytać moją córkę – mrugnął do mnie porozumiewawczo, zawijając bluzę w papier. – Mam o modzie takie samo pojęcie, jak większość mężczyzn.

     Zapłaciłem i pożegnaliśmy się w doskonałych humorach.

     - Moje gratulacje – szepnąłem do Lydii, lekko ściskając jej dłoń. – Byłaś tak przekonująca, że z pewnością niczego nie podejrzewa.

     - Tilisu Severin, zapamiętałeś? – spytała poważnym tonem.

     - Zapamiętałem – skinąłem głową. – Teraz trzeba się upewnić. I wiem, kto mi w tym pomoże.

     Veleth o tej porze zwykł sobie robić przerwę na śniadanie, więc znaleźliśmy go bez trudu w gospodzie. Gdy weszliśmy, rozmawiał właśnie z córką Fethisa, Drelyną. Rozmawiali półgłosem, ale i tak wychwyciłem kilka zdań.

     - Ja tak dłużej żyć nie mogę – szepnęła żałosnym tonem.

     - Czy to przez twojego ojca, czy przeze mnie? – odrzekł kapitan, równie smutnym głosem.

     - Bardzo się zmienił po śmierci matki – westchnęła. – Myślę, że po prostu nie chce, żebym przeszła przez to co on…

     - W końcu trzeba będzie wybrać – odpowiedział łagodnie. – Niezależnie od konsekwencji, uszanuję twą decyzję.

     Tej wypowiedzi towarzyszyło czułe uściśnięcie ręki. A ja aż pokręciłem głową. No, oczywiście, Lydia miała na myśli Veletha! To on był tajemniczym wielbicielem Drelyny. I wydało mi się, że ona odwzajemnia jego uczucia. Że też prędzej na to nie wpadłem. Ktoś, kto nie może opuścić Kruczej Skały, bo trzyma go tu obowiązek! Tylko dlaczego muszą się kryć z tym uczuciem? Czyżby Fethisowi ten związek był nie w smak. Veleth cieszył się w Kruczej Skale dużym poważaniem. Fakt, był jednak od niej sporo starszy…

     Nie chciałem ich podsłuchiwać, więc mrugnąłem tylko porozumiewawczo do kapitana i skierowałem się do stolika w pobliżu kontuaru, który zwykle zajmowałem. Pozdrowiłem Geldisa, który nie omieszkał podzielić się ze mną nowiną.

     - Gwardia Redoran dostrzegła w górach stado wilkołaków – odezwał się z zaaferowaną miną. – Łowcy z Grani Mrocznego Księżyca pewnie wiedzą więcej.

     Temat mnie zaciekawił, ale nie miałem czasu się tym teraz zajmować. Odłożyłem to na później. Tymczasem zbliżył się do nas Veleth.

     - I jak? – zagadnął szeptem. – Kiedy wybierasz się do grobowca?

     - Już tam byłem – odparłem. – Spotkałem tam pewną osobę, ale nie wiem, jak się nazywa. Jeden z kupców stwierdził, że opis pasuje do niejakiej Tilisu Severin. Nie martw się, spytaliśmy o to bardzo dyskretnie. Nawet nie domyśla się, że właśnie o to nam chodziło.

     Veleth uniósł brwi w wyrazie zdziwienia.

     - Tilisu Severin – powtórzył wolno.

     - Znasz ją? – spytała Lydia.

     - Oczywiście – odparł. - Znam tu wszystkich. A ludzi wysokiego rodu trudno nie znać. Mówisz, że to ona?

     Pokręciłem głową.

     - Tego nie wiem. Musiałbym ją zobaczyć, wtedy będę mógł potwierdzić, czy to ona była w grobowcu. Nie wiem jednak, gdzie ją spotkać.

     Veleth w zamyśleniu pociągnął się za bródkę.

     - Posiadłość Severinów leży na skraju miasta – rzekł w zamyśleniu. – To duża, podziemna rezydencja, tak duża jak ta gospoda.

     - Ale nie mogę warować tam cały dzień, bo czegoś się domyślą – odparłem.

     - Jeśli szczęście nam dopisze, to nie będziesz musiał – odrzekł, gładząc bródkę. – Gjalund przypłynął wczoraj wieczorem z Wichrowego Tronu. Dziś około południa będzie rozładowywał towary. Severinowie sporo towarów sprowadzają z kontynentu, więc ktoś z nich na pewno tam będzie. Prawdopodobnie ona, bo zwykle ona odbierała towary.

     - Będziesz tam? – spytałem. - Pokazałbyś mi ją.

     Skinął głową.

     - Bądź w porcie przed południem – polecił. – Podejdź do mnie pod byle jakim pretekstem. Będę stał niedaleko trapu. I nawet nie muszę niczego udawać – uśmiechnął się. – Czekam na listy z kontynentu.

     - Mam lepszy pomysł – wtrąciła Lydia. – Pójdziemy tam razem. Gdy nas zauważysz, po prostu zacznij z nią rozmawiać. Nie zamienimy nawet słowa między sobą i nikt się nie domyśli, że coś razem knujemy.

     Veleth spojrzał na nią z uznaniem.

     - Słuszna uwaga – stwierdził. - Tak zróbmy.

     Po czym spojrzał na mnie uważnie i wesoły błysk zamigotał mu w oczach.

     - Gdzie ty znalazłeś taką żonę? Prawdziwy skarb!

     Lydia uśmiechnęła się skromnie, ale aż pokraśniała na policzkach.

*         *          *

     Wszystko odbyło się tak jak zaplanowaliśmy. Gdy około południa weszliśmy do portu, Gjalund stał na nadbrzeżu, przy wyładowanych skrzyniach i rozmawiał z kilkoma osobami. Jedną z ich była wysoka Dunmerka z krótkimi, srebrnymi włosami. Podszedłem bliżej, by się upewnić. Nie ulegało wątpliwości, to była ona. Ta sama sylwetka, to samo spojrzenie.

     - Witam, pani Severin – usłyszałem wtedy głos kapitana.

     Dunmerka odwróciła się i na jej twarzy zagościł uprzejmy uśmiech.

     - Witam, panie kapitanie – odrzekła swobodnym tonem. – Cóż to sprowadza pana do portu? Chyba nie podejrzewa pan kapitana Gjalunda o przemyt niedozwolonych towarów?

     Veleth zaśmiał się.

     - Ależ skąd! – zapewnił. – Po trosze zwykła ciekawość. Zawsze to jakaś odmiana w monotonnym życiu naszej niewielkiej osady. Kapitan Gjalund zwykle przywozi ze sobą kilka ciekawych historyjek.

     - Och, wierzę, że nasz dzielny dowódca gwardii nie traci cennego czasu na takie sprawy – uśmiechnęła się znacząco. – Zawsze czujny i zawsze gotowy! Założę się, że jakaś służbowa sprawa przywiodła do portu naszego obrońcę.

     - Raczy pani przesadzać – uśmiechnął się. – Ale ma pani rację. Przyszedłem sprawdzić, czy nie ma do mnie żadnych listów. Spodziewam się kilku wiadomości. Widzę jednak, że będę musiał poczekać, bo worek z pocztą jeszcze na pokładzie.

     Rozmowa wydawała się zupełnie niewinna i zupełnie zwyczajna. A ja upewniłem się co do tożsamości nocnego gościa. Wolnym krokiem, od niechcenia, jakby spacerując, skierowaliśmy się ku portowym kamieniczkom. W jednej z nich mieszkał Adril, którego miałem zamiar powiadomić o moim odkryciu. Zastałem tam jednak tylko jego żonę. Na nasz widok uśmiechnęła się sympatycznie.

     - Drugi rajca jest w gospodzie – poinformowała nas wesołym głosem. – Twierdzi, że ma jakieś sprawy z Geldisem. Domyślam się, że ta sprawa nazywa się sujamma! 

     Roześmiała się serdecznie, a my jej zawtórowaliśmy. Sujamma była tutejszym trunkiem, wyrabianym w sposób całkowicie mi nieznany. To lokalna specjalność. Ale jeśli Adril popijał ją ukradkiem, nigdy niczego po nim nie można było poznać. Albo Cindira się myliła, albo Adril miał tak mocną głowę. Podziękowaliśmy i skierowaliśmy się do Rzygającego Parzydłaka.

     Tym razem Cindira Arano myliła się całkowicie. Adril siedział przy stoliku, przeglądając jakieś papiery, a obok niego stał puchar z winem, mocno rozcieńczonym źródlaną wodą. W przyjemnym chłodzie gospody zapewne mógł lepiej zebrać myśli, a wino o takim stopniu rozcieńczenia z pewnością mu w tym nie przeszkadzało, za to doskonale gasiło pragnienie.

     Na nasz widok podniósł głowę i skinął nią znacząco.

     - Mam nadzieję, że Geldis do czegoś się przydał – szepnął półgłosem, wskazując nam miejsca przy stole. – Jakieś postępy?

     Lydia podeszła do kontuaru, skąd mogła obserwować salę. W razie czego mogła nas ostrzec. Ja zaś usiadłem obok rajcy. Pochyliliśmy głowy nad stołem i w kilku słowach streściłem mu wszystko, czego się dowiedziałem.

     - Podejrzewam, że Tilisu Severin jest zdrajczynią – zakończyłem.

     Dotknął czoła i westchnął przeciągle. Widać, moje słowa zrobiły na nim wrażenie.

     - Tilisu? – rzekł powoli, ni to do mnie, ni to do siebie. – Na pewno?

     - Była w grobowcu Ulenów…

     Opuścił głowę i z niedowierzaniem nią pokręcił.

     - Wierzyć mi się nie chce, że plan Geldisa zadziałał – uśmiechnął się sam do siebie. – Przedtem nikt się nie pojawiał…

     No pewnie, skoro wokół kręciło się pół Gwardii Redoran! Ale niczego nie powiedziałem, nie chcąc mu przerywać. On tymczasem poskrobał się w zamyśleniu po nosie.

     - Jeżeli Tilisu macza palce w spisku – mruknął niezadowolony, - to bez żelaznych dowodów nic nie zrobię.

     - Idź przeszukać ich dom – podsunąłem.

     Spojrzał na mnie i potrząsnął głową.

     - Nie zamierzam robić rewizji – oświadczył, - póki nie będę miał dowodów w ręku. Jeśli się mylisz, to będziemy obszczekiwać niewłaściwą osobę, podczas gdy prawdziwi spiskowcy znikną jak sen złoty. Nie mogę na to pozwolić…

     Rozumiałem go doskonale. Z przedstawicielami wysokich rodów nie było tak łatwo. Mieli wpływowych protektorów i niesłusznie oskarżeni mogli podnieść alarm, mogący zniszczyć Morvayna bez żadnej przemocy. Oskarżając bez dowodów, Redoranie sami położyliby głowy pod topór. Nie mógł przeszukać ich rezydencji. No i, co jeszcze ważniejsze, jeśli się myliliśmy, zaalarmowałoby to prawdziwych spiskowców.

     On nie… Ale ja? Przecież całkiem niedawno przeszukałem posiadłość Pękwald w Pękninie i wykradłem stamtąd Rozdzieracz Chłodu, w czym nikt nie zdołał mi przeszkodzić, choć spodziewano się mnie tam. Tam było pełno strażników, a dom drewniany, skrzypiący pod stopami przy każdym kroku. Tutaj zaś miałem do czynienia z solidną, kamienną budowlą. Ciekawe tylko, kto jest w środku.

     - Możesz mi powiedzieć więcej o rodzinie Severinów? – spytałem.

     Popatrzył na mnie badawczo, jakby chciał zgadnąć, po co mi ta informacja. W końcu jednak wzruszył ramionami. Nie było powodu, by trzymać to w tajemnicy.

     - Tilisu to żona patriarchy Vendila – odrzekł. – Mają jedno dziecko, córkę, o imieniu Mirri. Przybyli tu dziesięć lat temu i włożyli w rozwój Kruczej Skały niemało serca.

     Ostatnie słowa powiedział z niekłamanym podziwem.

     - Co masz na myśli? – spytałem, zaciekawiony.

     - Są całkiem bogaci – odparł prosto z mostu. – I często dzielą się swymi pieniędzmi z potrzebującymi. Dawali miastu gotówkę, żywność i zapasy, a nawet osobiście naprawili kilka budynków.

     No tak, pieniądze załatwiają wszystko… Że też granicząca z obłędem bezinteresowność nie wzbudziła niczyich wątpliwości. Mnie od razu wydało się to podejrzane

     - Nie wzbudzają żadnych podejrzeń? – spytałem, starając się ukryć ironię.

     Powoli poruszył ramionami.

     - Ludzie wspominali co prawda, że Mirri wygląda na dużo starszą niż się wydaje – odrzekł niepewnym tonem. – No, ale to jeszcze nie powód, żeby bić na alarm…

     - Co jeśli spróbują mnie powstrzymać? – uśmiechnąłem się.

     Zdziwienie odbiło się w jego oczach. A potem zdziwienie zamieniło się w niedowierzanie, a niedowierzanie w nadzieję. Nic więcej nie musiałem mówić. W lot pojął, że chcę sam przeszukać ich posiadłość. Jednocześnie owładnęło nim zakłopotanie. Mój plan podobał mu się, ale ostrzegł mnie, że jeśli ktoś mnie przyłapie, nie będzie mógł mi pomóc. Zostanę uznany za złodzieja i aresztowany.

     - Mogę jedynie szepnąć słówko Velethowi, aby umożliwił ci ucieczkę – wysapał. – Zresztą on sam się domyśli. Unikniesz wtedy kary, ale miasto będziesz musiał opuścić. I nie pokazywać się tu więcej. Rozumiesz, jesteś obcy, rzucasz się w oczy. Twoja towarzyszka również.

     - Myślę że mnie nie złapią – odrzekłem pewnym głosem. – Ale jeśli się tak zdarzy, udam się do wioski Skaalów, na północnym krańcu wyspy. Są mi przyjaźni. Tam mnie szukaj.

     Skinął głową.

     - Na pewno znajdziemy jakiś sposób, aby się komunikować mimo to – rzekł zamyślony. – Jeżeli zdobędziesz jakieś dowody i w związku z tym twoje życie znajdzie się w niebezpieczeństwie, to liczę na to, że zrobisz wszystko, aby rzeczone dowody zachować – dodał proszącym tonem.

     Skinąłem głową. Ustaliliśmy jeszcze, że pod wieczór skontaktuje się ze mną Veleth i coś mi przekaże.

     - Mam klucz, który powinien otworzyć drzwi do ich posiadłości – wyznał.

     Byłem pewien, że poradziłbym sobie i bez klucza, ale zawsze było to spore ułatwienie. Ustaliliśmy jeszcze, że posiadłość przeszukam dzisiejszej nocy, więc zbyt wielu gwardzistów nie będzie kręcić się w pobliżu rezydencji. Veleth miał ich skierować w pobliże Przedmurza, pod pretekstem niebezpieczeństwa ze strony popielców. Uspokoił mnie też co do mieszkańców posiadłości. Severinowie nie zatrudniali żadnej służby, więc wewnątrz spotkać mogłem jedynie trzy osoby. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w moich podejrzeniach. Tak bogaty ród, w tak obszernej rezydencji i żadnej służby? Pani domu sama biega z miotłą? Coś takiego zdarzyć by się mogło tylko wtedy, gdyby mieli zbyt wiele do ukrycia.

     Na odchodnym, Adril rzucił jeszcze proszącym tonem.

     - Znajdź mi jakiś twardy dowód, bo jeżeli oskarżę ich bez niego, cała kolonia mnie wyśmieje.

     Uśmiechnąłem się na te słowa. Ale zaraz spoważniałem. Kto wie, co znajdę w środku? Brak służby sugerował, że coś tam ukrywają przed światem. Ale czego szukać? I gdzie? Posiadłość mogła być całkiem rozległa.

     Pomyślałem, że w pierwszej kolejności trzeba przeszukać szafy i przejrzeć dokumenty. Może będzie tam jakaś korespondencja? Listy byłyby najlepszym dowodem. Bo co poza  nimi? Może broń, nie wiadomo czyja? Albo ubiory organizacji Morag Tong, bardzo charakterystyczne?

     A najprawdopodobniej nie znajdę niczego. I nic na to nie mogłem poradzić.

     Rzuciłem się na łóżko, aby trochę wypocząć. Nie mogłem zasnąć, bo pora była jeszcze wczesna. Ale i tak przyjąłem swoją ulubioną pozycję, z rękami pod głową i wbiłem wzrok w kamienne sklepienie. W nocy musiałem być czujny i wypoczęty. Wybierałem się do jaskini potwora, znacznie groźniejszego od smoka.

     Co z tego, gdy zasnąć nie mogłem. Po mojej głowie zaczęły snuć się najróżniejsze myśli. Plątały mi się w zadziwiające konfiguracje. Wydarzenia ostatnich dni zaczęły nakładać mi się na siebie, a ja szukałem między nimi jakichkolwiek punktów wspólnych.

     Bezskutecznie.

     Jednak moje myśli zaczęły się coraz bardziej wydłużać i łączyć w przedziwne łańcuchy. Skutek był taki, że w końcu zasnąłem.

środa, 28 lutego 2018

Rozdzial XII - Tajna misja Adrila Arano

     Nazajutrz wstaliśmy późno. Byliśmy tak zmęczeni, że spaliśmy bardzo długo. Gdy już zwlekliśmy się z łóżka, zjedliśmy smaczne śniadanie, po czym Lydia udała się do pokoju, aby się trochę oporządzić, a ja nadal siedziałem bezmyślnie przy stole, gapiąc się na gości i otoczenie, popijając z kubka gorącą zbożówkę, którą bardzo lubiłem. Wtedy w gospodzie zjawił się Veleth, z pokaźnym, skórzanym woreczkiem w dłoni. Rozejrzał się, a dostrzegłszy mnie przy stole, ruszył w moją stronę. Podszedł do mojego stolika i bez słów, za to z tajemniczym uśmiechem, rzucił worek na stół, z ulgą, jak ktoś, kto pozbywa się balastu. Lekki stolik zachwiał się pod jego ciężarem.

     - Rajca Morvayn kazał mi dać ci to, jeśli wrócisz w jednym kawałku – roześmiał się. – I pozbędziesz się generała Cariusa.

     Spojrzałem zdumiony na pękaty worek. Spodziewałem się nagrody, ale jej wielkość mnie oszołomiła. Za pozbycie się przestępców w Skyrim dawano zaledwie zwyczajowe sto septimów. Tu było tego nieporównywalnie więcej.

     - To lepsze niż żołd, więc się ciesz!

     Veleth poufale klepnął mnie w plecy i mrugnął zawadiacko, po czym zamienił kilka słów z Geldisem, dopytując się o kogoś i pożegnawszy nas, wyszedł. Chwyciłem worek w dłonie. Ciężki! Zajrzałem do środka. Same złote septimy! Było ich kilka tysięcy. Pokręciłem ze zdziwieniem głową. Takie pieniądze za jedną wyprawę! Może i ludność nie była tu specjalnie chętna do nadstawiania karku, poza Przedmurzem, ale za to bardzo szczodra dla tych, który mieli odwagę to robić. Od razu też cieplej pomyślałem o rajcy Morvaynie. Miasto było bogate i mieszkańcy potrafili się dzielić.

     Dźwignąłem skórzany sak i zaniosłem do naszego pokoju.

     - Przyszedłem obsypać cię złotem – odezwałem się do Lydii, rzucając worek na łóżko. – Chwilami żałuję, że nie robi to na tobie wrażenia. Wyobraź sobie, że to przednie miecze, zbroje i butelki z winem braci Surlie…

     Lydię również zaskoczyła wielkość nagrody. Zważyła worek w ręce i pokręciła głową.

     - Za to pewnie można kupić nieduży domek – stwierdziła. – Ciekawe, czy dostalibyśmy pozwolenie, żeby się tu osiedlić.

     - Chciałabyś? – spojrzałem na nią zdziwiony. – Tak daleko od Skyrim?

     - Dobrze byłoby i tu mieć jakiś kąt – uśmiechnęła się. – Ludzie tu przyjaźni, szczodrzy… Nie na stałe, ale od czasu do czasu. Tyle tu miejsc do zbadania.

     - I na nudę nie można narzekać – skinąłem głową. – Coś mi mówi, że mieszkańcy będą mieli dla nas jeszcze niejedno zadanie.

     Nawet nie przypuszczałem, że moja słowa tak szybko zamienią się w rzeczywistość. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, gdy gawędziłem z Garynem przy jego kramie z warzywami, podszedł do mnie Veleth z zaaferowaną miną i poprosił o słówko na osobności. 

     - Przepraszam, że zakłócam twój spokój – odezwał się nieco zakłopotany, - ale drugi rajca Arano prosił mnie, żebym cię odnalazł. Mówi, że to bardzo ważne.

     - Powiedział, o co chodzi?

     Veleth potrząsnął głową, ale uśmiechnął się znacząco, co znaczył, że i tak się domyśla. Niczego jednak nie zdradził.

     - Prosił tylko, bym cię znalazł i przysłał do niego.

     Pochylił się ku mnie i zniżył głos jeszcze bardziej.

     - Słuchaj, to ważne – rzekł z przejęciem. – Ważniejsze nawet niż wybicie popielców. Proszę, udaj się do drugiego rajcy najszybciej jak to możliwe.

     Nie miałem nic innego do roboty, więc skinąłem głową i skierowałem do domu rajcy, ale kapitan zatrzymał mnie i odwrócił w kierunku Kamienia Ziemi. Rajca miał czekać na mnie na skraju miasta. Tknęło mnie złe przeczucie. Sprawa musiała być naprawdę niezwykła, skoro Adril chciał porozmawiać w tajemnicy.

     Spotkałem go przy skale za miastem. Zamyślony robił kilka kroków w jedną stronę, po czym zatrzymywał się, stal przez chwilę, by zaraz z wolna zawrócić. I tak w kółko. Na mój widok uśmiechnął się z ulgą.

     Podszedłem bliżej i pozdrowiłem go.

     - Dziękuję za przybycie – ścisnął mi rękę i powiódł w stronę skały, gdzie znajdowało się miejsce, w którym nikt nie mógł nas dojrzeć.

     Spojrzał mi w oczy z powagą, zanim zaczął.

     - Krucza Skała wiele ci już zawdzięcza – uśmiechnął się, choć jego oczy pozostały poważne. – Dlatego z ciężkim sercem przychodzi mi proszenie cię o jeszcze jedną przysługę.

     Uśmiechnąłem się tylko. Dopóki byłem użyteczny, zawsze mogłem liczyć na pomoc Dunmerów. A tej potrzebowałem jak powietrza. Poza tym, polubiłem Adrila. Imponował mi swoją umiejętnością jednoczesnego ogarniania całej masy zupełnie nie powiązanych ze sobą spraw. Zapewniłem go więc, że chętnie pomogę, jeśli zdołam. Adril pochylił się ku mnie.

     - Życie rajcy Morvayna jest w niebezpieczeństwie – wyznał półgłosem.

     - W niebezpieczeństwie? – powtórzyłem zdziwiony. – Jak to?

     - Ulenowie z rodu Hlaalu, który jest naszym rywalem, wydali na niego wyrok śmierci…

     Westchnienie dobyło się moich ust. Zatem dochodzi tu do głosu walka klanów, w którą nie bardzo chciałem się mieszać. Wiedziałem jednak, że znalazłszy się wśród Dunmerów, nie uniknę opowiedzenia się po którejś ze stron. A że bliższa ciału koszula, Redoranie wydawali mi się naturalnym wyborem. Zresztą, słyszałem niejedno o rodzie Hlaalu. Nawet do naszej wioski w Cyrodiil docierały plotki z wielkiego świata. I nie były to pochlebne informacje. I choć nie chciałem mieszać się do tej wojny klanów, zdecydowanie wolałem stanąć po stronie Redoran, którzy pośród Dunmerów, i nie tylko, cieszyli się sporym poważaniem.

     - Dlaczego Ulenowie chcą jego śmierci? – zmieniłem temat.

     - To dość prywatna sprawa – Adril pokręcił głową. – Powiedzmy, że chcą się zemścić za egzekucję jednego ze swoich ziomków, którą zlecił rajca Morvayn.

     Spojrzałem na niego podejrzliwie. Czy to możliwe, że rajca nadużył władzy? Gdyby tak było, nie miałbym ochoty mu pomagać. Niech każdy sam sprząta swoje brudy. Ale zaraz odrzuciłem tę myśl. Wyroków śmierci nie wydaje się na skutek czyjegoś widzimisię, choćby i rajcy. W całym Cyrodiil nie wolno było tego robić bez procesu, o ile tylko nie działano w warunkach wojennych. Na Solstheim panował pokój, więc jasnym było, że rajca nie pozwoliłby sobie na tak drastyczne złamanie prawa.

     - Nie mam żelaznych dowodów na to, że szpiedzy rodu Hlaalu są wśród nas – dodał Adril. – Ale czuję to w kościach.

     Skrzywiłem się. Jeśli nie miał na potwierdzenie swoich słów nic, oprócz przeczuć, to zachował się co najmniej niepoważnie.

     - Gadasz jak szaleniec – prychnąłem.

     On jednak był bardzo pewny siebie.

     - Jako drugi rajca, muszę uważać na wszelkie zagrożenia, choćby i były niedorzeczne – odrzekł cicho. – Boję się, że któregoś dnia obudzę się, a on będzie martwy. Nie chciałbym, aby do tego doszło.

     Dziwiła mnie jego pewność. Ale w pewnej chwili doznałem olśnienia. Aż popukałem się w czoło. Zrozumiałem, o czym mówi.

     Swego czasu w Skyrim napadł na mnie płatny zabójca z Mrocznego Bractwa. Ocaliła mnie wtedy Delphine. Odniosłem wówczas tylko lekką ranę, ale to wystarczyło, bym zainteresował się Mrocznym Bractwem. W czasie studiów w Akademii, często szperałem po Arcaneum, w poszukiwaniu jakiejś informacji o owym bractwie. Doszukałem się kilku pozycji. I wtedy dowiedziałem się o innej, znacznie starszej, większej i potężniejszej organizacji, działającej na terenie Morowind. Zwali się Morag Tong i rekrutowali się głównie z Dunmerów. Podobno przetrwali do dziś. Jeśli Ulenowie nasłali na Morvayna jednego z zabójców Morag Tong, to sprawa była naprawdę poważna.

     - Sądzisz, że atak na rajcę nastąpi wkrótce? – spytałem ostrożnie.

     - Owszem – skinął głową. – Otrzymałem informacje, że ludzie rodu Hlaalu, z którego pochodzi Ulen, są już w Kruczej Skale.

     Nie miałem powodu, by mu nie wierzyć. W końcu, miał na swoje usługi całą Gwardię, z kapitanem Velethem na czele, więc z pewnością był dobrze poinformowany. Zdziwiło mnie tylko, że dotąd nie zaczął działać. Skoro jego ludzie potrafili rozpoznać obcych, mogli ich wziąć w obroty.

     - Dlaczego nic nie zrobiłeś z tą informacją? – spytałem.

     Pokręcił głową i uśmiechnął się smutno.

     - Krucza Skała to nie metropolia – odparł. – Ciężko zrobić tu coś po kryjomu. Jeżeli są tu szpiedzy rodu Hlaalu, to wyczują mnie, jak tylko zacznę się za nimi rozglądać.

     Też prawda… Wtedy zabójcy zapadliby się pod ziemię i nikt nie zdołałby ich wytropić.

     Nie chciałem mieszać się do kłótni między dunmerskimi klanami. I mimo sympatii do rodu Redoran, pewnie bym odmówił, gdyby nie wmieszała się do tego gildia płatnych zabójców. To już było coś innego. Tych byłem gotów tępić zawsze i wszędzie. Skrytobójcy byli dla mnie kimś gorszym od rozbójników, nekromantów i wampirów razem wziętych. Skrytobójców tępiono zresztą powszechnie i nie trzeba było do tego żadnego listu gończego. Każdy członek takiej organizacji automatycznie stawał się infamisem. Prawo go nie chroniło. Każdy mógł zrobić z nim, co tylko chciał. Czasem nawet dochodziło do odwrócenia ról. Słyszałem mrożące krew w żyłach historie o męczarniach, w jakich kiedyś umierali niektórzy ze schwytanych członków Mrocznego Bractwa, którzy mieli pecha dostać się w ręce okrutników. Ci mieli prawo zrobić z nimi, cokolwiek tylko chcieli. A że ludzka pomysłowość w zadawaniu cierpień innym ludziom nie zna granic, bywało, że nie mieli oni nawet siły błagać o śmierć. Słuchając tych historii aż brała człowieka litość dla morderców, choć przecież oprawcy działali zgodnie z prawem.

     - Jak mogę pomóc? – spytałem zdecydowanym tonem.

     Adril spojrzał na mnie z wdzięcznością i nadzieją.

     - Coś tak czułem, że zechcesz mnie wysłuchać – uśmiechnął się.

     Chciałem pomóc, tylko nie bardzo wiedziałem, jak. 

     - Od czego mam zacząć? – spytałem niepewnie.

     Spoważniał.

     - Chciałbym zrobić z ciebie moje oczy i uszy… - wyznał. – Rozejrzyj się po Kruczej Skale. A nuż wpadniesz na tych zdrajców. Najlepiej zacząć w lokalu Geldisa Sadriego, „Rzygającym Parzydłaku”. Jeżeli czegoś się od niego dowiesz, sprawdź to. Nie mogę sobie pozwolić na błędy.

     Fakt. Tu pogłoski nie wystarczą, potrzeba żelaznych dowodów. A o te nie było łatwo. Organizacja była stara i przez wieki gromadziła doświadczenie w zacieraniu śladów i zrzucaniu podejrzeń na innych. Myśl że przez niedostateczne rozpoznanie mógłbym zabić niewinnego człowieka, naprawdę potrafiła ostudzić zapał. Rada jednak wydała mi się rozsądna. Barman zwykle wiedział najwięcej. Słyszał różne plotki, z różnych ust. Moje zadanie to przeanalizować je, złożyć w całość i dyskretnie sprawdzić. W myślach zacząłem sobie tworzyć plan działania. Przede wszystkim, dobrze byłoby wiedzieć coś więcej o przeciwniku.

     - Co możesz mi powiedzieć o rodzie Hlaalu? – spytałem.

     Adril zacisnął zęby.

     - Zdrajcy! – sapnął. – Wszyscy. Co do jednego. Współpraca z Cesarstwem wywindowała ich na polityczne i gospodarcze wyżyny, ale dobro Dunmerów nigdy nie leżało im na sercu.

     Cóż, nie było niczego złego we współpracy z Cesarstwem, oczywiście dopóki obie strony odnosiły z niej korzyści. Drugi rajca nie samą kolaborację miał im za złe, ale fakt, że ród Hlaalu prowadził ją nieuczciwie, kosztem reszty mieszkańców Morrowind, z wyraźną dla nich szkodą. Typowi karierowicze, pnący się w górę po cudzych karkach. Niejeden szanowany Dunmer utracił przez nich wszystko co posiadał.

     - Sądzę, że to był ich upadek – odrzekłem pytającym tonem.

     Adril potwierdził.

     - Hlaalu zasłużyli sobie na to co ich spotkało – odparł z westchnieniem. – Jak tylko Cesarstwo wycofało się z Morrowind. Byli kolaborantami, więc prości Dunmerowie szybko zrobili z nich kozły ofiarne, odpowiedzialne za wszystko, co złe.

     - Co w związku z tym stało się z rodem Hlaalu? – zapytałem.

     Adril spojrzał na mnie niepewnie. Wiedział, że byłem cesarskim legionistą. Zresztą, nie kryłem wcale swoich politycznych sympatii. Uznał jednak, że może zdobyć się ze mną na szczerość.

     - Przez lata rod Hlaalu witał Cesarskich z otwartymi ramionami – westchnął. – I czerpał z tego olbrzymie zyski. Gdy społeczeństwo nieco się uspokoiło, nikt już nie postrzegał ich jako wielkiego rodu. Wkrótce potem zostali wyrzuceni z Rady.

     - Dlaczego Dunmerowie nienawidzą Cesarstwa? – odważyłem się spytać.

     Ale Adril uśmiechnął się, potrząsając głową.

     - W czasie Kryzysu Otchłani, w całym Morrowind pootwierały się bramy piekielne. Cesarstwo wycofało z prowincji większość wojsk, aby rzucić je do obrony matecznika. W związku z czym byliśmy praktycznie bezbronni. Nie mieliśmy wtedy armii z prawdziwego zdarzenia, raczej kilka zbrojnych band.

     Mówił to wszystko łagodnym głosem, dając mi do zrozumienia, że sam nie czuje do Cesarstwa niechęci. Był światłym Dunmerem, który doskonale zdawał sobie sprawę, że Cesarstwo samo nie zdołało się obronić, gdy Mehrunes Dagon, okrutny daedryczny książę, rozpętał przed dwustu laty Kryzys Otchłani. Cesarz Martin Septim poświęcił wtedy własne życie i zginął, ratując to, co udało się uratować. On to wiedział, ale prości Dunmerowie poczuli się zdradzeni przez Cesarstwo, które zamiast obronić ich przed niebezpieczeństwem, pozostawiło ich na pewną zagładę. Musieli przeżyć prawdziwe piekło. Znałem wiele opowieści o tym okresie, kiedy to Cesarstwo w ówczesnym kształcie legło w gruzach.

     - Jak Dunmerom udało się to wszystko przetrwać? – pokręciłem głową z niedowierzaniem.

     - Ród Redoran wziął to wszystko w garść – odrzekł, nie bez dumy. – I pomału zaczął formować wojsko. Trwało to cale lata, ale koniec końców każdy musiał liczyć się z taka armią. Gdy napadli nas Argonianie, tylko dzięki armii rodu Redoran całe Morrowind nie znalazło się pod ich batem. Nie będzie wiele przesady w stwierdzeniu, że ród Redoran ocalił Dunmerów od zagłady.

     Ruszyliśmy wolno ścieżkom, w stronę Kamienia Ziemi.

     - Wspomniałeś coś o swoich źródłach – zagadnąłem.

     Skinął głową.

     - Mam kilku znajomych w innych dunmerskich osadach, rozsianych po całym Tamriel – stwierdził enigmatycznie. – Większość pochodzi z rodu Redoran, ale zdarzają się i członkowie innych rodów.

     - Może poproś ich, żeby to zbadali – podsunąłem.

     - Większość moich kontaktów mieszka na kontynencie – potrząsnął głową. – Wymiana listów nie jest dla nas szczególnie problematyczna, ale i ona potrafi trwać cale miesiące. Jednakże moim zdaniem, każdy strzęp informacji może w takich czasach okazać się bezcenny, jeżeli ród Redoran ma przetrwać.

     Przesadzał. Redoranie byli zbyt potężnym klanem, aby miał on czuć się zagrożony. Co innego, jeśli chodziło o poszczególnych dostojników.

     Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę. Wypytałem go o parę moim zdaniem istotnych szczegółów, po czym uprzedziłem go, że wprawdzie chcę pomóc, ale nie mam doświadczenia w takich sprawach. Obawiałem się, czy dam radę. Jedno lekkomyślnie rzucone słówko, jeden nie do końca przemyślany ruch, a mogę narobić więcej szkody niż pożytku. Komu tu zaufać, kogo się wystrzegać? Każdy mógł być w to zamieszany. O ile ufałem pod tym względem Velethowi, zupełnie nie wiedziałem, jakie nastawienie do rajcy mają pozostali mieszkańcy. Adril jednak nie podzielał moich obaw. Ufał w mój rozum i moje szczęście, które dotąd zawsze mi pomagało. Dostrzegł na mej piersi Gwiazdę Azury, która choć schowana pod ubraniem, często mi się wysuwała. Wiedział, co to znaczy i wiedział jak potężną zyskałem sobie opiekunkę. Niewykluczone, że jakimś tajemniczym, właściwym Dunmerom sposobem, wyczuł też otaczające mnie błogosławieństwo Mary i Meridii. Jego zdaniem, byłem najlepszym wyborem.

     Nie rozwiał tym moich wątpliwości. Ale widząc moja minę, dodał na odchodnym.

     - Bez obaw. Geldisowi możesz zaufać. Jest z nami od dawna.

     Dobre i to…

     Oczywiście, zaraz po powrocie do gospody, wszystko to powtórzyłem Lydii. Uznałem, że wobec niej przysięga zachowania dyskrecji mnie nie obowiązuje. Westchnęła tylko.

     - Jednym słowem, nie opuścimy tej wyspy tak szybko…

     - Wiesz, czego się obawiam? – spojrzałem jej w oczy. – Nawet jeśli wytropimy zabójcę, nawet jeśli go poślemy w zaświaty, to tak potężna organizacja jak Morag Tong zaraz wyśle następnego, dużo ostrożniejszego, którego już nie wytropimy.

     - To możliwe… - przyznała. – Ale co więcej możemy zrobić?

     - I jak poznać, który tu jest z Ulenów? – westchnąłem. – Oficjalnie ich nie ma. Opuścili osadę dawno temu. Jeśli tu są, ukrywają się i niełatwo będzie ich znaleźć.

     Jedyne, co przychodziło mi do głowy, to rozmowa z Geldisem. Skoro rajca zapewnił mnie, że mogę mu ufać, postanowiłem zagrać z nim w otwarte karty. Problem w tym, że póki co, nie było okazji. Wieczorem w gospodzie zrobiło się ciemno od gości i nie było mowy o rozmowie na osobności. Postanowiłem porozmawiać z nim nazajutrz.

     Gdy tylko zjedliśmy śniadanie, poczekaliśmy, aż lokal opustoszeje. Lydia zaczęła kręcić się po sali, pozornie bez celu, pilnując, by nikt niespodziewanie nam nie przeszkodził. Ja zaś podszedłem do kontuaru. Geldis nie od razu zorientował się, że coś mnie trapi.

     - Kopalnia jest otwarta – zagaił z wesołym błyskiem w oku. – Ludzie przychodzą się napić, a ja znów zarabiam! Jak za dawnych lat. Za wyczyszczenie Fortu Nocnego Mrozu należy ci się porządny napitek!

     A potem spytał, czego się napijemy, oczywiście na koszt firmy. Odwzajemniłem uśmiech i poprosiłem tylko o dwa kubki gorącej zbożówki. A potem pochyliłem się ku niemu i zniżyłem głos.

     - Adril Arano mówił, że możesz mi pomóc – odezwałem się, uważnie mu się przyglądając.

     Od razu domyślił się, o co mi chodzi.

     - No proszę… - uśmiechnął się z przekąsem. – Czyżby Adril zatrudnił szpiega?

     Pokręcił głową, ale również pochylił się w moją stronę i cichym głosem oznajmił.

     - Azura świadkiem, że on potrzebuje wszelkiej pomocy – zapewnił. – Od lat ugania się za Ulenami.

     Coś w jego glosie mnie zaniepokoiło. Może on wiedział, jak ich znaleźć?

     - Uważasz, że się myli? – spytałem ostrożnie.

     - Nie… - odrzekł Geldis powoli. – Po prostu zabiera się do tego od złej strony.

     - Masz lepszy pomysł? – spojrzałem mu w oczy.

     - Tak, mam – uczynił nieznaczny ruch głową. – Jeżeli chcesz złapać te śliskie zębacze, pozwól im się do siebie zbliżyć.

     Aż mnie zatkało. Że też o tym nie pomyślałem od razu! Przecież nic łatwiejszego niż udać niechęć do rajcy. Może Ulenowie połkną przynętę? Może sami mnie wtedy zaczepią? Choć z drugiej strony, byłem tu obcy. Mogli mi nie zaufać… 

     - Jak ich do tego zmusić? – mruknąłem zamyślony.

     Ale Geldis miał już odpowiedź gotową.

     - W pobliżu świątyni znajduje się grobowiec Ulenów – szepnął. – Ktoś zostawia tam na ołtarzu popielne bulwy. Jeśli poczekasz wewnątrz na tę osobę, na pewno zdobędziesz odpowiedź na swoje pytanie.

     I taka głowa marnowała się za barem!

     - Dlaczego nie powiedziałeś o tym Adrilowi? – spytałem zaskoczony.

     - Skąd wiesz, że tego nie zrobiłem? – westchnął. – Gdy tylko Adril i Gwardia Redoran się ruszali, Ulenowie byli krok przed nimi i znikali…

     Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Ruszyli z Gwardią i chcieli kogoś wyśledzić? Tu trzeba dokładnie na odwrót! Tu trzeba zniknąć, stać się niewidzialnym! I im mniej osób, tym lepiej.

     Dlatego postanowiłem, że tę misję wykonam sam. Zupełnie sam. Choćby nie wiem jak Lydia protestowała.

     - Dzięki za radę – uścisnąłem mu dłoń.

     - Podziękujesz, jak się uda – odrzekł zrezygnowany. – Do tej pory radzę czekać w grobowcu.

     Chyba nie bardzo wierzył w powodzenie misji. Ale ja tak. Bo skradać się to trzeba umieć!

     Na odchodnym spytałem go jeszcze, ale już przez czystą ciekawość.

     - Dlaczego Dunmerowie ostawiają popielne bulwy w swoich grobowcach?

     Uśmiechnął się.

     - Gdy Dunmer umiera, jego ciało jest poddawane kremacji, a następnie zwracane ziemi.

     Skinąłem głową. Wydało mi się nawet naturalną koleją rzeczy, że Dunmerowie, nieodmiennie związani z ogniem, używają go również do pogrzebów.

     - Jako że popielne bulwy pochodzą z tej samej gleby – ciągnął Geldis, - symbolizują odrodzenie i odnowienie. Przypominają o cyklu życia.

     Podziękowałem jeszcze raz, po czym chwyciłem oba parujące kubki i zaniosłem do stolika, gdzie po chwili przysiadła się do mnie Lydia. Geldis mruknął jeszcze, że o napitku nie zapomniał i postawi mi coś wieczorem. Coś wytworniejszego, niż ta nędzna zbożówka.

     Ku mojemu zdziwieniu, Lydia wcale nie sprzeciwiała się samotnej misji.

     - W razie czego, może trzeba będzie zniknąć – stwierdziła. – Tak naprawdę zniknąć. Ty to potrafisz, ja nie…

     Miała na myśli zaklęcie niewidzialności, ze Szkoły Iluzji. Niezbyt wprawnie, ale umiałem się już nim posługiwać. Inna sprawa, że wśród Dunmerów trudno było niepostrzeżenie używać magii. Wielu z nich się na niej znało i mogło wyczuć zakłócenia w przepływie magicznej mocy, jakie zawsze powodowało użycie zaklęcia przez kogoś w pobliżu. Sam potrafiłem to wyczuć.

     W myślach układałem sobie plan misji. Wejście do grobowca znajdowało się  niedaleko Przedmurza, w miejscu mało uczęszczanym, ale nie odludnym. Można było do niego wejść niepostrzeżenie. To zarówno plus, jak i minus. Plus, bo mogłem tam wejść tak, żeby nikt mnie nie zauważył. Minus, bo to samo mógł zrobić ten, którego szukam. Z kolei zaczajenie się w pobliżu i obserwowanie wejścia nie wchodziło w grę – uliczka była tu bardzo wąska i nie było się gdzie schować.

     Postanowiłem ukradkiem wejść do grobowca i zaczaić się gdzieś w środku. Miałem nadzieję, że będzie gdzie. I to musiałem sprawdzić jeszcze przed właściwą akcją. Najlepiej w nocy. Dzień postanowiłem spędzić na odpoczynku. Dlatego zaaplikowałem sobie południową drzemkę, aby w nocy nie czuć się zmęczonym.

     Ale niełatwo jest zasnąć, gdy wokół gwar, a myśli kłębią się w głowie. Przed oczami mignęły mi wizje potężnego maga, który omiata grobowiec Wykryciem Życia i demaskuje mnie tuż po wejściu. Albo stosuje Niewidzialność i nigdy nie dowiem się, kim on jest. W końcu, magia jest domeną Dunmerów i wielu z nich posługiwało się nią całkiem biegle.

     Przyszła mi też do głowy spóźniona refleksja, czy aby na pewno stoję po właściwej stronie. Zgodnie ze słowami Adrila, ród Hlaalu szukał zemsty za egzekucję, przeprowadzonym na swoim ziomku. Cóż takiego zrobił ten osobnik, że sięgnięto po tak drastyczne środki? Może niesprawiedliwie?

     Nie dałem rady zasnąć, ale odpocząłem. Postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej o sytuacji sprzed ponad stu lat. Tak, to świat Dunmerów! Sto lat to dla nich tyle, co dla nas czterdzieści, albo i mniej. Poczułem nawet ukłucie zazdrości, że będą oni oglądać ten świat również wtedy, gdy mnie już nie będzie. Żyli bardzo długo, niemal trzykrotnie dłużej niż ludzie. Może dlatego byli tak pamiętliwi? Ludziom mogło wydać się małostkowością, że elf mści się za coś, co wydarzyło się w zamierzchłej przeszłości, ale nie wolno było zapomnieć, że to, co dla człowieka było odległą historią, znaną mu z jedynie dziejów, Dunmer mógł doskonale pamiętać i przeżywać do dziś. 

     Postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej o tym wydarzeniu. Jak? Po prostu, wykorzystałem kolejną chwilę zastoju w interesach i spytałem o to Geldisa. Chętnie opowiedział mi tę historię.

     - W dziewięćdziesiątym piątym roku Vilur Ulen przybył do Kruczej Skały – zaczął, - z zamiarem przejęcia miasta. Drań myślał, że podburzy miejscowych i wykorzysta te emocje przeciwko Gwardii Redoran, a potem niepostrzeżenie zamorduje rajcę Morvayna.

     - Vilur sam to zrobił? – spytałem zaciekawiony.

     - Przybył sam – potwierdził Geldis. – Ale sypał groszem tak obficie, że zdołał zawrócić ludziom w głowach. Połowa miasta stanęła po jego stronie. Uwierzysz?

     Oburzenie zabrzmiało w jego głosie. Słyszałem przedtem, że zasługi Redoran, a zwłaszcza rodziny Morvaynów, dla Kruczej Skały są wręcz ogromne. Ponoć to oni dźwignęli miasto z ruiny, po opuszczeniu go przez Cesarskich. Odebrać im miasto, to jak odebrać im dziecko, z krzywdą dla obu stron.

     - Jak pojmano Vilura? – zapytałem.

     - Nie docenił Gwardii Redoran – odrzekł, z wyraźną dumą w glosie. – Byli dobrze zorganizowani i sprawnie położyli kres przewrotowi. Vilur próbował uciekać, ale schwytał go sam kapitan Veleth. Niedługo potem Vilur Ulen został stracony, a jego szczątki złożono w grobowcu Ulenów.

     Uśmiechnąłem się pod nosem. Patrząc na Veletha nie sposób było się domyślić, że uczestniczył w wydarzeniach, które miały miejsce ponad wiek temu. Trzymał się naprawdę nieźle, nawet jak na Dunmera.

     - Jeśli cię to interesuje – uśmiechnął się Geldis, - to z drugiej strony sali, tam w tym ciemnym kącie, jest regał z książkami. Jest tam wolumin o historii najnowszej Kruczej Skały i ten incydent został tam dokładnie opisany.

     - A, owszem, interesuje mnie – odparłem. – Ale teraz nie mam czasu na lekturę. Zmierzcha, więc na mnie czas.

     Zrobił do mnie oko, domyślając się, co mam zamiar zrobić. Zresztą, do gospody zaczęli schodzić się goście, więc musieliśmy przerwać rozmowę. Do kontuaru podszedł Garyn, właśnie w chwili, gdy ja podniosłem się ze swego stołka. Po przyjacielsku klepnął mnie w ramię i uśmiechnął się.

     - Twoje czyny były dla nas istnym błogosławieństwem – zapewnił. - Serio! – dodał, widząc moją minę.

     Miał na myśli zarówno ponowne uruchomienie kopalni, jak i uwolnienie jego ziomków od wpływu Miraaka i oczyszczenie Kamienia Ziemi. Mruknąłem, żeby podziękowali Craesciussowi, nie mnie. To jego upór doprowadził nas do odkrycia nowego chodnika w kopalni. I choć przejście do kurhanu zostało zabezpieczone na powrót, aby górnicy nie niepokoili umarłych, tuż obok niego odkryto nowe złoża ebonu. Ale Garyn tylko się roześmiał.

     Idąc do swego pokoju, zerknąłem na schody. Do gospody schodziła właśnie Drelyna Alor, córka Fenthisa, tego kupca, który skupował ode mnie medaliony Kompanii Wschodniocesarskiej. Ona też uśmiechnęła się do mnie i musiałem przyznać, że umiała się uśmiechać. Wiedziałem, za co jest mi wdzięczna, choć nigdy mi tego nie powiedziała. Ale dowiedziałem się od Lydii, przed okiem której nic się nie ukryje. Dzięki ponownemu uruchomieniu kopalni, interesy Fenthisa zaczęły iść lepiej, więc porzucił on zamiar opuszczenia Kruczej Skały. Przez to ona nie musiała rozstawać się z kimś, kto tu mieszkał i kto nie mógł podążyć za nią. Nie wiedziałem wprawdzie, kto to, ale uznałem, że to nie moja sprawa.

     Odwzajemniłem uśmiech.

piątek, 26 stycznia 2018

Rozdział XI – Fort Nocnego Mrozu

     - Rieklingi – powiedział Storn, kiwając głową. – To były rieklingi. Żyją w koloniach, w chłodniejszych częściach wyspy. Czasem w dużych koloniach.

     - Prawdziwa plaga – Freya pokręciła głową. – Kradną, co tylko się da. A czego nie ukradną, zniszczą.

     - Wyglądały niegroźnie – mruknąłem nieśmiało.

     Skaalowie roześmiali się.

     - Pozory mylą – odrzekł Stron. – To bardzo wojownicze stworzenia. No i nie zapominaj, że żyją gromadnie. Wojownik twojej renomy bez trudu pokona jednego, czy dwa. Ale jak obskoczy cię cała gromada, ze wszystkich stron?

     - Są rozumne? – spytała Lydia.

     - Trudno powiedzieć – Storn pokręcił głową. – Nie potrafimy się nimi porozumieć. Tworzą prymitywne narzędzia i broń, ale sami niewiele wytwarzają. Głównie kradną. Ale posługują się mową, choć niezrozumiałą dla nas i mają swoją plemienną społeczność.

     - Zasiedlają jaskinie w górach – dodała Freya – i hodują sierściogrzbiety.

     - Co? – omal nie udławiłem się gorąca polewką.

     - To tutejsza odmiana dzika – uśmiechnął się Storn. – Używają ich jako wierzchowców.

     Oboje z Lydią parsknęliśmy śmiechem. Wizja sinawego, szpetnego karła, dosiadającego dzika, wydała nam się bardzo zabawna.

     - Śmiejcie się, śmiejcie – Storn żartobliwie pogroził nam palcem. – Przestaniecie się śmiać, gdy zaatakuje was ich kawaleria. Sierściogrzbiet jest bardzo silny i o wiele zwinniejszy od konia. Po górskich ścieżkach pomyka jak kozica. I sam jest uzbrojony – tu pokazał rękami przy twarzy, jak wielkie potrafią być dzicze szable.

     - Nie wiadomo, przed kim najpierw się bronić – dodała Freya. – Przed jeźdźcem, czy przed wierzchowcem. Obaj równie groźni.

     Po wieczerzy przeszliśmy się jeszcze po wiosce. Wszędzie witano nas serdecznie i każdy chciał uścisnąć nasze dłonie. Chwilę postałem przy kuźni, gdzie Baldor właśnie składał narzędzia po skończonej pracy. Spytałem go o stalhrim. Nie miał akurat ani kawałka, by mi go pokazać, ale potwierdził, że to minerał, powstały z zaklętego lodu.

     - Nikt dziś nie wie, jak go wytwarzać – uśmiechnął się. – Jedynym źródłem są pradawne norskie sarkofagi. Ale wykuć go nie jest łatwo.

     - Potrzebny jest starożytny kilof Nordów – skinąłem głową. – Powiedział mi o tym Glover z Kruczej Skały.

     - Znam Glovera – skinął głową Baldor. – Porządny człowiek, chociaż bardzo skryty. Miałem kiedyś dwa takie kilofy. Sprzedałem mu jeden. Hojnie zapłacił.

     Zatem podejrzenia Cresciusa były nie trafione. Glover nabył kilof uczciwie. Nie wiem, dlaczego, ale ta wiadomość sprawiła mi przyjemność. Świadomość, że jego brat jest jednym z przywódców Gildii Złodziei, wciąż nie dawała mi spokoju. Pewnie dlatego tak bardzo chciałem uwierzyć, że Glover jest uczciwym kowalem, który z całych sił próbuje odciąć się od złodziejskiego procederu brata.

     - Jak obrabia się stalhrim? – spytałem zaciekawiony. – Glover mówił, że to trudna sztuka.

     - Zgadza się –Baldor uśmiechnął się pod czarnym wąsem – Twarde to i niejednorodne. Nie traci twardości nawet po podgrzaniu. Ale jeśli umiesz obrabiać ebon, to i tego się nauczysz.

     Spuściłem nos na kwintę. Nie umiałem obrabiać ebonu. Wciąż mi to nie wychodziło. Jeszcze nigdy nie udało mi się niczego wykuć z tego minerału. Pękał mi pod uderzeniem młota, albo rozlatywał się na proszek. Ale postanowiłem kiedyś nauczyć się tej sztuki. Kiedyś, w przyszłości. 

*          *          *

     Powrót do Kruczej Skały przebiegł spokojnie. W jednym miejscu tylko zaatakowały nas koniki popielne. Ciekawa zwierzyna – sama pcha się w ręce myśliwego!

     A następnego dnia, po południu, po solidnym odpoczynku i smacznym obiedzie, skierowaliśmy swoje kroki na południe, do wraku „Ostrego Szkwału”. Po drodze jedyna przygoda, jaka nas spotkała, to mrożące krew w żyłach widowisko – pojedynek dwóch magów. Jeden z nich władał ogniem, drugi mrozem. Ogniste kule i lodowe kolce przelatywały  co chwilę nad plażą, gdy magowie, kryjąc się pośród głazów, wzajemnie razili się magicznymi ładunkami. Nie wiemy, który z nich wyszedł z tej walki zwycięsko, a który poległ, bowiem nie czekaliśmy na zakończenie pojedynku.

     Przenocowaliśmy pod dachem, na „Ostrym Szkwale”. Wejście do kajuty zaryglowaliśmy porządnie, więc nie martwiliśmy się o wystawianie wart. Zbóje zostawili tu trochę słomy i skór, więc posłania mieliśmy całkiem wygodne. Stąd do fortu nie było już daleko. Rankiem, wypoczęci, chwyciliśmy broń i dziarsko pomaszerowaliśmy wybrzeżem na wschód, w kierunku majaczącej w oddali bryły fortyfikacji, przysypanej popiołem i piachem niemal pod same dachy.

     Fortyfikację wyposażono w port, co było widać wyraźnie, bowiem fale zmyły część popiołu, odsłaniając rozległą kamienną rampę na nadbrzeżu. Z wody wystawały resztki jakiegoś statku, który przy nim zatonął. Gdy przyjrzeliśmy się budowli w świetle dnia, wyraźnie dojrzeliśmy poszczególne budynki. Nad nadbrzeżem ujrzeliśmy charakterystyczny kształt latarni morskiej. Dalej były mury, dość mocno przysypane, ale z pomiędzy nich sterczała w górę jakaś niewysoka wieża, zapewne wartownicza, a raczej to, co z niej zostało.

     Pierwszego popielca ujrzeliśmy na latarni. Trudno było go dostrzec, bo wschodzące słońce świeciło nam prosto w oczy. Po krótkiej, szeptanej naradzie wycofaliśmy się na zachód i weszliśmy w głąb wyspy, w las, aby obejść fort z drugiej strony, od wschodu. Gdy ponownie znaleźliśmy się na wybrzeżu, ujrzeliśmy go w pełnej krasie. I dostrzegliśmy od razu dwa popielce – jeden na latarni, drugi na murze.

     Ten na latarni był bliżej. Podkradliśmy się ostrożnie i wypuściliśmy po jednej strzale w jego kierunku. Wystarczyło. Strzał znienacka działał na nieumarłych ze zdwojoną potęgą. Niestety, drugi nas zauważył i posłał ku nam ognistą kulę. Zaskoczyło mnie to. Nie wiedziałem, że popielce potrafią używać magii zniszczenia. To czyniło z nich przeciwników znacznie potężniejszych, niż przypuszczaliśmy.

     Kula ognia na szczęście chybiła. Nie chybiła za to moja strzała.  Nie chybiła też strzała Lydii. Popielec rozsypał się,

     Przez dłuższą chwilę staliśmy przyczajeni bez ruchu, obserwując mury. Nic jednak się nie działo. Tak jak się spodziewaliśmy. Popielce nie są rozumnymi stworzeniami. To nieumarli. Gdy widzą intruza, atakują go, nie wszczynając żadnego alarmu, ani nie zwołując swych towarzyszy. Gdy kolejny nieumarły pojawi się w tym miejscu, nie zwróci nawet uwagi na spopielone szczątki innego popielca. Ba, nie czuje z nim żadnej więzi poza tą, że nieumarli nie atakują siebie nawzajem. Współpracować jednak ze sobą nie potrafią.

     Cicho podeszliśmy pod sam mur. Latarnia stała osobno, ale wejście do niej zawalone było kamieniami i popiołem. Zaczęliśmy więc posuwać się wzdłuż muru. Wkrótce dotarliśmy do bramy. Aby pod nią przejść, trzeba było schylić głowę, bowiem wulkan naniósł tu tyle popiołu i żużla, że grunt podniósł się w tym miejscu o dobrych kilka łokci. Dziedziniec fortu też zasypany był popiołem. Spod niego wystawały gdzieniegdzie jakieś graty. Na wprost znajdowało się wejście do głównego budynku. Po lewej stronie stał budynek koszar, a po prawej wyrastała z ziemi wieża obserwacyjna.

     Stanęliśmy w przejściu, bowiem przed nami żużel, zmieszany z wulkanicznym pyłem, poruszył się, jakby coś chciało wygrzebać się na powierzchnię. Co? Łatwo zgadnąć. Odruchowo napiąłem łuk. Popielec rozsypał się gdy tylko wychylił głowę. Następnego zastrzeliła Lydia, gdy nadbiegł od strony wieży. Postąpiliśmy krok naprzód.

     Nagły głos zatrzymał nas w miejscu. Był to męski głos, nieco przytłumiony, jakby ktoś wołał zza muru, jednak nie wiadomo było, skąd dochodzi. Wydawało mi się, że z budynku na wprost.

     - Ludzie! – wrzasnął głos. – Wróg wdarł się do fortu! Przygotować się do zasadzki! Niech żyje Cesarstwo!

     Ktokolwiek wołał, musiał być niespełna rozumu. „Przygotować się do zasadzki!” – śmiechu warte. Co to za zasadzka, skoro wróg, czyli my, jak się domyślałem, został o niej uprzedzony? I to takim wrzaskiem!

     Mojego krzyku za to nie usłyszał nikt.

     - Laas!

     W budynku i na murach zajarzyło się niemrawo kilka purpurowych światełek. Najbliższe na szczycie wieży. Wskazałem go Lydii i gestem nakazałem, aby na mnie zaczekała. Skinęła głową. Ostrożnie podkradłem się na schody, prowadzące do wieży. Starałem się iść cicho, ale nawet mnie sprawiało to trudności. Żużel chrzęścił pod nogami, trzeba było iść naprawdę wolno. Na szczęście, na schodach go nie było. Zwiał go zapewne wiatr i spłukał deszcz. Wspiąłem się na wieżę, uważnie rozglądając się na wszystkie strony. Popielec stał na samym szczycie, odwrócony do mnie bokiem. Jedna szklana strzała zupełnie wystarczyła.

     Widok z wieży rozciągał się dość daleko na wschód i zachód, gdzie sięgało wybrzeże. Od południa, oczywiście, również. Bowiem tam znajdowało się morze, a zza horyzontu wystawał wciąż lekko dymiący krater wulkanu. Wznoszące się wzgórze od strony głębi lądu i porastający je gęsty las, ograniczały widoczność na północ. Wyraźnie jednak było widać okolice fortu. Tkwiła tam następna strażnica, na którą zapewne można było dostać się od wewnątrz budynku. Coś tam się ruszało, ale popielec – bo nie miałem wątpliwości, że to jeden z nich – nie chciał się wystawić na strzał, chowając się częściowo za murem. Było zresztą za daleko na pewny strzał. W spokojnym powietrzu pewnie bym to zrobił, ale na szczycie wieży i ponad dachami fortu mocno wiało od morza. Nie było warunków do wypuszczenia celnej strzały.

     Zszedłem na dół i podkradłem się do głównego budynku. Drzwi były jednak zamknięte na klucz. W dodatku dziurka od niego miała kształt na tyle fantazyjny, że operowanie wytrychem było niemożliwe, przynajmniej prostym. Musiałbym najpierw wykuć sobie wytrych o specjalnym kształcie. Pozostawiłem więc ten budynek i udałem się do koszar. Lydia dołączyła do mnie przy drzwiach. Te na szczęście nie były zaryglowane.

     Znaleźliśmy się w rozległym holu, w którym zapewne urządzano zbiórki i odprawy. Wszechobecny wulkaniczny pył zasypywał nawet wnętrze koszar. I nagle w miejscu tuż przed nami, poruszył się niespokojnie. Odruchowo napięliśmy łuki.

     Zauważyłem, że z popielcami sprawa wygląda podobnie jak z draugrami. O wiele łatwiej było zabić je, gdy jeszcze nie stanęły na nogi. Na popielca, gramolącego się spod piasku, wystarczała zwykle jedna, góra dwie strzały, aby odesłać go tam, skąd przybył, a jego ciało zamienić w kupkę pyłu. Tak było i tym razem. Lydia strzeliła pierwsza i nieumarły rozsypał się, zanim ja zdążyłem zwolnić cięciwę. Ale oto w drzwiach naprzeciw pojawił się drugi. Sam wlazł mi na cel. Z bliska uderzyła go szklana strzała. Przeszła niemal na wylot. Musiałem poprawić, zanim popielec rozwiał się w pył.

     - Laas!

     Pomieszczenie było puste. Zbadaliśmy je dokładnie, brnąc w pyle po kolana. Za otwartymi drzwiami naprzeciw znajdowały się sypialnie, po prawej stronie jadalnia, a po lewej od wejścia tkwiły proste, długie schody, prowadzące do otworu na dachu. Zapewne tamtędy sypał się wulkaniczny pył, bo pełno było go na schodach. Ostrożnie wychyliłem głowę ponad dach koszar. Ujrzałem przejście na strażnicę i popielca, którego przedtem dostrzegłem z wieży. Tym razem było blisko i nie zasłaniał go mur. Zamienił się w kupkę popiołu już po pierwszej strzale.

     Tymczasem Lydia znalazła schody, prowadzące do piwnic. Znajdowały się obok jadalni. Ostrożnie zstąpiliśmy w dół. Zlikwidowaliśmy dwa popielce, które nie zdążyły nas zauważyć i oto naprzeciwko schodów, naszym oczom ukazała się spiżarnia. Nie mogło to być nic innego. Wprawdzie zagrodzona kratą, ale zamek nie był zaryglowany. Mimo upływu lat, można było dostrzec wysuszone na wiór resztki serów i pieczywa – wszystko szare od grubej warstwy pyłu. Stało tam też kilka beczek ze znakiem Kompanii Wschodniocesarskiej, zapewne z winem, albo miodem. Znalazłem też całkiem nieźle zachowany kufer, w którym oprócz jakichś narzędzi i resztek zetlałych fartuchów, błysnęło kilkadziesiąt sztuk złota.

     Na lewo od spiżarni dostrzegłem przejście, zasnute gęstą pajęczyną. Wyglądało to jak wata. Nie przypominało mocnej sieci śnieżnego pająka. Ciekaw, co się za nią kryje, spaliłem pajęczynę, posyłając w jej stronę strumień magicznych płomieni. Ukazało się wejście do jakiejś jaskini. Strzeliłem Płomieniem Świecy, aby rozjaśnić wnętrze. Składało się z długiego, opadającego w dół, prostego korytarza na samym dnie rozszerzającym się w rozległą grotę, pełną niewielkich, spowitych pajęczynami kokonów. Odkryliśmy kolonię ognistych pająków.

     Taki już urok tej wyspy. Całe południowe wybrzeże zamieszkiwały istoty, w jakiś sposób związane z ogniem i gorącym popiołem. Słusznie ziemia ta była częścią Morrowind, ojczyzny Dunmerów.

     Ogniste pająki nie są tak groźne jak śnieżne. Przede wszystkim, w porównaniu do tamtych, są malutkie, zaledwie wielkości dziecięcej dłoni. Ich jad nie stanowi niebezpieczeństwa, aczkolwiek ukąszenie jest bolesne. Mają jednak inną właściwość. Przede wszystkim – co niezmiernie rzadkie wśród pająków – są zwierzętami stadnymi i niby mrówki potrafią bronić swej kolonii nawet za cenę własnego życia. W chwili zagrożenia, wybuchają jasnym płomieniem, raniąc intruza. Płomień ten jednak nie szkodzi pozostałym pająkom. Podobnie reagują, trafione strzałą, o czym przekonaliśmy się, gdy tylko pająki nas dostrzegły i rozpoczęły szybki marsz w naszym kierunku. Żałowałem, że w ogóle spaliłem tę zasłonę. Stworzenia wydawały mi się bowiem zupełnie niegroźne, dopóki żyły sobie w swej zamkniętej kolonii. Po prostu, w tej chwili broniły się przed intruzami, za jakich nas wzięły. Teraz jednak było za późno – to my musieliśmy bronić się przed nimi. Zrobiłem to z żalem, który zadziwił mnie samego. Mnie, który bez drgnięcia ręki polowałem na stworzenia, które nic mi nie zrobiły. Czyżbym stawał się sentymentalny? Czy to znaczy, że się starzeję? W wieku zaledwie dwudziestu lat?

     Fakt, kilka żywotów można było obdarować przygodami, jakie stały się moim udziałem.

     Kilkanaście wybuchów rozbłysło w jaskini, zanim cokolwiek przestało się ruszać. Zeszliśmy ostrożnie na dół, głównie, aby zabrać nie uszkodzone strzały. Grota okazała się być nieco większa, niż mi się wydawało. W niewidocznym z wejścia miejscu odchodził od niej zalany wodą korytarz, przez który płynął zimny i czysty strumień, ginąc w szczelinie skalnej kilkanaście kroków dalej. Ściany nie stanowiły litej skały. Była to gliniasta ziemia, gdzieniegdzie tylko usiana większymi głazami. Kilka z nich miało ciekawą fakturę, jakby zawierały w sobie jakieś czerwone kryształy. Nie miałem ich jednak jak wydłubać. Wróciliśmy na górę. Naprzeciwko wejścia do jaskini znajdowały się drzwi. Niestety, zamknięte. Za to obok spiżarni ktoś przekopał tunel, wiodący gdzieś w dół. Wyraźnie było widać, że ktoś przebił się przez ścianę i przekopał się przez gliniastą skałę. Ruszyliśmy w dół wąskim chodnikiem. Nie był długi. Już po chwili znaleźliśmy się w krypcie.

     Przeszliśmy już wiele norskich krypt, ale ta bardzo się od nich różniła. Nie było tu kamiennych leży, tylko drewniane rusztowania, na których składowano trumny. Tak chowano zwłoki w Cyrodiil. Widać, była to pozostałość z czasów, gdy wyspę zamieszkiwali moi rodacy. Większość trumien miała uchylone wieka i była pusta, co niezmiernie mnie zdziwiło. Odniosłem wrażenie, że to miejsce nie zostało pozostawione w spokoju przez ostatnie dwieście lat. Ktoś tu myszkował, poszukiwał czegoś i to stosunkowo niedawno. Krypta miała dwa pomieszczenia. To drugie było znacznie obszerniejsze i znajdował się w nim stół do balsamowania zwłok. A pod nim leżał brezentowy plecak.

     Dopadliśmy go jednocześnie. Nie był zmurszały, ani zetlały, choć zakurzony. Na moje oko, leżał tu nie dłużej niż rok lub dwa. Otworzyłem go niecierpliwie. W środku były jakieś proste, płócienne ubrania, kilka kawałków chleba i sera, zeschnięte na wiór, trochę złota i żelazny klucz o dość fantazyjnym kształcie. Złoto, zgodnie ze zwyczajem, mogłem zabrać, jako że właściciel je porzucił. Chwyciłem też klucz, zastanawiając się, co nim można otworzyć.

     - Popatrz! 

     Lydia sięgnęła ramieniem do stołu i chwyciła jakiś płaski przedmiot. Był to zakurzony kajet, pokryty jakimiś zapiskami. Dmuchnęła w niego i otworzyła na pierwszej stronie.

     - Dziennik Ildari – przeczytała. – Może dowiemy się czegoś więcej?

     Usiedliśmy na pustej trumnie. Strzeliłem w górę Płomieniem Świecy i nad naszymi głowami zabłysło jasne światło. Był to rzeczywiście jakiś dziennik, bowiem przy każdym wpisie znajdowała się data, choć pisana w dość zakamuflowany sposób, jakby ktoś liczył dni od rozpoczęcia jakiegoś przedsięwzięcia.

     
     Dzień 32.

     Od czasu odkopania krypty pod Fortem Mrocznego Mrozu, minął już niemal miesiąc, a szczątki generała nadal nie zdradzają oznak życia.

     - Nekromanci – burknęła Lydia. – Jak ja ich nie lubię!

     Czytaliśmy dalej.

     Umieszczenie sercowego kamienia okazało się bardzo problematyczne. Wszystkie znane mi metody reanimacji nie dały żadnych rezultatów. Jak tak dalej pójdzie, to pierwsze efekty zobaczę za kilka lat, a tyle czasu nie mam. Jeśli mam  się zemścić, to muszę jak najszybciej dokonać przełomu. W przeciwnym razie trzeba będzie drastycznie zmienić podejście.

     Dzień 47.

     Wreszcie jakieś postępy. Po ostatnim eksperymencie generał Carius otworzył na chwilę oczy i poruszył rękami. Dobre i to. Moi asystenci uparcie twierdzili, że coś mi się przywidziało. Ich ignorancja nie będzie mi już przeszkadzać.

     Dzień 55.

     Generał Carius przebudził się. Nim przebrzmiały ostatnie słowa inkantacji, wyprostował się jak struna i zaczął człapać po omacku, niczym ślepiec. Na chwile obecną ignoruje moje rozkazy… Odnoszę wręcz wrażenie, że mój głos tylko go rozsierdza. Udało mi się zdemontować sercowy kamień, nim generał mnie dopadł, ale muszę przyznać, że taki stan rzeczy trochę mnie niepokoi. Proces przebudzenia zakończył się sukcesem, ale czuję, że to dopiero początek pracy.

     Dzień 59.

     General nadal nie chce lub nie może usłuchać mych rozkazów. Zachowuje się jak paranoik i przejawia oznaki wolnej woli. Ubzdurał sobie, że jestem „szpiegiem” lub „wrogiem” i trzeba go było unieruchomić. Zaczyna mi to naprawdę działać na nerwy. Na tym etapie wątpię, czy da się kontrolować kogoś, kto ma sercowy kamień. Jeżeli moje eksperymenty z generałem nie dadzą pożądanych efektów, zostanie mi wyłącznie przeprowadzenie rytuału na sobie… A tego mimo wszystko wolę uniknąć.

     
     Tu zapiski urywały się. Zamyślony, zamknąłem kajet i spojrzałem na Lydię.

     - Ciekawe, kto to był – mruknęła Lydia. – I czy przeżył.

     - Dziennik wydaje się dość stary – odrzekłem, oglądając go uważnie. – Kartki zdążyły pożółknąć. Myślę, że leżał tu co najmniej rok.

     - Kartki mogły być żółte już wtedy, kiedy powstał pierwszy zapis – pokręciła głową. – Mnie bardziej przekonuje to zeschnięte jedzenie w plecaku. Ale tu wszystko schnie bardzo szybko, przez ten wulkan.

     - Nawet mgła wydaje się sucha – skinąłem głową. – Zbadajmy resztę fortu, może kogoś znajdziemy. Chociaż wątpię w to.

     - Ja nie – odparła Lydia, wstając. – Ale jestem niemal pewna, że ten ktoś już nie będzie żył.

     - I wyjaśniła nam się przy okazji tajemnica generała – mruknąłem. – Ktoś usiłował przywrócić go do życia. I może nawet mu się udało.

     Wyszliśmy tą samą droga, którą tu weszliśmy. Na dziedzińcu było tak jasno, że musieliśmy zmrużyć oczy. Dzień zapowiadał się słoneczny i pogodny. Skierowaliśmy się do drzwi, których przedtem nie udało mi się otworzyć. Wyciągnąłem znaleziony klucz i przyłożyłem go do dziurki.

     - Pasuje – uśmiechnąłem się.

     Lydia w odpowiedzi wyciągnęła miecz.

     - Nikt nie zamykałby tych drzwi, gdyby nic mu nie groziło – odezwała się półgłosem, chwytając tarczę.

     - Masz rację – przyznałem, przygotowując łuk. – Trzeba zachować ostrożność.

     Klucz przekręcił się w zamku z cichym zgrzytem. Dawno widać nikt go nie używał. Ostrożnie otworzyliśmy drzwi i szybko wślizgnęliśmy się do środka, nie chcąc stać w jasno oświetlonym wejściu. Znaleźliśmy się w sporym pomieszczeniu. Piach i popiół dotarły i tutaj, zalegając po kątach, ale nie było go tak wiele jak w koszarach. Pomieszczenie wyposażono w kominek, a wokół walały się resztki połamanych ław i stołów. Niewątpliwie, dawno temu była tu kantyna. Teraz pusta.

     Z prawej strony sączyło się jasne światło. Było tam przejście do dużego pokoju. W ścianie znajdowało się okno, przez które wdzierało się światło słoneczne. A pod oknem, tyłem do nas, stała jakaś ludzka postać. Ścisnąłem mocniej łuk. To był niewysoki mężczyzna w cesarskiej zbroi. I miał na głowie hełm generała. Na plecach przytroczoną miał broń rzadko spotykaną u cesarskich oficerów – ciężki, bojowy młot, na długim trzonku. Czyżby to był Carius?

     Postąpiłem krok ku niemu. Generał odwrócił się od okna i spojrzał w naszą stronę, ale odniosłem wrażenie, że nas nie widzi. Uniosłem dłoń w pozdrawiającym geście i postąpiłem dwa kroki naprzód, ale generał drgnął tylko i sięgnął po broń.

     - Jest tam kto? – zawołał.

     Odniosłem wrażenie, że to nie ludzki głos, ale woła do nas jakaś metalowa maszyna. Generał, z bronią w ręku, ruszył w naszą stronę, coraz szybciej i szybciej. Jego oczy, spoglądające na nas, wydały mi się martwe.

     - Jestem legatem Cesarskiego Legionu! – zawołałem. – Niech żyje Cesarstwo!

     Prawdziwego, żywego generała taki okrzyk zatrzymałby na pewno. Ale w tym przypadku nie zadziałał. To był dowód na to, że nie jest on w pełni władz umysłowych. Uniósł broń do morderczego ciosu z rozpędu, który byłby zdolny zmieść Lydię i odrzucić o kilka kroków dalej. Byłby, gdyby mu na to pozwoliła. Zgrabnym, nie pozbawionym wdzięku piruetem, ominęła cios, który trafił w próżnię. General zatoczył się. Dzierżąc ciężki młot, stracił równowagę i byłby upadł, gdyby nie odbił się od ściany. W tym samym czasie popiół wokół nas zaczął falować. Wylazły spod niego dwa popielce i ruszyły w nasza stronę.

     Odrzuciłem łuk. W walce na bliską odległość tylko mi przeszkadzał. Sięgnąłem do miecza i odbiłem cios pierwszego popielca, ale natychmiast tego pożałowałem. Cios był bowiem tak silny, że poczułem, jakby zgruchotano mi nadgarstek.

     Szybkim ruchem ściągnąłem z pleców tarczę. Akurat w czas, by osłonić się przed następnym ciosem. Ten przyjąłem na bark. Zachwiało mną, ale dało okazję do wbicia końca miecza w brzuch potwora. I niech chwała będzie twórcy Rozdzieracza Chłodu! Magia miecza sparaliżowała go. Nie czekając, aż paraliż minie i starannie unikając miecza drugiego popielca, który na szczęście w ciasnym kącie nie mógł znaleźć sobie miejsca na atak, smagnąłem sparaliżowanego mieczem raz i drugi, po czym przejechałem mu po tułowiu dolnym, zaostrzonym końcem tarczy. Siła, spajająca jego ciało, uległa. Potwór rozsypał się, a ja stanąłem przeciwko drugiemu, wznoszącemu miecz do morderczego ciosu.

     Wokół niego nagle zajarzył się czerwona poświata gdy Miecz Wampira przeorał jego brzuch. To Lydia, uporawszy się z ożywionym generałem, przyszła mi z pomocą, zadając potworowi cięcie z piruetu. Ja dosięgnąłem końcem miecza tylko jego ręki, ale to wystarczyło, aby rozlała się po nim magia mrozu, pokrywając go szronem. Jego ruchy spowolniły się. Przestał być groźny, przynajmniej dla nas, doświadczonych wojowników. Trzy szybkie ciosy i dołączył do swego towarzysza.

     Pochyliliśmy się nad ciałem generała. Jeśli założyć, że istotnie ożył, to teraz zmarł po raz drugi. Jego gardło zostało rozorane przez Miecz Wampira. Ale, o dziwo, rana nie krwawiła.

     - Był już martwy, gdy atakował – westchnęła Lydia. – Jego oczy spoglądały na mnie tak, jakby mnie nie widziały. A ta rana wcale go nie powaliła. Dopiero ta go zabiła – wskazała na przedziurawione udo.

     - To dowód na to, że był martwy – potwierdziłem. – Gdyby był żywy, rana na udzie zabiłaby go wprawdzie, ale nie od razu. Za to z rozharatanym gardłem wyzionąłby ducha w jednej chwili. Czyli jednak ożywieniec. Nieważne, gdzie cios pada, byle dosięgnąć.

     Podniosłem jego broń. Młot był stalowy i w misterny sposób zaklęty. „Pałka Czempiona” – przeczytałem napis na żeleźcu. Jarzył się na przemian magią mrozu, ognia i błyskawic. Kunsztowne zaklęcie, trzeba przyznać. Niby potrójne, ale to tylko iluzja. W rzeczywistości zaklęcie było jedno, ale bardzo wyrafinowane, składające się aż z trzech żywiołów. Nie byle kto je zaklinał. Taka broń mogła wywierać spory efekt na wiele istot, bowiem ktoś odporny na ogień, rzadko bywał odporny również na dwa pozostałe aspekty magii zniszczenia. Tyle tylko, że wojownik nie miał wyboru i nie wiedział, które z tych zaklęć akurat zadziała. Cenne znalezisko. Postanowiłem zabrać ten młot. Jeśli nawet nie uda mi się zdjąć z niego zaklęcia, to z pewnością uda się sprzedać go z zyskiem.

     Swoim zwyczajem, spenetrowaliśmy fort. Nic ciekawego jednak nie znaleźliśmy. Jakiś rozbity kufer – ale pusty. Kilka połamanych szaf, również opróżnionych, jakieś regały, gdzieniegdzie porzucony hełm, albo pociemniały od wulkanicznych gazów miecz. Dopiero, gdy wróciliśmy do koszar i później do katakumb, Lydia dostrzegła w kącie obok trumien zwiniętą w kłębek, zeschniętą mumię, której poprzednio nie zauważyliśmy. Zwłoki odziane były w resztki cesarskiej, skórzanej zbroi i kościstymi palcami trzymały w dłoni jakiś dokument. Wyglądało to tak, jakby mi go podawały. Obok leżały resztki płóciennej torby, z której wysypały się trzy inne papiery, to co zostało z pęku piór i szklany, pusty kałamarz bez korka, z resztą zaschniętego inkaustu w środku. Zapewne zwłoki należały do kompanijnego pisarza, albo adiutanta dowódcy. Delikatnie wyjąłem papier z martwej dłoni.

     - To list – stwierdziłem, oglądając zapieczętowany dokument. – Adresowany do jakiejś Seliny w Cesarskim Mieście.

     Odwróciłem list i ujrzałem wyblakłe od czasu litery w miejscu, w którym zwykle wpisywało się imię nadawcy.

     - Maximian Axius – odcyfrowałem z trudem i zerknąłem na pozostałe.

     Wszystkie były adresowane do jednej osoby i podpisane tym samym imieniem. Przy pieczęci miały cyferki. Uśmiechnąłem się z żalem. Zwłoki należały do jakiegoś cesarskiego żołnierza, pochodzącego z Cyrodiil, ale pełniącego służbę daleko od domu, w Forcie Nocnego Mrozu. Tęskniąc za swą matką, a może ukochaną, często pisał do niej listy, choć wiedział, że nie może ich wysłać od razu. Poczta, na kontynencie działająca w miarę sprawnie, z wyspy wysyłana była dość rzadko. Tęsknota nie pozwoliła mu czekać aż tak długo. Co jakiś czas skrobał kilka słów do bliskiej sobie osoby, a wiedząc, że dostanie je ona wszystkie jednocześnie, ponumerował je. To częsty zwyczaj wśród żołnierzy, pełniących służbę w oddalonych od rodzinnych stron garnizonach.

     Przyznam, że ogarnęło mnie wzruszenie. Oczami wyobraźni ujrzałem młodego żołnierza, z tęsknotą myślącego o swej ukochanej, liczącego dni do końca służby, gdy znów będą mogli się zobaczyć. I oto już nigdy się nie zobaczą. Nigdy nie usłyszy drogiego głosu, ani nie chwyci dłoni ukochanej. Wulkan, który zniszczył fort, gęstą chmurą trujących wyziewów zabił go, dwa serca skazując na samotność.

     Przed oczami stanęło mi wspomnienie kochającego się wiecznie, choć dawno nie żyjącego  małżeństwa sprzed kilkuset lat – Fenriga i Ruki, którym pomogliśmy się kiedyś odnaleźć przy Pomniku Gjukara. Ech, dlaczego Mara nie połączyła tych dwoje tak jak wówczas?

     Podzieliłem się swymi myślami z Lydią. Ku mojemu zdziwieniu spojrzała na mnie kpiąco.

     - Jeszcze nie przeczytałeś, a już wiesz, co w nich jest? – spytała pobłażliwym tonem.

     - Ojej, no tylko się domyślam – żachnąłem się. – Zresztą, ani jedno ani drugie już nie żyje, więc chyba możemy je otworzyć i sprawdzić.

     Gotowałem się właśnie do złamania pieczęci, ale chwyciła mnie za rękę.

     - Nie, to jakoś nie miejsce do takich spraw – wykrzywiła usta. – Sprawdzimy to później. Kto wie, może żyją ich potomkowie? Może kiedyś dowiemy się, kim byli?

     Zgodziłem się z nią. Listy władowałem do jej plecaka, bo nie chciało mi się ściągać mojego. A potem wzięliśmy się za ręce i opuściliśmy fort, kierując się na zachód. Słońce się zaczerwieniło, gdy mijaliśmy bramę w Przedmurzu. I niedługo, przechodząc obok portu, w drodze do gospody, natknęliśmy się na Veletha, wychodzącego z niskiej, ale porządnie wyglądającej kamienicy. Zapewne na wieczorny obchód.

     Ujrzawszy nas, wydał westchnienie ulgi. Widać, niepokoił go los naszej wyprawy.

     - Jakie przynosicie wieści z fortu Nocnego Mrozu? – spytał, ściskając nasze ręce.

     Zademonstrowałem młot generała.

     - General Carius zginał z ręki mojej żony – odrzekłem z dumą.

     Z uznaniem skłonił się Lydii, a potem zaczął dopytywać się o szczegóły. Po drodze do gospody opowiedzieliśmy wszystko, co pamiętaliśmy. Przez cały czas ze zrozumieniem kiwał głową.

     - Podejrzewałem, że jest nieumarłym – odrzekł na końcu. – Jakże inaczej mógłby przeżyć dwieście lat?...

     Ugryzł się w język, czując, że palnął głupstwo i spojrzał na nas przepraszającym wzrokiem. Niepotrzebnie. Przecież wszyscy wiedzieliśmy, że Dunmerowie żyją znacznie dłużej niż ludzie i wcale nierzadko bywało, że któremuś udało się osiągnąć wiek dwustu lat. Generał był jednak Cyrodiilijczykiem i nie mógł żyć tak długo.

     - Szkoda – dodał z westchnieniem. – O czynach generała Cariusa krąży wiele opowieści. W tym ta o założeniu Kruczej Skały.

     Nie słyszałem przedtem o generale, ale tutaj, na Solstheim, musiała to być znana i ceniona postać. Zapewne Velethowi nie było w smak, że jakiś nekromanta zbezcześcił być może piękną, bohaterską legendę. Odtąd generał już na zawsze miał być kojarzony z popielcami. Mnie z kolei zrobiło się miło, gdy zrozumiałem, że ceniono tu jednak niektórych Cyrodiilijczyków. Widać, zasługi nie ulatywały tu z pamięci. Miałem nadzieję, że mnie też będzie się tu mile wspominało. Widząc, że kapitan posmutniał nieco, spróbowałem go pocieszyć.

     - Już nie będzie wysyłał popielców do Kruczej Skały – odezwałem się.

     Pokiwał głową na boki, jakby chciał powiedzieć „kto wie?”, po czym pożegnał nas pod drzwiami od gospody, wylewnie nam dziękując i udał się w kierunku Kamienia Ziemi, gdzie rozstawiony był pierwszy posterunek straży.

     A my stwierdziliśmy, że należy nam się syta kolacja, gorąca kąpiel i duże, wygodne łózko. Dziwnym trafem, udało nam się zrealizować wszystkie trzy punkty planu.