niedziela, 6 października 2024

Rozdział XXX – Obłąkani Strażnicy

     Tak jak uprzedzała nas Sorine, Isran nie był zachwycony pomysłem zwerbowania Florentiusa.

     - Kto się ośmielił was w to angażować? – Podniósł oczy znad sterty dokumentów i wbił w nas zimne spojrzenie. – Sorine, czy Gunnmar?

     Nie odpowiedzieliśmy, ale Isran wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Znał ją.

     - A wydawało mi się, że dostali wystarczającą nauczkę – burknął, gestem zapraszając nas, żebyśmy się przysiedli.

     - Nauczkę? – przysunąłem sobie taboret i klapnąłem naprzeciwko niego.

     - Stare dzieje – mruknął niechętnie.

     Nie ciągnęliśmy go za język.

     - Sorine uprzedziła nas, że pewnie nie będziesz zachwycony – odrzekła Lydia. – Ale czy to nie czas, żeby zapomnieć o dawnych niesnaskach? Każdy może się przydać.

     - Ponoć jest dziwaczny, ale tak po prawdzie, kto tu jest normalny? – spróbowałem zażartować, ale nie udało mi się go rozśmieszyć.

     - Dziwaczny? – prychnął z niezadowoleniem. – Dziwaczny to jestem ja ze swoją obsesją. Ty jesteś dziwaczny, ze swoimi smoczymi zdolnościami, albo Gunnmar ze swoim zwariowanym projektem bojowych trolli. Florentius to zupełnie inna kategoria. To kompletny świr! Nie ufam temu człowiekowi i nie chcę go tutaj.

     - Sorine twierdzi, że jego pomoc może nam się przydać – odrzekłem zamyślony. – Gunnmar twierdzi tak samo. Coś w tym musi być. Kiedyś, dawno temu, daleko na północy, znaleźliśmy kryjówkę zupełnego szaleńca. A nawet on potrafił nam pomóc. Gdyby nie on, nigdy nie udałoby nam się zdobyć Prastarego Zwoju.

     Mówiłem o Septimusie Signusie, dawnym magu z Akademii, który zaszył się w lodowej jaskini, daleko na zamarzniętej części Morza Duchów. Obcowanie z daedrycznymi artefaktami zupełnie odebrało mu rozum. A jednak udało nam się wyciągnąć od niego informację o Prastarym Zwoju, ukrytym w wieży Mzark, w Czarnej Przystani, pradawnym mieście Dwemerów.

     Isran westchnął ciężko. Chwycił kubek z wodą, stojący obok i przełknął odrobinę, jakby zaschło mu w ustach. Milczał przez dłuższą chwilę, po czym spojrzał mi w oczy, tym razem z rezygnacją.

     - Pewnie mają rację – westchnął – Znają go lepiej niż ja. Cóż, nawet wariat może wiedzieć coś, co może nam się przydać. Ale jak pomyślę, że będzie mi się tu szwendał i opowiadał swoje farmazony…

     Znowu westchnął tak, że papiery na stole poruszyły się.

     - No dobra, sprawa jest ważniejsza, niż moje osobiste odczucia. Ale sam nie wiem zbyt dobrze, gdzie go szukać. Jeszcze niedawno pomagał w jakiejś sprawie Straży Stendarra w Ruunvaldzie. Może wciąż tam jest, albo przynajmniej któryś ze Strażników będzie coś wiedział.

     - Ruunvald? – nazwa wydała mi się znajoma. – Gdzieś już słyszałem…

     - Stara kopalnia orichalcum – odrzekła Lydia. – Jeśli się nie mylę, zdawała się być już wyeksploatowana. Ale ponoć niedawno wznowiono wydobycie.

Kopalnia Ruunvald

     - Ta sama – skinął głową Isran. – Na południowy wschód od Skały Shora. Jest tam wydeptana ścieżka. Jakby co, mieszkańcy Skały Shora znają to miejsce.

     - Znajdziemy – odrzekłem, wstając.

     - Jeszcze jedno – Isran spojrzał na nas z rezygnacją. – Jeśli odnajdziecie Florentiusa… Dajcie mu do zrozumienia, że może tu zostać, jeśli zachowa choćby pozory normalności.

     Uśmiechnąłem się lekko.

     - A na ile jest nienormalny? – spytałem.

     Pokiwał głową.

     - Sam zobaczysz – mruknął. – I to od razu. Tego nie da się ukryć.

*          *          *

     Istotnie, ze Skały Shora do Ruunvald nie było daleko. Wąską dróżką trzeba było wspiąć się na niezbyt wysoką górę, gdzie niewiele pod szczytem znajdowało się wejście. Otworzyłem drewniane drzwi, którym je zabezpieczono i zajrzałem do środka. Kopalnia wyglądała na opuszczoną, ale moje ucho wychwyciło odległe postukiwania, jakby ktoś kilofem drążył skałę. Choć było tu ciemno, dostrzegłem kilka skrzyń, narzędzi i nawet górniczych latarni. Znak, że jednak ktoś tu bywał.

Wnętrze kopalni

     Ruszyliśmy wydrążonym korytarzem w dół. Skręcał kilkakrotnie i gdzieniegdzie odchodziły od niego krótkie odgałęzienia, prowadzące do wyeksploatowanych już złóż. Im dalej, tym więcej było kagańców, w tym niektóre zapalone. I tym wyraźniej było słychać stuk kilofów. W pewnym miejscu korytarz doprowadził nas do rozległego szybu, otoczonego drewnianymi platformami. I tam ujrzeliśmy dwóch górników, pracowicie kujących twardą skałę. Mieli przy sobie latarnie, jak to górnicy, oni sami więc i ich najbliższe otoczenie byli dobrze oświetleni. Stąd zorientowaliśmy się, że mają na sobie krótkie habity, charakterystyczne dla zakonu Strażników Stendarra.

     - Witajcie! – zawołałem, wchodząc na platformę, która miała mnie sprowadzić na dół. – Niech was ogarnie miłosierdzie Stendarra – dodałem formułkę ich zwyczajowego pozdrowienia.

     Ruszyłem w ich stronę. Strażnicy przerwali pracę i spojrzeli na mnie. I wtedy zorientowałem się, że coś jest nie tak. Ich wzrok wydawał się pusty i nieobecny. Niewątpliwie nas zauważyli, ale na ich twarzach nie było widać żadnej reakcji. Trochę mnie to zdziwiło, ale bardzo szybko zdumienie ustąpiło miejsca przerażeniu. Strażnicy nas zaatakowali!

     Podniosłem w górę obie ręce.

     - Stójcie! – zawołałem. – Jesteśmy przyjaciółmi! Jesteśmy Obrońcami Świtu!

     Ale na nich nie zrobiło to wrażenia. Wydawało mi się, że w ogóle nic nie wywołuje w nich żadnego wrażenia! Wzrok mieli nieobecny i pusty. Wydało mi się, że ich głowy otacza czerwonawa mgiełka, ale mogło to być złudzenie. Na wszelki wypadek wyciągnąłem miecz. Odruchowo zasłoniłem się tarczą. Kilof osunął się po niej i Strażnik przez chwilę był zupełnie odsłonięty. Nie wykorzystałem jednak tej okazji, wciąż próbując przemówić mu do rozumu.

     Lydia nie miała takich oporów. Na wszelkie zagrożenie mojego życia zawsze reagowała z wściekłością. Rozprawiła się szybko ze swoim przeciwnikiem i ciosem miecza w kark zabiła tego, który próbował zabić mnie. Padł u moich stóp, obryzgując mnie lepką krwią i nie wydając nawet westchnienia. To ostatnie wydałem ja.

Szyb w kopalni Ruunvald

     - Co tu się dzieje? – spytałem z szeroko otwartymi oczami. – Dlaczego oni nas zaatakowali? Przecież nie jesteśmy ani wampirami, ani…

     Urwałem i rozłożyłem ręce w bezradnym geście.

     - To jakaś magia – mruknęła Lydia. – Widziałeś tę mgiełkę, która ich otaczała?

     Skinąłem głową.

     - Niewyraźnie, ale ją zauważyłem – sapnąłem. – Chociaż nie byłem pewny.

     Milczeliśmy przez chwilę, przyglądając się Strażnikom. Sprawiali wrażenie wychudzonych i wyczerpanych. Ich habity były zniszczone i brudne. Bardziej wyglądali na więźniów, skazanych na przymusową pracę w kopalni, niż na członków szanowanego zakonu.

     - Raczej nie ruszyli na nas z własnej woli – mruknąłem. – Sprawiali wrażenie zniewolonych.

     - Byli jak draugry – stwierdziła Lydia. – Atakowali na oślep, bez żadnej taktyki. U Strażników Stendarra to dość niezwykłe.

     Miała rację. Strażnicy Stendarra, choć słynęli jako uzdrowiciele, byli w rzeczywistości zakonem wojowników, zwalczających daedry, daedryczne kulty i wszelkie objawy nekromancji. Szkolono ich do walki i uczono taktyki. Ich zachowanie było najlepszym dowodem na to, że w rzeczywistości ruszył na nas ktoś inny, przy pomocy rąk – nie głów – zniewolonych Strażników. Nasuwało się naturalne pytanie, kto. I dlaczego?

     Jedno było pewne – nie wejdziemy głębiej tak jak się spodziewaliśmy, swobodnie, jak do habitatu przyjaciół. Trzeba będzie skradać się jak w norskich kryptach, eliminując ich jako zagrożenie. Pokręciłem głową.

     - Może nie powinniśmy? – westchnąłem. – Może należałoby dać sobie spokój z tą misją? Nie chcę ich zabijać.

     - Ja też – szepnęła Lydia. – Ale nie chcę też tego tak zostawić. Ewidentnie ktoś lub coś ich zniewoliło. I chcę ich uwolnić. Nie w ten, to w inny sposób. Może znajdziemy to coś, co ich opętało?

     Zerknąłem w głąb szybu.

     - Sądzisz, że to coś znajdziemy? – spytałem. – To może być równie dobrze ktoś w kopalni, jak i coś z innego wymiaru.

     - Nie dowiemy się, dopóki nie sprawdzimy – wzruszyła ramionami. – Jeśli nie będzie konieczności, nie musimy przecież zabijać. Jedynie w ostateczności.

     Schowała miecz do pochwy, zarzuciła sobie tarczę na plecy i sięgnęła po łuk. Zrobiłem to samo. Skinęliśmy sobie głowami i ruszyliśmy cicho po drewnianej platformie. Ja po lewej stronie, ona dwa kroki z tyłu, po prawej – tak jak robiliśmy to zawsze. I starannie zwracając uwagę na otoczenie, z którego zawsze można wiele wyczytać.

     Tym razem, wyczytać dosłownie. Znalazłem bowiem oprawiony w skórę dziennik. Leżał w wyeksponowanym miejscu, jakby ktoś chciał, abym go znalazł. Zapewne w zamierzeniu miał on być rękopisem większego dzieła, bowiem zatytułowano go właśnie jak naukową księgę: „Odkrycie Ruunvaldu. Tom I”. Poniżej notka: „pióra Morica Sidreya”. Nazwisko nic mi nie mówiło, więc zajrzałem na pierwszą stronę.


     Postanowiłem dokumentować w swoich dziennikach wydarzenia z naszej ekspedycji, której celem jest Ruunvald, z nadzieją, że jeśli nam się nie uda, przyniosą one oświecenie tym, którzy przyjdą po nas. Ja sam stałem na ramionach akademickich gigantów i tylko dzięki temu dotarłem tu, gdzie jesteśmy teraz – kosztowało mnie to niezliczone godziny, spędzone w bibliotekach i prywatnych księgozbiorach. Jestem pewien, że w tych ruinach znajduje się jakiś artefakt o wielkiej mocy, który przyda się Strażnikom w ich misji.


     - Artefakt – mruknęła Lydia. – Coś mi mówi, że go znaleźli. Jestem gotowa założyć się, że to właśnie on zawładnął tymi Strażnikami. Jest tam coś jeszcze?

     - Niewiele – przerzuciłem kilka kartek.


     Nie chcę brzmieć pompatycznie, ale czuję się, jakby misja ta pozwalała mi stanąć u wrót mego przeznaczenia. Jestem pewien, że kopiemy w odpowiednim miejscu. Czuję to w kościach i śnię nocami o odkryciu Ruunvaldu. Nawet gdy nie śpię, niemal słyszę głos, zapewniający mnie o tym, że poruszamy się w dobrym kierunku.


     - Taaa, nie chce brzmieć pompatycznie – mruknąłem, uśmiechając się lekko. – Nie bardzo mu wyszło. Nawet jakby się nie podpisał, zgadłbym, że pisał to Cyrodiilijczyk.


     Ekspedycja przebiega jak dotąd bardzo pomyślnie. Po zaledwie kilku tygodniach pierwszy tunel otworzył się na duży szyb, prowadzący w dół, tam gdzie spodziewam się znaleźć Ruunvald. Wykonawszy kilka zaledwie prac stolarskich, założyliśmy nasz pierwszy obóz w górach. Jeśli nadal będzie sprzyjać nam takie szczęście, osiągniemy nasz cel w rekordowym czasie!


     Dalej widniał tylko podpis: M.Sidrey.

     Zabrałem ten dziennik ze sobą. Postanowiłem dostarczyć go pierwszym normalnym Strażnikom jakich spotkam. Może potrafią zrobić z niego pożytek? Tymczasem schodziliśmy w dół. Staraliśmy się to robić bezgłośnie, ale drewniana platforma nie została wykonana szczególnie starannie. Chwiała się i skrzypiała pod naszymi stopami. Na szczęście, nie było tu nikogo, kto mógłby to usłyszeć.

     Na samym dole przecisnęliśmy się przez wąskie przejście do kolejnego tunelu. Tam znów zostaliśmy zaatakowani i znów dwóch Strażników pożegnało się z życiem. Tym razem nie dali nam nawet szansy na odezwanie się. Zaatakowali znienacka, z ciemnej, bocznej nawy. Działaliśmy odruchowo. Ledwo zdążyliśmy odrzucić łuki i sięgnąć po miecze.

     Nawę urządzono jako miejsce odpoczynku. Stało tu kilka łóżek, stół i kilka krzeseł. Również kilka regałów z naczyniami i prowiantem. I z drugim tomem dziennika tajemniczego Sidreya. Oczywiście, zajrzałem do niego.


     Szczęście nadal nam dopisuje! Nie tylko coraz bardziej zagłębiamy się w jaskinie i szyby, które pozwalają nam przemieszczać się szybciej, ale znaleźliśmy też kilka żył drogocennej rudy. Teraz, gdy wykopaliska okazały się sukcesem finansowym, Strażnicy przysłali więcej zapasów, surowców i robotników do dalszej pracy.

     Czasem nie mogę powstrzymać swojej radości i zaczynam wybuchać nią prze swoimi ludźmi. Ktoś może pomyśleć, ze to bardzo dla mnie nietypowe, lecz ludzie zdają się podzielać mój entuzjazm. Nigdy wcześniej nie pracowałem z grupą tak bardzo nastawioną na realizacje swojego celu. Tylu ludzi pracuje dla jednej sprawy, na chwile nawet nie rozpraszając się niczym innym – to wspaniałe błogosławieństwo! Chwała Stendaroowi!


     Przerwałem i spojrzałem na Lydię. Pokiwała głową.

     - Zaczyna ich zniewalać – stwierdziła. – Tak to się zwykle objawia. Pamiętasz Ralisa i kurhan Kolbjorn na Solstheim? Było tak samo.

     - Też mi się tak wydaje – przerzuciłem kilka kartek, zawierających niewiele znaczące opisy jaskini. – Przekonajmy się. Zobaczmy, co było dalej.


     Wszystko idzie tak dobrze, że aż waham się, czy opisać rzeczy, które w porównaniu z sukcesami wydają się być tylko drobnymi problemami. To pewne z powodu ciągłej ciasnoty ciągle boli mnie głowa. Choć te bóle nie wpływają na moje możliwości dowodzenia, czasem jednak mnie rozpraszają. Podczas kilku rozmów z robotnikami odpływałem i musieli szarpaniem przywracać mnie do rzeczywistości. Czasem gubię kilka minut czasu i nie pamiętam, co robiłem. Mam nadzieję, że to tylko efekt mojej ekscytacji, spowodowanej zbliżaniem się do celu, ale w miarę jak będziemy schodzić głębiej, będę to dokumentować. Może pół kufla rumu przed snem mi pomoże.


     - Przez chwilę myślałam, że to może być wpływ jakiegoś gazu, który się tu ulatnia – odezwała się Lydia. – Ale wtedy inni górnicy też mieliby takie same objawy.

     - Mają – puknąłem palcem w dziennik. – Tylko nie aż w tak dużym stopniu. To by świadczyło, że to magia ukierunkowana. Wyczuła przywódcę i skupia się głównie na nim. A to zwykle oznacza…

     - Osobę – dokończyła Lydia za mnie. – Ktoś tym świadomie kieruje. Jakiś konkretny byt, z tego, albo innego świata.

     - Lepiej bym tego nie ujął – uśmiechnąłem się do żony. – Tak, to właśnie przyszło mi do głowy. To nienajlepsza wiadomość…

     - Uhm – Lydia westchnęła ciężko. – Raczej nie ma co liczyć na to, że następni, jakich spotkamy, będą w innym stanie. Żal ich zabijać. Możesz ich paraliżować Krzykiem?

     Uśmiechnąłem się sam do siebie. Czasami zapominałem o swoich niezwykłych umiejętnościach.

     - Mogę – wzruszyłem ramionami. – Ale na krótko. Niewiele nam to da.

     Lydia bez słowa schyliła się po łuk, wciąż leżący na ziemi. Powoli, uważnie się rozglądając, ruszyliśmy dalej. I niestety, ani razu nie udało nam się uniknąć walki. Raz użyłem Krzyku Pokój Kyne. Pomogło, ale na krótko. Więcej razy nie próbowałem, bo Strażnicy wprawdzie zaniechali agresji i wrócili spokojnie do pracy, ale gdy tylko działanie Krzyku ustało, rzucili się na nas od tyłu. Było niebezpiecznie.

     W międzyczasie znaleźliśmy trzeci tom zapisków. Leżał na skrzyni, na samym dnie szybu. Oczywiście, zapoznaliśmy się z nim, w nadziei, że rzuci trochę światła na tę niejasną sytuację.


     Przeklęte bóle głowy! Na litość Minorne, nie mogę się ich pozbyć. Robotnicy też zaczęli się skarżyć, ale choć cierpi na tym ich koncentracja w czasie rozmowy i kultura osobista, ani trochę nie spadła wydajność ich pracy. Wręcz przeciwnie, starają się jeszcze bardziej. Ja sam tez nie mogę się skupić na niczym poza kopaniem. Siedzę tu teraz, badając jakieś odkopane nordyckie artefakty, ale czuję ciągłą potrzebę sprawdzania, jak idą prace. Ostatnio bezmyślnie podniosłem łopatę i sam zacząłem kopać. Na szczęście, nikt nie uznał tego za dziwne, chwała opatrzności. Nie chciałbym, żeby Strażnicy Minorne pomyśleli, że straciłem rozum!


     - Strażnicy Minorne? – Lydia uniosła brwi.

     Zerknąłem jeszcze raz w dziennik.

     - No tak, tak tu jest napisane – potwierdziłem. – Ciekawe, czy to tylko przejęzyczenie, czy naprawdę coś mu się pomieszało. Mam nadzieję, że to nieprawda i że owa tajemnicza Minorne, kimkolwiek jest, nie zawładnęła umysłami strażników.

     - Masz jeszcze nadzieję? – westchnęła Lydia. – Spójrz na siebie. Twoja zbroja jest obryzgana krwią Strażników. Chyba musimy uznać to za pewnik. Strażnicy Stendarra stali się Strażnikami Minorne.

     - A najgorsze, że nie wiemy, kim ona jest.

     - Nie wiemy nawet, czy to naprawdę ona – przytaknęła Lydia. – Chociaż imię jest żeńskie, jakby elfie. Czytaj dalej.


     W miarę jak kopiemy, odkrywamy coraz to nowe nordyckie ruiny i architekturę, nadal jednak szukamy głównej komnaty. Codziennie marzę o tym, że wreszcie odkryjemy Ruunvald i nie mogę przestać myśleć o tym, jak wpłynie to na moją reputację! Rodzina będzie ze mnie tak dumna! Zwłaszcza mój ojciec, Minorne. On i matka zawsze interesowali się moimi badaniami, mimo że moja siostra, Minorne, je lekceważyła. Ale najbardziej nie mogę się doczekać, aż podzielę się swymi odkryciami z kolegami, Minorne i Minorne. I może z moim mentorem, Minorne. Czyż nie będą zadowoleni?


     Spojrzałem zdziwiony na Lydię. Ona też wydawała się być zaskoczona.

     - Wszystko mu się pomieszało – stwierdziłem. – Owa Minorne tak nim zawładnęła, że w ogóle nie dostrzega innych bytów, nawet jeśli pozornie o nich myśli.

     - Kim ona może być? – Lydia zmarszczyła nos. – Musi to być ktoś niesamowicie potężny. Ciekawe, czy to jakaś magiczka, czy byt z Otchłani.

     Ruszyliśmy dalej, tylko po to, by tuż przy masywnych, zagradzających przejście drzwiach natknąć się na czwarty, jak się okazało, już ostatni tom dzienników. Tu wpis był krótki, ale niezwykle sugestywny.


     Odkryłem swą muzę, a imię jej Minorne. Czytając stare dzienniki, zdają sobie sprawę, że wołała do mnie z głębi Ruunvaldu. Jest głosem, który słyszałem, tym, który wzywał mnie ciągle w głąb góry. Strażnicy, robotnicy, oni też ją słyszą! Cóż za radość wiedzieć, że nie jestem osamotniony w jej miłości! Och, Minorne, jakżeż odkrylibyśmy to miejsce bez twojej pomocy? Podczas gdy to piszę, usuwamy z naszej drogi ostatnie kamienie. Ci, którzy nie mają narzędzi, kopią gołymi rękami! Nie mogę już pisać, muszę wracać do pracy. Ruunvald czeka!


     - Sądziłem, że tak nazywa się ta kopalnia – mruknąłem, zamykając dziennik. – A on pisze, że oni tu wciąż szukają tego Ruunvaldu. Czyżby to było coś innego?

     - Tak nazywa się góra – odrzekła Lydia. – Teraz wiemy, dlaczego. Widać kiedyś było tu coś szczególnego, co tak się właśnie nazywało. Pewnie jakaś świątynia, miejsce kultu, czy coś w tym rodzaju.

     Zerknąłem na bramę. Czy to możliwe, że za nimi znajdowała się świątynia? Miejsce wyglądało na świeżo odkopane.

     - Ciekawi mnie, jak to się stało, że to miejsce było zasypane – zastanawiała się Lydia. – Jakieś wstrząsy? A może dawni górnicy przypadkiem odkryli tu coś okropnego i celowo to zasypali?

     - Pozostaje sprawdzić – dźwignąłem się na nogi i chwyciłem łuk. – Z dzienników wynika, że ten obłęd nie zadziałał od razu. Myślę, że skoro przebywamy tu krótko, nic nam nie grozi.

     Masywne drzwi zaskrzypiały złowieszczo. Rzeczywiście, jaskinia za nimi jako żywo przypominała starożytne norskie miejsca kultu. Już po kilkunastu krokach natknęliśmy się na coś, co mogłoby być ołtarzem. Leżała na niej podobna, ręcznie napisana księga w skórzanej, zapinanej na zatrzask okładce. Ta jednak nosiła inny tytuł.

Świątynia w kopalni Ruunvald

     „Święta księga Minorne” – wykaligrafowano starannie u góry strony tytułowej. Pod nią znajdowało się nazwisko autora – oczywiście, Morica Sidreya. Na ołtarzu płonął kaganiec, więc czym prędzej rozchyliłem okładki i przy jego świetle zagłębiłem się w lekturę.


     Chwała ci, Minorne!

     Chwała pani wszystkiego!

     Moje życie należy do ciebie, o piękna zbawicielko! Choć niegdyś moje zapiski zdawały się tak wspaniałe, teraz widzę, że są li tylko niegodnymi ciebie kulfonami. Och gdybym mógł godnie cię opisać, poświęciłbym ci tysiąc świadectw! Przeklęte niech będą moje małe myśli, gdybym tylko był mądrzejszy!

     Minorne prosi, żeby przysłać jej tu więcej ludzi, by ją chwalili i jej służyli! Wysłałem prośbę do Komnaty Strażników, niech przybywają. Napisałem proste kłamstwo, inaczej by nie zrozumieli. Przynajmniej dopóki nie ujrzą jej – wspaniałej Minorne!

     Lecz ona tez się boi! Są na świecie głupcy, którzy nie słuchają jej pięknego głosu. Strażnik Florentius, przysłany z Latarni, nadal modli się do Arkaya, nieobecnego bóstwa, które blednie przy Minorne! Będę modlił się do bogini, którą widzę! A on niech gnije w swej klatce!

     O słodka, słodka Minorne…


     Tu zapiski urywały się. Ale i tak potwierdziły nasze przypuszczenia. Owa Minorne, kimkolwiek była, wpłynęła na umysły Strażników i uczyniła z nich swoich niewolników. Nie ma co liczyć na polubowne załatwienie sprawy. Trzeba było spodziewać się walki.

     Była tam jednak również pocieszająca informacja: Florentius rzeczywiście odwiedził to miejsce. I skoro został uwięziony, mógł wciąż tam być.

     - Nie wiadomo, kiedy te zapiski powstały – burknęła Lydia, szykując broń. – Możemy znaleźć zasuszoną mumię, albo goły szkielet.

     Tak czy inaczej, należało to sprawdzić. Ruszyłem więc dalej, dość dobrze oświetlonym chodnikiem. Szept Aury pokazał mi kilka postaci w oddali. Ostrożnie zagłębiliśmy się w szeroki chodnik i dotarliśmy do sporej jaskini, czy może raczej komnaty, jak że wykuły ją ludzkie dłonie.

Komnata w świątyni

     Niewiele pamiętam z tego, co wydarzyło się później. Walka – i tyle. Rzuciło się na nas kilkoro Strażników i musieliśmy się bronić. Żaden nam nie odpuścił, toteż żadnego nie dało się oszczędzić.

     W jaskini było coś w rodzaju ołtarza, a także metalowa klatka, w której tkwił jakiś zabiedzony mnich. On jeden nie miał wokół głowy czerwonawej mgiełki. Gdy tylko się do niej zbliżyliśmy, powstał i uśmiechnął się. Był to szczupły Cyrodiilijczyk, w wieku około czterdziestu lat. Twarz na swój sposób przystojna, pomimo niechlujnego zarostu, promieniała radością.

     - Wiedziałem – powiedział z tryumfem w głosie. – Wiedziałem, że Arkay mnie uratuje! Prosiłem o pomoc, a on przysłał was! Jak dobrze was widzieć w tym ponurym miejscu.

     - Ty jesteś Florentius Baenius? – spytałem, przyglądając mu się uważnie.

     - To ja – skinął głową. – Słyszałeś o mnie?

     - Opowiadali mi o tobie twoi przyjaciele – odparłem wymijająco. – Jak otworzyć tę klatkę? Zamek wygląda na solidny.

     - Jedno z nich musi mieć przy sobie klucz – odparł, wskazując na nieżywych Strażników. – Najprawdopodobniej Moric, albo Minorne.

     - Minorne? – Lydia uniosła brwi. – Ta, o której mówiły te księgi?

     - Ta sama – potwierdził więzień. – Spętała magią wszystkich Strażników i zrobiła z nich swoich niewolników. To ta pod filarem. Nie wiem, kim jest naprawdę. Moric był jej najwierniejszym sługą. To tamten przy wejściu. Tylko ja oparłem się jej mocy, dzięki Arkayowi.

     Podeszliśmy do tej, która okazała się być sprawczynią całego nieszczęścia. Była to wysoka Altmerka, zapewne za życia bardzo potężna, ale teraz, po śmierci, jej zwłoki nie różniły się od ciał innych Strażników. Tajemnice swej mocy zabrała ze sobą do grobu.

     Odpiąłem od jej pasa pęk kluczy. Jeden z nich pasował do klatki. Zaskrzypiały drzwiczki i Florentius z uśmiechem wyszedł na wolność.

     - Wiele zawdzięczam wam i Arkayowi – skłonił głowę. – Co mogę dla was zrobić, w ramach podziękowań?

     Jak na razie wcale nie zachowywał się jak ktoś niespełna rozumu. Mówił jasno, z sensem i zachowywał się zupełnie normalnie.

Florentius Baenius

     - Jest coś, co możesz zrobić – pokiwałem głową. – Możesz udać się do Twierdzy Świtu?

     - Chyba tak – odparł zaskoczony. – Mówisz o starej twierdzy pod Pękniną?

     Potwierdziłem.

     - Wiem, gdzie to jest, ale… Nie wiem, co tam jest. Dlaczego właśnie tam?

     - Isran – odparłem. – Isran i Obrońcy Świtu potrzebują twojej pomocy.

     Aż znieruchomiał ze zdziwienia.

     - Isran? – powtórzył zdumiony. – Mojej pomocy? To jakiś żart?

     Pokręciłem głową.

     - Wiem, że za sobą nie przepadacie, ale sprawa jest poważna – zapewniłem. – Na tyle poważna, że nawet Isran postanowił zapomnieć o przeszłości.

     Na twarzy Florentiusa pojawił się grymas.

     - Isran – mruknął, nie starając się nawet ukryć pogardy. – Ten człowiek nigdy nie uczynił nic, poza naigrywaniem się ze mnie. Nigdy nie okazał mi należnego szacunku. Dlaczego miałbym mu pomagać?

     - Pomóż więc sobie – odrzekła Lydia. – Sprawa dotyczy równie dobrze jego, jak i ciebie. Niebezpieczeństwo zagraża nam wszystkim. Wszyscy próbujemy z tym walczyć, a twoja pomoc jest nam potrzebna.

     Oczy kapłana zwęziły się.

     - Posłuchaj – zwrócił się do mnie, ignorując Lydię. – W razie gdyby to nie było jasne, właśnie udało mi się wybrnąć z niemałych kłopotów i chociaż doceniam twoją pomoc, to…

     Urwał nagle, a na jego twarzy ukazało się zdumienie. Aż obejrzałem się za siebie, w obawie, że ujrzał za mną coś dziwnego. Nic tam jednak nie było. A wyraz twarzy Florentuisa znów się zmienił i miejsce zdumienia zajął lęk, pomieszany z uwielbieniem.

     - Słucham? – szepnął, nie wiadomo do kogo. – Nie, to nie o to – dodał głośniej. – Tak, ale… Naprawdę?

     Przypominało to rozmowę, jaką słyszałem dawno temu na statku, gdy oficer mówił do długiej, mosiężnej rury, której wylot znajdował się w zupełnie innym miejscu. Tak działała komunikacja na „Dreughu”, który zabrał nas z Kruczej Skały do Leyaviin. Zabawnie się tego słuchało, bo słychać było tylko to, co mówi jedna osoba. Odpowiedzi już nie – tę słyszał tylko rozmawiający, przykładając ucho do rozszerzonego na kształt lejka wylotu rury.

     - W porządku – zwrócił się w końcu do nas. – Arkay twierdzi, że dobrze będzie, jeśli pójdę. Nie zgadzam się z nim, ale nie jest to typ, którego można ignorować. Spotkamy się w Twierdzy Świtu. Nie martw się, nie zabłądzę. Arkay wskaże mi drogę.

     I wolnym krokiem skierował się w stronę korytarza, by wkrótce zniknął w mroku.

     Spojrzeliśmy z Lydią na siebie. Oboje musieliśmy mieć głupie miny.

     - Nareszcie wiem, co Isran miał na myśli, mówiąc o nim świr – mruknęła Lydia. – Szykuje się niezła zabawa.


środa, 4 września 2024

Rozdział XXIX – Błękitna poświata

     Położyłem się na łóżku z rękami pod głową i oddałem się rozmyślaniom. Najpierw radosnym marzeniom o rychłym spotkaniu. Potem moje myśli zeszły na inny tor. Nie umiałem zrozumieć niechęci Serany do Lydii. Niedawne wspólne przygody sprawiły, że niemal wyzbyłem się swojej rezerwy w stosunku do wampirzycy, teraz jednak moje obawy powróciły. Dlaczego Serana upierała się, by wędrować tylko we dwoje? Coś ukrywała przede mną. Z jakiegoś powodu nie chciała, by towarzyszyła nam Lydia, a przecież w jej towarzystwie każde zadanie byłoby i łatwiejsze, i bezpieczniejsze. Dobrze jest mieć ze sobą doświadczonego łucznika i wytrawnego szermierza, w dodatku takiego, z którym można porozumieć się bez słów. Lydia była bardziej spostrzegawcza niż ja, a jej intuicja potrafiła nieraz zadziwić nawet mnie, który znałem ją tak dobrze. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, czy Lydia przypadkiem nie miała racji, twierdząc że Serana będzie chciała urobić mnie na swoją modłę i zrobić ze mnie swojego sługę. Tyle tylko, że dotąd nic na to nie wskazywało. Przeciwnie, w czasie tej wyprawy okazała się być lojalna i pomocna. Dlaczego więc?

     Na tych rozmyślaniach spędziłem połowę nocy. Potem zasnąłem, sam nie wiedząc kiedy. Gdy się obudziłem, był już dzień.

     Zwlokłem się z łóżka zaspany i na pół przytomny. Mój zegar biologiczny rozchwiał się zupełnie przez te nocne wędrówki. Szumiało mi w głowie. Przemyłem twarz zimną wodą – trochę pomogło. Po czym udałem się na górę do Israna, aby zdać mu relację z naszych przygód.

     - Wiem, słyszałem – skinął głową. – Twoja towarzyszka już mi zdała relację.

     Zaskoczył mnie tym stwierdzeniem. Więc jednak rozmawiał z Seraną. I, co dziwniejsze, uwierzył jej, nie żądając ode mnie potwierdzenia.

     - Gunnmar prosił mnie o pomoc w pozbyciu się wampirów – zacząłem, ale on znów machnął ręką.

     - To też wiem – skinął głową. – Zatwierdzam. Coś jeszcze?

     Zawahałem się.

     - Ci ludzie tam na zewnątrz – zacząłem niepewnie. – Podobno nie chcesz ich tu wpuścić.

     - A po co? – warknął. – Jeszcze mi tu brakuje, żeby ktoś niepowołany wałęsał mi się po zamku! Lepiej niech zostaną tam gdzie są. Zadbałem, żeby im nic nie brakowało – a widząc moją nieprzekonaną minę, dodał. – Obiecuję, że w razie niebezpieczeństwa ewakuuję ich do środka. Na razie nic im nie grozi. Palisada jest mocna, a wampiry, wbrew legendom, nie potrafią zamieniać się w nietoperze i przelatywać ponad nią.

     Nie ciągnąłem tematu, bowiem właśnie w tej chwili do zamku wpadła smuga światła. Zerknąłem w kierunku drzwi i gdy tylko ujrzałem znajomą, tak drogą mi postać, natychmiast zapomniałem o obozowiczach, wampirach i całym świecie. Isran uśmiechnął się tylko i odprawił mnie ruchem ręki. Zbiegłem na dół i… Stanąłem jak wryty.

     - Co ty masz na sobie?

     Lydia roześmiała się serdecznie i objęła mnie ramionami. Gorący pocałunek miał mi zastąpić odpowiedź, ale ja, zbyt zaskoczony jej widokiem, nie ustępowałem. Miała bowiem na sobie ciemną, lekką zbroję, z jakiegoś nieznanego mi metalu, tyle tylko, że owa zbroja nie zakrywała nawet brzucha, ani pleców. W ogóle była bardzo skąpa, przypominając bardziej strój bajadery niż coś, co w zamyśle ma chronić ciało. Składała się z krótkiej spódniczki z metalowych pasków i czegoś w rodzaju skorupowego stanika, który jedynie na ramionach miał coś w rodzaju kolców, zastępujących galerusy. Przed cięciem miecza mogło to chronić, przed strzałą w ogóle. Długie rękawice i opancerzone buty dopełniały niecodziennego stroju.

Lydia w daedrycznej zbroi Mrocznych Uwodzicieli

     - Nie podoba ci się? – spytała, mrużąc zalotnie oczy.

     - Nie o to chodzi – bąknąłem. – Przecież ty jesteś prawie naga!

     - Zazdrosny? – pociągnęła mnie w głąb zamku.

     Westchnąłem głęboko.

     - Nie o to chodzi – odrzekłem. – Ale ta zbroja… Jak ona ma cię niby chronić? Przecież masz odsłonięte prawie całe ciało.

     Roześmiała się i znów mnie pocałowała.

     - Ta zbroja jest niesamowita – szepnęła mi do ucha. – Zaraz ci wytłumaczę, tylko porozmawiam z Sorine.

     Zostawiła mnie całkiem ogłupiałego. Po co ktokolwiek miałby wkładać na siebie zbroję, która w ogóle nie osłania ciała? Gdyby ktoś wypuścił strzałę w jej kierunku, łatwiej byłoby mu trafić w nią, niż w jej zbroję. Żeby trafić w to skąpe wdzianko, trzeba by przycelować naprawdę precyzyjnie. Ta zbroja miała tylko jedną zaletę – Lydia wyglądała w niej naprawdę uwodzicielsko.

     Nie czekałem długo. Po chwili przyszła do mnie i znów mnie objęła. Otoczyłem ją ramionami, dotykając jej gołych pleców.

     - A więc? – spytałem. – Jakiż to sekret skrywa twój nowy strój? I skąd go w ogóle masz?

     - To zbroja daedryczna – oznajmiła z tajemniczą miną. – Pochodzi od daedrycznych strażniczek, zwanych Mazkenami, albo Mrocznymi Uwodzicielkami. Gdzieś z domeny Sheorogatha. I nie bój się, ta zbroja jest magiczna. Chroni lepiej niż elfia, a zapewnia całkowitą swobodę ruchów.

     - Jak ona może chronić, na przykład tutaj?

     I położyłem dłoń na jej nagim brzuchu. Poczułem ciepło jej ciała i przeszył mnie nagły dreszcz pożądania. Dostrzegła to i posłała mi uśmiech, jakiego nie powstydziłaby się zapewne żadna Mroczna Uwodzicielka, kimkolwiek ona jest.

     - Tutaj chroni mnie magia – szepnęła mi do ucha. – Możesz mnie tam dotykać, ale spróbuj wbić sztylet, albo miecz, a zbroja natychmiast to odbije.

     - A skąd ją masz? – nie ustawałem.

     - Natknęłam się na grupkę zbójów, niedaleko fortu Kastav. Mieli to pośród swoich łupów. Pasowała jak ulał, więc mnie zaciekawiła. Zabrałam ją i zaraz po zlikwidowaniu wampira – bardzo szkaradny typ, nawiasem mówiąc – poszłam do Akademii. Tam nasi kochani magowie  wszystko mi wytłumaczyli. Faralda nawet chciała ja odkupić, ale na szczęście nie pasowała na nią. I wiesz co? Ona chroni też przed magią!

     Nie ciągnąłem tej dyskusji, zwłaszcza że wyglądała w niej naprawdę nieziemsko. Tymczasem one pochwaliła się czymś jeszcze.

     - To też stamtąd – zademonstrowała mi ciężką szablę o fantazyjnym kształcie i niezwykle ostrej klindze. – To też daedryczna broń. Zaklęta wampirzą magią, taką samą jak miecz od Tuliusa, tylko mocniejszą. Tnie jak brzytwa i w ogóle się nie tępi.

     Wziąłem broń do ręki. Miała zakrzywioną, jednosieczną i dość szeroką klingę choć nie tak szeroką jak bułat wojowników z Hamerfell. Była trochę ciężka, ale znakomicie wyważona. Niby jednoręczna, ale długa rękojeść pozwalała także na zadawanie ciosów z obu rąk. W rękach biegłego szermierza była to niezwykle groźna broń.

     - To idziemy? – spytała Lydia.

     - Dokąd?

     - Jak to, dokąd, masz jakąś misję we Wschodniej Marchii – odparła, uśmiechając się tajemniczo. – A po drodze może odwiedzimy Pękninę?

     Dalej nie słuchałem. Ze śmiechem chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem w kierunku bramy. Gdy wychodziliśmy z zamku, cała męska cześć załogi oglądała się za Lydią. Nie dziwię się!

     Do Pękniny doszliśmy wczesnym popołudniem, po szybkim marszu. Bez słów zrzuciliśmy z siebie ubrania i wpiliśmy się w siebie, jak dwa wygłodniałe  wampiry. Bogowie, jak ja za nią tęskniłem! To musiało znaleźć jakieś ujście.

     Gdy było już po wszystkim i leżeliśmy na łóżku, spleceni ramionami, przyszedł czas na opowieści. Lydia opowiedziała mi o swojej misji na Solstheim. Nie była specjalnie skomplikowana. Tak jak przypuszczałem, pomógł jej Neloth, który udzielił jej dokładnych wskazówek, gdzie ma szukać planów kuszy, a także zaopatrzył ją w rezonujący kamień, który otwierał dwemerskie drzwi.

     - A ty? – położyła mi dłoń na piersi. – Jak tam nasza znajoma? Mocno cię uwodziła?

     Parsknąłem śmiechem i zaprzeczyłem.

     - Ani nie uwodziła, ani nie zwodziła – zapewniłem. – Przez cały ten czas zachowywała się bardzo przyzwoicie. Chyba naprawdę zależy jej na tym, aby nam pomóc.

     A potem zrelacjonowałem jej swoje ostatnie przygody. Gdy opowiadałem o Kopcu Dusz, aż palnąłem się w czoło.

     - Na śmierć zapomniałem – mruknąłem. – Miałem przecież wezwać Durnehviira. Obiecałem mu to. I mam zamiar dotrzymać tej obietnicy.

     - Na pewno trafi się okazja – szepnęła mi Lydia do ucha. – A teraz możesz dotrzymać innej obietnicy.

     - Jakiej?

     - Tej, którą złożyłeś mi w świątyni Mary – szepnęła. – Że będziesz mnie kochał zawsze…

     A potem oplotła mnie ramionami i przycisnęła do siebie tak mocno, że przez chwilę straciłem dech. Ale nie opierałem jej się ani trochę.

*          *          *

     Lydia wiedziała, gdzie leży Oko Mary. Zamierzałem początkowo pójść przez Skałę Shora, ale namówiła mnie żeby pójść drugą stroną, przez Ivarstead.

     - I tak musimy przejść koło Fortu Amol – stwierdziła. – Przez Ivarstead będzie bliżej. I zaprzyjaźniona gospoda po drodze…

     Ostatni argument przeważył. W Ivarstead gospoda Wilhelma, a w gospodzie smaczna strawa, wygodne łóżko i pełno przyjaciół.

     Szliśmy przez cały czas trzymając się za ręce, niby dwoje zakochanych nastolatków. Jakże cudownie było iść przed siebie, czując przy sobie jej obecność! Wystarczała mi sama świadomość, że ona tu jest. Chociaż muszę przyznać, że gdy spoglądałem na nią i jej nagie ciało, widoczne spod nowej zbroi, chwilami świadomość przestawała mi wystarczać i wtedy bardzo pragnąłem bliskości. Śmiała się i żartobliwie strofowała, gdy obejmowałem ją w pasie, kładąc dłoń na jej biodrze.

     - Twoje blachy mnie kłują – marszczyła żartobliwie nos. – Poczekaj do wieczora.

     - Nie dam rady – uśmiechnąłem się. – Wiesz, stara zbroja jednak była lepsza. Nie kusiłaś mnie w niej aż tak nieustannie. Teraz wiem, dlaczego te daedryczne strażniczki tak się nazywały.

     Zakręciła zalotnie biodrami, posyłając mi długie spojrzenie spod rzęs. Nie poznawałem własnej żony – nagle przybyło jej mnóstwo uroku. Stała się uwodzicielska i jakaś taka tajemnicza. Pociągała mnie jeszcze bardziej niż kiedyś, choć wydawało mi się to niemożliwe. Czułem się, jakbym nagle, oprócz tej romantycznej miłości, jaką stale do niej czułem, odkrył jej drugą stronę, cielesną i pełną pożądania. Czy to magia tej zbroi tak na nią działała? Przecież skądś musiała się wziąć nazwa tej formacji, która ich używała. Mroczne Uwodzicielki to była, o ile się nie mylę, straż przyboczna Sheorogatha, daedrycznego Księcia Szaleństwa, ale nie wiedziałem o nich zbyt wiele.

     Do gospody dotarliśmy bez żadnych przygód. Wykąpaliśmy się w rzece, przebraliśmy w luźne, podróżne ciuchy i zasiedliśmy do wybornej kolacji, przygotowanej przez Wilhelma. Towarzyszyli nam Gwilin i Temba, właścicielka tartaku. Miło było spędzić ten wieczór z przyjaciółmi, chociaż wciąż nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie będę mógł posiąść to gorące, kształtne udo mojej żony, którego dotyk co chwilę wzbudzał we mnie kolejną falę namiętności.

     Rankiem, po upojnej nocy, ruszyliśmy w dół, w stronę Fortu Amol. Szło się dziarsko i swobodnie. Do samego traktu nie napotkaliśmy żadnego drapieżnika, ani zbója. Również później, gdy maszerowaliśmy traktem na północ, nie napotkaliśmy żadnego niebezpieczeństwa, o ile nie liczyć mroźnego wiatru, wiejącego od północy, który przenikał do kości.

     - Nie jest ci zimno w tej zbroi? – spytałem prze zaciśnięte zęby, aby jak najmniej otwierać usta na wietrze. – Masz goły brzuch i plecy.

     Lydia zaprzeczyła.

     - Pewnie ta sama magia, która chroni przed ciosem – wzruszyła ramionami. – Widać, chroni też przed zimnem.

     - Zapewne – skinąłem głową.

     Nie bez znaczenia był też pewnie fakt, że była ona odporną na zimno Nordką. Ja zapewne zmarzłbym na kość w takim skąpym wdzianku.

     Poza tym, nic nie wchodziło nam w drogę. Dopiero u samego celu, gdy doszliśmy do malowniczego, górskiego jeziorka, zaczęły się do nas dobierać kraby błotne. Tym, które uciekły, daliśmy spokój. Na tych, które zaatakowały, poćwiczyłem Lodowy Kolec.

     Niestety, aby trafić do kryjówki przemytników, trzeba było najpierw dotrzeć na wysepkę, która tkwiła akurat pośrodku tego stawu. A woda była w nim lodowata! Jezioro nie było duże, ale wystarczająco głębokie, żeby zanurzyć się aż po pachy. A ja zmarzłem już uprzednio, więc teraz marzłem podwójnie. Brrr! Dreszcz przeszedł mnie, gdy zimna woda zaczęła wlewać mi się w spodnie. Powinienem się skradać, ale nie mogłem się opanować i zacząłem skakać w kierunku wysepki, aby jak najszybciej wydostać się z wody i wylać tę lodowatą ciecz ze swoich butów.

Jeziorko we Wschodniej Marchii

     Lydia postąpiła mądrzej. Znacznie mądrzej! Jej nowa zbroja miała bez porównania prostszą uprząż niż moja. Można było z łatwością wkładać ją i zdejmować bez niczyjej pomocy. Lydia po prostu ją z siebie zdjęła i przeszła po dnie nago, trzymając cały swój ekwipunek w wyciągniętych w górę rękach. Gdy stanęła na brzegu, otrząsnęła się, niemal jak pies i zaczęła się ubierać. A ja stałem obok, drżąc trochę z zimna, trochę z emocji, oglądając, jak krople spływają po jej jędrnym i gładkim ciele. Gapiłem się na nią, nie mogąc oderwać od niej wzroku. Zauważyła to i posłała mi kolejny uwodzicielski uśmiech.

     - Brakowało mi tego – oświadczyła.

     - Spojrzeń pełnych pożądania? – spytałem.

     - A, tego to akurat miałam w nadmiarze – odparła z przekąsem. – Mówię o lodowatej kąpieli.

     Sapnąłem, nieco zawiedziony, ale gorący pocałunek wynagrodził mi to rozczarowanie. A potem przyszło otrzeźwienie i przypomniałem sobie, po co tu jesteśmy. Rozejrzałem się po malutkiej wysepce i ujrzałem drewnianą, zamykaną klapę z dębowego drewna.

     - To pewnie wejście – mruknąłem, łapiąc za metalowy uchwyt.

     Poczekałem, aż Lydia przygotuje łuk do strzału. Gdy tylko grot skierował się w stronę klapy, uniosłem ją, zresztą nie bez wysiłku. Zajrzałem do środka. Było tam ciemno, ale widać było lekkie migotanie jakiejś łuny, jakby od kaganka. Do ramy wejścia przybita była solidna drabina, długa na jakieś dwie i pół wysokości człowieka.

     - Laas!

     Krzyk pokazał mi dwa purpurowe światełka w głębi pomieszczenia. Wykrycie Życia nie pokazało nic…

     Nie, to nie była prawda! Wykrycie Życia pokazało mi coś, czego nie widziałem już od dawna, a za czym tęskniłem niemiłosiernie. W chwili rzucania zaklęcia, kątem oka ujrzałem bowiem błękitną poświatę stojącej obok mnie Lydii. Zupełnie jak dawniej! Tę poświatę, która zawsze dodawała mi otuchy i zapewniała mnie, że nie jestem sam, że w razie niebezpieczeństwa, ktoś bardzo mi bliski pospieszy na ratunek.

     Nie mogłem o Seranie powiedzieć złego słowa. Wspierała mnie w walce nie gorzej niż Lydia, ale ona była nieumarła. Zaklęcie nie wzbudzało w moich oczach żadnego światła, nachodzącego na jej postać – zupełnie jakby za mną nikogo nie było. Jej ciało nie rezonowało z tym rodzajem magii, przez co boleśnie uzmysławiałem sobie, że Lydia jest gdzieś daleko i nie mogę liczyć na jej pomoc.

     Teraz miła dla mego oka, błękitna poświata zajarzyła się, w radosny sposób przypominając mi, że moja żona jest tutaj ze mną i że wesprze mnie zawsze, jeśli tylko będę tego potrzebował.

     W przeciwieństwie do podziemi, gdzie nie pokazało się żadne światło. Zatem przed nami dwoje nieumarłych, co pokazałem Lydii na palcach. Skinęła głową. Ja tymczasem opuściłem się po drabinie na samo dno i czym prędzej dobyłem miecza. Lydia zsunęła się za mną i sięgnęła po łuk. Schowałem Przedświt do pochwy i również chwyciłem za łęczysko.

     Jaskinia była obszerna i urządzona jak magazyn. Wszędzie walały się jakieś skrzynie i worki. Po lewej stronie stało kilka mebli, tworząc część mieszkalną. Tam właśnie, siedząc na krześle, zatopiona w lekturze jakiegoś rulonu, siedziała pierwsza wampirzyca.

     Z początku nas nie zauważyła. Spływająca po jednej ze ścian woda zagłuszała wszelkie odgłosy. Ale gdy tylko ruszyliśmy ku niej, zerwała się ze swego miejsca i zorientowawszy się, że nie jest sama, natychmiast zaatakowała. W milczeniu, jakby nie chciała tracić sił na nic więcej. Między nią i mną pojawiła się czerwona mgiełka.

     Poczułem jak kręci mi się w głowie. Efekt Magii Wysączania! Bezwiednie wypuściłem strzałę. Trafiłem ją w ramię. Jednocześnie Lydia strzeliła jej prosto w pierś. Czerwona mgiełka zgasła. Wampirzyca bezgłośnie osunęła się na ziemię.

     Drugą znaleźliśmy nieco dalej, w miejscu, w którym zbierała się ściekająca ze ściany woda, tworząc małą sadzawkę, aby wąskim otworem ponad jej lustrem, opuścić jaskinię, pędząc stromym zboczem wprost ku Białej Rzece. Nie od razu nas zauważyła. Gdy jej się to udało, było dla niej już za późno.

     Obie wampirzyce były młodymi kobietami, Altmerkami. Nie miałem pojęcia, czy należą do wampirów czystej krwi, jak Serana, czy też są pospolitymi krwiopijcami, które mogą nas zarazić. Dlatego nie zbliżaliśmy się do nich, jedynie przejrzeliśmy zawartość zgromadzonych tu kufrów i szuflad. Wiele nie znaleźliśmy, choć w szufladzie komody ukryto trochę kosztowności. Zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, czym prędzej opuściliśmy to miejsce, wspinając się po drabinie. Znów znaleźliśmy się na wysepce. Chłodny, północny wiatr owiał mnie, przyprawiając o kolejny dreszcz. Nie miałem jednak innego wyjścia, wszedłem w lodowatą wodę i z wysiłkiem przebrnąłem na brzeg. Lydia postąpiła identycznie, jak poprzednio, ale we mnie nie wywołało to już żadnych emocji. Trząsłem się jak galareta i było jasne, że za bardzo wychłodziłem swoje ciało. Przekroczyłem tę granicę, poza którą organizm nie daje już rady z tym walczyć sam. Koniecznie musiałem się rozgrzać, najlepiej w balii z ciepłą wodą. A do najbliższej ludzkiej osady, czyli do Wichrowego Tronu, trzeba było iść na północ, pod mroźny wiatr i było to na tyle daleko, że mógłbym stracić przytomność po drodze. Musimy natychmiast rozpalić ognisko!

     Ale mój skarb, moja nieocenione Lydia szybko znalazła inne, znacznie lepsze rozwiązanie.

     - Musimy tylko przebrnąć na drugą stronę rzeki i wejść na to wzgórze – wskazała ramieniem. – Wytrzymasz?

     - Wy-wy-wytrzymam – zapewniłem, trzęsącymi się rękami próbując wyciągnąć korek z buteleczki, zawierającej miksturę przywracania kondycji.

     Lydia wzięła ją ode mnie i zręcznie zdjęła zamknięcie. Wychyliłem ją duszkiem i poczułem się nieco lepiej, ale daleko było do pełnej sprawności. Mogłem jednak iść. Nie wiedziałem, po co Lydia chciała iść na drugą stronę rzeki. Odgadłem to dopiero, gdy stanęliśmy na wysokim, skalistym brzegu i gdy omiotłem wzrokiem unoszącą się w oddali mgłę.

     - Gorące źródła!

     No tak, teraz wydało mi się to oczywiste, ale jakoś nie wpadłem na ten pomysł. Nie musiała mnie teraz popędzać. Szedłem wprawdzie niezdarnie, ale uparcie, aż dotarliśmy do miejsca, w którym kiedyś, przed wiekami, znajdowało się kąpielisko, o czym świadczyły kamienne cembrowiny i niski taras z resztkami zdobień. Troje myśliwych, dwie kobiety i jeden mężczyzna, wygrzewało się właśnie w bulgoczącej, lekko cuchnącą siarką wodzie. Leżeli w płytkim, na pół naturalnym basenie, na płaskich, sporej wielkości kamieniach i oddawali się błogiemu lenistwu. Na nasz widok podnieśli głowy, ale uspokoiliśmy ich przyjaznym gestem i pozdrowieniem.

     - Można do was dołączyć? – spytała Lydia. – Mój mąż trochę przemarzł.

     Myśliwy uczynił zachęcający ruch dłonią. Czym prędzej zrzuciliśmy z siebie skorupy i ubrania i powoli zanurzyliśmy się w gorącej wodzie, dbając jedynie o to, by broń położyć w zasięgu ręki. To jednak było Skyrim, tu w każdej chwili mogło nadejść jakieś niebezpieczeństwo, pod postacią zbója, niedźwiedzia, czy smoka.

Dawne kąpielisko w gorących źródłach

     To była błoga chwila. Ciepłe rozleniwienie zaczęło rozlewać się po moim ciele. Oparłem głowę o kamień i zamknąłem oczy. Czułem jak krew znów zaczyna mi krążyć w żyłach, poczułem lekki ból w palcach u nóg, który po chwili przeszedł w przyjemne mrowienie. Wziąłem głęboki oddech i powoli wypuściłem powietrze.

     - Uważaj – ostrzegła mnie Lydia. – Te opary siarki nie wyglądają na bardzo zdrowe. Posiedzimy tu, aż się rozgrzejesz i zmykamy stąd.

     - Spokojnie! – roześmiał się myśliwy. – Stężenie siarki jest tak małe, że leczy, a nie szkodzi. Przychodzę tu regularnie i za każdym razem czuję się świetnie.

     - Dobrze robi na skórę – dodała jedna z łowczyń, ładna blondynka o jasnoniebieskich oczach.

     - Zwłaszcza tłustą, jak moja – roześmiała się druga, która z kolei miała włosy ciemne, upięte teraz w kok na środku głowy, aby nie zamoczyły się w wodzie. – A po takiej kąpieli dobrze jest zanurzyć się w zimnej wodzie, najlepiej w tamtym strumieniu – wskazał głową na szemrzący niedaleko, miniaturowy wodospad.

     - O, nie! – westchnąłem, wzbudzając śmiech u obu łowczyń. – Żadnej zimnej wody! Przynajmniej tym razem.

     Ciepła kąpiel i towarzyszące jej rozluźnienie sprzyjało zwieraniu znajomości, nawet u Nordów, zwykle do obcych podchodzących z dystansem. Po chwili wspólnie gawędziliśmy o różnych sprawach, co chwilę zmieniając temat. Co chwilę ktoś rzucał jakąś żartobliwą uwagę. Poczułem się swobodnie, zupełnie jak w Cyrodiil. Trwało to może godzinę, może półtorej, ale wkrótce przyszło otrzeźwienie, gdy spojrzałem w niebo.

     - Późno już – stwierdziłem. – Trzeba się będzie zbierać i poszukać miejsca na nocleg.

     - Stąd najbliżej jest Gajkyne – odezwała się Lydia. – Spokojnie, zdążymy przed zmierzchem.

     Wciąganie niezbyt dobrze wysuszonej zbroi na mokrą skórę nie było łatwe. W dodatku ziębiło jak wszystkie demony. Po przyjemnym cieple gorących źródeł, było jak kubeł zimnej wody, wylany na rozgrzaną głowę. Dało się jednak wytrzymać. Pożegnaliśmy myśliwych i ruszyliśmy najpierw na wschód, potem na północ, w kierunku wzgórz, gdzie położona była wioska. Gospodę znaliśmy już z wcześniejszych wizyt, więc wiedzieliśmy, że z wynajęciem pokoiku raczej nie będzie problemu. Bliskość Wichrowego Tronu sprawiała, że niewielu podróżnych się tu zatrzymywało, a głównymi klientami byli mieszkańcy owej górniczej wioski. Ci jednak rzadko wynajmowali pokoje, a bardziej interesowały ich kuchnia i piwniczka.

     Rankiem, przy śniadaniu, Lydia rzuciła pomysł.

     - Może kupimy tę posiadłość po Rzeźniku?

     Przesądni Nordowie z Wichrowego Tronu nie pałali chęcią zakupu domu, cieszącego się tak złą sławą. W domu tym szaleniec zamordował bowiem wiele młodych kobiet, próbując z pozyskanych szczątków odtworzyć swoją zmarłą ukochaną. Wskutek tego, obszerna posiadłość w drogiej dzielnicy wciąż ponoć stała pusta, pomimo niewygórowanej ceny.

     - Wciąż czuję smród tych ciał – parsknąłem z obrzydzeniem. – Nawet jeśli tam wszystko odnowić, złe emocje na pewno tam zostały. Na spokojny sen nie ma co liczyć.

     Roześmiała się w głos.

     - Jesteś już bardziej Nordem niż ja – stwierdziła. – Tak samo przesądny jak Gromowładni. To tylko ściany, sufit i podłoga. Wszystko inne już stamtąd usunięto.

     Wiedziałem, że ma rację. I wiedziałem, że się zgodzę. Pieniędzy mieliśmy dość, nie musieliśmy się o nie martwić. A nieraz bywało, że nie chcieliśmy za bardzo rzucać się w oczy. W Gospodzie pod Knotem nie dało się uniknąć ciekawskich spojrzeń. Przypomniałem sobie swoją ostatnią tam wizytę, w towarzystwie Serany. Co my się nakombinowaliśmy, żeby nikt nie odgadł, kim ona jest!

     - Ty to masz dar przekonywania – pokiwałem głową. – Tylko czy on jeszcze jest na sprzedaż?

     Był, o czym przekonaliśmy się wkrótce, już w zamkowej komnacie, podczas rozmowy z zarządcą. Ucieszył się, że wreszcie znalazł kupca. Niezwłocznie udaliśmy się do nowego domu. Rzeczywiście, wysprzątano go, okadzono należycie i odmalowano. Po makabrycznych szczątkach nie było śladu. Wprawdzie nazbierało się trochę kurzu i pajęczyn, ale nie było to nic, z czym nie dałyby sobie rady miotła, szmata i kubeł wody.

     Dom był spory, piętrowy. Na piętrze znajdowała się miedzy innymi sypialnia, jednak łóżko było nieco zdezelowane. Zleciliśmy więc zarządcy, aby zajął się umeblowaniem. Wybraliśmy je z magazynu-graciarni, jaki znajduje się w każdym zamku w Skyrim. Pełen był używanych mebli, ale w bardzo dobrym stanie. Ich transport i ustawianie trwało aż do wieczora, ale noc spędziliśmy już w swojej nowej sypialni. I nie, nie było wcale tak złowieszczo, jak mi się wydawało. Przeciwnie – było upojnie i rozkosznie. Byliśmy razem i tylko dla siebie.

*          *          *

     Powrót do twierdzy Świtu zajął nam dwa dni. Najpierw trafiliśmy do Pękniny, do której dotarliśmy późną nocą i to pomimo, że z Wichrowego Tronu wyruszyliśmy na długo przed świtem. To jednak kawał drogi, w dodatku wciąż pod górę. Od Skały Shora szliśmy już nocą. Idąc, uważnie badałem okolicę zaklęciem. Trochę z ostrożności, ale  głównym powodem był fakt, że za każdym razem na sylwetce Lydii pokazywała mi się błękitna poświata, za którą do niedawna tak bardzo tęskniłem. Jej widok nieodmiennie sprawiał mi ogromną radość.

     Ponieważ do naszego domku dotarliśmy późno, z łóżka podnieśliśmy się dopiero przed południem, ale nie był to żaden problem. Z Pękniny do Twierdzy Świtu było blisko – zaledwie dwie godziny niezbyt forsownego marszu. Sprzedałem u Madesiego, argoniańskiego jubilera, tych kilka drobiazgów, znalezionych w kryjówce wampirów, jeszcze bardziej zasilając swoją sakiewkę. A potem, po smacznym obiedzie u Keeravy, ruszyliśmy, nie spiesząc się specjalnie, na wschód, ku Wiosennemu Kanionowi.

     Zaraz po wejściu do twierdzy udaliśmy się do Gunnmara. Wysłuchał naszego lakonicznego raportu i pokiwał głową.

     - Dwie poczwary mniej – mruknął. – Chociaż jestem pewien, że przyjdą następne. Nie wiem, skąd one się biorą, ale jest ich coraz więcej.

     Potem poszukaliśmy Dexiona. Kapłan jednak nie zdołał jeszcze przygotować się do przekazania mi potrzebnej wiedzy.

     - Ślepota nie pomaga – uśmiechnął się przepraszająco. – Nasza wampirzyca powiedziała mi jednak, że pozamykaliście wszystkie portale i przejścia, więc nie martwiłbym się, że Harkon szybko to odkryje. Nie odkrył przez tak długi czas…

     Uspokojony nieco, poszedłem na górę, do Serany, ale spała tak głęboko, że nie miałem sumienia jej budzić. Zszedłem więc na dół, gdzie Lydia dyskutowała o czymś z Sorine. Na mój widok, obie przywołały mnie gestem.

     - Masz chwilę?

     - Oczywiście – uśmiechnąłem się.

     Lubiłem Sorine. Zawsze była pełna energii i dokładnie wiedziała, czego chce. Nieustępliwa, jeśli tylko przekonana była do swoich racji. Ona jedna nie podporządkowywała się Isranowi w każdej sprawie, a jedynie w tych, w których była skłonna przyznać mu rację. Miała jednak w Twierdzy bardzo silną pozycję – w końcu, nie prosiła się do tego towarzystwa. To Isranowi zależało na tym, aby mieć ją po swojej stronie.

     - Rozmawiałam przed chwilą z Gunnmarem – zaczęła. – Oboje nieco się niepokoimy. Oboje zdajemy sobie sprawę, że skoro Isran wpuścił nas tutaj, to naprawdę musimy się martwić.

     - Sytuacja jest poważna – mruknąłem. – Wszyscy to wiemy.

     - Właśnie – weszła mi w słowo Sorine. – Skoro tak się martwi, sprawa musi być bardzo poważna. Zgadza się.

     - Martwi cię coś konkretnego? – spytała Lydia. – Czy ogólna sytuacja?

     - Jedno i drugie – prychnęła Sorine. – Te wampiry są nowym zagrożeniem. Zupełnie nowym. To nie jest banda krwiopijców, tylko dobrze zorganizowana grupa. Nigdy wcześniej nie wydarzyło się nic takiego. Gunnmar i ja pomyśleliśmy, że przyda się każda pomoc.

     - Zapewne – skinąłem głową.

     - Chcielibyśmy skaptować jednego naszego… znajomego. I będzie nam potrzebna twoja pomoc.

     Spojrzałem na nią pytająco.

     - Niech zgadnę – uśmiechnąłem się. – Nie wiecie, gdzie go szukać.

     Skinęła głową.

     - Ma na imię Florentius. – Jest kapłanem Arkaya… To znaczy, był – zająknęła się, po czym z westchnieniem dodała. – To skomplikowane. Jest nieco dziwaczny, ale ufamy mu, a jego zdolności bardzo by nam się przydały. A wy…

     Uśmiechnęła się przepraszająco.

     - Nie widzieliśmy go od lat. Nie wiemy gdzie jest. A wy już zdążyliście sobie zapracować na opinię najlepszych tropicieli i poszukiwaczy. „Nasze psy gończe” – tak was tu nazywają – i zapewniam was, że to przezwisko pełne podziwu.

     Lydia spojrzała na mnie i uniosła brwi.

     - Pierwszy raz ktoś, kto nazwał mnie suką, sprawił mi tym przyjemność – odezwała się z ironią. – Ale nawet gończe psy potrzebują wskazówek.

     - Chyba był w kontakcie ze Strażnikami Stendarra – potarła brodę. – Porozrzucało ich po zniszczeniu ich siedziby, ale zdaje się, że Isran może coś wiedzieć. Regularnie się z nimi spotyka.

     - Zakopali topór wojenny?

     Sorine wykonała gest który mógł oznaczać „A któż to może wiedzieć?”.

     - Spytajmy go – skwitowałem. – Skoro może coś wiedzieć.

     Sorine westchnęła głęboko i zniżyła głos.

     - Tylko, jak wam to powiedzieć – zmarszczyła nos. – Ten pomysł może mu się nie spodobać.

     Spojrzeliśmy na nią pytająco.

     - Znacie Israna – westchnęła. – Jest uparty jak górska koza. A on i Florentius… No wiecie…

     - Nie we wszystkim się zgadzali – dokończyła Lydia. – Czy tak?

     Sorine pokiwała głową.

     - Właśnie tak – odrzekła, po czym roześmiała się lekko. – Czyli już wiecie, jaka czeka was przeprawa.


niedziela, 18 sierpnia 2024

Rozdział XXVIII – Jej Wysokość Wampir

     Ruszyliśmy równo ze zmierzchem. Woleliśmy nie tracić czasu, na wypadek, gdyby jednak lordowi Harkonowi udało się odkryć ślady naszej obecności. Tym razem mieliśmy nieco ambitniejsze plany, niż ostatnio, gdy nocowaliśmy w Wąwozie Rabusiów. Tej nocy chcieliśmy dojść aż do Rorikstead i tam, na co Serana zgodziła się po krótkiej perswazji, przespać dzień w gospodzie. Znałem dobrze Mralkiego, właściciela tego przybytku, bowiem często nocowaliśmy tam z Lydią. Nie wiedziałem jednak, jaka będzie jego reakcja, gdy dowie się, że moja towarzyszka jest najprawdziwszą wampirzycą. Czy mogłem to przed nim jakoś ukryć? Przyszedł mi do głowy pomysł na pewien podstęp, aż uśmiechnąłem się sam do siebie. Ale najpierw trzeba było tam dotrzeć.

     Tak naprawdę, ta wędrówka to był nie lada wyczyn, choć w przeszłości kilkakrotnie już dokonaliśmy go razem z Lydią. Za Wąwozem Rabusiów, po przejściu mostu, akurat w chwili, gdy człowieka zaczynało już ogarniać zmęczenie, czekała go wspinaczka po długim odcinku niezwykle stromego traktu. Nawet konne wozy, nieważne w którą stronę jechały, w tym miejscu musiały stanąć i cały towar musiał zostać przeniesiony na ludzkich barkach. Koń ciągnął wtedy pusty wóz, przy dużej pomocy woźnicy i pasażerów. Niestety, strome skały uniemożliwiały poprowadzenie traktu inną, łagodniejszą drogą.

     Oboje już w jednej czwartej drogi dyszeliśmy jak kowalskie miechy. Wspinaczka wyssała z nas resztkę sił.

     - Równie skutecznie jak wampir – odważyłem się zażartować.

     Rzuciła mi pobłażliwe spojrzenie spod rzęs.

     - Nie będę ci udowadniać, jak bardzo się mylisz.

     Oboje się roześmialiśmy, aczkolwiek nasza wesołość trwała krótko, a to z powodu zbójów. Mniej więcej w trzech czwartych drogi szlak rozdzielał się i pod malowniczą granią odchodziła od niego droga na zachód, prowadząca do Markartu. Był to zatem uczęszczany szlak, a mnogość skałek i zaułków czyniło to miejsce idealnym dla rozbójników, napadających zmęczonych po długiej wspinaczce podróżnych. I tym razem Wykrycie Życia pokazało mi dwie purpurowe postaci.

     - Przygotuj się na starcie – wydyszałem. – Za tymi skałkami ukryło się dwoje ludzi. Raczej nie spokojni rolnicy z Rorikstead.

     Pierwsza strzała zrykoszetowała na kamiennym trakcie tuż obok mojej lewej nogi. Przed drugą Serana, obdarzona nadludzkim słuchem, zdołała się uchylić. Momentalnie zbiegliśmy z traktu na pobocze, gdzie między skałkami można było się ukryć.

     - Laas-Yah-Nir! – krzyknąłem w stronę napastników.

     Użyłem wszystkich trzech słów Szeptu Aury. Dzięki temu ich świetliste sylwetki były dla mnie widoczne bardzo długo. Nie zwracałem już uwagi na swoją towarzyszkę, wiedząc doskonale, że potrafi sobie poradzić. Z łukiem w dłoni ruszyłem czym prędzej w górę, klucząc między przeszkodami.

       Rozbójnicy wypuścili jeszcze po kilka strzał, ale żadna z nich nie zdołała nas drasnąć. Kątem oka ujrzałem kilka błysków. To Serana wystrzeliła w ich stronę kilka porcji swojej ulubionej broni – Lodowego Kolca. Lewa poświata zaczęła gasnąć – znak, że czar odniósł swój krwawy skutek. Ja zaś, znalazłszy odpowiednie miejsce do strzału, napiąłem łuk i wziąłem na cel drugiego przeciwnika.

     To był przypadek, że na cięciwę nałożyłem drogą, daedryczną strzałę. Chciałem elfią, ale w rękę weszła mi akurat ta, a nie miałem czasu na jej zmianę. Do tej pory używałem ich głównie na smoki, gdzie potrzebna była duża siła przebicia. Jak się jednak później okazało, zbój miał na sobie płytową zbroję, której inny grot mógłby nie przebić. Dla daedrycznego grota nie była to przeszkoda i purpurowa poświata zgasła już po moim pierwszym strzale. Kto wie, może to wcale nie był przypadek, tylko któreś bóstwo pokierowało moją ręką?

     Upewniłem się, że z Seraną wszystko w porządku. Potem niechętnie spojrzałem w górę, gdzie ciemną linią odcinał się szlak do Markartu. Byliśmy już naprawdę zmęczeni. Najpierw wspinaczka, potem walka. Na domiar złego, niebo na wschodzie zaczęło się rozjaśniać. Z ciężkim westchnieniem nad naszym losem, ruszyłem pod górę. Serana cicho jak kot podążyła za mną.

     Do gospody w Rorikstead dotarliśmy resztką sił.

     - Pozwól, że ja z nim pogadam – mruknąłem. – I niczemu nie zaprzeczaj.

     Otworzyłem drzwi, wszedłem, omiotłem spojrzeniem pustą na szczęście salę, po czym przytrzymując drzwi, skłoniłem się lekko i uczyniłem zachęcający, acz pełen kurtuazji gest ręką.

     - Wasza Wysokość pozwoli – odezwałem się, opuszczając wzrok.

      Przez twarz Serany przebiegł dziwny grymas, jednakże w lot zorientowała się, o co mi chodzi. Weszła do środka z dumnie podniesioną głową, choć spod kaptura nie było widać jej twarzy.

     Zamknąłem za nią drzwi.

     - Wasza Wysokość zechce mi wybaczyć, że tylko taką kwaterę mogę jej zaproponować – odezwałem się na tyle głośno, żeby stojący za ladą Mralki dobrze mnie usłyszał. – W okolicy to jedyna gospoda. Czy Wasza Miłość zechce zjeść coś przed snem?

     - Gospoda jak gospoda – odrzekła „Jej Wysokość” łaskawym tonem. – Chciałabym czym prędzej udać się na spoczynek. Natychmiast, jeśli to możliwe. Nie czuję głodu.

     - Wasza Miłość zechce chwilkę zaczekać, zaraz to załatwię – skłoniłem się, po czym podszedłem do lady, gdzie Mralkiemu oczy już wychodziły z orbit.

     - Witaj – pozdrowiłem go.

     Skinął głową bez słów, bo nic nie potrafił z siebie wydusić.

     - Na początek poproszę cię o dyskrecję – odezwałem się, zniżając głos. – Paskudna przygoda przytrafiła się tej damie. Musieliśmy iść pieszo przez prawie całą noc, zanim dotarliśmy tutaj. Jesteśmy skonani ze zmęczenia. Masz dwa wolne pokoje?

     - Mam – szepnął z przejęciem. – Ale to zwykłe izby, bez wielkich wygód. Nadadzą się?

     - Byle miały mocne drzwi i wygodne łóżka – odparłem. – Ale muszę cię prosić o coś jeszcze. Nie dla siebie, dla niej. Podróżuje incognito, więc nie mogę ci powiedzieć, kim jest, ale masz okazję zasłużyć sobie na wdzięczność dworu.

     - Dworu jarla? – zaświeciły mu się oczy.

     - Oszalałeś? – zmarszczyłem drwi. – Mówię o cesarskim dworze!

     O mało nie zemdlał! Pobladł na twarzy i gorączkowo zapewnił.

     - Co tylko zechcecie…

     - Możesz zadbać o to, aby nikt nie zakłócał jej snu? Nikt nie może wchodzić do jej pokoju i lepiej, żeby nie było tu zbyt gwarno.

     - Oczywiście, zadbam o to…

     - Tylko błagam, dyskretnie! Nikt nie może się dowiedzieć, że mieszka tu ktoś ważny. Dobrze byłoby zamknąć okiennice, aby nikt nie zaglądał jej w okno. Ludzie potrafią być czasem irytujący.

     - Obiecuję – zapewnił. – Nikt nie będzie jej przeszkadzał.

     - Ty lepiej też unikaj jej spojrzenia – poradziłem. – Nie lubi wścibskich ludzi, zwłaszcza, jeśli chce zachować swoje pochodzenie w tajemnicy. 

     Bogowie, co ja narobiłem! Mralki o mało garba nie dostał, tak nisko się kłaniał. O tym, żeby spojrzeć jej w twarz zapewne nawet nie pomyślał, usłużnie otwierając przed nią drzwi do pokoju. Weszła, a ja za nią. Gdy drzwi się zamknęły, oboje parsknęliśmy przytłumionym śmiechem. Pomogłem Seranie zasłonić okna, podczas gdy Mralki, wybiegłszy na zewnątrz, mocował się z okiennicami.

     Upewniwszy się co do wygody „Jej Miłości”, wyszedłem i starannie zamknąłem za sobą drzwi. Usłyszałem jeszcze szczęknięcie rygla od wewnętrznej strony. Moja podopieczna była bezpieczna. W międzyczasie Mralki, uporawszy się z okiennicami, wrócił do środka.

     - Gdybym nie wstał przed zmierzchem, proszę obudź mnie – poprosiłem.

     - Oczywiście – uśmiechnął się. – Przygotować wam wieczerzę?

     Pokręciłem głową.

     - Przygotuj suchy prowiant na drogę – poleciłem. – Niestety, nie będzie czasu czekać dnia. Trzeba będzie znów ruszyć nocą, jak tylko wypoczniemy. Ech, jak pech to pech…

       Skinął tylko głową ze zrozumieniem obiecał obudzić mnie na czas. Udałem się w końcu do swojego pokoiku. Nie wiem, jak Serana, ale ja byłem tak zmęczony, że zdołałem tylko ściągnąć z siebie skorupy i rzuciłem się na łóżko, zasypiając niemal natychmiast.

     Obudziłem się sam. Zerknąłem w okno i stwierdziłem, że słońce już zniknęło za górami, jedynie czerwona łuna rozświetlała niebo. Zwlokłem się z barłogu i wyszedłem do głównej sali. Było tam sporo ludzi, co mnie trochę zbiło z tropu. No, ale to było do przewidzenia, że rolnicza brać po pracowitym dniu zgromadzi się właśnie tutaj. Nie mam mowy, wszystkich nie oszukam! Ale przyszedł mi do głowy inny pomysł. Podszedłem do lady i odezwałem się do Mralkiego, który na mój widok uśmiechnął się radośnie.

     - Sporo tu ludzi – mruknąłem niezadowolony. – Będą gadać.

     Zerknął na swoją karczmę i westchnął przeciągle.

     - Wolałbym, żeby nikt z nich nie widział tej damy – szepnąłem. – Masz jakiś pomysł?

     Spojrzał na mnie z przestrachem i nerwowo potarł czoło.

     - Pokój nie ma innego wyjścia – bąknął zaskoczony. – Jedynie oknem. Ale jest nisko! Mogę podstawić skrzynię… Nie obrazi się?

     - Świetny pomysł! – uśmiechnąłem się. – Zrób to. A to zapłata za twoją dyskrecję.

     Położyłem na stole mieszek ze stoma septimami. Było to kilkakrotnie więcej, niż mógłbym zapłacić w luksusowym hotelu w Cesarskim Mieście. Mralki pokraśniał na twarzy i postawiwszy na ladzie przygotowaną uprzednio papierową torbę z prowiantem, rzucił się do drzwi, by wprowadzić swój plan w życie.

     Zapukałem do pokoiku Serany. Niemal natychmiast usłyszałem odsunięcie rygla. Drzwi uchyliły się na tyle, że mogłem wejść do środka.

      - Gospodarz zaraz otworzy okiennice i podstawi skrzynkę pod okno – oznajmiłem. – W karczmie jest pełno ludzi, więc lepiej wyjdźmy tamtędy. Poczekamy tylko do zmroku.

     - Słyszę – uśmiechnęła się. – Gwar jak w ulu. I słyszałam też, jak gospodarz co chwilę ich uciszał. Dorzuć mu coś ode mnie. Jej Wysokość powinna umieć okazać wdzięczność.

     I mówiąc to, wyjęła z sakwy mały mieszek i wcisnęła mi go w rękę. Zważyłem ją w dłoni. Chyba nawet więcej niż sto septimów! Mralki zapamięta ten wieczór na całe życie.

     Był zdumiony i przeszczęśliwy, gdy wcisnąłem mu w rękę drugą sakiewkę i szeptem wytłumaczyłem, skąd się wzięła.

     - Poczekamy w jej pokoju do zmroku, a potem dyskretnie się ulotnimy – szepnąłem. – Dzięki za pomoc.

     - Zawsze służę, jak potrafię – zapewnił.

     Wróciłem do pokoju Serany, czując po trosze wyrzuty sumienia, że tak niecnie oszukuję tego zacnego i uczciwego człowieka. Cóż, cena, którą płaci każdy, próbujący uratować świat. Miałem tylko nadzieję, że nie zacznie się tym chwalić na lewo i prawo, bo zainteresują cię tym służby cesarskiej ochrony i sprawa się wyda.

     Gdy tylko zapadły ciemności, wysunęliśmy się przez okno na zewnątrz. Skrzynka pod parapetem trzeszczała jak wielkie nieszczęście, ale chyba nikt nas nie zauważył. Ruszyliśmy na południe, traktem do Białej Grani. Ta droga okazała się być zupełnie pusta. Z początku jeszcze napotykaliśmy spóźnionych rolników, i podróżnych, ale za pomnikiem Gjukara nie było już nikogo. Szliśmy marszowym krokiem po równym trakcie, wybrukowanym kamieniami rozglądając się uważnie, aby zawczasu dostrzec grożące nam niebezpieczeństwo. Włożyłem na palec Pieścień Przemiany, który sprawiał, że przy używaniu magii z tej szkoły, mana starczała na znacznie dłużej. Zacząłem regularnie skanować okolice Wykryciem Życia. Moim oczom pokazało się sporo zwierzyny, głównie lisy i jelenie, ale żadnego człowieka. Od czasu do czasu używałem też Szeptu Aury, zwłaszcza w bardziej podejrzanych miejscach, Krzyk bowiem pokazywał mi również wampiry, których nie potrafiło wykryć zaklęcie. Nic jednak nie weszło nam w drogę, aż do samej Białej Grani, do której dotarliśmy równo ze świtem.

     Dwie kolejne noce również spędziliśmy w drodze, bez większych przygód. Najpierw do Ivarstead, gdzie przespaliśmy się u Wilhelma, potem do Pękniny, w której dzień spędziliśmy w naszym domku.

Serana w Pękninie

     Ten ostatni spodobał się Seranie, ze względu na piwnicę, w której nie było okien. Pogardziła łóżkiem na górze i umościła sobie posłanie  w warsztacie alchemicznym. Musiała lubić alchemię, bowiem gdy po południu zwlokłem się z łóżka, ona, już wypoczęta, pracowicie przygotowywała jakąś miksturę.

     Ostatni odcinek drogi, ten do Twierdzy Świtu, przeszliśmy wcześniej, jeszcze przed zmrokiem. Słońce przykryły chmury, więc nie dokuczało ono zbytnio wampirzycy. Uzbrojona w sakwę pełną strąków dusz Serana zapewniła mnie, że da radę.

     Nawet nie musiała z niej korzystać – jeszcze zanim doszliśmy do mostu, zaatakował nas zabójca z Mrocznego Bractwa. Udało mi się utrzymać go na odległość Płomieniem, podczas gdy Serana zastosowała wampirzą magię i wyssała z niego życie.

     Gdy był już martwy, spojrzała na mnie trochę zmieszana.

     - Tak trzeba było – bąknęła. – Mam nadzieję, że to rozumiesz.

     - Jednego paskudnego mordercy mniej – wzruszyłem ramionami. – I wreszcie, raz jedyny w życiu, na coś się przydał. Nie mam zamiaru nad nim płakać. Zwłaszcza, że przecież ocaliłaś mi życie.

     Uśmiechnęła się z wdzięcznością. Już kiedyś oznajmiłem jej, że nie widzę nic złego w zabijaniu wszelkich zbójów i morderców w obronie własnej, a jeśli przy tym zdoła się posilić, to tylko na dobre jej wyjdzie. Ale ona wciąż krępowała się robić to w mojej obecności. Czuła się wtedy bardzo zażenowana, jakby był to dla niej jakiś intymny rytuał, którego nie powinien obserwować nikt obcy. Nie wnikałem w przyczynę, bo szczerze mówiąc, obawiałem się dowiedzieć na ten temat zbyt wiele. Zwyczaje wampirów wciąż nieodmiennie kojarzyły mi się z czymś paskudnym.

     W okolicach Kanionu częściej używałem Krzyku. Wampiry już odkryły naszą siedzibę i często urządzały tutaj zasadzki. Tym razem było pusto. Wsunęliśmy się do kanionu i podążyliśmy wydeptaną ścieżką do zamku.

     Isran zaimponował mi po raz kolejny. Zamek otaczały teraz nie jedna, ale dwie palisady. Nowa, równie solidna co pierwsza, nie miała jeszcze zamykanej bramy, ale i tak stanowiła ważny element obronny, ograniczając kierunek natarcia do wąskiego przesmyku, w którym łatwo było się bronić. Obie palisady zdawały się być ciemniejsze niż poprzednio, a wokół roznosił się lekki zapach, którego nie znałem. Gdy strażnik otworzył mi bramę, dotknąłem jej i na mojej rękawicy został tłusty ślad. Pokryto ją jakimś środkiem konserwującym. Za to za ogrodzeniem czekało nas niemałe zaskoczenie. Rozbito tu obóz!

     W miejscu, w którym kiedyś, pod okiem Duraka, próbowałem strzelać z kuszy, stały teraz dwa duże namioty. Wojskowe, jakich używało się w Cesarskim Legionie. Miały nawet na sobie wyblakłe winiety smoka, godła Cesarstwa. Nie było to niczym niezwykłym, bowiem Legion co jakiś czas wymieniał wyposażenie na nowe, a starego pozbywał się, sprzedając je ludności, po niskich cenach. Czworo ludzi koczujących przy rozpalonym ognisku, zapewne nabyło je w taki właśnie sposób.

     - Co tu robicie? – spytałem zdziwiony.

     Mieszający w garnku nad ogniem młody mężczyzna odwrócił się w moją stronę.

     - Schroniliśmy się tu – odrzekł. – Wampiry rozzuchwaliły się tak, że niebezpiecznie jest obozować na trakcie.

     Starszy, siedzący na ściętym pniu, skinął głową.

     - Chociaż nie sądziliśmy, że nie wpuszczą nas za mury – dodał z pretensją w głosie.

Obozowisko w Wiosennym Kanionie

     Ruszyłem w stronę zamku. Isran pewnie powie mi więcej.

     Ale Isran, spał, a pozostali stwierdzili, że lepiej go teraz nie budzić.

     - Naprawdę się dziś narobił – stwierdził Durak. – Należy mu się. Jak nie musisz, nie budź go.

     W sumie, nie musiałem. Dobra nowina, a taką właśnie przyniosłem, zawsze może poczekać. Zamiast niego, zacząłem szukać Dexiona, co w obszernym zamku nie było wcale takie łatwe. Znalazłem go w ciemnej sali, w której siedział na krześle w kącie i zdawał się drzemać.

     - Co mu się stało? – spytała niespodziewanie Serana?

     Nie zrozumiałem.

     - Widocznie jest zmęczony…

     Na dźwięk naszych głosów, kapłan podniósł głowę.

     - Witajcie – odezwał się. Mam nadzieję, że wyprawa się udała.

     - Tak, mamy Prastare Zwoje – odrzekłem z dumą w głosie, ale zaraz zamilkłem zdumiony.

     Dexion miał oczy przewiązane płótnem, jak ktoś, kto bawi się w ciuciubabkę. Ale to nie była zabawa, lecz opatrunek. Więc o to chodziło Seranie! Widząc w ciemnościach lepiej ode mnie, dostrzegła to od razu.

     - Coś ci się stało? – spytałem zaniepokojony. – Coś z oczami?

     Uśmiechnął się smutno.

     - Obawiam się, że nie będę już przydatny w tej historii – westchnął ciężko. – Przykro mi…

      - Dlaczego? – podszedłem bliżej i przyjrzałem mu się z bliska. – Co się stało. Ktoś cię zranił?

      - Nie, nie – potrząsnął głową. – To moja wina.

     - Wypadek?

     - Można tak powiedzieć… W pośpiechu, chcąc wam przeczytać pierwszy zwój, zaniedbałem właściwe przygotowanie. Ech, tak się mści pośpiech! Myślałem, że uda mi się uśmierzyć efekty uboczne, lecz nie miałem racji. A teraz za to płacę.

     Bałem się zadać to pytanie. Serana uprzedziła mnie, zanim się przemogłem.

     - Masz zasłonięte oczy – szepnęła. – Czy ty jesteś…

     - Ślepy – wpadł jej w słowo Dexion. – Tak, obawiam się, że tak.

     Oboje zaniemówiliśmy, całkowicie zaskoczeni tym faktem.

     - A czy można ci jakoś pomóc? – spytałem.

     Potrząsnął głową.

     - Nie – odrzekł cicho. – Taka musi być kolej rzeczy. Niedostatecznie się zabezpieczyłem, toteż magia Zwoju poraziła moje oczy. Istnieje, niestety, prawdopodobieństwo, że nigdy nie wydobrzeję – znów westchnął ciężko. – Ale wciąż mam nadzieję, że tak nie jest. Na razie za wcześnie, aby wyrokować. Będę musiał jednak zwrócić się do magów z Tajemnego Uniwersytetu, albo z Akademii w Zimowej Twierdzy.

Dexion w Twierdzy Świtu

     - A więc to koniec? – spytała Serana zrezygnowanym głosem.

     - Koniec mojej przygody w Twierdzy Świtu – uśmiechnął się w zadumie. – Ale nie koniec naszego zadania. Istnieje inny sposób. Pytanie brzmi, jak wiele jesteście gotowi zaryzykować, by znaleźć Łuk Auriela?

     Aż mnie zmroziło! Na utratę wzroku nie byłem gotów. Bałem się nawet o tym pomyśleć.

     - A co musiałbym zrobić? – spytałem ostrożnie.

     Złożył ręce, jakby szykował się do dłuższego wykładu.

     - No cóż, nie potrafię ci zagwarantować, że nic ci się nie stanie – zaczął. – Ślepota może być najmniejszym z twoich problemów. Ale to, co przydarzyło się mnie, wcale nie musi dotyczyć także ciebie. Wspominałeś, że miałeś okazję już odczytać Prastary Zwój.

     - To prawda – skinąłem głową. – W czasie walki z Alduinem.

     - I nic ci się nie stało, prawda?

     Aż mnie to zastanowiło.

     - Sądziłem – zająknąłem się – że to z powodu mojej Smoczej Krwi. Nie wiem, czy wiesz, ale mówią o mnie Dovahkiin, a to znaczy…

     - Tak, wiem – przerwał mi łagodnie. – To oczywiście również ma wpływ na ciebie. Wszystko co magiczne, przychodzi ci znacznie łatwiej niż zwykłemu śmiertelnikowi. W dodatku tamten zwój dotyczył smoków, więc był ci, jakby to powiedzieć, bliższy i zaistniał pomiędzy tobą a nim jakiś magiczny rezonans. Ale tutaj ważniejszy jest twój wiek. Uboczne skutki czytania Pradawnych Zwojów są znacznie silniej odczuwane przez ludzi w podeszłym wieku. Tacy muszą się przygotowywać całymi tygodniami. Ja, niestety, nie doceniłem niebezpieczeństwa. W przeszłości odczytywałem Pradawne Zwoje bez żadnych skutków ubocznych. Łatwo przyszło mi wpaść w rutynę. Sądziłem, że tak będzie zawsze. Jeśli zdecydujesz się na to, zadbam, by cię należycie przygotować. To ci obiecuję.

     - A sam rytuał?

     Pokiwał głową.

     - Po całym Tamriel rozrzucone są odosobnione miejsca, zwane Polanami Prrzodków. Jedno z takich miejsc jest w Skyrim. Odprawienie Rytuału Pradawnej Ćmy na polanie, powinno dać ci odpowiedzi na twoje pytania.

     - Rytuał Pradawnej Ćmy – bąknąłem zaskoczony. – Czy to od niego bierze się nazwa Twojego zakonu?

     - Między innymi – skinął głową. – To stary rytuał. Trzeba ostrożnie usunąć korę z drzewa kantykowego, która z kolei zwabi do ciebie Pradawne Ćmy. Gdy będzie podążać za tobą wystarczająca ilość ciem, zaczniesz dysponować tak zwanym drugim spojrzeniem, niezbędnym do odcyfrowania zwojów.

     Milczeliśmy przez chwilę, zanim przyszło mi do głowy pytanie.

     - Co to za drzewo kantykowe? Nigdy o takim nie słyszałem.

     - Rosną tylko na Polanach Przodków – odparł cierpliwie. – Nic dziwnego, że żadnego nie widziałeś. I samo zdejmowanie kory też musi odbyć się w sposób rytualny. Musisz użyć konkretnego narzędzia, znanego jako Nóż Pobrania. Rytuału tego uczy się każdy Kapłan Ćmy, ale tylko kilku rzeczywiście go wykonuje. Jeśli tobie się to uda, to znaczy, że szczęście ci sprzyja.

     Zamilkliśmy wszyscy troje.

     - Chyba nie mam innego wyjścia – odezwałem się po chwili. – Możesz mnie nauczyć tego rytuału?

     - Mogę – odparł. – Ale sam potrzebuję poczynić pewne przygotowania. To potrwa tydzień, lub dwa…

     Z nosem na kwintę udałem się do jadalni, aby coś przegryźć. No tak, spieszysz się, bo wiesz jak pilna jest sprawa, a tu znowu takie opóźnienie! I skutek nie do przewidzenia. Ech, jak ciężko jest czasem uratować ten świat! I co ja będę robił tu przez dwa tygodnie? Gdyby choć była tu Lydia…

     Z odrętwienia wyrwał mnie Gunnmar, który przysiadł się do mnie i nalał nam po małej czareczce miodu.

     - Podobno nie masz co robić – zagadał.

     - Ano, nie mam – wzruszyłem ramionami. – Muszę czekać, aż Dexion odprawi swoje rytuały.

     - To ja mam dla ciebie robotę – zniżył głos. – Spokojnie, Isran wie. Sam nakazał mi w takich przypadkach rozporządzać Obrońcami.

     - No? – zachęciłem go.

     Zbliżył się do mnie jeszcze bardziej i niemal szeptem spytał.

     - Znasz staw Oko Mary?

     Zastanowiłem się.

     - Chyba kiedyś ktoś mi o tym wspomniał – podrapałem się po głowie. – To gdzieś we Wschodniej Marchii?

     Skinął głową.

     - Niedaleko ujścia Białej Rzeki. Nieduże jeziorko, z małą wyspą pośrodku. Kiedyś była tam kryjówka przemytników. Bardzo przemyślna, bo znajduje się akurat pod tym jeziorem.

     - Pod jeziorem? – spojrzałem na niego zdziwiony.

     Roześmiał się.

     - Tak, właśnie pod jeziorem. Na wysepce jest wejście do podziemnej jaskini. Ściany tworzą tam naturalny system irygacyjny. Woda przesącza się w jednym miejscu, ale tylko wtedy, gdy jezioro osiągnie wyższy poziom. Wtedy przepływa przez tę jaskinię, ale bokiem, a inny korytarz odprowadza ją do rzeki. W środku jest bezpiecznie. No i masz bieżącą wodę pod ręką!

     Roześmiał się rubasznie.

     - Co miałbym tam robić?

     Spoważniał.

     - Mam pewne wieści, że zagnieździł się tam młody wampir – szepnął. – Jeden, albo dwa, tu nie mam precyzyjnej informacji. No i trzeba je zlikwidować!

     - Rozumiem – skinąłem głową. – Oczywiście, zajmę się tym. Tylko… Wolałbym nie brać ze sobą swojej towarzyszki na to polowanie. Zabijanie wampirów to nie jest jej ulubione zajęcie i wcale jej się nie dziwię.

     - O czym ty mówisz? – spojrzał na mnie zdziwiony, po czym palnął się w czoło. – No tak, przecież ty nie wiesz! Twoja żona wróciła i możecie się tam wybrać razem.

     Lydia! Aż zerwałem się na równe nogi.

     - Gdzie jest?

     - Jorine wysłała ją z krótka misją – odrzekł. – Też polowanie na wampira, w okolicach Zimowej Twierdzy. Powinna wrócić lada dzień. Może nawet lada chwila.

     Zalała mnie fala radości! Lydia, nareszcie! Przed chwilą siedziałem osowiały i zrezygnowany, ale wystarczyła ta jedna, tak długo wyczekiwana wiadomość, żeby znów zaczęła rozpierać mnie energia. Jeszcze kilka minut temu zastanawiałem się, czy nie uciąć sobie drzemki, ale teraz mowy nie było, żebym zasnął. Postanowiłem czekać.

     Serana jakoś również dowiedziała się o przybyciu Lydii.

     - Odpoczniesz sobie ode mnie – uśmiechnęła się smutno. – Trochę szkoda, jesteś jedynym tutaj, który nie krzywi się na mój widok. Daj znać, gdy będziesz gotów wyruszyć na Polanę Przodków. Zaszyję się na ten czas w komnatce na piętrze. Nie chcę tu nikogo drażnić swoją obecnością.

     I wolnym krokiem ruszyła ku schodom, prowadzącym na górę.