poniedziałek, 16 grudnia 2024

Rozdział XXXIII - Śnieżny elf

     Kolejne trzy noce spędziliśmy na wędrówce. Wędrowaliśmy w milczeniu. Serana chyba miała do mnie jakiś żal, bo nie próbowała nawet nawiązać rozmowy. Ja też postanowiłem się nie odzywać, bojąc się, że znów chlapnę coś, co ją ubodzie. I tak kroczyliśmy obok siebie, niby to razem, ale tak naprawdę osobno. Nie czułem się z tym dobrze.

     Tym razem nie obyło się bez przygód. W Rorikstead zaatakował mnie wampir, z którym udało mi się rozprawić w miarę szybko. Dalej, na skrzyżowaniu szlaków, tradycyjnie trzeba było się rozprawić z kilkoma zbójami, ale spodziewaliśmy się tego, więc nie zdołali nas zaskoczyć. Skręciliśmy na zachód, w stronę Markartu. Droga przypadała nam obok starej, przytulonej do stromej skały fortecy, zwanej Redutą przy Złamanej Wieży, którą zajęli kiedyś Renegaci. Postanowiliśmy spróbować prześlizgnąć się cichcem i prawie nam się udało. Musiałem tylko ustrzelić jedną Renegatkę, która trzymała straż na trakcie.

Reduta Przy Złamanej Wieży - nocą

     Zawsze mam mieszane uczucia w stosunku do Renegatów. Gdyby tylko udało się z nimi porozumieć! Ale oni odrzucali nasz świat, naszą cywilizację, nas. To jeszcze jednak byłem w stanie zaakceptować. Gorzej, że ten brak porozumienia uniemożliwiał jakikolwiek pokojowy kontakt. Gdy napotkało się Renegata, zawsze wywiązywała się walka. Nigdy nie rezygnowali z ataku, czując jakąś dziwną nienawiść do każdego, kto nie nosił ich barw.

     Skradając się traktem pod redutą, zerknąłem na ustrzeloną strażniczkę i ogarnął mnie żal. Młoda i całkiem urodziwa dziewczyna. Dlaczego musimy z nimi walczyć i wzajemnie się zabijać? Gdy już nieco dalej, na kamiennym moście, mogliśmy wreszcie przestać się skradać, Serana odezwała się chyba po raz pierwszy.

     - Gdybyś jej nie zabił, zaalarmowałaby pozostałych – odezwała się cicho. – Zaatakowaliby nas. Zginęłoby ich znacznie więcej.

     Spojrzałem na nią zdziwiony. Ona też posłała mi badawcze spojrzenie.

     - A między nimi mogło być więcej takich młodych dziewcząt – dodała szeptem. – Przecież to właśnie cię trapi, czyż nie?

     Westchnąłem i skinąłem głową.

     - Nie lubię zabijać – odrzekłem równie cicho, aby nie usłyszeli nas Renegaci. – Gdyby udało mi się wytłumaczyć im, że nic do nich nie mam, może dałoby się tego uniknąć.

     - Nie dałoby się – odparła. – Ty do nich nic nie masz, ale oni mają do ciebie. Cały sens istnienia Renegatów na tym właśnie polega, że zwalczają innych. Tak nakazują im ich wodzowie. Wodzowie z wydartym przez wiedźmokruki sercem i zastąpionym przez Serce Róży.

     - Serce Róży?

     Skinęła głową.

     - To owoc magicznego krzewu, którego tajemnicę znają tylko wiedźmokruki. One je hodują. A potem wyrywają wojownikowi serce i zastępują tym owocem, co daje mu niesamowitą siłę i wytrzymałość, ale pozbawia, no cóż, serca. I wszystkiego, co się z tym wiąże.

     Pokiwałem głową. Słyszałem kiedyś o Sercu Róży. Opowiadał mi mistrz Neloth, przy okazji prosząc mnie o zdobycie tego czegoś, gdyby nadarzyła się okazja. Obiecałem, że spróbuję, choć sam dokładnie nie wiedziałem, co to takiego. A więc na tym polegał sojusz Renegatów z wiedźmokrukami! To dlatego zawsze można było spotkać tę poczwarę w pobliżu ich obozowiska!

     - Trzeba było – Serana wskazała na zwłoki. – Nie miałeś innego wyjścia. A teraz zmykajmy, zanim dorwą nas pozostali. Pogawędki w tym miejscu to nie najlepszy pomysł.

     Ruszyła przodem, a ja podążyłem za nią. Spytałem ją dopiero, gdy byliśmy już na moście, kawałek drogi od reduty.

     - A co to za krzew? Nigdy nie widziałem krzewu Serca Róży?

     Milczała przez chwilę, po czym uśmiechnęła się w zadumie.

     - Wiedźmokruki strzegą swej tajemnicy – odparła. – Sama nie wiem dokładnie, jak to z nim jest. Podobno wyrasta w sercu wojownika, specjalnie w tym celu uśmierconego. Gdy zacznie rodzić owoce, wiedźmokruki biorą na stół ochotnika, odurzają jakąś miksturą, po czym wycinają mu serce i zastępują je tym owocem. To pewnie skomplikowany rytuał, który znają tylko wiedźmokruki.

     Umilkła, a ja nie ciągnąłem tematu. Wydał mi się zbyt makabryczny. I zapałałem jeszcze większą niechęcią do wiedźmokruków.

      W milczeniu dotarliśmy do Karthwasten. Niebo zaczynało się rozjaśniać.

     - Pospieszmy się – szepnąłem zaniepokojony. – Wkrótce zaroi się tu od górników. Musimy przejść wyżej, tą ścieżką na górę. Tam możemy poszukać jakiejś groty. Na pewno znajdziemy, jest ich tam wiele.

     Przyspieszyliśmy kroku. Minęliśmy osadę, szczęśliwie nie napotykając na żadnego mieszkańca. Nie obawiałem się wprawdzie o siebie, przeciwnie, w tym miejscu mogłem liczyć na ciepłe powitanie, ale nie chciałem, by zauważyli moją towarzyszkę. Takiej kupie ludzi musielibyśmy ulec, pomijając już fakt, że nie miałem ochoty walczyć przeciwko nim.

     Doszliśmy do wąskiej ścieżki i zaczęliśmy wspinać się na górę. Istotnie, niedługo znaleźliśmy płytką grotę, w której postanowiliśmy przeczekać dzień.

     Tym razem umościłem sobie posłanie z liści paproci i wysokiej trawy, jaka tu obficie rosła. Spałem twardo, choć kilka razy zdarzyło mi się przebudzić. Stąd wiem, że dzień był jasny i pogodny. Na szczęście grota znajdowała się na stromym zboczu, skierowanym na północ, zatem słońce nie dochodziło do wnętrza, gdzie odpoczywała Serana. Gdy tylko się lekko zaczerwieniło, wstałem i zacząłem sobie przygotowywać posiłek.

     Wkrótce usłyszałem szelest w głębi groty. Moja towarzyszka również się przebudziła. Opuściła swoje legowisko i usiadła przy mnie. Promienie słońca musnęły jej twarz.

     - Jeszcze dzień – odezwałem się. – Mogłabyś jeszcze odpoczywać.

     Potrząsnęła głową.

     - Pomyślałam, że wolałbyś poszukać tego miejsca w dzień - oznajmiła.

     Spojrzałem na nią pytająco..

     - Nie rozumiem…

     - W dzień łatwiej będzie je znaleźć – wzruszyła ramionami. – Wspominałeś, że to niedaleko. A że jaskiń tu co niemiara…

     - Prawda – przytaknąłem. – Ale przecież tobie słońce szkodzi.

     Machnęła ręką.

     - Już nie parzy – odparła. – Tyle wytrzymam.

     To była mądra rada. Toteż wkrótce wędrowaliśmy już stromym zboczem w kierunku czerwonej kuli, chwilami skrywającej się za szczytami. Musieliśmy zejść niżej, aż trafiliśmy na trakt. Słońce zaszło już, gdy naszą drogę przegrodziła płytka rzeczka. Minęliśmy cichcem pobliskie obozowisko Renegatów, by stanąć przed wylotem jaskini. Dokładnie w chwili, gdy rozświetlająca niebo łuna zaczynała już gasnąć

     - Wygląda dokładnie tak samo, jak poprzednia – prychnęła Serana. – Tylko bez śniegu…

     Roześmiałem się. Istotnie, kształt wylotu bardzo przypominał jaskinię, prowadzącą do Polany Przodków. To jednak zapewne był czysty przypadek. Szept Aury ujawnił kilka niewielkich światełek wewnątrz, więc zdjąłem z ramienia łuk i nałożyłem strzałę. Ostrożności nigdy za wiele. Cicho jak kot zagłębiłem się w skalny chodnik. Serana również poruszała się niemal bezszelestnie, krocząc za mną z obnażonym mieczem w dłoni.

     Chodnik z początku był bardzo kręty i ciemny. Dopiero dalej rozświetlały go fosforyzujące grzyby. Doszliśmy do rozwidlenia. W prawej odnodze usłyszałem szmer rzeki. Ruszyłem w tamtym kierunku, dość stromo w dół, by dojść do jeszcze bardziej stromych, pionowych brzegów wartkiego i szerokiego podziemnego cieku.

     - Most? – zdumiałem się.

Zerwany most

     Brzegi rzeki spinał linowy most, ale w fatalnym stanie. Lewa lina była zerwana i cała konstrukcja wisiała smętnie, przechylona na jedną stronę. A i druga lina, postrzępiona i zbutwiała, nie budziła zaufania. Przejście po nim było niemożliwością. Bardziej przypominało to sznur do wieszania bielizny, niż most.

     - Nie przeskoczymy – westchnęła Serana. – Za daleko.

     - Spróbujmy najpierw drugą odnogą – zaproponowałem. – Jeśli tam przejścia nie będzie, wrócimy tu i coś wymyślimy.

     Nie wspomniałem wtedy, że ja sam mógłbym łatwo przedostać się na drugą stronę, używając krzyku „Trąba Powietrzna”, którego nauczyli mnie ongi mnisi z Wysokiego Hrothgaru. Musiałbym jednak zostawić Seranę na tym brzegu, a to mi się wcale nie uśmiechało. Zawsze we dwójkę łatwiej, a nie wiadomo, co czeka nas dalej. Zawróciliśmy więc.

     Wykrycie Życia ostrzegło mnie przed wielkim pająkiem, którego ustrzeliłem z daleka. Przecisnęliśmy się obok jego truchła i doszliśmy do naturalnego szybu, prowadzącego w dół. Brzegi miał szerokie, nieregularną serpentyną zagłębiające się we wnętrzu góry. Idąc, rozglądałem się w poszukiwaniu śladów ludzkiej ręki, ale niczego takiego nie zauważyłem. Musiało to być jednak dzieło natury, ale przypadkiem tak funkcjonalne, jakby zejście to wykuli jacyś starożytni górnicy.

     Zeszliśmy na dół i zagłębiliśmy się w kolejny kręty chodnik. Napotkaliśmy po drodze kilka pająków, a także znaleźliśmy sporą, naturalną komnatę na samym dnie, ale zupełnie pustą, jeśli nie liczyć zalegającej tu wody. Błądziliśmy jeszcze jakiś czas, zanim odkryliśmy wąski, boczny chodnik, równie kręty jak poprzednie. Za to za którymś tam z kolei zakrętem, gdy już zupełnie straciliśmy poczucie kierunku, na jego ścianach ukazała się łuna. Jeszcze kilkanaście kroków, jeszcze jeden zakręt i… Znaleźliśmy się w sporej jaskini, w dodatku całkiem jasno oświetlonej. I już nie grzybami, ale płonącymi w niej kagańcami.

     Znajdowały się tu jakieś resztki podziemnej budowli, o czym świadczyło kilka kikutów kolumn, wykonanych z jakiegoś jasnego kamienia. Tuż obok stał nieduży, chyba kamienny obiekt, w kształcie kopuły, zakończonej metalową gwiazdą. Stała ona na płaskim piedestale i wydawała się być niezniszczona.

Tajemnicza kopuła

     - Zbliż się!

     Oboje drgnęliśmy, gdy usłyszeliśmy spokojny, dźwięczny głos, jaki nagle rozległ się w jaskini. Dobiegał z prawej strony. Wychyliłem się i spojrzałem w kierunku dochodzącego głosu. Stała tam jasna postać, która zrazu wydała mi się zjawą. Odruchowo użyłem Wykrycia Życia. Ku mojemu zdumieniu, postać zajarzyła się błękitną poświatą. Żywa istota! W dodatku przyjazna.

     - Zbliż się, śmiało – zachęciła postać. – Nie musisz się obawiać.

     Przewiesiłem łuk przez ramię i wyszedłem z korytarza. Serana za mną. Zrobiłem kilka kroków w kierunku domniemanej zjawy i wtedy przekonałem się ostatecznie, że mam do czynienia z żywą istotą. Nieznajomy był elfem nieznanej mi rasy. Skóra jego była biała, podobnie jak krótkie, zaczesane do tyłu włosy. Miał bardzo jasne oczy. W dodatku jego strój – lekka, płytowa zbroja o niespotykanych, egzotycznych kształtach – również błyszczała srebrem. Wyglądał jak istota nie z tej ziemi, ale z cała pewnością był żywy. Elf skinął zachęcająco głową i uśmiechnął się lekko. Podeszliśmy do niego, przyglądając mu się w zaciekawieniu.

     - Jestem rycerz-palatyn Gelebor – znów skinął głową. – Witajcie w Wielkiej Świątyni Auri-Ela.

     Wymieniliśmy swoje imiona. Gelebor uśmiechnął się uprzejmie, nie okazując zdziwienia, choć duet taki jak nasz, z pewnością nie był zbyt często spotykany.

     - Ta jaskinia jest świątynią Auriela? – spytałem.

     - Auriel, Auri-El, Alkosh, Akatosh – elf lekko wzruszył ramionami. – Tak wiele imion dla władcy śnieżnych elfów.

     Zadrżałem. Już przedtem kiełkowało mi w głowie, kim on może być, ale wydawało mi się to niemożliwe. Przecież śnieżne elfy już dawno temu uległy całkowitej degeneracji, zamieniając się w na pół dzikie plemię Falmerów. Skąd więc wziął się on? Jakże się uchował? Spytałem więc nieco nieśmiałym tonem.

     - Śnieżnych elfów? – powtórzyłem. – Czy to możliwe? Czy ty… Czy ty jesteś Falmerem?

     Ledwo dostrzegalny grymas przeleciał przez szlachetne i niemal ludzkie rysy jego twarzy. Nie miał wąskiej żuchwy, jak Bosmerowie, czy Altmerowie. Jego oczy nie były nieproporcjonalnie duże, a nos nieproporcjonalnie mały, jak u innych elfów. Wyglądał niemal jak człowiek. I miał w sobie ową dziwną szlachetność i mądrość, jak ktoś, kto dużo widział, dużo wie i dużo jest w stanie zrozumieć.

    - Wolę określenie „śnieżny elf” – potrząsnął lekko głową i uśmiechnął się uprzejmie. – Słowo „Falmer” z reguły niezbyt dobrze kojarzy się podróżnym, czemu zresztą trudno się dziwić. Te chore istoty, które nazywasz Falmerami, ja nazywam „Zdradzonymi”.

     - Wybacz – chrząknąłem zakłopotany. – Nie chciałem cię urazić.

     Oto miałem przed sobą śnieżnego elfa. Przedstawiciela starożytnej, dawno wymarłej rasy. Albo w zasadzie nie tyle wymarłej, co zdegenerowanej, pohańbionej i zdziczałej. Jakimś cudem jednak, on przetrwał w niezmienionej formie, przypominając, samym swoim istnieniem, że kiedyś Falmerowie byli dumnym i szlachetnym plemieniem śnieżnych elfów, które władało ongi tymi ziemiami.

Gelebor - ostatni żyjący śnieżny elf

     - Nie dziwi cię nasza obecność – stwierdziła cicho Serana. – A przynajmniej nie widać tego po tobie. Nie jesteśmy pierwszymi, którzy cię odwiedzają.

     Uśmiechnął się i potrząsnął głową.

     - Zakładam więc – odezwałem się nieco zakłopotany – że wiesz, dlaczego tu jesteśmy.

     - Oczywiście – odparł z uśmiechem. – Jesteście tu po Łuk Auriela. Po cóżby innego?

     Zmieszałem się.

     - Skąd wiedziałeś?

     Spojrzał na mnie ciepło.

     - Przez tysiąc lat, od których strzegę świątyni, nie było ani jednego gościa, który pragnąłby czegoś innego. Proszą o Łuk Auriela. A ja… Ja proszę ich o pomoc. Powtórzyło się to tyle razy, że nie wyobrażam sobie już, by mogło to wyglądać inaczej.

     - Tysiąc lat? – zdumiała się Serana. – Jesteś nieśmiertelny?

     - W pewnym sensie – skinął głową. – Dopóki strzegę Świątyni, tak. Jeśli stąd odejdę, zacznę się starzeć, jak wszyscy.

     Spojrzeliśmy z Seraną po sobie.

     - No cóż – zająknąłem się. – Zgadłeś. Szukamy Łuku Auriela…

     Przez dłuższą chwilę elf przyglądał się nam w milczeniu, jakby badał nas wzrokiem. Na koniec lekki uśmiech skrzywił mu wargi.

     - Mogę pomóc wam go zdobyć – oznajmił. – Ale najpierw wy musicie pomóc mnie.

     - Czego ode mnie oczekujesz? – spytałem. – Jeśli będę mógł, pomogę.

     Znów chwila milczenia, po czym odezwał się znów, ale tym razem jego głos był twardszy.

     - Musisz zabić arcykuratora Vyrthura – oznajmił, po czym dodał szeptem. – Mojego brata…

     Uszło ze mnie powietrze. Musiałem zrobić kilka głębokich oddechów, zanim byłem w stanie mówić dalej.

     - Czy wyglądam na mordercę z Mrocznego Bractwa? – spytałem z wyrzutem w głosie. – Nie każdy, kto nosi miecz, jest mordercą.

     - I dlaczego chcesz zabić swojego brata? – dodała Serana.

     Gelebor westchnął cicho.

     - Proszę, żebyś zabił to, co z niego zostało – odrzekł, patrząc mi prosto w oczy. – Więź między nami znikła już dawno – zwrócił oczy na Seranę, jakby dając jej do zrozumienia, że odpowiada teraz na jej pytanie. – Nie rozumiem, czym się stał. Ale nie jest już bratem, którego dane mi było znać.

     Znów spojrzał na mnie.

     - To Zdradzeni… Zrobili mu coś, ale nie wiem, dlaczego Auri-El na to pozwolił.

     - A co w zasadzie zrobili Zdradzeni?

     - Wdarli się bez ostrzeżenia do Świątyni – odparł poważnym głosem. – I zaczęli mordować każdego, kogo napotkali…

     - Poddałeś się bez walki? – spytała Serana. – Bo wciąż żyjesz…

     Gelebor uśmiechnął się smutno.

     - Świątynia była miejscem pokojowej modlitwy – odezwał się. – Prowadziłem niewielką grupę paladynów, ale nie mieliśmy szans z nieprzebraną liczbą Zdradzonych. Zamordowali wszystkich i przypuścili szturm na Wewnętrzne Sanktuarium, gdzie, jak podejrzewam, poddali Vyrthura zepsuciu.

     - Zepsuciu? – spytała Serana.

     - Spaczeniu, skażeniu, zombizacji, jakiejś przemianie, nazwij to jak chcesz. Ale przestał być tym, kogo znałem jako mojego brata. Stał się kimś zupełnie innym. Albo czymś. Nie sądzę, by to co robił, zalęgło się w jego umyśle. Zupełnie, jakby stracił wszelkie uczucia.

     - Nie wiesz nawet, czy on wciąż żyje – mruknąłem zamyślony. – Mam na myśli…

     - Żyje – przerwał mi elf zdecydowanym głosem. – Widziałem go. Ale coś jest nie tak. On nigdy nie wygląda, jakby coś go bolało lub niepokoiło. Jest jak wyprany ze wszystkich uczuć. Nieczułe monstrum w ciele mojego brata. On tylko… Stoi tam i obserwuje, jakby na coś czekał.

     Pokiwałem głową. Teraz zrozumiałem, o co mu chodziło. Jego brat odszedł, zamieniony w jakiś nieczuły i posłuszny komuś byt. Nie chodziło mu o uśmiercenie go, a o uwolnienie spod wpływu tej siły. A jedynym sposobem na jego uwolnienie było pozbawienie go życia. Ostatecznie.

     - Próbowałeś dostać się do Wewnętrznego Sanktuarium? – spytałem.

     Potrząsnął głową.

     - Nie wolno mi opuścić tego miejsca. Zwłaszcza teraz, kiedy tylko ja już zostałem na świętej służbie. Pozostawienie kapliczek niestrzeżonych byłoby porzuceniem mojej świętej służby, jako rycerza-palatyna Auri-Ela. A atak na Zdradzonych, strzegących Sanktuarium, skończyłby się jedynie moją śmiercią. Ja sam bowiem zabijać ich nie mogę. Jeśli to zrobię, stracę moc, którą mnie obdarzono i na nic się już tutaj nie przydam. A zastąpić mnie nie ma kto. Już nie…

     Ostatnie słowa wypowiedział z goryczą. Przez chwilę wszyscy troje milczeliśmy.

     - O jakich kapliczkach mówisz? – spytała w końcu Serana. – Niczego tu nie widzę.

     Skinął głową i uczynił zachęcający ruch ręką.

     - Chodźcie. Pokażę wam.

     Podszedł do wystającej z ziemi kopuły. Podążyliśmy za nim. Dopiero, gdy znalazłem się o kilka kroków od niej, zorientowałem się, że jest znacznie większa, niż mi się początkowo wydawało. Jej średnica wynosiła mniej więcej pięć, czy sześć kroków.

     Tymczasem Gelebor uniósł ramię i wycelował dłonią w znajdującą się na szczycie kopuły gwiazdę. Ta zaiskrzyła nagle jasnym blaskiem i rozległ się dźwięk przesuwających się kamieni. I oto, na naszych oczach, spod ziemi wysunęła się niewielka kapliczka, nie wyższa niż trzykrotność wzrostu człowieka. Zbudowana była z jasnego kamienia, na planie sześciokąta. Widoczna przedtem na powierzchni gruntu kopuła stanowiła jej dach.

     Kapliczka miała pięć ścian. Od naszej strony stała otwarta, po bokach miała gołe mury, a w przeciwległej ścianie umieszczono portal, skrzący się fioletowym blaskiem. Na środku kapliczki znajdowała się duża, kamienna misa, na wąskiej podstawie, w kształcie kielicha, sięgającego mi mniej więcej do pasa. W misie chlupotała woda.

     - Więc to jest magia śnieżnych elfów – szepnęła Serana. – Niesamowite!

     Gelebor odwrócił się w naszą stronę.

     - Te budowle nazywa się kapliczkami – wyjaśnił. – Używano ich jako miejsc medytacji i odpoczynku, kiedy jeszcze świątynia była miejscem oświecenia. Prałaci z tych kaplic mieli nauczać naszych nowicjuszy mantr Auri-Ela.

Serana i Gelebor przed kapliczką

     - A ta woda? – spytałem. – Do czego służy ta woda na środku? I czy to w ogóle jest woda?

     Uśmiechnął się.

     - Woda – potwierdził. – Rytualna woda. Po odśpiewaniu mantr, nowicjusz zanurzał w niej specjalne naczynie, zwane po prostu Dzbanem Nowicjusza. Czerpał z niej wodę, a potem udawał się do następnej.

     Serana nie wytrzymała i roześmiała się na te słowa.

     - Więc nowicjusze musieli latać w kółko z ciężkim dzbanem, pełnym wody – stwierdziła z właściwą sobie ironią. – Wspaniale!

     Ścisnąłem ją za ramię, aż spojrzała na mnie zdziwiona. Co jak co, ale wyśmiewanie rytuałów, które elf traktował bardzo poważnie, raczej nie przysporzy nam jego sympatii. Już chciałem załagodzić sprawę, ale Serana znów się odezwała.

     - Jak długo musieliby to robić? – spytała. – Myślę o krążeniu z dzbanem…

     Gelebor zachował się jednak taktownie i rzeczowo. Zapewne nieraz musiał już słuchać drwin z własnej religii i przestało go to wzruszać.

     - Cóż, gdy kończył się rytuał oświecenia nowicjusza, przynosił on dzban do Sanktuarium Świątyni – wyjaśnił. – Wylanie zawartości dzbana do uświęconej misy w Sanktuarium, pozwalało mu na audiencję u samego arcykuratora.

     Ale Serana chyba dostała ataku dobrego humoru, bo zaczęła dusić się ze śmiechu.

     - Czyli cały ten rytuał z nabieraniem wody to tylko po to, żeby na końcu się jej pozbyć?

     Spróbowała spoważnieć, ale jej nie wyszło.

     - Wybacz, ale nie ma to dla mnie sensu – pokręciła głową.

     - To przecież tylko symbol – odparł elf i dodał po chwili. – Nie oczekuję, że go zrozumiesz. Ja zapewne nie zrozumiem wampirzych rytuałów. Inna sprawa, czy w ogóle chciałbym je poznać.

     - Nie, raczej nie zrozumiem – przytaknęła Serana, usiłując nieudolnie przybrać poważny wyraz twarzy. – Przepraszam, ale wyobraziłam sobie jego – tu wskazała na mnie – jak krąży z dzbanem i przelewa z pustego w próżne. Wyjaśnijmy sobie jedną rzecz. Te wszystkie niedorzeczności są konieczne, by dostać się do Świątyni, zabić twojego brata i zdobyć Łuk Auriela?

     Lekki uśmiech przewinął się po twarzy elfa.

     - Wiem jak to brzmi – stwierdził. – Ale gdyby istniał inny sposób, już dawno zostałby przynajmniej wypróbowany. Bez tego rytuału, kolejny portal się nie otworzy i nie będziecie mogli przejść dalej.

     - Dalej?

     - Do kolejnych kapliczek.

     Spojrzał mi prosto w oczy.

     - Jedynym sposobem na dostanie się do mojego brata, jest podążenie drogą nowicjusza i przejście od jednej kapliczki do drugiej. Pierwsza z nich leży na końcu Przejścia Zmierzchania, jaskini reprezentującej brak oświecenia.

     - To ta, tutaj?

     Potrząsnął głową i wskazał na kapliczkę.

     - Tu znajduje się portal do Przejścia Zmierzchania. To jaskinia, z wieloma odnogami i korytarzami. I z wieloma niebezpieczeństwami, czyhającymi na nowicjusza. Prawdziwa próba charakteru.

     Serana uznała za wskazane wtrącić się w nasza rozmowę, na szczęście tym razem bez kpin.

     - I na końcu znajduje się następna kapliczka? – spytała. – I kolejny portal?

     Elf skinął głową.

     - A ile jest tych kapliczek?

     - W sumie jest ich pięć – odparł Gelebor. – Są rozrzucone po całej Świątyni.

     - Pięć – powtórzyłem bezwiednie. – Pięć jaskiń. Muszą być ogromne…

     - Jaskinie? – spytał Gelebor. – O nie! Świątynia to o wiele więcej niż tych kilka jaskiń. Sam się wkrótce przekonasz. Jeśli, oczywiście, zechcecie podążyć ta ścieżką.

     - Nie chcemy – westchnęła Serana. – Ale skoro, jak mówisz, nie ma innego wyjścia, to pójdziemy.

     Znów pojawił się jej na ustach kpiący uśmiech.

     - Zabawimy się w nosiwodów – dodała. – Może gdy przejdę tę ścieżkę, ten rytuał przestanie mnie śmieszyć. I może lepiej cię zrozumiem.

     Spojrzał na nią nieodgadnionym wzrokiem.

     - Może i mnie uda się zrozumieć ciebie – odrzekł spokojnym głosem.

     Nie trzeba było bystrości, by wyczuć między nimi nić porozumienia. Dwie nieśmiertelne istoty, tak różne, a jednak tak wiele je łączyło. Dwa umysły, które zebrały w swej pamięci doświadczenia długich wieków. To musiała być dla nich magiczna chwila.

     - Zanim wyprawię was w drogę, będziecie potrzebowali – urwał i uśmiechnął się – no cóż, Dzbana Nowicjusza. Oto on.

     Nie mam pojęcia, ani kiedy, ani w jaki sposób w jego rękach pokazało się ceramiczne naczynie, z dużym uchem. Przed chwilą z pewnością go nie było, a zaraz potem wydało nam się, że przez cały czas trzymał je w dłoniach. Niesamowita była magia śnieżnych elfów.

     Chwyciłem podane mi naczynie było znacznie lżejsze niż mi się wydawało, sądząc po jego rozmiarach.

     - Muszę ten dzban napełniać w każdej kapliczce – spojrzałem na Gelebora.  – czy tak?

     Skinął głową.

     - Gdy znajdziesz już kapliczkę – odparł – zastaniesz przy niej widmowego Prałata, który się nią opiekuje. Pozwoli ci on nabrać wody z misy w kapliczce, jako jednemu z oświeconych.

     - Oświeconych?

     Znów się uśmiechnął.

     - Powiedzmy, zmierzającemu ku Oświeceniu. Albo raczej Oświeconemu kolejnym etapem tej ścieżki, która ku niemu wiedzie.

     Chwyciłem mocno dzban i ruszyłem w kierunku kapliczki, ale elf zatrzymał mnie gestem. Spojrzał na nas ciepło.

     - Niewykluczone, że to nasza ostatnia szansa na rozmowę – odezwał się. – Jeśli macie jakieś pytania, sugeruję je zadać teraz, zanim wyruszycie.

     Spojrzeliśmy z Seraną na siebie i skinęliśmy głowami. Taka okazja może się już nie powtórzyć. Oto spotkaliśmy jednego, a jeśli wierzyć jego słowom, ostatniego już przedstawiciela dawno wymarłej rasy. Byłem bardzo ciekawy, jak to się stało, że Falmerowie stali się tym, czym są teraz. Jak to możliwe, że tak szlachetne i pełne godności plemię, zdegenerowało się do półdzikich istot, bliższych zwierzętom niż ludziom. Najtęższe umysły łamały sobie nad tym głowy – a ja miałem okazję dowiedzieć się tego od naocznego świadka. Nic prostszego, niż spytać.

     Odetchnąłem głęboko.

     - Tak, masz rację – odrzekłem. – A tak się składa, że mamy wiele pytań.

niedziela, 1 grudnia 2024

Rozdział XXXII – Najpiękniejsze miejsce na świecie

     Poszukiwana przez nas kotlina miała jakoby leżeć w pobliżu Falkret. Zakrawało to na ironię losu. Ta podróż stawała się już nudna! Ile razy można przemierzać całą krainę w tę i z powrotem? I znowu dwa dni w plecy…

     Powiedziałem dwa dni? Oczywiście, chodzi o noce. Dwie noce, bowiem z Seraną trzeba było podróżować nocą. To nie poprawiło mi humoru. Choć noce w Skyrim – o ile dopisuje pogoda – są bardzo jasne, to jednak człowiek chyba ma w sobie coś z rośliny i zwyczajnie potrzebuje światła słonecznego. Bez niego dopadają go czarne myśli.

     Muszę przyznać, że Serana starała się ze wszystkich sił, aby mi te myśli nieco rozświetlić. Była pogodna i od czasu do czasu zdarzało się jej nawet być dowcipną, na swój ironiczny sposób. W każdym razie, kilkakrotnie udało jej się wywołać mój uśmiech, co wyraźnie i ją wprawiało w dobry humor.

     Tak naprawdę, towarzystwo Serany byłoby całkiem miłe i nie broniłbym się przed nim, gdyby nie oznaczało ono rozstania z Lydią. A że podczas nocnych wędrówek trzeba było w miarę często skanować okolicę Wykryciem Życia, brak owej błękitnej poświaty u mojego boku za każdym razem przypominał mi jej brak. I czułem wtedy takie dziwne gniecenie w piersi, a w ustach robiło mi się gorzko. Lubiłem Seranę, ale zwyczajnie tęskniłem za swoją ukochaną.

     W takim nastroju dotarliśmy do wysokiego pasma gór, na samym południu i zaczęła się wędrówka pod górę. Wspinaliśmy i wspinaliśmy, aż Serana zaczęła się ironicznie dopytywać, czy to aby jeszcze na pewno Skyrim, czy już Hammerfell. W dodatku, zaczynało świtać, a cała okolica wokół tonęła w świeżym, białym śniegu, którego blask w słoneczny dzień mógłby nie tylko zaszkodzić Seranie, ale i mnie oślepić. Wreszcie, dysząc jak kowalski miech, stanąłem przed wejściem do jaskini.

Wejście do jaskini

     - Muszę odpocząć – wysapałem. – Jestem u kresu sił.

     Skinęła głową. Ona też była zmęczona. Zwłaszcza, że podczas drogi wyjątkowo nikt na nas nie napadł i nie miała okazji się posilić. Weszliśmy do ciemnego przedsionka jaskini. Omiotłem ją Wykryciem Życia, użyłem również krzyku, ale żadna poświata mi się nie pokazała. Było pusto. Dobre i to. Dno jaskini okazało się być żwirowate, więc wymościłem sobie jako-taki dołek i przykryłem się derką. Wnętrze jaskini było zadziwiająco ciepłe i wyczuwało się w powietrzu wilgoć. Nie obawiałem się, że zmarznę. Serana zaofiarowała się trzymać pierwszą wartę, więc spokojnie zasnąłem. Nauczyłem się już ufać jej pod tym względem. Zauważyłem już wcześniej, że nie męczy jej czuwanie. Potrafiła usiąść i wprowadzić się w coś w rodzaju letargu, czy może medytacji. Odpoczywała wtedy, wciąż pozostając czujną.

     Nie wiem, jak długo spałem, ale musiało to trwać dość długo. Obudziłem się rześki i wypoczęty. Wstałem i przeciągnąłem się, aż zatrzeszczały mi kości. Serana roześmiała się na ten widok i również się przeciągnęła. Trochę chyba zdrętwiała w pozycji siedzącej, bo z przyjemnością rozciągnęła się na ziemi.

     - Jak długo spałem? – spytałem zaniepokojony.

     - Długo – odparła z uśmiechem. – Ale tak smacznie spałeś… Widocznie potrzebowałeś tego. Nie miałam sumienia cię budzić. Nie martw się, przecież rytuał i tak musi odbyć się w dzień.

     To mówiąc, zamknęła oczy, pozwalając sobie wreszcie na sen. Co miała na myśli, zrozumiałem dopiero, gdy wyszedłem na zewnątrz. Było ciemno. Przespałem zatem cały dzień. Niebo było częściowo zachmurzone, ale od zachodu, skąd wiał wiatr, pojawiało się już czyste niebo, obsypane gwiazdami.

     Pokręciłem głową. Po układzie gwiazd zorientowałem się, że mrok nadszedł kilka godzin temu. Musiałem przespać z dwanaście godzin, albo i więcej. Chyba mój organizm bronił się w ten sposób przed kolejnym przestawieniem się na nocny tryb życia. Trudno, będę musiał się trochę pomęczyć.

     Wokół rosło sporo krzaków i drzew, więc nałamałem sobie suchych gałązek i u wylotu rozpaliłem niewielkie ognisko, żeby przygotować posiłek.

     Serana zregenerowała swoje siły o wiele szybciej niż ja. Minęło zaledwie kilka godzin, gdy już przysunęła się do mojego ogniska. Wyciągnęła dłonie w kierunku ognia i uśmiechnęła się.

     - Grzeje – szepnęła cicho. – To całkiem przyjemne.

     - Mówiłaś kiedyś, że nie czujesz zimna – odparłem.

     - Nie czuję – skinęła głową. – Ale czuję ciepło. Nie jest mi ono niezbędne, jak tobie, ale jest przyjemne. To tak samo, jak z zapachem świeżego ciasta, albo owoców. Też jest przyjemny, ale inaczej niż dla ciebie.

     - To znaczy?

     - Ty, gdy poczujesz zapach chleba, stajesz się głodny – stwierdziła. – Ten zapach na ciebie działa tak, jak na mnie zapach krwi. Zaczynasz tego pragnąć. A ja… No cóż, nie pragnę. Odbieram to podobnie jak zapach kwiatów. Przyjemna woń i nic więcej. Ale lubię ją.

     Dorzuciłem kilka gałązek. Jej oczy, w blasku ognia, świeciły jak latarnie. Zerknąłem na nią ukradkiem i musiałem przyznać, że jest kobietą całkiem urodziwą. Ona to zauważyła i spojrzała na mnie zaciekawiona. Uśmiechnąłem się do niej. Odwzajemniła uśmiech, po czym znów skierowała wzrok w ogień.

     - Posiedźmy tak jeszcze chwilę – zaproponowała. – Jest tak przyjemnie…

     Istotnie, było przyjemnie. Jakoś tak spokojnie i sennie. Prawie się nie odzywaliśmy wtedy, rzucaliśmy jedynie z rzadka jakieś luźne uwagi. Chciałoby się, żeby taka chwila trwała dłużej, ale brzask na wschodzie sprawił, że z westchnieniem dźwignąłem się na nogi. Ona również powstała i uśmiechnęła się do mnie znów. Zupełnie, jakby chciała mmi podziękować za miłe chwile.

     A potem ruszyła w głąb jaskini. Podążyłem za nią. Kręty, naturalny chodnik doprowadził nas do źródła, w którym ze stropu wąska kaskada wody spływała wprost do małego oczka. Spróbowałem – woda była czysta i lodowato zimna. Napełniłem więc manierkę, zanim ruszyliśmy dalej. Ten sam korytarz zaprowadził nas do całkiem malowniczego zakątka, w którym urywał się naturalny strop i docierało tutaj światło słoneczne. A skoro światło, to pojawiły się tu także rośliny, a nawet drzewa. Czyżby to już była owa Polana Przodków?

Wnętrze jaskini

     - Phi! – Serana wzruszyła ramionami. – Niezbyt imponujące, nie sądzisz?

     Pokręciłem głową, nieco zaskoczony. Ja również spodziewałem się czegoś innego. Sam nie wiem czego, ale w przeszłości znalazłem już wiele podziemnych światów, znacznie rozleglejszych niż ta niewielka kotlinka. Zwłaszcza, że okazała się ślepa. I nie było w niej żadnych ciem, nie wspominając już o tym, że nic tu nie przypominało mi drzew kantykowych. Nie miałem wprawdzie pojęcia, jak one wyglądają, ale Dexion opisywał mi je jako bardzo malownicze. Miały być podobne do wiśni, niewysokie, rozłożyste i wiecznie obsypane kwiatami.

     Serana była niepocieszona.

     - Jeśli to okaże się stratą czasu, twój przyjaciel Dexion i ja będziemy musieli poważnie porozmawiać, gdy wrócimy.

     Miało to zapewne zabrzmieć groźnie, ale zabrzmiało jak skarga. Ja też poczułem się zawiedziony, ale nie traciłem nadziei.

     - To pewnie jeszcze nie jest Polana Przodków – odezwałem się niepewnie. – Chyba trzeba iść dalej.

     - Ale dokąd?

     Zamiast odpowiedzi, zacząłem wspinać się na skałkę po lewej stronie. Poszło całkiem łatwo, w dodatku zauważyłem, że ktoś celowo skuł kilka kamieni, aby powstały prymitywne schody. To upewniło mnie, że idę dobrze. Serana podążyła za mną. Gdy znaleźliśmy się na górze, przeszliśmy po przewalonym pniu jak po moście, na drugą stronę kotlinki. I tam odkryliśmy kolejny chodnik.

     Był równie kręty jak pierwszy i prowadził w głąb góry, lekko opadając. Wkrótce zrobiło się jaśniej. To dobry znak, bowiem łatwo rozpoznaliśmy światło słoneczne. Jeszcze kilkanaście kroków i naszym oczom ukazała się rozległa kotlina, zalana słonecznym blaskiem.

     - Łał…

Polana Przodków

     Sceptycyzm Serany ustąpił miejsca nagłemu zachwytowi. I naprawdę, było czym się zachwycać. Kotlina miała kształt nieregularnego owalu. Wysokie skały tworzyły coś na kształt niedokończonego stropu, który na samym szczycie był otwarty i wpuszczał do wnętrza sporo światła. Miejsce nosiło ślady ludzkiej ręki, bowiem w kilku miejscach w skale wykuto schody, a na samym dnie, w otoczeniu przepięknych, niewysokich, ale obficie obsypanych kwieciem drzew, stał nawet niewielki pomnik, w kształcie pionowo ustawionego pierścienia. Wyjaśniła się też tajemnica ciepłego, wilgotnego powietrza. Z dna kotliny biło gorące źródło, wypełniając całą okolicę lekką mgiełką, załamującą światło słoneczne. W efekcie, było ono miękkie i łagodne, o ciepłej barwie, co jeszcze bardziej dodawało uroku temu miejscu.

     I wszędzie wokół latały roje kolorowych ciem. Niby latające klejnoty, migając żółto-brązowymi skrzydłami i ciągłym ruchem ożywiając to miejsce jeszcze bardziej.

     - Spójrz tylko – szepnęła Serana. – Nikt tu nie był od stuleci. Wątpię, by istniało drugie takie miejsce w Skyrim. Jest piękne…

     Uśmiechnąłem się na tę nagłą przemianę.

     - Widziałaś kiedyś coś podobnego? – spytałem.

     Potrząsnęła głową. Jej oczy, teraz szeroko otwarte, błyszczały jak latarnie.

     - Wiem tylko, że to miejsce w niczym nie przypomina Skyrim – oznajmiła nagle. – Ani tego teraźniejszego, ani… Tego z przeszłości… Tego typu zagajniki można zapewne znaleźć w całym Tamriel. Ludzie po prostu nie wiedzą, czego szukać.

     Skinąłem głową. Dexion również o tym wspominał. To nie było jedyne tego typu miejsce. Zapewne na południu, choćby w Cyrodiil, było ich więcej. Tamtejszy cieplejszy i łagodniejszy klimat potrafił bowiem, nawet bez pomocy gorących źródeł, stworzyć podobny mikroświat.

     - To pewnie owe słynne drzewa kantykowe – wskazałem na kolorowy gaik poniżej miejsca, w którym staliśmy.

     - Na pewno – skinęła głową. – To nie może być nic innego.

Polana Przodków - drzewo kantykowe

     Odetchnąłem kilkakrotnie ciepłym, wilgotnym powietrzem, przesyconym zniewalająca wonią kwiatów. Drzewa kantykowe wydzielały ze swych kwiatów zapach, przypominający trochę woń konwalii, a trochę czarnej porzeczki. Tak mi się przynajmniej skojarzyło. Zapach był jednocześnie upajający i świeży. Przez dłuższą chwilę staliśmy na szczycie kotliny, pieszcząc nasze oczy cudnym widokiem, nosy pięknym zapachem, a uszy – delikatnym, nieustannym szelestem. Dopiero po jakimś czasie ruszyłem w dół, po krętych, kamiennych schodach. Gdy dotarłem do gorących źródeł, aż się spociłem, jak w saunie. W zbroi z grubą wyściółką zrobiło mi się naprawdę gorąco. Musiałem zdjąć hełm, choć niewiele to dało.

     Podszedłem do tajemniczego pomnika. Stał na okrągłym podwyższeniu pomiędzy kilku drzewami. Tuż obok, na naturalnej, okrągłej platformie, będącą efektem odparowywania gorącej wody z rozpuszczonymi w niej solami, znajdowało się miejsce, służące do przeprowadzenia całego rytuału. Można było poznać je po snopie słonecznego światła, jaki na nie padał. Spokojnie oceniłem sytuację. Snop światła znajdował się jeszcze dość daleko od środka platformy, a to oznaczało, że miałem jeszcze wiele czasu na przygotowania.

     Przede wszystkim, należało znaleźć ów rytualny nóż, ale to zadanie okazało się wyjątkowo łatwe. Wewnątrz tajemniczego pierścienia lewitował bowiem ozdobny, dwuręczny skrobak, służący do zdzierania kory i byłem niemal pewien, że to właśnie to.

Pomnik i rytualny nóż

     - Cóż, mamy ten nóż – skwitowała Serana. – Tylko jak go teraz wykorzystać? To chyba będzie proste, prawda?

     - Mam nadzieję – odparłem.

     - Podałabym ci go – uśmiechnęła się zakłopotana. – Ale w takim miejscu obawiam się dotykać czegokolwiek.

     - Dlaczego?

     Opuściła oczy,

     - No cóż, jestem wampirzycą. Nieumarłą. Istotą nieczystą, przeczącą naturalnemu porządkowi świata. A w takim miejscu – uniosła dłoń i zatoczyła nią dookoła – gdzie z każdego zakątka aż bije harmonia, boję się, że mój dotyk mógłby zbrukać jego niewinność. Pewnie to obawy na wyrost, ale lepiej, żebyś to ty go wziął.

     I przy tych słowach odsunęła się nieco, umożliwiając mi dostęp do pomnika i lewitującego w nim narzędzia.

     Sięgnąłem po nie i chwyciłem w dłoń. Miało dwie rączki, między którymi rozciągnięto specjalnie ukształtowany strug. Przypominało to narzędzie stolarskie, ale miało pofałdowane ostrze. Zbliżyłem się do najbliższego drzewa. Ślady na jego korze świadczyły o tym, że dawno temu wielokrotnie pobierano z niego korę. Świadczyły o tym podłużne wzorki, wycięte przez nóż, teraz jednak zabliźnione i ledwo widoczne.

     - Chyba mu nie zaszkodzi – mruknąłem do siebie, chwytając skrobak pewnie w obie ręce.

     Wystarczyło kilka ruchów. Na ziemię upadło kilkadziesiąt grubych wiórów. Jednocześnie poczułem dodatkową woń, jakby mahoniowego drewna, ale delikatną i ledwo dostrzegalną. Odłożyłem nóż na miejsce, zdjąłem rękawice i starannie wyzbierałem wszystkie wiórki. Podniosłem je do nosa – pachniały wyraźnie i przyjemnie. Skoro ja czułem ten zapach, ćmy zapewne też go poczuły. W końcu, owady mają znacznie silniejszy węch, niż ludzie.

     - Pokaż – poprosiła Serana.

     Podsunąłem jej pod nos dłoń, pełną aromatycznych wiórków. Z przyjemnością wciągnęła powietrze w nozdrza.

     - Czeka nas tu prawdziwy festiwal zapachów – uśmiechnęła się. – Miejmy nadzieję, że te ćmy lubią tę korę tak bardzo, jak twierdził Dexion.

     Ta nadzieja potwierdziła się już po chwili, gdy niewielki rój owadów zaczął wolno krążyć wokół mnie. Ale zgodnie z zaleceniami Dexiona, musiałem ich przywabić o wiele więcej. Bo to właśnie one miały dać mi dar widzenia, a także ochronić mnie przed zgubnym wpływem Pradawnego Zwoju. Ruszyłem więc na górę, gdzie dostrzegłem sporą gromadkę kolorowych motyli. Serana podążyła za mną. Podobnie, jak uprzednio zwabione ćmy.

     Gdy otoczył mnie kolejny rój, Serana roześmiała się.

     - Spójrz na nie – odezwała się. – Chyba cię polubiły!

     Ale zaraz spoważniała i przyjrzała mi się ze zdziwieniem.

     - I o ile nie mam przywidzeń – dodała – to zaczynasz świecić…

Ćmy na Polanie Przodków

     Zerknąłem na swoje ramiona. Rzeczywiście, były rozjaśnione jakimś dziwnym blaskiem. Dexion wprawdzie o tym nie wspominał, ale wierzyłem, że mi to nie zaszkodzi. W takim miejscu, uświęconym przez bogów, raczej nie mogło mi się stać nic złego.

     Spokojnie, wolnym krokiem, aby nie spłoszyć otaczających mnie motyli, obszedłem całą kotlinę. Motyle siadały na mnie, okrążały mnie i wciąż ich przybywało. Wkrótce zaczęły przesłaniać mi widok na tyle, że niewiele widziałem. Seranie chyba bardzo podobało się to widowisko.

     - Łoooł! – zawołała cicho, a w jej głosie wyczułem zachwyt. – Myślę, że na to właśnie czekaliśmy! Wróćmy i sprawdźmy, czy uda nam się przeczytać zwoje.

     Powoli wróciłem więc do miejsca obok pomnika. Snop światła zbliżał się już do środka kręgu. Chwyciłem podany mi przez moją towarzyszkę zwój. Kilka głębokich oddechów i rozwinąłem go.

     Początkowo poczułem ból głowy, zwłaszcza w okolicach oczu. Przestraszony, czym prędzej opuściłem ramię. Ból przeszedł. Przymrużyłem więc oczy i uniosłem Zwój. Znów poczułem tępy ból, ale tym razem nie był silny. Zwój rozjarzył się błękitnym blaskiem i nagle ujrzałem tajemniczą, ciemną jaskinię.

     Ale to nie tak, że ujrzałem ją na Zwoju. Zobaczyłem ją tak, jak widzi się sen! Kiedy człowiek zasypia i trwa w półśnie, świadomie obserwując to, co pokazuje mu wyobraźnia.

     - Jaskinia Zmierzchania – usłyszałem jakiś szept, jakby szum wiatru ułożył się w słowa. Moim oczom ukazała się dobrze znana mi okolica, na północy Skyrim, na Pograniczu. Poznałem miejsce, prowadzące do ołtarza Peryite, daedrycznego księcia. Wejście do jaskini znajdowało się niedaleko.

     Wizja rozwiała się. Powróciła mi przytomność. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że drugą ręką cały czas ściskałem ramię Serany. 

     - Wszystko w porządku? – spytała z troską.

     Z wysiłkiem skinąłem głową.

     - Myślałam już, że cię straciłam – westchnęła z niepokojem. – Twoja twarz zrobiła się biała jak śnieg.

     - Dziwne uczucie – bąknąłem, puszczając jej ramię. – Przepraszam…

     - Nie szkodzi – wzruszyła ramionami. – Jestem wampirem, siniaki mi nie grożą… Ale widziałam to w twoich oczach. Jakby nagle przeniosło cię o tysiące lig stąd.

     - Bo tak było – sapnąłem. – Miałem wizję, jakbym się tam znalazł. Obok wejścia do jaskini.

     Spojrzała na mnie zaciekawiona.

     - To co z tym Łukiem Auriela? – spytała. – Wiesz, gdzie możemy go szukać?

     Skinąłem głową.

     - Jest w miejscu, zwanym Jaskinią Zmierzchania – odrzekłem.

     - Jaskinia Zmierzchania – powtórzyła bezwiednie. – Trafisz tam?

     Znów skinąłem głową.

     - Znam trochę tamte okolice – zapewniłem. – Wprawdzie nigdy nie znalazłem tej jaskini, ale też nigdy jej nie szukałem. Powinienem trafić. Nie za pierwszym, to za drugim razem.

     - Więc to już prawie koniec – pokiwała głową.

     - Słucham? – spytałem zaskoczony.

     Lekko wzruszyła ramionami.

     - W końcu będzie można położyć kres temu niedorzecznemu proroctwu – odparła zamyślonym tonem. – Gdzie jest ta cała Jaskinia Zmierzchania?

     Teraz ja wzruszyłem ramionami.

     - Tak dokładnie, to sam nie wiem. Ale dzięki Zwojom wiem, gdzie jej szukać. Dość daleko, na Pograniczu.

     - Ruszajmy więc – błysnęła oczami. – Chcę tam dotrzeć, zanim mój ojciec będzie miał szansę nas wytropić.

     Ale nie mogliśmy ruszyć tak od razu. Magia Zwoju była tak potężna, że wyssała ze mnie siły. Czułem się, jak po wielkim wysiłku. Drżały mi nogi. Musiałem usiąść.

     Pomogła mi podejść do schodów. Usiadłem na jednym z niższych stopni. Przycupnęła obok mnie. Zacząłem grzebać w sakwie, w poszukiwaniu mikstury, przywracającej siły. W końcu znalazłem zieloną fiolkę i wypiłem jej zawartość. Siły zaczęły się szybko regenerować. Teraz trzeba tylko chwilę poczekać.

     - Co wiesz o Łuku Auriela? – spytałem.

     - Niewiele – odparła. – W księgach historycznych pojawia się na jego temat kilka wzmianek, ale trudno go wytropić. Choć, o ile się orientuję, nigdy nie był w rękach wampirów. To byłoby coś nowego…

     - A co on ma wspólnego ze słońcem – spytałem. – Mówił o nim Zwój, zatytułowany „Słońce”, więc chyba jest jakiś związek.

     - Pewności nie mam – westchnęła. – Auriel to jeden z elfich bogów. Wraz z innymi zamieszkuje Aetherius. Z tego co słyszałam, słońce stanowi most pomiędzy naszym światem, a ich, ale czy to prawda? Być może łuk czerpie energię wprost ze słońca, dlatego pojawia się ono w proroctwie.

     - Łuk czerpie energię ze słońca – powtórzyłem zamyślony. – Jak to możliwe? A właściwie…

     - Tak?

     - Do czego on właściwie służy? – zapytałem. – Sądziłem, że to jakaś broń, ale z tego, co mówisz, to chyba coś więcej. Do jakiegoś rytuału?

     Serana uśmiechnęła się lekko.

     - Tego nie wiem – odrzekła. – Mam tylko nadzieję, że stanie się to jasne, gdy już go zdobędziemy…

     Urwała nagle i momentalnie zmieniła się na twarzy. I ja kątem oka ujrzałem jakiś cień, ale nie zdążyłem zareagować, gdy Serana pchnęła mnie mocno w kierunku drzew. Przeznaczona dla mnie błyskawica, która miała mnie zapewne sparaliżować, trafiła w próżnię.

     Szybko odzyskałem równowagę i odruchowo dobyłem miecza, jednocześnie się odwracając. Przyznaję, byłem zaskoczony, widząc przed sobą dwa gargulce, a za nimi dwóch wojowników, z czego przynajmniej jeden był wampirem.

     Zasłoniłem się tarczą od ciosu i wyprowadziłem pchnięcie w pierś bliższego gargulca. Magia Przedświtu wspomogła mnie, wywołując eksplozję, która mocno osłabiła atakujących. Dosłownie, jakby nagle zabrakło im sił. Bili się wprawdzie nadal, ale jakoś niemrawo. Pierwszego gargulca dobiłem jednym ciosem, na drugiego wystarczyły dwa cięcia. Szybko doskoczyłem do wampira, z którym Serana toczyła pojedynek na magię wysączania. Cios w kark zakończył plugawy żywot. Sługę wampirów, atakującego mnie wielkim mieczem, Serana rozbiła Lodowym Kolcem.

     Ale to nie wszystko. Powyżej na schodach stało dwoje następnych – wampirzyca i jej sługa. Rzuciłem się w tamtym kierunku, za mną Serana i ożywione przez nią zwłoki zabitego przez nas wampirzego sługi. Wampirzyca potężną błyskawicą zaatakowała nacierającego na nią ożywieńca. Rozbiła go w puch, ale mnie dało to czas, aby doskoczyć do niej i usiec ją, zanim uruchomiła swoją magię wysączania. Za to Serana nie miała takich kłopotów. Rozprawiła się ze swoim przeciwnikiem bez trudu, wysączając z niego siły na odległość.

     - Laas! – krzyknąłem, uważnie się rozglądając.

     Purpurowa poświata nigdzie się nie ukazała. Więcej napastników nie było.

     - Jak oni nas wytropili? – w głosie Serany usłyszałem skargę. – Przecież nie mogli iść za nami! Zauważylibyśmy.

     - Obawiam się, że mają szpiegów w zamku – westchnąłem. – A jeśli nie w zamku, to pod zamkiem. Przecież już wiedzą o Twierdzy Świtu.

     Potrząsnęła głową, zdumiona i spojrzała na mnie z widocznym przestrachem.

     - Ale ja nic… Przysięgam! Musisz mi uwierzyć!

     Potrząsnąłem głową.

     - O nic cię nie oskarżam – odparłem. – Musieli podsłuchać jakoś nasze rozmowy. Ale jak?

     Odetchnęła głęboko.

     - Gargulce – westchnęła. – Musieli ich użyć. Gargulce zaczaiły się na murach i podsłuchały.

     - Jak się tam dostały?

     - Potrafią się wspinać po murach i przywierać do ściany – odparła. – Musimy bardziej uważać na to, co mówimy.

     Pokiwałem głową.

     - Jak myślisz, słyszały, o czym rozmawiamy? – spytałem. – Wiedzą o Jaskini Zmierzchania?

     - Może zdołały usłyszeć – wzruszyła ramionami. – Mówiliśmy dość głośno. Ale na szczęście, nie powtórzą tego nikomu.

     - Nie wiadomo, ile wiedzą twoi ziomkowie – westchnąłem. – Chyba najlepiej zrobimy, jeśli jak najszybciej udamy się na północ.

     Zgodziła się ze mną. Wspięliśmy się więc na schody i skierowaliśmy do wylotu tunelu, którym tu przyszliśmy. Tam jeszcze oboje obejrzeliśmy się za siebie.

     - Żal opuszczać takie miejsce – westchnąłem. – Chyba nieprędko takie zobaczymy.

     Po czym wszedłem do ciemnego tunelu.

     Ale nie mogliśmy iść od razu. Gdy tylko wysunęliśmy się z jaskini, Serana aż złapała się za głowę, tak wielki poczuła ból. Ostre, górskie słońce i wokół biały śnieg – to zbyt wiele dla wampira. Musieliśmy się cofnąć i przeczekać do zachodu. Postanowiłem więc się zdrzemnąć, niejako na zapas.

     Nie zamierzałem marznąć w ciemnej grocie. Wróciłem do Polany Przodków i tam, w cieple, na miękkiej ziemi, umościłem sobie posłanie. Przez dłuższą chwilę po prostu leżałem, czekając na sen, który nie nadchodził. Ale w końcu spokój tego miejsca udzielił się i mnie. Zamknąłem powieki.

     Gdy się obudziłem, było już nieco ciemniej. Słońce musiało już zachodzić, bowiem w kotlinie zrobiło się szaro. Zerknąłem obok – Serana trwała w letargu, nieco dalej, u wylotu tunelu, gdzie było znacznie ciemniej. Wokół niej walały się sakwy poległych wampirów. Słusznie, mogły mieć przy sobie jakieś dokumenty. Ale gdy wampirzyca otworzyła oczy, zapewniła mnie, że niczego nie znalazła.

     - Sam zresztą popatrz – westchnęła. – Kilka fiolek z magicznymi miksturami już zabrałam. A reszta? Jeden miał przy sobie ładnie oszlifowany ametyst i to właściwie wszystko. No i trochę złota – rzuciła w moją stronę niedużą sakiewkę, którą złapałem i odruchowo zważyłem w ręce. – Wampirzy sługa miał przy sobie dwie słodkie bułki. Chcesz?

     Potrząsnąłem głową. Nie mógłbym opanować obrzydzenia.

     - Na pewno nie było żadnych dokumentów? – spytałem. – Choćby szkicu jakiejś mapki, albo jakiegoś listu z instrukcjami?

     Spojrzała na mnie kpiąco.

     - Zrewiduj mnie, jeśli chcesz – odrzekła, wstając na nogi i rozkładając ręce. – Śmiało, bronić się nie będę. Powiedziałeś kiedyś, że nie czujesz do mnie obrzydzenia, więc nie krępuj się.

     - Daj spokój – prychnąłem zdegustowany. – Przecież ci ufam.

     - Nie ufasz – odrzekła z przymrużonymi oczami. – Widzę to przecież. Targają tobą wątpliwości. I słusznie! Przecież mogłam zabrać jakieś dokumenty i ukryć. Albo zniszczyć… Zaczynasz popełniać błędy. Powinieneś sam ich zrewidować. Nie zrobiłeś tego.

     Nie wiedziałem, co powiedzieć. Z jednej strony, musiałem przyznać, że to był błąd z mojej strony. Istotnie, sam nie wiem, dlaczego nie przeszukałem zwłok. Zwykle to robię w takich przypadkach. I istotnie, Serana, jeśli grała ze mną w jakąś skrytą grę, mogła zataić przede mną znalezione dokumenty. Z drugiej strony, uratowała mi życie, w czas spychając mnie z drogi wyładowania, które mogło mnie nawet zabić. A potem walczyła ze mną ramię w ramię.

     No, ale była wampirzycą. W dodatku, z klanu Volkihar. Mogła nam wszystkim zamydlić oczy i pod pozorem pomagania Obrońcom Świtu, w rzeczywistości wciąż pomagać swemu ojcu w zdobyciu informacji. Spojrzałem na nią podejrzliwie.

     I wtedy przyszło na mnie olśnienie.

     - Nie – pokręciłem głową. – Ty nie pomagasz ojcu. Ty naprawdę pomagasz Obrońcom Świtu.

     Spojrzała na mnie zaskoczona.

     - A skąd ta pewność?

     Uśmiechnąłem się.

     - Gdybyś pomagała ojcu, nie walczyłabyś z nimi – wskazałem w dół, gdzie leżały zwłoki wampirów, niewidoczne z naszego miejsca. – Nic łatwiejszego! Dowiedziałaś się już, gdzie jest Łuk Auriela. Zabiłabyś mnie, zamiast ratować. Nie jestem ci już do niczego potrzebny.

     Jej reakcja zdumiała mnie. Próbowała się uśmiechnąć, ale nawet ja zauważyłem, że ogarnął ją jakiś wielki smutek.

     - Tak, nie jesteś mi już potrzebny – szepnęła, po czym wzrok jej stwardniał, a głos nabrał mocy. – Przecież jestem wampirzycą. Nie mam żadnych uczuć. Jest mi wszystko jedno, byle się nachlać krwi! No i na pewno chcę zniszczyć ten świat. Bo dlaczego nie?

     - Przecież mówiłem, że…

     - Wiem, co mówiłeś. Chodzi mi o to, co myślisz.

     Westchnąłem zakłopotany.

     - Przecież wcale tak nie myślę – odrzekłem, rumieniąc się mimo woli. – Wydawało mi się, że jasno to wyłuszczyłem.

     Pokręciła głową zrezygnowana, po czym wskazała głową na tunel.

     - Idziemy?

     Skinąłem głową.

     Ruszyła przodem. Podążyłem za nią, mając w głowie zupełną pustkę.


piątek, 25 października 2024

Rozdział XXXI – Spotkanie

     Usiedliśmy na stopniach domniemanego ołtarza. Musieliśmy się trochę posilić i odpocząć. I to pomimo towarzystwa ciał Strażników, które leżały niedaleko nas. Cóż, na każdego wojownika przychodzi taki moment, gdy obojętnieje na te sprawy.

     Gdy trochę odetchnęliśmy, łyknęliśmy także po łyku mikstury, przywracającej kondycję. Niewiele, bo to eliksir silnie uzależniający. Słodkawy płyn pobudził nas. Poczuliśmy przypływ energii i zmęczenie opuściło nas na razie.

     - Szkoda, że pozwoliliśmy Florentiusowi odejść – westchnąłem. – Chodzi mi o tych Strażników. Zaatakowali nas wprawdzie, ale oni nie byli wtedy sobą. Chciałbym ich godnie pochować, a trudno o lepszą asystę niż kapłan Arkaya. 

     Arkay był bowiem opiekunem umarłych i zawsze podczas pogrzebu polecało się dusze zmarłych temu właśnie bóstwu.

     - Ciekawe, czy byli wtedy świadomi – zastanawiała się Lydia. – Mam nadzieję, że nie wiedzieli, co robią. Bo zawsze możliwe, że byli świadomi, ale musieli słuchać głosu tej całej Minorne.

     Obrzuciła z niesmakiem zwłoki elfki.

     - Ale pogrzeb możemy im urządzić jedynie na twój sposób – dodała..

     Mówiąc „twój sposób” miała na myśli cyrodiilijskie zwyczaje. Nordowie zwłoki albo balsamowali, albo kremowali i prochy zsypywali do urn. Zarówno zabalsamowane ciała, jak i urny z prochami zmarłych, składali potem w katakumbach, albo jaskiniach, przerobionych na krypty. W całym Skyrim było pełno takich miejsc. Na południu wyglądało to inaczej. Tam ciała umieszczano w trumnach, albo sarkofagach. Trumny potem składano w grobowcach, albo zakopywano głęboko w ziemi. Trumien nie mieliśmy z czego sklecić. Wprawdzie wokół drewna było sporo, ale nie nadawało się one do tego celu. Zresztą, zbicie trumny trwało bardzo długo, a aż tyle czasu nie mogliśmy im poświęcić. Postanowiliśmy więc zwlec po prostu zwłoki do jednego dołu i przysypać ziemią i kamieniami. Wybraliśmy wyczerpane wyrobisko w sąsiednim szybie. Pogrzeb, choć skromny, oddawał honor poległym w walce Strażnikom. Ich dusze poleciliśmy Arkayowi. W mogiłę wbiłem kołek, do której przybiłem poziomą deskę. Na niej, przy pomocy sadzy, pomieszanej z oliwą z jednej z lamp, napisałem słowa:


„Tu spoczywają Strażnicy Stendarra, zniewoleni przez czarownicę Minorne, uwolnieni dopiero przez śmierć w walce”


     Nie zamierzałem ukrywać, że w walce z nami, ale zabrakło mi miejsca na desce. Machnąłem na to ręką. Byłem za bardzo zmęczony. Mieliśmy jeszcze tyle siły, aby wspiąć się na średni poziom kopalni i tam, w niszy, przerobionej na komnatę, zasnąć w szerokim, wypełnionym sianem łożu, jakie tam znaleźliśmy.

     Nie wiem, jak długo spałem. Gdy otworzyłem oczy, Lydia już była na nogach. Siedziała na krześle przy dużym stole i uważnie studiowała mapę. Obok, na palenisku, kociołek pełen wody, zaczynał już bulgotać. Chętnie pospałbym jeszcze, ale zmusiłem się do powstania. Poczułem też głód, a zapach sucharów poczułem nawet z łóżka. Zwlokłem się z posłania i usiadłem obok żony. Przywitaliśmy się gorącym pocałunkiem.

      Na śniadanie mieliśmy sporo przysmaków, odziedziczonych po Strażnikach. Wędzone mięso, trochę serów, podróżne suchary i kilka w miarę świeżych owoców. Gdy już najedliśmy się do syta, odchyliłem się na krześle, łyknąłem swojego ulubionego wywaru z palonego zboża i zagadnąłem Lydię.

     - Cóż tam takiego ciekawego wyczytałaś na tej mapie?

     Uśmiechnęła się zamyślona, po czym chwyciła kolorową kartę i podsunęła mi pod ją nos.

     - Jesteśmy w pobliżu Mzulft – oznajmiła, stukając palcem w oznaczone miejsce na mapie. – To jeden z punktów, wspomnianych w notatkach Katrii. Zastanawiam się, gdzie tam może być ukryta kuźnia eterium.

     Eterium! Zupełnie zapomniałem o Katrii i obiecanej jej pomocy. Ale w porównaniu z naszą misją, sprawa poszukiwań kuźni eterium wydała mi się błaha i nieistotna, choć niewątpliwie pasjonująca. Z drugiej strony, skoro byliśmy tak blisko, dlaczego nie zajrzeć w tamto miejsce? Zwłaszcza, że podziemne, krasnoludzkie miasto było zwyczajnie piękne, jak wszystko co stworzyli Dwemerowie setki, a może i tysiące lat temu. Poczułem ochotę, aby na chwilę zapomnieć o wampirach i Obrońcach Świtu. Myśl, że choć na krótki czas powrócę do penetrowania zagadkowych miejsc, w dodatku w towarzystwie ukochanej Lydii, sprawiła, że poczułem przypływ nagłej radości. Choć zaraz, jak to u mnie bywa, ogarnęła mnie masa wątpliwości.

     - Byliśmy już w Mzulft – odrzekłem, zamyślony. – Pamiętasz? To było wtedy gdy szukaliśmy Laski Magnusa. Przeszliśmy je wzdłuż i wszerz. Nie było tam nigdzie niczego, co przypominałoby kuźnię eterium.

     - Nie wiemy, jak wygląda ta kuźnia – odparła Lydia.

     Musiałem przyznać jej rację.

     - Mimo wszystko – podrapałem się po nosie – oprócz megaskopu, nie było tam niczego niezwykłego. A spenetrowaliśmy to miejsce dokładnie. Nie wiemy, jak wygląda kuźnia, ale sądzę, że gdybyśmy na nią natrafili, przynajmniej zauważylibyśmy, że to coś nie przypomina mieszkalnej komnaty, albo zbrojowni.

     - Fakt – skwitowała Lydia. – Ale nie do końca spenetrowaliśmy tamto miejsce. Byliśmy tylko w jednym, głównym budynku, a przecież jest ich tam więcej. Pamiętasz tę niewielką budowlę, tę niedaleko szlaku? To właśnie ona mnie intryguje. Jakoś nie mieliśmy okazji jej zbadać, a ona wydaje mi się ważna.

     Istotnie, pamiętałem niewielką, niemal sześcienną, kamienną budowlę, z solidną bramą, koloru przydymionego mosiądzu. Stała mniej więcej w połowie ścieżki, prowadzącej z cesarskiego szlaku do głównego budynku. Wyglądała skromnie, jak na dwemerskie dzieło, jak jakiś magazyn, albo inne pomieszczenie gospodarcze. Wiele razy obiecywałem sobie tam zajrzeć, ale jakoś nigdy nie było okazji. Zawsze mieliśmy coś ważniejszego i pilniejszego do zrobienia. Zgodziłem się, że warto sprawdzić, co tam jest. Nawet, jeśli nie było tam owej tajemniczej kuźni eterium, mogło znajdować się coś innego, równie cennego.

     Postanowiliśmy to sprawdzić teraz. Zebraliśmy nasz ekwipunek i ruszyliśmy w stronę wyjścia. Gdy wyszliśmy na zewnątrz, okazało się, że właśnie świta. Mieliśmy więc przed sobą cały dzień. W dodatku, sadząc po bezchmurnym niebie, dzień pogodny i ciepły. Choć nie należało zapominać, że w Skyrim pogoda potrafiła zmieniać się niespodziewanie i nieraz bardzo szybko.

     Ruszyliśmy na północny zachód, w kierunku Skały Shora, ale samą wieś ominęliśmy szerokim łukiem, wędrując po wąskiej, wydeptanej przez zwierzynę ścieżce, wzdłuż górskiego łańcucha. Nie było sensu schodzić na trakt, który sprowadziłby nas do samego podnóża góry, skąd musielibyśmy na powrót wspinać się stromą ścieżką, by dotrzeć do dwemerskiego kompleksu. Ta droga była całkiem wygodna i wędrówka nią kosztowała znacznie mniej czasu i wysiłku. Słońce ledwo wychynęło zza gór, oświetlając okolicę, a my już ujrzeliśmy stojący w cieniu góry, tajemniczy obiekt.

     Nie wyglądał jakoś szczególnie, przynajmniej w porównaniu do budowli, jakie dotąd mieliśmy okazję zwiedzić. Był niski i przysadzisty. Przypominałby piwniczkę, gdyby nie był tak starannie wykonany, co wciąż można było dostrzec, mimo upływu lat, które wyraźnie odcisnęły na nim swoje piętno. Ściany, zapewne dawno temu śnieżnobiałe, albo przynajmniej jasnoszare, teraz pociemniały, porosły mchem i gdzieniegdzie poszczerbiły się, popękały i pokryły zaciekami.

Tajemnicza budowla w Mzulft

     - Czy to możliwe, że to grobowiec? – szepnęła Lydia. – Nie wiemy, jak Dwemerowie chowali swych zmarłych. Może właśnie dlatego stoi osobno?

     Myśl wydawała się trafna, jednak w czasie swoich wędrówek, pomimo buszowania po wielu dwemerskich budowlach, nigdy nie udało nam się natrafić na żadne miejsce pochówku. To było zastanawiające, bowiem co jak co, ale śmierć jest czymś, przed czym żadne plemię, choćby nie wiem jak cywilizacyjnie zaawansowane, nie ucieknie. Chociaż…

     - Jeśli chodzi o Dwemerów, nic nie wiadomo – burknąłem. – Może wynaleźli coś, co pozwalało im zatrzymać proces starzenia się? I stali się nieśmiertelni?

     Lydia parsknęła śmiechem.

     - Nawet gdyby im się to udało – odrzekła rozbawiona – to ci wynalazcy nie wzięli się znikąd. Mieli rodziców, dziadów, pradziadów. Musieli przedtem żyć jacyś inni Dwemerowie, którzy zmarli.

     Urwała i na chwilę spoważniała.

     - Chyba, że już urodzili się nieśmiertelni – dodała, ale zaraz potrząsnęła głową. – A wypadki? A walki? Nie da się ich uniknąć w dłuższym czasie. Niejeden Dwemer musiał pożegnać się z tym światem. Nie, nie da się uciec przed śmiercią.

     Przyznałem jej rację.

     - Ciekawe, dlaczego nigdy nie natrafiliśmy na ich szczątki – mruknąłem zamyślony.

     - Może je jakoś, jak to mówił Neloth, anihilowali? – podsunęła Lydia. – Jeśli dobrze go zrozumiałam, to znaczy, że one znikały.

     - Albo przerabiali na coś innego? – podsunąłem. – Słyszałem, że ludzkie prochy po kremacji mogą być użyte jako nawóz. Ciekawe, czy byliby zdolni do takiego czegoś… Podlewać tym rośliny, żeby cząstka czyjegoś dziadka nadal żyła… Straszne.

     - I jedliby potem takie warzywa? – Lydia wzdrygnęła się. – Pomidor, nadziewany własnym dziadkiem? Chyba nawet to bezbożne plemię nie posunęłoby się tak daleko. Już prędzej dodawali prochów do zaprawy murarskiej. I wtedy cała budowla byłaby wielką nekropolią.

     Widać, Lydia również zaczęła się rozkręcać i popuszczać wodze fantazji.

     - A może stąd właśnie wziął się krasnoludzki metal? – podsunęła. – Nie umiemy go dzisiaj odtworzyć, bo nie znamy składników, a przecież niejeden alchemik próbował. Może właśnie dlatego się nie udało, bo nikt nie wpadł na to, że trzeba dodać szczątków zmarłych Dwemerów? I później przypominali sobie o nich, choćby jedząc zupę z metalowego talerza.

     - Obrzydliwe – skrzywiłem się. – I to miałaby być najbardziej zaawansowana cywilizacja? Co to nawet swoich zmarłych nie potrafi uszanować? Nie dziw, że wymarła.

     - Niekoniecznie – zaoponowała Lydia. – Może właśnie w ten sposób oddawali im cześć? Czy nie patrzyłbyś inaczej na dwemerski przedmiot, wiedząc, że jest w nim coś, co pochodzi z ciała kogoś bliskiego? Nie czułbyś z nim jakiejś, no nie wiem, bliskości? I on cały czas byłby blisko ciebie, uczestniczyłby w twoim codziennym życiu, jak dawniej…

     - Mam nadzieję, że nie zgadłaś – burknąłem zniesmaczony. – Kielichy, talerze, sztućce, zrobione z własnych rodziców! Ale na wszelki wypadek, po powrocie do domu wymieniamy całą zastawę na zwykłą, drewnianą.

     Lydia śmiała się już na całego.

     - I to wszystko mówi przedstawiciel cywilizacji, w której dwaj idioci wyrzynają się wzajemnie na arenie, ku uciesze gawiedzi!

     Prychnąłem tylko zniesmaczony. Do końca moich dni będzie mi to wypominać! Czy to ja wymyśliłem Arenę? Czy pojawiłem się na niej choćby raz?

     Aby przerwać tę dyskusję, nieuchronnie zmierzającą w nieodpowiednim kierunku, zabrałem się za zamek. Skomplikowany był, muszę to przyznać. I bardzo precyzyjny. Połamałem na nim kilkanaście wytrychów i paskudnie skaleczyłem się w palec. Ale w końcu drzwi stanęły otworem.

     - Więc to jednak magazyn! – uśmiechnęła się Lydia. – Albo warsztat.

     Mogła mieć rację. Pomieszczenie pełne było sztab krasnoludzkiego metalu, starannie ułożonych w stosy. Na półkach walało się też sporo części do dwemerskich automatów. Ale najciekawsze było za gęstą i mocną kratą, odgradzającą najdalszą część pomieszczenia. Coś tam błyszczało, ale nie mogliśmy dojrzeć co. Zamka w kracie nie było, ale po prawej stronie znajdowały się krótkie schody, kończące się zamkniętymi, metalowymi drzwiami. Prawdopodobnie było to przejście do zagrodzonej części magazynu. Chcąc nie chcąc, znowu zabrałem się za manipulowanie przy zamku.

     Powiedziałem, że ten wejściowy był skomplikowany? Ależ skąd, w porównaniu do tego, był całkiem prosty, a nawet prymitywny! Nie mogłem sobie z nim dać rady. Trzy razy rezygnowałem i trzy razy, wściekły na niepokorny zamek, rzucałem się na niego jak szablozębny tygrys na swoją ofiarę.

     - Musi tam być coś cennego – mruknęła Lydia. – Skoro tak dobrze to zabezpieczyli.

     Skaleczony palec wcale mi nie pomagał. Moja ręka utraciła część zwyczajnej zręczności. Musiałem zaleczyć tę rankę Magią Przywracania, żeby móc próbować dalej. Delikatnie, starając się nie używać zbyt wiele siły, która tylko przeszkadzała w takim przypadku, manipulowałem kilkoma wytrychami jednocześnie, grzebiąc w otworze zamka i naciskając kolejno na poszczególne zapadki.

     Wreszcie zamek puścił! Wydałem okrzyk tryumfu i z ulgą pchnąłem skrzydło drzwi. Otworzyły się bez żadnego zgrzytu i zacięcia – jak potrafiły się otwierać wyłącznie drzwi, zbudowane przez krasnoludy, choćby i setki lat temu. Powoli weszliśmy do tajemniczego pomieszczenia. Święcącym przedmiotem okazała się być dwemerska lampa, która zimnym, jednostajnym blaskiem rozświetlała wnętrze budowli. Jednakże gdy tylko stanęliśmy po drugiej stronie kraty, coś jeszcze zajaśniało bladym, błękitnym światłem

     - Tu jesteście! – rozległ się ucieszony, znajomy głos.

     Błękitny duch sprawiał wrażenie uradowanego tym spotkaniem.

     - Katria! – Lydia bezwiednie wyciągnęła ku niej ręce, ale zaraz zmiarkowała się, że to bezcelowe.

     - Wybacz, że tak długo musiałaś czekać – odezwałem się zakłopotany. – Rozumiesz, służba…

     Katria spojrzała na mnie i uśmiechnęła się ciepło.

     - Czas nie ma dla mnie znaczenia – zapewniła. – Tu, w zaświatach czas płynie zupełnie inaczej, nie tak jak w Mundus.

     - Przybyłaś tu z Sovngardu? – odważyłem się zapytać.

     Potrząsnęła głową.

     - Dopóki moje sprawy nie zostaną zakończone, nie mogę odejść z tego świata. Będę błąkać się po nim tak długo, dopóki kuźnia nie zostanie odnaleziona.

     Dziwne. Wydawałoby się, że te słowa powinny brzmieć jak skarga. Tymczasem Katria wypowiedziała je głosem tak beztroskim, jakby nie miało to dla niej żadnego znaczenia.

     Obiegła wzrokiem pomieszczenie.

     - Chyba ogołocili to miejsce – stwierdziła. – Według mojej wiedzy, był tu bogato wyposażony magazyn. Przynajmniej odłamek wciąż tu jest.

     Jej przezroczysta, jakby utkana z błękitnego światła ręka wskazała stojący pod ścianą stół, a na nim błękitny, błyszczący przedmiot. Podeszliśmy bliżej. Rzeczywiście, przypominał kawałek eterium, taki sam jak ten, który znaleźliśmy poprzednio.

Za tą kratą znajdował się kolejny odłamek eterium

     - Śmiało – zachęciła nas. – Weźcie go!

     Lydia podniosła błyszczący odłamek. Jak poprzedni, miał kształt wycinka koła. Ciekawe, czy obie części pasowały do siebie…

     - To jest konwektor – Katria wskazała na coś, co wyglądało jak sejf. – Do niego trzeba włożyć wszystkie kawałki, aby je scalić we właściwy klucz.

     Westchnąłem cicho.

     - A to bieda – rozłożyłem ręce. – Baliśmy się, że zgubimy tamten odłamek i zostawiliśmy go w Białej Grani.

     Katria tylko się uśmiechnęła.

     - I tak nie ma sensu tego robić, dopóki nie macie wszystkich części – zapewniła.

     Spojrzałem na nią uważnie.

     - Czyli jak już znajdziemy wszystkie – powiedziałem wolno, to musimy tu wrócić i umieścić je w tej skrzynce?

     - W sumie, tak – skinęła głową. – Przypuszczam jednak, że konwektorów jest więcej. Pewnie znajduje się w każdym miejscu, które musimy przeszukać. Pytanie tylko, czy wszystkie działają. Ten wydaje się być dobrze zachowany.

     A potem popatrzyła na nas błyszczącymi oczami, w których pojawiło się wzruszenie.

     - No, to mamy drugi – oznajmiła. – Jesteśmy w połowie drogi. Jeszcze raz dziękuję wam za pomoc.

     - Dla nas to też przyjemność – zapewniłem. – Uwielbiamy takie przygody.

     - Czy jeśli znajdziemy następne miejsce, będziesz tam? – spytała Lydia.

     - Będę – zapewniła. – Pojawię się w tej samej chwili, w której odnajdziecie kolejną cząstkę. Tak działają nici przeznaczenia, które uwięziły mnie w tym świecie. Ale – uśmiechnęła się znów – nie żałuję. Dzięki wam mogę mieć nadzieję, że kiedyś ta sprawa zostanie doprowadzona do końca. I wtedy pożegnamy się już na zawsze.

     Spojrzała na nas jeszcze raz, ciepło i przyjaźnie.

     - A na razie – szepnęła – do zobaczenia. Wkrótce…

     Po czym rozwiała się, jakby nigdy jej tu nie było.

*          *          *

     Do Pękniny dotarliśmy już po zmroku. Rano wstaliśmy późno, ale i tak w południe dotarliśmy do Twierdzy Świtu. Ale nie zdążyliśmy jeszcze wejść głębiej, do komnat mieszkalnych, gdy przechwycił nas Gunnmar.

     - Świetna robota! – uściskał nas serdecznie. – Florentius wszystko mi opowiedział.

     - Dotarł tu? – spytała Lydia kpiącym tonem. – Sprawiał wrażenie, jakby błądził w innym świecie.

     Gunnmar roześmiał się.

     - Tak, jest dziwny – pokiwał głową. – I bezpośrednio pożytku z niego pewnie nie będzie, ale dużo wie i ta wiedza może nam się przydać. Bardzo zmęczeni?

     Zaprzeczyliśmy zgodnie z prawdą.

     - O ile wiem – potarł brodę – kapłan jeszcze nie jest gotowy. A miałbym pilne zadanie dla wojowników o mocnych nogach.

     - Gdzieś daleko? – spytałem.

     Skinął głową.

     - Trzeba dotrzeć do kogoś aż w Falkret – westchnął. – To długa podróż, a tu każdy jest czymś zajęty. Pomyślałem, czy wy nie moglibyście…

     - Moglibyśmy – zapewniłem. – Pod warunkiem, że pójdziemy razem.

     - Chyba Isran nie będzie miał nic przeciwko – mruknął. – Dam wam kontakt do pewnej osoby, która ma informacje o groźnym wampirze. Trzeba ją od niej wyciągnąć, no a potem, cóż, wampira zlikwidować.

     - Wyciągnąć? – spytała Lydia. – Czyli ten ktoś nie ma ochoty dzielić się tą wiadomością?

     - Współpracuje z wampirami? – dodałem.

     Gunnmar potrząsnął głową.

     - Raczej boi się czegoś – szepnął konfidencjonalnie. – Przypuszczam, że wampiry zastraszyły ją i groziły jej zemstą. Ale nic nie wiem, na pewno. To jak?

     Zgodziliśmy się chętnie. Myśl, że będziemy razem jeszcze przez tych kilka dni, była bardzo kusząca. No i po drodze do Falkret mogliśmy zboczyć kawałek drogi, by odwiedzić Białą Grań!

     Isran istotnie nie miał nic przeciwko naszej wyprawie. Burknął nawet coś o tym, żebyśmy się sobą nacieszyli, póki czas, bo wkrótce da nam inne zadania. Odwiedziłem też Seranę, w zasadzie tylko po to, żeby dowiedzieć się, czy wszystko z nią w porządku. Nie wyglądała na uszczęśliwioną nagłą bezczynnością i czekaniem w miejscu, w którym trudno było o przyjaciół. Mimo to zapewniła, że wszystko w porządku i zdobyła się nawet na słowa podziękowania za to, że obchodzi mnie jej los. No cóż, obchodził mnie. Uzmysłowiłem sobie bowiem, że lubię ją, tak zwyczajnie, po ludzku, i to nawet jeśli ona nie odwzajemnia tego uczucia.

     A potem, nie czekając na nic, powróciliśmy do Pękniny, gdzie w gospodzie u Keeravy miło spędziliśmy popołudnie i wieczór, najpierw w towarzystwie Mjoll i Aerina, a potem jeszcze Balimunda, który tego dnia wcześniej uporał się z pracą i dosiadł się do naszego stolika.

     Droga do Falkret zajęła nam trzy dni. Nie wydarzyło się nic godnego opisania. Pewnie, gładko nie było. Musieliśmy stoczyć pojedynek ze śnieżnym pająkiem, kilkoma wilkami i niedźwiedziem, ale to przecież Skyrim. Tutaj to normalne. Wbrew pozorom, najgorsze czekało nas dopiero u celu. I to wcale nie z powodu grożącego nam niebezpieczeństwa. Tam bowiem musieliśmy stoczyć walkę sami ze sobą.

     Ale po kolei.

     Osoba, z którą mieliśmy się skontaktować, pracowała w tamtejszej gospodzie. Miała na imię Narri. I od samego początku zachowywała się dziwnie. Najpierw zaprzeczała, że cokolwiek wie, ale jakoś nieprzekonująco. Widać było po niej – i to wyraźnie – że kłamie, choć kłamać wcale nie umie. Drżał jej głos i wyraźnie bała się nas. To musiało obudzić podejrzenia. Dlaczego bowiem miałaby przed nami odczuwać strach? Czyżby była służką wampira?

     Musieliśmy skłonić ją do mówienia, ale nie wiedzieliśmy jak. Gdyby nam się stawiała, pewnie postąpilibyśmy mniej łagodnie. Ale ona w pewnym momencie wręcz się popłakała. Tak nie postępuje ktoś, kto jest pod wpływem wampira. Musiało chodzić o coś innego. W mojej głowie pojawiła się nagła myśl, że ów wampir był kiedyś kimś bardzo jej bliskim, zanim został przemieniony.

     Rozmawialiśmy z nią bardzo długo. Zapewnialiśmy ją, że choć należymy do Obrońców Świtu, daleko nam do bezmyślnych zabójców. Aż żałowałem przez chwilę, że nie ma z nami Serany – jej obecność zapewne przekonałaby ją, że nie wszystkie wampiry uważamy za wcielone zło.

     W pewnym momencie Narri skapitulowała. Chlipiąc, podała nam kartkę papieru. Był to list bez podpisu, ale nietrudno było domyślić się, że autorem jest wampir.


     Narri,

     Nie wiem, jak ci odpłacić za twoją dobroć. Mogę jedynie trzymać się dala, by nie sprowadzać na twój dom niepożądanej uwagi ni krzywdy.

     Jeśli zechcesz się ze mną skontaktować, Jaskinia Kamiennego Potoku to miejsce, które należy odwiedzić.

     - Ktoś bliski


     Spojrzeliśmy po sobie. Potem na nią. Narri wpatrywała się w nas zaczerwienionymi oczami pełnymi niepokoju. Chrząknąłem zakłopotany, zanim odezwałem się przez ściśnięte gardło.

     - To ktoś bardzo ci bliski, prawda?

     Nie odpowiedziała. Tylko opuściła głowę.

     - Z listu wynika, że ludzkie uczucia nie są mu obce – mruknąłem. – Nie stał się ślepym na ludzkie cierpienie, bezwzględnym zabójcą.

     - Co zrobicie? – spytała szeptem.

     - Pójdziemy tam – odrzekłem. – I porozmawiamy z nim. Jeśli… Jeśli zechce z nami rozmawiać. A potem osądzimy, co z nim zrobić.

     Zapadła cisza, przerywana tylko jej nerwowym oddechem.

     - On zginie, prawda? – odważyła się spytać.

     - To już zależy tylko od niego – odparłem. – Jedyne, co mogę ci obiecać, to moją dobrą wolę. Na pewno spróbuję z nim porozmawiać. Jeśli okaże się, że nie zasługuje na śmierć, z mojej ręki jej nie poniesie.

     Pożegnaliśmy ją i odeszliśmy z Falkret, kierując się w stronę Białej Grani.

     - To mamy problem – mruknęła Lydia, gdy już oddaliliśmy się od bramy miasta. – Jaskinia Kamiennego Potoku cieszy się raczej złą sławą.

     Spojrzałem na nią zaciekawiony.

     - Wiesz, gdzie to jest? – spytałem.

     Skinęła głową.

     - Na granicy Rift i Wschodniej Marchii – odpowiedziała, po czym dodała kpiącym tonem. – Akurat tam, skąd przyszliśmy.

     Pokręciłem głową. No pięknie, przebyć całe Skyrim tylko po to, żeby dowiedzieć się, że trzeba wrócić do punktu wyjścia.

     - Ta jaskinia od lat była kryjówką bandytów – dodała Lydia. – Jest trudno dostępna i podobno bardzo łatwa do obrony. Dlatego ciągną tam różni przestępcy, uciekający przed prawem. Skoro ukrył się akurat tam, to może nie mieć czystego sumienia. Może trzeba będzie się z nim rozprawić tak czy tak. I to nie dlatego, że jest wampirem. Tylko tej dziewczyny żal. Pewnie zawrócił jej w głowie tak, że mu pomogła. Może go ukryła, może opatrzyła rany…

     - Trzeba było spytać – westchnąłem.

     - I tak by nic nie powiedziała – Lydia wydawała się być pewna. – Nie w tym stanie.

     Zgodziłem się z nią. Ciężkie mieliśmy przed sobą zadanie. Ciężkie, bo obarczone wyrzutami sumienia. Widok rozpłakanej Narri zapewne będzie nas prześladował bardzo długo.

     - Może nie będzie tak źle – mruknąłem. – Może da się z nim pogadać.

     - Może – Lydia chyba też w to nie wierzyła.

     To wszystko sprawiło, że wizyta w naszym domu nie była wcale tak radosna, jak to sobie obiecywaliśmy. Oboje byliśmy zbyt przygnębieni.

*          *          *

     Sama jaskinia leżała nad niewielkim jeziorkiem. Aby do niej wejść, trzeba było najpierw skąpać się po pachy w lodowatej wodzie. To zapewne jedna z przyczyn, dla których strażnicy niechętnie się tu wybierali. A dalej wcale nie było lepiej. W rozległym przedsionku wody było po kolana. Dalej trzeba było wspiąć się wąskim chodnikiem, nadal brnąc w wodzie, która zimnym strumieniem spływała z góry. Na górze chodnik skręcał gwałtownie w lewo.

     Z całej wyprawy zapamiętałem głównie przejmujące zimno. Lodowaty strumień rozlewał się po całym dnie chodnika, a jego wartki prąd utrudniał chodzenie. Już w korytarzu natknęliśmy na dwóch zbójów, którzy ruszyli na nas z podniesioną bronią. Oczywiście, takim starym wygom jak my, musieli ulec i to niemal od pierwszego starcia. Ale hałas zaalarmował trójkę pozostałych. Nie było rady, trzeba było się bronić.

     I dopiero gdy wszyscy już leżeli martwi, zorientowaliśmy się, że jeden z nich nie był człowiekiem. A raczej był – dawniej, zanim jeszcze przemieniono go w wampira.

     Zakląłem siarczyście. I tyle wyszło z naszej obietnicy! Tak, na pewno z nim porozmawiamy… Na pewno nie zrobimy mu krzywdy, jeśli nie będzie zły do szpiku kości… Ech, czasem lepiej ugryźć się w język.

     Dlatego niemiło wspominam tę przygodę. Sami widzicie, że opisałem ją w skrócie, bo nie chciałem się nad nią rozwodzić. Z nosami na kwintę powłóczyliśmy się do Pękniny, do której dotarliśmy dopiero po północy.

     Do Twierdzy Świtu ruszyliśmy dopiero około południa. Dotarliśmy szybko, bo było blisko. Tam jednak czekała nas następna porcja dziegciu. Koniec wspólnej wędrówki z Lydią. Znów dostaliśmy oddzielne zadania.

     Sorine dalej poszukiwała planów dwemerskiej kuszy. Odkryła, że mogą znajdować się w Nchuand-Zel, mieście odkrytym przez Calcelmo i już kiedyś przez nas spenetrowanym. To zadanie dostała Lydia. Przynajmniej będzie działała na znanym sobie terenie. W dodatku w miarę bezpiecznym, bo swego czasu większość zalegających tam Falmerów udało nam się wytępić.

     A ja? No cóż, Kapłan Ćmy przekazał mi w końcu dane, jakich potrzebowałem, wraz z dokładnym opisem rytuału, jakiego miałem dokonać. Cóż nam pozostało? Gorący, pożegnalny pocałunek, obietnica, że będziemy na siebie uważać – i mój tęskny wzrok, gdy widziałem ukochaną figurkę mojej żony, znikającą za bramą. Westchnąłem tak, że zapewne nawet mury twierdzy poczuły wzruszenie, aczkolwiek nijak tego nie okazały. I ruszyłem po schodach w górę, by spotkać się z Seraną, z którą miałem wyruszyć na wyprawę do tajemniczego miejsca, znanego dotąd tylko Kapłanom Ćmy.