Datę wymarszu ustalono na jutrzejszy świt. Serana rozrysowała jeszcze plan pomieszczeń zamku, najdokładniej jak go pamiętała. Narada zakończyła się. Chciałem podejść do Lydii, ale wampirzyca ubiegła mnie. Widziałem, jak cichym, w powstałym po naradzie gwarze zupełnie niedosłyszalnym dla mnie głosem, prosi ją o coś, a potem obie gdzieś się zawieruszyły. Poszedłem więc do komnaty, w której Lydia spała uprzednio i w której zostawiła swój ekwipunek.
Czekałem dość długo, zanim usłyszałem jej kroki na schodach. Spojrzałem z zaciekawieniem na wchodzącą Lydię. Twarz miała zadumaną i poważną, ale wchodząc, uśmiechnęła się do mnie. Usiadła obok mnie i położyła mi głowę na ramieniu. Objąłem ją czule.
- O czym rozmawiałyście? – spytałem z ciekawością. – Czego ona od ciebie chciała?
- Nie mogę ci powiedzieć – mruknęła. – Prosiła o zachowanie tajemnicy.
- Ja nie mam przed tobą tajemnic – burknąłem nieco za ostro, bo przyznam, że trochę mnie to dotknęło.
- Ja przed tobą też – odparła. – Ale ona je ma, póki co.
- Póki co?
Zaśmiała się cicho.
- Wkrótce sama ci o tym powie – szepnęła. – Ale dopiero, jak już będzie po wszystkim.
Milczałem przez chwilę, zanim się odezwałem.
- Może nie wyjdziemy z tego cało – mruknąłem. – I nigdy się nie dowiem.
- Wtedy nie będzie ci to potrzebne – roześmiała się cicho.
- No, ale chociaż powiedz, czego to dotyczy – nie ustępowałem. – To może być ważne…
Zamknęła mi usta pocałunkiem.
- To osobista sprawa – zapewniła mnie szeptem. – Bardzo osobista i nie ma żadnego związku z Obrońcami Świtu, ani atakiem na zamek Volkihar.
- Coś paskudnego?
Potrząsnęła głową.
- I nic zaskakującego – dodała. – Od dawna się domyślałam… Nie myśl o tym na razie.
- Nie potrafię…
Kolejny pocałunek.
- Więc na razie myśl o mnie! – zamruczała. – Nawet nie spytałeś o moje przygody.
Czy mi się zdawało, czy usłyszałem pretensje w jej głosie?
- Nie było okazji – uśmiechnąłem się przepraszająco. – Ale mam nadzieję, że wszystko mi opowiesz.
Przez chwilę wpatrywała się we mnie kpiącym wzrokiem spod rzęs.
- No dobrze – odrzekła, z udaną niechęcią. – Skoro tak gorąco nalegasz…
* * *
Gdy Obrońcy Świtu opuścili twierdzę, zostało nas tylko czworo: Serana, ja i dwoje nowicjuszy, którzy mieli pozostać w zamku i doglądać pozostałych trolli. Próbowałem delikatnie wypytać wampirzycę, o jej rozmowę z Lydią, ale już pierwsza odpowiedź sprawiła, że zaprzestałem.
- Jesteś równie delikatny, co zakuty w zbroję troll!
No cóż, to zapewne oznaczało, że nie ma ochoty o tym mówić. Powiedziała to zresztą bez złości, raczej z ironią, a ja nie nalegałem, więc nie zepsuło to naszych wzajemnych stosunków. Spokojnie, mając sporo czasu, zaczęliśmy sobie planować drogę do zamku Volkihar. Znaliśmy trasę, jaką poszli Obrońcy, musieliśmy więc wytyczyć sobie inną, ale taką, gdzie była możliwość odpoczynku w jako-takich warunkach.
Oboje pochyliliśmy się nad mapą. Serana wzięła do ręki ołowiany sztyft.
- Poszli przez Pękninę – narysowała przerywaną linię obok traktu. – Tego nie ominiemy, musimy iść tą samą drogą.
- Zgadza się – przytaknąłem. – Wyruszymy tak, żeby być w mieście tuż przed świtem. Tam będziemy mieli cały dzień na odpoczynek.
- Możemy wędrować w dzień, jeśli wolisz – spojrzała na mnie swoimi błyszczącymi oczami. – Jakoś wytrzymam. Dam radę.
- Nie ma takiej potrzeby – wzruszyłem ramionami. – Dla mnie nocny marsz jest dużo mniejszym problemem niż dla ciebie dzienny. Nie zmieniajmy niczego. Trzeba tylko zadbać o to, żeby przed samym starciem być wypoczętym. Kontynuuj, proszę.
- Potem poszli południowym szlakiem, przez Ivarstead – kolejna przerywana kreska pojawiła się wzdłuż linii, wyobrażającej trakt. – Stamtąd na Fort Amol, tam zaplanowali nocleg. Dalej na Wichrowy Tron. Stamtąd mieli wyruszyć wcześnie i zanocować w Morthal. Potem Smoczymost, Samotnia, no i tam mieli znaleźć łodzie i dostać się na wyspę.
- Łodzi tam nie brakuje – skinąłem głową. – To w końcu największy port w Skyrim. A my jak pójdziemy? Może przez Skałę Shora? Potem traktem do Białej Grani, do Rorikstead, przez Wąwóz Rabusiów, jak ostatnio?
To wydawało się rozsądnym wyjściem, ale problem w tym, że między Pękniną a Białą Granią nie było zbyt wiele miejsc, w których można było odpocząć. Postanowiliśmy zrobić pierwszy postój nie w Pękninie, ale dalej, nieco za Skałą Shora, w znanej nam już Grocie na Turni. Opuszczając ją przed zmierzchem, mieliśmy szansę dojść do Białej Grani niedługo po świcie. A dalej już normalnie…
W czasie marszu nie wydarzyło się nic szczególnego. Może tylko naciski Serany, żebym w czasie walki z Harkonem zawsze miał pod ręką odpowiednie mikstury lecznicze.
- Nie możesz przegrać tej walki! – podkreślała. – Wezmę jego furię na siebie, ale i tak za długo nie wytrzymam. Jeśli mnie zabraknie, nie wolno ci się poddawać! Podobno potrafisz dostrzec nawet niewidzialnego?
- Znam odpowiedni Krzyk – skinąłem głową.
- Przyda się – mruknęła wampirzyca. – On chętnie chowa się za iluzją niewidzialności.
Tak minęło kilka nocy w forsownym marszu. Ostatni dzień spędziliśmy w Samotni, w posiadłości Dumna Wieżyca, odpoczywając przed decydującym starciem. Stąd mieliśmy wyruszyć około północy, aby o świcie dotrzeć na wybrzeże.
O północy stanęliśmy przed drzwiami i spojrzeliśmy po sobie.
- Gotowa jesteś? – spytałem cicho. – Wiem, że to dla ciebie niełatwe.
Spojrzała na mnie poważnym wzrokiem.
- Gotowa na to, żeby zabić swego ojca? – szepnęła. – Na to chyba nigdy nie można być gotowym, prawda? Dlatego nie myślę o nim jako o swoim ojcu. Zresztą, już od dawna nim nie jest. Nie wiem, co tak bardzo stępiło tę jego rodzicielską miłość. Może po prostu za długo tkwiłam w krypcie i zwyczajnie zapomniał, jak to jest mieć córkę.
Westchnęła cicho, po czym wskazała na drzwi.
- Chodźmy – szepnęła. – Trzeba zrobić to, co musi być zrobione.
Wyszliśmy przez basztę i pieszo skierowaliśmy w stronę wybrzeża. Nie korzystaliśmy z portowych łodzi, ponieważ zależało nam na tym, aby drogę przejść niepostrzeżenie. Przez drogę prawie nie rozmawialiśmy. Niebo zaczynało jaśnieć na wschodzie, gdy stanęliśmy na skraju półwyspu, gdzie znajdowała się ukryta, prywatna przystań klanu Volkihar, a sam zamek majaczył we mgle tuż przed nami. Przy drewnianym molo kołysały się dwie łódki. Wybraliśmy mniejszą.
- Idź do steru – odezwała się Serana, przepuszczając mnie.
- Ja będę wiosłował! – zaoponowałem. – Ojciec skórę by mi wygarbował, gdybym pozwolił wiosłować damie – próbowałem zażartować.
Pokręciła głową.
- Nie nadwerężaj rąk – odparła. – Uwierz mi, będą ci potrzebne. A ja jestem silniejsza niż ci się wydaje.
Przypomniałem sobie, jak niedawno uniosła Vyrthura, chwytając go za gardło. Ruszyłem do steru. Ona zręcznie wskoczyła za mną i usiadła do wioseł. Odepchnęliśmy łódź od drewnianej kei i wampirzyca, chwyciwszy wiosła w ręce, pociągnęła je raz i drugi. Ruszyliśmy w stronę zamku. Podróż trwała krótko, ale mgła zdążyła już zrzednieć i słońce wyłoniło się zza horyzontu. Serana odruchowo naciągnęła kaptur.
- Jesteście – Isran osobiście przywitał na nas na przystani. – Więc już nikogo nie brakuje.
Pomógł nam wyjść z łódki i wskazał w stronę zamku.
- Na moście jest kilka gargulców – stwierdził. – Nie wiemy, czy prawdziwe, czy to tylko odstraszające rzeźby. Wiesz może? – zwrócił się do Serany.
- Wszystkie są prawdziwe – odrzekła wampirzyca. – Ale niektóre trwają w tym stanie od wieków i te na pewno się nie obudzą. Są już podwójnie martwe. Problem w tym, że nie wiem, które.
Isran parsknął niezadowolony.
- Czyli do każdego trzeba podchodzić, jak do wroga – warknął. – I być może na próżno! A jest nas tak mało…
![]() |
Obrońcy Świtu, przygotowujący się do ataku na zamek Volkihar. Po prawej stronie widoczny opancerzony troll |
Zjawiła się Lydia i z poważną miną uścisnęła mi ramię. Odwzajemniłem ten gest. Zawsze tak robiliśmy przed walką, aby dodać sobie wzajemnie otuchy. Z Seraną wymieniły porozumiewawcze spojrzenie, po czym wampirzyca przymrużonymi oczami zerknęła w stronę słońca.
- Już pora – odezwała się. – Świt to najlepszy czas na atak. Wampiry są wtedy senne i zmęczone.
- A ty? – spytałem.
- Ja też – wzruszyła ramionami. – Ale ja mam świadomość, co mnie czeka. Oni tam – wskazała głową na zamek – niczego się nie spodziewają. Zanim się rozbudzą, minie trochę czasu. Tylko trzeba szybko rozprawić się z gargulcami.
Isran nie tracił czasu na dyskusje. Zajęliśmy pozycje. Serana i ja stanęliśmy na lewym skrzydle. Gdy tylko uporamy się z gargulcami na moście, mieliśmy przesmyknąć się, w miarę niezauważeni, do kaplicy. Na razie jednak czekała nas walka na moście. Chwyciłem Łuk Auriela i nałożyłem ebonową strzałę.
- Nie użyjesz tych od Gelebora? – zdziwiła się Serana. – Powinny być skuteczniejsze.
- Te zachowam na koniec – odparłem. – Pamiętaj, co powiedział Gelebor: wybuch takiej strzały zadaje obrażenia wszystkim dookoła. A tu będzie walka w zwarciu. Z gargulcami nie da się inaczej.
- Racja – pokiwała głową. – Trzeba podejść naprawdę blisko, żeby gargulec się obudził…
Na znak Israna ruszyliśmy wolnym krokiem na most. W pierwszym rzędzie od lewej ja, Serana za mną. Obok Lydia, dalej Isran i Gunnmar z opancerzonym, nieco zdezorientowanym trollem, który jednak zachowywał się nad podziw spokojnie. Wbiłem wzrok w kamienne postacie. Czy któraś z nich się poruszy?
I nagle stało się! Pierwszy z nich zrzucił swą kamienną powłokę i wyprostował się. To był sygnał dla nas – ruszyliśmy biegiem. Ja jeszcze wpakowałem mu strzałę, zanim dołączyłem do pozostałych.
O dziwo, ożyły tylko dwa gargulce. Ale szybko dołączyli do nich strażnicy – dwa wampiry wybiegły z bramy, a za nimi kilka ogarów śmierci. W zamku rozległ się dźwięk alarmu.
Jeden z wampirów stanął tak, jakby sam wystawił mi się na strzał. Wycelowałem w głowę i wypuściłem strzałę. Jeszcze zanim grot uderzył go w skroń, oberwał od Serany czarem Płomieni. Ale żywotny był, drań! Musiałem w niego wpakować jeszcze dwie strzały, zanim padł. Czwartą wyeliminowałem ogara, który akurat przypadkowo wlazł mi na linię strzału. Piątą udało mi się dosięgnąć drugiego wampira, aczkolwiek nie wiem, czy miało to jakieś znaczenie, bowiem Isran również dosięgnął go swoim toporem i rozpłatał mu głowę.
Przeciwników wyeliminowaliśmy bardzo sprawnie. Nasze zwycięstwo w bitwie na moście było wręcz druzgocące. Niestety, prawdziwe starcie wciąż przed nami. Dopadliśmy bramy, na szczęście otwartej.
![]() |
Atrium i wejście do refektarza |
Trudno opisać to, co działo się potem w głównej sali zamku, gdy wpadliśmy najpierw do pustego atrium, potem na krużganek, skąd Obrońcy Świtu zaczęli zbiegać po schodach na dół. Widziałem to, ale nie wziąłem w tym udziału, bowiem Serana pociągnęła mnie w bok, gdzie było przejście na lewy krużganek, a stamtąd kilkoma korytarzami do kaplicy. Na drodze stanęło nam kilku przeciwników. Pierwszego wampira powaliłem poświęconą strzałą. Efekt był naprawdę spektakularny. Grot eksplodował tak gwałtownie i tak jasno, że zachwiało to wszystkimi krwiopijcami w zamku, nie wyłączając Serany, a trafionego wampira po prostu rozerwało na kawałki. Towarzyszący mu ogar został wyrzucony z tarasu na dół, gdzie chyba roztrzaskał się o stół, aczkolwiek nigdy tego nie sprawdziłem. Kątem oka dostrzegłem jeszcze wampira, rzucającego błyskawicę w stronę Duraka. Stał w sporej odległości od niego i innych atakujących, więc bez namysłu posłałem mu poświęcona strzałę. Efekt był równie gwałtowny, co poprzednio.
- Tędy – Serana wskazała lewy korytarz, za którym znajdowały się schody.
Wbiegliśmy na nie i minęliśmy dwie przechodnie komnaty. Znaleźliśmy się w czymś, co przypominało salę tronową, tylko bez tronu. Za to po lewej stronie znajdowały się niskie, szerokie schody, prowadzące do bramy, zasłoniętej kratą. Wampirzyca bez namysłu szarpnęła za uchwyt przy ścianie. Krata uniosła się z chrzęstem. Brama na szczęście nie była zamknięta na klucz. Po naciśnięciu klamki otworzyła się. Wbiegliśmy do Katedry – ciemnego pomieszczenia, pokrytego pajęczynami i kurzem, ale za to z dziwnym, stojącym na środku artefaktem, wyglądającym jak mała fontanna, bijąca jednak nie wodą, a krwią.
Harkon, pod postacią szkaradnego gargulca, przypominającego wielkiego, szarego nietoperza, stał obok niej. Stał? Aż mi się włosy zjeżyły na karku. Nie stał! Lewitował jakieś półtora łokcia nad ziemią. Bił od niego magiczny blask. I wcale nie wydawał się zdziwiony naszym wtargnięciem. Jego twarz, choć pod tą postacią bardziej przypominała zwierzęcy pysk, była zadziwiająco spokojna, choć w oczach czaiła się skrywana złość.
Ech, gdybym wtedy, nie zważając na nic, poczęstował go poświęconą strzałą z Łuku Auriela, może walka skończyłaby się szybciej i nie była tak dramatyczna. Ale niestety, jego hipnotyczna osobowość sprawiła, że stanęliśmy przed nim, jak przed zamkniętą bramą. Zerknął na mnie i przeniósł wzrok na Seranę.
- Serano, kochanie – odezwał się głosem tak niskim i silnym, że poczułem, jak w brzuchu zadrżały mi trzewia. – Widzę, że nadal trzymasz zwierzątko.
Choć słowa były drwiące, głos pozostał poważny. Zresztą, może i wcale nie była to kpina. Sam przecież, zupełnie poważnie, nazwał mnie kiedyś zwierzyną. Cóż bowiem innego stanowił dla wampira człowiek? Źródło krwi, nic więcej…
Żadne z nas jednak nie zareagowało na tę drwinę. Serana podniosła głowę i ze spokojem i opanowaniem, jakich bym się po niej nie spodziewał, odezwała się.
- Wiesz, po co tu jesteśmy.
Głos jej nie zadrżał. Brzmiał pewnie i dźwięcznie. Choć spokojnie.
- Oczywiście, że tak! – zahuczał Harkon. – Rozczarowujesz mnie, Serano – pokręcił szkaradną głową. – Wzięłaś wszystko, co ci dałem i odrzuciłaś, dla tej żałosnej istoty.
Obrócił oczy na mnie. Zrobiło mi się zimno pod tym spojrzeniem. I zakołatała mi w głowie myśl: skąd pomysł, że ona robi to wszystko dla mnie?
- Dałeś? – głos mojej towarzyszki stał się kpiący. – Chyba oszalałeś! – głos stwardniał i zamienił się w wyrzut. – Zniszczyłeś naszą rodzinę! Pozabijałeś inne wampiry. A wszystko to przez proroctwo, które lewo rozumiemy…
Pokręciła głową, jakby z niedowierzaniem.
- Dość tego – powiedziała ciszej, ale wystarczająco głośno. – Nie chcę cię już słuchać.
I przesunęła się, stając pomiędzy nim a mną.
- Nie tkniesz go! – warknęła z wyraźną agresją.
Harkon wbił w nią oczy. Choć twarz potwora pozostała nieruchoma, po oczach było widać jego złość. Mimo to, głos wciąż brzmiał spokojnie.
- Proszę – zakpił. – Widzę, że te smok ma kły!
I dodał, pochyliwszy łeb w naszą stronę.
- Twój głos ocieka trucizną, jaką jest wpływ twojej matki. Jakże podobne się stałyście!
Serana wolno pokręciła głową.
- Nie – sapnęła. – Ponieważ w przeciwieństwie do niej, nie boję się ciebie! Już nie.
Harkon milczał przez chwilę, po czym przesunął się tak, że znów stał przede mną. Spojrzał na mnie, ale nie potrafiłem zgadnąć, jakie uczucia nim wtedy targały. Jego wzrok stał się nieprzenikniony.
- A ty – zahuczał. – Wygląda na to, że to tobie muszę dziękować za obrócenie mojej córki przeciwko mnie. Wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, aż powróci tu z nienawiścią w sercu.
Nie dowierzałem własnym uszom. Przed chwilą usłyszał wyraźnie, dlaczego jego własna córka go nienawidzi, a tymczasem wciąż chciał zrzucić na to winę na mnie. Czyżby chciał nas poróżnić? Złamać nasz sojusz?
- Z nienawiścią, zrodzoną z twoich zaniedbań – odrzekłem z pogardą. – Zapomniałeś, że jest twoją córką. Zapomniałeś, że cię kocha. Zapomniałeś o tym, co jesteś winien własnemu dziecku.
Prychnął zniesmaczony.
- To niewielka cena za wzmocnienie naszego gatunku – odparł.
Teraz ja poczułem się zniesmaczony.
- Córka to córka – burknąłem nieprzyjemnie. – A twoja rasa jest skazą tego świata.
Roześmiał się szyderczo.
- Tak, tak – odparł równie szyderczym głosem. – Szlachetni łowcy wampirów. Za takiego się uważasz, prawda? I co zrobisz, gdy już mnie zabijesz? Następna będzie Valerica? Serana?
- Dobrze wiesz, że tu chodzi o coś więcej niż o zabijanie wampirów – odrzekłem, ściskając bezwiednie łęczysko Łuku Auriela. – I że nie wszystkie wampiry są naszymi wrogami…
- Ach, oczywiście – roześmiał się. – Proroctwo. Przybywasz tu, aby nie pozwolić Łukowi Auriela wpaść w moje ręce. Żeby powstrzymać mnie przed pogrążeniem świata w ciemności. Tylko dlaczego mi go w takim razie przyniosłeś?
- Dość tego! – potrząsnąłem głową, widząc, że ta rozmowa do niczego nie zmierza.
- Tak, to prawda – jego głos znów stwardniał. – Męczy mnie już rozmowa z tobą i moją zdradziecką córką. Daję ci jedną szansę na oddanie mi łuku! Tylko jedną. Drugiej nie będzie.
Cofnąłem się o dwa kroki.
- Nigdy – szepnąłem.
Serana odsunęła się ode mnie. Nie od razu zorientowałem się, dlaczego. Tymczasem Harkon spojrzał na mnie z nienawiścią i uniósł dłoń.
- Dobrze więc – zahuczał. – Nie zostawiasz mi wyboru…
Nie dokończył. Błyskawicznie uniosłem łuk i prawie nie celując, wypuściłem strzałę w jego kierunku. Eksplozja oślepiła mnie na moment i targnęła mną w tył. Niejasno zdałem sobie sprawę, że stałem za blisko i że to właśnie dlatego moja towarzyszka odsunęła się nie tyle ode mnie, co od Harkona, aby się ochronić przed skutkami rozbłysku. Wampirzym lordem też targnęło i to znacznie mocniej niż mną, jednak pokłady jego żywotności były ogromne. Poraził mnie błyskawicą, która sprawiła, że na moment znieruchomiałem. Jak dobrze, że większość ładunku rozeszła się po blachach, bo inaczej pewnie nie wyszedłbym stamtąd żywy.
Serana włączyła się do walki. Do ostatniej chwili targał mną cień wątpliwości, którą stronę wybierze. Ale ona widać wybrała już dawno. Na błyskawicę odpowiedziała błyskawicą – skierowaną prosto w Harkona.
Który nagle zniknął.
Walcz teraz z przeciwnikiem, którego nie widzisz! Strzelaj, gdy nie wiesz, w którą stronę!
- Laas! Yah! Nir!
Szept Aury ukazał mi jego złowrogą postać, zmierzającą na jeden z tarasów. Rzut oka na Seranę – jest daleko, to dobrze. Posłałem strzałę prosto w purpurową poświatę. I jeszcze jedną.
Dwie eksplozje zlały się niemal w jedną. Struga wampirzej magii wysączania również pojawiła się między blednącym światłem, a moją sojuszniczką, ale nie potrafiłem odgadnąć, w którą stronę ona działa. Posłałem jeszcze jedną strzałę w ledwo widoczną purpurę. Grot znów eksplodował słonecznym blaskiem, ale nagle, nie wiadomo skąd, otoczyły nas szkielety.
Były za blisko na strzał. Nie chwytając za tarczę, dobyłem jedynie miecza. Nie chciałem bowiem wypuszczać z ręki łuku, jedynej skutecznej broni przeciw Harkonowi. Odbiłem kilka ciosów i uderzyłem sztychem w najbliższy szkielet. Ten zajął się płomieniem od magii Przedświtu, ale to nie wszystko. Dar Meridii jeszcze raz ukazał swoją moc, wywołując magiczną eksplozję, która zmiotła wszystkich nie wiadomo skąd przywołanych przeciwników.
- Och! – jęknęła Serana.
Niestety, Przedświt nie odróżniał przyjaznych nieumarłych od wrogów. Moja sojuszniczka również oberwała, aczkolwiek nie aż tak mocno. Zachwiało nią, ale utrzymała się na nogach. Szybki rzut oka na pole bitwy i oboje odruchowo odskoczyliśmy na boki. Rzucona przez Harkona błyskawica trafiła w próżnię, za to magia wysączania Serany znalazła wreszcie kontakt z przeciwnikiem. Błysnęła jasnoczerwoną mgiełką, drgającą i migotającą – tak bardzo intensywna była to magia.
Dwie kolejne strzały wysłałem na oślep, w miejsce, w którym kończyła się owa czerwona mgiełka. Rozbłysły dwie kolejne eksplozje słonecznego światła. Osłabiły ich oboje, ale to Harkon ucierpiał bez porównania bardziej, gdy uderzył go elfi grot.
Potem chyba sam oberwałem jakimś czarem, bowiem pamiętam jedynie jakieś zamroczenie i nie potrafię sobie przypomnieć, co się wówczas działo. Pamiętam jedynie fiolkę z uzdrawiającą miksturą w mojej ręce i smak lekarstwa w ustach. Ostatnia rzecz, jaka utkwiła mi w pamięci, to osłabiona Serana, przyklękająca na jedno kolano i moja strzała mknąca ku Harkonowi. Błysk, huk i latające wokół przedmioty. I nagle Harkon zatoczył się jak pijany, westchnął i rozsypał się w pył. Tak po prostu! Widziałem to już przedtem u smoczych kapłanów i gdzieś z tyłu głowy zaświtało mi, że on przecież też był nieumarłym. Usłyszałem brzęk, gdy jego miecz upadł na posadzkę, ale mnie obchodziła wtedy jedynie Serana. Dopadłem do niej w dwóch susach. Już prawie odchodziła. Objąłem ją ramieniem, przyciskając do siebie jej zimne ciało, a drugą rękę położyłem jej na sercu. Zamknąłem oczy i przywołałem wszystkie swoje pokłady spokoju, aby móc się skupić. Zacząłem pompować w nią uzdrawiającą magię. Czar Uzdrowienie Przyjaciela potrafił zdziałać cuda. Jedna porcja, druga, trzecia… Zaczęło mi się robić ciemno przed oczami. Cóż, magia też podlega pewnym prawom. Pompując w nią magiczną energię, sam pozbawiałem się swojej. Gdyby trwało to chwilę dłużej, zapewne straciłbym przytomność.
Na szczęście Serana w porę odzyskała wystarczająco dużo sił, aby zareagować. Położyła mi dłoń na ramieniu, obejmując mnie drugą ręką.
- Już dobrze – szepnęła. – Już dość, bo sam mi tu zejdziesz. Pomóż mi tylko stanąć na nogi.
Kto komu pomagał, trudno powiedzieć. Ja też byłem tak osłabiony, że zachwiało mną kilka razy. Podtrzymując się wzajemnie, jakoś dotarliśmy do pionu. Serana zerknęła na błyszczącą kupkę popiołu, leżącą obok fontanny krwi. Westchnęła cicho.
- I tyle z niego zostało – szepnęła i z niedowierzaniem pokręciła głową.
- Wyobrażam sobie co czujesz – odrzekłem również szeptem. – Współczuję.
Ale ona znów wolno pokręciła głową.
- No właśnie, to dziwne – westchnęła. – Nic nie czuję…
Podeszła do tego, co zostało z jej ojca. Dłuższą chwilę wpatrywała się w szarą kupkę popiołu, po czym schyliła się i podniosła jednosieczny, dwuręczny miecz, należący do Harkona.
- Jest twój – oznajmiła. – Broń pokonanego należy do zwycięzcy.
Podeszła do mnie i wyciągnęła dłoń, dzierżącą miecz.
- Nie chcę go…
- Weź – nalegała. – W ten sposób okażesz mu szacunek. Jako wojownikowi, przynajmniej.
- A ty go nie chcesz? Na pamiątkę po ojcu…
Parsknęła ironicznie.
- Ja chcę o nim jak najprędzej zapomnieć.
Z wahaniem chwyciłem broń, przypominającą długą, akavirską katanę, jaką zwykli nosić wojownicy Ostrzy. Miecz zacny, ale nie nadający się do mojego sposobu walki. Mogę go jedynie zawiesić na ścianie w Wietrznym Domku, jako swoiste trofeum. Ale czy na pewno chcę?
- Co teraz zrobisz? – spytałem.
Wzruszyła ramionami.
- Tutaj nie zostanę na pewno – prychnęła. – Myślałam, żeby zostać z Obrońcami Świtu tak długo, jak mi pozwolą. Chyba docenią posiadanie w swoich szeregach wampira…
Urwała, bowiem ktoś się zbliżał. Oboje usłyszeliśmy odgłos kroków. Ktoś wchodził po schodach w ciężkich, podkutych butach.
- Isran – mruknęła cicho. – Poznaję po krokach.
Istotnie, był to Isran. Wszedł ostrożnie, z toporem w rękach, rozejrzał się, a dostrzegłszy nas, opuścił broń i podszedł do nas, wciąż uważnie się rozglądając. Po jego minie widać było, że nie znalazł tego, czego szukał.
- Uciekł? – zwróci się do nas.
Pokręciliśmy głowami.
- Tylko to z niego zostało – wskazałem na kupkę popiołu. – I to – zademonstrowałem miecz.
Wolnym ruchem powiesił topór na plecach.
- A więc bestia w końcu została zgładzona – rzekł cicho. – Zatem to koniec. Jest martwy, a proroctwo odeszło razem z nim…
Milczał przez chwilę, po czym zwrócił się w stronę Serany i spojrzał jej w oczy.
- Myliłem się co do ciebie – rzekł. – Wybacz mi. I przyjmij wyrazy współczucia. To musiało być dla ciebie niełatwe.
Serana potrząsnęła głową.
- Mój ojciec tak naprawdę umarł dawno temu – oznajmiła z podziwu godnym spokojem. – To był po prostu koniec pewnego rozdziału Tak należało postąpić, nie inaczej.
Isran pokiwał głową.
- Dziękuję ci – ścisnął delikatnie jej ramię. – Masz moją wdzięczność. – I ty również – skinął głową w moją stronę. – Słowa tego nie wyrażą…
- A czy mogę prosić o przepustkę? – uśmiechnąłem się. – Chciałem po tym wszystkim wrócić do Białej Grani. Na jakiś czas…
Uśmiechnął się i skinął głową.
- Ale mam nadzieję, że odwiedzisz od czasu do czasu Twierdzę Świtu – odrzekł. – Nasza walka jeszcze się nie skończyła.
Zrobił ruch, jakby chciał odejść, ale zatrzymał go głos Serany.
- Isranie!
Odwrócił się do niej i spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
- Nie chcę tu zostać – szepnęła wampirzyca. – To okropne miejsce i za wiele wspomnień. Ale nie mam się gdzie podziać.
Isran uniósł brwi w geście zdumienia.
- Ależ masz – odrzekł niepewnie. – Jeśli oczywiście nie pogardzisz, bo sama wiesz, jak to u nas jest. Twierdza Świtu jest twoim domem, tak samo jak moim. Jesteś jedną z nas. Skromny to dom, ale własny.
Serana uśmiechnęła się z ulgą.
- A co sądzą o tym pozostali?
Wzruszył ramionami.
- Po tym wszystkim, tylko głupiec wykluczyłby cię z naszego oddziału – burknął. – Nie sądzę, by ktoś zaprotestował. Musisz tylko pamiętać o jednym. My – zająknął się – nie przestaniemy tępić pozostałych wampirów. Azyl dla ciebie nie oznacza tego samego dla innych. Mam nadzieję, że to rozumiesz.
- Rozumiem – odrzekła poważnym głosem.
Skinął głową jeszcze raz i uśmiechnął się ciepło, zanim jego kroki rozległy się na schodach.
Hmm, kupka popiołu, jak z każdego.Po niektórych pozostaje jeszcze pamięć.
OdpowiedzUsuńanabell
A o niektórych chcemy jak najszybciej zapomnieć, jak o Harkonie...
Usuń