poniedziałek, 11 czerwca 2018

Rozdział XVII – Kurhan Kolbjorn

     Komnata nie miała drugiego wyjścia. Rzecz rzadko spotykana w norskich budowlach. Musieliśmy wrócić tą samą drogą, którą przyszliśmy. Przyszło mi do głowy, żeby wyjść na skróty przez ową niewielką chatkę, ale oboje stwierdziliśmy, że lepiej będzie, jeśli przed dalszą drogą odpoczniemy w suchym i ciepłym przedsionku kurhanu. Poza tym, chciałem jeszcze sprawdzić, co znajdowało się po drugiej stronie zwodzonego mostu, którego nie udało mi się opuścić.

     Przeszliśmy przez sanktuarium i przechyloną posadzkę wielkiej komnaty. Doszliśmy do schodów, prowadzących na most i wspięliśmy się po nich. Stanąłem na końcu zwodzonego mostu i zawiedziony pokręciłem głową – nie dam rady przeskoczyć. Zwłaszcza, że nie bardzo było na co – po tamtej stronie po prostu odbiłbym się od podniesionej części mostu. Przeskoczyłem za to na kamienny taras po lewej stronie i stamtąd próbowałem dostać się na en przeciwległy. Kilka razy spadłem, na szczęście nie robiąc sobie krzywdy. W końcu mi się udało.

     Moje wysiłki niespecjalnie się opłaciły. Po drugiej stronie nie było żadnego przejścia, tylko coś w rodzaju komnaty, umeblowanej rozpadającymi się regałami i starym kufrem, w którym poza starymi, pordzewiałymi elementami zbroi niczego ciekawego nie było. Na regałach też nie znalazłem niczego prócz kurzu, pajęczyn i poczerniałem ze starości, wypreparowanej czaszki trolla. W dodatku, gdy pociągnąłem za uchwyt, opuszczający most, ten opadł z hukiem, o mało się łamiąc, a przy okazji wzniecając taki tuman kurzu, że przez dobrą chwile nie było niczego widać. Krztusząc się, wyszliśmy czym prędzej z niegościnnych podziemi i z ulgą odetchnęliśmy czystym powietrzem przedsionka.

     Na zewnątrz zapadał już zmrok. Zatem tak jak poprzednio, zabarykadowaliśmy się w przedsionku, rozpaliliśmy niewielki ogień i postanowiliśmy zostać tu na noc. Na kolację były kawałki dziczyzny, upieczone nad ogniskiem i trochę czerstwego, ciemnego chleba. Też opiekanego nad ogniskiem, przez co przyjemnie chrupał między zębami. Próbowałem jeszcze poczytać znalezione przy zbójach dokumenty, ale szybko zmorzyła mnie senność. Zdołałem się tylko zorientować, że istotnie przeprowadzano tam jakieś eksperymenty z pająkami i ich jadem. Lekturę odłożyłem na dogodniejszy czas i przytuliłem się do Lydii, która spała już w najlepsze. Mruknęła coś przez sen i przekręciła się na drugi bok. Przykryłem nas oboje płaszczem kultysty i zapadłem w sen.

     Rankiem zrobiło się zimno. Przytuleni do siebie, na pół zagrzebani w słomie, z niechęcią myśleliśmy o opuszczeniu nagrzanego posłania. Lydia wprost oświadczyła, że nigdzie się nie rusza, dopóki nie rozpalę ognia.

     - Masz bliżej – stwierdziła.

     Nazwałem ją kolejno leniem, naciągaczką, chytrą manipulantką i osobą pozbawioną serca, ale jakoś nie wpłynęło to znacząco na jej chęci podniesienia się ze słomianego posłania. W końcu uległem i to nie tyle z powodu jej uporu, co z nieco bardziej prozaicznego. Przemogłem się i wyszedłem na zewnątrz, gdzie natychmiast owionęło mnie przejmujące zimno. Gdy drżąc wróciłem do przedsionka, czym prędzej chwyciłem wiecheć słomy i rzuciłem do na żar. Dmuchnąłem parę razy, aż płomyk objął słomę, strzelając wesoło. Dorzuciłem trochę drobnych drewienek, na końcu dokładając polan ze zbójnickich zapasów. Zrobiło się cieplej. Wykruszony kawał muru u góry zadziałał jak komin, wyciągając dym. Poczuliśmy się jak w domu.

     - Śniadanie proszę do łózka – mruknęła Lydia spod płaszcza.

     Parsknąłem śmiechem. Lydia nigdy nie lubiła jeść w łóżku, twierdząc, że nie znosi, jak w pościeli uwierają ją kruszyny. Zresztą, uważała, że to niewygodne i wciąż trzeba uważać, żeby się czymś nie ochlapać. Kiedyś, gdy jeszcze o tym nie wiedziałem, chciałem zrobić jej przyjemność i zanieść jej śniadanie do pościeli. Wyobrażałem sobie, że zbudzi ją smakowity zapach. Skończyło się tym, że zamiast zapachu, obudził ją straszliwy rumor, gdy straciłem równowagę na stromych schodach i całe pyszne śniadanie znalazło się na mojej koszuli, a ja sam wylądowałem na dole, z włosami w jajecznicy.

     Westchnąłem żałośnie na wspomnienie poranków w Wietrznym Domku. Czy my jeszcze tam wrócimy? Czy obudzimy się jeszcze w naszym wygodnym, miękkim łożu, całkiem nadzy, spleceni w gorącym uścisku? A potem śniadanie na dole, przy czystym stole, na przepięknej dwemerskiej zastawie. I Lydia z błyszczącymi oczami i białymi wąsami od gorącego mleka, które tak lubiła pić każdego ranka. I ja, grzejący ręce od kubka z wywarem z palonego zboża i cykorii. Oboje, siedzący naprzeciw siebie, wciąż głodni swego widoku i swego towarzystwa. Jakże tęskniłem do swojego małego raju, do mojego najszczęśliwszego miejsca na świecie – skromnego, niedużego Wietrznego Domku w Białej Grani. Niepozorny, nie wyróżniający się niczym szczególnym, a przecież za to jedno miejsce na ziemi oddałbym całą resztę świata. Wietrzny Domek – niemy świadek najszczęśliwszych chwil mojego życia. Moje małe, prywatne, radosne sanktuarium…

     Lydia w końcu zwlekła się z barłogu i po krótkiej wizycie na zewnątrz dosiadła się do ogniska, przytulając się do mojego ramienia. Objąłem ją czule. Byłem pewien, że podobnie jak ja, błądzi teraz myślami po ulicach Białej Grani. Przemierza most nad kanałem i zbliża się do kuźni, gdzie Adrianne pozdrawia ją uśmiechem i jakąś wesołą uwagą. W powietrzu roznosi się charakterystyczny zapach z dymarki za kuźnią – jedynego miejsca w mieście, gdzie nawet podczas mrozu było ciepło. Mija schody do strażnicy, mija drugie, prowadzące do Dzielnicy Chmur i kolejne, do sklepu „Pijany Łowca”. Przechodzi koło naszego domu i idzie dalej, w kierunku rynku i sklepu Belethora. A za nim stoją kramy ze świeżymi towarami, jest i apteka, i gospoda „Pod chorągwianą klaczą”… I dalej, na wysokie schody do Dzielnicy Chmur, gdzie centralną część zajmuje przepięknie kwitnący Zielonnik, otoczony strumyczkiem i ławeczkami. A obok świątynia Kynaret…

     - Wiesz o czym myślę? – spytała nagle Lydia.

     - Założę się, że o Białej Grani – odparłem.

     Wtuliła głowę w mój rękaw.

     - Wiedziałeś…

     - Nietrudno było zgadnąć – uśmiechnąłem się. – Ja też tęsknię za domem.

     Przez chwilę nic nie mówiliśmy, wpatrując się w płomyki, strzelające ponad polanami.

     - Gdy wrócimy – odezwała się znów Lydia – pójdziemy do łóżka na cały tydzień. Żadnych forsownych marszów, żadnego spania po grobowcach i żadnego machania mieczem. 

     - Sprzykrzy ci się takie życie – uśmiechnąłem się.

     - Nie przez tydzień – odparła rozmarzonym głosem. – Tydzień w łóżku mi nie zaszkodzi. Stać nas na tydzień leniuchowania.

     Roześmiałem się z cicha. To prawda. Zgromadziliśmy już majątek, który pozwoliłby nam na leniuchowanie do końca naszych dni. W dodatku, on wciąż rósł, bowiem Lydia, odziedziczywszy po ojcu smykałkę do interesów, zainwestowała część naszych pieniędzy w kupieckie karawany, sklepy w mieście i w kilka przedsięwzięć Kompanii Wschodniocesarskiej. To przynosiło nam regularne, na razie jeszcze niewielkie, ale już liczące się dochody. Byliśmy bogaczami, a prowadziliśmy tryb życia jak dwoje bezdomnych włóczęgów, sypiając byle gdzie, jedząc byle co i wciąż niepewni jutra. Ale wiedzieliśmy też, że nie zamienilibyśmy tego pełnego przygód życia na żadne luksusy. Może kiedyś, gdy wejdą nam na karki przeżyte lata i dadzą o sobie znać. Ale jeszcze nie teraz. I, miejmy nadzieję, jeszcze długo nie.

     - I żadnego żelastwa na sobie – dodała jeszcze Lydia prowokującym tonem. – Ani żadnej przepoconej koszuli. A najlepiej, żeby na sobie nie mieć niczego. 

     - Ech, ty to umiesz przekonać – westchnąłem z uśmiechem. – Już się nie mogę doczekać.

     Po śniadaniu odzialiśmy się w zbroje, przypasaliśmy broń, nasze plecaki zarzuciliśmy sobie na ramiona i, trzymając się za ręce, ruszyliśmy w drogę powrotną do Kruczej Skały. 

*          *          *

     Czarna Księga dołączyła do swych towarzyszek w sejfie. Spojrzałem na nie zadumany i z westchnieniem pokręciłem głową. Mimo moich kilku wypraw do Apokryfu, wcale nie czułem się silniejszy. Jakoś nie przybyło mi potęgi, a już na pewno nie na tyle, by poczuć się bardziej pewnym siebie. Księgi okazały się być niczym więcej, jak tylko drogą, którą można dostać się do siedziby Hermeusa Mory. Nie dawały mocy, a przynajmniej nie tyle, by w znaczący sposób wpłynęło to na wynik ewentualnego starcia. Miraak potrafił zniewolić ludzki umysł, ja nie. Nie pragnąłem takiej mocy, ale zdawałem sobie sprawę, że bez niej będę zdany na jego łaskę i niełaskę. A na jego łaskę trudno było liczyć.

     Przyszło mi na myśl, że mógłbym użyć pierwszej Czarnej Księgi, która przeniosła mnie wprost do miejsca, w którym się znajdował. I tam ustrzelić go z łuku, jak kaczkę. Problem w tym, że on nie był kaczką, tylko potężnym magiem. Wiedział, w jaki sposób dostałem się do Apokryfu, Musiał to wiedzieć. A mimo to, nie odebrał mi księgi, choć bez wątpienia mógł to zrobić. Uznał, że nie stanowię zagrożenia. Mogło to być przejawem pychy, ale mógł po prostu mieć rację. Smoki w Apokryfie nie sprawiały wrażenia, jakby się z nim przyjaźniły – były jego sługami. Skoro potrafił zniewolić smoki, ludzie nie stanowili dla niego żadnego problemu. Uśmiechnąłem się na wspomnienie Paarthurnaxa i Odahviinga. Niby to samo, a jednak nie to samo. Mnie smoki pomagały, bo chciały mi pomóc. Były moimi przyjaciółmi. Smoki zniewolone przez Miraaka nie miały ku temu powodu. Byłem Smoczym Dziecięciem – ich wrogiem.

     Jedyne, co wydawało mi się pożyteczne, to nauka Krzyków. Aspekt Smoka dawał ogromną moc wojownikowi, zwiększając jego szybkość, siłę i pancerz. To mogło się przydać w bezpośrednim starciu. Sam Miraak zamanifestował ten Krzyk, podczas spotkania ze mną, chcąc pokazać mi swoją potęgę. Jeszcze większe nadzieje wiązałem z krzykiem Przymus. Jeśli wierzyć legendom, ten Krzyk miał moc zniewolić nawet smoka. I coś mi mówiło, że inaczej nie dostanę się w to miejsce, gdzie przebywa Miraak. Czarna Księga, która mnie wtedy do niego przeniosła, zniewoliła mnie jednocześnie. Trzeba było szukać innego sposobu.

     Problem w tym, że poznałem dopiero dwa słowa Aspektu Smoka i tylko jedno Przymusu. Gdzieś tu muszą być pozostałe. Może w zasypanym kurhanie coś znajdę?

     Postanowiłem odwiedzić go później. Według Veletha znajdował się niedaleko Kruczej Skały, więc nie musiałem planować wielkiej wyprawy. Mogłem tam iść sam, niechby Lydia trochę odpoczęła. Choć jak ją znałem, i tak ze mną pójdzie…

     Na razie wyciągnąłem znalezione w kurhanie dokumenty i zacząłem je przeglądać. Na pierwszy ogień poszedł dziennik Bosmerki. Ku mojemu rozczarowaniu, nie zawierał żadnych informacji, tylko pełne wyrzutów zapiski obrażonej elfki. O ile zdołałem się zorientować, skierowane przeciwko owemu martwemu Bosmerowi, którego znaleźliśmy w klatce. Pismo było niewyraźne, zamaszyste i wyglądało, jakby pisał to ktoś w stanie silnego wzburzenia. Zresztą, zgadzało się to z treścią zapisków.


     Wiem co mu po głowie chodzi. Czy on naprawdę myśli, że zdoła przypisać sobie wszystkie zasługi za odkrycie tych pająków? Następnym razem, jak pójdzie do ich klatki, zamknę za nim drzwi. Wtedy będzie musiał mnie wysłuchać.

     Co on mi próbuje implikować? Że niby ja mam nie po kolei w głowie? Nonsens! To on próbuje przywłaszczyć sobie moje odkrycie. I pewnie myśli, że ja tego nie widzę. Nic mi nie dolega. Nic!

     Gada do mnie jak do upośledzonego dziecka. Szaleństwo? Jakie szaleństwo? Kto jest szalony? Już ja mu pokażę szaleństwo!

     To bez znaczenia. Już wkrótce zobaczy, jak wygląda prawdziwa moc. Te zaśpiewy z głównej komnaty to niezbity dowód na to, że jest tam coś potężnego . Bogowie jedni wiedzą, jakie odkrycia może nam to przynieść.


     Niewiele mi to wszystko powiedziało. Zastanowił mnie jedynie fragment o „zaśpiewach z głównej komnaty”. Czyżby ta elfka słyszała zew smoczej ściany? Do tej pory byłem pewien, że słyszę to tylko ja. Może nie jestem jedynym? A może chodziło tu o coś innego? Może Smoczy kapłan co jakiś czas wynurzał się ze swego sarkofagu i prowadził jakieś obrzędy?

     Zabrałem się za resztę papierów. Te, niestety, były pomieszane ze sobą, a że nie opatrzono ich datami, niemało się natrudziłem, zanim poukładałem je we właściwej kolejności. Widać, że sporządził je ktoś wprawdzie ciekawy świata i ze smykałką eksperymentatora, ale bez wykształcenia w tym kierunku i bez umiejętności prowadzenia naukowych notatek. Zapiski opisywały eksperymenty na ognistych pająkach, z wykorzystaniem tajemniczej maszynerii, ale pełne były też wtrętów zupełnie prywatnych, czego z pewnością doświadczony badacz nie umieszczałby w protokole z badań. Pisany był też zupełnie nienaukowym językiem. Choć z pewnością przez człowieka wykształconego, o bogatym słownictwie, to jednak z pewnością nie maga, ani alchemika.

     W miarę lektury trochę rozjaśniło mi się w głowie na temat tajemniczych żółtoskórych zbójów z kurhanu. To był efekt eksperymentowania z pajęczym jadem. Ale najbardziej zaciekawił mnie inny fragment. Zrozumiałem bowiem, że maszyneria przerabia owe pająki… na broń!


     Jak na razie udało mi się sprawdzić tylko kilka kombinacji, ale wyglądają one bardzo obiecująco. Oto wyniki moich eksperymentów:

     Rubin + kokon albinosa = skaczący ognisty pająk

     Rubin + uszkodzony kokon = wybuchający ognisty pająk

     Rubin + sól + uszkodzony kokon = 

     Tu niestety widniał malowniczy kleks, w dodatku zrobiony celowo, jakby autor zapisków chciał ukryć wynik przed kimś, kto przeglądałby jego notatki. Nie udało mi się tego odcyfrować. Czytałem więc dalej.

     Rubin + sól + kokon albinosa = ukryty ognisty pająk.

     Dochodzę do wniosku, że wykorzystanie klejnotów wyższej jakości może zwiększyć intensywność nasycenia, dając nieoczekiwane wyniki. Królestwo za rubin bez skazy…

     Podejrzewam także, że inne kombinacje składników, wykorzystanych w poprzednich eksperymentach, zaowocowałoby innymi wynikami. Z moich obserwacji wynika, że diament czy granat nie nada się do eksperymenty, gdyż brak mu mocy. Moje poprzednie eksperymenty dowiodły, że rubin sprawdza się doskonale . Sprawdzę, czy reakcja zajdzie z ametystem, szmaragdem lub szafirem.

     Mam pewność, że natkniemy się na jeszcze inne gatunki pająków. Któż wie, jakie tu zachodziły eksperymenty? Musimy być czujni, bo źródło tutejszej magii z pewnością jest niedaleko.

     I nagle następował fragment zupełnie nie związany z eksperymentem. Zupełnie, jakby ów badacz pisał po prostu pamiętnik i wyniki swych badań zapisywał niejako przy okazji, nie tworząc dla nich osobnego dokumentu. To jeszcze bardziej upewniło mnie, że nie był to żaden uczony. Nieszczęśnik, nie wiedział, czym jego eksperymentowanie może grozić i sam na siebie wydal wyrok śmierci.

     Wiedziałem, że któregoś dnia jej odbije – pisał – i wygląda na to, że dziś jest ten dzień. Trzeba mi było uciekać, jak jeszcze miałem okazję, bo moc tych pająków namieszała Merilar w głowie. Kto by się spodziewał, że te albinosy są takie potężne?

     Siedzenie pod kluczem działa mi na nerwy, ale dzięki temu mogę się skupić na pracy. Co ona właściwie zamierzała osiągnąć? Przecież musiała wiedzieć, że jestem oddany mojej pracy. Nie, nie powinienem jej obwiniać za to, co teraz robi. Któż to wie, co opary tych eksperymentów robią z mózgiem? No cóż, przynajmniej mnie nie zaszkodziły. A może tak mi się tylko wydaje? Może i mnie dotknęły one tak jak moją siostrę.

     Siostrę! Zatem to było rodzeństwo… Dwoje Bosmerów, którzy przywędrowali tutaj nie wiadomo skąd. Być może uciekinierzy z puszczy Valen, po tym jak Altmerowie dokonali tam czystek etnicznych. Od razu poczułem do nich litość i w piersi zadrgał mi żal z powodu śmierci Bosmerki. Do śmierci badacza nie przyłożyłem ręki, ale przecież ową Merilar zabiłem własnoręcznie. Pewnie, broniłem się tylko, ale i tak zrobiło mi się markotno. Zwłaszcza, że prawdopodobnie atakując mnie ona sama nie wiedziała co robi. Zresztą, ja w ogóle lubiłem Bosmerów. Przyjaźniłem się z wieloma z nich.

     Dalej znów było o pająkach. Opisano kilka dalszych odkryć, ale wciąż zapiski z eksperymentu mieszały się z uwagami o Merilar. Pełne wyrzutów, ale i troski o jej los. Nie miałem zamiaru eksperymentować z pająkami, więc po pewnym czasie porzuciłem lekturę, stwierdzając, że dokumenty nie zawierają niczego przydatnego. Tylko psuły mi humor, poprzez świadomość, że zabiłem nieszczęsną Merilar.

     Na smutki najlepsze jest działanie. Odłożyłem papiery na regał i zacząłem wciągać na siebie zbroję.

     - Wychodzimy? – spytała Lydia.

     - Tylko do kurhanu Kolbjorn – odparłem. – Chciałem rzucić na niego okiem.

     Oczywiście, również zaczęła wciągać na siebie elfie blachy, twierdząc, że też jest ciekawa tej budowli. Choć byłem gotów założyć się, że chodziło jej głównie o moje bezpieczeństwo.

     Aby dostać się do kurhanu, trzeba było wspiąć się na górę klifu. Przy wykorzystaniu ścieżek, jakie wykonano w umocnieniach, nie było to trudne, choć trochę męczące. Ścieżka była stroma i gdy wreszcie stanieliśmy na szczycie, oboje dyszeliśmy jak kowalskie miechy.

Umocnienia klifu na zachodnim wybrzeżu Solstheim. Ikonografia wykonana w dzień szczególnej aktywności wulkanu

     Piękny widok rozciągał się z tego miejsca. Na zachodzie morze, spokojne tego dnia, na wschodzie niewielki płaskowyż, a za nim gęsty las i wzgórza wyspy. Właśnie na tym płaskowyżu ujrzeliśmy w oddali jasne płótno namiotu, a obok niego spory, kamienny krąg. Ani chybi, było to wejście do kurhanu. Ciekawe, jak głęboko odkopane.

     W miarę zbliżania się do celu, dostrzegałem coraz więcej szczegółów i rzedła mi mina. Dookoła kurhanu walało się parę kilofów, łopat, lin i wiader, porzuconych w nieładzie. Kurhan jednak był zasypany niemal po sam czubek. Odsłonięto go jedynie na taką głębokość, że szczyt obmurowania sięgał człowiekowi do pasa. Ruchu też wielkiego tam nie było. Tylko jeden elf z kilofem pracowicie rozbijał zbrylony popiół. Nie od razu nas zauważył. Gdy w końcu nas ujrzał, spłoszył się i uniósł kilof w obronnym geście.

     Był to niemłody już elf, choć szczupły i smukły. Z sylwetki i rysów twarzy przypominał Bosmera, ale ciemna skóra sugerowała Dunmera. Możliwe, że był mieszańcem. Widać było po nim, że jest porządnie zmęczony i z pewnością nieodpowiednio odżywiony. Zrobiło mi się go żal.

     Uniosłem ręce w pokojowym geście, ale nie zauważyłem, aby zadziałało to na niego uspokajająco. Z lękiem obrzucił wzrokiem moją thalmorską zbroję. Stałem pod słońce, więc nie dostrzegał mojej twarzy. Wolnym krokiem podszedłem więc bliżej i stanąłem tak, aby słońce na zachodzie oświetliło moje cyrodiilijskie oblicze.

     - Co tu robisz? – spytałem z uśmiechem.

     - A tobie co do tego? – odrzekł ze źle skrywanym lękiem.

     Jednak, gdy mi się przyjrzał uważniej, nieco się uspokoił. Jak widać, Thalmor budził niepokój nawet tu.

     Opuścił kilof.

     - Przepraszam – westchnął. – Ostatnio nie mogę się opędzić od tchórzliwych łachudr, które przychodzą wytykać mnie palcami.

     Otarł ramieniem spocone z wysiłku czoło i sięgnął po manierkę. Niestety, była pusta. Podałem mu więc swoją. Podziękował skinieniem głowy i wypił kilka dużych łyków. Był naprawdę zmachany.

     Zaproponowałem, abyśmy usiedli i porozmawiali. Z wdzięcznością przyjął poczęstunek, w postaci słodkiej bułki. Z westchnieniem usiadł na kamiennym występie i z przyjemnością zatopił zęby w chrupiącym pieczywie. Spytałem ponownie, co tu robi. Zerknął na nas zrazu podejrzliwe, ale zaraz się uspokoił. Cień uśmiechu przewinął się przez jego usta.

      - Ech, chyba nic się nie stanie, jak ci o tym powiem – zaczął niepewnie. – Wyglądasz na osobę z grubsza przyzwoitą. Nazywam się Ralis. Ralis Sedarys, z Twierdzy Smutku.

     Przestawiliśmy mu się. Przy okazji wyjaśniło się, że jest Dunmerem. Twierdza Smutku leżała bowiem w Morrowind, nie w Valen.

     - Pracuję dla pewnego kolekcjonera antyków – ciągnął Ralis, – który wyłożył sporą sumę septimów, abym znalazł pewne utracone skarby. Relikty Azhidala…

     Spojrzał na nas pytająco, ale oboje potrząsnęliśmy głowami. Nie słyszeliśmy o nich.

     - Szkoda tylko, że ta wyprawa to jedno wielkie pasmo nieszczęść – westchnął i zaczął przeżuwać swoją bułkę.

     - Co się stało? – spytałem.

     Wskazał wymownie głową na kurhan.

     - W takim miejscu trudno się spodziewać, że wszystko będzie szło jak z płatka, prawda? – uśmiechnął się smutno. – Muszę przyznać, że spotkało mnie coś, na co nie byłem przygotowany.

     Znów ugryzł swoją bułkę i zrobił to ze źle skrywaną niecierpliwością. Musiał naprawdę być głodny. Nic dziwnego, od jakiegoś czasu ciężko pracował fizycznie. Dopiero po chwili dokończył swoją opowieść.

     - Gdy pierwszy raz dotarłem do Kolbjorn – odezwał się smutnym tonem, – nie sposób było go dostrzec… Ukryty pod warstwą popiołu, jak większość rzeczy na tej przeklętej wyspie. Żeby znaleźć kurhan, przerzuciłem tego całą kopę. Żeby odkopać wrota, musiałem namachać się dwa razy tyle.

     Westchnął przeciągle, a ja pojąłem wreszcie, co się stało. Dokopał się w końcu aż do wrót, ale wulkan zasypał wszystko na powrót, niwecząc całe tygodnie jego ciężkiej pracy. Nic dziwnego, że nie miał wesołego nastroju.

     - Wykopaliska nie są moją specjalnością – skrzywił się. – Nawet gdyby były, burze popielne zasypią wszystkie dziury szybciej, niż człowiek jest w stanie machać łopatą.

     Pokiwałem głową. To było przekleństwo i błogosławieństwo tej wyspy. Przed wybuchem wulkanu, wyspę zamieszkiwali głównie wyspiarscy Nordowie, bo tylko oni byli w stanie wytrzymać w tym mroźnym i ostrym klimacie. Erupcja wulkanu i ciągły dym, wydobywający się z krateru, zmieniły klimat południowej części wyspy. Teraz było tu w miarę ciepło i możliwa była uprawa jadalnych roślin, ale regularne deszcze popiołu potrafiły być naprawdę uciążliwe. W czystych, północnych rejonach wyspy, mieszkali niemal wyłącznie Skaalowie – potomkowie Nordów.

     - Dlaczego nie wynajmiesz górników z Kruczej Skały? – spytałem.

     Uśmiechnął się smutno.

     - Myślisz że mam fundusze na taką operację? – prychnął z goryczą i pokręcił głową. – Nie, otrzymam je dopiero wtedy, gdy wrócę z artefaktami. Nie stać mnie na wydanie tysiąca septimów.

     Wydało mi się to dziwne, że zleceniodawca nie dał mu zaliczki wystarczającej na pokrycie kosztów. Zresztą, może i dał, może nawet została odpowiednio zainwestowana, ale wulkan zdążył zasypać efekty całej pracy. W każdym razie, odniosłem wrażenie, że Ralis nie mówi mi całej prawdy. Szkolenie w Akademii zaczęło przynosić efekty. Nie byłem już naiwnym młodzieńcem, któremu można było wcisnąć byle co. Wyczuwałem jednak nie tyle fałsz, co nieufność, której trudno było się dziwić, wziąwszy pod uwagę, że prawie się nie znaliśmy..

     Ale istniała jeszcze druga strona medalu – ja też chciałem zbadać kurhan. Byłem już człowiekiem zamożnym. W niektórych kręgach uchodziłem wręcz za bogacza. Dla mnie tysiąc septimów nie było poważnym wydatkiem. Skoro miało to pomóc w pokonaniu Miraaka, byłem gotów wydać znacznie więcej.

     - Mam trochę pieniędzy – odrzekłem ostrożnie. – Szukasz partnera?

     Jak mu się oczy zaświeciły!

     - Co? Mówisz poważnie? – aż wstał z wrażenia.

     Skinąłem głową i zabrzęczałem kiesą.

     - Cóż, myślę, że to może się udać – rzekł z nadzieją.

     Wyraźnie przybyło mu sił. Nic dziwnego, też poczułbym przypływ adrenaliny na taką wiadomość. Zaczął energicznym krokiem chodzić po wnętrzu kurhanu, w myślach zapewne planując kolejne prace.

     - Szczegóły dogadamy później – zdecydował. – Na razie ja zajmę się kopaniem, a ty gotówką. Masz złoto?

     Fakt, na razie nie było o czym gadać, przynajmniej dopóki nie odsłonimy dna kurhanu, więc przystałem na to, podając mu kiesę. Zerknął do środka i z zadowoleniem pokiwał głową.

     - Hmm… Wszystko się zgadza. Wygląda na to, że możemy zacząć robotę. Wybiorę się do Kruczej Skały i zbiorę brygadę kopaczy.

     Spytał nas o adres. Na wieść, że mieszkamy w Kruczej Skale, aż klasnął w ręce. W razie czego nie musiał nas szukać daleko.

     - Jak będę miał się czym pochwalić, dam ci znać – zapewnił, ściskając moja dłoń. – Interesy z tobą to czysta przyjemność. Do zobaczenia – dodał widząc, że zbieramy się do odejścia.

     - Co o nim myślisz? – spytałem w drodze powrotnej.

     - Coś kręci – skrzywiła się Lydia. – Ale jeśli zależy nam tylko na smoczej ścianie to przecież jej nie ukradnie. Warto zaryzykować.

     - Też tak myślę – skinąłem głową. – Tysiąc septimów to nie majątek. Nie dla nas.

     - Nie skończy się na tym – uśmiechnęła się. – Za łatwo mu dałeś te pieniądze. Teraz on wie, że ci na tym zależy i będzie nas doił do gołego płótna w kieszeni.

     - Tak myślisz?

     - Jestem pewna. Znajdzie jeszcze wiele powodów, żeby prosić cię o pieniądze. I wiesz co? – zagryzła wargę. – Coś mi się widzi, że nawet nie będzie musiał wymyślać. W takich kurhanach zawsze są draugry…

     Z westchnieniem zgodziłem się z nią. Tu pewnie nie wystarczy brygada kopaczy. Trzeba będzie jeszcze nająć strażników, a najemnicy każą sobie słono płacić. Poza tym, Ralis brał na siebie najtrudniejszą robotę i wcale nie miałem nic przeciwko temu, jeśli jakaś część tych pieniędzy skapnie na jego konto. W końcu, wyświadczał mi sporą przysługę. 

*          *          *

     - Po co ci to? – spytała Lydia, z nutką zaniepokojenia w glosie.

     - Pokażę Nelothowi – odrzekłem, demonstrując jedną z Czarnych Ksiąg. – Na wypadek, gdyby nie był skory do rozmowy. To powinno go zainteresować na tyle, żeby poświęcić nam trochę czasu.

     Księga powędrowała do plecaka. Ale zaraz przemyślałem sprawę i wyjąłem ją stamtąd. Gdybym ja zgubił, mogła wpaść w niepowołane ręce. Nie, za duże ryzyko.

     Na zewnątrz wciąż jeszcze było ciemno, choć wschód już jaśniał. Przed nami daleka droga, więc nie ociągając się, ruszyliśmy przed siebie. Tuż za Przedmurzem wspięliśmy się stromy klif i ruszyliśmy w głąb lądu, kierując się do Tel Mithryn, znajdującego się na najbardziej wysuniętym na południe i wschód cyplu wyspy. Słońce jeszcze nie wzeszło ponad linię horyzontu, ale już zrobiło się jasno, gdy mijaliśmy kurhan Kolbjorn. Nasz wspólnik nie spał już, tylko przy pomocy sznurka i miarki mierzył coś wewnątrz obmurowania i skwapliwie zapisywał. Zapewne próbował oszacować, ile popiołu jest do wydobycia, co pozwoliłoby mu określić, ilu górników musi zatrudnić. Gdy uniósł głowę, poznał nas – trudno nie poznać tak charakterystycznych zbroi – i pomachał nam z daleka. Odpowiedzieliśmy na pozdrowienie, ale nie zbliżaliśmy się do wykopalisk. Skierowaliśmy się ku widocznej z daleka, znanej nam już leśnej drodze, którą wędrowaliśmy niedawno do Popielnej Cytadeli.

     Minęliśmy ją wczesnym popołudniem. W jej cieniu urządziliśmy sobie postój, aby coś przegryźć i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej. Po pewnym czasie wyszliśmy z lasu na zasypane popiołem pustkowie. Tak miało być już do samego wybrzeża. Choć nie do końca, bowiem na samym wybrzeżu ujrzeliśmy niewielki las.

     - To nie drzewa – roześmiała się Lydia, dłonią osłaniając oczy od zachodzącego słońca. – To grzyby!

Tel Mithryn. W obawie przed intruzami, mistrz Neloth umieścił między grzybami kilka automatycznych ikonografów - coś w rodzaju monitoringu. Zachowała się ikonografia Wulfhere'a i Lydii, zdążających do jego domu

     Miała rację. Aż przystanąłem ze zdumienia. Tak olbrzymich grzybów nie widziałem jeszcze nigdy w życiu. Nawet fosforyzujące parasole w Czarnej Przystani, największym mieście Dwemerów, nie były tak ogromne. Gdy podeszliśmy bliżej. Okazało się, że trzy z nich, rosnące na samym wybrzeżu, są prawdziwymi kolosami. Nawet, gdyby były drzewami, ich rozmiary byłyby imponujące. Pień największego z nich miał średnicę kilkudziesięciu kroków. Po obu bokach rosły dwa nieco mniejsze, lecz niewiele mu pod tym względem ustępujące. Jedynie z naszej strony grzyby były nieco mniejsze, nie nadające się do zamieszkania, ale i one miały rozmiary drzew. Widać, wyrosły tu w sposób naturalny, gdy grzybnia trzech olbrzymów rozgałęziła się pod ziemią i zaczęła zagarniać coraz to nowe obszary wybrzeża.

     Szarzało już, gdy doszliśmy na miejsce. Cała osada przypominała zadaszone targowisko – tyle było nad nią rozpiętych naturalnych parasoli. Tyle tylko, że było tu zupełnie pusto. Dotknąłem jednego z grzybów. Był twardy jak drewno. Z pewnością bardzo mocny, nawet jeśli wydrążyło się go w środku.

     Pod jednym z grzybów wreszcie zobaczyłem jakieś osoby. Była to para Dunmerów, zawzięcie o czymś rozprawiająca. On młody, w ubraniu dobrego gatunku, choć skromnym, ona nieco starsza, w bogatej sukni, zdobionej kolorowymi haftami. Grzybowe kapelusze odbijały dźwięk, więc mimo woli słyszeliśmy ich bardzo wyraźnie.

     - Co ty tu robisz? – dopytywała się Dunmerka. – Nie powinieneś pomagać mistrzowi Nelothowi w pracy?

     Młodzieniec nie od razu odpowiedział.

     - Dlaczego to przywołanie nie działa? – mruknął niezadowolony, po czym przeniósł wzrok na swą rozmówczynię i rzekł dobitnie. – Skoro musisz wiedzieć, próbuje sprawić, by zaklęcie Strażnika Popiołów zadziałało. A teraz daj mi się skupić. A poza tym, chyba lepiej będzie, jak zaczniesz przejmować się uszkodzeniami wieży?

     Dunmerka roześmiała się.

     - Mistrz Neloth powierzył naprawę wieży Elynei – odparła, po czym podejrzliwie pokiwała głową. – Dlaczego nie zajmujesz się tym w laboratorium? Tam byłoby bezpieczniej.

     Młodzieniec speszył się nieco.

     - Eee, no… - zająknął się. – Laboratorium jest za małe! Potrzebuje też ziemi z popiołem. Mistrz Neloth wie, co robię. Nie ma sensu zawracać mu tym głowę. W tej chwili jest bardzo zajęty.

     - Jeśli coś pójdzie nie tak, będzie na ciebie – ostrzegła go dama. – Daj mi najpierw wrócić do środka.

     Mówiąc te słowa, obróciła się na pięcie. I wtedy nas dojrzała. Spojrzała na nas z ciekawością. Pozdrowiliśmy ją uniesieniem rąk. Podeszła bliżej, wciąż się nam przyglądając. Tymczasem jej niedawny rozmówca niczego nie zauważył.

     - Żadnego strażnika popiołów – mruknął sam do siebie i otworzył jakąś księgę. – Może odpowiedź jest w tej księdze…

     Wsadził nos niemal do środka, bo pod dachem z kapeluszy było już ciemno i trzeba było czytać naprawdę z bliska.

     - Nie widujemy tu zbyt wielu przybyszy – Dunmerka obrzuciła nas badawczym wzrokiem. – Potrzebujecie czegoś?

     Przedstawiliśmy się jej, a ona odwzajemniła się tym samym. Nazywała się Varona Nelas, jednak niczego więcej o sobie nie powiedziała.

     - Co to za miejsce? – spytałem po prezentacji.

     - Tel Mithryn – odpowiedziała tonem, jakby była zdziwiona, że ktoś może tego nie wiedzieć. – To dom mistrza Nelotha. Może zdarzyło ci się o nim usłyszeć. To sławny telvański mag.

     - Mieszka w wielkim grzybie? – spytała Lydia.

     - W Morrowind Telvanni hodują budynki ze specjalnych zarodników grzybów – uśmiechnęła się nie bez dumy. – Mistrz Neloth wyhodował sobie tutaj taki dom. Nie pytaj mnie, jak to zrobił.

     - Należysz do uczniów Nelotha? – zapytałem.

     Potrząsnęła głową.

     - Nie. Talvas jest jego uczniem – wskazała na młodzieńca za plecami. – Ja mu służę radą i zarządzam codziennymi sprawami.

     Upewniłem się jeszcze, że największy dom należy do Nelotha i pożegnaliśmy się. Z ciekawością podszedłem do Talvasa, który na dźwięk naszych głosów, uniósł głowę i przyglądał nam się ciekawie. Gdy podszedłem bliżej, przyjął pozę kogoś ważnego, kto nie lubi, gdy przerywa mu się w równie ważnych eksperymentach.

     - Chyba nie powinno cię tu być – odezwał się napuszonym tonem. – Czy mistrz Neloth wie o tobie?

     Zignorowałem jego ton. Nie czułem się jednak nim urażony. Zapewne Neloth był wymagającym nauczycielem i Talvas często obrywał od niego połajanki. Widząc młodego Cyrdiilijczyka, koniecznie chciał choć przed nim uchodzić za osobistość.

     - Ćwiczysz zaklęcie? – spytałem, rzuciwszy okiem na księgę.

     - Tak, próbuje wezwać strażnika popiołów – odparł tonem, jakby zwracał się do małego dziecka. – Mam tylko problem z odczytaniem pisma mistrza Nelotha. Nie chcę być nieuprzejmy, ale muszę się skupić.

     Śmieszyła mnie jego nadęta wypowiedź. Podobnie jak potraktowanie mnie jak niczego nieświadomego intruza. I mimo jego lekceważenia, wcale nie czułem się dotknięty. Wystarczała mi w zupełności świadomość, że gdybym zechciał, mógłbym jednym krzykiem rozpłaszczyć go na najbliższym pniu. Ale nawet nie przeszło mi przez myśl, aby mu to demonstrować. Niech żyją Siwobrodzi! To ich naukom zawdzięczam panowanie nad złymi emocjami.

     Skinąłem na Lydię i skierowaliśmy się w stronę największego z grzybowych domów.

sobota, 12 maja 2018

Rozdział XVI - Kurhan Na Białym Grzbiecie

     W naszej nowej sypialni stał duży regał na książki, częściowo zapełniony. Umieściłem tam kilka swoich woluminów, z wyjątkiem Czarnych Ksiąg, które wolałem zamknąć w sejfie. Gdy umieszczałem ostatni tom na półce, zadowolony, że właśnie skończyliśmy się urządzać, spomiędzy kartek wypadło mi kilka listów.

     - O, listy do Seliny – ucieszyłem się. – Zapomniałem już o nich. Pamiętasz? Znaleźliśmy je w Forcie Nocnego Mrozu.

     Podszedłem do lampy i poszukałem tego, który miał numer jeden. Złamałem pieczęć i rozpostarłem kawałek papieru. Był pokryty starannym, równym i wyraźnym pismem cesarskiego kancelisty. Papier pożółkł już mocno, wzdłuż złożeń zaczął się rozlatywać, ale tekst wciąż był czytelny. Lydia zajrzała mi przez ramię i przez chwile przebiegaliśmy wzrokiem ciemne literki.


     Moja najdroższa Selino,

     Mam za sobą ciężki dzień. General Carius skierował nas do pomocy robotnikom, pracującym przy murach i muszę przyznać, że naharowałem się jak dziki wół. Niestety, trzeba to było zrobić, bo te fortyfikacje nie wytrzymałyby oblężenia. Część żołnierzy zaczęła marudzić, ale ja ich zdania nie podzielam. Wiem, że generałowi leży na sercu wyłącznie dobro fortu i ufam jego rozkazom na tyle, że skoczyłbym za nim nawet w Otchłań. Za parę tygodni zawinie do nas okręt z zaopatrzeniem. Mam nadzieję, że zabierze wszystkie moje listy do ciebie. Oby ich lektura sprawiła ci równie dużo radości, co mnie pisanie ich. Tęsknię za tobą i już nie mogę doczekać się dnia, gdy moja służba na Solstheim dobiegnie końca.

     Na zawsze twój,

     Maximian Axius


     - Tak jak myślałem – szepnąłem wzruszony. – Stęskniony żołnierz pisał do swej ukochanej.

     - Szkoda, że tak się to skończyło – westchnęła Lydia. – A co w następnym liście?

     Otworzyłem kolejny.


     Moja najdroższa Selino,

     Eufemiusz zginął dziś z rąk rieklingów. Eskortowaliśmy transport zaopatrzenia, idący od Fortu Nocnego Mrozu, do Kruczej Skały i wpadliśmy w zasadzkę tych potworów. Udalo nam się ich pobić, ale niestety, Eufemiusz został przebity włócznią. Uzdrowiciele z fortu nie mogli go uratować, więc biedak pożegnał się z życiem na moich oczach. Gdyby nie moja lojalność wobec korony i płomienne przemowy generała Cariusa, pewnie nie wytrzymałbym w tym miejscu. Okręt zaopatrzeniowy powinien zwinąć do nas jutro. Obiecuję, że przekażę wszystkie listy kwatermistrzowi. Ucałuj ode mnie dzieci.

     Na zawsze twój,

     Maximian Axius

     11, Gwiazda Poranna, 4E 05


     - Dzieci – szepnęła Lydia. – To była jego żona.

     - Tęsknił podwójnie – westchnąłem z goryczą. – Do żony i do dzieci.

     - A dzieci pewnie jeszcze długo wypatrywały statku, który miał go przywieźć – dodała Lydia, ze ściśniętym gardłem.

     - Ten fragment o rieklingach mnie niepokoi - próbowałem zmienić temat, bo też mi się trochę oczy zaszkliły. – Freya uprzedzała, że kradną, ale nie wiedziałem, że potrafią urządzać zasadzki.

     - Są rozumniejsze, niż na to wyglądają…

     Otworzyłem trzeci list.

     - Teraz, gdy wiemy, jak smutno się skończyła ta historia, chyba nie musimy się obawiać, że zajdziemy w nim coś gorszego – próbowałem zażartować. – Ale może dowiemy się czegoś o samym generale?


     Moja najdroższa Selino,

     Okręt zaopatrzeniowy jeszcze do nas nie dotarł i nikt nie ma pojęcia, co się z nim stało. Wciąż pisze te listy w nadziei, że jednak zdołam jakoś ci je wysłać. Izolacja na Solstheim bardzo nam doskwiera, ale generał Carius twierdzi, że musimy utrzymywać ten fort dla dobra Cesarstwa. Wierzę w jego słowa, bo nigdy wcześniej nas nie zawiódł, ale czasami zastanawiam się, czy Radzie Cesarskiej naprawdę zależy na utrzymaniu tej zapyziałej wyspy. Przez ostatnie dwa lata straciliśmy czterech żołnierzy. Mam wrażenie, że Cesarstwo zwyczajnie o nas zapomniało, podczas gdy my siedzimy tu i pomału topniejemy jak śnieg w wiosennym słońcu. Każdego dnia wypatruję końca mojej służby.

     Na zawsze twój,

     Maximian Axius

     1, Słoneczny Świt, 4E 05

List przeszedł bez komentarza. Od razu sięgnąłem po czwarty.


     Moja najdroższa Selino,

     To mój ostatni list. Nie wiem, czy kiedykolwiek dane ci będzie przeczytać którykolwiek z nich, ale zatrzymam je na wypadek, gdyby ktoś mnie kiedyś odnalazł. Selino, wydarzyło się coś strasznego. Nie mam pojęcia, co to było, Ale Czerwona Góra plunęła ogniem. Nie sposób tego opisać. Fort Nocnego Mrozu został zniszczony. Jego mury rozpadły się, jakby były usypane z piasku, a ziemia zapłonęła. Wszędzie cuchnie popiołem i śmiercią. Nie mam pojęcia, czy ktoś ocalał. Utknąłem w jednej z niższych części fortu i chyba nie mam co wyglądać ratunku. Tęsknię za tobą, Selino. Chciałbym cię wziąć w ramiona i rzec, że wszystko będzie dobrze, ale prawdę mówiąc, czarno widzę moja przyszłość. Uściskaj Siricusa i Atię ode mnie. Przekaż im, że ich ojciec zginął, broniąc Cesarstwa, aby mogli mnie wspominać z podniesioną głową. A ty myśl o mnie czasem, gdy będziesz układać się do snu, aby mój duch mógł powrócić do domu. 

     Na zawsze twój,

     Maximian Axius

     3, Słoneczny Świt, 4E 05


     Oczy zaszły mi mgłą. Nie zdołałem się powstrzymać. Lydia również. Tej nocy zasypialiśmy objęci mocno, jakbyśmy bali się, że jakaś siła zechce nas rozdzielić. Przed oczami oboje mieliśmy młodego legionistę, umierającego w rozpaczy, z dala od osób, które kochał.

     Listy zachowałem. Próżno było, po dwustu latach, szukać potomków Maximiana Axiusa. Nawet jeśli by nam się to udało, cóż mógłbym im powiedzieć? Zapewne nawet nie znali imienia swego przodka. Ale to w tym momencie właśnie obiecałem sobie, że kiedyś, jeśli bogowie pozwolą, opiszę całe swoje życie i wspomnę w swym dziele o tych listach, które tak bardzo nas wzruszyły. Dziś, gdy piszę po latach te słowa, wszystkie cztery listy Maximiana leżą przede mną. Pożółkłe, dwa z nich podklejone kawałkami papieru, bo już się rozlatywały na złożeniach. Ale mam je do dziś i powyżej przytoczyłem ich treść co do literki, niczego nie zmieniając. A widok bladego szkieletu, odzianego w resztki cesarskiej zbroi, pamiętam do dziś, jakby ktoś namalował mi go pod powiekami. Czasami, dziękując Marze za moją wielką miłość, modlę się o Maximiana i Selinę, aby owa miłosierna bogini na zawsze połączyła te dwa serca, które zły los postanowił rozdzielić. Wierzę, że dziś są razem, trzymają się za ręce i uśmiechają do siebie, szczęśliwi tylko z tego powodu, że są razem. Razem – tak krótkie i pospolite słowo – a jakiego ogromnego nabiera znaczenia…

*          *          *

     - Wiesz, co mi to przypomina? – spytała Lydia, zatrzymując się.

     Przysłoniła przymrużone oczy, bo dzień był słoneczny, a góry ośnieżone.

     - Grobowiec Hillgrunda – odparłem. – I naszą pierwszą wspólną walkę.

     - Z draugrami – uśmiechnęła się. – Ciekawe, co słychać u Golldira.

     Wspominając dawne przygody i brodząc w śniegu, zbliżyliśmy się do kamiennej budowli, przyklejonej do zbocza góry. Było to typowe, starożytne norskie wejście do grobowca, jakie już nieraz widzieliśmy. W skale wykorzystano system jaskiń, co nieco wykuto i zamieniono na podziemną budowlę, a wejście do niej zadaszono łukowatym portalem. Niewątpliwy znak, że w dawnych czasach wyspę zamieszkiwali Nordowie. 

Solstheim - Kurhan na Białym Grzbiecie

     Kurhan na Białym Grzbiecie znajdował się niedaleko Kamienia Wody, ale przejścia między tymi dwoma punktami nie było. Musielibyśmy wspinać się po stromej, niemal pionowej, oblodzonej skale. Dlatego podróż zajęła nam trochę więcej czasu, bowiem trzeba było iść przez góry w głębi wyspy. Choć wyruszyliśmy na długo przed świtem, zmierzchało już, gdy stanęliśmy u kresu naszej wędrówki. Mimo to, zauważyliśmy drewnianą, rozpadającą się chatkę w pobliżu budowli. Zbadaliśmy ją – była pusta. Podeszliśmy więc na powrót do kurhanu. Żelazne drzwi otworzyły się łatwo. Znaleźliśmy się w przedsionku.

     - Co tu się stało? – jęknąłem zdziwiony, na widok dwóch trupów.

     W suchym, choć zimnym przedsionku leżały dwa ciała Dunmerów. Strzeliłem Płomieniem Świecy, by rozjaśnić mrok. Ubiór sugerował, że to rozbójnicy, ale kim byli w istocie, nie wiedział już nikt. Mnogość ran nie pozwalała mieć wątpliwości co do przyczyny śmierci. Co ciekawe, mieli też na skórze rozległe oparzenia.

     W przedsionku znajdowało się palenisko, choć wygaszone, pełno drewna na opał, a także porozrzucane butelki po winie i resztki jadła. Naprzeciwko wejścia znajdowały się drugie drzwi, drewniane z żelaznymi okuciami, zamknięte na solidną zasuwę. Zbadałem ją – dala się otworzyć, ale z otwarciem drzwi postanowiłem poczekać. Byliśmy zmęczeni forsownym marszem po górach i należał nam się wypoczynek.

     Wywlekliśmy ciała na zewnątrz i rozpaliliśmy ogień, by się nieco rozgrzać. Drzwi wejściowe podparliśmy drewnianymi kłodami, tylnych broniła zasuwa, więc nie było potrzeby wystawiania wart. Zjedliśmy solidną kolację i w suchym, ciepłym od ognia miejscu postanowiliśmy przenocować. W jednym kącie leżała spora wiązka słomy, zapewne przytargana niedawno przez rozbójników, którą postanowiliśmy w tym celu wykorzystać.

     Gdy się przebudziliśmy, wciąż była jeszcze noc, ale spać nam się już nie chciało. Posililiśmy się więc, odzialiśmy w zbroje i stanęliśmy przy drzwiach. Lydia dobyła miecza, ja sięgnąłem po łuk. Ale po chwili i tak musiałem go przewiesić przez ramię, bo okazało się, że zasuwa nie chce puścić. Musiałem się z nią trochę namęczyć, ale wreszcie udało się odryglować drzwi. Otworzyły się same, w naszą stronę, jakby czymś popchnięte. Zza drzwi wysunęły się zwłoki trzeciego zbója i z głuchym tąpnięciem uderzyły w kamienne podłoże.

     Spojrzeliśmy na siebie zdziwieni. Rozbójnik miał na sobie takie same rany, jak ci dwaj, których wieczorem wywlekliśmy na zewnątrz. Widać razem przed czymś uciekali, ale ten jeden nie zdążył i zamknięto mu drzwi przed nosem. Sięgnąłem po łuk i ruszyłem przodem, wąskimi, kamiennymi schodami w dół, gdzie majaczyła całkiem jasna łuna, pewne pochodząca z wielu pochodni. Schody prowadziły do drewnianych drzwi, otwartych na oścież. Przejście przegradzały tylko zwłoki czwartego zbója.

     - Co tu się działo? – mruknąłem zdziwiony.

     Schody wiodły jeszcze jakiś czas w dół. Zszedłem tam i zaraz znieruchomiałem. Znalazłem się bowiem w komnacie, bez wątpienia wykutej ręką człowieka. Ale ludzi w niej nie było. Tylko pająki. Nieduże, białe, ogniste pająki. Całe pomieszczenie było zasnute ich pajęczynami. I płonęły w niej kagańce – znak, że miejsce było odwiedzane przez ludzi, elfy, bądź draugry.

     Ustrzeliłem dwa pająki. A potem jeszcze kilka. Ostrożnie posuwając się przed siebie, natrafiłem również na pulsujące kokony. Wiedziałem już, że gdy się zbliżę, ognisty pająk przerwie go jednym ruchem i skoczy na mnie. Chcąc nie chcąc, dziurawiłem strzałami te wszystkie, obok których musiałem przejść, by dostać się do wyjścia po drugiej stronie. Wybuchały jak małe wulkany.

     Dalej znajdowało się wejście do krypty. Ale dziwnej krypty, całej zasnutej pajęczynami. Nie napotkaliśmy w niej żadnego draugra. Gdyby nie majaczące w białej wacie kamienne leża, w ogóle nie odgadłbym, ze to miejsce pochówku.

     Wkrótce doszliśmy do szybu, wiodącego w dół spiralnymi, drewnianymi, na pół spróchniałymi schodami. Zrobiło się chłodniej. Minęliśmy otwarte, okute drzwi. Chodnik wciąż opadał, aż doprowadził nas do sporej komnaty, aczkolwiek znajdującej się w opłakanym stanie. Trudno było nawet domyślić się jej przeznaczenia, bowiem wszystkie sprzęty, jakie się tu znajdowały, były rozbite i zasnute pajęczynami. Nie obyło się bez zlikwidowania kilku pająków i pulsujących kokonów.

     Głos, który nagle rozległ się w podziemiach, osadził nas na miejscu.

     - Na pomoc! – wołał przerażony głos. – Niech mi ktoś pomoże!...

     Urwał i skończył się przejmującym jękiem Na chwilę znieruchomieliśmy. Potem szybko ruszyliśmy w stronę skąd dobiegał. Korytarz otwierał się w ogromną komnatę, której kamienna posadzka znajdowała się jakieś dwie wysokości człowieka pod nami. Drogę przegradzała nam drewniana platforma, którą dało się opuścić, ciągnąc za uchwyt, jak zwodzony most. Naprzeciw znajdowała się druga, identyczna, prowadząca do tarasu naprzeciwko, ale tamtą opuścić można było tylko z drugiej strony. Za to z naszej prowadziły prymitywne schody z surowych pni, które pozwoliły nam szybko zejść na dół.

Wnętrze kurhanu - zwodzony most. Widoczny uchwyt na łańcuchu, opuszczający jedną część mostu. Druga część jest podniesiona

     Nieszczęśnik był Dunmerem i wyglądał na rozbójnika. Z pewnością nim był, ale i tak zdecydowani byliśmy mu pomóc, choćby po to, by się czegoś od niego dowiedzieć o tym miejscu. Ale było już za późno. Choć stał, widać było, że dzieje się z nim coś dziwnego. Jego skóra szybko nabierała dziwnej, żółtej barwy, a w oczach pojawiał obłęd. Z nieprzytomnym krzykiem rzucił się na nas, tylko po to, by nadziać się na miecz Lydii i momentalnie skonać.

     Spojrzeliśmy po sobie.

     - Jakiś narkotyk – szepnęła Lydia. – Nigdy czegoś takiego nie widziałam.

     Mimo grozy uśmiechnąłem się lekko na te słowa. Lydia często je powtarzała, zapominając, że przecież większość przygód przeżyliśmy razem i zwykle to co ona widziała, widziałem i ja.

     Trochę obawialiśmy dotykać martwego ciała, bo żadne z nas nie znało przyczyny tego żółtego zabarwienia skóry. Zauważyłem, że Lydia bardzo starannie wytarła miecz o futrzaną nogawicę Dunmera, a potem ukradkiem, przechodząc przy jednym ze zniczów, rozgrzała lekko ostrze nad jego płomieniem. Ebon obrabiało się w wysokich temperaturach, więc takie lekkie rozgrzanie nie szkodziło ostrzu w żaden sposób. Mogło je za to odkazić.

Wielka Sala we wnętrzu kurhanu

     Ruszyliśmy dalej. W pewnym miejscu kamienne podłoże przecinało niezbyt szerokie pęknięcie, ale za to długie na całą szerokość komnaty. Spojrzałem w górę.

     - Tu chyba pod spodem skała osiadła – mruknąłem, przyglądając się ścianom. – Cała komnata jest przekrzywiona.

     Nie trzeba było bystrości, by to zauważyć, zresztą im dalej, tym nierówność była większa. Po pewnym czasie widać to było jeszcze wyraźniej, bowiem cala komnata, niby ogromny korytarz, skręcała pod kątem prostym w prawo i wyraźnie widać było, że i podłoże i ściany są przechylone w lewo. Pod ścianą leżało kilka odłupanych kawałków muru i zgromadziło się trochę wody.

     Komnata kończyła się niskimi schodami, za którymi ujrzałem przejście do następnego korytarza. Drogę przegrodziły nam jednak dwa draugry. Jeszcze nas nie dojrzały, więc znieruchomieliśmy. Draugr ma słaby wzrok, jeśli tę magię można nazwać wzrokiem. Widzi dobrze tylko z bliska, natomiast z daleka dostrzega ruch. Dlatego wystarczy poruszać się wolno i takim też ruchem napięliśmy nasze łuki. Obie strzały trafiły bezbłędnie i skutecznie. Przejście było wolne.

     Korytarz za przejściem nabrał obłego, norskiego charakteru, przypominającego naturalny chodnik. Skręcił kilkakrotnie, zanim zakończył się żelaznymi, masywnymi drzwiami. Otworzyły się z trudem. Przecisnęliśmy się przez wąska szparę, tylko po to, by za następnym zakrętem napotkać kolejne drzwi, tym razem drewniane i solidnie okute, w dodatku zamknięte na potężną zasuwę. Obok nich leżały truchła dwóch draugrów.

     Zasuwa była trochę zardzewiała, ale dała się odsunąć. Za drzwiami znajdowała się obszerna komnata, o nieregularnym kształcie, pełnym schodków, zakamarków i nawet wyposażona w mostek, przerzucony nad niezbyt szerokim rowem. Wykonano ją bardzo starannie, ale ząb czasu i ogólny nieład zdążyły ją już nieco nadgryźć. Kiedyś, w czasach świetności budowli, z pewnością odbywały się tu jakieś obrzędy, bowiem sala jako żywo przypominała jakieś sanktuarium, czy główną nawę świątyni. Przez chwilę zacząłem sobie wyobrażać, jak mogła wyglądać dawno temu, wysprzątana i odnowiona, ale moje myśli przerwał atak trojga rozbójników.

Sanktuarium w Kurhanie na Białym Grzbiecie

     Ten który natarł na mnie, był Dunmerem. Miał żółtą skórę i obłęd w oczach. Czym prędzej więc zdzieliłem go mieczem, aby nie zdołał mnie dotknąć. Rozdzieracz Chłodu sparaliżował go na moment. Upadł znieruchomiały, więc choć rana nie była śmiertelna, miałem czas zająć się drugim. Z powodu żółtej skóry nie od razu poznałem, że jest Bosmerem. A raczej Bosmerką. Nie lubię walczyć z kobietami, ale życie w Skyrim nauczyło mnie, że w walce nie ma między nami różnicy. Zginęła na miejscu od ciosu w gardło. Odwróciłem się jeszcze do Dunmera, ale Lydia, uporawszy się z trzecim zbójem, zdążyła go przyszpilić do ziemi, zanim wstał. Trzeci rozbójnik również był kobietą, Cyrodiilijką. Wszyscy mieli żółtą skórę. Jaskrawożółtą, jakiej nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Wyglądali, jakby ktoś ich pomalował.

     Lydia chwyciła klucz, jaki wysunął się któremuś ze zbójów z kieszeni i podała mi go. Zwykły, żelazny klucz, jak do więziennej kraty. Schowałem go za pas, nie wiedząc co otwiera. Zapewne znajdę tu jakieś drzwi lub kratę, do których będzie pasował.

     Wszedłem na schody po lewej, skąd nadbiegli zbóje. Krótki, kręty korytarz zaprowadził nas do naturalnej, przestronnej jaskini, zasnutej wieloma pajęczynami. Pod jedną ze ścian zbudowano drewniane rusztowanie, na wzór górniczych pokładów, a na nim postawiono żelazne kraty. Prowadziły tam drewniane schody, po których przechadzały się dwa ogniste pająki. Poniżej schodów było ich jeszcze więcej, w tym niektóre zupełnie białe.

Jaskinia we wnętrzu kurhanu. widoczna platforma i zakratowane pomieszczenie

     Wiedzieliśmy już, jak ognisty pająk reaguje na obcych. Chcąc zbadać platformę, musieliśmy je najpierw wszystkie zlikwidować. Również te, znajdujące się jeszcze w swych pulsujących kokonach. I dopiero potem wspięliśmy się na platformę. Całą jej prawa stronę zajmowała zakratowana cela, a w niej jakaś maszyneria, przypominająca kufer i zwłoki jakiegoś Bosmera. Lewa strona zamieniała się w tunel. Zbadaliśmy więc najpierw tę lewą część, wiedząc, że zza krat nic nam nie grozi. Tunel był ślepy – typowy, kopalniany chodnik. W jednym miejscu stała jednak drabina, prowadząca do wąskiego szybu w sklepieniu, zamkniętego drewnianą klapą. Lydia wdrapała się tam zwinnie i z niewielkim wysiłkiem uniosła klapę. Sponad niej błysnęło oślepiające światło dnia.

     - Wyjście – oznajmiła mrugając oczami. – Wyjście do tej rozpadającej się chatki. Lepiej nie patrz, bo oślepniesz tak jak ja.

     Ostre, górskie słońce, w połączeniu ze śnieżną pokrywą, zalegającą okolice, potrafiło porazić wzrok nawet wędrowca, od kilku godzin przechadzającego się na wolnym powietrzu, a co dopiero takiego, który cały ten czas myszkował po ciemnych katakumbach. Wiedziałem, że przez jakiś czas nie będę mógł polegać na jej wzroku, więc po stwierdzeniu, że dalej korytarz kończy się ślepo, wróciliśmy w stronę kraty. Znaleziony przy zbóju klucz, jak się spodziewałem, pasował do zamka. Krata uchyliła się z cichym zgrzytem.
Przyczyny śmierci Bosmera nie mogłem dojść. Nie miał na sobie żadnej rany. Jego skóra nie miała żółtego zabarwienia, jak ciała pozostałych. Obejrzałem więc sobie jego warsztat. Na stole stała tajemnicza, metalowa maszyneria z jakimiś dźwigienkami, drzwiczkami i innymi elementami nieznanego przeznaczenia. Na stole nagromadziło się wiele szczątków ognistych pająków, jakieś alchemiczne składniki i kilka rubinów. Leżał tam też dziwnie spreparowany pająk, jakby zmniejszony, o pokurczonych odnóżach.

     - Takie coś wypadło z kieszeni jednemu z nich – Lydia wskazała w stronę sanktuarium, gdzie leżały zwłoki trojga rozbójników. – Ciekawe, do czego im to.

     - Ta maszynka pewnie służy do preparowania pająków – skinąłem głową. – Może to nam coś powie.

     Sięgnąłem w stronę innego stołu, zasłanego papierami i zapiskami. Były nieuporządkowane i trudno było się zorientować, o czym mówią. Po przejrzeniu kilku z nich ustaliliśmy, że zabierzemy je ze sobą i w domu, ze spokojem spróbujemy je uporządkować i może nawet zrozumieć. Maszyny na razie nie tykaliśmy, nie wiedząc, czego się po niej spodziewać.

Tajemniczy mechanizm

     Wróciliśmy do sanktuarium. Zerknąłem na zwłoki Dunmera. Rzeczywiście, kilka spreparowanych pająków wysunęło mu się z kieszeni. Przezwyciężyłem strach i odważyłem się go dotknąć. Niczego nie znalazłem, więc przeszukałem pozostałych. Bosmerka miała za pazuchą nieduży notes, nieco poplamiony, ale zapiski dały się odcyfrować. Na razie jednak nie chciałem się tym zajmować. Wrzuciłem dziennik do plecaka, razem z pozostałymi papierami.

     Ruszyliśmy na schody po drugiej stronie mostu. Musiałem użyć Płomieni, żeby oczyścić przejście, bowiem cale było zasnute pajęczynami gęstymi jak wata. Prowadziło ono do niewielkiej komnatki, z której wyjście zamknięto żelaznymi drzwiami. Za nimi znajdowała się inna komnata, a widok której zadrżało mi serce w piersi. Jednocześnie w mojej głowie rozległ się znany mi już zew. Wołało mnie Słowo.

     Smocza Ściana!

     Do komnaty schodziło się po schodach, bowiem jej podłoże znajdowało się jakieś dwie wysokości człowieka poniżej. Zstąpiłem już kilka pierwszych stopni, nim Lydia chwyciła mnie za ramię i pociągnęła z powrotem.

     - Sarkofag! – szepnęła z naciskiem.

     Istotnie, pod smoczą ścianą znajdował się kamienny sarkofag. Kogo chowano pod smoczymi ścianami? Oczywiście, smoczych kapłanów! Czekała nas więc jeszcze kłopotliwa przeprawa z nie byle jakim nieumarłym.

     Było blisko więc wybrałem szklaną strzałę. Powoli, ostrożnie zaczęliśmy schodzić na dół, ale nie zdążyliśmy jeszcze dotknąć stopami kamiennego podłoża, gdy wieko odskoczyło z hukiem i złowroga postać w charakterystycznej masce i z kosturem w kościstych rękach pojawiła się nad sarkofagiem.

     Dwie szklane strzały syknęły w powietrzu. Dwa głuche plaśnięcia rozległy się w podziemiach, gdy obie trafiły w cel. Nieumarły zachwiał się i zatoczył jak pijany, po czym zadrżał, jakby w bolesnym spazmie, gdy objęły go płomienie, pochodzące z naszych zaklętych ogniem łuków. Ta chwila jego ograniczonej przytomności wystarczyła nam, aby niepostrzeżenie nałożyć na cięciwy po nowej strzale. Nie zdążył nas zauważyć, zanim oberwał drugą salwę. Cztery szklane strzały, wypuszczone z bliska, z zaklętych, szklanych łuków, w dodatku z ukrycia, co jeszcze podwajało ich efekt, to za dużo nawet na smoczego kapłana. Wydał z siebie przenikliwe westchnienie, zakręcił się w śmiertelnym piruecie i… rozsypał się w pył, gdy zanikła magiczna siła, spajająca jego szczątki.

     Drewniana maska i magiczny kostur z łoskotem na dno sarkofagu. Pył, w jaki rozpadły się szczątki kapłana, pokrył je, niby padający śnieg. A ja, nie mogąc się dłużej oprzeć, podszedłem uroczystym krokiem do smoczej ściany. Jedno ze słów klinowego pisma smoczego języka, zapewne stworzonego po to, by smoki mogły wydrapać je pazurem, jaśniało błękitnym, pulsującym światłem. Gdy podszedłem zupełnie blisko, niemal na wyciągnięcie ramienia, światło to oderwało się od ściany i pomknęło ku mnie, przyprawiając mnie o lekki zawrót głowy. Rozbłysło w moim umyśle, razem z melodyjnym i pełnym potęgi dawnych herosów akordem.

     - Ven – szepnąłem, powtarzając to, co pojawiło mi się pod czaszką. – Wiatr…

     Poczułem w sobie moc, zdolną wywołać huragan, równający z ziemią wszystko, co znajdowało się na jej powierzchni. Dusza jednego z ubitych uprzednio smoków udzieliła mi zrozumienia słowa. To był zupełnie nowy Krzyk – Cyklon. Zdolny rozpętać wirujący żywioł, który siał spustoszenie w szeregach moich przeciwników.

Smocza ściana we wnętrzu kurhanu. Pod ścianą widoczny sarkofag Smoczego Kapłana.

     Jak zawsze, trwało to krótko. Po kilku głębokich oddechach, wszystko wróciło do normy. Rozejrzałem się przytomniej po komnacie. I natychmiast, naprzeciw smoczej ściany, ujrzałem ją – Czarną Księgę!

     Leżała na kamiennym podeście, naprzeciwko ściany, w miejscu niewidocznym ze schodów. Migotała lekko, jakby nie mogła się zdecydować, czy pojawić się w Nirn, naszym świecie, czy też wrócić do Otchłani. Podszedłem do niej i rzuciłem okiem na okładkę. „Blady Regent” – głosił tytuł. Chwyciłem ją w ręce i otworzyłem.

     - Tylko nie to! – usłyszałem jeszcze krzyk Lydii, zanim na chwilę ogarnęła mnie ciemność, a potem blade światło, jakby padające z góry. Znalazłem się w Apokryfie.

     Ze wszystkich swych wędrówek po Otchłani, tę właśnie wspominam z największym lękiem. Rzadko która z moich przygód była tak nieprzyjemna jak ta. Znalazłem się na jakiejś cienkiej, uginającej się pod stopami platformie, zawieszonej gdzieś w Otchłani, nad niewidzialną przepaścią. Blade światło, zawieszone gdzieś u góry, ledwo rozświetlało mrok i nie docierało na jej dno. Nie byłem nawet pewien, czy w ogóle ma ona jakieś dno. To miejsce wydawało się być zawieszone w bezkresnej przestrzeni, nie ograniczonej z żadnej ze stron. Wokół mnie, niby porwane miniaturowym cyklonem, wirowały kartki zapisanego papieru. Platforma była wąska i wisiała nieruchomo, tworząc wznoszący się i tonący w mroku chodnik, zawieszony na dziwacznych filarach, trochę przypominających czarne drzewa. Ruszyłem niepewnym krokiem w górę, czując mrowienie lęku wysokości w kolanach, ale gdy tylko wyszedłem z kręgu światła, natychmiast owionęło mnie niesamowite zimno i poczułem, że słabnę, jakby jakiś wampir wysysał ze mnie siły witalne. Czym prędzej cofnąłem się do światła.

     Musiałem przywołać na pomoc cały swój rozum, otępiały ze strachu. Co robić? Iść w górę nie można, zawrócić nie ma dokąd! Żeby wrócić do Nirn, muszę, znaleźć w Apokryfie księgę, która przeniesie mnie z powrotem. Ale jak mam jej poszukać, skoro nie mogę wyjść poza oświetlony krąg? To bowiem pojąłem od razu – nie wolno mi wejść w mrok, bo zginę. Muszę trzymać się światła.

     Byłem bliski paniki. Zupełnie nie wiedziałem, co mam robić. Przytomność umysłu wrócił mi dopiero widok bladego światełka, poruszającego się wzdłuż platformy. Lewitowało nad nią coś, co wyglądało jak rozwinięty ponad miarę kwiat dzwonecznika z jarzącą się kulką w środku. Zacząłem śledzić jego ruchy. Poruszało się wolno tam i z powrotem – od miejsca, w którym stałem, do jakiegoś innego w oddali, znajdującego się nieco wyżej, ale za to również oświetlonego. Gdybym poczekał, aż tajemnicze światełko przybliży się do miejsca, w którym stałem, mógłbym ruszyć razem z nim i wciąż znajdować się w świetle…

     Tak też uczyniłem. Gdy magiczne światełko pojawiło mi się nad głową, czym prędzej ruszyłem za nim. W głowie rozbrzmiały mi dawno usłyszane słowa Strażników Stendarra: „Krocz w świetle, albo cię do niego zaciągniemy!”. To bractwo, zaciekle tępiące wszelkie przejawy daedrycznych kultów, widząc moje wędrówki po włościach Hermeusa Mory, zapewne przeklęłoby mnie na wieki…

     Wiedziony przez przyjacielskie światełko, znalazłem się w miejscu, gdzie platforma rozszerzała się, tworząc coś w rodzaju umeblowanego regałami i stołami pomieszczenia – tylko bez ścian i zawieszonego nie wiadomo gdzie. Mizerne, świecące kuleczki, rozsiane z rzadka po całej tej powietrznej komnacie, rozpraszały mrok na tyle, że złowroga magia nie działała. Wyglądało to na jakąś bibliotekę, czy coś w tym rodzaju, a ja, gdy tylko sobie to uświadomiłem, natychmiast zdjąłem łuk z ramienia. Gdzie księgi, tam i Poszukiwacze…

     Dostrzegłem je z niemałym trudem. Stwór ten bowiem potrafi stać się niewidzialny. Zamajaczyły mi po przeciwnej stronie tej niby-komnaty. Jednego ustrzeliłem z daleka, ale drugi natychmiast zniknął.

     Ale nie ze mną takie sztuczki!

     - Laas! – zawołałem.

     Krzyk pokazał mi niewidzialnego przeciwnika, zbliżającego się do mnie z zadziwiającą szybkością. Czym prędzej napiąłem luk i władowałem strzałę w ową świecącą od Szeptu Aury purpurę. Zachwiała nim, ale go nie uśmierciła. Zdążył poczęstować mnie porcją zimnej, paraliżującej, nieznanej mi magii, zanim skonał po drugim strzale. Magia na szczęście nie była na tyle silna, by zwalić mnie z nóg.

     Ruszyłem w stronę najbliższego stołu, zastawionego jakimiś dokumentami i świecidełkami. Jednak nie dałem rady podejść, bowiem sam stół tonął w mroku i gdy tylko się do niego zbliżyłem, natychmiast poczułem złowrogą magię tego miejsca, odbierającą siły. Poniechałem. Ruszyłem za to w kierunku przejścia po przeciwnej stronie, gdzie wesoło świeciła rozżarzona kuleczka.

     Znów poczekałem na ruchomego, świecącego przewodnika i ruszyłem po koronkowym, misternym i zdawało mi się bardzo delikatnym podłożu. Wciąż w górę jak po cienkim moście. Przez cały czas miałem wrażenie, że cienka, koronkowa siatka pod moimi stopami nagle się przerwie, a ja runę w przepaść. Nie pomagało mi to… Do następnego oświetlonego miejsca, tym razem niewielkiego, wyglądającego jak półpiętro, gdzie platforma zakręcała, na kształt prostych schodów. Tam zatrzymałem się na chwilę, widząc, że światełko, które mnie prowadziło, zawróciło w dół. Byłem unieruchomiony, przynajmniej chwilowo czekając aż podpłynie do mnie drugie światełko, tym razem z góry. Stąd roztaczał się ciekawy widok, obok bowiem znajdował się koronkowy most, biegnący równolegle do mojej platformy. Wznios kierował mnie właśnie tam. I na tym moście ujrzałem ruch. Było tam coś dużego.

     Pełen najgorszych przeczuć, znów zawołałem Szeptem Aury. Niestety, przeczucie mnie nie oszukało. Krzyk objawił mi przechadzającego się pomoście Czyhacza. Ebonowa strzała sama powędrowała na cięciwę.

     Przestałem zwracać uwagę na wędrujące światełko. Skoncentrowałem się na strażniku Apokryfu. Chodził wolno tam i z powrotem, niby wartownik na posterunku. Uznałem za najdogodniejszy moment do strzału chwilę, w której zatrzymywał się nad przepaścią, by odwrócić się i z wolna ruszyć w drugą stronę.

     Strzeliłem. Usłyszałem delikatne plaśnięcie, potwierdzające celny strzał. Potwór zaryczał i zajął się ogniem, a potem… Stracił równowagę i poleciał z mostu, niby płonący meteoryt, ciągnąc za sobą smugę płomieni. Przeraźliwy ryk słychać było jeszcze długo, a płonący punkt leciał i leciał, zanim zgasł sam z siebie, zapewne nie dolatując nawet do dna owej bezkresnej otchłani.

     Ruszyłem w górę, podążając za świetlikiem, jak nazwałem owo wędrujące światełko. Znalazłem się na moście i tu musiałem poczekać na następne. Za mostem natomiast ujrzałem kolejnego Czyhacza.

     Z tym potworem już nie miałem tyle szczęścia. Po pierwszym, celnym strzale, dostrzegł mnie, stojącego w świetle i ruszył w moją stronę. Dwa następne strzały haniebnie chybiłem. Ustrzeliłem go dopiero, gdy był już całkiem blisko, otwierając paszczę, by porazić mnie swą obrzydliwą mazią. Odetchnąłem z ulgą. Do tej pory moja walka z Czyhaczami wyglądała podobnie, jak z dwemerskim Centurionem – cały czas się cofałem, szyjąc strzałami. Tu nie mogłem się cofać, bowiem nie wolno mi było opuścić oświetlonego pola. Gdyby mnie dopadł, mogło być źle.

     Uwolniłem potwora od ciężaru złota, ukrytego w fałdach skórnych. Dziwił mnie niezmiernie fakt, że do czegokolwiek było mu ono potrzebne, posługiwał się ziemskimi, cesarskimi monetami, naszymi poczciwymi septimami. Czyżby w Apokryfie nikt nie potrafił stworzyć niczego lepszego? A może nasze monety były idealne aż do tego stopnia?

     Tak to, biegając w świetle i zatrzymując się co chwila w oczekiwaniu na świetlika, dotarłem po delikatnych platformach na inną, nieco większą i jasno oświetloną. No, nie przesadzajmy, nie tyle jasną, co nie tonącą w mroku. Wspiąłem się na schody i podszedłem do podestu, na którym leżała Czarna Księga.

     Tak jak poprzednio, księga otworzyła się sama, gdy tylko się do niej zbliżyłem. I podobnie  jak ostatnio, rozbłysły na niej litery trzech mocy poszukiwacza: Potęgi, Magii i Cieni. Wybrać mogłem tylko jedno.

     Wybrałem zdolność Poszukiwacza Cieni. Wiedziałem, że ani potęgą, ani magią nie mogę równać się z Miraakiem. Moją przewagą była zdolność skradania się i ukrywania. Grunt wybrać jedną, w której mogłem zdobyć przewagę nad przeciwnikiem, a potem postarać się, by pojedynek odbył się moich warunkach. Nie wiedziałem, jak będzie wyglądał i czy w ogóle do niego dojdzie. Uznałem jednak, że lepiej mieć dużą przewagę w jednej dziedzinie, niż nie wyróżniać się w żadnej. Poczułem jak ciepły powiew magii owiewa moje czoło.

     A potem dotknąłem dłonią błyszczącego napisu „Wróć do Nirn”. Lekki zawrót głowy i już po chwili znalazłem się w podziemiach, w objęciach zaniepokojonej Lydii, która odetchnęła wyraźnie, widząc, że znów spoglądam na nią przytomnie.

     Przytuliła mnie do opancerzonej piersi, jakbym był małym chłopcem, a ona moją matką. Poczułem się nagle błogo i bezpiecznie.

     - Lydio – uśmiechnąłem się z ulgą. – Nie masz pojęcia, jak cię kocham…