wtorek, 9 kwietnia 2024

Rozdział XIX – Kryjówka Przodków

     - A zatem, chcesz się dowiedzieć, co zawiera Prastary Zwój – Sybilla wbiła badawczy wzrok w Seranę.

     Ta skinęła głową.

     - I na pewno po to, by powstrzymać twego ojca? – Sybilla nie dawała za wygraną. – Czy aby dać mu informacje, których potrzebuje?

     Serana przymknęła oczy, jakby ogarnął ją smutek.

     - Ja wiem – odezwała się niepewnie. – Dwuznacznie to wygląda. Muszę się z tobą zgodzić, że gdybym chciała pomóc ojcu, zamiast go powstrzymać, wyglądałoby to podobnie. Przynajmniej na tym etapie. Dlatego…

     Podniosła wzrok i spojrzała na nią niemal błagalnie.

     - Dlatego wykradłam zwój i zaniosłam go do Twierdzy Świtu – wyznała. – Chciałam udowodnić wszystkim, że moje intencje są szczere. Wiedziałam, że moje zapewnienia nie wystarczą.

     - Tak, czy inaczej, poznasz treść zwoju – odezwała się cicho Sybilla. – I możesz powtórzyć jego treść ojcu.

     - Ale stanie się to w Twierdzy Świtu! – zaoponowała. – I to Obrońcy Świtu jako pierwsi zapoznają się ze zwojem. Naprawdę tego nie widzicie? A mnie, no cóż – zwróciła się do mnie – skoro wciąż boicie się, że mu to powtórzę, przecież będę na waszej łasce lub niełasce. Możecie mnie stamtąd wygnać, zanim kapłan odczyta zwój. Możecie mnie w ogóle nie wpuścić do twierdzy. Możecie też mnie w niej uwięzić, albo nawet zabić. Co za problem?

     Głos jej zadrżał, gdy to mówiła. Sybilla przez chwilę wpatrywała się w nią, po czym lekki uśmiech skrzywił jej wargi i wolno pokiwała głową.

     - Brzmi przekonująco – odezwała się powoli. – Wiele ryzykowałaś, przybywając do twierdzy…

     - Jeszcze więcej, nie przybywając – odparła cicho. – Nie znam zamiarów mojego ojca, ale wiem, że mam się stać częścią jakiegoś paskudnego rytuału. Raczej go nie przeżyję…

     Sybilla westchnęła, po czym spojrzała na mnie.

     - Odprowadzisz mnie do pałacu? – spytała. – Falk ma do ciebie jakąś sprawę.

     - Pewnie – odparłem nieco zdumiony.

     Wstaliśmy jednocześnie. Sybilla skinęła Seranie głową. Ta odwzajemniła to skinienie. Oba gesty wyglądały na szczere i życzliwe.

Jadalnia w posiadłości Dumna Wieżyca. To tutaj prawdopodobnie odbyła się opisana wyżej rozmowa.

     Na dworze było już jasno, więc Sybilla naciągnęła na głowę kaptur. Wolnym krokiem skierowaliśmy się do pałacu.

     - Jaką sprawę ma do mnie Falk? – spytałem.

     Pokręciła głową.

     - Nie ma żadnej. Chciałam pogadać na osobności. Powiedz mi, czy w czasie podróży wspominała coś o nieśmiertelności, o wiecznym życiu, bez chorób, starzenia się i tak dalej?

     - Wspominała – przytaknąłem. – Gdy opowiadała mi swoje dzieje.

     - Jednak… Sama zaczęła opowiadać, czy to ty o to pytałeś?

     - Ja pytałem – odrzekłem zdziwiony. – To ważne?

     Skinęła głową.

     - Bardzo ważne. Chętnie opowiadała?

     - Raczej nie – zawahałem się. – Powiedziałbym nawet, że nader niechętnie. Musiałem wyciągać z niej informacje. A w pewnym momencie przerwała i stwierdziła, że nie chce o tym mówić.

     - Zastanawiające – potarła dłonią brodę. – Innymi słowy, nie brzmiało to jak kuszenie?

     - Na pewno nie – potwierdziłem. – Raczej jako wytłumaczenie się z jakiegoś potwornego błędu.

     - O samej przemianie wspominała?

     Przytaknąłem.

     - Ale też niechętnie – dodałem. – I bez szczegółów. Dała mi do zrozumienia, że nie było to miłe doświadczenie. A nawet upokarzające.

     Dotarliśmy do bramy pałacu. Położyła dłoń na wielkiej, żelaznej klamce i znieruchomiała.

     - Innymi słowy, nie próbowała cię przekonać od przemiany – stwierdziła raczej, niż spytała.

     - Na pewno nie – zaprzeczyłem. – Zresztą, ona wie, kim jest dla mnie moja żona i że nie zrobiłbym tego choćby ze względu na nią. Chociaż…

     Spojrzała na mnie pytająco.

     - Nalegała, żebyśmy szli tylko we dwoje. Nie ufała jej, albo uznała za przeszkodę.

     Przez chwilę spoglądała na mnie z tajemniczym uśmieszkiem.

     - Wiesz – odezwała się cicho. – Ona chyba mówi prawdę. Ale niecałą prawdę. Coś ukrywa. Ale niekoniecznie musi to być coś paskudnego. Pamiętaj, że ona została wychowana setki lat temu, kiedy obyczaje były zupełnie inne. O pewnych rzeczach zwyczajowo się wtedy nie mówiło.

     Pokiwałem głową.

     - Domyślasz się czegoś?

     Roześmiała się cicho.

     - Raczej nic ci z jej strony nie grozi – zapewniła. – Ona ci ufa i z jakiegoś powodu chce działać z tobą. Tylko z tobą. Tobie zdradzi to, czego nie powie twoim towarzyszom z twierdzy. I jeśli ty ją poprosisz, zrobi rzeczy, których odmówiłaby komuś innemu. Traktuje cię inaczej, niż innych.

     - Dlaczego? – spytałem zaskoczony. – Dlatego, że wyciągnąłem ją z krypty? Dlatego, że odprowadziłem ją do domu? Dlatego, że stanąłem po jej stronie w twierdzy?

     Jej uśmiech zrobił się na poły ironiczny, na poły pobłażliwy.

     - Może – odrzekła. – Możesz to nazwać czymś w rodzaju przyjaźni. Albo zaufania do opiekuna, którym się mimowolnie stałeś. Ona czuje, że ty jej nie skrzywdzisz. Przeciwnie, raz ją obroniłeś, to obronisz i drugi. I wie, że gdyby ciebie zabrakło, nieprędko znajdzie kogoś na twoje miejsce. I dlatego odwzajemnia ci się tym samym. Czy zdarzyło wam się walczyć z wampirami?

     - Kilkakrotnie – przytaknąłem. – I rzeczywiście, pomagała mi w walce. Bardzo mi pomagała.

     Nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi.

     - Stanowicie dziwną parę – skwitowała. – Ale jeśli mogę ci coś doradzić, na razie trzymajcie się razem. Oboje na tym skorzystacie.

     Po czym zniknęła w pałacu.

     Gdy wróciłem, Serana już spała. Położyła się w małym, najciemniejszym pokoiku, starannie zasuwając grube kotary. Ledwo było ją widać w tym mroku. Poszedłem więc na górę, do naszej sypialni, aby również się położyć. I znów dość długo walczyłem ze snem.

     Najpierw pomyślałem o Lydii. Potem moje myśli skradła Serana i rozmowa z Sybillą. Tak, coś w tym było. Dziwne, ale czułem się za nią odpowiedzialny i wiedziałem, że będę jej bronił, na ile dam radę. Chyba nawet na swój sposób ją polubiłem, ale zaraz z tyłu głowy pojawiła się niepokojąca myśl. Nie, to nie ją polubiłem. Polubiłem swoje wyobrażenie o niej. Bo jaka ona była naprawdę, wciąż nie wiedziałem. Czy można zaprzyjaźnić się z wampirem? Brzmi dziwnie, ale mnie udało się zaprzyjaźnić nawet ze smokiem. Wprawdzie smokiem wyjątkowym, ale czy ona, jako wampir, też nie była wyjątkowa?

     A potem aż uśmiechnąłem się na kolejną myśl. Przecież Sybilla też była wampirem. A zatem, było to jak najbardziej możliwe. I z ta myślą usnąłem.

*          *          *

     Do Smoczymostu nie było daleko, więc poczekaliśmy, aż ściemni się całkowicie. Potem wyszliśmy z posiadłości prosto na ulicę. Serana z kapturem, naciągniętym na głowę, nie wzbudzała niczyjego zainteresowania. W mroku trudno było dostrzec bladość jej twarzy, a błyszczące oczy nie były dobrze widoczne spod kaptura. W dodatku znała ona trik z półprzymkniętymi powiekami, zasłaniając oczy długimi rzęsami.

     Gdy przechodziliśmy obok gospody, niespodziewanie parsknęła śmiechem.

     - „Pod Mrugającym Ślizgaczem” – przeczytała szyld. – Urocza nazwa!

     Strażnicy nie zatrzymali nas. Wsunąłem im do rąk po kilka złotych monet za otwarcie bramy. Jeszcze krótki odcinek intensywnie uczęszczanej drogi do portu, a potem wyszliśmy na pusty szlak, wiodący prosto do Smoczymostu.

     Noc była pogodna i jasna, choć powiało chłodem. Maszerowaliśmy dziarsko obok siebie, co jakiś czas rozglądając się uważnie. W nocy rozbójnicy nie byli tak groźni jak w dzień, jednak mogły nam zagrozić wampiry. Dlatego oprócz przeczesywania okolicy zaklęciem, od czasu do czasu posługiwałem się Krzykiem, choć starałem się ograniczać ten sposób tylko do podejrzanych miejsc. Mam nadzieję, że bogini Kyne nie miała nic przeciwko temu i nie uznała tego za nadużywanie umiejętności, jaką zostałem obdarzony.

     Do samego Smoczymostu nie spotkała nas żadna przygoda.

     Wieś spała już od dawna. Nawet w gospodzie nie paliło się światło. Znajdowała się tu jednak niewielka, wojskowa placówka, dowodzona przez znanego mi kapitana Maro. Zamierzałem tam popytać o kapłana Ćmy. Nie chciałem wprawdzie wyciągać go z łóżka. Wojsko ma jednak to do siebie, że zawsze, niezależnie od wszelkich okolicznościach, jest tam ktoś, kto nie śpi, a tym kimś jest wartownik. Miałem nadzieję, że coś będzie wiedział. Ponadto, zawsze w wiosce pełniło służbę kilku strażników miejskich z Samotni i właśnie jeden z nich, powoli przechadzając się po okolicy, dojrzał nas i zatrzymał się na nasz widok.

     - Poczekasz? – spytałem Seranę.

     Skinęła głową. Podszedłem sam do strażnika i pozdrowiłem go gestem. Odpowiedział tym samym. Obrzucił mnie nieufnym spojrzeniem, ale gdy się odezwałem, poznał mnie. Lody między nami od razu stopniały.

     - Bez względu na wszystko, strażnicy zawsze będą ci wdzięczni – zapewnił. – Udało ci się pokonać wielkie zło.

     Miał na myśli oczywiście moją walkę z Alduinem, o której głośno było w całym Skyrim. Wymieniliśmy kilka uprzejmości, co przyszło tym łatwiej, że okazał się być moim rodakiem z Cyrodiil. Miał na imię Cyrus. Przybył tu wraz z Legionem, ale po wojnie ożenił się z miejscową dziewczyną i postanowił osiąść na miejscu. Wspomniał też, że zanim się zaciągnął, prowadził podobny tryb życia do mojego. Na moje pytanie, czy nie kusi go znów wędrówka po świecie, roześmiał się.

     - Kiedyś poszukiwanie przygód było moim zamiłowaniem – rzekł ze śmiechem. – Szkoda, że strzała w kolano zniweczyła moje marzenie o awanturniczym życiu.

     Roześmiałem się. „Strzałą w kolano” w Skyrim określano bynajmniej nie ranę, ale po prostu ożenek. Wzięło się to stąd, że od tej chwili człowiek stawał się już uwiązany do jednego miejsca, jak ktoś, kto ma trudności z poruszaniem się. Zapytałem go oczywiście o kapłana Ćmy.

     - Kapłan Ćmy? – zdziwił się, po czym westchnął przeciągle. – Ach, więc to był kapłan Ćmy! Szkoda, że nie wiedziałem. Zawsze mnie oni fascynowali. Dzisiaj, koło południa przejechał przez wieś w obstawie trzech żołnierzy. Nie zatrzymywali się na długo. Coś tam zjedli, wypili i ruszyli na południe, przez most.

     Podziękowałem za informację. Pożegnałem strażnika i wróciłem do Serany. W kilku słowach streściłem jej rozmowę ze strażnikiem.

     - Musimy się pospieszyć, to może ich dopadniemy – oznajmiłem. – Na południe, przez most.

     Skinęła głową i ruszyła za mną. Przechodząc przez most, uśmiechnęła się.

     - Pamiętam ten most – oznajmiła. – Jest bardzo stary. Istniał jeszcze w moich czasach.

Serana na trakcie ze Smoczymostu

     Po czym zgodnie przyspieszyliśmy kroku. Znałem dobrze ten szlak. Droga prowadziła na drugi, znacznie skromniejszy most, przy którym kiedyś, wraz z Lydią znaleźliśmy zwłoki pary kupców, zamordowanych prawdopodobnie przez Falmerów. Dalej droga rozwidlała się. Można było pójść w lewo, gdzie kilkaset kroków dalej łączyła się ze szlakiem do Morthalu, albo w prawo, w stronę Wąwozu Rabusiów i Rorikstead.

     Ale nie doszliśmy do mostu, bowiem w pewnym momencie Serana zatrzymała się gwałtownie. Przystanąłem również, nieco zdziwiony. Tymczasem moja towarzyszka wbiła wzrok w coś, co znajdowało się przed nami. Odruchowo przeczesałem to miejsce zaklęciem, ale niczego mi ono nie pokazało.

     - Co się stało? – spytałem.

     Nie odpowiedziała od razu, gestem nakazując mi ciszę. Nadstawiła uszu, i przez chwilę wsłuchiwała się w odgłosy nocy, po czym z rezygnacją potrząsnęła głową.

     - Przed nami pobojowisko – oznajmiła. – Czuję krew. I widzę kilka ciemnych kształtów.

     Szept Aury też niczego nie pokazał, zatem nie musieliśmy się obawiać, że czeka tam na nas jakiś zaczajony wampir. Pobiegliśmy do przodu. Niestety, Serana miała rację. Natknęliśmy się na martwe truchło konia, popsuty wóz oraz zwłoki dwóch strażników i jednego wampira.

     Zdusiłem przekleństwo, jakie nasuwało mi się na usta. Pewności nie miałem, ale wszystko wskazywało na to, że była to furmanka kapłana Ćmy i jego obstawa. Kapłan zniknął, a wraz z nim możliwość odczytania zwoju.

     - To zrobiły wampiry – Serana wskazała na zwłoki, odziane w charakterystyczny, skórzany strój z klanu Volkihar. – A skoro to one… To raczej go nie zabiły! – dodała z pewnością w głosie.

     - Skąd ta pewność?

     Pokręciła głową.

     - Po co miałyby to robić? – spytała. – Kapłan Ćmy jest im potrzebny. Uprowadziły go dokądś i uwięziły.

     Milczałem, zbierając myśli.

     - A skoro tak – odezwała się znów Serana – to być może… Nie wiem na pewno, ale chyba wciąż możemy go odbić. Tylko trzeba odgadnąć, gdzie on teraz jest…

     - Rozejrzyjmy się – zgodziłem się z nią. – Może są tu jakieś ślady.

     Nie jest bezpiecznie zapalać światło w nocy. Jest się wtedy doskonale widocznym, podczas gdy samemu nie widzi się niemal niczego poza oświetlonym kręgiem. Ale szukanie śladów w tych ciemnościach mijało się z celem. Skorzystałem więc z zaklęcia Płomień Świecy. Jasne, lekko niebieskawe światło zalało pobojowisko. Zacząłem rozglądać się uważnie.

     W jaki sposób wampiry napadły na karawanę, nie było trudno zgadnąć. Najpierw uderzono zaklęciem w konia, aby kapłan i strażnicy nie zdołali uciec. Potem zginęli dwaj strażnicy, bez wątpienia porażeni błyskawicami. Wampir leżał na brzuchu, twarzą do ziemi, z roztrzaskaną głową. Zginął od miecza jednego z cesarskich – tego samego, którego zwłoki leżały obok niego. Na wozie znajdowało się kilka kuferków z rzeczami osobistymi. Nic, co mogłoby nas naprowadzić na jakiś ślad.

     Obmacałem truchło wampira. W przytroczonej do pasa sakiewce znalazłem list. Z ciekawością rozłożyłem świstek papieru. Zawierał lakoniczną wiadomość.


     Mam dla ciebie nowe rozkazy.

     Przygotuj pułapkę na południe od Smoczymostu. Zabierz kapłana Ćmy do Kryjówki Przodków i przetrzymaj go tam, póki nie złamiesz jego woli.


     Pod tymi słowami widniał podpis: Malkus.

     - Malkus! – odezwała się Serana. – Znam go. Spotkałam na zamku. To jeden z zaufanych mojego ojca. Dziwny typ, nawet jak na wampira.

     Po czym przebiegła oczami treść kartki i zaskoczyła mnie ponownie.

     - Kryjówka Przodków? – powiedziała wolno. – To gdzieś niedaleko. Pamiętam, że ze Smoczymostu było mniej niż dwie godziny marszu.

     Spojrzałem na nią zdziwiony.

     - Wiesz, gdzie to jest?

     Potrząsnęła głową.

     - Nie pamiętam dokładnie, gdzie. Byłam tam tylko raz. Wampiry muszą znać okoliczne jaskinie, aby w czas ukryć się przed dziennym światłem. Pokazano mi ją jeszcze przed moim uwięzieniem. Pamiętam, że to spora jaskinia, w której wykuto coś w rodzaju podziemnego bastionu. No i że jest niedaleko. Chyba za mostem… Jakoś tak…

     Przy ciałach legionistów nie znaleźliśmy niczego szczególnego. Rozejrzałem się jeszcze w nadziei, że dostrzegę coś, co by mnie naprowadziło na jakiś trop. Ale niczego nie znalazłem. Znalazła za to Serana.

     - Jest ranny – szepnęła, pochylając się nad ledwo dostrzegalną plamką i dotykając ziemi w jej pobliżu. – Ta krew jest całkiem świeża.

     Podniosła dłoń do ust, powąchała i lekko liznęła.

     - Tak jak myślałam – oznajmiła. – Jest ranny. To krew żywego człowieka.

     - Kapłan?

     Skinęła głową.

     - Albo żołnierz. Strażnik mówił, że było ich trzech, a ciała są tylko dwa.

     Rzeczywiście, nie pomyślałem o tym. Nie miałem pojęcia, jak Serana rozpoznawała, czy krew pochodziła z żył żywego, czy martwego człowieka, ale uznałem, że wcale nie chcę tego wiedzieć. Pochyliłem się nad plamą, pokrywającą źdźbła trawy.

     - Krwawi dosyć mocno – skwitowałem. – Może znajdziemy jeszcze jakieś inne plamy krwi?

     Po chwili rzeczywiście natknąłem się na następną, kilka kroków dalej, w stronę mostu.

     - Ta sama krew – oznajmiła Serana. – Spróbujmy dojść ich po śladach.

     Choćbym myślał cały dzień, nie wymyśliłbym niczego lepszego. Ja badałem ślady wzrokiem, czując się jednak trochę nieswojo, z powodu tego, że musiałem sobie przyświecać zaklęciem. Serana również rozglądała się w poszukiwaniu śladów, ale oprócz tego próbowała węszyć. Tropienie przy świetle nie było to trudne, bo ślady były całkiem świeże. Zwłaszcza dla tak doświadczonego tropiciela jak ja i kogoś o tak wyczulonym węchu jak Serana. Od razu wiedziałem, że osób było co najmniej pięć. Tu złamana gałązka, tu odciśnięty ślad stopy, tu zdeptane zioła, które nie zdążyły się jeszcze podnieść. W pobliżu rzeki, w wilgotnym piasku odbiła się podeszwa cesarskiego buta. Sam takie kiedyś nosiłem, więc dobrze wiedziałem, jak wygląda jego ślad. Czyli rzeczywiście, musieli prowadzić ze sobą ostatniego z cesarskich żołnierzy. I to prawdopodobnie on krwawił, bowiem krew kapała wyłącznie w pobliżu jego śladów. Serana, bardzo wyczulona na zapach krwi, bezustannie znajdywała kolejne plamki, co tylko utwierdzało nas, że idziemy właściwym tropem.

     Przyznam, że przez chwilę poczułem się, jakbym wciąż miał przy sobie Lydię. W tym momencie rozumieliśmy się bez słów, tak doskonale, jak dotąd mogłem rozumieć się tylko z moją ukochaną. Współpracowaliśmy tak bezbłędnie, że aż zrobiło mi się miło na sercu. Rzuciłem Seranie ciepłe spojrzenie, ale ona chyba go nie zauważyła, bo wciąż szła pochylona przede mną i uważnie węsząc szukała kolejnych śladów. Zauważyłem, że robiła to w podobny sposób, w jaki robiłem to ja – z otwartymi ustami, tak że część powietrza wciągała nosem, część przez usta właśnie. Ten sposób, którego nauczył mnie ongi Eanor, pozwalał wyczuć najlżejsze zapachy. A ona, mając węch nieporównywalnie lepszy od mojego, szła tym tropem jak po sznurku.

     Doszliśmy do mostu. Tu ślady były mniej wyraźne, bowiem nad mostem unosiła się mgiełka. Płynąca pod mostem rwącym strumieniem odnoga rzeki Karth, z hukiem i rozbryzgiem odbijała się od okolicznych głazów, pokrywając okoliczne zarośla rosą.

     Światło zaklęcia zgasło nad naszymi głowami. Postanowiłem zaufać Seranie i nie zapalać go więcej. Jeśli mieliśmy niezadługo znaleźć się w jaskini, musiałem na powrót przyzwyczaić wzrok do ciemności. Jej chyba też przeszkadzał ten blask, bo słyszałem, jak cicho odetchnęła z ulgą. Cóż, zaklęcie Płomień Świecy miało jedną wadę – światło, jakie przywoływało, było bardzo jaskrawe i nie miałem pojęcia, jak je złagodzić.

     Przeszliśmy przez most, w miejsce, w które zimna mgiełka nie docierała i poczekaliśmy dłuższą chwilę. Czas naglił, ale musieliśmy odzwyczaić oczy od światła. Nie wiem jak Serana, ale ja jeszcze długo widziałem przed oczami jedynie ciemnozieloną plamę i całe moje umiejętności odczytywania tropów zdały się psu na budę. Na szczęście, plamy krwi były coraz świeższe i zapewne o coraz bardziej intensywnym zapachu. Wampirzyca wyczuwała je bez żadnego trudu i wkrótce stanęliśmy przed wejściem do groty.

Wejście do Kryjówki Przodków

     Tu znów chwilę poczekaliśmy. Głównie na mnie, aż odzyskam zdolność widzenia. Co jak co, ale podczas strzelania z łuku trudno o ważniejszą rzecz niż wzrok. W końcu jednak uznałem, że powinienem dać radę. Zdjąłem łuk z ramienia, na wszelki wypadek nałożyłem elfią, najbardziej precyzyjną strzałę i zagłębiłem się w wąski korytarz. Nie było tak ciemno, jak się obawialiśmy. Po ścianach pełzała łuna, zapewne od zapalonych dalej pochodni. Słychać też było przytłumiony szum, jakby płynącej wody. Wkrótce korytarz wyprowadził nas na niewielką, oświetloną platformę. Gdy na niej stanąłem, aż westchnąłem, trochę ze zdziwienia, trochę z zachwytu. Widok był bowiem imponujący.

     Przed nami otwierała się sporych rozmiarów jaskinia, chyba nawet otwarta, na kształt krateru. Nie można było tego dostrzec, ale wyraźnie czuło się ruch powietrza, który w zamkniętej grocie nie miał prawa się pojawić. Platforma znajdowała się jakieś trzy wysokości człowieka nad podłożem jaskini. Za nią płynęła niewielka, podziemna rzeczka. A za nią, sam nie wiem, czy wymurowana, czy też może wykuta w litej skale, stała budowla, przypominająca niewielki kasztel, czy też może raczej fort. Od przodu odgradzał ją gruby mur, w którym jaśniała brama bez skrzydeł. Paliło się tam ognisko. Dostrzegłem też schody, prowadzące na wyższą kondygnację, gdzie znajdował się niewielki plac. A tam…

     Nie wiem, jak to nazwać. Odbywał się tam jakiś dziwny rytuał, którego nie rozumiałem. Stało tam kilka postaci, a na samym środku tkwiła świetlista, niewątpliwie magicznego pochodzenia, półprzezroczysta kopuła. Wyglądała, jakby wykonano ją z przelewającej się, falującej i jednocześnie fosforyzującej wody. Dostrzegłem też, że wewnątrz ktoś stoi.

Budowla w Kryjówce Przodków. Na górnym tarasie widoczna magiczna kopuła.

     Drgnąłem, gdy Serana dotknęła mojego ramienia. Wampirzyca wyciągnęła ramię w lewo. Tam znajdowały się schody, prowadzące z platformy w dół, a za nimi naturalny most, który umożliwiał przekroczenie podziemnej rzeki suchą nogą. Ale, co ważniejsze, kręciły się tam dwa ogary, które mogły narobić alarmu.

     Serana przytomnie cofnęła się, aby umożliwić mi strzał. Wiedziałem, że bliższego ogara muszę zabić jednym strzałem, aby nie zauważył tego ten drugi. Zrobiłem coś, czego dotąd nie miałem okazji użyć – otworzyłem małą fiolkę z trucizną.

     - Potrzymaj – szepnąłem, podając ją Seranie.

     Chwyciła mały flakonik. Ja tymczasem zdjąłem strzałę z cięciwy i umoczyłem grot w ciemnoniebieskiej mazi. Ostrożnie, aby nie dotknąć nim swojej rękawicy, ani łęczyska, ułożyłem ją na cięciwie. Krótkie celowanie i… Strzała z cichym sykiem poszybowała do celu.

     Trafiłem. Trucizna momentalnie sparaliżowała cel. Jeśli ogar po moim strzale jeszcze żył, to i tak nic nie mógł zrobić. Ja tymczasem zatrułem drugi grot.

     Drugi strzał był trochę trudniejszy. Ogar kręcił się niespokojnie i co rusz znikał mi za kamiennym, naturalnym filarem. Nie mogłem w nieskończoność trwać z napiętym łukiem. Musiałem poczekać, aż się zza niego wychyli, co też po chwili zrobił, węsząc niespokojnie. Teraz!

     Strzała trafiła bezbłędnie w głowę potwora. Śmierć nastąpiłaby od razu, nawet gdyby grot nie został zatruty. Odetchnęliśmy oboje. Zakorkowałem fiolkę z trucizną i schowałem ją do sakwy. Znów zerknąłem w stronę budowli poniżej. Wydawało mi się, że w cieniu dostrzegłem ruch. I nie tylko mnie się wydawało.

     - Wampirzyca na murach – ledwo słyszalnie szepnęła Serana wprost do mojego ucha. – Po lewej, przy schodach.

     Skinąłem głową. Teraz, gdy wiedziałem gdzie szukać, szybko dostrzegłem wolno idącą postać w długiej szacie. Przechadzała się po murze, obok którego musielibyśmy przejść. Jeśli nas zauważy, zaalarmuje pozostałych. Nie było wyjścia, trzeba ją zdjąć. Ponownie napiąłem łuk.

     Strzał był trochę ryzykowny. Odległość nieco większa, cel w ruchu, w dodatku w dół, na skos, przy niezbyt dobrym świetle. Wszystko to mogło wpłynąć na celność. W myślach poprosiłem Meridię  o pomoc, nim zwolniłem cięciwę. I chyba to ona, najzagorzalsza przeciwniczka wszelkich nieumarłych, poprowadziła za mnie tę strzałę, bowiem trafiłem dokładnie w skroń, a wampirzyca rozpłaszczyła się na szczycie muru jak rzucony na ziemię worek. Droga była wolna. Chyba…

     - Laas!

     Krzyk upewnił mnie, że wampirów jest znacznie więcej, ale prawie wszystkie znajdowały się przy tajemniczej kopule. Tylko jeden tkwił na schodach, prowadzących na owo podwyższenie. Jeśli zakradniemy się wzdłuż muru, nie powinien nas zauważyć. Powoli, ostrożnie stawiając stopy, wszedłem na schody i po chwili znalazłem się na dole. Serana dotrzymywała mi kroku, trzymając się moich pleców. Szybki skok przez mostek na drugą stronę i zaczęliśmy skradać się wzdłuż muru. Znaleźliśmy się przy bramie, ale nie zamierzałem przez nią wchodzić. Wewnątrz było za jasno i zaraz by mnie odkryto. Upewniwszy się, że żaden z wampirów nie jest w stanie mnie dostrzec, szybko przebiegłem przed bramą na drugą stronę i przylgnąłem do muru. Serana wciąż trzymała się blisko.

     - Spróbuję zdjąć go z łuku – szepnąłem. – Ty też na razie pozostań w ukryciu. Nie mieszaj się do walki, chyba, że inne nas zaatakują.

     Skinęła głową. Ja natomiast, ze strzałą na cięciwie, zacząłem skradać się wzdłuż muru, prosto na schody, prowadzące na podwyższenie. Wampir cały czas tam stał. Zapewne wystawiono go na czaty, ale on, zamiast uważnie rozglądać się na zewnątrz, bardziej interesował się tym, co działo się wewnątrz kasztelu. Okazja idealna. Wystarczyła jedna strzała. Gdy wampir gruchnął ze schodów, ja wspiąłem się na podwyższenie. Tu, gdzie ściana odgrodziła mnie od szumiącej rzeki, mogłem już usłyszeć, o czym rozmawiały wampiry. I nie tylko wampiry.

     Krwiopijców było trzech. Stali przed kopułą, natomiast wewnątrz wił się kapłan ćmy, z dłońmi przyciśniętymi do skroni i przestrachem na twarzy. Nie trzeba było bystrości, aby odgadnąć, że właśnie poddawany był jakimś magicznym torturom. Po jego ruchach i rozpaczliwiej minie widać było, jak bardzo cierpi. Zacząłem powoli, piąć się po murze, pilnując, by stale trzymać się cienia. Niestety, kapłan musiał jeszcze trochę pocierpieć, zanim uda mi się znaleźć pozycje dogodną do strzału. Seranie wskazałem wampirzycę po lewej stronie. Znów skinęła głową. Ja wziąłem na siebie dwa wampiry, stojące nieco dalej. Akurat na strzał.

     - Wkrótce twoja krew będzie moja – rozległ się kobiecy głos.

     Wampirzyca, stojąca po lewej roześmiała się ze świadomym okrucieństwem, jakby cierpienie kapłana sprawiało jej przyjemność. Parsknąłem z obrzydzeniem, rozglądając się uważnie i planując, w jakiej kolejności zlikwidować oprawców.

     - Im bardziej się opierasz – dodał stojący tyłem do mnie wampir – tym silniejsze będzie twoje cierpienie, śmiertelniku.

     Rzuciłem okiem do wnętrza kopuły. Nie widziałem wyraźnie, bowiem jej powierzchnia falowała, niby tafla wody, ale zdołałem dostrzec, że uwięziony wewnątrz kapłan jest już bardzo zmęczony i lada chwila ulegnie tajemniczej magii. Mimo to, wciąż próbował się opierać.

     - Stawię ci opór, potworze – jęknął z wysiłkiem, zaciskając oczy. – Muszę…

     Jego głos był przytłumiony, jakby dobywał się zza ściany. Słysząc go, wampir pokręcił głową.

     - Jak długo zamierzasz się jeszcze bronić? – spytał zniecierpliwiony. – Kapłanie Ćmy, twój umysł był silny, ale twoje siły się wyczerpują i nie zdołasz mi się przeciwstawić.

     Kapłan jeszcze mocniej zacisnął powieki.

     - Muszę stawić opór…

     Wampir wzruszył ramionami, po czym odezwał się z tryumfem, pobrzmiewającym w jego głosie.

     - Taaak… Czuję, jak twój opór słabnie. – wycedził. – Pragniesz, by się to skończyło! Pragniesz się poddać.

     Kapłan Ćmy opadł na kolana. Widać było, że nie ma już sił walczyć. Dłonie odpadły od skroni i ręce zawisły mu bezwładnie wzdłuż ciała. Wciąż miał oczy zamknięte, ale nie zaciskał już powiek. Opuścił głowę, ze słyszalnym westchnieniem. Wampir roześmiał się szyderczo.

     - A teraz uznaj mnie za swego pana – rzekł rozkazującym tonem.

     Kapłan musiał kilka razy odetchnąć, zanim udało mu się wydobyć z siebie głos. Głos słaby i zmęczony.

     - Tak, panie…

     Wampir zaśmiał się krótko, dając wyraz swemu zadowoleniu.

     Nie wiedział, że jego tryumf będzie trwał bardzo krótko, bowiem właśnie dotarłem do miejsca, z którego mogłem oddać celne strzały do wszystkich trzech wampirów. Napiąłem łuk…

 


niedziela, 18 lutego 2024

Rozdział XVIII – W drodze do Samotni

     Erandur nie zawiódł. Bynajmniej, nie zapomniał, jak bardzo swego czasu pomogłem mu w niezwykle trudnej dla niego sprawie Czaszki Spaczenia. Jego czarne oczy w czerwonych obwódkach wyraźnie uśmiechnęły się na mój widok. Po powitaniu i krótkich wyjaśnieniach, zaprosił nas do środka.

     Mnie również ucieszyło to spotkanie. Z zadowoleniem stwierdziłem, że mój dunmerski przyjaciel nie przypomina już dawnego, bladego ze zmęczenia cienia samego siebie. Od kiedy moc Vaerminy została wygnana z tego miejsca, wraz z nią zniknęły dręczące okolicznych mieszkańców koszmary. Elf wyglądał teraz zdrowo, wyraźnie przybyło mu sił i znacznie częściej się uśmiechał.

     - Uprzątnąłem trochę ten bałagan – oznajmił. – W głębi korytarza mam nawet kilka całych łóżek, przeznaczonych dla ewentualnych pielgrzymów. Jest też palenisko i naczynia. Zostało trochę żywności. Korzystajcie do woli.

     Ze zrozumieniem przyjął moją prośbę o dyskrecję i zapewnił, że dotrzyma tajemnicy. Wiedział przecież dobrze, z własnego doświadczenia, że życie nie zawsze jest czarno-białe i czasem zdarzają się w nim zaskakujące sytuacje. Był chętny do pomocy. Jednak na moje pytanie o Kapłana Ćmy, pokręcił głową.

     - Nie wychylałem stąd nosa od kilku dni – odrzekł. – Jeśli twój kapłan przybył w tym czasie do Gwiazdy Zarannej, to nie mogłem go spotkać. Musisz popytać o niego w mieście. Albo, jeśli wolisz, ja to zrobię. I tak miałem udać się tam, żeby uzupełnić zapasy żywności i zaprosić mieszkańców na wspólną modlitwę. Sam noszę habit, więc nikt się nie zdziwi, gdy będę dopytywał się o innego kapłana.

     - Bardzo by mi na tym zależało – uśmiechnąłem się.

     Odwzajemnił uśmiech i żartobliwie życzył nam dobrego dnia, takim tonem, jakby mówił „dobranoc”. Po czym wyszedł z wieży, kierując się w dół, w stronę miasta.

     Gościna Erandura była mi bardzo na rękę. Jedyną niedogodnością był fakt, że musiałem spędzić ten dzień w jednym pomieszczeniu z Seraną, czego dotąd starałem się unikać. Wprawdzie pomieszczenie było spore, bo Erandur urządził sypialnię w długim korytarzu, w bezpośrednim sąsiedztwie przedsionka i urządzonej tam kapliczki, ale łóżka stały tam tylko cztery i to blisko siebie. Odwlekając więc chwilę udania się na spoczynek, zacząłem przyrządzać sobie posiłek. Skorzystałem z kuchenki Erandura, wiedząc, że ten nie będzie miał nic przeciwko temu. Byłem głodny, to prawda, ale przede wszystkim czekałem, aż moja towarzyszka pójdzie spać pierwsza. Ta jednak, jak na złość, wcale nie miała takiego zamiaru, przynajmniej na razie. Usiadła na skraju łóżka, podparła ręce na jego drewnianej poręczy i położyła na nim brodę, przyglądając się moim czynnościom. Poczułem się nieswojo.

     - Czyżbyś chciała spróbować? – spytałem niepewnym głosem, mieszając drewniana łyżką gotującą się kaszę.

     Uśmiechnęła się i nieznacznie potrząsnęła głową.

     - Usiłuję sobie przypomnieć, jak to jest być człowiekiem – odrzekła. – Przygotowywać śniadanie, jeść chleb i ser, pić mleko, albo miód. Przyglądanie się temu sprawia mi przyjemność, choć sama nie wiem, dlaczego.

     Przyznam, że zdziwiło mnie jej wyznanie. Byłem pewien, że skoro jej rodzice byli wampirami, ona już się taka urodziła.

     - Czyli – zająknąłem się – ty nie zawsze byłaś wampirzycą?

     - Nie, nie zawsze – odparła. – Wampiry nie mogą mieć dzieci. Chociaż tyle – dodała z nutką goryczy.

     - Słyszałem o dziecku-wampirze – podrapałem się po głowie. – Ktoś mi opowiadał… Jakaś dziewczynka, nie pamiętam dokładnie.

     - To możliwe – przytaknęła. – Przemienić można każdego, również dziecko. Ale to okrutne nawet jak na wampira. Żaden szanujący się wampir tego nie zrobi.

     - Dlaczego?

     Wzruszyła ramionami.

     - Wampir po przemianie fizycznie już się nie zmienia. Nie jest już żywą istotą, więc zmieniać się nie może. Zostaje takim, jakim był w chwili przemiany. Jeśli jest dzieckiem, już nie urośnie, ani nie dojrzeje. Chciałbyś być dorosłym mężczyzną w ciele małego chłopca? Czuć to wszystko, co czuje dojrzały człowiek, ale wciąż być fizycznie niedorozwinięty? Chcieć kochać, choć żadna kobieta nie potraktuje cię poważnie? Chcieć walczyć, nie mając siły, by udźwignąć miecz?

     Pokiwałem głową ze zrozumieniem.

     - Czyli też macie jakiś swój kodeks – zauważyłem.

     - Oczywiście – skinęła głową. – Mamy swoje zasady, jak wszystkie wspólnoty. Tyle tylko, że nasza moralność nie zawsze pokrywa się z waszą.

     - Ale jednak tę dziewczynkę przemieniono…

     Znów delikatnie wzruszyła ramionami. Nawet taki gest potrafiła uczynić z nieopisanym wdziękiem.

     - Zwyrodnialcy znajdą się wszędzie, dlaczego nie u nas? – odparła. – Chociaż jest jeszcze jedna możliwość. Rozumiesz, wampiry są niemal nieśmiertelne. Nie imają się nas choroby, nie dopada nas starość. Być może była chora, umierająca. A ktoś tak pokochał to dziecko, że chciał ją zwyczajnie uratować, nie zważając na konsekwencje. Miłość potrafi zaślepić…

     - Kochający wampir?

     Wolnym ruchem odwróciła ode mnie wzrok i skierowała go na wejście, za którym znajdowała się kapliczka Mary, bogini miłości.

     - A dlaczego nie? – odrzekła cicho. – Uczucia zmieniają się nieco po przemianie, ale nie znikają. Kochamy i nienawidzimy, tęsknimy i przyjaźnimy się, podobnie jak ludzie. Wszyscy przecież nimi kiedyś byliśmy.

     Zaskoczyło mnie to wyznanie. Dotąd byłem pewien, że wampiry to krwiożercze istoty, nie znające litości i kierujące się raczej niskimi instynktami. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że wcale tak być nie musi. Przez głowę przeleciało mi też wspomnienie dawnej przygody w Twierdzy Zabójczego Blasku i eksperymenty nekromantów, przeprowadzane na uwięzionych wampirach. Kilka wampirzyc, które mimowolnie wtedy uwolniliśmy, nie zrobiły nam najmniejszej krzywdy, choć bez wątpienia były wygłodniałe i zdesperowane. Czyli jednak miały w sobie jakieś poczucie sprawiedliwości. Coś czuły. Nie skrzywdziły swych dobroczyńców, choć w ich sytuacji trudno byłoby nawet mieć o to do nich pretensje.

     Spojrzałem na Seranę. Niewielki ogień, jaki roznieciłem na palenisku, odbił się w jej źrenicach i sprawił, że stały się one jeszcze bardziej błyszczące.

     - A ty? – spytałem. – Jak zostałaś wampirem?

     Wykrzywiła usta w niechętnym grymasie.

     - To długa historia – mruknęła niechętnie.

     - Chętnie posłucham – nie ustępowałem.

     Milczała przez chwilę, po czym spojrzała w ogień, jakby szukała w nim natchnienia.

     - Chyba – zaczęła niepewnym głosem – musimy się sporo cofnąć. Do samego początku – podniosła oczy na mnie. – Czy wiesz, skąd wziął się wampiryzm?

     Pokręciłem głową.

     - Nie orientuję się w tym temacie – uśmiechnąłem się. – Jestem prostym człowiekiem i interesują mnie proste rzeczy. Polowanie, rzemiosło, myszkowanie po tajemniczych miejscach…

     Albo mój żart zabrzmiał nieszczerze, albo jej wspomnienia były zbyt bolesne, aby w tym momencie zdobyła się na uśmiech. 

     - Ale wiesz, kim jest Molag Bal?

     Przytaknąłem. O daedrycznych władcach słyszało każde dziecko. Czasem z opowiadań rodziców, czasem od kapłanów Dziewięciu Bóstw, czy od historyków, studiujących dawne księgi i zwoje. Molaga Bala, znanego też jako Król Gwałtu, Żniwiarz Dusz, czy Bóg Intryg, trudno było zaliczyć do przyjaznych ludziom bytów. W każdym śmiertelniku budził on przerażenie.

     - Pierwszy wampir pochodził od Molag Bala. Właściwie wampirzyca. Ona… Jakby to powiedzieć, nie zgłosiła się na ochotnika – lekki uśmiech przewinął jej się przez wargi. – Ale mimo to była pierwsza. A Molag Bal – westchnęła ciężko – cóż, to jednak potężny władca daedr i umie kształtować rzeczywistość własną wolą.

     Zamilkła na chwilę, jakby się namyślała.

     - Ci, którzy chcą poddać się przemianie, mogą od niego otrzymać mroczny dar – ciągnęła zamyślonym głosem. – Ale najpierw muszą się wykazać, by zaskarbić sobie jego zaufanie.

     Znów zamilkła. Odniosłem wrażenie, że każde następne słowo przychodzi jej z coraz większym trudem. Postanowiłem ją zachęcić.

     - W takim razie, jak właściwie zostałaś wampirem? – spytałem. – Jeśli to nie tajemnica…

     - To była – znów westchnienie – upokarzająca ceremonia…

     - Nie chcesz o tym mówić – pokiwałem głową. – Bolesne wspomnienia?

     Przytaknęła, zagryzając wargę.

     - W porządku, nie musisz o tym opowiadać – wzruszyłem ramionami. – Jeśli nie chcesz.

     - Nie wracajmy do tego – spojrzała na mnie ciepło. – Ale wszyscy wzięliśmy w tym udział. Wszyscy troje.

     Uśmiechnęła się, i pokręciła głową.

     - Zabrzmiało, jakbyśmy wzięli udział w familijnej rozrywce – podniosła na mnie oczy. – Ale to było coś, co robisz, gdy w całości oddajesz się władcy daedr. Jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

     Zadrżałem. Nie chciałem się dopytywać, ale domyślałem się, że musiała zostać zgwałcona. Przez kapłana, albo nawet przez samego Molaga Bala, który przybrał chwilowo ziemską postać.

     - I zrobiliście to całą rodziną?

     Skinęła głową.

     - Musieliście być sobie bardzo bliscy…

     Uśmiechnęła się z zadumą.

     - Byliśmy – stwierdziła krótko. – I w swej naiwności sądziliśmy, że tak będzie zawsze. Ale myliliśmy się. Molag Bal nie zawsze dba o szczęście swoich wyznawców. Ale zrzucanie całej winy na niego byłoby nadużyciem. Zrobiliśmy to z własnej woli, skuszeni jego wizją. Wtedy wydawało nam się, że spotkało nas wyjątkowe szczęście. I początkowo tak się czuliśmy. A potem… Cóż, potem okazało się, że jest jak wszędzie, jedne kłopoty znikają, ale na ich miejsce pojawiają się nowe, zupełnie nieznane. One nas poróżniły.

     - Rozłam w rodzinie?

     Starałem się, by mój głos nie brzmiał zbyt nachalnie. Chyba to doceniła.

     - Cóż, dane ci było poznać większość z nas. Mój ojciec nie jest szczególnie… zrównoważony, tak to dobre określenie. Z czasem pociągnął w objęcia szaleństwa również matkę. A wszystko to skończyło się tak, że zamknięto mnie pod ziemią na nie wiadomo jak długo.

     Ostatnie słowa wymówiła z goryczą.

     - A matka?

     Potrząsnęła głową.

     - Nie wiem – odparła. – Wiem tylko tyle, że żyje. Ukryła się w innej domenie, w jednej z  krain Otchłani. Ale to było dawno temu, zaraz po moim uwięzieniu. Nie wiem, gdzie jest teraz. Mój ojciec też nie wie. Może to i lepiej. Gdyby wiedział, zabiłby ją.

     Nie ciągnąłem jej więcej za język. W milczeniu zabrałem się za swój posiłek – kasza, okraszona kilkoma kawałkami mięsa. Czułem się trochę niezręcznie, czując na sobie jej wzrok, ale nic na to nie mogłem poradzić. Uparcie nie zamierzała iść spać.

     - Nie musisz się obawiać – odezwała się niespodziewanie.

     - Słucham? – spojrzałem na nią zdziwiony.

     Zaszła w niej widoczna przemiana. Teraz dla odmiany wydawała się być rozbawiona.

     - Przeżuwasz to tak wolno, w nadziei, że się znudzę i wreszcie ogarnie mnie senność – uśmiechnęła się, a ja nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że uśmiech jest szczerze wesoły. – Myślisz, że jak zasnę pierwsza, to będziesz bezpieczniejszy? Mogę obudzić się w każdej chwili i zatopić swe straszliwe kły w twojej szyi!

     I w tym momencie wyszczerzyła swoje równe, perliste zęby, między którymi próżno było doszukiwać się wydłużonych kłów, jednocześnie rozczapierzając palce, niby pazury wielkiego kota. Spróbowała zaryczeć jak szablozębny tygrys, ale nie potrafiła wydobyć z siebie tak niskiego dźwięku, więc zabrzmiało to jak warknięcie niedużego psa. A potem zaniosła się delikatnym, melodyjnym śmiechem.

     - Znajdę sobie jakieś legowisko w głębi tej rudery, jeśli masz się dzięki temu lepiej poczuć – oznajmiła, wciąż rozbawiona. – Boisz się mnie. Ty, który nie bałeś się zstąpić do Sovngardu i walczyć z Pożeraczem Światów!

     - Skąd o tym wiesz? – spytałem.

     Znów się roześmiała.

     - Od mieszkańców Akademii – odparła. – Opowiadają tam o tobie prawdziwe eposy. Jesteś współczesnym herosem, Smoczym Dziecięciem, chodzącą legendą. Nawet nie wiedziałam, jaki zaszczyt mnie spotyka. I to ty boisz się przy mnie zasnąć!

     Pokręciła głową z niedowierzaniem, ale wciąż widać było, że jednocześnie bawi ją i smuci ta sytuacja.

     - Gdybym chciała ci zaszkodzić, zrobiłabym to już dawno. Miałam ku temu aż nadto okazji – oznajmiła, poważniejąc. – Przecież ja nie muszę pić krwi. Mogę z ciebie wysączyć życie na odległość, w każdej chwili, nawet teraz. Ale z jakiegoś powodu tego nie robię. Może więc zaczniesz mi ufać chociaż odrobinę?

     Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

     - Łączy nas wspólny cel – mruknąłem niezdecydowany.

     Skrzywiła się nieznacznie.

     - Niech będzie, że tylko wspólny cel – zgodziła się. – Ale póki co, ten cel wciąż jeszcze jest nieosiągnięty. Przynajmniej do tego czasu mógłbyś przestać patrzeć na mnie jak na dziką bestię. Nic ci z mojej strony nie grozi. Jeśli nie wierzysz mnie, uwierz faktom.

     Ostentacyjnie położyła się na łóżku, aż zatrzeszczało. Ja sam przez dłuższa chwilę milczałem, przeżuwając wolno swoją kaszę, aż w końcu westchnąłem ciężko. 

     - Ja… Ja nic na to nie poradzę – odezwałem się. – To jakiś pierwotny lęk… Boję się ciebie tak samo, jak niektóre kobiety boją się myszy. A przecież co może im zrobić mała myszka? To nielogiczne, wiem, ale co ja za to mogę?

     Nie odpowiedziała, a ja nie nalegałem na odpowiedź. Zzułem buty i wsunąłem się pod skórzaną derę. Celowo wybrałem łóżko, sąsiadujące z posłaniem Serany, choć wciąż czułem niepokój. Nie miałem powodów, by jej nie wierzyć, ale lęki nie słuchają rozumu. Rzeczywiście, gdyby chciała, mogła mnie zabić już wiele razy. I nawet jeśli jej intencje nie były zupełnie szczere, to musiałem przyznać, że na razie łączy nas wspólny cel. Byłem jej potrzebny do odnalezienia Kapłana Ćmy, niezależne od tego, w jakim celu go szukała. I po jego odnalezieniu musiała wrócić wraz z nim do Twierdzy Świtu, bo tam właśnie znajdował się Pradawny Zwój. Do tego czasu nic nie powinno mi grozić, a potem… Cóż, nasza wspólna misja zostanie zakończona.

     Ta myśl uspokoiła mnie nieco. Mimo to, długo nie mogłem zasnąć. Myślami wciąż byłem przy Lydii. Gdzie teraz jest? Co robi? Zapewne szykuje się do przeszukania jakiegoś dwemerskiego podziemia. Czy Neloth udzielił jej wskazówek? Wydawał się do niej szczególnie przyjaźnie nastawiony. Cóż, miała w sobie ten dar, że łatwo zjednywała sobie przyjaciół. Może nawet mistrz pomaga jej w tym? A nawet jeśli nie on, to w Kruczej Skale mieliśmy przecież wielu przyjaciół, chętnych do pomocy.

     W końcu zasnąłem, ale spałem bardzo niespokojnie, budząc się co chwilę, to znów zasypiając.

     Erandur zbudził nas jeszcze przed zmierzchem.

     - Twój kapłan rzeczywiście był w Gwieździe Zarannej – poinformował mnie. – Odjechał wczoraj rano, kierując się do Smoczymostu. Miał po drodze odwiedzić Morthal.

     Serana spojrzała na mnie pytająco.

     - Czyli idziemy do Morthalu?

     Zamyślony pokręciłem wolno głową.

     - Skoro wyruszył wczoraj rano, dziś już go tam może nie być – westchnąłem, przyglądając się czubkom swoich butów, byle tylko nie patrzeć jej w oczy. – Poza tym, od Morthalu wolałbym trzymać się z daleka Niedawno mieli tam ostrą przeprawę z wampirami. Sprawa niejakiego Movarta. Są wyczuleni na tym punkcie. Jeśli odkryją, kim jesteś, nie będą słuchali żadnych wyjaśnień. Nie dam rady ich powstrzymać.

     Prychnęła cicho, ale przyjęła to wyjaśnienie do wiadomości.

     - Najlepiej byłoby dostać się do Samotni – podrapałem się po głowie. – Najszybciej jest łodzią. Jest tu kilku ludzi, których można do tego wynająć. Korzystałem już z ich usług, ale w dzień. Nie wiem, czy znajdzie się ktoś taki, kto zabrałby nas nocą. Jakiś marynarz o sokolim wzroku, który na czas wypatrzy w ciemności wszystkie rafy.

     - I jednocześnie będzie na tyle ślepy, że nie zauważy wampira na pokładzie swojej własnej łódki – Erandur pokręcił głową i uśmiechnął się tajemniczo. – Beznadziejna sprawa. Prawie…Może coś dałoby się zrobić. Tylko do tego potrzeba trochę więcej złota.

     Spojrzeliśmy na niego z zainteresowaniem.

     - Jest tu ktoś, kto może wam pomóc – oznajmił. – To rybak, ma na imię Olaf. Trochę dziwny. Zawsze wypływa w nocy. Niedługo pewnie i tak miał zamiar wypłynąć na połów. Jeśli się pospieszycie, zdążycie go złapać. Ale będzie to przysługa z jego strony, wypada zapłacić mu więcej niż zwyczajowo.

     - I pozwoli mi wejść na pokład? – spytała Serana. – Bez zbędnych pytań?

     - Nie wiem, czy bez pytań – wzruszył ramionami. – Ale znam jego przeszłość, z której mi się zwierzył. On dobrze wie, że nie każdy zabójca myśli tylko o zabijaniu. Również o tym, że wampir wcale nie musi być mordercą. Poza tym, zna Sybillę Stentor i wie, kim ona jest.

     Pokiwałem głową.

     - Z nią też dobrze byłoby się spotkać – dodałem.

     - Kto to taki? – spytała Sreana.

     - Nadworny mag Samotni – odparłem. – I jest wampirzycą.

     Sreana spojrzała na mnie zdumiona, po czym roześmiała się serdecznie.

     - Czyli jednak nie wszystkie wampiry wam straszne?

     Erandur również się uśmiechnął.

     - Sybilla przez wiele lat, dzień po dniu udowodniła, że jest osobą godną zaufania – odparłem. – Ja jej ufam. I ufa jej Samotnia. – Spojrzałem w jej oczy. – Jak widzisz, potrafimy docenić serce i lojalność. Nie jesteśmy bezmyślnymi zabójcami wampirów. Poza tym, obiecała mi pomóc.

     Milczała przez chwilę, po czym spojrzała na Erandura, potem na mnie.

     - Mam nadzieję, że któregoś dnia też mi zaufasz.

*          *          *

     Olaf wolnym ruchem złożył świstek papieru, jaki dostałem od Erandura i zerknął na Seranę.

     - Ręczysz za nią?

     Skinąłem głową.

     - Ciebie znam – oznajmił. – Widziałem cię tutaj nieraz. Erandur twierdzi, że to dzięki tobie udało się zdjąć klątwę.

     - Pomogłem mu – przyznałem. – A tobie dopłacę za utrzymanie naszej wyprawy w sekrecie.

     Przez chwilę miął bezwiednie złożony we czworo liścik od Erandura, po czym pokiwał głową i wskazał na łódź, leżącą na brzegu.

     - Skoro ty za nią ręczysz, w porządku, zgadzam się. Pomóżcie mi ją zepchnąć na wodę.

     Łódź była solidna, niezbyt szeroka, za to długa i wyposażona w prostokątny żagiel. Przesiąkła zapachem ryb, ale nikt nie narzekał na tę drobną niedogodność. Na dziobie znajdowała się płócienna płachta, pod którą leżały starannie złożone sieci. Całkiem wygodne legowisko. Oddałem je Seranie, głównie dlatego, że Olaf siedział na rufie, przy sterze. Bardziej rozsadzić ich już się nie dało.

     Pomogłem mu przy wiosłach, po czym, gdy oddaliliśmy się już od brzegu, Olaf podniósł żagiel i skierował łódź na zachód. Wiatr nam sprzyjał, podobnie jak prąd morski, który płynął w tych okolicach aż do ujścia rzeki Karth, gdzie skręcał na północ, by zginąć gdzieś w bezmiarze Morza Duchów. Była to dla nas bardzo pomyślna okoliczność, jako że prąd ów pchał nas szybko na miejsce i jedynie u samego ujścia trzeba było trochę się z nim pomęczyć. Droga z Gwiazdy Zarannej do Samotni zawsze przebiegała szybko. Gorzej było z powrotem. Trzeba było płynąć daleko od brzegu, gdzie prąd już nie sięgał.

     Ponieważ wypłynęliśmy całkiem wcześnie, jeszcze przed zmierzchem, nie zaczęło jeszcze świtać, gdy ujrzeliśmy monumentalny, naturalny most skalny, na którym wybudowano Samotnię. Nocne niebo nad Skyrim, o ile nie ma chmur, jest zwykle bardzo jasne, rozświetlone przez mnogość gwiazd i często przez dwa ogromne księżyce. Czarna bryła mostu, najeżonego dachami zabudowań, wyraźnie się od niego odcinała.

     - Jeśli mógłbyś, przybij do brzeguz dala od portu – poprosiłem.

     - Tak zamierzałem – odparł rybak. – Stracilibyśmy dużo czasu, walcząc z prądem u ujścia. Pozwolę mu się wynieść nieco dalej i wysadzę was na kamiennej plaży, na północ od miasta.

     Odpowiadało nam to. Wprawdzie czekał nas kawałek drogi do miasta, ale dobrze znałem ten szlak. Prowadził na łukowaty, kamienny most ponad portem i potem przechodził pod jaskinią, która miała połączenie z basztą przy rynku. Można było w miarę dyskretnie wślizgnąć się do miasta, mijając zaledwie jednego, czy dwóch strażników, z których wielu już poznałem. Jako tan Samotni, a także legat Cesarskiego Legionu, miałem tam pewne przywileje, więc nie musiałem się ich obawiać.

     Wkrótce pożegnaliśmy naszego przewoźnika i zarazem mieszek złotych monet. Nie narzekałem, zasłużył na niego. Jedna wyprawa do norskich, czy dwemerskich podziemi dawała mi nieporównanie większy profit, więc szybko sobie to zamierzałem odbić. Wyskoczywszy z łodzi udaliśmy się w kierunku miasta.

     Było jeszcze ciemno, gdy ruszyliśmy z plaży w stronę miasta. Ponieważ w te okolice często zapuszczali się czyhający na spóźnionych wędrowców rozbójnicy, uważnie przeczesywałem okolice zaklęciem. Pokazało mi kilka zajęcy, kilka dużych ptaków, przycupniętych na gałęziach drzew, w oddali nawet pojedynczego wilka, ale nic groźnego. Dopiero w pobliżu mostu w moich oczach zajarzyła się poświata, przedstawiająca dwie ludzkie postacie. Rozbłysły na czerwono – czyli raczej nie przyjaciele.

     Zatrzymałem Seranę gestem i wskazałem jej kierunek, w którym zaklęcie wskazało mi niebezpieczeństwo.

     - Chyba zbóje – szepnąłem. – Dwóch. Ale nie widzę wyraźnie.

Serana skierowała tam swój wampirzy wzrok, doskonale penetrujący ciemności i potrząsnęła głową.

- Trzech – szepnęła. – Pod skałą jest ktoś jeszcze.

     Zdumiało mnie to, bowiem zaklęcie ukazało mi tylko dwie postacie, ale zaraz sprawa się wyjaśniła, bowiem usłyszałem zduszony jęk i ujrzałem czerwonawą mgiełkę Magii Wysączania.

     - Tam jest wampir! – zawołała Serana. – Ten trzeci to wampir!

     Nie miałem jednak czasu, by zająć się wampirem, bowiem drugi ze zbójów usłyszał nas i zaatakował. Nie zdążyłem zerwać z pleców łuku. Wyszarpnąłem miecz. Ale zanim rosły, brodaty osobnik, teraz doskonale widoczny na tle jaśniejącego nieba zbliżył się do mnie, Serana również rzuciła wampirze zaklęcie. Pojawiła się druga mgiełka. Napastnik zwolnił, jakby zaskoczony, po czym machnął kilka razy dwuręcznym brzeszczotem, ani razu mnie nie trafiając. Słabł z chwili na chwilę. Wykonał jeszcze kilka niezdarnych kroków w stronę Serany, by w końcu upaść na kolana.

     - Och, nie… - jęknął z bólem.

     Przez chwilę kołysał się jeszcze, jak roślina na wietrze, po czym upadł, aby już nie wstać. Oczy Serany pojaśniały, jakby nagle przybyło jej sił. Nic dziwnego, trafił jej się niespodziewany, w dodatku bardzo obfity posiłek. Odetchnęła głęboko, z wyraźnym zadowoleniem. Jednak pozostała poważna, wciąż przygotowana do rzucenia kolejnego zaklęcia, w kierunku drugiego wampira, czającego się w ciemności. W dłoni zajarzył jej się płomień.

     - Laas-yah-nir! – użyłem Szeptu Aury.

     Przyczajona postać ukazała się w całej okazałości.

     - Razem! – rzuciła Serana.

     Nie czekając, aż iluzja zniknie, rzuciłem się naprzód z obnażonym mieczem. Moja towarzyszka ruszyła ze mną ramię w ramię, gotowa zająć przeciwnika płomieniem. Ale zanim dobiegliśmy do wampira, ten podniósł dłoń i zawołał.

     - Wulfhere!

     Zdumiony zwolniłem kroku. Głos był kobiecy i wydawał mi się znajomy. Powstrzymałem Seranę, która już miała zaatakować.

     - Ktoś ty? – rzuciłem w kierunku blednącej już poświaty.

     - To ja, Sybilla – odpowiedziała postać.

     - Sybilla? – opuściłem miecz. – Sybilla Stentor?

     - We własnej osobie – odpowiedziała, wychodząc z cienia.

     Serana spojrzała na mnie, nieco zdezorientowana, ale widząc, że chowam miecz do pochwy, opuściła ręce i wygasiła przygotowane do wypuszczenia zaklęcie. Uniosłem dłoń w pozdrawiającym geście. Sybilla uczyniła to samo. Zbliżyliśmy się do niej. Obie wampirzyce obrzuciły się nieufnymi spojrzeniami.

     - Na pewno jesteś członkiem Obrońców Świtu? – spytała Sybilla. – Oni raczej zabijają wampiry.

     - To jest Serana – odrzekłem. – Córka lorda Harkona.

     Oczy Sybilli zwęziły się.

     - Ta, którą uratowałeś z krypty?

     - Ta sama – przytaknąłem. – I chociaż brzmi to dziwnie, pomaga mi w moim zadaniu.

     - Rzeczywiście, dziwne – prychnęła Sybilla. – Niewiele jest na świecie wampirów skłonnych do pomocy Obrońcom Świtu.

     - Ty podobno jesteś – odezwała się Serana urażonym tonem. – Dlaczego nie ja?

     Sybilla uśmiechnęła się lekko.

     - No tak, skoro ja, dlaczego nie ty? – odrzekła, przyglądając jej się uważnie. – Logika nie do odrzucenia. Chyba musimy poważnie porozmawiać.

     - Ale może lepiej nie tutaj – odrzekłem. – Wejdźmy do miasta, póki jeszcze słońce nie wzeszło. Zapraszam do Dumnej Wieżycy.

     Sybilla skinęła głową.

     - Dyskrecja przede wszystkim – mruknęła. – Cóż, chodźmy.

     I całą trójką skierowaliśmy się do baszty.


piątek, 19 stycznia 2024

Rozdział XVII – Wędrówki nocą

     Źle spałem. Nie przestawiłem się jeszcze na nocny tryb życia i budziłem się co chwila. Kilka razy coś mi się przyśniło, jednak żadnego z tych snów nie zapamiętałem.

     Zwlokłem się z posłania i wyszedłem na zewnątrz, gdy słońce, lekko zaczerwienione, dotykało już szczytów pobliskiego pasma gór. Uśmiechnąłem się do niego z pewną tęsknotą, żałując, że tak rzadko będę je teraz oglądał. A potem zacząłem przyrządzać skromny posiłek. Rozpaliłem ogień i napełniłem wodą podróżny garnuszek, wsypując do niego kilka garści palonego zboża, zmielonego z cykorią. Nadziałem też na patyk kilka niewielkich kawałków mięsa. Przy tej czynności zastała mnie Serana, która również wyszła z groty. Z obawą zerknęła na słońce i przysłoniła oczy ręką, jakby ją to zabolało. Natychmiast cofnęła się do cienia, rzucanego przez ścianę jaskini.

     - Dobrze spałaś? – spytałem, w zasadzie tylko po to, by przerwać milczenie.

     - Owszem – odparła cichym głosem. – Robisz śniadanie?

     - Śniadanie, albo kolację – wzruszyłem ramionami. – Ze względu na porę, sam nie wiem, jak to nazwać. Obie nazwy pasują.

     Uśmiechnęła się lekko.

     - Szkoda, że nie możemy biesiadować razem – odezwała się cicho. – Mam nadzieję, że w drodze będzie okazja, żebym i ja się posiliła. Mogę nie jeść bardzo długo, ale w końcu będę musiała.

     Na te słowa poczułem mrowienie na karku. Przeszył mnie dreszcz. Zauważyła to i od razu na jej twarzy pojawił się grymas.

     - Nie ciebie miałam na myśli – prychnęła. – Przecież sam zabijasz, gdy napotkasz zbója, więc dlaczego mnie za to potępiasz?

     Wziąłem głęboki oddech.

     - Nie potępiam cię – szepnąłem. – Po prostu, chwilami zapominam, kim jesteś. Gdy mi o tym przypominasz, robi mi się nieswojo.

     Milczała przez chwilę, po czym lekko skinęła głową.

     - Jestem w stanie to zrozumieć – odrzekła. – Ale ja się nie zmienię, więc lepiej przywyknij.

     Zacisnąłem zęby. Łatwo powiedzieć, przywyknij! Do tego, żeby wciąż oglądać się na nią przez ramię? Chciałem jej zaufać, ale nie umiałem. Za mało o niej wiedziałem. Nie miałem pojęcia, czy kieruje się w swym postępowaniu jakimiś zasadami, a jeśli tak, to jakimi? Na pewno innymi niż ja, ale na ile innymi?

     Przez dłuższą chwilę oboje milczeliśmy. Odezwała się dopiero, gdy w garnuszku zabulgotało, a ciemny kożuch zaczął unosić się ku górze. Wprawnym ruchem zdjąłem garnek z paleniska i niepewnie spojrzałem w jej stronę.

     - Jeśli to nie kłopot, to tak, chciałabym tego spróbować – odezwała się. – Bo o to chciałeś zapytać, prawda? Ma ciekawy zapach.

     - Prawda – mruknąłem. – Nie mam drugiego kubka. Ale jakoś sobie poradzimy.

     Zawsze nosiłem w kieszeni mały kawałek płótna, przez który odcedzałem sobie ten napój. Użyłem go, aby napełnić drewniany kubek, po czym resztę odcedziłem do niedużej miseczki, którą też zawsze nosiłem przy sobie. Podałem jej kubek, a sam, po opłukaniu garnuszka, wlałem doń zawartość miski. Z lubością łyknąłem gorącego napoju i spojrzałem na Seranę. Niepewnie podniosła kubek do ust i ostrożnie spróbowała.

     - Gorzkie – skrzywiła się. – Przyjemnie pachnie, ale strasznie gorzkie.

     - Za to świetnie rozgrzewa – odparłem, pociągając ostrożnie łyk parującego napoju.

     - Cóż, na mnie nie ma takiego wpływu – uśmiechnęła się przepraszająco. – Ale podoba mi się jego zapach.

     Milczałem przez chwilę, zanim odważyłem się zapytać.

     - A czy ty… Czy w ogóle pijasz cokolwiek, poza krwią? Czy przyjmujesz jakieś normalne pożywienie?

     Spojrzała na mnie swoimi świecącymi oczami. Zauważyłem, że poczuła się dotknięta moim pytaniem, choć na razie nic nie odpowiedziała

     - Ech, nie tak miało to zabrzmieć – westchnąłem. – Nie chciałem ci dopiec, tylko… Ja po prostu nie wiem, jak się przy tobie zachować. Czy mam przygotowywać dwa posiłki, również dla ciebie? Pytam, bo nie wiem.

     Odwróciła głowę i spojrzała w dal.

     - Czasem czegoś popróbuję – odrzekła. – Ale nie z głodu. Nie muszę jeść, ani pić. Ale czasem, jakiś kąsek, dla czystej przyjemności. Mój smak jest jednak inny niż twój. To co ty uznałbyś za przysmak, mnie może wręcz brzydzić. I odwrotnie… W każdym razie, nie przejmuj się mną, sama sobie poradzę. Nie potrzebuję twojej żywności.

     Po tych słowach skinęła mi głową i schowała się na powrót w grocie. Nie wiedziałem, po co, ale dzięki temu mogłem posilić się, nie czując się skrępowany jej obecnością. Może zresztą o to właśnie jej chodziło? Czułbym się dziwnie, gdybym jadł sam, a ona patrzyła mi ręce.

     Słońce schowało się za góry, gdy skończyłem, zadeptałem ogień i chwyciłem swój rynsztunek. Natychmiast wysunęła się z groty, jakby na to czekała.

     - Idziemy? – spytała.

     Skinąłem głową.

     - Dziś do Wichrowego Tronu – odparłem i dodałem spoglądając na nią. – Dalej chyba nie zdołamy dojść. Tam, w gospodzie, będziemy musieli przeczekać dzień. Niestety, tym razem nie zdołamy uniknąć ludzi. Mam nadzieję, że nikt nie odkryje, kim jesteś.

     Westchnęła cicho.

     - Postaram się zachowywać zwyczajnie – zapewniła. – Jeśli będzie trzeba, dla zachowania pozorów nawet zjem i wypiję co nieco. Mam nadzieję, że da się tam znaleźć kąt na tyle ciemny, żeby światło słońca mi nie zaszkodziło.

     Ruszyliśmy w drogę. Zeszliśmy do głównego traktu i skręciliśmy w prawo, w kierunku Mzulft, Gajkyne i Wichrowego Tronu. Niewiele rozmawialiśmy, bowiem w nocy trzeba głównie nasłuchiwać. Tu, w tych lasach, można było spodziewać się wielu drapieżników. Żyły tu wilki, niedźwiedzie, trolle, czy śnieżne pająki. I oczywiście, zaatakował nas niedźwiedź, których w tym rejonie było sporo. Nie zdołał nam jednak zrobić krzywdy, bo dostał najpierw błyskawicą od Serany, a potem strzałę w samo serce ode mnie.

     - Szkoda, że był tak blisko – mruknęła Serana. – Gdyby nie umarł od razu, mogłabym wysączyć trochę życia chociaż od niego.

     - To możesz się żywić zwierzętami? – spytałem zdziwiony.

     Potrząsnęła głową.

     - To tylko trochę oszukałoby głód, ale nie dałoby mi siły – odparła. – Żeby się posilić, muszę wysączyć krew, albo energię witalną, z rozumnego stworzenia.

     - A możesz napić się jego krwi?

     Znów zaprzeczyła.

     - Tylko dopóki był żywy – odparła. – W martwej krwi nie ma życiowej energii. A i żywa krew nie posiliłaby mnie na długo. Jest jak woda, którą pijesz, by napełnić żołądek i oszukać głód. Niestety – rozłożyła ręce – muszę się rozejrzeć za inną zdobyczą.

     Skinąłem głową, choć zrobiło mi się nieswojo. Ruszyliśmy dalej, zostawiając truchło na ziemi. Nie było czasu, by odzierać go ze skóry. Rozlegające się tu i ówdzie głosy wilków upewniły mnie, że świeża niedźwiedzia tusza się nie zmarnuje.

Trakt do Wichrowego Tronu tuż przed świtem

     Tą inną zdobyczą niespodziewanie stał się zabójca z Mrocznego Bractwa. Zaatakował nas nagle, wyprysnąwszy zza grubego pnia. Zamierzył się na mnie sztyletem, ale na czas odbiłem cios tarczą, a napastnik wylądował na ziemi. Podniósł się w miarę szybko, ale jego ruchy i tak zdawały się być spowolnione. Wiedziałem dlaczego. Dostrzegłem ciemnoczerwoną chmurkę magii wysączania życia, jaka pojawiła się między nim, a Seraną. Dobyłem miecza, ale na razie postanowiłem go nie używać, ograniczając się do obrony i utrzymania dystansu między nim a Seraną. Zamachnął się jeszcze kilka razy, za każdym razem trafiając mnie w tarczę. I za każdym razem pchnięcie było słabsze. Po chwili ledwo stał na nogach, by po następnej bezwładnie osunąć się na kamienisty trakt. Czerwona poświata znikła.

     - Nie żyje – skwitowała Serana. – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu.

     - Nie mam – uśmiechnąłem się. – Nawet jestem wdzięczny za pomoc. Czujesz się teraz lepiej?

     Odwzajemniła uśmiech i skinęła głową. Ruszyliśmy dalej.

     Po drodze musieliśmy stoczyć jeszcze jedną potyczkę, tym razem… z wampirami. Troje wampirów zaatakowało nas znienacka, gdy mijaliśmy gorące źródła. Od razu chwyciłem za miecz. Przedświt spisał się doskonale, wywołując eksplozję już przy pierwszym cięciu. Przy pomocy Serany poradziłem sobie z nimi bardzo szybko. Tak właśnie, przy pomocy Serany! Dzielnie sekundowała mi w walce, ani na chwilę nie przestając razić błyskawicami, a ostatniego wampira sama zakłuła krótkim mieczem, jaki nosiła u boku. Przez chwilę nawet pomyślałem, że nie powinienem używać Przedświtu, żeby jej nie skrzywdzić, ale okazało się, że eksplozja jej nie zaszkodziła. Nie wiedziałem, dlaczego, ale uznałem, że i tak nie rozwiążę tej zagadki sam.

     Wytarłem miecz o szatę jednego z wampirów i podniosłem na nią oczy.

     - Nie czujesz żalu, zabijając własnych ziomków? – spytałem.

     Potrząsnęła głową.

     - To nie są moi ziomkowie – odparła. – Wampiry nie są jedną wspólną rodziną, jak sądzicie. Walczymy też między sobą. Żadne z nich nie było wampirem klanu Volkihar. A ty lepiej wypij odpowiednią miksturę, jeśli ją  posiadasz. To poślednie wampiry, a takie potrafią zarazić.

     - A gdyby były to wampiry z Volkihar? – spytałem przekornie, sięgając po ciemnoróżową fiolkę z lekarstwem.

     - Nie wiem – przyznała. – Ale chyba postąpiłabym tak samo. W końcu, to one nas napadły. Bronić się wolno przecież każdemu, prawda?

     - Sądzisz, że ciebie samą także by zaatakowali? – uniosłem brwi. – Pomimo tego, kim jesteś?

     - Właśnie dlatego, kim jestem – skinęła głową. – Nie zabiliby mnie wprawdzie, ale pojmali i siłą doprowadzili do zamku. Mój ojciec potrzebuje mnie żywą. Przynajmniej na razie. Pragnie złożyć mnie w ofierze w jakimś strasznym rytuale. Jak widzisz, ja też mam powody, żeby się przed nimi bronić.

Przyznam, że ten argument brzmiał przekonująco. O ile był szczery… Z tyłu głowy wciąż bowiem kołatała mi myśl, że lord Harkon również mógł wysłać ją z misją, aby znalazła kogoś, kto może odczytać Pradawny Zwój. I być może Serana kroczy teraz u mojego boku wcale nie po to, by znaleźć sposób na pokonanie go, ale przeciwnie – aby mu pomóc. O samym proroctwie i rzekomym rytuale wiedziałem tylko tyle, ile mi powiedziała.

     Tymczasem Serana, podobnie jak ja przed chwilą, wytarła swoje ostrze o szatę jednego z wampirów. Rzuciłem okiem na jej miecz. Miał krótką klingę, przystosowaną do zadawania pchnięć. Doskonała broń do walki w ciasnych pomieszczeniach. Robota niewątpliwie elfia, na co wskazywały charakterystyczne dla altmerskiej kultury, aczkolwiek bardzo oszczędnie rozmieszczone na rękojeści ornamenty. Widać, wykuto go dawno temu, jeszcze zanim powstał dzisiejszy, pełen przepychu thalmorski styl.

     Po drodze, jeszcze przed granicą śniegów, zrobiliśmy ostatni, krótki postój, na szybki posiłek. Nic więcej nie zakłóciło już naszej wędrówki. Niebo na wschodzie zaczynało już jaśnieć, więc nie marudziłem zbytnio. Co do Serany, stwierdziła, że czuje się syta i nie potrzebuje niczego. Siadła na kamieniu w pobliżu i przymknęła powieki, jakby drzemała i cierpliwie poczekała, aż schrupię swoje suchary i przeżuję kawał szynki. Czas podróży przypadkiem wyliczyliśmy wręcz idealnie, aby przez bramę Wichrowego Tronu przejść już za dnia. W dzień nie trzeba było z niczego tłumaczyć się strażnikowi, ani nie sprawdzał on tak dokładnie nowo przybyłych. Poza tym, co też nie było bez znaczenia, błyszczące oczy Serany nie były tak bardzo widoczne. Jedynie bladość jej twarzy mogła wzbudzić podejrzenia, ale miałem nadzieję, że wcześnie rano strażnicy nie będą aż tak czujni.

     Ponieważ w tym samym kierunku z okolicznych farm zdążało kilkoro rolników, dołączyliśmy do tej niewielkiej karawany. Moje thalmorskie blachy przykuły wprawdzie uwagę, ale ponieważ moja sława dotarła również tutaj, strażnicy szybko przestali się nimi interesować. Cieszyłem się nawet z tego powodu, bowiem uwaga strażników skupiała się na mnie, a nie na mojej towarzyszce. Bez problemu przekroczyliśmy bramę i znaleźliśmy się w gospodzie, gdzie wynajęliśmy sobie dwa małe pokoiki. Właścicielka gospody znała mnie i wiedziałem, że przed plotkami nie ucieknę. Sam więc bąknąłem kilka słów o eskortowaniu cyrodiilijskiej mistrzyni z Tajemnego Uniwersytetu do akademii w Zimowej Twierdzy.

Wichrowy Tron. Gospoda "Pod Knotem"

     Przyszło mi też do głowy, że pomysł Lydii, aby zakupić tutaj posiadłość po Rzeźniku, wcale nie był taki głupi. Mielibyśmy się gdzie skryć tego dnia, nie będąc narażeni na ludzką ciekawość. Muszę to kiedyś dokładnie przemyśleć.

     Przespałem prawie cały dzień. Wieczorem kupiłem tylko parę drobiazgów, między innymi prowiant na drogę i kilka fiolek mikstury, leczącej choroby. Serana również nie marudziła i gdy tylko zastukałem w drzwi jej pokoju, ukazała mi się od razu w pełnym rynsztunku. Opuściliśmy miasto w czerwonych promieniach zachodzącego słońca.

     Wędrowaliśmy całą noc. Pogoda zaczęła się psuć. Chmury zasnuły gwieździste dotąd niebo i zaczął prószyć śnieg. I tym razem zaatakowały nas wampiry i ponownie zostały przeze mnie szybko pokonane, przy ogromnej pomocy Serany, co muszę uczciwie przyznać. Droga do Zimowej Twierdzy była jednak na tyle daleka, że nie starczyło nam nocy i ranek zastał nas kawałek drogi za Fortem Kastav, gdy maszerowaliśmy już traktem do Zimowej Twierdzy. Dobrze się złożyło, że naszły grube i ciężkie chmury, tak że pomimo dnia, wciąż panowała szarzyzna. W pogodny ranek, ten biegnący wschodnim zboczem góry trakt, bywał bardzo jasno oświetlony, a słońce, odbijające się od wszechobecnego tutaj śniegu, potrafiło oślepić nawet Norda, nie wspominając nawet o Seranie. Przed południem, mocno utrudzeni, dotarliśmy w końcu do Zimowej Twierdzy i majaczących za miastem murów akademii.

Fort Kastav

     Powitałem ten widok z prawdziwą radością. Przeprowadziłem moją towarzyszkę po wyszczerbionym moście i wkrótce promiennym uśmiechem zostaliśmy powitani przez Faraldę.

     - Tęsknisz jednak do murów Akademii – pokiwała żartobliwie głową.

     - Bardziej do jej mieszkańców – roześmiałem się, ściskając jej dłoń. – Choć po prawdzie, to przybywam z pewną bardzo tajną misją.

     - Któż ci ją zlecił? – uśmiechnęła się i spojrzała nieco zaskoczona na Seranę. – I kogóż nam tu przyprowadzasz? No, chyba że jest aż tak tajna…

     Serana skłoniła lekko głowę i uprzejmym tonem wymieniła swoje imię.

     - To właśnie część mojej misji – wyjaśniłem. – Jak zauważyłaś, moja towarzyszka jest wampirem, ale zapewniam cię, że nikt z obecnych tutaj nie musi się jej obawiać. A misję nałożyli na mnie Obrońcy Świtu.

     Faralda pokręciła głową, ale wciąż się uśmiechała.

     - Wiem, kim są Obrońcy Świtu i spodziewałabym się raczej, że będą zwalczać wampiry, zamiast się nimi opiekować – spojrzała ciepło na Seranę. – Ale domyślam się, że jesteś szczególnym rodzajem wampira, a skoro arcymag za ciebie ręczy, to pozostaje mi tylko ciepło cię powitać w murach naszej uczelni.

     Kamień spadł mi z serca. Tak naprawdę nie wiedziałem, jak magowie zareagują na obecność Serany, choć po cichu liczyłem na ich zrozumienie. Tymczasem większość z nich taktownie nie zadawała żadnych pytań. Gdy ruszyłem w głąb budynku, chcąc przywitać się ze wszystkimi, nikt nawet nie okazywał zdziwienia na widok wampirzycy. To wszystko, bez wyjątku, były otwarte umysły, nie kierujące się żadnymi uprzedzeniami. W zasadzie tylko Erenthir, swoim pogodnym zwyczajem, rzucił żartobliwe pytanie, czy powinien się jej bać, na co ona odpowiedziała uprzejmym uśmiechem i potrząśnięciem głowy.

     Spytałem, oczywiście, o Kapłana Ćmy. Kilkoro z magów potwierdziło, że niedawno złożył wizytę w Akademii, ale już ją opuścił.

     - Interesowały go jakieś dokumenty – poinformował mnie Tolfdir. – Skierowaliśmy go więc do Arcaneum. Urag na pewno powie ci coś więcej. Spędzili razem trochę czasu.

     Ale Urag akurat zrobił sobie przerwę w urzędowaniu i nie było go w Arcaneum. Byłem zmęczony i nie chciało mi się go szukać. Biblioteka znajdowała się na pierwszym, a komnata arcymaga na drugim piętrze, więc miałem jeszcze tylko tyle siły, żeby wspiąć się po schodach na górę. Zanim jednak to zrobiłem, poprosiłem obecną w Arcaneum Niryę, aby zaprowadziła Seranę do jakiejś wygodnej kwatery.

     Nirya zrobiła zakłopotaną minę.

     - Czy… czy zwykłe łóżko ci wystarczy? – spytała. – Czy też potrzebujesz czegoś szczególnego?

     - Szczególnego? – Serana podniosła na nią swe świecące oczy. – Nie rozumiem.

     - No, wiesz – Nirya uczyniła przepraszający gest dłonią. – Nie znam waszych obyczajów, tyle tylko co z podań. A podania mówią, że wampiry sypiają w trumnach… Nie wiem, czy to bajka, czy rzeczywistość. Wybacz, nie chcę ci w żaden sposób dopiec, po prostu nie wiem…

     Moja towarzyszka westchnęła lekko i pokiwała głową ze zrozumieniem.

     - To prawda, sypiają w trumnach – przyznała. – Z kilku powodów. Głównie dlatego, że jest w nich doskonale ciemno. Ale tak, zwykłe łóżko mi wystarczy, o ile nie dociera tam zbyt dużo światła słonecznego.

     - Ulokuję cię w Komnacie Spokoju – Nirya wskazała jej dłonią kierunek, zapraszającym gestem. – Tędy. Kilka komnat jest tam całkiem mrocznych, zupełnie bez okien. Mam nadzieję, że to wystarczy. Bo w innym przypadku mogę ci zaproponować jedynie podziemia Midden – wskazała palcem w dół – a to niezbyt przyjemne miejsce.

Faralda w jednym z pomieszczeń w Komnacie Spokoju

     Serana skinęła mi głową i udała się za Niryą. Ja zaś wdrapałem się na drugie piętro i ledwo zdjąłem z siebie skorupy, rzuciłem się na łóżko, by natychmiast zasnąć.

     Obudziłem się późno i z niepokojem zerknąłem w okno. Było już niemal ciemno, jedynie na zachodzie niebo odznaczało się szarością. Przestraszony, że Urag skończył już na dziś urzędowanie, zerwałem się z łóżka.

     Moje obawy jednak były płonne. Stary Orsimer siedział w swoim ulubionym fotelu przy biurku, zatopiony w lekturze jakiejś księgi. Gdy mnie ujrzał, przez jego usta przebiegł cień uśmiechu.

     - Kogo widzę!? – odezwał się swoim niskim głosem. – Przypomniałeś sobie o akademii?

     Uścisnęliśmy sobie ręce.

     - Jakiej to księgi teraz poszukujesz? – zapytał.

     - Nie szukam księgi – potrząsnąłem głową. – Tylko Kapłana Ćmy. Podobno był tu kilka dni temu i rozmawiał z tobą.

     Urag spojrzał na mnie wzrokiem, na poły rozbawionym, na poły gniewnym.

     - Kapłan Ćmy? – powtórzył. – Na Otchłań, po co ci Kapłan Ćmy?

     Roześmiałem się, zdając sobie doskonale sprawę, że on tylko przekomarza się ze mną, na swój chropawy, orkowy sposób. A był to z jego strony najwyższy możliwy sposób okazywania sympatii. Odetchnąłem pełną piersią, zdając sobie nagle sprawę, że znajduję się pośród samych przyjaciół. Byliśmy jedną, dużą, choć bardzo różnorodną rodziną.

     - Swoje sprawy zachowam dla siebie – odburknąłem żartobliwie. – Powiedz mi to, co chcę wiedzieć.

     W rozmowie z kimś innym mogło to być uznane za nieuprzejme, ale Orsimerowie bardzo cenili sobie bezpośredniość. Tak też odebrał to stary bibliotekarz. Znów się uśmiechnął.

     - Dobrze już, dobrze, nie gorączkuj się tak!

     Po czym nieznacznie zmrużył jedno oko.

     - Oczywistym ruchem byłaby wizyta w Cesarskim Mieście – odparł, siląc się na niedbały ton. – Kapłani Ćmy mają przecież siedzibę w biało-złotej wieży.

     Pochyliłem się nad nim, marszcząc brwi w niemej groźbie. Udał, że się przestraszył.

     - Czasami podróżują w poszukiwaniu Prastarych Zwojów – dodał szybko. – Na twoje szczęście jeden z Kapłanów Ćmy przemierza obecnie Skyrim właśnie w tym celu.

     - To już wiem – jęknąłem żałosnym tonem.

     Roześmiał się rubasznie i chyba uznał, że dość żartów, bo zmienił ton na całkiem rzeczowy.

     - Zatrzymał się, by przestudiować jakieś księgi w bibliotece – odezwał się tym razem bez żadnej ironii. – Nawet nie wiem jakie, bo dałem mu pełną swobodę i sam sobie szperał po półkach. A potem wyruszył do Smoczymostu. Tak przynajmniej twierdził. Ale po co, to już nie powiedział, a ja jestem zbyt taktowny, by o to pytać. Jeśli się pospieszysz, może go tam znajdziesz.

     - Kiedy ruszył?

     Urag podrapał się po brodzie.

     - Trzy… Tak, trzy dni temu, o świcie. Ale jechał furmanką i było z nim kilku cesarskich żołnierzy. Nie wiem, dwóch, albo trzech.

     Podziękowałem bibliotekarzowi i zamyślony wróciłem do komnaty arcymaga. Niby kapłan jechał furmanką, ale tutaj wśród legionistów panował zwyczaj, że przynajmniej jeden żołnierz z eskorty szedł pieszo przed powozem i zwracał uwagę na wszelkie niebezpieczeństwa, jakich w Skyrim nie brakowało. Zatem, wcale nie poruszał się tak szybko, jak można było zakładać. Furmanek używano tu nie do końca po to, by przyspieszyć podróż, ale raczej by się w niej zbytnio nie zmęczyć, oraz oczywiście, jeśli trzeba było przewieźć coś ciężkiego. Problem w tym, że Smoczymost leżał dość daleko, a to znaczyło, że można było dostać się tam kilkoma różnymi drogami i nie miałem pojęcia, którą wybrał kapłan i jego eskorta. Próbowałem wczuć się w jego sytuację. Co ja bym zrobił na jego miejscu? No cóż, zawróciłbym do fortu Kastav i ruszył dalej szlakiem na zachód, najpierw do Gwiazdy Zarannej. Po drodze stała spora gospoda „Przy Nocnej Bramie”, w której mogli wygodnie przenocować. Dalej był fort Dunstad, placówka wprawdzie wojskowa, ale na jej terenie leżał wyszynk, udostępniony dla podróżnych. Skoro miał wojskową eskortę, tym bardziej nie powinien mieć z tym problemów. Dokąd potem? Chyba do samej Gwiazdy Zarannej. A dalej czekała długa podróż aż do Morthalu. Trzeba było dobrze wyciągać nogi, aby zdążyć tam w jeden dzień, a po drodze nie było żadnych cywilizowanych miejsc na nocleg. Później, z Morthalu do Smoczymostu, nie było już daleko, wystarczyło pół dnia pieszo i to niezbyt szybkim tempem.

     Z moich obliczeń wynikało, że kapłan powinien znajdować się teraz gdzieś w okolicach Gwiazdy Zarannej. Jeśli, oczywiście, powędrował tą właśnie trasą. Czy mogłem ją sobie skrócić? Oczywiście, ponieważ była to okrężna droga. Idąc pieszo, nie musiałem wybierać przejezdnych traktów, o łagodnym nachyleniu. Mógłbym iść skalistym wybrzeżem, albo przez Alftand i w ciągu zaledwie jednej nocy dotrzeć do Gwiazdy Zarannej…

     Tak, czy inaczej, trzeba się zbierać do wyjścia. Włożyłem zbroję, sięgnąłem po swój ekwipunek i zszedłem na dół. Gdy wyszedłem na dziedziniec, zerknąłem w niebo. Było pogodne, a wiatr ustał zupełnie. Wyszedłem na most i zerknąłem w stronę gór na zachodzie. Chyba nie dopadnie nas żadne załamanie pogody? Tam, wysoko w górach, było to niebezpieczne. Postanowiłem jednak zaryzykować. Czas udać się po moją towarzyszkę.

     Komnata Spokoju to w zasadzie nie była komnata, tylko spora, piętrowa rotunda, w której znajdowało się tak naprawdę wiele komnat. Była to mieszkalna część Akademii. Musiałem zajrzeć do kilku, zanim znalazłem tę właściwą, oświetloną tylko małym płomykiem kaganka. Serana jeszcze spała, więc lekko potrząsnąłem jej ramieniem. Otworzyła swe błyszczące oczy.

     - Już wieczór – skinąłem jej głową. – Jeśli wypoczęłaś, proponuję ruszać w drogę. Czeka nas przeprawa przez góry.

     Mrugnęła powiekami, na znak, że zrozumiała, po czym ziewnęła lekko, przysłaniając usta dłonią. Gest ten wydał mi się tak ludzki, że przez chwilę poczułem do niej sympatię. Jednak zamiast pocierać oczy, czy przeciągać się, jak zwykli czynić to ludzie, ona momentalnie i bez ceregieli podniosła się z łóżka i stanęła obok mnie. To rozwiało chwilową iluzję i przypomniało mi, że jednak nie jest ona człowiekiem.

     Nie marudziliśmy. Wyszliśmy na most, zeszliśmy do Zimowej Twierdzy, by po przejściu kilkuset kroków skręcić w prawo, na stromy górski szlak.

     - Tu tylko na początku jest stromo – zapewniłem ją. – Dalej teren robi się bardziej płaski.

     Skinęła głową i w milczeniu podążyła za mną.

     Pamiętałem, że mniej więcej w połowie drogi na szczyt znajdowało się miejsce, które upodobały sobie śnieżne trolle. Dlatego rozglądałem się uważnie na  wszystkie strony, systematycznie przeczesując okolice Wykryciem Życia. Ale troll chyba wyniósł się z tej okolicy, bo poza kilkoma górskimi kozami, nie wiadomo czego tu szukającymi, niczego nie dostrzegłem. No, może jedynie powróciło do mnie uczucie niepokoju, gdy obok mnie znów nie rozświetliła się błękitna poświata mojej towarzyszki. To przypomniało mi, że u mego boku kroczy ktoś zupełnie inny i poczułem nagle gniecenie w piersiach. Czy tak objawia się tęsknota?

     Gdy naszym oczom ukazał się wreszcie rozległy płaskowyż, jasno oświetlony przez oba księżyce, odetchnąłem głęboko. Najgorsza część wspinaczki za nami. Wiało tu trochę mocniej, ale nie tak, żeby zimno przenikało do kości. Ruszyłem wydeptaną przez górskie kozy ścieżką. Serana dotrzymywała mi kroku.

     Połowa nocy minęła, gdy moja towarzyszka nagle położyła mi dłoń na ramieniu. Zrazu wzdrygnąłem się i szybko zerknąłem w jej stronę, chcąc odgadnąć jej zamiary. Ale ona nie miała na myśli niczego złego. Drugą ręką wskazała na coś w oddali. Wytężyłem oczy.

     - Coś się tam rusza – oznajmiła. – Coś dużego i ciemnego. Obawiam się…

     Nie dokończyła. Odruchowo oboje opadliśmy na kolana, chowając się w cieniu. Nie od razu to dostrzegłem. Wykrycie Życia nic mi nie pokazało. Zdecydowałem się użyć Krzyku. Szept Aury zapalił wokół mnie życiowe poświaty kilku drobnych zwierząt. W kierunku, wskazanym przez jarzącą się teraz purpurowym światłem Seranę ujrzałem zarysy dwu postaci. Dość daleko.

     - Trolle? – spytała Serana.

     Potrząsnąłem głową.

     - Gdyby to były trolle, pokazałoby mi je już samo zaklęcie – odparłem. – To muszą być nieumarli. Czyżby twoi ziomkowie?

     Przez dłuższą chwilę wpatrywaliśmy się w obie postacie. Teraz, gdy już wiedziałem gdzie ich szukać, widziałem je całkiem wyraźnie, ale wciąż nie wiedziałem, kim one są.

     - To gargulce – szepnęła niespodziewanie Serana. – Ciekawe, czego tu szukają… Lepiej zachowaj ciszę, one mają świetny słuch.

     Westchnąłem. Gargulce były niebezpiecznymi przeciwnikami. Mogły nas poszczerbić, o ile nie uda mi się zastrzelić ich z daleka. Ale w nocy strzał na tę odległość nie był pewny.

     - Dobrze je widzisz? – spytałem szeptem.

     Skinęła głową. No cóż, była wampirem, a więc stworzeniem nawykłym do ciemności. Byłoby dziwne, gdyby nie widziała w nocy lepiej ode mnie.

     - Co one robią?

     - Idą w stronę gór – odparła, po czym lekko się uśmiechnęła. – Gdy tak idą, wyglądają niezdarnie. Kołyszą się jak starcy. Ale potrafią szybko biegać, więc niech cię to nie zwiedzie. I są dość żywotne – spojrzała na mnie, przekrzywiając ironicznie głowę. – Jeśli można tak powiedzieć o kimś, kto tak naprawdę nie żyje.

     Skierowała wzrok z powrotem na gargulce.

     - Oddalają się – oznajmiła. – Nie walczmy, gdy nie trzeba. Proponuję je obejść.

     Zgodziłem się z nią. Przez dłuższą chwilę oboje wytrzeszczaliśmy oczy w tamtym kierunku. Potem znów użyłem Szeptu Aury. Ich poświata była ledwo widoczna. Uznałem, że oddaliły się na bezpieczną odległość.

     - Nie czekajmy dłużej – odezwałem się, wstając na równe nogi. – Musimy dojść do Gwiazdy Zarannej najpóźniej o świcie. Niebo jest pogodne, wokół pełno śniegu. Słońce potrafi oślepić nawet mnie, a tobie pewnie zaszkodzi.

     Wdzięcznym ruchem podniosła się z kolan. Ruszyłem przed siebie. Zrównała się ze mną i przez pewien czas szliśmy ramię w ramię. Niezadługo zamajaczyły przed nami złociste wykończenia wieżyczki Alftand – dwemerskiej budowli, przez którą swego czasu, wraz z Lydią przedostaliśmy się do Czarnej Przystani. Minęliśmy ją, wymieniając kilka zdawkowych uwag, na temat ciekawej, dwemerskiej architektury. W tej materii nie było między nami wielkiej różnicy zdań. Obojgu nam się podobała, aczkolwiek Serana stwierdziła, że znacznie bardziej podoba jej się styl elfi. Jej zdaniem, dwemerskie budowle, a także przedmioty codziennego użytku, aczkolwiek misternie wykonane, nie mają w sobie „tego czegoś”.

     - Co masz na myśli? – dopytywałem.

     - Nie wiem, jak to ująć w słowa – odrzekła zamyślona. – Bardziej podoba mi się elfia stylistyka. Lekka w formie, sprawia wrażenie, jakby budowla miała zaraz wzbić się w powietrze. Ale dwemerska też ma swój urok.

     Niby zwykła, zdawkowa uwaga, a jednak pozwoliła mi na chwilę zapomnieć, kim ona jest. Zaskarbiła sobie tymi słowami kolejną, niewielką porcję mojej sympatii.

     Niedługo później minęliśmy nieczynną latarnię morską i ścieżka zaczęła opadać. Ucieszyłem się na tę okoliczność, bo za naszymi plecami zaczynało już świtać. Właśnie minęliśmy ośnieżony wąwóz, gdy zza skał wyłonił się szczyt Wieży Świtu. Zatrzymałem się gwałtownie. Przyszło mi bowiem do głowy, że zamiast zatrzymywać się w Gwieździe Zarannej, moglibyśmy spędzić dzień właśnie tutaj. Erandur chyba nie odmówi nam gościny. Po krótkim namyśle, skierowałem swoje kroki w prawo. Serana podążyła za mną.

     - Co to za budowla? – spytała. – Wygląda, jakby najlepsze swoje lata miała już dawno za sobą.

     - To Wieża Świtu – odparłem. – Kiedyś siedziba czcicieli Vaerminy. Teraz w przedsionku znajduje się kapliczka Mary, a ze świątyni Vaerminy zostały resztki.

     - Mieszka tam ktoś?

     - Tylko jeden kapłan – uspokoiłem ją. – Jest moim przyjacielem. Może pozwoli nam odpocząć w wieży. Zawsze to lepiej, niż pchać się do miasta, między ludzi.

     - Z mojego powodu? – bardziej stwierdziła, niż spytała.

     Przystanąłem.

     - No cóż – zająknąłem się. – Tak z twojego powodu. Chyba nie chcesz, żeby ludzie cię rozpoznali i roznieśli na mieczach? Nie miej mi tego za złe, ale przy całej swojej urodzie jesteś dość… jakby to ująć, dość charakterystyczna. Masz bardzo bladą cerę i świecące oczy. W takich miastach jak to, położonych z dala od centrum, mieszkańcy uważnie przyglądają się obcym.

Świątynia Nocnego Zewu i górująca nad nią Wieża Świtu

     - Rozumiem – skinęła głową. – I choć wiem, że chodzi ci tylko o wypełnienie zadania, i tak jest mi miło, że się o mnie troszczysz. Doceniam to, naprawdę.

     - Nie ma sprawy – mruknąłem, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć.

     Miała rację, ale nie do końca. Zależało mi na jej bezpieczeństwie nie tylko z uwagi na zadanie. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że gdyby coś jej się stało, odczuwałbym prawdziwy żal. Czyżbym zaczynał ją lubić? Bezwiednie pokręciłem głową, gdy uzmysłowiłem sobie, że jej dotychczasowe zachowanie naprawdę wzbudzało sympatię. Ufać wciąż jej nie mogłem, ale przynajmniej jej towarzystwo przestało być dla mnie uciążliwe. A raczej, przestałoby, gdyby nie jedno ale.

     Wciąż tęskniłem za Lydią.