poniedziałek, 11 lipca 2016

Rozdział XLIV - Wodzowie

     Markart przywitał nas słonecznym wieczorem, kiedy to w blasku zachodzącego słońca wyglądał najpiękniej. Jednak widok ten pogłębił jedynie mój melancholijny nastrój. Co nie znaczy, że nie wiedziałem, co robię. Na smutki najlepszym lekarstwem jest działanie. Najpierw sklep. Ignorując niezadowolenie Lydii, pierwsze kroki skierowałem do sklepu Lisbet, by tam pozbyć się kosztowności, zdobytych w forcie. Pamiętała nas i przyjęła bardzo miło. Widać było, że nasza pomoc okazała się skuteczna – sklep prosperował o wiele lepiej. A samej Lisbet jakby ubyło kilka lat. Bardzo sympatyczna kobieta. I ma ładne oczy. Nie rozumiem, czego Lydia od niej chce!

     A potem zamówiliśmy sobie dwa pokoiki w gospodzie i ruszyliśmy w miasto. Skierowaliśmy się, oczywiście, do kuźni, ale Ghorzy już tam nie zastaliśmy. Widocznie skończyła pracę na dziś. Lydia zauważyła ją jednak w zupełnie innym miejscu, na jednym z mostów. Zawołaliśmy, ale że w pobliżu huczał wodospad, nie usłyszała nas. Zanim znaleźliśmy w tym gąszczu schodów właściwe, już jej tam nie było. Ganialiśmy za nią w tę i z powrotem, wciąż nadziewając się ostatecznie na tego samego strażnika, który chyba zaczął nas już o coś podejrzewać. W końcu Lydia, zmęczona ciągłym skakaniem po schodach, spytała go, gdzie można znaleźć Ghorzę o tej porze. Zdziwiony, wskazał palcem kram przy bramie wejściowej. Tam właśnie była, wybierając kawałki mięsa na kolację. Gdy podałem jej księgę, zauważyłem źle maskowane wzruszenie w jej oczach. Zapewne rzadko kto o niej pamiętał, gdy nie potrzebował kowala. Okazana jej życzliwość z pewnością nią poruszyła. Wyciągnęła trzos, by mi zapłacić za przysługę, ale powstrzymałem ją.

     - Daj spokój – uśmiechnąłem się. – Zdobyłem ją zupełnie przypadkiem, będąc zresztą w drodze do Markartu. Absolutnie żaden wysiłek. Nic mi się nie należy. Pozwól mi tylko jutro skorzystać z kuźni, bo chciałbym sobie zrobić trochę strzał.

     Ghorza nie wiedziała, jak zareagować. Orsimerowie nie są tak zasadniczy jak Nordowie w sprawie zapłaty. Żyją we wspólnotach, w których wzajemne przysługi są codziennością i nie rozliczają się ze sobą tak skrupulatnie. Musi to nawet budzić ich zdziwienie. Ale ona żyła wśród Nordów i nie mogła nie nabrać pewnych zwyczajów. Postanowiła więc odwdzięczyć się inaczej.

     - W podzięce za tę pomoc, wyślę do twierdz Orków wiadomość, że można ci ufać – odparła. – Przywitają cię tam ciepło.

     Była to przysługa trudna do przecenienia. Orsimerowie byli dobrymi i wiernymi, choć niekoniecznie sympatycznymi przyjaciółmi. Gdybym potrzebował kiedykolwiek pomocy, z pewnością nie pozostawiliby mnie samego. Zdobyć nowych przyjaciół – któż by tego nie chciał?

     - A gdzie znajdę twierdzę Orków? – spytałem, rozwijając mapę.

     - Najbardziej znana twierdza, to Dushnik Yal – odparła. – Zaznaczę ci ją na mapie.

     Ghorza wyjęła mi ją z rąk i ołowianym sztyftem zaznaczyła kilka lokacji, za pomocą odwróconego półksiężyca. Taki kształt miały orsimerskie budowle.

     Porozmawialiśmy jeszcze chwilę. Zapewniła mnie, że z kuźni mogę korzystać, gdy tylko zechcę. Kupiła od nas kilka sztyletów, znalezionych w forcie i kilka skór, które zdobyliśmy po drodze, broniąc się przed wilkami i jednym niedźwiedziem.

     W międzyczasie zrobiło się ciemno i zaczęło ogarniać nas znużenie. Pożegnaliśmy się więc i udaliśmy do gospody. Odpoczynek naprawdę nam się należał.

     Rankiem wciąż było słonecznie i ciepło, toteż do kuźni udaliśmy się w znośnych humorach. Okazało się, że Ghorza ma cały pęk krasnoludzkich strzał, więc zaoszczędziłem sobie czasu, po prostu je kupując. A potem ruszyliśmy w drogę powrotną. Moja żałość z powodu Ostrzy zelżała nieco. Powróciła nadzieja, że jednak kiedyś się dogadamy. Może zrozumieją swój błąd, może przyjaźń weźmie górę nad zasadami… Na razie postanowiłem ich unikać. Podroż do Białej Grani zajęła nam dwa dni. Po drodze, jak zwykle, musieliśmy zmierzyć się z kilkoma wilkami, dwoma rozbójnikami i trzema kultystami z Solstheim. Już pod Szarą Przystanią spotkaliśmy natomiast imprezowiczów, którzy zaprosili nas do swego grona. Nie chcąc ich obrażać, podeszliśmy do nich i dopiero wtedy okazało się, jaki popełniliśmy błąd. To nie było żadne wesołe towarzystwo. To były wampiry, które podstępem zwabiły nas między siebie.

     Mieliśmy szczęście, że teren był gładki i równy. Wampiry nie miały dokąd uciec, gdy wyciągnąłem miecz i zacząłem ciąć na prawo i lewo. Osłabieni wprawdzie, ale wyszliśmy z tej walki zwycięsko. Musieliśmy jednak być odtąd bardzo ostrożni. Jak się później okazało, wampiry były bardzo pomysłowe, jeśli chodzi o przywabianie potencjalnych ofiar.

     Nie koniec na tym. Koło Zachodniej Strażnicy zauważyliśmy jakąś kobietę, uciekającą w popłochu przed dwójką wojowników. Rzuciliśmy się jej na pomoc, ale nie zdążyliśmy. Zasiekli ją na śmierć. Okazało się jednak, że to nie oni byli tymi złymi - kobieta również była wampirem, a wojownicy pochodzili ze Straży Stendarra, znanej mi już sekty, zwalczającej wyznawców daedr. Spytałem, czy mają coś wspólnego w Obrońcami Świtu. Zaprzeczyli, ale zapewnili, że są ich sprzymierzeńcami.

     - Wprawdzie nie polujemy na wampiry, ale gdy takich napotkamy, też chwytamy za broń – odparłem.
Po czym opowiedziałem o niedawnym incydencie. Pokiwali głowami ze zrozumieniem, po czym położyli nam ręce na czołach.

     - Tym razem wam się udało – odpowiedział jeden z nich. – Nie zaraziliście się. Musicie uważać. Wampiryzmem łatwo jest się zarazić.

     - I wtedy można trafić na was… - mruknęła Lydia. – Wy z tego skutecznie uleczycie.

     Strażnik tylko się uśmiechnął.

     - Jest różnica między tym, który przystaje do wampirów z własnej woli, a tym, którzy niechcący się zaraził – wyjaśnił. – Tych pierwszych zabijamy. Tych drugich leczymy.

     - A jak ich rozróżniacie? – burknęła Lydia.

     - Bardzo prosto – odparł. – Ci pierwsi od nas uciekają. Ci drudzy do nas przychodzą i proszą o uleczenie.

     Lydia roześmiała się. Jej śmiech był zaraźliwy, bo po chwili rechotaliśmy wszyscy czworo.

     - Niech obejmie was miłosierdzie Stendarra – pożegnali nas strażnicy. – Albowiem Straż miłosierdzia nie zna!

     Do domu dotarliśmy o zmroku.
Biała Grań - Wietrzny Domek. W oddali widoczne schody, prowadzące na piętro

     - Jakie plany na jutro? – spytała Lydia.

     - Wysoki Hrothgar – westchnąłem. – Trzeba porozmawiać z Arngeirem. Znowu wlec się tak daleko…

     - Damy radę – zapewniła, ziewając. – Gorzej będzie potem, gdy trzeba będzie kursować między Samotnią, a Wichrowym Tronem. Wątpię, czy uda się za pierwszym razem ich przekonać.

     - Droga do Pękniny nie jest aż tak stroma, żeby wóz nie przejechał – zacząłem się zastanawiać. – Może wynajmiemy wóz do Pękniny? Stamtąd do Ivarstead nie jest aż tak daleko.

     - Stracimy kupę czasu – odrzekła. – Najpierw daleko na wschód, a potem wracać do Ivarstead… Gdzie tu sens?

     - Może uda się namówić woźnicę, żeby skręcił do Ivarstead… - podsunąłem. – Zapłacimy mu tyle samo.

     Ale się nie udało. Woźnica za nic w świecie nie chciał jechać do Ivarstead.

     - Tam pełno niedźwiedzi i wilków! – jęczał. – Nie tylko konia stracę, ale i życie…

     Trudno, pojechaliśmy do Pękniny. Podróż trwała znacznie dłużej, ale przynajmniej mniej się zmęczyliśmy. Skąd ten koń miał tyle sił, by ciągnąć pod górkę trzy osoby i wóz, nie pytajcie. Nie wiem… Ale od niedźwiedzia nas to nie uchroniło. Musieliśmy go zastrzelić, zanim zdążył zaatakować konia.

     - Nawet tu już nie jest bezpiecznie – westchnął woźnica. – Niedługo chyba będę musiał zamknąć interes.

     Zdarł z nas sporo pieniędzy za ten przejazd, ale nie narzekaliśmy. Nie należeliśmy już do biedaków. W gospodzie „Pod pszczelim żądłem” przywitano nas już jak stałych bywalców, a Keerava wspięła się na szczyty sztuki kulinarnej, podając nam łososia w ziołach, gotowanego na parze. A może po prostu byliśmy tak głodni…

     Na drugi dzień ruszyliśmy na zachód, do Ivarstead. Idąc wzdłuż rzeki, minęliśmy jakieś zamczysko po drugiej stronie. Zauważyłem je już wcześniej. Co ciekawe, kilku ludzi rozbiło obóz pod twierdzą. Zapewne ich nie wpuszczono. Prowadził do nich kamienny most nad rzeką, stąd w naszych głowach pojawił się pomysł, by się do nich przysiąść i podgrzać sobie obiad, na który tym razem składała się polewka z grochu i wędzonki.

     Na nasz widok, najstarszy z nich podniósł się ze skrzynki, na której siedział i odezwał się zrzędliwym głosem.

     - Przybywasz tu, żeby pomóc?

     - Co się dzieje? – odparłem zaskoczony takim przywitaniem.

     - Wreszcie przybyły posiłki – burknął, po czym obrzucił nas krytycznym wzrokiem. – Spodziewałem się czego więcej… Mam nadzieję, że się sprawdzisz.

     - Dlaczego mam ci pomagać? – oparłem, nieco rozdrażniony.

     Okazało się, że to zwykła pomyłka. Wziął nas za wojowników, przysłanych z Pękniny na pomoc, o którą zwrócił się do najemników. Zwał się Stalleo i był właścicielem Warowni Trevy, owego zamku opodal.

     - Wyruszyliśmy na wojnę – westchnął. – A te gnidy wpadły i zajęły to miejsce.

     Zaprosił nas do ogniska. Wyciągnęliśmy garnuszek z polewką i wstawiliśmy ją na kamień. Czekając, aż się podgrzeje, słuchaliśmy jego niewesołej opowieści o najeźdźcach, którzy ukradli mu dom.

     - Jest tam moja rodzina – rzekł cicho. – Podejrzewam, że zaplanował to Brurid. Od czasu śmierci króla nie możemy dojść do porozumienia. Ale napaść na mój dom? Porwać moją rodzinę?...

     - Wygląda mi to na coś więcej niż tylko brak porozumienia… - mruknąłem.

     Napastnik musiał poczuć się bardzo pewnie, skoro zajął warownię razem z mieszkańcami. Czyżby chodziło o długi? Albo coś w tym rodzaju?

     - Jak na najemnika, zadajesz sporo pytań – rzekł z przekąsem.

     Uśmiechnąłem się. Cokolwiek było powodem tej napaści, nie podobał mi się fakt, że zajęto ją w czasie jego nieobecności. Wojownik, wyruszający na wojnę, jest dla mnie świętością. Jego własność, którą pozostawia, jest nietykalna i każdy honorowy człowiek doskonale to rozumie. Zamiast więc zastanawiać się, czy mu pomóc, spytałem jak mogę to zrobić.

     - Wejdź tam i otwórz bramę – odrzekł. – A my spróbujemy pomóc, gdy to zrobisz. Chciałbym, byśmy mogli bardziej ci pomóc. Ale po ostatnim ataku zostało nas tylko tylu…

     A potem wyjaśnił mi, że do warowni prowadzi drugie wejście, tajemne, przez jaskinię. Skradając się i eliminując po drodze wrogów, mieliśmy duże szanse powodzenia. Rzucił okiem na nasze elfie łuki i solidne zbroje. 

     - Dacie sobie radę – mruknął, a głośniej dodał. – Przy wyjściu na dziedziniec jest dźwignia, która otwiera kratę. Zaczaimy się przy bramie. Wchodzimy, gdy tylko brama się otworzy. I jeszcze jedno… Wyprawa sporo nas kosztowała. W zamku nie było żadnych kosztowności. Jeśli jakieś znajdziesz, bierz bez skrępowania, to na pewno nie moje. Coś ci się należy za narażanie życia. Bo ja… Ja mogę ci dać tylko skromną zapłatę.

     Nie sądzę, żebym był w stanie przyjąć choćby mizerną zapłatę od człowieka całkowicie zrujnowanego, któremu odebrano nawet dom. Porozumiałem się wzrokiem z Lydią, po czym oboje zniknęliśmy w ciemnym otworze skalnym.
Warownia Trevy

     Tunel był krótki i już po chwili ujrzeliśmy światło. Chodnik prowadził w górę, a tam znajdowało się coś w rodzaju oświetlonej komnaty. Było tam troje wojowników, raczej przestępczej proweniencji, co można było poznać po ich rozmowie. Nasze łuki zmniejszyły ich liczbę do jednego. Ale gdy tylko rzucił się na nas z mieczem, za jego plecami pojawiło się dwóch następnych. Spodziewali się widać ataku z tej strony.

     Walka była zacięta i krwawa. Lydia do perfekcji wykorzystała fakt, że napastnicy biegli na nas z góry. Pierwszemu nadstawiła tarczę, ale gdy tylko tamten podniósł ramię do ciosu, usunęła mu się zręcznie z drogi, co sprawiło, że ten wpadł na ścianę. Poprawiła tylko ciosem w potylicę i wysłała go do Sovngardu. Ja uczyniłem podobnie, tylko ponieważ stałem dalej od ściany, zamiast usuwać się w bok, przykucnąłem gwałtownie, jednocześnie pochylając się w przód. Przetoczył się przeze mnie i legł na ziemi, tracąc przytomność. We dwójkę uporaliśmy się z trzecim.

     Nie miałem zamiaru dobijać nieprzytomnego, ale ten doszedł do siebie zadziwiająco szybko.

     - Nie masz szans, oddaj broń – warknąłem na niego, przykładając mu ostrze do gardła. – Nie chcę cię zabijać.

     Ech, Nordowie… Nie znają słowa „poddać się”… Z mieczem na grdyce, półprzytomny, a jeszcze zadał mi cios, który nawet mógłby mnie zranić, gdybym nie odbił go tarczą. Przynajmniej zginął w walce, zachowując honor. Jeśli o bandytach w ogóle można tak powiedzieć.

     Warownia była okazałą twierdzą. Pełną opustoszałych komnat i korytarzy. I pełną bandytów. Poruszaliśmy się cichcem, eliminując stopniowo przeciwników z łuków. Raz nam się nie udało i musieliśmy stoczyć potyczkę aż z pięcioma naraz. Na szczęście, korytarz był na tyle wąski, że nie mogli nas zaatakować wszyscy jednocześnie. Wygraliśmy tę potyczkę, opłaconą tylko kilkoma lekkimi ranami, które zaleczyliśmy magicznym sposobem.

     Zgodnie z radą Stallea, każdą komnatę przeszukiwałem dokładnie. Znalazłem piękną, dwemerską zbroję, jednakże zbyt ciężką na mnie. Na Lydię nie pasowała. Ale obok stała dwemerska tarcza.

     Widzieliście kiedyś takie cudo? Jest mniej więcej tak samo ciężka jak stalowa, ale nieco większa i ma zupełnie inny, nieco wydłużony kształt, z powywijanymi krawędziami, które dodatkowo chronią boki wojownika. Ja wolę lekki pancerz, więc wystarczała mi elfia tarcza. Krasnoludzka była dla mnie za ciężka. Ale Lydia z zadowoleniem ja sobie przywłaszczyła.

     Jedna z rozbójniczek miała na sobie zbroję płytową. I to kobiecą! Tak, zbroje płytowe inaczej wykuwano dla kobiet i inaczej dla mężczyzn. Ta miała wypukłości w okolicach piersi. Zerknąłem najpierw na zbroję, potem na Lydię. Jakby na nią! Lydia potrząsnęła głową, ale ja nie zważałem na jej protesty. Zbroja płytowa była znacznie mocniejsza od segmentaty i miała lepiej rozłożony ciężar. Zawinąłem ją w derkę i zostawiłem na krześle, aby później po nią wrócić.

     Znaleźliśmy też trochę mikstur i nieco kosztowności, ale niewiele. Nie dbałem o to. Pomógłbym i za darmo, gdybym wiedział, że się za to nie obrazi.

     W jednym miejscu natknęliśmy się na zwłoki kilku osób. Nieszczęśnicy nie wyglądali na wojowników. Zadrżałem na myśl, że to może być rodzina Stallea, choć wyglądali bardziej na służbę. Nikogo innego nie spostrzegliśmy.

     W ten sposób dotarliśmy do wyjścia. Prowadziło ono przez małą budkę strażniczą, w której istotnie znajdowała się dźwignia. Przełożyłem ją na drugą stronę. Nie wiem, jaki mechanizm napędzał kratę, ale rzeczywiście się otworzyła, ku zdziwieniu strażnika. Nie dziwił się długo. Stalleo zaatakował zgodnie z planem. Razem oczyściliśmy dziedziniec i mury z bandytów.

     Gdy ostatni z nich padł, Stalleo podbiegł do mnie z pytaniem, czy znalazłem kogoś w zamku. Powiedziałem mu o zwłokach. Posmutniał, ale gdy je opisałem, odetchnął z wyraźną ulgą. To nie był nikt z jego rodziny. Widocznie zdołali uciec.

     Zapłacił mi. Nie pieniędzmi. Dał mi coś znacznie cenniejszego. Wcisnął mi w dłonie księgę. Rzuciłem okiem na okładkę i dostrzegłem znak Szkoły Przemiany. Była to Księga Czarów – Wykrycie Życia. Niesamowite zaklęcie! Nauczyłem się go od razu, nie tracąc czasu. Gdy je wypróbowałem, wszyscy wokół, nawet ci, którzy stali za murem, zajarzyli się jaskrawoniebieskim światłem.

     Zgodnie z treścią księgi, osoby przyjaźnie do mnie nastawione jarzyły się na niebiesko. Podobnie udomowione zwierzęta. Wrogowie zaś – na czerwono. Również wszelka dzika zwierzyna przybierała czerwony kolor. Zaklęcie działało przez najgrubsze nawet mury i miało tylko dwie wady. Po pierwsze, bardzo szybko wyczerpywało manę. Dwie sekundy – i koniec. Było przeznaczone dla doświadczonych magów ze Szkoły Przemiany. Tylko tacy umieli posługiwać się nim na tyle oszczędnie, by co jakiś czas badać nim przestrzeń wokół siebie. Po drugie, nie działało na nieumarłych, więc daremne było stosowanie go w katakumbach, pełnych draugrów. 

     Nie byłem doświadczonym magiem. Ale czy miałem jakikolwiek powód, by nie stać się nim w przyszłości? Od kiedy nauczyłem się tego zaklęcia, używałem go bardzo często. Zrazu niewprawnie - istoty jarzyły się i natychmiast gasły, ledwo zdążyłem rozpoznać, gdzie są. Ale z czasem zacząłem nabierać wprawy, a zaklęcie stało się dla mnie bardzo użytecznym narzędziem.

     Tymczasem dotarliśmy do Ivarstead, gdzie czekał na nas zasłużony odpoczynek. A późnym rankiem znaleźliśmy się na Wysokim Hrothgarze. Arngeir przyjął nas gościnnie, jak zwykle. Pierwszy zaczął temat, pytając o Balgruufa. Zrelacjonowałem mu swą rozmowę z jarlem, a na koniec westchnąłem i spojrzałem wymownie na mnicha.

     - Musisz mi pomóc przerwać wojnę…

     Arngeir uśmiechnął się.

     - Nie rozumiesz naszego autorytetu – rzekł łagodnie. – Siwobrodzi nigdy nie mieszali się do spraw polityki.

     - Jarl Balgruuf nie pomoże mi, jeśli nie skończy się wojna – odpowiedziałem błagalnie.

     Ale Arngeir zmarszczył czoło i zdawał się myśleć o czymś innym.

     - Rozumiem… - rzekł powoli. – Smok poprowadzi cię do Alduina, ale bez pomocy jarla…

     Nie dokończył. Dalej milczał, trąc w zamyśleniu czoło.

     - Obie strony szanują Siwobrodych – ośmieliłem się wtrącić. – Posłuchają!

     Arngeir drgnął, jakby się obudził. Spojrzał na mnie zamyślonym wzrokiem, po czym potrząsnął głową, dając mi do zrozumienia, że nie o tym myślał.

     - Paarthurnax postanowił ci pomóc – wyjaśnił. – Oto droga, którą musimy przebyć. Widać nawet Siwobrodzi muszą się ugiąć przed wiatrem przemian. Niech tak będzie. Powiedz Ulfrikowi i generałowi Tuliusowi, że Siwobrodzi pragną się z nimi rozmówić. Zobaczymy, czy jeszcze o nas pamiętają.

     Dotarło do mnie, że Arngeir nie zastanawiał się nad tym, czy mi pomóc, tylko w jaki sposób to zrobić. Poczułem falę radości, przypływającą mi do serca.

     - Czy zechcesz być gospodarzem rady pokojowej? – spytałem.

     Skinął głową, z dobrotliwym uśmiechem.

     - Dostarcz wiadomość zwaśnionym stronom – odparł. – Jeśli usłuchają, zrobię co w mojej mocy, aby ich pogodzić.

     Z radości aż trzasnąłem się po udach, po czym, zaczerwieniony nieco, przeprosiłem za ten wybuch. Nie wypadało w takim miejscu. Ale mnich tylko się roześmiał. A mnie ta radość szybko przeszła, gdy przypomniałem sobie o czymś jeszcze. Spojrzałem na niego niepewnie i napotkałem jego zachęcający wzrok. Odgadł, że coś mnie gryzie.

     - Ostrza… - wydusiłem. – Chcą, żeby Paarthurnax zginął…

     Nie wybuchł gniewem, jak się tego spodziewałem. Tylko posmutniał.

     - Teraz widzisz, dlaczego cię przed nimi ostrzegałem – westchnął, a głośniej dodał. – Krwiożerczy barbarzyńcy!

     Głos uwiązł mi w gardle ale musiałem o to spytać. Przemogłem się więc.

     - Czy to prawda, co mówią? – spytałem szeptem. – Że był sprzymierzeńcem Alduina?

     Arngeir nie odpowiedział od razu, jakby szukał właściwych słów.

     - Tak – odparł w zamyśleniu. – Zrozum, iż za czasów Alduina wszystkie smoki były jego poplecznikami. Nie miały innej możliwości.

     Rozumiałem… Bo bardzo chciałem to zrozumieć.

     - Gdyby nie Paarthurnax – Arngeir uśmiechnął się lekko, - Alduina nie udałoby się obalić. To on pierwszy nauczył ludzi korzystać z Thu’um.

     Pokiwałem głową. Słowa Arngeira napełniły mnie otuchą. Paarthurnax był zły, bo urodził się zły. Zdołał jednak pokonać w sobie zło i za to należy mu się chwała.

     - Jeszcze nie wiem, co zrobię – szepnąłem w zamyśleniu.

     - Robisz postępy, Smocze Dziecię – odrzekł Arngeir z powagą. – Powstrzymanie się od działania bywa najmądrzejszym wyborem, choć, co dziwne, najtrudniejszym. Ufam, że ostatecznie dokonasz właściwego wyboru. Wsłuchaj się w Głos, który zesłała na ciebie Kynaret, a ujrzysz przed sobą wyraźną ścieżkę.

     *          *          *

     Kolejne dni minęły nam na wędrówkach. Najpierw udaliśmy się do Samotni. Jeśli masz połknąć dwie żaby, zacznij od większej, mawiał mój ojciec. Tulius wydawał mi się trudniejszym kąskiem. Był Cyrodiilijczykiem, zatem mógł o Siwobrodych nawet nie słyszeć, nie mówiąc już o jakimkolwiek dla nich szacunku.

     Po drodze nie napotkały nas żadne przygody, z wyjątkiem ataku jakiegoś głupiego złodzieja, którego roznieśliśmy na mieczach. Tym razem wszystko odbyło się zgodnie z wojskowym regulaminem. Poprosiłem wartownika, aby mnie zaanonsował generałowi, ten kazał mi zaczekać w holu zamku Dour. Na szczęście Tulius nie był służbistą i nie kazał mi długo czekać. Obrzucił mnie zdziwionym wzrokiem, ale gdy mnie poznał, pozwolił mi powiedzieć, z czym przychodzę.

     Jak każdy oficer, nie znosił on marnowania czasu, więc starałem się mówić zwięźle, jak żołnierz, składający raport swemu dowódcy.

     - Mam wiadomość od Siwobrodych – odezwałem się. 

     - Siwobrodzi? – uniósł brwi. – Czego ci zgrzybiali pustelnicy ode mnie chcą?

     - Na Wysokim Hrothgarze odbędzie się rada pokojowa – odparłem, patrząc mu prosto w oczy.

     Zdumienie odbiło się na jego twarzy. Przez chwilę wpatrywał się we mnie uważnie, podejrzewając zapewne jakiś niesmaczny żart, ale upewniwszy się, że pozostałem poważny, założył ręce do tyłu i nerwowo przespacerował się po sali. Po chwili znów stanął przede mną.

     - Dlaczego? – rzucił. – Nie ma o czym mówić, póki ten zdrajca Ulfric podnosi broń przeciwko swemu prawowitemu cesarzowi!

     Wbił we mnie ten swój przenikliwy wzrok, aż się zmieszałem.

     - Potrzebne nam zawieszenie broni – wykrztusiłem z trudem. – Do czasu, aż nie minie zagrożenie ze strony smoków.

     Odwrócił się i oparł rękami o stół, na którym rozłożona była mapa Skyrim. Poutykano w niej kolorowe proporczyki. Niebieskie oznaczały Gromowładnych, czerwone – Cesarskich. Zauważyłem, że Skyrim podzielone jest mniej więcej na pół – wschód popierał Gromowładnych, zachód Cesarskich.

     - Będzie z nimi kłopot – odezwał się w zamyśleniu. – Ale nie wysłano mnie do Skyrim, żebym bił się ze smokami. Moim zadaniem jest opanowanie rebelii. Smoki, czy nie smoki, ja swoje rozkazy wykonam.

     Wiedziałem, że musi słuchać rozkazów, ale zauważyłem też, że sprawa smoków nie jest mu obojętna. Przede wszystkim, nie uznał mojej misji za jakiś wybieg. Uwierzył mi. Zaświtała mi więc nadzieja. Opowiadać mu o Pożeraczu Światów mijało się z celem, ale przecież musiał wiedzieć, jakie zniszczenia powodują smoki.

     - Na razie smoki są większym problemem niż Gromowładni – odważyłem się odezwać.

     Nie odzywał się przez dłuższą chwilę. W końcu oderwał się od stołu i stanął przede mną.

     - Możesz mieć rację – rzekł tonem człowieka, który bije się z myślami. – Coraz ciężej jest przemieścić wojska, nie ściągając na siebie uwagi smoków.

     Znów zaczął spacerować po komnacie, z rękami założonymi do tyłu. Obserwowałem go uważnie.

     - Gromowładni cierpią tak samo jak my – odezwał się w końcu. – Nawet Ulfric powinien dostrzec sens zawarcia rozejmu w takich warunkach.

     Myślałem, że go uściskam! To jest wódz! Nie unosi się pychą, ani nie dba o własną legendę. Rozważny, inteligentny, prawdziwy profesjonalista! No przecież, wiadomo – Cyrodiilijczyk! Poczułem dumę z faktu, że jesteśmy rodakami.

     - A więc zjawisz się na radzie pokojowej? – odważyłem się zapytać.

     - Tak – odparł. – Dobrze, pójdę na tę radę Siwobrodych. Co by ona nie dała.

     Z zamku Dour niemal wyfrunąłem, jak na skrzydłach. Najtrudniejsze zadanie za mną! W dodatku, poszło mi bardzo łatwo, dzięki dalekowzroczności Tuliusa. Z Ulfrikiem powinno pójść jeszcze łatwiej. Był Nordem i autorytet Siwobrodych powinien go przekonać.

     Przy kolacji zreferowałem Lydii treść spotkania. Wyraziła się z uznaniem o Tuliusie. Była wprawdzie Nordką i znacznie bliżej było jej do Ulfrica, ale jednocześnie była żołnierzem i potrafiła docenić znakomitego wodza. Poza tym, podejrzane kontakty Ulfrica z Thalmorem znacznie osłabiły jej zaufanie do jarla Wichrowego Tronu. Spytałem ją o to.

     - Nie chciałabym walczyć przeciwko Nordom – westchnęła. – Ale chyba już nie potrafię wierzyć Ulfricowi. Gdybym naprawdę musiała opowiedzieć się po którejś ze stron, poparłabym Cesarstwo. Tulius jest przynajmniej szczery i nie udaje kogoś innego. No i chyba rzeczywiście Skyrim osamotnione byłoby łakomym kąskiem dla Thalmoru, a tego nie chce nikt.

     Pokiwałem głową. Moje sympatie też mocno przechyliły się na stronę Cesarstwa.

     Rankiem zaszedłem jeszcze na dziedziniec zamku, poszukać kapitana Aldisa. Miałem bowiem w tobołku księgę, o którą prosił. Był na placu, trenując swych łuczników, więc podszedłem do niego i bez ceregieli podałem mu „Zwierciadło”.

     - Udało mi się odnaleźć tę książkę – uśmiechnąłem się.

     Zdumiony, rzucił okiem na okładkę, po czym otworzył na pierwszej stronie. Przeczytawszy tytuł, rozjaśnił brodatą twarz.

     - To dobrze – potrząsnął moją ręką w podzięce. – Postaram się załatwić kilka kopii dla ludzi. Masz – wcisnął mi w rękę pełen trzosik. – To za fatygę. Legion jest ci wdzięczny.

     A potem wyruszyliśmy do Wichrowego Tronu. Poszliśmy drogą, którą jeszcze nigdy nie wędrowałem. Zaraz za Smoczymostem skręciliśmy na wschód. Około południa dotarliśmy do jakiegoś fortu, w którym straż trzymały szkielety. Znowu jakieś siedlisko nekromantów!

     Tym razem prześlizgnęliśmy się nie zauważeni. Nie mieliśmy czasu na potyczki z magami. Szliśmy dziarsko na wschód, jak prowadził trakt. Robiło się coraz chłodniej, aż w końcu otoczyło nas białe pustkowie, pokryte śniegiem. Nagle Lydia klasnęła w ręce i wskazała na wzgórza na południu.

     - To tam są te krasnoludzkie ruiny! – zawołała. – Tam, gdzie był ten miecz, co go zgubiła… Jak ona miała na imię? Mjoll!

     Miała rację. I ja rozpoznałem charakterystyczne szczyty. Zatem byliśmy niedaleko Gwiazdy Zarannej. Przyspieszyliśmy kroku. Przynajmniej będziemy nocować po ludzku, w gospodzie, a nie pod gołym niebem.

     Ale klątwa Gwiazdy Zarannej wciąż wisiała nad miastem. W nocy, podobnie jak pozostałych mieszkańców, dręczyły nas koszmary. Śniło mi się, że tonę, ale nie w wodzie, tylko w jakiejś parze, czy dymie. Walczyłem całą noc, próbując utrzymać się na powierzchni i z trudem łapiąc oddech, aż wreszcie rankiem obudziłem się jeszcze bardziej zmęczony niż byłem wieczorem. Lydia również miała sine półksiężyce pod oczami. Oboje wyglądaliśmy, jakbyśmy całą noc spędzili na suto zakrapianej uczcie.

     - Trzeba coś z tym zrobić – westchnęła Lydia. - Ci ludzie przeżywają ten koszmar co noc.

     - Później – mruknąłem. – Wiesz, że teraz nie możemy. Nie ma czasu…

     Skinęła głową, bez apetytu przeżuwając śniadanie. Mnie też nie chciało się jeść. Byłem zbyt zmęczony.

     U miejscowego kowala kupiłem trochę elfich strzał. A potem powlekliśmy się traktem na południe, który potem skręcił na wschód. Szliśmy wolno, noga za nogą i jasne było, że za dnia do Wichrowego Tronu nie dotrzemy. Nawet szybkim tempem pewnie nie dalibyśmy rady, a co dopiero w takim stanie. Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, znaleźliśmy stary grobowiec, wykuty w skale. Postanowiliśmy przenocować w przedsionku. Na szczęście żadne draugry nam w tym nie przeszkodziły. Cóż, zwykle zajmują głębsze krypty.

     Rankiem czuliśmy się dużo lepiej. Po szybkim śniadaniu ruszyliśmy na wschód, aż do rozwidlenia dróg. Prawy trakt prowadził do Wichrowego Tronu, lewa odnoga obiegała góry od południa, po czym skręcała na północ i kończyła się w Zimowej Twierdzy. Do stolicy Ulfrica było już niedaleko.

     Strażnicy przywitali nas ciepło. Wiedzieli, kto zlikwidował Rzeźnika i byli nam za to bardzo wdzięczni. Od razu podzielili się z nami nowinami. Podobno na nowo formują się Obrońcy Świtu! To wojownicy, walczący z wampirami. Słyszeliśmy o nich? Ten i ów przemyśliwał, czy się do nich nie dołączyć. Nie wspomniałem o moim spotkaniu z Durakiem, bo pewnie nie puściliby nas, zanim nie wycisnęliby z nas wszystkich informacji. A nam zależało na spotkaniu z Ulfrikiem.

     Ten poznał mnie, ale udał, że nie ma zamiaru traktować mnie w żaden szczególny sposób. 

     - Porozmawiaj z Galmarem – rzucił przez ramię, nawet się nie zatrzymując. – Oceni, do czego się nadajesz i jak najlepiej wykorzystać twoje talenty.

     Przyznaję, że jego pycha trochę mnie rozdrażniła. Nawet nie spytał, czego chcę, tylko z góry założył, że moim marzeniem jest polec w walce ku jego chwale!

     - Mam wiadomość od Siwobrodych – powiedziałem zimnym tonem.

     Zatrzymał się i spojrzał na mnie zaskoczony.

     - Najwyższy czas, żeby odwrócili wzrok od niebios i spojrzeli na naszą krwawiącą ojczyznę – odrzekł. – Czego oni chcą?

     Jego patetyczna przemowa rozdrażniła mnie jeszcze bardziej. Miałem ochotę huknąć mu w twarz słowa „A kto tę ojczyznę utopił we krwi, jeśli nie ty!?”, ale siłą woli się powstrzymałem. Widać, trening u Siwobrodych nauczył mnie panowania nad sobą.

     - Chcą wynegocjować pokój do czasu uporania się ze smokami – odparłem, siląc się na spokój.

     Bezwiednie pogładził się po brodzie.

     - Naturalnie… - zaczął. – Darzę Siwobrodych najwyższym szacunkiem.

     Opuścił głowę, jakby szukał odpowiednich słów.

     - Smocze naloty to rosnące zagrożenie – odparł po chwili, taksując mnie wzrokiem. – Jednak sytuacja polityczna wciąż jest delikatna. Jeszcze nie wszyscy jarlowie popierają mnie jako Najwyższego Króla. Nie mogę sobie pozwolić na oznaki słabości.

     No, proszę, ja, ja, zawsze ja! Czy ten człowiek widział cokolwiek poza swoją legendą? Nieważne smoki, ważne, żeby zostać Najwyższym Królem, choćby z samego królestwa zostały zgliszcza! Przyznam, że w tej chwili poczułem do niego obrzydzenie. Nie tylko za jego egoizm, ale też za to, że nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż rozmawiam z aktorem, który odgrywa przede mną wyuczoną rolę. Jego gesty wydały mi się teatralne, modulacja aksamitnego głosu sztuczna.

     - Nie zgodzę się na to – odrzekł w końcu. – Chyba, że Tulius też się tam zjawi…

     No a jak on sobie wyobrażał negocjacje pokojowe? Że będzie gadał sam z sobą? Miałem ochotę na ciętą ripostę, ale pohamowałem się, wiedząc, że do niego i tak ona nie trafi. Przede wszystkim, zawieszenie broni – to był mój cel. Bez niego nie uda mi się nic.

     - Generał Tulius już potwierdził uczestnictwo – uciąłem krótko.

     To było lepsze niż złośliwości. Wytrąciło mu z rąk wszystkie argumenty. Podkręcił wąsa, maskując zakłopotanie.

     - Dobrze… - rzekł powoli. – Wciąż mamy pod sobą połowę Skyrim, mimo wszystkiego co Cesarstwo zdołało na nas rzucić. Wątpię, żeby Cesarstwo było w stanie wytrzymać ten rozlew krwi zbyt długo.

     Zamilkł i zmarszczył brwi. Ogarnęło mnie zniecierpliwienie.

     - Więc zjawisz się na radzie pokojowej? – spytałem.

     - Tak – odrzekł powoli, dostojnym głosem, jakby miał już na głowie koronę. – Dam Tuliusowi jeszcze jedną szansę na poniechanie Skyrim i wycofanie się z podkulonym ogonem.

     I dał znak, że audiencja skończona. Z ulgą wyszedłem z Pałacu Królów.

     - Zaczyna mnie drażnić – mruknąłem w stronę Lydii. – Jego megalomania zdaje się nie mieć granic. Chyba też zaczynam popierać Cesarstwo.

     - Wolałabym się nie opowiadać po żadnej ze stron – westchnęła. – Ale wiem, że taki stan nie potrwa długo. Co odpowiedział?

     - Przyjdzie – mruknąłem. – Ale nie wydaje mi się, żeby bardzo zależało mu na pokoju.

     W niewesołych humorach udaliśmy się do gospody „Pod Knotem”. Kolacja nie poprawiła nam nastroju. Rankiem wciąż z nosami na kwintę udaliśmy się do Białej Grani. Oboje zastanawialiśmy się, co zrobić, jeśli w końcu będziemy musieli wybrać. Oboje chcieliśmy wygnać Thalmor ze Skyrim, ale oboje też powątpiewaliśmy, czy osamotnione królestwo potrafi dać odpór Altmerskiemu Dominium. Poza tym, chcieliśmy walczyć z Thalmorem, a nie z Cesarstwem, którego kosmopolityczny charakter bardzo nam odpowiadał. O ile łatwo było wybrać między dwoma wodzami – oboje dziś poparlibyśmy Tuliusa – o tyle trudno było zdecydować się na walkę przeciwko Nordom.

     - Chyba nie mam innego wyjścia, niż poprzeć trzeciego wodza – zaśmiała się Lydia. – I to tego najmniej wybitnego. Przynajmniej jeśli chodzi o wygrywanie bitew…

     - Kogo masz na myśli? – spytałem zdziwiony.

     - Jak to kogo? – uśmiechnęła się. – Jarla Balgruufa! Chyba pozostanę przy nim, cokolwiek wybierze.

     Zgodziłem się, że to chyba najlepsze wyjście. Zamiast dwóch wielkich wodzów zgodnie wybraliśmy trzeciego, najmniej wybitnego, ale za to tego, któremu oboje ufaliśmy. Może i nie znał się zbyt dobrze na strategii, ale doskonale znał się na gospodarce i był bardzo oddany swemu ludowi. Od wygrywania bitew miał Irileth.

     W drodze wciąż rozmyślałem o Ulfriku. Widać było, że coś przede mną ukrywa. Wyczułem w nim rezerwę w stosunku do mnie i zastanawiałem się, skąd się wzięła. Podzieliłem się myślami z Lydią.

     - Też to zauważyłam – odparła. – Niby wciąż butny, ale obchodził się z tobą jak z jajem.

     - Ciekawe, dlaczego…

     Lydia nie miała wątpliwości.

     - To proste – wzruszyła ramionami. – Dowiedział się, kim jesteś.

     - Myślisz? – spojrzałem na nią zamyślony. – To możliwe, w końcu ma do swej dyspozycji niekiepski wywiad. Ale tak bardzo by go to odmieniło? Tak wielki czuje szacunek do Smoczego Dziecięcia?

     - Tu chyba nie o szacunek chodzi – odrzekła. – On się ciebie boi.

     - Chyba żartujesz! – aż przystanąłem. – A dlaczego miałby się mnie bać?

     - Bo nie może z tobą zrobić tego, co zrobił z Torrygiem – odparła. – Ciebie nie rozpłata Krzykiem.

     Nadal nie byłem przekonany. Lydia spojrzała mi w oczy i dodała.

     - A, co gorsza, ty jego możesz! I tego się boi.

     Zagryzłem wargę. Mogła mieć rację. Smocze Dziecię mogło popsuć jego plany, a on nie mógł na to nic poradzić. Byłem poza zasięgiem jego wpływów – i to go niepokoiło.

     - Tulius się mnie nie boi – odparłem.

     - Tulius nie dba o własną legendę – odrzekła zamyślona. – Dlatego potrafi spojrzeć dalej.

     A mnie zaczęła w łowie kiełkować niepokojąca myśl. Czyżby to Ulfric nasyłał na mnie zabójców z Mrocznego Bractwa?

środa, 6 lipca 2016

Rozdział XLIII - Rozłam

    Byliśmy w pobliżu Wież Valtheim, gdy zaczęło robić się szaro. Początkowo zamierzaliśmy przenocować w Rzecznej Puszczy, w gospodzie Delphine, by skoro świt ruszyć dalej, ale po namyśle stwierdziliśmy, że to nie ma sensu. Do Białej Grani było niewiele dalej. Smoczą Przystań  było już stąd widać. Postanowiliśmy dojść do domu, odpocząć, zjeść, wyspać się. Zostawilibyśmy tam część sprzętu i zabrali tylko to, co potrzebne. W każdym razie, zaraz za mostem zgodnie poszliśmy prosto, w kierunku grodu.

Wieże Valtheim - widok od strony Białej Grani. O tym miejscu była mowa w jednym z pierwszych rozdziałów

     Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Jednak, gdy już umyci i przebrani w świeże rzeczy zerknęliśmy do naszej spiżarni, trochę nam nosy opadły na kwintę. Resztki sera i chleb, którym można było wbijać gwoździe.

     - Pod Chorągwianą Klacz? – spytała Lydia.

     - Nie mam innego pomysłu – odparłem.

     Na kolację poszliśmy więc do gospody. Było tu już kilkoro znajomych. Ulfbert, mąż Adrianne, zaprosił nas do swego stolika. Poznaliśmy się już całkiem dobrze i okazał się być dobrym i uczynnym sąsiadem, w dodatku sympatycznym. Ponarzekał trochę na bezczynność, bowiem Adrianne nie dopuszczała go do kuźni. Dla wojownika nie było na razie roboty. Trochę polował, zdobywając skóry, czasem wybierał się nakopać rudy w znanym sobie miejscu, poza tym nuda. Pozostawał kufel piwa i towarzystwo innych wojowników. Ale za to, jak sam twierdził, coraz lepiej radził sobie w kuchni.

     - Tylko nikomu nie mówcie – poprosił. – Bo by się ze mnie śmiali! Ale co mam zrobić? Adrianne po całym dniu w kuźni jest zmęczona. Miałbym ją jeszcze zaganiać do garów? Sam wolę popichcić. To takie miłe, móc jej usłużyć. Ona jest taka kochana…

     Kolacja była wyśmienita. Podano nam potrawkę z mięsa i duszonych jarzyn, doprawioną aromatycznymi ziołami. Głośno wyraziliśmy swoje uznanie. Kuchcik Balbus aż pęczniał z dumy.

     - To dzięki tym ziołom – powiedział, z promieniującą na twarzy radością. – Zbieram je dla Smakosza…

     - Kto to? – spytała Lydia.

     Balbus zrobił minę, jakby się obraził.

     - Nie słyszałaś o Smakoszu? – odparł zdumiony. – Cesarski kucharz! Najlepszy na świecie! Odwiedził Skyrim i mam nadzieję, że tu też się pojawi. Zaskoczę go tą mieszanką ziół. Uzna, że mam wyrafinowany smak. Może nawet weźmie mnie ze sobą do Cesarskiego Miasta…

     Nie siedzieliśmy w gospodzie zbyt długo. W końcu, rano trzeba było wcześnie wstać. Kupiliśmy tylko żywności na śniadanie i na drogę, po czym udaliśmy się na spoczynek.

     Tym razem to ja zerwałem się wcześniej. Z kufra wyciągnąłem nowy elfi łuk, który przygotowywałem sobie od wielu tygodni, w każdej wolnej chwili. Postanowiłem go zakląć mrozem. Częste ćwiczenia i konieczność ciągłego doładowywania mojego starego łuku, dały mi sporo wprawy. Byłem pewien, że potrafię zrobić to całkiem nieźle. No i miałem dziś coś, czego nie miałem poprzednio – znaleziony w Alftand Wielki Klejnot Duszy, z pochwyconą potężną duszą śnieżnego trolla.

     Popędziłem do Farengara. Ten jeszcze nie urzędował, śpiąc w swym pokoiku obok laboratorium. Nie chciałem go budzić. Na szczęście magiczny warsztat nie robił hałasu. Łyknąłem kupionej w Zimowej Twierdzy mikstury zaklinacza. Owionęło mnie na chwilkę coś, co wyglądało jak błękitny śnieg. A potem nałożyłem zaklęcie na łuk.

     Byłem naprawdę dumny ze swojego dzieła. Zaklęcie było nie tylko silniejsze, ale też byłem pewien, że wytrzyma znacznie dłużej bez ciągłego doładowywania. Wkrótce miałem się o tym przekonać.

     Wychodząc od niego, ujrzałem Balgruufa. Siedział na swoim tronie i przeglądał jakieś raporty. Z pewnością nie myślał wtedy o zastawianiu pułapki na smoka. Pomyślałem jednak, że co mi szkodzi spytać.
Podszedłem do tronu i skłoniłem się. Balgruuf podniósł wzrok i uśmiechnął się na mój widok.
- Niech bogowie czuwają nad tobą podczas bitew – odpowiedział na moje pozdrowienie. – Czego ci trzeba?

     Rozłożyłem bezradnie ręce.

     - Potrzebuję twojej pomocy – wyznałem, a potem, zdając sobie sprawę, jak absurdalnie to brzmi, z wysiłkiem i pąsem na twarzy dodałem cicho. – Muszę uwięzić smoka w twoim pałacu…

     Balgruuf roześmiał się serdecznie.

     - Ale mów głośniej – odparł ze śmiechem. – Bo chyba cię źle usłyszałem. Myślałem, że prosisz o pomoc w uwięzieniu smoka w moim pałacu!

     I aż skrył twarz w dłoniach. Śmiał się jeszcze przez chwilę, po czym, widząc moją poważną twarz, nagle przestał i spojrzał na mnie z obawą. Nic nie powiedział, ale jego wzrok mówił wyraźnie: „Ty mówisz poważnie, prawda?”.

     Westchnąłem.

     - Wiesz, że gdyby to nie było ważne, taka prośba w ogóle by nie padła.

     Opuścił głowę, po czym podniósł się, rzucił papiery na tron i podszedł do mnie, poufale biorąc mnie pod ramię.

     - Oczywiście… - zająknął się. – Udało ci się już ocalić Białą Grań przed smokiem. Mam wobec ciebie dług wdzięczności. Ale nie rozumiem. Dlaczego mam wpuszczać smoka w samo serce mojego miasta, skoro tak się siliłem, żeby trzymać go poza murami.

     - Zagrożenie jest większe niż ci się wydaje – odparłem. – Alduin powrócił.

     - Alduin? – powtórzył wstrząśnięty. – Pożeracz Światów? Ale… - rozejrzał się bezradnie – jak mamy z nim walczyć? Czy jego powrót nie oznacza kresu dziejów?

     No proszę… A ja informacji o smokach szukałem na krańcach Skyrim, podczas, gdy pod nosem miałem znakomicie poinformowanego człowieka. Nabrałem do Balgruufa jeszcze większego szacunku.

     - Jestem Smoczym Dziecięciem – przypomniałem mu. – Moim przeznaczeniem jest go powstrzymać.

     - Nie mam o tym pojęcia – pokręcił głową. – Ale słyszałem, że wzywają cię Siwobrodzi. Mnie to wystarczy.

     Przez chwilę milczał, ale zaraz, spojrzał na mnie zbolałym wzrokiem.

     - Co to za brednie o więzieniu smoka w moim pałacu? – jęknął.

     - To jedyny sposób, aby odnaleźć Alduina, zanim będzie za późno – szepnąłem.

     Przymknął oczy, jak człowiek, na którego spada cios, którego nie potrafi wytrzymać.

     - Smocze Dziecię – szepnął. – Chcę ci pomóc… I pomogę! Najpierw jednak potrzebuję pomocy od ciebie.

     Pociągnął mnie wzdłuż sali tronowej. Szliśmy wolno obok siebie. Przez chwilę milczał, zanim znów się odezwał, tym razem pewnie i władczo.

     - Ulfric i generał Tulius tylko czekają na moje potknięcie. Myślisz, że będą czekać, aż smok wyrżnie moich ludzi i spali miasto na popiół? Nie, nie osłabię miasta, kiedy zagrażają nam wrogie wojska. Przykro mi.

     Wiedziałem, że jest ze mną szczery. Sam zresztą powiedziałem mu o zamiarach Ulfrica i o tym, co dowiedziałem się w zamku od Tuliusa. Miałem się nie angażować w tę wojnę i nie angażowałem się. Ale tu chodziło o Białą Grań. O mój dom! I ludzi, z którymi zdążyłem się już zżyć. Sytuacja wydawała się beznadziejna, ale mnie już od pewnego czasu kołatał po głowie pewien pomysł. Przecież zarówno Ulfric, jak i Tulius, musieliby być ślepi, żeby nie docenić roli smoków w tym konflikcie. Obu powinno zależeć na tym, aby je powstrzymać. Jakie znaczenie będzie miało, do kogo należy Skyrim, gdy świat przestanie istnieć?

     - A gdyby nie trzeba było przejmować się atakiem wroga? – spytałem ostrożnie.

     Balgruuf wzruszył ramionami.

     - W takim razie chętnie pomogę ci zrealizować twój szalony plan schwytania smoka – zapewnił. – Lecz przekonanie obu stron do zawieszenia broni będzie w tej chwili bardzo trudne. Zgorzknienie ogarnęło ich zbyt głęboko. Może… Hm…

     Zatrzymał się gwałtownie i przygryzł wargę, namyślając się nad czymś.

     - Co z Siwobrodymi? – spytał nagle. – Wszyscy Nordowie ich szanują. Wysoki Hrothgar to neutralne terytorium. Gdyby Siwobrodzi zgodzili się poprowadzić radę pokojową… To może Ulfric i Tulius by posłuchali…

     Miałem ochotę go ucałować! To jest pomysł! Niech Siwobrodzi sami wytłumaczą stronom, czym grozi przedłużanie tego konfliktu. W ten sposób unikniemy wzajemnych oskarżeń o próbę zmylenia przeciwnika. Zapaliłem się do pomysłu Balgruufa i nadzieja znów rozjaśniła moje myśli.

     - Zostaw to mnie – powiedziałem z radosnym uśmiechem. – Porozmawiam z Arngeirem na temat zwołania rady pokoju.

     - Tak, Smocze Dziecię – Balgruuf położył mi rękę na ramieniu. – Może uda ci się powstrzymać smoki i przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę.

     Wiedziałem, że mówiąc „naszą”, miał na myśli nie stronę konfliktu, tylko po prostu nas wszystkich. Ludzkość… Świat… Byłem mu bardzo wdzięczny. Pokłoniłem się i czym prędzej popędziłem do Wietrznego Domku.

     Lydia przygotowywała właśnie śniadanie, gdy wpadłem jak wicher i dysząc jak kowalski miech, zrelacjonowałem jej całą rozmowę.

     - Świetny pomysł – uśmiechnęła się. – Ale może i tak porozmawiajmy najpierw z Esbernem. Zawsze to lepiej wiedzieć więcej. Może da nam jakąś cenną informację?

     Jak to dobrze, że otaczali mnie tacy ludzie, jak Lydia i Balgruuf! Chwyciłem ją w pół i podniosłem w górę, śmiejąc się radośnie. Ona też roześmiała się pogodnie, po czym nazwała mnie idiotą i stanowczo zażądała postawienia z powrotem na podłodze. W znakomitych humorach zjedliśmy gorącą polewkę z jeleniny i pomidorów, spakowaliśmy plecaki i dziarsko ruszyliśmy w drogę, dobrze znanym sobie traktem, wiodącym na zachód.

     Minęliśmy Zachodnią Strażnicę, potem Fort Szarą Przystań – chyba pusty od czasu naszej ostatniej tam bytności – i szliśmy cały czas na zachód. Potem od traktu odbiła jakaś droga w lewo, na południe wiodąca pod górę. Drogowskaz wskazywał na Falkret.

     - To tam, gdzie już tyle razy miałem się udać i nigdy nie miałem czasu – mruknąłem, nie zwalniając kroku.

     - Jeśli kiedyś się tam dojdziesz, udawaj, że nie dostałeś żadnego listu – zachichotała Lydia. – Bo inaczej możesz liczyć wyłącznie na bardzo chłodne przyjęcie.

     - Ano, jarlowi się nie odmawia – zgodziłem się.

     - Odmawia się – odparła Lydia. – Czasem się odmawia. Ale nigdy się go nie ignoruje. Mogłeś chociaż napisać list.

     - Tak zrobię – zapewniłem. – Przy najbliższej okazji…

     - Taaa… - mruknęła rozbawiona. – W przyszłym roku…

     Zbliżaliśmy się do kolejnego rozwidlenia. Tu należało odbić na Markart, ale mnie zaciekawiło coś innego. Otóż, nad tym rozwidleniem wznosiła się stroma góra, a na niej tkwił potężny zamek, z wysoką wieżą. Stąd nie było widać, czy ktoś się tam osiedlił, ale flag na blankach nie dostrzegłem. Zatem, jeśli zamieszkały, to przez bandytów, albo Renegatów.

     - Już wolę bandytów – stwierdziła Lydia. – Przynajmniej do swoich przestępstw nie dorabiają ideologii.

     - Co to za zamek? – spytałem, rozwijając mapę, na której miejsce to w ogóle nie było zaznaczone.

     - Fort Sungard – odparła. – Ważny fort, ale chyba nie obsadzony. Dziwne… Obu stronom powinno na nim zależeć.

     Skręciliśmy na trakt do Markartu. Znaleźliśmy się dokładnie pod zamkiem.

     - Popatrz, jaskinia – Lydia wyciągnęła rękę w stronę skalnego załomu. – Ciekawe, co jest w środku.
Dziwne. Szliśmy już tędy, ale żadne z nas tej jaskini nie zauważyło. Ciekawość popchnęła nas w tamtym kierunku. Zagłębiliśmy się w ciemny otwór. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłem, że wejście jest zamknięte kratą! W dodatku, krata wyposażona była w zamek. Czyżby więzienie?

     Zamek, nie zamek, zawsze nosiłem przy sobie pęk wytrychów. Jeszcze żaden zamek mi się nie oparł. Tyle razy pomagałem wykuwać części do zamków, że znałem ich budowę bardzo dokładnie. Kilka ruchów i krata stanęła otworem. Znaleźliśmy się w obszernej jaskini, oświetlonej przez fosforyzujące grzyby. Stało tu kilka gratów, jakieś rozbite sarkofagi, jakieś deski, resztki skrzyń… Ale na samym środku wkopano w ziemię kilkanaście zaostrzonych pali, a na nich leżały zwłoki Orsimera, przebite w kilku miejscach.

     Wzdrygnąłem się na ten widok i spojrzałem w górę. Tuż nad palami, w sklepieniu znajdował się duży otwór. Wysoko ponad nami dostrzegłem jakiś loch.

     - Te zwłoki są świeże – szepnęła Lydia. – Ten Ork umarł nie dalej niż godzinę temu.

     - Nie umarł, tylko został zamordowany – mruknąłem. – I zrzucony z góry na te pale. Coś niedobrego dzieje się w tym zamku…

     Urwałem, słysząc jakiś szelest. Ku mojemu zdziwieniu, w naszą stronę zdążał draugr, z wyciągniętym mieczem. Nie zwlekając, wyciągnąłem z pochwy Przedświt i trzasnąłem go w kark. Błękitna eksplozja powaliła kolejnego, który ze wzniesiony toporem wyłonił się nagle zza wieka sarkofagu. Przeszukaliśmy jaskinię. Więcej draugrów nie było.

     - Może sprawdzimy, co dzieje się ponad nami? – Lydia spojrzała na mnie pytająco. – Jeśli oni mordują podróżnych…

     Pokiwałem głową. Musimy chociaż dowiedzieć się, kto jest za to odpowiedzialny. Postanowiliśmy zrobić zwiad. Jeśli będzie ich niewielu, damy sobie z nimi radę. A jeśli będą mieli przewagę, wycofamy się i powiadomimy odpowiednie władze.

     - Tylko które? – uniosłem brwi. – To jeszcze Biała Grań, czy Pogranicze?

     - To dobre pytanie! – zaśmiała się. – W sumie, nie wiadomo. To miejsce leży na styku trzech marchii.

     - A która trzecia?

     - Falkret – odparła. – Na wschodzie i północy to Biała Grań, na zachodzie Pogranicze, a na południu Falkret.

     - Czyli nikt palcem nie ruszy – westchnąłem ciężko. – Balgruuf ma za mało żołnierzy, żeby obsadzić nawet Szarą Przystań. Igmund z Markartu nawet nie chce się przyznać, że istnieje zagrożenie ze strony Renegatów, a ten z Falkret, jak mu tam było, Siddgeir, najprawdopodobniej w ogóle nie będzie chciał ze mną rozmawiać. No cóż, spróbujmy sami.

     Musieliśmy zawrócić. Skała w tym miejscu była niemal pionowa. Minęliśmy rozwidlenie i skręciliśmy na północ, w kierunku Rorikstead, aby wejść łagodniejszym zboczem. Już w połowie drogi zdjęliśmy z ramion łuki.
Fort Sungard - widok od strony Rorikstead

     Fort był zajęty przez Renegatów. Pierwszego dostrzegłem nad bramą i strąciłem jedną, celną strzałą. Świetny łuk! Widziałem, że jeszcze lecąc w dół, Renegat zrobił się biały, jakby pokrył się szronem. Zaklęcie mrozu było całkiem silne. Drugi strażnik przewrócił się bezgłośnie na mur, gdy Lydia trafiła go prosto w pierś. Podkradliśmy się bliżej. I wtedy opuściło nas szczęście. Zauważył nas trzeci strażnik i zaalarmował pozostałych.

     Wypadli na nas w czwórkę. Dwóch zdołaliśmy jeszcze położyć strzałami, ale potem rozgorzała walka wręcz. Renegaci noszą bardzo lekkie i mało wytrzymałe zbroje ze skóry, kości i rogów. Ale żyjąc w górach, albo opuszczonych zamkach, stali się niesamowicie szybcy i zwinni. Ich ciosów trudno było uniknąć. Na szczęście rogowa broń nie jest skutecznym orężem przeciwko metalowym zbrojom. Wynik pojedynku mógł być tylko jeden.

     Fort był opustoszały. Wewnątrz znaleźliśmy jeszcze tylko troje wojowników. Po ich pokonaniu, zwiedziliśmy całe zamczysko. Była to spora twierdza, największa, jaką dotąd widziałem. Składała się z kilku budynków, okolonych murami, tworzącymi dziedzińce. Koszary mogłyby pomieścić duży oddział żołnierzy. Jakkolwiek, swoim zwyczajem, przeszukałem wszystkie kufry i szafy, niewiele znalazłem cennych rzeczy. Renegaci nie gromadzą pieniędzy, bo i tak nikt nie chce z nimi handlować. Trochę kosztowności, trochę kiepskiej broni, kilka cennych mikstur… Ale najważniejszym łupem była świeża żywność i bezpieczna kwatera na noc. Pod dachem, co ważne, bo właśnie zaczęło padać.

     Rankiem Lydia podała mi pewną książkę.

     - Zobacz, co znalazłam.

     Rzuciłem okiem na tytuł. „Ostatnia pochwa Akrasha”. Coś mi to mówiło, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć. Zajrzałem do środka. Z początku wydawało mi się, że czytam powieść, ale rychło zrozumiałem, że to zręcznie napisany podręcznik podstaw kowalstwa. To jest pomysł! Napisać podręcznik tak, aby uczeń się nie nudził, nie wybrzydzał, tylko sam chętnie po niego sięgał! I przypomniałem sobie, że obiecałem go Ghorzy. Dobrze się składało. Przecież i tak zamierzaliśmy pójść do Markartu. Przejrzałem go. Prawie nie zawierał żadnych nowych informacji, których bym przedtem nie wiedział, ale zawsze człowiek czegoś się dowie.

     Do Iglicy Karth dotarliśmy około południa. Spustoszony przez nas obóz Renegatów w dalszym ciągu był pusty. Bez przygód więc znaleźliśmy się w jaskini, a potem w świątyni. Tam jednak nikogo nie było. 

     Esbern zapewne nie próżnował, o czym świadczyły porozrzucane po całej świątyni księgi. Znaleźliśmy go, razem z Delphine, na zewnątrz, na tarasie. Na nasz widok wymienili spojrzenia. Uśmiechnąłem się radośnie, wyściskałem ich, po czym streściłem im wydarzenia z ostatnich tygodni.

     - Tak więc, poznałem Smokogrzmot – uśmiechnąłem się do Esberna. – I ręczę za jego skuteczność.

     Mieli oboje niewyraźne miny. Coś przede mną ukrywali. W końcu starzec przemógł się, chrząknął zakłopotany i wyznał.

     - Obawiam się, że mamy problem – zaczął. – Bardzo poważny. Odkryłem, kim naprawdę jest przywódca Siwobrodych.

     Wzruszyłem beztrosko ramionami.

     - Okazuje się, że jest smokiem – odparłem. – Ale mi pomógł!

     - Wszystko dobrze – westchnął Esbern. – Ale czy wiesz, że w starożytnych czasach był prawą ręką Alduina? Odpowiedzialnym za niewypowiedziane okropności! To prawda, że przestępstwa te popełnił dawno temu, lecz sprawiedliwość nie liczy lat. Ostrza polowały na niego od wieków, ale chronili go Siwobrodzi, a potem sami cesarze. Sprawiedliwość wymaga, by zginął za swoje występki.

     Nie wierzyłem własnym uszom! Jedyny smok, który chciał nam pomóc i pomógł – a oni chcą go zabić!

     Esbern spojrzał na mnie ze smutkiem.

     - Dopóki żyje – odezwał się, - obawiam się, że moja przysięga Ostrzy nie pozwala mi zaofiarować ci pomocy.

     Poczułem się, jakby trafił mnie piorun! Spojrzałem na Delphine, w poszukiwaniu pomocy, ale napotkałem jej wzrok twardy i nieugięty.

     - Dopóki Paarthurnax żyje, nie mamy o czym rozmawiać – wycedziła zimno, aż przeszedł mnie dreszcz.

     Nie wiedziałem, co powiedzieć. Po prostu, oniemiały z wrażenia, obróciłem się na pięcie i wszedłem do świątyni. Lydia poszła za mną, równie zdumiona, co ja.

     - Czy oni poszaleli? – szepnęła. – Zabijać jedynego smoka, który wyrzekł się zbrodni?

     W milczeniu schodziłem po schodach, czując, że po policzkach płyną mi łzy. A płakałem, bo wiedziałem, że choć było to szaleństwo, jest w tym ziarno prawdy. Nic nie wiedziałem o Paarthurnaxie. Mógł popełnić wiele zbrodni. To prawda, że w czas się opamiętał i próbował je odkupić, ale czy to wystarczy? Przyszło mi też na myśl, że chciał pozbyć się Alduina tylko po to, by zająć jego miejsce. Czy mogę mu do końca wierzyć?

     - W czasie walki zabijać najpotężniejszego sojusznika… - prychała Lydia za moimi plecami. – Co za szaleństwo?

     Nie wiedziałem, co robić. Wiedziałem tylko, że ani przez chwilę nie chcę dłużej przebywać w tym miejscu. Zdecydowanym krokiem, połykając łzy i wstydząc się ich przed Lydią, skierowałem się do wyjścia. 
     Gdy znaleźliśmy się na zewnątrz, Lydia położyła mi dłoń na ramieniu.

     - Nie zabijesz go prawda? – spytała szeptem.

     Potrząsnąłem głową.

     - Nie sądzę, żebym się na to zdobył – odpowiedziałem również szeptem. – Nawet jeśli okaże się, że oni mają rację.

     Podniosłem na nią wzrok.

     - To Ostrza – odezwałem się trochę spokojniej. – Dla nich smok to smok, jedna zaraza. Porozmawiam z Siwobrodymi… I z Paarthurnaxem… I wtedy zdecyduję, co zrobić. 

     Ale nawet nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że mógłbym podnieść rękę na jedynego przyjaciela pośród smoków. Przyjaciela, który uratował mi życie, stając przeciwko własnemu bratu i który wielokrotnie już wspomógł mnie dobrą radą.

     Z nosami na kwintę powlekliśmy się w stronę Markartu. Nie tylko z powodu Paaarthurnaxa. Właśnie straciliśmy dwoje drogich nam przyjaciół. Wyrzekli się nas dla swojej ideologii. Bolało. Bardzo bolało! Gdyby chociaż w inny sposób… Ale ich twarde, nieprzejednane stanowisko nie pozwalało na dalszą dyskusję. Wśród wrogów Alduina nastąpił rozłam. Nawet działając ręka w rękę mogliśmy się okazać za słabi dla Pożeracza Światów. Cóż znaczyliśmy podzieleni?

     I wiedziałem coś jeszcze. Nasza przyjaźń i wzajemne zaufanie skończyły się definitywnie. Jeśli nie zabiję Paarthurnaxa, oni więcej się do mnie nie odezwą. Jeśli natomiast będę musiał to zrobić – to ja nie będę umiał im tego wybaczyć.

     Ani sobie…

poniedziałek, 4 lipca 2016

Rozdział XLII - Załamanie Czasu

     Z podziemi wyszliśmy bardzo łatwo – wyjście do windy znajdowało się tuż pod sterownią. Winda dość długo pięła się w górę. Wyniosła nas jednak bezpośrednio na powierzchnię, oczywiście w zupełnie innym miejscu, niż tam weszliśmy. Owionął nas powiew świeżego, odżywczego powietrza. Nie sądziłem, że powietrze może mieć tak rozkoszny zapach! Po kilku dniach, spędzonych w dusznych podziemiach, spijaliśmy je, niczym najlepsze wino i z każdym oddechem czuliśmy przypływ sił. Jednocześnie musieliśmy zamknąć oczy, przywykłe do ciemności, bowiem pomimo iż na powierzchni dzień był pochmurny, jego blask poraził nas, jak ognisty dech smoka.

     Każdy z wylotów wind dał się otworzyć od środka. Wystarczyło tylko pociągnąć odpowiednią dźwignię, niedostępną z zewnątrz. Krata otworzyła się, a my z przyjemnością zanurzyliśmy stopy w głębokim śniegu. Przez dłuższą chwilę staliśmy oparci o wieżę, głęboko oddychając i ciesząc się z powrotu do tak dobrze znanego nam świata. Pełnego smoków, niedźwiedzi i trolli – ale naszego…

     A potem spróbowaliśmy zgadnąć, gdzie jesteśmy. Wieża znajdowała się u podnóża góry. Za plecami mieliśmy stromą, ośnieżoną górę, przed sobą gęsty las. I żadnej ścieżki!

     Ruszyliśmy na przełaj przed siebie. W lesie szybko straciliśmy orientację. Szliśmy, brodząc przez głęboki śnieg, byle dalej, byle w przód. Nie wiedzieliśmy nie tylko, gdzie jesteśmy, ani dokąd idziemy, ale też jaka jest pora dnia. Słońca zza chmur nie było widać i nie sposób ocenić, jak jest wysoko. Minęło sporo czasu, zanim pod śniegiem poczuliśmy twardą, wyłożoną kamieniami drogę. Nadal jednak żadne z nas nie wiedziało, w którą stronę należy się udać.

     Ruszyliśmy na chybił trafił, w lewo, nie wiedząc nawet, czy idziemy na północ, czy południe, czy może wschód, albo zachód… Wiedzieliśmy tylko, że trakt nas na pewno dokądś zaprowadzi. Droga po pewnym czasie wyprowadziła nas z lasu, skręcając w prawo. Szliśmy teraz u podnóża jakiejś góry, po lewej stronie mając białe, pagórkowate pustkowie. Wkrótce trakt rozgałęził się – w lewo prowadziła inna droga. Spojrzeliśmy po sobie, wzruszyliśmy ramionami i szliśmy dalej w tym samym, niewiadomym kierunku. Aż w końcu wyczuliśmy dym.

     Zaczynało się robić szaro, gdy weszliśmy do niewielkiego miasteczka, rozłożonego wokół spokojnej zatoki. Jego centralny punkt stanowił nieduży port morski. Była to Gwiazda Zaranna. Okazało się, że zawędrowaliśmy daleko na północ, dokładnie w przeciwnym kierunku, niż zamierzaliśmy.
Gwiazda Zaranna - niewielkie, portowe miasteczko nad północy Skyrim

     Na szczęście w miasteczku był i kowal, który odkupił od nas znalezioną w podziemiach broń, i gospoda z ciepłym paleniskiem i wygodnymi pokoikami i, oczywiście, życzliwi ludzie, którzy pokazali nam na mapie, którędy powinniśmy iść. Przenocowaliśmy w miasteczku, choć wypoczęło jedynie moje ciało. Całą noc dręczyły mnie jakieś koszmary. We śnie jakieś stwory próbowały się do mnie dobrać i wyssać mi krew. Próbowałem z nimi walczyć, ale moje ruchy były tak powolne i niezdarne, że nie dawałem rady. W końcu, gdy dobyłem miecza i zamierzyłem się na jednego z nich, spostrzegłem, że w ręce trzymam rulon papieru… Obudziłem się zmęczony. Okazało się, że nie tylko ja. Lydia również wstała z cieniami pod oczami.

     Zjedliśmy śniadanie i niezwłocznie wyruszyliśmy w dalszą drogę, jako że do domu było daleko. Wychodząc z gospody, spotkaliśmy strażnika, również niewyspanego i zmęczonego. W ogóle, wszyscy mieszkańcy snuli się po mieście, jak duchy.

     - Przybywasz do Gwiazdy Zarannej w dziwnym czasie – strażnik uśmiechnął się do Lydii. – Wygląda na to, że wszystkim mieszkańcom śnią się koszmary…

     Wydało nam się to bardzo dziwne. Zaczepiliśmy jeszcze kilka osób – wszystkie potwierdziły tę niewesołą prawdę. W mieście działo się coś złego. Obiecaliśmy sobie, że zajmiemy się tym, gdy tylko skończymy z Alduinem. A potem przypomniałem sobie o innej obietnicy.

     - Niedaleko znajduje się dwemerska budowla, Mzinhaleft – odezwałem się, spoglądając na mapę, uaktualnioną dzięki uprzejmości ludzi z Gwiazdy Zarannej. – To tam Mjoll zgubiła swój miecz.

     Lydia spojrzała na mnie zadumana.

     - Idziemy tam? – spytała.

     - Nie musimy, ale to po drodze – odparłem. – O, tutaj.

     - A co to jest za budowla?

     - Nie wiem – wzruszyłem ramionami. – Skoro dwemerska, to na pewno jakieś wejście do podziemi.

     Postanowiliśmy rzucić na nią okiem. Poszliśmy traktem, najpierw na południe, potem skręciliśmy na zachód. A potem zaatakował nas smok.

     Dość długo trwała walka z nim, bowiem był silny i raził nas mrozem, mocno spowalniając nasze ruchy. Szyliśmy do niego z łuków, a on krążył nad nami, zionąc mroźnym oddechem, wydawałoby się, zupełnie niewrażliwy na nasze strzały. Dopiero mój Krzyk, Ognisty Oddech, wytrącił go z równowagi. Zatrzepotał błoniastymi skrzydłami, tworząc mały, lokalny huragan i runął na ziemię, wzbudzając tuman śniegu. Dopadłem go, zanim się pozbierał, z obnażoną Zgubą Smoków. Temu mieczowi już nie dał rady.

     Wchłonąłem jego duszę, jak każdą poprzednią. I znów Lydia z szeroko otwartymi oczami podziwiała to zjawisko.

     Do Mzinhaleft nie było daleko. Mieszkańcy Gwiazdy Zarannej poinformowali nas, że ten obiekt leży w kotlinie i trzeba zejść z traktu, nieco na południe. Uprzedzono nas jednak, że opanowali go bandyci i jest tam niebezpiecznie. Pamiętając o tym, zakradliśmy się od strony gór. Dostrzegliśmy kilku z nich. Daleko, ale mimo to odważyłem się strzelić. Chybiłem. Zbir zerwał się na równe nogi i ze zdziwieniem zaczął rozglądać się wokół. Nie spojrzał jednak w naszą stronę – widocznie w głowie mu się nie mieściło, że ktoś może strzelać z tak daleka. Druga strzała rozłożyła go na posadzce. Inny zbój, widząc śmierć swego towarzysza, zerwał z ramienia łuk i popędził w naszą stronę, po stromym podjeździe. Dwa razy chybiłem, ale trzecia strzała strąciła go. Leciał w dół z krzykiem, który po chwili gwałtownie umilkł. W ten sposób udało nam się wyeliminować czterech, zanim zeszliśmy i starliśmy się z pozostałymi. Wynik był zgodny z przewidywaniami – na zewnątrz żaden z nich nie pozostał żywy.
Mzinhaleft - widok z góry. Pomiędzy wieżami widoczna brama do naziemnego kompleksu. Wejście do podziemi jest niewidoczne z tego miejsca. 

     Mzinhaleft musiało być jakąś reprezentacyjną budowlą, bowiem wejście do niej wyglądało, jak brama do wielkiego pałacu. Tak też było w istocie, co stwierdziliśmy, gdy tylko znaleźliśmy się w środku. Była to ogromna rezydencja, niemal równie rozległa, jak dopiero co opuszczona przez nas Alftand.

     Odbyło się też to wszystko bardzo podobnie. Najpierw błądzenie po dwemerskich pomieszczeniach, eliminowanie bandytów i konfiskata ich majątku, później walka z Falmerami. Nie będę tego opisywał, by nie nudzić czytelnika. Dość, że w głębiach podziemi znalazłem Ponury Siekacz, który okazał się być prostym, szklanym mieczem, w dodatku zaklętym. Niezwykle cennym. Nic dziwnego, że Mjoll bolała nad tą stratą.

     Machnąłem nim kilka razy. Poręczny, ostry i lekki. Oręż idealny. Obiecałem sobie, że przy najbliższej okazji sprawię sobie taki. A ten z niejakim żalem postanowiłem zwrócić właścicielce.
Jak wszystkie dwemerskie budowle, także Mzinhaleft wykonano bardzo starannie. Na zdjęciu jeden z podziemnych korytarzy, przegrodzony bramą , wykutą z krasnoludzkiego metalu 

     Nasza podróż do Białej Grani trwała prawie trzy dni. Pierwszego doszliśmy do Morthalu i przenocowaliśmy u Jonny w gospodzie. Drugiego dnia dotarliśmy do wciąż pustej jaskini Ortheim. Wczesnym popołudniem trzeciego dnia otworzyliśmy z ulgą drzwi Wietrznego Domku. Należał nam się odpoczynek. Cały następny dzień zbieraliśmy siły. Odwiedziliśmy jarla i Proventusa, porozmawialiśmy trochę z ludźmi, spieniężyliśmy zdobytą broń u Adrianne i Eorlunda Siwo-Włosego, którego do tej pory jakoś nie miałem okazji poznać. Kosztowności sprzedaliśmy częściowo u Belethora, częściowo kupieckiej karawanie Khajitów, jaka właśnie zawitała do Białej Grani. Położyliśmy się spać wcześnie, aby jutro wyruszyć przed świtem.

     Tak też uczyniliśmy i bez żadnych przygód, wieczorem zwaliliśmy się na głowę Wilhelmowi w Ivarstead, który, jak zawsze, przyjął nas bardzo gościnnie.

     Rankiem rozpoczęła się wspinaczka na Wysoki Hrothgar. Gdy przed południem dotarliśmy do klasztoru, mnisi oddawali się medytacji. Pewien, że w sprawie Smokogrzmotu i tak nie mogą mi pomóc, postanowiłem im nie przeszkadzać i razem z Lydią niezwłocznie udaliśmy się na Gardło Świata.

     - Tylko nie przestrasz się Paarthurnaxa – uprzedziłem ją. – Jest naprawdę wielki!

     - Nie boję się twoich przyjaciół – odparła, podążając za mną. – Nawet smoków.

     Paarthurnax przywitał nas ze szczytu skały. Pokazałem mu podłużne zawiniątko.

     - Posiadasz Kel, Prastary Zwój! – rzekł z podziwem. – Tiid kreh qalos… Wstęga czasu drży pod jego dotykiem. Niewątpliwie, kroczysz ścieżką swego przeznaczenia. Kogaan Akatosh. Kości ziemi są do twej dyspozycji.

     Zauważyłem że jego ciepły, spokojny głos zrobił duże wrażenie na mojej towarzyszce.

     - Jest wspaniały – szepnęła.

     Paarthurnax tymczasem wskazał płytkie zagłębienie w śniegu. Powietrze w tym miejscu dziwnie falowało, a śnieg jakby nie potrafił się zdecydować, czy opaść na ziemię, czy też ominąć to miejsce szerokim łukiem.

     - Zanieś Zwój do Załamania Czasu – rzekł Paarthurnax. – Nie zwlekaj, gdyż nadchodzi Alduin! Nie umkną mu znaki.

     Z pewnym wahaniem podszedłem do tego miejsca. Nie wiedziałem, czego można się spodziewać po magii tak potężnej, jaka zawarta była w Pradawnym Zwoju. Przed oczami stanęły mi ostrzeżenia z ksiąg, pokazanych mi przez Uraga. Mignęła mi postać na pół obłąkanego Septimusa…

     Ale innego wyjścia nie było. Rozciąłem sznurek, którym obwiązane było płótno. Rozwinąłem je i chwyciłem w dłoń Pradawny Zwój – artefakt spoza czasu. Chwila wahania i… Rozwinąłem go z zamkniętymi na razie oczami. Odważyłem się je otworzyć dopiero po chwili, gdy do mojej świadomości dotarły dziwne dźwięki.

     Zwój nabrał czerwonej barwy. Stał się jak ekran czarnoksięskiej latarni. Wyraźnie ujrzałem w nim scenę, która rozegrała się w tym miejscu przed wiekami. Nie tak jakbym tam był, ale jakbym patrzył na nią przez okno. 

     Jakiś wojownik w zbroi i z toporem na plecach, biegł w moją stronę. Jednocześnie usłyszałem jego głos.

     - Gromleith! – wołał. – Czas ucieka. Bitwa…

     Tu urwał, bowiem tuż za nim, w śniegu z impetem wylądował smok. Pojawił się tak niespodziewanie, że aż się wzdrygnąłem. Smok spojrzał na niego groźnie i zaryczał.

     - Daar sul thur se Alduin vokri! – zawołał grzmiącym głosem. – Dziś przywrócone zostanie przywództwo Alduina. Cenię jednak twą odwagę. Krif voth ahkrin! Giń na marne!

     Wojownik jednak nie czekał, aż smok zaatakuje. Z toporem rzucił się w stronę smoka.

     - Za Skyrim! – krzyknął i wymierzył mu potężny cios w pysk.

     Smok ryknął i dmuchnął w jego stronę jęzorem ognia, po czym próbował dosięgnąć go zębami, ale wojownik był szybki i zwinnie uniknął paszczy smoka. W tym samym momencie otrzymał pomoc – do smoka doskoczyła jasnowłosa wojowniczka w zbroi i z mieczem w dłoni.

     - Hjah! – krzyknęła waląc smoka na odlew. – Gromleith zsyła na ciebie śmierć!

     To, co uczyniła później, zapamiętam na długo. Wskoczyła smokowi na głowę, której dosiadła, jak wierzchowca i zanim zdążył on zareagować, z ogromną siłą wbiła mu swój miecz prosto w czaszkę. Smok drgnął w przedśmiertnym skurczu, po czym momentalnie zwiotczał. Wielki łeb upadł na śnieg, a wojowniczka zwinnie z niego zeskoczyła w tym samym momencie, w której dotknął ziemi.

     - Hakonie, wspaniały dzień, doprawdy! – oświadczyła radośnie, podchodząc do swego towarzysza.

     - Czy potrafisz myśleć o czymś innym, poza brukaniem krwią swego ostrza? – niecierpliwie spytał wojownik, zwany Hakonem.

     - A, to istnieje coś jeszcze? – kpiąco odpowiedziała Gromleith.

     - Bitwa poniżej idzie nie po naszej myśli – Hakon nie dał się ponieść entuzjazmowi. – Jeśli Alduin nie odpowie na nasze wyzwanie, obawiam się, że wszystko będzie stracone.

     - Za bardzo się przejmujesz, bracie – beztrosko odparła Gromleith. – Zwycięstwo będzie nasze.

     - Dlaczego Alduin się ociąga? – zastanawiał się Hakon. – Postawiliśmy wszystko na twój plan, starcze!

     - Przyjdzie – odpowiedział mu jakiś głos.

     Przesunąłem Zwój w tamtą stronę i ujrzałem siwowłosego, krzepkiego starca.

     - Nie zlekceważy naszego nieposłuszeństwa – zapewnił starzec. – Dlaczego miałby się nas bać, nawet teraz?

     - Nieźle go wykrwawiliśmy – odparła Gromleith, wzruszając ramionami. – Czterech jego krewniaków padło dziś tylko od mego ostrza.

     - Nikt jednak nie stanął jeszcze przeciwko samemu Alduinowi – pokręcił głową starzec. – Galthor, Sorri, Birkir…

     - Nie dysponowali Smokogrzmotem – odparła Gromleith. – Gdy sprowadzimy go na ziemię, przysięgam, że odrąbię mu głowę!

     - Nie rozumiesz – odrzekł starzec zniecierpliwionym tonem. – Alduina nie można zabić jak pomniejszego smoka! Jest dla nas zbyt silny. Dlatego właśnie przyniosłem Prastary Zwój.

     I przy tych słowach zademonstrował trzymany w ręku, podłużny przedmiot.

     - Felldirze! – zwołał Hakon. - Obiecywaliśmy sobie, że go nie użyjemy!

     - Ja nic nie obiecywałem – pokręcił głowa starzec, zwany Felldirem. – A jeśli masz rację, nie będę go potrzebował.

     - Nie! – uciął Hakon. – Sami uporamy się z Alduinem. Tu i teraz!

     - Wkrótce się przekonamy – wtrąciła Gromleith. – Alduin nadchodzi…

     Pożeracz Światów pojawił się tak nagle, że omal nie upuściłem Zwoju. Zatoczył krąg nad trójką przyjaciół, która jak jeden mąż dobyła broni.

     - Niech tak będzie! – krzyknął Hakon.

     Alduin z głośnym trzepotem wylądował na smoczej ścianie.

     - Meyye! – krzyknął głosem, który brzmiał jak trzęsienie ziemi. – Tharodiis aanne! Him hinde pah liiv! Zi’u hindaan!

     - Niech ci, którzy spoglądają z Sovngardu, zazdroszczą nam dzisiaj – zawołała Gromleith.

     Wszyscy troje, jak na komendę nabrali w płuca powietrza.

     - Joor! Zah! Frul!

     Krzyk, jak grzmot, wydobył się z wszystkich trzech ust jednocześnie. Dosięgnął Alduina i owionął go jakąś dziwną, błękitną poświatą. A ja poczułem wtedy zawrót głowy i chwilową ciemność przed oczami. Słowa mocy kolejno rozbłysły w mojej głowie. Joor! Śmiertelność… Zah! Skończenie… Frul! Tymczasowość… Poczułem w sobie moc, zdolną strącić smoka z nieba. Moc, która nieśmiertelnego smoka spychała w odmęty śmiertelności. I to samo musiał poczuć Alduin. Poczuł, że nie jest już nieśmiertelny, że można mu zadać ranę, że można go zabić. Ryknął przerażony i spróbował unieść się w powietrze, ale po kilku ruchach skrzydeł upadł, jakby sparaliżowany. Jego cielsko zaryło w śniegu tuz przed trzema bohaterami.

     - Nivariin jorre! – zaryczał strasznym głosem. – Co żeście uczynili? Jakież to spaczone słowa powstały w czeluściach waszych umysłów? Tahrodiis Paarthurnax! Zatopię zęby w jego gardle! Lecz najpierw, dir ko maar… Umrzecie w przerażeniu, wiedząc, jaki los was czeka… Pochłonę wasze dusze, gdy przybędą do Sovngardu!

     - Jeśli dziś zginę, to nie ze strachem – wrzasnęła Gromleith i wszyscy troje rzucili się na smoka z orężem.

     - Fo! Krah Diin! – krzyknął Hakon i zmrożona mgła trysnęła ku Alduinowi, nie wyrządzając mu jednak wielkiej krzywdy.

     Za to Gromleith odważnie stanęła przed nim ze wzniesionym mieczem.

     - Czujesz strach po raz pierwszy w życiu, żmiju! -  warknęła. – Widzę to w twoich oczach. Skyrim będzie wolne!

     I zadała mu okrutny cios mieczem. Alduin jednak nie był jeszcze pokonany. Szybkim ruchem złapał ją w zęby, uniósł w górę i potrząsnął łbem. Zapewne połamał jej wszystkie kości, bowiem wypluł już tylko bezwładny kształt. Pierwsza z Języków została pokonana.

     - Nie, do cholery! – wrzasnął zrozpaczony Hakon. – To nie działa! Skorzystaj ze Zwoju, Felldirze! Teraz!

     Podczas, gdy Hakon rozpaczliwie bronił się przed zębiskami smoka toporem, Feldirr oddalił się o kilka kroków i wyciągnął Zwój. Rozpostarł go nagłym ruchem i głosem kapłana zawołał.

     - Wstrzymaj się Alduinie na skrzydle! Siostro Jastrzębico, daj nam błogosławiony oddech, by ten kontrakt został usłyszany! Przepadnij, Pożeraczu Światów! Słowami starszymi niż twoje kości przełamujemy twoją władzę nad tą erą i przeganiamy cię! Przepędzam cię, Alduinie! Wykrzyczymy cię z naszych śmierci, aż do ostatniej!

     Alduin zdążył jeszcze poważnie zranić Hakona. Ten padł na kolana i wypuścił topór z rąk. Smok z satysfakcją pochylił się nad nim i otworzył paszczę.

     I nagle wokół smoka pojawiła się błękitna sfera, jakby zbudowana ze świecącej mgły. Alduin rozejrzał się z przestrachem. Sfera stopniowo, ale widzialnie zaczęła się kurczyć i dusić go w sobie. Stawała się coraz mniejsza i mniejsza. Aż zaczęła go ściskać w sobie coraz bardziej i coraz bardziej. I znikła. Tak po prostu! Razem ze smokiem…

     - Zadziałało – wydyszał Hakon z wysiłkiem. – Udało ci się…

     - Tak – westchnął Felldir. – Nie ma już Pożeracza Światów… Oby duchy miały litość nad naszymi duszami…

     I w tym momencie wizja zaczęła zanikać. Stawała się coraz bardziej mglista. Aż w końcu znikła zupełnie. Przed sobą trzymałem tylko zwój pergaminu, pokryty niezrozumiałymi dla mnie znakami. Powróciłem do rzeczywistości.

     Przez chwilę oddychałem ciężko, bezwiednie zwijając Prastary Zwój. Schowałem go do płóciennego woreczka i odwróciłem się do Lydii. Stała pod skałą, obok Paarthurnaxa i oboje przyglądali mi się z ciekawością. Skinąłem im głową i uśmiechnąłem się. Poznałem Krzyk!

     Ale nie dane mi było długo tryumfować. Paarthurnax nagle uniósł łeb i spojrzał w niebo. Przeleciał po nim czarny cień. Nadleciał Alduin!

     Przez krótką chwilę krążył nad naszymi głowami, po czym zawisł na wprost mnie.

     - Bahloki nahkip sillesejoor! – zawołał niskim głosem, od którego zadrżały moje wnętrzności. – Żołądek mam pełen dusz pożartych śmiertelników, Dovahkiinie. Giń i stań naprzeciw swego przeznaczenia w Sovngardzie!

     Alduin bezspornie należał do tych, którzy byli przekonani, iż przeciwnik ma ochotę słuchać ich patetycznej przemowy. Ale ja nie miałem. Już przy „giń” wciągnąłem powietrze w płuca i napiąłem mięśnie.

     - Joor! Zah! Frul!

     Nigdzie, tak jak w przypadku Krzyku, nie widać, jak powolny jest dźwięk. Smoki, mimo swych ogromnych rozmiarów, są niesamowicie zwinne. Trudno trafić je Krzykiem, bowiem zanim on do nich doleci, smoki potrafią go uniknąć. Jedyny skuteczny sposób, to krzyknąć, gdy zawisają nad celem. Alduina zgubiła tu jego pycha. W głowie mu się nie mieściło, że śmiertelnik może nie wysłuchać do końca jego przemowy i przerwać mu w pół słowa. Smokogrzmot dosięgnął celu. Niby olbrzymie robaki, po ciele Alduina popełzły ruchome plamy błękitnego światła. Bezskutecznie zatrzepotał skrzydłami, jak ptak trafiony strzałą. Zwalił się niezdarnie na śnieżną pokrywę, a ja tylko na to czekałem. Elfi łuk, ebonowe strzały, znalezione przy dwemerskim centurionie i pewna ręka myśliwego, szkolonego przez Bosmera. To były moje atuty.

     - To już koniec! – zawołał Paarthurnax. – Spóźniłeś się, Alduinie!

     Alduin odwrócił ku niemu łeb, posyłając mu spojrzenie, pełne wściekłości.

     - Suleyki mulaag, Paarthurnax! – wrzasnął. – Gdy twoja siła słabła, moja rosła!

     Pierwsza strzała trafiła w łeb, druga w szyję. Trzeciej nie zdążyłem wypuścić, bowiem Alduin oprzytomniał i jakoś zdołał wzbić się w powietrze. Dostrzegłem tylko, że Lydia trafiła go pod pachę. Zaczęła się nierówna walka. Szyliśmy z łuków, a Alduin nie tylko raził nas ogniem i mrozem. Nie wiem, jakim cudem, ale z nieba zaczęły sypać się na nas rozpalone głazy, jak przy wybuchu wulkanu. Unikałem ich jak mogłem, ale i tak jeden trafił mnie w plecy i przewrócił. Pomny sytuacji, w jakiej się znalazłem, momentalnie przewróciłem się na bok i wstałem tak szybko jak umiałem. Jęzor mroźnej mgły uderzył obok.

     - Może i posiadasz broń moich starożytnych adwersarzy – zaśmiał się Alduin. – Ale nie dorastasz im do pięt!

     Niestety, wyraźnie zaczął zdobywać przewagę. Trafić go, gdy tańczył w powietrzu, było niezmiernie trudno. Przeważnie chybiałem. Krzyknąłem dwa razy, ale z łatwością uniknął fali uderzeniowej Krzyku. Jego mroźny oddech, na przemian z jęzorem ognia, trafiły mnie już kilkakrotnie. Tylko szybkie zażycie mikstury uzdrowienia uchroniło mnie od śmierci. Wydawałoby się już, że poniesiemy klęskę. Ale wtedy otrzymaliśmy pomoc. Od potężnego sojusznika.

     - Unslaad hokoron! – zawołał Paarthurnax. – Nigdy więcej!

     I zwarł się z Alduinem w śmiertelnym uścisku, zmuszając go do odwrócenia się do nas tyłem. Dwie strzały natychmiast wbiły mu się  w skrzydła. Nie chciałem używać Smokogrzmotu, aby nie zaszkodzić Paarthurnaxowi, ale ten potrafił sam o siebie zadbać. Zionął w swego brata gorącym jęzorem ognia, utrzymując go tym samym na dystans.

     - Użyj Smokogrzmotu – krzyknął Paarthurnax. – Tylko tak można go pokonać!

      Idealna okazja!

     - Joor! Zah! Frul! – krzyknąłem.

     Alduin opadł bezwładnie na ziemię, niedaleko Lydii. Ta, wiedząc, że z bliska łuk na nic jej się nie przyda, chwyciła miecz i natarła na smoka. Ja wpakowałem mu strzałę w oko.

     Znów krzyknąłem, widząc, że zaczyna trzepotać skrzydłami. Krzyk uwięził go na ziemi. Odrzuciłem łuk i wyrwałem z pochwy Zgubę Smoków. Odrzuciłem tarczę, która i tak na nic mi się tu nie mogła przydać i chwyciłem miecz w obie dłonie.

     Alduin zajęty był Lydią. Podskoczyłem do niego i zadałem mu cios, w który włożyłem wszystkie swoje siły. Gdyby smok był zwykłym, żywym stworzeniem, ten cios odrąbałby mu głowę. Ale Alduin tylko odrzucił mnie ognistym oddechem o kilka kroków i znów spróbował wzlecieć.

     Butelka z magiczną miksturą znalazła się w mojej dłoni niemal sama. Szybki łyk – i przypływ sił. Sił tak bardzo potrzebnych, by znów krzyknąć.

     - Joor! Zah! Frul!

     Alduin z wściekłością rzucił łbem. Łyknąłem jeszcze raz mikstury uzdrowienia i rzuciłem się na niego ze Zgubą Smoków. Na zmianę, to mieczem, to Krzykiem, gnębiłem go bez wytchnienia. Zauważyłem, że tuż po Krzyku jest najbardziej wrażliwy na ciosy. Dźgałem, ciąłem i krzyczałem. Razem z niezastąpioną Lydią, trzaskaliśmy mieczami po potężnej szyi i pysku, nie pozwalając mu na atak. Paarthurnax poraził go jeszcze kilkakrotnie jęzorem ognia. W oczach Alduina ujrzałem wtedy strach. Strach i coś jeszcze – niewyobrażalną, porażającą nienawiść.

     Alduin padł.

     Jego łeb bezwładnie potoczył się po śniegu. Oczy zgasły. Ciało zapadło się w ostatnim wydechu.

     Wygraliśmy…

     Ale co to?

     Znów przypłynęły mu siły. Znów podniósł głowę i bezceremonialnie uderzył skrzydłami. Siła podmuchu odrzuciła nas o kilka kroków.

     - Meyz mul, Dovahkiin – wycharczał. – Nie brak ci siły. Przecież jestem Alduinem, pierworodnym Akatosha! Mulaagi zok lot! Nie można mnie zabić! Nie dokonasz tego ty, ani nikt inny!

     I przy tych słowach niezdarnie, jakby coś mu przeszkadzało, wzbił się w powietrze i zniknął za sterczącym spod śniegu szczytem.

     - Mnie się nie da zwyciężyć! – zawołał jeszcze. – Śmiertelna duszo, zmiażdżę cię!

     Opadłem na kolana. Byłem tak zmęczony i rozczarowany, że nie potrafiłem ruszyć ręką. Lydia wyglądała nie lepiej. Nawet Paarthurnax dyszał ciężko, choć przecież był smokiem.

     - Lot krongrah – odezwał się. – Zaprawdę, posiadasz Głos dovów. To zwycięstwo da do myślenia sojusznikom Alduina.

     Spojrzałem na niego zdumiony i zrozpaczony.

     - To żadne zwycięstwo! – jęknąłem. – Przecież Alduin uciekł…

     Paarthurnax niezdarnie wgramolił się na swe ulubione miejsce, na szczycie smoczej ściany.

     - Ni liivrah hin moro… - zahuczał. – Faktycznie, nie było to pełne zwycięstwo. Ale nawet starożytni herosi nie byliby w stanie pokonać Alduina w otwartym boju. Alduin zawsze wykazywał się… Pahlok… Arogancją władzy. Uznaghar paar… Dominację uznał za swój przywilej, wynikający z urodzenia. To powinno wstrząsnąć lojalnością służących mu dovów.

     Czyli nie można go pokonać… Można odebrać mu władzę, ale nie da się go zabić. W ten sposób Paarthurnax chciał go osłabić. Cóż, jest to jakaś myśl, choć nie ufałem politycznym metodom. Cóż z tego, że pozbawię go władzy? Nawet jeśli mi się to uda, nie jestem przecież wieczny. Prędzej czy później, uda mu się mnie pokonać i wtedy tę władzę odzyska. Nie uratuję świata… Ale… Może zdołają tego dokonać dovowie? Inne smoki?

     Zaraz… Co on powiedział? Jego żołądek pełen jest dusz śmiertelników… Pożre dusze herosów w Sovngardzie… Czyżby on udał się właśnie tam? Do Sovngardu? Czyżby tam zbierał siły? Ale jak to możliwe? Czy istnieje jakiś portal? Jakaś brama? Czy ja mógłbym udać się tam za nim?

     - Muszę dowiedzieć się, gdzie uciekł Alduin – szepnąłem.

     Paarthurnax chyba domyślał się, o czym myślę.

     - Taaak… - zahuczał zamyślonym głosem ze szczytu ściany. – Jeden z jego sojuszników mógłby nam to wyjawić… Motamahus… Nie będzie jednak łatwo nakłonić jednego z nich do zdrady. Może hofkahsejun, pałac w Białej Grani, Smocza Przystań… Zbudowano ją, by więzić tam schwytanego dovę. Idealne miejsce do zastawienia pułapki na jednego z sojuszników Alduina, czyż nie?

     Nie wierzyłem własnym uszom. Smocza Przystań była pułapką na smoki! Jak to możliwe? A jednocześnie przyszła mi do głowy inna myśl. Wyobraziłem sobie, jak Balgruuf naraża swoje ukochane miasto na atak smoka, próbując go złapać i wydało mi się to tak absurdalne, że aż się roześmiałem.

     - Jarl Białej Grani może mieć inne zdanie – mruknąłem.

     - Hmm… Tak… - westchnął smok. – Lecz twoje su’um jest silne. Nie wątpię, że zdołasz go do tego przekonać.

     Nie wątpił, bo go nie znał. Moim zdaniem, było to absolutnie niemożliwe. Łatwiej byłoby mi przekonać Ulfrica. Tamten przynajmniej był wystarczająco szalony i zapatrzony we własną legendę. Rozsądny i rozważny Balgruuf zupełnie mi nie pasował do wizerunku łapacza smoków.

     - Smoczą Przystań zbudowano specjalnie, żeby trzymać w niej smoki? – spytałem zaciekawiony.

     Paarthurnax przymknął oczy.

     - Tak – odparł. – To było wieki temu, rozumiesz. Wtedy było nas więcej. Przed tym, jak przybyli Bruniikke… Akawirczycy… I wymordowali moich zeymah. Czasem go odwiedzałem. Niemal zwariował z samotności i zniewolenia. Tiiraz sivaas. Nawet nie pamiętał swego imienia. Nie mam pojęcia, w jaki sposób dał się złapać. Ale bronjun… Jarl… Był bardzo dumny ze swego pupilka. Paak! Od tamtej pory hofkahsejun zwie się Smocza Przystań. Lok, Thu’um…

     Pożegnaliśmy Paarthurnaxa  i wolno, nie spiesząc się, zeszliśmy w dół.

     - Może Arngeir będzie coś wiedział? – zasugerowała Lydia. – Albo Esbern?

     - Spytamy jednego i drugiego, dla pewności – odparłem.

     - A z Niebiańskiej Przystani, oczywiście, pójdziemy do Markartu – mruknęła Lydia. – Do zielonookiej Lisbet…

     Arngeira znaleźliśmy w sypialni, gdzie siedział nad jakimiś dokumentami. Widać było jednak, że ich nie czyta, tylko myślami błądzi gdzieś daleko. Na nasz widok zerwał się z miejsca tak dziarsko, jakby miał dwadzieścia lat.

     - Alduin… - szepnął zaaferowany. Słyszeliśmy Krzyk Smokogrzmotu. Udało ci się go pokonać?

     Wzruszyłem ramionami.

     - Tak, ale uciekł – westchnąłem.

     Arngeir sposępniał, nie spuścił jednak ze mnie badawczego wzroku.

     - Muszę znaleźć jego portal do Sovngardu – mruknąłem, spuściwszy głowę.

     Westchnął.

     - Tego się obawiałem – powiedział smutnym głosem. – Sądziłem, że to on odleciał na wschód po bitwie.

     Zaprosił nas do stołu i podał nam skromną wieczerzę. Posililiśmy się trochę, a potem Arngeir napełnił kubki winem i spytał o najbliższe plany.

     - Spróbuję schwytać smoka – odparłem zamyślony, bo zupełnie nie wyobrażałem sobie, jak mam tego dokonać. – Jeśli Balgruuf mi pomoże.

     - Aha, Smocza Przystań – ożywił się nieco, lecz po chwili entuzjazm na powrót go opuścił. – Czeka cię wiele trudności, lecz lepszego planu nie widzę.

     Przez chwilę kalkulował coś w głowie.

     - Obawiam się jednak, że niełatwo będzie przekonać jarla – westchnął, po czym uśmiechnął się lekko. – Pamiętaj, Droga Głosu przygotowała cię nie tylko do walki. W istocie, wierzymy, że do walki przydaje się najmniej.

     Po czym uściskał mnie wzruszony.

     - Niech służy ci siła i prawość twego Głosu. Oddychaj i skup się…

     - Gdzie udał się Alduin? – spojrzałem na niego pytająco.

     Pokręcił głową.

     - Stare opowieści głoszą, iż może się udać do Sovngardu, by pożreć dusze zmarłych – podniósł na mnie wzrok. – Musisz dowiedzieć się, jak on to robi, zanim odzyska siły i powróci.

     Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, ale potem, stwierdziwszy, że jest jeszcze jasno, zdecydowałem się iść dalej. Jutro, skoro świt, chciałem wyruszyć do Niebiańskiej Przystani, a było to dość daleko. Postanowiliśmy przenocować w Ivarstead.

     Pożegnaliśmy się serdecznie.

     - Niech cię wiatr prowadzi – szepnął Arngeir, po czym uścisnął nas oboje. Lydia z szacunkiem chciała przyklęknąć, ale Mistrz nie pozwolił. Spojrzał jej prosto w oczy i uśmiechnął się ciepło. Skinął głową, tak jakby potwierdziły się jego przypuszczenia. Z pewnością opowieści o nas już dotarły na Wysoki Hrothgar. Wątpię, by szacunek Siwobrodych zdobyła odwaga i waleczność mojej towarzyszki, ale wiem, że pokochali ją za jej oddanie i wierność.

     Do Ivarstead doszliśmy, gdy zapadał już zmrok.