niedziela, 6 stycznia 2019

Rozdział XXI - W królestwie Hermaeusa Mory

     Gdy wyszliśmy z windy, ujrzeliśmy mistrza Nelotha, z kwaśną miną siłującego się z kamiennym słupkiem. Kręcił głową, a na jego twarzy jawił się wyraz zawiedzionej nadziei. Co chwila podchodził do jakiejś rury przy ścianie i nasłuchiwał, po czym wracał do słupka i wciskał przycisk na jego szczycie. Jednak bez rezultatu.

     - Wszystkie cztery kotły muszą pracować, jeśli gablota ma się otworzyć – mruknął niezadowolony. – Na pewno nie zdarzyło ci się zabrać którejś kostki? – spojrzał na mnie spode brwi.

     Potrząsnąłem głową. Lydia również.

     - Te słupki długo były pod wodą – odparłem. – Może tam coś zaszło szlamem i nie kontaktuje jak należy. Sprawdzę. Jakaś szmata by się przydała… - dodałem rozglądając się bezradnie.

     Neloth wzruszył ramionami, po czym nie namyślając się długo, zsunął wierzchnią szatę i wyrwał oba rękawy ze swej koszuli. Zwinął je w kłębek i rzucił w moją stronę. No nieźle. Ścierki z tak cienkiego i drogiego batystu jeszcze w życiu nie używałem!

     Ruszyłem z powrotem do windy. Było blisko, więc już po chwili znalazłem się na dolnym tarasie, gdzie wokół mnie sterczały cztery cokoły sterujące. Wypłukałem w wodzie i wytarłem wszystkie cztery kostki, po czym przetarłem dokładnie uchwyty w słupkach sterujących, pilnując, by nie nawilżyć ich zbytnio. Pamiętałem słowa Nelotha, o tym że słona woda zaburza przepływ magii błyskawic, a według niego właśnie tego rodzaju magii tu użyto.

     Efekt był. Kostki w uchwytach rozbłysły znacznie jaskrawszym światłem. Dźwięk pracujących kotłów jakby również przybrał na sile. Wróciłem na górę.

     Neloth z zadowoleniem skinął głową i popukał w jedną z rurek, biegnącą przez ścianę.

     - Tak – uśmiechnął się. – Zadziałało! Jest dopływ pary.

     Ponieważ i tak musieliśmy poczekać, aż system się rozgrzeje i nabierze pary, usiedliśmy pod ścianą, by trochę odpocząć. Nie chciało mi się rozmawiać. Byłem zmęczony, a wiedziałem, że muszę zbierać siły na podroż do Otchłani, jaka zaraz miała mnie czekać, za sprawą księgi. Neloth zresztą pomyślał o tym samym. Z kieszeni wyciągnął dwie fiolki, wypełnione gęstym, zielonym płynem i podał mi je bez słowa. Zagęszczona mikstura przywracania kondycji. Zupełnego przywracania! O, to mi się teraz przyda! Choć elf specjalizował się głównie w zaklinaniu, żadna dziedzina magii nie była mu obca i niemal w każdej doszedł do mistrzostwa. Również w alchemii, która choć nie stanowiła szkoły magii, miała z nią wiele wspólnego. Jedną fiolkę opróżniłem od razu. Smakowała jak mocny napar ziołowy, nieco gorzkawy, osłodzony miodem. Poczułem nagły przypływ sił. Całe zmęczenie opadło ze mnie w jednej chwili. Podziękowałem skinieniem głowy, drugą fiolkę chowając w kieszonkę kołczana. Przyda się później, bo nie wiadomo, co mnie czeka w Apokryfie.

     - Bywałeś już tam, prawda? – spytał nagle Neloth. – W Apokryfie.

     Skinąłem głową.

     - I nic nie stało się z twoją głową – bardziej stwierdził niż spytał. – Czyli mogę być o ciebie spokojny…

     Minęło trochę czasu, zanim słupek sterujący przed gablotą zajaśniał bladym światłem. Podnieśliśmy się wszyscy z miejsc i podeszliśmy na środek komnaty. Neloth wyciągnął dłoń w stronę przycisku. Zawahał się na moment.

     - Teraz powinno pójść łatwo – mruknął i uderzył lekko błyszczący przycisk. – To powinno wystarczyć…

     Wystarczyło. Rozległ się syk, jakby ktoś gwałtownie wypuścił z płuc powietrze. Ciężka szklana płyta drgnęła i ze zgrzytem zapadła się w posadzkę, po czym wolno wysunął się z niej postument, z rozłożoną na nim księgą. Obramowanie wokół niego zrównało się z podłogą, tworząc całość. Okładka księgi błysnęła w świetle dwemerskich lamp, jak naoliwiona, choć w rzeczywistości była po prostu czysta – bez odrobinki kurzu. Widać, gablota była szczelna.

Mistrz Neloth we własnej osobie. Ikonografia, załączona do dokumentacji z wyprawy, wykonana w Czytelni Nchardak, kilka tygodni po opisanych wydarzeniach - zbiory prywatne Nelotha.

     - Nareszcie! – westchnął Neloth z wyraźną ulgą. – Mam nadzieję, że było warto.

     Sukces wyprawy wprawił go w doskonały nastrój. Zmęczenie i apatia opuściły go zupełnie. Jednocześnie powrócił mu jego specyficzny, nieco zrzędliwy i mocno ironiczny humor.Podniosłem ciężki, gruby tom. Okładka pokryta była nieznanymi mi znakami. Według Nelotha tytuł brzmiał „Przenikliwość epistolarna”. Zerknąłem na niego, potem na Lydię, która nie potrafiła ukryć niepokoju.

     Podszedłem z księga do Nelotha, ale on machnął ręką.

     - Proszę –wskazał na księgę. – Nie krępuj się. Zasługujesz na pierwszeństwo.

     Po chwili dodał z ironią.

     - Poza tym, może to być bardzo niebezpieczne. Te księgi wiele osób doprowadziły do szaleństwa.
Zerknąłem na Lydię. Uśmiechnęła się, ale widać było po niej, że jest spięta. Mrugnąłem do niej, chcąc ją uspokoić i rozwarłem sztywne okładki. Ujrzałem cienie, jakby jakieś macki wyłoniły się z jej wnętrza i oplotły moją głowę.

     - O, świetnie! – prychnął Neloth, rozpoznając daedryczny znak. – Pozdrów ode mnie Hermeusa Morę, jeśli go spotkasz…

     Dalej nie słyszałem, bowiem czytelnia w Nchardak rozwiała się jak dym, a ja znalazłem się na koronkowej platformie, położonej nad smolistym jeziorem, czy też morzem. Przede mną błyszczał znany mi już mechanizm Scrye. Za nim platforma zawijała się w górę, na kształt dziobu łodzi. A dalej wolnym, leniwym ruchem, poruszał się… korytarz. Tak, poruszał się! Jego wylot falował to w prawo, to w lewo, niby ogon olbrzymiej ryby, która wolno, nie spiesząc się, płynęła prosto przed siebie. Rozejrzałem się wokół. Innego wyjścia z platformy nie było.

Apokryf. Na pierwszym planie Scrye, za nim zwiniętym koronkowy most

     Przede wszystkim podszedłem do Scrye. Coś z pewnością musiało uruchamiać, bo nie postawiono by go tu bez przyczyny. Gdy tylko wrzuciłem błyszczącą kulkę do muszli, z szelestem rozwinęła się platforma przede mną, niby zwodzony most. Tyle, że bardziej on przypominał plecionkę koszyka – lekką, delikatną i zbyt słabą, by unieść ciężar człowieka.

     Mimo to, gdy wszedłem na pomost, lekko tylko uginał się pod moimi stopami. Podparcie było mocne i solidne. Teraz mogłem podejść tak blisko, by wskoczyć do wylotu tunelu, również zbudowanego z owej elastycznej, czarnej koronki. Wyczekałem odpowiedni moment…

     W tunelu wywinąłem kozła. Tak bywa, gdy z nieruchomego pomostu skoczy się na ruchomą platformę. Pozbierałem się jednak szybko i choć ruchomym korytarzem szło się trudno, starałem się pochylać na boki w rytm jego ruchów, by nie stracić równowagi. Zresztą, im dalej, tym ruch był słabszy. Korytarz przede mną nieustannie to się giął, to prostował, to wyginał w drugą stronę. Było to deprymujące, więc szedłem szybko, by wreszcie się z niego wydostać. W końcu stanąłem w nieruchomym punkcie, ale towcale nie był koniec kołysania. Drugi wylot korytarza również był bowiem ruchomy i falował w identyczny sposób, tyle że w przeciwnym kierunku. Gdy doszedłem do jego końca, czułem się już jak pijany. Wylot tunelu pomiatał mną, jak szmacianą lalką. Przeciwległy brzeg przesuwał mi się przed oczami to na prawo, to na lewo. Z lewej strony zresztą nie było nic, tylko toń jeziora i za nim czarne, pionowe skały. Na wprost znajdowała się podobna platforma jak ta, z której tu wszedłem, jednak z podniesionym mostem. Doskoczyć nie sposób. Dało się jedynie zeskoczyć na prawo, na inną platformę i bogowie wiedzą, jak bardzo tego potrzebowałem. Dobrze, że niewiele zjadłem, bo w głowie mi się kręciło, a treść żołądka podeszła mi do gardła, jakbym dostał choroby morskiej. Musiałem chwilę odpocząć, by dojść do siebie.

     Na mojej platformie nie było żadnego przejścia. Było za to Scrye. Podejrzewałem, że po prostu otwiera ono most i nie omyliłem się. Gdy zawinięta koronka na sąsiedniej platformie rozprostowała się na kształt pomostu, zbladłem zapewne nieco na myśl, że muszę wrócić do rozkołysanego korytarza. Postanowiłem działać szybko. Gdy korytarz wygiął się w moją stronę i znieruchomiał na okamgnienie, wskoczyłem do środka, mocno trzymając się krawędzi ściany i odwróciłem natychmiast, by niezwłocznie z niego wyskoczyć, gdy tylko znalazł się naprzeciw pomostu. Przeturlałem po koronkowym podłożu i wylądowałem u podnóża ebonowego zdaje się postumentu, stojącego na tej platformie. Na nim rozłożona była księga.

     - „Rozdział II” – przeczytałem na głos.

     Ale niczego więcej nie zdążyłem odcyfrować, bowiem księga natychmiast przeniosła mnie w inne obszary Otchłani. Znalazłem się w innym tunelu, okrągłym i wprawdzie nieruchomym, ale wewnątrz wirowało powietrze, a wraz z nim, zalegające tu kartki papieru, pokryte nieznanym mi pismem. Poza tym jednak korytarz był pusty. Zbudowano go z tej samej, czarnej plecionki, co stwierdziłem, dokładnie się jej przyglądając. Powoli ruszyłem przed siebie. Korytarz nie był zresztą długi. Kończył się ślepą ścianą, pod którą umieszczono Scrye, jednak znajdujące się po bokach czarne rzeźby potworów z rybimi pyskami sprawiły, że sięgnąłem po łuk. Zganiłem się w myślach. Jak mogłem postępować tak nieroztropnie? Idę sobie środkiem, jak jakiś pielgrzym, a przecież znalazłem się w Otchłani, pełnej nieprzyjaznych istot!

     Ebonowa strzała powędrowała na cięciwę. Ugiąłem nieco kolana. W tej pozycji łatwiej było mi się skradać. Rozglądając się na boki, uruchomiłem Scrye

     Skutek przeszedł moje oczekiwania. Spodziewałem się, że w ścianie otworzy się jakieś przejście, tymczasem to korytarz rozwinął się, jak pękający pąk kwiatu. Sklepienie rozwarło się, ukazując opalizującą, zielonkawą łunę nade mną, a ściany wyprostowały się i zrównały z podłożem, tworząc obszerną komnatę. 

     Odwróciłem się i mimo panującego tu półmroku zlustrowałem komnatę. Przeciwległa ściana była pusta, ale na prawej, w najdalszym jej końcu, majaczyły jakieś drzwi, a przed nimi przechadzał się czyhacz. Nie dostrzegł mnie jeszcze, ba, w ogóle nie spojrzał w moją stronę, co niezbyt dobrze świadczyło o jego inteligencji. Przecież po nagłym otwarciu się korytarza, każdy odruchowo spojrzałby w miejsce, z którego ów mechanizm się uruchamia. Dostrzegł mnie dopiero wtedy, gdy moja strzała wbiła mu się w tył głowy. Nie zdążył jednak zareagować. Zaraz po pierwszej wypuściłem drugą, która rozłożyła go na plecionej podłodze komnaty.

     - Laas! – krzyknąłem.

     Szept Aury wskazał mi jeszcze jednego przeciwnika. Ten z kolei stał przy końcu lewej ściany, gdzie błyszczało następne Scrye. Był to poszukiwacz, który właśnie mnie zauważył i zaczął zdążać w moją stronę. Położyłem go dwiema strzałami. Nie zdążył się nawet rozdwoić, jak to mają te stwory w zwyczaju. Więcej nikogo tu nie było.

     Podszedłem do drzwi. Były zamknięte. Niewiele więc się namyślając, skierowałem swe kroki ku przeciwnej ścianie i uruchomiłem Scrye. Tak jak przypuszczałem, brama rozwarła się, odsłaniając schody, prowadzące na niewysoki taras. Na nim tkwił podest, a na nim – księga.

     Podszedłem w jej stronę. Była otwarta. Rzuciłem okiem na pożółkłą kartę, ale napisano tam jedynie „Rozdział III” i w chwili, gdy to przeczytałem, księga przeniosła mnie w inne rejony Apokryfu. Widać, każdy rejon odpowiadał tu jakiemuś rozdziałowi w księdze. Ten wyglądał jak cały system schodów i tarasów, wyłaniających się ze smolistego morza. Wokół wirowały małe tornada, złożone z zapisanych kart papieru. Pełniły chyba rolę ozdób, a może wentylatorów, albo specyficznych regałów na dokumenty, dość, że były zupełnie nieszkodliwe. No, może jedynie rozpraszały uwagę, przez co trudno było na czas dostrzec ruch przeciwnika, jeśli w pobliżu taki się znajdował. Ale do tego miałem inne narzędzie.

     - Laas!

     Szept Aury ukazał mi dwa poszukiwacze w oddali. Z miejsca, w którym stałem, miałem idealną pozycję strzelecką. Każdemu posłałem po trzy szybkie strzały, ale żaden nie zdołał się do mnie zbliżyć, zanim oba padły. A ja rozpocząłem wędrówkę po schodach i tarasach.

     Wspiąłem się właśnie na najwyższy z nich. Na szczycie lśniło okrągłe, smoliste jeziorko, a za nim znajdowało się wejście do ruchomego tunelu, takiego samego, jak poprzednio. Podobnie poruszał się w prawo i w lewo, niby ogon olbrzymiej ryby. Przy moim tarasie tunel zatrzymywał się na okamgnienie, by zaraz ruszyć dalej, mijając jeden i zawracając przy kolejnym.

     Na środkowym przechadzał się czyhacz. Daleko, ale nie tak daleko, by go nie trafić. Zanim wejdę do tunelu, muszę go najpierw zlikwidować, aby nie zdołał mnie zaatakować. Strzeliłem. Czyhacz zgiął się wpół. Musiałem trafić we wrażliwe miejsce. Ale zaraz się wyprostował i zaczął się rozglądać. Jednak stałem w miejscu, w którym trudno było mnie zauważyć. Wypuściłem drugą strzałę. Czyhacz stracił równowagę i spadł z tarasu na rozległą platformę poniżej, niewiele nad poziomem owego tajemniczego, smolistego morza. Tam, niestety, był już poza moim zasięgiem. Na szczęście, zagrozić też mi stamtąd nie mógł.

Inny obszar Apokryfu

     Poczekałem, aż wylot tunelu znajdzie się naprzeciw mnie i wskoczyłem do środka, po czym odwróciłem się, chcąc mieć wylot przed sobą. Minąłem taras czyhacza i dotarłem do kolejnego, niewielkiego, zakończonego ścianą. Krzątały się tam dwa poszukiwacze. Dwa na tak małym obszarze – to zbyt niebezpieczni przeciwnicy. Przez chwilę się wahałem, czy nie podążyć po prostu na drugi koniec tunelu, ale zaraz poniechałem tego zamiaru. Odezwał się we mnie instynkt wojownika. Nie wolno zostawiać nie tkniętego przeciwnika za swoimi plecami! Musiałem najpierw ustrzelić oba Poszukiwacze.

     Strzał z ruchomego tunelu był bardzo trudny. Musiałem oprzeć się plecami o ruchomą ścianę i wypuścić strzałę dokładnie w tej chwili, gdy tunel zatrzymywał się w punkcie zwrotnym. Na wycelowanie miałem mniej czasu niż mrugnięcie okiem. I może dlatego kilkakrotnie chybiłem. Ale na moje szczęście, ruchomy tunel zapewniał mi osłonę. Poszukiwacze długo nie mogły zorientować się, skąd lecą strzały. Zdążyłem jednego powalić, zanim drugi z daleka posłał w moją stronę chmurę paraliżującej mgły. Nic mi ona nie zrobiła, bowiem zanim owa chmura doleciała, ja wraz z ruchomym końcem tunelu, znajdowałem się już zupełnie gdzieś indziej. Wbiegłem też nieco głębiej do tunelu, aby mnie nie zauważył. I choć przy kolejnym nawrocie koniec tunelu otrzymał od stwora swoją porcję magii zniszczenia, mnie tam nie było. Stwór był zupełnie zdezorientowany, gdy przy następnym nawrocie dostał strzałę prosto w miejsce, gdzie u człowieka znajduje się serce, a u Poszukiwacza – bogowie raczą wiedzieć, co. Nim ściana tunelu zasłoniła mi go na powrót, zdążyłem zauważyć, że skulił się z bólu. Przy kolejnym nawrocie wypuściłem ostatnią strzałę. Ta go zabiła.

     Przeczekałem jeszcze jeden cykl, po czym wyskoczyłem z tunelu i zatoczyłem się jak pijany. Niewiele dziś zjadłem, bo nasze skromne zapasy nie pozwoliły na obżarstwo. Ale i tak wypompowałem to wszystko z siebie prosto w smoliste morze. Nie nadaję się na podróżnika po takich platformach. Gdybym miał choć odrobinę tego trunku, którym kiedyś poczęstował mnie marynarz z „Dziewicy Północy”… Jakże on się nazywał? Rum? Jakoś tak… Pamiętałem tylko, że wprawdzie palił gardło,  ale mi pomógł. Muszę dowiedzieć się o nim czegoś więcej.

     Na razie jednak miałem inne zmartwienia. Platforma była ślepa. Nie miała żadnego przejścia. Była jak mała komnatka w bibliotece – pełna książek, dokumentów, nawet dwa klejnoty duszy się znalazły, ale żadnej drogi.

     Z niechęcią spojrzałem na poruszający się za mną tunel. A więc z takim przeciwnikiem przyjdzie mi się zmierzyć. Nigdy nie przypuszczałem, że będzie nim mój własny żołądek.

     Ale jeszcze nie teraz… Jeszcze chwilę. Niech przejdzie mi najpierw ta słabość.

     Kilkakrotnie przymierzałem się do skoku w tunel i za każdym razem mdłości dopadały mnie na sam jego widok. Ale co innego mogłem zrobić? Czekać tu nie wiadomo na co? Innego wyjścia poza tym tunelem nie było, więc po kilku głębokich oddechach znów znalazłem się w środku. Ruch podłoża sprawił, że rzuciło mną na ścianę. Wykonana była, co dopiero teraz zauważyłem, z książek, użytych zamiast cegieł. Czy to prawdziwe książki, czy tylko stylistyka miejsca? Przez chwilę zastanawiałem się nad tym, biegnąc niezdarnie w głąb korytarza. Wreszcie dotarłem do nieruchomego środka. Przejście zasłaniała wprawdzie brama, ale obok znajdował się Scrye, który ją otwierał. Jednak ku mojemu zdziwieniu, za bramą znajdowała się tylko ślepa ściana. Zdziwiony wyciągnąłem ku niej dłoń. Ale nie zdołałem jej dotknąć, bowiem ściana… uciekła. Oddalała się ode mnie w szybkim tempie, a przejście rozciągnęło się w długi korytarz. Wreszcie stanęła w miejscu. Za to na końcu pojawił się Poszukiwacz. Był jednak wystarczająco daleko, abym nie musiał się go obawiać. Z dużej odległości to ja miałem nad nim przewagę. Dwie strzały w zupełności wystarczyły.


     Ruszyłem w tamtym kierunku. Szczątki Poszukiwacza leżały pod ścianą, jak kosmaty worek, z którego wypuszczono powietrze. Za każdym razem, gdy uśmiercałem któregoś z nich, odczuwałem żal. Sam nie wiem, dlaczego. Pewnie dlatego, że Poszukiwacz wyglądał niegroźnie i łagodnie. Tyle tylko, że wcale taki nie był. Zresztą, kto wie, czy to stworzenie w ogóle dało się uśmiercić. Może moje strzały tylko przenosiły je w inny wymiar Otchłani…

     Korytarz skręcał w lewo, pod dość ostrym kątem. Skręciłem i ja. W oddali dostrzegłem jego wylot. Trochę mnie zdziwił ten widok, bo niczego więcej za nim nie widziałem. Niepodobna, żeby prowadził w smoliste morze. Ale pewnie niejedno dziwne zjawisko tutaj ujrzę.

     I ujrzałem. Gdy tylko zbliżyłem się do wylotu, podłoże drgnęło pod moimi stopami, a tunel wygiął się w lewo, a jego wylot znalazł się na wprost wejścia na platformę. Koronkowy most rozwinął się, umożliwiając wyjście, ale za nim stał Czyhacz, na widok którego przywarłem do ściany tunelu. Potwór obejrzał się w moją stronę, ale mnie nie zauważył. Pogapił się przez chwilę, po czym z wolna odwrócił wzrok i ruszył przed siebie, oddalając się ode mnie. Po pewnym czasie odwrócił się i rozpoczął wolny marsz w przeciwną stronę. Za chwilę znajdzie się zupełnie blisko, a wtedy nie tylko może mnie dostrzec, ale też zaatakować. Nie było czasu do stracenia. Napiąłem łuk. Czyhacz dostrzegł chyba ten ruch, bo zatrzymał się. Na nieszczęście dla siebie, tylko po to, by strzała przeszyła jego szyję. A ja nie czekałem, aż otrząśnie się z szoku i natychmiast wypuściłem drugą.

     Stworzenia z Otchłani miały niesamowitą zdolność regeneracji odniesionych ran. Gdybym pozostawił go w takim stanie, już po kilkunastu minutach wróciłby on do stanu całkowitego ozdrowienia, a moja strzała zapewne rozpuściłaby się w jego posoce. Przypominały pod tym względem śnieżne trolle. I walka z nimi też wyglądała podobnie. Należało naszpikować je strzałami w jak najkrótszym czasie, aby nie zdążyły się zregenerować. Tak więc po drugiej strzale, natychmiast nałożyłem trzecią. Czyhacz tymczasem był już blisko i otworzył swój rybi pysk, by rzygnąć w moją stronę czarną, toksyczną mazią. Zamiast tego, zatoczył się, gdy ebonowy grot przebił mu czaszkę. Na zwykłą, śmiertelną istotę wystarczyłoby w zupełności, ale Czyhacz nie pochodził z Nirn, tylko z Otchłani. Czy był rodzajem Daedry? Chyba nie, bo te po przegranej walce zawsze rozwiewały się w pył, podczas gdy martwe ciało Czyhacza pozostawało na miejscu. I to również pozostało, ale dopiero po mojej czwartej strzale, która trafiła bezbłędnie w oko.

     Trąciłem go stopą. Z pewnością był istotą cielesną. Zapewne stworzoną w magiczny sposób, ale cielesną. Jak troll. Zatem moja broń nie odsyłała ich do Otchłani, lecz zwyczajnie uśmiercała. Po tym, co usłyszałem od osób, zniewolonych przy Kamieniach Żywiołów, nie umiałem jednak współczuć Czyhaczowi. Był wcielonym złem i do tego jeszcze był obrzydliwy.

     Platforma, na którą wstąpiłem, miała tylko jedno wyjście. Był nim taki sam korytarz jak poprzednio. I jak tamten, zaczął się poruszać, skręcając swoje wielkie cielsko w lewo, niby gigantyczny wąż, zwijający się w kłębek. Zaprowadził mnie na małą, okrągłą platformę, pośrodku której skrzyło swym błyszczącym okiem Scrye. Za nim widniała czarna, koronkowa krata zamkniętej bramy. Gdy ją otworzyłem, przy pomocy owego apokryficznego zamka, ujrzałem okrągłą komnatę, z niewielkim, smolistym oczkiem pośrodku. Wiedziałem już, że nie należy zbliżać się do owych jeziorek. Z niektórych wystrzeliwały bowiem czasem czarne macki, niby wielkiej ośmiornicy, które chlastały jak bicze. Poza tym, opary tej czarnej cieczy były trujące.

Według relacji Wulfhere'a - Smoczego Dziecięcia, takich jeziorek jest w Apokryfie bardzo wiele

     Komnata była zapewne czytelnią, o czym świadczyły stojące naokoło puste podesty na księgi. Po drugiej stronie ujrzałem korytarz, po którym krzątały się aż trzy włochate Poszukiwacze. Uniosłem łuk do oka…

     Bogowie mi świadkami, że nie ja rozpocząłem walkę z owymi stworzeniami. Gdy spotkałem pierwsze z nich, nie chciałem z nim walczyć, bo wydało ni się niegroźne i spokojne. Ot, kosmaty mól książkowy, grzebiący w bibliotece. Komu on mógłby zaszkodzić? A jednak to one atakowały, zawsze gdy tylko mnie spostrzegły. Ich paraliżująca magia była naprawdę groźna. Dlatego, podobnie jak z innym stworzeniami, starałem się je likwidować z daleka. Jednak zawsze w ich przypadku czułem jakieś niewyraźne wyrzuty sumienia. Oto, jaki skutek może wywołać niegroźny i sympatyczny wygląd wrogiej istoty.

     Tym razem doszło do bezpośredniego starcia. Dwa stwory udało mi się ustrzelić z daleka, ale jeden z nich zdołał zbliżyć się do mnie i rozdwoił się przede mną na dwie postaci, nie różniące się niczym od siebie. Zacisnąłem zęby, gdy uderzyła mnie ich magia . Na chybił trafił wybrałem prawego i ciąłem mieczem z całej siły. Chwała niech będzie twórcy Rozdzieracza Chłodu! Magia miecza sparaliżowała go, choć po cięciu szklanego ostrza i tak wyglądał już jak rozcięty worek. Jeszcze szybkie pchnięcie sztychem i potwór sflaczał i rozpłaszczył się na podłożu. Drugi po prostu rozwiał się w pył.

     Dalej korytarz wił się jak żmija. Na szczęście się nie poruszał. Po kilku zakrętach doprowadził mnie do niewielkiej, ślepej komnaty. Jedynym wyjściem z niej była rozłożona na podeście księga. Ale wiedziałem już, jak ona działa. Gdy tylko przeczytałem „Rozdział IV”, natychmiast przeniosło mnie gdzie indziej.

     Tym razem znalazłem się wysoko, na okrągłej, koronkowej platformie. Roztaczał się stąd wspaniały widok na cały obszar Apokryfu, który właśnie zwiedziłem. Widziałem pod sobą ruchome korytarze i platformy, przez które przechodziłem. Przyznam, że zadrżały pode mną kolana, gdy spojrzałem w dół. Zwłaszcza, że poruszać musiałem się obrzeżami, bowiem na środku znajdowało się smoliste oczko. A musiałem dojść do przeciwległej krawędzi, gdzie znajdowało się błyszczące Scrye, które mogło otworzyć mi wyjście, jakkolwiek nie miałem pojęcia dokąd. Wokół nie było nic, na co można było przejść. Jedynie dalej wirowała wolno jakaś koronkowa kopuła, zatknięta na szczycie iglicy. Ale nawet nie próbowałbym na nią wejść. Zresztą, było za daleko.

     Scrye zadziałało. Znajdująca się za nim koronkowa ścianka opadła i wyprostowała się jak zwodzony most, w kierunku kopuły. Ta z kolei znieruchomiała i rozwinęła się, niby kapelusz gigantycznego muchomora. Na jej szczycie dostrzegłem księgę.

Scrye - apokryficzny zamek

     Westchnąłem ciężko. Apokryf był miejscem, bezustannie wymagającym ode mnie wysiłku woli. Tutaj nie Czyhacze, nie Poszukiwacze były moimi przeciwnikami. W tym miejscu najsilniejszym moim wrogiem byłem ja sam i moje słabości. Choć całe moje ja buntowało się przeciw wejściu na tę delikatną, zawieszoną pod niebem konstrukcję, musiałem się przemóc i wkroczyć na nią, choć nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Dużo nie brakowało, bym podpełzł tam na czworakach, ale na taki pokaz słabości nie mogłem sobie pozwolić. Znów kilka głębokich oddechów i usiłując opanować drżenie kolan, postąpiłem kok naprzód.

     Podłoże było sprężyste, ale mocne. Bez problemu dotarłem do ebonowego podestu i chwyciłem się go mocno. Księga otworzyła się sama. Ale nie zdążyłem nawet rzucić na nią okiem, gdy za nią pojawiło się coś jeszcze. Coś złowrogiego i przerażającego. Jakiś potwór, składający się z czarnych macek i wielkiego, przymrużonego oka pośrodku. Serce podeszło mi do gardła. Wiedziałem, kto to taki. Zaszczycił mnie sam Hermeus Mora.

     Oko przyglądało mi się uważnie przez dłuższą chwilę, zanim rozległ się głos daedry. Niski, dudniący, od którego wnętrzności wpadały w drżenie, ale jednocześnie głęboki i aksamitny. Wibrowała w nim potęga, ale potęga specyficznego rodzaju. Hermaeus Mora mówił powoli, wręcz leniwie, a jego głos brzmiał spokojnie, jak u kogoś, kto dobrze wie co mówi i jest całkowicie pewien swoich racji.

     - Jesteś tu – rzekł głos. – Choć wcześniej twym zamiarem było odrzucenie mnie. Twoja podroż do oświecenia przyprowadziła cię do mojego królestwa. Tak jak przewidziałem.

     W jego głosie nie było znać tryumfu. Tylko suche stwierdzenie faktu. Przeszedł mnie dreszcz na tę myśl, bowiem zrozumiałem, że ktoś tak potężny nie ma powodu by tryumfować z mojego powodu. Podobnie jak ja nie tryumfowałbym, gdybym rozdeptał karalucha. Dlatego też mój głos zadrżał, choć próbowałem nadać mu zuchwały ton.

     - Czego ode mnie chcesz tym razem? – spytałem.
Hermaeus Mora nie odpowiedział od razu.

     - Jesteś w moim królestwie – odezwał się w końcu. – Udało ci się dotrzeć do zakazanej wiedzy, którą wcześniej zdobyła tylko jedna osoba. Jesteś Smoczym Dziecięciem, jak Miraak przed tobą. Szukasz wiedzy i potęgi.

     Miał rację. Szukałem wiedzy i potęgi, by pokonać Miraaka. I przyszło mi też do głowy, że tylko Hermaeus Mora może mi je podarować. Ale on nigdy nie dawał niczego za darmo. Będzie chciał mnie. Będzie chciał, abym mu służył, jak Miraak. Miałem stać się jego niewolnikiem i powoli pogrążać się w ciemnej stronie tyranii, przed czym dawno temu przestrzegali mnie Siwobrodzi.

     Poważna i dobrotliwa twarz mistrza Arngeira mignęła mi przed oczami. I ten widok przywrócił mi przytomność. Nie! Nie mogę się na to zgodzić! Cóż z tego, że pokonam Miraaka, jeśli sam zajmę jego miejsce? Może obudzi się ciemna strona mojego umysłu i stanę się kimś o wiele gorszym od niego?

     - Nie będę ci służył, potworze – wydusiłem z siebie. – Chcę pokonać Miraaka…

     Chciałem dodać, że chcę go pokonać, a nie zająć jego miejsce, ale daedryczny książę nie pozwolił mi dokończyć.

     - Będziesz mi służyć, czy tego chcesz, czy nie – odrzekł głosem tak pewnym, że znów przeszedł mnie dreszcz. – Wszyscy pragnący poznać tajemnice świata, są moimi sługami. Wiem czego chcesz: wykorzystać moc Smoczego Dziecięcia, by podporządkować świat swojej woli. Tutaj jest wiedza, której potrzebujesz, choć nie było ci wiadome, że jest ci potrzebna.

     Chciałem zaprzeczyć. Chciałem zaprotestować. Nie pragnąłem władzy, ani nie chciałem nikomu narzucić swej woli. Ale pojąłem, że innej drogi nie ma. Czy chciałem, czy nie, musiałem zdobyć tę potęgę, choć na krótką chwilę – chwilę potrzebną do pokonania Miraaka. Choćby po to, by być równie potężny jak on, aby on z kolei nie mógł narzucić swej woli mnie. Niby rozumiałem to od samego początku, ale dopiero w tamtej chwili dotarło to do mnie z całą oczywistością.

     Tymczasem Hermaeus Mora wydawał się bawić moim wątpliwościami. Sam podsunął mi przynętę, o której wiedział, że ją łyknę.

     - Drugie Słowo Mocy – odezwał się niespodziewanie. – Używaj go, by zmuszać śmiertelników do wypełniania twej woli.

     I nagle z jego strony popłynęła ku mnie błękitna mgiełka. Mgiełka ułożyła się przed moimi oczami w dwie litery smoczego pisma.

     - Hah – szepnąłem zaaferowany. – Umysł…

     Literki rozwiały się, gdy tylko wypowiedziałem Słowo. Znów zamieniły sięw mgiełkę, która owionęła moją głowę i wniknęła we mnie, wraz z krzykiem, wydobywającym się z piersi Pradawnych Herosów. Dusza jednego ze smoków, którą wchłonąłem kiedyś w przeszłości, obudziła się i udzieliła mi zrozumienia tego słowa. Poczułem się jak ktoś, kto widzi cudze myśli, niby dziecięce klocki i może je ustawiać tak jak zechce. Poczułem u siebie władzę nad umysłami wszelkich śmiertelnych istot.

     Po chwili wróciła mi przytomność. Oko Hermaeusa Mory przyglądało mi się z pobłażaniem, jakby patrzył on na niesforne dziecko. Chyba poczuł się rozbawiony moimi myślami o potędze. Dał temu zresztą wyraz już po chwili.

     - Ale to za mało – odezwał się znów, a w jego głosie poczułem lekką drwinę. – Miraak zna ostatnie Słowo Mocy. Bez niego nie zdołasz go pokonać.

     Całe moje uniesienie momentalnie opadło. Wiedziałem, że muszę poznać trzecie Słowo. Wiedziałem, że Hermaeus Mora może mnie go nauczyć. Ale nie wiedziałem, czego chce w zamian.

     Jakby odpowiadając na moje myśli, daedryczny książę odezwał się znów.

     - Miraak dobrze mi służył i został nagrodzony. Mogę dać ci tę samą moc co jemu. Ale każda wiedza ma swoja cenę.

     Mimo, iż spodziewałem się takiego obrotu sprawy, poczułem jak oblewa mnie zimny pot. Daedra miała mnie w ręku. I pewnie dlatego moje słowa straciły całą buńczuczność.

     - Czego sobie życzysz za ostatnie Słowo Mocy? – spytałem zrezygnowanym tonem.
W glosie Hermaeusa Mory wyczułem uśmiech.

     - Wiedza za wiedzę – rzekł sentencjonalnie. – Skaalowie przez wiele lat skrywali przede mną swe tajemnice. Czas, aby ta wiedza znalazła się w mojej bibliotece.

     Tu nastąpiła chwila oczekiwania na moją odpowiedź. A ja zacząłem bić się z własnymi myślami.
Czy jeśli Hermaeus Mora posiądzie wiedzę Skaalów, stanie się coś złego? Nie byłem pewien, ale wydawało mi się, że mimo wszystko niczego to nie zmieni. Apokryf był skarbnicą wiedzy. Hermaeus Mora kolekcjonował ją, tak samo jak ktoś inny zbiera cenną broń, albo błyskotki, dla samego faktu posiadania. Czy tajemnice Skaalów zawierały jakąś niebezpieczną wiedzę? Coś, co sprawiłoby, że Hermaeus Mora stałby się bardziej niebezpieczny? Nie wydawało mi się. Skaalowie jawili mi się jako lud szczery i szlachetny. Z pewnością w Apokryfie znajdowały się pokłady wiedzy o wiele mroczniejszej i bardziej niszczącej, pochodzącej od istot bez porównania bardziej zdeprawowanych. Odniosłem wrażenie, że stałoby się dokładnie przeciwnie – tajemnice Skaalów rozjaśniłyby to miejsce. Ich biała magia wniosłaby do Apokryfu trochę piękna, choćby takiego jak wszechobecne tutaj Scrye. Jego cena wydała mi się rozsądna, ale zaraz opadły mnie wątpliwości. Ja nie znałem tajemnic Skaalów. Co, jeśli wiedzą oni coś, co może pogrążyć świat w mroku i właśnie dlatego trzymają to w tajemnicy?

     - Co, jeśli Skaalowie odmówią wyjawienia swych tajemnic? – spytałem.

     - Mój sługa Miraak znalazł sposób, by dać mi to, czego szukam – głos daedry zabrzmiał twardo. – Ty też to uczynisz, jeśli chcesz go pokonać. Przyślij do mnie szamana Skaalów. On zna tajemnice, które chcę posiąść.

     Czarna postać znikła. Audiencja była skończona.

     A ja jeszcze długą chwilę gapiłem się przed siebie, niczego przed sobą nie widząc. Nie zauważyłem nawet, że księga zabłysła trzeba błogosławieństwami, z których miałem wybrać jedno. Dopiero po jakimś czasie rzuciłem na nie okiem. Były to trzy aspekty Smoczego Dziecięcia: Siła, Płomień i Mróz. Każdy z nich wzmacniał jeden z Krzyków. Wybrałem Siłę. Moja potęga nie polegała na magii mrozu czy ognia, ale na sile właśnie. Byłem bardziej wojownikiem niż magiem. I wolałem wzmocnić ten Krzyk, który poznałem jako pierwszy: Nieugięta Siła. Fus-Ro-Dah. Zgodnie z tekstem księgi, Krzyk ten miał dezintegrować słabszego przeciwnika. Cóż, w walce z Miraakiem mi nie pomoże. On do słabszych nie należał.

     Gdy ciepły, magiczny wiatr owiał mi skronie, a błogosławieństwo wniknęło we mnie, w księdze zaświecił się kolejny napis: „Powrót do Nirn”.

     Przeczytałem go na głos. Apokryf zbladł i rozwiał się, jak dym.

     Wróciłem do czytelni w Nchardak, prosto w objęcia Lydii, a naprzeciw mnie klęczał Neloth, przypatrując mi się uważnie, z miną pełną niepokoju.

     Uśmiechnąłem się z ulgą.

     - Wróciłem…

niedziela, 21 października 2018

Rozdział XX – Pod poziomem morza

     Byliśmy już nieco utrudzeni, gdy stanęliśmy w znanym już sobie miejscu, na tarasie Wielkiej Komnaty. Neloth włożył jedną z kostek do cokołu i znów usłyszeliśmy pulsujące dudnienie pomp. Wskazał dłonią na drugi słupek.

     - Musisz obniżyć poziom wody, nim pójdziemy dalej.

     Wyjąłem z torby kostkę i umieściłem ją w uchwycie cokołu. Dudnienie przybrało na sile. Zapewne włączyła się jakaś dodatkowa pompa, bo poziom wody zaczął wyraźnie opadać. Komnata była jednak tak wielka i wody w niej było tak dużo, że nawet najwydajniejsza pompa potrzebowała czasu na jej odessanie.

     - Ostatnia kostka jest gdzieś za północnymi drzwiami – Neloth wskazał głową w prawą stronę, gdzie wciąż jednak falowała woda. – Nie dostaniemy się tam, póki nie obniżymy poziomu wody.

     - Może zrobimy postój? – spytała Lydia, zerkając na dół. – Chyba mamy trochę czasu, zanim wynurzy się przejście.

     Zgodziliśmy się, że to dobry pomysł. Na odpoczynek wybraliśmy ciepłe miejsce, znajdujące się nieco wyżej, w zagraconej komnacie. Neloth na chwilę włączył palniki w przejściu, ogrzewając pomieszczenie jeszcze bardziej i wysuszając powietrze na tyle, że możliwe było częściowe chociaż wysuszenie naszych ubrań. Zdjęliśmy zbroje i wyżęliśmy dokładnie nasze ciuchy. Wciąż było mi chłodno, ale miałem w sakwie miksturę, broniącą przed mrozem. Ona też trochę rozgrzewała, podobnie jak napój Nelotha, który znów puścił manierkę w obieg. W naszych zapasach znalazła się jeszcze spora bulwa popielna, którą jednak z braku drewna musieliśmy zjeść na surowo. Też nieźle smakowała, trochę przypominając kalarepę. Podzieliliśmy ją na trzy części. Po schrupaniu kolacji każde z nas spróbowało znaleźć sobie jakieś w miarę wygodne miejsce do spania. Mur w jednym miejscu był tak pokruszony, że po wyrzuceniu kilku ostrych kawałków, udało mi się wygrzebać dołek, w którym drobne kamyczki uwierały niezbyt mocno. Spróbowaliśmy zasnąć.

     Chłód posadzki sprawił, że budziłem się co chwilę. Lydia, odporna na zimno, spała jak kamień, a Neloth chyba użył jakiejś ogrzewającej magii, bowiem nawet przez sen biła od niego jakaś poświata. Mimo wszystko, po pewnym czasie, gdy w suchym powietrzu moje ciuchy jako tako wyschły, zasnąłem i ja.

     Nie wiem, jak długo spałem, ale zbudził mnie cichy szmer rozmowy. Lydia i Neloth już nie spali, gawędząc szeptem, aby mnie nie zbudzić. Nie chciało mi się jeszcze wstawać, więc pomimo niewygody, leżałem wciąż w swoim dołku, z zamkniętymi oczami, przysłuchując się cichej rozmowie.

     - Nie dziwię się, że jest na świecie miejsce, gdzie to Dunmerowie są rasą pogardzaną – mówił Neloth półgłosem. – Zasłużyliśmy sobie na to swoją arogancją i nieufnością. Dziwi mnie tylko, że to miejsce leży w Skyrim. Akurat Nordowie nie mają powodu, by gardzić Dunmerami. W Morrowind cieszyli się swobodą, i, w porównaniu do innych ras, sporym szacunkiem, który zdobyli sobie honorowym zachowaniem. Pewnie, nie byli dla nas równorzędnymi partnerami, ale zrozum, Dunmerowie generalnie nie ufali obcym. To była powszechna i nieufność i niechęć do innych ras. Morrowind było bardzo specyficzną krainą, związaną ściśle z Czerwona Górą. Dunmerowie żyją długo i przez całe swoje życie nasiąkają pewną, jak to nazwać, wulkaniczno-popielną filozofią, której obcy nie są w stanie zrozumieć. A bez zrozumienia nie ma porozumienia. Nie sądź, że wszyscy Dunmerowie byli zawsze tak otwarci i przyjacielscy, jak mieszkańcy Kruczej Skały.

     - Nie nazwałabym ich otwartymi – mruknęła Lydia. – Trzeba było ich lepiej poznać, by nam jako tako zaufali. Fakt, teraz traktują nas z honorami, ale musieliśmy na to ciężko zapracować.

     - W Morrowind byłoby o wiele gorzej – odparł mag. – Wyobraź sobie że na powitanie jesteś potraktowana jak intruz. Jeśli ktoś już zechce z tobą rozmawiać, to raczej w nieprzyjemnym dla ciebie tonie. I każdy zwraca się do ciepie per „Obcy”, nawet nie pytając cię o imię. To da ci jako takie wyobrażenie o dawnych mieszkańcach Morrowind. Rzadko który opuszczał ojczyznę. Nie znali obcych, nie znali innych krajów, nie znali obcych zwyczajów, ani intencji przybyszów. A niestety, wielu z przybyszów miało niezbyt szlachetne zamiary. Dlatego każdego traktowali może nie z wrogością, ale na pewno z nieufnością i to nieufnością, graniczącą z pogardą. Ci tutaj, mieszkańcy Solstheim, trochę już poznali inne rasy, są bardziej otwarci i rozumieją, że obcy nie zawsze musi oznaczać zły. Na tej wyspie zawsze było wielu obcych, tu znajdował się też spory, cesarski port przy Forcie Nocnego Mrozu, więc tutejsi Dunmerowie mieli lepszy kontakt ze światem.

     - Z Cesarskimi jakoś się dogadywaliście – powiedziała Lydia tonem przekory.

     - Nie mieliśmy wyboru – odparł Neloth. – Cesarstwo było za silne, żeby mu się przeciwstawić. Niektórzy z nas traktowali ich trochę jako okupantów, inni jak egzotyczną mniejszość, z którą mimo wszystko da się handlować. Zawsze jednak z pewną rezerwą. Generalnie u Cesarskich drażniła nas ich niecierpliwość. Odbieraliśmy ją jako nachalność. Wszyscy wydali nam się natrętni, nieuprzejmi i nie szanujący swych rozmówców. To była niesłuszna opinia, bowiem oni sami szanowali nasze zwyczaje, przynajmniej większość z nich i byli w końcu naszymi sojusznikami. To wynikało z ich trybu życia, w ciągłym biegu, w szybkim tempie. Zapewne my wydawaliśmy się im straszliwie tępi i powolni, w dodatku nie szanujący cudzego czasu. Zgaduję, że powodem jest fakt, iż ludzie żyją o wiele krócej niż my.

     - A Nordowie?

     - Nordowie są inni. Bardziej skierowani do wewnątrz. A to sprawia, że zawsze wykazywali się znacznie większą cierpliwością. Nordowie potrafią czekać, Cesarscy nie. Dlatego chyba darzyliśmy ich większą sympatią. Poza tym, Nordowie, poza Skaalami na Solstheim, nie tworzyli większych enklaw. Żyli razem z nami, wtapiali się w naszą ludność. Byli inni, ale nie wydawali się obcy, żyli obok nas. Cesarscy mieszkali głównie w swoich fortach i zwykle nosili cesarskie zbroje. To też wiele tłumaczy. Byli zorganizowani na swój sposób i nie czuli potrzeby integracji z nami. Podzieliła nas też sprawa niewolnictwa. W Morrowind było ono czymś oczywistym. Cesarscy zachowywali się jednak nieszczerze. Niby to przyzwalali na nie, ale po cichu wspierali abolicjonistów i pomagali zbiegom. To nie przysparzało im sympatii. Nawet nie tyle pomoc zbiegom, co właśnie ta nieszczerość. Dunmerowie uważali, że nie można im ufać.

     - Niewolnictwo jest podłe – odparła Lydia. – Jak można porywać rozumne istoty z ich domów, rozdzielać je z bliskimi i zmuszać do pracy? To nieludzkie.

     - Zgadzam się, to nieludzkie – odrzekł Neloth. – Teraz mogę to przyznać bez trudu i wydaje mi się to oczywiste. Ale nie zawsze tak było. Musiałem uczyć się tego dość długo. Zważ, że za moich czasów w Morrowind prawie nie było już niewolników z łapanek. Owszem, zdarzali się, ale mało kto chciał takiego kupować, bo trudno było ich nagiąć. Kto urodził się wolny, nie tak łatwo pogodzi się z utratą wolności, a komu potrzebny buntowniczy niewolnik? Więcej z nim kłopotu niż z niego pożytku. W Morrowind pracowali niewolnicy z dziada pradziada. Urodzeni w niewoli, nie znający innego życia. W dodatku, nikt nie dbał o ich edukację, bo i po co? Tyle tylko, żeby rozumieli polecenia. Przez to wielu z nas nawet nie zdawało sobie sprawy, że to w ogóle mogą być istoty rozumne. Niektórzy ledwo umieli mówić. Hodowano ich podobnie jak w Skyrim hoduje się konie czy krowy. To byli głównie Argonianie i Khajitowie. Zewnętrznie różnią się od nas o wiele bardziej iż ludzie, więc łatwo było nam zaakceptować fakt, że to dość inteligentne wprawdzie i szybko się uczące, ale jednak zwierzęta. Przyznam ci się, że dopiero w czasie jednej z moich podróży do Cyrodiil dotarło do mnie, że Khajit jest istotą rozumną. Nigdy przedtem nie spotkałem wykształconego, wolnego Khajita. Nie mówiąc już o Argonianach. Pamiętam rozmowę z nim. W pierwszej chwili myślałem, że to jakaś kuglarska sztuczka, że to człowiek przebrany za Khajita. Ale przyznaję, niewolnictwo nie oszczędziło żadnej rasy. Zdarzali się różni niewolnicy, włącznie z Dunmerami.

     - I nie odczuwałeś żadnej litości dla niewolników? – spytała Lydia. – To chyba odruch…

     Neloth nie od razu odpowiedział.

     - Jeśli nasiąkniesz czymś jako dziecko - zaczął, - wydaje ci się to normalne. Mnie też wydaje się normalne, że są panowie i słudzy, uciskani i uciskający. Taki jest porządek świata. Tylko kryterium podziału jest rożne. Zwykle jest to stan majątku, ale może być i rasa, i pochodzenie, i umiejętności… Jak dobrze popatrzeć, nigdzie nie jest sprawiedliwie. Ja po prostu miałem szczęście, że urodziłem się w klasie panów. Gdy popatrzę na swoje życie bardziej krytycznie, muszę przyznać, że moja wrażliwość na cudze cierpienie została przez to mocno stępiona. A uwierz mi, tak żyje się dużo łatwiej, co nie znaczy lepiej. Od dziecka oczami widza obserwowałem cierpienia innych i jakoś tak poustawiało mi się w głowie, że tak musi być i że mnie to nie dotyczy. A każdy, zapewniam cię, że każdy ma tyle sił, aby znieść cudze cierpienie. Mnie zresztą wychowywano tak, abym nie okazywał współczucia, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce to wykorzystać. Wbijano mi do głowy, że jeśli raz okażę komuś słabość, ten ktoś zacznie wobec mnie stosować szantaż emocjonalny i wkrótce to ja stanę się jego niewolnikiem, nie on moim. Do dziś nie pozbyłem się tych nawyków. Ale jest w nich trochę prawdy. Nawet sporo. Gdy próbowałem traktować jednego ze swoich sług nieco bardziej przyjaźnie, zaczął zaniedbywać swoje obowiązki, a moją własność zaczął traktować jak swoją. Zapewne nie mam odpowiedniego podejścia do służby, ale nic na to nie poradzę. Za stary jestem, żeby od nowa uczyć się życia. Nie być okrutnym, to chyba wszystko, na co mnie stać. A czy tego żałuję? Czasem tak, czasem nie…

     Chwila ciszy.

     - Mimo wszystko cieszę się, że w Skyrim nie ma niewolnictwa – szepnęła Lydia. – Do tego stopnia jest mi ono obce, że nie potrafię go zrozumieć.

     - Są gorsze rzeczy, niż niewolnictwo – odparł Dunmer. – Dawnymi czasy było ono powszechne w całym Tamriel. Pierwszą prowincją, w której go zabroniono, były wyspy Summerset, ojczyzna Altmerów. I co powiesz na to? Niewolnictwo zniesiono, ale nastąpiły tam czystki etniczne na niespotykaną skalę. Nie wiadomo, co gorsze. Generalnie, najłagodniej przebiegło to w Cyrodiil, gdzie niewolnicy po prostu zostali uwolnieni i otrzymali prawa obywatelskie, choć do równości wobec prawa wciąż było daleko. Minęło prawie dwieście lat, zanim nastąpiła.

     - Pamiętasz Morrowind? – spytała Lydia szeptem. – Pytam o to dawne Morrowind, zanim jeszcze wulkan pogrzebał je w popiołach.

     - Oczywiście! – po głosie poznałem, że jest rozbawiony. – Jestem wystarczająco stary, by je doskonale pamiętać. Jestem stary nawet jak na Dunmera, choć dzięki sztuce magicznej zdołałem poważnie spowolnić proces starzenia i znacznie wydłużyć swoje życie. Ale nie pytaj mnie, jak to robię. Uwierz mi, nie chcesz wiedzieć.

     Znów chwila ciszy, a potem Neloth zaczął mówić głosem, w którym wyraźnie wyczułem nutkę nostalgii.

     - Zanim przeniosłem się na Solstheim, mieszkałem w Sadrith Mora. To było spore miasto, piękne, całe zbudowane z grzybów i wspaniale wkomponowane w naturalne wzgórza. Ale nie takich, jak te w Tel Mithryn. Tamte były specjalnie kształtowane i to nie przez byle kogo, tylko przez biegłych architektów. Gdy przypomnę sobie malownicze spirale, zastępujące schody, te grzybowe wieże… Tęsknię czasem do tego miejsca. Leżało na niewielkiej wyspie, dość daleko od brzegów Vvardenfell. Ta dzielnica nazywała się Wybrzeżem Azury. Stał tam też cesarski fort i obiektywnie muszę przyznać, że współpraca z Cyrodiilami, jak ich nazywaliśmy, układała się całkiem przyzwoicie, choć nie traktowaliśmy ich jak oddanych przyjaciół. 

     - A jakie było Morrowind? Jak wyglądało?

     Neloth westchnął przeciągle.

     - Dla mnie pięknie – uśmiechnął się. – Ale tobie zapewne wydałoby się kraina ponurą i skrajnie nieprzyjazną. Mówię tu wielkiej wyspie Vvardenfell, bo na dalekim południu, na stałym lądzie, było inaczej. Tamte okolice wyglądały podobnie jak Cyrodiil – lesiste, pagórkowate. To jednak Vvardenfell stanowiła trzon Morrowind. Wyobraź sobie górzystą krainę, ale z górami zupełnie innymi niż w Skyrim. Wulkanicznymi, łysymi, niskimi, ale o stromych ścianach, poprzecinanymi wąwozami, wyżłobionymi przez lawę. A w samym środku tkwi Czerwona Góra, czynny i bardzo groźny wulkan, otoczony magiczną barierą. Tak, musiał zostać otoczony. Inaczej w ogóle nie dałoby się tam żyć. I nie chodziło tu nawet o sam wulkan, co o zło Dagoth Ura, który tam zamieszkał. Słyszałaś o tym zapewne? Do samej Czerwonej Góry można się dostać jedynie przez specjalne przejścia, na przykład Brama Duchów… Ale im dalej od Czerwonej Góry, tym więcej wokół życia. Zwłaszcza południowe wybrzeże było zielone i tętniące życiem.

     - A zwierzęta?

     - Zupełnie inne niż tu, czy w Skyrim – odparł Neloth. – Zwykle pokryte chityną. Dlatego chityna wśród Dunmerów stanowi powszechnie stosowany budulec, bo zawsze i wszędzie było jej pełno. Na przykład Kwamy. Niezgrabne, powolne czworonogi, ale bardzo pożyteczne. Hodowano je powszechnie, bo ich jaja były ważnym źródłem żywności. Ciebie pewnie bardziej zainteresowałby ogar. Szybki drapieżnik, ale nie taki, jakiego znasz. Nasze ogary z psami nie miały nic wspólnego. To były duże, czworonożne owady. Wyglądały, jak pies w chitynowej zbroi. I nie dało się ich hodować… Były też gady, zwykle dwunożne, albo skrzydlate. Niektóre, jak guary, również hodowano, choć większość biegała dziko. Albo skrzekacze… Agresywne, latające gady, w górach zawsze ich pełno. Prawdziwe utrapienie dla wędrowca. 

     Otworzyłem oczy i spojrzałem na nich. Neloth patrzył w sklepienie, rozmarzonymi oczami.

     - Tęsknisz za Morrowind, prawda? – spytała Lydia.

     - Tęsknię – skinął głową. – Tak jak ty tęsknisz do Skyrim. Tyle, że ty możesz tam wrócić, ja nie. Morrowind, jakie znałem, znikło z powierzchni ziemi, wraz z wybuchem Czerwonej Góry. Teraz moim domem jest Solstheim. Cóż, mogło być gorzej…

     - Były tam duże miasta?

     - O, tak! – Neloth ożywił się. – Na przykład Balmora, miasto nad rzeką, wewnątrz lądu. Albo Vivek, na południowym wybrzeżu… O, to by ci się spodobało! Wyobraź sobie ogromny, ale naprawdę ogromny budynek-wyspę. Jak wielka, kamienna twierdza, ale zbudowana na wodzie. Kształtem przypomina ściętą piramidę, z kilkoma piętrowymi tarasami, otaczającymi ją ze wszystkich stron, które zastępowały ulice. I wyobraź sobie, że tych twierdz jest aż dziewięć, zbudowanych obok siebie, stojących w szyku, niby kompleks gigantycznych budynków, połączonych mostami. Każdy z tych budynków jest osobnym miastem, ale istnieje między nimi komunikacja. Każdy ma innego właściciela i inne przeznaczenie. Jest tam Dom Telvanni i Dom Hlaalu i Dom Redoran… Był też Dom Przybyszów, pod protektoratem Cesarstwa. I Pałac, i Świątynia, i Arena…

Vivek - Morrowind. Widok na dwa kantony - stara ikonografia, wykonana z tarasu trzeciego kantonu

     Urwał, widząc, że podnoszę się ze swego leża. Przeciągnąłem się tak, że zatrzeszczały mi kości. Byłem gotowy do drogi.

     Wielka Komnata została opróżniona z wody, choć nie całkowicie. Jej poziom opadł jednak tak, że widać było nie tylko taras pod nami, ale i podjazd, prowadzący do jeszcze niższego tarasu, za którym błyszczała złocista brama. Zeszliśmy ostrożnie, bowiem ścieżka była śliska od glonów, które porosły kamienną budowlę, zanurzoną w wodzie.

Wielka Komnata w Nchardak, po odessaniu wody przez pompy. Widoczna odsłonięta Północna Brama. W prawym dolnym rogu widać czynną kostkę sterującą, zamontowaną na cokole

     Cokół przy drzwiach również porósł zielonymi glonami. Ledwo można było dostrzec jego pierwotne, czerwone zabarwienie. Ale nadal działał. Gdy Neloth umieścił w nim kostkę, szczęknęło i brama stanęła otworem. Znaleźliśmy się w wąskim korytarzu, prowadzącym w dół. Ale ten był zupełnie suchy. Dopiero na samym końcu, gdy rozszerzył się w obszerną komnatę, dostrzegliśmy wodę.

     Komnata miała dookoła kamienne tarasy, środek natomiast wypełniała woda. Basen miał kształt krzyża, którego ramiona dochodziły do samych ścian i bezpośredniego przejścia na drugą stronę nie było. Naprzeciwległe brzegi spinał zwodzony most, jednak aby dostać się na drugą stronę, trzeba było opuścić inny, podobny most, który sterczał sobie dumnie na lewym tarasie, na którym właśnie się znaleźliśmy.

     Pociągnąłem nosem. Woda nie zachęcała do kąpieli. Nie była czysta, jak w Warsztatach, gdzie zapewne istniał jakiś podziemny przepływ. Ta była zastana, zielona od glonów i nieco cuchnąca. Mieliśmy nadzieję, że tym razem obejdzie się bez pływania.

     Rozejrzeliśmy się uważnie. Za nami schody wspinały się na małą galerię, górującą nad pomieszczeniem. Prawy taras, po naszej stronie, był zupełnie zawalony gruzem. Za nim widniała następna galeria, a na niej dostrzegliśmy słupek cokołu sterującego, jednakże kostki w nim nie było.

     Neloth potrząsnął głową, zawiedziony tym widokiem.

     - Ostatnia kostka jest gdzieś tutaj – mruknął, krzywiąc się. – Mam nadzieję, że nie trzeba będzie więcej pływać w tym bagnie.

     Mój hełm wyposażony był we wkładki, wzmacniające dźwięk. Słyszałem więc wyraźnie głuchy odgłos pracujących pomp. Nie ulegało wątpliwości, że gdzieś tutaj musi znajdować się inny słupek, zawierający kostkę, ale z naszego miejsca nie mogliśmy go dostrzec. Możliwe, że pod wodą znajdowało się jakieś przejście do innego pomieszczenia, ale jak je znaleźć? Tu nawet nurkowanie nie pomoże – woda była zbyt brudna i nieprzezroczysta. Nie było widać dna. Jedyny sposób, to ją wypompować.

     - Zdaje się, że mamy tam włącznik pomp – Neloth spojrzał w stronę pustego słupka na dalekiej galerii. – Ale jak się do niego dostać?

     Zerknął najpierw w lewo, potem na wprost, a potem na prawo, gdzie na przeciwległym brzegu sterczała podniesiona kładka trzeciego mostu. Na skutek zawalenia się tarasu po prawej stronie, jedyna droga prowadziła naokoło. Ale do tego trzeba było opuścić wszystkie trzy kładki.

     - Musimy opuścić wszystkie trzy mosty, żeby dostać się do sterownika pomp – oświadczył Neloth.

     Zwodzone mosty musiały mieć jakieś mechanizmy sterujące. Zaczęliśmy ich szukać. Ja postanowiłem sprawdzić galeryjkę nad wejściem i tam tryumfalnym okrzykiem obwieściłem sukces. Sterczały tam trzy czerwone cokoły. Ani chybi, służące do sterowania kładkami.

     Wyciągnąłem kostkę i przy jej pomocy przełączyłem najpierw lewy słupek. Mostek, prowadzący z naszego tarasu na przeciwległy brzeg opadł z cichym trzaskiem, ale jednocześnie podniósł się środkowy. Pokręciłem głową. Sięgnąłem do środkowego przełącznika. Neloth parsknął tylko, gdy most od naszej strony również się podniósł. Teraz wszystkie tkwiły w górze. Czym prędzej sięgnąłem do prawego przełącznika – opadły środkowy i prawy, ale ten po naszej stronie wciąż tkwił w górze. Tym razem jednak zagadka była łatwa – skoro środkowy przełącznik podniósł go, powinien go też opuścić. Tak się też stało i już wkrótce wszystkie trzy mosty leżały poziomo, tworząc wygodne przejście.

     - Teraz, szybko! – zawołał Neloth. – Nie dotykaj niczego innego!

     I pospiesznym krokiem wszedł na most. Lydia podążyła za nim, a na końcu ja, zbiegając z galeryjki. Ale nie zdążyłem jeszcze dobiec do mostu, gdy pojawiła się na nich krasnoludzka straż, złożona z automatów: mechaniczne pająki i sfery strażnicze.

     Neloth miał pecha. Będąc już za drugim mostem, został zaatakowany przez trzy sfery jednocześnie, w dodatku w chwili, gdy znajdował się na skraju tarasu. Nie zdołały mu wprawdzie zaszkodzić, ale jedna z nich zepchnęła go prosto do wody. My w dwójkę nie bawiliśmy się w strzelanie – mieczami rozbiliśmy pająki i ruszyliśmy przeciwko sferom. Uporaliśmy się z nimi dość szybko i zamierzaliśmy pomoc Nelothowi, ale on w międzyczasie znalazł już wyjście, bowiem do galerii ze sterownikiem prowadziły na pół zalane schody. Wylazł i bezradnie próbował się otrzepać i wyżąć szatę.

     - Co za syf! – warknął ze złością. – Męczy mnie już babranie się w tym bagnie!

     Idąca przodem Lydia pierwsza dotarła do cokołu. Ona też uruchomiła pompę. Woda zaczęła opadać, tworząc malownicze wiry. Neloth zaś, z kwaśną miną podszedł do nas, bezskutecznie próbując pozbyć się brudnej wody i kożucha glonów ze swej szaty.

     - Mam pomysł! – odezwał się nagle tonem obrażonego dziecka. – Poczekam tutaj i zabiorę tę kostkę, gdy ty znajdziesz ostatnią.

     Dostrzegł oczywiście nasze skrywane uśmiechy i wcale mu one humoru nie poprawiły. Ale co ja mogę za to, że on naprawdę wyglądał zabawnie? Zły na cały świat usiadł na posadzce obok cokołu i widać było, że nie ma na świecie siły, która by go stamtąd wygoniła. Nie wiem, co wzburzyło go bardziej – to że był mokry, brudny i cuchnący, czy też fakt, że na naszych oczach pokonał go dwemerski automat. Moim zdaniem, nie było czego się wstydzić. Mnie zapewne też owe sfery zepchnęłyby z trasu, gdybym stał wtedy tam gdzie on. Zdarza się…

Komnata z basenem w kształcie krzyża, po opróżnieniu go z wody

     Dając mu czas na dojście do siebie, skierowaliśmy się na schody. Poczekaliśmy chwilę, aż woda opadnie na tyle, żeby nie trzeba było się moczyć. Brodzenia w szlamie uniknąć się nie dało, aczkolwiek nie wszędzie on zalegał i pompy częściowo go wyssały. Ostrożnie, aby nie poślizgnąć się na schodach, zielono-czarnych od mułu, zeszliśmy na samo dno. Zamulonej wody było trochę wyżej niż do kostek, a i to tylko miejscami. Rozejrzałem się wokół. Dokąd tu iść? Dopiero Lydia wskazała mi drzwi, ledwo widoczne spod warstwy glonów. Obawiałem się, czy da się je otworzyć, ale o dziwo, otworzyły się bez trudu. Dwemerska robota!

     Za drzwiami dojrzeliśmy korytarz, wznoszący się dość stromo, ale na szczęście pozbawiony szlamu, choć wilgotny. Widać, drzwi szczelnie oddzielały go od zamulonego basenu. Na samej górze chodnik skręcił w lewo i rozszerzył się w niewielką komnatę. Naprzeciw wejścia znajdowała się złocista krata, zagradzająca przejście, a obok niej tkwił czerwony słupek sterujący, którym zapewne dało się ją otworzyć. Już chciałem tam podejść, ale podłużne szpary w posadzce, przebiegające w poprzek komnaty trochę mnie zaniepokoiły. Zatrzymałem się, przeczuwając jakąś pułapkę. Tylko co ją uruchamia?

     - Szlag!...

     Nawet najbardziej doświadczonemu włóczykijowi zdarzy się popełnić błąd. Lustrując wnętrze komnaty, nie zauważyłem płyty naciskowej tuż pod swoimi stopami i wlazłem na sam jej środek. Mam lekki krok, ale takiego pewnego wdepnięcia w sam środek płyty dwemerski mechanizm, nawet podniszczony, na pewno nie zignoruje. Rozległ się cichy szczęk i ze szpar w posadzce wyskoczyły dwie złociste lance, od których odskoczyły płaskie ostrza, na kształt wiatracznych skrzydeł. I, jak owe śmigi, zaczęły wirować, tnąc ze świstem powietrze i klekocząc podziemnym mechanizmem. W dodatku osie tych ostrzy poruszały się tam i z powrotem, na tyle, na ile pozwalały im szpary w podłodze. Jednym słowem, przegradzały przejście i to bardzo skutecznie. Ostrza wyglądały na nie stępione przez upływ czasu. Trzeba było sporej zręczności, by wskoczyć miedzy nie i zachować obie nogi.

Uruchomiona pułapka

     - Ja to zrobię – rzuciłem przez ramię, bo Lydia już szykowała się do skoku.

     Po czym zacząłem uważnie obserwować wirującą pułapkę.

     Dwemerskie mechanizmy są bardzo wyrafinowane, ale jednak to tylko mechanizmy. I każdy z nich ma jakąś regularność w poruszaniu się. Trzeba po prostu wyczuć rytm, w jaki ostrze się porusza i w ten właśnie takt zatańczyć między wirującymi ostrzami. Nawet nie musiałem skakać. Gdy ostrza kilkakrotnie przedefilowały mi przed oczami, wyczułem moment, w którym będzie można przejść na drugą stronę. Zrobiłem to zdecydowanie, jednak bez pośpiechu, nie ryzykując ani przez moment. A ryzyko byłoby spore. Takie ostrze mogłoby bowiem rozciąć nawet elfią zbroję i resztę życia musiałbym spędzić, skacząc na jednej nodze. Zakładając, że udałoby mi się przeżyć.

     Stanąłem przy słupku sterującym i wyciągnąłem kostkę, którą ukryłem w jednej z kieszonek kołczana. Gdy tylko umieściłem ją w cokole, szczęknęło po raz drugi i ostrza natychmiast pochowały się w ziemi. Jednocześnie krata otworzyła się, jakby od wewnątrz pchnęła ją jakaś sprężyna. 

     Zajrzałem do środka. Nie było tam żadnego przejścia, ani komnaty, tylko niewielka nisza. Na samym środku stal niebieski cokół, z wibrującą kostką na szczycie, a za nim dwie rzeźby, w kształcie głów. Ich metalowe oczy wpatrywały się we mnie, jakby pytając, czy na pewno chcę to zrobić. Zadziwiające, jaką dawni mieszkańcy tych podziemi przywiązywali wagę do estetyki. Wszystko co zrobili, było nie tylko funkcjonalne, ale i piękne. Tak jak te dwie rzeźby, które z pewnością postawiono tu w określonym celu. W jakim? Tego nie dowiemy się już nigdy. Ale gdybym miał zgadywać, postawiłbym na ostrzeżenie. To zapewne był jakiś symbol, którego znaczenie znali tylko Dwemerowie. Jakiś umówiony znak. Tym bardziej, że takie rzeźby nie były niczym nadzwyczajnym w krasnoludzkich podziemiach i widziałem je już nie raz. Po raz pierwszy wtedy przyszło mi na myśl, aby sprawdzić w przyszłości, czy taki znak rzeczywiście ostrzega przed niebezpieczeństwem.

Opisywane miejsce. Przed słupkiem widoczna płyta naciskowa

     Tutaj na pewno tak było. Gdy tylko kostka znalazła się w mojej dłoni, rozległ się głośny szum płynącej wody. Ale wydobywał się z miejsca, skąd przyszliśmy. Wróciliśmy więc do pochylonego korytarza i zerknęliśmy w dół. Pod naszymi stopami gotowała się prawdziwa kipiel. Opróżniony uprzednio basen napełniał się teraz z zadziwiającą szybkością. Wydawało się, że woda wali ze wszystkich stron. Nie było mowy, aby zejść tam teraz. Prąd wody rozbiłby nas o kamienne brzegi. Musieliśmy poczekać, aż basen do końca wypełni się wodą.

     Była też niewielka korzyść z tego czekania. Brudna, stęchła zawiesina, którą pompy poprzednio wyssały, dostała się zapewne do morza, a teraz otwarte zawory zalewały pomieszczenie świeżą, czystą, morską wodą. Wprawdzie osiadły na dnie szlam zanieczyścił ją na powrót, ale już nie w takim stopniu jak poprzednio. Przynajmniej już nie cuchnęła.

     Staliśmy tak przez jakiś czas, aż woda zaczęła przelewać się przez korytarz. Cofnęliśmy się nieco, w głąb komnaty, ale napływająca woda dosięgła nas i tam. Gdy zalała nam kostki, tylko się uśmiechnęliśmy. Gdy zaczęła sięgać do kolan, trochę się zaniepokoiłem i  pociągnąłem Lydię w stronę czerwonego słupka, abyśmy mieli się czego złapać. Niestety, zimna woda nadal napływała, aż w pewnym momencie zdjęło mnie przerażenie, że wypełni komnatę po samo sklepienie i zakończymy w tym miejscu naszą przygodę na ziemi. Gorączkowo zacząłem szukać w sakiewce zaklętego pierścienia, umożliwiającego oddychanie pod wodą, a w głowie pomysłu, jak przekonać Lydię, żeby założyła go na palec, zamiast mnie. Jeśli chodziło o moje bezpieczeństwo, jej upór był nie do opisania. Tyle tylko, że ja też nie miałem zamiaru zostawiać jej tutaj. I gdy wszystko zaczęło już wskazywać na to, że zginiemy tu oboje, w dodatku w ostatniej chwili naszego życia kłócąc się zapamiętale, kto z nas ma wziąć zaklęty pierścień, prąd wody uspokoił się. Jeszcze fale trzaskały o ściany, wzniecając wściekłe bryzgi, ale jej poziom przestał się podnosić, a po chwili i jej powierzchnia jako tako się uspokoiła. Byliśmy zanurzeni po piersi.

     Odetchnąłem głęboko kilka razy, głównie po to, by się uspokoić, po czym ścisnąłem rękawicę Lydii. Odwzajemniła uścisk i mrugnęła do mnie zawadiacko.

     Ruszyłem ciężkim krokiem w kierunku zalanego korytarza, pomagając sobie ramionami. Lydia po prostu popłynęła za mną. Lekka elfia zbroja, w dodatku z wyściółką, magazynującą pod skorupami nieco powietrza, w wodzie prawie wcale nie obciążała i umożliwiała pływanie i nurkowanie. A to ostatnie okazało się konieczne, jako że korytarz został zalany całkowicie, aż po sufit.

     Wstrzymałem oddech, zanurzyłem się i kilkoma mocnymi ruchami ramion i nóg przebiłem się przez zmętniałą nieco wodę, przepływając przez przejście. Na szczęście drzwi nie zamknęły się. Gdy wynurzyłem się po drugiej stronie, usłyszałem zaniepokojony głos Nelotha, dopytującego się, czy wszystko w porządku. 
     
     Podpłynąłem w jego kierunku, a za mną Lydia. Widząc nas całych, uspokoił się nieco.

     - Masz kostkę? – spytał.

     Zademonstrowałem mu błyszczący sześcian.

     - Dobrze! – zatarł dłonie. – Świetnie!

     Widząc, że kieruję się w jego stronę, powstrzymał mnie ruchem ręki i wskazał na wyjście. Fakt, nie było sensu drapać się na schody. Nic więcej nie mieliśmy tu już do roboty. Problem w tym, że wyjście było trochę za wysoko. Trzeba było znów podnieść poziom wody, by się do niego dostać. Ale przecież ten i tak się podniesie, gdy wyciągniemy kostkę ze słupka. Nie powinno być kłopotu z wydostaniem się.

     - Zabiorę więc tę i możemy iść dalej – oświadczył, wyciągając rękę w kierunku słupka. – Uważajcie! Po wyłączeniu obu pomp poziom wody podnosi się jeszcze bardziej!

     Istotnie, tak jak się spodziewaliśmy, poziom wody zaczął się podnosić, ale nie tak gwałtownie jak poprzednio. Powstały wprawdzie wiry i prądy, ale niezbyt silne. Woda przybierała wystarczająco szybko, by już po chwili dać nam możliwość wygramolenia się z basenu. Stanęliśmy przed bramą, którą tu weszliśmy. Neloth miał trochę więcej kłopotu, bowiem płynąc w naszym kierunku, musiał dostać się w jakiś prąd, czy wir, który najpierw skierował go na bok, a potem cofnął po same schody. Zrezygnowany, z kwaśną miną, stanął na jednym ze stopni i czekał, aż basen napełni się całkowicie. Gdy wreszcie do nas dołączył, prychnął niezadowolony i z wysiłkiem, wynikającym ze zmęczenia podszedł do bramy. Jego bogata szata namokła tak, że zapewne ważyła ze dwa razy więcej. W dodatku musiała go strasznie ziębić. Naprawdę mu współczułem. Nasze zbroje przynajmniej zapobiegały ruchowi powietrza przy wyściółce i ogrzana naszymi ciałami woda nie parowała i nie zabierała ze sobą dodatkowego ciepła. Poza tym, Dunmerowie pochodzący z wulkanicznego Morrowind, w ogóle nie są zbyt odporni na zimno. Ja natomiast, choć moja ojczyzną było ciepłe Cyrodiil, mieszkałem w okolicach Brumy, w północnej, nieco chłodniejszej części prowincji, Stąd zdołałem w sobie wyrobić w sobie jako taką odporność na chłód. O Lydii, nie obawiającej się ostrych mrozów mieszkance Skyrim, nawet nie ma co wspominać. Pod tym względem obaj nie mogliśmy się z nią równać.

     Przeszliśmy przez bramę, ociekając wodą. Gdy znaleźliśmy się w Wielkiej Komnacie, podałem magowi miksturę odporności na chłód. Podziękował skinieniem głowy i wychylił ją do dna, po czym opłukał fiolkę w wodzie i schował ją do kieszeni. Taki odruch alchemika. Mógł być nie wiem jak silnym magiem, ale upływu czasu nie mógł do końca oszukać. Wiek domagał się swoich praw i mimo całej magii, jaką zaprzągł w utrzymanie w miarę zdrowego i młodego ciała, jego kondycja nie dorównywała tej sprzed lat. Za wszystko, co robiliśmy, on płacił znacznie większym wysiłkiem. Pomijam tu już fakt, że generalnie ludzie są fizycznie silniejsi od elfów. Wśród ludzi zdarzało się nierzadko spotkać osiłka, umięśnionego jak heros. Wśród elfów, oczywiście z wyjątkiem Orsimerów, było to jednak rzadkością. Większość z nich była szczupłej, smukłej i raczej delikatnej budowy.

     - Poszło łatwiej niż się spodziewałem – odezwał się w końcu Neloth. – Cieszę się, że miałem was do wykonania całej ciężkiej pracy.

     Ostatniemu zdaniu towarzyszyło lekkie rozłożenie rąk. Dawał nam wyraźnie do zrozumienia, że bez nas nie dałby rady. Tym jednym całkowicie nad nim górowaliśmy – siłą fizyczną i wytrzymałością, zrodzoną z długich wędrówek, ale i po trosze z wojskowego przeszkolenia, jakie oboje przeszliśmy.

     - Razem z kostką, zabraną z pompującego piedestału – zademonstrował błyszczący sześcian – powinniśmy mieć pięć kostek. Dokładnie tyle, ile potrzebujemy. Teraz możemy w końcu włączyć te kotły.

     Ruszył w górę, po podjeździe, prosto na niższy taras. Pod każdym z filarów tkwił niebieski słupek. Było ich cztery.

Niższy taras Wielkiej Komnaty, widziany z dołu

     - Cztery – mruknąłem. – To po co nam aż pięć kostek?

     Neloth uśmiechnął się.

     - Żeby ta kostka zadziałała, słupek musi być odsłonięty – wyjaśnił. – Pod wodą nie zaskoczy. Ma to pewien związek z magią błyskawic, którą zaprzęgnięto do sterowania dwemerskimi mechanizmami. Ujarzmiono ją w jakiś sposób. Jednakże słona woda zakłóca jej przepływ. Dlatego musimy zostawić choć jedną z tych na samej górze – wskazał na górny taras.

     Skinąłem głową. To miało sens. I byłem wdzięczny Nelothowi za wyjaśnienie. Ta wiedza mogła mi się w przyszłości przydać. W ogóle byłem mu wdzięczny, że tak chętnie dzielił się z nami swoja wiedzą. Przecież wcale nie musiał. Przez cały czas naszej wspólnej wyprawy okazywał jednak jak najlepsze intencje.

     Elf tymczasem stanął przed pierwszym słupkiem.

     - Teraz, za pomocą kostki, kotły powinno dać się włączyć – mruknął sam do siebie i z niejakim wahaniem umieścił pierwszy sześcian w uchwycie cokołu.

     Zrobił to z niepokojem, nie będąc pewnym, czy po wiekach mechanizmy będą działały. Mechanizm, na szczęście zaskoczył. Sześcian rozbłysnął i na jego powierzchni zaświecił się misterny wzorek, jakim był pokryty. Mag uśmiechnął się. Gestem zachęcił nas, byśmy włożyli pozostałe dwie, a sam ruszył na górę. Nasze słupki również zadziałały bezbłędnie. Do głuchego odgłosu pomp dołączył inny dźwięk, trudny do zdefiniowania, jakby szum, przepływającej gdzieś wody. Neloth tymczasem dotarł na górę i po ostrzeżeniu nas, wyjął kostkę z jednego z cokołów. Do komnaty zaczęła wpływać woda, jednakże wiedzieliśmy, że niższego tarasu nie sięgnie.

     Nelothowi nie chciało się już schodzić na dół. Czwartą kostkę rzucił nam z góry. Lydia chwyciła ją zręcznie i wsunęła w czwarty słupek. Rozległ się szum i jakieś buczenie. Wszystko chyba zadziałało jak należy. Ruszyliśmy na górę.

     Neloth rozejrzał się jeszcze po Wielkiej Komnacie.

     - Choć bardzo podoba mi się to miejsce – odezwał się, - chętnie spróbowałbym już otworzyć gablotę z księgą.

     Spojrzał mi w oczy.

     - Pamiętasz, po co tu przyszliśmy?

     Uśmiechnąłem się. On również i zerknął jeszcze na dolny taras, gdzie z naszego miejsca dało się dostrzec dwa z czterech słupków.

     - Wygląda na to, że się udało – pojaśniały mu oczy. - Trwało to nieco dłużej niż myślałem, ale ważne, że zrobione…

     Urwał nagle i wyraz jego twarzy zmienił się w jednej chwili.

     - Uważaj! – zawołał, wskazując za moje plecy. – Kolejny sprawny centurion!

     Miecz znalazł się w mojej ręce błyskawicznie. Rzeczywiście, zza rogu powoli wynurzyła się ciężka postać krasnoludzkiej machiny wojennej. Nie usłyszeliśmy jej, bo odgłos pomp i kotłów zagłuszył jej kroki. Było za blisko na łuk. Miecz jednak nie miał szans na przebicie grubego pancerza. Neloth wprawdzie poraził machinę błyskawicą, ale niewiele to dało. Rzuciłem się w kierunku centuriona.

     Potężny i opancerzony, ale jednak dość powolny obrońca dwemerskich podziemi nie potrafił odpowiednio szybko zareagować na zwinne ruchy wojownika. Nie zdążył się obrócić, gdy grzmotnąłem raz, drugi i trzeci w jego bok, gdzie blacha była najcieńsza i gdzie udało mi się ją zgruchotać. Jednocześnie w kolano wbiła mu się strzała Lydii. Neloth znów rzucił błyskawicę – prosto w przebite kolano. Moc magii rozgrzała to miejsce tak, że buchnął z niego czarny dym. Noga centuriona wykrzywiła się. Próbując złapać równowagę, uniósł lewe ramię, odsłaniając pachę. A ja wbiłem miecz przez szparę, którą wcześniej wyrąbałem w jego boku.

     Tak, zwykły miecz nie miał szans przeciwko takiemu potężnemu wojownikowi. Ale mój miecz nie był zwyczajny.

     - Chwała niech będzie twórcy Rozdzieracza Chłodu!

     Magia miecza działała bowiem nawet na mechanizmy. Mróz, jaki rozszedł się po korpusie centuriona, wystarczająco schłodził parę, by spowolnić go jeszcze bardziej. W miejscu, w które uderzyłem, musiał znajdować się jakiś przewód olejowy. Zastygły pod wpływem mrozu olej unieruchomił kilka stawów.

     Walka z nieruchomym centurionem była już łatwa, nawet pomimo jego pancerza. Wkrótce upadł i zsunął się z podjazdu prosto w falującą pod nami wodę.

     Neloth otarł czoło, przy okazji rozmazując sobie na nim grudkę jakiegoś szlamu.

     - Nie wiem, czy przypadkiem nie odbudowują się, gdy na nie patrzymy – mruknął, zerkając na centuriona, którego wyciągnięte ramię sterczało nad powierzchnię wody, po czym wskazał głową schody. – Wrócę na górę i zobaczę, czy w czytelni jest para. Jeśli tak, wyciągnięcie księgi powinno być proste.

     Wolnym, nieco zmęczonym krokiem wszedł na schody i po chwili jego ciemna sylwetka znikła nam w mroku. Minęła dłuższa chwila, zanim podążyliśmy za nim.