środa, 16 listopada 2016

Rozdział IX – Na ratunek

     Gdy otworzyłem oczy, było już jasno. Zerknąłem w okno. Po cieniach poznałem, że już prawie południe. Przespałem pół dnia!

     - Dlaczego nikt mnie nie obudził? – jęknąłem.

     - Nie było rozkazu, prefekcie! – odezwał się pełniący służbę w zamku auxilliarius. 

     - Czy wojsko do Gwiazdy Zarannej już wyruszyło? – spytałem.

     - Skoro świt, panie – odparł żołnierz.

     A ja zakląłem pod nosem.

     Wojsko już dawno wyruszyło, więc dogonić go nie sposób. A miałem nadzieję, że choć przez część drogi będę podróżował się razem z żołnierzami. Nie pomyślałem tylko o tym, że teraz byłem oficerem i to ja powinienem wczoraj dać rozkaz, aby mnie obudzono na czas. Zapomniałem o tym, przyzwyczajony, że każdy podoficer zadba o to, abym za długo się nie wylegiwał. W dodatku, zmęczony po podróży, spałem jak kamień. I proszę, oto skutek. Zamiast podążyć razem z oddziałem, ja zostałem w koszarach.

     Całe szczęście, że nie miałem przydziału do tego oddziału, bo podpadłoby to pod dezercję.

     Zwlokłem się w posłania, ubrałem i wyszedłem z zamku. Najpierw do kowala, gdzie miałem odebrać nowy ekwipunek. Ciężką tarczę wymieniłem na oficerski hełm. Był trochę cięższy od starego, jako że wyłożono go stalową blachą. W dodatku miał na czubie srebrną wypustkę – odznakę mojego nowego stopnia.

     Potem polazłem coś zjeść, do gospody. Oficerowie mieli do tego prawo. Posiliwszy się, zacząłem sposobić się do drogi.

     Wiedziałem, że dziś za daleko nie zajdę. Zostało mi zaledwie pół dnia. Wyruszyłem więc powoli, nie chcąc się zbytnio zmęczyć. Zamierzałem dziś dojść jedynie do Smoczymostu.

     Komendant placówki w Smoczymoście, kapitan Maro, zaproponował mi nocleg w wojskowym budynku, ale podziękowałem i wybrałem gospodę. Zjadłem tam lekką kolację, choć właściwie był to późny obiad i położyłem się spać, prosząc, by obudzono mnie na godzinę przed świtem. Długo nie mogłem zasnąć, ale w końcu mi się udało. Śniło mi się, że podróżowałem gdzieś daleko, na południe Cyrodiil, do samego Morza Topal. Jechałem konno, a obok mnie kłusowała Lydia i nieco z tyłu ktoś jeszcze. Obejrzałem się przez ramię i ujrzałem swego brata, Aersica. Uśmiechał się i kiwał głową.

     - Wiedziałem, że daleko zajdziesz – mówił, kołysząc się na koniu. – Ale nie myśl, Mały, że będę słuchał twoich rozkazów!

     Roześmiałem się tylko. Aersic nigdy nie mówił do mnie po imieniu. Zawsze nazywał mnie „Mały”. Cóż, byłem dzieckiem, gdy wyruszył z legionem w daleki świat. Później ujrzałem go tylko raz, gdy odwiedził rodzinny dom. Uniósł mnie wtedy w swych silnych ramionach i stwierdził, że bardzo urosłem. Ale nadal byłem mniejszy od niego. A potem…

     Coś mi się zaczynało rozmazywać.

     - Aersicu – odezwałem się niepewnie.

     - No? – wyszczerzył zęby.

     - Jak to możliwe, że jedziemy razem? Przecież ty nie żyjesz…

     - Bzdura! – roześmiał się. – Przecież widzisz, że żyję!

     I w tym momencie sen prysł, a ja usiadłem na łóżku, oblany potem. Ech, ile ja bym dał, aby to była prawda! Ale to tylko sen. Niestety… Nigdy go już nie zobaczę. Nawet nie wiem, gdzie zginął. Podobno na morzu…

     A przecież byłem w Sovngardzie! Mogłem go poszukać. W ogóle wtedy o tym nie pomyślałem. A nie będzie już życiu drugiej okazji…

     Zerknąłem w małe okienko. Noc była pogodna i dokładnie było widać gwiazdy. Poszukałem znajomych konstelacji i po ich położeniu zorientowałem się, że do świtu już niedaleko. Byłem już ubrany i gotowy do drogi, gdy pomocnik szynkarki, zgodnie z moim życzeniem przyszedł mnie obudzić.

     Zapłaciłem i wyruszyłem przed siebie. Dziś moim celem był Morthal.

     Wędrowałem cały dzień. Droga wypadała mi obok niedawno odkrytego fortu, zajętego przez nekromantów. Przekradłem się niepostrzeżenie. Raz napadł mnie jakiś bandzior w stalowej zbroi i przyłbicy. Nie zdążył zadać nawet jednego celnego ciosu, gdy zginął od mojego miecza. Miał przy sobie trochę złota i kosztowności. Zapewne rozbójnik. Zgodnie z prawem, w takim wypadku mogłem zabrać sobie, co chciałem. Zabrałem cenne przedmioty – zawsze się przydadzą. Z broni zabrałem tylko krasnoludzki sztylet. Sprzedam przy okazji.

     Do Morthalu doszedłem już po zmroku. Jonna, widząc mnie, bez pytania postawiła przede mną miskę z parującą kaszą ze skwarkami i kawałkiem gotowanego bażanta. Rzuciłem się na te frykasy jak wygłodniały wilk. Pokoik dostałem ten co zwykle. 

     Rankiem powitała mnie z tajemniczym uśmiechem. Kładąc przede mną talerz z usmażonymi jajkami, spytała nieśmiało.

     - Czy to amulet Mary?

     Dotknąłem naszyjnika, który wysunął mi się zza koszuli.

     - To dziwne, że ktoś taki jak ty jeszcze nie ma żony… - uśmiechnęła się.

     Zrobiłem się czerwony na twarzy. Czułem to. I wiedziałem, o co jej chodzi. Interesowała się mną. A ja bardzo ją polubiłem i naprawdę nie wiedziałem, co powiedzieć, aby nie sprawić jej przykrości.

     - Moja ukochana jest daleko stąd – odrzekłem, starając się na nią nie patrzeć – Wojna nas chwilowo rozdzieliła. Ale gdy tylko się skończy, bierzemy ślub.

     Dopiero teraz podniosłem wzrok i spojrzałem w jej oczy. Jakże zgasły…

     Szybko skończyłem śniadanie i wciągnąłem zbroję. Na odchodnym, spojrzałem na nią ciepło.

     - Szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej – uśmiechnąłem się. – Ale jak znam swoje szczęście, nie dopchałbym się do ciebie.

     Uśmiechnęła się, ale jakoś tak smutno. 

*          *          *

     Obóz znajdował się pomiędzy Gwiazdą Zaranną, a Zimową Twierdzą. Rozbito go w miejscu bardzo podobnym do poprzedniego. Nawet namioty rozstawiono tak samo. Gdy zameldowałem się u Rikke, słońce minęło najwyższy punkt na niebie i powoli zaczynało opadać.

Obóz Cesarskiego Legionu pod Zimową Twierdzą

     Rikke na mój widok roześmiała się zawadiacko.

     - No, proszę, witamy nowego oficera!

     Uśmiechnąłem się tylko i spytałem o rozkazy.

     - Na razie nic – odparła. – Nic, w czym mógłbyś pomóc. Czekamy. Dwa dni temu posłałam oddział w kierunku fortu Kastav. Wiesz gdzie to jest?

     Skinąłem głową. Rikke zniżyła głos, jak zawsze, gdy dzieliła się ze mną poufnymi informacjami.

     - Buntownicy trzymają tam naszych ludzi. Planuję odwrócić ten fakt na naszą korzyść. Wysłałam tam trybuna Hadvara, z kilkunastoma osobami.

     Trybuna! No, proszę, i jemu się awansowało! Gdy spotkaliśmy się w Korvanjund, był zaledwie centurionem. Cóż, życzyłem mu jak najlepiej i cieszył mnie jego awans. Jednak coś mnie tknęło.

     - Czy Hadvar wie o tajnym przejściu? – spytałem.

     Rikke spojrzała na mnie uważnie.

     - O czym ty mówisz?

     - Więzienie ma ukryte wejście, pod murem, od strony zachodu – wyjaśniłem. – Byłem tam już. Można wejść do środka nie zauważonym.

     Rikke zbladła. Spojrzała na mnie spłoszonym wzrokiem.

     - Musisz im o tym powiedzieć! – odezwała się nagle. – Musisz ich dopędzić i powiedzieć im o tym! To sprawa arcyważna!

     Poczułem przypływ adrenaliny.

     - Którędy poszli?

     Zaciągnęła mnie do mapy.

     - Tutaj – wskazała. – Tą przełęczą i na trakt. Wyruszyli wczoraj o świcie, żeby dziś o zmroku być na miejscu. Gdy się ściemni, mają zaatakować.

     Zakląłem pod nosem. Nawet konno nie dam rady ich dopędzić. Zresztą, wtedy będę musiał jechać dalekim traktem, co jeszcze bardziej wydłuży drogę. Nie, trzeba popędzić pieszo.

     - Pójdę tędy – wskazałem znajome miejsce na mapie. – Przez Alftand. Może dam radę zdążyć przed nimi.

     Rikke zerknęła na mapę i uniosła brwi. Droga prowadziła przez dzikie zbocza zaśnieżonych gór. Bardzo trudna trasa. Tyle tylko, że ja już ją znałem i pamiętałem. Szansa na to, że zdążę, była niewielka, ale była.

     - Uważaj na siebie – odrzekła cicho. – Ta droga biegnie w pobliżu góry Anthor. Tam podobno zagnieździł się smok.

     Kolejna przeszkoda! Aż parsknąłem wściekły. Ale co innego mi zostało?

     - Powodzenia w misji – powiedziała mi na odchodne.

     A ja popędziłem przed siebie, w kierunku dwóch koni, stojących przy żłobie. Choć kawałek podjadę na końskim grzbiecie. Zawsze to trochę szybciej.

     Jeden z nich wyglądał na wypoczętego. Osiodłałem go szybko i wyprowadziłem z obozu. A potem dosiadłem i popędziliśmy w kierunku majaczącej w oddali skarpy z latarnią morską na szczycie, gdzie spodziewałem się znaleźć przejście przez góry. 

*          *          *

     Latarnia była chyba niedawno opuszczona, bo nosiła świeże ślady ludzkiej bytności. Kiedy indziej zapewne zbadałbym ją dokładnie, ale teraz nie miałem czasu do stracenia. Tu musiałem pożegnać się z wierzchowcem. Było stromo i nierówno. Trzeba było miejscami skakać z głazu na głaz. Nie ma mowy, żeby koń przeszedł.

     - No, kary – poklepałem go po szyi. – Wracaj do obozu.

     Koń przez chwilę przyglądał mi się, jakby zdziwiony, po czym wolno odwrócił się i stępa ruszył w stronę, z której przyszedł. Nie musiałem się o niego martwić. Wiedziałem, że sam trafi. A ja wspiąłem się na skałkę i przeskoczyłem na następną. Jeszcze kilka takich susów i stanąłem na równiejszym gruncie.

     Szedłem dalej, brnąc w głębokim śniegu, zanim znalazłem znaną już sobie dobrze udeptaną ścieżkę górskich kóz. Ruszyłem żwawiej. Nie minęło dużo czasu, gdy zamajaczyły mi przed oczami wystające spod śniegu wieże Alftand. Dwemerskie ruiny, przez które swego czasu dostałem się do Czarnej Przystani, w poszukiwaniu Pradawnego Zwoju. Dalej powinno być jeszcze łatwiej. Stąd już niedaleko do wąwozu, a stamtąd na stromą ścieżkę w dół, potem dróżka skręcała w lewo i prowadziła na trakt do Zimowej Twierdzy.

     Słońce zaczerwieniło się już, gdy dotarłem do podnóża góry Anthor. Smoka nie było stąd widać, wiec na wszelki wypadek zacząłem iść bardzo ostrożnie. Skierowałem się ku wąskiemu wąwozowi. Ale aby tam dotrzeć, musiałem najpierw wyjść zza skał. Gdy znalazłem się na otwartej przestrzeni, ujrzałem smoczą ścianę w całej okazałości, a na niej wielkie, nieruchome cielsko smoka. Na jego widok zrobiło mi się zimno.

     Pradawny smok! O wiele silniejszy, niż te, z którymi miałem dotąd okazję się potykać. No, z wyjątkiem Alduina… Smoki bowiem wcale nie były jednolitym rodem. Te, z którymi walczyłem do tej pory, były zaledwie namiastką tych, które pojawiły się teraz, po śmierci Alduina. Smoki, zwane pradawnymi, miały znacznie większą moc zniszczenia. Ich Thu’um było tak silne, że wystarczał zwykle jeden lub dwa ataki, aby zabić nawet Smocze Dziecię. A wcale nie były to najsilniejsze gady, bowiem ponoć w Otchłani żyły jeszcze inne, zwane czcigodnymi. To była prawdziwa smocza arystokracja. Ale do tej pory widziałem je tylko na obrazku w książce Esberna. Teraz musiałem zmierzyć się z naprawdę silnym przeciwnikiem. A byłem sam, bez Lydii za plecami i jej niezawodnego łuku. Byle tylko mnie nie zauważył!

     Przywarłem do skały. Ebonowa strzała powędrowała na cięciwę. Sprawdziłem kieszonki kołczana, gdzie tkwiły mikstury uzdrowienia. Nie miałem zamiaru tracić czasu na walkę, ale jeśli mnie zaatakuje, nie będę miał wyjścia, będę musiał się bronić.

     Ostrożnie, krok za krokiem, ruszyłem w stronę skalnej ściany. Do przejścia miałem kilkadziesiąt kroków. Jeśli mi się uda, walki nie będzie.

     Nie udało się…

     Czy to przypadek, czy niezwykła czujność gada – nie wiem do dziś. W pewnym momencie, bez żadnego ostrzeżenia, smok zamachał skrzydłami, wzniecając niemałą zadymkę, po czym oderwał się od ściany i wzniósł w powietrze. Dostrzegł mnie od razu. Zapewne w jakiś magiczny sposób, właściwy smokom. I ruszył na mnie.

     Skręcił gwałtownie, jak atakujący sokół. Zwinność smoków zawsze mnie zdumiewała. Z ogromną prędkością zaczął się zbliżać w moją stronę.

     Zdążyłem wpakować mu strzałę, która wyraźnie nim zachwiała, zanim posłał ku mnie jęzor niezwykle gorącego ognia. Jak to się stało, że nie straciłem przytomności, nie wiem. Ból był porażający. Ręka sama chwyciła fiolkę z miksturą. Wypiłem jedną i drugą… Były to zagęszczone, mocne mikstury obfitego uzdrowienia, zebrane podczas przygód, gdy to myszkowałem po różnych zakamarkach, więc uzdrowiły mnie od razu. Wiedziałem jednak, że na przyszłość będę musiał starannie unikać ataków smoka – inaczej mnie zabije, zanim zdążę sięgnąć po lekarstwo.

     Korzystając z okazji, że smok odleciał na drugą stronę góry, sięgnąłem do plecaka i wypiłem eliksir odporności na ogień, zakupiony w sklepie alchemicznym w Samotni. Od razu poczułem na sobie jego moc. Teraz wręcz zacząłem się modlić, żeby smok zaatakował jak najszybciej, bowiem ten specyfik działał tylko kilkadziesiąt sekund.

     Moje modlitwy zostały wysłuchane. Smok wynurzył się nagle zza góry i poszybował prosto na mnie.

     - Joor-Zah-Frul! – krzyknąłem w jego kierunku.

     Natychmiast otoczyła go błękitna mgiełka i rozpełzła się po jego ciele, jak stado robaków. Smok zatrzepotał bezradnie skrzydłami, po czym zwalił się przez skrzydło prosto na ostry występ skalny. Musiał to być dla niego potężny cios, bowiem przez chwilę leżał bez ruchu. A ja, nie tracąc czasu, podbiegłem do miejsca, skąd doskonale było go widać, z zamiarem naszpikowania go strzałami.

     Zdążyłem wypuścić tylko dwie, zanim ponownie wzniósł się w powietrze. Jednak tym razem zrobił to, niezdarnie, z wyraźnym wysiłkiem, jakby mu coś przeszkadzało. Zawisł nade mną i zionął ogniem, w chwili, gdy wypuściłem strzałę prosto w jego oko.

     Nie wiem, czy trafiła, bo cały mój widok zasłonił jasny, oślepiający płomień smoczego ognia. Na szczęście, niecelny, bowiem spodziewając się tego, przekoziołkowałem w lewo, nie wypuszczając z rąk łuku. A może to działanie mikstury uchroniło mnie od znaczniejszych obrażeń?

     Znów poczęstowałem go Krzykiem. Po krótkiej walce z magią pradawnych bohaterów, spadł z niewielkiej wysokości. Wielkiej krzywdy sobie nie zrobił, ale chwilowo był zupełnie bezbronny. Nie mógł zionąć ogniem, dopóki nie zregeneruje mu się mana. Wznieść się w powietrze, też nie mógł. Jedyne co mógł, to spróbować zaatakować mnie zębami, ale na to byłem za daleko. Posłałem mu jeszcze dwie strzały. A potem jeszcze dwie. Ostatnia wbiła mu się w łeb, w chwili, gdy już się podrywał. Wystarczyło. Wzniósł głowę ku niebu, by po chwili wyzionąć ducha.

     A ja wchłonąłem kolejną smoczą duszę…

     Wiedziałem, że nie mam czasu. Wiedziałem, że muszę czym prędzej udać się do fortu. Ale zew Smoczej Ściany potrafił mnie zniewolić, jak nic innego na świecie. Po prostu musiałem do niej podejść. Musiałem wchłonąć pulsujące słowo. Musiałem. To było silniejsze ode mnie…

     - Iiz – szepnąłem, gdy Słowo rozbłysło echem w mojej głowie. – Lód!

     Dusza ubitego smoka użyczyła mi zrozumienia Słowa. Poczułem nagle moc mrozu, tak ogromną, że potrafiła zamrażać przeciwnika na kamień. Poznałem nowy Krzyk: Lodowa Postać.

Podnóże góry Anthor. Widok na smoczą ścianę.

     Otrzeźwienie przyszło szybko. Z wysiłkiem oderwałem się od Smoczej Ściany i z ciężkimi nogami, jakby odlano je z ołowiu, popędziłem w górę. Słońce już zachodziło. Nie zdążę!

     Musiałem porzucić zamiar wędrówki przełęczą. To było za daleko. Pognałem ku stromemu zboczu, gdy wychyliłem głowę zza skał, ujrzałem w dole ciemniejącą bryłę fortu. Ech, mieć skrzydła jak smok! Byłem tak daleko i tak blisko jednocześnie. Gdyby nie trzeba było iść zboczem, naokoło, może bym zdążył. Ale którędy tu zejść? Skały niemal pionowe…

     Wypatrzyłem nieco łagodniejsze miejsce. Niewiele się namyślając, zsunąłem się po nim na skalną półkę. Poniżej ujrzałem płaski występ. Doskoczę? Powinienem…

     Dałem radę, ale gdy przypadłem do skały, musiałem przez chwilę uspokoić oddech i bicie serca. Mało brakowało! Muszę bardziej uważać, bo martwy na nic się nikomu nie przydam.

     A tu czas goni… Nie mogę sobie pozwolić na odpoczynek.  Trzeba iść dalej. Słońce już zaszło, w ciemnościach łatwo skręcić kark. A ja nie miałem wyboru – musiałem!

     Zsunąłem się po lekko nachylonej ścianie, modląc się w myślach, by ten ciemny kształt pode mną okazał się skalną półką, a nie przepaścią. Miałem szczęście – to był ostry głaz, przypominający menhir, który odłamał się kiedyś od szczytu i opadł na zbocze, zahaczając o jakiś występ. Chybotał się pod moimi stopami, ale nie spadł niżej. Po nim doczołgałem się do dolnego występu, na którym pół leżał, pół stał. Tam już nie było wysoko do sporego piargu, jaki powstał pod szczytem. Trochę się pokaleczyłem, zeskakując, ale nie dbałem o to. Zaklęcie „Leczenie” pomogło mi stanąć na nogi. Jeszcze kilka susów, kilka ostrożnych kroków i jeden ryzykowny skok. Stanąłem na drodze, ciężko dysząc. Było to najszybsze zejście ze szczytów, jakiego do tej pory miałem okazję dokonać. Gdy zerknąłem w górę, zdziwiłem się, że w ogóle mi się udało. Cud, że jeszcze żyję!

     Zdjąłem na chwilę hełm, pozwalając, by chłodne powietrze ochłodziło nieco moje skronie. Chwilę trwało, zanim uspokoiłem oddech na tyle, by móc iść dalej. Ruszyłem w stronę majaczącego opodal fortu, gdy nagle dziwny dźwięk sprawił, że przystanąłem, nadstawiając uszu. Co to?...

     Spóźniłem się. To były odgłosy walki. Nasi zaatakowali…

     Nie było sekundy do stracenia. Przypuszczając słusznie, że strażnicy byli teraz zajęci bitwą, nie bawiąc się w żadne skradanie, co tchu pobiegłem do miejsca, w którym, jak pamiętałem, znajdowało się tajne wejście. Chwilę trwało, zanim je wymacałem i wsunąłem się wnętrza. Dyszałem jak kowalski miech, więc nawet nie starałem się iść cicho. Szybko, ze strzałą na cięciwie, przesunąłem się przez spiżarnię i pokój służbowy. Były puste. Dopiero, gdy doszedłem do schodów, pokazał się jeden z żołnierzy. Nie zauważył mnie. Śmierć przyszła na niego znienacka.

     Więzienia nikt nie pilnował. Wszyscy wartownicy wybiegli zapewne na dziedziniec, gdy ogłoszono alarm. Chwyciłem leżący na stole klucz i zbiegłem na dół, gdzie znajdowało się właściwe więzienie.

     Przy schodach znajdowały się skrzynie, w których chowano dobytek, zabrany więźniom. Otworzyłem jedną z nich i gwizdnąłem przez zęby. Niezła zbrojownia! A wszystko cesarskie – miecze, tarcze, zbroje… Świetnie, przynajmniej z wyposażeniem więźniów nie będzie problemu. Zbiegłem na sam dół.

     Uwięzieni żołnierze podnieśli głowy. Ujrzawszy cesarską zbroję, najbliższy przypadł do krat i zawołał mnie. Wsunąłem klucz do zamka. Jeden ruch – i krata otworzyła się.

     - Mamy ludzi na zewnątrz – zawołałem na tyle głośno, aby usłyszano mnie również w sąsiednich celach. – Przejmujemy fort. Szybko, nasi walczą na dziedzińcu. Trzeba ich wspomóc.

     - Dobrze – żołnierz wyszczerzy zęby. – Mam trochę rachunków do wyrównania!

     - Dajmy tym gnojom nauczkę! – syknął następny, wychodząc z celi.

     - Wasze wyposażenie jest w tamtych skrzyniach – wskazałem. – Nie ma chwili do stracenia. 

     Nie trzeba było ich popędzać. Rwali się do walki jak zadziorne koguty. Po kolei dopadali skrzyń i sobie tylko znanym sposobem odnajdywali własne zbroje. Złapali za miecze i tarcze. Minęła zaledwie chwila, a już miałem przed sobą oddziałek doborowych żołnierzy.

     - Za mną – rzuciłem i popędziłem na schody, ku wyjściu.

     Na dziedzińcu walka trwała w najlepsze. Nacierający Cesarscy nie zdobyli przewagi, ale i Gromowładnym nie udało się ich odepchnąć. Siły były bardzo wyrównane. Walka przerodziła się w kilkanaście jednoczesnych pojedynków. Na śniegu leżało kilku poległych.

     Nie zdążyłem wydać żadnej komendy. Byli więźniowie z posępnym wyciem uderzyli na wroga.

     Gromowładni nie spodziewali się ataku od tyłu. Zapewne nawet nie zdawali sobie sprawy, że do fortu prowadzi inne wejście. Nasz atak całkowicie wytrącił ich z równowagi. Kilku odwróciło się w naszą stronę, czego nie omieszkali wykorzystać ścierający się z nimi legioniści. Szereg wojów w błękitnych opończach zachwiał się. Linia obrony pękła, a potem rozsypała się w puch. Jeszcze ten i ów bronił się wielkim toporem, albo mieczem przed najczęściej dwoma atakującymi go Cesarskimi, jeszcze kręcili młyńce i próbowali kąsać, ale przewaga gwałtownie przechyliła się na stronę Cesarskich. To już był początek końca.

     - Gromowładni poddajcie się! – zawołałem. – Obiecuję wam przyzwoite traktowanie. Słowo cesarskiego oficera!

     W odpowiedzi jeden z nich zamachnął się na mnie dwuręcznym brzeszczotem. Uniknąłem ciosu i uderzyłem go przez hełm płazem miecza.

     - Poddajcie się! – powtórzyłem. – Dość już bratniej krwi rozlano!

     Gromowładny zarechotał złowróżbnie.

     - Bracia! – krzyknął. – Tak walczą Cesarscy! Zraniony paluszek i zaraz rzucają broń! Pokażmy im, jak umiera Nord! Za Skyrim!

     I natarł na mnie z furią rozszalałego tygrysa.

     Nie zdołał jednak mnie dosięgnąć. Krok w tył pozwolił mi uniknąć ciosu. Krok w przód dla skrócenia dystansu. Trzaśnięcie tarczą w twarz lekko go zamroczyło. Cios sztychem pod przyłbicę dokończył dzieła.

     Dziedziniec fortu zasłał się ciałami. Pozostali wydali okrzyk zwycięstwa.

     A gdzie Hadvar? Poszukałem wzrokiem srebrzystej zbroi trybuna. Żywy! Klęczał na śniegu, trzymając się za udo, z którego wyciekała krew. Rzuciłem w jego kierunku zaklęcie „Uzdrawiający Dotyk”. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

     - Świetna robota – rzekł. – Nie dalibyśmy rady bez ciebie. Skąd się tu wziąłeś?

     Opowiedziałem mu o tajnym przejściu, jednocześnie lecząc rany pozostałych. Czterech niestety nie udało się odratować. Ech, co bitwa, to więcej poległych! 

     - Szkoda, że nie wiedziałem o tym wcześniej – pokiwał głową.

     - Pech – wzruszyłem ramionami. – Zjawiłem się za późno.

     - Awansowałeś – uśmiechnął się. – Gratuluję!

     - To przez to pewnie zjawiłem się za późno – prychnąłem, wspominając swoją spóźnioną pobudkę. – Jak się czujesz?

     - Już dobrze – zapewnił. – Zbadajmy fort.

     Wydał kilka komend i ruszył wraz ze mną w kierunku górnego budynku. Były tam kwatery żołnierzy i rodzaj kantyny. Nikogo. Za to żywności było sporo, na jakieś dwa tygodnie. Usiedliśmy przy jednym ze stołów i Hadvar sięgnął po stojącą a nim butelkę miodu. Tryknęliśmy się cynowymi kubkami.

     - Zaniesiesz wiadomość? – spytał.

     - Zaniosę – odparłem.

     - Mógłbym posłać kuriera, ale ty dotrzesz prędzej – uśmiechnął się. – Rikke pewnie zajęła już Zimową Twierdzę. Zawsze tak działamy. Jednoczesne uderzenia na fort i miasto.

     - Zajmie Akademię? – spytałem z niepokojem.

     Potrząsnął głową.

     - Akademia jest neutralna i apolityczna. Cesarstwo to szanuje. Zajmujemy miasto i forty. Po prostu, wykurzamy stamtąd rebeliantów i na tym się kończy. Cesarstwo nie rusza cywilów.

     Pokiwałem głową.

     - Zresztą, pewnie i tak nie udałoby się zająć Akademii – zaśmiał się Hadvar. – Magowie by na to nie pozwolili.

     Łyknęliśmy miodu. Był to pośledni czwartak, ale żołnierz nie wybrzydza. Ważne, że rozgrzewał.

     - Ruszysz z rana? – spytał.

     Potrząsnąłem głową.

     - Ruszę zaraz – odparłem. – Czuję się jeszcze całkiem na chodzie, a im wcześniej sztab się dowie, tym lepiej.

     - Czekaj, naskrobię jakiś raport – westchnął, wyciągając z sakwy przybory do pisania. – Jak ja nie lubię tych papierów!

     - Taki los oficera – zaśmiałem się.

     Spojrzał na mnie spod brwi.

     - Też tak masz?

     Nie wiem – odparłem. – Noszę to zaledwie od kilku dni. Te szybkie awanse przyprawiają o zawrót głowy.

     - Lepiej się przyzwyczaj – odrzekł tajemniczym tonem. – Tulius chce cię mieć w sztabie.

     Wzruszyłem ramionami.

     - Musiałbym chyba zostać legatem – mruknąłem.

     - Zakład, że nim zostaniesz? – zaśmiał się Hadvar. – Ty nie jesteś byle kim. Legat to dla ciebie odpowiednia szarża.

     - Taaa – mruknąłem popijając miód. – Cesarz pewnie osobiście mnie mianuje. Marzy o tym. Nie może się już doczekać…

     Hadvar nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się, skrobiąc coś na papierze. Na koniec posypał go piaskiem i strzepnął nadmiar. Zwinął i zapieczętował.

     - No, to powodzenia – rzekł, wręczając mi zwój. – Wróć do obozu, i przekaż wieści o naszym zwycięstwie. Ja zostanę i posprzątam ten bałagan.

     - Rozkaz, trybunie – uśmiechnąłem się, chowając dokument do plecaka. – Wciąż jesteś wyższy stopniem.

     - Wierz mi, że to już niedługo – klepnął mnie w plecy. – Uważaj na siebie.

     Coś mi się przypomniało, ale nie wiedziałem, czy wypada go o to pytać. W końcu przemogłem się.

     - Hadvarze… Czy pamiętasz Ralofa? – spytałem nieśmiało. – Tego Gromowładnego, co miał zostać ścięty w Helgen, razem ze mną…

     Posmutniał.

     - Czy go znam? – westchnął. – Wychowaliśmy się razem. Był towarzyszem moich dziecięcych zabaw i najlepszym przyjacielem.

     Zamilkł, ale tylko na chwilę, bowiem zaczął ciągnąć dalej.

     - Kiedyś, byłem już wtedy legionistą, aresztowano jego kuzyna. Nie wiem, pod jakim zarzutem. Przyszedł z tym do mnie. Prosił o jego uwolnienie. A ja? Cóż ja mogłem? Byłem szeregowym żołnierzem, bez żadnych wpływów. Nie wiedziałem nawet, gdzie i przez kogo został aresztowany. Zresztą, to jest legion. Tu obowiązują rozkazy. Co może zdziałać zachcianka jednego szeregowca? Powiedziałem mu, że nic nie da się zrobić. Spojrzał na mnie wtedy z takim wstrętem… Podobno jeszcze tego samego dnia zaciągnął się do Gromowładnych. Ostatnio widziałem go w Helgen. Nie wiem, co się z nim dzieje. Nie wiem nawet, czy żyje.

     Zamilkł, ze smutnym wzrokiem, wbitym w stół. Nie ciągnąłem go za język. Rozumiałem jego smutek i, o dziwo, rozumiałem też Ralofa. Trudno było mu pojąć, że Hadvar musi robić to, co mu każą, pomimo przyjaźni, jaka ich łączyła. Gromowładni nie stanowili wojska w pełnym tego słowa znaczeniu. Byli odważni, umieli świetnie walczyć i nade wszystko cenili sobie honor. Ale nie rozumieli potrzeby bezwzględnej dyscypliny i podporządkowania się dowództwu. Składali się wojowników, byli mieszaniną indywidualności. W pojedynkę niezwyciężeni. Ale w grupie, gdzie konieczna była koordynacja i sprawne manewry, przegrywali na wszystkich frontach.

     Tymczasem Hadvar odprowadził mnie na zewnątrz. Powietrze było chłodne i rześkie. Uściskaliśmy się serdecznie. Nic tak nie zbliża jak wspólna walka przeciwko wspólnemu wrogowi. Skierowałem się ku bramie.

     Minąłem wartownika i wyszedłem na trakt. Najkrótsza droga prowadziła przez Alftand, w pobliżu góry Anthor. Noc zapowiadała się pogodna, jasna i księżycowa. Wiatru prawie nie było. Trzeba tylko uważać na śnieżne trolle. Traktem i przełęczą będzie za długo. Skręciłem więc w prawo, w kierunku Zimowej Twierdzy.

     Maszerowałem dziarsko, a jednak cicho, jak miałem w zwyczaju. Co jakiś czas przywoływałem zaklęcie „Wykrycie Życia”. Kilkakrotnie zaświeciły mi w ciemności purpurowym blaskiem sylwetki niewielkich zwierząt. Czasem lis, czasem górska koza. Raz nawet coś większego, chyba wilk, ale tym razem inteligentniejszy niż inne, bo nie zaatakował. Że mnie wyczuł, nie miałem wątpliwości.

     Niezadługo skręciłem z traktu i zacząłem wspinać się pod górę stromą ścieżką. Tu już nie było tak łatwo, bowiem to przejście stanowiło teren łowiecki śnieżnego trolla. Zaklęcie pozwoliło mi wykryć go z daleka. Znakomity łuk dokończył dzieła. Położyłem go jedną strzałą.

     Minęły już czasy, gdy musiałem wpakować w potwora pół kołczana. Szklany łuk niósł o wiele dalej niż myśliwski, a strzałom nadawał niemal dwukrotnie większą prędkość. Zaklęcie ognia bardzo osłabiało zdolności regeneracyjne trolla. Same strzały też miałem dużo lepsze niż w przeszłości. Gdy dobrze poznałem tutejsze źródła zaopatrzenia, nie miałem już kłopotów ze zdobyciem strzał dwemerskich, czy ebonowych. Elfie i szklane umiałem już wykonywać sam, co było wprawdzie pracochłonne, ale dawało pociski najprzedniejszej jakości. Nie bez znaczenia były też moje umiejętności strzeleckie. Już jako świeży przybysz radziłem sobie nieźle z łukiem, ale tu nauczyłem się też zachowania moich przeciwników. Wiedziałem, gdzie trzeba mierzyć, gdzie są słabe punkty. Wprawa też robiła swoje. Ruchy miałem już tak wytrenowane, że celować musiałem tylko w wyjątkowych wypadkach – zwykle łuk sam strzelał tam, gdzie kierowałem wzrok. Jakoś tak sam z siebie… 

     Po pewnym czasie ścieżka ustąpiła nieco ze swą stromizną. Doszedłem do miejsca, z którego poprzednio zaczynałem zsuwać się na skróty. I nagle, w jasnym blasku Księżyca, ujrzałem na skraju drogi jakieś regularne cienie. Podszedłem bliżej.

     Był to potrzaskany wóz. Wokół leżały poszarpane zwłoki trojga ludzi: dwóch mężczyzn i kobiety. Wyglądało na robotę trolla, może nawet tego samego, którego przed chwilą upolowałem. Zwłoki były zimne i trudno było stwierdzić, kiedy potwór ich zamordował. Mogło to być wczoraj, mogło i przed miesiącem. Panujący tutaj ciągły mróz zapobiegał rozkładowi ciał. Nie miałem jak oddać im ostatniej posługi. Poleciłem tylko ich dusze Arkayowi. I zrobiłem to jakoś machinalnie, jakby śmierć tych ludzi nic mnie nie obeszła.

     Nic tu po mnie. Poszedłem dalej. Prosto w kierunku wąwozu. Zdziwiony, że w tak krótkim czasie tak bardzo spowszedniała mi śmierć.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Rozdział VIII – Szlify

     Obóz już był prawie zwinięty, gdy zameldowałem się u Rikke. Została tylko kuchnia polowa. Zauważyłem, że żołnierzy jest znacznie mniej. Z taborów też niewiele pozostało. Sama legat wydawała się być lekko podenerwowana. Mimo to, z zadowoleniem przyjęła mój raport.

     - Dobra robota – skinęła głową. – Powierzenie tej misji tobie było właściwym wyborem.

     Nie wiem, czy chwaliła mnie, czy sama siebie, za dokonanie tego wyboru. Następnie zarządziła odprawę.
Kilku podoficerów zebrało się wokół niej. Z rzucanych krótko komend domyśliłem się, że obóz zostaje przeniesiony. W dodatku żołnierze szykują się do jakiejś akcji. Byłem ciekaw, co zamierzają, ale wiedziałem, ze takiego pytania zadać mi nie wolno. Cierpliwie czekałem, aż przyjdzie kolej na mnie. W końcu Rikke spojrzała na mnie uważnie i donośnym głosem oznajmiła.

     - Twoim celem jest fort Dunstad!

     Nadstawiłem ucha.

     - Dołącz do przygotowujących się przed atakiem żołnierzy. Potem wypleńcie razem rebeliantów. Gdy zwyciężycie, obsadzimy fort!

     Czyli walka. Przynajmniej będzie honorowo.

     Pokazała mi na mapie punkt zborny. Według jej słów, miał tam na mnie czekać oddział doborowych żołnierzy. Moim zadaniem było wspomóc ich w zdobyciu fortu Dunstad, który zdążyłem już poznać i to nie tylko tej nocy.

     - I co, żołnierzu? – spytała żartobliwie. – Podejmiecie się tego zadania?

     Zawsze zapominam, że rozkaz trzeba potwierdzić!

     - Ten fort już należy do nas! – zapewniłem.

     Uśmiechnęła się tajemniczo.

     - Wiedziałam, że mogę na was liczyć, żołnierzu!

     Ten uśmiech mnie zastanowił. Gdy odchodziłem w kuchni, opanowała mnie myśl, że to kolejna próba. W co ona ze mną gra?

     Do fortu Dunstad było stosunkowo blisko, a plan przewidywał atak w nocy. Obijałem się więc prawie przez cały dzień. Udało mi się nawet zdrzemnąć na jednym z wozów. Niedługo, ale wystarczyło, żeby zregenerować siły. W wojsku nigdy nie wiadomo, kiedy będzie następna okazja do zmrużenia oka.  Dopóki nie zostałem legionistą, nie miałem pojęcia, że można spać na zapas, w dodatku na rozkaz. Tutaj szybko nauczyłem się tej sztuki. Późnym popołudniem napełniłem sobie żołądek gorącą, gęstą polewką i bezzwłocznie wyruszyłem w drogę.

     Najlepszym momentem na atak jest końcówka nocy, tuż przed świtem. Żołnierze na warcie są wtedy najbardziej zmarznięci i zmęczeni, a ci, co nie mają służby, chrapią w najlepsze. Ja dotarłem na miejsce grubo po północy, gdy wysłani do walki żołnierze zbierali się już w umówionym punkcie, przy trakcie po północnej stronie fortu.

     Udało mi się podejść ich tak, że mnie nie zauważyli.

     - Chwała Cesarstwu – odezwałem się cicho, dając znać, że jestem ze swoich.

     Najbliższy błyskawicznie dobył miecza, ale poznawszy mnie, schował go na powrót do pochwy.

     - Chwała – odpowiedział.

     Powtórzyło to półgębkiem kilku najbliższych.

     Znałem tego żołnierza. Był w obozie w Bieli. Zwał się Sivius i miał stopień decuriona.

     - Kto tu dowodzi? – spytałem.

     Żołnierze spojrzeli na mnie zdziwieni.

     - Jak to, kto? – wybąkał jeden z nich.

     - No… - zająknąłem się. – Ma jakieś imię, prawda?

     Odpowiedziało mi skonfundowane milczenie. Powiodłem zdziwiony po ich twarzach.

     - Nie macie dowódcy? – spytałem.

     - Mamy – odrzekł Sivius niepewnym tonem.

     - No więc? Kto to?

     -Ty, kwestorze…

     Aż mnie zamurowało! To ja mam dowodzić tą akcją? Nie potrafię! Zrobiło mi się gorąco. A na domiar złego, nie mogłem im pokazać po sobie, że nie wiem co robić.

     Chrząknąłem zakłopotany.

     - Nie poinformowano mnie, że to ja mam dowodzić – miałem nadzieję, że głos mi nie drży. – Ale skoro tak, to…

     Próbowałem sobie szybko przypomnieć, co powinien zrobić dowódca. Nigdy mnie tego nie uczono, więc nie było niczego do przypominania. Cóż, nie miałem o tym pojęcia. Tyle tylko, że pamiętałem, jak zachowała się Rikke pod Korvanjund.

     - Jak wygląda sytuacja? – spytałem, próbując nadać swemu głosowi zdecydowany ton..

     - Z tobą jest nas dwudziestu dwóch, kwestorze – zameldował żołnierz. – W forcie stacjonuje góra trzydziestu Gromowładnych, albo trochę mniej. Nie dało się zaobserwować dokładnie. Dwie bramy, strzeżone przez wartowników, do tego dwóch innych na murach. Bramy nie są zabarykadowane.

     Dwudziestu dwóch… Mizerne te nasze siły. Wróg miał liczebną przewagę, w dodatku siedział za murami. Ale czyż nie oczyszczaliśmy swego czasu fortów tylko we dwójkę? Raz było to nawet ten fort, kiedy to razem z Lydią, wytrzebiliśmy z niego zbójów. Dużo to nie dało, bo szybko obsiadła go inna banda, ale miałem okazję poznania rozkładu pomieszczeń. Teraz również mieliśmy okazję ich zaskoczyć.

     - Który zna fort?

     Zgłosiło się dwóch, w tym Sivius. Sam byłem trzeci. Zbiliśmy się w krąg.
Fort Dunstad kontroluje trakt, wiodący do Gwiazdy Zarannej. Podzielony jest na część cywilną, gdzie znajduje się gospoda, i wojskową, zawierającą koszary.

     - Najlepiej byłoby się rozdzielić i zaatakować z dwóch stron – oznajmiłem, rysując po śniegu końcem łuku prowizoryczny plan fortu. – Ale nie damy rady przekraść się niepostrzeżenie do drugiej bramy. Musimy zaatakować stąd, całością sił. Wejdziemy północną bramą. Najpierw jednak trzeba zdjąć wartowników. Który dobrze strzela? Ty, dobrze, ktoś jeszcze? Ty, w porządku. Waszym zadaniem będzie zdjęcie wartowników i potem pilnowanie murów. Ktokolwiek znajdzie się na murach, ustrzelić. Potem się rozdzielamy. Dziesięciu, pod dowództwem Siviusa, bierze więzienie i kwaterę komendanta. Są tutaj – wskazałem końcem łuku na znaki na śniegu. – Reszta idzie ze mną i bierze na siebie główny budynek, gdzie są koszary. Jak się uda ich zaskoczyć, nie powinno być dużo roboty. Pytania?

     Jeden z żołnierzy podniósł dłoń.

     - Kto zdejmie pierwszego wartownika?

     - Dobre pytanie – odparłem. – Ja to zrobię. Będzie to zarazem sygnał, że wkraczamy do środka. Jeśli się uda zrobić to niepostrzeżenie, skradamy się dalej. Spróbujemy zlikwidować najpierw strażników, a potem wejść do budynków. Jeśli podniosą alarm, wchodzimy szturmem. Ale jeśli nie, idziemy na paluszkach, łucznicy z przodu. Najdłużej jak się da. Coś jeszcze?

     Nie było więcej pytań. Szybko podzieliliśmy się na dwa oddziały. Sięgnąłem po łuk. To samo zrobiło dwóch innych żołnierzy. Reszta dobyła mieczy i powoli, dbając by nie zabrzęczała nam broń, zaczęliśmy się skradać w kierunku ciemnej bryły fortu, majaczącej przed nami. Trudno się skradać z wyciągniętym orężem, ale to była konieczność. Dobycie tylu mieczy tuż pod nosem wroga, zawsze wywoływało brzęk, który w nocnej ciszy brzmiał zadziwiająco donośnie.

     Podeszliśmy na nie więcej, niż dwadzieścia kroków od wieży. Ciemna sylwetka wartownika wyraźnie odcinała się na tle szarego nieba. Napiąłem łuk.

     Wartownik nawet nie westchnął. Płonąc bladym płomieniem, zwalił się z wieży, na szczęście na śnieg, więc nie narobił hałasu. Stuknąłem w ramię dwóch łuczników i cichcem wślizgnęliśmy się do fortu. Reszta poszła za nami.

     Na migi wskazałem żołnierzom strażnika, przechadzającego się po murze. Posłali mu jednocześnie dwie celne strzały. Drugiego nie było widać. Trzeciego, stojącego na wieży, zdjąłem sam. Jak na razie wszystko szło dobrze. Rozdzieliliśmy się. Grupa Siviusa przeszła pod kamienną bramą, prowadzącą na drugi dziedziniec. I tu szczęście nas opuściło.

     Ostatni strażnik dojrzał jego żołnierzy i zaalarmował pozostałych, zanim łucznik go uciszył strzałą w gardło. Odwrotu nie było.

     Gromowładni wypadli ze wszystkich pomieszczeń, dzierżąc broń, ale w większości nie mieli na sobie zbroi. Bywało, że wybiegli w samych koszulach. Zapewne wyrwani ze snu. Wybiegali prosto na nasze miecze i tarcze. Zgubiło ich też zamiłowanie do ciężkiej, dwuręcznej broni. Ściskając ich tarczami w wąskim przejściu, nie daliśmy im okazji do rozmachu wielkimi toporami i ogromnymi brzeszczotami, podczas gdy cesarskie, jednoręczne miecze, do spółki z łukami, zbierały pośród zaskoczonych żołnierzy krwawe żniwo. Poradziliśmy sobie z nimi, tracąc zaledwie jednego człowieka.

Gromowładni. Zdjęcie wykonano we Wschodniej Marchii. Znakiem rozpoznawczym była niebieska opończa, narzucona na kirys. Na głowach przeważnie nosili charakterystyczne norskie przyłbice.

     Sivius miał mniej szczęścia. Okazało się, że w więzieniu urządzono dodatkowe kwatery i część Gromowładnych stacjonowała właśnie tam. W dodatku, była to grupa, która nad ranem miała objąć wartę i wyskoczyła w pełnym uzbrojeniu. Wybiegli na mur i zaatakowali ich na schodach. Stracił dwóch ludzi, zanim udało mu się ich pokonać.

     Gdy bitwa dobiegła końca, wbiegliśmy do pomieszczeń. Tam jednak nikogo nie było. Ani w koszarach, ani w gospodzie.

     Żołnierzy nie udało mi się odratować. Gdy klęknąłem nad nimi, z zaklęciem „Uzdrawiający Dotyk”, już nie żyli. Za to udało mi się zaleczyć kilka groźnych ran u pozostałych. W tym samym czasie dwóch innych żołnierzy próbowało uspokoić dwa ocalałe i oszalałe ze strachu konie. Dwa inne padły w ferworze walki, gdy zerwały się z pęt i jak oszalałe zaczęły biegać tam i z powrotem.

     No cóż, przynajmniej żołnierze mieli koninę na obiad. Odpadało zaopatrzenie w żywność przez jakiś czas.

     Z Gromowładnych nie ocalał nikt. Naliczyłem dwadzieścia sześć ciał. Nordowie w ogóle nie rozumieją pojęcia poddania się. Walczą zawsze do końca. Gdyby byli przygotowani na nasz atak, roznieśliby nas w puch. Ale zaspani, w koszulach, na boso i w ciasnym przejściu, byli łatwym przeciwnikiem.

     Usiadłem na stopniach, prowadzących na mur i zdjąłem hełm. Fort został zdobyty.

     Sivius podszedł do mnie, w oczekiwaniu na rozkazy.

     - Najpierw straże – powiedziałem. – Wystaw straż. Podwójną! Potem zabarykaduj dobrze obie bramy. Masz mało ludzi, postaram się przysłać więcej. Potem możesz kilku dać do robienia porządku. Ciała wydamy Gromowładnym przy najbliższej okazji… Jest mroźno, nic się z nimi nie stanie. Acha, i spisz mi imiona poległych żołnierzy. Coś jeszcze?... Ach, najważniejsze. Obejmiesz dowództwo do czasu, gdy przyślą regularną obsadę.

     - A ty, kwestorze?

     - A ja pójdę powiadomić dowództwo, że fort zdobyty.

     Zasalutował i odszedł. Nie potrzebował dalszych instrukcji. Był to już doświadczony wyga i wiedział, co należy robić. Decurionem nie zostawał ktoś, kto nie potrafił dowodzić.

     A ja nadal siedziałem na schodach i próbowałem zebrać myśli. Przyznaję, że to zwycięstwo mnie nieco oszołomiło. Oto dowodziłem szturmem i to w dodatku skutecznie. Oczywiście, miałem potężny atut, w postaci świetnie wyszkolonych żołnierzy, ale i tak można było spaprać tę robotę jednym głupim rozkazem. Czyli jednak nie byłem taki najgorszy! Na strategii ani taktyce w polu nie znałem się zupełnie, ale tam, gdzie trzeba było działać po cichu i sposobem, umiałem sobie radzić. Cóż, udowodniłem, że zasłużyłem na dystynkcje kwestora. Głównie samemu sobie, bo Tulius chyba nie miał wątpliwości.

     Konie udało się w końcu uspokoić, ale dopiero po uprzątnięciu obu padłych sztuk. Żołnierze zawlekli je w stronę gospody, gdzie dwóch zabrało się za ich odzieranie. Po chwili oba pozostałe wierzchowce spokojnie stały przy żłobie. Zaczęło się robić jasno, aczkolwiek dzień zapowiadał się pochmurny. Wyciągnąłem mapę.

     Miałem do wyboru dwie drogi. Kusiło mnie, żeby wziąć jednego konia i pojechać do obozu konno. Cała trudność polegała na tym, że mogłem wtedy jechać jedynie traktem, bo innych dróg, nadających się dla konnych tu nie było, a ta mogła zostać obsadzona przez Gromowładnych z Gwiazdy Zarannej. Mogłem też iść pieszo na przełaj, przez wertepy, gdzie było bezpieczniej, ale droga męcząca, a ja potrzebowałem odpoczynku. W dodatku zaczął prószyć śnieg, a gdy się rozjaśniło zupełnie, niebo pokazało ciemne chmury, zapowiadające śnieżycę. Niebezpiecznie było iść na przełaj. Po namyśle, zdecydowałem się na podróż konno. Nie byłem dobrym jeźdźcem, ale konie wydawały się łagodne. Wybrałem krępego, niewysokiego, długogrzywego srokacza, który wydał mi się spokojniejszy.

     - Zabarykadujcie, jak tylko wyjadę – rzuciłem w stronę żołnierzy przy bramie.

     Z gospody zabrałem trochę żywności, wskoczyłem na siodło i… Koń z wolna pokłusował po kamienistym trakcie.

     Spróbowałem nałożyć na siebie płaszcz kultysty. Był obszerny, ale nie na tyle, by wejść na moją zbroję. Narzuciłem go więc tylko na ramiona i zapiąłem najwyższą haftkę pod szyją. Nie chodziło mi o ochronę przez zimnem, aczkolwiek tę również zyskałem. Chodziło mi o to, że płaszcz był zaklęty i moja mana regenerowała się w nim o wiele szybciej. A zużywałem jej sporo, rzucając raz po raz zaklęcie „Wykrycie Życia” ze Szkoły Przemiany, we wszystkich miejscach, które wydały mi się podejrzane. To było bardzo przydatne zaklęcie, ale należało do grupy wysokoenergetycznych i zużywało momentalnie niemal całą moją manę. Wiele lat minęło, zanim nauczyłem się nim posługiwać tak, aby w miarę regularnie lustrowało przestrzeń wokół mnie.

     Niedaleko Gwiazdy Zarannej od traktu odbijał szlak na zachód. Skręciłem i popędziłem konia, chcąc znaleźć się jak najdalej od miasta. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, jaką Rikke przygotowała mi niespodziankę.

     Zbliżałem się już do obozu, gdy gdzieś tam, z tyłu głowy, zajarzyło mi się źródełko niepokoju. Jeszcze nie wiedziałem, co jest nie tak, ale ściągnąłem wodze i zacząłem poruszać się powoli, rozglądając się na boki. „Wykrycie Życia” niczego nie wykryło. Czego więc się boję?

     Gdy wreszcie dotarło to do mnie, aż się uśmiechnąłem. Ech, Wulf, chyba jesteś za bardzo zmęczony, żeby myśleć! No właśnie, niczego nie wykryłem, podczas gdy za wzgórzem wszystko powinno być niebieskie!

     Zaklęcie to sprawia, że wszystkie żywe istoty zaczynają w oczach maga świecić. Światło to widzi tylko mag, rzucający zaklęcie, ale za to dostrzega je również, gdy obiekt jego poszukiwań znajduje się za zasłoną. Światło to przenika przez mury i naturalne przeszkody. Zobaczyć można zarówno ludzi, jak i zwierzęta. Jakby tego było mało, zaklęcie to rozróżnia istoty nastawione do maga pokojowo, które rozjaśnia błękitnym światłem, i wrogo, które jarzą się purpurą. Podobnie rozróżnia zwierzęta udomowione i dzikie, niekoniecznie wrogie. Któż bowiem bałby się lisa, albo królika?

     W obozie po prostu nikogo nie było.

     Gdy podjechałem bliżej, zauważyłem, że nie było też obozu. Jedynymi śladami, świadczącymi o tym, że obozowali tu Cesarscy, był wydeptany śnieg i ciemna ziemia w miejscach, gdzie stały namioty. Nawet krąg paleniska został rozebrany, a kamienie rozrzucone. Gdy popada śnieg, a właśnie padał, nikt nie zorientuje się, że obozował tu Legion.

     No dobrze, ale dokąd ja mam się teraz udać?

     Tropienie na śniegu jest bardzo łatwe, zwłaszcza, gdy tropi się kilkuset żołnierzy, wraz z taborami. Problem w tym, że ślady prowadziły w trzy różne strony. Widocznie grupa rozdzieliła się na mniejsze i każda podążała gdzie indziej. Za którą mam iść? Spróbowałem myśleć tak jak Rikke. Nie opuściłaby swoich ludzi, więc zapewne idzie z największą grupą. Skierowałem się więc na zachód, gdzie poszła niemal połowa wojska. Tymczasem śnieg padał coraz intensywniej. Zakląłem szpetnie. Niedługo zasypie ślady i tyle będzie z mojego tropienia! W lesie dałbym sobie radę mimo to. Taka gromada zawsze pozostawi inne ślady. Tu złamana gałązka, tam drzewo, odarte z kory, tam gdzieś na gałęzi oszroniały i błyszczący w słońcu koński włos, czy też na ziemi to, co konie produkują nieustannie, a w co bardzo nie chciałem wdepnąć. Ale na tym pustkowiu? Zresztą, po co żołnierze mieliby iść na zachód? Tam był Morthal i mokradła, cały czas w rękach cesarskich.

     A śnieg rozpadał się na dobre. Z nieba nie prószyły już płatki, tylko leciały gotowe zaspy!

     Szybko zgubiłem nie tylko ślady, ale i poczucie kierunków. Trzeba było urodzić się Nordem, żeby w tej śnieżycy znaleźć drogę. Nordem, albo… zwierzęciem! I ta myśl wydała mi się najszczęśliwsza. Jedyne, co mogłem zrobić, to zdać się na instynkt swojego wierzchowca. Gdy puściłem mu wodze, sam polazł, sobie tylko znanym sposobem wynajdując ścieżki. Wkrótce jego podkute kopyta zadzwoniły inaczej – znak, że znalazł brukowany trakt, choć bruku spod śniegu nie było widać. Ruszył drogą, ale nie wiedziałem nawet, w którą stronę idzie. Otuliłem się szczelniej płaszczem, bowiem wiatr się każdą szczeliną.

     Dopiero teraz doceniłem cesarską, skórzano-stalową zbroję. Do tej pory wciąż żałowałem, że nie mam na sobie lekkich i mocnych elfich skorup. Ale było coś, czym cesarska zbroja biła elfią na głowę - trzymała ciepło. Elfia zbroja już dawno pokryłaby się szronem i skutecznie przyprawiałby mnie o dreszcze. Ta była jak ciepła kurtka i jedynie w odsłonięte nogi i ramiona było trochę zimno, bowiem pod zbroją miałem jedynie płócienną bluzę i takież spodnie. Jedynie w przypadku dłoni stara zbroja miała przewagę. Elfie, pełne, pięciopalczaste rękawice były mimo wszystko cieplejsze, niż skórzane karwasze, osłaniające tylko przedramiona i grzbiety dłoni, które ukryłem w połach płaszcza.

     Tymczasem szlak prowadził w las. Tu było cieplej, ale niewiele przyjemniej. Ucichł wprawdzie gwiżdżący wiatr, ale zamienił się w ponury szum drzew. Ja kuliłem się na siodle, podczas gdy koń jednostajnym, kołyszącym krokiem dreptał przed siebie, nieczuły na zimno i zapewne na głód, bowiem ilości paszy, jakie potrafiły pochłonąć konie, zawsze mnie zadziwiały.

     Zmierzchało już, gdy koń zjechał z traktu, a ja zziębnięty i wygłodniały – bo ziąb była taki, że nie umiałem się przemóc, żeby rozpiąć płaszcz i sięgnąć do torby z sucharami – ujrzałem przed sobą strzechy Morthalu. Strażnik zatrzymał mnie, a ja, skostniały, ledwo zlazłem z konia.

     - Kwestor Wulfhere – przedstawiłem się. – Szukam naszego garnizonu.

     W Morthalu nie było cesarskiego garnizonu, ale wszyscy strażnicy pochodzili z Legionu. Strażnik poradził mi, żebym przenocował w gospodzie, a rano ruszył do sztabu, co też postanowiłem uczynić. Ledwo odtroczyłem swoje manele, koń zawrócił i udał się w drogę powrotną.

     - Hej, dokąd! – podbiegłem i złapałem go za uzdę.

     Koń stanął, ale widać było, że uparte bydlę wybiera się z powrotem i żadna siła nie zmusi go do spędzenia nocy w Morthalu. Zaciągnąłem go w pobliże gospody, gdzie znajdowała się niewielka stajenka. Dopiero zapach obroku przekonał go, że jednak nocleg w tym miejscu to nie jest najgorszy pomysł.

     Rozkulbaczyłem go i wytarłem słomą. Zdjąłem wędzidło i jedynie za kantar przywiązałem do żerdzi, żeby czasem w nocy nie wpadł na jakiś genialny koncept. A potem udałem się do gospody. Gorąca zupa – to zdominowało wszystkie moje myśli przez ostatnie pół dnia.

     Moje marzenie ziściło się szybko. Jonna, znajoma już oberżystka, z uśmiechem poleciła mi gęstą polewkę z marchwi, z drobnymi, lanymi kluseczkami, która właśnie parowała z niedużego kociołka. Zaniosłem manele do pokoiku i usiadłem do stołu, parząc wargi pyszną zupą i przygryzając pszenną bułką, z grubo mielonej mąki.

     - Jak interes? – zagadnąłem, między jedną łyżką i drugą. – Lepiej się kręci?

     - Lepiej – uśmiechnęła się. – Wielu kurierów tu się zatrzymuje. Co jakiś czas transport wojska i tak dalej. Od kilku dni pustki, ale nie narzekam.

     Pogawędziłem sobie trochę z miłą szynkarką, aż gorąca zupa i mocny miód zrobiły swoje i poczułem ciepło i nieprzepartą senność. Powlokłem się do pokoju, zmusiłem się do zdjęcia z siebie zbroi i butów, po czym zapadłem w sen, gdy tylko przyjąłem pozycję poziomą. 

*          *          *

     Świt był mroźny i rześki, ale przestało padać i wyjrzało słońce. Śnieg na trakcie zaczął topnieć i późnym rankiem zrobiło się dużo cieplej. Moja szkapa na szczęście nie miała w nocy żadnych pomysłów i zastałem ją tam, gdzie ją zostawiłem, opychającą się sianem.

     - No, mały, czas nam w drogę – poklepałem konia po szyi.

     W odpowiedzi próbował mnie ugryźć, ale dostał karwaszem w pysk. Zaprzestał chwilowo prób pozbawienia mnie palców. Zacząłem go kulbaczyć, ale sprawiał wrażenie, jakby wszystkie te czynności dotyczyły innego konia. Wciąż opychał się pachnącym sianem ze żłobu. Widać zeżarł już cały owies, jaki mu nasypałem wieczorem. Gdy zakładałem mu wędzidło, spojrzał na mnie z wyrzutem i parsknął z dezaprobatą.

     - Spokojnie, mały – odezwałem się. – Obiecuję nie szarpać. Wiesz, kiepsko jeżdżę, będę czuł się pewniej.

     Zapiąłem mu klamry przy uszach.

     - Może nie powinienem ci tego mówić? – spytałem. – Mam nadzieję, że nie wykorzystasz sytuacji.

     Parsknął tylko, ale nie wiem, co chciał przez to powiedzieć. Gdy go dosiadłem, ruszył jednak posłusznie truchtem w stronę głównego szlaku.

     Postanowiłem pojechać do Samotni i zdać relację bezpośrednio generałowi Tuliusowi. Nie znałem zbyt dobrze terenów na zachód od Morthalu, była więc okazja, by je poznać.

     Trakt prowadził na zachód, w kierunku Smoczymostu, jak odczytałem z drogowskazu. Jeszcze słońce nie dotarło do najwyższego punktu, a ja już znalazłem się przy moście nad małą rzeczką. Zrobiło się cieplej. Za mostem droga pięła się jakiś czas w górę, ale temperatura spadła tylko nieznacznie. W oddali zamajaczył jakiś fort. 

     Zbliżyłem się do budowli, przypominającej nieco znany mi już fort Hraggstad. Tymczasem koń zaczął dziwnie się zachowywać. Parskał, szarpał wędzidłem, wyraźnie nie chciał iść w tamtą stronę.

     - No, co jest, mały? – spytałem. – Czego się bo…

     Urwałem, gdy ujrzałem wartowników przy bramie. Były to dwa szkielety.

     Nekromanci!

     Dobrze, że nie miałem na sobie elfiej zbroi. Tamta miała buty wyposażone w krótkie ostrogi. Gdybym miał je na sobie, zapewne poraniłbym koniowi brzuch, tak mocno uderzyłem go piętami. Koń, przełamawszy się wreszcie, nie potrzebował już popędzania. Wyciągnął łeb przed siebie i rozpoczął szalony cwał. Kopyta zastukały o kamienny bruk, a oba szkielety napięły łuki, gdy minęliśmy je w szaleńczym biegu. Dwie pradawne norskie strzały poleciały za nami, ale żadna nie trafiła. Pochyliłem się w siodle, obawiając się, że następna trafi mnie w plecy, ale nic takiego się nie stało. Po chwili byliśmy już za daleko na strzał. Zacząłem delikatnie ściągać wodze. Nie bardzo wiedziałem, jak należy utrzymywać się w siodle przy tak szybkim biegu. Wydawało mi się, że energiczne podrygi za chwilę mnie z niego wyrzucą. Na szczęście, wkrótce mój wierzchowiec uspokoił się nieco i powrócił do łagodnego truchtu. Było wczesne popołudnie, gdy dotarliśmy do rozwidlenia.

     Tu wyraźnie było czuć wpływ rzeki na klimat. Było wilgotniej i cieplej. Ani śladu śniegu, za to sporo zieleni. Musieliśmy zbliżać się do Samotni. Wybrałem prawy szlak, bo wydawało mi się, że biegnie bliżej rzeki. Tak też było w istocie. Po krótkim czasie znalazłem się na kamiennym mostku, gdzie szlak dochodził do głównego traktu, ale ten już znałem. W prawo do Smoczymostu, w lewo do Wąwozu Rabusiów. Słońce znikło za górą na zachodzie, pogrążając drogę w cieniu, gdy dotarłem do stajni w Samotni. Pożegnałem tu swego wierzchowca i udałem się do zamku.

     W sztabie były tylko dwie osoby – generał Tulius i legat Adventus Saesennius. Gdy wpuszczono mnie do komnaty, generał właśnie coś tłumaczył legatowi. Obaj byli rozluźnieni i widać było, że znają się doskonale i dobrze czują się w swoim towarzystwie. Zapewne w przeszłości walczyli ramię w ramię…

     - Musimy zatamować dopływ srebra dla buntowników – mówił generał. – Zanim odbijemy Pogranicze, Gromowładni splądrują tamtejsze kopalnie i opłacą nowe zastępy.

     Skinął mi głową, nie przestając mówić.

     - Wiele tam nie ma, ale jeżeli odbijemy Zimową Twierdzę, to zbliżymy się do Wichrowego Tronu, a wojska Ulfrica będą gnić w garnizonie.

     Legat skinął głową ze zrozumieniem, a generał zwrócił się do mnie.

     W kilku słowach opowiedziałem przebieg bitwy, jak również o tym, że nie znalazłem obozu i dlatego jestem tutaj. Wolałem, żeby nie posądził mnie o ucieczkę. Ale on tylko się uśmiechnął.

     - To nie jest przejaw braku zaufania – powiedział dobitnie. – Rikke wysłała cię na niebezpieczną misję, a w takich przypadkach zawsze trzeba wziąć pod uwagę możliwość wpadki. Dlatego lepiej, żeby żołnierz nie wiedział za dużo.

     Cóż, miało to sens…

     - No, ale teraz mogę ci powiedzieć, że obóz został przeniesiony w pobliże Zimowej Twierdzy – dodał, biorąc z sekretarzyka jakiś papier.

     Przez chwilę skrobał piórem po białej karcie, po czym złożył swój zamaszysty podpis i położył pieczęć na samym dole. Następnie dokonał korekty na mapie. Wyrwał i rzucił w róg stołu kilka niebieskich chorągiewek, symbolizujących Gromowładnych i zastąpił je czerwonymi, cesarskimi. Gdy ponownie stanął przede mną, uśmiechał się lekko.

     - Zdobycie Bieli daje nam kolejny port w Gwieździe Zarannej i bazę wypadową do Wichrowego Tronu – odezwał się pogodnym głosem. – Ulfric powinien zacząć bardziej uważać, nie? – mrugnął zawadiacko. – Bitwy wygrywają wyszkoleni i zdyscyplinowani ludzie. Wojny zwyciężają utalentowane i wyjątkowe jednostki.

     Położył mi jedną rękę na ramieniu. Drugą podał mi dokument z pieczęcią.

     - Awansuję cię do rangi prefekta. Przyjmij ten dar, jako symbol nowego stanowiska. Zasługujesz na nie.

     Pociemniało mi w oczach i zakręciło mi się w głowie. Prefekt? To przecież stopień młodszego oficera do specjalnych poruczeń! Ja prefektem?

     Tymczasem Tulius i Adventus spojrzeli po sobie i z trudem stłumili wesołość. Musiałem mieć bardzo niepewną minę, gdy odbierałem dokument i żelazną tarczę, podaną mi przez adiutanta, który pojawił się nie wiadomo skąd.

     - Nowe rozkazy, panie? – wyjąkałem z trudem.

     - Potrzebujemy cię w Wichrowym Tronie. Zamelduj się w naszym tajnym obozie.

     To mówiąc, powiódł mnie do mapy i wskazał przypięte doń godło Cesarstwa – stylizowanego smoka. Znajdował się niedaleko Zimowej Twierdzy, blisko wybrzeża.

     - Nigdzie tego nie zapisuj, ani nie zaznaczaj na mapie – podniósł w górę palec. – To jest ściśle tajna informacja. Po prostu zapamiętaj. A na razie wypocznij, czeka cię daleka droga.

     - Tak, panie – odparłem wciąż nieco oszołomiony.

     - Bogowie niech będą z tobą – rzekł ciepło generał na pożegnanie.

     A ja wyszedłem z zamku na miękkich nogach. Właśnie zdobyłem oficerskie szlify. A wraz z tym olbrzymią odpowiedzialność. Czy ja dam radę ją udźwignąć?

poniedziałek, 31 października 2016

Rozdział VII – Podstęp

     Generał miał towarzystwo. Jakiegoś legata, świeżo przybyłego, nawet nie wiem skąd. Wiedziałem jednak, że skoro Legiony napływają w takim tempie, Ulfric nieczęsto będzie miał zadowoloną minę. W tym momencie Tulius mógł już nie obawiać się ataku na żadne z miast, znajdujące się w rękach cesarskich. Miał dość wojska, aby obsadzić wszystkie garnizony. Cesarstwo przygotowywało się do kontrnatarcia i odbicia fortów, zdobytych przez Gromowładnych. Zdobytych, to zresztą zbyt wiele powiedziane. Po prostu, wykurzono stamtąd rozbójników, albo nekromantów…

     Gdy stanąłem w drzwiach, obaj spojrzeli na mnie pytająco. Uśmiechnąłem się i skinąłem głową. Obaj rozjaśnili twarze. Bez słowa podałem mu skórzany pakiet z listami. Złamał pieczęć i wyciągnął kilka rulonów. Przez chwilę uważnie je studiował. W końcu podniósł głowę i odezwał się po raz pierwszy od mojego przybycia. W jego głosie czuć było zadowolenie.

     - Pokonawszy Ulfrica pod Białą Granią, umocniliśmy nasz sojusz z jarlem... Może Gromowładni stracą niedługo ducha walki i porzucą rebelię raz na zawsze…

     Pokręcił głową, jakby sam w to nie wierzył, ale nie wydawał się tym zmartwiony. Zawołał adiutanta – młodego podoficera, mniej więcej w moim wieku – i szepnął mu coś na ucho. Adiutant zniknął za drzwiami, by po chwili wrócić z orkową szablą, mieniącą się zaklęciem mrozu. Generał zabrał od niego oręż, stanął przede mną i położył mi rękę na ramieniu.

     - Awansuję cię do rangi kwestora. Przyjmij ten miecz. Symbol nowego stanowiska i odpowiedzialności.

     Zaskoczony, z głupią miną wziąłem do ręki szablę, nie wiedząc, co z nią zrobić, ani jak odpowiedzieć. Na twarzy generała nie drgnął żaden mięsień, ale po oczach poznałem, że jest rozbawiony.

     - Będę śledził twoje postępy – ścisnął moje ramię, aż poczułem nawet przez zbroję. – Cesarstwo nagradza perfekcję. Ja również!

     Do dziś nie wiem, co takiego naskrobał mu legat Quentin Cipius w swoim raporcie. Musiał jednak sporo przesadzić. Nie byłem najgorszym wojownikiem w tej bitwie, co mogłem stwierdzić bez fałszywej skromności. Ale nie sądziłem, że w jakikolwiek sposób się w niej wyróżniłem. A widziałem przynajmniej kilku, którzy wyróżnili się bardziej niż ja.

     - Nowe rozkazy, panie? – wydukałem z trudem.

     Tulius skinął głową.

     - Nie będziesz się marnować w roli szeregowego żołdaka. Mam wobec ciebie inne plany. Bardziej mi się przydasz, mając większe pole do manewru.

     Siadł za sekretarzykiem i wyjął przybory do pisania. Przez dłuższą chwilę słychać było tylko skrzypienie pióra po papierze. Na końcu każdego z nich złożył zamaszysty podpis i przybił swoją pieczęć. Jeden z nich zwinął jak przesyłkę i zapieczętował. Drugi złożył tylko we dwoje.

     - Przedostań się do naszego tajnego obozu w Bieli – polecił, podchodząc do mapy.

     Podszedłem bliżej. Wskazał mi miejsce niedaleko Gwiazdy Zarannej, blisko morza. Wyciągnąłem swoją mapę i zaznaczyłem na niej wskazany punkt. Generał poczekał, aż to zrobię, po czym wręczył mi oba dokumenty. Jeden miałem przekazać dowódcy obozu. Drugi zanieść Beirandowi, zamkowemu kowalowi, pełniącemu rolę zbrojmistrza.

     - Rikke ma dla ciebie istotne zadania i będzie cię potrzebować, kiedy odbijemy stolicę.

     Wyprężyłem się.

     - Tak, panie!

     Tulius uśmiechnął się i poufale klepnął mnie w plecy.

     - Za Cesarstwo! – rzekł z uśmiechem.

     Wyszedłem nieco oszołomiony. Kwestor! Od szeregowego auxuliariusa od razu do kwestora! W dodatku świadczyło to wyraźnie o intencjach Tuliusa. Nie przewidywał dla mnie walki w szeregu, tylko chciał użyć do zadań specjalnych. Kwestor to stopień przewidziany dla jednostek autonomicznych, o dużej swobodzie działania. I to nie byle jaki! Kiedyś nazywano tak podoficera do spraw gospodarczych w jednostkach liniowych. Potem zaczęto używać tej nazwy dla każdego samodzielnego podoficera, który wykonywał specyficzne zadanie w pojedynkę, a nie w szyku. Innymi słowy, kwestor nikim nie dowodził, jedynie sobą samym, w hierarchii stał jednak niewiele niżej od centuriona, do którego należała komenda nad setką żołnierzy. Wciąż z głupią miną podreptałem do kuźni.

     Beirand roześmiał się, gdy zerknął na dokument.

     - Awansowało się! Moje gratulacje!

     - No tak – odezwałem się niepewnie. – To muszę teraz używać tego miecza? Przywykłem do innego…

     - Ależ skąd! – uśmiechnął się. – Niektórzy zachowują takie dary na pamiątkę, ale większość żołnierzy je sprzedaje. Tak naprawdę, ważniejszym symbolem są dystynkcje na hełmie. I właśnie to generał polecił mi co wydać. Daj mi chwilę…

     Zaczął gmerać w swoich szpargałach. Po chwili wyciągnął z nich dwie figurki srebrnego, stylizowanego smoka i polecił mi podać mu swój hełm. Gdy to zrobiłem, kilkoma zręcznymi ruchami przynitował mi godła z obu stron.

     - Więc kupisz ten miecz? – spytałem, odbierając hełm.

     - Pewnie – odparł. – Dla twojej informacji, Ten miecz przeszedł przez wiele rąk. Nie jesteś pierwszym kwestorem, mianowanym przez generała.

     Roześmieliśmy się obaj. Chwyciłem mieszek z kilkudziesięcioma septimami i pożegnałem kowala.

     Zbliżało się południe, a do obozu był spory kawałek drogi. Myślałem, żeby pójść przez Morthal i mokradła Hjaalmarch, obok wejścia do świątyni Ustengrav, ale przecież to byłoby spore nadkładanie drogi. A gdyby przeprawić się w porcie na drugi brzeg? Może znajdę tam jakąś łódkę? Jakiegoś przewoźnika, albo rybaka, co za kilka septimów zgodzi się przetransportować mnie na drugi brzeg rzeki Karth?

     Przewoźnik miał na imię Jolf i stwierdził, że jest bardzo elastyczny. Może mnie podrzucić do każdej przystani, jaką sobie zażyczę. Dowiedziawszy się, że chcę dostać się tylko na drugi brzeg, skrzywił się, ale nie robił problemów. Zdarł za to ze mnie aż dziesięć septimów, twierdząc, że muszę zapłacić również za powrót. Już więcej z nim nie popłynę.
Ruiny pradawnych norskich budowli nie są rzadkością w Skyrim, również na mokradłach Hjaalmarch. Ta leży w pobliżu ujścia rzeki Karth. W oddali widać Samotnię

     Ruszyłem najpierw przez mokradła, ale starałem się nieco zboczyć na północ, gdzie dało się wyczuć wpływ ostrego, morskiego klimatu i grunt był lekko podmarznięty. Musiałem przejść  jednak najpierw przez kilka bagienek. Musiałem przyznać, że mokradła Hjaalmarch to bardzo malownicze miejsce, obfitujące w zwierzynę, zwłaszcza łosie. Szwendały się tu jednak czasami pająki i chaurusy, aczkolwiek żadnego z nich nie spotkałem. Rozglądałem się uważnie, trochę z ostrożności, trochę z zachwytu nad widokami. Mgiełka, unosząca się nad bagnami i prześwitujące między koronami drzew słońce tworzyły razem przepiękną iluminację. Liczne wysepki porośnięte były wielkimi, niebieskimi kielichami kwiatów dzwonecznika kostuchy. W dodatku ich barwa zmieniała się. Czasami były prawie czarne, gdzie indziej przybierały odcień jasnego fioletu. Ich zapach był zniewalający. Podobno tego kwiatu używano w alchemii, jako składnika jakiegoś narkotyku. Ja wiedziałem o nim jedynie to, że można z niego przyrządzić truciznę, spowalniającą ruchy.

Mokradła Hjaalmarch - widoczny na zdjęciu kwiat dzwonecznika jest tam bardzo pospolity

     Po pewnym czasie grunt pod nogami stwardniał i zrobiło się dużo chłodniej. Szedłem już blisko wybrzeża, po twardej, lodowej pokrywie. Zmierzch dopadł mnie w drodze, ale ponieważ noc była bardzo jasna, maszerowałem dalej. Byłem już bardzo zmęczony, ale nie było tu nigdzie miejsca na nocleg. W nocnej ciszy uważnie nasłuchiwałem, czy nie zbliża się ku mnie jakiś zwierz, albo wampir. Ale ciszy nic nie zakłócało. Pierwszą żywą istotą, jaką napotkałem, był cesarski wartownik. Jego posterunek znajdował się kawałek drogi od obozu – i całe szczęście, bo pewnie przeszedłbym obok i nawet go nie zauważył.

     Rikke spała w swoim namiocie, a wartownicy stwierdzili, że nie będą jej budzić. Zrobili mi miejsce w innym namiocie, dali kilka sucharów i legowisko z niedźwiedziego futra i po chwili już mnie nie było, bowiem zapadłem w głęboki sen.

     Chrapałem w najlepsze, gdy obudzono mnie mocnym szarpnięciem w ramię.

     - Ej, ty! – zawołał jakiś żołnierz. – Do dowódcy, biegiem!

     Przetarłem oczy, ze zdziwieniem stwierdzając, że już dzień. A wydawało mi się, że dopiero co przyłożyłem głowę do ciepłego, futrzanego tłumoku!
Obóz Cesarskich w Bieli, na zachód od Gwiazdy Zarannej

     Przetarłem twarz śniegiem, żeby się trochę orzeźwić, zabrałem swój rynsztunek i poszedłem do dużego namiotu sztabowego. Rikke przeglądała tam jakieś dokumenty. Poły namiotu były rozchylone.

     - Melduję gotowość do służby – odezwałem się.

     Rikke podniosła na mnie wzrok i gestem kazała mi wejść do środka, po czym wskazała mi zydel naprzeciw siebie. Zdziwiony taką poufałością, usiadłem, o mało nie nadziewając się na własny miecz, który zaplątał się w nogi zydla. Rikke pochyliła się w moją stronę i odezwała się półgłosem.

     - Dostarczysz dowódcy Gromowładnych w Gwieździe Zarannej fałszywe rozkazy.

     Aż mnie zmroziło. Wywiad! Spodziewałem się przydziału do jednostek autonomicznych, a nie liniowych, ale wywiad? Miałem zostać szpiegiem?

     Rikke pokiwała głową.

     - Możesz tak to nazwać. A jeśli masz jakieś obiekcje, to przyjmij do wiadomości, że Ulfric ma szpiegów pośród nas. To jest wojna, a nie turniej rycerski!

     - Tak jest…

     Spojrzała na mnie cieplej.

     - Oczywiście, zdajesz sobie sprawę, że takie zadania wiążą się z ogromnym ryzykiem?

     Spojrzałem na nią pytająco.

     - Cóż… Żołnierzy wywiadu zwykle nie bierze się do niewoli.

     Zrobiło mi się sucho w gardle. Oczywiście, że nie. Kara za szpiegostwo była tylko jedna – topór! Jak mnie złapią, nie ujdę z życiem.

     Ale trwało to tylko chwilę. Nagle poczułem w sobie moc i dumę. Ja mam się bać? Ja, który zabijałem smoki? Ja, który walczyłem z Alduinem i pokonałem go? Zresztą, widziałem już Sovngard i wcale nie wydał mi się straszny. Przeciwnie…

     Wyprostowałem się dumnie. Rikke uśmiechnęła się.

     - Ale najpierw musimy zdobyć wytyczne buntowników – odezwała się znów. – Aby na ich podstawie stworzyć fałszywki.

     Zniżyła głos jeszcze bardziej.

     - W gospodach „Przy nocnej Bramie” i „Pod Knotem” często zatrzymują się łącznicy Gromowładnych. Może przekonasz jednego z oberżystów, aby ci pomógł…

     Słowo „przekonasz” powiedziała takim tonem, że aż zadrżałem. Miałem go po prostu zmusić…

     - Tak czy inaczej, zdobądź te dokumenty – ucięła. – Ale jeśli trafisz do Wichrowego Tronu, nie działaj pochopnie.

     Skinąłem głową. Nie miałem zamiaru wybierać się do Wichrowego Tronu. Zbyt wiele osób mnie tam znało. Gospoda „Pod Knotem” odpadała.

     - I jak, żołnierzu, zrobicie to? – spytała Rikke.

     Wstałem.

     - Załatwione – odparłem.

     - Niech bogowie mają cię w opiece – odparła, gdy wychodziłem.

     Moje nogi były jak z waty. A to dopiero zadanie! Jak mam znaleźć kuriera w tej krainie? Nie wiem, którędy pójdzie, nie wiem, kiedy… Powlokłem się do ogniska, po swoją porcję jedzenia, ale w ogóle nie czułem smaku zupy. Cały czas intensywnie myślałem, co robić.

     Chyba jedyne, co mi pozostaje, to pójść traktem do gospody „Przy Nocnej Bramie”, licząc na łut szczęścia. Znałem ten szynk. Znajdował się na północnym trakcie z Gwiazdy Zarannej do Zimowej Twierdzy. Spokojne, odludne miejsce, nad niewielkim jeziorkiem u podnóża gór. W linii prostej bardzo blisko Wichrowego Tronu, ale trakt prowadził naokoło, znacznie dłuższą drogą, bo przejście przez góry było bardzo trudne i niebezpieczne.

     Pytanie, na jakiego kuriera miałem się zasadzić. Czy na zdążającego w kierunku Wichrowego Tronu, czy przeciwnie? Nie mogę łupić wszystkich posłańców, bo Gromowładni zorientują się, że coś jest nie tak, gdy raz i drugi nie dostaną meldunków.

     W marszu lepiej mi się myśli, więc zabrawszy swój ekwipunek, ruszyłem w kierunku traktu do Gwiazdy Zarannej, choć samo miasto zamierzałem obejść z daleka.

     Gdy pod stopami poczułem kamienisty gościniec, trochę mi się rozjaśniło w głowie. Oczywiście, muszę dorwać posłańca, zmierzającego do Gwiazdy Zarannej, skoro tam są oczekiwane rozkazy. Zatem powinienem spotkać go po drodze, o ile nie wybrał innego szlaku. Z drugiej strony, dlaczego miałby to robić, skoro cała północno-wschodnia część kraju była kontrolowana przez Gromowładnych? To raczej ja powinienem się ukrywać. Albo przebrać w inne ciuchy.

     Jakże żałowałem teraz swojej elfiej zbroi! Po drodze nie było żadnych osad ludzkich, z wyjątkiem tych, które zagarnął Ulfric. Nie było żadnej możliwości zdobycia przebrania. Na domiar złego, trakt prowadził obok fortu Dunstad, który trudno było ominąć, jako że znajdował się on dokładnie na szlaku, a otoczony był stromymi górami, na które wspiąć się nie można było w żaden sposób. Dopóki gnieździli się tam rozbójnicy i inni opryszkowie, można było zaryzykować przekradnięcie się tuż pod murem. Strażnik zwykle był tylko jeden i to pijany. Ale żołnierze to inna sprawa. Moja cesarska zbroja zaczęła mi nagle bardzo ciążyć.

     Kolejną trudnością było zdobycie dokumentów. Wiadomo, że posłaniec mi ich nie odda. Będę pewnie musiał go zabić. No cóż, jeśli do tego dojdzie, wyzwę go na pojedynek. Tak będzie uczciwiej. Ale może udałoby się go jakoś przekonać? W myślach zaczął mi kiełkować pewien podstęp…

     Doszedłem do rozwidlenia. W lewo szło się na Gwiazdę Zaranną, ale ja skręciłem w prawo, gdzie trakt łagodnym łukiem prowadził do lasu. Zmierzchało już, gdy dotarłem pod fort Dunstad.

     To był stary fort i nieco zniszczony. Na jego terenie jednak znajdowała się gospoda. W zamyśle, miał znaczenie zarówno wojskowe – strzegł traktu – jak i cywilne, jako miejsce odpoczynku dla podróżnych. Tak też było w przeszłości. Później, gdy Ulfric zdobył kontrolę nad tym terenem, cesarskie wojska opuściły fort, a banda oprychów urządziła sobie w nim kryjówkę. Dopiero od niedawna był zajęty przez Gromowładnych.

     Omiotłem budowlę wzrokiem. Trudno będzie się prześlizgnąć niezauważenie. Będę musiał poczekać, aż ściemni się zupełnie. Wtedy pewnie uda mi się przekraść tuż pod samą ścianą skalną. Niepokoił mnie tylko wartownik na drewnianej wieżyczce wartowniczej, ustawionej po mojej stronie. Ten mógł mnie zauważyć. Wprawdzie niebo trochę zasnuło się chmurami i zaczął prószyć drobny śnieg, ale nie pogarszał on widoczności na tyle, żebym mógł liczyć na ślepotę strażnika. No, ale to było Skyrim – drobny śnieg mógł łatwo zmienić się w śnieżycę.

     Kusiło mnie, żeby zdjąć wartownika strzałą, ale oczywiście nie zrobiłem tego ewidentnego głupstwa, które zdradziłoby moją obecność. Zamiast tego przytuliłem się do skały i czekałem, aż ściemni się zupełnie. Zgodnie z moimi przewidywaniami, opadu śniegu stawały się coraz bardziej intensywne. Gdy ściemniło się zupełnie, ostrożnie, krok za krokiem, ruszyłem w stronę fortu. Ledwo go widziałem, więc istniała spora szansa, że pozostanę niezauważony. Śnieg osadzał się na mojej skórzanej zbroi, dając mi dodatkowy kamuflaż, z czego byłem bardzo zadowolony. Starałem się iść cicho i bardzo powoli. Udało mi się zbliżyć niemal do samego ogrodzenia, gdzie było najciemniej. Po czym ostrożnie stawiając stopy, zacząłem przesuwać się wzdłuż muru. Właśnie dochodziłem do drugiej bramy, również wyposażonej w wieżyczkę, gdy do moich uszu dobiegły jakieś głosy. Czyżby zmiana warty? Bo chyba mnie nie odkryto!

     Okazało się, że ani jedno, ani drugie.

     Do bramy, ciężko dysząc, zbliżał się jakiś człowiek. Nie widziałem go zbyt dobrze z mojego miejsca, mignęła mi tylko jego ciemna, zwalista sylwetka. Szedł szybkim marszem, samym środkiem traktu, w ogóle się nie kryjąc.

     - Stój! – zabrzmiało z wieży. – Kto idzie?

     - Posłaniec od króla Ulfrica do komendanta! – padła odpowiedź.

     No, proszę! Król Ulfric! Och, jaki skromny. Mógł się od razu mianować cesarzem!

     - Hasło!

     - Niedźwiedź. Odzew?

     - Talos! Właź…

     Posłaniec przeszedł przez bramę zaledwie kilkanaście kroków ode mnie. Wykorzystałem zamieszanie i oderwałem się od muru, cichcem przemieszczając się ku skale. Dopadłem szorstkiej powierzchni i ostrożnie przeszedłem za skalny załom. Przez chwilę byłem bezpieczny. Tu mnie nie dojrzy.

     Strażnik tymczasem począł przypatrywać się posłańcowi, idącemu przez dziedziniec fortu. To była wymarzona okazja. Cicho jak duch przekradłem się za następny załom, a potem na pobocze traktu. Zerknąłem na wieżę. Nie było jej już widać zza padających płatków śniegu. Tym bardziej więc nie było widać mnie, ukrytego w cieniu. Jeszcze kilkanaście ostrożnych kroków i puściłem się szybkim tempem po miękkim poboczu. Niebawem wróciłem na trakt i pobiegłem na wschód, w ciemny las.

     Do gospody było jeszcze dość daleko. Spodziewałem się, że dojdę tuż przed północą. Najwyższy czas, bowiem byłem już porządnie zmęczony. Po drodze wciąż analizowałem sytuację. Posłaniec, który przybył do fortu Dunstad, był prawdopodobnie zwierzyną, na którą polowałem. Póki co, był bezpieczny. Pytanie, co zrobi potem. Czy wróci do Wichrowego Tronu, czy pójdzie dalej, do Gwiazdy Zarannej? Zapewne przenocuje w forcie…

     Aż się zatrzymałem. Więc, co ja, na demony, robię na drodze do gospody? Powinienem zaczaić się na niego z tamtej strony fortu, tuż przy gościńcu do Gwiazdy Zarannej! Zresztą, gospoda „Przy nocnej Bramie” stała na trakcie między Fortem Kastav i skrzyżowaniem dróg. Tam mógł się zatrzymać jedynie kurier zdążający do Zimowej Twierdzy, a nie do Gwiazdy Zarannej!
Gospoda "Przy Nocnej Bramie" leży przy północnym szlaku do Zimowej Twierdzy, niedaleko Wichrowego Tronu

     Zmusiłem się do zawrócenia. Całe moje „ja” pragnęło dojść do gospody i rzucić się na łóżko. Zamiast tego, czekało mnie ponowne przekradanie się pod fortem i czuwanie przy trakcie przynajmniej do południa! Myślałem, że rozpłaczę się z żalu nad swym losem, ale zaraz się zawstydziłem. To przecież los żołnierza, którym sam chciałem zostać. Zmęczenie i brak snu to żołnierska codzienność. Lepiej do tego przywyknąć. Śnieg rozpadał się na dobre. Tym razem również dopisało mi szczęście. Przekradłem się jednak nie pod murem, a pod skałą, z dala od wieży, gdzie strażnik mógł mnie wprawdzie zauważyć, ale nie w takim śniegu. Odszedłem kilkaset kroków od fortu i umościłem sobie legowisko pod rozłożystym świerkiem, który trochę chronił od śniegu i zimna. Dobrze, że nie było wiatru. Tam otuliłem się płaszczem kultysty, przykryłem kilkoma gałęziami, i zapadłem w niespokojną drzemkę. Musiałem się przespać. Widziałem już podwójnie.

     Spałem krótko, co chwilę zresztą się budząc. Świtało, gdy przebudziłem się na dobre. Ciepły płaszcz kultysty ochronił mnie przez wychłodzeniem. Wygrzebałem się z legowiska, przetarłem twarz śniegiem i przygotowałem broń. Gryząc suchary i popijając drobnymi łyczkami miód Czerwonak, którego butelkę miałem w plecaku, rozgrzałem się trochę. Byłem gotów.

     Tymczasem rozjaśniło się zupełnie. Fortu z mojego miejsca nie było widać, bowiem zasłaniał go las, ale trakt widziałem doskonale.  I tam właśnie pojawił się kurier. Szedł dziarskim krokiem, ubrany w kirys i narzuconą nań błękitną opończę. Był wysoki i zwalisty, z pewnością bardzo silny, ale niezbyt zwinny. To dawało mi pewną przewagę.

     Zastanawiałem się przez chwilę, czy nie ustrzelić go z łuku. Był łatwym celem. Ale nie chciałem tak z zasadzki, jak zbój. Gdy zbliżył się do mojej kryjówki, zawołałem głośno, naśladując norski akcent.

     - Stój! Kto idzie?

     Żołnierz zatrzymał się, jak skamieniały i położył dłoń na rękojeści dwuręcznego topora, zawieszonego na plecach.

     - Posłaniec króla Ulfrica do komendanta garnizonu w Gwieździe Zarannej – odparł, rozglądając się uważnie. – A kto pyta?

     - Swój – odparłem. – Służba wywiadowcza króla Ulfrica Gromowładnego. – Hasło!

     - Niedźwiedź.

     - Talos – odpowiedziałem, wychodząc.

     Na odgłos odzewu, żołnierz puścił oręż, ale złapał go natychmiast, gdy ujrzał moją cesarską zbroję.

     - Spokojnie – uniosłem dłonie w uspakajającym geście. – Jesteśmy po tej samej stronie.

     - Tak? – spytał przeciągle. – Nie sądzę, cesarski psie!

     - Nie szata tworzy człowieka – odparłem sentencjonalnie. – Będę wielkoduszny i daruję ci tego psa. Przysyła mnie komendant garnizonu Gwiazdy Zarannej. Mam przejąć przesyłkę. Trakt jest obserwowany przez cesarskich. Nie przejdziesz w tej zbroi.

     Kurier nie opuścił topora. Wciąż przypatrywał mi się uważnie.

     - A ty skąd masz tę zbroję? – warknął wściekle?

     - Właściciel już jej nie potrzebuje – uśmiechnąłem się paskudnie. – Cuchnie elfami, ale da się wytrzymać. Inaczej nie da rady przejść. Trakt obsadzony przez legion. Trzeba sposobem.

     Opuścił topór, ale nie odłożył go. Wciąż mi nie dowierzał.

     - Nie jesteś Nordem!

     - Jestem – odparłem. – Nie czystej krwi, ale jestem. Matka była z południa. Ale tu się wychowałem. Komendant wysłał mnie, bo znam teren i wyglądem przypominam jednego z tych elfich lokajów.

     Podchodziłem do niego wolno, nie poruszając rękami.

     - I co kazał ci komendant? – spytał nagle.

     Wyczułem zmianę w jego głosie i zauważyłem, że mocniej zacisnął ręce na drzewcu topora.

     - Przedrzeć się przez cesarską blokadę, zatrzymać naszego kuriera, odebrać od niego przesyłkę i przekazać mu wiadomość do Wichrowego Tronu, że trakt chwilowo niedrożny – odparłem, siląc się na spokój.

     - Coś dużo gadasz jak na wywiadowcę… - odrzekł z przekąsem. – A jak nazywa się komendant?

     - Tajemnica wojskowa – mruknąłem. – I tak już powiedziałem za wiele. Dawaj te dokumenty i wracaj do fortu. Tam na mnie czekaj…

     Uderzył niespodziewanie. Na szczęście, nie miał jak wziąć szerokiego zamachu. Chciał mnie sięgnąć z dołu, uderzając w twarz. Cofnąłem się odruchowo i sięgnąłem po miecz. Musiałem wypaść nieprzekonująco, że mój podstęp się nie udał, ale teraz za późno było na refleksję. Jak już wspomniałem, żołnierz był wysoki i dość gruby, a przez to niezbyt zwinny. Jego broń również była zbyt ciężka, aby mnie dopaść. Ja miałem na sobie lekkie, nie krępujące ruchów uzbrojenie i doskonały miecz. Pojedynek szybko rozstrzygnąłem na swoją korzyść.

     I co dalej? Moje plany, aby zabrać jego zbroję, rozwiały się w dym. Chyba bym się w niej utopił, tak była wielka. Odpiąłem mu tylko sakwę, przeszukałem zakamarki zbroi, czy nie ma gdzieś ukrytego innego listu i z niemałym trudem zaciągnąłem pod moje drzewo, gdzie przykryłem go gałęziami. Na swoją zgubę, okazał się sprytniejszy niż myślałem. Cóż, na podróżującego samotnie posłańca z ważnymi dokumentami nie wybiera się idioty …

     Zawróciłem.

     Droga do obozu była krótka. Nie było jeszcze południa, gdy zameldowałem się u Rikke. Obóz był w trakcie likwidacji. Żołnierze pakowali ładunki koniom na grzbiety. Na szczęście kuchnia polowa wciąż działała. Była szansa na przekąszenie czegoś ciepłego. Rikke, z plikiem dokumentów w ręce, siedziała w ostatnim, nie zwiniętym jeszcze namiocie. Gdy stanąłem przed nią, skinęła mi głową i sięgnęła po podaną jej sakwę.

     - Dobra, zobaczymy co tam masz…

     Wydobyła zapieczętowany pakiet. Ostrożnie podważyła pieczęć, nie łamiąc jej. Niezła była! Mnie się to nigdy nie udało. A potem zatopiła się w lekturze. Wyraz zdziwienia pojawił się na jej twarzy, gdy przeczytała jeden z listów. Zerknęła na podpis.

     - Ciekawe… - mruknęła. – Wiedzą o naszych planach więcej, niż przypuszczałam.

     Czytała dalej, kiwając głową.

     - Zdaje się, że fort Dunstad potrzebuje posiłków. Dopilnujemy, żeby tam nie dotarły…

     Podniosła głowę i skinęła w stronę kuchni.

     - Muszę wprowadzić poprawki do tych dokumentów. Idź coś zjeść w międzyczasie.

     Ten rozkaz wykonałem z ochotą. Byłem tak głodny, że zjadłbym konia. Na szczęście, nie musiałem, bo dostałem sporą michę gorącej kaszy ze skwarkami, w której zagrzebany był duży, parujący kawał gotowanego mięsa.

     Kończyłem jeść, gdy Rikke opuściła namiot, podając mi sakwę z dokumentami. Odciągnęła mnie na bok i cicho powiedziała.

     - No, wystarczy… - pokazała mi pliki, na których pieczęci wydawały się nienaruszone. – Dopilnuj, żeby te dokumenty dotarły do dowódcy Gromowładnych w Gwieździe Zarannej. Dzięki temu zgubi nasz trop i zyskamy swobodę manewru.

     Usiłując przełknąć ostatni kęs, nie zdołałem wykrztusić z siebie przepisowego „tak jest”, ale Rikke uśmiechnęła się tylko i klepnęła mnie w ramię. Chwyciłem sakwę i ruszyłem na przełaj na zachód. Wkrótce dotrę do traktu i dojdę do miasta, zanim zrobi się ciemno.

*          *          *

     Nie miałem innego wyjścia. Do miasta wszedłem dziarskim krokiem, na bezczelnego. Zarówno żołnierze, jak i strażnicy, po prostu struchleli na mój widok. Byli tak zaskoczeni, że zapomnieli mnie zatrzymać. Szedłem więc swobodnie, kierując się w stronę domu jarla. Uniosłem ręce i pokazałem puste dłonie, po czym klepnąłem wartownika po plecach.

     - Cześć, kolego. Prowadź do komendanta!

     Przez chwilę obaj strażnicy wybałuszali na mnie oczy.

     - Kim ty jesteś? – wybąkał jeden z nich.

     - Posłańcem z Wichrowego Tronu, kolego – uśmiechnąłem się. – Nie patrz na zbroję, to tylko przebranie.

     - Hasło! – odzyskał rezon drugi. – Powiedz hasło!

     - Niedźwiedź, oczywiście – odparłem. - A co dalej, to ty mi powiedz…

     - Ulfric – odrzekł wartownik, przyglądając mi się uważnie.

     Uśmiech znikł z mojej twarzy. Nie musiałem udawać zaskoczenia, bo naprawdę zadali mi ćwieka, ale w mig połapałem się, o co chodzi. To była próba! Błyskawicznie dobyłem miecza i przyłożyłem mu do gardła, zasłaniając się jego ciałem przed drugim wartownikiem.

     - Zła odpowiedź! – warknąłem.

     - Talos! – zawołał strażnik. – Odzew to Talos!

     - To czego nie mówisz od razu?

     - Chciałem zobaczyć, jak zareagujesz – jęknął.

     Puściłem go.

     - Na drugi raz nie baw się w gierki, bo w pośpiechu poderżnę ci gardło – mruknąłem, chowając miecz. – Nauczcie się wreszcie, co to wojsko! Prowadź do komendanta.

     Strażnik zniknął za drzwiami. Przez chwilę go nie było, po czym wyszedł i gestem zaprosił mnie do środka. Powiódł mnie potem do małego pokoiku, po lewej stronie pustej sali tronowej. Stał tam barczysty wojownik, w błękitnej opończy, przyglądając mi się ciekawie.

     - Panie, przynoszę ważne dokumenty – odezwałem się półgłosem, sięgając do sakwy.

     - Czyżby?... – nie spuszczał ze mnie wzroku. – Nie poznaję cię.

     Obrzucił krytycznym wzrokiem mój strój.

     - Dlaczego nie nosisz barw Gromowładnych? – warknął.

     - Tak było łatwiej przekraść się przez linie wroga – odparłem.

     W kilku słowach sprzedałem mu tę samą bajeczkę, którą uraczyłem nieżyjącego już posłańca.

     - A i mnie udało się tylko dlatego, że z wyglądu przypominam matkę – dodałem na końcu. – Trzeba zmienić szlak, przynajmniej chwilowo.

     Pokiwał głową. Kupił to.

     - Może i tak… - odezwał się, odbierając dokumenty. – Dobry pomysł. W porządku, zobaczmy…

     Zerknął na pieczęcie, zanim je złamał. Odwrócił się do kagańca i zaczął studiować raporty.

     - O, dobrze – mruknął sam do siebie, po czym w zamyśleniu przysłonił usta kartą papieru. – Wygląda na to, że posiłki już zmierzają do fortu. Mamy też informacje o ruchach wrogich wojsk. Doskonale!

     Odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął się.

     - Niełatwo robić za kuriera, kiedy cesarscy zwiadowcy panoszą się po całej okolicy. Dobra robota. Jak masz na imię?

     - Cormac, panie – w czas przypomniałem sobie imię, jakim obdarzyła mnie swego czasu Delphine.

     Zmienił się na twarzy. Ale tym razem ujrzałem na niej podziw.

     - Cormac?

     - Słyszałeś o mnie? – spytałem.

     - Owszem, gdzieś już słyszałem to imię… - rzekł ostrożnie. – Czy to nie na ciebie poluje Thalmor?

     - Cóż… - uśmiechnąłem się skromnie. – Nie kochają mnie zbytnio. Trochę napsułem im szyków. Ale skąd o tym wiesz?

     Jego rezerwa w stosunku do mnie znikła całkowicie. Nordowie uwielbiają herosów i legendy o bohaterach. Moje przybrane imię musiało już stać się sławne.

     - Moi chłopcy dorwali kilku Thalmorczyków – wyjaśnił. – Przy jednym z nich znaleźli list gończy. Jak to szło? – zmarszczył brwi. – Jakoś tak, że cesarski imieniem Cormac szkodzi ich sprawie i w przypadku spotkania należy natychmiast wyeliminować.

     Przeszedł mnie dreszcz. Thalmor na mnie polował!

     - Ale najbardziej zaimponował mi dopisek – komendant zaśmiał się jowialnie. – Że jest to osoba niezwykle sprytna i niebezpieczna, więc trzeba zachować ostrożność. A pod tym podpis tej elfiej dziwki z ambasady.

     - Elenven – skinąłem głową. – Miałem wątpliwą przyjemność poznać ją i to na jej terenie. Ale wybacz, nic więcej nie mogę powiedzieć.

     - Thalmor – zarechotał komendant. – Ty to wiesz, komu nadepnąć na odcisk!

     Po przyjacielsku klepnął mnie w ramię.

     - Może napijesz się w gospodzie Wichrowe Wzgórze, zanim wyruszysz w drogę powrotną.

     Zerknąłem w okno. Robiło się ciemno.

     - Będzie odpowiedź? – spytałem.

     - Nie – odparł. – Zamelduj tylko, że rozkazy dostarczone. Ale nie musisz się spieszyć. Zjedz, odpocznij. Jutro wyruszysz.

     Udałem zadowolenie, ale w rzeczywistości byłem pełen niepokoju. Musiałem spędzić tu całą noc, bo inaczej wyda się to podejrzane. Nie mogłem wzbudzić podejrzeń. Moim zadaniem nie było dostarczenie dokumentów, tylko zmylenie Gromowładnych. Same papiery nie wystarczały. Musiałem grać dalej, choć nerwy miałem napięte jak postronki. Jeśli coś pójdzie nie tak, mają mnie jak mysz w pułapce! Wystarczy, że jeszcze jeden kurier zjawi się w międzyczasie i moja bajka o zablokowanym trakcie rozwieje się jak dym.

     W dodatku wiadomość, że Thalmor depce mi po piętach, nie ucieszyła mnie zbytnio. Wywnioskowałem jednak, że musiała to być stara sprawa. Elenven przecież wiedziała już, jak naprawdę mam na imię. I wydawało mi się, że zrozumiała konieczność mojego gościnnego występu, który tak bardzo napsuł jej krwi. Zapewne rozkazy już dawno odwołane. Miałem przynajmniej taką nadzieję…

     W gospodzie zjadłem co-nieco, pilnując, by usiąść z dala od oberżysty, który mógł mnie zapamiętać z moich poprzednich wizyt. Miodu wypiłem tylko trochę. Resztę wlałem sobie niepostrzeżenie do manierki. Udając, że miód zaszumiał mi w głowie, udałem się chwiejnym krokiem na spoczynek. Tam jednak zabarykadowałem drzwi nocnym stolikiem, a do łóżka położyłem się w zbroi, z mieczem na dłoni. Starałem się nie zasnąć, ale mimo to podrzemałem trochę, budząc się co chwila. Nic się jednak nie stało.

     Rankiem odmeldowałem się u komendanta i skierowałem na szlak. Szedłem najpierw spokojnym, dziarskim krokiem, uważnie jednak rozglądałem się na boki i w tył. I miałem rację – byłem śledzony. W pewnym momencie dostrzegłem mignięcie błękitnej opończy. Widocznie nie do końca mi zaufali. Musiałem za wszelką cenę przekonać ich, że jestem jednym z nich.

     Ukryłem się za głazem i postanowiłem poczekać. Po kilku chwilach ostrożnie przeszło traktem dwóch Gromowładnych. Wyszedłem na kamienistą drogę za nimi i zawołałem na nich. Błyskawicznie dobyli broni i odwrócili się. Podniosłem ręce w uspakajającym geście.

     - Nie szedłbym tamtędy w tym stroju – odezwałem się. – Tam roi się od cesarskich. Załatwcie sobie lepiej takie przebranie jak moje.

     To mówiąc, podszedłem do nich swobodnym krokiem. Odłożyli broń.

     - Tam, za tym wzgórkiem – wskazałem ręką – napotkałem cesarskiego zwiadowcę. Może wciąż tam siedzi. Ale spokojnie! – osadziłem ich na miejscu, bo już wybierali się w tamtą stronę. – Lepiej, żeby was nie widział. Lepiej, żeby nie wiedzieli, że o nich wiemy.

     Przekonałem ich. Skapitulowali.

     - Nie ma ich wielu – zapewniłem. – To tylko zwiadowcy. Zbierają dane ze szlaku. Pod fortem jest czysto. W Dunstad zrzucę tę cuchnącą zbroję i włożę tę, którą sam Galmar mi podarował.

     Efekt był – zaimponowałem im.

     - Niech cię Talos prowadzi – odezwał się jeden z nich.

     - Jeśli pozwoli, spotkamy się wkrótce, już bez przebieranek – odparłem i skinąłem im przyjaźnie.

     Ruszyłem dalej, podczas, gdy oni zawrócili wolnym krokiem.