poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Rozdział XIV – Popielna Cytadela

     Długo przed świtem wysunąłem się z gospody i skryłem się w cieniu, za jej wystającym spod ziemi wejściem. Szept Aury poinformował mnie o pozycjach kilku strażników, których udało mi się łatwo ominąć. Wszyscy inni siedzieli w domach. Mimo to, nie chciałem przechodzić przez oświetlone centrum. Skierowałem się ku obrzeżom miasta, w kierunku kopalni. Tam klucząc między drzewami, skałami, i umocnieniami, obszedłem miasto okrężną drogą i stanąłem u wejścia do posiadłości Severinów.

     Jak wszystkie bogatsze rezydencje, również ta znajdowała się pod ziemią. Ponad powierzchnię wystawała jedynie kopuła wejścia, przypominająca olbrzymiego żółwia, z drzwiami zamiast głowy Po obu stronach drzwi znajdowały się filtry otworów wentylacyjnych, przypominających rybie skrzela, co jeszcze bardziej nadawało owej kopule podobieństwo do żywego stworzenia. Wciągnąłem powietrze w płuca.

Krucza Skała - wejście do Posiadłości Severinów

     - Laas!

     Wokół mnie wciąż zalegała ciemność, rozświetlona jedynie łuną z centrum miasta. Ale wewnątrz budynku zaświeciły się dwie sylwetki. Jedna z nich niewyraźnie, pod ziemią, zorientowana poziomo – zapewne pogrążona we śnie. Ale druga zajaśniała w holu, po drugiej stronie kopuły, pochylona nad czymś, jakby czymś zajęta. Trzeciej osoby nie dostrzegłem. Zapewne jeden z mieszkańców nie nocował w domu.

     Niedobrze. Trudno było wejść do holu, nie alarmując tajemniczej postaci. Zwłaszcza, jeśli wewnątrz paliły się jakieś lampki, a trudno było mi przypuszczać, że ten ktoś siedzi po ciemku. I co ja miałem teraz zrobić? Czekać?

     Przyłożyłem ucho do drzwi. Jeśli miałem nadzieję, że ten ktoś drzemie w fotelu, to w tym momencie rozwiały się one w pył. Usłyszałem bowiem jakieś szelesty. Ten ktoś na pewno nie spał.

     Krzyknąłem raz jeszcze. Szept Aury znów ukazał zgarbioną postać. Tym razem przyjrzałem się jej ruchom. Wyglądała, jakby składała pranie, albo porządkowała rzeczy w szufladach. Ale była do mnie odwrócona tyłem. Zaryzykować? A jeśli zaalarmuje ją podmuch powietrza?

     Rozejrzałem się wokół. Noc była cicha i spokojna. Zupełnie bezwietrzna, jakie rzadko się tu zdarzały. Może się uda?

     Wsunąłem klucz w zamek, wciąż trzymając ucho przy drzwiach. Przekręciłem najdelikatniej jak umiałem. Zamek trzasnął w drzwiach niesamowicie głośno, ale to dlatego, że miałem do nich przyłożone ucho. Przytrzymałem klucz, gdy samoczynnie, pchnięty sprężyną rygla, chciał przekręcić się dalej. Rygiel ustąpił, a ja trwałem bez ruchu, z uchem przy drzwiach.

     Szelesty za drzwiami nie ustały. Czyżbym nie został usłyszany? Szept Aury potwierdził, że tajemnicza postać nie zmieniła pozycji. Nadal stała w przeciwległym końcu holu i coś robiła. Odważyłem się uchylić drzwi. Tylko troszeczkę. Gdyby zaskrzypiały, natychmiast bym uciekł. Ale to były drzwi do bogatej rezydencji, dobrze utrzymane i naoliwione. Otworzyły się zupełnie cicho. A ja wsunąłem się w szparę, przemknąłem na drugą stronę i delikatnie pozwoliłem im się zamknąć, bez zatrzaskiwania rygla. Byłem w środku.

     Pod kopułą znajdował się rozległy hol. Jego centralną część stanowiły szerokie i długie schody, prowadzące do podziemnej części rezydencji. Okolono je niewysokim murkiem, zabezpieczającym zapewne przed przypadkowym wpadnięciem do środka. Dookoła stało kilka dzbanów z oliwą i pomniejszych mniejszych sprzętów. Ogień na kominku oświetlał wnętrze, a tajemnicza postacią okazała się być sama Tilisu Severin, pakująca jakieś rzeczy do podróżnego worka. Obok ujrzałem kilka mieczów i sztyletów. Czyżby szykowała się na jakąś wyprawę? Czyżby to dziś miała zamiar dokonać zamachu?

Posiadłość Severinów - przejście do części podziemnej


     Na razie nie miałem czasu na takie rozważania. Wystarczy, żeby się odwróciła, a dostrzeże mnie w świetle lampki. Schyliłem się i wolno, ostrożnie stawiając stopy, przesunąłem się w stronę schodów. Zsunąłem się o kilka stopni w dół i ukryłem za murkiem. Teraz tylko się nie potknąć.

     Ostrożnie zlazłem na sam dół. Na razie nie zauważony. Ale przecież trzeba było jeszcze wrócić!

     Rezydencja była naprawdę rozległa. W pomieszczeniu po prawej stronie dostrzegłem dymarkę i najprawdziwszą kuźnię. Po co? Przecież do kuźni Glovera Mallory’ego nie było daleko. Ród był bogaty, stać go było na zamawianie kutych przedmiotów u kowala. Chyba, że chcieli coś wytwarzać w tajemnicy. Tuż obok stał dobrze wyposażony warsztat do zaklinania, a po przeciwnej stronie szerokiego korytarza – całe laboratorium alchemiczne.

     Po lewej stronie dostrzegłem zamknięte drzwi. Podobne drzwi widniały na wprost schodów, na końcu korytarza. Omiotłem pomieszczenie zaklęciem. Po lewej zamajaczyła mi sylwetka kogoś śpiącego. Postanowiłem więc zbadać najpierw pokój na wprost, w którym nikogo nie było.

     Otworzyłem drzwi. Znalazłem się w obszernej komnacie. Była to zarówno sypialnia, jak i skarbiec, a także po trosze zbrojownia, o czym świadczyły stojące tu uchwyty na broń i manekiny na zbroje, teraz puste. Stało tu kilka drewnianych skrzyń i gablot, ale mój wzrok przyciągnął stalowy sejf, umieszczony w najdalszym kącie. Zbliżyłem się do niego cicho i zerknąłem okiem na zamek.

     Sejf zamykany był na klucz. W dodatku niezbyt wymyślny. Widać, nie spodziewano się tu złodzieja o zręcznych rękach. Wyciągnąłem swoje wytrychy i klęknąłem przy masywnych drzwiczkach.

Posiadłość Severinów - część podziemna

     Zamek był solidny, ale niezbyt wyrafinowany. Do dwemerskich, które nieraz zdarzało mi się otwierać, nawet się nie umywał. Złamałem jeden wytrych, ale po drugiej próbie drzwiczki stanęły otworem. Zajrzałem do środka. Było w nim kilka woreczków ze złotem, trochę kosztowności i kilka dokumentów. Wyciągnąłem je wszystkie i rzuciłem na nie okiem. Akt własności posiadłości mnie nie interesował. Odłożyłem go na miejsce. To samo zrobiłem z kwitami handlowymi i kilkoma asygnatami, wystawionymi na Kompanię Wschodniocesarską. Zainteresował mnie jednak jeden z listów. Jasny, świeży, nie pożółkły papier sugerował, że wysłano go niedawno, choć daty nie było. Za to nagłówek aż mnie zmroził: „Sprawa Ulenów”. Wpadłem na trop! Przebiegłem wzrokiem treść.


     Drogi rajco Saldinie,

     Pełna gotowość jest już tylko kwestią dni. Nasze oddziały, ukryte w Popielnej Cytadeli, ćwiczą dzień i noc, przygotowując się do ataku. Kapitan Veleth jest zbyt zajęty atakami popielców, żeby nam przeszkodzić, więc najwyższa pora zemścić się na Lleril Morvaynie, za zabicie mego przodka. Chętnie osobiście poderżnę mu gardło. Do następnego listu dołączę głowę tego bydlaka. Zadbaj o to,  aby cały ród Hlaalu mógł ją podziwiać, bracie.

     Vendil Ulen


     Zrobiło mi się gorąco. Vendil Severin to w rzeczywistości Vendil Ulen! Oddziały w Popielnej Cytadeli… Jak liczne? Z kogo się składające? Czyżby Ulenowie planowali inwazję na miasto? Czyżby chcieli zdobyć je zbrojnie? Muszę czym prędzej dostarczyć ten list Adrilowi.

     Zamknąłem sejf i ostrożnie otworzyłem drzwi. Pusto. Cicho jak duch pomknąłem ku schodom. Szelesty na górze nie ustawały. Może nie zostanę zauważony. Postawiłem wszystko na jedna kartę i przywołałem zaklęcie Niewidzialności. Szybko, ale cicho wspiąłem się na schody i zerknąłem za siebie. Tilisu musiała wyczuć działanie magii, bo przerwała pakowanie i uniosła głowę. Rozejrzała się wokół, ale nie zauważywszy niczego, wróciła do zapinania podróżnego worka. Uchyliłem drzwi i szybko wysunąłem się na zewnątrz, po czym, nie zważając już na ostrożność, popędziłem w las. Świt już rozjaśnił niebo na wschodzie.

     Do gospody przybyłem zdyszany. Było już prawie jasno, gdy uchyliłem drzwi Rzygającego Parzydłaka i wsunąłem się do środka. Sala była pusta. Poszedłem więc cicho do swego pokoju i o mało nie nadziałem się na miecz wyrwanej nagle ze snu Lydii, którą czyjeś skradanie budziło o wiele skuteczniej niż walenie kowalskim młotem.

     Szybko streściłem jej moją przygodę i pokazałem list. Jak zwykle, wykazała się rozsądkiem i kazała mi czym prędzej usiąść i ochłonąć.

     - Ale tam zbierają się oddziały! – zaprotestowałem.

     Spokojnie pokręciła głową.

     - Ulenowie nie chcą zniszczyć Kruczej Skały, tylko ją przejąć – odparła. – Nie napadną miasta zbrojnie, bo obróciliby całą ludność przeciwko sobie. Poza tym, oddziałów, potrzebnych do napaści nie ukryliby tak łatwo. To musiałoby być kilkudziesięciu zbrojnych.

     Ochłonąłem i trochę rozjaśniło mi się w głowie. Miała rację. Owe oddziały to zapewne kilku zabójców, z którymi powinniśmy sobie poradzić sami. Tylko gdzie jest ta Popielna Cytadela?

     - Szkoda, że nie ma daty – westchnęła Lydia. – Nie wiemy, kiedy się spodziewać ataku…

     - List nie został wysłany – podsunąłem. – Tilisu szykowała się do drogi… To może znaczyć, że miała zamiar dopiero komuś go przekazać.

     - Stąd nie wysyłałaby listów do Ulenów – Lydia pokiwała wciąż nieco zmierzwioną czupryną. – Pewnie masz rację. To nastąpi za kilka dni. Pewnie dopiero wybierała się do tej cytadeli.

     - Jak myślisz, co chcą zrobić? – spytałem niespokojnie.

     - Na pewno nie powstanie – potrząsnęła głową. – To by im się nie udało. Morvayn ma zbyt wiele zasług i jest za bardzo szanowany w tym mieście.

     - Więc planują zamach na niego… - szepnąłem przejęty. – Chcą go skrycie zamordować. A gdy go zabraknie, Severinowie, jako najbogatsi, staną się najpoważniejszym kandydatem do fotela pierwszego rajcy. Przejmą miasto bez walki i na pozór zupełnie legalnie.

     - Mogą nawet wyeliminować innych pretendentów – pokiwała głową. – Choćby Adrila. Jest przyjacielem i prawą ręką Morvayna, pewnie nienawidzą go tak samo jak pierwszego rajcy.

     Przez chwilę milczała, zamyślona, po czym potrząsnęła głową i sięgnęła na stolik po swój grzebień.

     - Tak czy owak – stwierdziła, - do takiego zamachu nie zbiera się połowy kohorty. Morderstwo zleca się jednemu człowiekowi, co najwyżej z jednym, albo dwoma pomocnikami. To będzie zaledwie kilku zabójców, może nawet tylko jeden.

     - Poradzimy sobie z nimi – przytaknąłem i sięgnąłem po swoją zbroję.

     - Porozmawiajmy najpierw z Adrilem – zaproponowała. – Potem działajmy.

     Znów miała rację. Wyszliśmy do głównej sali. Geldis gotował już jakieś smakowicie pachnące potrawy. Uśmiechnął się na nasz widok.

     - Niedługo pół miasta zejdzie się tu na śniadanie, – oznajmił, wskazując na przygotowywane dania. – Więc wybierajcie, póki jest z czego.

     - Nie mamy czasu – odparłem. – Musimy pilnie porozmawiać z Adrilem Arano.

     - Może posłać po niego? – zaproponował, widząc powagę na naszych twarzach. – Bo pewnie zależy wam na dyskrecji…

     - Gdybyś mógł – odrzekłem proszącym tonem. – To pilne.

     Skinął głową i zniknął w swoim kantorze za ladą. Po chwili wyszedł stamtąd, a razem z nim jakiś inny, skromnie odziany Dunmer, którego nie znałem. Pewnie jakiś jego pomocnik. Ów elf szybkim krokiem skierował się na schody, a nam Geldis wskazał stolik i zaproponował coś do jedzenia. Przystaliśmy na te propozycję.

     Adril zjawił się po kilkunastu minutach. Nie zdążyliśmy jeszcze zjeść podanej nam potrawki. Towarzyszył mu Veleth. Obaj rozejrzeli się po pustej jeszcze gospodzie. Uspokojeni, podeszli do naszego stolika.

     - Udało ci się znaleźć jakieś dowody w posiadłości Severinów – spytał trochę za głośno, aż Veleth ścisnął go uspokajająco za ramię.

     Wyjąłem z kieszeni list, znaleziony w sejfie.

     - Mam dowody, obciążające rodzinę Severinów – odrzekłem, podsuwając mu dokument.

     Poczekałem, aż obaj go przeczytają. A potem streściłem im szczegóły mojej wyprawy. Opowiedziałem też o naszych domysłach, dotyczących rzekomych oddziałów. Veleth zdawał się być tego samego zdania. Rzucił okiem na podsuniętą mu przez Lydię mapę i wskazał nam punkt w głębi wyspy, na południu. Tam miała znajdować się owa cytadela. Według słów kapitana, był to stary, opuszczony i na wpół zburzony fort w norskim stylu, w którym zachowały się jedynie podziemia. Te jednak miały być w dobrym stanie i mogły służyć za kryjówkę zabójców.

     - A więc mamy gagatków – Adril zacisnął pięści. – Teraz trzeba ich tylko wyłapać i postawić przed obliczem sprawiedliwości.

     Veleth uśmiechnął się lekko i spojrzał na mnie. Również się uśmiechnąłem. Adril był znakomitym organizatorem i zarządcą, ale kiepskim taktykiem. Wyłapanie wyszkolonych zabójców w ich kryjówce w ogóle nie wchodziło w grę. Albo ich wystrzelamy na miejscu, albo zginie bardzo wielu gwardzistów, nim wreszcie ostatni zabójca wyzionie ducha. Bo że nie dostaniemy ich żywcem, było zupełnie jasne.

     - Myślę, że nie poddadzą się dobrowolnie – odezwałem się.

     Veleth skinął głową. Według niego dwóch, góra trzech ludzi mogłoby się niepostrzeżenie dostać do podziemi i posuwając się ukradkiem, stopniowo wyeliminować spiskowców, których nie mogło być wielu. Sam stosowałem tę taktykę, więc poparłem go z całym przekonaniem i zaofiarowałem swoją pomoc.

     - I dobrze – Adril w zamyśleniu położył dłonie na stole. – Dwóch najlepszych żołnierzy Gwardii Redoran złoży im wizytę – powiedział wolno, po czym spojrzał na mnie i dodał. – Chciałbym, żeby i ciebie tam nie zabrakło.

     - Zaraz tam pójdę – zapewniłem.

     Veleth wyraził gotowość towarzyszenia mi w tej wyprawie. Ale Lydia wreszcie uznała za stosowne wtrącić się do rozmowy.

     - Co z miastem? – spytała. – Widzimy, że Severinowie nie działali sami. Część zabójców może już kryć się tutaj. Na ich miejscu, gdyby Gwardia udała się do cytadeli, wykorzystałabym okazję.

     Miała słuszność. Adril przyznał jej rację i skinął jej głową z szacunkiem. Natomiast Veleth posłał jej niezadowolone spojrzenie. Domyślił się już, że Adril nie zgodzi się na jego udział w wyprawie, choć bardzo chciał osobiście dopilnować całej sprawy.

     Tak też się stało. Drugi rajca stwierdził krótko, że kapitan i część gwardzistów ma ostentacyjnie przeczesywać miasto i pokazywać się w uczęszczanych miejscach, aby wszyscy widzieli, że Gwardia jest na miejscu. My mieliśmy wymknąć się z miasta, niby na wyprawę do wioski Skaalów. Dwóch najlepszych gwardzistów, osobiście wybranych przez kapitana, miało czekać na nas na miejscu. Planowaliśmy atak dziś o północy.

     - Dam ci takich, co potrafią się skradać i dobrze strzelać – zapewnił Veleth. – Mam dwóch takich zuchów.

     Aby dotrzeć do wskazanego punktu o północy, trzeba było wyruszyć około południa. Był więc czas, by złapać kilka godzin snu. Z gwardzistami mieliśmy spotkać się na miejscu, na schodach przed wejściem. Żebyśmy się w ciemnościach nie pozabijali, ustaliliśmy hasło. Było nim przeciągłe, pojedyncze huknięcie puszczyka, odzewem zaś dwa krótkie.

     Dokończyłem potrawkę i ruszyłem w stronę naszego pokoju. Lydia poczłapała za mną. Wiedzieliśmy, że teraz musimy się trochę przespać, by po południu wyruszyć w stronę Popielnej Cytadeli. Mieliśmy przed sobą kilka spokojnych godzin. Poprosiliśmy Geldisa, żeby obudził nas wczesnym popołudniem. 

*         *          *

     Było już zupełnie ciemno, gdy wreszcie zamajaczyły nam przed oczami ruiny cytadeli.

     Prowadziły do niej długie, wąskie schody, kończące się otworem w potrzaskanym murze. Nad powierzchnią, w blasku księżyca, lśniła jedynie szeroka, masywna wieża z płaskim dachem – typowa cesarsko-norska budowla, jakich pełno było w Skyrim. Surowy, norski styl przyjął się jak widać powszechnie do budowy cesarskich fortyfikacji. Jeszcze nim wysunęliśmy się  z cienia lasu, rzuciłem w stronę murów szept Aury.

     - Laas!

      Dwie postacie zajarzyły się za murem. Chłopcy od kapitana Veletha czekali w umówionym miejscu. Już miałem ruszyć na schody, gdy tknęło mnie jakieś przeczucie. Wyciągnąłem rękę przed siebie i przywołałem Wykrycie Życia. Obie postacie zajarzyły się purpurą.

Popielna Cytadela

     - Czekaj – szepnąłem Lydii. – Coś jest nie tak. Dlaczego oni świecą się jak wrogowie?

     Mimo ciemności dostrzegłem, że jest zaskoczona.

     - Wrogowie? – spytała szeptem. – Redoranie też należą do spisku?

     - Nie można tego wykluczyć… - szepnąłem, choć sam w to nie wierzyłem. – Zajdźmy ich z drugiej strony i przekonajmy się.

     Cicho, jak dwa cienie, zanurzyliśmy się z powrotem w las. Dość głęboko, aby księżyc nie odbił się w naszych elfich zbrojach, zdradzając naszą pozycję. Wspięliśmy się na górę i delikatnym krokiem obeszliśmy fort od północy. Tam, pod osłoną lasu i cienia, rzucanego przez wieżę i resztki murów, podkradliśmy się do rozsypującej się bramy. Zerknąłem w dół, na miejsce spotkania. I zadrżałem. Pojąłem bowiem, że jasne, poziome plamy, to chitynowe zbroje zabitych Redoran. Nad nimi, z łukami w rękach, stali dwaj zabójcy z Morag Tong, w charakterystycznych, ciemnych strojach, których nie sposób było pomylić z żadnymi innymi.

     Nie trzeba było słów. Dwa szklane łuki jednocześnie się napięły. Dwie dwemerskie strzały równocześnie z cichym sykiem pomknęły ku zabójcom. Obie zaznaczyły trafienie cichym plaśnięciem, po czym dwie upadające postacie zajarzyły się błękitno-purpurowym płomieniem, gdy przeskoczył na nie magiczny ładunek z naszych łuków. Śmierć była natychmiastowa, o czym przekonało nas zaklęcie Wykrycie Życia. Zeszliśmy niżej.

     Obie strzały trafiły prosto w potylice. Ale nie zabójcy nas w tej chwili obchodzili. Dotknęliśmy zwłok gwardzistów. Obaj już ostygli. Przyczyna śmierci nie była dla nas zagadką. Obaj mieli poderżnięte gardła. Widocznie zabójcy zaszli ich od tyłu. Wzdrygnąłem się na ten makabryczny widok. Zmarli straszną śmiercią.

     Żal było nam strażników, ale jeszcze bardziej zasmucił nas fakt, że teraz byliśmy zdani już tylko na siebie. A tym razem naszymi przeciwnikami nie była jakaś banda zbójów, lecz świetnie wyszkoleni i doświadczeni w swym mrocznym fachu zabójcy. W dodatku, nie wiedzieliśmy, ilu ich tam czeka. Ale co robić?

     - Przecież nie wrócimy – szepnęła Lydia, marszcząc brwi.

     Pokręciłem głową. Nie miałem zamiaru się cofać. W końcu, Lydia nie była byle kim. Czyż elitarny huskarl, znakomity łucznik i zaprawiony w boju oficer Cesarskiego Legionu to nie wymarzone towarzystwo do takiej misji? Byłem pewien, że mi ono wystarczy. Zresztą, Lydia była przecież Nordką i prędzej wybrałaby śmierć w walce, z dumnie podniesionym czołem, niż zrejterowała z pola bitwy. Po prostu, musieliśmy nieco zmienić naszą taktykę i dostosować ją do naszych możliwości.

     Powoli i ostrożnie ruszyliśmy w kierunku bramy.

     - Tak jak zawsze… - szepnęła Lydia.

     Skinąłem głową. Z łukiem w ręce pociągnąłem za uchwyt, otwierający starą, drewnianą bramę do stołpu. Uchyliła się z cichym zgrzytem. Wewnątrz było jaśniej, bowiem z kręconych schodów, prowadzących do podziemi, biła łuna pochodni. Wsunęliśmy się do środka, uważnie nasłuchując. Przytrzymałem rozlatujące się drzwi, aby cicho zamknęły się za nami.

     W środku stołp był zagracony i zaśmiecony, w dodatku zasypany piachem i popiołem. Pełen był połamanych mebli i innych sprzętów, kamieni i różnych śmieci. Ale do schodów wiodła między nimi wąska, uprzątnięta i niezbyt starannie zamieciona ścieżka – niechybny znak, że piwnic używano do dziś. W pyle, zalegającym w przejściu, odciśnięte były ślady stóp, wiodące w obie strony. Trudno o wyraźniejszy dowód ludzkiej obecności.

     Zresztą, wkrótce ujrzeliśmy nowy, jeszcze bardziej wyraźny. Bo oto ze schodów wypadł na nas jeden z zabójców, z orkową szablą, uniesioną nad głową. Wyprysł jak cień, niemal bezszelestnie. Widać, był to wyszkolony i doświadczony zabójca. Zamierzał zapewne ciąć Lydię przez głowę, a potem, nie wytracając pędu, zadać mi morderczy cios z półobrotu. Nie docenił jednak przeciwnika. Lydia szybkim ruchem uniosła nieco swą daedryczną tarczę, sama zaś lekko ugięła kolana, dzięki czemu jej głowa znalazła się za osłoną. Szabla skrzesała iskry na tarczy. Zabójca próbował jeszcze odskoczyć, ale atakując z tak wielkim pędem, nadział się na podstawiony Miecz Wampira. Ostra, ebonowa głownia znalazło szparę między chitynowo-skórzanymi płytami. Rana była groźna, ale nie śmiertelna, na chwilę jednak powstrzymała napastnika. Na tyle, żeby Lydia zdążyła trzasnąć go tarczą, powalając na ziemię i utopić miecz w jego gardle.

     Szczęściem dla nas, zabójcy z Morag Tong przyzwyczajeni byli do dyskretnych działań w pojedynkę. Poruszali się cicho i nigdy nie robili więcej hałasu niż to konieczne. Jedynym głośnym dźwiękiem w czasie tej walki był odgłos uderzenia szabli o tarczę. Przeciwnik nie tylko nikogo nie zaalarmował, ale też nie wydał żadnego dźwięku, nie mówiąc już o okrzyku. Istniała więc spora szansa, że wciąż pozostaliśmy niezauważeni.

     Ostrożnie zeszliśmy na dół. Kręcone schody doprowadziły nas do piwnicy, pełnej skrzyń i beczek. Co ciekawe, od piwnicy odchodził wąski, na pól naturalny korytarz, lekko opadający w dół. Lydia ruszyła pierwsza, z obnażonym mieczem i nastawioną tarczą, ja za nią z łukiem w ręku i strzałą na cięciwie. W wąskich przejściach tak było najbezpieczniej. Gdyby ktoś zaatakował nas bezpośrednio, Lydia wzięłaby pierwszy atak na siebie, dając mi czas na dobycie miecza. W przypadku zauważenia przeciwnika nieco dalej, wystarczyło aby przysunęła się do ściany lub lekko pochyliła, dając mi pole do strzału.

     Nikt nas jednak nie zaatakował. Doszliśmy na sam dół. Tam korytarz znacznie się rozszerzył i nabrał innego charakteru. Przede wszystkim, zamontowano w nim kratę, z pionowych prętów, która przegradzała przejście. Pod kratą, z naszej strony znajdowała się niewielka ławka, na której siedział wartownik – oczywiście, członek Morag Tong, w pełnej zbroi. Po obu stronach widać było jaśniejące prostokąty przejść do innych pomieszczeń. Trzeba było je zbadać, aby sprawdzić, czy są puste. Nigdy nie przesunąłbym się dalej, nie upewniwszy się przedtem, czy ktoś nie zagraża mi od tyłu.

     Ale najpierw zabójca. Spłaszczony, chitynowy hełm Morag Tong, o dość groteskowym wyglądzie, przypominającym nieco łeb płaza, ograniczał widoczność na boki, dzięki czemu zabójca nas nie zauważył. Miał on ponoć tę zaletę, że obsuwały się po nim strzały. Dlatego nie celowałem w głowę, tylko w szyję. Z tej odległości to żadna sztuka. Szklana strzała rozorała mu gardło tak, że choćby chciał krzyknąć, nie dalby rady. Z cichym chrzęstem zbroi, specjalnie zaprojektowanej do cichego poruszania się, osunął się na ławę i tam pozostał.

Podziemia Popielnej Cytadeli

     Lydia pozostała na miejscu, z łukiem w ręku, pilnując, czy nikt nie wyłoni się z bocznego wejścia. Ja posunąłem się do przodu i zbadałem najpierw prawe pomieszczenie. Była to komnata mieszkalna, całkiem obszerna. Stało tam kilka łóżek i szaf, ale nikogo w niej nie było. Ostrożnie przesunąłem się na drugą stronę. Tamto pomieszczenie było mniejsze i zawierało kompletne laboratorium alchemiczne oraz magiczny warsztat do zaklinania. Zapewne tutaj zabójcy przygotowywali swoje trucizny i leki. Tam też, na ścianie, znajdował się łańcuch z uchwytem, który zapewne podnosił kratę. Dałem znak Lydii, żeby się przygotowała, sam zaś pociągnąłem za uchwyt. Rozległ się chrzęst. Krata, wbrew moim oczekiwaniom, nie uniosła się, lecz przeciwnie – stalowe pręty schowały się w podłodze. Zrobiły to bardzo cicho, jak na tak duży mechanizm. Jak widać, wykonano go bardzo precyzyjnie.

     Przechodząc przez opuszczona kratę, wyciągnąłem jeszcze rękę ku zwłokom zabójcy i silnym ruchem ściągnąłem mu hełm. Spojrzałem w jego martwe oblicze, migoczące w świetle zatkniętej w ścianę pochodni. Moim oczom ukazała się dunmerska twarz, ale zupełnie mi nie znana.

     Dalej korytarz unosił się nieco. W oddali znów widać było kratę, tym razem ze skrzyżowanych prętów pionowych i poziomych. Podobnie jak poprzednio, po obu stronach jaśniały przejścia i na końcu, pod sama kratą, siedział na krześle strażnik z Morag Tong.

     Zlikwidowałem go, jak poprzedniego, ale tym razem nie udało się zrobić tego niepostrzeżenie. Gdy upadł, z pomieszczenia po lewej stronie wypadły nagle na nas trzy ciemne postacie.

     Jedną od razu położyła Lydia, która ze strzałą na cięciwie stała po mojej prawej ręce. Potem musieliśmy odrzucić łuki i sięgnąć po miecze. Mój przeciwnik był zadziwiająco szybki i zwinny. Zaatakował mnie mieczem i sztyletem. Mimo przyłbicy na twarzy, po sylwetce i sposobie poruszania się poznałem, że jest kobietą. Sztylet przeciwko elfim blachom niewiele mógł zdziałać, ale widać było, że moja przeciwniczka nie pierwszy raz atakuje kogoś, zakutego w zbroję. Zamachnęła się mieczem, odwracając moją uwagę, i niemal jednocześnie wykonała szybki ruch, który miał wbić mi sztylet w oko. Od miecza zasłoniłem się tarczą, ale cios sztyletu omal nie dosięgnął celu. Odruchowo przekręciłem głowę – cios zrykoszetował po hełmie, a ja, próbując się zasłonić, podniosłem ostrze miecza, wbijając jej głownię pod pachę. Zduszony jęk wydobył się spod przyłbicy, a jej zbroja natychmiast zaczerwieniła się w tym miejscu. Pod pachą bowiem, jak większość zbroi, nie miała żadnych utwardzonych płyt. Znieruchomiała na okamgnienie, ale to wystarczyło, żebym zdążył wbić jej ostrze w brzuch, gdzie wypatrzyłem niewielkie, nieopancerzone miejsce. Postać skuliła się momentalnie z bólu. Jeszcze tylko trzaśnięcie mieczem w kark i legła u moich stóp, tuż obok swego towarzysza, którego rozłożyła w międzyczasie Lydia.

     Sprawdziliśmy poległych. Dwóch Dunmerów było obcych, ale twarz kobiety wydała mi się znajoma. Przyjrzałem się jej uważnie. Na pewno gdzieś ją widziałem i to chyba w Kruczej Skale. Te kształtne usta, teraz wykrzywione bólem, te regularne i na swój sposób piękne rysy, znamionujące arystokratyczne pochodzenie…

     Lydia miała lepszą pamięć.

     - Mirri Severin – szepnęła. – Rzekoma córka Tilisu.

     Wahała się przez chwilę, po czym wyciągnęła nóż i chwyciła zwłoki za lewą rękę, po czym nagłym cięciem, rozcięła rękaw zbroi po wewnętrznej, miękkiej stronie. Obnażyła jej ramię. Naszym oczom ukazał się złowróżbny tatuaż Morag Tong. Westchnęliśmy oboje. Adril nie mylił się, Mirri nie była córką Severinów, czy raczej Ulenów, lecz jedną z przywódczyń gildii zabójców na ich usługach.

     Podnieśliśmy się na nogi i pozbieraliśmy swój ekwipunek. Na refleksje przyjdzie czas, na razie wciąż znajdowaliśmy się w podziemiach cytadeli, z organizacją zawodowych skrytobójców na karku. Trzeba ruszać dalej. Oczywiście, najpierw należało zbadać pomieszczenia po bokach korytarza. Zrobiliśmy to tak jak ostatnio. Najpierw zerknąłem do lewego. Była to całkiem nieźle wyposażona sala ćwiczeń. Oczywiście, ćwiczeń w rzemiośle zabójcy. Była tu niewielka arena do walki wręcz, manekiny, stojaki na broń i wszystko, co potrzebne do zaprawy w walce. Prawe wejście natomiast prowadziło do krótkiego korytarza, najeżonego żelaznymi pułapkami na niedźwiedzie, zdolnymi zgruchotać kości podudzia. Przeszedłem między nimi z największa ostrożnością, jednak musiałem to zrobić, bowiem na końcu tego korytarzyka znajdował się uchwyt, który, jak przypuszczałem podnosił kratę. Pociągnąłem łańcuch. W korytarzu rozległ się cichy szczęk mechanizmu, ale gdy wróciłem do Lydii, okazało się, ze schowały się jedynie poziome pręty kraty. Przejście pozostawało zamknięte. Musiał tu być jeszcze jeden mechanizm.

Sala ćwiczeń w Popielnej Cytadeli

     Tym razem sprawdziła się zasada, że kto szuka czegoś daleko, może się o to potknąć i nie zauważy. Podczas gdy ja opukiwałem ściany w sali ćwiczeń, Lydia znalazła uchwyt pod samą kratą, obok stanowiska wartownika. Przywołała mnie gestem i pociągnęła za łańcuch. Żelazne sztaby, tak jak poprzednio, pochowały się w ziemi.

     - To miejsce strzeżone jest bardziej niż apartamenty cesarza – mruknęła Lydia.

     Nie odpowiedziałem, ale w duchu przyznałem jej rację. Zwłaszcza po tym, co zobaczyłem dalej. Tam bowiem ktoś umieścił nieprawdopodobną ilość żelaznych płyt naciskowych. Przejść między nimi było naprawdę trudno. A nastąpić strach, bowiem znajdowało się tu kilka solidnych, drewnianych, ruchomych krat, najeżonych ostrymi, żelaznymi kolcami. Nastąpienie na którąś z płyt uruchamiało mechanizm. Krata uderzała wtedy mocno tego, który był nie dość ostrożny.  Nie dowiedzieliśmy na szczęście, z jaką siłą żelazne kolce wbijały się w ciało, bo szczęśliwie udało nam się na żadną z płyt nie nastąpić. Nie dość tego. Na samym końcu korytarz przegradzała kolejna krata.

     - Ten korytarz chyba służy do ćwiczeń – szepnąłem. – Zabójca jest gotowy, gdy zdoła przejść do ostatniego pomieszczenia.

     - Albo się z niego wydostać – odpowiedziała Lydia, również szeptem.

     Za kratą korytarz się kończył. Dalej widać było jasno oświetlone, obszerne pomieszczenie, na planie koła. Dostrzegłem pośrodku niewielki basen, nieznanego mi przeznaczenia. Kręciło się tu kilka osób. Jedną z nich była Tilisu, co zauważyłem od razu. Teraz jednak miała na sobie zbroję Morag Tong, jakkolwiek bez hełmu. Podobnie inny Dunmer, z krótką, rudą brodą, którego twarz również wydała mi się znajoma. To musiał być Vendil, bo któż by inny.

     Poczekaliśmy dłuższą chwilę w cieniu korytarza, obserwując uważnie poczynania zabójców. Nie robili niczego konkretnego. Wydało się, że odpoczywają, ale wprawne oko dostrzegło gorączkę w ich ruchach. Wcale nie odpoczywali. Czekali. Na co? Przypuszczalnie na informację, lub rozkaz wymarszu. Byli w pełnej gotowości. Severinom towarzyszyło dwóch innych zabójców, ci jednak nie zdjęli swych przyłbic, które nadawały im wygląd modliszek. Zapewne tak właśnie ich szkolono, aby w stanie gotowości go nie zdejmowali uzbrojenia na chwilę. Podobnie postępowano w Cesarskim Legionie, więc zwyczaj ten nie był mi obcy. I wprawdzie myślałem o nich ze wstrętem, ale nie mogłem sam przed sobą ukryć pewnej dozy podziwu dla ich organizacji. Byli świetnie wyszkoleni. Jak elitarna jednostka do zadań specjalnych. 

     Zabójcy jeszcze nie zorientowali się, że mają towarzystwo, nie mogło nam to jednak w żaden sposób pomóc. Jeśli strzelimy przez kraty, położymy najwyżej dwoje z nich, a pozostała dwójka pochowa się po kątach i już ich nie dostaniemy. Możliwe, że było stąd drugie wyjście, którędy mogli uciec, więc ten sposób nie wchodził w rachubę. Natomiast unosząc kratę, zaalarmujemy całą czwórkę naraz. W dodatku najpierw trzeba było odkryć, jak te kratę otworzyć. Przedzierając się między pułapkami, dostrzegliśmy dwa łańcuchy z uchwytami, zapewne otwierające ten mechanizm, ale nie ułatwiało nam to sprawy. Podziemia zagospodarowano naprawdę z rozmysłem. Ostatnią kratę można było otworzyć jedynie z pełnego pułapek korytarza, w którym nie sposób poruszać się szybko. Skutek był taki, że po otwarciu przejścia, wszyscy zabójcy z komnaty mogli wybiec prosto na unieruchomionego między pułapkami intruza, stanowiącego w tej chwili łatwy cel dla łuków. A że zabójcy umieli się nimi posługiwać, nie mieliśmy wątpliwości.

     Ale trzeba grać taką kartą, jaką się dostało. Przyciszonymi głosami ustaliliśmy plan działania.

     Lydia, będąca już niemal równie dobrym łucznikiem jak ja, stanęła przy kracie. Ja udałem się między pułapki. Szybko znalazłem pierwszy łańcuch. Musiałem wychylić się naprawdę daleko, by go dosięgnąć. Cichy szczęk dał do zrozumienia, że mechanizm zadziałał, aczkolwiek do podniesienia kraty to nie wystarczyło. Zapewne wyłączyło się jedynie jakieś zabezpieczenie w kamiennej posadzce. Podszedłem do drugiego łańcucha i zdjąłem łuk z ramienia. Nałożyłem elfią strzałę, bowiem tym ufałem najbardziej, gdy chodziło o celność. W dodatku ta była zatruta trucizną spowolnienia, przyrządzoną swego czasu ze sproszkowanego poroża jelenia i wonnego kwiatu dzwonecznika. Skinąłem głową Lydii. Napięła łuk.

     Tak jak przypuszczaliśmy, na odgłos unoszonej kraty zabójcy znieruchomieli na moment. Wystarczyło, aby moja żona celną strzałą rozłożyła najbliższego z nich na kamieniach. Troje pozostałych natychmiast rzuciło się w jej kierunku. Mieli jednak do przebiegnięcia kilkanaście kroków – dość czasu, by wyszkolony huskarl odrzucił łuk, dobył miecza i chwycił tarczę.

     Napiąłem luk. Gdy tylko pierwsza sylwetka pojawiła się w prostokącie przejścia, wypuściłem strzałę. Celowałem w korpus, bowiem cel w szybkim ruchu nie pozwalał na precyzyjne wymierzenie. Ale to wystarczyło. Elfia strzała, szybka i smukła, przebiła chitynową zbroję w chwili, gdy napastnik podnosił miecz do ataku. Wbiła mu się prosto w klatkę piersiową, z boku, pod pachą, gdzie zbroja była najcieńsza. Odrzuciłem łuk i dobyłem miecza, jednocześnie sięgając po tarczę. Ruszyłem przed siebie i kilkoma długimi skokami między pułapki dopadłem przejścia.

     Lydia tymczasem trzasnęła Mieczem Wampira trzeciego napastnika – była nią Tilisu Severin. Nie miała hełmu, więc Dunmerka natychmiast zalała się krwią i padła do jej stóp. Zdążyłem w samą porę, by nacierającego na Lydię Vendila oszołomić trzaśnięciem tarczy i ciąć mieczem przez głowę.

     Pojedynek był skończony.

     - Cała? – spytałem.

     Lydia skinęła głową i uśmiechnęła się.

     Zaklęcie Wykrycie Życia niczego więcej nie wykryło. Komnata była pusta, jeśli nie liczyć martwych Severinów, czy raczej Ulenów, dwóch nieznanych nam zabójców z Morag Tong i kilku szkieletów w niewielkim, ale dość głębokim basenie. Teraz zrozumiałem, do czego służył – był narzędziem tortur. Dwa ludzkie szkielety przykute były do kamiennego ocembrowania na tyle nisko, żeby złapanie oddechu przychodziło im z trudnością. Nieszczęśnicy nie przeżyli tej tortury. Jednak działo się to dawno temu, bowiem szkielety zdążyły już poszarzeć i w żaden sposób nie można było obecnych tu zabójców posądzać o tę zbrodnię. Przeciwnie, musiały one pochodzić z czasów, gdy wyspą władali Cesarscy. Przyznam, że zrobiło mi się na chwilę wstyd za moich rodaków.

Popielna Cytadela - pomieszczenie, w którym Wulfhere i Lydia dopadli rzekomych Severinów

     - Zadanie wykonane – odezwałem się cicho.

     - Tu pewnie jest drugie wyjście – Lydia rozejrzała się wokół. – Proponuję przeszukać najpierw tę komnatę, może coś znajdziemy.

     - I weźmiemy sobie jeden z tych hełmów – sięgnąłem po nakrycie głowy Morag Tong, leżące na ławie. – Adril wprawdzie nam ufa, ale co dowód to dowód.

piątek, 16 marca 2018

Rozdział XIII – Szpieg

     - Wolno ci zgadywać trzy razy – roześmiała się Lydia.

     Wzruszyłem ramionami.

     - Nie mam pojęcia – odparłem.

     - Pomyśl – objęła dłońmi moją szyję. – Dla ułatwienia dodam, że dobrze go znasz.

     - Co? – otworzyłem szeroko oczy. – Masz na myśli Glovera?

     Roześmiała się znów.

     - Pudło! No, pomyśl, kto nie może opuścić Kruczej Skały, choćby nie wiem jak bardzo chciał za nią pojechać?

     W dalszym ciągu nie wiedziałem. Przyszło mi do głowy, że związana jest z jakimś lokalnym artefaktem, a jej uczucia są czysto platoniczne. Jak u kapłanki… Na przykład czci kogoś, kto już umarł i został tu pochowany.

     - Bywasz beznadziejny, wiesz? – prychnęła, ale wciąż wesołe ogniki tańczyły jej w oczach.

     Nie odgadłem. Mimo iż przeżyłem wiele, wciąż jeszcze niewiele wiedziałem o świecie i ludziach. Wszystkich oceniałem własną miarą. Mnie, przyzwyczajonemu do swobody, nie mieściło się wtedy w głowie, że ktoś może nie mieć możliwości podróżowania, dokąd oczy poniosą. I wcale nie dlatego, że choroba przykuła go do leża. Ale choć prosiłem Lydię, ta stwierdziła, że niczego mi nie powie.

     - Za karę – stwierdziła. – Za to, że czasami tracisz rozum. To przez te Czarne Księgi. Wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Wciskają ci się w umysł, jak temu szaleńcowi, co spotkaliśmy go dwa dni temu.

     Fakt, przykry to był widok. Człowiek w łachmanach, z nieprzytomnym wzrokiem, błąkający się po lesie. Bełkotał coś o Czarnej Księdze, w którą tylko zajrzał, a tajemnice wcisnęły mu się do głowy i nie może ich wyciągnąć. Był tak oszalały, że nawet nie przyjął od nas jedzenia, choć było widać, że nie jadł od dawna. Na pytanie, gdzie znalazł księgę, odpowiedział wprawdzie, ale tak nieskładnie, że nic nam to nie powiedziało. A po chwili jak oszalały popędził gdzieś przed siebie i tyleśmy go widzieli. 

     Na razie przebrałem się w miękkie i wygodne rzeczy i udałem się na wyprawę znacznie krótszą – do Grobowca Ulenów.

     Ciemne uliczki były opustoszałe. Jedynie przed domem pierwszego rajcy płonął znicz i stał strażnik w chitynowej zbroi.  Pewnie nawet mnie nie zauważył, bowiem idąc, pozostawałem w cieniu. Skierowałem się w stronę Przedmurza. Niby to wyszedłem zerknąć na zewnątrz, co wielu mieszkańców Kruczej Skały robiło co dnia, a zwłaszcza wieczorem. Ale potem, w drodze powrotnej, wsunąłem się w cień i przywarłem do ściany świątyni. I tak stopniowo przesuwałem się w stronę wejścia do grobowca.

     Nikt mnie nie widział. Wprawdzie strażnik przechodził mimo, ale przywarłem do ściany i nie ruszałem się, dopóki nie zniknął za rogiem. Niedobrze, gdy strażnicy noszą przyłbice. Niewiele przez to zauważają. Gdyby to był Veleth, który zawsze chodził z odkrytą głową, na pewno by mnie dostrzegł, ale akurat przed nim nie musiałbym się kryć.

     Drewniane, masywne drzwi prowadziły do wnętrza góry. Otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Przecisnąłem się przez wąską szparę i zamknąłem je starannie. W grobowcu paliły się lampki oliwne, więc dla moich przyzwyczajonych do ciemności oczu było tu całkiem jasno. Budowlę wykonano bardzo starannie. Architektura tego miejsca przypominała nieco gospodę Geldisa. Wykuto ją w skale, nadając jej charakter naturalnej jaskini. Składała się z szerokiego, sklepionego korytarza, prowadzącego do rozleglej komory, od której odchodziło kilka pomniejszych w tym samym stylu. Łukowate, łagodne sklepienie każdej z nich podparto masywnymi filarami, udającymi naturalne, natomiast posadzkę wyłożono jasnoszarym, starannie wyszlifowanym kamieniem.

Grobowiec Ulenów - główna nawa

     W komorach znajdowały się kupki jasnoszarego piasku. Czasami po prostu usypane po kątach, gdzie indziej starannie ułożone w płytkiej niecce. To z nim mieszano prochy zmarłych, aby po śmierci symbolicznie stanowili jedność z ziemią, po której za życia stąpali. Starannie omijałem takie miejsca, nie chcąc pozostawić śladów. Wszedłem do największej komory, w której znajdowało się okrągłe ocembrowanie, na kształt basenu, tylko zamiast wody wypełnione piaskiem. Tkwiły w nim dwie popielne bulwy, a na niskim, kamiennym ogrodzeniu ustawiono kilka lampek, oświetlających całość migotliwym blaskiem.

     Zbadałem pozostałe komory. Niektóre były zupełnie puste. To dobry znak. Do pustej komory nikt nie będzie wchodził, bo i po co? Tam mogę się ukryć, mając świetny widok na niemal cały grobowiec, a zwłaszcza na główną komorę, gdzie składano ofiarne bulwy i zapalano lampki. Wybrałem sobie miejsce w jednej z nich, ukrytej w głębokim cieniu, tuż za filarem, skąd miałem dobry widok na całe wnętrze. W grobowcu było też ciepło, co stwierdziłem z zadowoleniem, bo trochę obawiałem się, że zmarznę podczas długiego oczekiwania. Kto wie, kiedy tajemniczy osobnik się zjawi? Myszkując po komorach, w jednej z nich odkryłem dębowe drzwi, prowadzące, jak przypuszczałem, do świątyni. Ale były zamknięte na głucho, w dodatku z drugiej strony.

     Już zamierzałem skierować się do wyjścia, gdy usłyszałem niepokojące skrzypnięcie. Płomyki lampek poruszyły się i zamigotały. Ktoś otworzył wejście!

     Pośpiesznie zanurkowałem do pustej, ciemnej komory i przylgnąłem do zimnego filaru. Przymrużyłem oczy, aby nie zdradził mnie ich blask w świetle lampek. I ujrzałem wyraźnie wysoką, szczupłą postać, która wolnym krokiem zbliżała się do mnie korytarzem. Po sposobie chodzenia poznałem, że to kobieta.

     Istotnie, do komory zbliżyła się niemłoda już Dunmerka, z krótkimi, posiwiałymi włosami. Jednak daleko było jej do staruszki. Widać było, że wciąż jest sprawna, ruchy jej są sprężyste, jak u wojownika, a twarz, z wyjątkiem kilku zmarszczek przy oczach, wciąż jeszcze jest gładka i pełna jakiejś szlachetnej dumy. Miała na sobie szarą, nie rzucającą się w oczy pelerynę, ale spod niej wystawał miejscami bogaty strój, pokryty haftami. Poruszała się z niewymuszonym wdziękiem. Z pewnością była osobą wysoko urodzoną, co można było poznać po jej dostojnych ruchach i władczym spojrzeniu.

     Przebywając już od jakiegoś czasu w Kruczej Skale, zdążyłem poznać większość jej mieszkańców. Tę kobietę też znałem z widzenia. W końcu, arystokracja wszędzie przyciąga wzrok. Widziałem ją jednak jedynie ze dwa razy, na rynku, w towarzystwie innej, znacznie młodszej, oglądającą wyłożone towary. W gospodzie u Geldisa nie bywała i po portowej dzielnicy też się nie włóczyła. Nie wiedziałem, jak się nazywa, ani gdzie mieszka.

     Dunmerka tymczasem postała chwilę bez ruchu nad piaszczystym grobem. Jej usta poruszały się bezgłośnie. Zapewne odmawiała jakąś modlitwę za zmarłych. A ja wpatrywałem się w nią, jakbym chciał przewiercić ją wzrokiem na wylot, a przez głowę przelatywała mi burza myśli.

Grobowiec Ulenów - główna komora

     Pozornie plan Geldisa się powiódł – ktoś przyszedł. Jednak, gdy dobrze pomyśleć, w jej wizycie nie było niczego podejrzanego. Ot, zwyczajnie, krewna odwiedza grób zmarłego. Nie wybieramy sobie rodziny. Nawet jeśli zmarły był zdrajcą i zasłużył na śmierć, nie można było jej o to obwiniać. Dla niej był on krewniakiem, lub po prostu kimś, kogo znała i być może bardzo kochała. Nie sprzeciwiała się wyrokowi, przyjęła go jak na praworządną obywatelkę przystało, a że przy tym cierpiała – tylko jej współczuć. Wszystko to dałoby się prosto wytłumaczyć, gdyby nie jedna rzecz: noc. Dlaczego przychodzi tu ukradkiem? Dlaczego nie robi tego za dnia, oficjalnie, pokazując, że nie ma przed nikim tajemnic?

     Odpowiedź mogą być tylko jedna – bo ona miała swoje tajemnice. Nie chciała być kojarzona z Ulenami. Nie chciała, by ktoś wiedział, że tu przychodzi. Pytanie, dlaczego. I tu znów ogarnęły mnie wątpliwości. Mogło być wiele powodów, zupełnie zrozumiałych i zupełnie niewinnych. To wydarzenie sprzed lat mogło kłaść się cieniem na jej reputacji i przez to szkodzić w interesach. Mogło jej być po prostu wstyd za krewniaka, który okazał się być zwykłym przestępcą. Mogło w końcu łączyć ich kiedyś coś więcej, być może nawet wbrew woli klanu, zatem musiała kryć się ze swoimi uczuciami i kiedyś i teraz. Jej obecność tutaj nasuwała podejrzenie, ale w żadnym razie niczego nie dowodziła. Tak czy inaczej, należało porozmawiać z Adrilem. Zna tu wszystkich, może będzie wiedział, czy to osoba, której szukamy, czy też przypadkowy gość.

     Tymczasem Dunmerka, po chwili milczenia, wyjęła z poły swej szaty buteleczkę z oliwą. Starannie dolała płynu do lampek, po czym na środku piaszczystej mogiły umieściła dorodną popielną bulwę. Strzepnęła chustką piasek z ocembrowania i przez chwilę jeszcze postała zadumana w miejscu. Po czym opuściła głowę i wolnym krokiem skierowała się ku wyjściu. Po chwili powietrze w grobowcu poruszyło się, i drzwi zamknęły się za nią.

Grobowiec Ulenów - jedna z pomniejszych komór. Prawdopodobnie to z tego miejsca Wulfhere śledził tajemniczą postać.

     W pierwszym odruchu chciałem pobiec za nią, by wyśledzić, gdzie mieszka, ale szybko poniechałem tego zamiaru. Mogła zauważyć, że jest śledzona, a łatwiej było zwyczajnie o nią zapytać. Musiała tu być postacią powszechnie znaną. Odczekałem zatem, aż Dunmerka oddali się na bezpieczną odległość, po czym zbliżyłem się do wyjścia. Wykrycie Życia upewniło mnie, że za drzwiami nie ma nikogo, kto mógłby mnie zauważyć. Upewniłem się jeszcze w inny sposób.

     - Laas!

     Szept Aury pokazał mi kilka niewyraźnych postaci. W pierwszej chwili trochę mnie one zaskoczyły, ale szybko zrozumiałem, że to po prostu mieszkańcy kamienicy, po drugiej stronie ulicy. W wąskim przejściu nie było nikogo. Wysunąłem się więc ze swej kryjówki i uważnie się rozglądając, pobiegłem w stronę gospody.

     Nikogo po drodze nie spotkałem. Miasto spało.

*         *          *

     Fethis Alor miał całkiem niezły wybór ubrań, a Lydia była szczupła, jak elf, więc z samym rozmiarem problemu nie było. Problem był z kolorem, kwestią „czy to modne” i z jakimiś innymi kobiecymi sprawami, których nie rozumiałem ani ja, ani Fethis. Co chwilę spoglądaliśmy na siebie rozbawieni, a Lydia przymierzała jeden płaszcz po drugim i żaden jej się nie podobał.

     - Chciałabym coś, w czym wyglądałabym dostojnie – oznajmiła nagle, wzbudzając w nas parsknięcie śmiechu. – Jak dunmerski wielmoża. Jak żona rajcy!

     - Cindira Arano nosi coś takiego – Fethis zademonstrował elegancki, ciemnoszary płaszcz z dyskretnymi haftami. – Tylko czy nie za ciepły dla ciebie? Nordowie ponoć nie odczuwają zimna, tak jak my, zwłaszcza w taki dzień jak ten. Tak słyszałem – dodał tonem usprawiedliwienia.

     Fakt, słońce dziś przygrzewało mocno. Choć to był zaledwie ranek, zapowiadał się wyjątkowo ciepły dzień.

     - Ładny – oznajmiła Lydia, przyglądając się uważnie strojowi. – Elegancki, chociaż dyskretny. Zupełnie jak u Vittorii Vicci z Samotni. Ale mnie podobałoby się coś innego. Niedawno widziałam nawet kogoś w takim stroju.

     - Któż to taki? – uśmiechnął się Fethis. – Może uda mi się coś podpowiedzieć?

     - Nie wiem, jak się nazywa – odparła Lydia. – Ale miała na sobie ładny płaszcz, o barwie przyciemnionej ochry i takimi ładnymi wstawkami tutaj przy kieszeniach.

     - Że też nie ma tu mojej córki – westchnął Fethis. – Ona by wiedziała. Poznaje ludzi po ciuchach, jak każda dama. A możesz mi opisać tę osobę? Może się domyślę…

     - Patrzyłam bardziej na strój – uśmiechnęła się Lydia, udając zażenowanie. – Zdaje się, że była to wysoka kobieta, o krótkich, srebrnych włosach, ale nie wiem, ile miała lat. Gdyby była człowiekiem, powiedziałabym, że między czterdzieści a pięćdziesiąt, ale u was, Dunmerów, to nie tak prosto oszacować. Mogła mieć i sto i więcej…

     - Domyślam się – Fethis pokiwał głową. – Krótkie, srebrne włosy… Chodzi ci zapewne o panią Tilisu Severin! Istotnie, ma dobry gust. Niestety – rozłożył ręce – nie zaopatruje się u mnie. Nie mam niczego w jej stylu.

     - A, to szkoda – westchnęła Lydia. – A nie wiesz może, skąd miała ten płaszcz?

     - O ile mi wiadomo, pani Severin zaopatruje się gdzieś w Cyrodiil – odparł Fethis. – Jej szaty wyglądają na kosztowne.

     - Zapewne w samym Cesarskim Mieście – dodałem, kiwając głową. – I niestety, w najbliższym czasie się tam nie wybieramy. Może jednak wybierzesz sobie coś z tego? Tu przecież tyle najróżniejszych ubiorów…

     Lydia popatrzyła krytycznym okiem na kolekcję ubrań, udając zainteresowanie, a ja ze wszystkich sił próbowałem się nie roześmiać. Tak świetnie i przekonująco udawała. Prawdziwe zainteresowanie zapewne zauważyłbym u niej, gdyby na straganie wyłożono miecze i zbroje. 

     - Na razie wezmę tylko to – oznajmiła, wskazując na ciemną, pikowaną bluzę, którą już przedtem przymierzyła i w której było jej bardzo do twarzy. – Podoba mi się. Z płaszczem jeszcze się wstrzymam.

     - Świetny wybór – pochwalił Fethis – To bardzo dobra tkanina, z rośliny, żyjącej daleko na południu, na pograniczu z Elsweyr. Miękka i przyjemna w dotyku. Ale czy modna, to już musisz spytać moją córkę – mrugnął do mnie porozumiewawczo, zawijając bluzę w papier. – Mam o modzie takie samo pojęcie, jak większość mężczyzn.

     Zapłaciłem i pożegnaliśmy się w doskonałych humorach.

     - Moje gratulacje – szepnąłem do Lydii, lekko ściskając jej dłoń. – Byłaś tak przekonująca, że z pewnością niczego nie podejrzewa.

     - Tilisu Severin, zapamiętałeś? – spytała poważnym tonem.

     - Zapamiętałem – skinąłem głową. – Teraz trzeba się upewnić. I wiem, kto mi w tym pomoże.

     Veleth o tej porze zwykł sobie robić przerwę na śniadanie, więc znaleźliśmy go bez trudu w gospodzie. Gdy weszliśmy, rozmawiał właśnie z córką Fethisa, Drelyną. Rozmawiali półgłosem, ale i tak wychwyciłem kilka zdań.

     - Ja tak dłużej żyć nie mogę – szepnęła żałosnym tonem.

     - Czy to przez twojego ojca, czy przeze mnie? – odrzekł kapitan, równie smutnym głosem.

     - Bardzo się zmienił po śmierci matki – westchnęła. – Myślę, że po prostu nie chce, żebym przeszła przez to co on…

     - W końcu trzeba będzie wybrać – odpowiedział łagodnie. – Niezależnie od konsekwencji, uszanuję twą decyzję.

     Tej wypowiedzi towarzyszyło czułe uściśnięcie ręki. A ja aż pokręciłem głową. No, oczywiście, Lydia miała na myśli Veletha! To on był tajemniczym wielbicielem Drelyny. I wydało mi się, że ona odwzajemnia jego uczucia. Że też prędzej na to nie wpadłem. Ktoś, kto nie może opuścić Kruczej Skały, bo trzyma go tu obowiązek! Tylko dlaczego muszą się kryć z tym uczuciem? Czyżby Fethisowi ten związek był nie w smak. Veleth cieszył się w Kruczej Skale dużym poważaniem. Fakt, był jednak od niej sporo starszy…

     Nie chciałem ich podsłuchiwać, więc mrugnąłem tylko porozumiewawczo do kapitana i skierowałem się do stolika w pobliżu kontuaru, który zwykle zajmowałem. Pozdrowiłem Geldisa, który nie omieszkał podzielić się ze mną nowiną.

     - Gwardia Redoran dostrzegła w górach stado wilkołaków – odezwał się z zaaferowaną miną. – Łowcy z Grani Mrocznego Księżyca pewnie wiedzą więcej.

     Temat mnie zaciekawił, ale nie miałem czasu się tym teraz zajmować. Odłożyłem to na później. Tymczasem zbliżył się do nas Veleth.

     - I jak? – zagadnął szeptem. – Kiedy wybierasz się do grobowca?

     - Już tam byłem – odparłem. – Spotkałem tam pewną osobę, ale nie wiem, jak się nazywa. Jeden z kupców stwierdził, że opis pasuje do niejakiej Tilisu Severin. Nie martw się, spytaliśmy o to bardzo dyskretnie. Nawet nie domyśla się, że właśnie o to nam chodziło.

     Veleth uniósł brwi w wyrazie zdziwienia.

     - Tilisu Severin – powtórzył wolno.

     - Znasz ją? – spytała Lydia.

     - Oczywiście – odparł. - Znam tu wszystkich. A ludzi wysokiego rodu trudno nie znać. Mówisz, że to ona?

     Pokręciłem głową.

     - Tego nie wiem. Musiałbym ją zobaczyć, wtedy będę mógł potwierdzić, czy to ona była w grobowcu. Nie wiem jednak, gdzie ją spotkać.

     Veleth w zamyśleniu pociągnął się za bródkę.

     - Posiadłość Severinów leży na skraju miasta – rzekł w zamyśleniu. – To duża, podziemna rezydencja, tak duża jak ta gospoda.

     - Ale nie mogę warować tam cały dzień, bo czegoś się domyślą – odparłem.

     - Jeśli szczęście nam dopisze, to nie będziesz musiał – odrzekł, gładząc bródkę. – Gjalund przypłynął wczoraj wieczorem z Wichrowego Tronu. Dziś około południa będzie rozładowywał towary. Severinowie sporo towarów sprowadzają z kontynentu, więc ktoś z nich na pewno tam będzie. Prawdopodobnie ona, bo zwykle ona odbierała towary.

     - Będziesz tam? – spytałem. - Pokazałbyś mi ją.

     Skinął głową.

     - Bądź w porcie przed południem – polecił. – Podejdź do mnie pod byle jakim pretekstem. Będę stał niedaleko trapu. I nawet nie muszę niczego udawać – uśmiechnął się. – Czekam na listy z kontynentu.

     - Mam lepszy pomysł – wtrąciła Lydia. – Pójdziemy tam razem. Gdy nas zauważysz, po prostu zacznij z nią rozmawiać. Nie zamienimy nawet słowa między sobą i nikt się nie domyśli, że coś razem knujemy.

     Veleth spojrzał na nią z uznaniem.

     - Słuszna uwaga – stwierdził. - Tak zróbmy.

     Po czym spojrzał na mnie uważnie i wesoły błysk zamigotał mu w oczach.

     - Gdzie ty znalazłeś taką żonę? Prawdziwy skarb!

     Lydia uśmiechnęła się skromnie, ale aż pokraśniała na policzkach.

*         *          *

     Wszystko odbyło się tak jak zaplanowaliśmy. Gdy około południa weszliśmy do portu, Gjalund stał na nadbrzeżu, przy wyładowanych skrzyniach i rozmawiał z kilkoma osobami. Jedną z ich była wysoka Dunmerka z krótkimi, srebrnymi włosami. Podszedłem bliżej, by się upewnić. Nie ulegało wątpliwości, to była ona. Ta sama sylwetka, to samo spojrzenie.

     - Witam, pani Severin – usłyszałem wtedy głos kapitana.

     Dunmerka odwróciła się i na jej twarzy zagościł uprzejmy uśmiech.

     - Witam, panie kapitanie – odrzekła swobodnym tonem. – Cóż to sprowadza pana do portu? Chyba nie podejrzewa pan kapitana Gjalunda o przemyt niedozwolonych towarów?

     Veleth zaśmiał się.

     - Ależ skąd! – zapewnił. – Po trosze zwykła ciekawość. Zawsze to jakaś odmiana w monotonnym życiu naszej niewielkiej osady. Kapitan Gjalund zwykle przywozi ze sobą kilka ciekawych historyjek.

     - Och, wierzę, że nasz dzielny dowódca gwardii nie traci cennego czasu na takie sprawy – uśmiechnęła się znacząco. – Zawsze czujny i zawsze gotowy! Założę się, że jakaś służbowa sprawa przywiodła do portu naszego obrońcę.

     - Raczy pani przesadzać – uśmiechnął się. – Ale ma pani rację. Przyszedłem sprawdzić, czy nie ma do mnie żadnych listów. Spodziewam się kilku wiadomości. Widzę jednak, że będę musiał poczekać, bo worek z pocztą jeszcze na pokładzie.

     Rozmowa wydawała się zupełnie niewinna i zupełnie zwyczajna. A ja upewniłem się co do tożsamości nocnego gościa. Wolnym krokiem, od niechcenia, jakby spacerując, skierowaliśmy się ku portowym kamieniczkom. W jednej z nich mieszkał Adril, którego miałem zamiar powiadomić o moim odkryciu. Zastałem tam jednak tylko jego żonę. Na nasz widok uśmiechnęła się sympatycznie.

     - Drugi rajca jest w gospodzie – poinformowała nas wesołym głosem. – Twierdzi, że ma jakieś sprawy z Geldisem. Domyślam się, że ta sprawa nazywa się sujamma! 

     Roześmiała się serdecznie, a my jej zawtórowaliśmy. Sujamma była tutejszym trunkiem, wyrabianym w sposób całkowicie mi nieznany. To lokalna specjalność. Ale jeśli Adril popijał ją ukradkiem, nigdy niczego po nim nie można było poznać. Albo Cindira się myliła, albo Adril miał tak mocną głowę. Podziękowaliśmy i skierowaliśmy się do Rzygającego Parzydłaka.

     Tym razem Cindira Arano myliła się całkowicie. Adril siedział przy stoliku, przeglądając jakieś papiery, a obok niego stał puchar z winem, mocno rozcieńczonym źródlaną wodą. W przyjemnym chłodzie gospody zapewne mógł lepiej zebrać myśli, a wino o takim stopniu rozcieńczenia z pewnością mu w tym nie przeszkadzało, za to doskonale gasiło pragnienie.

     Na nasz widok podniósł głowę i skinął nią znacząco.

     - Mam nadzieję, że Geldis do czegoś się przydał – szepnął półgłosem, wskazując nam miejsca przy stole. – Jakieś postępy?

     Lydia podeszła do kontuaru, skąd mogła obserwować salę. W razie czego mogła nas ostrzec. Ja zaś usiadłem obok rajcy. Pochyliliśmy głowy nad stołem i w kilku słowach streściłem mu wszystko, czego się dowiedziałem.

     - Podejrzewam, że Tilisu Severin jest zdrajczynią – zakończyłem.

     Dotknął czoła i westchnął przeciągle. Widać, moje słowa zrobiły na nim wrażenie.

     - Tilisu? – rzekł powoli, ni to do mnie, ni to do siebie. – Na pewno?

     - Była w grobowcu Ulenów…

     Opuścił głowę i z niedowierzaniem nią pokręcił.

     - Wierzyć mi się nie chce, że plan Geldisa zadziałał – uśmiechnął się sam do siebie. – Przedtem nikt się nie pojawiał…

     No pewnie, skoro wokół kręciło się pół Gwardii Redoran! Ale niczego nie powiedziałem, nie chcąc mu przerywać. On tymczasem poskrobał się w zamyśleniu po nosie.

     - Jeżeli Tilisu macza palce w spisku – mruknął niezadowolony, - to bez żelaznych dowodów nic nie zrobię.

     - Idź przeszukać ich dom – podsunąłem.

     Spojrzał na mnie i potrząsnął głową.

     - Nie zamierzam robić rewizji – oświadczył, - póki nie będę miał dowodów w ręku. Jeśli się mylisz, to będziemy obszczekiwać niewłaściwą osobę, podczas gdy prawdziwi spiskowcy znikną jak sen złoty. Nie mogę na to pozwolić…

     Rozumiałem go doskonale. Z przedstawicielami wysokich rodów nie było tak łatwo. Mieli wpływowych protektorów i niesłusznie oskarżeni mogli podnieść alarm, mogący zniszczyć Morvayna bez żadnej przemocy. Oskarżając bez dowodów, Redoranie sami położyliby głowy pod topór. Nie mógł przeszukać ich rezydencji. No i, co jeszcze ważniejsze, jeśli się myliliśmy, zaalarmowałoby to prawdziwych spiskowców.

     On nie… Ale ja? Przecież całkiem niedawno przeszukałem posiadłość Pękwald w Pękninie i wykradłem stamtąd Rozdzieracz Chłodu, w czym nikt nie zdołał mi przeszkodzić, choć spodziewano się mnie tam. Tam było pełno strażników, a dom drewniany, skrzypiący pod stopami przy każdym kroku. Tutaj zaś miałem do czynienia z solidną, kamienną budowlą. Ciekawe tylko, kto jest w środku.

     - Możesz mi powiedzieć więcej o rodzinie Severinów? – spytałem.

     Popatrzył na mnie badawczo, jakby chciał zgadnąć, po co mi ta informacja. W końcu jednak wzruszył ramionami. Nie było powodu, by trzymać to w tajemnicy.

     - Tilisu to żona patriarchy Vendila – odrzekł. – Mają jedno dziecko, córkę, o imieniu Mirri. Przybyli tu dziesięć lat temu i włożyli w rozwój Kruczej Skały niemało serca.

     Ostatnie słowa powiedział z niekłamanym podziwem.

     - Co masz na myśli? – spytałem, zaciekawiony.

     - Są całkiem bogaci – odparł prosto z mostu. – I często dzielą się swymi pieniędzmi z potrzebującymi. Dawali miastu gotówkę, żywność i zapasy, a nawet osobiście naprawili kilka budynków.

     No tak, pieniądze załatwiają wszystko… Że też granicząca z obłędem bezinteresowność nie wzbudziła niczyich wątpliwości. Mnie od razu wydało się to podejrzane

     - Nie wzbudzają żadnych podejrzeń? – spytałem, starając się ukryć ironię.

     Powoli poruszył ramionami.

     - Ludzie wspominali co prawda, że Mirri wygląda na dużo starszą niż się wydaje – odrzekł niepewnym tonem. – No, ale to jeszcze nie powód, żeby bić na alarm…

     - Co jeśli spróbują mnie powstrzymać? – uśmiechnąłem się.

     Zdziwienie odbiło się w jego oczach. A potem zdziwienie zamieniło się w niedowierzanie, a niedowierzanie w nadzieję. Nic więcej nie musiałem mówić. W lot pojął, że chcę sam przeszukać ich posiadłość. Jednocześnie owładnęło nim zakłopotanie. Mój plan podobał mu się, ale ostrzegł mnie, że jeśli ktoś mnie przyłapie, nie będzie mógł mi pomóc. Zostanę uznany za złodzieja i aresztowany.

     - Mogę jedynie szepnąć słówko Velethowi, aby umożliwił ci ucieczkę – wysapał. – Zresztą on sam się domyśli. Unikniesz wtedy kary, ale miasto będziesz musiał opuścić. I nie pokazywać się tu więcej. Rozumiesz, jesteś obcy, rzucasz się w oczy. Twoja towarzyszka również.

     - Myślę że mnie nie złapią – odrzekłem pewnym głosem. – Ale jeśli się tak zdarzy, udam się do wioski Skaalów, na północnym krańcu wyspy. Są mi przyjaźni. Tam mnie szukaj.

     Skinął głową.

     - Na pewno znajdziemy jakiś sposób, aby się komunikować mimo to – rzekł zamyślony. – Jeżeli zdobędziesz jakieś dowody i w związku z tym twoje życie znajdzie się w niebezpieczeństwie, to liczę na to, że zrobisz wszystko, aby rzeczone dowody zachować – dodał proszącym tonem.

     Skinąłem głową. Ustaliliśmy jeszcze, że pod wieczór skontaktuje się ze mną Veleth i coś mi przekaże.

     - Mam klucz, który powinien otworzyć drzwi do ich posiadłości – wyznał.

     Byłem pewien, że poradziłbym sobie i bez klucza, ale zawsze było to spore ułatwienie. Ustaliliśmy jeszcze, że posiadłość przeszukam dzisiejszej nocy, więc zbyt wielu gwardzistów nie będzie kręcić się w pobliżu rezydencji. Veleth miał ich skierować w pobliże Przedmurza, pod pretekstem niebezpieczeństwa ze strony popielców. Uspokoił mnie też co do mieszkańców posiadłości. Severinowie nie zatrudniali żadnej służby, więc wewnątrz spotkać mogłem jedynie trzy osoby. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w moich podejrzeniach. Tak bogaty ród, w tak obszernej rezydencji i żadnej służby? Pani domu sama biega z miotłą? Coś takiego zdarzyć by się mogło tylko wtedy, gdyby mieli zbyt wiele do ukrycia.

     Na odchodnym, Adril rzucił jeszcze proszącym tonem.

     - Znajdź mi jakiś twardy dowód, bo jeżeli oskarżę ich bez niego, cała kolonia mnie wyśmieje.

     Uśmiechnąłem się na te słowa. Ale zaraz spoważniałem. Kto wie, co znajdę w środku? Brak służby sugerował, że coś tam ukrywają przed światem. Ale czego szukać? I gdzie? Posiadłość mogła być całkiem rozległa.

     Pomyślałem, że w pierwszej kolejności trzeba przeszukać szafy i przejrzeć dokumenty. Może będzie tam jakaś korespondencja? Listy byłyby najlepszym dowodem. Bo co poza  nimi? Może broń, nie wiadomo czyja? Albo ubiory organizacji Morag Tong, bardzo charakterystyczne?

     A najprawdopodobniej nie znajdę niczego. I nic na to nie mogłem poradzić.

     Rzuciłem się na łóżko, aby trochę wypocząć. Nie mogłem zasnąć, bo pora była jeszcze wczesna. Ale i tak przyjąłem swoją ulubioną pozycję, z rękami pod głową i wbiłem wzrok w kamienne sklepienie. W nocy musiałem być czujny i wypoczęty. Wybierałem się do jaskini potwora, znacznie groźniejszego od smoka.

     Co z tego, gdy zasnąć nie mogłem. Po mojej głowie zaczęły snuć się najróżniejsze myśli. Plątały mi się w zadziwiające konfiguracje. Wydarzenia ostatnich dni zaczęły nakładać mi się na siebie, a ja szukałem między nimi jakichkolwiek punktów wspólnych.

     Bezskutecznie.

     Jednak moje myśli zaczęły się coraz bardziej wydłużać i łączyć w przedziwne łańcuchy. Skutek był taki, że w końcu zasnąłem.

środa, 28 lutego 2018

Rozdzial XII - Tajna misja Adrila Arano

     Nazajutrz wstaliśmy późno. Byliśmy tak zmęczeni, że spaliśmy bardzo długo. Gdy już zwlekliśmy się z łóżka, zjedliśmy smaczne śniadanie, po czym Lydia udała się do pokoju, aby się trochę oporządzić, a ja nadal siedziałem bezmyślnie przy stole, gapiąc się na gości i otoczenie, popijając z kubka gorącą zbożówkę, którą bardzo lubiłem. Wtedy w gospodzie zjawił się Veleth, z pokaźnym, skórzanym woreczkiem w dłoni. Rozejrzał się, a dostrzegłszy mnie przy stole, ruszył w moją stronę. Podszedł do mojego stolika i bez słów, za to z tajemniczym uśmiechem, rzucił worek na stół, z ulgą, jak ktoś, kto pozbywa się balastu. Lekki stolik zachwiał się pod jego ciężarem.

     - Rajca Morvayn kazał mi dać ci to, jeśli wrócisz w jednym kawałku – roześmiał się. – I pozbędziesz się generała Cariusa.

     Spojrzałem zdumiony na pękaty worek. Spodziewałem się nagrody, ale jej wielkość mnie oszołomiła. Za pozbycie się przestępców w Skyrim dawano zaledwie zwyczajowe sto septimów. Tu było tego nieporównywalnie więcej.

     - To lepsze niż żołd, więc się ciesz!

     Veleth poufale klepnął mnie w plecy i mrugnął zawadiacko, po czym zamienił kilka słów z Geldisem, dopytując się o kogoś i pożegnawszy nas, wyszedł. Chwyciłem worek w dłonie. Ciężki! Zajrzałem do środka. Same złote septimy! Było ich kilka tysięcy. Pokręciłem ze zdziwieniem głową. Takie pieniądze za jedną wyprawę! Może i ludność nie była tu specjalnie chętna do nadstawiania karku, poza Przedmurzem, ale za to bardzo szczodra dla tych, który mieli odwagę to robić. Od razu też cieplej pomyślałem o rajcy Morvaynie. Miasto było bogate i mieszkańcy potrafili się dzielić.

     Dźwignąłem skórzany sak i zaniosłem do naszego pokoju.

     - Przyszedłem obsypać cię złotem – odezwałem się do Lydii, rzucając worek na łóżko. – Chwilami żałuję, że nie robi to na tobie wrażenia. Wyobraź sobie, że to przednie miecze, zbroje i butelki z winem braci Surlie…

     Lydię również zaskoczyła wielkość nagrody. Zważyła worek w ręce i pokręciła głową.

     - Za to pewnie można kupić nieduży domek – stwierdziła. – Ciekawe, czy dostalibyśmy pozwolenie, żeby się tu osiedlić.

     - Chciałabyś? – spojrzałem na nią zdziwiony. – Tak daleko od Skyrim?

     - Dobrze byłoby i tu mieć jakiś kąt – uśmiechnęła się. – Ludzie tu przyjaźni, szczodrzy… Nie na stałe, ale od czasu do czasu. Tyle tu miejsc do zbadania.

     - I na nudę nie można narzekać – skinąłem głową. – Coś mi mówi, że mieszkańcy będą mieli dla nas jeszcze niejedno zadanie.

     Nawet nie przypuszczałem, że moja słowa tak szybko zamienią się w rzeczywistość. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, gdy gawędziłem z Garynem przy jego kramie z warzywami, podszedł do mnie Veleth z zaaferowaną miną i poprosił o słówko na osobności. 

     - Przepraszam, że zakłócam twój spokój – odezwał się nieco zakłopotany, - ale drugi rajca Arano prosił mnie, żebym cię odnalazł. Mówi, że to bardzo ważne.

     - Powiedział, o co chodzi?

     Veleth potrząsnął głową, ale uśmiechnął się znacząco, co znaczył, że i tak się domyśla. Niczego jednak nie zdradził.

     - Prosił tylko, bym cię znalazł i przysłał do niego.

     Pochylił się ku mnie i zniżył głos jeszcze bardziej.

     - Słuchaj, to ważne – rzekł z przejęciem. – Ważniejsze nawet niż wybicie popielców. Proszę, udaj się do drugiego rajcy najszybciej jak to możliwe.

     Nie miałem nic innego do roboty, więc skinąłem głową i skierowałem do domu rajcy, ale kapitan zatrzymał mnie i odwrócił w kierunku Kamienia Ziemi. Rajca miał czekać na mnie na skraju miasta. Tknęło mnie złe przeczucie. Sprawa musiała być naprawdę niezwykła, skoro Adril chciał porozmawiać w tajemnicy.

     Spotkałem go przy skale za miastem. Zamyślony robił kilka kroków w jedną stronę, po czym zatrzymywał się, stal przez chwilę, by zaraz z wolna zawrócić. I tak w kółko. Na mój widok uśmiechnął się z ulgą.

     Podszedłem bliżej i pozdrowiłem go.

     - Dziękuję za przybycie – ścisnął mi rękę i powiódł w stronę skały, gdzie znajdowało się miejsce, w którym nikt nie mógł nas dojrzeć.

     Spojrzał mi w oczy z powagą, zanim zaczął.

     - Krucza Skała wiele ci już zawdzięcza – uśmiechnął się, choć jego oczy pozostały poważne. – Dlatego z ciężkim sercem przychodzi mi proszenie cię o jeszcze jedną przysługę.

     Uśmiechnąłem się tylko. Dopóki byłem użyteczny, zawsze mogłem liczyć na pomoc Dunmerów. A tej potrzebowałem jak powietrza. Poza tym, polubiłem Adrila. Imponował mi swoją umiejętnością jednoczesnego ogarniania całej masy zupełnie nie powiązanych ze sobą spraw. Zapewniłem go więc, że chętnie pomogę, jeśli zdołam. Adril pochylił się ku mnie.

     - Życie rajcy Morvayna jest w niebezpieczeństwie – wyznał półgłosem.

     - W niebezpieczeństwie? – powtórzyłem zdziwiony. – Jak to?

     - Ulenowie z rodu Hlaalu, który jest naszym rywalem, wydali na niego wyrok śmierci…

     Westchnienie dobyło się moich ust. Zatem dochodzi tu do głosu walka klanów, w którą nie bardzo chciałem się mieszać. Wiedziałem jednak, że znalazłszy się wśród Dunmerów, nie uniknę opowiedzenia się po którejś ze stron. A że bliższa ciału koszula, Redoranie wydawali mi się naturalnym wyborem. Zresztą, słyszałem niejedno o rodzie Hlaalu. Nawet do naszej wioski w Cyrodiil docierały plotki z wielkiego świata. I nie były to pochlebne informacje. I choć nie chciałem mieszać się do tej wojny klanów, zdecydowanie wolałem stanąć po stronie Redoran, którzy pośród Dunmerów, i nie tylko, cieszyli się sporym poważaniem.

     - Dlaczego Ulenowie chcą jego śmierci? – zmieniłem temat.

     - To dość prywatna sprawa – Adril pokręcił głową. – Powiedzmy, że chcą się zemścić za egzekucję jednego ze swoich ziomków, którą zlecił rajca Morvayn.

     Spojrzałem na niego podejrzliwie. Czy to możliwe, że rajca nadużył władzy? Gdyby tak było, nie miałbym ochoty mu pomagać. Niech każdy sam sprząta swoje brudy. Ale zaraz odrzuciłem tę myśl. Wyroków śmierci nie wydaje się na skutek czyjegoś widzimisię, choćby i rajcy. W całym Cyrodiil nie wolno było tego robić bez procesu, o ile tylko nie działano w warunkach wojennych. Na Solstheim panował pokój, więc jasnym było, że rajca nie pozwoliłby sobie na tak drastyczne złamanie prawa.

     - Nie mam żelaznych dowodów na to, że szpiedzy rodu Hlaalu są wśród nas – dodał Adril. – Ale czuję to w kościach.

     Skrzywiłem się. Jeśli nie miał na potwierdzenie swoich słów nic, oprócz przeczuć, to zachował się co najmniej niepoważnie.

     - Gadasz jak szaleniec – prychnąłem.

     On jednak był bardzo pewny siebie.

     - Jako drugi rajca, muszę uważać na wszelkie zagrożenia, choćby i były niedorzeczne – odrzekł cicho. – Boję się, że któregoś dnia obudzę się, a on będzie martwy. Nie chciałbym, aby do tego doszło.

     Dziwiła mnie jego pewność. Ale w pewnej chwili doznałem olśnienia. Aż popukałem się w czoło. Zrozumiałem, o czym mówi.

     Swego czasu w Skyrim napadł na mnie płatny zabójca z Mrocznego Bractwa. Ocaliła mnie wtedy Delphine. Odniosłem wówczas tylko lekką ranę, ale to wystarczyło, bym zainteresował się Mrocznym Bractwem. W czasie studiów w Akademii, często szperałem po Arcaneum, w poszukiwaniu jakiejś informacji o owym bractwie. Doszukałem się kilku pozycji. I wtedy dowiedziałem się o innej, znacznie starszej, większej i potężniejszej organizacji, działającej na terenie Morowind. Zwali się Morag Tong i rekrutowali się głównie z Dunmerów. Podobno przetrwali do dziś. Jeśli Ulenowie nasłali na Morvayna jednego z zabójców Morag Tong, to sprawa była naprawdę poważna.

     - Sądzisz, że atak na rajcę nastąpi wkrótce? – spytałem ostrożnie.

     - Owszem – skinął głową. – Otrzymałem informacje, że ludzie rodu Hlaalu, z którego pochodzi Ulen, są już w Kruczej Skale.

     Nie miałem powodu, by mu nie wierzyć. W końcu, miał na swoje usługi całą Gwardię, z kapitanem Velethem na czele, więc z pewnością był dobrze poinformowany. Zdziwiło mnie tylko, że dotąd nie zaczął działać. Skoro jego ludzie potrafili rozpoznać obcych, mogli ich wziąć w obroty.

     - Dlaczego nic nie zrobiłeś z tą informacją? – spytałem.

     Pokręcił głową i uśmiechnął się smutno.

     - Krucza Skała to nie metropolia – odparł. – Ciężko zrobić tu coś po kryjomu. Jeżeli są tu szpiedzy rodu Hlaalu, to wyczują mnie, jak tylko zacznę się za nimi rozglądać.

     Też prawda… Wtedy zabójcy zapadliby się pod ziemię i nikt nie zdołałby ich wytropić.

     Nie chciałem mieszać się do kłótni między dunmerskimi klanami. I mimo sympatii do rodu Redoran, pewnie bym odmówił, gdyby nie wmieszała się do tego gildia płatnych zabójców. To już było coś innego. Tych byłem gotów tępić zawsze i wszędzie. Skrytobójcy byli dla mnie kimś gorszym od rozbójników, nekromantów i wampirów razem wziętych. Skrytobójców tępiono zresztą powszechnie i nie trzeba było do tego żadnego listu gończego. Każdy członek takiej organizacji automatycznie stawał się infamisem. Prawo go nie chroniło. Każdy mógł zrobić z nim, co tylko chciał. Czasem nawet dochodziło do odwrócenia ról. Słyszałem mrożące krew w żyłach historie o męczarniach, w jakich kiedyś umierali niektórzy ze schwytanych członków Mrocznego Bractwa, którzy mieli pecha dostać się w ręce okrutników. Ci mieli prawo zrobić z nimi, cokolwiek tylko chcieli. A że ludzka pomysłowość w zadawaniu cierpień innym ludziom nie zna granic, bywało, że nie mieli oni nawet siły błagać o śmierć. Słuchając tych historii aż brała człowieka litość dla morderców, choć przecież oprawcy działali zgodnie z prawem.

     - Jak mogę pomóc? – spytałem zdecydowanym tonem.

     Adril spojrzał na mnie z wdzięcznością i nadzieją.

     - Coś tak czułem, że zechcesz mnie wysłuchać – uśmiechnął się.

     Chciałem pomóc, tylko nie bardzo wiedziałem, jak. 

     - Od czego mam zacząć? – spytałem niepewnie.

     Spoważniał.

     - Chciałbym zrobić z ciebie moje oczy i uszy… - wyznał. – Rozejrzyj się po Kruczej Skale. A nuż wpadniesz na tych zdrajców. Najlepiej zacząć w lokalu Geldisa Sadriego, „Rzygającym Parzydłaku”. Jeżeli czegoś się od niego dowiesz, sprawdź to. Nie mogę sobie pozwolić na błędy.

     Fakt. Tu pogłoski nie wystarczą, potrzeba żelaznych dowodów. A o te nie było łatwo. Organizacja była stara i przez wieki gromadziła doświadczenie w zacieraniu śladów i zrzucaniu podejrzeń na innych. Myśl że przez niedostateczne rozpoznanie mógłbym zabić niewinnego człowieka, naprawdę potrafiła ostudzić zapał. Rada jednak wydała mi się rozsądna. Barman zwykle wiedział najwięcej. Słyszał różne plotki, z różnych ust. Moje zadanie to przeanalizować je, złożyć w całość i dyskretnie sprawdzić. W myślach zacząłem sobie tworzyć plan działania. Przede wszystkim, dobrze byłoby wiedzieć coś więcej o przeciwniku.

     - Co możesz mi powiedzieć o rodzie Hlaalu? – spytałem.

     Adril zacisnął zęby.

     - Zdrajcy! – sapnął. – Wszyscy. Co do jednego. Współpraca z Cesarstwem wywindowała ich na polityczne i gospodarcze wyżyny, ale dobro Dunmerów nigdy nie leżało im na sercu.

     Cóż, nie było niczego złego we współpracy z Cesarstwem, oczywiście dopóki obie strony odnosiły z niej korzyści. Drugi rajca nie samą kolaborację miał im za złe, ale fakt, że ród Hlaalu prowadził ją nieuczciwie, kosztem reszty mieszkańców Morrowind, z wyraźną dla nich szkodą. Typowi karierowicze, pnący się w górę po cudzych karkach. Niejeden szanowany Dunmer utracił przez nich wszystko co posiadał.

     - Sądzę, że to był ich upadek – odrzekłem pytającym tonem.

     Adril potwierdził.

     - Hlaalu zasłużyli sobie na to co ich spotkało – odparł z westchnieniem. – Jak tylko Cesarstwo wycofało się z Morrowind. Byli kolaborantami, więc prości Dunmerowie szybko zrobili z nich kozły ofiarne, odpowiedzialne za wszystko, co złe.

     - Co w związku z tym stało się z rodem Hlaalu? – zapytałem.

     Adril spojrzał na mnie niepewnie. Wiedział, że byłem cesarskim legionistą. Zresztą, nie kryłem wcale swoich politycznych sympatii. Uznał jednak, że może zdobyć się ze mną na szczerość.

     - Przez lata rod Hlaalu witał Cesarskich z otwartymi ramionami – westchnął. – I czerpał z tego olbrzymie zyski. Gdy społeczeństwo nieco się uspokoiło, nikt już nie postrzegał ich jako wielkiego rodu. Wkrótce potem zostali wyrzuceni z Rady.

     - Dlaczego Dunmerowie nienawidzą Cesarstwa? – odważyłem się spytać.

     Ale Adril uśmiechnął się, potrząsając głową.

     - W czasie Kryzysu Otchłani, w całym Morrowind pootwierały się bramy piekielne. Cesarstwo wycofało z prowincji większość wojsk, aby rzucić je do obrony matecznika. W związku z czym byliśmy praktycznie bezbronni. Nie mieliśmy wtedy armii z prawdziwego zdarzenia, raczej kilka zbrojnych band.

     Mówił to wszystko łagodnym głosem, dając mi do zrozumienia, że sam nie czuje do Cesarstwa niechęci. Był światłym Dunmerem, który doskonale zdawał sobie sprawę, że Cesarstwo samo nie zdołało się obronić, gdy Mehrunes Dagon, okrutny daedryczny książę, rozpętał przed dwustu laty Kryzys Otchłani. Cesarz Martin Septim poświęcił wtedy własne życie i zginął, ratując to, co udało się uratować. On to wiedział, ale prości Dunmerowie poczuli się zdradzeni przez Cesarstwo, które zamiast obronić ich przed niebezpieczeństwem, pozostawiło ich na pewną zagładę. Musieli przeżyć prawdziwe piekło. Znałem wiele opowieści o tym okresie, kiedy to Cesarstwo w ówczesnym kształcie legło w gruzach.

     - Jak Dunmerom udało się to wszystko przetrwać? – pokręciłem głową z niedowierzaniem.

     - Ród Redoran wziął to wszystko w garść – odrzekł, nie bez dumy. – I pomału zaczął formować wojsko. Trwało to cale lata, ale koniec końców każdy musiał liczyć się z taka armią. Gdy napadli nas Argonianie, tylko dzięki armii rodu Redoran całe Morrowind nie znalazło się pod ich batem. Nie będzie wiele przesady w stwierdzeniu, że ród Redoran ocalił Dunmerów od zagłady.

     Ruszyliśmy wolno ścieżkom, w stronę Kamienia Ziemi.

     - Wspomniałeś coś o swoich źródłach – zagadnąłem.

     Skinął głową.

     - Mam kilku znajomych w innych dunmerskich osadach, rozsianych po całym Tamriel – stwierdził enigmatycznie. – Większość pochodzi z rodu Redoran, ale zdarzają się i członkowie innych rodów.

     - Może poproś ich, żeby to zbadali – podsunąłem.

     - Większość moich kontaktów mieszka na kontynencie – potrząsnął głową. – Wymiana listów nie jest dla nas szczególnie problematyczna, ale i ona potrafi trwać cale miesiące. Jednakże moim zdaniem, każdy strzęp informacji może w takich czasach okazać się bezcenny, jeżeli ród Redoran ma przetrwać.

     Przesadzał. Redoranie byli zbyt potężnym klanem, aby miał on czuć się zagrożony. Co innego, jeśli chodziło o poszczególnych dostojników.

     Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę. Wypytałem go o parę moim zdaniem istotnych szczegółów, po czym uprzedziłem go, że wprawdzie chcę pomóc, ale nie mam doświadczenia w takich sprawach. Obawiałem się, czy dam radę. Jedno lekkomyślnie rzucone słówko, jeden nie do końca przemyślany ruch, a mogę narobić więcej szkody niż pożytku. Komu tu zaufać, kogo się wystrzegać? Każdy mógł być w to zamieszany. O ile ufałem pod tym względem Velethowi, zupełnie nie wiedziałem, jakie nastawienie do rajcy mają pozostali mieszkańcy. Adril jednak nie podzielał moich obaw. Ufał w mój rozum i moje szczęście, które dotąd zawsze mi pomagało. Dostrzegł na mej piersi Gwiazdę Azury, która choć schowana pod ubraniem, często mi się wysuwała. Wiedział, co to znaczy i wiedział jak potężną zyskałem sobie opiekunkę. Niewykluczone, że jakimś tajemniczym, właściwym Dunmerom sposobem, wyczuł też otaczające mnie błogosławieństwo Mary i Meridii. Jego zdaniem, byłem najlepszym wyborem.

     Nie rozwiał tym moich wątpliwości. Ale widząc moja minę, dodał na odchodnym.

     - Bez obaw. Geldisowi możesz zaufać. Jest z nami od dawna.

     Dobre i to…

     Oczywiście, zaraz po powrocie do gospody, wszystko to powtórzyłem Lydii. Uznałem, że wobec niej przysięga zachowania dyskrecji mnie nie obowiązuje. Westchnęła tylko.

     - Jednym słowem, nie opuścimy tej wyspy tak szybko…

     - Wiesz, czego się obawiam? – spojrzałem jej w oczy. – Nawet jeśli wytropimy zabójcę, nawet jeśli go poślemy w zaświaty, to tak potężna organizacja jak Morag Tong zaraz wyśle następnego, dużo ostrożniejszego, którego już nie wytropimy.

     - To możliwe… - przyznała. – Ale co więcej możemy zrobić?

     - I jak poznać, który tu jest z Ulenów? – westchnąłem. – Oficjalnie ich nie ma. Opuścili osadę dawno temu. Jeśli tu są, ukrywają się i niełatwo będzie ich znaleźć.

     Jedyne, co przychodziło mi do głowy, to rozmowa z Geldisem. Skoro rajca zapewnił mnie, że mogę mu ufać, postanowiłem zagrać z nim w otwarte karty. Problem w tym, że póki co, nie było okazji. Wieczorem w gospodzie zrobiło się ciemno od gości i nie było mowy o rozmowie na osobności. Postanowiłem porozmawiać z nim nazajutrz.

     Gdy tylko zjedliśmy śniadanie, poczekaliśmy, aż lokal opustoszeje. Lydia zaczęła kręcić się po sali, pozornie bez celu, pilnując, by nikt niespodziewanie nam nie przeszkodził. Ja zaś podszedłem do kontuaru. Geldis nie od razu zorientował się, że coś mnie trapi.

     - Kopalnia jest otwarta – zagaił z wesołym błyskiem w oku. – Ludzie przychodzą się napić, a ja znów zarabiam! Jak za dawnych lat. Za wyczyszczenie Fortu Nocnego Mrozu należy ci się porządny napitek!

     A potem spytał, czego się napijemy, oczywiście na koszt firmy. Odwzajemniłem uśmiech i poprosiłem tylko o dwa kubki gorącej zbożówki. A potem pochyliłem się ku niemu i zniżyłem głos.

     - Adril Arano mówił, że możesz mi pomóc – odezwałem się, uważnie mu się przyglądając.

     Od razu domyślił się, o co mi chodzi.

     - No proszę… - uśmiechnął się z przekąsem. – Czyżby Adril zatrudnił szpiega?

     Pokręcił głową, ale również pochylił się w moją stronę i cichym głosem oznajmił.

     - Azura świadkiem, że on potrzebuje wszelkiej pomocy – zapewnił. – Od lat ugania się za Ulenami.

     Coś w jego glosie mnie zaniepokoiło. Może on wiedział, jak ich znaleźć?

     - Uważasz, że się myli? – spytałem ostrożnie.

     - Nie… - odrzekł Geldis powoli. – Po prostu zabiera się do tego od złej strony.

     - Masz lepszy pomysł? – spojrzałem mu w oczy.

     - Tak, mam – uczynił nieznaczny ruch głową. – Jeżeli chcesz złapać te śliskie zębacze, pozwól im się do siebie zbliżyć.

     Aż mnie zatkało. Że też o tym nie pomyślałem od razu! Przecież nic łatwiejszego niż udać niechęć do rajcy. Może Ulenowie połkną przynętę? Może sami mnie wtedy zaczepią? Choć z drugiej strony, byłem tu obcy. Mogli mi nie zaufać… 

     - Jak ich do tego zmusić? – mruknąłem zamyślony.

     Ale Geldis miał już odpowiedź gotową.

     - W pobliżu świątyni znajduje się grobowiec Ulenów – szepnął. – Ktoś zostawia tam na ołtarzu popielne bulwy. Jeśli poczekasz wewnątrz na tę osobę, na pewno zdobędziesz odpowiedź na swoje pytanie.

     I taka głowa marnowała się za barem!

     - Dlaczego nie powiedziałeś o tym Adrilowi? – spytałem zaskoczony.

     - Skąd wiesz, że tego nie zrobiłem? – westchnął. – Gdy tylko Adril i Gwardia Redoran się ruszali, Ulenowie byli krok przed nimi i znikali…

     Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Ruszyli z Gwardią i chcieli kogoś wyśledzić? Tu trzeba dokładnie na odwrót! Tu trzeba zniknąć, stać się niewidzialnym! I im mniej osób, tym lepiej.

     Dlatego postanowiłem, że tę misję wykonam sam. Zupełnie sam. Choćby nie wiem jak Lydia protestowała.

     - Dzięki za radę – uścisnąłem mu dłoń.

     - Podziękujesz, jak się uda – odrzekł zrezygnowany. – Do tej pory radzę czekać w grobowcu.

     Chyba nie bardzo wierzył w powodzenie misji. Ale ja tak. Bo skradać się to trzeba umieć!

     Na odchodnym spytałem go jeszcze, ale już przez czystą ciekawość.

     - Dlaczego Dunmerowie ostawiają popielne bulwy w swoich grobowcach?

     Uśmiechnął się.

     - Gdy Dunmer umiera, jego ciało jest poddawane kremacji, a następnie zwracane ziemi.

     Skinąłem głową. Wydało mi się nawet naturalną koleją rzeczy, że Dunmerowie, nieodmiennie związani z ogniem, używają go również do pogrzebów.

     - Jako że popielne bulwy pochodzą z tej samej gleby – ciągnął Geldis, - symbolizują odrodzenie i odnowienie. Przypominają o cyklu życia.

     Podziękowałem jeszcze raz, po czym chwyciłem oba parujące kubki i zaniosłem do stolika, gdzie po chwili przysiadła się do mnie Lydia. Geldis mruknął jeszcze, że o napitku nie zapomniał i postawi mi coś wieczorem. Coś wytworniejszego, niż ta nędzna zbożówka.

     Ku mojemu zdziwieniu, Lydia wcale nie sprzeciwiała się samotnej misji.

     - W razie czego, może trzeba będzie zniknąć – stwierdziła. – Tak naprawdę zniknąć. Ty to potrafisz, ja nie…

     Miała na myśli zaklęcie niewidzialności, ze Szkoły Iluzji. Niezbyt wprawnie, ale umiałem się już nim posługiwać. Inna sprawa, że wśród Dunmerów trudno było niepostrzeżenie używać magii. Wielu z nich się na niej znało i mogło wyczuć zakłócenia w przepływie magicznej mocy, jakie zawsze powodowało użycie zaklęcia przez kogoś w pobliżu. Sam potrafiłem to wyczuć.

     W myślach układałem sobie plan misji. Wejście do grobowca znajdowało się  niedaleko Przedmurza, w miejscu mało uczęszczanym, ale nie odludnym. Można było do niego wejść niepostrzeżenie. To zarówno plus, jak i minus. Plus, bo mogłem tam wejść tak, żeby nikt mnie nie zauważył. Minus, bo to samo mógł zrobić ten, którego szukam. Z kolei zaczajenie się w pobliżu i obserwowanie wejścia nie wchodziło w grę – uliczka była tu bardzo wąska i nie było się gdzie schować.

     Postanowiłem ukradkiem wejść do grobowca i zaczaić się gdzieś w środku. Miałem nadzieję, że będzie gdzie. I to musiałem sprawdzić jeszcze przed właściwą akcją. Najlepiej w nocy. Dzień postanowiłem spędzić na odpoczynku. Dlatego zaaplikowałem sobie południową drzemkę, aby w nocy nie czuć się zmęczonym.

     Ale niełatwo jest zasnąć, gdy wokół gwar, a myśli kłębią się w głowie. Przed oczami mignęły mi wizje potężnego maga, który omiata grobowiec Wykryciem Życia i demaskuje mnie tuż po wejściu. Albo stosuje Niewidzialność i nigdy nie dowiem się, kim on jest. W końcu, magia jest domeną Dunmerów i wielu z nich posługiwało się nią całkiem biegle.

     Przyszła mi też do głowy spóźniona refleksja, czy aby na pewno stoję po właściwej stronie. Zgodnie ze słowami Adrila, ród Hlaalu szukał zemsty za egzekucję, przeprowadzonym na swoim ziomku. Cóż takiego zrobił ten osobnik, że sięgnięto po tak drastyczne środki? Może niesprawiedliwie?

     Nie dałem rady zasnąć, ale odpocząłem. Postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej o sytuacji sprzed ponad stu lat. Tak, to świat Dunmerów! Sto lat to dla nich tyle, co dla nas czterdzieści, albo i mniej. Poczułem nawet ukłucie zazdrości, że będą oni oglądać ten świat również wtedy, gdy mnie już nie będzie. Żyli bardzo długo, niemal trzykrotnie dłużej niż ludzie. Może dlatego byli tak pamiętliwi? Ludziom mogło wydać się małostkowością, że elf mści się za coś, co wydarzyło się w zamierzchłej przeszłości, ale nie wolno było zapomnieć, że to, co dla człowieka było odległą historią, znaną mu z jedynie dziejów, Dunmer mógł doskonale pamiętać i przeżywać do dziś. 

     Postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej o tym wydarzeniu. Jak? Po prostu, wykorzystałem kolejną chwilę zastoju w interesach i spytałem o to Geldisa. Chętnie opowiedział mi tę historię.

     - W dziewięćdziesiątym piątym roku Vilur Ulen przybył do Kruczej Skały – zaczął, - z zamiarem przejęcia miasta. Drań myślał, że podburzy miejscowych i wykorzysta te emocje przeciwko Gwardii Redoran, a potem niepostrzeżenie zamorduje rajcę Morvayna.

     - Vilur sam to zrobił? – spytałem zaciekawiony.

     - Przybył sam – potwierdził Geldis. – Ale sypał groszem tak obficie, że zdołał zawrócić ludziom w głowach. Połowa miasta stanęła po jego stronie. Uwierzysz?

     Oburzenie zabrzmiało w jego głosie. Słyszałem przedtem, że zasługi Redoran, a zwłaszcza rodziny Morvaynów, dla Kruczej Skały są wręcz ogromne. Ponoć to oni dźwignęli miasto z ruiny, po opuszczeniu go przez Cesarskich. Odebrać im miasto, to jak odebrać im dziecko, z krzywdą dla obu stron.

     - Jak pojmano Vilura? – zapytałem.

     - Nie docenił Gwardii Redoran – odrzekł, z wyraźną dumą w glosie. – Byli dobrze zorganizowani i sprawnie położyli kres przewrotowi. Vilur próbował uciekać, ale schwytał go sam kapitan Veleth. Niedługo potem Vilur Ulen został stracony, a jego szczątki złożono w grobowcu Ulenów.

     Uśmiechnąłem się pod nosem. Patrząc na Veletha nie sposób było się domyślić, że uczestniczył w wydarzeniach, które miały miejsce ponad wiek temu. Trzymał się naprawdę nieźle, nawet jak na Dunmera.

     - Jeśli cię to interesuje – uśmiechnął się Geldis, - to z drugiej strony sali, tam w tym ciemnym kącie, jest regał z książkami. Jest tam wolumin o historii najnowszej Kruczej Skały i ten incydent został tam dokładnie opisany.

     - A, owszem, interesuje mnie – odparłem. – Ale teraz nie mam czasu na lekturę. Zmierzcha, więc na mnie czas.

     Zrobił do mnie oko, domyślając się, co mam zamiar zrobić. Zresztą, do gospody zaczęli schodzić się goście, więc musieliśmy przerwać rozmowę. Do kontuaru podszedł Garyn, właśnie w chwili, gdy ja podniosłem się ze swego stołka. Po przyjacielsku klepnął mnie w ramię i uśmiechnął się.

     - Twoje czyny były dla nas istnym błogosławieństwem – zapewnił. - Serio! – dodał, widząc moją minę.

     Miał na myśli zarówno ponowne uruchomienie kopalni, jak i uwolnienie jego ziomków od wpływu Miraaka i oczyszczenie Kamienia Ziemi. Mruknąłem, żeby podziękowali Craesciussowi, nie mnie. To jego upór doprowadził nas do odkrycia nowego chodnika w kopalni. I choć przejście do kurhanu zostało zabezpieczone na powrót, aby górnicy nie niepokoili umarłych, tuż obok niego odkryto nowe złoża ebonu. Ale Garyn tylko się roześmiał.

     Idąc do swego pokoju, zerknąłem na schody. Do gospody schodziła właśnie Drelyna Alor, córka Fenthisa, tego kupca, który skupował ode mnie medaliony Kompanii Wschodniocesarskiej. Ona też uśmiechnęła się do mnie i musiałem przyznać, że umiała się uśmiechać. Wiedziałem, za co jest mi wdzięczna, choć nigdy mi tego nie powiedziała. Ale dowiedziałem się od Lydii, przed okiem której nic się nie ukryje. Dzięki ponownemu uruchomieniu kopalni, interesy Fenthisa zaczęły iść lepiej, więc porzucił on zamiar opuszczenia Kruczej Skały. Przez to ona nie musiała rozstawać się z kimś, kto tu mieszkał i kto nie mógł podążyć za nią. Nie wiedziałem wprawdzie, kto to, ale uznałem, że to nie moja sprawa.

     Odwzajemniłem uśmiech.