piątek, 22 września 2017

Rozdział I - Krucza Skała

     Trakt z Zimowej Twierdzy do Wichrowego Tronu wiódł prosto na południe. To jedyny odcinek trasy, na którym szło się w miarę prosto. Zwykle mocno w tym miejscu wiało, bowiem droga wiodła zboczem góry, i nic nie osłaniało jej od zimnych podmuchów z Morza Duchów. Tym razem jednak było spokojnie, a wiatr dmuchał bardzo łagodnie w nasze plecy. Wkrótce miało się to skończyć, a droga miała skręcić na zachód, w kierunku Fortu Kastav i od tego momentu wydłużała się niemiłosiernie, biegnąc najczęściej w poprzek obranego kierunku. W linii prostej z Fortu do Wichrowego Tronu wcale nie było daleko. No, ale to jest Skyrim, zawsze trzeba obejść jakiś zaśnieżony szczyt, czy stromy łańcuch górski. Wskutek tego, droga między tymi dwoma punktami pieszemu wędrowcowi zabierała całe dwa dni i to pod warunkiem, że maszerował naprawdę energicznie.

     W Forcie udzielono nam kwater, jak zawsze. Rankiem wyruszyliśmy w dalszą drogę, biegnącą w sporym wąwozie. Po południu dotarliśmy do gospody „Przy Nocnej Bramie”. Był to samotnie stojący budynek nad małym jeziorkiem. Urokliwe i spokojne miejsce. Słońce jeszcze stało wysoko, ale wiedzieliśmy, że czeka nas długa droga i do miasta zaszlibyśmy dopiero nad ranem. Tutaj więc przenocowaliśmy i odpoczęliśmy, by przed świtem wyruszyć w dalszą drogę.

     Minęło południe, gdy dotarliśmy do rzeki Yorgrin. Trakt wzdłuż jej nurtu prowadził już prosto do Wichrowego Tronu. I wtedy znów zaatakowali nas kultyści.

     W czasie naszego pobytu w Akademii, Miraak i jego wyznawcy wydali mi się dalecy i nierealni. Dziś znów tajemniczy osobnicy w maskach stanęli nam na drodze. Byli we trzech, jak zawsze. Sami Dunmerowie, o czym przekonaliśmy się, gdy z pokonanych już przeciwników ściągnęliśmy szkaradne maski. Musieli przybyć do Skyrim niedawno, zapewne dopiero wczoraj, lub dzień wcześniej, bo sakiewki mieli wciąż pełne. Być może marynarze ze statku, kursującego między Skyrim i Solstheim coś nam powiedzą na ich temat?

     Wieczorem dobrnęliśmy wreszcie do Wichrowego Tronu. Gospoda „Pod Knotem” przywitała nas smakowitymi zapachami i wygodnym łóżkiem. Należało nam się jedno i drugie.

     Rankiem udaliśmy się do portu. Przy kei stało kilka łodzi rybackich i dwie nieduże jednostki kupieckie. Spytałem o „Dziewicę Północy”. Doker wskazał mi jeden ze statków. Solidny, dobrze utrzymany, spodobał nam się. Ruszyliśmy w stronę kei.

"Dziewica Północy", przycumowana do kei w porcie w Wichrowym Tronie

     Kapitan statku był jasnowłosym, wysokim Nordem, przed czterdziestką. Zwał się Gjalund Rozsądny i naprawdę zasłużył sobie na ten przydomek, o czym przekonaliśmy się wkrótce. Gdy weszliśmy na pokład, siedział właśnie zamyślony obok masztu. Na nasz widok podniósł głowę i spojrzał na nas pytająco. 

     Upewniliśmy się, że to istotnie „Dziewica Północy”, ale na moje pytanie, czy zabierze dwoje pasażerów, kapitan westchnął tylko.

     - Jeśli chcesz się dostać na Solstheim, to masz pecha – oświadczył. – Nigdy tam nie wrócę.

     Spojrzeliśmy zdziwieni po sobie.

     - Jesteś kapitanem „Dziewicy Północy”? – upewniłem się.

     - Jasne – odparł. – Ta, to ja. A czemu pytasz? Kto cię przysłał?

     Westchnąłem cicho.

     - Zaatakowali nas kultyści, którzy przypłynęli na twoim statku – odrzekłem.

     - Hola, hola! – ożywił się. – To nie moja wina!

     Wstał i zamachał rękami.

     - Nie wiedziałem, że kogoś napadną!

     Chwyciłem go za ramię i przyjaźnie kiwnąłem głową. Uspokoił się, zrozumiawszy, że nie mam zamiaru go oskarżać.

     - Nawet nie wiem, jak się tu znalazłem – wyznał zniżonym głosem, aby nie usłyszała go załoga.

     Teraz ja pokręciłem głową. Nie wiedziałem, o czym mówi.

     - Jak to, nie wiesz, jak się tu znalazłeś? – spytałem. – Przypłynąłeś tu, prawda?

     - Trudno to wyjaśnić – westchnął. – Pamiętam ludzi w maskach, wchodzących na pokład. A potem… - wzruszył ramionami. – Następne co pamiętam, to to, że byłem tutaj – wskazał na port, - a oni zniknęli.

     Znów pokręcił głową, zdezorientowany, a w jego oczach pokazał się strach.

     - Nie powinienem tak zapomnieć kilku dni – szepnął. – Od jakiegoś czasu dzieje się coś dziwnego, ale po czymś takim… - westchnął. – Mam dość. Nie wrócę na Solstheim!

     Spojrzeliśmy po sobie i uśmiechnęliśmy się oboje. Jasne, że wróci, przecież z tego żył. Miał tam zobowiązania. Po prostu, chwilowo czuł się przerażony i zdezorientowany, bo nie rozumiał, co się stało. Dla nas było jednak jasne, że kultyści, biegli w magii, zastosowali jakieś zaklęcie, wymazujące pamięć.

     - Wrócisz – odparłem przekornym tonem. – Zabierzesz mnie na Solstheim.

     - Czy ty mnie nie słuchasz? – jęknął. – Nie wrócę tam!

     - Zapłacę ci podwójną stawkę.

     Ten argument zawsze działał na handlowców. Podziałał i tym razem. Widma pięciuset złotych septimów nie da się tak po prostu odrzucić.

     - Cóż, muszę zarabiać na życie – mruknął, drapiąc się po brodzie.

     Spojrzał na chmury, rozejrzał się wokół i wciągnął powietrze nosem. Ekspertyza pogodowa musiała dać bardzo zadowalające wyniki, bo rozjaśnił twarz i oznajmił.

     - Natychmiast odpływamy!

     Jako pasażerowie, nie mieliśmy nic do roboty. Staraliśmy się tylko nie przeszkadzać. Nagle padło wiele zupełnie dla nas niezrozumiałych rozkazów. Na pokładzie zadudniły stopy marynarzy. Część z nich rzuciło się do wioseł, jeden stanął przed masztem, dwóch chwyciło grube liny, którymi przycumowano statek do kei.

     Gjalund stanął przy sterze. Nakazał odcumowanie. Grube liny gruchnęły o pokład, a marynarze wskoczyli zaraz za nimi, po czym zaczęli odpychać statek od kei. Używali w tym celu długich, drewnianych drągów, zakończonych żeleźcem, w kształcie kolca i odchodzącego od niego haka. Wyglądało to jak niesamowicie długa gizarma, ale oni mówili na to "bosak". Gdy kadłub odsunął się od drewnianego pomostu, padła komenda „Wysuń wiosła!” i z obu stron wystrzeliły jasne drzewce, równo, jak legioniści w czasie musztry. Padło jeszcze kilka komend, których nie zrozumiałem. Wiosła zanurzyły się w wodzie i nagle, ku mojemu zdumieniu, marynarz, stojący przed masztem, zaczął śpiewać. Śpiewał głośno i całkiem ładnie, wybijając sobie rytm stopą. Była to dziwna pieśń, o falach, sztormie i wrakach na dnie morza. Marynarz śpiewał jeden wers, a pozostali, przy wiosłach, odpowiadali mu chórem, naśladując dźwięk gromu. Statek, popchnięty równym, silnym ruchem wioseł, drgnął, jakby coś w niego uderzyło. I znów… i znów… I nagle keja zaczęła się od nas oddalać, zupełnie, jakby to ona odpływała, a nie my.

     Bosaki wylądowały w mosiężnych, zapewne specjalnie po to przygotowanych uchwytach, a dwaj marynarze zajęli się skręcaniem cum w równe kręgi. Statek tymczasem raźno pruł wody Białej Rzeki, zbliżając się do ujścia.

     Sam będąc oficerem, choć niespecjalnie doświadczonym, umiałem docenić profesjonalizm marynarzy. Każdy wiedział, co robić. Komendy kapitana służyły jedynie synchronizacji ich ruchów. Marynarz przy maszcie wciąż śpiewał, marynarze wciąż odpowiadali mu zgodnym chórem, a my po prostu chłonęliśmy piękno tej niezrozumiałej dla nas chwili. Czyżby to był rodzaj śpiewanej modlitwy, z prośbą o pomyślność w czasie rejsu?

     Minęła godzina, gdy minęliśmy ujście Białej Rzeki. Od razu poczułem lekkie kołysanie. Kapitan z lubością wciągnął w nozdrza świeże powietrze. Zrobiłem to i ja i od razu wyczułem inny zapach. Świeży, czysty i odżywczy. Zapach morza.

     Padła kolejna komenda i wiosła znikły jak zdmuchnięte. Zamiast tego marynarze stanęli przy linach, a czterech zwinnie wdrapało się po sznurowych drabinkach na maszt i stanęło na linie, rozciągniętej pod reją. Pieśń również się zmieniła. Teraz miała inny rytm. Przy pierwszych słowach marynarze na maszcie pociągnęli jakieś liny i… Z masztu, niby kaskada, spłynął biały, prostokątny żagiel. Załopotał na wietrze, ale marynarze, w rytm pieśni, szarpnęli za inne sznury. Żagiel napiął się i wypełnił. Statek lekko przechylił się lekko na prawą burtę i pomknął przed siebie, jak pchnięty czarodziejską siłą. Marynarze nie ustawali. Przed głównym żaglem zaczął piąć się w górę drugi, trójkątny, rozpięty na linie, podtrzymującej maszt z przodu. Jeśli dobrze zrozumiałem, mówili o nim „sztaksel”…

     Już po chwili mknęliśmy przed siebie, słysząc tylko gwizd wiatru w takielunku. Tak, poznałem wtedy takie słowo! Chociaż wtedy myślałem, że to ten długi proporczyk na czubku masztu…

     Podszedłem do kapitana. Gdy statek sunął przed siebie, on wydawał się być innym człowiekiem. Jeszcze niedawno zagubiony i przestraszony, tu śmiał się radośnie do fal i zdawał się w pełni panować nad statkiem. Widać było, że kochał morze.

     - Ta pieśń – spytałem. – To jakaś modlitwa?

     Spojrzał na mnie pobłażliwie, po czym uśmiechnął się.

     - To szanta – wyjaśnił. – Marynarze śpiewają po to, by utrzymać rytm pracy. To narzędzie, jak każde inne. Ale przyznasz, że piękne, prawda?

     - Zadziwiające – uśmiechnęła się Lydia. – Chociaż, czy powinno nas to dziwić? Legioniści też śpiewają w marszu. I też z tego samego powodu.

     - Suniemy jak mewa – uśmiechnął się Gjalund. – Jutro około południa będziemy na miejscu. Mam nadzieję, że nie będzie kłopotów z towarem – zasępił się nieco.

     - Jakich kłopotów?

     - Dunmerowie z Solstheim zamówili u mnie sporo towarów – odparł. – Sęk w tym, że gdy dopłynąłem do Wichrowego Tronu, okazało się, że Kompania wywindowała ceny pod sufit – przewrócił oczami. – Nie wiem, czy Dunmerowie mi tyle zapłacą. Umawialiśmy się inaczej. Ale co miałem zrobić? Płynąć tam z pustą ładownią i pytać, czy się zgadzają?

     Widać pasażer, płacący podwójną stawkę, spadł mu jak z nieba. Nie miał pewnie zbyt wiele zarobić na tym rejsie, o ile w ogóle coś zarobi.

     Przez pół dnia włóczyliśmy się po pokładzie, obserwując morze i czasami ledwo widoczny, błękitny zarys lądu po prawej stronie. Oddychałem głęboko i czułem się szczęśliwy. Oto spełnia się jedno z moich marzeń! Stoję na pokładzie statku i sunę przez bezkresne morze! Naprawdę, nie w wyobraźni! Dziób statku przede mną, spieniony ślad na wodzie za mną. Ja to naprawdę widzę… A w płuca wciągam czysty i niczym nie skalany zapach morza. Jest jakaś magia morskiego powietrza, że znikają troski, a każdy wdech wydaje się orzeźwiający i uzdrawiający.

     Potem zaczęło trochę kołysać i nasza pewność siebie nieco zmalała. Kadłub wspinał się na fale, po czym opadał z drugiej strony, obryzgując pokład lodowatą wodą i gwałtownie zadzierając rufę, aż musiałem przytrzymać się masztu, aby nie upaść. Spojrzałem na Lydię. Jej blada zwykle buzia tym razem przypominała papier. Kapitan, widząc nasze niewyraźne miny, poradził nam patrzeć na horyzont, aby nie dopadła nas choroba morska. Ale nie to było moim zmartwieniem. Choroba mnie nie zaatakowała. Po prostu nagle poczułem, jak krucha jest ta łupinka, gdy porównać ją do potęgi żywiołu. Stojąc w porcie, statek sprawiał wrażenie solidnego i mocnego, ale tu, na pełnym morzu, gdy zaczął trzeszczeć i skrzypieć, w dodatku wciąż, z regularnością dwemerskiego mechanizmu, pokład zalewała woda, zdjął mnie strach. Przeciwko potędze żywiołu nie umiałem walczyć. Morze, jeśli zechce, zgniecie nas i wessie, a jedyne, co mogę wtedy zrobić, to polecić swą duszę Arkayowi.

     Jeden z marynarzy podszedł do nas i podał nam metalową manierkę.

     - Pociągnijcie po solidnym łyku – poradził. – To pomaga.

     Przytknąłem podaną mi manierkę do ust. W nozdrza buchnął mi słodkawy zapach, jakiego przedtem nie znałem, przypominający trochę wanilię. Pociągnąłem łyk i o mało się nie udusiłem. Nigdy w życiu nie piłem czegoś równie mocnego i palącego w gardle! Wydawało mi się, że wlewam sobie w usta ogień! Lydia, widząc moją minę, łyknęła nieco ostrożniej, ale i ona wybałuszyła oczy, próbując przełknąć. Marynarz roześmiał się w głos.

     - Dobry rum to najlepszy przyjaciel marynarza! – oznajmił. – Tylko nie wolno przesadzić. Ot, po łyku, żeby oszukać fale!

     Nie wiem, jak niby miałbym oszukać fale, ale rzeczywiście poczułem się lepiej. Lekki zawrót głowy sprawił, że kołysanie wydało mi się już niestraszne. Lydii również wróciły na twarz rumieńce. Ale wiedzieliśmy oboje, że więcej próbować tego specyfiku nie będziemy.

     Wieczorem morze nieco się uspokoiło. Fale zmniejszyły się, podmuchy wiatru złagodniały. Ku mojemu zdziwieniu, kapitan wcale nie był z tego zadowolony. Obrzucił uważnym spojrzeniem lekko pofalowaną powierzchnię morza, po czym zerknął w niebo i zmarszczył brwi.

     - Mam nadzieję, że nie dopadnie nas flauta – mruknął pod nosem. – To byłaby katastrofa.

     Nie wiedziałem, o czym mówi, ale jego niepokój udzielił się i mnie. Czyżby miał na myśli jakiegoś potwora morskiego? Nigdy nie słyszałem o flautach, a wstyd było mi spytać, co to takiego. Wyobraziłem ją sobie jako morskiego smoka, bez skrzydeł, za to z ogromną paszczą, będącą w stanie połknąć cały statek na raz. Poczułem się jednak pewniej. Z potworami to ja już dam sobie radę! W prawdzie z morskimi nigdy jeszcze nie walczyłem, ale zapewne mój łuk oraz odpowiedni Krzyk pokonałyby takiego stwora, a przynajmniej sprawiły mu nieco kłopotu.

     Przez jakiś czas uważnie wpatrywałem się w zamierające fale, czy nie mignie mi między nimi ciemna sylwetka jakiejś flauty. Byłem gotów bronić statku i załogi przed każdym potworem, znanym mi, czy nie znanym. Ale potem zrobiło się ciemno i tyle było z mojego stróżowania. Na dziobie i rufie zapalono niewielkie latarnie. Nie wiedziałem po co, bo wiele światła nie dawały, ale nie zadawałem pytań. Poszedłem pod pokład, by się nieco przespać. Lydia była tam już od dawna, znudzona jednostajnym krajobrazem. Nie chcąc mącić jej spokoju, nie wspomniałem o tajemniczych flautach. Postanowiłem jednak czuwać tak długo jak się da, gotowy do walki na każde zawołanie marynarza z pokładu. Ale nie doceniłem potęgi morza, które swym kołysaniem uśpiło mnie w krótkim czasie, niby niemowlę w ramionach matki.

     Rankiem obudziło nas wołanie jednego z marynarzy.

     - Hej, wstawajcie, szczury lądowe! – zarechotał rubasznie. – Widać już cel podróży!

     Zrywając się z hamaka, podziękowałem w myślach bogom, że w nocy nie zaatakowała nas żadna flauta. Lydia za to zaplątała się w linki i gruchnęła na podłogę, jak wielka gruszka.

     - Nic mi nie jest! – zawołała wesoło. – Pomóż mi.

     Pomogłem Lydii wyplątać się z hamaka. Przy okazji dowiedziałem się, że tutaj nazywa on się koja. Marynarze, jak widać, lubią wszystko nazywać po swojemu, inaczej niż wszyscy. Wybiegliśmy na pokład. Kapitan stał na dziobie i z zamyśloną miną spoglądał przed siebie. W oddali ciemnym błękitem majaczył ląd.


Widok na Przedmurze z pokładu "Dziewicy Północy"

     - Solstheim – oświadczył na nasz widok. – Niedługo będziemy w Kruczej Skale.

     - To jakieś miasto? – spytałem.

     - Główny port Solstheim – odparł. – Dunmerska osada. Niewielka, ale i tak największa na tej wyspie. Tu nie ma dużych miast.

     - Kto jest jarlem?

     Kapitan roześmiał się.

     - To nie Skyrim – odparł. – Tu nie ma jarlów. Solstheim jest częścią Morrowind. Rządzą rajcy, przedstawiciele rodu Redoran. Na pewno o nich słyszałeś.

     Skinąłem głową. Redoranie byli zamożnym, dunmerskim klanem i nie sposób było o nich nie słyszeć nawet w Skyrim, choćby w dokach Kompanii Wschodniocesarskiej, skąd wiele towarów trafiało właśnie do nich.

     Ląd przybliżał się. Zrazu wolno, potem jakby szybciej, choć kapitan zapewniał mnie, że to tylko złudzenie. Port znajdował się w niedużej zatoce, odgrodzonej od wnętrza wyspy stromą skałą. Po chwili ujrzałem już pierwsze zabudowania.

     - Widzisz ten mur? – kapitan wskazał ręką. – Wygląda jak skała, ale to dzieło ludzkich rąk. Nazywają to Przedmurzem. Gdyby nie ono, wulkan szybko zasypałby całą osadę popiołem.

     - Wulkan? – spytałem z niepokojem. – Masz na myśli prawdziwy wulkan?

     - Oczywiście – skinął głową. – Już od wielu lat nie pluje lawą, ale wciąż dymi i regularnie zasypuje tę część wyspy popiołem. Całe południowe wybrzeże jest nim pokryte.

     - Biedacy – szepnęła Lydia.

     - To przecież Dunmerowie – kapitan potrząsnął głową. – Popiołu się nie boją, nawet gorącego. A dzięki temu mogą uprawiać rzadkie rośliny, które nigdzie indziej nie rosną. Gdy tam będziesz, spróbuj potrawki z boleśniaka, albo z bulw popielnych. Mają dziwny smak, ale jak się przyzwyczaisz, polubisz je.

     Wbiłem oczy w Przedmurze, które wciąż jeszcze zakrywało port przed naszym wzrokiem. Kapitan tymczasem opuścił nas i stanął przy sterze, polecając załodze zająć stanowiska. Marynarze szybko uporali się z głównym żaglem. Stanęli do wioseł, ale statek wciąż płynął, choć dużo wolniej, ciągnięty przez trójkątny żagiel na dziobie i wydawało się, że nie będą one potrzebne. Minęliśmy załom Przedmurza i naszym oczom ukazał się port. Jednocześnie do moich nozdrzy dotarła woń, której do tej pory nie znałem. Był to zapach wulkanu, który miał nam odtąd towarzyszyć. Blask słońca nieco złagodniał. Wiszący w powietrzu wulkaniczny pył filtrował światło słoneczne, pozbawiając je ostrości, a dodając lekko czerwonawej barwy.

     - No i proszę, oto Krucza Skała – mruknął Gjalund. – Nie mogę powiedzieć, że raduję się na ten widok…

     Kapitan zręcznie doprowadził statek do kei. Jeszcze zanim dobiliśmy, rzucił jakiś rozkaz, coś o luzowaniu jakiegoś szota – bogowie raczą wiedzieć, co to – i jeden z marynarzy zwolnił linę przy żaglu, pozwalając mu swobodnie i hałaśliwie łopotać. Statek sunął jeszcze przez chwilę przed siebie, wciąż zwalniając, po czym zatrzymał się, a dwaj marynarze z bosakami przypilnowali, by zrobił to w odpowiednim miejscu. Dwaj inni wyskoczyli na drewniany pomost, ciągnąć za sobą grube cumy. Reszta odłożyła wiosła i zajęła się zwijaniem i układaniem sztaksla. Byliśmy na miejscu.

     Keja, do której przybiliśmy, biegła wzdłuż Przedmurza, które rzucało na nią cień. Prowadziła prosto do bramy, a ta do miasta. Pożegnanie z załogą było krótkie i niewylewne. Kapitan uścisnął nam tylko dłonie.

     - Powodzenia – uśmiechnął się. – Może uda wam się połapać, co się tu dzieje.

     Niewiele mieliśmy ze sobą rzeczy. Jeszcze przed przybiciem do brzegu przebraliśmy się w nasze zbroje, bo wygodniej było nosić je na sobie, niż targać w niezgrabnym tobołku. Poza tym jedynie nasza broń, trochę ubrań i prowiantu. Życie żołnierzy nauczyło nas racjonalnie gospodarować swoim ekwipunkiem. Wskutek tego, gdy opuszczaliśmy pokład, wyglądaliśmy dość dziwnie, zupełnie nie jak podróżnicy. Raczej jak żołnierze elitarnej jednostki, przysłanej ze specjalnym zadaniem. I to thalmorskiej! Nie zdziwiło nas więc, że tuż za trapem na drodze stanął nam wysoki Dunmer w eleganckiej szacie.

     - Nie poznaję was – odezwał się, marszcząc brwi. – Więc zakładam, że to wasza pierwsza wizyta w Kruczej Skale. Co was tu sprowadza?

     Wysławiał się swobodnie i śpiewnie, niczym Cyrodiilijczyk. Niewiele gestykulował i robił to bardzo oszczędnie, jak mają to w zwyczaju wielmoże. Widać było po nim, że to ktoś znaczny. 

     Skłoniłem się lekko - niezbyt uniżenie, ot, żeby zachowywać się uprzejmie – i wymieniłem nasze imiona. Nic mu nie powiedziały. On sam nazywał się Adril Arano i był drugim rajcą Kruczej Skały.

     - Szukam Miraaka – odezwałem się, przyglądając mu się uważnie. – Znasz go?

     Gdy wymówiłem to imię, brwi Dunmera drgnęły. Zmarszczył czoło, jakby usiłował sobie coś przypomnieć, ale najwidoczniej nie zdołał.

     - Miraak – mruknął powoli, wciąż grzebiąc w pamięci, by w końcu potrząsnąć głową. – Chyba nie mogę ci pomóc.

     Cóż, bywa. Popytam gdzie indziej.

     - Pamiętaj tylko – ciągnął Adril, - że Krucza Skała to ziemie Redoran. Jesteś w Morrowind, nie w Skyrim, w związku z czym musisz przestrzegać naszych praw. Jakieś pytania?

     Uśmiechnąłem się lekko.

     - Dlaczego jesteś tak podejrzliwy wobec gości? – spytałem.

     Przez chwilę spoglądał na mnie uważnie, ale w końcu również się uśmiechnął.

     - Muszę taki być – rozłożył ręce w przepraszającym geście. – Jako drugi rajca Kruczej Skały, muszę dbać o bezpieczeństwo powierzonego mi miasta.

     - Były jakieś problemy? – spytałem. – W kwestii bezpieczeństwa…

     - No – uśmiechnął się znów i wskazał ręką w kierunku osady, - nie jest to Czarny Błysk. Żyjemy na skraju dziczy, w związku z czym kłopotów ci u nas dostatek. Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy nie zamierzam zawieść rajcy Morvayna.

     Gdy złagodził nieco ton, wydał mi się całkiem sympatyczny. Zacząłem więc wypytywać go o tutejsze zwyczaje i prawa. Wiedziałem już, że nie ma tu jarlów, są za to rajcy. Ale ich rola wydała mi się nieco inna, choćby przez fakt, że było ich więcej niż jeden.

     - Rajca Morvayn reprezentuje wolę rodu Redoran na Solstheim  - wyjaśnił Adril z powagą. – Ja, jako drugi rajca, wspieram jego działania i dbam o to, aby zachowany został majestat władzy.

     Pokiwałem głową. Zatem rola rajcy była podobna, tyle tylko, że decyzje podejmowano wspólnie, po naradzie, a nie jednostronnie, jak czynili to jarlowie. Choć z drugiej strony, czyż w Białej Grani Proventus nie pełnił roli drugiego rajcy? A Irileth trzeciego? Balgruuf zawsze zasięgał ich rady, zanim podejmował jakieś ważne decyzje. Zatem Biała Grań i, jakże się to miasto nazywało, Czarny Błysk, wcale nie musiały różnić się aż tak bardzo. Ciekawe, co to za miasto…

     - Czym jest miasto Czarnego Błysku? – spytałem zaciekawiony.

     Uśmiechnął się wyrozumiale. Tak jak on nie miał zbyt wielkiej wiedzy na temat Skyrim, tak ja nie miałem jej na temat Morrowind.

     - Twoja nieznajomość losów naszej ojczyzny wcale mnie nie zaskakuje – pokiwał głową. – Czarny Błysk to stolica Morrowind. Pełni tę rolę od dnia, w którym Argonianie złupili Twierdzę Smutku. Ja już jej zasadniczo nie odwiedzam, ale chętnie przyjmuję towary, które stamtąd przypływają.

     Przy tych słowach roześmiał się zawadiacko, a my mu zawtórowaliśmy.

     - Argonianie najechali Morrowind? – spytałem.

     Zarówno Adril, jak i Lydia pokiwali głowami. Cóż, moja żona więcej czasu spędziła w bibliotece, niż ja i lepiej znała historię poszczególnych prowincji.

     - Tak, ładnych parę lat temu – odparł Adril. – Utopili we krwi całe południe Morrowind. Nikt do końca nie wie, czemu nas najechali. Może chcieli zdobyć nowe ziemie, a może zemścić się za lata niedoli. Może i to i to… Ale to nieistotne. Ważne jest to, że tysiące Dunmerów pożegnało się z życiem, a jeszcze więcej musiało uciekać z ojczyzny.

     - Krucza Skała to wyłącznie dunmerska osada? – rzuciłem następne pytanie.

     - Krucza Skała była niegdyś cesarską osadą – odparł. – Ale ludzie wynieśli się stąd mniej więcej wtedy, gdy na wyspie osiedlili się pierwsi Dunmerowie. Zostawili miasto pogrążone w chaosie, ale gdy przejął je ród Redoran, szybko zostało doprowadzone do porządku i stało się nasze. Stworzenie na tej wyspie warunków do życia było nie lada wyzwaniem – wypiął dumnie pierś, - ale dziś z dumą mogę powiedzieć, że to mój dom.

     Na pożegnanie spytałem go jeszcze raz, w nadziei, że coś sobie przypomni.

     - Wiesz kim jest Miraak?

     - Ch… Chyba nie… - podrapał się po brodzie, marszcząc czoło. – Klnę się, że znam to imię, ale nie umiem przypisać go do konkretnej osoby.

     - Możesz mi coś o nim powiedzieć? – westchnąłem.

     - Chyba nie… - pokręcił głową. – Nie… Wydaje i się, że to imię jest jakoś powiązane z Kamieniem Ziemi, ale nie umiem powiedzieć, jak dokładnie.

     Kamień Ziemi! No cóż, marna to wskazówka, ale lepsza taka niż żadna. Upewniłem się, że Kamień Ziemi to pulsujący magią głaz, leżący na wybrzeżu, wokół którego dawni mieszkańcy tych ziem zbudowali skromną kapliczkę, czcząc go jako święty.

     - Pamiętaj, że patrzymy ci na ręce – rzekł Adril na odchodnym.

     Ale chyba nawet on nie brał poważnie tej groźby. Zaraz zresztą wdał się w rozmowę z kapitanem i zdawało mi się, że o nas zupełnie zapomniał.

     - Gjalund! – uśmiechnął się. – Już zacząłem się zastanawiać, co się z tobą stało!

     Zerknąłem w ich stronę. Kapitan miał niewyraźną minę. Widać było po nim, że prędzej skoczy do morza, niż przyzna się do tego, że niczego nie pamięta z ostatniej wyprawy.

     - My… - zaczął niepewnie, - uch… Mieliśmy opóźnienie przez złą pogodę…

     Szybko zmienił temat.

     - Zanim zapytasz… Tak mam zamówione przez ciebie zapasy, ale… - potarł nos z zakłopotaniem.

     - Ale co? – popędził go Adril.

     - Ten ładunek kosztował mnie dwa razy więcej, niż uzgodniliśmy. Nic na to nie poradzę.

     - Gjalundzie – Adril pokręcił nosem. – Dobrze wiesz, że nie mamy tyle pieniędzy!

     Musiał to być naprawdę drogi ładunek, bowiem szaty rajcy świadczyły o czymś wręcz przeciwnym.

     - Słuchaj – wybuchnął Gjalund. – Kompania Wschodniocesarska nie dała mi wyboru. Znowu podnieśli ceny, a ja nic na to nie poradzę!

     Adril wzniósł oczy ku niebu.

     - Tyle lat minęło – westchnął, - a oni nadal próbują wycisnąć z nas ostatni grosz. Porozmawiam z Llerilem. Zobaczę, co da się zrobić.

     - No dobrze, Adril – rzekł kapitan pojednawczym tonem. – Nie spiesz się. Zapłacisz mi, gdy będziesz mieć pieniądze.

     Nie wiem, czym się to skończyło, bo opuściliśmy port i weszliśmy do osady. Przy bramie minął nas strażnik, ubrany w dziwną zbroję, nadającą mu niezgrabne kształty. Później dowiedziałem się, że to tania wprawdzie, ale całkiem mocna zbroja, wykonana z chityny. Innymi słowy, z pancerzyka konika popielnego, pospolitego tutaj owada. Tak twardy był to pancerzyk, że sklejając po kilka warstw, dawało się z niego zrobić całkiem wytrzymały, a przy tym lekki pancerz. Tylko kształtować nie można było go dowolnie, bo nie dawał się wygiąć i trzeba było wykorzystywać obłe kawałki tak, jak urosły na owadach. Z tego powodu, na pierwszy rzut oka strażnik wyglądał dość groteskowo.

Solstheim - Krucza Skała o zmierzchu

     Krucza Skała, choć szaro-bura od wulkanicznego popiołu, wyglądała dość malowniczo. Przede wszystkim, ze względu na zabudowania, w kształcie muszli. W okolicach portu stało wprawdzie kilka niskich kamienic, ale dalej zabudowa miała już zupełnie inny charakter. Budynki przypominały mi skorupę żółwia i zdziwiły mnie ich niewielkie rozmiary.

     Pewna Dunmerka, spytana o jakiś zajazd, czy gospodę, wskazała nam jeden z budynków, niczym nie różniący się od innych. Gdy otworzyliśmy drzwi, naszym oczom ukazał się hol, zajmujący całe wnętrze. Pośrodku znajdowały się szerokie schody, prowadzące w dół, do rozległej sali.

     Teraz wszystko stało się jasne. W obawie przed skutkami wybuchu wulkanu, praktyczni Dunmerowie budowali swoje domy pod ziemią. Solidne domy, o mocnych sklepieniach, przysypane warstwą ziemi, mogły wytrzymać uderzenie lawy. Ponad powierzchnię wystawały tylko wejścia, ukształtowane tak, aby pył wulkaniczny osuwał się po nich i nie zasypywał ich w przypadku kolejnej erupcji. Pod ziemią gospoda była całkiem obszerna i na swój sposób przytulna. Jej łagodne sklepienia i filary przypominały nieco wnętrze jaskini, albo podzamkowej piwnicy. I nie było tu duchoty, charakterystycznej dla podziemi. Wentylacja, jakakolwiek była, działała sprawnie. Podeszliśmy do lady, za którą stał wysoki, szczupły elf o pogodnym spojrzeniu czerwonych oczu.

     
Gospoda Rzygający Parzydlak - przedsionek i schody, prowadzące do właściwych pomieszczeń
     - Witaj w lokalu „Rzygający Parzydlak” – powitał mnie wesołym głosem. – Gdzie podawana jest najsmaczniejsza sujamma na świecie!

     Nie wiedziałem, co to sujamma, a uznałem, że na smakowanie dunmerskich przysmaków przyjdzie jeszcze czas. Poprosiłem o pokój dla dwu osób. Oberżysta skinął głową, zainkasował niezbyt wygórowaną zapłatę i zaprowadził nas ciemnym korytarzem do niedużej komnaty. Zamówiliśmy kolację. Zaoferował nam kilka smacznych jego zdaniem potraw, ale ich nazwy nic nam nie mówiły. Spytałem o ryby. Co jak co, ale ryba wszędzie smakuje tak samo. Miał, a jakże! Tylko uprzedził, że to trochę potrwa. Nie przeszkadzało nam to. Poprosiliśmy jeszcze, by na stół podał dzban piwa. Wcale nie był zdziwiony. Zapewne nieraz gościł u siebie ludzi z daleka, którzy obawiali się ostrej, dunmerskiej kuchni. Przy okazji przedstawił nam się, a jego nazwisko wydało mi się dziwnie znajome. Geldis Sadri… Czyżby był krewnym Revyna z Wichrowego Tronu?

     - To możliwe – odrzekł z uśmiechem. – Moja rodzina jest tak liczna, że nie znam połowy z nich. O Revynie nigdy nie słyszałem, ale skoro nazywa się Sadri, bardzo możliwe, że to mój daleki krewny. Po opuszczeniu Morrowind, porozrzucało nas po całym świecie.

     Miałem do niego jeszcze wiele pytań, ale nie chciałem go zatrzymywać. On musiał wracać do swych gości. Zapewne jeszcze będzie niejedna okazja, aby pogawędzić.

Gospoda "Rzygający Parzydlak" - wnętrze

     Lydia tymczasem tak jak stała, w zbroi i w hełmie, rzuciła się na łóżko i z twarzą wciśniętą w poduszkę oznajmiła, że nigdzie się stąd nie rusza.

     - Niech kolacja przyjdzie do mnie – zamruczała. – Tyle razy ja chodziłam do niej, że raz ona może się pofatygować.

     - Może chociaż te skorupy z siebie ściągniesz? – zaproponowałem.

     Ruch hełmu powiadomił mnie, że w najbliższej przyszłości niczego takiego nie planuje. Roześmiałem się.

     - Ja w każdym razie idę obejrzeć sobie ten magiczny kamień – oznajmiłem. – Do kolacji jeszcze trochę czasu, więc akurat zdążę. Idziesz? 

     Hełm znów poruszył się na poduszce. Chwilowo nie miała zamiaru nawet kiwnąć palcem. Bywa, że człowiek jest tak zmorzony, że po prostu musi na kilka minut zamknąć oczy. Uśmiechnąłem się więc tylko i wyszedłem, starannie zamykając za sobą drzwi.

niedziela, 11 czerwca 2017

Rozdział XXXVI – Rozdzieracz Chłodu

     I znów na wiele miesięcy pochłonęły mnie studia w Akademii. Nowych zaklęć poznałem niewiele, ale dzięki ciągłym ćwiczeniom pod okiem Tolfdira i Faraldy, stawałem się coraz bardziej biegły w magii. Rzucanie zaklęć nie kosztowało mnie już wielkiego wysiłku. Robiłem to machinalnie, bez długotrwałej koncentracji. Moja mana również wyraźnie wzrosła. Nawet ja dostrzegałem różnicę. Trenowałem głównie Przemianę, Przywracanie i Zniszczenie, choć nie zapominałem o Iluzji i Przywołaniu. Ale nie przywoływałem atronachów, ani nie wskrzeszałem zwłok. Przywoływałem głównie broń, bowiem nauczono mnie zaklęcia Spętany Miecz. Dzięki niemu, mogłem być w jednej chwili zupełnie bezbronny, w drugiej dzierżyć już w dłoni ostrą klingę, przywołaną z Otchłani. Podobnie za przydatne zaklęcie uznałem Niewidzialność ze szkoły Iluzji. Było to jednak zaklęcie wysokoenergetyczne i zużywało się dość szybko. Mimo to, umiałem już znikać na całe dwie minuty – całkiem niezły wynik.

     Trochę też podróżowałem, ale niewiele. Właściwie tylko jedna wyprawa była brzemienna w skutki i złożyła się na dłuższą historię. Pewnego razu zawędrowaliśmy do Pękniny, a ponieważ było jeszcze wcześnie, jak to mieliśmy w zwyczaju, przechadzaliśmy się bez celu po mieście, odpowiadając tylko na pozdrowienia znajomych. Zatrzymaliśmy się w kuźni Balimunda, dla którego miałem kolejną porcję soli ognia. Skłoniliśmy się Maven Czarnej-Róży, przechodzącej obok i zajęliśmy się rozmową. Kowal zwrócił uwagę na mój miecz.

     - To Szklany Miecz Błyskawic – powiedziałem z dumą, demonstrując pięknie błyszczące ostrze. – Wspaniała broń.

     - Zapewne niewiele kling może się z nią równać – przytaknął Balimund, badając broń okiem znawcy i sprawdzając palcem gładkość głowni. – I pięknie utrzymany.

     - Może i nie jest to Rozdzieracz Chłodu, ale śmiem twierdzić, że niewiele mu ustępuje – odparłem z przekąsem.

     I natychmiast pożałowałem tych słów, bowiem na ich dźwięk natychmiast przy kuźni zjawiła się Maven.

     - O czym ty mówisz? – spytała podejrzliwym głosem.

     - O Rozdzieraczu Chłodu – odparłem, czerwieniąc się. – Na pół legendarnym mieczu, zaginionym wiele lat temu.

     - Skąd o nim wiesz? – zwęziła oczy.

     Spociłem się pod jej spojrzeniem. Nie chciałem zdradzać, że tę tajemnicę powierzył mi Młot, człowiek z jej najbliższego otoczenia. Wpędziłbym go w kłopoty.

     - Nie pamiętam już – odparłem. – Ludzie gadają…

     - Ludzie gadają – powtórzyła kpiącym tonem. – Nie słuchaj co ludzie gadają, bo zwykle powtarzają brednie.

     Powinienem ugryźć się w język, ale nie wytrzymałem.

     - Kto jak kto, ale jarl Pękniny powinien wiedzieć, co jest prawdą, a co brednią. I sądzę, że wie.

     Gdyby wzrok mógł zabijać…

     - A co ta cała legenda ma wspólnego z Pękniną? – wycedziła.

     - A posiadłość Pękwald! – odrzekłem takim samym tonem.

     Rzuciła mi nienawistne spojrzenie, po czym oddaliła się na pozór spokojnym krokiem. Balimund dotknął czoła.

     - Nie ma co, wpadłeś po uszy – westchnął. – Ona ci tego nie daruje.

     - Bardzo się jej boję – zakpiłem. – Po kolacji nawet zemdleję ze strachu!

     Tak naprawdę jednak poczułem spory niepokój. Wiedziałem, że Maven ma dobrą pamięć i długie ręce.  I miałem rację. Jeszcze tego samego wieczoru wezwano mnie do Mglistej Twierdzy.

     Maven siedziała na tronie, w towarzystwie Hemminga i Młota. Gdy wszedłem, skinęła mi głową i dalej półgłosem omawiała jakieś sprawy ze swym zarządcą. No cóż, musiała mi pokazać, jak niewiele znaczę i muszę czekać na swoją kolej. Przyznaję jednak, że nie przesadziła z tą demonstracją. Po chwili bowiem zwróciła się do mnie, głośno, aby pozostali słyszeli.

     - Podobno twierdzisz, że Rozdzieracz Chłodu znajduje się w Pękninie, w posiadłości Pękwald?

     Nie uszło mojej uwadze, że Młot, stojący obok tronu, przybladł na twarzy. A ja, no cóż, mogłem skłamać, ale bardzo nie chciałem przed nią zniżać się do takiego chwytu.

     - Tak twierdzę, mój jarlu – odparłem.

     - Dowody?

     - Nie mam – odparłem. – Dowody znajdują się w posiadłości Pękwald.

     - Nie masz? – zakpiła. – A czy wiesz, że za rzucanie bezpodstawnych oskarżeń też idzie się do więzienia?

     Poczerwieniałem. Miała mnie...

     - Powiedz, kto rzucił to podejrzenie, a odejdziesz wolno – wycedziła jarl.

     Wpatrywała się we mnie i dobrze, bo nie zauważyła bladości na twarzy Młota, który wzrokiem błagał mnie o litość. Nie, nie mogłem mu tego zrobić!

     - Jeśli tak trzeba, poniosę odpowiedzialność – odparłem z mocą. – Wierzę, że jarl Pękniny nie postąpi wbrew sprawiedliwości. Nic przecież łatwiejszego, niż przeszukać oficjalnie posiadłość Pękwald i sprawdzić moje słowa.

     Maven prychnęła tylko.

     - Sprawdzić, mówisz? Przeszukać? Przetrząsnąć posiadłość? A jutro stwierdzisz, że w domu Balimunda znajduje się cesarska korona, w pałacu berło, a w Spalni Helgi stacjonuje pułk Gromowładnych! I co wtedy? Też mam wszczynać dochodzenie? Mam pół miasta postawić na głowie i nękać jego mieszkańców rewizjami, na podstawie zwykłej plotki?

     Westchnąłem ciężko. Żałowałem, że nie umiałem trzymać języka za zębami. Bardzo żałowałem. Ale słowo się rzekło i co ja miałem teraz zrobić.

     - Nie wiem, jak inaczej mógłbym to udowodnić – westchnąłem. – Co mam zrobić?

     Maven odniosła pierwsze zwycięstwo i uśmiechnęła się tryumfalnie. Nie miała jednak zamiaru wtrącać mnie do lochu. Wiedziała, komu zawdzięcza to stanowisko. Honor Norda jej na to nie pozwalał. I również coś więcej. Jak wytrawnym była graczem, dowiedziałem się poniewczasie. Gdzie mnie się z nią równać!

     - Radzę ci wykonać tę misję – odezwała się spokojniejszym głosem. – Przeszukaj posiadłość ukradkiem. Wykradnij ten miecz, jeśli rzeczywiście znajduje się w posiadłości Pękwald. Wykradnij go i przynieś tutaj, jako dowód.

     - Mam postąpić jak złodziej? – bąknąłem zdziwiony.

     - Nie złodziej, tylko śledczy – odparła. – Nie bój się, nie złamiesz prawa. Mogę nawet dać ci glejt na piśmie, choć ze zrozumiałych względów wolałabym tego uniknąć. Nalegasz?

     - Nie, mój jarlu – odparłem, skłaniając głowę. – Zrobię to. Proszę tylko, aby pozwolono mnie zadecydować, kiedy to się stanie.

     - Myślę, że mogę przystać na ten warunek – odrzekła Maven, po czym skinęła mi głową na znak, że audiencja skończona. Wyszedłem z pałacu na chwiejnych nogach. 

*          *          *

     - Nie ma co, nieźle użyłeś głosu – westchnęła Lydia.

     - Wiem, głupio postąpiłem – mruknąłem niezadowolony. – Co ja mam teraz zrobić?

     Lydia wzruszyła ramionami.

     - Wykraść miecz – odparła. – Co innego ci zostało?

     - Sądzisz, że jeszcze tam jest? – jęknąłem. – Przecież oczywiste jest, że Maven powiadomiła już właściciela, żeby go wyniósł.

     - Zawsze możesz przyznać się do błędu – odrzekła. – To ci ujmy nie przyniesie. Tylko trzeba będzie zapłacić zadośćuczynienie za bezpodstawne oskarżenie…

     - Czyli chcą mnie oskubać z pieniędzy – zgrzytnąłem zębami. – O to chodziło od samego początku!

     - No i o to, że następnym razem zastanowisz się trzy razy, zanim postawisz się Maven i jej szemranemu towarzystwu.

     Westchnąłem przeciągle. Miała rację. Miałem z tej przygody wyjść oskubany i wyszydzony. Już nigdy nie miałem zagrozić Maven Czarnej-Róży, jedynej władczyni Pękniny.

     Tej nocy spałem bardzo źle. Rankiem śniadanie w ogóle mi nie smakowało. Miałem zły humor. Poprawiła mi go dopiero wizyta Balimunda.

     - Ja tylko na chwilkę – rzekł od drzwi, po czym przeszedł w szept. – Przysyła mnie Młot. Mam ci coś przekazać.

     Nadstawiłem uszy.

     - Jak wiesz, właścicielem posiadłości Pękwald jest Mercer Frey, przywódca Gildii Złodziei.

     Skinąłem głową.

     - Takiemu zawsze ziemia pali się pod nogami – mruknął. – Na wypadek nagłego najścia przygotował sobie drogę ucieczki. Z tyłu domu jest balkon a tam mechanizm z pochylnią. Podobno można ją otworzyć, strzelając z łuku w zamek. W ten sposób można uciec stamtąd niepostrzeżenie.

     - Taaa – mruknąłem. – Problemem jest wejść…

     - Gdzie można wyjść, można i wejść – uśmiechnął się Balimund. – Wyjście działa w obie strony. Tylko parę osób o nim wie, więc nie będzie strzeżone.

     - Tylko po co? – westchnąłem. – Tego miecza już tam pewnie nie ma.

     - Młot twierdzi, że jest – odrzekł. – Są bardzo pewni siebie. W domu roi się od najemników, więc są przekonani, że nie zdołasz dojść do piwnic. Musisz bardzo uważać. A to – i tu postawił przede mną dwie małe fiolki, wypełnione białym płynem – za sole ognia.  W tym rozgardiaszu ci nie zapłaciłem. Ach i jeszcze to – położył na stole skrawek papieru, złożony we czworo.  – Nasz przyjaciel prosił, żebyś nauczył się na pamięć i spalił. Źle byłoby dla niego, gdyby cię z tym złapali.

     Pożegnał się, ale jeszcze w drzwiach odwrócił się i rzekł z uśmiechem.

     - Co najmniej pół miasta trzyma za ciebie kciuki. Nawet nie domyślasz się, kto jest wśród nich…

     I znikł równie szybko jak się zjawił.

Pęknina - posiadłość "Pękwald"

     - Eliksir długiej niewidzialności – przeczytała Lydia na fiolce. – Może ci się przydać na dzisiejszą noc.

     Chwyciłem papier i zerknąłem na niego. Był to plan domu i opis, jak trafić do piwnic. Dalej Młot nie bywał i nie wiedział, jaki jest rozkład podziemi. Ale i tak była to spora pomoc. A w mojej głowie zaczął już rysować się pewien plan.

     - Nie dzisiejszą – odparłem. – Dziś jeszcze stąd wyruszamy.

     - Dokąd? – spytała zaskoczona.

     - Do Ivarstead – uśmiechnąłem się.

     - Ale po co?

     Objąłem ją i przytuliłem.

     - Im mniej wiesz, tym lepiej odegrasz swoją rolę – szepnąłem jej do ucha.

     - Jaką rolę?...

     Zamknąłem jej usta pocałunkiem.

*          *          *

     Wyruszyliśmy południową bramą. Widziało nas pół miasta. Dwie postaci w thalmorskich zbrojach zwracają na siebie uwagę. Przez całą drogę nic się nie działo i po zmroku szczęśliwie dotarliśmy do gospody Wilhelma. Tam dopiero wyłuszczyłem Lydii swój plan.

     - Ale przecież ledwo stoisz na nogach! – zaoponowała. – Musisz odpocząć!

     - Mam na to cały dzień – szepnąłem jej do ucha.

      A potem pozbyłem się zbroi, miecza, łuku i wszystkiego, co mogłoby mnie spowalniać. W razie czego magia musiała mi wystarczyć do obrony. Eliksiry zostały w domku w Pękninie, więc nie byłem niczym obładowany. Ostatni pocałunek i…

     Skoczyłem w ciemną noc. Ruszyłem biegiem.

*          *          *

     Niebo ledwo zaczęło jaśnieć na wschodzie, gdy zdyszany dotarłem do przystani w Pękninie. Nikt mnie nie widział i nie spotkała mnie po drodze żadna przygoda. Szept Aury i Wykrycie Życia pomogły mi ominąć szerokim łukiem kilka osób w pobliżu miasta. Cicho jak cień wspiąłem się na schodki do zewnętrznego wejścia i po chwili byłem już w domu.

     Zrzuciłem ubranie i umyłem się dokładnie, dbając, by zachowywać się cicho. A potem położyłem się w łóżku i zmęczony długim biegiem, zasnąłem jak kamień. Miałem cały dzień na sen.

     Obudziłem się pod wieczór. Słońce zaczynało już czerwienieć i chylić się ku zachodowi, a jego promienie liznęły moją twarz, wpadając przez okienko, wychodzące na jezioro. Poleżałem jeszcze chwilę, po czym, wciąż zachowując ciszę, wstałem i ubrałem się w wygodne, miękkie ciuchy, pilnując, by nie miały na sobie żadnych błyszczących ozdób. Na nogi wzułem skórzane, miękkie pantofle, pozwalające mi poruszać się bezszelestnie.

     Żałowałem, że nie zabrałem z Akademii szaty Savosa, wspomagającej regenerację many znacznie skuteczniej niż zużyty już i wytarty płaszcz kultysty. Zresztą, ten ostatni był za długi i plątałby mi się między nogami. Musiał mi wystarczyć zwiększający manę amulet Savosa, schowany pod bluzą.

     Aby uspokoić myśli, usiadłem pod ścianą i zatopiłem się w medytacji, jakiej nauczyli mnie Siwobrodzi. Trwałem tak dość długo. Gdy powstałem rozprostować nogi, na zewnątrz panowała już noc. Poczekałem jeszcze, aż ucichną wszelkie odgłosy i ostrożnie wysunąłem się na ulicę miasta.

     Pęknina w nocy była ciemna i robiła raczej przygnębiające wrażenie. Nie było tu rozstawionych kagańców, oświetlających ulice, jak w Białej Grani. Ten jeden raz mnie to cieszyło, bowiem ulice miasta tonęły w głębokim mroku, a przechadzających się z rzadka strażników z pochodniami widać było z daleka.

     Posuwając się sprawnie wzdłuż drewnianych ścian zabudowań, pilnując, by zawsze znajdować się w cieniu, zbliżyłem się do Mglistej Twierdzy. Tu strażników było więcej, więc musiałem bardzo uważać, by nie zostać dostrzeżonym. Za pałacem biegła wąska i rzadko uczęszczana dróżka pod samym murem, prowadząca na tyły północnych posiadłości. Jedną z nich była Pękwald.

Pęknina - ścieżka pod murami miasta

     Na widok przechodzącego strażnika, przylgnąłem do muru, chowając się pod grubym kożuchem bluszczu. Przeszedł mimo, nawet nie zerknąwszy w moją stronę. Cóż, lata łowieckiej praktyki miały teraz zaowocować…

     Przelazłem przez żelazny, kuty płot i dotarłem na tyły budynku. Z tej strony również znajdowały się drzwi, ale zaryglowane od środka na potężną zasuwę. Nie było szans, by je otworzyć z zewnątrz. Nawet nie próbowałem, skupiając całą swoją uwagę na balkonie.

     Był wysoko. Na tyle wysoko, że nie dałbym rady do niego doskoczyć. Przyzwyczajone do mroku oczy widziały wyraźnie mechanizm zapadni i samą zapadnię, ale już na pierwszy rzut oka odgadłem, że nie dam rady jej opuścić bez piekielnego hałasu. Musiałem znaleźć inny sposób. Mój wzrok padł na sąsiedni budynek. Gdyby udało się wspiąć na dach, z jego wysokości może dałbym radę przeskoczyć na balkon? Ale dach był stromy i znajdował się dość wysoko. Jak tu wejść?

Tyły posiadłości Pękwald

     Pomogła mi beczka na deszczówkę, stojąca pod ścianą. Ostrożnie wspiąłem się na nią i chwyciłem się wystającego gzymsu. Kilka ruchów tułowiem, jeden wysiłek dla ramion i udało mi się podciągnąć na tyle, żeby przerzucić na niego nogi. Byłem na dachu, ale wciąż za nisko i za daleko. Ostrożnie wspiąłem się po śliskim goncie nieco wyżej.

     Nic z tego, nie dam rady doskoczyć. Za daleko. Był wszelako jeszcze jeden sposób, którego miałem nadzieję uniknąć. Skoro jednak się nie da…

     Poczekałem, aż łuna od pochodni strażnika oddali się. Pomógł mi przypadek. Gdzieś, w okolicach bazaru rozległ się jakiś hałas. Strażnicy kogoś dorwali, pewnie jakiegoś złodzieja. Dość, że postanowiłem wykorzystać okazję.

     - Wuld!

     Krzyk zabrzmiał w nocy o wiele za głośno, niż bym chciał, ale efekt był. Trąba Powietrzna rzuciła mną prosto na balkon. Przywarłem do ściany budynku, pewien, że zaraz zbiegną się strażnicy. Trwałem tak kilkanaście minut, ale nic się nie wydarzyło. Nie usłyszeli mnie zapewne, zajęci przy bazarze. Następnego Krzyku nie usłyszał nikt prócz mnie.

     - Laas!

     W sąsiednich domach zamajaczyło mi kilka postaci, zwykle w pozycjach horyzontalnych. Na poddaszu posiadłości Pękwald zajarzyła się purpurą tylko jedna i to w przeciwległym pomieszczeniu. Zacząłem grzebać przy zamku. Nie był specjalnie wyrafinowany. To nie Markart, gdzie ludzie montowali sobie precyzyjne, dwemerskie mechanizmy. Puścił po kilku sekundach. Znalazłem się w małym, nieco zagraconym pomieszczeniu na poddaszu.

     Wykrycie Życia poinformowało mnie, że istotnie przebywało tu kilka osób. Słyszałem mruczenie jakiegoś zbira, odgrażającego się, że nie da nawet septima na tego bachora i że na pewno nie jest on jego. Musiał trochę wypić, bo był swoim jedynym rozmówcą, o czym przekonałem się, gdy uchyliłem drzwi. Stał w kącie, zwrócony twarzą do ciemnego okienka i wciąż mruczał sam do siebie. Dla mnie ważne było jednak, że stał tyłem do mnie i do schodów.

     Nie robiłem więcej hałasu niż pająk na ścianie. Ostrożnie podkradłem się do schodów i powoli, w rytm zagłuszających ewentualne skrzypnięcia słów najemnika, zacząłem schodzić coraz niżej i niżej.

     Strażnik w międzyczasie zmienił temat.

     - Kieszonkowcy – zamruczał z zachwytem. – To dopiero profesja…

     Widać w tym mieście wszystko stało na głowie.

     Schody prowadziły do rozległego holu. Naprzeciw nich stała szafa, z dużym, złotym lub pozłacanym, w każdym razie na pewno kosztownym posągiem Dibelli, bogini piękna, który bardziej pasował do jakiejś świątyni niż do mieszczańskiego domu. Na dole ujrzałem drugiego strażnika. Ten dla odmiany był czujny i wydawał się poważnie traktować swoje obowiązki. Stał w głębi korytarza, gdzie według planu znajdował się salon i miał również baczenie na drzwi wejściowe. Ale na szczęście nie musiałem obok niego przechodzić, bowiem zaraz ze schodów skręciłem do sypialni, znikając z jego pola widzenia. Drzwi do tego pomieszczenia otwierały się również baz skrzypnięć. Cała posiadłość była wzorowo utrzymana i widać było w każdym szczególe, że jest własnością człowieka bardzo zamożnego. Drogie meble, wygładzone deski podłogi, solidne deski, dodajmy, nie skrzypiące pod stopami, rozległe, jasne pomieszczenia i przede wszystkim wiele drogich sprzętów, stojących na regałach i w szafach – to wszystko musiało kosztować majątek. I gdy uzmysłowiłem sobie, że pochodził on ze złodziejskiego procederu, jakoś ulżyło mi na sumieniu. Czułem się bowiem bardzo źle w roli takiego samego rabusia, jaką przyszło mi teraz grać.

     Starannie zamknąłem za sobą drzwi i rozejrzałem się po sypialni. Była większa niż oba pomieszczenia w moim domku. I stały tu dwie szafy. W jednej z nich miało znajdować się tajne przejście do piwnic. Ot, stara sztuczka z fałszywą ścianką, taka sama jak u Delphine.

     Pierwsza była pełna drogich ubrań, wyszywanych złotymi nićmi i zdobionych klejnotami. Nawet jarlowie takich nie nosili. To była zwykła szafa. Natomiast druga była prawie pusta, zawierała jedynie parę niezłych butów. Położyłem dłonie na tylnej ściance. Wprawne ręce rzemieślnika wyczuły niewielki luz. Ścianka była przesuwna. Przycisnąłem dłonie mocniej i spróbowałem otworzyć, najpierw w prawo – nie dało się – potem w lewo, gdy ścianka bez zgrzytów ustąpiła na tyle, że zdołałem się przecisnąć.

     Znalazłem się u wejścia do piwnic. Ściany wokół mnie, już nie drewniane lecz kamienne, świadczyły o tym, że to zewnętrzna podmurówka domu. Zszedłem schodami w dół, nie zapominając uprzednio zamknąć szafy i zasunąć jej tylnej ścianki.

     Piwnica jak piwnica – wszystkie wyglądają podobnie. Wszystkie są zakurzone, zagracone, zimne i w rogach pokryte pajęczynami. Ta jednak miała połączenie z czymś, co nie wyglądało już na piwnicę. Raczej na kanał, albo burzowiec. Korytarz miał bowiem przekrój okrągły i widać było, że sklepienie jest wodoszczelne. Można to było poznać po niezwykle gładkiej zaprawie, jaką połączono kamienie. Słyszałem, że robi się ją z wulkanicznego pyłu.

     Już na wstępie drogę przegrodziła mi krata z żelaznych, grubych prętów, pokrytych rdzą, wmurowana na stałe. Na szczęście w lewo odchodził drugi korytarz, prowadzący do prostokątnego pomieszczenia, którego dno wyłożono kamiennymi płytkami, z otworkami na grubość palca. Wiedziałem już, co to. Spotkałem takie coś w Ustengrav i w Niebiańskiej Świątyni. To były płyty naciskowe. Gdybym na taką wszedł, od dołu buchnąłby na mnie ogień. Którędy tu przejść?

     Niestety, odstęp od ściany był zbyt mały, aby postawić tam stopę. Nie było rady, trzeba iść przez płyty. Najpierw zbadałem rękami ich twardość. Sprężyny miały mocne, a ja, bez zbroi i broni nie byłem specjalnie ciężki. Zaryzykować?

     Przeszedłem na czworakach, ostrożnie, płynnymi ruchami bez żadnych wstrząsów, uważnie pilnując, by nigdy nie opierać całego ciężaru ciała na jednej płycie. Sporo ryzykowałem. Gdybym uruchomił mechanizm, płomień buchnąłby mi prosto w twarz, brzuch i ramiona. Przez cały czas próbowałem się pocieszać, że przecież takie mechanizmy nie mogą być za bardzo czułe, bo uruchomiłyby je nawet wszędobylskie szczury-ślizgacze. Przelazłem szczęśliwie i otarłem rękawem pot z czoła. Potem otarłem go po raz drugi, gdy dotarło do mnie, że ta pułapka być może właśnie po to została wykonana, aby owe ślizgacze eliminować. Musiałem użyć wszystkich swoich umiejętności koncentracji i uspakajania oddechu, by zwolnić tętno szalejącego z emocji serca. Na pewno nie będę wracał tą drogą!

     Chyba, że nie znajdę innej… I znów otarłem pot z czoła. Minęła dłuższa chwila, zanim byłem w stanie iść dalej. 

     Dalej korytarz skręcał w prawo. Po kostki był zalany wodą, ale przy ścianie znalazłem suche miejsce. Woda zgromadziła się zresztą tylko na początku, potem można było już iść środkiem. Był dość długi, a na końcu skręcał w lewo. I tu czekała mnie niespodzianka. Nagły hałas, jaki rozległ się w podziemiach, przeraził mnie tak, że serce podskoczyło mi do gardła. Ze ścian wyskoczyły nagle wahadłowo poruszające się ostrza. Kołysały mi się przed oczami i to aż w ośmiu rzędach. Byłem pewien że mnie odkryto, ale, jak się później okazało, myliłem się. Powód włączenia się pułapki na zawsze miał dla mnie pozostać nieznany. Zapewne uruchamiała się sama, pod naciskiem nóg, a płyta naciskowa została ukryta i tak dokładnie dopasowana do reszty, że jej nie dostrzegłem.

     Jak tu przejść? Omijałem już takie pułapki, choćby w świątyni Czarnygłaz, ale tu latających ostrzy było znacznie więcej, rozmieszczono je gęściej, a ja nie miałem na sobie zbroi. Każde trafienie mogło mnie zabić. Wolałem nie ryzykować. Nabrałem powietrza w płuca.

     - Feim!

     Poczułem, jak moje ciało staje się nieważkie i niewrażliwe na żadne ciosy. Eteryczność – tak nazywał się ten Krzyk. Czynił ze mnie postać, przypominającą ducha, niemal bezcielesną, której żadna fizyczna siła nie jest w stanie skrzywdzić, ale też i ja nie mogłem skrzywdzić nikogo wokół. Jakby w postać wyłączoną z tego świata. Ale tylko na chwilę. Ta chwila wystarczyła jednak, abym przebiegł na drugą stronę, gdzie korytarz skręcał w lewo i kończył się długimi schodami w dół, na końcu których widniały drewniane drzwi.

     Musiałem poczekać, aż minie działanie Krzyku, po czym powoli uchyliłem drzwi. Już na wstępie poczułem nieregularny opór i odruchowo odskoczyłem, odgadując, że uruchamiam jakąś pułapkę. Nie omyliłem się. Z sufitu ku mnie pomknęły małe, zatrute strzałki. Rozbiły się na posadzce. Gdyby nie mój refleks, trafiłyby mnie prosto w pierś. Znów kilka głębokich oddechów, aby uspokoić serce.

     Znalazłem się w skarbcu. Bez wątpienia był to skarbiec!, o czym przekonałem się, gdy przywołałem zaklęcie Płomień Świecy, rozjaśniające wnętrze. Po mojej lewej ręce stał regał, na którym ustawiono sporo kosztownych przedmiotów. Obok zamknięty sejf i szkatuła. Naprzeciwko stół, z jakimiś papierami, a po prawej stronie… Aż mi ręce zadrżały! Stała tam oszklona gablota, a w niej, na czerwonym aksamicie, leżał piękny, szklany miecz.

     Jak już kiedyś wyjaśniałem, nazwa tego stopu była nieco myląca. Nie miał on nic wspólnego ze szkłem. Był to gatunek stali, uzyskiwany poprzez domieszkę rafinowanego malachitu. Stop ten był bardzo twardy i sprężysty jednocześnie. Trudno się go polerowało, ale gdy rzemieślnik włożył w to sporo wysiłku i serca, ostrze z tego metalu nie tępiło się prawie wcale. Nazwę swą zawdzięczał charakterystycznemu połyskowi, przypominającemu mętne, zielonkawe szkło, no i temu, że kuty w nieodpowiednim zakresie temperatur, łatwo pękał.

     Ten miecz różnił się jednak od innych. Ze względu na charakterystykę stopu, wszystkie szklane miecze były do siebie podobne, aby zapewnić optymalne wykorzystanie jego właściwości. Nadawano im taki sam fason jak ostrzom z księżycowego kamienia. Wszystkie miały głownie w kształcie pióra, szersze ku końcowi, węższe przy rękojeści. I choć kształtem do złudzenia przypominał on mój Miecz Błyskawic, miał zupełnie niespotykaną barwę - błękitną. Zapewne, do jego wykonania użyto jakiegoś specjalnie modyfikowanego stopu. Gdy otworzyłem precyzyjny zamek i wyjąłem go z gabloty, zauważyłem, że jest nieznacznie cięższy niż mój. Ciężar jednak był rozłożony idealnie. Pulsująca poświata przekonała mnie, że jest zaklęty mrozem, ale jednocześnie nałożono na niego jakieś inne zaklęcie. Broń podwójnie zaklęta była w Tamriel rzadkością, bowiem umiejętność podwójnego zaklinania opanowali tylko najwytrawniejsi zaklinacze. Nawet Phinis Gestor z Akademii, prawdziwy mistrz tej profesji, nie potrafił nałożyć dwóch zaklęć na jeden przedmiot. To drugie połyskiwało jednak słabo i nie zdołałem odgadnąć jego mocy.

     No, ale na to miałem czas później. Teraz trzeba było stąd zmykać. Hałas działającej pułapki w każdej chwili mógł mi ściągnąć na kark strażników. Ze skarbca prowadził kręty korytarz, kończący się schodami i drzwiami. Po sforsowaniu zamka znalazłem się w składowisku Szczurzych Nor.

     No tak, mogłem przypuszczać, że dom przywódcy Gildii Złodziei będzie miał podziemne połączenie z Wyszczerbioną Banią. Drzwi do przybytku Gildii znajdowały się bowiem zaledwie o kilkadziesiąt kroków. Zanim nacisnąłem klamkę, przywołałem Wykrycie Życia. Za drzwiami zajarzyło się kilka postaci. Co ciekawe, błękitnym kolorem! Złodzieje wcale nie byli moimi wrogami! Czyżby mój postępek sprawił, że stałem się jednym z nich? A może i oni byli po mojej stronie? Czyżby nie ufali swemu przywódcy?

     Uchyliłem drzwi. Ujrzałem zwalistą postać Elegii – brata Młota – siedzącego przy stole i żłopiącego piwo w towarzystwie innego złodzieja. Znałem jego imię - Glover Mallory. W oddali, w oświetlonym miejscu, zaczytana w jakimś liście, stała szczupła i całkiem ładna blondynka, w kostiumie z cienkiej skórki. Wiedziałem od Młota, że miała na imię Vex i była specjalistką od włamań. Gdybym wszedł, musiałaby mnie zauważyć. Pozostałych z tego miejsca nie widziałem.

     Co tu robić? Wejść na bezczelnego, powiedzieć, „cześć, chłopaki” i wyjść drzwiami po przeciwnej stronie? Kiedy indziej może tak właśnie bym zrobił, ale teraz, jakby nie było, okradłem właśnie ich przywódcę, a miecza nie zdołam schować pod krótką bluzą. Nie ma co, trzeba skorzystać z eliksiru.

     Cofnąłem się i otworzyłem fiolkę. Eliksir smakował jak zaprawa murarska, ale działał skutecznie. Moje dłonie znikły, pozostał jedynie ich niewyraźny zarys, który, jak wiedziałem z Akademii, widziałem tylko ja, nikt inny. Jeśli nie narobię hałasu, przejdę nie zauważony.

     Powoli zamknąłem za sobą drzwi. Z daleka ominąłem Elegię i Mallory'ego i ostrożnie wszedłem na pomost nad zbiornikiem. Jeszcze kilka kroków i znalazłem się na kamiennym ocembrowaniu. Stąpając delikatnie, zdołałem dojść do widniejących w oddali drzwi do wyjścia. Tylko w jednym momencie zamarłem, gdy Vex zdziwiona podniosła głowę i pociągnęła kilka razy nosem. Musiała wyczuć mój zapach. Na szczęście przeszedłem wystarczająco daleko od niej, by nie miała pewności. Elegia i Glover Mallory z nosami w piwie, na pewno niczego nie wyczuli.

     Wymknąłem się do przedsionka Szczurzych Nor, a stamtąd wyszedłem nad kanał w mieście. Delikatnie przebiegłem po drewnianym pomoście w kierunku schodów i wyszedłem na górę w okolicach mojego domu. W pobliżu nie było nikogo. Miasto spało. Ostrożnie otworzyłem drzwi i wsunąłem się do swej posiadłości. Z zadowoleniem położyłem miecz na stole. Wykonałem zadanie!

     Rozdzieracz Chłodu prezentował się znakomicie. Równie piękny jak mój Miecz Błyskawic, równie poręczny, nawet bardzo podobnie zdobiony. Rękojeść i jelec wykonane były z księżycowego kamienia, podobnie jak wzmocnienia na zastawie. Widać było w nim rękę prawdziwego mistrza. Sztych był ostry jak brzytwa. Gdy rzuciłem na niego kawałek lekkiego płótna, pod własnym ciężarem rozpadł się na dwie części. Lekki nalot na ostrzu przekonał mnie, że można go naostrzyć jeszcze bardziej, przez misterne polerowanie. Ale tym niech martwi się właściciel.

     Gdy około południa wszedłem do Mglistej Twierdzy, moja obecność wywołała niemałe poruszenie. Miecz, jaki niosłem w rękach, zewsząd przyciągał spojrzenia. Oczy Młota zajaśniały radością, natomiast Maven nie potrafiła ukryć zdumienia.

     - Nie spodziewałam się ciebie dzisiaj – odezwała się do mnie, unosząc brwi.

     Skłoniłem się.

     - Oto dowód – powiedziałem, podchodząc z mieczem na wyciągniętych dłoniach. – Na pół legendarny Rozdzieracz Chłodu. Znajdował się w posiadłości Pękwald, w piwnicach.

     Spojrzała na mnie z podziwem i pokręciła głową w niedowierzaniu.

     - Udało ci się… Niesamowite.

     - Czy taki dowód wystarcza, by wymierzyć sprawiedliwość? – spytałem z dumą.

     Ale ku mojemu zdziwieniu, Maven potrząsnęła głową. Nie doceniłem jej sprytu.

     - Nie zdołamy udowodnić, że miecz został znaleziony w posiadłości Pękwald – oznajmiła. – Właściciel może wyprzeć się wszystkiego i stwierdzić, że pierwszy raz widzi go na oczy. 

     Zdębiałem. Więc to wszystko na nic?

     - To był dowód dla mnie – ciągnęła Maven, uśmiechając się tryumfalnie. – Dostarczyłeś go, co doceniam. I ja ci wierzę!

     To już coś…

     - Udowodniłeś, że jesteś człowiekiem prawdomównym i nie rzucasz oskarżeń na wiatr – skwitowała. – Miecz powinien trafić do prawowitego właściciela, ale wiemy, że on nie żyje. Zatem, uczynisz nam zaszczyt, jeśli go przyjmiesz. Masz opinię wytrawnego wojownika i nosisz stopień legata Cesarskiego Legionu. Zasługujesz na niego.

     Nie wierzyłem własnym uszom.

     - Noś go z dumą – oznajmiła Maven uroczystym tonem i dość głośno, aby wszyscy wokół to słyszeli. – Od tej chwili jesteś prawowitym właścicielem Rozdzieracza Chłodu!

     Fala gorąca uderzyła mnie w policzki. Dotarło do mnie, że Maven, w swojej przenikliwości, przewidziała także, że może mi się udać. Z pewnością uzgodniła to już wcześniej z Mercerem Freyem i oboje doszli do wniosku, że w takim przypadku będzie to jedyne rozsądne wyjście. Sprzedać tego miecza i tak nie było komu – chyba tylko takiemu samemu złodziejowi jak on. Każdy obawiałby się nosić ostentacyjnie u boku tak charakterystyczną broń. Ale ja mogłem. Został mi podarowany oficjalnie i z honorami. Co mogłem zrobić innego? Przyjąłem go.

     I przyjąłem go z radością.

Rozdzieracz Chłodu

     Odtąd miecz ten stał się moją ulubioną bronią. Łuki zdarzało mi się zmieniać, bywało, że walczyłem też mieczem dwuręcznym, albo brałem w ręce jakąś specjalną broń. Ale u mojego boku zawsze tkwił w ozdobnej pochwie Rozdzieracz Chłodu, stając się moim atrybutem i nierozłącznym towarzyszem wypraw. Był najdoskonalszą, najlepiej wyważoną, najostrzejszą i najporęczniejszą bronią, jaką kiedykolwiek przyszło mi dzierżyć. Nie tylko ciął, jakby ciała moich wrogów wykonane były z masła. On jeszcze raził ich potężnym ładunkiem magii mrozu. A drugie zaklęcie potrafiło sparaliżować przeciwnika na chwilę, co przecież w walce jest nie do przecenienia. Tyle tylko, że to drugie działało tak jak eksplozja, wywołana ciosem Przedświtu – losowo, czasami się pojawiała, czasami nie. Widać, nie da się nałożyć na broń dwóch zaklęć, działających równie sprawnie.

     Nigdy nie dowiedziałem się, kto go wykuł. Ale zawsze, gdy po walce chowałem go do pochwy, mówiłem w myślach: „Chwała twórcy Rozdzieracza Chłodu!”. Myślę, że bogowie słyszeli te myśli i kowal ów cieszył się dużym poważaniem, nieważne, czy jeszcze żył, czy przebywał już w zaświatach.

     A potem, no cóż, wróciliśmy najpierw do Białej Grani, a potem znów na kilka miesięcy do Zimowej Twierdzy. Aż pewnego dnia, uznałem, że nie mogę czekać dłużej.

     Spojrzeliśmy po sobie i jednogłośnie westchnęliśmy.

     - Już czas…

     I wziąwszy się za ręce, ruszyliśmy do Wichrowego Tronu.


KONIEC CZĘŚCI II



Dotychczas, nakładem wydawnictwa Nitagerus Spółka z ogromną odpowiedzialnością, ukazały się:

Skyrim I - Pożeracz Światów
Skyrim II - Miecz i magia

Wulfhere powróci w III części, zatytułowanej:
Skyrim III - Miraak

A jeśli szlag mnie przedtem nie trafi, to stworzę jeszcze część czwartą: Obrońcy Świtu.

A na razie przerwa. Wyjechałem na wyspę Solstheim, aby zebrać materiały do następnej części.