poniedziałek, 17 lipca 2023

Rozdział XI – Na Pograniczu

     Gdy po dwóch dniach, bez żadnych przygód dotarliśmy do Białej Grani, postanowiliśmy zrobić sobie jednodniowy postój. Wyprawa, na jaką się wybraliśmy, miała być długa i męcząca, więc ten jeden dzień wiele nie zmieniał. Zamiast trzeciego, wyruszyliśmy czwartego dnia, ale i tak nasza podróż trwała dłużej niż zamierzaliśmy.

     Pierwszego dnia doszliśmy do Rorikstead, tak jak planowaliśmy. I w tym momencie już przestaliśmy trzymać się planu. Ten bowiem zakładał, że pójdziemy północnym traktem do Markartu, by spotkać się z Calcelmo, ale w międzyczasie Lydia wpadła na inny pomysł.

     - Popatrz – podsunęła mi mapę pod nos. – Gdybyśmy, zamiast skręcać na zachód, poszli prosto, do Smoczymostu, moglibyśmy stamtąd wyruszyć przez środek Pogranicza.

Smoczymost. Most i tartak

     Zerknąłem na mapę. Pogranicze było rozległym obszarem, bodaj czy nie największym w Skyrim. I choć brakowało tam dróg, całe pocięte było górskimi ścieżkami, wąwozami i przesmykami, wiodącymi pomiędzy stromymi skałami. To byłby wymagający szlak, nie tylko dla naszej kondycji. Czyhało tam na nas znacznie więcej niebezpieczeństw niż na szlaku. Nie tylko niedźwiedzie i wilki, ale przede wszystkim Renegaci. Idąc tamtędy, trzeba było mieć oczy dookoła głowy. Ale pomysł, by iść właśnie tamtędy, był dobry. Tak i tak musielibyśmy udać się w tamte strony, a przy okazji przeszukalibyśmy już spory teren.

     - Możemy zboczyć do Karthwasten – Lydia wskazała palcem. – Tam przenocować i rozpytać. A potem, zależy co nam tam powiedzą, albo iść dalej do Markartu, albo spenetrować po drodze okolice Bthardamz.

     - Nie bardzo to po drodze – odparłem, spoglądając na mapę. – Najpierw odbijamy na południe, potem na północ.

     Lydia pokręciła głową z dezaprobatą.

     - No, a czego się spodziewałeś? – popukała palcem w mapę. – Że pójdziesz prosto, jak po wodzie i ta cała Sorine sama się na ciebie napatoczy? Im większy teren przeszukamy, tym lepiej.

     - Ale to wciąż szukanie na ślepo – mruknąłem nieprzekonany. – Nie lepiej najpierw pogadać z Calcelmo?

     - A jeśli on nic nie wie? Założyliśmy, że może coś wiedzieć, ale przecież to nic pewnego. Nie wiemy, czy on w ogóle o niej słyszał.

     Z westchnieniem przyznałem jej rację. Rankiem udaliśmy się do Smoczymostu. Przechodząc przez Wąwóz Rabusiów, użyłem Szeptu Aury, ale w obozie było pusto. Po drodze spotkaliśmy tylko jednego, samotnego wędrowca, który pozdrowiwszy nas, przeszedł mimo. Wkrótce dotarliśmy do Smoczymostu i tam, obok tartaku, zboczyliśmy ze szlaku, kierując się w góry. Zaczęła się mozolna wspinaczka, na szczęście nie trwająca długo, aż znaleźliśmy się w znanym nam już, ciągnącym się przez dłuższy obszar wąwozie, który nazywaliśmy Wilczą Przełęczą, jako że miejsce to upatrzyły sobie wilki. Zaatakowały nas i tym razem. Na szczęście, spodziewaliśmy się tego ataku, więc zawczasu przeskanowałem okolicę Wykryciem Życia i wiedziałem, z której strony zaatakują. Gdy rozprawiliśmy się z trzema z nich, reszta watahy dała nam spokój.

     Wędrowaliśmy cały dzień, zanim naszym oczom ukazała się dolina Karthwasten. Przez cały ten czas nie spotkaliśmy żywego ducha.

Karthwasten

     Nigdy przedtem nie miałem okazji odwiedzić tej miejscowości. Była to niewielka, ale dobrze zagospodarowana górnicza osada. Stało tu kilka obszernych domostw. Ziejąca czernią jaskinia w pobliskiej skale, stanowiła wejście do jednej z dwu działających tutaj kopalni srebra. Tuż obok umieszczono dymarkę do wytapiania sztab, od której biło ciepło.

     Z największego budynku dolatywał gwar.

     - To pewnie gospoda – mruknęła Lydia, ciągnąc za klamkę. – Obyśmy tylko mieli jakiś wolny pokój.

     - Zadowolę się nawet miejscem pod schodami – odparłem. – Nie czuję już nóg.

     Weszliśmy do środka. Gwar ucichł na chwilę, a kilka par oczu zlustrowało nas od stóp do głów. Pozdrowiliśmy obecnych, jak zwyczaj nakazywał. Odpowiedziało nam kilka głosów. Rozejrzałem się zdziwiony. Miejsce wcale nie wyglądało na gospodę, raczej na jakąś salę spotkań. W dodatku, oprócz górników, których się tu spodziewałem, przebywało tu też kilku wojowników, nawet podczas kolacji nie zdejmujących z siebie zbroi, po czym łatwo poznać najemników. Ponadto, czymś, co od razu rzucało się w oczy, była wrogość pomiędzy obiema grupami. Górnicy patrzyli na nich wilkiem, a ci jedynie udawali obojętność. W rzeczywistości, nie trzeba było bystrości, aby zauważyć, że wciąż byli przygotowani na atak. Napięcie wyczuwało się w powietrzu, jak przed burzą.

     Spytałem o wolny pokój. Kilka osób pokręciło głowami. Ale poza tym, nie zwracali na nas większej uwagi. Zbyt zajęci byli sobą nawzajem.

     Na szczęście znalazł się ktoś, kto wydostał nas z kłopotu. Łysawy, mniej więcej czterdziestoletni Breton w bogatym stroju podszedł do nas i gestem zaprosił, abyśmy poszli za nim. Wyszliśmy na zewnątrz.

     - Potrzebujecie noclegu? – spytał. – Dobrze usłyszałem?

     Potwierdziliśmy.

     - Tu wszystko zajęte – odpowiedział. – Ale mogę zaprosić was do mojego domu. Nie uchodzi, aby zdrożeni wędrowcy nie mieli gdzie się podziać na noc. Chodźcie za mną.

     Ruszył w stronę sporego domu na skraju osady, a my, zdziwieni, podreptaliśmy za nim. Nie znałem wielu Bretonów i ich obyczajów, ale nie wydawało mi się, aby tak bardzo różniły się one od norskich. W końcu, nie znał nas, nic o nas nie wiedział. W dodatku nasze elfie zbroje nigdzie nie wzbudzały zaufania, jednoznacznie kojarząc się z Thalmorczykami.

     Okazało się jednak, że miał ku temu powód. Potrzebował pomocy. Gdy już ściągnęliśmy zbroje i odświeżyliśmy się nieco, zaprosił nas do stołu na kolację. Przedstawił nam się i opowiedział kilka słów o sobie. Miał na imię Ainethach i był właścicielem kopalni srebra. Gdy usłyszał nasze imiona i kilka informacji o nas, nabrał do nas jako takiego zaufania. Westchnął przeciągle i zwierzył nam się nam ze swego kłopotu.

     - Widzieliście tych najemników? –spytał. – Chcą mojej kopalni!

     Spojrzeliśmy na siebie zdziwieni.

     - Na jakiej podstawie? – spytała Lydia.

     Ainethatch westchnął przeciągle.

     - Prawem silniejszego, oczywiście – odparł. – Mieliśmy tu niedawno problem z Renegatami. Jarl akurat nie miał kogo przysłać. Więc klan Srebrno-Krwistych wynajął kilku najemnych wojowników. Ci przyszli i przepędzili ich. Ale zamiast potem pójść, gdzie oczy poniosą, zostali i żądają mojej kopalni, w zamian za ochronę, o którą nie prosiłem.

     - Żądają haraczu, po prostu – mruknęła Lydia. – Jak zbóje. Ale chcą całej kopalni? Jeszcze nigdy nie słyszałam o tak wielkim haraczu.

     - Niby chcą ją kupić – odrzekł Breton. – Ale po pierwsze, ja wcale nie chcę jej sprzedawać, a po drugie, cena jaką proponują jest śmieszna.

     - Na co najemnikom kopalnia? – mruknąłem pod nosem. – Co oni, bazę chcą sobie w niej urządzić? To przecież wojownicy.

     - Nie dla nich – odrzekł Ainetatch. – To oczywiste. Kopalni chcą ci, co ich wynajęli.

     - Przysłali ich Srebrno-Krwiści, żeby pod pretekstem ochrony przejąć kopalnię – odrzekła Lydia. – Są już właścicielami sporej kopalni w Markarcie. Przejęcie Karthwasten pozwoliłoby im na zmonopolizowanie wydobycia srebra. A przez to również podbicie ceny kruszcu.

     - O, to, to! – Ainethach z szacunkiem spojrzał na moją żonę. – Tego właśnie chcą. Nie mogą przeboleć, że moje srebro sprzedaję po niższej cenie. Już nieraz próbowali mnie mamić wyższymi zyskami i próbowali namówić na ustaloną cenę. Ale ja nie jestem chciwy. Sam kiedyś byłem górnikiem i mam sentyment do tej kopalni. Przynosi zysk i bez całej tej zmowy. To jest – zająknął się – przynosiła, jeszcze do niedawna. Bo ci tam – machnął ręką w stronę drzwi – zajęli ją siłą i nijak nie można ich stamtąd przepędzić. Nikogo nie wpuszczają. Kopalnia stoi, górnicy źli, że nie mogą pracować, coraz częściej przebąkują o tym, żeby wziąć kilofy w ręce i odbić kopalnię. No, ale zlitujcie się ludzie, to przecież tylko górnicy! Boję się, żeby nie polała się krew, bo przecież z najemnikami nie dadzą sobie rady. Niby jest ich tylko garstka, ale to jednak wojownicy. Na machaniu mieczem zęby zjedli. Jak zabarykadują się w kopalni, nie wykurzymy ich stamtąd żadnym sposobem. Okupują ją od kilku dni.

     - Nie możesz skierować górników do drugiej kopalni? – spytałem. – Widzę, że są tu dwie. Niech sobie ci najemnicy siedzą w kopalni, póki korzeni nie zapuszczą. W końcu będą musieli wyjść.

     - Tak zrobiłem – Ainethach skinął głową. – Część z nich poszła do drugiej. Ale wszystkich nie mogę przenieść, bo kopalnia tylu pracowników nie pomieści. Poza tym, ta sytuacja nikomu z nich się nie podoba. Górnicy też mają swoją godność, a ci tutaj są coraz bardziej wściekli. Jak zdecydują się na atak, nie zapanuję nad nimi.

     Spojrzeliśmy z Lydią po sobie.

     - Ilu ich jest? – spytałem.

     - Siedmiu – odparł Ainethach. – Dowodzi nimi niejaki Atar, nieprzyjemny typ.

     Pokiwałem głową.

     - Porozmawiam z nim jutro – zapewniłem. – Zobaczymy, co da się zrobić.

     - Równie dobrze możesz mówić do ściany – mruknął Ainethach.

     Ja jednak byłem dobrej myśli. Atar nie miał dobrej pozycji przetargowej. Sytuacja była patowa. Jeśli użyłby przemocy w stosunku do cywilów, sam postawiłby się poza prawem, a wtedy można byłoby ich zwyczajnie wytłuc, jak zwykłych zbójów. Sami nie dalibyśmy rady, ale z pomocą górników można było tego dokonać. A jeszcze lepiej posłać po posiłki do Smoczymostu. Kapitan Maro na pewno nie odmówiłby nam pomocy, a z regularnym wojskiem siedmiu najemników nie miało szans. Siedzieć w kopalni w nieskończoność też nie mógł. Wprawdzie górnicy tracili na przestoju, ale on tracił znacznie więcej. Górnicy mogli zatrudnić się gdzieś indziej, kopalni w Skyrim nie brakowało. Ale najemnicy mogli tylko siedzieć na miejscu, jak szczury w norze, albo odpuścić i wyjść. I to właśnie zamierzałem owemu Atarowi uświadomić.

    I było coś jeszcze, co powinno go przekonać. A tym czymś było nazwisko tego, kto zlecił mu tę paskudną robotę.

     Rankiem udałem się do kopalni. Sam. Dużo wysiłku kosztowało mnie przekonanie Lydii, że tak będzie lepiej. Sam, bez broni nie powinienem go niczym sprowokować, a poza tym dobrze było pokazać mu, że wcale nie jestem jego wrogiem.

     - Nie będę zupełnie bezbronny – uśmiechnąłem się do niej. – Władam magią i Głosem. Poza tym, idę z nimi tylko porozmawiać. To przecież nie zbóje, to najemnicy. Na pewno brutalni, ale nie są przestępcami.

     - Ale weź chociaż miecz – Lydia wcisnęła mi w dłonie pas z pochwą i tkwiącym w niej Przedświtem. – Gdy zobaczą, że mają do czynienia z wojownikiem, rozmowa będzie inna.

     Mogła mieć rację. Najemnicy to dumni ludzie, z szacunkiem odnoszą się tylko do wojowników. Posłusznie przypasałem więc miecz.

     - Bądź spokojna – pocieszyłem ją na odchodnym. –  Nic mi nie zrobią.

Karthwasten. Kopalnia srebra

     Pod tym względem miałem słuszność. Nikt mnie nie zaatakował. Jednak gdy tylko zagłębiłem się w mroczny chodnik, doszedł mnie głos, zwielokrotniony przez echo.

      - Kopalnia zamknięta! Wstępu nie ma!

     Uniosłem dłoń w pojednawczym geście.

     - Spokojnie, nie przychodzę tu kuć w ścianie.

     Mój wzrok przyzwyczaił się już do ciemności. Z rzadka rozmieszczone pochodnie rozświetlały nieco mrok, z którego wyłoniła się postać wojownika, zakutego w ciężką płytową zbroję.

     - Czego chcesz? – spytał chropawym głosem.

     Domyśliłem się, że to Atar.

      - Tylko pogadać – odrzekłem swobodnym tonem. – Jestem sam. Przy okazji, masz niezłą zbroję – pokiwałem głową. – Przypomina mi zbroje imperialnych strażników z Cyrodiil. Jesteś może jednym  z nich?

      Grymas przebiegł po jego twarzy.

      - Przyszedłeś tu gadać o zbrojach? – prychnął. – Szkoda, że nie włożyłeś tej swojej, pozłacanej od długouchów, bo moglibyśmy pogadać inaczej – dodał z ironią.

      Ze zbroi miałem na sobie tylko buty. Poza tym, płócienne spodnie, koszulę i cienką bluzę, którą wkładałem pod swoje elfie skorupy. Jednak u mojego boku lśnił swym klejnotem Przedświt, którego widok, jak zauważyłem, nie przeszedł bez wrażenia. Skąd Atar wiedział o tym, że noszę elfią zbroję, nietrudno było się domyślić. W końcu, kilku z jego ludzi widziało mnie w niej wczoraj.

      - Przyszedłem pogadać o pewnym problemie – odparłem. – Ainethach opowiedział mi to i owo, ale to jednak górnik. Nie wiem, czy mówił prawdę, a nawet jeśli, nie wiem, czy czegoś nie zataił. Ty, podobnie jak ja, jesteś człowiekiem miecza. Cenisz honor i mam z tobą więcej wspólnego niż z nim. Chcę usłyszeć twoją wersję, zanim podejmę jakiekolwiek działania i zanim legion zwali nam się na głowy.

      - Legion? – Atar uniósł brwi. – Jaki legion?

      - Cesarski, oczywiście – odparłem swobodnym tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Z Samotni, albo Smoczymostu. Ale spokojnie, jeszcze nawet nie ruszyli. Mamy czas, żeby pogadać i sami rozwiązać ten problem. To prawda, że wynajęli was Srebrno-Krwiści?

      Niecierpliwie potrzasnął głową.

      - Co ty mi tu bredzisz o jakimś legionie? – warknął. – Niby dlaczego legion miałby przybyć do Karthwasten? Chcesz mnie przestraszyć? To źle trafiłeś! A poza tym, nie twoja sprawa, kto mnie wynajął.

      Skinąłem głową.

      - Pewnie że nie moja – odparłem. – Ale nie mogę patrzeć, jak dzielni wojownicy stają się banitami i to tylko dlatego, że możnym tego świata wciąż wydaje się, że stoją ponad prawem. Po to tu jestem, żeby tak się nie stało.

      - Nie jesteśmy banitami, tylko najemnikami – prychnął. – Czysta robota. Oni płacą, my załatwiamy sprawy.

      - Kwestia czasu – odparłem. – Tak to jest, gdy postawi się na złą kartę.

      Przez chwilę przypatrywał mi się uważnie.

      - Słuchaj no – warknął. – Kręcisz jak przekupa na straganie. Albo mi tu zaraz opowiesz, o co ci chodzi, albo się stąd wynoś! Bo inaczej pogadamy!

      Uniosłem dłonie w pojednawczym geście.

      - Przyszedłem tu tak naprawdę, by wam pomóc – odrzekłem. – Nie pytaj, dlaczego. Ot, taka solidarność wojowników. Nie sierdź się, zaraz ci wszystko wytłumaczę. Ale zanim cokolwiek powiem, muszę najpierw wiedzieć, czy rzeczywiście wynajął was ród Srebrno-Krwistych. To ważne, wbrew pozorom.

      - A jeśli tak, to co? – spytał zaczepnym tonem.

      - To macie pecha – westchnąłem. – W Skyrim wciąż panuje stan wojenny. Generał Tulius wciąż ma prawo atakowania każdego, kogo uzna za rebelianta, działającego na szkodę Cesarstwa, a sprzyjającemu Gromowładnym. Szczęście, że jest rozsądnym człowiekiem i tego prawa nie nadużywa. Ale nie muszę ci chyba przypominać, po czyjej stronie w czasie wojny stał ród Srebrno-Krwistych, co? To znaczący ród, mają wielu ludzi. Jak myślisz, dlaczego nie przyszli tu sami, tylko przysłali was? Odpowiem ci: bo nie chcą sami babrać się w nieczystej i nielegalnej sprawie. W razie czego wszystkiego się wyprą, a wy zostaniecie uznani za zwykłych zbójów. Po śmierci Ulfrica ród Srebrno-Krwistych stracił na znaczeniu i wypadł z łask. Wiele innych rodów zwietrzyło krew i zechce zająć ich miejsce. A jest na co ostrzyć zęby, bo to najbogatszy klan na całym Pograniczu. I jak każdy znaczny klan, ma wielu wrogów. Kapitan Maro ze Smoczymostu na pewno już o wszystkim został poinformowany. Znam go i wiem, że jego wywiad działa bez zarzutu. A gdy dostanie rozkaz, nie będzie się wahał. Jest okazja do oskarżenia tego rodu o próbę zagarnięcia czyjejś własności. Wielu możnych tylko czeka na taką sposobność.

      Spojrzał na mnie spode łba. Długo mi się przypatrywał. Może i był brutalny i nieokrzesany, ale na pewno nie głupi.

      - Przecież my tylko wykonujemy swoją robotę – odparł. – Za co mieliby nas wyjąć spod prawa? Nawet jeśli, to przecież więcej zawinili ci, co nas wynajęli? Nie topór ścina głowy, tylko kat.

      Zbliżyłem się nieco i zniżyłem głos.

      - Zrozum, obaj jesteśmy niestety tylko pionkami w grze wielkich rodów – odrzekłem poufnym tonem. – Srebrno-Krwiści mają wciąż dość wpływów i złota, aby nie ryzykować swej pozycji. Wyprą się wszystkiego. A wy zostaniecie na lodzie. W kiepskiej sytuacji, dodajmy. Przecież sam zdajesz sobie sprawę, że to co robisz, to nic innego jak wymuszenie. A to przestępstwo…

      Sapnął gniewnie.

      - Nie pytam o intencje – burknął. – Nie obchodzą mnie wielkie rody, ani ich sprawy. Biorę taką robotę, jaka jest. I wykonam ją, choćby dlatego, że inaczej nie dostanę zapłaty.

      Spojrzałem mu w oczy.

      - I wyrżniesz tych wszystkich niewinnych ludzi? – spytałem. – Bo inaczej nie wykonasz roboty. Ainethach nie sprzeda kopalni, to stary uparciuch. Zresztą, nie masz prawa go do tego zmuszać. Przykro mi, przyjacielu, ale Srebrno-Krwiści wystrychnęli was na dudków. Najprawdopodobniej nie zapłacą ci nawet wtedy, gdy zdobędziesz tę kopalnię. Nie będą chcieli się brudzić w tym szambie. Muszą teraz bardzo uważać, aby nie posądzono ich o zdradę. Wyprą się was tak czy owak.

      Przez chwilę trwała głucha cisza. Cisza przedłużała się.

      - Co radzisz? – spytał w końcu Atar. – Bo widzę, że niegłupi z ciebie człowiek.

      - Poszukaj innej roboty – potrząsnąłem głową. – Ten interes ci nie wypalił. Cóż, bywa… Takie zuchy jak wy na pewno szybko znajdą zajęcie. Szkoda tylko, że straciliście tyle dni na próżno. Moja rada, nie traćcie ich więcej.

      Pokiwał głową w zamyśleniu. Po chwili znów spojrzał mi w oczy.

      - A gdyby doszło do walki – spytał ostrożnie – po czyjej stanąłbyś stronie.

      Uśmiechnąłem się w zadumie.

      - Solidarność kazałaby mi stanąć po waszej – odparłem. – Ale wybacz, nie chcę uczestniczyć w przestępstwie i nie chce stać się banitą. Poza tym, jeśli przybędzie tu legion, nie chcę stawać przeciwko niemu. Nie dlatego, że się go boję, ale dlatego, że sam niegdyś w nim służyłem i wciąż mam w nim wielu przyjaciół. Nie stanąłbym po żadnej stronie.

      Uśmiechnął się w zadumie.

      - Dzięki za szczerość – mruknął. – Doceniam to, naprawdę.

      W zamyśleniu zaczął skubać wąsa. Po chwili znów zerknął w moją stronę.

      - Poczekasz chwilę? – spytał przyjaźniejszym tonem. – Łączy nas wspólny interes, sam nie mogę o tym zdecydować. Muszę naradzić się z moimi ludźmi.

      Przystałem na to z ochotą. Atar zniknął w mroku i już po chwili rozpoczęła się gorączkowa dyskusja. Zresztą nie trwała długo. Choć dźwięk rozchodził się w kopalni, nic z niej nie zrozumiałem, bo rozmowy toczyły się przyciszonymi głosami, a wszechobecne tutaj echo na tyle zniekształcało słowa, że nic nie dało się z nich wyłowić. W końcu zaległa cisza, a po niej kilka pojedynczych głosów. Po chwili Atar pojawił się przede mną.

      - Dziękuję ci za otwarcie moich oczu – westchnął. – Masz rację, wynosimy się stąd. Daj nam trochę czasu na przygotowanie się do drogi. Musimy coś zjeść i oporządzić się nieco. Ale nim minie południe, opuścimy Karthwasten. Masz moje słowo.

      - Cieszę się, że nie doszło do rozlewu krwi – odparłem. – I że dobrzy wojownicy nie będą ścigani przez resztę życia, tylko mogą żyć w należnej im chwale. Przekażę górnikom, że w południe mogą tu przywlec swoje kilofy i taczki.

      Prosty uścisk dłoni opieczętował umowę. Skinąłem mu głową i wyszedłem na zewnątrz.

      Słońce oślepiło mnie tak, że musiałem zmrużyć oczy. I dlatego właśnie zderzyłem się z czymś i jedynie nos, wonią znajomych perfum podpowiedział mi, że wpadłem prosto w ramiona Lydii, która czekała na mnie przy wyjściu.

      - No i co? – spytała gorączkowo.

      Objąłem ją ramieniem i pociągnąłem w kierunku domu Ainethacha.

      - Mam dwie wiadomości – odparłem. – Dobrą i złą. Ale pozwól, że powiem ją w domu, żeby się nie powtarzać.

      Lydia przewróciła oczami.

      - Ojej, no powiedz tylko, czy się udało!

      - I tak, i nie – odparłem, wstępując na schody. – Zaraz się dowiesz – dodałem otwierając drzwi i napotykając na pytające spojrzenie naszego gospodarza.

      - Masz coś do picia? – spytałem. – W gardle mi zaschło od tego gadania. Bogowie, takiego przemówienia to nawet cesarz nie wygłosił podczas swojej koronacji!

      Ainethach, wierny obyczajowi, najpierw podał mi szklany puchar i napełnił go piwem, po czym wskazał mi miejsce przy stole. Sam też usiadł, wciąż wpatrując się we mnie pytającym wzrokiem. Dopiero jednak, gdy wychyliłem puchar do końca i otarłem usta, spytał.

Ainethach

      - No i jak ci poszło?

      Uśmiechnąłem się.

      - Mam dwie nowiny – powtórzyłem to samo, co przed chwilą. – Dobrą i złą.

      - Niech zgadnę – skrzywił się. – Dobra to ta, że cię nie usiekli od razu, a zła, że nic nie wskórałeś. Zgadłem?

      Pokręciłem głową.

      - Dobra jest taka, że odpuścili i się stąd wynoszą – odparłem. – Zła, że dopiero w południe. A my nie możemy zostać tu tak długo, żeby się upewnić, czy nie kręcą.

      - Dlaczego? – spytał z błyskiem w oczach. – Jeśli rzeczywiście ci się udało, to mój dom jest twoim domem!

      - Bo i my nie wybraliśmy się na wycieczkę – odparłem. – Szukamy kogoś, a że nie znaleźliśmy go tutaj, musimy ruszyć dalej.

      Zaskoczyli mnie – i Lydia, i Ainethach. Oboje bowiem wybuchli serdecznym śmiechem.

      Bretoni to lud bardzo powściągliwy, chyba jeszcze bardziej niż Nordowie. Niechętnie okazują uczucia, ale w przeciwieństwie do Nordów, zwykle zachowują się uprzejmie i taktownie. Tym razem jednak trudno było naszemu gospodarzowi zachować powściągliwość. Uścisnął mi dłoń z taką wdzięcznością i radością, że w izbie od razu zrobiło się jaśniej.

     - Dziękuję ci z całego serca – powiedział uroczystym tonem, napełniając jednocześnie nasze puchary piwem. Sobie wlał resztkę, ledwo sięgającą połowy. – Twoje zdrowie!

      Spełniliśmy toast. Ja trochę za szybko, bo poczułem, że zaczyna mi się kręcić w głowie. Piwo było zacne, ciemne, niezbyt mocno chmielone, o przyjemnym, łagodnym, słodkawym smaku.

      - Nie musimy dzisiaj iść do Bthardamz – oświadczyła Lydia. – A przynajmniej nie do samego Bthardamz. I nie musimy go penetrować. Wystarczy, jeśli pójdziemy w tamtą stronę tym szlakiem.

      Rozwinęła mapę i przesunęła po niej palcem, pokazując drogę, jaką już kilkakrotnie wędrowaliśmy w przeszłości.

      - Twoja żona spytała mnie o Sorine Jurard – oświadczył Ainethach z tajemniczym uśmiechem.

      - Spokojnie, zrobiłam to dyskretnie – Lydia zaśmiała się sama do siebie. – Spytałam, czy nie tęskni za ojczyzną, a potem, czy wielu Bretonów odwiedza to miejsce.

      - I w ten sprytny sposób dowiedziała się, że niedawno odwiedziła mnie moja rodaczka – zaśmiał się Ainethach. – Niejaka Sorine Jurard.

      - Co takiego? – aż podskoczyłem na krześle, które zatrzeszczało pode mną złowieszczo.

      - Była tu dwa dni temu – odrzekł, wstając i udając się do kąta, gdzie stały gliniane dzbany. – Zawędrowała tu w poszukiwaniu dwemerskich artefaktów – schylił się po jeden z dzbanów i z niemałym wysiłkiem wniósł go na stół. – Miała ze sobą cały plecak różnych mechanizmów. Chciałem nawet sprzedać jej kilka kółek, które kiedyś kupiłem od jakiegoś zbieracza – sięgnął po nasze puchary i bez pytania napełnił je piwem. – Ale ona szukała konkretnych mechanizmów. Jakby potrzebowała części do czegoś. Mówiła, że to będzie projekt jej życia, ale nic bliższego nie chciała powiedzieć.

      - I co?

      Zanim odpowiedział, nalał piwa również sobie. Tryknęliśmy się pucharami i upiliśmy po długim łyku.

      - Powiedziała, że pokręci się przez kilka dni w tym miejscu – wskazał na mapie niewielkie rozlewisko jednego z dopływów rzeki Karth. – Tu są jakieś krasnoludzkie ruiny. Jakiś niewielki obiekt, ale podobno bardzo ważny. Gdy skończy, miała wrócić tutaj, gdzie zaproponowałem jej gościnę. A potem gdzieś na południe, nie pamiętam już gdzie.

      - Czyli wystarczy iść tym szlakiem, a powinniśmy ją spotkać – pokiwałem głową.

      - Albo przyjąć gościnę u mnie i zwyczajnie na nią poczekać – wpadł mi w słowo Ainethach.

      Westchnąłem przeciągle i leniwie, bo piwo już zaczęło działać.

      - Możemy posiedzieć do południa – odparłem. – Ale nie będziemy czekać tu na nią. Może się zdarzyć, że zmieni plany, pójdzie gdzieś indziej i wtedy w ogóle jej nie spotkamy.

      - Chyba masz rację – mruknął. – Wyglądała na kogoś, kto nie usiedzi dłużej w jednym miejscu. Tacy ludzie często zmieniają plany.

      - Pamiętam to miejsce – oznajmiła Lydia. – Tam rzeczywiście są resztki jakiegoś małego obiektu, ale o ile sobie przypominam, to tylko kupka gruzów. Był tam nawet dwemerski kufer, ale pusty. Mówiła, że tam będzie się kręcić?

      - Tak mówiła – potwierdził Ainethach. – Chciała tam czegoś poszukać i mówiła, że spędzi tam kilka dni. To nie tak daleko, zaraz za ta górą – wskazał głową za siebie. – Obejdziecie ją od zachodu i wyjdziecie na szlak.

      - A więc postanowione – odparłem. – Poczekamy do południa, a potem ruszymy w tamto miejsce. Tropić umiem, a w podmokłym terenie to nie jest trudne. Chyba ją znajdziemy.

      Przytrzymałem jego rękę, gdy chciał dolać mi piwa.

      - Jest pyszne – zapewniłem. – Ale proszę, nie lej mi już więcej. Coś czuję, że mam już dość.


środa, 14 czerwca 2023

Rozdział X - Misja

     Obudziłem się na przystani, pod wieżą. Trochę czasu minęło, zanim zorientowałem się, gdzie jestem. Spróbowałem się podnieść, ale świat tak mi zawirował przed oczami, że nogi ugięły się pode mną i znów wylądowałem na ziemi. Miałem tylko tyle siły, żeby rozejrzeć się w poszukiwaniu Lydii. Siedziała obok, oparta plecami o wieżę, przytomna, choć blada jak kreda. Oddychała z wysiłkiem.

     Spróbowałem przywołać zaklęcie leczenia. Udało mi się dopiero za drugim razem i niewiele ono dało. Byłem słaby, miałem mdłości i świat wciąż nie chciał stanąć w miejscu, jak bogowie nakazali, tylko krzywił się, wirował i drżał. Zamknąłem oczy i wykonałem kilka głębszych oddechów. Pomogło, choć niewiele. Zapach wilgotnej ziemi i ziół, rosnących przy przystani, orzeźwił mnie trochę. Szum w głowie, z jednostajnego buczenia, stopniowo zaczął zamieniać się w falowanie morza. Gdy podniosłem głowę, świat powoli zaczął się uspokajać. Jednak nie odważyłem się jeszcze stanąć na nogi. Na razie tylko usiadłem.

     - Nieźle nam podziękował pan wampir – jęknąłem, chwytając się za głowę. – Chyba wizyta w tym zamku, to nie był najlepszy pomysł.

     Ciche westchnienie było jedyną odpowiedzią Lydii. Usłyszałem metaliczny chrobot, gdy jej zbroja otarła się o kamienną ścianę. Wstała na nogi, choć wciąż musiała opierać się o wieżę. Również spróbowałem wstać. Zakręciło mi się w głowie, ale jakimś cudem udało mi się utrzymać na nogach. Chwiejnym krokiem podszedłem do Lydii i stanąłem obok niej, również opierając się plecami o wieżę. Zwróciłem głowę w jej stronę.

     - Mam nadzieję, że żaden z nich nas nie ukąsił – wydyszałem. – I nie zaraził wampiryzmem. Wolałbym nie dołączać do tej hałaśliwej gromady.

     - Podobno wampiry z Volkihar nie zarażają – odparła Lydia w wysiłkiem. – Tak twierdził Farengar. Ale lepiej weź to. – wcisnęła mi w dłoń małą fiolkę. – Wypij na wszelki wypadek. Ja też wezmę…

     Zerknąłem na podaną mi buteleczkę. Po kolorze rozpoznałem magiczną miksturę, leczącą wszelkie choroby. Bez ociągania odkorkowałem ją i wlałem w siebie jej zawartość. Lydia zrobiła to samo. Nie wiedzieliśmy, co się z nami działo, gdy byliśmy nieprzytomni, a ta mikstura potrafiła wyleczyć nawet z wampiryzmu, o ile przyjęło się ją wystarczająco wcześnie.

     Nie wiem, czy nas to z czegokolwiek wyleczyło, ale uboczne działanie lekarstwa, polegające na ogólnym wzmocnieniu, zadziałało. Poczuliśmy się lepiej.

     - Lepiej zmykajmy stąd – wskazałem na łódź, wciąż kołyszącą się na wodzie tam, gdzie ją zostawiliśmy. – Zanim pan wampir zmieni zdanie…

     Jeszcze się trochę zataczaliśmy, ale daliśmy radę wsiąść do łódki. Chwyciłem wiosła.

     - Samotnia? – spytała Lydia, siadając przy sterze. – Zresztą, co się pytam… Dokąd niby mielibyśmy popłynąć? Byle jak najdalej stąd…

     Skinąłem głową i spojrzałem w górę. Słońce kryło się za chmurami, ale widziałem mniej więcej, z której strony pada światło i oceniłem porę dnia. Późny ranek, do południa jeszcze trochę.

     - Należy nam się łóżko – mruknąłem, chwytając za wiosła. – Bogowie, jaki jestem zmęczony! A to jeszcze tak daleko…

Cypel z przystanią. W oddali zamek Volkihar

     Rzeczywiście, cypel do którego niezadługo dobiliśmy, znajdował się niecałe pół dnia drogi od Samotni. A my, zmęczeni, szliśmy niezbyt szybko, prawie ze sobą nie rozmawiając. Na szczęście, nie spotkała nas żadna przykra przygoda. Przed zmierzchem dotarliśmy do baszty, którą weszliśmy do miasta i skierowaliśmy się prosto ku Dumnej Wieżycy – naszej posiadłości.

Powitałem ją z prawdziwym wzruszeniem. Dawno nas tu nie było. Wnętrze zaszło trochę pajęczynami. Derka, przykrywająca łóżko, pokryła się kurzem. Ale nic nie mogło mnie zmusić do tego, abym teraz przejął się nieporządkiem. Ledwo stałem na nogach. Po szybkim i pobieżnym obmyciu się w miednicy, rzuciłem się na łóżko i zamknąłem oczy. Pamiętam jeszcze, jak ciepłe ciało Lydii wtuliło się w moje ramiona, a potem zapewne chrapałem już w najlepsze. 

Samotnia. Posiadłość Dumna Wieżyca

*          *          *

     Obudziliśmy się późnym rankiem, w miarę wypoczęci, w miarę zdrowi i na pewno głodni jak wilki. Czym prędzej więc ubraliśmy się i popędziliśmy do gospody „Pod Mrugającym Ślizgaczem”. Gdy już najedzeni do syta, popijaliśmy swoje napoje – Lydia napar z mięty, ja wywar z palonego zboża i cykorii – zaczęliśmy się naradzać, co dalej.

     - Przyszło mi do głowy, żeby pogadać z Sybillą – odezwałem się. – Nikt nie zna wampirów lepiej od niej. Może powie mi coś, co powinniśmy o nich wiedzieć?

     - Dobry pomysł – Lydia pokiwała głową. – Ale idź sam. Ja w tym czasie trochę posprzątam, zanim ta wszechobecna szarość pokryje cały dom.

     Uśmiechnąłem się z tej „wszechobecnej szarości”.

     - Wynajmij kogoś do pomocy – odparłem. – To nie Wietrzny Domek, nie uwiniesz się z tym sama. Przynajmniej nie w jeden dzień.

Gospoda "Pod mrugającym ślizgaczem"

      Na rynku zawsze można było spotkać kilkoro ludzi chętnych do dorywczych prac. Wynajmowanie ich do sprzątania było czymś normalnym. Mieszkało tu sporo zamożnych obywateli, których stać było na takie usługi. Po śniadaniu Lydia skręciła więc w stronę kramów, a ja udałem się do Błękitnego Pałacu.

     Jarl Elisif urzędowała już w najlepsze, siedząc na tronie i dyktując skrybie jakieś listy. Na mój ukłon, odpowiedziała uprzejmym uśmiechem i skinieniem głowy. Falk siedział niedaleko, przy stole, w towarzystwie paru urzędników i skrzętnie coś zapisywał. Był tak pochłonięty swoją pracą, że nawet mnie nie zauważył. Natomiast Sybillę Stentor zastałem nieco dalej, na ławie w pałacowym korytarzu, samotnie studiującą jakąś opasłą księgę.

     Gdy stanąłem przed nią, podniosła na mnie swoje świecące oczy i uśmiechnęła się.

     - Witaj – odezwała się. – Miło cię znów widzieć.

     Po czym wskazała mi miejsce na ławie, obok siebie.

     - Też się cieszę, że cię widzę – odrzekłem, siadając przy niej. – Nie chciałbym przeszkadzać, ale mam kilka pytań, na które tylko ty możesz odpowiedzieć.

     - Śmiało – zachęciła mnie z uśmiechem. – Ktoś, kto zrobił dla Samotni tyle co ty, ma u mnie szczególne względy. Rozumiem, że interesują cię wampiry?

     Nietrudno było jej to zgadnąć. Sybilla o wampirach wiedziała wszystko. A to dlatego, że sama była jednym z nich.

     Mogło wydawać się dziwne, że nadworny mag Samotni jest wampirem i wszyscy wokół, nie wyłączając mnie, nie tylko ją tolerują, ale jeszcze poważają. Ale ją naprawdę trudno było podejrzewać o złe zamiary. Służyła miastu od wielu lat, wiernie i z oddaniem, darząc jarl Elisif prawdziwie matczynym uczuciem. Torygg, nieżyjący mąż Elisif, był praktycznie jej wychowankiem. W głębi duszy pozostała uczciwym człowiekiem. Jej charakteru nie wypaczyła nawet przemiana w wampira.

     Ale nie do każdego podchodziła z sercem. Mordercy, zbóje i inni groźni przestępcy nie mogli liczyć na jej litość. Plotki głosiły, że skazanych na śmierć za najcięższe zbrodnie, zamiast do kata, wysyłano do podziemi, gdzie odwiedzała ich Sybilla. Podobno nikt już stamtąd nie wyszedł.

Błękitny Pałac - sala tronowa. Na tronie jarl Elisif, na pierwszym planie (po prawej) Falk Ogniobrody

     Opowieści te budziły dreszcze, ale trudno było mi potępić te praktyki – o ile wieść o nich była prawdziwa. Ja sam miałem na koncie wielu przestępców, którzy zginęli od mojego miecza, a jeszcze częściej od mojej strzały. I nie czułem żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu. Praworządny obywatel cesarstwa nieraz był zmuszony bronić siebie, albo innych, przed różnego rodzaju opryszkami, których nigdy nie brakowało. Jeśli ktoś taki przed śmiercią nasycił jeszcze głód krwi Sybilli, to właściwie tylko mu pozazdrościć, że w zaświaty udawał się bez bólu, choć zapewne nie bez strachu.

     - Tak – potwierdziłem. – Chodzi o wampiry.

     Sybilla pokiwała głową ze zrozumieniem.

     - Czyżbyś dołączył do Obrońców Świtu? – spytała nieoczekiwanie.

     Przyznaję, że nieco się spłoszyłem. Miałem zamiar jej to wyznać, ale nie tak od razu, żeby nie posądziła mnie o złe zamiary względem jej samej. Na tak zadane pytanie mogłem jednak odpowiedzieć tylko w jeden sposób.

     - Tak – westchnąłem ciężko. – Dołączyłem. Ale naprawdę nie mam nic do ciebie.

     - Spróbowałbyś – odparła z udaną groźbą i poufale trąciła mnie łokciem. – Co chcesz wiedzieć?

     Wziąłem głęboki oddech.

     - Czy wampir może się powstrzymać od picia krwi?

     Spojrzała na mnie zamyślona.

     - To zależy, co przez to rozumiesz – odparła ostrożnie. – Jeśli chodzi ci tylko o fizyczne picie krwi, to tak, może. Tak naprawdę, wampiry wcale nie żywią się krwią.

     - Nie krwią? – spojrzałem na nią zdumiony. – A czym?

     - Energią witalną – odparła z przekonaniem. – Ludzką energią życiową. A tak się składa, że znajduje się ona właśnie we krwi. Najłatwiej jest wyssać ją razem z krwią. Krew zawiera jednak również inne składniki, które na wampira działają trochę jak wino i wprawiają w dobry nastrój. To prawda, że niektóre wampiry muszą ją pić, ale tylko te, które nie znają innego sposobu.

     - Na przykład, magii wysączania?

     - Właśnie – skinęła głową. – To bardziej wyrafinowana dieta. I bardziej, jakby to powiedzieć, elegancka, prestiżowa, pasująca do wyższych sfer, a za taką uważają się wampiry wyższego rzędu. Nie zapominaj jednak, że każdy wampir był kiedyś człowiekiem i ma typowo ludzkie wady, na przykład lenistwo. Stosowanie magii wymaga nie tylko umiejętności, ale też wysiłku. Czasami napić się krwi jest po prostu łatwiej. No i przyjemniej. Dlatego nawet wampiry z najwyższego kręgu czasem sobie pozwalają na tę słabość, na przykład wydając uczty, na której wszyscy piją krew.

     - Czyli – zagryzłem wargę – tak czy tak, ofiara musi ponieść śmierć?

     - Niekoniecznie – odrzekła. – Jeśli wampir potrafi powstrzymać się od wysączenia całej energii, ofiara przeżyje, będzie tylko mocno osłabiona. Podobnie z krwią. Jeśli wampir wypije jej zaledwie kielich i pozwoli się ranie zasklepić…

     - A co z zarażaniem? – zapytałem. – Kapłanka Kynaret z Białej Grani twierdziła, że wampiryzm jest bardzo zaraźliwy. Jak się przed tym chronić?

     - Unikać wampirów – uśmiechnęła się. – Ale rozumiem, że w twoim przypadku to niemożliwe.

     - Chodzi mi o to, czy samo przebywanie wśród wampirów może człowieka zarazić – wyjaśniłem. – Czy też wampir musi ukąsić? I czy każde ukąszenie kończy się przemianą w wampira?

     Podniosła w górę ręce, chcąc przerwać potok moich pytań.

     - Po kolei – odrzekła. – Każdą wiedzę trzeba uporządkować, bo inaczej wyniknie z niej tylko chaos. Pozwolisz na krótki wykład?

     - Na to właśnie liczę – uśmiechnąłem się.

     Złożyła dłonie razem i podniosła głowę. Przez chwilę wpatrywała się w wiszący na ścianie kinkiet, jakby zbierała myśli. Płomyk lampki odbił się w jej oczach, czyniąc je jeszcze bardziej błyszczącymi.

     - Wampirem można stać się na dwa sposoby – odezwała się w końcu. – Pierwszy nazwałabym przypadkowym. Jest to po prostu choroba, zwie się Sanguinare Vampiris. Można się nią zarazić po kontakcie z pośledniejszym wampirem, ale tylko wtedy, gdy on ukąsi lub z bliska zacznie wysączać z ciebie twoją życiową energię. Niekoniecznie musi cię ugryźć. Wystarczy, że jest wystarczająco blisko. Dlatego dobrze go trzymać na odległość. Jeśli przypadkiem się nią zarazisz, sam staniesz się pośledniejszym wampirem. I jeśli ukąsisz kogoś innego, również go zarazisz. Tak to się roznosi. Ten rodzaj można jednak uleczyć. Jeśli zrobisz to szybko, zaraz po zarażeniu, wystarczy mikstura, albo błogosławieństwo z boskiej kapliczki. Jeśli później, jest to dość skomplikowane, ale wciąż możliwe. Wiąże się to z pewnym dość skomplikowanym rytuałem. Potrzeby do tego jest ołtarz Talosa.

     - A drugi sposób?

     - To trudniejsza sprawa. Drugi sposób to specjalny rytuał, który może odprawić inny wampir wyższego rzędu. Może przemienić cię wtedy w takiego samego wampira jak on. Taki wampir nie zaraża, nawet jeśli cię ukąsi.

     Potarłem czoło w zamyśleniu.

     - Mówisz, że wampir wyższego rzędu nie zaraża – powiedziałem wolno. – Zaledwie wczoraj ofiarowano mi taki… mroczny dar. Pewien wampir zaproponował mi swoją krew. Oczywiście, odrzuciłem to.

     Sybilla pokiwała głową.

     - Jeden z wampirów Volkihar, zgaduję – mruknęła. – I tak trzeba ci zazdrościć, że dał ci wybór. Ja go nie miałam. Przemieniono mnie wbrew mojej woli. Zmuszono mnie do wypicia krwi wampira. Ale tu sama krew nie wystarczy. To bardziej skomplikowany rytuał. I uwierz mi, nie chcesz znać szczegółów. To jest coś okropnego!

     Zwróciła na mnie swoje oczy, błyszczące teraz zimnym światłem.

     - I to jest jeden z powodów, dla których nienawidzę wampirów! I jeśli kiedykolwiek będę mogła ci pomóc w ich wytępieniu, nie krępuj się mnie o to prosić. Czy masz jeszcze jakieś pytania?

     - Czy wampir może być przyjazny ludziom? – spytałem, myśląc o Seranie.

     Roześmiała się.

     - Czyż nie jesteśmy przyjaciółmi? – spytała. – A przynajmmniej, czyż nie odnosimy się do siebie życzliwie?

     - No tak – mruknąłem zażenowany. – Ale ty jesteś wyjątkiem.

     Westchnęła głęboko.

     - To w pewnym sensie prawda – odrzekła cicho. – Jestem wyjątkiem, bo ja nie chciałam do nich dołączyć. Z całego serca chciałam pozostać człowiekiem i w pewnym sensie mi się to udało, choć uwierz, kosztowało to wiele wysiłku. Wampiryzm zupełnie zmienia człowieka. Zmienia jego charakter, zabija jego wrażliwość na cierpienie innych. I mnie zdarza się bywać okrutną. Choć staram się to okrucieństwo kierować na ludzi równie podłych, muszę od czasu do czasu dać upust swoim żądzom. Cóż, ja nie zaufałabym innemu wampirowi, za dużo o nich wiem. Ale skoro istnieję ja, nie wykluczam, że może istnieć ktoś inny, podobny do mnie. Wiesz, w dużej grupie osób zawsze znajdzie się jedna czy dwie, które dołączyły do niej z zupełnie innych przyczyn niż pozostali. I te osoby myślą i działają zupełnie innymi kategoriami.

     Żartobliwie szturchnęła mnie łokciem.

     - A może zamiast zgadywać, po prostu opowiesz mi, co ci się przytrafiło? – spytała. – Czy też jest to tajemnica Obrońców Świtu?

     Uśmiechnąłem się.

     - Tak, to tajemnica Obrońców Świtu – odparłem. – Ale tobie mogę ją zdradzić.

     I po tych słowach opowiedziałem jej wszystko, co przytrafiło nam się w ostatnich dniach. Słuchała uważnie, nie przerywając. Gdy skończyłem, zadumana pokiwała głową.

     - Taaak… Niezwykła historia – oznajmiła. – Klan Volkihar to istotnie najstarsza wampirza rodzina. A lord Harkon to potężny wampir. Ostatnio często spotyka się w Skyrim członków jego świty. Można ich poznać po specyficznych szatach. Niewątpliwie coś knują. Ale po co im Pradawny Zwój? Tego nie jestem w stanie odgadnąć. Wydaje mi się, że ta młoda wampirzyca stanowi centrum tego planu. I ktoś, nie wiem kto, chciał mu zapobiec, dlatego zamknął ją w krypcie. Ale na razie to tylko puste domysły.

Sybilla Stentor w swej komnacie w Błękitnym Pałacu

     Podziękowałem za poświęcony mi czas.

     - Poszperam w bibliotece – obiecała. – Jeśli się czegoś dowiem, dam ci znać.

*          *          *

      Przez cały następny dzień zbieraliśmy siły do drogi. Obejrzeliśmy dokładnie swoje ciała, aby sprawdzić, czy nie pojawiły się na nich ślady po wampirzych zębach. Niczego takiego nie znaleźliśmy, a jak skończyło się wzajemne oglądanie i obmacywanie, łatwo się domyślić. Cóż, oboje byliśmy wtedy młodzi, zakochani i pełni wigoru. Uzupełniliśmy też swój ekwipunek w sklepie u Fihady, zapewniając kołczany przednimi strzałami i wymieniając nieco zużyte cięciwy naszych łuków. Fihada – pogodny i przyjacielski Redgard – na poczekaniu zmierzył je i przyciął, po czym na każdej z nich, w miejscu nakładania strzały, dodał oplot z żywicznej nici.

     Wyruszyliśmy więc dopiero następnego ranka, przed świtem, jak mieliśmy w zwyczaju. Czekała nas daleka podróż na drugi koniec Skyrim, którą rozplanowaliśmy sobie na cztery dni. Dziś mieliśmy dojść do Rorikstead, nazajutrz do Białej Grani. O ile nic nie wejdzie nam w drogę, wieczorem trzeciego dnia powinniśmy dotrzeć do Ivarstead, a dopiero czwartego do Pękniny. 

     - Jestem ciekawa, jaką minę zrobi Isran, kiedy mu opowiemy nasze przygody – odezwała się Lydia. – Raczej nie będzie szczęśliwy. Nie dość, że nie zlikwidowaliśmy wampira, chociaż mogliśmy, to jeszcze pomogliśmy mu dotrzeć do zamku.

     - I jeszcze niczego właściwie się nie dowiedzieliśmy – westchnąłem, przeczuwając nieprzyjemne chwile. – Serana prawdopodobnie była jakąś kluczową postacią w planie wampirów. I jeszcze ta sprawa Pradawnego Zwoju… Obawiam się, że Isran będzie wściekły. I najgorsze, że będzie miał rację.

     Ale myliłem się. Zapewne uznał, że nie należy obrzucać wyzwiskami kogoś, kto przed chwilą uratował mu życie. A tak się złożyło, że musieliśmy to zrobić, bowiem gdy zbliżyliśmy się do twierdzy, doszły nas odgłosy walki. Czym prędzej pobiegliśmy w kierunku bramy.

     Jak łatwo się domyślić, twierdzę zaatakowały wampiry. Isran i jeszcze jedna członkini Obrońców Świtu, wojowniczka o imieniu Vori, rozpaczliwie oganiali się od czterech wampirów, atakujących ich zarówno bronią, jak i magią wysączania. Na razie dawali radę, ale nie mogło to trwać w nieskończoność. Magia wampirów pozbawiała ich sił. Musieli ulec prędzej czy później. Zdążyliśmy dosłownie w ostatniej chwili.

     Już pierwsze cięcie mojego miecza wywołało eksplozję. Pomny wydarzeń w krypcie Dimhollow, pozostawiłem mój szklany miecz Rozdzieracz Chłodu w Wietrznym Domku, a zabrałem stamtąd Przedświt – daedryczny dar Meridii. Ta eksplozja nie uczyniła najmniejszej szkody ludziom, ale mocno zachwiała wampirami. Jeden z nich momentalnie rozsypał się w kupkę lśniącego pyłu. Musiał być magicznie przywołanym chowańcem. Drugiego Lydia rozorała Mieczem Wampira – darem od generała Tuliusa. Trzeciego, zadającego właśnie potężny cios Isranowi, odepchnąłem tarczą, przez co cięcie trafiło w próżnię. Dobiłem go sztychem miecza. Jego szata zajęła się ogniem, gdy magia przeskoczyła z ostrza na ofiarę. Skonał ze zduszonym jękiem. Czwartego dobił Isran, w czas odzyskując równowagę.

     Isran krwawił z rany na ramieniu. Rzuciłem w jego stronę zaklęcie lecznicze. Przymknął oczy i skinął mi głową w podzięce. Próbował nawet się uśmiechnąć, ale wyszło to karykaturalnie, bowiem w głębi duszy wciąż był zasmucony.

     - Spójrz – mruknął zasępiony. – Można się było domyślać, że znalezienie nas będzie dla nich tylko kwestią czasu.

     Wciąż masował się po obolałym ramieniu, więc głową wskazał nam drzwi do zamku. Podążyłem za nim.

     - To cena, którą płacimy za jawny zaciąg – westchnął, wchodząc na schody. – Musimy wyznaczyć nową obronę.

     Weszliśmy do zamku. Zaprosił nas do komnaty. Usiedliśmy przy stole.

     - Nie podejrzewam, że masz dla mnie dobre wieści – uśmiechnął z zadumą.

     Zapewne wyczuł to, widząc moją minę. Westchnąłem również.

     - Cóż, mam wieści – skinąłem głową. – Ale raczej nie są dobre.

     - Oczywiście, czemu sądziłem inaczej – uśmiechnął się z ironią. – No, nic, powiedz co wiesz.

     Wziąłem głęboki oddech.

     - Wampiry szukały kobiety, uwięzionej w Dimhollow.

     Spojrzał na mnie zdumiony, potem na Lydię, która tylko skinęła głową. Potem znów na mnie.

     - Kobieta? – bąknął, pochylając się w moją stronę. – Uwięziona w takim miejscu? To bez sensu. Kim ona jest?

     - To córka potężnego władcy wampirów – odrzekłem, opuszczając głowę. – A najgorsze, że chciałem być sprytny i zdaje się, że nawarzyłem niezłego bigosu.

     Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.

     Chcąc nie chcąc, opowiedziałem mu o wydarzeniach z krypty. A potem o naszej wizycie w zamku Volkihar.

     - Uznałem, że jeśli ją zabiję, niczego się nie dowiem – wyznałem. – Miałem nadzieję, że zdobędę jakieś informacje na miejscu. A przynajmniej zinfiltruję siedzibę wroga. Ale nie udało mi się nic. Było ich po prostu za dużo. Skutek tylko taki, że poznałem lorda Harkona i jego córkę. No i widziałem siedzibę wampirów od środka, ale też tylko pobieżnie.

     - I dostały tę kobietę od ciebie! – jego głos nie był wściekły, raczej brzmiał ironicznie.

     Pokręcił głową z niedowierzaniem.

     - Mają też Prastary Zwój – dodałem cicho.

     - Że co? – zareagował nieco gwałtowniej. – A co z próbą powstrzymania ich? Nie udało ci się zabezpieczyć zwoju? Nie próbowałeś chociaż?

     - Było ich zbyt wiele jak na nas dwoje – pokręciłem głową. – A Harkon nie wypuściłby nas ze zwojem w rękach. Z rozmowy wynikało, że bardzo mu na nim zależało.

     - Chyba nawet bardziej niż na córce – dodała Lydia. – To była pierwsza rzecz, o jaką ją zapytał. Jeszcze zanim zdążył się z nią przywitać.

     Długie westchnienie wyrwało się z jego piersi. Przez dłuższą chwilę milczał, siedząc z łokciami na kolanach i głową podpartą rękami.  W końcu wyprostował się.

     - Czyli mają wszystko, czego chciały – powiedział powoli. – A nam nie zostało nic. Na bogów! – jęknął, kręcąc głową. – Gorzej już być nie mogło. To przekracza nasze możliwości…

     Zamilkliśmy wszyscy troje. Milczenie przedłużało się. W końcu nie wytrzymałem. Wstałem i zacząłem nerwowo spacerować po komnacie.

     - Znamy ich kryjówkę – mruczałem ni to do nich, ni to do siebie samego. – A gdybym tak zakradł się tam niezauważenie i spróbował wykraść ten zwój?

     - Niezauważenie – burknął Isran. – Widać, że niewiele jeszcze wiesz o wampirach. Skoro było ich tam tak wiele, nie dasz rady się tam dostać tak, żeby cię nie zauważono.

     - No, ale – zająknąłem się – mnie mogłoby się udać. Dobrze się skradam, władam trochę magią, świetnie strzelam. Spróbowałbym. W końcu, to przeze mnie mają ten zwój…

     Ale Isran zdecydowanie pokręcił głową.

     - Jest nas za mało, żebym miał cię posyłać na samobójczą misję – oznajmił.

     - Musimy coś zrobić! – jęknąłem.

     - Oczywiście, że musimy – pokiwał głową. – Jestem stary, nie głupi. Będziemy potrzebowali pomocy. Jeśli są na tyle odważne, by na nas napaść, to sprawa może być poważniejsza niż myślałem. Mam tu dzielnych ludzi, ale… – urwał nagle, rozglądając się wokół. – Są ludzie, których poznałem i z którymi pracowałem przez lata. Potrzebujemy ich umiejętności, jeśli chcemy przeżyć. Problem w tym, że rozstałem się z nimi w gniewie i ze mną zapewne nawet nie zechcą rozmawiać.

     Tu zamilkł, aby po chwili podnieść na mnie swoje jasne, błyszczące oczy.

     - Jeśli uda wam się ich znaleźć, może będziemy mieć szansę.

     - Znaleźć?

     - To trudne zadanie – pokiwał głową. – Jak szukanie igły w stogu siana. Trzeba będzie się sporo nałazić. Ale z tego, co mówiliście, taki tryb życia właśnie prowadzicie?

     - Lubimy taką włóczęgę – przytaknęła Lydia. – I chętnie się tego zadania podejmiemy. Tylko nie wiemy kogo i gdzie mamy szukać.

     - Gdzie znajdziemy potrzebnych nam ludzi? – spytałem.

     Spojrzał na mnie i uśmiechnął się nieco weselej.

     - Prosto i do sedna, co? – skinął głową. – Podoba mi się to. Nie to, co ci głupcy z zakonu… Należy unikać rozgłosu. Zbyt wielu ludzi, a ściągniemy na siebie niechcianą uwagę. Myślę, że przyda nam się Sorine Jurard, Bretonka, bardzo bystra i zręczna. Zafascynowana Dwemerami. W szczególności ich uzbrojeniem. Wiem tylko, że niedawno krążyła po Pograniczu, przekonana że wkrótce natrafi na największe krasnoludzkie ruiny w historii.

     - Pomoże nam? – spytałem.

     Niepewnie pokiwał głową na boki.

     - Być może potrzebna będzie odrobina perswazji, ale powinna to zrobić. Wiesz – westchnął przeciągle – pożegnaliśmy się raczej chłodno. Powiedziałem parę słów za dużo. Teraz, gdy już za późno, wiem, że to ja byłem w błędzie. Na moją prośbę nie przybędzie, ale wy… Jeśli powiecie jej całą prawdę, wytłumaczycie, jak wygląda sytuacja. Zrozumiem, jeśli odmówi. Ale spróbujcie.

     - Dwemerowie – odezwała się Lydia, w zamyśleniu. – Jeśli rzeczywiście jest nimi zafascynowana, to może znać innych ludzi, zakręconych na ich punkcie. Spytajmy Calcelmo, albo Arniela. Może o niej słyszeli? Może wiedzą, gdzie jest?

     Isran wyraźnie poweselał. Aż klepnął się dłońmi w kolana.

     - No, proszę, jak szybko pojawia się plan działania! – próbował się roześmiać, ale mu trochę nie wyszło. – Nie lubicie tracić czasu.

     - To nie będzie szybkie działanie – pokręciłem głową. – Choć jedyne sensowne, jakie potrafię dostrzec. Arniel jest w Zimowej Twierdzy, Calcelmo w Markarcie. Sama podróż zajmie wiele dni. Przyszedł mi też do głowy mistrz Neloth, również wielki znawca kultury dwemerskiej. Tylko on jest aż na Solstheim.

     - Mówiłem, że trzeba się będzie nałazić – przytaknął Isran. – Macie młode nogi, dacie radę. A że to trudne zadanie, wiem sam. Tylko jeśli mogę coś doradzić, raczej nie rozpytujcie osób postronnych. Jedynie takie, którym ufacie. Nie chciałbym, żeby nasz wróg dowiedział się, że jej szukam. To naraziłoby ją na niebezpieczeństwo.

     Pokiwałem głową.

     - Czy kogoś jeszcze mamy odszukać? – spytałem.

     Isran pogładził się po brodzie.

     - Na pewno zechcę odszukać również Gunmara. To zwalisty Nord, nienawidzi wampirów niemal równie mocno jak ja. Wbił sobie do głowy lata temu, że jego doświadczenie ze zwierzętami będzie pomocne. Zwłaszcza z trollami, z tego co słyszałem…

     - Z trollami? – Lydia zrobiła wielkie oczy. – A co trolle mają z tym wspólnego?

     - Ponoć są szczególnie trudne do pokonania przez wampiry – odparł Isran. – Tak mi się zdaje. Inaczej dlaczego Gunmar próbowałby je oswoić? Ale dlaczego są dla nich takie groźne, nie wiem.

     - Oswoić trolla? – potrząsnąłem głową. – To niemożliwe.

     Ale Isran uśmiechnął się tylko tajemniczo.

     - Sporo wiesz, jak zauważyłem – odezwał się z lekką drwiną w głosie. – Ale nie wiesz wszystkiego. Zresztą, nikt nie wie. Mnie też się tak kiedyś wydawało, ale dziś wcale nie jestem taki pewien swego. Gunmar może wiedzieć sporo o trollach, a na pewno więcej niż my. Poświęcił im parę lat życia i dobrze poznał. Tak, czy owak, przydałby nam się. Straż złożona z trolli skutecznie odstraszy wampiry, tego jestem pewien.

     - Gdzie go szukać?

     Wzruszył ramionami.

     - Ostatnie co o nim słyszałem, to że krąży po Skyrim, szukając bestii do oswojenia.

     Wolno wypuściłem powietrze z płuc.

     - Trzeba będzie po prostu szukać dziwaka, który rozpytuje o trolle – skwitowałem.

     - Może sprawiać wrażenie myśliwego – dodała Lydia. – To już nie takie dziwne.

     - Łój trolla to jedyny z niego pożytek – pokręciłem głową. – Jest w miarę tani, a troll niebezpieczny, więc niewielu myśliwych na nie poluje. Popytamy, poszukamy – spojrzałem na Israna. – Ale nie obiecuję, że znajdziemy ich szybko. Trzeba przeczesać w zasadzie całe Skyrim, a przecież nie szukamy nieruchomego głazu, tylko człowieka, który też wciąż się przemieszcza. Trolle nie występują w jednym miejscu. Są w zasadzie w każdym większym lesie.

     Isran pokiwał głową ze zrozumieniem i klepnął mnie w kolano.

     - Wiem, że to trudne i nie spodziewam się szybkiego rezultatu. Ale to konieczne. Sprowadź tu tę dwójkę, a będziemy mogli zacząć obmyślanie planu. Nie wiem skąd, ale mam przeczucie, że wam się uda i to szybciej, niż wszyscy się spodziewamy.

*          *          *

     Nie nocowaliśmy w zamku. Do Pękniny było całkiem blisko, jak na odległości w Skyrim, więc po prostu wróciliśmy na noc do naszego domku. I tam zaczęliśmy układać plan działania. Zadanie było jednocześnie łatwe i trudne. Łatwe, bo nie wymagało żadnych szczególnych umiejętności, ani nawet wyrzeczeń z naszej strony. Oboje uwielbialiśmy włóczyć się po kraju i penetrować nieodkryte miejsca. Trudne, bo czekał nas spory obszar do przeczesania, być może nawet kilkakrotnie.

     - Na Pograniczu… – Lydia uważnie wpatrywała się w naszą mapę. – Szuka wielkiej, dwemerskiej budowli. Ja zaczęłabym od Bthardamz? Pamiętasz? Byliśmy tam kiedyś. Spore, podziemne miasto. Chyba największe w Skyrim. I w odludnym miejscu, nie wszystkim znane.

     - Albo Czarna Przystań – pokiwałem głową. – Też leży częściowo na Pograniczu, a raczej pod nim. Tylko tam znalezienie kogokolwiek graniczy z cudem.

     - Nchuand-Zel – palec Lydii wskazał Markart. – Też niemałe miasto. Jest gdzie szukać.

     - Albo to ostatnie, jak to się nazywało? – zerknąłem na mapę. – Akrnghtamz, nigdy nie zapamiętam. Warto byłoby i tego poszukać. Proponowałbym nawet zacząć od tego.

     Lydia spojrzała na mnie pobłażliwie.

     - Bo nigdy tam nie byliśmy? – spytała.

     Zdaje się, że zrobiłem wtedy bardzo głupią minę, bo nie mogła powstrzymać śmiechu. Przyznaję, że ciągnęło mnie do tego miejsca. Zwłaszcza po tym, co w Akademii przeczytałem o tajemniczym eterium. Zdawałem sobie jednak sprawę, że na razie trzeba to odłożyć na bok i jak najszybciej wykonać zadanie, jakie nałożył na nas Isran. W końcu, to z naszej winy wampiry zdobyły przewagę w tej walce i należało to naprawić.

     - Najlepiej chyba zacząć od Markartu – westchnąłem zrezygnowany. – Tam trzeba popytać Calcelmo, czy wie coś o… Jak ona miała na imię?

     - Sorine Jurard – odparła Lydia. – A skoro ona włóczy się po Pograniczu, z Markartu będzie najbliżej.

     - Taaa – westchnąłem przeciągle. – Zwłaszcza, że Markart to miasto najdalej położone od Pękniny. Cztery dni drogi najmniej.

     Lydia przysunęła się do mnie i szepnęła mi do ucha.

     - Ale za to, przez Białą Grań…

     Objąłem ją czule.

     - Ty to zawsze wiesz, jak mnie pocieszyć.

     Nazajutrz, jeszcze przed świtem, zgodnie ruszyliśmy w kierunku Ivarstead.


piątek, 26 maja 2023

Rozdział IX – Zamek Volkihar

     Wymieniliśmy swoje imiona. Wciąż przypatrywałem się naszej nowej znajomej, bijąc się z myślami. Mieliśmy zwalczać wampiry, a co robimy? Pomagamy jednemu z nich, powrócić do domu! W dodatku, skoro jej domem był zamek Volkihar, oznaczało to, że należy ona do klanu najpotężniejszych wampirów w całym Skyrim. Tak przynajmniej głosiła gminna wieść.

     Z drugiej strony, jeśli ją teraz zabiję, nie dowiem się niczego. Nie odgadnę sam, jakie plany miały wampiry. Ba, nawet jeśli dotrzemy na zamek Volkihar i wrócimy z niego żywi, co wcale nie było pewne, nic nie gwarantowało nam, że czegokolwiek się dowiemy. Jedyny plus – obejrzymy sobie zamek od środka, co też mogło być ważne. Może zauważymy tam coś, co naprowadzi nas na jakąś myśl? Poza tym, dobrze byłoby poznać przeciwnika lepiej.

     Nie byłem do końca przekonany, czy dobrze robię. Ale jednego byłem pewien – nie zdołam jej zabić. Przynajmniej nie teraz. Jestem tylko człowiekiem i uczucie litości nie jest mi obce. Nie wiedziałem niczego o Seranie, ale w tej chwili była ona dla mnie po prostu przestraszoną i zdezorientowaną dziewczyną, która potrzebowała mojej pomocy. Byłem naiwny? Tak, byłem, dziś sam to przyznaję. A jednak nie potrafiłem postąpić wtedy inaczej.

     Szedłem pierwszy. Za mną, cicho stawiając stopy, sunęła Serana. Lydia zamykała pochód. Omiotłem taras Wykryciem Życia, potem krzyknąłem jedno słowo Szeptu Aury – ale nic się nie pokazało. Szedłem więc pewnie, ale spotkała mnie nieprzyjemna niespodzianka. Oto bowiem ze strony tarasu dobiegł nas jakiś chrobot. Zerknąłem tam i oniemiałem. Dwa posągi – gargulce – nagle się poruszyły. Najpierw zasłonił je obłok opadającego z nich kurzu. Potem oba wyprostowały się i zaryczały złowrogo. Natychmiast przypadliśmy do zacienionej części placu. Kto by pomyślał? Nowy rodzaj przeciwnika, którego nawet Szept Aury nie jest w stanie wykryć! Przynajmniej dopóki jest skamieniały… Szarpnięciem zerwałem łuk z pleców i odruchowo nałożyłem strzałę. Napiąłem łuk. Ebonowa strzała z sykiem pomknęła ku dalszemu z potworów i powaliła go. Bliższego chciałem zostawić Lydii, ale ona nie miała dogodnej pozycji do strzału. Zamiast niej, do walki włączyła się Serana, rażąc potwora długą i jasną błyskawicą. Gargulec obrócił się w naszą stronę, zaryczał i ruszył na nas. Lodowy Kolec, wypuszczony z lewej dłoni Serany, spowolnił go trochę, co dało mi okazję do strzału. Magia ognia, którą zaklęty był mój łuk, dopełniła dzieła. Drugi gargulec padł na schody i groteskowo zsunął się z nich na sam dół.

     Opuściłem łuk i zerknąłem na naszą nową towarzyszkę. Skinąłem jej głową, w niemej podzięce. Sam fakt, że zaczęła walczyć po naszej stronie, skrzesał we mnie zarzewie sympatii. Zdawałem sobie wprawdzie sprawę, że musi nam pomagać, jeśli chce dotrzeć do domu, ale i tak zrobiło mi się cieplej na sercu. Nieźle władała magią Zniszczenia, na pewno lepiej niż ja. Dopóki stała po naszej stronie, dobrze było mieć ją ze sobą. To jednak mogło się zmienić…

     Wspięliśmy się na schody. Niestety, spotkało nas rozczarowanie. To, co wzięliśmy za przejście, było tylko zacienioną wnęką w kamiennej ścianie. Przejścia nie było. Westchnienie wyrwało się z wszystkich trzech ust, niemal jednocześnie. Zaczęliśmy rozglądać się dookoła.

     Lydia pierwsza zauważyła obok drugi taras, tonący w mroku. Rzuciłem czar Płomień Świecy, by się nieco rozejrzeć. Od podnóża prowadził do niego łagodny stok, a na samej górze tkwiło łukowate wejście, jak do norskiej krypty. Zeszliśmy schodami na dół i skierowaliśmy się na ów stok, tym razem trzymając broń w pogotowiu. Nic się jednak nie stało, nawet gdy weszliśmy na górę. Spod kamiennego łuku zionął czernią wąski korytarz.

     - Chyba jesteśmy na dobrej drodze – szepnęła Serana. – Zaczynałam się już martwić.

     Krótki, kręty korytarz zaprowadził nas do rozległej komnaty. Tę jednak wykonano w surowym, norskim stylu. Miała dwa poziomy. Przed nami znajdowały się schody, prowadzące na górny poziom, znajdujący się nieco dalej. Takie same schody stały po lewej stronie, wiodąc do szerokiego, starannie wykonanego korytarza, jakie nieraz napotykaliśmy w norskich kryptach. Jego ściany pokryto tajemniczymi reliefami, jedynie na końcu, zamiast kamiennej bramy, otwieranej kluczem w kształcie szponu, znajdowała się gruba krata, której nie sposób było podnieść.

Dwupoziomowa komnata w norskim stylu

     - Znowu ukryty zamek? – mruknąłem zniechęcony.

     Serana udowodniła w tym momencie, że znacznie lepiej od nas widzi w ciemności.

     - A to? – wskazała w kierunku, z którego przyszliśmy.

     Musiałem przejść kilka kroków, żeby dostrzec to, co widziała tam Serana. Była to spora dźwignia, wystająca z kamiennego fundamentu. Cóż, trzeba było sprawdzić, czy rzeczywiście otwierała ona przejście, ale na wszelki wypadek przygotowaliśmy broń. Oboje z Lydią wiedzieliśmy, że dźwignia, umieszczona tak daleko od przejścia, z pewnością uruchamia nie tylko kratę, ale jeszcze coś. I to coś mogło być niebezpieczne. Widząc naszą reakcję, Serana przywołała na obie ręce zaklęcia zniszczenia.

     Z niemałym wysiłkiem przerzuciłem dźwignię. Krata istotnie uniosła się, ale jednocześnie odpadły wieka od dwu znajdujących się tu w cieniu sarkofagów, których przedtem nie dostrzegliśmy i wylazły z  nich draugry. Usłyszałem też za plecami charakterystyczne trzeszczenie – znak, że pojawiły się tam szkielety. Lydia i ja wzięliśmy na cel draugry. Ustrzeliliśmy je, zanim nas zauważyły. Potem natychmiast odwróciłem się, by wziąć na cel szkielety, ale zdążyłem tylko zauważyć, jak Serana rozbija drugiego z nich Lodowym Kolcem. Pierwszy leżał już na ziemi, rozbity na kostki.

     - Dobrze cię mieć ze sobą – wyrwało mi się z ust.

     Serana uśmiechnęła się, nieco zażenowana. Wskazała na podniesioną kratę po lewej stronie.

     - Dobrze będzie wyjść na zewnątrz i móc trochę odetchnąć – stwierdziła, wciąż trochę nieśmiało. – Nie tęsknię za blaskiem słońca, ale brakuje mi świeżego powietrza.

     Skierowaliśmy się więc całą trójką w tamtą stronę. Przeszliśmy pod podniesioną kratą i… Znieruchomieliśmy.

     - Co to jest? – Lydia zmarszczyła brwi. – Arena? Teatr?

     Ogromne pomieszczenie nie przypominało bowiem niczego, co widzielibyśmy przedtem. Wielka jaskinia, o naturalnym sklepieniu, zwężała się w dół jak lej, ale na bokach tego leja wykuto coś w rodzaju schodkowej widowni. Po naszej stronie, niby na trybunie honorowej, stały dwa kamienne trony. Po przeciwnej, na podobnym piedestale – trzy, z czego środkowy był znacznie wyższy od dwu pozostałych. Na samym dole znajdowała się niewielka, okrągła arena, a na jej środku – zagłębienie, w którym huczał ogień. Zagłębienie przykryto żelazną kratą. Kto podtrzymywał ogień w takim miejscu? Wiadomo – nieumarli. Przywiązani do tego miejsca przez ciemną moc, przez wieki bezwiednie, jak niewolnicy, wypełniający obowiązki, jakie na nich nałożyła wola jakiegoś pozaziemskiego bytu.

     - To raczej miejsce tortur – wzdrygnąłem się. – Albo wyjątkowo okrutnie dokonywanych egzekucji. Popatrz tam – wskazałem na dwa charakterystyczne menhiry, w kształcie „orlich dziobów”.

     - Smoczy kult – Lydia pokiwała głową. – A tam, co to?

     Zerknąłem nieco w prawo i natychmiast to usłyszałem: wołało mnie Słowo. Poniżej, w cieniu, wybudowano Smoczą Ścianę. To już był ewidentny dowód na to, że pomieszczenie służyło obrzędom smoczego kultu. Ruszyłem w tamtą stronę, ale zanim tam dotarłem, musieliśmy uporać się jeszcze z dwoma draugrami i kilkoma szkieletami, które nagle wyłoniły się z ciemnych zakamarków komnaty.

Tajemnicze pomieszczenie. Po prawej stronie widoczny fragment smoczej ściany

     - Lah – szepnąłem, gdy znaki smoczego pisma oderwały się od ściany i zamieniwszy się w błękitną mgiełkę, wniknęły w moje ciało. – Magia…

     Tak poznałem trzecie słowo Krzyku, który niezmiennie kojarzył mi się z wampirami – Wyssanie Witalności.

     Ale nie dane mi było kontemplować tego faktu, bowiem na trybunie coś trzasnęło, jakby z kamiennego sarkofagu opadło wieko. I nie, nie było to draugr. To był licz. Smoczy kapłan!

     Na szczęście my staliśmy w cieniu. I mieliśmy doskonałe, szklane łuki, zaklęte ogniem. I umieliśmy się nimi posługiwać. W dodatku, mieliśmy ze sobą kogoś, kto doskonale władał magią zniszczenia. Wynik tego starcia, niezależnie od mocy licza, mógł być tylko jeden. Kapłan uległ nam bardzo szybko.

     I dostrzegliśmy coś jeszcze – za jego sarkofagiem jaśniała drewnianymi deskami szeroka brama. Brama, prowadząca na zewnątrz, co okazało się w chwili, gdy ją otworzyliśmy. Wąski, naturalny chodnik za bramą był oszroniony i przysypany śniegiem. Śnieg skrzył się milionem iskier, odbijając błąkające się tu światło. Słoneczne światło! Poczuliśmy przepływ zimnego, świeżego powietrza. Niewątpliwie, było to wyjście.

     Nie zdołałem zareagować. Serana wybiegła, zanim zdążyłem mrugnąć. Czyżby uciekała?

     Ale nie. Gdy tylko wybiegła na oświetlony jasnym słońcem, zaśnieżony stok, roześmiała się radośnie, jak dziecko, po czym rozłożyła ręce i zakręciła jak w tańcu.

     - Ach, jak dobrze jest móc znów odetchnąć! – zawołała, po czym rozejrzała się po świecie, który widziała po raz pierwszy od nie wiadomo jak długiego czasu. – Ta pogoda jest niesamowita!

     Ale potem zmrużyła oczy, i przyłożyła ręce do skroni, jakby zabolała ją głowa. Wolnym ruchem naciągnęła sobie na głowę czarny kaptur, który niemal skrywał jej oczy i spojrzała w moją stronę.

     - Tu jest za jasno – poskarżyła się. – Nie wiem, jak ty to znosisz.

     Mnie też raziło słońce. Nic dziwnego, skoro dzień był słoneczny, powietrze czyste i przejrzyste, a śnieg aż skrzył się od słonecznego światła. Skoro ja musiałem zmrużyć oczy, to co czuła ona która nie widziała słońca od bardzo dawna. Poza tym była przecież wampirem, a więc stworzeniem, dla którego słońce jest zabójcze. Czym prędzej skryła się na powrót w cieniu korytarza.

     - Może zrobimy krótki postój – zaproponowała Lydia, spoglądając w jej stronę. – Jeszcze nie ma południa. Słońca wciąż będzie przybywać. Nie wiem, jak ona to zniesie. Wyruszylibyśmy wieczorem…

     - Przed nami daleka droga – podrapałem się po brodzie. – Jeśli ruszymy wieczorem i będziemy maszerowali całą noc, to akurat o świcie dojdziemy do zamieszkałych terenów. – Spojrzałem na dziewczynę. – A wolałbym, żeby nikt niepowołany jej nie widział.

     - Nikt nie musi wiedzieć, kim ona jest – odparła Lydia. – Gdy włoży kaptur, nie widać jej świecących oczu.

     Zgodziłem się z nią, głównie dlatego, że sam zdawałem sobie sprawę z potrzeby odpoczynku. Nie dalibyśmy pewnie rady wędrować całą noc. Potrzebowaliśmy wytchnienia.

     Serana zaofiarowała się trzymać wartę, jednak nie skorzystaliśmy z tej oferty. Za mało ją znaliśmy, a sama świadomość, że w naszym towarzystwie znajduje się wampir, nie pozwoliła by nam zasnąć. Widziałem, że zrobiło się jej przykro, ale nie zmieniłem zdania.  W końcu, ona też niezupełnie nam ufała i wciąż miała przed nami tajemnice.

     Lydia objęła pierwszą wartę, a ja wróciłem do krypty i położyłem się niedaleko ognia, płonącego na dnie areny. Było mi ciepło, toteż zasnąłem w miarę szybko, pomimo twardej posadzki, na której przyszło mi drzemać. Obudził mnie całus.

     - Zmiana warty – szepnęła Lydia do mojego ucha.

     Podniosłem się z ziemi.

     - Jak nasza podopieczna?

     - Nad wyraz spokojna – odparła Lydia, moszcząc się na ziemi. – I wciąż zdezorientowana. Nie wie, gdzie jest, ani jak trafić do domu. I ja też nie wiem, czy dobrze robimy, biorąc ją pod opiekę. Jakoś jej nie ufam. I ona chyba też niespecjalnie mnie lubi.

     Nie powiem, żeby mnie to podbudowało. Nigdy nie lekceważyłem przeczuć Lydii, bo zwykle okazywały się prawdziwe. Ale na razie i tak nie miałem innego planu ponad ten, który uzgodniliśmy przedtem. Zostawiłem ją w krypcie i udałem się na górę. Słońce dawno minęło już najwyższy punkt na niebie. Postanowiłem poczekać aż jeszcze się obniży i wyruszyć tuż przed zachodem słońca.

     Serana zdawała się drzemać, przytulona do skalnej ściany, na pograniczu wpadającego do groty światła i cienia, rzucanego przez skałę. Gdy pojawiłem się obok niej, uniosła głowę i uśmiechnęła się, wciąż trochę nieśmiało. Odwzajemniłem uśmiech. Poczułem do niej nić sympatii. Wyglądała, jakby miała jakieś siedemnaście, może osiemnaście lat, ale pytanie wampira o wiek mija się z celem. Z pewnością swoje lata liczyła w setkach.

     Zapytałem ją o jej dom, do którego zamierzaliśmy wyruszyć.

     - Znajduje się na wyspie, niedaleko Samotni – odrzekła z nikłym uśmiechem, jak ktoś, kto spodziewa się rychłego kresu długiej podróży. – Przy odrobinie szczęścia, znajdziemy łódź, która nas tam zabierze.

     - Wątpię – mruknąłem, stłumiwszy ziewnięcie. – Rybacy raczej trzymają się od tego miejsca z daleka. Zamek Volkihar ma złą sławę.

     - Jak tylko pamiętam, zawsze było tam kilka łodzi – odrzekła z przekonaniem. – Sami je tam zostawialiśmy. Jak inaczej moglibyśmy podróżować na kontynent?

     Uśmiechnęła się dziwnie.

     - To mój rodzinny dom – podjęła przerwaną opowieść. – Nie jest to najmilsze miejsce, ale w zależności od tego, kogo tam zastanę, nie powinno mi się nic przydarzyć.

     Spojrzałem na nią zaciekawiony.

     - Jest tam ktoś, kogo unikasz?

     Niewyraźny grymas przebiegł przez jej twarz.

     - Mój ojciec – prychnęła z goryczą – i ja… Kiepsko się dogadujemy…

     Po czym roześmiała się ironicznie.

    - Uch, kiedy powiedziałam to na głos, zabrzmiało to tak… pospolicie. „Mała dziewczynka, która nie dogaduje się z ojcem!”. Sto razy czytałam podobną historyjkę…

     Pokiwałem głową ze współczuciem.

     - Dzisiejsza data nic ci nie mówi – odezwałem się. – W twoich czasach nawet czas liczono inaczej. Sama nie wiesz, ile lat upłynęło, od kiedy cię zamknięto. To mogło stać się naprawdę dawno temu, setki, a może i tysiące lat. Od tego czasu wszystko mogło się zmienić. Wszystko! Twój dom też.

     Zamknęła oczy i skuliła się w sobie, jakby dopiero teraz to do niej dotarło. Objęła rękami kolana i położyła na nich głowę. Milczała dość długo. Odpowiedziała dopiero po dłuższej chwili, podnosząc na mnie swoje niesamowicie błyszczące oczy.

     - Ale mówiliście, że zamek Volkihar wciąż stoi…

     Skinąłem głową.

     - Stoi – potwierdziłem. – Widać go w pogodne dni z północnego wybrzeża. Ale nikt nie wie, czy w środku ktokolwiek mieszka. To miejsce jest okryte tak złą sławą, że nikt się tam nie wybrał od bardzo dawna. Nawet złodzieje. A przynajmniej ja o żadnym takim śmiałku nie słyszałem.

     Zrobiło mi się jej żal, gdy zauważyłem łzy, cisnące się do jej oczu, które z całych sił próbowała powstrzymać.

     - Ale zaprowadzimy cię tam – obiecałem. – I przekonamy się sami.

     Przez chwilę oboje milczeliśmy, aż w końcu odezwałem się, sam dziwiąc się swoim słowom.

     - Wiesz dlaczego powołano Obrońców Świtu?

     Potrząsnęła głową.

     - Bo ostatnio aktywność wampirów znacznie wzrosła – odrzekłem. – I tropy wiodą w okolice Samotni. Więc póki co, nie trać nadziei. Odstawimy cię do zamku.

     A potem spojrzałem w niebo i westchnąłem przeciągle.

     - A bogowie niech spróbują mi wytłumaczyć, dlaczego to robimy, bo tylko oni to wiedzą!

*          *          *

     Słońce stało jeszcze całkiem wysoko, gdy Lydia wynurzyła się z tunelu i oświadczyła, że jest gotowa do drogi. Jej zdolność do szybkiej regeneracji sił nieodmiennie mnie zdumiewała.

     - Kawałek drogi będzie po otwartym terenie – zwróciłem się do Serany. – Ale potem wejdziemy w las. Dasz radę na tym słońcu?

     Skinęła głową i dodała, wstając.

     - Byle nie za długo…

     Ruszyliśmy dziarsko stromą ścieżką w dół. Wkrótce znaleźliśmy się u podnóża góry i skręciliśmy w kierunku traktu do Smoczymostu. Serana szła z kapturem naciągniętym na oczy i widać było, że źle się czuje, ale nie skarżyła się na swój los. Dopiero gdy na horyzoncie pojawił się las, poprosiła nieśmiałym tonem.

     - Szybciej… Słońce… niezbyt dobrze działa na moją skórę. Jeśli wiecie, co mam na myśli.

     Roześmialiśmy się. Zabrzmiało to, jakby przewrażliwiona puncie swego wyglądu arystokratka narzekała na pogodę, ale przyspieszyliśmy kroku. Gdy po niedługim czasie znaleźliśmy się w cieniu między drzewami, odetchnęła głęboko.

     - Dobrze będzie zejść na chwilę ze słońca.

     - Zanim wyjdziemy z lasu, słońce zajdzie – odparła Lydia, z ukrywaną niechęcią zerkając na Seranę. – Proponuję ominąć Smoczymost i iść na skróty, przez mokradła. Znamy bród przez rzekę Karth, niedaleko świątyni Meridii. Jeśli nie boicie się zamoczyć nóg…

     Zgodziłem się, że to dobry pomysł, który oszczędzi nam sporo drogi i czasu. Dzięki temu mogliśmy jeszcze przed świtem dojść do wybrzeża. Po drodze nie spotkaliśmy wielu osób. Jakiś myśliwy na koniu, patrol cesarskich żołnierzy, z których kilku znało nas z dawnych czasów i nie zamierzali sprawiać problemów. Jedyną osobą, która nam zagroziła, był rozbójnik, uzbrojony w ciężki topór, który zaatakował nas już w nocy, w okolicach Samotni. Przyznaję, zaskoczył nas i byłby mnie poszczerbił, gdyby Serana, z podziwu godnym refleksem, nie zasłoniła mnie mieczem. Zbója, oczywiście, usiekliśmy. Na moje podziękowania Serana tylko uśmiechnęła się lekko.

     I jak ja miałem zabić kogoś, kto uratował mi życie? Ech, pokrętnym graczem jest los… 

     Świtało już, gdy zmęczeni dotarliśmy do wybrzeża. Lydia i ja musieliśmy wychylić po sporej fiolce mikstury, przywracającej kondycję. To specyfik, usuwający zmęczenie na jakiś czas. Gęsty, zielonkawy i słodki w smaku płyn istotnie dodał nam energii. Rzadko go stosowaliśmy, bo podobno łatwo było się od niego uzależnić.

     Zamek Volkihar tonął w porannej mgle. Widać było tylko odległe szczyty jego dachów.

 Zamek Volkihar

     - To tam – Serana wskazała na cypel, porośnięty drzewami i gęstym podszytem. – Kawałek na północ. Tam zwykle trzymaliśmy łodzie, by móc przepłynąć na wyspę.

     Graniczyło to z cudem, ale istotnie znajdowała się tam skromna, drewniana przystań, nawet dobrze utrzymana, a na brzegu leżała drewniana łódź i to w całkiem niezłym stanie. Wiosła i latarnia, napełniona olejem, znajdowały się w łodzi, pod deskami, pełniącymi rolę ławek. Było tam nawet drewniane wiadro, służące zapewne do wylewania deszczówki, którego jednak nie musieliśmy używać.

     Serana była tak podniecona, że przez całą drogę wierciła się na swej ławce jakby oblazły ją mrówki. Lydia i ja usiedliśmy do wioseł, Seranę, jako znającą te wody, wygnaliśmy do steru. Słońce, niewidoczne z powodu mgiełki, zapewne wychyliło się już zza horyzontu, bowiem było już całkiem jasno, gdy dotarliśmy do przystani na wyspie. Niepewnie, ociągając się, odłożyłem wiosło i wyszedłem na ląd. Lydia za mną. Serana energicznie wyskoczyła z łodzi i wzruszona spojrzała w stronę zamku.

     Tuż obok przystani wznosiła się okrągła, wysoka wieża obserwacyjna, w norskim stylu, stanowiąca zapewne też pierwszą linię obrony. Dalej wypukłym łukiem piętrzył się kamienny most, na którym co kilkanaście kroków postawiono kamienne postumenty, na których przycupnęły gargulce, czy też ich rzeźby – nigdy nie nauczyłem się tego rozróżniać. Za mostem zakratowana brama broniła wejścia do jednobryłowej, masywnej, ale strzelistej w swym charakterze budowli, w stylu trudnym do zdefiniowania.

     - Czy mi się wydaje? – szepnęła Lydia, przykładając dłoń do ucha. – Tam słychać głosy!

     Ja też je usłyszałem. Z zamku dochodziły głosy. Wiele głosów! I było coś jeszcze – przy wejściu paliły się pochodnie. Zamek bez wątpienia był zamieszkany. Serana uśmiechnęła się i postąpiła naprzód, ale widząc, że się ociągamy, zatrzymała się i spojrzała na mnie.

     - Co teraz? – spytała.

     Wzruszyłem ramionami. Niby mieliśmy ją tylko odprowadzić do domu. Ale co jeśli to już tylko ten sam budynek? Domu nie tworzą mury, tylko mieszkańcy. Nie miałem ochoty tam wchodzić, no ale dałem słowo. Poza tym, nie zapomniałem o swoim zadaniu – miałem zdobyć informacje.

     - To twój dom? – spytałem, wskazując na zamek.

     Wykrzywiła usta w ironicznym uśmiechu.

     - To tu – potwierdziła. – Nie ma to jak w… zamku.

     A więc ona też się tego obawiała. Trudno nie ma rady! Nie mogę stąd odejść, nie upewniwszy się, że jest bezpieczna.

     - Robi wrażenie – pokiwałem smętnie głową, ruszając w kierunku mostu.

     - To prawda – odparła, w lot pojmując, o co mi chodzi.

     Gargulce na moście nie poruszyły się. Może były to zwykłe rzeźby… A może nie wyczuwały niebezpieczeństwa, jako że przybyłem tu w pokojowych zamiarach? Nie miałem pojęcia, jak odróżnić kamienny posąg od zaklętego w kamień wampirzego strażnika.

     Idąca przodem Serana zatrzymała się nagle i obróciła w naszą stronę. Stanęliśmy jak na komendę.

     - Hej, więc – zająknęła się z zakłopotaniem. – Zanim tam wejdziemy…

     - Nic ci nie jest? – spytałem, zauważając zmianę na jej twarzy.

     - Tak myślę – potrząsnęła głową. – Dzięki za troskę. Chciałam wam podziękować za towarzyszenie mi aż do teraz. Potem może nie być okazji. Ale gdy już tam wejdziemy… Przez jakiś czas będę musiała działać w pojedynkę. Myślę… Wiem, że wasi przyjaciele najchętniej zabiliby tam wszystkich. Liczę, że potraficie się bardziej opanować.

     Mimo, iż czułem się wewnętrznie spięty, roześmiałem się na te słowa.

     - Możesz być spokojna – zapewniłem. – Jeszcze nie zwariowaliśmy, żeby w dwójkę rzucać się na całą zgraję wampirów. Czy w ogóle powinniśmy tam wchodzić? Damy radę potem wyjść?

     - Myślę, że dopóki jestem z wami, nic wam nie grozi – uśmiechnęła się niepewnie, po czym ruszyła w kierunku bramy.

     Nie byłem zdziwiony, że nas dostrzeżono z zamku. Ale zdumiało mnie, że niemal od razu rozpoznano Seranę.

     - Lady Serana wróciła!

     Głos od strony bramy brzmiał zdziwieniem i nieskrywaną radością.

     - Otworzyć bramę!

     Krata uniosła się z cichym chrzęstem. Zaskrzypiały zawiasy drewnianej bramy. Strażnik – stary Nord w skórzanej zbroi, skłonił się naszej towarzyszce z szacunkiem. Podziękowała mu skinieniem głowy i weszła w uchyloną bramę. Podążyliśmy za nią. Gdy mijaliśmy strażnika, ten łypnął na nas nieufnie.

     - Lord Harkon to wielki człowiek – mruknął w moim kierunku. – Lepiej okaż mu należny szacunek.

     Przedsionek zamku zbudowano starannie, z szarego, wygładzonego kamienia. Naprzeciwko znajdowała się kamienna balustrada, a za nią jakieś spore, jasno oświetlone pomieszczenie, z którego doszły nas głosy jakiejś biesiady. Widzieliśmy jednak tylko sufit, bo znajdowało się ono znacznie niżej. Zapewne balustradę postawiono na wystającym tarasie, z którego prowadził w dół jakieś schody.

     Tam właśnie pojawił się Altmer o siwych włosach i groźnym wyrazem na bladej twarzy.

     - Jak śmiesz tu wkraczać? – warknął nieprzyjemnie.

     Ale zaraz zmienił się na twarzy. Złość znikła, a jej miejsce zajęło niebotyczne zdumienie.

     - Zaraz – szepnął nie dowierzając. – Serana? To naprawdę ty?

     - Witaj, Vingalmo – Seranaz godnością skinęła mu głową. – Tak, to ja.

     - Własnym oczom nie wierzę – Altmer pokręcił głowa z niedowierzaniem, ale zaraz podbiegł do balustrady w tylnej części atrium i zawołał.

     - Mój panie! Słuchajcie wszyscy! Serana wróciła!

     Zrobiło się cicho. Altmer skłonił się i wykonał zachęcający gest w stronę Serany. Zapraszał ją do środka, niby ochmistrz swoją panią, powracającą z długiej podróży.

     - Sądzę, że mnie oczekują – Serana skinęła na nas zachęcająco i ruszyła w stronę sali. Podążyliśmy za nią.

     I zaraz tego pożałowaliśmy.

     W dole istotnie znajdowała się duża sala i odbywała się w niej uczta. Przy dwóch podłużnych stołach po obu stronach siedziało sporo osób, które na widok naszej towarzyszki, schodzącej po schodach, wstały z szacunkiem, by ją powitać.

     Ale na stole…

     - Zaraz zwymiotuję – szepnęła Lydia.

     Mnie też żołądek powędrował do gardła. Na każdym ze stołów leżały zwłoki. Świeże zwłoki, sądząc po czerwonych plamach krwi, w okolicach szyi. Wampiry napełniały z nich swoje kielichy, niby winem z podstawionych beczek. W dodatku wszędzie walały się ludzkie szczątki. Wokół roznosił się niesamowity odór gnijącego mięsa.

     Na środku stał postawny mężczyzna, w pysznym stroju. Wysoki i barczysty jak Nord, ale włosy jego były czarne i krótko przystrzyżone, na cesarską modę. Domyśliłem się, że to lord Harkon. Na widok Serany, rozłożył ramiona, jakby chciał ją powitać.

     - Moja dawno zaginiona córka w końcu wraca!

     Jego głos brzmiał dźwięcznie i głęboko, wprawiając moje wnętrzności w rezonans. Coś takiego czułem kiedyś, gdy odzywał się do mnie Alduin, Pożeracz Światów.

     - Wierzę, że masz mój Prastary Zwój? – dodał pytającym tonem.

     Serana parsknęła gniewnie i zeszła na sam dół, ale zamiast paść w ramiona ojca, zatrzymała się kilka kroków przed nim.

     - Po tych wszystkich latach to pierwsza rzecz, która przychodzi ci do głowy? – spytała ostrym tonem, jakiego dotąd u niej nie słyszałem. – Tak – prychnęła z pogardą. – Mam zwój!

     - Ona ma zwój – szepnął z podziwem jeden z wampirów przy stole.

     Harkon pokręcił głową z dezaprobatą, ale uśmiechnął się, choć trochę sztucznie.

     - Oczywiście, że się cieszę na twój widok, córko – zapewnił. – Czyż muszę takie słowa wypowiadać na głos?

     A potem na jego twarzy pojawił się dziwny grymas.

     - Gdybyż tylko była tu twoja zdradziecka matka – sapnął gniewnie. – Kazałbym jej oglądać to spotkanie, nim jej głowa znalazłaby się na palu!

     Momentalnie przestało mnie dziwić, że Serana nie dogaduje się z ojcem. Skoro takimi słowami ją witał!

     - A teraz powiedz mi, kogo tu z sobą przyprowadziłaś?

     Zapewne, aby złagodzić nieco pierwsze, zdecydowanie złe wrażenie, Serana uśmiechnęła się w naszą stronę.

     - Oto ludzie, którzy mnie ocalili!

     Zerknąłem na Lydię. Była blada. Odwzajemniła moje spojrzenie i ledwo dostrzegalnie potrząsnęła głową, jednocześnie przesuwając się lekko za moje plecy. Wiedziałem, co to znaczy. Nie chciała uczestniczyć w tej rozmowie, więc udała, że jest tylko moją przyboczną strażą. Tak też zrozumiał to Harkon, przez całą rozmowę zwracając się tylko do mnie. Wiedziałem, że Lydia w tym czasie zapisuje sobie w pamięci wszystko, co widzi i słyszy. Jej spostrzegawczość i oko do szczegółów gwarantowały, że zapamięta z tego spotkania znacznie więcej niż ja.

     - Masz moją wdzięczność za bezpieczny powrót mojej córki – skłonił się lekko Harkon. – Powiedz, jak masz na imię?

     - Jestem Wulfhere – odparłem, odwzajemniając ukłon. – Kim ty jesteś?

     Wampirzy władca uśmiechnął się wyrozumiale.

     - Jestem Harkon – oznajmił. – Władca tego dworu. Do teraz moja córka z pewnością powiedziała ci, kim… A raczej czym jesteśmy.

     Wiedziałem oczywiście, ale gdy po raz drugi omiotłem wzrokiem komnatę, nie mogłem się powstrzymać od kąśliwej uwagi.

     - Jesteście samotniczym kultem kanibali.

     Nie, nie wpadł we wściekłość. Przeciwnie, roześmiał się głośno, a ja nie umiałem oprzeć się wrażeniu, że śmieje się szczerze.

     - Niezupełnie – zapewnił. – Ale rozumiem, że ktoś z zewnątrz może wyciągnąć taki wniosek. Nie, jesteśmy wampirami. Jednymi z najstarszych i najpotężniejszych w Skyrim. Spędziliśmy tu całe stulecia, z dala od trosk tego świata.

     Spoważniał nagle i dodał z goryczą.

     - Wszystko skończyło się, gdy moja żona mnie zdradziła i skradła to, co dla mnie najcenniejsze.

     Umilkł. Serana z zażenowaniem opuściła głowę. Cisza przedłużała się, więc postanowiłem ją przerwać.

     - I co teraz?

     Wiem, że nie zabrzmiało to szczególnie błyskotliwie, ale miałem wtedy w głowie kompletną pustkę. Powiedziałem to, żeby po prostu coś powiedzieć. Odniosło to zresztą skutek, bowiem Harkon pokiwał głową i odezwał się.

     - Wyświadczasz mi wielką przysługę i należy ci się nagroda – zahuczał swym głębokim głosem. – Istnieje tylko jedna rzecz, którą mogę oddać a która dorównuje swą wartością Prastaremu Zwojowi i mojej córce. Oferuję ci moją krew – wyciągnął ramię w moją stronę, zwracając ku mnie obnażony nadgarstek. – Weź ją, a będziesz kroczyć jak lew między owcami. Ludzie będą drżeć na twój widok, a ty już nigdy nie będziesz obawiał się śmierci.

     Nie zgadniecie, co przyszło mi wtedy do głowy! Otóż, przebiegło mi przez myśl, że nie mógł trafić gorzej ze swą ofertą, co nawet nieco mnie rozbawiło. Pomijając fakt, że nie zamierzałem wcale dołączyć do tej gromady, którą szczerze się brzydziłem, jego propozycja wydała mi się śmieszna. Nie mógł mi zaofiarować niczego, czego bym już nie posiadał, albo czego bym pragnął. Potęga Smoczego Dziecięcia wydała mi się o wiele większa niż moc wampira. Wzbudzanie strachu w ludziach wcale nie przypadło mi do gustu. Wolałem bowiem, gdy ludzie uśmiechali się na mój widok, jak dotychczas. A śmierci, po wizycie w Sovngardzie, nie obawiałem się w ogóle.

     - A co jeśli odmówię przyjęcia daru?

     Spodziewałem się przynajmniej zmiany na jego twarzy. Ale nic takiego nie zaszło. Panował nad sobą w sposób doskonały. Nawet uśmiechnął się lekko.

     - Wtedy będziesz zwierzyną, jak wszyscy śmiertelnicy – rozłożył ręce w geście, który wyglądał jakby przepraszał mnie za zuchwałe słowa. – Tym razem daruję ci życie, lecz wygnam cię z tego miejsca. Takie tu panują zasady.

     - O niczym innym nie marzę – szepnęła cicho Lydia za moimi plecami.

     - Może potrzebujesz czegoś, co cię przekona? – lord uśmiechnął się groźnie i tajemniczo, jakby miał zamiar uczynić jakiś trik. – Oto moc!

     I nagle zaczął się zmieniać. Najpierw zrobił się cały czarny, włącznie z ubraniem, a po chwili, w miejscu, w którym stał, pojawił się gargulec, wyposażony w błoniaste, czarne skrzydła, jak u nietoperza. Gargulec podniósł głowę i zaryczał przeciągle.

     - Oto moc, którą oferuję – odezwał się charkotliwym głosem. – A teraz wybieraj!

     Umiejętność polimorfii była niezwykle rzadkim darem. Słyszałem o kilku istotach z Otchłani, które posiadły umiejętność zmiany postaci. Nie wiedziałem, że potrafią to także wampiry. Ale wcale nie pragnąłem jej posiąść. – „Dla wszystkich istot, miej zawsze jedną i tę samą twarz” – poradził mi dawnymi czasy mistrz Arngeir i tych nauk wolałem się trzymać. Pokręciłem głową. Do pewnego stopnia mu ufałem, więc po jego zapewnieniu, że tym razem skończy się na wyproszeniu nas z zamku, nie obawiałem się odmówić. 

     - Nie chcę być wampirem – oznajmiłem pewnym głosem. – Wybacz zuchwałość, ale odmawiam przyjęcia daru. Każdy musi kroczyć własną ścieżką, a ja dawno temu wybrałem inną.

     Przyjął to spokojnie i ze zrozumieniem, jak się spodziewałem.

     - Niech więc tak będzie – pokiwał głową, po czym dodał bez cienia gniewu, takim tonem, jakby wypowiadał zwyczajową formułkę. – Jesteś zwierzyną, jak wszyscy śmiertelnicy. Precz stąd!

     I w tym momencie wyciągnął dłoń w moją stronę. Na jego postaci zamajaczyła na chwilę jakaś ciemna poświata nieznanego mi zaklęcia. A potem straciłem przytomność.