niedziela, 18 sierpnia 2024

Rozdział XXVIII – Jej Wysokość Wampir

     Ruszyliśmy równo ze zmierzchem. Woleliśmy nie tracić czasu, na wypadek, gdyby jednak lordowi Harkonowi udało się odkryć ślady naszej obecności. Tym razem mieliśmy nieco ambitniejsze plany, niż ostatnio, gdy nocowaliśmy w Wąwozie Rabusiów. Tej nocy chcieliśmy dojść aż do Rorikstead i tam, na co Serana zgodziła się po krótkiej perswazji, przespać dzień w gospodzie. Znałem dobrze Mralkiego, właściciela tego przybytku, bowiem często nocowaliśmy tam z Lydią. Nie wiedziałem jednak, jaka będzie jego reakcja, gdy dowie się, że moja towarzyszka jest najprawdziwszą wampirzycą. Czy mogłem to przed nim jakoś ukryć? Przyszedł mi do głowy pomysł na pewien podstęp, aż uśmiechnąłem się sam do siebie. Ale najpierw trzeba było tam dotrzeć.

     Tak naprawdę, ta wędrówka to był nie lada wyczyn, choć w przeszłości kilkakrotnie już dokonaliśmy go razem z Lydią. Za Wąwozem Rabusiów, po przejściu mostu, akurat w chwili, gdy człowieka zaczynało już ogarniać zmęczenie, czekała go wspinaczka po długim odcinku niezwykle stromego traktu. Nawet konne wozy, nieważne w którą stronę jechały, w tym miejscu musiały stanąć i cały towar musiał zostać przeniesiony na ludzkich barkach. Koń ciągnął wtedy pusty wóz, przy dużej pomocy woźnicy i pasażerów. Niestety, strome skały uniemożliwiały poprowadzenie traktu inną, łagodniejszą drogą.

     Oboje już w jednej czwartej drogi dyszeliśmy jak kowalskie miechy. Wspinaczka wyssała z nas resztkę sił.

     - Równie skutecznie jak wampir – odważyłem się zażartować.

     Rzuciła mi pobłażliwe spojrzenie spod rzęs.

     - Nie będę ci udowadniać, jak bardzo się mylisz.

     Oboje się roześmialiśmy, aczkolwiek nasza wesołość trwała krótko, a to z powodu zbójów. Mniej więcej w trzech czwartych drogi szlak rozdzielał się i pod malowniczą granią odchodziła od niego droga na zachód, prowadząca do Markartu. Był to zatem uczęszczany szlak, a mnogość skałek i zaułków czyniło to miejsce idealnym dla rozbójników, napadających zmęczonych po długiej wspinaczce podróżnych. I tym razem Wykrycie Życia pokazało mi dwie purpurowe postaci.

     - Przygotuj się na starcie – wydyszałem. – Za tymi skałkami ukryło się dwoje ludzi. Raczej nie spokojni rolnicy z Rorikstead.

     Pierwsza strzała zrykoszetowała na kamiennym trakcie tuż obok mojej lewej nogi. Przed drugą Serana, obdarzona nadludzkim słuchem, zdołała się uchylić. Momentalnie zbiegliśmy z traktu na pobocze, gdzie między skałkami można było się ukryć.

     - Laas-Yah-Nir! – krzyknąłem w stronę napastników.

     Użyłem wszystkich trzech słów Szeptu Aury. Dzięki temu ich świetliste sylwetki były dla mnie widoczne bardzo długo. Nie zwracałem już uwagi na swoją towarzyszkę, wiedząc doskonale, że potrafi sobie poradzić. Z łukiem w dłoni ruszyłem czym prędzej w górę, klucząc między przeszkodami.

       Rozbójnicy wypuścili jeszcze po kilka strzał, ale żadna z nich nie zdołała nas drasnąć. Kątem oka ujrzałem kilka błysków. To Serana wystrzeliła w ich stronę kilka porcji swojej ulubionej broni – Lodowego Kolca. Lewa poświata zaczęła gasnąć – znak, że czar odniósł swój krwawy skutek. Ja zaś, znalazłszy odpowiednie miejsce do strzału, napiąłem łuk i wziąłem na cel drugiego przeciwnika.

     To był przypadek, że na cięciwę nałożyłem drogą, daedryczną strzałę. Chciałem elfią, ale w rękę weszła mi akurat ta, a nie miałem czasu na jej zmianę. Do tej pory używałem ich głównie na smoki, gdzie potrzebna była duża siła przebicia. Jak się jednak później okazało, zbój miał na sobie płytową zbroję, której inny grot mógłby nie przebić. Dla daedrycznego grota nie była to przeszkoda i purpurowa poświata zgasła już po moim pierwszym strzale. Kto wie, może to wcale nie był przypadek, tylko któreś bóstwo pokierowało moją ręką?

     Upewniłem się, że z Seraną wszystko w porządku. Potem niechętnie spojrzałem w górę, gdzie ciemną linią odcinał się szlak do Markartu. Byliśmy już naprawdę zmęczeni. Najpierw wspinaczka, potem walka. Na domiar złego, niebo na wschodzie zaczęło się rozjaśniać. Z ciężkim westchnieniem nad naszym losem, ruszyłem pod górę. Serana cicho jak kot podążyła za mną.

     Do gospody w Rorikstead dotarliśmy resztką sił.

     - Pozwól, że ja z nim pogadam – mruknąłem. – I niczemu nie zaprzeczaj.

     Otworzyłem drzwi, wszedłem, omiotłem spojrzeniem pustą na szczęście salę, po czym przytrzymując drzwi, skłoniłem się lekko i uczyniłem zachęcający, acz pełen kurtuazji gest ręką.

     - Wasza Wysokość pozwoli – odezwałem się, opuszczając wzrok.

      Przez twarz Serany przebiegł dziwny grymas, jednakże w lot zorientowała się, o co mi chodzi. Weszła do środka z dumnie podniesioną głową, choć spod kaptura nie było widać jej twarzy.

     Zamknąłem za nią drzwi.

     - Wasza Wysokość zechce mi wybaczyć, że tylko taką kwaterę mogę jej zaproponować – odezwałem się na tyle głośno, żeby stojący za ladą Mralki dobrze mnie usłyszał. – W okolicy to jedyna gospoda. Czy Wasza Miłość zechce zjeść coś przed snem?

     - Gospoda jak gospoda – odrzekła „Jej Wysokość” łaskawym tonem. – Chciałabym czym prędzej udać się na spoczynek. Natychmiast, jeśli to możliwe. Nie czuję głodu.

     - Wasza Miłość zechce chwilkę zaczekać, zaraz to załatwię – skłoniłem się, po czym podszedłem do lady, gdzie Mralkiemu oczy już wychodziły z orbit.

     - Witaj – pozdrowiłem go.

     Skinął głową bez słów, bo nic nie potrafił z siebie wydusić.

     - Na początek poproszę cię o dyskrecję – odezwałem się, zniżając głos. – Paskudna przygoda przytrafiła się tej damie. Musieliśmy iść pieszo przez prawie całą noc, zanim dotarliśmy tutaj. Jesteśmy skonani ze zmęczenia. Masz dwa wolne pokoje?

     - Mam – szepnął z przejęciem. – Ale to zwykłe izby, bez wielkich wygód. Nadadzą się?

     - Byle miały mocne drzwi i wygodne łóżka – odparłem. – Ale muszę cię prosić o coś jeszcze. Nie dla siebie, dla niej. Podróżuje incognito, więc nie mogę ci powiedzieć, kim jest, ale masz okazję zasłużyć sobie na wdzięczność dworu.

     - Dworu jarla? – zaświeciły mu się oczy.

     - Oszalałeś? – zmarszczyłem drwi. – Mówię o cesarskim dworze!

     O mało nie zemdlał! Pobladł na twarzy i gorączkowo zapewnił.

     - Co tylko zechcecie…

     - Możesz zadbać o to, aby nikt nie zakłócał jej snu? Nikt nie może wchodzić do jej pokoju i lepiej, żeby nie było tu zbyt gwarno.

     - Oczywiście, zadbam o to…

     - Tylko błagam, dyskretnie! Nikt nie może się dowiedzieć, że mieszka tu ktoś ważny. Dobrze byłoby zamknąć okiennice, aby nikt nie zaglądał jej w okno. Ludzie potrafią być czasem irytujący.

     - Obiecuję – zapewnił. – Nikt nie będzie jej przeszkadzał.

     - Ty lepiej też unikaj jej spojrzenia – poradziłem. – Nie lubi wścibskich ludzi, zwłaszcza, jeśli chce zachować swoje pochodzenie w tajemnicy. 

     Bogowie, co ja narobiłem! Mralki o mało garba nie dostał, tak nisko się kłaniał. O tym, żeby spojrzeć jej w twarz zapewne nawet nie pomyślał, usłużnie otwierając przed nią drzwi do pokoju. Weszła, a ja za nią. Gdy drzwi się zamknęły, oboje parsknęliśmy przytłumionym śmiechem. Pomogłem Seranie zasłonić okna, podczas gdy Mralki, wybiegłszy na zewnątrz, mocował się z okiennicami.

     Upewniwszy się co do wygody „Jej Miłości”, wyszedłem i starannie zamknąłem za sobą drzwi. Usłyszałem jeszcze szczęknięcie rygla od wewnętrznej strony. Moja podopieczna była bezpieczna. W międzyczasie Mralki, uporawszy się z okiennicami, wrócił do środka.

     - Gdybym nie wstał przed zmierzchem, proszę obudź mnie – poprosiłem.

     - Oczywiście – uśmiechnął się. – Przygotować wam wieczerzę?

     Pokręciłem głową.

     - Przygotuj suchy prowiant na drogę – poleciłem. – Niestety, nie będzie czasu czekać dnia. Trzeba będzie znów ruszyć nocą, jak tylko wypoczniemy. Ech, jak pech to pech…

       Skinął tylko głową ze zrozumieniem obiecał obudzić mnie na czas. Udałem się w końcu do swojego pokoiku. Nie wiem, jak Serana, ale ja byłem tak zmęczony, że zdołałem tylko ściągnąć z siebie skorupy i rzuciłem się na łóżko, zasypiając niemal natychmiast.

     Obudziłem się sam. Zerknąłem w okno i stwierdziłem, że słońce już zniknęło za górami, jedynie czerwona łuna rozświetlała niebo. Zwlokłem się z barłogu i wyszedłem do głównej sali. Było tam sporo ludzi, co mnie trochę zbiło z tropu. No, ale to było do przewidzenia, że rolnicza brać po pracowitym dniu zgromadzi się właśnie tutaj. Nie mam mowy, wszystkich nie oszukam! Ale przyszedł mi do głowy inny pomysł. Podszedłem do lady i odezwałem się do Mralkiego, który na mój widok uśmiechnął się radośnie.

     - Sporo tu ludzi – mruknąłem niezadowolony. – Będą gadać.

     Zerknął na swoją karczmę i westchnął przeciągle.

     - Wolałbym, żeby nikt z nich nie widział tej damy – szepnąłem. – Masz jakiś pomysł?

     Spojrzał na mnie z przestrachem i nerwowo potarł czoło.

     - Pokój nie ma innego wyjścia – bąknął zaskoczony. – Jedynie oknem. Ale jest nisko! Mogę podstawić skrzynię… Nie obrazi się?

     - Świetny pomysł! – uśmiechnąłem się. – Zrób to. A to zapłata za twoją dyskrecję.

     Położyłem na stole mieszek ze stoma septimami. Było to kilkakrotnie więcej, niż mógłbym zapłacić w luksusowym hotelu w Cesarskim Mieście. Mralki pokraśniał na twarzy i postawiwszy na ladzie przygotowaną uprzednio papierową torbę z prowiantem, rzucił się do drzwi, by wprowadzić swój plan w życie.

     Zapukałem do pokoiku Serany. Niemal natychmiast usłyszałem odsunięcie rygla. Drzwi uchyliły się na tyle, że mogłem wejść do środka.

      - Gospodarz zaraz otworzy okiennice i podstawi skrzynkę pod okno – oznajmiłem. – W karczmie jest pełno ludzi, więc lepiej wyjdźmy tamtędy. Poczekamy tylko do zmroku.

     - Słyszę – uśmiechnęła się. – Gwar jak w ulu. I słyszałam też, jak gospodarz co chwilę ich uciszał. Dorzuć mu coś ode mnie. Jej Wysokość powinna umieć okazać wdzięczność.

     I mówiąc to, wyjęła z sakwy mały mieszek i wcisnęła mi go w rękę. Zważyłem ją w dłoni. Chyba nawet więcej niż sto septimów! Mralki zapamięta ten wieczór na całe życie.

     Był zdumiony i przeszczęśliwy, gdy wcisnąłem mu w rękę drugą sakiewkę i szeptem wytłumaczyłem, skąd się wzięła.

     - Poczekamy w jej pokoju do zmroku, a potem dyskretnie się ulotnimy – szepnąłem. – Dzięki za pomoc.

     - Zawsze służę, jak potrafię – zapewnił.

     Wróciłem do pokoju Serany, czując po trosze wyrzuty sumienia, że tak niecnie oszukuję tego zacnego i uczciwego człowieka. Cóż, cena, którą płaci każdy, próbujący uratować świat. Miałem tylko nadzieję, że nie zacznie się tym chwalić na lewo i prawo, bo zainteresują cię tym służby cesarskiej ochrony i sprawa się wyda.

     Gdy tylko zapadły ciemności, wysunęliśmy się przez okno na zewnątrz. Skrzynka pod parapetem trzeszczała jak wielkie nieszczęście, ale chyba nikt nas nie zauważył. Ruszyliśmy na południe, traktem do Białej Grani. Ta droga okazała się być zupełnie pusta. Z początku jeszcze napotykaliśmy spóźnionych rolników, i podróżnych, ale za pomnikiem Gjukara nie było już nikogo. Szliśmy marszowym krokiem po równym trakcie, wybrukowanym kamieniami rozglądając się uważnie, aby zawczasu dostrzec grożące nam niebezpieczeństwo. Włożyłem na palec Pieścień Przemiany, który sprawiał, że przy używaniu magii z tej szkoły, mana starczała na znacznie dłużej. Zacząłem regularnie skanować okolice Wykryciem Życia. Moim oczom pokazało się sporo zwierzyny, głównie lisy i jelenie, ale żadnego człowieka. Od czasu do czasu używałem też Szeptu Aury, zwłaszcza w bardziej podejrzanych miejscach, Krzyk bowiem pokazywał mi również wampiry, których nie potrafiło wykryć zaklęcie. Nic jednak nie weszło nam w drogę, aż do samej Białej Grani, do której dotarliśmy równo ze świtem.

     Dwie kolejne noce również spędziliśmy w drodze, bez większych przygód. Najpierw do Ivarstead, gdzie przespaliśmy się u Wilhelma, potem do Pękniny, w której dzień spędziliśmy w naszym domku.

Serana w Pękninie

     Ten ostatni spodobał się Seranie, ze względu na piwnicę, w której nie było okien. Pogardziła łóżkiem na górze i umościła sobie posłanie  w warsztacie alchemicznym. Musiała lubić alchemię, bowiem gdy po południu zwlokłem się z łóżka, ona, już wypoczęta, pracowicie przygotowywała jakąś miksturę.

     Ostatni odcinek drogi, ten do Twierdzy Świtu, przeszliśmy wcześniej, jeszcze przed zmrokiem. Słońce przykryły chmury, więc nie dokuczało ono zbytnio wampirzycy. Uzbrojona w sakwę pełną strąków dusz Serana zapewniła mnie, że da radę.

     Nawet nie musiała z niej korzystać – jeszcze zanim doszliśmy do mostu, zaatakował nas zabójca z Mrocznego Bractwa. Udało mi się utrzymać go na odległość Płomieniem, podczas gdy Serana zastosowała wampirzą magię i wyssała z niego życie.

     Gdy był już martwy, spojrzała na mnie trochę zmieszana.

     - Tak trzeba było – bąknęła. – Mam nadzieję, że to rozumiesz.

     - Jednego paskudnego mordercy mniej – wzruszyłem ramionami. – I wreszcie, raz jedyny w życiu, na coś się przydał. Nie mam zamiaru nad nim płakać. Zwłaszcza, że przecież ocaliłaś mi życie.

     Uśmiechnęła się z wdzięcznością. Już kiedyś oznajmiłem jej, że nie widzę nic złego w zabijaniu wszelkich zbójów i morderców w obronie własnej, a jeśli przy tym zdoła się posilić, to tylko na dobre jej wyjdzie. Ale ona wciąż krępowała się robić to w mojej obecności. Czuła się wtedy bardzo zażenowana, jakby był to dla niej jakiś intymny rytuał, którego nie powinien obserwować nikt obcy. Nie wnikałem w przyczynę, bo szczerze mówiąc, obawiałem się dowiedzieć na ten temat zbyt wiele. Zwyczaje wampirów wciąż nieodmiennie kojarzyły mi się z czymś paskudnym.

     W okolicach Kanionu częściej używałem Krzyku. Wampiry już odkryły naszą siedzibę i często urządzały tutaj zasadzki. Tym razem było pusto. Wsunęliśmy się do kanionu i podążyliśmy wydeptaną ścieżką do zamku.

     Isran zaimponował mi po raz kolejny. Zamek otaczały teraz nie jedna, ale dwie palisady. Nowa, równie solidna co pierwsza, nie miała jeszcze zamykanej bramy, ale i tak stanowiła ważny element obronny, ograniczając kierunek natarcia do wąskiego przesmyku, w którym łatwo było się bronić. Obie palisady zdawały się być ciemniejsze niż poprzednio, a wokół roznosił się lekki zapach, którego nie znałem. Gdy strażnik otworzył mi bramę, dotknąłem jej i na mojej rękawicy został tłusty ślad. Pokryto ją jakimś środkiem konserwującym. Za to za ogrodzeniem czekało nas niemałe zaskoczenie. Rozbito tu obóz!

     W miejscu, w którym kiedyś, pod okiem Duraka, próbowałem strzelać z kuszy, stały teraz dwa duże namioty. Wojskowe, jakich używało się w Cesarskim Legionie. Miały nawet na sobie wyblakłe winiety smoka, godła Cesarstwa. Nie było to niczym niezwykłym, bowiem Legion co jakiś czas wymieniał wyposażenie na nowe, a starego pozbywał się, sprzedając je ludności, po niskich cenach. Czworo ludzi koczujących przy rozpalonym ognisku, zapewne nabyło je w taki właśnie sposób.

     - Co tu robicie? – spytałem zdziwiony.

     Mieszający w garnku nad ogniem młody mężczyzna odwrócił się w moją stronę.

     - Schroniliśmy się tu – odrzekł. – Wampiry rozzuchwaliły się tak, że niebezpiecznie jest obozować na trakcie.

     Starszy, siedzący na ściętym pniu, skinął głową.

     - Chociaż nie sądziliśmy, że nie wpuszczą nas za mury – dodał z pretensją w głosie.

Obozowisko w Wiosennym Kanionie

     Ruszyłem w stronę zamku. Isran pewnie powie mi więcej.

     Ale Isran, spał, a pozostali stwierdzili, że lepiej go teraz nie budzić.

     - Naprawdę się dziś narobił – stwierdził Durak. – Należy mu się. Jak nie musisz, nie budź go.

     W sumie, nie musiałem. Dobra nowina, a taką właśnie przyniosłem, zawsze może poczekać. Zamiast niego, zacząłem szukać Dexiona, co w obszernym zamku nie było wcale takie łatwe. Znalazłem go w ciemnej sali, w której siedział na krześle w kącie i zdawał się drzemać.

     - Co mu się stało? – spytała niespodziewanie Serana?

     Nie zrozumiałem.

     - Widocznie jest zmęczony…

     Na dźwięk naszych głosów, kapłan podniósł głowę.

     - Witajcie – odezwał się. Mam nadzieję, że wyprawa się udała.

     - Tak, mamy Prastare Zwoje – odrzekłem z dumą w głosie, ale zaraz zamilkłem zdumiony.

     Dexion miał oczy przewiązane płótnem, jak ktoś, kto bawi się w ciuciubabkę. Ale to nie była zabawa, lecz opatrunek. Więc o to chodziło Seranie! Widząc w ciemnościach lepiej ode mnie, dostrzegła to od razu.

     - Coś ci się stało? – spytałem zaniepokojony. – Coś z oczami?

     Uśmiechnął się smutno.

     - Obawiam się, że nie będę już przydatny w tej historii – westchnął ciężko. – Przykro mi…

      - Dlaczego? – podszedłem bliżej i przyjrzałem mu się z bliska. – Co się stało. Ktoś cię zranił?

      - Nie, nie – potrząsnął głową. – To moja wina.

     - Wypadek?

     - Można tak powiedzieć… W pośpiechu, chcąc wam przeczytać pierwszy zwój, zaniedbałem właściwe przygotowanie. Ech, tak się mści pośpiech! Myślałem, że uda mi się uśmierzyć efekty uboczne, lecz nie miałem racji. A teraz za to płacę.

     Bałem się zadać to pytanie. Serana uprzedziła mnie, zanim się przemogłem.

     - Masz zasłonięte oczy – szepnęła. – Czy ty jesteś…

     - Ślepy – wpadł jej w słowo Dexion. – Tak, obawiam się, że tak.

     Oboje zaniemówiliśmy, całkowicie zaskoczeni tym faktem.

     - A czy można ci jakoś pomóc? – spytałem.

     Potrząsnął głową.

     - Nie – odrzekł cicho. – Taka musi być kolej rzeczy. Niedostatecznie się zabezpieczyłem, toteż magia Zwoju poraziła moje oczy. Istnieje, niestety, prawdopodobieństwo, że nigdy nie wydobrzeję – znów westchnął ciężko. – Ale wciąż mam nadzieję, że tak nie jest. Na razie za wcześnie, aby wyrokować. Będę musiał jednak zwrócić się do magów z Tajemnego Uniwersytetu, albo z Akademii w Zimowej Twierdzy.

Dexion w Twierdzy Świtu

     - A więc to koniec? – spytała Serana zrezygnowanym głosem.

     - Koniec mojej przygody w Twierdzy Świtu – uśmiechnął się w zadumie. – Ale nie koniec naszego zadania. Istnieje inny sposób. Pytanie brzmi, jak wiele jesteście gotowi zaryzykować, by znaleźć Łuk Auriela?

     Aż mnie zmroziło! Na utratę wzroku nie byłem gotów. Bałem się nawet o tym pomyśleć.

     - A co musiałbym zrobić? – spytałem ostrożnie.

     Złożył ręce, jakby szykował się do dłuższego wykładu.

     - No cóż, nie potrafię ci zagwarantować, że nic ci się nie stanie – zaczął. – Ślepota może być najmniejszym z twoich problemów. Ale to, co przydarzyło się mnie, wcale nie musi dotyczyć także ciebie. Wspominałeś, że miałeś okazję już odczytać Prastary Zwój.

     - To prawda – skinąłem głową. – W czasie walki z Alduinem.

     - I nic ci się nie stało, prawda?

     Aż mnie to zastanowiło.

     - Sądziłem – zająknąłem się – że to z powodu mojej Smoczej Krwi. Nie wiem, czy wiesz, ale mówią o mnie Dovahkiin, a to znaczy…

     - Tak, wiem – przerwał mi łagodnie. – To oczywiście również ma wpływ na ciebie. Wszystko co magiczne, przychodzi ci znacznie łatwiej niż zwykłemu śmiertelnikowi. W dodatku tamten zwój dotyczył smoków, więc był ci, jakby to powiedzieć, bliższy i zaistniał pomiędzy tobą a nim jakiś magiczny rezonans. Ale tutaj ważniejszy jest twój wiek. Uboczne skutki czytania Pradawnych Zwojów są znacznie silniej odczuwane przez ludzi w podeszłym wieku. Tacy muszą się przygotowywać całymi tygodniami. Ja, niestety, nie doceniłem niebezpieczeństwa. W przeszłości odczytywałem Pradawne Zwoje bez żadnych skutków ubocznych. Łatwo przyszło mi wpaść w rutynę. Sądziłem, że tak będzie zawsze. Jeśli zdecydujesz się na to, zadbam, by cię należycie przygotować. To ci obiecuję.

     - A sam rytuał?

     Pokiwał głową.

     - Po całym Tamriel rozrzucone są odosobnione miejsca, zwane Polanami Prrzodków. Jedno z takich miejsc jest w Skyrim. Odprawienie Rytuału Pradawnej Ćmy na polanie, powinno dać ci odpowiedzi na twoje pytania.

     - Rytuał Pradawnej Ćmy – bąknąłem zaskoczony. – Czy to od niego bierze się nazwa Twojego zakonu?

     - Między innymi – skinął głową. – To stary rytuał. Trzeba ostrożnie usunąć korę z drzewa kantykowego, która z kolei zwabi do ciebie Pradawne Ćmy. Gdy będzie podążać za tobą wystarczająca ilość ciem, zaczniesz dysponować tak zwanym drugim spojrzeniem, niezbędnym do odcyfrowania zwojów.

     Milczeliśmy przez chwilę, zanim przyszło mi do głowy pytanie.

     - Co to za drzewo kantykowe? Nigdy o takim nie słyszałem.

     - Rosną tylko na Polanach Przodków – odparł cierpliwie. – Nic dziwnego, że żadnego nie widziałeś. I samo zdejmowanie kory też musi odbyć się w sposób rytualny. Musisz użyć konkretnego narzędzia, znanego jako Nóż Pobrania. Rytuału tego uczy się każdy Kapłan Ćmy, ale tylko kilku rzeczywiście go wykonuje. Jeśli tobie się to uda, to znaczy, że szczęście ci sprzyja.

     Zamilkliśmy wszyscy troje.

     - Chyba nie mam innego wyjścia – odezwałem się po chwili. – Możesz mnie nauczyć tego rytuału?

     - Mogę – odparł. – Ale sam potrzebuję poczynić pewne przygotowania. To potrwa tydzień, lub dwa…

     Z nosem na kwintę udałem się do jadalni, aby coś przegryźć. No tak, spieszysz się, bo wiesz jak pilna jest sprawa, a tu znowu takie opóźnienie! I skutek nie do przewidzenia. Ech, jak ciężko jest czasem uratować ten świat! I co ja będę robił tu przez dwa tygodnie? Gdyby choć była tu Lydia…

     Z odrętwienia wyrwał mnie Gunnmar, który przysiadł się do mnie i nalał nam po małej czareczce miodu.

     - Podobno nie masz co robić – zagadał.

     - Ano, nie mam – wzruszyłem ramionami. – Muszę czekać, aż Dexion odprawi swoje rytuały.

     - To ja mam dla ciebie robotę – zniżył głos. – Spokojnie, Isran wie. Sam nakazał mi w takich przypadkach rozporządzać Obrońcami.

     - No? – zachęciłem go.

     Zbliżył się do mnie jeszcze bardziej i niemal szeptem spytał.

     - Znasz staw Oko Mary?

     Zastanowiłem się.

     - Chyba kiedyś ktoś mi o tym wspomniał – podrapałem się po głowie. – To gdzieś we Wschodniej Marchii?

     Skinął głową.

     - Niedaleko ujścia Białej Rzeki. Nieduże jeziorko, z małą wyspą pośrodku. Kiedyś była tam kryjówka przemytników. Bardzo przemyślna, bo znajduje się akurat pod tym jeziorem.

     - Pod jeziorem? – spojrzałem na niego zdziwiony.

     Roześmiał się.

     - Tak, właśnie pod jeziorem. Na wysepce jest wejście do podziemnej jaskini. Ściany tworzą tam naturalny system irygacyjny. Woda przesącza się w jednym miejscu, ale tylko wtedy, gdy jezioro osiągnie wyższy poziom. Wtedy przepływa przez tę jaskinię, ale bokiem, a inny korytarz odprowadza ją do rzeki. W środku jest bezpiecznie. No i masz bieżącą wodę pod ręką!

     Roześmiał się rubasznie.

     - Co miałbym tam robić?

     Spoważniał.

     - Mam pewne wieści, że zagnieździł się tam młody wampir – szepnął. – Jeden, albo dwa, tu nie mam precyzyjnej informacji. No i trzeba je zlikwidować!

     - Rozumiem – skinąłem głową. – Oczywiście, zajmę się tym. Tylko… Wolałbym nie brać ze sobą swojej towarzyszki na to polowanie. Zabijanie wampirów to nie jest jej ulubione zajęcie i wcale jej się nie dziwię.

     - O czym ty mówisz? – spojrzał na mnie zdziwiony, po czym palnął się w czoło. – No tak, przecież ty nie wiesz! Twoja żona wróciła i możecie się tam wybrać razem.

     Lydia! Aż zerwałem się na równe nogi.

     - Gdzie jest?

     - Jorine wysłała ją z krótka misją – odrzekł. – Też polowanie na wampira, w okolicach Zimowej Twierdzy. Powinna wrócić lada dzień. Może nawet lada chwila.

     Zalała mnie fala radości! Lydia, nareszcie! Przed chwilą siedziałem osowiały i zrezygnowany, ale wystarczyła ta jedna, tak długo wyczekiwana wiadomość, żeby znów zaczęła rozpierać mnie energia. Jeszcze kilka minut temu zastanawiałem się, czy nie uciąć sobie drzemki, ale teraz mowy nie było, żebym zasnął. Postanowiłem czekać.

     Serana jakoś również dowiedziała się o przybyciu Lydii.

     - Odpoczniesz sobie ode mnie – uśmiechnęła się smutno. – Trochę szkoda, jesteś jedynym tutaj, który nie krzywi się na mój widok. Daj znać, gdy będziesz gotów wyruszyć na Polanę Przodków. Zaszyję się na ten czas w komnatce na piętrze. Nie chcę tu nikogo drażnić swoją obecnością.

     I wolnym krokiem ruszyła ku schodom, prowadzącym na górę.


poniedziałek, 29 lipca 2024

Rozdział XXVII – Powrót do Samotni

     Serana wolno pokiwała głową. Jej wzrok był nieodgadniony. Nie wiem, czy poczuła się dotknięta, czy też przeciwnie – moje wytłumaczenie trafiło jej do przekonania. Po chwili uniosła ramię i wskazała kierunek marszu.

     - Chodźmy – stwierdziła cicho. – Czas odebrać Mistrzom twoją duszę, zanim zrobią z nią coś paskudnego.

     - Co na przykład?

     Wzruszyła ramionami.

     - Nie mam pojęcia, ale widzę, że ufać im nie należy.

     Ruszyłem za nią.

     Choć byłem myśliwym i miałem ten naturalny dar zapamiętywania i odnajdywania drogi, zauważyłem, że w Kopcu Dusz Serana biła mnie pod tym względem na głowę. Magia tego miejsca musiała stwarzać szczególnie korzystne warunki dla nieumarłych. Wampirzyca nie tylko nie musiała się tu posilać, ale też w terenie orientowała się doskonale, znacznie lepiej niż ja, choć przecież nigdy przedtem tu nie była. Od czasu do czasu zatrzymywała się i zbierała znalezione strąki dusz, pakując je do swej sakwy. Nie wiedziałem, po co jej to, ale nie pytałem. Jeśli zechce, sama mi powie.

     Szła pewnie i poprowadziła mnie prosto jak po sznurku, na miejsce, w którym wznosiła się niewysoka, piętrowa budowla. Kamienna i ciemna, jak wszystkie tutaj. Nad najwyższym punktem, do którego prowadziły strome schody, lewitował ogromny klejnot, wydając ciche, ale słyszalne buczenie.

     - Będę za tobą, na wypadek gdybyś potrzebował pomocy – oznajmiła. – Postaraj się zrobić to szybko. Te klejnoty wydają się być bardzo głodne.

     Zabrzmi to zaskakująco, ale po raz pierwszy poczułem się pewniej, mając wampira za plecami! Dotąd bywało różnie. Najpierw czułem się spięty, potem trochę nieswojo, w końcu zaufałem jej na tyle, że przestałem zwracać na to uwagę. Ale wtedy, w tym właśnie momencie, świadomość jej obecności uspakajała mnie. Już raz wyciągnęła mnie z niebezpiecznej sytuacji i nie wątpiłem, że jest gotowa uczynić to raz jeszcze.

     Wiele nie brakowało, abym znów musiał zdać się na jej pomoc, gdy wspiąwszy się na schody, poczułem jak ucieka ze mnie życie. Okropne uczucie! Zabolało mnie nagle całe ciało jednocześnie. Dosłownie, wszystko, a najbardziej okolice serca. Ból jednak był tępy, nie z gatunku tych paraliżujących, więc dałem radę wspiąć się jeszcze kilka stopni na sam szczyt i porwać czarny klejnot duszy, leżący na kamiennym ołtarzu. Zbiegłem w dół tak szybko jak umiałem, o mało nie łamiąc przy tym nóg.

     Klejnot przez chwilę żarzył mi się w dłoni, po czym rozwiał się w błękitną mgłę, która wsączyła się we mnie, niby woda w suche płótno. Poczułem ulgę i przypływ sił.

     - Dziękuję, że poszłaś ze mną – odezwałem się. – Doceniam ten gest.

     - Ty postąpiłbyś tak samo, czyż nie? – wzruszyła ramionami. – A teraz czas wynieść się z tego miejsca, zanim nas wciągnie na dobre. Coś mi mówi, że im dłużej ktoś tu przebywa, tym trudniej mu je opuścić.

     Ruszyła przodem, w milczeniu, ja za nią. Przez cały czas marszu w kierunku portalu, nie odzywała się ani słowem. Wydawała się przygnębiona. Domyślałem się przyczyny tego stanu. Niechętnie rozstawała się z matką, którą dopiero co odnalazła. I jakby tego było mało, zmuszona była zwrócić się przeciwko własnemu ojcu. Nie chciałbym być w jej skórze. Wtedy właśnie doceniłem własny los.

     Musiałem przyznać, że pomimo wielu przeżytych niebezpieczeństw, moje życie ułożyło się dotąd niezwykle szczęśliwie. Ucieczka z domu była jedynym incydentem, który poróżnił mnie z rodzicami – zresztą, dawno już przebaczonym i zapomnianym. Oboje rodzice żyli w zgodzie i miłości, oboje mnie kochali i akceptowali, a jakby tego było mało, w Skyrim spotkałem jeszcze swoją wielką miłość. Aż mi się serce ścisnęło na wspomnienie Lydii. Jak ja za nią tęskniłem! Ale to była ta dobra tęsknota, bez żadnych złych myśli, szczera i pełna nadziei, że wkrótce się spotkamy.

     Milczenie przedłużało się. Przygnębienie mojej towarzyszki również. Chcąc zmienić tok jej myśli, zdecydowałem się odezwać, tylko nic mądrego nie przychodziło mi do głowy. Pewnie dlatego skończyło się na uwadze, wyciągniętej ni z gruszki, ni z pietruszki.

     - Stąd wygląda to jak trąba powietrzna.

Kręcone schody do portalu w zamku Volkihar

     Podniosła na mnie swoje świecące oczy.

     - Słucham?

     - Schody – wskazałem na majaczące przed nami wyjście z Kopca Dusz. – Wyglądają jak trąba powietrzna. Nieruchoma, wprawdzie…

     Z roztargnieniem zerknęła w górę, ale nie odpowiedziała, tylko skinęła głową, bardziej z uprzejmości, niż z zainteresowania. Nadal szła w milczeniu. A ja, przypuszczalnie na skutek magii tego miejsca, niemal fizycznie wyczuwałem jej smutek. Ona wręcz nim emanowała. W końcu postanowiłem ją pocieszyć. A przynajmniej spróbować, choć zdawałem sobie sprawę, że moja niezręczność może jedynie pogłębić jej przygnębienie.

     - Wiesz – odezwałem się – szkoda, że twoja matka nie idzie tu z nami.

     Posłała mi dziwne spojrzenie.

     - Przydałaby nam się jej pomoc – ciągnąłem. – No i…

     - I? – odezwała się po raz pierwszy.

     - I tobie byłoby raźniej – dokończyłem. – Tak dawno się nie widziałyście, a tu już trzeba było się rozstać.

     Przymknęła oczy.

     - Mnie też przykro, że nie poszła z nami – szepnęła. – Miałam taką nadzieję. Ale może to i lepiej, że jej z nami nie ma. Ja jakoś skryłam się przed ojcem. Nie wiem, czy jej by się to udało. Póki co, jest bezpieczna tam gdzie jest.

     - Ale jak to wszystko się skończy, może da się ją stamtąd wyciągnąć? – podsunąłem. – Żebyście znowu były razem…

     Spojrzała nam mnie kpiąco.

     - A po co? Żeby upolował ją jakiś Obrońca Świtu?

     Parsknąłem gniewnie. No, próbuj tu człowieku pocieszyć wampira, a on wyssie z ciebie ostatnie chęci na rozmowę!

     - No tak – mruknąłem, nie kryjąc rozdrażnienia. – Nie da się ukryć, wciąż jesteśmy śmiertelnymi wrogami. Szkoda, już zacząłem was lubić. Wielkie dzięki, że z obłoków sprowadziłaś mnie na ziemię.

     Ku mojemu zaskoczeniu, zaśmiała się.

     - Staram się nie myśleć, co będzie potem – odrzekła łagodniejszym tonem. – Boję się tego, ale wiem, że nie ma innego wyjścia. Działam trochę jak we śnie.

     - A czy – zawahałem się. – Czy bierzesz pod uwagę, że to może skończyć się… No, inaczej, niż zakładałaś?

     Przystanęła.

     - Mów wprost – spojrzała mi w oczy. – Co masz na myśli? Śmierć mojego ojca?

     Zmieszałem się.

     - No – mruknąłem – nie można tego wykluczyć, prawda?

     - Wykluczyć – parsknęła sarkastycznie. – Przecież to oczywiste, że skończy się to jego śmiercią! Od samego początku takie właśnie było założenie! Nie udawaj, że brałeś pod uwagę jakąś inną możliwość.

     - Nie znam wszystkich możliwości – zaoponowałem. – Może dałoby się z nim zrobić to samo, co z tobą? Zamknąć go w jakiejś krypcie, aż…

     - Aż co? – spytała zaczepnie. – Przecież on się w tej krypcie nie zmieni! A prędzej czy później ktoś go uwolni. Wyjdzie z niej jeszcze bardziej wściekły na ludzkość i jeszcze bardziej żądny wprowadzenia swojego szalonego planu w życie. Tego chcesz?

     Uniosłem brwi ze zdziwienia.

     - Myślałem… Myślałem, że ty tego chcesz… Oczywiste jest, że ja zamierzałem go zabić, ale przez wzgląd na ciebie zgodziłbym się na jakieś inne rozwiązanie. Byle skuteczne. Nie znam go, ale może istnieje i trzeba go tylko poszukać.

     Spojrzała na mnie, jakby mnie zobaczyła po raz pierwszy.

     - Przez wzgląd na mnie – powtórzyła. – Byłbyś gotów to uczynić?

     - Jeśli to zapobiegłoby jego dalszym działaniom, to tak, owszem. Dlaczego nie?

     Przez chwilę patrzyła na mnie nieodgadnionym wzrokiem.

     - Nie sądziłam – szepnęła. – Nie spodziewałam się, że komukolwiek będzie zależało na tym, co czuję. Dziękuję ci. Doceniam to, naprawdę! To cenny dar. Tyle tylko, że nie mogę przyjąć tego daru. Ojca nie da się skutecznie uwięzić, ani zniechęcić do działania. Znam go dobrze. Zbyt dobrze. Jedyne wyjście, aby go powstrzymać, to zabić go. A i to nie będzie łatwe.

     Zadrżałem. Mówiła to z taką pewnością, że poczułem jak przeszywa mnie dreszcz.

     - To jednak twój ojciec – szepnąłem zaskoczony. – Potrafisz się z tym pogodzić?

     - Tak, to nadal mój ojciec – odpowiedziała z podziwu godnym opanowaniem. – Ale muszę zaakceptować fakt, że nie ma innego wyjścia. Wiem, że musi zginąć. I wiem, że muszę wam w tym pomóc. Nie wiem tylko jednego – ledwo dostrzegalnie zadrżał jej głos. – Nie wiem czy potrafię potem żyć z tą świadomością. Ale to już tylko moja sprawa i w tym w żaden sposób nie możesz mi pomóc, nawet gdybyś zechciał.

     Odwróciła się i ruszyła w kierunku schodów. Poszedłem za nią. Milczała niemal przez cały czas. Dopiero gdy wspięliśmy się najwyższe stopnie i nad naszymi głowami pojawił się błyszczący portal, odwróciła się i skierowała wzrok w to miejsce, w którym znajdował się niewidoczny stąd zamek.

     - Do widzenia, mamo – szepnęła. – Uważaj na siebie.

     A potem ruszyła w górę i po chwili jej postać rozwiała się w błyszczącym portalu. Zmieszany, podążyłem za nią.

*          *          *

     Nasza powrotna wędrówka przebiegła szybko. To zrozumiałe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że znaliśmy już drogę. No i nie musieliśmy z nikim walczyć. Szliśmy wprawdzie ostrożnie, na wypadek, gdyby podczas naszego pobytu w Kopcu Dusz zaszły w zamku jakieś zmiany, ale jednak sprawnie. Nic nieprzewidzianego się nie wydarzyło. Żaden gargulec nie ożył, nie pojawił się żaden nowy szkielet, a z tych, które pokonaliśmy, żaden nie scalił się na powrót w nieumarłego. Trwała jednak noc, a więc czas kiedy to wampiry są aktywne, zatem musieliśmy zachować daleko idącą ostrożność. Czasami dobiegały nas jakieś niewyraźne odgłosy ze wschodniej części zamku – jednak dalekie i przytłumione.

     W drodze powrotnej starannie zamykaliśmy za sobą wszystkie drzwi i tajemne przejścia. W miarę możliwości zacieraliśmy też ślady, choć zdawaliśmy sobie sprawę, że komuś, kto wstąpiłby na tę drogę po nas, byłoby łatwiej niż nam. Zwłaszcza, jeśli byłby ktoś spostrzegawczy. Nie mieliśmy jednak zamiaru mu tego nadmiernie ułatwiać. Gdy zeszliśmy na sam dół i wychynęliśmy na dziedziniec, okazało się, że tu też nic się nie zmieniło. Postanowiliśmy zamknąć przejście pod zegarem. Nie mieliśmy pewności, czy zadziała to tak po prostu, ale gdy zebraliśmy pieczęcie z zegara, schody zamknęły się na powrót. Pieczęcie ukryliśmy je w sadzawce, aby w razie czego łatwo je znaleźć. A potem skierowaliśmy się do zamku i ruszyliśmy przez starą cysternę, by w końcu stanąć na skalistym wybrzeżu.

     Naszą łódkę znaleźliśmy w tym samym miejscu, w którym ją zostawiliśmy. Trzeba było tylko wybrać z niej trochę wody, jaka w międzyczasie do niej napadała. A potem zepchnęliśmy ją na spokojne na szczęście morze i wolno, aby nie robić hałasu, powiosłowaliśmy w stronę stałego lądu. Nad wodą wisiała rzadka mgła, a brzeg tonął daleko w mroku, ale światła, widoczne z okien zamku, posłużyły nam za punkt odniesienia i wkrótce dotarliśmy na miejsce. Trochę gorzej nam poszło z poszukiwaniem przystani, którą trudno było znaleźć w ciemnościach. Pomógł nam tu koci wzrok Serany, która po kilkukrotnym przepłynięciu wzdłuż brzegu, dostrzegła w końcu drewniany pomost. Zależało nam na tym, aby łódź zostawić dokładnie w tym samym miejscu, z którego ją zabraliśmy, jako że z przystani tej często korzystali mieszkańcy zamku Volkihar. Lepiej, żeby nie domyślili się, że ktoś ich odwiedził.

     Na lądzie nie było mgły. Zerknąłem w gwiazdy.

     - Jest już dobrze po północy – odezwałem się.

     - Pospieszmy się – odrzekła wampirzyca. – Może zdążymy przed świtem do Samotni. Mam nadzieję, że udzielisz mi gościny w swoim domu.

     - Po co pytasz? – wzruszyłem ramionami. – Zawsze jesteś tam mile widziana.

     Rozpogodziła czoło. Moje słowa musiały sprawić jej przyjemność.

     Ruszyliśmy wzdłuż kamienistego wybrzeża, porośniętego rzadkimi kępami niewysokich roślin o ostrych liściach. Nie leżał tu śnieg i trudno było napotkać krę. Morze Duchów było w tym miejscu nieco cieplejsze niż w okolicach Wichrowego Tronu. Znajdujące się w pobliżu Samotni ujście rzeki Karth znacznie złagodziło klimat tego miejsca. Dotyczyło to jednak tylko samego wybrzeża, omiatanego przez fale. Dalej wznosiły się strome klify, z których zwisały lodowe czapy.

     - Stój! – Serana złapała mnie za ramię. – Przed nami trójka wampirów! Biegną tu.

     Jak dwemerski automat, zdjąłem z ramienia łuk i nałożyłem strzałę. Wkrótce ich dostrzegłem. Trzy wampirzyce, w tym jedna w szatach klanu Volkihar, jednocześnie skierowały w moją stronę magię wysączania. Oj, jest źle!

     Zdołałem wypuścić jedną strzałę. Trafiona wampirzyca przerwała swój rytuał, ale wiele mi to nie pomogło. Nadal słabłem z każdą chwilą, bowiem dwie pozostałe nie przerwały swego rytuału. Gdyby nie Serana, która zneutralizowała jedną z nich celnie wypuszczonym Lodowym Kolcem, pewnie nie wyszedłbym z tej przygody cało. Zdołałem jeszcze raz naciągnąć łuk i wypuścić jeszcze jedną strzałę – ale to już wszystko. Na szczęście, strzała trafiła i magiczny ładunek przeskoczył na wampirzycę, która zajęła się jaskrawym płomieniem i po kilku spazmatycznych wymachach ramion, padła na kamienne podłoże. Serana rozprawiła się w tym czasie z drugą.

     Musiałem przyklęknąć i sięgnąć po miksturę. Nie byłem bowiem w stanie walczyć. Wampiry wysączyły ze mnie zbyt wiele sił. W międzyczasie mogłem tylko obserwować ów specyficzny pojedynek na Magię Wysączania między dwiema wampirzycami. Na swój sposób było to fascynując widowisko. Drżałem tylko o to, że Serana wyczerpie swoją manę zbyt szybko, zanim zdążę na powrót zebrać siły i włączyć się do walki. Nie doceniłem jednak potęgi klanu Volkihar. Obie wampirzyce były niezwykle silne, a pojedynek przedłużał się ponad zwykłą miarę. Wkrótce otoczyła mnie złocista mgiełka Magii Przywracania, poczułem nagły przypływ sił i z łukiem w dłoni ruszyłem Seranie na odsiecz.

     Walka przeniosła się nieco bliżej brzegu. Napiąłem łuk, biorąc na cel wampirzycę, ale nagle stało się coś dziwnego, co zaskoczyło mnie zupełnie. Tuż obok mnie z martwych powstały obie uśmiercone wampirzyce. Tak, nekromancja w klanie Volkihar była widocznie powszechnie znaną sztuką. Dwie, magicznie ożywione postaci natychmiast rzuciły się do walki – jedna ruszyła na mnie, druga na przeciwniczkę Serany. Odgadłem, że obie walczące wampirzyce znalazły w sobie jeszcze tyle siły, aby rzucić czar Ożywienie Zwłok.

     Ożywieniec nie jest tak silny jak żywa istota. Jest jednak posłuszny temu, co go przywołał. Świecąca magią, atakująca mnie postać była jeszcze na tyle daleko, że zdążyłem oddać strzał. Tym razem jeden wystarczył, aby moja przeciwniczka rozsypała się w popiół. Druga strzałę władowałem w wampirzycę, która wciąż cofała się pod naporem magii Serany i stała już po kolana w wodzie.

     - Co czynisz? – zacharczała nagle w stronę Serany. – Przecież nie możesz stawać do walki z własnym klanem!

     Serana nie odpowiedziała. Zacisnęła tylko usta. Nie zmieniła pozycji. Powoli, ale systematycznie wysączała z niej życie. W końcu wampirzyca skuliła się i padła z pluskiem do wody. Walka była skończona.

     - Nie ja rozpoczęłam tę walkę – rzuciła Serana w kierunku martwej przeciwniczki.

Skaliste wybrzeże Morza Duchów. To tutaj rozegrała się opisana walka

     Po czym energicznie odwróciła się w stronę lądu i nie oglądając się za siebie, ruszyła przed siebie. Widziałem, że jest wzburzona, ale ja obawiałem się, czy przypadkiem nie jest za bardzo osłabiona.

     - Dobrze się czujesz? – spytałem, gdy ją dogoniłem. – Ta walka wyglądała na dość wyczerpującą.

     - Bilans zerowy – rzuciła niechętnie. – Ja wysączałam życie z niej, ona ze mnie. To mogło trwać w nieskończoność. Dziękuję za wsparcie. Ta strzała bardzo ja osłabiła.

     Ach, więc tak to działa!

     - Czyli to pojedynek na wytrzymałość?

     Skinęła głową w milczeniu.

     - Znałaś ją?

     Znów skinęła głową.

     - Zdążyłam ją poznać – mruknęła. – Jedna z nałożnic mojego ojca. W zamku zachowywała się, jakby była ważniejsza od niego.

     Aż uniosłem brwi. No cóż, to tłumaczyłoby zaciekłość, z jaką Serana się z nią starła. Mimo paskudnych relacji z ojcem, wciąż była jego córką i niechętnym okiem patrzyła na kogoś, kto zajął miejsce jej matki. A jeśli jeszcze ten ktoś zachowuje się arogancko…

     - A twoi rodzice? – spytała niespodziewanie. – Nigdy o nich nie mówisz. Żyją?

     - A, tak, żyją, dzięki bogom – przytaknąłem nieco zaskoczony. – Oby żyli jak najdłużej, w dobrym zdrowiu.

     Zawahała się przez chwilę.

     - A czy… Masz z nimi dobre relacje?

     Zaskoczyła mnie tym pytaniem.

     - Jak najlepsze – odpowiedziałem zdziwiony. – Żałuję, że nie mogę widywać ich częściej. Mieszkają bardzo daleko, w Cyrodiil.

     - Ojciec zapewne wojownik?

     Roześmiałem się.

     - Nie – odrzekłem. – Kiedyś owszem, był legionistą. Ale to było dawno, jeszcze zanim przyszedłem na świat. Jest kowalem i był nim odkąd pamiętam. A matka, jak to w naszych stronach bywa, prowadzi dom.

     - Zazdroszczę ci – szepnęła. – Nie musisz dokonywać takich wyborów jak ja.

     Pokiwałem głową.

     - Chyba wiem, co masz na myśli – westchnąłem. – I w pewnym sensie podziwiam twoją odwagę. Ja pewnie nie potrafiłbym. Gdybym musiał, najpewniej bym od tego uciekł i zaszył się gdzieś, gdzie nikt by mnie nie znalazł. Inna sprawa, że mnie nawet trudno sobie wyobrazić taką sytuację, że mój ojciec chce zabić i matkę, i mnie, a potem dokonać czegoś przerażającego. Pozuje na srogiego, ale tak naprawdę ma gołębie serce.

     - Bardzo cię kochają, prawda? – stwierdziła bardziej niż spytała. – A ty ich…

     Skinąłem głową w milczeniu.

     - Jesteś dobrym synem – szepnęła.

     Parsknąłem niecierpliwie.

     - Wiem, co chcesz przez to powiedzieć – burknąłem. – Ale to nieprawda. I przestań to w siebie wmawiać!

     Spojrzała na mnie pytająco.

     - Porównujesz się do mnie i wychodzi ci, że jesteś złą córką, czy tak? Więc przyjmij do wiadomości, że to nieprawda – dodałem, nie czekając na odpowiedź. – To nie ty dokonałaś tych wyborów. One dokonały się pomimo ciebie, a ty jedynie znalazłaś się w takiej, a nie innej sytuacji, i to wbrew swojej woli. To raczej twoi rodzice nie podołali zobowiązaniom wobec ciebie, zwłaszcza ojciec.

     - Matka też – szepnęła. – Poniekąd… Była dla mnie dobra i opiekuńcza, ale… Nigdy nie traktowała mnie jak osobę, tylko zawsze jak podopieczną, jakbym była częścią niej. Cóż, przynajmniej wiem, że chciała dobrze.

     - Jeszcze jeden powód, byś nie porównywała swojej rodziny z moją – sapnąłem. – Moi rodzice to dobrzy, kochający ludzie. Ale nie wszyscy tacy są. Wśród ludzi również zdarzają się kanalie i to wcale nierzadko. Po prostu, miałem szczęście, że urodziłem się w takiej rodzinie. I potrafię zrozumieć, że nie każdy takie szczęście miał…

     Urwałem, bo w oddali ujrzałem przed sobą światło. Trakt w tym miejscu wznosił się i częściowo był pokryty szronem. Światło dwu pochodni odbijało się od skrzącej wokół bieli. Ktoś zbliżał się do nas.

     - Cesarscy? – mruknąłem, próbując przebić wzrokiem ciemności. – Oby, bo z ich strony nic nam nie grozi.

     - Strażnicy Stendarra – odparła Serana, po czym dodała drwiąco – od nich też ci nic nie grozi. Gorzej ze mną…

     Westchnąłem ciężko.

     - Może uda się z nimi porozmawiać – powiedziałem z nadzieją w głosie. – Tak bardzo nie chciałbym z nimi walczyć…

     Światła zbliżały się. Po chwili ujrzałem dwie ludzkie sylwetki, kobiety i mężczyzny. Szli dziarskim krokiem i na pewno nas dostrzegli, bowiem moje blachy zapewne błyszczały z daleka. Zatrzymałem się na skraju drogi i poczekałem, aż się z nami zrównają. Seranie poleciłem stanąć za moimi plecami.

     - To nie ma sensu – zaoponowała. – Ukrywający się zawsze wzbudza podejrzenia. Uznają, że mamy coś na sumieniu i w ogóle nie będzie rozmowy. Lepiej niczego nie ukrywać. Poza tym, co konieczne – dodała ciszej.

     I stanęła obok mnie.

     Pozdrowiłem Strażników Stendarra zapamiętaną formułką. Idąca przodem kobieta skinęła głową i odpowiedziała.

     - Niech ogarnie cię miłosierdzie Stendarra.

     Po czym ze zdziwieniem wbiła wzrok w Seranę. Jej prawa dłoń drgnęła, jakby chciała złapać za przypasany miecz, ale Strażniczka zapanowała nad sobą.

     - Tak, wiem, że to dziwnie wygląda – uśmiechnąłem się z wysiłkiem – ale pozwólcie mi wytłumaczyć…

     Idący za nią mężczyzna skinął głową.

     - Znam cię – oświadczył. – Spotkaliśmy się kiedyś przy Sygnale Stendarra.

     Światło pochodni oświetliło jego twarz. Krótka broda, blizna na policzku, łysina na czole… Poznałem go. To był ten Strażnik, który kiedyś uleczył mnie z ataksji i wskazał drogę do Twierdzy Świtu.

     - Witaj – uśmiechnąłem się. – Znasz mnie, ja też cię pamiętam. Wiesz, że jestem jednym z Obrońców Świtu. A to znaczy, że ta dziwaczna sytuacja jest daleko bardziej skomplikowana, niż wam się wydaje.

     Zapadła chwila kłopotliwego milczenia. Przerwała je kobieta.

     - W takim razie rzeczywiście lepiej będzie, jeśli nam ją wytłumaczysz – odezwała się spokojnie lecz stanowczo. – I lepiej, aby było to wiarygodne tłumaczenie.

     Wziąłem głęboki oddech.

     - Czy znacie Sybillę Stentor z Samotni?

     Skinęli głowami.

     - Wiecie kim jest?

     Znów skinęli głowami.

     - Wiecie więc, że nie wszystkie wampiry są złe. Są między nimi jednostki szlachetne. Sybilla służy ludziom i pomaga im. Podobnie czyni ta wampirzyca, której imienia jednak nie chcę wymieniać. Pragnę jak najdłużej utrzymać je w tajemnicy, aby nie narazić jej na zemstę jej ziomków. Im mniej osób je zna, tym lepiej. I to wytłumaczenie, niestety, musi wam wystarczyć, bo nie wolno mi powiedzieć nic więcej.

     - Nie wolno? – spytała Strażniczka. – Któż ci zabrania?

     Podszedłem bliżej i zniżyłem głos.

     - Wykonujemy tajną misję dla Obrońców Świtu – powiedziałem cicho. – Nie wolno nam wtajemniczać nikogo, nawet sojuszników. Ba, wielu członków naszej organizacji o niej nie wie. I wy także nie mówcie nikomu o tym, że nas spotkaliście. Proszę, to ważne. Ja mogę dać wam jedynie słowo honoru, że nasze intencje są szczere i służą dobru nas wszystkich.

     Przez chwilę oboje przyglądali nam się podejrzliwie.

     - Wiem kim jesteś – powiedział wolno Strażnik. – Wiem, czego dokonałeś w przeszłości. Rozmawiałem o tobie z wieloma osobami, godnymi zaufania. Nigdy nie słyszałem, żebyś zhańbił się złym czynem. Dlatego, i tylko dlatego puścimy was wolno i przyrzekamy ci, że nie powiemy nikomu o twojej misji. I oby Stendarr sprawił, żebym tego nie pożałował. Uprzedzam cię jednak, że znam Israna, porozmawiam z nim i sprawdzę, czy to co mówiłeś jest prawdą. Jeśli minąłeś się z prawdą, strzeż się mnie, bo będziesz miał we mnie wroga. We mnie i w całym naszym zakonie.

     - Nie będę miał – uśmiechnąłem się. – Sprawdź to, tylko dyskretnie, a sam się przekonasz. O to jestem spokojny.

     Pokiwał głową i uśmiechnął się w zadumie.

     - Krocz w świetle – ostrzegł mnie cieplejszym głosem. – Albo cię do niego zaciągniemy.

     Rozstaliśmy się w zgodzie, pozdrawiając się wzajemnie. Poszli swoją drogą. Serana uśmiechnęła się do mnie i skinęła głową.

     - Jednostki szlachetne – odezwała się, przedrzeźniając mój głos. – Jak to czasem miło usłyszeć o sobie coś innego, niż krwiopijca, czy morderca. Szkoda, że to nieprawda, co?

     Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

     - Dlaczego nieprawda? – spytałem z wahaniem.

     - Jestem takim samym wampirem jak te, które nas zaatakowały – prychnęła. – Ani lepszym, ani gorszym.

     - Ty masz jakieś zasady – zaoponowałem. – Tobie o coś chodzi. Ty masz uczucia.

     Podniosła na mnie swoje świecące oczy i kciukiem wskazała w tył.

     - Skąd wiesz, że one ich nie miały? Co o nich wiesz? Może także cierpią, tęsknią i kochają? Może też zdolne są do poświęceń? Dlaczego odmawiasz im tych uczuć?

     Nie odpowiedziałem, bo nie bardzo wiedziałem, co mam powiedzieć. Ona zresztą nie oczekiwała odpowiedzi. Ruszyła traktem przed siebie, w kierunku Samotni, a ja podążyłem za nią.

     Dalej nie spotkała nas już żadna przygoda. Do samej baszty nie spotkaliśmy nikogo. Wspięliśmy się kręconymi schodami na górę i po chwili byliśmy już w mieście. Najwyższa pora, bowiem wschód zaczynał już jaśnieć.

     Dumna Wieżyca, nasza posiadłość w Samotni, to obszerny dom, z wieloma pomieszczeniami. Rozległe piwnice, w których urządziłem sobie warsztaty do zaklinania i alchemii, były suche, czyste i starannie wykończone. Niczym nie odbiegały pokojom na parterze, ani na piętrze. Tyle tylko, że nie było tu okien, co Serana przyjęła z zadowoleniem. Już poprzednio wstawiliśmy łóżko do jedynej komnaty piwnicznej, która dotąd stała pusta, bo nie potrafiłem znaleźć dla niej żadnego zastosowania. Na moją propozycję, aby ustawić tam też stolik, jakąś szafę, czy cokolwiek innego, co zwiększyłoby jej wygodę, potrząsnęła jednak głową i oświadczyła, że niczego więcej nie potrzebuje.

     - Krwi też – dodała żartobliwym tonem. – To mi na jakiś czas wystarczy.

     Klepnęła pękatą sakwę, którą położyła w nogach łóżka.

     Uśmiechnąłem się na te słowa.

     - Ja też zbierałem strąki dusz – oświadczyłem. – Nie wiedziałem, kiedy będą potrzebne, a wolałem mieć je pod ręką, w razie czego. Będzie tego ze trzydzieści sztuk. Oczywiście, są do twojej dyspozycji.

     Zadowolony, że przez jakiś czas będzie można uniknąć koniecznego rozlewu krwi, udałem się na górę, do sypialni. Zjadłem co-nieco z naszych zapasów i rzuciłem się na łóżko, by już po chwili zmęczenie zamieniło się w błogość, a błogość – w kamienny sen.


piątek, 5 lipca 2024

Rozdział XXVI – Prastary Zwój

     Ruszyliśmy zgodnie we wskazanym kierunku. Miałem jeszcze wciąż wiele pytań do lady Valeriki, ale uznałem, że przyjdzie na nie czas, gdy tylko ją uwolnimy. Może nawet wtedy będzie bardziej skłonna, by na nie odpowiedzieć, choćby przez zwykłą wdzięczność. Wiedziałem bowiem, że mi nie ufa, czego wcale nie ukrywała. Cóż, niewiele o mnie wiedziała.

     Serana wydawała się podekscytowana. Myśl, że niedługo wyściska matkę, dodawała jej energii. Szła energicznym krokiem i często się uśmiechała. I ja, przyznaję, poczułem nadzieję, że cała nasza misja ma szanse powodzenia, choć dostrzegałem przed sobą jeszcze wiele trudności.

     Pierwszego Strażnika napotkaliśmy jeszcze zanim doszliśmy do wieży. Nie sposób było pomylić go z kimś innym. Był to szkielet, ale szkielet naprawdę spory. Za życia musiał należeć do wyjątkowego siłacza i olbrzyma. Miał na sobie kościaną zbroję i na moją strzałę prawie nie zareagował, choć wybrałem najskuteczniejszą, daedryczną, które dotąd miałem zarezerwowane dla szczególnie silnych smoków. Musiałem wpakować jeszcze dwie, a Serana tyle samo porcji Magii Zniszczenia, aby go osłabić. A i wtedy jeszcze trzymał się na nogach. Dopiero cios, zadany mu Przedświtem dokonał reszty.

     - Dzięki ci, Meridio – szepnąłem, chowając broń do pochwy i schylając się po łuk.

     Aby dotrzeć do dwóch pozostałych, musieliśmy użyć teleportów. Nie lubiłem tego typu urządzeń i unikałem ich, jak tylko mogłem, bo wciąż obawiałem się, że rozerwie mnie w czasie teleportacji, albo zamiast jednego, w miejscu docelowym pojawi się nas dwóch. Nic takiego jednak się nie zdarzyło, a Strażnicy w końcu nam ulegli.

     - Wracamy? – spytała Serana z nadzieją w głosie.

     Skinąłem głową. Nic nas tu już nie trzymało. Wracaliśmy pospiesznym krokiem i już z daleka widać było, że bariera znikła. Lady Valerica bowiem wyszła ze swojego więzienia i stanęła na schodach, spoglądając w naszym kierunku.

     Serana nie wytrzymała i ruszyła biegiem. Ja przeciwnie, zwolniłem kroku, chcąc dać im trochę czasu, aby nacieszyły się swoją obecnością. Gdy w końcu pojawiłem się obok nich, wciąż trwały w gorącym uścisku. Stanąłem więc taktownie w odległości kilku kroków, aby im nie przeszkadzać. Lady Valerica podziękowała mi skinieniem głowy i uwolniła w końcu córkę z uścisku, ale nadal trzymała ją za rękę, jakby bała się, że znów ją straci.

     - Udało ci się zniszczyć wszystkich Strażników – odezwała się. – Imponujące.

     - Nam się udało – odrzekłem, z naciskiem na „nam”. – Walczyliśmy oboje.

     Spojrzała z czułością na córkę.

     - Tak, była pojętną uczennicą – uśmiechnęła się.

     - Czy możemy teraz dostać Zwój?

     Spojrzała na mnie z dezaprobatą, ale bez gniewu. Tym razem bowiem uchybiłem jedynie etykiecie, którą to gafę, jako prostaczkowi, nie obytemu z obyczajami wyższych sfer, łatwo było wybaczyć.

     - Miałam nadzieję na dłuższą celebrację tej chwili – uśmiechnęła się wyrozumiale. – Ale równie dobrze możemy zmienić kolejność. Chodźcie za mną.

Dziedziniec zamku w Kopcu Dusz

     I wciąż trzymając Seranę za rękę, pociągnęła ją w stronę masywnych drzwi, prowadzących do wnętrza zamku. Wrota odsłoniły rozległy dziedziniec, mroczny i dziwaczny, jak wszystko w tej domenie. Na samym środku stała dziwna formacja, coś jakby kamienny krąg, w który raz po raz z nieba uderzały pioruny. Nie miałem pojęcia, co to i już miałem o to zapytać, gdy nagle lady Valerica uniosła dłoń w ostrzegającym geście.

     - Durnehviir! – zawołała. – Jednak się pojawił!

     Istotnie, tak dobrze mi znany szelest smoczych skrzydeł, dobiegł nas zza muru. Po chwili pojawił się i on – szarozielony smok o masywnej budowie ciała, co nieco mnie zdziwiło. Spodziewałem się bowiem w tym miejscu czegoś bardziej niezwykłego, jak choćby szkieletu smoka, ożywionego magią Idealnych Mistrzów. Tymczasem, był to zwykły smok, choć wyglądał na bardzo starego. Miał na głowie cztery, zakręcone rogi, na grzbiecie sporo kolców, aż do ogona, ale tu kończył się imponujący wygląd. Jego skrzydła były postrzępione, rogi starte, łuska matowa – sprawiał wrażenie zniszczonego i zmęczonego.

     Niemniej, wciąż był smokiem. Zerwałem z pleców łuk i posłałem mu celną strzałę, jeszcze zanim zawisł nad nami. Magiczny ładunek przeskoczył na jego ciało. Wzdrygnął się tylko i otworzył paszczę.

     Ale nie trysnął jęzorem ognia, ani mroźną mgłą. Nie, ten smok był wyjątkowy. Z jego paszczy popłynęła ku nam czerwonawa mgiełka i nagle…

     - A ty tu skąd? – zawołała Serana, ładując Lodowy Kolec w najbliższego stwora.

     Nagle wokół nas pojawiło się wielu Strażników. Pojawili się znikąd, zapewne przywołani przez smoka. Miałem już strzałę na cięciwie, ale zamiast w gada, zmuszony byłem posłać ją w atakującą mnie postać. Dziwną postać. Niby szkielet, ale cała dolna część ciała sprawiała wrażenie, jakby zrobiono ją z czarnego dymu. Gdy trafił go mój grot, Strażnik po prostu rozwiał się w powietrzu. A ja pospiesznie nałożyłem nową strzałę.

     Walka była trudna, bowiem ze wszystkich stron atakowały nas owe na pół mgliste szkielety. Obie wampirzyce jednak radziły sobie z nimi całkiem nieźle, więc w przebłysku świadomości dotarło do mnie, że nie należy tracić czasu na owe przywołańce, tylko trzeba zaatakować ich źródło. A źródłem był smok. Moja druga strzała musiała trafić lepiej, bowiem aż skulił się z bólu, co dało mi czas na nałożenie kolejnej w chwili, gdy rozpostarł skrzydła i zamierzał wzbić się w powietrze. Trafiłem go w chwili, w której się podrywał. Skutek był dość spektakularny, bowiem zwalił się na dół, z hukiem uderzając w stos kamieni. Lodowy Kolec Serany i moja ostatnia strzała dokonały dzieła.

     Ale ku mojemu zdumieniu, jego ciało nie pozostało na miejscu, tylko rozwiało się w malowniczej, świetlistej eksplozji. Nie wchłonąłem też jego duszy, jak to zwykle działo się, gdy udało mi się uśmiercić kolejnego smoka. Widać, Kopiec Dusz miał tu pierwszeństwo.

     Kilku Strażników, których wampirzyce jeszcze nie zdążyły zniszczyć, rozwiało się w tym momencie. Walka była skończona.

     Lady Valerica podeszła do mnie, przyglądając mi się uważnie.

     - Wybacz moje zdumienie – odezwała się. – Ale nigdy nie podejrzewałam, że będę świadkiem śmierci tego smoka.

     - Dość niezwykły – przyznałem. – Ale to jednak tylko smok. Nie pierwszy, z którym przyszło mi się zmierzyć – dodałem nie bez dumy.

     Ale Valerica potrząsnęła głową.

     - Tomy, jakie napisano o Durnehviirze są zgodne co do tego, że nie można go zabić zwykłymi sposobami. Najwyraźniej nie jest to prawda. Chyba, że…

     - Że?

     Serana, która dołączyła do nas, również spojrzała na matkę z ciekawością.

     - Dusza smoka jest równie odporna jak łuskowy grzbiet jej właściciela – odparła Valerica. – Możliwe, że twoja ostatnia strzała pozbawiła Durnehviira jego fizycznej postaci, ale tylko do czasu, aż na nowo zbierze siły.

     No tak. Znajdowaliśmy się przecież w Kopcu Dusz. Tutaj nic nie przebiegało normalnie.

     - Jak długo to potrwa?

     Lady Valerica wzruszyła ramionami.

     - Minuty? Godziny? Lata? Nie sposób stwierdzić. Sugeruję jednak nie pozostawać tu, by to sprawdzić. Chodźcie, przekażę Wam Prastary Zwój i możecie wracać. Rozsądek nakazuje pośpiech, choć serce wolałoby odwlec tę chwilę tak długo, jak to możliwe – i spojrzała z czułością na córkę.

     Ruszyła przodem, my za nią. Zamek składał się w zasadzie z samych murów i tarasów, bez żadnych pomieszczeń. Jednak w murze znajdowało się kilka wnęk, w tym jedna całkiem głęboka. Zmieścił się tu i drewniany, obity blachą, podłużny kufer, i stół z kilkoma księgami i alchemicznymi składnikami, no i sam warsztat alchemiczny, bez którego, jak widać, lady Valerica nie potrafiła się obyć. Valerica podniosła wieko kufra i wyciągnęła z niego podłużny przedmiot, owinięty płótnem.

     Podała mi go, a ja nie musiałem nawet rozwijać płótna, by sprawdzić co to. Magiczne wibracje poczułem nawet bez tego. Skłoniłem głowę w podzięce.

     - Jeśli mogę w czymś pomóc, zanim wyruszycie, powiedz to teraz – oznajmiła. – Może potrzebujesz jakichś wyjaśnień? Masz jakieś pytania?

     - Nawet wiele – uśmiechnąłem się. – Kilka ze zwykłej ciekawości, a kilka naprawdę dla mnie ważnych.

     - Pytaj więc. Postaram się odpowiedzieć, w miarę możliwości.

     - Czy przez cały ten czas byłaś tu uwięziona?

     Valerica westchnęła ciężko.

     - Czas – odezwała się cicho. – Czas tak naprawdę nie ma dla mnie znaczenia. W rezultacie nie ma też znaczenia dla Idealnych Mistrzów. Można to nazwać ostateczną grą na przeczekanie. Obserwowaliśmy się wzajemnie i czekaliśmy, kto pierwszy się podda.

     - A kim właściwie są Idealni Mistrzowie? – spytała Serana. -  Wiele razy o nich wspominałaś, ale nigdy nie wyjaśniłaś dokładnie.

     - Sama niewiele o nich wiem – odrzekła Valerica. – To mistyczne istoty, które sprawują władzę nad Kopcem Dusz, kontrolując każdy jego aspekt, od konstrukcji aż do wyglądu.

     - Jak wyglądają? – spytałem, przypominając sobie wielki, lewitujący klejnot nad wieżą.

     - Zapewne tak, jak zechcą – uśmiechnęła się Valerica. – Cóż, niektórzy nekromanci uważają, że to krystaliczne konstrukty, rozsiane po Kopcu Dusz. Osobiście uważam, że to coś więcej.

     - To co to za stworzenia? – dopytywała się Serana.

     - Wydaje mi się, że wykraczają poza to, co postrzegamy jako ich cielesną formę. Być może kiedyś byli bytami cielesnymi, ale najwyraźniej dotarli do punktu, w którym nie potrzebowali już namacalnej obecności.

     - A te kryształy?

     Potrząsnęła głową.

     - To tylko kanały, przez które Idealni Mistrzowie mogą przemawiać do swych podwładnych i pożywiać się na swych ofiarach.

     Pokręciłem głowa z niedowierzaniem.

     - A po co im pożywienie? – bąknąłem. – Sądziłem, że ezoteryczne istoty go nie potrzebują.

     - Słabością Idealnych Mistrzów jest ich nienasycony głód czystych dusz – uśmiechnęła się Valerica. – Nikt nie wie, skąd się wziął, ale to powód istnienia Kopca Dusz i jedyny argument nekromantów podczas rozmów z nimi. Można z nimi rozmawiać w pobliżu kryształów, zwyczajnie, posługując się mową. Oczywiście, jeśli tego zechcą. Tylko ty, jako żywy człowiek, musisz bardzo uważać, aby nie podejść za blisko, nawet jeśli ci to rozkażą. Ani się obejrzysz, jak wyssą z ciebie życie. Nie wolno im ufać. Są naprawdę głodni dusz.

     - A co oferują w zamian?

     - Najczęściej umiejętność przyzywania potężnych nieumarłych strażników, podobną do przyzywania atronacha lub daedry. Jednak większość nekromantów, którzy są na tyle głupi, by wchodzić w konszachty z Mistrzami, kończy tutaj. Jako zebrane dusze.

     Słowa te wypowiedziała z sarkazmem i nieskrywaną goryczą. Jednak szybko się opanowała i zerknęła na mnie spokojniej.

     - Widzę po tobie, że chcesz o coś spytać, ale się boisz – rzekła lekko kpiącym głosem. – Śmiało! Nie musisz się mnie obawiać.

     Zarumieniłem się. Rzeczywiście, cisnęło mi się na usta pewne pytanie, obawiałem się jednak, czy nie wtrącę się w sprawy zbyt prywatne.

     - Waham się, bo nie wiem, czy wypada o to spytać – uśmiechnąłem się nieśmiało.

     - Najwyżej nie odpowiem – zachęciła mnie.

     - Jesteś wampirem. Wydawałoby się, że to, czego pragnie twój mąż, powinno służyć także tobie. Świat, pogrążony w ciemności to przecież idealny świat dla takich jak wy. Dlaczego ty nie dążyłaś do wypełnienia proroctwa?

     Uśmiechnęła się smutno.

     - Powody są aż trzy, a każdy z nich wystarczy, by przeciwstawić się Harkonowi. Po pierwsze, musiałabym poświęcić życie swoje lub swojej córki. To już wiesz.

     - Dla mnie to wystarczy – bąknąłem. – Ale jestem ciekaw dalszych.

     - Są jeszcze inne powody – ciągnęła. – Drugim jest fakt, że ten świat zginąłby bez słońca. Najpierw rośliny, potem zwierzęta, które się nimi żywią, potem ludzie. A na końcu my. Harkon zdaje się tego nie dostrzegać.

     - A trzeci powód?

     Uśmiechnęła się pobłażliwie.

     - Trzecim jesteś ty i tobie podobni. Jeszcze Harkon nie zaczął realizacji swojej wizji, a ty już stanąłeś mu na drodze. Dlaczego? Bo nie chcesz takiego świata, jakiego chce on. Gdyby tego dokonał, takich jak ty znalazłoby się bardzo wielu. Wielu, którzy nie zgodzą się na wieczne ciemności. Wśród nich potężni magowie i wojownicy. Zebraliby wielkie armie  i zaatakowaliby nas całą swoją mocą. Takiej nawałnicy nie damy rady, zostalibyśmy zniszczeni. Roztarliby nas w pył, po czym uczyniliby wszystko, aby przywrócić poprzedni stan rzeczy. Nie wątpię, że znajdą się magowie i śmiałkowie, którzy potrafią tego dokonać. Ostatecznie, jedynym rezultatem działań mego męża będzie całkowita zagłada naszego ludu.

     - Dlatego wolisz życie w cieniu? – pokiwałem głową.

     - Oczywiście – potwierdziła. – Właśnie tym sposobem wampiry przetrwały kilka mileniów i tylko tak będą w stanie przetrwać w przyszłości.

     - Tak, to ma sens – mruknąłem, pocierając czoło. – Teraz pora na najważniejsze pytanie… Gdy wszedłem do Kopca Dusz po raz pierwszy, o mało nie zginąłem. Żyję tylko dzięki pomocy twej córki. Czy tak będzie za każdym razem, gdy będę próbował tu wejść?

     - Planujesz wrócić?

     Potrząsnąłem głową.

     - Nie, ale może się zdarzyć, że będzie to konieczność.

     Uspokoiła mnie gestem.

     - O to nie musisz się martwić. Twoje ciało tutaj dostroiło się do Kopca Dusz. Powiedzmy, że mała cząstka ciebie została usunięta, a powstały w ten sposób ubytek wypełnił pierwiastek Kopca Dusz. Zawsze możesz tu wrócić.

     - A czy… Czy mogę jakoś odzyskać swoją duszę? Znaczy, tę cząstkę, którą mi zabrano?

     Spojrzała na mnie ciepło, po czym zerknęła z czułością na Seranę.

     - A wiec moja córka wykorzystała wiedzę o nekromancji, jaką posiadła dzięki mym naukom? Bez obaw, chyba mogę ci pomóc. Esencja twej duszy uwięziona została w klejnocie, stając się zapłatą dla Idealnych Mistrzów, w momencie twojego wkroczenia do Kopca Dusz. Musisz po prostu zdobyć ten klejnot. W chwili, gdy go dotkniesz, esencja twej duszy zostanie przywrócona. I nie musisz z tym zwlekać aż do wyjścia. Jak mówiłam, twoje ciało zostało dostrojone, nic ci się nie powinno stać.

     - A gdzie go szukać? Tego klejnotu…

     Skinęła głową.

     - Idąc w stronę portalu, odbij nieco w prawo, obok załamania muru. Tam znajdziesz ołtarz. To piętrowa budowla, znajdziesz łatwo, bo nad nią lewituje klejnot Idealnych Mistrzów. Tam znajdziesz ów klejnot. Tylko… Musisz go zabrać szybko, i natychmiast odejść. Idealni Mistrzowie w takich miejscach potrafią wysysać życie.

     Chwila milczenia.

     - Coś jeszcze? – spytała Valerica ciepłym głosem. – To może być ostatnia okazja.

     Zerknąłem na Seranę, potem na jej matkę.

     - Zostajesz tu?

     Nie odpowiedziała od razu.

     - Nie mam wyboru – odezwała się cicho. – Jak ci już wcześniej mówiłam, jestem Córą Mroźnego Azylu. Jeśli wrócę do Tamriel, zwiększy to szanse Harkona na wypełnienie proroctwa Tyranii Słońca.

     - Szkoda – mruknąłem. – Przydałaby nam się w Tamriel twoja pomoc.

     - Uwierz, naprawdę niechętnie odsyłam ciebie i moją córkę – szepnęła. – Ale nie mogę ryzykować powrotu z wami. I pamiętaj, jeśli kiedykolwiek spotkasz Harkona. Nie można mu wierzyć! Nieważne, co ci obieca, ani jak to uzasadni. Będzie cię oszukiwał, by zdobyć to, co chce. Obiecaj mi, że zadbasz o moją córkę i nie wydasz mu jej pod żadnym pozorem. Ona jest jedyną wartością, jaka mi pozostała.

     - Daję ci na to słowo honoru – skinąłem głową. – Przysięgam na Dziewiątkę.

     - Wierzę ci – położyła mi dłoń na ramieniu. – Żegnaj, niezwykły Obrońco Świtu.

     - Żegnaj, pani…

     Pożegnanie Valeriki z Seraną było bardziej wylewne. Nie obyło się bez łez.

     - Gdy to się skończy, wrócę po ciebie – obiecała Serana, ściskając matkę w objęciach.

     - Co będzie, to będzie – odrzekła Valerica. – O mnie się nie bój. Poradzę sobie. Uważaj na siebie i bądź ostrożna.

     O tej ostrożności, a raczej jej braku, pomyślałem zaraz, jak tylko opuściliśmy zamek. Aż zakląłem szpetnie, bowiem właśnie tej ostrożności u nas zabrakło. Ledwo zamknęliśmy za sobą ciężkie drzwi i wyszliśmy na taras, natknęliśmy się na smoka. Durnehviir siedział na masywnej kamiennej ścianie, zwrócony przodem do zamku, wyraźnie na nas czekając.

Durnehviir

     Zerwałem łuk z pleców, jednak nie zdążyłem nawet sięgnąć po strzałę, gdy rozległ się jego głos.

     - Schowajcie oręż! – zahuczał. – Chcę z tobą tylko porozmawiać, Qahnariinie!

     Zawahałem się, ale odwiesiłem łuk na plecy.

     - Wierzysz mu? – syknęła Serana, z wciąż tlącym się na dłoni zaklęciem ze Szkoły Zniszczenia. – To może być podstęp!

     - Spokojnie – pokręciłem głową. – Smoki, wbrew pozorom, to istoty honorowe. Rozmowa to dla nich rytuał. Żaden z nich nie uchybi wtedy ich specyficznej etykiecie. Skoro prosi o rozmowę, na pewno ma powód.

     Westchnęła, po czym niechętnie wygasiła zaklęcie.

     - Ty tu jesteś ekspertem od smoków – mruknęła, wzruszając ramionami.

     Zrobiłem kilka kroków na przód i spojrzałem mu prosto w oczy.

     - Wydawało mi się, że jesteś martwy.

     Sztywne, gadzie szczęki nie potrafią skrzywić się w uśmiechu, ale smoki, opanowawszy sztukę konwersacji do perfekcji, doskonale radziły sobie z okazywaniem emocji, przy pomocy głosu. Stąd nie miałem wątpliwości, że Durnehviir się uśmiechnął i że był to uśmiech smutny i zadumany.

     - Przeklęty, ale nie martwy – zahuczał. – Zmuszony do egzystowania w tej postaci na wieczność. Uwięziony pomiędzy laas a dinok, między życiem a śmiercią.

     Jego głos był głęboki i dźwięczny. Niski, jak u każdego smoka, a przy tym metaliczny i wyraźny.

     - Czego chcesz od nas?

     - Wierzę w uprzejmość między weteranami i wydaje mi się, że twoje uszy godne są moich słów. Moje szpony rozszarpały ciała niezliczonych wrogów, ale jeszcze nigdy nikt nie pokonał mnie na polu bitwy. Niniejszym więc nadaję ci honorowe imię Qahnariin. W twoim języku znaczy to Pogromca.

     Przyjąłem tę przemowę z lekkim ukłonem. Wiedziałem od Paarthurnaxa, że smoki dbają o etykietę i wymiana uprzejmości jest dla nich czymś naturalnym.

     - Myślę, że jesteś równie godzien – odrzekłem. – Nie byłeś łatwym przeciwnikiem.

     Skinął łbem.

     - Twoje słowa, są dla mnie zaszczytem – zapewnił. – Moja chęć porozmawiania z tobą jest wynikiem naszej walki, Qahnariinie. Chcę tylko pokornie prosić cię o przysługę.

     Zaskoczył mnie tak, że na chwilę umilkłem. Zaraz jednak wróciłem do rozmowy.

     - Jakiego rodzaju przysługę?

     Westchnął ciężko.

     - Od niepamiętnych lat włóczę się po Kopcu Dusz, służąc, czy chcę, czy nie, Idealnym Mistrzom. Wcześniej przemierzałem niebo nad Tamriel. Chciałbym tam wrócić.

     - Co cię powstrzymuje?

     - Obawiam się, że czas, który tu spędziłem, wywarł na mnie wielki wpływ. Jestem uwiązany do tego strasznego miejsca. Gdybym oddalił się zbytnio od Kopca Dusz, moja siła zaczęłaby gasnąć, aż do punktu, w którym przestałbym istnieć.

     - A jak ja mogę ci pomóc?

     Znów wyczułem uśmiech w jego głosie. Tym razem uśmiech ciepły i pełen nadziei.

     - Powierzę ci swoje imię – odrzekł. – Wraz z prawem wezwania go w Tamriel. Uczyń mi ten zaszczyt, a będę walczył u twego boku, jako Grah-Zeynahzin, twój sprzymierzeniec. I nauczę cię mojego Thu’um.

     Z emocji zrobiło mi się gorąco. Czyżby do dwóch przyjacielskich smoków miał dołączyć trzeci?

     - Wystarczy, że wypowiem w Tamriel twoje imię? – upewniłem się. – I tyle?

     - Błahe twoim zdaniem – uśmiechnął się znów. – Ale dla mnie znaczyłoby to bardzo wiele. Nie oczekuję odpowiedzi, Qahnariinie, Po prostu, wypowiedz moje imię w niebiosa, gdy poczujesz, że nadeszła pora.

     - Tak zrobię – zapewniłem. – A zdradzisz mi, w jaki sposób trafiłeś do Kopca Dusz?

     Westchnął ciężko, jakby dopadły go bolesne wspomnienia.

     - Był taki czas, gdy Tamriel było mi domem. Ale to już przeszłość. Dovovie przemierzali niebo i rywalizowali o małe skrawki ziemi, wywołując potężne i fatalne w skutkach walki.

     - Byłeś tego częścią? – bardziej stwierdziłem, niż zapytałem.

     - Tak – westchnął. – Ale w przeciwieństwie do moich pobratymców, wolałem poszukać nadzwyczajnych rozwiązań, by zachować swoją wyższą pozycję. Zacząłem zagłębiać coś, co dovovie nazywają Alok-Dilon – starożytną, zakazaną sztukę, przez was nazywaną nekromancją.

     - Więc szukałeś Kopca Dusz, próbując znaleźć odpowiedzi? – domyśliłem się. – Rozumiem, że go znalazłeś, ale dlaczego zostałeś w nim uwięziony?

     - Idealni Mistrzowie zapewnili mnie, że moja moc byłaby niezrównana – zahuczał z wyraźnym żalem. – Że mógłbym wskrzesić legiony nieumarłych. W zamian miałem służyć im jako strażnik, do czasu, aż śmierć nie zabierze tej, która zwie się Valerica.

     - Moja matka – szepnęła Serana. – Miał jej pilnować!

     No tak, teraz wszystko było jasne. Idealni Mistrzowie już od jakiegoś czasu zaczęli w mojej wyobraźni jawić się jako istoty dość podstępne. Teraz tylko upewniłem się, że nie należy im ufać.

     - Nie powiedzieli ci, że jest nieśmiertelna – mruknąłem dość głośno. – Zwabili cię w pułapkę.

     Durnehviir smętnie skinął łbem.

     - Zbyt późno udało mi się odkryć, że Idealni Mistrzowie bardziej cenią oszustwo niż honor i nie mają zamiaru uwolnić mnie z tyk oków. Przejęli kontrolę nad moim umysłem, ale na szczęście nie potrafili posiąść mojej duszy.

     - To dlatego teraz jesteś wolny?

     Parsknął gniewnie.

     - Wolny? – potrząsnął łbem. – Nie. Jestem tu już zbyt długo, Qahnariinie. Kopiec Dusz stał się częścią mnie. Nie będą mógł już nigdy nazwać Tamriel domem, gdyż skończyłoby się to moją śmiercią. Mam jedynie nadzieję, że pozwolisz mi tam spędzić tych kilka cennych chwil.

     Nie wiem, czy sprawił to magiczny i przygnębiający klimat Kopca Dusz, czy moje zbyt miękkie nieraz serce, ale jego przemowa poruszyła mnie do głębi. Wyobraziłem sobie siebie samego, uwięzionego w tym przeklętym miejscu. Czyż i mnie nie pożerałaby ciągła tęsknota do tego, co zostawiłem tam, w Tamriel? Czy nie czułbym tego samego co on? Czy i ja nie chciałbym móc wrócić tam choć na chwilę? Spojrzałem ciepło na smoka i skinąłem głową.

     - Możesz na mnie liczyć – zapewniłem

     W jaki sposób smok pokazał mi wzruszenie, nie wiem do dziś. Ale widziałem to – sam już nie wiem – w jego oczach, gestach, czy może wyczułem w głosie.

     - Wiedziałem, że jesteś szlachetnym człowiekiem, Qahnariinie.

     Uśmiechnąłem się lekko. Moje nowe przezwisko brzmiało bardzo dziwnie.

     - Dlaczego tak do mnie mówisz?

     - Jak już powiedziałem – zahuczał – w naszym języku oznacza to Pogromcę. Smoka, który w bitwie pokonał innego dovę.

     - Ale ja nie jestem smokiem…

     Po raz pierwszy smok roześmiał się, choć na krótko.

     - Wiem, kim jesteś. Masz z dovami tyle wspólnego, co z joree, śmiertelnikami. Mimo, iż tkwię w Kopcu Dusz, słyszałem o porażce Pożeracza Światów, Dovahkiinie. Może i nie jesteś dovą, ale pokonanie Alduina daje ci prawo do tego tytułu.

     Pożegnaliśmy się ciepło.

     - Jesteś niezwykły – szepnęła Serana. – Potrafisz sobie zjednać nawet smoka.

     - To nie ja zjednałem sobie jego – mruknąłem zamyślony. – Tylko on mnie. Gdyby sam nie zechciał, nic by z tego nie wyszło. Ja mógłbym jedynie zmusić go do posłuszeństwa, ale na krótko. A w jego sytuacji nawet bym tego nie chciał.

     Aż się zatrzymała i spojrzała na mnie z niedowierzaniem. Jej świecące w półmroku oczy stały się jeszcze większe.

     - Zmusić smoka do posłuszeństwa? – szepnęła. – To w ogóle możliwe? Jak?

     Uśmiechnąłem się.

     - Nauczono mnie odpowiednich Krzyków – odparłem. – Jest taki, który strąca smoka z nieba, inny zmusza go posłuszeństwa. Ale, jak powiedziałem, na krótko.

     Milczała przez chwilę.

     - I ty, tak potężny, boisz się wampirów? – odezwała się kpiąco. – Obawiasz się mnie, a nie boisz się smoków?

     Spoważniałem. Nie chciałem jej urazić, ale nie wiedziałem, w jaki sposób mam jej to wytłumaczyć. Odetchnąłem kilka razy, zanim odpowiedziałem.

     - Smoki w jakimś stopniu rozumiem – spojrzałem jej prosto w oczy. – Znam ich możliwości, znam ich obyczaje i w pewnym sensie także sposób myślenia. Wampiry wciąż są dla mnie zagadką.