sobota, 13 maja 2017

Rozdział XXXIV – Wieczny odpoczynek

     - Wracasz! Mam nadzieję, że zwycięsko…

     Głos Styrra był pełen niepokoju. Zdjąłem z ramienia podróżny worek.

     - Udało mi się zdobyć szczątki Potemy – odrzekłem, sięgając po swój makabryczny pakunek.

     Wyraźnie wzruszony chwycił podaną mu czaszkę. Poobracał ją w dłoniach, delikatnie, jakby trzymał w nich bezcenny klejnot.

     - Doskonale – rzekł, nie przestając oglądać czaszki ze wszystkich stron. – Takie rzeczy zazwyczaj udają się, gdy ludzie zaczynają działać.

     Westchnął przeciągle i pokiwał głową w zadumie.

     - Uświęcę te szczątki – rzekł grobowym głosem.

     Wiedziałem, że teraz muszę go zostawić samego. Będzie przeprowadzał jakiś obrzęd  i nie chciałem mu przeszkadzać. Miałem zresztą zamiar powiadomić Falka o tym wydarzeniu. Pożegnałem się więc i chciałem odejść, ale chwycił mnie za ramię. Spojrzał mi prosto w oczy.

     - Na wypadek, gdyby Falk nie wyraził się jasno – rzekł wzruszonym głosem. – Samotnia ma u ciebie dług!

*          *          *

     Ale Falk wyraził się tak jasno, że jaśniej już chyba nie można było.

     - Dziś udało wam się dokonać czegoś wielkiego – rzekł, ściskając nasze dłonie i wiodąc nas do stolika w sali tronowej, gdzie zwykle urzędował. – Gdyby nie ty, zakończyłoby się to porażką. Powinienem był uważniej słuchać ostrzeżeń Varniusa. Nigdy już nie popełnię tego błędu.

     Przeprosił nas na chwilę i wyszedł z sali bocznym korytarzem. Po kilku minutach pojawiła się w nim Elisif, a za nią Falk, dzierżąc w dłoni sporą i ciężką kiesę.

     Wokół tronu natychmiast zgromadzili się posłowie i inni wielmoże, pragnąć złożyć jarl swoje uszanowanie. Falk jednak, zamiast im towarzyszyć, podszedł do nas i wcisnął mi ciężki mieszek w dłoń.

     - Przyjmij tę zapłatę – odezwał się, po czym zniżył głos i przybliżył głowę do mojej. – Jarl chce ci okazać wdzięczność, ale bardzo chce zachować powrót Potemy w tajemnicy.

     Skinąłem głową. Elisif wciąż miała tu wielu wrogów. Taki błąd mógł ją sporo kosztować. I choć uważałem ją za osobę raczej słabą i nie nadającą się na to stanowisko, bardzo liczyłem się ze zdaniem Falka i Tuliusa. A oni obaj chcieli widzieć Elisif na tronie i z pewnością mieli ku temu powody. Nie ukrywam, że darzyłem Elisif sympatią. Za jej dobroć i łagodność.

     - I nie wspominaj, że uważamy cię za jednego z obrońców Samotni – szepnął jeszcze Falk, wiodąc mnie do tronu, absolutnie poza kolejnością.

     Tytuł tana nadawano zarówno mężczyznom, jak i kobietom. Po tym względem w Skyrim panowała całkowita równość płci. W przypadku zasłużonych małżeństw, tradycyjnie nadawano go mężowi, ale małżonka dziedziczyła tytuł w przypadku jego śmierci i również za życia tana otaczano ją względami, choć oficjalnie tytułu nie nosiła. Dlatego nikt nie zdziwił się, że Elisif uściskała czule Lydię, a i moją dłoń trzymała nieco dłużej niż należało. No i, co najważniejsze, dostaliśmy pozwolenie na zakup domu w Samotni, a akurat na sprzedaż już od dłuższego czasu czekała posiadłość Dumna Wieżyca.

Samotnia. Posiadłość Dumna Wieżyca (z prawej)

     Dom stał pusty od roku. O ile mnie pamięć nie myli, wystawiono go na sprzedaż jeszcze podczas mojej pierwszej wizyty w tym mieście, jednak wysoka cena odstraszała kupców. Dom mimo wszystko był jej wart. Zbudowany w stylu cesarskim, jak większość budynków z Samotni, piętrowy, o rozległych piwnicach, stał dumnie przy głównej drodze, w pobliżu Błękitnego Pałacu. A w dodatku bezpośrednio sąsiadował z posiadłością Vittorii Vicci, kuzynki samego cesarza, bardzo miłej, młodej damy. Kamienice te miały nawet wspólny ganek. Później dowiedziałem się, że dla nas cena była o wiele niższa. Falk, gdy zapytałem go o to ewidentne naciągnięcie prawa, zaczerwienił się jak sztubak, przyłapany na psocie i mruknął tylko, że upust był częścią zapłaty za sprawę Potemy. Cóż, jest to jakieś wytłumaczenie…


Samotnia. Posiadłość Dumna Wieżyca - wnętrze


     Dom podobał nam się bardzo. Obszerny, solidny i dobrze utrzymany. Uzgodniliśmy, że Falk zatrudni parę osób przy jego odnawianiu i sprzątaniu. Wyposaży go też w meble, co trochę kosztowało i sprawiło, że na jakiś czas musieliśmy zaprzestać kupowania nowych rezydencji. Zresztą, z dużych miast, nie mieliśmy już tylko domu w Wichrowym Tronie, ale tam zaoferowano nam tylko posiadłość po Rzeźniku, której żadne z nas nie chciało.

     Na drugi dzień wyruszyliśmy w drogę powrotną do Zimowej Twierdzy. Ale tym razem wybraliśmy trasę przez Morthal i Gwiazdę Zaranną. Zaczynało szarzeć, gdy dotarliśmy do miasteczka. Strażnik spojrzał na nas podejrzliwie. Złagodniał dopiero, gdy powiedzieliśmy mu, kim jesteśmy. Słyszał już o nas. Spytałem, czy coś szczególnego działo się tu ostatnio. Westchnął i ponarzekał na wampiry, których ostatnio przybyło.

     - Skąd się te wampiry biorą? – pytał. – Musimy je wyplenić, zanim będzie jeszcze gorzej.

     Ale z tonu głosu widać było, że nie bardzo ma pojęcie, jak tego dokonać. Wampir był trudnym przeciwnikiem, atakującym zawsze niespodziewanie i niełatwo było go wypatrzyć, zwłaszcza że przecież zwykle polował w nocy.

     Gospoda Ustronna Przystań znów świeciła pustkami. Gdy skończyła się wojna i liczba żołnierzy zmalała, zmniejszył się tez ruch w interesie. Jonna powitała nas więc z radością.

Morthal - gospoda "Ustronna Przystań"

     Jedliśmy właśnie kolację, gdy drzwi otworzyły się znów i do izb weszła wysoka i smukła Nordka, o ciemnych włosach. Trudno było jej nie dostrzec. Ubrana była w krótką suknię, ze sporym dekoltem, odsłaniającą nie tylko nogi, ale również rozciętą na udach. Strój, który w chłodnym klimacie Skyrim musiał dziwić. I zachowywała się również prowokacyjnie, choć musiałem przyznać, że poruszała się z niebywałą gracją. Była atrakcyjna i wiedziała o tym.

     - Dobry wieczór, Jonno – odezwała się zmysłowym głosem, na który trudno było nie zwrócić uwagi.

     Jonna jednak wyraźnie się stropiła.

     - Czego sobie życzysz, Alva? – spytała spokojnie, ale widać było po niej, że nie cieszy jej ten gość.

     - Czego nie możesz mi dać, słonko? – spytała Alva nieco kpiącym głosem.

     Jonna była Redgardką, o ciemnej cerze, więc nie było widać, żeby się zaczerwieniła, ale z pewnością przytyk Alvy dotknął ją do żywego. To przecież nie jej wina, że interes kiepsko idzie.

     - Chcesz coś zjeść? – spytała, siląc się na spokój.

     - Zjeść? – Alva teatralnie przewróciła oczami. – Nie, chyba nie jestem… głodna. – słowo „głodna” wymówiła tak, jakby szukała odpowiedniego wyrazu, co w tej sytuacji brzmiało co najmniej dziwnie. – Przynajmniej nie w tej chwili.

     - Jasne – odrzekła Jonna. – Daj znać, jak zmienisz zdanie.

     Wyglądało to, jakby Alva w zawoalowany sposób podrywała Jonnę, a tej ostatniej było to bardzo nie w smak. Cóż, zdarzało się, nieczęsto wprawdzie, że kobieta wolała kobiety i w Skyrim dozwolone były małżeństwa jednopłciowe, ale okazało się, że to bardziej skomplikowana sprawa. Bowiem po chwili Alva obrzuciła wzrokiem nas. Kołysząc ponętnie biodrami, przeszła obok naszego stolika i rzuciła mi prowokacyjny uśmiech.

     - Przystojniak z ciebie – odezwała się zmysłowym półgłosem. – Powinniśmy spędzić ze sobą trochę więcej czasu.

     I skierowała się ku drzwiom, zostawiając mnie z kromką chleba w ustach i tak głupią miną, że Lydia, choć zszokowana jej zachowaniem, nie mogła się nie roześmiać.

     - O co jej chodzi? – spytałem zdziwiony.

     - Podobasz się jej – odparła Lydia, żartobliwie marszcząc brwi. – Ale jeśli ona cię tknie palcem, to straci rękę.

     - To miejscowa uwodzicielka – wycedziła Jonna, odzyskawszy rezon. – Wszyscy mężczyźni w Morthal za nią szaleją. A ją to bawi.

     - Nie ma męża? – spytała Lydia. – Ani nikogo, kto by ją trochę… uspokoił?

     - Jest z Hroggarem, ale owinęła go sobie dookoła palca. Zresztą, robi to prawie z każdym mężczyzną w tym mieście – Jonna wzruszyła ramionami. – Dziwię się Hroggarowi. Szybko znalazł pocieszenie w jej ramionach.

     - O czym mówisz? – spytałem zdziwiony.

     Przysiadła na ławie, oparła się o nasz stolik i odezwała się ściszonym głosem.

     - Widziałeś spalony dom pod skałą? Tam mieszkał Hroggar z żoną i córką. Pewnego dnia wybuchł pożar. Obie zginęły. A Hroggara jakby w ogóle to nie obeszło. Wpatrzony był w Alvę jak w obrazek. Ludzie mówią – zniżyła głos jeszcze bardziej – że sam podpalił dom i zamordował rodzinę, żeby móc ożenić się z Alvą.

     Zamurowało nas. Spojrzałem na Lydię, ona na mnie.

     - Mogę zrozumieć, że chciał zabić żonę – wybąkała Lydia. – Zdarzają się sekutnice, albo po prostu okrutni mężowie. Ale córkę? To niemożliwe…

     - Kto wie? – Jonna wzruszyła ramionami. – Też mi się tak wydawało, dopóki nie dotarło do mnie, co Alva potrafi zrobić z mężczyznami. Tu każdy robi do niej maślane oczy. A Hroggar za nią świata nie widzi, chociaż widziałeś, jak się zachowuje. Ona ma go za pachołka.

     Cóż, musiałem przyznać, że Alva naprawdę jest atrakcyjną kobietą, choć nie oddałbym za nią nawet jednego włosa Lydii. Ta ostatnia nieoczekiwanie zaproponowała, aby zostać tu jeszcze jeden dzień.

     - Po co? – spytałem zdziwiony. – Tu nie ma nic ciekawego. Wokół bagna… Piękne, to fakt. Zwłaszcza o wschodzie słońca.

     - Dzwoneczniki wtedy tak pięknie pachną – uśmiechnęła się Jonna, wstając. – W pogodny dzień, gdy nad bagnami unosi się mgiełka… Tylko trzeba uważać, bo bagna są zdradliwe.

     - Jestem ciekawa, jak daleko Alva jest w stanie się posunąć – odparła Lydia z tajemniczym uśmiechem.

     - Nie sądzisz chyba, że ja… - urwałem, nie wiedząc co powiedzieć.

     - A spróbowałbyś tylko – zabawnie zmarszczyła brwi. – A nie ciekawi cię ta historia?

     - A co może mnie obchodzić, kto z kim i kiedy? – burknąłem. – Tym zajmują się stare ciotki.

     - Mówię o pożarze – odrzekła Lydia z naciskiem. – A jeśli Hroggar naprawdę zamordował swoją rodzinę?

     Zadrżałem. Tak, miała rację. Tej sprawie trzeba było się przyjrzeć. Myśl, że być może morderca własnego dziecka pozostaje bezkarny, była dla mnie nie do zniesienia. Odłożyliśmy sprawę do jutra.

     O świcie poszliśmy sobie na bagna. Nigdzie daleko, ot, w pobliże miasteczka. Spotkało nas jednak rozczarowanie, bowiem ranek był pochmurny i nie udało mi się pokazać Lydii tej przepięknej iluminacji, która tak bardzo mnie zachwyciła swego czasu. Dzwoneczniki też nie pachniały tak intensywnie, jak w pogodny dzień.

Morthal nocą

     Hroggara spotkaliśmy w drodze powrotnej, przy tartaku, jak ostrzył siekierę. Spojrzenie miał bardziej niż chmurne. Trzymał się na uboczu i na nasze pozdrowienia odpowiadał półgębkiem, spoglądając na nas spode łba. Niezbyt przyjemny typ.

     - Nie dziwię mu się – mruknąłem do Lydii. – Winny, czy niewinny, musi żyć wśród ludzi, którzy go podejrzewają.

     - Za jego plecami szepczą, a w oczy fałszywie mu się uśmiechają – zgodziła się Lydia. – Tak jak my teraz.

     Okazało się, że Hroggar nie był jedynym, który ostatnio stracił żonę. Spotkaliśmy też innego młodego Norda o zasępionej twarzy. Miał na imię Thonnir i pracował w tartaku. Ten jednak dla odmiany, nie potrafił przeboleć swojej straty. Po krótkiej pogawędce, opowiedział nam, że jego żona, Laelette, pewnego dnia po prostu znikła. Podobno zaciągnęła się do Gromowładnych, chociaż trudno było mu w to uwierzyć, bo jego zdaniem wojskowy tryb życia to ostatnia rzecz, do jakiej się nadawała. Szukał jej długo, albo chociaż jej ciała, ale w końcu dał za wygraną.

     Włóczyliśmy się po mieście, pozornie bez celu. Kilka razy napotkaliśmy strażników. Jednego z nich spróbowałem zaczepić.

     - Czy za tym spalonym domem kryje się jakaś opowieść – zagadnąłem.

     Obrzucił mnie podejrzliwym spojrzeniem.

     - Rozmowy o tym miejscu przynoszą pecha – mruknął niechętnie. – Jarl szuka jednak kogoś, kto nie wierzy w przesądy.

     Zainteresowało mnie to.

     - Moim zdaniem, szuka idioty – strażnik wzruszył ramionami i odszedł.

     Cóż, byłem gotów zostać tym idiotą, ale bardzo chciałem dowiedzieć się czegoś więcej. Spojrzeliśmy więc po sobie i bez słowa, rozumiejąc się doskonale, skierowaliśmy swe kroki ku siedzibie jarla.

     Jarl Idgrod Babokruk nic się nie zmieniła od naszego ostatniego spotkania. Gdy jej się przedstawiłem, błysk zainteresowania pojawił się w jej oczach. Jak się okazało, wiele o nas słyszała, zwłaszcza o mnie. Po wymianie uprzejmości, spytała o cel naszej wizyty.

     - Podobno chcesz, żeby ktoś dowiedział się czegoś więcej o pożarze tego domu – wydusiłem trochę nieskładnie.

     Idgrod wyprostowała się.

     - Pożar w domu Hroggara… - skinęła głową. – Stracił w pożarze żonę i córkę. Mój lud uważa, że dom jest przeklęty. Nie mnie się z nimi spierać.

     Ostatnie słowa wymówiła z lekką irytacją, czy może rezygnacją. Widać było, że nie podziela zdania mieszkańców Morthalu.

     - A co się stało według Hroggara? – spytała Lydia.

     - Wini swoją żonę – odparła. – Za rozlanie niedźwiedziego sadła przy ogniu.

     Zapadła chwila milczenia.

     - Wielu ludzi uważa, że sam podłożył ogień – dodała ostrożnie.

     - Dlaczego miałby to zrobić swojej rodzinie? – pokręciłem zamyślony głową.

     - Żądza potrafi pchnąć człowieka do niewyobrażalnych czynów – prychnęła. – Popioły były jeszcze ciepłe, gdy przysięgał wierność Alvie.

     Najwyraźniej również go podejrzewała.

     - Więc dlaczego go nie aresztowaliście? – spytałem ostrożnie.

     Uśmiechnęła się drwiąco.

     - Na podstawie plotek i pomówień? – pokręciła głową. – Nie… Ale ty, osoba obca, może dociec prawdy – dodała, spoglądając mi prosto w oczy.

     Zawahałem się. Spojrzałem na Lydię, a ona na mnie. Nie uszło to uwagi Idgrod. Pochyliła się na tronie w naszą stronę.

     - Przesiej prochy, których inni lękają się tknąć – szepnęła. – Zobacz, co ci powiedzą. Jeśli dojdziesz prawdy o jego winie lub niewinności, nagrodzę cię.

     Oboje skinęliśmy głowami. Jarl uśmiechnęła się. Na odchodnym dobiegł nas jeszcze jej szept.

     - Losy Hroggara spoczywają w twoich rękach.

*          *          *

     Tak naprawdę niewiele sobie obiecywałem po tym śledztwie. Nie sądziłem, żeby udało nam się dociec prawdy. Nie po takim czasie. Gdybym zbadał pogorzelisko na drugi dzień po pożarze, może udałoby mi się coś znaleźć. Jako kowal, z ogniem i jego śladami byłem za pan brat. Jako myśliwy, potrafiłem znajdować najdrobniejsze ślady. Ale przecież od tamtego czasu minęło już kilka miesięcy. Z domu została tylko kamienna posadzka, osmalony kominek, kikuty nadpalonych słupów i resztki ścian, które nie zdążyły się dopalić, gdy ludzie zbiegli się, by gasić pożar. A wszystko to zostało wielokrotnie spłukane deszczem i topniejącym śniegiem.

     - Pewnie niczego tu nie znajdziemy – westchnęła Lydia, rozglądając się bezradnie.

     - Tylko tyle, że dom istotnie podpalono – mruknąłem, wpatrując się w zgliszcza.

     - Skąd wiesz? – spytała zdziwiona.

     - Popatrz – wskazałem ręką. – Ta ściana jest zupełnie spalona, ta też. A przy kominku i z tej strony jakoś nie widać wielkich zniszczeń. Tu ludzie zdołali ugasić pożar. Czyli zaczął się w tym miejscu – wskazałem ręką na zgliszcza, dość daleko od kominka. – A miał się rzekomo zacząć od rozlanego przy ogniu sadła. Gdyby tak było, ogień strawiłby przede wszystkim ściany przy kominku. Zwłaszcza, że te są zawsze najsuchsze i najszybciej się palą. Kominek je systematycznie osusza…

Morthal - spalony dom Hroggara

     - Czyli naprawdę Hroggar? – Lydia zadrżała.

     - Tego nie wiemy – pokręciłem głową. – Wiemy, że dom podpalono. Nie wiemy, kto to zrobił. Teoretycznie mógł to być każdy… - rozejrzałem się bezradnie po mieście. – A jarl żąda dowodów.

     Westchnąłem przeciągle.

     - Poszperam tu trochę - oznajmiłem. – Może coś znajdę. Zamówisz u Jonny coś do jedzenia? Zgłodniałem trochę.

     Skinęła głową i ruszyła w stronę gospody. Ja tymczasem zacząłem uważnie badać kominek, nie spodziewając się jednak znaleźć niczego szczególnego. Przede wszystkim, nie zauważyłem ciemnych plam przy palenisku, jakie z pewnością zostawiłby płonący tłuszcz. Ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Po takim czasie plamy mogły zostać zmyte.

     Właśnie odwróciłem się w stronę jednego z ocalałych kątów, gdy ujrzałem coś dziwnego. Oto w rogu, między pozostałościami ścian, pojawiła się bladobłękitna zjawa, może ośmioletniej, może młodszej dziewczynki. Stała w rogu i przypatrywała mi się zaciekawiona. Znieruchomiałem.

     - Kto tam? – spytała zjawa, przestraszonym głosem. – To ty, ojcze?

     Stałem jak sparaliżowany, przyglądając się niecodziennemu zjawisku. Choć blada i w dzień niezbyt wyraźnie odcinała się od tła, zjawa była dobrze widoczna. Można było dostrzec jej szczupłą, delikatną, dziecinną buzię z zadartym noskiem i zarysy sukienki. Czyżby to była córka Hroggara?

     - Kim jesteś? – spytałem szeptem.

     - Helgi – odpowiedziała dziewczynka niewinnym głosem. – Ale ojciec mówi, że nie powinnam rozmawiać z obcymi.

     Zaczęła mi się uważnie przyglądać.

     - Jesteś obcą osobą? – spytała po chwili.

     Uśmiechnąłem się niepewnie i przyklęknąłem na jedno kolano. Nasze oczy znalazły się na jednej wysokości.

     - Nie – odrzekłem. – Jestem przyjacielem… Wiesz, co się stało z twoim domem?

     - Obudził mnie dym – poskarżyła się, marszcząc nosek. – Było gorąco i się bałam. Dlatego się schowałam. Potem było zimno i ciemno.

     Przekrzywiła główkę i uśmiechnęła się.

     - Już się nie boję – oświadczyła. – Ale jestem samotna… Pobawisz się ze mną?

     Wyciągnąłem do niej dłoń, ale zaraz ją opuściłem, wiedząc, że to bezcelowe.

     - Jeśli to zrobię, powiesz mi, kto wzniecił pożar?

     Zjawa zaklaskała w ręce z radości.

     - Dobra! Pobawmy się w chowanego! Znajdź mnie, to ci powiem.

     Po czym uniosła w górę paluszek i tajemniczym głosem oznajmiła.

     - Musimy poczekać na noc. Ta druga też się bawi, ale wyjdzie dopiero w nocy.

     W nocy! Kto wychodzi w nocy? Chyba tylko wampiry…

     - Druga? – spytałem ostrożnie. – Co masz na myśli?

     - Nie mogę ci powiedzieć – zakryła ręką usta. – Może mnie usłyszeć. Jest tak blisko…

     Rozejrzałem się bezwiednie, ale niczego nie zauważyłem.

     - Jeśli znajdziesz mnie najpierw, to ci powiem! – dodała roześmianym głosem.

     Otworzyłem usta, chcąc ja jeszcze wypytać, ale zjawa znikła. Przez dłuższy moment siedziałem jak skamieniały, wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stało dziecko. Nie wróciło. Podniosłem się na nogi i kręcąc z niedowierzaniem głową, skierowałem się do gospody, porozmawiać z Lydią.

     - Jak miała na imię córka Hroggara? – spytałem Jonnę, gdy ta podała mi talerz gorącej zupy.

     - Helgi – odrzekła, uśmiechając się bezwiednie, ale potem grymas żalu pojawił jej się na twarzy. – Rozkoszna kruszynka… Wciąż nie mogę uwierzyć…

     Ukradkiem otarła łzę i zostawiła nas samych. Opowiedziałem Lydii, co mnie spotkało.

     - Pójdę tam o zmierzchu – oznajmiłem. – Może znów ją spotkam.

     - Pójdziemy razem – odrzekła. – Może przede mną będzie bardziej wylewna. 

*          *          *

     O zmierzchu pojawiliśmy się przy jej domu, ale daremnie czekaliśmy. Duszek nie pojawił się.

     - Jak ona to powiedziała? – spytała nagle Lydia. – Będziecie bawić się w chowanego… Musisz ją najpierw poszukać!

     - Jak mam poszukać ducha? – obruszyłem się.

     - Na pewno nie tutaj – Lydia obiegła wzrokiem resztki domu. – Tu nie ma gdzie się schować.

     - Duch nie musi się chować – zaoponowałem.

     Lydia uśmiechnęła się.

     - Wulf, musisz myśleć jak mała dziewczynka! Z pewnością schowała się gdzieś indziej.

     Zaczęliśmy się rozglądać wokół, zajrzeliśmy pod resztki schodów, w krzaki, za kamieniem – ale nigdzie nie dojrzałem skulonego duszka.

     - Tu jest cmentarz – zastanowiłem się. – Może tam? Duch chyba jakoś ciągnie do swoich szczątków.

     - Zobaczmy – powiedziała Lydia bez przekonania. – Cmentarz jest z tamtej strony skały.

     Ruszyliśmy ścieżką w górę, za niewielką skałę. Istotnie, stało tam kilka mogił, ale jedna z nich była rozkopana, a trumna wyciągnięta na wierzch.

     - To jest trumna dziecka – szepnęła Lydia. – Ale dlaczego jest wyciągnięta?

     Jakaś ciemna postać oderwała się od trumny i bezszelestnie znikła na górskiej ścieżce. Odruchowo wyciągnąłem broń. Przywołałem Wykrycie Życia, ale niczego nie zauważyłem. Albo tajemnicza postać była duchem albo tak szybko biegała, że nie zdążyłem jej dosięgnąć.

     Stanąłem nad trumną. Nie wiedząc, co zrobić, popukałem w nią gałką miecza.

     - Spraw, by Laelette już sobie poszła! – dobiegł mnie dziecinny głosik ze środka.

     Laelette! Zaginiona żona Thonnira! A więc nie żyje. Ona też była duchem. Duchem, albo…

     - Nie trzeba było tu przychodzić! – rozległ się kobiecy głos o kilka kroków ode mnie.

     I nagle ujrzałem szczupłą, młodą kobietę, o bladej twarzy, która zjawiła się nie wiadomo skąd. Wyciągnęła do mnie rękę i nagle między nami pojawiła się czerwona poświata magii wysączania.

     Wampir!

     Czułem jak słabnę, ale zdołałem jeszcze podbiec i uderzyć ją mieczem w pierś. Kruche, kobiece ciało łatwo poddało się ostrej głowni. Przeskoczył na nią magiczny, paraliżujący ładunek błyskawicy. Wampirzyca wydała tylko krótkie westchnienie i przewróciła się na plecy. Skonała, tym razem na dobre.

     - Masz mnie! – rozległ się nagle roześmiany głosik dziecka i postać duszka pojawiła się przy trumnie. – Laelette też mnie szukała – wskazała na wampirzycę. – Ale dobrze, że nie znalazła mnie pierwsza.

     Słuchałem tego wszystkiego przerażony. Więc to była Laelette! Wcale nie zaciągnęła się do Gromowładnych, tylko przystała do wampirów. Pytanie, czy z własnej woli…

     Dziewczynka tymczasem szczebiotała dalej.

     - Laelette powiedziano, żeby spaliła mamusię i mnie, ale nie chciała tego zrobić. Chciała bawić się jeszcze długo i długo… Pocałowała mnie w szyję i zrobiło mi się tak zimno, że nawet ogień mnie nie bolał.

     Zadrżałem. Laelette próbowała ją przemienić w wampira. Dobrze, że jej się nie udało…

     - Laelette myślała, że może mnie zabrać – ciągnęła Helgi zaaferowanym głosem. – Ale nie mogła. Cała jestem popalona – dodała, krzywiąc się, jakby trochę ja to zmartwiło.

     Ziewnęła.

     - Jestem zmęczona – oznajmiła. – Prześpię się chwilę…

     A ja wiedziałem, co to znaczy. Przechodzi w zaświaty. Zostaje uwolniona. I dobrze, niech spotka się ze swą mamą tam, po drugiej stronie. Niech wreszcie ktoś ją przytuli.

     Na Lydii też jej opowieść zrobiła piorunujące wrażenie. Trzymała się tylko siłą woli. Nic dziwnego, niewinna buzia dziecka potrafiła rozbroić nawet mnie, więc co mówić o Lydii.

     - Więc to jest Laelette – mruknąłem, zerkając na zwłoki wampirzycy. – Sprawczyni całego zła.

     - Nie do końca – zaoponowała Lydia. – Helgi wspomniała, że kazano jej to zrobić, choć nie chciała. Kto jej kazał? I dlaczego? To jest właściwy sprawca.

     Tymczasem na ścieżce pojawił się ktoś jeszcze. Thonnir dowiedział się, nie wiem jakim sposobem, o Laelette i szedł z nieprzytomnym wzrokiem w stronę tego, co kiedyś było jego żoną. Doszedł do niej, upadł na kolana i przytulił zimne ciało.

     - Na brodę Ysmira – załkał. – Ona… Ona jest wampirzycą!

     Zaniósł się szlochem.

     - Ona nie żyje! – zawył. – Laelette nie żyje!

     Lydia ścisnęła go za ramię, chcąc dodać mu otuchy. Ja również przyklęknąłem przy nim. Opanował się dość szybko, ale przecież opłakał ją już dawno temu. Odniosłem wrażenie, że też właśnie, zyskawszy pewność, poczuł coś w rodzaju ulgi, która złagodziła nieco jego ból.

     - Co możesz mi powiedzieć o twojej żonie? – spytałem delikatnie, gdy ciało Laelette znów spoczęło na ziemi.

     - Laelette – westchnął i otarł łzę. – Myślałem, że odeszła, by przyłączyć się do Gromowładnych. Ach, moja nieszczęsna Laelette…

     - Czy zdarzyło się coś dziwnego, zanim wyszła? – spytałem.

     Wzruszył ramionami. Odpowiedział dopiero po chwili.

     - Zaczęła spędzać wiele czasu z Alvą – szepnął. – A jeszcze tydzień wcześniej gardziła nią.

     Dotknął czoła i potarł je w zamyśleniu.

     - W noc swojego zniknięcia miała spotkać się z Alvą – dodał. – Później Alva powiedziała mi, że nie przyszła. Nawet się z nią nie pożegnałem.

     Znów westchnął przeciągle.

     - Może jednak się spotkały – mruknąłem.

     - Myślisz, że Alva… - urwał w połowie zdania i spojrzał na mnie zdumiony. – Ale to znaczy, że… O, bogowie! Myślisz, że Alva jest wampirzycą?

     Wzruszyłem ramionami.

     - Trzeba koniecznie wziąć pod uwagę tę możliwość – powiedziałem ostrożnie.

     Zaprzeczył tak gwałtownie, że aż cofnąłem się o pół kroku.

     - Nie! Jesteś w błędzie! Musisz się mylić!

     Spojrzeliśmy na niego zdumieni.

     - Laelette mogła zginąć na mokradłach… - zaczął bezładnie, cofając się, jakby się nas przestraszył. – Nie wierzę, że Alva mogła mieć z tym coś wspólnego! Nie udowodnisz tego jarlowi!

     I po tych słowach puścił się biegiem do miasteczka.

     - Biedny człowiek – westchnęła Lydia. – To za wiele dla niego.

     - Mam nadzieję, że nie pomieszało mu się w głowie – mruknąłem. – Woli zaprzeczać temu, co sam widział.

     - Czyżby ta Alva miała tak wielką moc nad mężczyznami? – zastanowiła się. – Jest pewnie ponętna, ale… Jest? – spojrzała na mnie pytająco.

     - Jest – skinąłem głową. – Do tego zachowuje się prowokacyjnie. Może się podobać.

     - Tobie się podoba? – spytała.

     - Czy ja wiem – wzruszyłem ramionami. – Na swój sposób tak, ale nie na tyle, by mogła mnie sobie owinąć dookoła palca. Tak jak to udało się tobie – dodałem po chwili, dając jej kuksańca.

     - Trzeba przeszukać jej dom – podsunęła, uśmiechając się lekko na moje słowa. – Może tam coś znajdziemy?

     - Pozwól, że zrobię to sam – skinąłem głową. – Na razie chodźmy do gospody.

     Ruszyliśmy wolnym krokiem wąską ścieżką w dół. Czekała mnie jeszcze jedna niełatwa sprawa do załatwienia.

środa, 3 maja 2017

Rozdział XXXIII – Katakumby

     To jeszcze nie wtedy zostałem tanem. Należała mi się jednak nagroda. Byłem już człowiekiem na tyle zamożnym, że nie zależało mi na niej, ale nie mogłem zapomnieć, że znajduję się w Skyrim. Nie zgłaszając się po nagrodę, uchybiłbym Falkowi, który miałby wtedy wobec mnie dług. Stawiałoby go to w bardzo niezręcznej sytuacji. Żyjąc wśród Nordów wystarczająco długo, nie mogłem o tym nie wiedzieć, a nawet z czasem wydało mi się to całkiem logiczne.

     Do Samotni wróciliśmy późnym wieczorem. Lydia od razu poszła do gospody, zamówić nam pokój i kolację, a ja udałem się do Błękitnego Pałacu. Elisif nie było w sali tronowej, Byli jednak Falk i Sybilla Stentor, pełniąca funkcję nadwornego maga. Znałem ją już i uważałem za osobę uprzejmą, ale nieco wycofaną, nie szukającą kontaktu z innymi. Wśród magów była to postawa na tyle częsta, że nikogo nie dziwiła. Oboje siedzieli właśnie przy stole nad jakimiś dokumentami i przyciszonymi głosami o czymś zawzięcie dyskutowali, ale widać było po nich, że dobrze się dogadują.

     Ona pierwsza mnie zauważyła i rzuciła mi to swoje spojrzenie niesamowicie błyszczących oczu. Choć nigdy nie spotkało mnie z jej strony nic przykrego, zawsze czułem do niej jakąś dziwną rezerwę. Sam nie wiedziałem, skąd ona się bierze. Teraz przyszło mi do głowy, że oczy świecą jej jak u wampira.

     - Jesteś! – zawołał Falk, wstając. – To dobrze. Udało ci się coś znaleźć w jaskini Wilczy Czerep?

     Pozdrowiłem go i skłoniłem się lekko Sybilli. Ta uśmiechnęła się na powitanie.

     - Pewni nekromanci próbowali przyzwać i okiełznać Potemę – oświadczyłem, ciekaw jakie wrażenie wywrze na nich ta wiadomość.

     Wywarła. Niemałe! Oboje znieruchomieli.

     - Potema we własnej osobie? – wydusił zdumiony i przerażony Falk. – Proszę, powiedz, że udało ci się ich powstrzymać!

     Uśmiechnąłem się.

     - Ich obrzęd został przerwany – zapewniłem. – Zadanie ukończone.

     Falk bezwładnie opadł na krzesło. Potarł czoło i pokręcił głową.

     - Nawet nie wiesz, jak wiele zawdzięcza ci królestwo – westchnął. – Wskrzeszona Potema… Wzdragam się na samą myśl.

     Sybilla spojrzała na mnie z uznaniem, a ja aż dostałem gęsiej skórki na to spojrzenie. Te oczy… Tak płonące, jak dwie latarnie. Odpędzałem od siebie tę myśl, ale nie dawała mi spokoju…

     Falk zaprosił mnie gestem do stołu, ale potrząsnąłem głową. Widząc, że pomimo późnej pory mają dużo pracy, nie chciałem im przeszkadzać. Falkowi z pewnością już wtedy przyszedł do głowy pomysł, by uczynić mnie tanem Samotni, ale oficjalnie nie mógł mnie mianować. To był przywilej Elisif. Gdy odchodziłem po odebraniu zwyczajowych stu septimów, zapewnił mnie tylko, że drzwi Błękitnego Pałacu są dla mnie zawsze otwarte.

     - Ktoś tak niezłomny w sercu jak ty, jest tu zawsze mile widziany – zapewnił.

     Będąc już u szczytu schodów, nie wytrzymałem. Odwróciłem się ku nim i spojrzałem na obie, pochylone nad stołem postaci. Na mojej dłoni zabłysło Wykrycie Życia. Rzucanie czaru w pałacu kłóciło się z wszelkimi ogólnie przyjętymi zasadami. Było to, jakbym w obecności dostojników dobył miecza. Ale ja po prostu musiałem się upewnić!

     - Hej, ostrożnie z tymi czarami! – upomniał mnie strażnik.

     Pomimo gniewnego tonu, strażnik zajarzył się błękitną poświatą, oznaczającą, że jest do mnie przychylnie nastawiony. Podobnie jak Falk. Tylko postać Sybilli pozostała ciemna. Na ten widok poczułem, jak jeżą mi się włosy. Chyba wolałbym, żeby zajarzyła się purpurą.

     Sybilla Stentor, nadworny mag Samotni, była wampirem! 

*          *          *

     - Sprawuje swój urząd od wielu lat – szepnęła Lydia w zamyśleniu, kładąc głowę na mojej piersi. – Niemożliwe, żeby o ty nie wiedzieli.

     - To mnie właśnie przeraża – odparłem. – Muszą o tym wiedzieć. Wampiry mają zimne ciało. Przecież nie da się tego ukryć! A wampiryzm jest bardzo zaraźliwy.

     - Nie każdy wampir zaraża – odrzekła. – Są różne rodzaje wampiryzmu. Wampiry wyższego rzędu nie zarażają. Same się nie zaraziły, tylko powstały poprzez jakiś skomplikowany i bolesny rytuał, często wbrew swojej woli. Coś tam było w bibliotece u Uraga, ale nie interesowało mnie to szczególnie, więc czytałam po łebkach. Ale coś w tym musi być. Gdyby było inaczej, w Błękitnym Pałacu roiłoby się od wampirów.

     Przyznałem jej rację, jednak sam fakt, że do dworu dopuszcza się wampira, był dla mnie nie do przyjęcia. Wampir to morderca. Chce, czy nie chce, musi zabijać, żeby żyć. Usługi Sybilli musiały być dla dworu na tyle cenne, że przymykano na to oko. Gdyby chodziło o drobne grzeszki,  nie miałbym nic przeciwko temu. Ot, cena, jaką trzeba zapłacić za usługi. Ale jak oni mogli tolerować u siebie seryjnego mordercę? Jak ona wkradła się w łaski Elisif? A może wcale nie musiała? Sprawiała wrażenie kogoś szczerego i oddanego Samotni. Czy to możliwe, że służyła jej jeszcze zanim ją zamieniono w wampira?  I czy zrobiła  to z własnej woli, czy też została do tego zmuszona?

     - Wampiry są nieśmiertelne – szepnęła Lydia. – To spora pokusa dla niektórych.

     - Chciałabyś żyć wiecznie? – spytałem.

     Uśmiechnęła się.

     - Nie, ja nie. To musi być straszne. Patrzeć, jak wszystko wokół ciebie przemija, jak świat się zmienia, jak staje się coraz bardziej niezrozumiały. Przecież nawet starszy człowiek potrafi boleć nad upadkiem obyczajów i z rozrzewnieniem wspominać dawne czasy. Co musi czuć wampir?

     - I wszyscy, których kochał, stopniowo odchodzą – zgodziłem się z nią. – Opuszczają go wszyscy przyjaciele, znajomi… Po latach nikt ich już nawet nie pamięta, a on wciąż za nimi tęskni. Tak, to musi być straszne.

     - A jeśli jeszcze miał dzieci? – szepnęła Lydia. – Patrzeć na ich śmierć? Chować je do grobu? Nie, wolę odejść, gdy przyjdzie mój czas.

     - Shor na pewno przyjmie cię z otwartymi ramionami – pogładziłem ją po włosach. – Tylko obiecaj mi, że nie poturbujesz za bardzo Tsuna przed Fiszbinowym Mostem. Polubiłem go…

     Uśmiechnęła się i przytuliła do mnie.

     - My też zabijamy – powiedziała nagle. – A przecież nie uważamy się za morderców. Wszystko zależy od tego, kogo się zabija. Może ona robi tak samo?

     Rzeczywiście, o tym nie pomyślałem. Zabójca wcale nie musiał być mordercą. Kto wie, czy Sybilla nocami nie wypuszczała się do kryjówek rozbójników, albo nekromantów?

     Uspokoiło mnie to na tyle, że udało mi się zasnąć. Ale postanowiłem, że przy najbliższej okazji wypytam o to Falka.

*          *          *

     Z Samotni powróciliśmy do Zimowej Twierdzy. I znów przez kilka tygodni nie interesowało mnie nic, poza nauką. Z zadowoleniem stwierdziłem, że pomimo mojego stanowiska arcymaga, wszyscy traktują mnie tak samo jak przedtem. Stanowiliśmy grupę oddanych przyjaciół, niemal rodzinę. Nawet dąsy między Niryą i Faraldą nieco przycichły.

     Któregoś dnia Arniel, wracający z miasta, przyniósł mi doręczony przez kuriera list, opatrzony pieczęcią Samotni – stylizowanym łbem wilka. Złamałem ją i z ciekawością przebiegłem wzrokiem równe, pochyłe litery.


     Wulfhere,

     W ciągu ostatnich kilku dni doszły nas niepokojące informacje na temat wydarzeń w jaskini Wilczego Czerepu i rytuału przywołania, który udało ci się przerwać.

     Mając na uwadze twój udział w tych wydarzeniach, ponownie jestem zmuszony prosić cię o powrót do Samotni i pomoc. Lękam się podać więcej szczegółów w liście. Spotkajmy się w Błękitnym Pałacu.

     Z poważaniem

     Falk Ogniobrody


     Pokręciłem głową. Musiało to być naprawdę coś szczególnego, skoro prosił o pomoc właśnie mnie. Miał przecież w mieście cały Legion Tuliusa, wampirzego maga i wielu innych śmiałków, do których mógłby się zwrócić o zajęcie się tą sprawą. Skoro tego nie zrobił, tylko zwlekał, czekając na mnie, musiał mieć jakiś ważki powód.

     Z przykrością odmówiłem Brelynie pomocy w jej eksperymentach magicznych, na które umówiliśmy się jeszcze wczoraj.

     - Sama rozumiesz, to może być ważne. Muszę natychmiast wyruszyć.

     - Rozumiem – uśmiechnęła się i ścisnęła moją rękę. – Nie przejmuj się mną, poproszę kogoś innego.

     Przy tych słowach jej szara twarz nabrała nieco burej barwy. Tak czerwienią się Dunmerowie. Nie miałem wątpliwości, że tym kimś będzie Onmund.

     Do Samotni dotarliśmy na trzeci dzień, późno w nocy. Do Błękitnego Pałacu udaliśmy się dopiero nazajutrz i to późnym rankiem, bowiem zmęczeni po podróży, spaliśmy jak nieżywi.

     Tym razem spotkaliśmy się nie tylko z Falkiem i Sybillą, ale też z Elisif, która mimo iż przyjmowała właśnie jakąś cesarską delegację, odwróciła ku nam głowę i uśmiechnęła się serdecznie na nasz widok. Nie chcąc jej przeszkadzać, skłoniliśmy się tylko i udaliśmy się na prawo, do stolika, przy którym Falk wypisywał jakieś listy. Gdy podeszliśmy, uniósł wzrok i skinął nam głową. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że z ogromną ulgą.

     - Pewnie znalazł cię posłaniec – odezwał się, wstając.

     - To od ciebie pochodzi wiadomość o jaskini Wilczy Czerep? – spytałem.

     Potrząsnął głową i zaprosił nas gestem, żebyśmy usiedli. Muszę przyznać, że mnie zaciekawił. Skąd w takim razie pochodziły te wieści? Wyjaśniło się to jednak już po jego pierwszych słowach.

     - Niestety obawiam się, że to nie są dobre wieści – zaczął. – Potema uciekła, gdy udało ci się rozbić więzy. Natknęliśmy się na jej istoty. Styrr mówi, że ona wciąż znajduje się w postaci ducha, w przeciwnym razie już byśmy nie żyli.

     Styrr. Nic mi nie mówiło to imię. Tymczasem Falk westchnął cicho, opuścił głowę, by zaraz ją podnieść i spojrzeć mi w oczy.

     - Wiele ci już zawdzięczamy – odezwał się proszącym głosem. – Udało ci się powstrzymać spętanie, ale musisz iść z nim porozmawiać. Może Styrr powie nam, co robić.

     - Kim jest Styrr? – spytała za mnie Lydia.

     - To kapłan Arkaya w Samotni – wyjaśnił Falk. – To on odkrył, że Potema wciąż tu jest. On na pewno nam pomoże.

     Pokiwałem głową. Nie znałem wprawdzie potęgi Potemy, ale skoro lepiej poinformowani tak bardzo się jej obawiali, to koniecznie trzeba było się tym zająć. Byłem tez ciekaw, co powie mi Styrr. Na razie nie miałem żadnego planu, ale miałem nadzieję, że wspólnie z kapłanem wpadniemy na jakiś pomysł, jak pozbyć się Potemy.

     - Porozmawiam ze Styrrem – zapewniłem. – Coś wymyślimy…

     Spytałem jeszcze, gdzie go szukać. Wyjaśnił mi, jak trafić do przedsionka Komnaty Umarłych, gdzie zwykle przebywał. Na odchodnym uścisnął nam ręce.

     - Powodzenia – rzekł poważnym tonem. – Uważajcie na siebie…

*          *          *

     Lydia pomaszerowała do sklepu Fihady, uzupełnić nasz zapas strzał. Obiecała, że wejdzie też do gospody, zaopatrzyć nas w prowiant. Nie wiadomo, dokąd przyjdzie nam się udać.  Ja zaś zacząłem rozglądać się po mieście, szukając opisanego przez Falka budynku. Znalazłem go bardzo łatwo. Styrr okazał się być starszym, kościstym Nordem, o wyglądzie uczonego. I, co ciekawe, naprawdę był uczonym. W jego domu było pełno ksiąg. Walały się wszędzie i zajmowały każdą wolną powierzchnię – na stole, na półkach, nawet na podłodze. Gdy wszedłem, stał przy oknie z jakimś otwartym tomiszczem w dłoni. Na mój widok podniósł wzrok i przymrużył przyzwyczajone do czytania oczy. Nie spodziewał się zapewne nikogo, odzianego w thalmorską zbroję.

     - Mam nadzieję, że nie zamierzasz sprawiać kłopotów – odezwał się, mrugając oczami by przywrócić im ostrość widzenia. - Co mogę dla ciebie zrobić?

     Odpiąłem hełm, aby widział, że nie jestem Altmerem i podszedłem bliżej. Podniósł w górę palec i uśmiechnął się.

     - Musisz być tą osobą, o której Falk tak dobrze się wypowiadał – wyciągnął do mnie rękę. – Witaj!

     - Falk przysłał mnie do ciebie, by porozmawiać o Potemie – oznajmiłem, ściskając jego kościstą dłoń.

     - Ach, Potema… - uczynił gest, jakby chciał ogarnąć całą Samotnię. – Była królowa Samotni i jedna z najniebezpieczniejszych nekromantek w znanej historii. 

     Podniósł kilka tomów, zalegających na krześle i przestawił je na stół, zapraszając, bym zajął miejsce. Usiadł naprzeciwko mnie.

     - Prawie pięćset lat temu niemal doprowadziła do upadku Cesarstwa. Wydaje mi się, że mam na jej temat książkę… - urwał, rozglądając się po pomieszczeniu.

     - A teraz powróciła? – spytałem, w obawie że zaraz zacznie przekopywać się przez swój zakurzony księgozbiór.

     Potrząsnął głową.

     - Być przyzwanym w formie duchowej to nie to samo co powstać z martwych – wyjaśnił. – Będzie potrzebowała pomocy, zanim wróci między żywych. Na razie Wilcza Królowa uciekła w miejsce, wypełnione zmarłymi, którzy gotowi są jej służyć. Udała się do swoich starych Katakumb.

     Oparł dłonie na kolanach i pochylił się w moją stronę.

     - Kilka dni temu jeden z jej sług przebił się przez ścianę do Niebiańskiej Świątyni – zniżył głos, jakby obawiał się, że ktoś może nas podsłuchać. – Dlatego właśnie musisz udać się do samych Katakumb.

     - Zaraz – uniosłem dłoń. – Mam tam iść i zrobić to w pojedynkę?

     - Tak – skinął głową. – Kazałem Falkowi cię sprowadzić, ponieważ dane ci było wziąć udział w przywołaniu. Posiadasz teraz z Potemą więź. Musisz się z nią rozprawić.

     No tak, każdy by tylko dyrygował! A gdy trzeba coś zrobić, pośle się Wulfhere’a. Pokręciłem głową. Nekromanci z pewnością nie byli tymi, między którymi pragnąłem się znaleźć. Wciąż się ich obawiałem. Dopóki stawiałem czoła innym przeciwnikom, zawsze gdzieś w tyle głowy pojawiała mi się wizja Sovngardu. To sprawiało, że nie bałem się śmierci. Ale nekromanci? Mogą uwięzić moją duszę nie wiadomo gdzie i poddać ją niewyobrażalnym cierpieniom - i tyle będzie z mojej biesiady na Dworze Shora.

     Widząc moją minę, Styrr uśmiechnął się i  sięgnął z szuflady jakąś księgę.

     - Mogę pomóc ci w uporaniu się z jej sługami – rzekł podając mi opasłe tomisko. – To powinno pomóc w samych Katakumbach.

     Rzuciłem okiem na okładkę. Była to Księga Czarów – Odpędzanie Nieumarłych. Cenny dar, ale całkowicie bezużyteczny. Nie ich się obawiałem. Z draugrami potrafiłem sobie już całkiem nieźle radzić. No i miałem u pasa Przedświt – miecz wykuty specjalnie do walki z nieumarłymi.

     - Co do samej Potemy – ciągnął Styrr, - odszukaj jej szczątki, zapewne już tylko szkielet. Zabierz go z Katakumb i przynieś z powrotem, by mogły zostać uświęcone przez Arkaya.

     Pokiwałem głową. Ale nie wytrzymałem i wyraziłem mu swoje obawy. Uśmiechnął się i wyjaśnił mi, że to nie z nekromantami będę musiał się zmierzyć. Tych w Katakumbach nie było. Tam mogłem napotkać tylko nieumarłych. Prawdziwą przeciwniczką była sama Potema. Nie wiedziałem, do czego jest zdolna, ani jak wielka jest jej moc, ale Styrr twierdził, że jest potężnym przeciwnikiem.

     - Co muszę wiedzieć o Potemie? – spytałem rzeczowo.

     - Ciekawa postać – uniósł brwi. – Niesamowicie zła i wstrętna, rzecz jasna, ale jednocześnie zaskakująco błyskotliwa i wspaniale posługująca się nekromancją. 

     Uśmiechnął się do swoich myśli.

     - Zawsze była bliska zdobycia tytułu cesarzowej – dodał po chwili. – Jednak pomimo starań, nigdy jej się to nie udało. Jak na ironię – podniósł wzrok na mnie i pokiwał głową, - gdyby dziś żyła, byłaby ostatnim żyjącym członkiem linii Septimów. Zgodnie z prawem, byłaby cesarzową.

     Gawędziliśmy jeszcze przez jakiś czas. Styrr podzielił się ze mną swoją wiedzą na temat Potemy i Katakumb, co mogło mi się przydać w podziemiach. Na odchodnym wręczył mi jeszcze klucz do Katakumb i wyjaśnił, że wejście znajduje się w Niebiańskiej Świątyni, na dole po lewej stronie. W razie czego, miałem spytać jakiegoś kapłana, powołując się na niego.

     - Niech Arkay pobłogosławi cię długim życiem – rzekł, ściskając moją dłoń na pożegnanie. 

*          *          *

     Drogę wskazała nam kapłanka Freir – ładna, długowłosa Cyrodiilijka, co poznałem mimo półmroku, panującego w świątyni. Trudno nie poznać ojczystego akcentu i śpiewnej mowy. W Samotni było to coś powszechnego, bowiem mieszkało tu znacznie więcej moich rodaków niż w innych miastach Skyrim. Powstała też tutaj dziwna moda na wszystko, co cesarskie i czasami dotyczyło to również sposobu mówienia. Śmieszyły mnie te nieudolne próby naśladowania cyrodiilijskiego akcentu przez Nordów. Choćby nie wiem jak próbowali, zawsze głoski wymawiali twardo, a wyrazy mówili w sposób urywany, dokładnie oddzielając od siebie słowa. Tu nie miałem wątpliwości. Naturalnie miękka, płynna i śpiewna wymowa świadczyła o tym, że Freir pochodziła z południa i to z okolic Cesarskiego Miasta.

Samotnia - Niebiańska Świątynia Ośmiu Bóstw

     Zeszliśmy do piwnic. Były całkiem rozległe i bardzo solidnie wykonane, ale poza tym niczym nie różniły się od innych, podobnych miejsc. Stały tam beczki z żywnością, skrzynie z jakimiś rupieciami i trochę gratów. Wszystko równo pokryte kurzem i gdzieniegdzie pajęczynami.  Okazało się, że podziemia mają kilka poziomów, bowiem na końcu natrafiliśmy na schody w dół i stanęliśmy przed kratą, przegradzającą przejście. Składała się z żelaznych prętów, wysuniętych z posadzki, niby włócznie – podobnie jak pułapka, która uwięziła mnie swego czasu w Saarthal. Zacząłem rozglądać się, w poszukiwaniu jakiegoś uchwytu, ale niczego takiego nie znalazłem. Za to w pewnym momencie zmroził mnie rozlegający się wokół mnie głos.

     - Wreszcie jesteś! – odezwał się kobiecy głos. – Wraca do mnie bohater, który zapobiegł memu uwięzieniu.

     Głos brzmiał uwodzicielsko i zmysłowo, ale mimo to poznałem go od razu. To była Potema. Jednocześnie ujrzałem pełzające po pomieszczeniu delikatne smugi błękitnego światła, które wcale nie zachowywało się jak światło. Raczej jak dym, albo mgiełka. Nie biegło prosto, lecz tworzyło w powietrzu różne zawijasy. To zapewne był duch Potemy…

     - Wiele ci zawdzięczam, maleństwo – łagodnym głosem odezwała się Potema. – Kiedy zginiesz, wskrzeszę cię i zajmiesz miejsce u mego boku. Wkrótce będziesz mi służyć…

     Nie powiem, że się nie bałem. Na szczęście, żelazne pręty z chrzęstem opadły, chowając się w posadzce i kierując moje myśli gdzie indziej. Przejście stanęło otworem. Nie wątpiłem, że na rozkaz Potemy. Z dreszczem przeszedłem na drugą stronę, ściągając z ramienia łuk.

Samotnia - Katakumby

     A dalej… Cóż, dalszy ciąg zagraconych piwnic. Uszkodzone meble, połamane skrzynki, puste beczki. Zapewne znaleźliśmy się już w podziemiach zamku Dour, z którym świątynia stanowiła jedną całość. Szliśmy ostrożnie, rozglądając się wokół, ale nikogo nie napotkaliśmy. I to osłabiło moją czujność na tyle, że draugr, atakujący z tyłu, zaskoczył mnie całkowicie. Musiał stać w cieniu, w niszy, pokrytej częściowo zwisającymi z powały girlandami mchu i dlatego go nie zauważyłem. Na szczęście dla mnie, za mną szła Lydia, a ona nie dała się zaskoczyć. Nie wypuszczając łuku z dłoni, dobyła miecza. To był jeden ruch. Cios był przedłużeniem dobywania broni, jakby jej miecz wystrzelił z pochwy prosto w kark nieumarłego. Nawet draugr nie przetrzyma takiego ciosu.

     Podziękowałem jej uśmiechem. Popukała lekko gałką miecza w moją zbroję i odwzajemniła uśmiech. Ruszyliśmy dalej. Piwnice były kręte i stanowiły prawdziwy labirynt. W końcu znaleźliśmy kolejne schody w dół, prowadzące do pomieszczenia, bardziej przypominającego zamkowy krużganek niż piwnicę. Otoczone było drewnianą poręczą i również miało schody – oczywiście w dół. Omiotłem ciemne pomieszczenie zaklęciem, ale niczego ono nie pokazało. No, może z wyjątkiem tego, że jestem idiotą i chyba powinienem dać sobie spokój z kolejnymi przygodami, bo znów o mało co nie postradałem życia.

     Wspominałem, że zaklęcie nie działa na nieumarłych, a przecież właśnie oni stanowili wojsko Potemy. Wykrycie Życia niczego mi nie pokazało, ale zakłócenia w przepływie magii zaalarmowały czyhającego tam łowcę.

     - Co to było? – usłyszałem nagle kobiecy głos.

     I w tym momencie zza ściany wysunęła się wampirzyca. I to nie byle jaka!

     Jak w każdej grupie, również wśród nieumarłych istniała ścisła hierarchia. Nie inaczej było wśród wampirów. Najniżej stali wampirzy słudzy, którzy nie przeszli jeszcze transmutacji i byli śmiertelni, ale służyli wampirom w nadziei otrzymania mrocznego daru nieśmiertelności. Potem była cała masa najróżniejszych krwiopijców. Niektóre powstałe przez zarażenie się wampiryzmem – i tych należało się w szczególności wystrzegać, bowiem i one mogły zarazić kogoś innego. Ale wśród nich była też grupa, wywodząca się z zamku Volkihar, leżącego na dalekiej wyspie, na północ od Samotni. Zamek ten podobno był zamieszkały przez wampiry wyższego rzędu, które stały się tym, czym są, poprzez specjalny obrzęd i one właśnie stanowiły wśród nich prawdziwą arystokrację. Można było poznać je po charakterystycznym, nie pozbawionym elegancji, sztywnym skórzanym stroju, będącym surogatem zbroi i nazywanym przez ludzi wampirzą zbroją. Właśnie na taką patrzyłem, gdy wampirzyca wyciągnęła ku mnie dłoń i rozpoczęła atak magią wysączania.

     Ale nas było dwoje i to uratowało mi życie. Jedna strzała Lydii w czoło wystarczyła, aby wampir pożegnał się z tym światem po raz drugi. Nagły tupot dał nam znać, że i wampirzyca nie była osamotniona. Dwa draugry wbiegły po schodach na odsiecz swej pani. Lydia strzeliła do prawego i zgasiła poświatę w jego oczach. Ja drugiego zaatakowałem mieczem. Skonał od pierwszego ciosu.

     Poczekaliśmy chwilę, aż uspokoją nam się oddechy, zanim ruszyliśmy w dół, do czegoś, co przypominało izbę w gospodzie. W pomieszczeniu stał stół, przy nim dwa krzesła, a na blacie płonął kaganek. Sąsiadowało ono z naturalną jaskinią, zakończoną żelazną, podnoszoną kratą. A dalej zaczynały się właściwe Katakumby.

     Zagłębiliśmy się w kolejny korytarz. I znów wpadliśmy w kłopoty przez naszą rutynę. Tym razem jednak to po prostu przeciwnik był sprytniejszy. W niszy na wprost ujrzałem bowiem draugra. Posłałem mu strzałę, ale ku mojemu zdziwieniu, wbiła się ona w martwe ciało, nie wywołując żadnej reakcji. To była pułapka. Wysuszone zwłoki ustawiono w niszy i podparto dwiema włóczniami, właśnie po to, by śmiałek, sądząc że ma przed sobą nieumarłego, posłał mu strzałę i tym samym zdradził swoją obecność. Poczułem, jak mięśnie spinają mi się do nagłego ruchu, gdy tylko będzie konieczny. Na szczęście, właściwego draugra zauważyłem w porę i mój szklany grot obalił go na posadzkę. Poświata w oczodołach zgasła.

     - Laas!

     Ciemno. Nikogo więcej w pobliżu nie było. Korytarz tymczasem skręcił w lewo i drogę zagrodziła nam kolejna krata, którą otworzyliśmy łatwo przy pomocy dźwigni, znajdującej się tuż obok. Przeszliśmy przez kilka pustych pomieszczeń i schodów, aż znaleźliśmy się w podłużnej komnacie, wzdłuż której ciągnął się równie długi taras. Wejście nań znajdowało się na końcu, gdzie zamajaczyła mi postać nieumarłego. Użyłem Szeptu Aury. Krzyk pokazał mi drugiego, tuż obok nas, na tarasie, zbyt głęboko jednak, by go dosięgnąć strzałą. Zlikwidowałem więc najpierw tego dalszego, po czym podkradliśmy się na schody, wspięliśmy na taras i stąd już mogłem dosięgnąć drugiego, co niezwłocznie uczyniłem.

     Na środku tarasu znajdowało się przejście i znów schody w dół. Zaczęła się dalsza wędrówka.

     Przeszliśmy jeszcze wiele pomieszczeń, wiele różnych korytarzy i naturalnych jaskiń, połączonych ze sobą w podziemny labirynt. Starliśmy się jeszcze z kilkoma nieumarłymi. Generalnie, im dalej, tym bardziej budowla nabierała norskiego charakteru, a traciła styl cesarski. Widać, zamek Dour zbudowano na ruinach jakiejś pradawnej norskiej budowli. Jedno z ciekawszych przejść znaleźliśmy tuż pod koniec wędrówki, w komnacie, zdawałoby się, ślepej, jedynie z kilkoma dźwigniami pod ścianą. Każda z nich uruchamiała ukryte, obrotowe drzwi, ustawione jedne za drugimi, w taki sposób, że aby przejść, trzeba  było otworzyć wszystkie. Ciekawe, po co…

Samotnia - Katakumby

     W pewnym momencie, po starciu z wampirem, musieliśmy sobie zrobić przerwę na odpoczynek. Wędrówka bowiem przedłużała się i czuliśmy już zmęczenie. Na dłuższy postój z noclegiem nie było co się szykować – nie w miejscu, pełnym wampirów. Łyknęliśmy też zakupionej kiedyś w Białej Grani miksturze kondycji. Słodka w smaku, istotnie dodała nam sił i pozwoliła na dalsze działanie.

     Wędrówka trwała jeszcze dość długo. Jeszcze wiele razy musieliśmy użyć broni przeciwko wampirom, draugrom i magicznym reflektorom, ciskającym w nas czarami mrozu i ognia. W pewnym momencie znaleźliśmy się w przedsionku jakiegoś pomieszczenia, gdzie byle jak nawrzucano pełno zmumifikowanych zwłok, czasem wraz z oplatającymi je całunami. Trudno było nawet przejść do kraty, czerniejącej po drugiej stronie.

     I wtedy właśnie Potema odezwała się do mnie po raz drugi.

     - Już niedaleko – rozległ się jej zachęcający, a nawet zalotny głos. – Chodź, maleństwo. Zginiesz i będziesz mi służyć.

     I jak na komendę, niektóre ze zgromadzonych tu mumii ożyły. Powoli zaczęły wstawać i szykować się do walki. Zbyt wolno. Nie czekając, aż zaatakują, dobyłem miecza i zacząłem chlastać na prawo i lewo we wszystko, co tylko się poruszyło. Lydia uczyniła to samo. Żaden z nieumarłych nie zdołał nas tknąć. Nie wiem, czy Potema śledziła moje poczynania, ale chyba musiało tak być, bo po uśmierceniu draugrów, krata sama się uniosła. Przejście do krypty stanęło otworem.

Krypta w Katakumbach pod Samotnią

     Zeszliśmy do chłodnej komnaty, tylko po to, by stanąć przed żelaznymi drzwiami. Spojrzeliśmy po sobie. Kilka głębokich oddechów i… Weszliśmy do sanktuarium Potemy.

     Przypominało świątynię. Posadzka tworzyła zagłębienie pośrodku, z dwoma, równoległymi tarasami, na którym ustawiono sarkofagi. Wiedziałem już, co to znaczy. Zaraz wyjdą z nich draugry… Po przeciwnej stronie, nieco wyżej, znajdowały się drugie drzwi, teraz zamknięte. A przed nimi przelatywały powoli magiczne smugi, wywołując trzaski, jakby piorun błąkał się w komnacie. Smugi te obiegały leniwie całe pomieszczenie i naprawdę potrafiły porazić, o czym przekonałem się na własnej skórze, gdy nieostrożnie zrobiłem krok naprzód i jedna ze smug zahaczyła mnie. Odskoczyłem, jak oparzony.

     - Udało ci się daleko zajść, śmiertelna istoto – odezwała się Potema. – Ale czy pokonasz moją Radę? Przekonajmy się…

     Magiczne smugi wydłużyły się. Już nie dało się ich uniknąć. Co jakiś czas raziły nas błyskawicą, ale nie były specjalnie silne. Raczej dokuczliwe, jak komary, rozpraszające i drażniące. Prawdziwy przeciwnik miał się dopiero pojawić. Na szczęście, byłem na to przygotowany. Z ebonową strzałą na cięciwie wyczekiwałem, z której strony pojawi się pierwszy draugr. Dwa wieka sarkofagów odskoczyły jednocześnie. Z obydwu wygramoliły się potężne postaci Panów Śmierci. Tu jedna strzała nie wystarczy! Strzeliłem raz i odruchowo nałożyłem na cięciwę następną strzałę. Wybrałem prawego, lewym zajęła się Lydia. Drugi strzał posłał draugra na kolana. Ale dopiero trzeci go uśmiercił. Chciałem jeszcze wspomóc Lydię, ale ona poradziła sobie beze mnie – jej przeciwnik również legł na posadzce.

     - Nie raduj się przedwcześnie, robaku! – błękitne błyskawice stały się intensywniejsze, gdy Potema wpadła w złość. 

     Odskoczyły wieka następnych sarkofagów. Pięcioro nieumarłych pojawiło się w sanktuarium.

     Nie wiem, który bóg wspomógł nas w tej walce. Bogowie rzadko wtrącają się w sprawy śmiertelników. Bez ich pomocy jednak nie udałoby się nam przeżyć tego starcia. Może zresztą nie byli to bogowie, tylko daedry? Gdybym miał zgadywać, fakt, że nie zginęliśmy wtedy, przypisałbym opiece Meridii, na równi z nami brzydzącej się nieumarłymi. Pamiętam to wszystko jak przez mgłę, jakby jakaś siła opętała mój umysł i otoczyła go miłosierną zasłoną zapomnienia. Odrzuciłem łuk, sięgnąłem po tarczę i miecz i z krzykiem rzuciłem się w dół, gdzie zebrały się draugry.

     Już pierwszy cios wywołał eksplozję, która zachwiała pozostałymi i znacznie uszczupliła ich siły. Osłabione draugry nie były już tak trudnymi przeciwnikami, a ja przecież rozdawałem cięcia i sztychy na prawo i lewo, jakbym, niby wściekły Orsimer, wpadł w bersekerski szał. Byłem tak szybki, że uzbrojone w ciężką, dwuręczną broń postaci, nie mogły mnie dosięgnąć. Po kilku cięciach Przedświt wywołał kolejną eksplozję, która zmiotła dwoje nieumarłych, jednego posłała na kolana, a ja rzuciłem się w kierunku czwartego. Nawet nie zdążyłem do niego dobiec, gdy strzała Lydii zgasiła magiczną poświatę w jego oczodołach. Rzuciłem się więc na piątego. Odbiłem tarczą cios pradawnego berdysza i wpakowałem mu miecz w gardło. Nie czekając na reakcję, wykorzystałem fakt, że przez chwile był zupełnie odkryty i trzasnąłem go znad głowy prosto w bark. Ukląkł, jakby zabrakło mu sił. Cios w kark dokończył dzieła. Jednocześnie, obok niego, zwalił się ostatni, dobity strzałą przez Lydię.

     A to wciąż jeszcze nie był koniec.

     - Wydłubać mu oczy! – wrzasnęła nagle Potema.

     I pojawił się szósty draugr. Wciągnął powietrze w to, co kiedyś było płucami. Za chwilę powali mnie Krzykiem!

     Ale nie zdążył. Strzała Lydii wydusiła z niego powietrze. Po raz drugi nie zdołał go nabrać, bowiem otrzymał ode mnie trzy szybkie ciosy, z których dla człowieka każdy byłby śmiertelny. Legł u moich stóp, chrzęszcząc żelazną zbroją i płonąc bladym ogniem od magii Przedświtu.

     Nie, nie było żałosnego krzyku Potemy, jak się spodziewałem. Nagle, ni stąd, ni zowąd , pojawiła się w komnacie jakaś świetlista istota, która szybko obiegła ją dookoła. I w tym momencie otworzyły się drzwi po przeciwnej stronie sali. Wyglądało to naprawdę groteskowo, jakby powstał przeciąg, który owe tajemnicze widmo wyssał z komnaty do dalszego, mniejszego pomieszczenia, w którym katem oka dostrzegłem wysoki tron.  I stamtąd wbiegł ostatni przeciwnik – świetlisty, jakby zbudowany z błękitnej mgły draugr. Ale to nie był draugr. To był duch. Duch Potemy. Smukła, kobieca postać, w żelaznej zbroi i z mieczem w dłoni, rzuciła się na mnie z furią, która zadziwiła nawet mnie.

     Ale furia to za mało na uzbrojonego wojownika. Moc Potemy polegała na sile umysłu, tymczasem tutaj przyszło się jej zmierzyć pierś w pierś, siła przeciw sile, zręczność przeciw zręczności. Łatwo odbiłem niezbyt wyrafinowany cios i zatopiłem głownię w jej piersi aż po rękojeść. Westchnienie – to był ostatni dźwięk, jaki wydała, zanim rozlała się w kałużę plazmy u moich stóp.

     Walka była skończona.

     Rozejrzałem się wokół. Jak to mówił Styrr? Mam zabrać stąd szczątki Potemy… Wszedłem do pomieszczenia, przypominającego trochę świątynną nawę, trochę salę tronową. Na tronie znalazłem czaszkę. Niewątpliwie, była to czaszka Potemy. Z pewnym wahaniem wziąłem ją w dłonie. Aby się przemóc i schować ją do plecaka, jak jakiś pakunek, musiałem przywołać w pamięci wszystkie okropności, jakich dopuszczali się nekromanci. I przez kilka chwil sam sobie powtarzałem, kim była Potema. Nie zasługiwała na szacunek.

     Lydia tymczasem otworzyła stojący obok tronu, drewniany kufer. Sięgnęła do środka i wyciągnęła szklany miecz. Machnęła nim kilka razy.

     - Wolisz lekką, prostą broń – odezwała się półgłosem. – Może ta ci się spodoba?

     Gdy tylko wziąłem go do ręki, od razu poczułem, że nareszcie mam taką broń, na jaką czekałem. Miecz był wręcz idealny. Lekki, kształtem przypominający elfi i niewątpliwie przez elfy wykuty. Prosta, malachitowa klinga, w kształcie pióra, połyskująca jak szkło, miała ostro zakończony sztych, który ku rękojeści rozszerzał się nieco, aby przy samym jelcu zbiec się znów w wąską, lecz stosunkowo grubą i sztywną zastawę, wzmocnioną wkuwkami z księżycowego kamienia. Machnąłem nim raz i drugi. Wyważenie było znakomite. Miecz wymagał tylko ostrzenia i polerowania. Głownia połyskiwała tajemniczym, błękitnym światłem silnego zaklęcia. To był Szklany Miecz Błyskawic, zaklęty niemal równie potężnie, co Ponury Siekacz, należący do Mjoll. Cóż mogło się z nim równać? Chyba tylko obrosły już legendą Rozdzieracz Chłodu. Biorę go!

Szklany Miecz Błyskawic. Kształt głowni, przypominający ptasie pióro, jest charakterystyczny dla elfiego rzemiosła

     Ucieszony nowym nabytkiem, podążyłem za Lydią, która w międzyczasie znalazła za tronem drugie wyjście, prowadzące do oszronionej jaskini, gdzie ujrzeliśmy kręcone schody, wiodące w górę. Stąd było już blisko do wyjścia. Jeszcze tylko krótki pojedynek z dwoma draugrami, w sąsiednim korytarzu, kiedy to przekonałem się, jak świetną właśnie zyskałem broń. A potem wyszliśmy na naturalny, kamienny taras, znajdujący się… Nie wiadomo gdzie. Wiedzieliśmy tylko, że w górach.

     Z przyjemnością wciągnęliśmy w płuca świeże, rześkie, pachnące lasem powietrze. Żadne z nas nie miało ochoty wracać do Katakumb. Pomagając sobie wzajemnie, skacząc z miejsca na miejsce, udało nam się zleźć i stanąć na ziemi.

     - Pomyślmy – Lydia spojrzała w rozgwieżdżone niebo. – Tam jest południe. Góry są na północ od traktu, więc idąc w dół, powinniśmy dojść do drogi.

     Porządnie już zmęczeni, nie spieszyliśmy, schodząc z góry. Okazało się, że Lydia miała rację. Po mniej więcej dwu godzinach, dotarliśmy do traktu. Szum rzeki Karth za kamienistą drogą był niezawodnym drogowskazem. Na wschód od nas leżała Samotnia.

sobota, 29 kwietnia 2017

Rozdział XXXII – Wilcza królowa

     Do Białej Grani dotarliśmy na drugi dzień, bez żadnych przygód. Danica z wdzięcznością wzięła ode mnie fiolkę z sokiem żywicznym i obiecała, że uzdrowi Zielonnik, który był jednym z symboli miasta. Tyle, że wymagało to czasu, jak każde leczenie.

     A potem, po dwóch dniach leniuchowania i rozkoszowania się spokojem, ruszyliśmy z powrotem do Akademii w Zimowej Twierdzy. Tym razem, jadąc wygodnie wynajętym wozem.

     Tam przez długi czas całkowicie pochłonęła mnie nauka. Postanowiłem nauczyć się jak najwięcej, choć miałem świadomość, że to wszystko może być o wiele za mało na Miraaka. Nauczyłem się wielu nowych zaklęć, również ze szkoły Przywołania, trącących już nieco nekromancją. Na kilka miesięcy zapomniałem o świecie zewnętrznym, systematycznie wzmacniając swoją manę. Dopiero Tolfdir, z właściwym sobie dobrotliwym uśmiechem, zwrócił moją uwagę na pewien fakt, o którym dotąd nie pomyślałem. Otóż, jego zdaniem popełniam błąd, zaniechawszy wędrówek. Nie wolno mi bowiem było zapomnieć, kim jestem. Skoro w Skyrim jest wiele smoczych ścian, powinienem odnaleźć ich jak najwięcej i nauczyć się nowych Krzyków. Każdy z nich wzmacniał mnie i zwiększał szanse na pokonanie tajemniczego Miraaka. Dlatego też któregoś dnia pozbieraliśmy swój ekwipunek i wyruszyliśmy w siną dal, w zasadzie nie wiedząc, dokąd idziemy.

     Po tygodniu znaleźliśmy się w Markarcie, do którego już trochę zatęskniliśmy. Oczywiście, odwiedziliśmy tam Lisbet – o dziwo, Lydia wyjątkowo nie skomentowała naszego spotkania w żaden sposób. Zobaczyliśmy się z Ghorzą, z Calcelmo, no i oczywiście z jarlem Ingmundem.

     Ten przyjął nas życzliwie, twierdząc, że wiele o mnie słyszał również od mieszkańców miasta. Zapewnił, że wyrażali się o mnie z wdzięcznością i podziwem. Na pytanie, czy ma dla mnie jakieś zadanie, zrobił tajemniczą minę i ściszył głos.

     - Owszem – odparł. – To sprawa osobista. Mój ojciec zmarł, próbując dogadać się z Renegatami, kiedy to jeszcze dało się z nimi rozmawiać. Zabrali jego tarczę i dali ją wiedźmokrukom, z którymi się bratają.

     Aż przeszedł mnie dreszcz na wspomnienie ohydnego stwora.

     - Chcę, by wróciła tu, gdzie jest jej miejsce – ciągnął jarl, rzucając tęskne spojrzenie na ścianę.

     Rozumiałem go. Tarcza ojca, a zapewne również dziadka i pradziadka, to u Nordów coś w rodzaju rodzinnego artefaktu, przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Coś absolutnie bezcennego.

     – Ostrzegam cię, to niebezpieczne zadanie – pokręcił głową. – Żaden z moich ludzi nie wyszedł żywy ze spotkania z wiedźmokrukiem. Zrozumiem, jeśli się nie zgodzisz…

     Ale ja się zgodziłem. Wierzyłem w swoje umiejętności. Będąc przede wszystkim myśliwym, a dopiero potem wojownikiem, postępowałem przecież zupełnie inaczej niż atakujący zwykle szarżą Nordowie. Bardziej polegałem na skradaniu i umiejętnościach strzeleckich, co dawało mi ogromną przewagę zaskoczenia.

     Tak jak przypuszczałem, zadanie wcale nie było trudne. Dotarliśmy wkrótce do pogranicznej budowli,  przypominającej nieco wieże Valtheim, a z której most prowadził do wnętrza góry, gdzie znajdowało siedlisko Renegatów. Po zlikwidowaniu kilku strażników, natknęliśmy się na klatkę, w której uwięziono… wiedźmokruka.

     Stwór spojrzał na nas smutnym wzrokiem. Na widok mojego napiętego łuku, potrząsnął głową. I, co zdziwiło mnie najbardziej, skrzypiącym głosem poprosił o pomoc. Czegoś takiego nie spodziewałem się do tego stopnia, że zupełnie straciłem rezon.

     - Dlaczego miałbym ci pomagać? – spytałem drwiąco.

     Ale wiedźmokruk westchnął tylko i w kilku słowach opowiedział mi o sobie.

     Miał, a właściwie miała, bo każdy wiedźmokruk jest rodzaju żeńskiego, na imię Melka. Jej siostra, czy inna krewna, także wiedźmokruk, skradła jej wieżę. Namówiła Renegatów, by pozbawili ją schronienia i uwięzili. A ona tymczasem zajęła jej miejsce. Renegaci nie uśmiercili jej na razie, ale nie wie, co zamierzają z nią zrobić. Jej marzeniem było ukaranie tych, co ją okradli i odzyskanie swej wieży, w której dotąd czuła się bezpiecznie.

     Nie miałem najmniejszych powodów, by pomagać wiedźmokrukom. Prosiła jednak głosem tak nieszczęśliwym, że moje miękkie serce skapitulowało. Wiedziałem już, że jej nie skrzywdzę. W dalszym ciągu jednak jej nie ufałem. Nawet kiedy obiecała mi nagrodę – potężny magiczny kostur, ukryty na szczycie wieży.

     I wtedy właśnie przypomniałem sobie inne zdarzenie, które kiedyś miało miejsce w lesie pod Pękniną. Znalazłem tam pułapkę na dzikie zwierzęta. Klatkę, w której po pociągnięciu za przynętę zatrzaskiwały się opuszczane drzwiczki. I złapał się w nią wilk. Z pewnością ktoś chciał go zmusić do walki na arenie. Było to zabronione, ale ten nielegalny hazard wciąż przyciągał wielu mieszkańców Skyrim. Zwierzę spoglądało na mnie tak smutnymi oczami, że nie miałem sumienia go dobić. Z obnażonym dla ostrożności mieczem otworzyłem klatkę i wypuściłem go. Nie uciekł. Przyglądał mi się dłuższą chwilę, nie zdradzając żadnych złych zamiarów. Aż nagle obnażył kły i zabulgotało mu w gardle. Po czym rzucił się… na atakującą mnie z tyłu wiłę, której nawet nie zauważyłem.

     Wiły były dwie. Pokonaliśmy je wspólnymi siłami. A wilk? Po skończonej walce popatrzył na mnie przez chwilę, po czym odwrócił się i wolnym truchtem oddalił się ode mnie, znikając w gęstym poszyciu.

     Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. I zapewne dlatego właśnie odważyłem się na uwolnienie wiedźmiokruka. Skoro nawet wilk potrafił czuć wdzięczność, to czy nie poczuje jej stworzenie mroczne wprawdzie, ale jednak rozumne? Przecież w Twierdzy Zabójczego Blasku zdarzyło mi się już uwolnić z klatki wampira – również nie zrobił mi krzywdy…

     Muszę tu oddać sprawiedliwość Melce, że postąpiła z nami uczciwie, wiodąc nas w górę krętymi korytarzami i ramię w ramię walcząc z Renegatami, którzy obsiedli jej królestwo. Tak było do chwili, aż znaleźliśmy się w najwyższym pomieszczeniu, pełnym Renegatów. Tam, starłszy się z tą, która ją okradła, po zaciętej walce poniosła śmierć. Nie mogliśmy jej pomóc, zajęci obroną własnych skór, bowiem Renegaci rzucili się na nas całą gromadą. Udało nam się jednak ich pokonać, ale dla Melki było już za późno.

     W kufrze znaleźliśmy zarówno poszukiwaną przez nas tarczę, jak i tajemniczy kostur, który obiecał nam wiedźmokruk. Czy Melka zamierzała dotrzymać obietnicy, nie dowiedzieliśmy się nigdy, ale wszystko na to wskazywało i oboje chcieliśmy wierzyć, że tak by się stało.

     Do Markartu wróciliśmy zarówno z tarczą Ingmunda, jak i z Okiem Melki, jak nazwaliśmy obiecany kostur, miotający ogromne kule ognia. Jarl, przepełniony wdzięcznością, nadał mi tytuł tana i pozwolił na zakup domu w Markarcie. Nie wahałem się ani chwili. Posiadłość Vlindrel leżała dość wysoko. Prowadziły do niej schody tak strome, że dostawałem na nich zawrotu głowy, za to wykuto ją blisko głównej bramy. Było to bardzo obszerne mieszkanie, jednopoziomowe, o wielu komnatach. Trochę zaniedbane, ale dobiłem targu z zarządcą, który obiecał je wysprzątać i wyposażyć. I tak stałem się właścicielem trzeciej posiadłości. Największej ze wszystkich, jakie dotąd posiadałem.

     I wcale nie ostatniej! Odwiedziłem bowiem wreszcie jarla Siddgeira w Falkret. Nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Za młody i widać było, że za wcześnie został jarlem. Nie zdążył do tego stanowiska dorosnąć. Zarozumiały i puszący się jak paw. Nie przeszkodziło mi to w zakupie kawałka ziemi nad jeziorem Ilinalta. Niech sobie tam leży odłogiem, nie zginie. Kto wie, może któregoś dnia postawię tam jakiś dworek?

     No i najważniejszy wydatek, który sprawił, że na jakiś czas musiałem zaprzestać szastaniem pieniędzmi – piękny dom w Samotni. Ale to już dłuższa historia. I całkiem niesamowita. Warta tego, by ją opowiedzieć dokładniej.

     Wyruszyliśmy tam z Markartu, na przełaj, przez Pogranicze. Nie wiem, jakim cudem, ale po drodze nie spotkaliśmy ani jednego Renegata. Tylko dwa niedźwiedzie i jedno niewielkie stado wilków, które jednak obeszło nas z daleka – poza tym, w ogóle nie tykaliśmy broni. W mieście odwiedziliśmy oczywiście kowala Beiranda, a stojąc już pod zamkiem Dour, postanowiliśmy zobaczyć, co słychać u Rikke. Niestety, nie zastaliśmy jej. Był tam za to Tulius, który uśmiechnął się na nasz widok i zaprosił do swojej komnaty. Ucięliśmy sobie z nim pogawędkę przy kielichu wina. Zapytałem, kiedy wraca do Cyrodiil. Pokręcił głową.

     - Zapowiada się, że Skyrim stanie się moim domem na bardzo długo – uśmiechnął się.

     Mnie ta wiadomość ucieszyła. Dopóki tu był, nie groziła nam nowa rebelia Gromowładnych, których niedobitki wciąż kryły się po lasach. A potem rozmowa zeszła na temat Nordów i ich zwyczajów.

     Zdaniem Tuliusa, Gromowładni mogli wygrać tę wojnę, ale przegrali ją na własne życzenie. Odrzucali bowiem wszystko, co nienorskie i to był ich największy błąd. Sami skazali się na izolację. Zamiast wykorzystać to, co inne rasy miały do zaoferowania, zamknęli się pośród swoich tradycji i zwyczajów, ceniąc stal, a stroniąc od magii.

      - Pamiętasz atak na Wichrowy Tron? – spytał. – Nie rozwalilibyśmy tej bramy, gdyby nie ten elfi wynalazek z solami ognia. A broń? Stal jest dobra, ale skoro dysponujemy lepszymi metalami, to trzeba je wykorzystać. W walce każdy drobiazg się liczy.

     Przyznałem mu rację. Pogawędziliśmy jeszcze trochę. Na koniec Tulius roześmiał się i oznajmił.

     - Wiesz, chyba nigdy nie przywyknę do tego cholernego mrozu!

     Ale zaraz spoważniał.

     - I nigdy nie zrozumiem Nordów – dodał, pocierając czoło. – Ale nauczyłem się ich szanować.

     Po pożegnaniu generała, udaliśmy się do Błękitnego Pałacu, złożyć nasze uszanowanie Elisif. I tam natknęliśmy się na pewnego przybysza, z przejęciem opowiadającego Falkowi Ogniobrodemu o tajemniczych zjawiskach, w jaskini Wilczy Czerep. O ile dobrze go zrozumiałem, obawiał się czegoś i prosił o pomoc. I to chyba już nie pierwszy raz, bowiem widziałem go już w pałacu. Miał na imię Varnius i mieszkał w Smoczymoście.

     Falk obiecał, że zrobi co w jego mocy, ale widać było po nim, że nie przywiązuje wagi do tych wydarzeń. Widać, nie doceniał niebezpieczeństwa. W przeciwieństwie do mnie, który słyszałem już coś niecoś o tym miejscu i byłem gotów tam wyruszyć.

     - Podobno potrzebujesz pomocy w jaskini Wilczy Czerep – zagadnąłem go.

     Falk wydawał się zaskoczony, że interesuje mnie ta sprawa.

     - Masz na myśli sprawę Smoczymostu? – uniósł brwi. – Szczerze mówiąc, zamierzałem dać sobie z tym spokój. Nawet w najlepszych chwilach Varnius jest trochę nerwowy.

     Widząc jednak, że nie ustępuję, opowiedział mi o tej sprawie.

     - Mówiono o dziwnych zdarzeniach w jaskini Wilczy Czerep – gestem zaprosił nas, byśmy usiedli. – Znikali podróżni, pojawiały się rozmaite światła. To zapewne dzikie zwierzęta, albo bandyci. Chyba nie warto się tym zajmować podczas wojny.

     Mówiąc „wojna” miał na myśli potyczki z Renegatami, którzy uciekając przez cesarskimi dotarli dalej na północ, jak również z niedobitkami Gromowładnych, którzy żądni zemsty na Tuliusie, wciąż nękali okolice, licząc na to, że sprowokują go do popełnienia błędu.

     - Ale jeśli chcesz oczyścić tę jaskinię – uniósł w górę ręce. – Dopilnuję, by zapłacono ci za twoją pracę – zapewnił.

     Byłem już zdecydowany.

     - Dlaczego nazywano ją Wilczy Czerep? – spytała Lydia.

     - Ta jaskinia cieszy się złą sławą – westchnął. – Dawno temu Potema, Królowa Wilków, wykorzystywała ją do nekromantycznych rytuałów. Stąd ta nazwa. To było – zastanowił się na moment – ponad pięćset lat temu. Teraz praktycznie nic tam nie ma. Ale wszyscy uważają, że jaskinia jest nawiedzona.

     Dziwić mogłaby jego obojętność wobec tej sprawy, ale w rzeczy samej jaskinia leżała daleko na północy, w dzikich ostępach, gdzie mało kto się zapuszczał. Tam prędzej można było paść ofiarą śnieżnego trolla albo Lodowego Upiora, niż nekromantów. O wiele bardziej frapowało go zapewnienie bezpieczeństwa na uczęszczanych szlakach. Moją propozycję przyjął jednak z wdzięcznością, bo, jak stwierdził, sam nie wiedział, czy przypadkiem coś z powrotem nie nawiedziło jaskini.

     - Wiesz coś o Potemie? – spytałem Lydię, gdy już leżeliśmy w łóżku, w gospodzie „Pod mrugającym ślizgaczem”.

     - Tylko legendy – odrzekła. – A i z tych niewiele pamiętam. Podobno dokonała zbrodni, próbując osadzić swego syna na cesarskim tronie, czy coś takiego. Wiem, że parała się nekromancją. Nazywano ją Wilczą Królową, ale nie wiem, dlaczego. Możliwe, że potrafiła zniewolić wilki, aby jej służyły.

     Złożyła głowę na rękach, a ręce położyła mi na piersi.

     - Po tylu wiekach trudno już odróżnić prawdę od legendy – uśmiechnęła się. – Ciekawa jestem, co będą opowiadać o tobie za pięćset lat.

     Pogładziłem ją po włosach.

     - Będą mówić, że miałem piękną, dobrą i bardzo dzielną żonę – uśmiechnąłem się. – I pojawią się w Skyrim kamienne posągi Lydii z Wietrznego Domku. A żaden nie będzie do ciebie podobny.

     Spojrzała mi w oczy tak serdecznie, że objąłem ją ramionami i przytuliłem do siebie z całej siły. Wpiliśmy się w siebie nawzajem jak dwa głodne drapieżniki.

*          *          *

     - To musi być gdzieś tutaj – Lydia zerknęła na mapę i zaczęła rozglądać się wokół.

     Staliśmy na rozdrożu, dysząc ciężko, bowiem od pewnego czasu wciąż szliśmy pod górę, a trakt był trochę oblodzony. Od świątyni Meridii aż do szlaku na grani, trzeba było bezustannie uważać, żeby nie zjechać w dół. Na szczęście, południowy, stromy trakt mieliśmy już za sobą i dotarliśmy właśnie do drogi, biegnącej ze wschodu na zachód, która znajdowała się na szczycie górskiego łańcucha, odgradzającego prowincję od wybrzeża.

     Znałem to miejsce. Gdybym skręcił na zachód, dotarłbym do fortu Hraggstad, tego samego, który odbiłem w pojedynkę z rąk rozbójników, w ramach egzaminu, jakiemu poddali mnie Rikke i Tulius, przed przyjęciem do Legionu. Uśmiechnąłem się na to wspomnienie. Z zadania wywiązałem się wzorowo, co zdążyło już obrosnąć legendą, a Tuliusowi dało potem pretekst do udzielania mi szybkich awansów, poza kolejnością.

     Z zamyślenia wyrwał mnie znajomy dźwięk – trzeszczenie kości.

     Szkielet! Nawet dwa, o ile mogłem się zorientować. Lydia także je usłyszała i sięgnęła po łuk. Ostrożnie podkradliśmy się w stronę kępy krzewów, jak się potem okazało, osłaniającej ciasne wejście do jaskini. Spacerowały tam dwa szkielety, uzbrojone w pradawne, norskie miecze – strażnicy nekromantów. Trudno o dokładniejszą wskazówkę. To musi być tutaj!

     Lodowy kolec przeszył jednego z nich. Drugi padł od zwykłej, myśliwskiej strzały. Na szkielety szkoda było lepszych. Zagłębiając się w kręty, naturalny chodnik, sięgnąłem po łuk. Zaczęliśmy się skradać, ze strzałami na cięciwach. Od razu poczuliśmy, że jaskinia jest zamieszkana. Dał się wyczuć zapach dymu, dobiegający z dołu.

     I rzeczywiście, po pewnym czasie chodnik rozszerzył się w niewielką grotę, w której płonęło blade ognisko, a wokół siedziały dwie postaci, w szatach nekromantów. Tutaj chodnik rozdwajał się. Prawa odnoga prowadziła na osłoniętą półkę skalną, lewa natomiast prosto do ogniska. Wybraliśmy prawą, bowiem zanim poczęstujemy ich strzałą, dobrze było zorientować się, czy nie grozi nam coś jeszcze. Gdy znaleźliśmy się na czymś, w rodzaju naturalnego balkonu i spojrzeliśmy na jaskinię z góry, naszym oczom ukazały się solidne, drewniane drzwi, oświetlone częściowo ogniskiem, częściowo kagańcem, dziwnie nie pasujące do tego miejsca, wyglądające raczej jak drzwi do jakiegoś domu. Pod nimi znajdowało się nawet kilka schodków. No cóż, widać nekromanci urządzili sobie tutaj coś więcej niż tylko schronienie. Jaskinie we wnętrzu góry potrafiły być w tym kraju naprawdę ogromne. Nie zdziwiłbym się, gdybym za tymi drzwiami ujrzał coś w rodzaju Czarnej Przystani, tylko w norskim stylu.

Jaskinia Wilczy Czerep

     Ostrożnie podkradliśmy się z powrotem do rozdroża. Zlikwidowanie nekromantów to był dla nas drobiazg. Nie czuliśmy wcale litości dla tych wynaturzonych ludzi, którzy gdyby tylko dostali nas w swoje ręce, postąpiliby z nami o wiele gorzej.  O ile w przypadku rozbójników, zwłaszcza młodych, być może zwiedzionych przez starych wyjadaczy, miewałem czasem wyrzuty sumienia, o tyle nekromantów tępiłem jak robactwo, bez żadnych uczuć. Rozbójnicy wprawdzie czasami znęcali się nad swoimi ofiarami, ale nie było to regułą. No i dotyczyło to tylko fizycznych cierpień. Nekromanci zabawiali się zarówno ich ciałem, jak i duszą. Przed ich okrucieństwem nie chroniła nawet śmierć.

     Ostrożnie otworzyliśmy drzwi. Wąskie schody, wycięte w litej skale, biegły w dół, do wnętrza góry. Po drodze zlikwidowaliśmy draugra i jeszcze jednego kościotrupa. Aż stanęliśmy nad krawędzią naturalnego szybu. Zerknąłem w dół. Było wysoko, ale ściany szybu miały gdzieniegdzie spore występy i skalne półki, umożliwiające zejście. Problem w tym, że tą drogą w żaden sposób nie można było wrócić.

     Obeszliśmy całą jaskinię dookoła – żadnego innego wyjścia nie znaleźliśmy.

     - Oni jakoś przecież muszą stamtąd wychodzić – mruknąłem, zawieszając łuk na plecach. – Na pewno będzie tu jakieś inne wyjście.

     Zeskoczyłem na najbliższą półkę. Potem na nieco niższą. Szło całkiem sprawnie. W dodatku zauważyłem ślady, świadczące o tym, że nie tylko ja schodziłem w ten sposób. Musiała to być droga mocno uczęszczana. To mnie uspokoiło.

     Na dole nie było jaskini, jak się spodziewałem, tylko wąski chodnik, prowadzący w dół. Im dalej szliśmy, tym dziwniejsze dobiegały nas odgłosy. Coś niby jak szum wiatru w lesie, trochę jak odgłos gniecionej kartki papieru, trochę jak cykanie świerszcza. Im bliżej wylotu, tym wyraźniej widzieliśmy jakieś błękitne błyski. Zapewne magiczne…

     Tunel skończył się nagle, wyjściem na półkę skalną, a przed nami, tak jak przypuszczałem, otworzyła się ogromna jaskinia. I to bynajmniej nie pusta – zbudowano w niej najprawdziwszy zamek. Zamek z murami, basztami, wieżami… W oddaleniu ujrzałem coś w rodzaju bramy i wiodące do niej schody. Po lewej główny stołp z szeroką wieżą. Po prawej druga wieża, bardzo podobna, zdawała się być zbudowana bezpośrednio na skale. Ale najdziwniejsze było to, co odbywało się na głównej wieży, tej z lewej strony.

     - Nigdy czegoś takiego nie widziałam – szepnęła zdumiona Lydia.

Jaskinia Wilczy Czerep - przywołanie Potemy. Wizja artystyczna.

     Na szczycie wieży ujrzałem kilka postaci, zbitych w krąg. Do tego miejsca zewsząd płynęły strumienie magicznej energii, w postaci błękitnego światła. Wyglądało to, jakby wszystkie pioruny z okolicy uparły się uderzać wciąż w jedno miejsce. To one wydawały te dziwne odgłosy. Na szczycie wieży miał miejsce jakiś magiczny rytuał. Dostrzegłem też kilkoro strażników, rozstawionych w przejściach. Nie trzeba było bystrości wzroku, żeby odgadnąć, że to draugry. I to nie byle jakie!

     - Królowo wilków! – rozległ się nagle kobiecy głos z wieży. – Usłysz nasze wezwanie i zbudź się! Wzywamy Potemę!

     - Wzywamy Potemę! – powtórzyli pozostali

     Akustyka w jaskini była znakomita. Słyszałem wyraźnie wszystko, co mówili nekromanci. To dobrze i źle. Dobrze, bo wiedziałem, co planują. Źle, bo sam mogłem być przez nich usłyszany. Na szczęście ja umiałem poruszać się cicho, a odgłosy strumieni magii zagłuszały nieco ewentualne szelesty, jakie mogliśmy wydać, skradając się.

     - Długo spałaś – ciągnęła mistrzyni rytuału, - pozbawionym snów snem śmierci, Potemo. Ale dosyć tego. Usłysz nas, królowo wilków! Wzywamy cię!

     - Wzywamy Potemę – jak echo powtórzyli zgromadzeni na wieży nekromanci.

     A zatem obawy Varniusa były słuszne. Sprawa była znacznie poważniejsza, niż wydawało się to Falkowi. Nekromanci chcieli wskrzesić Potemę. Nie znałem mocy Potemy, ale nie przypuszczałem, by miało to być coś dobrego dla świata. Zrozumiałem, że muszę im w tym przeszkodzić. Jak? Cóż, dla mnie było to proste – zlikwidować ich wszystkich.

     Skorzystałem z okazji, że dwa draugry oddaliły się od widniejącego w oddali przejścia i został tylko jeden. Szybko wybrałem elfią strzałę i napiąłem łuk. Trafiłem! Nieumarły strażnik padł na ziemię. Nie odważyłbym się na to, gdyby byli tam żywi strażnicy, którzy mogliby zauważyć brak jednego z nich. Ale bystrości draugrów nie musiałem się obawiać, bo jej nie miały. Tak jak przypuszczałem, dwóch nieumarłych pojawiło się w bramie jednocześnie. Nawet nie spojrzały w stronę swego towarzysza.

     Z półki prowadziła wąska ścieżka w dół. Napotkaliśmy tam nekromantę, a on napotkał strzałę Lydii, zanim zdążył nas zauważyć. Wyszliśmy na całkiem wygodne schody, które doprowadziły nas do szerokiego donżonu, z kręconymi schodami, wiodącymi na szczyt. Wewnątrz było trochę ciemniej. Aby nic nas nie zaskoczyło, użyłem Szeptu Aury. Ponad schodami zajarzył mi się niezdarnie kroczący kształt nieumarłego. O ile mogłem się zorientować, był to Pan Śmierci. Niedobrze… Przeciwnik, władający Głosem mógł nam nie tylko zaszkodzić, ale też zaalarmować nekromantów. Niespodziewany Krzyk musiał wydać się podejrzany. Trzeba go zdjąć szybko i z zaskoczenia. Ostrożnie podkradliśmy się do szczytu schodów. Był tam. Stał nieruchomo, jakby wpatrywał się w coś poza wieżą. Posłaliśmy mu dwie strzały. Wystarczyły, by nim zachwiać. Przyklęknął. Jeszcze jedna strzała i poświata w jego oczodołach zgasła. Był wolny. Tak wolałem o nich mówić. Jakoś nigdy nie czułem nienawiści do draugrów, świadomy, że są tylko niewolnikami magicznej siły. Zresztą, wszyscy znajomi magowie uważali tak samo – draugra się nie zabija, tylko uwalnia.

     Z donżonu górne wyjście prowadziło na szeroki taras. Na jego drugim końcu znajdowały się schody, wiodące do bramy zamku, gdzie przedtem kręciło się kilku strażników. Zaczailiśmy się na dole, oczekując, aż draugry pojawią się w naszym polu widzenia. Gdy się to stało, ustrzeliliśmy je z łuków. Oba padły w pobliżu bramy. Trochę zaniepokoił mnie hałas, jaki się przy tym rozległ. Przez dłuższą chwilę nie ruszaliśmy się z miejsca, obserwując i nasłuchując. Nic się nie działo. Słyszeliśmy tylko trzask magicznej energii i zawodzenie nekromantów, wzywających Potemę. Powoli zaczęliśmy wspinać się na schody.

Schody i przejście pod murem, o których wspomina Wulfhere

     I wtedy zaskoczył nas trzeci draugr. Ale zaskoczył nas całkowicie! Wysunął się niespodzianie zza zaułka. Nie zauważył nas i kroczył swym kołyszącym, niezdarnym krokiem prosto ku nam. Było za blisko na strzał. Dobyłem miecza. I to był mój błąd.

     Po raz pierwszy dar Meridii ściągnął na mnie kłopot. Do tej pory służył mi wiernie, dysponując swoją mocą zupełnie, jakby był rozumną istotą. Nie wiem, co się stało tym razem. Pomógł mi wprawdzie pozbyć się nieumarłego, do czego przecież był stworzony. Ale magiczna eksplozja pojawiła się w zupełnie nieodpowiednim momencie. Więcej draugrów w pobliżu nie było, więc żadnego nie uśmierciła, ale za to ściągnęła nam na kark dwóch zaniepokojonych nekromantów. Jeden od razu padł, przeszyty strzałą Lydii. Drugiego zaatakowałem mieczem. Zauważył mnie i momentalnie wytworzył wokół siebie magiczną barierę ochronną. Nie pomogło mu to. Ostrze bez trudu przeniknęło przez zasłonę i ugodziło go prosto w gardło. Tam celowałem, aby nie mógł krzyknąć. Bariera znikła, on sam zachwiał się. I wtedy dopadł go mój cios litości. Nie chciałem, by wykrwawiał się powoli, rzężąc u moich stóp. Obróciłem się jak w piruecie i z półobrotu odciąłem mu głowę. Potoczyła się po stopniach w dół.

     Odetchnąłem, próbując uspokoić rozszalałe serce. Pożałowałem, że nie zabrałem ze sobą Zguby Smoków. Ale miałem dość paradowania z dwoma mieczami. Przedświt był poręczniejszy, bo prosta klinga umożliwiała zadawanie pchnięć, a ze smokami i tak walczyłem przy pomocy łuku. Trzeba będzie jednak pożegnać się z darem Meridii i sprawić sobie miecz szklany. Taki byłby najodpowiedniejszy. Tylko kto nałoży mi na to podwójne zaklęcie? Przez chwilę myślami zabłądziłem do Pękniny. Rozdzieracz Chłodu, to byłby miecz najbardziej dla mnie odpowiedni.

     Lydia przysunęła się do mnie i przez chwilę uważnie nasłuchiwaliśmy, czy przypadkiem eksplozja nie zwabi tu jeszcze jednego strażnika. Ale poza magicznymi trzaskami w górze i monotonnym mamrotaniem nekromantów, wzywających Potemę, nie usłyszeliśmy żadnych niepokojących dźwięków. Ruszyliśmy na schody i znaleźliśmy się pod bramą. I wtedy oboje usłyszeliśmy coś, na co skuliliśmy się odruchowo. Odezwała się sama Potema.

     - Tak! – zawołała ostrym, przejmującym głosem, wydobywającym się chyba z najgłębszych czeluści Otchłani. – Tak! Sprowadź mnie do tego wymiaru!

     Z miejsca, w którym staliśmy, nie mogliśmy dostrzec, co dzieje się na górze, ale z pewnością zapanowało tam ożywienie. Nekromanci podnieśli głosy. Już nie mruczeli swych zaklęć, lecz wypowiadali je pełnym głosem, w którym brzmiała nadzieja.

     - Nasze głosy cię wzywają – odezwała się mistrzyni rytuału. – A krew niewinnej istoty wiąże cię, Królowo Wilków!

     - Wezwana słowami – odrzekł chór nekromantów. – Związana krwią!

     Nie znałem ani dokładnego celu, ani sposobu działania nekromantów. Coś jednak w ich słowach bardzo nie spodobało się Potemie. Jej uprzednia radość ustąpiła nagle miejsca bezgranicznej złości. Tak wściekłego głosu z Otchłani jeszcze nie słyszałem.

     - Co? – wrzasnęła Potema. – Co czynicie? Głupcy! Nie zmusicie mnie do posłuszeństwa!

     Ale nekromanci zdawali się nie zwracać na to żadnej uwagi.

     - Wezwana słowami – powtórzyli. – Związana krwią.

     - Nie zdołacie mnie uwięzić, robaki! – krzyknęła Potema.

     Ci jednak dalej powtarzali swoją formułkę. A mnie zaczęło się coś wyjaśniać w głowie. Nekromanci zamierzali wprawdzie przywołać, czy nawet wskrzesić Potemę, ale bynajmniej nie ku jej chwale, tylko do własnych celów. Miała stać się ich niewolnicą. Nie wiem, jak zamierzali tego dokonać i wcale mnie to nie obchodziło, ale wiedziałem, że muszę im przeszkodzić za wszelką cenę. Potema, z jej pogardą dla śmiertelników, ukazała mi się bowiem jako zło w czystej postaci, jakby była szczególnie złośliwą i okrutną daedrą. 

     Korzystając z zamieszania na górze, przebiegliśmy pod bramą i wbiegliśmy na schody, wykute między murem i skałą jaskini, które ukazały nam się po naszej lewej ręce. Prowadziły na niewielki taras, a stamtąd można było już wejść do wnętrza wieży. Mieliśmy nadzieję, że zaskoczymy nekromantów, zaaferowanych swoim rytuałem. Stało się jednak inaczej. 

Schody między wieżą i litą skałą

     - Coś jest nie tak – mistrzyni rytuału zmieniła głos. – Mamy tu intruza!

     Ani chybi, wyczuła nas. Nie było czasu do stracenia. Wbiegliśmy przez wąską bramę do wnętrza wieży. Tam znajdowały się kręcone schody, prowadzące na szczyt.

     - Zatrzymać intruza! – zawyli nekromanci i jeden po drugim zaczęli zbiegać po schodach.

     Ku swojej zgubie… Nie pamiętam już, ilu ich było. Czworo, albo pięcioro. Wąskie schody nie pozwalały im zewrzeć szeregów i choć Lydia również nie mogła mnie wspomóc, miecz i tarcza utworzyły nieprzebytą dla nich zasłonę. Nie mogli zaatakować razem, ponieważ wzajemnie zasłaniali sobie cel. Mimo to, oberwałem boleśnie lodowym kolcem, co sparaliżowało mnie na okamgnienie. Na szczęście nekromanta, siłą rozpędu nadział się na mój miecz. Tarczą zepchnąłem go ze schodów i zaatakowałem następnego.

     W bezpośrednim starciu, w wąskim przejściu, nie ma lepszej broni niż prosty, jednoręczny miecz. Nie zastąpi go najlepszy łuk, nie zastąpi go magia Zniszczenia, nie zastąpi go najostrzejszy topór, czy dwuręczny brzeszczot. Broń dwuręczna wymaga miejsca na rozmach, którego tutaj nie było. Nawet zakrzywiona klinga Zguby Smoków, zadająca precyzyjne cięcia, ale uniemożliwiająca zadawanie pchnięć, nie sprawdziłaby się w tych warunkach tak dobrze, jak poradził sobie Przedświt w mojej dłoni. W takich warunkach po prostu nie ma lepszej broni. Nawet magia wymaga krótkiej chwili na przywołanie zaklęcia, podczas gdy cios lekkim mieczem można zadać w mgnieniu oka. Błyskawica, którą poczęstował mnie następny, zbyt krótko trwała, by mi zaszkodzić. Rozeszła się po moich blachach i nie zdołała nawet wywołać bólu. Płomienie kolejnego nekromanty również trwały za krótko, by oparzyć. Ciąłem i kłułem jak w amoku, a każdy mój cios był celny i zbierał krwawe żniwo. Nekromanci, ubrani jedynie w czarne habity, byli łatwym celem. Już po chwili, ubabrany ich krwią, wbiegłem na szczyt wieży, a za mną Lydia.

     Tam rytuał wciąż trwał. Chuda kobieta w czarnych szatach, stała z rozłożonymi ramionami przy jakimś ołtarzu, czy kamieniu rytuału, nie wiem, jak to się nazywało. Przepływała przez nią magiczna energia, w postaci błękitnych strumieni i widać było, że to ona właśnie jest tym medium, które komunikuje się z Otchłanią. Jeszcze chwila, a będzie za późno!

     Przedświt przerwał ohydny rytuał. Cios sztychem w samo serce zakończył magiczną komunikację. Mistrzyni nawet nie westchnęła, gdy legła u moich stóp. Strumienie magii urwały się. Nastała cisza. Przytłaczająca cisza, jakby czegoś zabrakło. Byliśmy sami. Poza nami nie było tu już nikogo, ani niczego, co mogłoby wydać jakikolwiek dźwięk.

     Spojrzeliśmy po sobie.

     - To chyba koniec… - szepnąłem niepewnie. – Możemy wracać.

     Dziwnie zabrzmiał mój głos w tej ciszy. Jakoś nie pasował do tego miejsca. Lydia zerknęła na mnie, po czym pokręciła głową i zaczęła rozglądać się na boki. Dostrzegłszy w kącie jakąś lnianą szmatę, chwyciła ją i zaczęła obcierać moją zbroję.

Jaskinia Wilczy Czerep - kamień rytuału

     - Stój spokojnie – również odrzekła szeptem. – Masz na sobie tyle krwi, że nie opędzimy się od wilków. Wracać, ale którędy? Nie damy rady wspiąć się w tym szybie.

     Rozejrzałem się wokół, 

     - Może tędy? – wyciągnąłem rękę, wskazując na zwodzoną kładkę.

     Na szczycie wieży znajdowała się bowiem drewniana, podniesiona kładka, opuszczana dźwignią. Gdy za nią pociągnąłem, kładka opadła z takim hukiem, że aż drgnęliśmy. W tej niesamowitej ciszy brzmiało to wręcz obraźliwie. Drewniany mostek prowadził na szczyt drugiej wieży, osadzonej na skale. Tamta wieża była bliźniaczo podobna do pierwszej. Też miała wewnątrz  kręcone schody. Zeszliśmy po nich i znaleźliśmy się w naturalnym korytarzu, wiodącym w górę. Nie napotkaliśmy po drodze żadnych przeszkód. Po pewnym czasie na policzku poczułem chłodny powiew. Do wyjścia było już blisko.