sobota, 6 stycznia 2024

Rozdział XVI – Kapłan Ćmy

     Milczenie przedłużało się. W końcu przerwał je Isran, kierując się do mnie.

     - Dobrze – sapnął. – Teraz już wiem, co to coś miało do powiedzenia. A teraz powiedz mi – wbił we mnie badawczy wzrok – czy istnieje jakiś powód, dla którego mam pozwolić tej krwiożerczej poczwarze dalej istnieć.

     Wzruszyłem ramionami.

     - Nie wiem, co o tym myśleć – odrzekłem. – Ale możliwe, że będziemy potrzebowali jej pomocy. Ja tak lekkomyślnie nie pozbywałbym się potencjalnego sojusznika. Nawet wątpliwego.

     Isran nie zmienił wyrazu twarzy.

     - Dlaczego? – spytał nad wyraz spokojnie. – Przez tę opowiastkę o proroctwie? O jakimś wampirze, który próbował wygasić słońce? Naprawdę w to wierzysz?

     - To proroctwo – odparłem. – Jest niejasne, jak wszystkie. I na pewno nie należy rozumieć go dosłownie. To pewnie jakaś alegoria, ale za mało wiem o wampirach, żeby ją rozwikłać. Wiem tylko, że to coś ważnego, bo to nasz jedyny punkt zaczepienia. A ona istotnie ryzykowała życiem, przychodząc tutaj. Nadal ryzykuje, pozostając.

     Isran przewrócił oczami.

     - Może jej życie zbrzydło? – wycedził. – Może jest niespełna rozumu?

     - Wygląda na taką? – spytałem.

     Sapnął gniewnie i zerknął na Seranę. Ta trzymała się dzielnie, choć nie potrafiła ukryć strachu.

     - Odłóż na bok swą nienawiść i spróbuj spojrzeć na to z szerszej perspektywy – odezwałem się znów. – Ona i zwój to wszystko co mamy. Możemy ją zabić i dalej błądzić po omacku. Możemy też zaryzykować i podążyć tym tropem, który nam przyniosła.

     Spojrzał na mnie spode łba.

     - Zapomnieć o nienawiści? – odrzekł drwiąco. – Nie ma mowy. To ona daje mi siłę.

     Zerknął na nią i na mnie.

     - Ufasz jej? – spytał niespodziewanie.

     - Wierzę jej – odparłem. – Tak, ufam, przynajmniej w tej sprawie. Wierzę, że mówi prawdę, choć ona sama mogła zostać oszukana.

     Nie ufałem wampirzycy, ale co miałem powiedzieć? Gdybym zaprzeczył, być może Isran zwyczajnie zabiłby ją, a tego nie chciałem. Zawsze twierdziłem, że mam za miękkie serce, żeby żyć w Skyrim.

     Isran zbliżył się do mnie i spojrzał mi prosto w oczy.

     - Mam nadzieję, że wiesz, co robisz – wycedził, po czym zerknął na wampirzycę. – Na razie może zostać, ale jeśli tylko kogoś tknie, ty będziesz za to odpowiadać, jasne?

     Skinąłem głową.

     - Słyszysz mnie? – zwrócił się do Serany. – Nie czuj się jak gość, ponieważ nim nie jesteś. Jesteś narzędziem. Atutem. W międzyczasie, spraw, by nie przyszło mi żałować tego nagłego przypływu tolerancji i wielkoduszności, bo w przeciwnym razie twój przyjaciel za to zapłaci.

     Serana wydęła dolną wargę. Jeszcze nie przeszedł jej strach, ale słowa Israna ubodły ją do tego stopnia, że odważyła się odpowiedzieć z ironią.

     - Dziękuję ci za życzliwość – prychnęła. – Będę pamiętać następnym razem, gdy poczuję głód.

     Isran wykrzywił usta, ale nic nie powiedział. Serana oderwała od niego swe błyszczące oczy i zwróciła się do mnie, nie zmieniając jednak ironicznego tonu.

     - Więc na wypadek, gdyby ten ogromny przedmiot na moich plecach nie rzucał się w oczy – Serana zademonstrowała Prastary Zwój – mam przy sobie Prastary Zwój! Niezależnie od tego, co mówi, powinien zawierać coś, co pomoże powstrzymać mojego ojca. Inaczej nie zależałoby mu na nim tak bardzo, że prędzej wolałby stracić mnie niż zwój. Może z niego uda nam się czegoś dowiedzieć? Może zgadniemy, jaki będzie jego następny krok? I zapobiegniemy mu zawczasu?

     Znów spuściła oczy.

     - Nie kocham słońca – rzekła cicho. – Ale kocham to wszystko, co dzięki niemu powstaje. Kwiaty, drzewa, rosę na trawie… Naprawdę nie chcę tego zniszczyć.

     Wymieniliśmy spojrzenia z Isranem.

     - Naprawdę wierzysz, że twój ojciec chce zgasić słońce? – spytałem.

     Delikatnie poruszyła ramionami.

     - Nie wiem – odrzekła. – Chce je jakoś kontrolować. Nie wiem, na czym ma to polegać. Ale nawet jeśli teraz nie chce go zgasić, nie wiem, co zrobi w przyszłości. Bywa nieobliczalny i szalony. Chyba przyznacie, że cokolwiek oznacza ta moc, podarowanie jej komuś takiemu nie wyjdzie światu na dobre?

     - Prastary Zwój – odrzekłem niepewnie – jest niebezpieczny. Nie każdy może na niego zerknąć. Wiem coś o tym, bo to nie pierwszy, jaki widzę. Miałem już z jednym do czynienia.

     Zauważyłem ledwo dostrzegalne drgnięcie brwi u Israna. Ta wiadomość musiała zrobić na nim wrażenie.

     - Ależ oczywiście – przytaknęła Serana. – Żadne z nas nie może go odczytać!

     Isran nie bawił się w słowne gierki.

     - Kto może? – spytałrzeczowo.

     Serana delikatnie, niezwykle oszczędnym gestem, wzruszyła ramionami, jakby nie chciała nikogo nim urazić.

     - Cóż, obiło mi się o uszy, że jedynie Kapłani Ćmy to potrafią. Jednak zanim zaczną je czytać, spędzają wiele lat na przygotowaniach. To podobno skomplikowany rytuał. I słyszałam, że wcale tak naprawdę nie używają do tego oczu. Robią to w jakiś magiczny sposób.

     Spojrzała na nas i uśmiechnęła się smutno, po czym pokręciła głową.

     - Nie żeby miało nam to jakoś pomóc – dodała zamyślona – jako że wszyscy oni przebywają pół kontynentu stąd, w Cyrodiil.

     Cyrodiil… Uśmiechnąłem się sam do siebie. Wcale nie miałbym wiele przeciwko temu, żeby udać się na południe. Myśl, że być może znów zobaczę ojczyste strony, rozweseliła mnie na chwilę. Krótką chwilę.

     - Kapłan Ćmy – mruknął Isran zamyślony. – Słyszałem te słowa całkiem niedawno. Niech sobie przypomnę… A, tak. Jakiś cesarski uczony przybył do Skyrim kilka dni temu – pogładził się po brodzie. – Wyznaczałem właśnie granicę drogi, gdy go zobaczyłem. Wyglądał na mnicha, albo kapłana. Może to twój Kapłan Ćmy? Nie zwróciłem wtedy na to uwagi, ale chyba padła taka nazwa.

     - Wiesz gdzie przebywa? – Serana nie potrafiła ukryć zaciekawienia.

     - Nie – odparł Isran. – I nie będę marnował moich ludzi na poszukiwania. Toczymy wojnę przeciwko takim jak ty i zamierzam ją wygrać. Jeśli chcesz go znaleźć, porozmawiaj z ludźmi, którzy mogli widzieć wędrowca. Z oberżystami i woźnicami, najlepiej w większych miastach. Możesz liczyć tylko na siebie. No, ten oryginał – wskazał na mnie – też może ci pomóc. Ale nikt więcej.

     I przy tych słowach odwrócił się i odszedł z powrotem na galerię. Serana odetchnęła z ulgą, po czym spojrzała na mnie i uśmiechnęła się lekko. Jej głos od razu zabrzmiał pewniej.

     - Masz jakiś pomysł, jak znaleźć Kapłana Ćmy? – spytała. – Skyrim to duże miejsce…

     Pokręciłem głową.

     - Nie mam pojęcia – przyznałem. – Słyszałem o nich kiedyś, ale nie wiem niczego bliższego. Zastanówmy się, dokąd mógłby się udać ktoś taki? Do jakiejś świątyni? W Pękninie jest świątynia Mary.

     Serana znów lekko i nie bez wdzięku wzruszyła ramionami.

     - Ja bym stawiała raczej na innych uczonych – odezwała się zamyślona. – No wiesz, Akademia w Zimowej Twierdzy. To byłoby pierwsze miejsce, do którego ja udałabym się w poszukiwaniu magii lub historii. Czarodzieje wiedzą o rzeczach, o których ludzie prawdopodobnie nie powinni wiedzieć. Tylko…

     Opuściła głowę.

     - Jestem wampirem – westchnęła. – Nie dostanę się za mury Akademii. Ich nie uda mi się zwieść. Od razu odgadną, kim jestem. A gdy zgadną, zabiją.

     Podniosła na mnie oczy.

     - Nawet nie mam im tego za złe – szepnęła. – Rozumiem, ale jak mam się dostać do Akademii? Tu potrzebuję pomocy kogoś, kto może wejść do środka i zapytać o kapłana. I porozmawiać z nim, jeśli tam jest.

     Przynajmniej w jednej sprawie mogłem ją uspokoić.

     - O to się nie martw – odezwałem się. – Znam dobrze magów z Akademii. I gwarantuję ci, że ciebie też wpuszczą, jeśli tylko będziesz z nami.

     - Z wami? – spojrzała na mnie zdziwiona.

     - Magowie z Akademii znają nas dobrze i są nam przyjaźni – zapewniłem. – Ja w zasadzie jestem jednym z nich, choć to bardziej honorowy tytuł.

     - Nie o tym mówię – potrząsnęła głową. – Z wami, to znaczy, z kim?

     - No – zająknąłem się – z Lydią i ze mną. Co cię tak dziwi?

     Ale ona znów potrząsnęła głową, tym razem zdecydowanie.

     - Albo idziemy we dwójkę, ty i ja, albo nie idziemy wcale!

     Tym razem to ja zaniemówiłem.

     - Nie rozumiem – bąknąłem. – A czego chcesz od mojej żony? Od chwili, gdy ją poznałem, dzień w dzień udowadnia, że jest godna najwyższego zaufania.

     - Być może – odparła. – Ale ona nie ufa mnie i tylko czeka na okazję, żeby się mnie pozbyć. Potrafię to wyczuć. Siłą rzeczy, ja też jej nie ufam.

     Aż chwyciłem się za głowę.

     - Co ty opowiadasz za bzdury!? – jęknąłem. – Lydia opiekowała się tobą w drodze równie dobrze jak ja. Nigdy nie powiedziała o tobie złego słowa, nawet gdy byliśmy tylko we dwoje! Skąd te podejrzenia? Nawet gdyby były prawdziwe, to przecież nie zrobi niczego, na co ja się nie zgodzę. A ja nie zgodzę się na pewno, żeby ktoś cię skrzywdził.

     - Dlaczego? – ton jej głosu zmienił się ledwo dostrzegalnie.

     Dobre pytanie. Prawda była taka, że to ja ją wydobyłem z podziemi i powróciłem do życia. Może to dziwne, ale czułem się za nią odpowiedzialny. Poza tym, zwyczajnie, po ludzku, nie umiałbym przejść obojętnie nad jej cierpieniem. Wydawała mi się taka bezbronna w świecie, którego prawie nie znała, jako że zmienił się on bardzo od czasu jej uwięzienia. Było w niej coś dziecinnego i bezradnego, a jednocześnie tajemniczo pociągającego. Nie chciałem się jednak do tego przyznawać, bo ona wciąż była dla mnie wielką niewiadomą. Niewykluczone, że jest moim wrogiem, albo stanie się nim wkrótce. Dlatego dałem wymijającą odpowiedź.

     - Słyszałaś – machnąłem głową w stronę Israna, tkwiącego na galerii. – Jesteś nam potrzebna. Zresztą, na swoje własne życzenie, skoro sama zaofiarowałaś nam pomoc. 

     Opuściła głowę, jakby rozczarowana.

     - Tak czy owak, ja zdania nie zmienię – odrzekła po chwili. – Daj znać, jeśli będziesz skłonny zmienić swoje.

     Isran, mimo woli słyszący każde słowo, bo akustyka w zamku była naprawdę świetna, zdecydował się wtrącić.

     - Nie żeby mnie obchodziły jej fochy – wskazał na Seranę. – Ale jak raz, zgadzam się z nią. Lydia jest mi potrzebna gdzie indziej. A tobie też przyda się trochę samodzielności, bez ciągłego oglądania się na ochroniarza.

     Ubodły mnie te słowa.

     - Lydia nie jest żadnym ochroniarzem, tylko moja żoną! – wycedziłem. – To chyba zrozumiałe, że chcemy być razem?

     - Chcecie, ale jak raz, nie możecie – odparł Isran. – Bo na prośbę Sorine wysyłam ją do Kruczej Skały. Przypominam, że oboje wstąpiliście w szeregi Obrońców Świtu, a nie mam tylu ludzi, żeby wysyłać was w parach.

     Oczywiście, że nie byłem zadowolony z takiego obrotu sprawy, ale przed tym argumentem musiałem ulec. Zwłaszcza, że Isran tak naprawdę mówił bez żadnej złości. Później odciągnął mnie nawet na bok i szepnął parę słów na osobności.

     - Może nawet tak będzie lepiej – spojrzał mi prosto w oczy. – Ona z jakiegoś powodu nie ufa Lydii. Może gdy będziecie sami, otworzy się trochę bardziej.

     - Ale Lydia nie dała żadnego powodu – próbowałem się bronić. – Poza tym, ona ma niezwykłą intuicję, jeśli chodzi o ludzi. Jest bardzo spostrzegawcza, bardziej niż ja. Prędzej dostrzeże coś, co mnie może zwyczajnie umknąć.

     - No właśnie! – Isran pokiwał głową. – Może właśnie dlatego ta wampirzyca jej nie chce. Bo może coś ukrywa i boi się, żeby Lydia tego nie odkryła. W każdym razie, musisz być bardzo czujny. I na dziewięć bóstw, nie ufaj jej! Pamiętaj, że to mistrzyni manipulacji.

     Pokiwałem smętnie głową.

     - Macie domek w Pękninie – odezwał się znów Isran. – Możesz odprowadzić żonę do Pękniny i popytać przy okazji w mieście o tego kapłana. Ale potem wróć i zajmij się tym… Tą wampirzycą.

     Z nosem na kwintę wyszedłem z zamku, w towarzystwie Lydii.

     - Podobno wybierasz się na Solstheim – odezwałem się.

     Skinęła głową, też niespecjalnie zachwycona perspektywą rozstania.

     - Na długo?

     - Nie wiem – odparła. – Mam znaleźć szczątki jakiejś dwemerskiej kuszy, ale nie mam pojęcia, gdzie ich szukać. Będę musiała poradzić się Nelotha.

     - Uważaj na siebie – szepnąłem. – I proszę, nie ryzykuj niepotrzebnie.

     Roześmiała się.

     - To raczej uwaga do ciebie – pocałowała mnie czule. – To ty wyruszasz w podróż, w towarzystwie wampirzycy. Ja przecież wybieram się w miejsce, gdzie roi się od naszych przyjaciół. To ja będę drżeć o twoje bezpieczeństwo. I nie tylko.

     - Nie rozumiem…

     Objęła mnie ramionami.

     - Ona może zechce cię uwieść – szepnęła mi prosto do ucha. – I odebrać mi ciebie.

     Mimo kiepskiego humoru, wybuchnąłem śmiechem.

     - Przecież to wampir! – odrzekłem. – Zimny, martwy wampir.

     - Piękny wampir – odrzekła, uśmiechając się tajemniczo. – I pełen wdzięku. Widzę, jak ona się porusza.

     Pokręciłem głową.

     - Nawet jeśli, to jest jak piękna rzecz – pocałowałem ją czule. – A ciebie ponosi wyobraźnia. Przecież dla niej jestem tylko śmiertelnikiem. Zwierzyną. Jeśli mówi prawdę, to zwierzyną pod ochroną, ale niczym więcej.

     - A jeśli zechce cię zamienić w wampira? – przytuliła się do mnie jeszcze mocniej. – Słyszałeś sam, że to mistrzyni manipulacji. Może ona zdoła cię przekonać? Przydałby się jej taki sługa jak ty.

     - Nie zdoła – odparłem twardo. – Przecież wiesz…

     Urwałem, bo przed nami coś się poruszyło.

     Użyłem zaklęcia Wykrycie Życia, całkiem odruchowo, nie licząc na to, że pokaże mi ono coś zaskakującego. W kotlinie żyło kilka jeleni. Nie wiem, jak zdołały się przecisnąć przez wąskie przejście w wąwozie, ale faktem jest, że można było je tu spotkać. A drobnej zwierzyny była cała masa. Spodziewałem się jakiegoś czworonoga, tymczasem zaklęcie niczego nie pokazało.

     - Uwaga, wampiry! – szepnąłem w stronę Lydii.

     W ułamku sekundy mieliśmy w dłoniach łuki i strzały.

     - Laas! – krzyknąłem.

     Krzyk pokazywał również nieumarłych, zatem w moich oczach zajarzyły się dwie poświaty przyczajonych postaci.

     - Jeden u wylotu wąwozu, drugi nad brzegiem jeziora.

     Ponieważ znajdowałem się z prawej strony, wystrzeliłem do prawego, tego przy wąwozie. Trafiłem, jednak Lydia nie zdążyła na czas dostrzec przeciwnika. Oberwała błyskawicą, wypuszczoną z dłoni wampira. Na moment ją sparaliżowało, ale wtedy ja wpakowałem strzałę prosto w środek gasnącej poświaty. Lydia odrzuciła łuk, i dobywszy miecza rzuciła się w tamtym kierunku. Zduszony jęk, jaki mnie dobiegł, potwierdził, że dobiegła na czas. Podszedłem do niej i przyjrzeliśmy się wspólnie zabitej wampirzycy. Była to kobieta, wyglądająca na jakieś czterdzieści lat, o bladej, pomarszczonej nieco skórze.

     - Jeszcze dzień – mruknęła Lydia. – A one już wylazły.

     - Pewnie chowały się w cieniu – odparłem. – Tutaj, pod drzewami jest sporo cienia.

     Podeszliśmy do drugiej. Też kobieta, ale młodsza. Miała na sobie skórzaną, szarą suknię, jaką widzieliśmy już w krypcie Dimhollow. Był to najlepszy dowód na to, że pochodziła z klanu Volkihar.

     - Za nami przyszły? – mruknąłem.

     - Albo za nami, albo za Gunmarem i Sorine – odparła Lydia.

     - Albo za Seraną – spojrzeliśmy po sobie. – Przypadek?

     O czymś takim musieliśmy donieść Isranowi. Nie okazał zdziwienia.

     - Ostatnio sporo ludzi się tu kręci – odrzekł zasępiony. – To w końcu nie pierwsze wampiry, które nas odnalazły. Trzeba przyjąć do wiadomości, że nas odkryły.

     - A jeśli Serana celowo je tu przyprowadziła? – podsunąłem.

     Isran pogładził się po brodzie.

     - Możliwe – mruknął. – Ale na to też nic nie poradzimy. No cóż, trzeba będzie na nią uważać. Chociaż…

     Spojrzał na nas zamyślony.

     - Nie można też wykluczyć, że przyszły tu na rozkaz swojego pana, aby odebrać jej zwój. Albo nawet ją zabić, żeby nam nie pomagała – westchnął. – Wszystko komplikuje się coraz bardziej. Nadal nic nie wiemy. Nic nie mogę ci doradzić – rozłożył ręce – poza tym, żebyś był czujny i stale na nią uważał. Jeśli możesz, ogranicz sen na czas tej podróży. Nie zasypiaj w jej obecności. Odpowiednie mikstury pozwolą ci podróżować przez pewien czas bez snu. Masz jakieś?

     Skinąłem głową. Miałem kilka fiolek skoncentrowanej mikstury kondycji. Pożegnaliśmy go więc i wróciliśmy na drogę. Ale jego słowa trochę nas zmartwiły. Tym bardziej, że gdy przecisnęliśmy się przez przejście na trakt, znów zostaliśmy zaatakowani. Tym razem przeciwników było troje. Nie było czasu na strzelanie. Dobyliśmy ostrzy. Pierwszy wampir, któremu przejechałem po twarzy klingą Przedświtu, rozsypał się w proch. Ożywieniec! Zatem nie tylko magia zniszczenia, ale i nekromancja nie obca była wampirom. Na szczęście, już ten pierwszy cios wywołał magiczną eksplozję, która na chwilę sparaliżowała dwa pozostałe. Nie mogąc się bronić, uległy nam w mgnieniu oka.

     Znów musieliśmy wrócić, powiadomić Obrońców, ale do zamku już nie wchodziliśmy, informując jedynie strażniczkę. Będą wiedzieli, co robić.

     Przenocowaliśmy w Pękninie. Rano popytałem woźniców o kapłana. Potwierdzili, że był tu ktoś taki, ale nie wiedzą, dokąd się udał. Podobno miał wojskową eskortę i nie potrzebował ich usług. Nic nie wskórawszy, musiałem wracać.

     Jeszcze ostatni, gorący pocałunek, przyrzeczenie, że będziemy myśleć o sobie nawzajem każdego wieczora i nie będziemy ryzykować niepotrzebnie. A potem, z wysiłkiem, palec po palcu odrywając od siebie dłonie, rozstaliśmy się. Lydia ruszyła na północny trakt, do Wichrowego Tronu, skąd „Dziewica Północy” miała zabrać ją na Solstheim. Ja zaś udałem się z powrotem do zamku i tam, z trudem kryjąc niechęć, oświadczyłem Seranie, że jestem gotów do drogi.

     - Prześpij się – odrzekła. – Niestety, musisz trochę zmienić swoje przyzwyczajenia. Ze mną wędruje się w nocy.

     Masz ci los! Jeszcze tego brakowało, żeby mi wampirzyca rozkazywała! Już miałem na końcu języka ripostę. Już miałem, naśladując jej niedawny ton, odpowiedzieć „Wędrujemy w dzień, albo nie wędrujemy wcale!”. Ale poniechałem tego, w czas zdając sobie sprawę, że tym razem to nie jest jej widzimisię, tylko zwykła konieczność. Dla niej światło słoneczne było, jakby nie patrzeć, szkodliwe, a w większej dawce nawet zabójcze. Musiała podróżować nocą. A czy ja koniecznie musiałem w dzień? Wolałem, ze względów bezpieczeństwa i własnej wygody, ale czy koniecznie musiałem? Oczywiście, nie. Nie odczuwałem nawet lęku jedynie z powodu ciemności, zwłaszcza że noce w Skyrim, o ile pogodne, były bardzo jasne. Jako myśliwy, często włóczyłem się nocami po lasach. Tak naprawdę, na swój sposób, lubiłem noc. Ale pod warunkiem, że nie będę na nią skazany przez cały czas, w ogóle nie oglądając słońca. A to właśnie się zapowiadało – przestawienie na nocny tryb życia.

     Cóż. Przychodziło mi już w życiu znosić różne niewygody. Niech jej będzie! W końcu, nie będzie to trwało przez rok, tylko przez kilka dni. Tak naprawdę przecież nie chodziło mi o samą noc. Gdybym w czasie służby w Legionie został wyznaczony do nocnych działań, czułbym się nawet wyróżniony, gdyż w nocy radziłem sobie znacznie lepiej niż inni ludzie. Tylko drażniło mnie to szarogęszenie się Serany. Nie dość jej było, że postawiła na swoim, pozbawiając mnie towarzystwa Lydii?

Noce w Skyrim bywają naprawdę urokliwe

     Wyszukałem sobie wolną komnatę, w której stało w miarę wygodne łóżko. W czasie służby w Legionie wyrobiłem w sobie umiejętność spania na rozkaz, więc nie sprawiło mi to problemu. Zasnąłem po krótkich rozmyślaniach. O czym? Nie o czym, tylko o kim! O swej żonie, oczywiście. Obudziłem się sam, krótko przed zachodem słońca. Zjadłem coś z zamkowych zapasów, uzupełniłem prowiant na drogę i ruszyłem na poszukiwania Serany.

     Okazało się, że czeka już na mnie u wyjścia. Nie czując się dobrze pośród innych Obrońców Świtu, nie szukała ich towarzystwa, cierpliwie czekając na mnie w ciemnym zaułku. Skinąłem jej głową na powitanie, bo odzywać się nie miałem ochoty i pchnąłem masywne skrzydło drzwi. Blask zachodzącego słońca oświetlił kotlinę, czyniąc ją jeszcze bardziej malowniczą. Mury zamku zdawały się płonąć w purpurowym świetle. Westchnąłem cicho i ruszyłem przed siebie. Serana bezszelestnie podążyła za mną.

     Zauważyłem, że nie ma przy sobie Pradawnego Zwoju, który dotąd nosiła przytroczony na plecach. Tak dużego przedmiotu nie zdołałaby ukryć pod ubraniem, więc musiałem założyć, że zostawiła go w Twierdzy Świtu. Prawdopodobnie Isran nie zgodził się, żeby wypuścić go z rąk. W duchu przyznałem mu rację. Widać, również podejrzewał, że może ona poszukiwać Kapłana Ćmy do własnych celów. Odebranie jej zwoju gwarantowało, że po odnalezieniu kapłana zwój zostanie odczytany w twierdzy, a nie na zamku Volkihar. Przemyślenia jednak zostawiłem dla siebie, choć mój szacunek dla przenikliwości Israna gwałtownie wzrósł.

     Tym razem nie napotkaliśmy żadnych wampirów, ani w kotlinie, ani po wyjściu z wąwozu. Ruszyłem w prawo, w kierunku Pękniny, jednak do samego miasta nie miałem zamiaru wchodzić. Chciałem tej nocy zajść tak daleko na północ, jak tylko będzie możliwe. Nie było to łatwe zadanie, bo przecież miejsce odpoczynku trzeba było wybrać z dala od ludzkich osad. I miejsce to musiało chronić przed słońcem. I jeszcze, jakby tego było mało, musiało być tam coś, co mogło mnie odseparować od Serany, bowiem nie zamierzałem spać z nią w jednym pomieszczeniu. Jeszcze mi życie miłe!

     Minęliśmy Pękninę z prawej strony i poszliśmy na przełaj, przez las, w kierunku północnej bramy, gdzie zaczynał się trakt, wiodący do Skały Shora. I tam właśnie wpadłem na pomysł, że moglibyśmy spędzić dzień w Grocie na Turni.

     Owa grota znajdowała się na południowy wschód od Skały Shora. Trzeba było zejść z traktu i idąc kawałek na przełaj, obejść stromą skałę. Grota była obszerna i nieźle urządzona, bowiem jeszcze niedawno odbywały się tam nielegalne walki wilków, organizowane przez pewną bandę. Zbóje ci zostali niedawno zlikwidowani przez straż z Pękniny, przy wielkim udziale Lydii i moim. A powodów było aż nadto. Gdyby chodziło tylko o walki wilków, władze Rift pewnie przymknęłyby na to oko. Niejeden mieszkaniec Pękniny zapewne robił w tym miejscu zakłady. Ale banda ta trudniła się również rozbojem, a bywało, że napadłszy jakiegoś podróżnika, nie kończyła na pozbawieniu go majątku i życia. Niektórzy lubowali się w bowiem w rozrywkach o wiele bardziej okrutnych. Krótko mówiąc, banda uprowadzała go i zmuszała do walki na podziemnej arenie. Jego przeciwnikiem zaś zwykle bywał wygłodniały wilk, albo i kilka, a wynik takiego starcia łatwy był do przewidzenia. Ofiara zwykle bywała rozrywana na strzępy, pośród ryku rozochoconej widowni. Straszna śmierć…

     Do Skały Shora doszliśmy w miarę szybko, nie minęła jeszcze połowa nocy. Zszedłem z traktu i skierowałem się ku grocie. Po niedługim czasie znaleźliśmy się na żwirowatej ścieżce, wiodącej do dawnej jaskini hazardu.

     - Musimy zobaczyć, czy ktoś się tam nie zagnieździł – zerknąłem na Seranę. – Tam spędzimy dzień.

     - Noc jeszcze młoda – odparła zdziwiona. – Nie możemy odpocząć gdzieś dalej?

     - Dalej nie będzie gdzie – pokręciłem głową. – A tutaj będziesz mogła odpocząć z dala od słonecznego światła. No i…

     Urwałem, nie wiedząc jak jej to powiedzieć.

     - No i? – wbiła we mnie pytające spojrzenie swych niezwykle błyszczących oczu.

     - No i jest tu więcej niż jedno pomieszczenie – odparłem, mimo woli zniżając wzrok. – Wybacz, ale za słabo cię znam, żebym miał spać z tobą w jednej komnacie.

     Zdziwienie odbiło się na jej twarzy.

     - Czyżbyś uważał to za niewłaściwe? – prychnęła z pogardą, której nie potrafiła ukryć. – Tak bardzo zmieniły się tu obyczaje?

     Pokręciłem głową.

     - Nie tyle niewłaściwe, co niebezpieczne – burknąłem, raczej mało uprzejmie. – Ty jesteś wampirem, ja Obrońcą Świtu. Fakt, że chwilowo współpracujemy nie robi z nas przyjaciół.

     - Nie ufasz mi? – szepnęła zawiedziona.

     - Dziwi cię to?

     Pokręciła głową, nieco zrezygnowana.

     - Nie – odrzekła cicho. – Ale miałam nadzieję, że chociaż ty…

     Nie dokończyła. Podążyła za mną. A ja zdjąłem łuk z ramienia i zagłębiłem się w ciemny otwór jaskini. Przeskanowałem ją Wykryciem Życia. I od razu zrobiło mi się nieswojo. Nie z powodu tego, co pokazało mi zaklęcie, bo nie pokazało mi zupełnie nic. No właśnie… Nic! A zawsze kątem oka widziałem wtedy błękitną poświatę kroczącej za mną Lydii. I brutalnie dotarło do mnie, że jestem sam i nie mogę liczyć na niczyją pomoc.

     Grota była pusta. Obeszliśmy wszystkie pomieszczenia, obejrzeliśmy pustą arenę i puste klatki, w których trzymano wilki. Wszystkie pomieszczenia zostały dokładnie ograbione ze wszystkich wartościowych przedmiotów. Pozostało kilka łóżek pokrytych siennikami i skleconych byle jak kredensów, na których walały się jakieś potrzaskane skorupy, czy na pół zjedzone przez mole ubrania.

     Urządziliśmy sobie posłania w dwu przylegających do siebie pomieszczeniach. Potem starannie zatarasowaliśmy wejście, aby nikt nas nie zaskoczył. Skinąłem Seranie głową i poszedłem do oddzielnej groty, zasuwając za sobą przejście. Zauważyłem, że ten gest przygnębił ją. Nie ukrywam, że i mnie zrobiło się nieprzyjemnie, ale nie miałem zamiaru się tym przejmować. Swoim zwyczajem poustawiałem pod przejściem kilka gratów, które musiały narobić hałasu, gdyby ktoś spróbował się między nimi przekraść.

     Zjadłem coś i rzuciłem się na całkiem wygodne łóżko. Leżąc z rękami pod głową, wpatrywałem się w sklepienie, oświetlone bladym blaskiem znalezionego tu kaganka. Byłem zmęczony, ale nie senny. Zatopiłem się w myślach. Czułem się bardzo nieswojo, nie mając przy sobie Lydii. Od dawna się nie rozstawaliśmy i zwyczajnie przywykłem do tego, że zawsze jest obok. Westchnąłem głęboko kilka razy, po czym zamknąłem oczy. Trwałem tak dość długo, zanim udało mi się zasnąć.


sobota, 9 grudnia 2023

Rozdział XV - Niespodziewane spotkanie

     Miał to być dzień odpoczynku, ale spędziłem go bardzo pracowicie. Łuk Katrii zafascynował mnie swą niespotykaną konstrukcją i nie umiałem usiedzieć na miejscu. Postanowiłem zbudować podobny, z kości smoka, wzorując konstrukcję na Zefirze. Smoczej kości miałem dość, podobnie jak dobrego drewna i sprężystego księżycowego kamienia, którego sztab również postanowiłem użyć, dla usztywnienia. Na razie chciałem sobie przygotować materiał na majdan.

     Majdan to środkowa część łuku, za którą się łapie i do której przykłada się strzałę. Zefir miał ją tak ukształtowaną, że idealnie leżała w dłoni, opierając się o jej wnętrze. Przy czym uchwyt ten był lekko wybrzuszony do tyłu i tak pochylony, że trzymająca ręka znajdowała się w naturalnej pozycji i w ogóle się nie męczyła. Ponad uchwytem, dokładnie w połowie długości całego łuku, znajdowało się miejsce, do którego przykładano strzałę. Znajdowało się tam niesymetryczne wybranie z lewej strony, dzięki czemu strzała znajdowała się w osi cięciwy. Miało to ogromny wpływ na celność, bowiem poprawka w lewo, którą musiał uwzględniać przy strzale każdy strzelec, była znacznie mniejsza, prawie żadna. Dodatkowo, umieszczono tam wystające, metalowe oparcie pod strzałę, po którym mogła się ona ześlizgnąć, nie zaczepiając piórkami o żaden element. Mało tego, powyżej wystawał mały, metalowy pręcik, zakończony kółkiem, który bardzo ułatwiał celowanie. Podłużne ułożenie poszczególnych warstw materiału zapewniało majdanowi sporą sztywność. Ta część prawie nie odkształcała się pod wpływem naciągnięcia cięciwy. Co innego ramiona. Te były płaskie, zbudowane również z cienkich, naprzemiennych pasków drewna i metalu, ale ułożonych poprzecznie. U nasady grubsze, na końcach cieńsze, dzięki czemu zginały się równomiernie na całej długości. A końcówki miał wywinięte do przodu, dzięki czemu cięciwa w ostatniej fazie strzału nawijała się na ramiona, skracając swoją długość czynną i w ten sposób przyspieszając strzałę jeszcze bardziej. Co za cudowna broń! Uzyskiwała większą prędkość strzały przy tej samej sile naciągu! Niesamowite…

     Ale zanim zabiorę się za ramiona, minie trochę czasu. Na razie zabrałem się za sklejenie masywnego kloca kompozytu, z przeznaczeniem na majdan. Masywnego, nie znaczyło jednak ciężkiego, jako że materiały, jakich użyłem, same w sobie były bardzo lekkie.

     Na początek próbowałem uwarzyć świeży klej kostny, za co zostałem wygnany przez Lydię do kuźni naszej przyjaciółki Adrianne, która na szczęście nie miała tak wrażliwego nosa. Cóż, na świeżym powietrzu zapach warzonego kleju nie drażnił tak bardzo, jak w zamkniętej izbie. Nie da się ukryć, że cuchnęło to jak wielkie nieszczęście. W czasie gdy mączka kostna w kociołku zamieniała się w przednie lepiszcze, ja zacząłem wykuwać paski rafinowanego księżycowego kamienia. Trwało to trochę, bowiem chciałem rozklepać je na naprawdę cienkie blaszki. Do pocięcia smoczej kości na cienkie listwy potrzebowałem już pomocy Adrianne. Smocza kość, przy swej lekkości, jest niezwykle mocna i trzeba było naprawdę się napracować, aby ją pociąć.

     - Co to będzie przy ramionach? – roześmiała się moja sąsiadka. – Wspominałeś, że tamte paski muszą być dłuższe i cieńsze.

     - Fakt, roboty przy tym będzie sporo – odparłem. – Ale na razie skupię się na tym. Ramiona zrobię z żeber. Mam kilka, nadadzą się.

     Słońce już się zaczynało czerwienić, gdy starannie posmarowane klejem, ułożone naprzemiennie elementy ułożyłem w jeden stosik przy pomocy kilku stalowych, śrubowych, ręcznych imadeł, ścisnąłem je mocno pomiędzy dwiema grubymi deskami, w jeden, solidny blok, z którego zamierzałem wyrzezać później majdan mego wspaniałego łuku. Adrianne obiecała mi, że jutro po południu, gdy klej już dobrze zwiąże, zdejmie ściski i przechowa mi tę bryłę do naszego powrotu. Taka sąsiadka to skarb!

     Rano wyruszyliśmy do Ivarstead. Dotarliśmy bez przygód, późnym popołudniem. Zakwaterowaliśmy się, oczywiście w gospodzie Wilhelma, który bardzo ucieszył się na nasz widok. Wkrótce dołączyli do nas starzy przyjaciele: Klimmek, Gwilin i Temba. Od tej ostatniej dowiedziałem się, że w okolicach znów grasują niedźwiedzie i przydałoby się je trochę przetrzebić.

     - Zanim dobiorą się komuś do skóry – dodała. – Zwłaszcza jeden samiec zrobił się zuchwały. Wielki jak góra.

     Porozumieliśmy się z Lydią wzrokiem.

     - Nie spieszy nam aż tak bardzo – odparłem. – Jeden dzień możemy zmarudzić. Gdzie mogę spotkać tego olbrzyma?

     Okazało się, że niedaleko, za mostem. Rzeczywiście blisko. Zuchwały niedźwiedź, grasujący tak blisko ludzkich sadyb, to już było poważne niebezpieczeństwo. Atak na ludzi był tylko kwestią czasu. Wstałem więc i postanowiłem pójść tam jeszcze za dnia, aby obejrzeć sobie ślady.

     Istotnie, w pobliżu skał szybko natrafiłem na niedźwiedzi trop. Zostawiły je co najmniej dwie sztuki, w ty jedna naprawdę spora. Świadczyły o tym zarówno głębokość śladów, jak i odległości między nimi. Zagrała we mnie uśpiona ostatnimi czasy myśliwska żyłka. Postanowiłem zasadzić się na nie jeszcze tej nocy.

     Słońce już zachodziło za lasem, gdy zająłem wygodne miejsce na wysokiej skale. Wprawdzie niedźwiedź zdołałby się na nią wspiąć – ten zwierz jest o wiele zręczniejszy, niż ludzie przypuszczają, patrząc na jego ociężałą sylwetkę – ale zabrałoby mu to trochę czasu i zdążyłbym wpakować mu kilka strzał. Przygotowałem sobie strzały orkowe, zatrute śnieżnym jadem, najlepsze do polowania. Zaczęło się oczekiwanie.

     Najpierw ucichły ptaki. W oddali błyszczały światła Ivarstead i od czasu do czasu dochodziło stamtąd przygłuszone szczekanie psa. Po lesie zaczęły rozchodzić się szmery, wywoływane przez różne, drobne stworzenia: jeże, myszy i króliki. W gęstwinie usłyszałem też przechodzącego jelenia, znaczącego swą drogę charakterystycznym stukiem poroża o gałęzie. Poza tym, spokój. Ten niesamowity spokój, który tak lubiłem, gdy siadałem na podobnym stanowisku i polowałem na zasiadkę. Spojrzałem w górę, podziwiając gwiazdy. Żaden z księżyców jeszcze nie pojawił się nad górami, ale srebrna łuna już rozjaśniła niebo na wschodzie.

     Co jakiś czas przeczesywałem okolicę Wykryciem Życia. Zrazu pokazały mi się drobne poświaty, wywołane przez króliki, jeże i jakiegoś większego ptaka, nocującego na pobliskiej gałęzi. Poza tym, nic większego nie pojawiło się w okolicy.

     Już zamierzałem dać sobie spokój na dziś, gdy przy kolejnym użyciu zaklęcia, w oddali pojawiła się błękitna poświata jakiejś postaci. Rzuciłem zaklęcie jeszcze raz – znów się pojawiła. Wydawało mi się, że to człowiek. Nadchodził od strony wąwozu, który wiódł do Helgen.

     - Laas! – krzyknąłem.

     Wokół zajarzyły się purpurowe poświaty. Krzyk nie rozróżniał bowiem istot przyjaznych i wrogich i wszystkie zaznaczał podobnie. Jego efekt trwał za to dłużej. Skupiłem uwagę na tej jednej poświacie. Tak, bez wątpienia był to człowiek. Szedł powoli i ostrożnie, chyba nawet się skradał. Znajdował się jeszcze dość daleko, jakieś półtora strzału, może mniej, od mojego stanowiska, gdy przystanął i znieruchomiał. Kto to może być? Czyżby jakiś zbój zasadzał się na podróżnych? Niemożliwe, wtedy przyszedłby w dzień. Przeleciała mi przez głowę również myśl, że mógłby to być jeden ze skrytobójców, z Mrocznego Bractwa, którzy z niewiadomych przyczyn na mnie polowali. Kilkakrotnie musieliśmy już odpierać ich ataki, a przy każdym znajdowaliśmy list z instrukcjami, upewniającymi nas, że chodziło właśnie o mnie. Nie wiedziałem, kto ich nasyłał. Czyżby jakaś zemsta za Ulfrica? Albo za zabójców z Morag Tong, którym udaremniliśmy zamach w Kruczej Skale? Myśli te jednak szybko zarzuciłem. Zaklęcie bowiem nie pokazałoby mi na niebiesko ani zbója, ani skrytobójcy. Takie indywidua pokazywało na czerwono. Najprawdopodobniej więc był to myśliwy, podobnie jak ja, polujący na zasiadkę. Może nawet zasadzający się na tego samego niedźwiedzia.

     Moją uwagę od tajemniczej postaci odwrócił dźwięk. Szelest, zrazu ledwo słyszalny, potem coraz głośniejszy. Od strony gór szedł jakiś większy zwierz. Rzuciłem zaklęcie i od razu go zobaczyłem. Nie było wątpliwości, to niedźwiedź. I to spory! Prawdopodobnie ten sam, którego ślady widziałem poniżej. Niedługo ciche posapywanie upewniło mnie, co do gatunku zwierzęcia. Wyraźnie szedł w moją stronę. A raczej kroczył jakimś przesmykiem w stronę owego domniemanego myśliwego, jednak idąc w tamtą stronę, musiał przejść obok mnie. Odczekałem chwilę, zanim rzuciłem zaklęcie. Był coraz bliżej. Zaraz będzie na strzał!

     Wstałem ostrożnie i nałożyłem strzałę. Kroki zwierza wciąż się zbliżały.

     - Laas – Yah – Nir!

     Użyłem wszystkich trzech słów Szeptu Aury, aby zatrzymać magiczną poświatę na dłużej. Tego Krzyku i tak nikt poza mną nie słyszał – wynikało to z jego magicznego charakteru – mogłem więc sobie na to pozwolić.

     Purpurowa poświata zapaliła się całkiem blisko. Jeszcze trochę, a drapieżnik mnie wyczuje!

     Napiąłem łuk. Celowałem krótko, w purpurową plamę światła, w miejsce, gdzie powinna znajdować się łopatka. Samego uderzenia grota nie usłyszałem, ale niedźwiedź głośnym rykiem zaznaczył trafienie. Magiczna poświata pokazała mi, że zwierz wspina się na tylne nogi. Drugi strzał oddałem, celując w miejsce, w którym powinno znajdować się serce.

     Rozległ się cichy ryk, a raczej sapnięcie. Niedźwiedź upadł i przez chwilę słyszałem jeszcze gorączkowy ruch, jakby niedźwiedź zwijał się w przedśmiertnym spazmie. Magiczna poświata zaczęła już blednąć. Wciąż jednak pokazywała mi żywe istoty w otoczeniu. Po chwili ta, pochodząca od niedźwiedzia zgasła. Czyli zwierz skonał.

     Nie dbając już o zachowanie ciszy, zlazłem ze skały i skierowałem się w stronę mojej zdobyczy. Po chwili usłyszałem inne kroki. Moje ucho, wyćwiczone w leśnej głuszy, powiedziało mi, że tajemnicza postać również ruszyła w moją stronę. Zatem niemal na pewno był to myśliwy, który po odgłosach domyślił się całego zajścia.

     Księżyc wyszedł już zza horyzontu i oświetlił wnętrze kotliny. Stanąłem nad ubitym drapieżnikiem. Był ogromny, choć widywałem już większe. Po zapachu poznałem, że to samiec i to nie pierwszej młodości. Mięso raczej nie będzie najlepsze i do niczego się nie nada, ale skóra pierwszorzędna. Zwłaszcza, że dziurki po strzałach były tylko dwie. Jednak nie ma mowy, by przewrócić go samemu na plecy. Przydałaby się pomoc przy oskórowaniu.

     Szelest kroków zbliżał się. Po chwili ujrzałem postać wysokiego mężczyzny, wyłaniającą się z mroku. Świecący jednak w moją stronę Masser – większy z księżyców – chował jego twarz w cieniu.

     - Moje gratulacje – odezwał się nieznajomy i uniósł prawą dłoń w pozdrawiającym geście.

     Skinąłem głową w podzięce.

     - Dwa tygodnie tropiłem tego niedźwiedzia – oświadczył, po czym dodał ze śmiechem – tylko po to, by teraz dowiedzieć się, że udało ci się go zabić w pojedynkę. Nie wiem, czy to z twojej strony odwaga, czy głupota.

     - Ty też jesteś sam – zauważyłem. – Jeśli moje postępowanie jest odwagą, to twoje również. A jeśli głupotą, no cóż – rozłożyłem ręce. – Jak widać, świat pełen jest głupców.

     Roześmiał się serdecznie i wyciągnął dłoń. Uścisnąłem jego prawicę.

     - Mam na imię Wulfhere – przedstawiłem się pierwszy, jak kazał obyczaj, gdy zorientowałem się, że nieznajomy jest ode mnie starszy.

     - Gunmar – odpowiedział. – Co cię tu sprowadza?

     - Gunmar? – poczułem ciepło, rozchodzące się po całym ciele. – Ten Gunmar?

     - Co masz na myśli, mówiąc „Ten Gunmar”? – spytał. – Czyżbyś o mnie słyszał?

     Roześmiałem się serdecznie.

     - Ten Gunmar, którego szukam już od dłuższego czasu – odparłem, po czym widząc jego zdziwioną minę, dodałem. – Isran polecił mi cię odszukać. Potrzebuje twojej pomocy.

     Zdziwienie odbiło się na jego twarzy, które szybko ustąpiło miejsca ironii.

     - Isran – uniósł brwi. – Potrzebuje mojej pomocy? Własnym uszom nie wierzę.

     - Jednak to prawda – zapewniłem. – Wyraźnie powiedział mi, że mam odnaleźć Gunmara, łowcę trolli. To ty, prawda?

     - Ja – skinął głową. – Ale obawiam się, że jest już o kilka lat za późno. Żyję teraz własnym życiem i mam ważniejsze sprawy na głowie, niż humory Israna. Poza tym, on ze wszystkim sam daje sobie radę. Osobiście mnie o tym zapewniał. Do czego miałby potrzebować mojej pomocy?

     - Tak do końca nie wiem – przyznałem. – Wiem tylko, że chodzi o polowanie na wampiry.

     - Wampiry? – spoważniał. – Chodzi o wampiry?

     Skinąłem głową. On milczał przez chwilę, gładząc się po brodzie.

     - To… Cóż, to może nieco zmienić obrót spraw – zamruczał – Powiedz mi, co się dokładnie dzieje, bo zgaduję, że z nim współpracujesz.

     - Sami tego nie wiemy – wzruszyłem ramionami. – Ale wampiry szykują coś wielkiego. Mają Prastary Zwój.

     Gwałtownie wypuścił powietrze.

     - Na osiem bóstw! – jęknął i przewrócił oczami.

     Widać było, że ta wiadomość mocno go poruszyła. Przez chwilę skubał nerwowo wąsy, ale trwało to krótko. Spojrzał mi w oczy i skinął głową.

     - Dobrze, wysłucham Israna i zobaczę czy mogę jakoś pomóc – zdecydował. – Dokąd mam pójść?

     Zalała mnie fala radości. Czyli jednak nasza misja powiodła się!

     - Isran jest w Twierdzy Świtu.

     Gunmar pokiwał głową.

     - Taaaa… Więc jednak mu się udało – mruknął. – Pracował nad tym miejscem przez dwa lata. To była kompletna rudera. Jak to wygląda teraz?

     - Przyzwoicie – odparłem. – Wielka twierdza, choć wciąż wiele rzeczy wymaga naprawy. Ale miejsce wydaje się dobre. Odosobnione, o grubych, wysokich murach.

     - Nie wpuszczał do niej nikogo – westchnął Gunmar. –To była jego własna, mała forteca.

     - Nie jest mała – odparłem, ale Gunmar zignorował tę wypowiedź.

     - Cóż, zobaczę więc, co tam tyle czasu wyprawiał. A na razie – wskazał na niedźwiedzia –  potrzebujesz pomocy przy skórowaniu?

     - Pewnie – roześmiałem się. – Jestem gotów za nią zrezygnować z samej skóry. Nie jest mi do niczego potrzebna. Zabiłem go tylko dlatego, że zagrażał mieszkańcom Ivarstead.

     Gunmar początkowo nie chciał się zgodzić. Wiadomo, Nord, nie przyjmuje niczego bez zapłaty. W dodatku istotnie, skóra była wyjątkowa i sporo warta. Przekonałem go dopiero stwierdzeniem, że w takim razie ją zostawiam, bo jej nie potrzebuję, a szkoda brudzić sobie ręce. Przed takim argumentem uległ – szkoda mu było tak pięknej skóry. Strzeliłem w górę Płomieniem Świecy i zabraliśmy się za odzieranie. Poszło nam szybko – zaledwie dwa razy musiałem ponawiać zaklęcie. Cóż, wprawa dwóch wytrawnych myśliwych. Na moją sugestię odpoczynku w gospodzie Wilhelma, potrząsnął jednak głową, twierdząc, że musi najpierw odwiedzić swoje małe obozowisko, gdzie zostawił swoje manele. Potem upewnił się, że również zmierzam do Twierdzy Świtu.

     - Będziesz przechodził przez Pękninę? – spytał.

     - Na pewno.

     - To zapytaj o mnie w gospodzie. Może jeszcze tam będę.

     Zapewniłem go, że tak zrobię. Po czym uścisnęliśmy sobie ręce i rozeszliśmy się. On w stronę wąwozu, ja do Ivarstead, którego światełka migotały mi w oddali.

*          *          *

     Tak się złożyło, że do Pękniny dotarliśmy dopiero późną nocą. Po drodze pokręciliśmy się trochę po Bthalft, znanym nam już miejscu, z którego znów musieliśmy wykurzyć kilkuosobową bandę zbójów. Nie znaleźliśmy jednak niczego, co sugerowałoby, że to miejsce jest w jakikolwiek sposób powiązane z Kuźnią Eterium. Ot, kamienny placyk, jakiś okrągły postument z resztkami filarów, które kiedyś zapewne go otaczały – nic ciekawego.

     Nazajutrz udałem się do gospody, w nadziei, że spotkam tam Gunmara. Nie było go w sali, więc spytałem o niego Keeravę.

     - A owszem – potwierdziła, gdy opisałem mu mojego nowego znajomego. – Nocował tu. Oboje tu nocowali.

     - Oboje?

     - On i jakaś Bretonka – odparła Argonianka. – Przybyli osobno, ale wynikało, że się znają, bo ona zaraz się do niego przysiadła. Wyruszyli razem.

     - Kiedy?

     - Niedawno, o świcie.

     Podziękowałem, po czym popędziłem do naszego domku.

     Lydii nie trzeba było dwa razy powtarzać. Szybko się wyekwipowała i ruszyliśmy do Twierdzy Świtu, dobrze wyciągając nogi. Śladów na kamiennym trakcie nie zostawili, te ujrzeliśmy dopiero wtedy, gdy weszliśmy do kanionu. Były całkiem świeże.

     Isran nie próżnował w czasie naszej nieobecności. Zamek otoczony został solidną palisadą, a w ogrodzeniu tkwiła mocna brama, zbita z kilku warstw dębowych desek. Jedna z członkiń Obrońców, chyba jakaś nowa, bo nie widzieliśmy jej wcześniej, trzymała straż na platformie za palisadą i wpuściła nas dopiero, gdy usłyszała nasze imiona. Musiała być poinformowana, że Isran się nas spodziewa. Krętą dróżką doszliśmy do bramy. Uchyliłem skrzydło drzwi i wsunęliśmy się do środka.

Twierdza Świtu. Nowa palisada.

     Muszę przyznać, że to, co zobaczyłem, zaskoczyło mnie. Na środku stołpu stali Gunmar i Sorine, a wejście do pozostałych komnat zasłaniała masywna krata, której wcześniej nie było. Zapewne Isran nie poprzestał na palisadzie i postanowił też naprawić wewnętrzne zabezpieczenia.

     Sorine uśmiechnęła się na nasz widok, Gunmar podniósł ramie w geście pozdrowienia, po czym zadarł głowę. Podążyłem za jego wzrokiem. Na galerii ponad nami stał Isran z tajemniczą miną.

     - Dobra, Isran, są już wszyscy – odezwał się Gunmar. – Możesz nam teraz wytłumaczyć, co to za cyrk?

     - Stójcie – Isran podniósł dłoń i zaczął nam się przypatrywać.

     Jednocześnie w stołpie stało się niezwykle jasno, aż musiałem zmrużyć oczy. Dosłownie został on zalany słonecznym światłem, skierowanym do środka przez jakiś system luster, zawieszony na górze, pod miejscem, w którym normalny stołp ma strop. Ten nie miał – był jak wielki komin.

     - Co ty robisz? – spytała Sorine. – O co chodzi?

     Głos Israna zabrzmiał dziwnie – na poły poważnie, na poły ironicznie.

     - Upewniam się, że nie jesteście wampirami – odparł. – Ostrożności nigdy za wiele…

     Gunmar wzruszył ramionami, Sorine prychnęła z dezaprobatą i zrobiła ruch, jakby chciała zawrócić. Jednak zatrzymał ją chrobot kraty, która zaczęła opadać, aby w końcu w całości skryć się pod posadzką. A ja nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Isran zwyczajnie chciał się pochwalić nową zabawką.

     - Witajcie w Twierdzy Świtu! – uniósł dłoń w pozdrawiającym geście.

     Nikt z nas nie zareagował, czekając na dalszy ciąg tego przedstawienia. Jego to jednak wcale nie speszyło.

     - Na pewno dane wam było słyszeć co nieco na temat tego, przeciw czemu walczymy – ciągnął. – Potężne wampiry, jakich jeszcze nie widzieliśmy. Poza tym – zrobił dramatyczną pauzę – mają Prastary Zwój. Jeśli ktokolwiek ma stanąć im na drodze, to musimy to być my.

     Ostatnie słowa wypowiedział innym tonem, jakby wypowiadał je ktoś skrajnie zmęczony. Słowom tym towarzyszył gest, który tylko pogłębił to wrażenie. Isran bowiem oparł się ramionami na poręczy i westchnął przeciągle. Może to właśnie sprawiło, że Sorine, która zapewne miała już na końcu języka jakąś ciętą ripostę, pohamowała się i spytała bardziej rzeczowo.

     - Wszystko dobrze – odrzekła – ale czy mamy jakiekolwiek pojęcie, na temat tego, co robić? Co teraz?

     Isran wolno pokiwał głową.

     - Dojdziemy do tego – zapewnił. – Na razie zapoznajcie się z okolicą. Sorine, na pewno znajdziesz miejsce, gdzie będziesz mogła popracować nad swoimi planami nowej kuszy. Gunmar, jest tu dość miejsca, żeby przetrzymać kilka trolli. Uzbrój je i przygotuj do walki.

     Po czym wbił wzrok we mnie.

     - W międzyczasie dowiemy się – powiedział wolno – dlaczego zjawił się tu wampir, który cię szukał!

     - Co takiego? – wyrwało mi się. – Szukał mnie wampir?

     Przyszło mi do głowy, że Sybilla Stentor mogła dowiedzieć się czegoś ważnego i szukała ze mną kontaktu. Ale szybko odrzuciłem tę myśl. Sybilla potrzebna była w Samotni i wątpliwe, by zawędrowała aż tutaj. Jeśli miałaby do mnie jakąś sprawę, prędzej przysłałaby mi list.

     - Chodźmy zamienić dwa słowa, dobrze? – odrzekł Isran rzeczowym tonem. – Tu, na górze. Jeśli mogę prosić, w cztery oczy – zerknął na Lydię.

     Wzruszyłem ramionami, ale skierowałem się do już otwartego przejścia i skręciłem na schody, wiodące na górę. Nie wiedziałem, dlaczego Isran chciał rozmawiać w cztery oczy. Przecież musiał wiedzieć, że przed Lydią nie mam tajemnic i opowiem jej wszystko tak czy tak.

Gunnar (z lewej) i Sorine w Twierdzy Świtu

     Doszły mnie echa rozmowy Sorine i Gunmara o jakimś Florentisie. Nie wiedziałem, kim on jest, ale akustyka w tej części zamku była doskonała i wyraźnie wszystko słyszałem.

     - Myślisz, że Florentis naprawdę rozmawia z Arkayem? – spytała Bretonka.

     - Nie jestem pewien – odparł Gunmar zamyślonym tonem. – Nigdy dotąd nie słyszałem o tym, żeby bóstwa zwracały się bezpośrednio do kogoś.

     - Myślisz, że zwariował?

     - Tego nie powiedziałem – odrzekł. – Zastanawiam się, czy nie chce zwrócić na siebie uwagi, ale co jakiś czas mówi rzeczy, które świadczą, że nie.

     - Chyba wszystkim nam odbiło, skoro tu jesteśmy, co? – roześmiała się Sorine, po czym podniosła głowę w stronę galerii, na którą właśnie się wdrapałem i dodała głośniej, nieco żartobliwym tonem. – Mam nadzieję, że dogadasz się z Isranem. Trzeba trochę czasu, by do niego przywyknąć!

     Isran tylko prychnął na te słowa, ale bez złości. Chyba przywykł do docinków pod swoim adresem. Gestem pokazał mi, abym poszedł za nim, po czym powiódł mnie do małej, zagraconej komnatki z resztkami sprzętów. I tu okazało się, że to nie on chciał rozmowy bez świadków. Wskazał głową na oczekującego mnie gościa. Wszedłem i stanąłem oniemiały. Z cienia wyłoniła się bowiem Serana.

     Wyglądała tak samo jak wtedy, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Na mój widok uśmiechnęła się nieśmiało, ale zaraz spoważniała, zerknąwszy na Israna. Od razu wyczułem, że się go boi. Isran zresztą nie pomagał jej w odzyskaniu równowagi. Stanął z boku, założywszy ręce na piersi i wbił w nią badawczy wzrok.

     - Ten wampir zjawił się tu, gdy cię nie było – oznajmił. – Zakładam, że to ten, którego udało ci się znaleźć w krypcie Dimhollow. Twierdzi, że ma ci coś bardzo ważnego do przekazania.

     Skinąłem głową.

     - Słucham więc – odezwał się ostrym tonem.

     Serana, nieco spłoszona opuściła wzrok, ale po chwili podniosła powieki i spojrzała na mnie. Odetchnęła głęboko, jak mówca przed ważną przemową.

     - Zapewne dziwi cię mój widok – odezwała się nieśmiało.

     Nie dało się ukryć, że zdumiała mnie jej obecność w Twierdzy Świtu, w której każdy z mieszkańców najchętniej widziałby ją martwą.

     - Co tu robisz?

     - Również wolałabym się tutaj nie zjawiać – zerknęła ukradkiem na Israna. – Ale mam do ciebie sprawę. To ważne, więc proszę, wysłuchaj mnie. Zanim twój przyjaciel straci cierpliwość…

     Isran chrząknął tylko groźnie. Serana trochę się spłoszyła, ale zaraz odzyskała rezon.

     - To – zaczęła nieco niepewnie – cóż, chodzi o mnie. A także o Prastary Zwój, który został ze mną zakopany.

     I przy tych słowach obróciła się nieco bokiem, demonstrując zwój, jaki wciąż miała zawieszony na plecach. To zaskoczyło mnie jeszcze bardziej. Nie spodziewałem się, że zdoła go wykraść, a musiała to zrobić, bo bardzo wątpiłem, czy Harkon pozwoliłby jej przynieść swój największy skarb swym najgorszym wrogom. Zauważyłem, że ten fakt zrobił również spore wrażenie na Isranie.

     - Co z tobą? – spytałem.

     Przyznaję, że cisnęło mi się na usta pytanie o zwój, ale pamiętałem, jak przywitał ją jej własny ojciec i jak bardzo ja to oburzyło. Nie chciałem zachować się tak jak on.

     - Powód, dla którego tam byłam – odpowiedziała cicho – i dla którego posiadałam Prastary Zwój… Wszystko sprowadza się do mojego ojca. Zgaduję, że już to wiesz, ale mojego ojca trudno nazwać dobrą osobą. Nawet podług wampirzych standardów.

     Pokiwałem głową i wymieniłem spojrzenie z Isranem.

     - Ale nie zawsze taki był! – powiedziała szybko. – Pamiętam go przecież z dawnych lat. Po prostu, kiedyś doszło do… przemiany. Tak, to dobre słowo. Natknął się na to niejasne proroctwo i z jakiegoś powodu się w nim zatracił. To zupełnie go odmieniło. Jakby stał się kimś innym, kimś, kogo przedtem nie znałam. Nagle wszystko inne przestało się liczyć, włącznie moją matką i… ze mną.

     - Co to za proroctwo? – spytał Isran, ucinając wszelkie retrospekcje.

     Serana znów straciła pewność siebie. Jej głos zaczął ledwo wyczuwalnie drżeć

     - Jest bezsensowne i niejasne – odrzekła – jak wszystkie proroctwa. Ta część, której tak się uczepił… Mówi o tym, że wampiry już nie będą musiały bać się słońca.

     Urwała i spojrzała najpierw na mnie, potem na Israna.

     - To właśnie to chce osiągnąć – pokręciła głową, jakby z niedowierzaniem. – Chce kontrolować słońce, by wampiry przejęły władzę nad światem. Dla kogoś, kto uważa się za wampirzą szlachtę, to dość słodka obietnica. Zupełnie go to pochłonęło. Jak obsesja. Przy tym dość niezdrowa.

     Wypuściłem wolno powietrze, bo aż mnie zatchnęło.

     - To możliwe? – zerknąłem w stronę Israna.

     Ten wzruszył tylko ramionami.

     - Tak czy inaczej – dodała Serana – moja matka i ja stwierdziłyśmy, że nie należy wypowiadać wojny całemu Tamriel. Próbowałyśmy go powstrzymać. Dlatego właśnie zamknięto mnie ze zwojem.

     - A co to ma wspólnego z Obrońcami Świtu? – spytałem. – Dlaczego mówisz to właśnie nam?

     Wykrzywiła usta w ironicznym grymasie.

     - Przepraszam – odpowiedziała drwiącym tonem – ale słyszałam, że znajdę tu łowców wampirów. Myślałam, że mogą chcieć wiedzieć, że wampiry uknuły spisek, mający na celu zniewolenie reszty świata. Nie mam racji?

     - Masz rację – odparłem ostrożnie. – Ale przyznasz, że trudno uwierzyć, że wampir, z własnej woli rezygnuje z tej, jak to określiłaś, słodkiej obietnicy. Co więcej, narazi się na niemałe niebezpieczeństwo, przychodząc tutaj. Nawet jeśli założę, że chcesz nam pomóc, to chciałbym wiedzieć, co cię do tego skłania.

     Milczała przez chwilę.

     - A jeśli – zająknęła się – chciałabym to, przynajmniej na razie, utrzymać w tajemnicy?

     Isran uśmiechnął się lekko, ale nie zdołałem odgadnąć, czy to uśmiech szczery, czy ironiczny.

     - Czy jeśli przysięgnę, że moje intencje są szczere, uwierzysz mi? –spojrzała na mnie prosząco.

     Westchnąłem cicho.

     - Chciałbym ci uwierzyć – odparłem. – Naprawdę, chciałbym. Ale chyba rozumiesz sama, jesteś wampirem, w dodatku potężnym. Nawet jeśli masz szczere zamiary, kto da nam gwarancje, że pewnego dnia nie zmienisz zdania? Nie znam cię na tyle, żeby ci zaufać. Prawie nic o tobie nie wiem.

     Prychnęła, ale widać było, że jest rozczarowana. Milczała przez chwilę, po czym podniosła na mnie swe niesamowicie błyszczące oczy.

     - Sam przyznałeś, że wiele ryzykowałam, przychodząc tutaj. Czy to nie jest najlepszy dowód moich szczerych intencji?

     Milczałem, bo nie wiedziałem, co powiedzieć. Chciałem jej uwierzyć. Ale czy mogłem?

     - Jeśli mi nie wierzysz, cóż łatwiejszego? Weź miecz i przebij mnie – głos lekko zadrżał jej, gdy to mówiła. – Wampiry owszem, są nieśmiertelne, ale tylko dlatego, że się nie starzeją i nie chorują. Zabić można mnie tak samo jak człowieka.

     I tu mnie miała. Nie wiem, czy zdawała sobie z tego sprawę, ale ja nie umiałbym jej zabić. Przynajmniej nie w tamtej chwili. Przeniosłem wzrok na Israna.

     Ten zmarszczył groźnie brwi. Wiedziałem już, że czeka mnie niełatwa przeprawa.

    

środa, 15 listopada 2023

Rozdział XIV – Skarbiec

     Dziennik Katrii nie był kompletny. Swoje zapiski prowadziła już od dawna, ale ten kajet zawierał tylko notatki, związane z penetracją Akrnghtamz, A zaczęło się dość emocjonalnie – na tyle, że Katria, nieco zażenowana, zasugerowała początkowo, aby pominąć ten fragment. Jej sugestia była jednak spóźniona, bowiem już go prawie przeczytałem.


     17. dzień Pełni Słońca

     Niech szlag trafi tego cwanego elfa! Szlag! Kradnie mi notatki, moje odkrycie i publikuje je,. Podpisując się pod nim! Dwadzieścia lat kopania w tych ruinach i co otrzymuję? Dedykację? „Przyjaciółka i współpracownica” – niech sobie to w dupę wsadzi. Wyśmiewa mnie!


     - No, trochę mnie poniosło – mruknęła Katria. – Ale nie przypuszczałam, że ktoś, poza mną, będzie to czytał. Dobra, nie krępuj się, czytaj jak leci.

    Wróciłem do lektury.


     Cóż, ja będę śmiać się ostatnia. Taron może i ukradł mi teorię, ale nie ma jeszcze żadnych potwierdzających dowodów. Jeśli znajdę Kuźnię pierwsza, pokażę światu, że to moje odkrycie. Moje, nie jego!


     Dalej było bardziej rzeczowo.


     4. dzień Ostatniego Siewu

     Mam trop. Jedna z zapleśniałych, starych ksiąg w Mzund wspomina o Kuźni. Była w rozsypce, ale udało mi się przepisać kilka fragmentów, w tym mapę dwemerskich królestw z Pierwszej Ery. Muszę nałożyć ją na współczesne granice, gdy wrócę.


     Dalej znajdował się szkic mapy Skyrim, z zaznaczonymi na czerwono pięcioma miejscami. Były ponumerowane odpowiednio O1 do O5.

     - Co oznacza to „O”? – spytała Lydia.

     - Nic – Katria wzruszyła ramionami. – To nie żadne „O”, tylko zwykłe kółko. Zaznaczyłam po prostu miejsce i dodałam numerek.

     Roześmialiśmy się, po czym wróciliśmy do studiowania mapki. Punkt z numerem 1 zlokalizowaliśmy natychmiast. Znajdował się na południowym zachodzie, blisko granicy i bez wątpienia było to właśnie Akrnghtamz, w którym właśnie się znajdowaliśmy. Zresztą, dalsze zapiski rozwiewały wszelkie wątpliwości.


     A oto i rezultat:

     1 – Akrnghtamz

     Nazwa „Akrnghtamz” znajdowała się też na inskrypcji. Najwyraźniej było to główne centrum badań nad eterium. Dobre miejsce, by zacząć.

     2 – 

     Opisane jako „Bthar-Zel” („sprzymierzone miasto”?). Nie jest to jednak Bthardamz. Wygląda na mniejszy ośrodek na północ lub północny zachód stąd. Na rzece.

     3 – 

     Główne źródło eterium. Wydobywane tam z jakiejś głębszej kopalni?

     4 – 

     Ośrodek składowania surowego eterium, tuż pod murami dużego miasta. Najwyraźniej musiało być przechowywane na zewnątrz, ponieważ było „harmonicznie niestabilne”.

     5 – 

     Brak nazwy, brak informacji, umożliwiającej identyfikację. Mnóstwo stron zniszczonych diagramów. Nie dało się wiele wywnioskować, ale wygląda jak… astrolabium, tryb, jakaś pieczęć, podzielona na cztery części? Czy to może być położenie Kuźni? W każdym razie, coś ważnego.


     Wyciągnąłem naszą mapę i porównałem obie. Numer drugi leżał na północ od Markartu, gdzieś na zachód od Karthwasten. Szkoda, że nie wiedzieliśmy, byliśmy tam kilka dni temu… Trójka w okolicach Wichrowego Tronu. Czwórka leżała również we Wschodniej Marchii, ale dalej, na południowy wschód od miasta.

     - Czyżby Mzulft? – stuknąłem palcem w miejsce, gdzie zaznaczyliśmy krasnoludzkie ruiny, spenetrowane przy okazji poszukiwań Laski Magnusa.

     - Może być – skinęła głową Lydia. – Lokalizacja się zgadza. Ale przecież nie znaleźliśmy tam niczego, co wskazywałoby na związek z eterium. Czyżby ten pryzmaskop?…

     - Nawet jeśli to ma związek z eterium, nasz znajomy Paratus Decimus przerobił go już pewnie tak, że nie da się odtworzyć odpowiednich ustawień – mruknąłem zamyślony. – Wymieniał w nim kryształy…

     - A piątka to gdzieś w Rift – zauważyła Lydia. – Niedaleko Ivarstead. O ile dobrze sobie przypominam, poza Bthalft, żadnych innych krasnoludzkich ruin tam nie ma. A i z tych wiele nie zostało.

     - Cóż, poszukamy – wzruszyłem ramionami. – Wtedy szukaliśmy jedynie bandy zbójów. Teraz możemy to zbadać dokładnie. Może jest tam coś, co przeoczyliśmy?

     - Ta mapka nie jest zbyt dokładna – wtrąciła się Katria. – To może być miejsce, o którym mówicie, ale może też być inne, gdzieś w pobliżu. Proszę, czytaj dalej.

     Przewróciłem kartkę.

     22. dzień Ostatniego Siewu

     Akrnghtamz. Moja mapa nie jest dokładna, ale wystarczyła, by tu trafić. Faktycznie, coś może być na rzeczy.

     23. dzień Ostatniego Siewu

     Dotarłam do skarbca. Jest tu nadal aktywny zamek toniczny. Sądząc po trupach, można spokojnie stwierdzić, że pułapki tez działają bez zarzutu.

     Nie znalazłam żadnych poszlak, więc zrobię szkic i spokojnie to opracuję. Pięć rezonatorów. Pięć tonów. Muszę tylko uderzyć je w odpowiedniej kolejności. Zobaczmy.


     Dalsza strona zawierała rysunek ściany, a właściwie samych rezonatorów i ich rozmieszczenie względem centralnego posągu. Dodano kilka pokreślonych cyferek. Tylko dwie, przy skrajnych, dolnych rezonatorach były nie przekreślone, a zakreślone kółkiem.

Notatki Katrii

     - To wiem na pewno – Katria wskazała na nie palcem. – Najpierw trzeba strzelić w lewy dolny, potem w prawy dolny. Dalej nie wiem, bo przy dalszych próbach poległam. Wiem tylko, że trzecim na pewno nie jest środkowy.Przekonał mnie o tym grad strzał. Dobrze, że stałam daleko.

     Rozejrzała się po przedpolu.

     - Skoro ja się czegoś dowiedziałam, to może których z tych nieszczęśników też ma przy sobie jakieś notatki? Chociaż, w tych szkieletach zapewne nic już nie ma.

     - Tam jest ciało jakiegoś Norda, znacznie świeższe – odparłem, wstając. – Sprawdzę, może ma coś przy sobie.

     Nie powiem, żeby obszukiwanie na pół zasuszonych zwłok nie napawało mnie obrzydzeniem, ale taki już los poszukiwacza przygód. W dodatku, opłaciło się, bowiem ofiara miała przy sobie niewielką notatkę, nabazgraną na skrawku papieru. Rozwinąłem ostrożnie zetlały papier. Było to prymitywny rysunek, na którym zakreślonymi w kółko numerami zaznaczono poszczególne rezonatory, po czym je zamazano – wszystkie, oprócz jednego. Według tej kartki, trzecim w kolejności był lewy górny.

     - No, to jeśli wierzyć naszym danym, mamy połowę szans – mruknęła Lydia. – Wątpliwości będą tylko przy czwartym. Albo trafimy, albo nie.

     - Najpierw trzeba sprawdzić, czy będziecie w stanie znaleźć w tym ciągu jakiś wzór – odezwała się Katria. – Większość z tych zamków posiada jakiś wzór.

     Zerknąłem na rysunek w kajecie.

     - Na górze mamy dwa, na dole trzy – mruknąłem.

     - To ważne – potwierdziła Katria. – Gdyby było odwrotnie, byłoby trudniej. A tak, schemat nasuwa się sam, czyż nie?

     Miała rację. Gdyby trzy rezonatory znajdowały się w górnym rzędzie, miałbym poważne wątpliwości, czy czwartym ma być środkowy, czy prawy. Innymi słowy, czy trzeba zbijać je rzędami, kolejno od lewej do prawej, czy też najpierw cztery skrajne, a dopiero potem środkowy. Ponieważ było odwrotnie, drugi schemat sam się nasuwał na myśl: najpierw cztery skrajne, środkowy na końcu. Tyle, że wciąż nie było pewności.

     - Jeśli wszystko zawiedzie – odezwała się Katria, nad podziw spokojnym głosem – trzeba po prostu podjąć ryzyko i zobaczyć, co się stanie. Nie wydałoby mi się dziwne, gdyby połowa tych pułapek została już uruchomiona.

     Lydia, zamyślona, przygryzła kosmyk włosów, który wsunął jej się do ust.

     - Chcesz przez to powiedzieć, że te pułapki są już w połowie wyczerpane? – spytała. – I że niebezpieczeństwo jest przez to mniejsze?

     - To możliwe, prawda? – odpowiedziała Katria. – Wielu z tych nieszczęśników zginęło ostrzał. Automaty mogą mieć ich wiele, ale nie nieskończenie wiele. Sama widzisz, ile z nich już wystrzelały.

     - Tam stoi centurion – wskazałem głową w stronę ściany. – I wygląda na to, że jest sprawny.

Wejście do skarbca, Na górze widoczny posąg, ostrzegający przed niebezpieczeństwem

     Lydia wzruszyła ramionami.

     - Nie pierwszy nasz centurion – odparła. – Jego akurat najmniej się obawiam. Mamy dobre łuki. Staniemy na tyle daleko, że nie zdąży podejść. Bardziej niepokoją mnie pająki. Niby słabsze, ale wygląda na to, że ich tu sporo. No i są bardziej ruchliwe, trudniej trafić.

     - Nie zapominaj o baliście – dodałem. – Jeśli staniemy daleko, ona nas i tak dosięgnie, ale my w żaden sposób nie damy rady jej unieruchomić.

     Balista była niezwykle trudnym przeciwnikiem. Chyba najtrudniejszym ze wszystkich krasnoludzkich automatów. Aby ją unieruchomić, trzeba było bowiem trafić w wąską szparę, pomiędzy obłymi elementami pancerza, po których strzały zwyczajnie rykoszetowały, nie czyniąc jej żadnej szkody. Zakładając, że wycofamy się na samą górę, nie ma mowy o tak precyzyjnym trafieniu z tej odległości. A balista miała zarówno nieporównywalnie dalszy zasięg, jak i cel do trafienia znacznie większy.

     - No i na coś takiego jak trzęsienie ziemi to już nic nie poradzimy – dodałem po chwili, po czym podniosłem wzrok na serpentynę, po której tu dotarliśmy. – Ale skoro trzeba, to i tak to zrobimy. Nie ma na co czekać…

     Wolnym krokiem zacząłem wspinać się na górę, Lydia za mną. Katria, choć jej nie groziło już żadna niebezpieczeństwo, poszła za nami. Zanim jeszcze dotarłem na górę, zatrzymałem się w połowie drogi.

     - Wiecie co? – odezwałem się zamyślony. – Chyba lepiej będzie strzelać stąd. Tu mamy dobry widok na dolną część ścieżki, a tam będzie zasłonięta. Jak coś zacznie nią pełznąć…

     Wszyscy troje skinęliśmy głowami.

     - To do roboty – uśmiechnęła się Katria.

     Widać było, że nie może się już doczekać. Właśnie miało się okazać, czy jej wieloletnie badania zakończone zostaną powodzeniem. Rozumiałem ją doskonale, sam byłem ciekaw. Zdjąłem z ramienia swój szklany łuk i nałożyłem elfią strzałę.

     - Twój łuk jest świetny – uśmiechnąłem się przepraszająco. – Ale wolę użyć broni, którą dobrze znam.

     Celowałem krótko – w lewą łopatkę lewego, dolnego wiatraczka. Wypuściłem strzałę, która z sykiem pomknęła ku celowi i trafiła w obrzeże łopatki. Rozległ się brzęk uderzenia metalu o metal i wiatraczek nagłym, wirowym ruchem powędrował w górę. Jednocześnie z ust posągu na górze wydobył się obłoczek pary i coś jakby dźwięk basowej piszczały. Za lewym dolnym rezonatorem zapaliła się jakaś poświata, jakby zamek sam oznaczał elementy już trafione. Poza tym, nie wydarzyło się nic.

     - Świetnie – ucieszyła się Katria. – Teraz prawy.

     Poszło równie dobrze. Jedyna różnica to ton dźwięku, wydanego przez obłoczek pary. Był trochę wyższy. Pewnie gdyby wydobyło się wszystkie kolejno jeden po drugim, usłyszelibyśmy jakąś melodię, którą znali tylko wtajemniczeni Dwemerowie.

     Trzecia strzała i trzeci wiatrak powędrował w górę. Notatki Norda okazały się być prawdziwe.

     - No, to teraz się okaże – mruknęła Lydia, nakładając strzałę na cięciwę. – Ubezpieczam, jakby coś wylazło.

     Przyznam, że dłonie zwilgotniały mi z emocji. I nie tylko dłonie. Całego zaczął oblewać mnie pot. Teraz miało się okazać, czy odgadliśmy wzór, czy też dopadnie nas któraś z pułapek. O ile centuriona, ani pająków nie obawialiśmy się w ogóle, o tyle przed ukrytą w niewiadomym miejscu balistą zupełnie nie mieliśmy jak się bronić. Strzały, wypuszczone w naszym kierunku, mogły jeszcze zrykoszetować po naszych elfich blachach, ale przed ciężkimi włóczniami nie było obrony. Przebiłyby nas na wylot. No i jeszcze to nieszczęsne trzęsienie ziemi…

     Wziąłem kilka głębokich oddechów i napiąłem łuk. Chwilę celowałem i strzeliłem. Usłyszałem klekot strzały, uderzającej we wnękę.

     - Co jest? – spytała nerwowo Lydia, widząc brak reakcji.

     - Co się stało? – spytała Karia, równie nerwowym głosem, choć jaki bezcielesny duch, najmniej miała powodów do niepokoju.

     Wypuściłem powietrze ze świstem.

     - Nic – mruknąłem i otarłem z czoła pot, który zaczął zalewać mi oczy. – Chybiłem, po prostu. Zdarza się…

     Odetchnąłem kilkakrotnie, zanim wypuściłem następną strzałę. Górny, prawy wiatrak powędrował w górę i posąg wydał kolejny dźwięk, tym razem niski, basowy. Odczekałem chwilę – nic się nie działo.

     - Chyba się udało!

     Katria aż zaklaskała w ręce. Była podniecona jak mała dziewczynka.

     - Już niewiele – zachęciła mnie. – Dalej!

     Uśmiechnąłem się i nagle ogarnął mnie spokój. Skoro po czwartej strzale nic się nie stało, znaczyło to tylko tyle, że odgadliśmy zagadkę. Teraz pozostał już tylko piąty rezonator. I na niego też musiałem zużyć dwie strzały, bo pierwszy strzał zupełnie popsułem i posłałem ją prosto w mur, gdzie rozbiła się w drzazgi.

     Ostatni dźwięk, ostatni obłok pary, ostatnia lampa zapalona.

     Obie pary drzwi po bokach otworzyły się na oścież, bez najmniejszego zgrzytu.

     - Udało się! – Katria aż podskoczyła z podniecenia. – Udało!

     Zerknęła na mnie roześmiana, po czym puściła się pędem w dół. Chciałem ją powstrzymać, ale machnąłem ręką. Przecież jej i tak nic już nie groziło. Co innego my – zeszliśmy powoli, uważnie rozglądając się na boki. Otwarte drzwi przecież wcale nie musiały oznaczać końca niebezpieczeństw.

     Ale nic się nie wydarzyło. Weszliśmy do środka, do poprzecznego korytarza, który łączył obie pary drzwi. Korytarz prowadził do małej komnatki, której wygląd jednoznacznie kojarzył się ze skarbcem. Stojąca już tutaj Katria odwróciła się do nas i uśmiechnęła.

Skarbiec. Widoczny fragment eterium

     - A więc to jest to – szepnęła z przejęciem. – A więc jest prawdziwa.

     W centralnym miejscu skarbca stał kamienny postument, zawierający w swym wnętrzu sejf, ponad nim świecącą jednostajnie lampę i na samym przodzie niewielki, kwadratowy piedestał, na którym złożono jakiś półkolisty, błękitny przedmiot. Po bokach stały dwie kolumny, a na każdej z nich tkwił dwemerski schowek. Nad wszystkim górował dwemerski znak-posąg, ostrzegający przed niebezpieczeństwem. Przy bocznych ścianach ustawiono metalowe regały, na których złożono sztaby krasnoludzkiego metalu i elementy automatów. Złocił się tam żyroskop i świecił czerwonym światłem rdzeń energetyczny, jakie widzieliśmy we wnętrzu centurionów, a także leżały starannie poukładane jakieś tryby i dźwignie.

     Ostrożnie podszedłem i dotknąłem błękitnego przedmiotu. Delikatnie wibrował nieznaną mi magią. Podniosłem go i obejrzałem w świetle lampy. Wyglądał zupełnie jak matowe, niebieskie szkło. Miał podobny połysk i ciężar. W dotyku był zimny. Czy to na pewno owo tajemnicze eterium?

     - Co to ma być? – mruknąłem obracając niebieski półksiężyc i oglądając go ze wszystkich stron. – Moim zdaniem, wygląda jak odłamana część szklanego amuletu. W życiu nie zwróciłbym na coś takiego uwagi.

     - Daj zobaczyć – poprosiła Katria.

     Podsunąłem jej przedmiot pod oczy. Wyciągnęła rękę, jakby chciała go złapać, ale szybko zatrzymała ją i parsknęła ze zniecierpliwieniem. Będąc duchem, niczego już nie mogła dotknąć. Ruchem palca nakazała mi go odwrócić.

     - Spójrz tutaj – wskazała na prostą krawędź. – Tu, na ten brzeg. Wcale nie jest złamany. On został przycięty. I to bardzo dokładnie. Gdybyśmy mieli drugi, podobnej wielkości, pasowałby idealnie, jak ulał. Widziałam kiedyś szkic tego czegoś – podniosła wzrok i spojrzała kolejno na mnie, na Lydię i znów na mnie. – Ten odłamek… to… fragment klucza. Stworzonego z czystego eterium.

     - Eterium? – przejechałem palcem po gładkiej, błyszczącej powierzchni rzekomego klucza. – To naprawdę jest eterium?

     - Na pewno – Katria pokiwała głową. – Nie mam wątpliwości.

     - A do czego miałby być ten klucz – spytała Lydia, biorąc ode mnie błyszczący półksiężyc i oglądając go dokładnie.

     - Do Kuźni, oczywiście – uśmiechnęła się Katria. – Klucz do Kuźni Eterium! A więc ona naprawdę istnieje!

     Przyznaję, że zalała mnie fala podniecenia. Obudził się we mnie odkrywca.

     - No i… co teraz? – spytałem.

     - Oczywiście, musimy znaleźć pozostałe części. Powinny być jeszcze… hm… trzy.

     - Trzy? – Lydia podejrzliwym wzrokiem rzuciła na trzymany przedmiot. – To wygląda jak idealna połówka. Powiedziałabym, że musimy znaleźć tylko drugą cześć.

     - Na pewno trzy – Katria z przekonaniem pokręciła głową. – Po jednej dla każdego z czterech dwemerskich miast, które pracowały nad Kuźnią.

     Lydia znów popatrzyła na trzymany w dłoni kawałek eterium.

     - Czyli to największy z nich – zamruczała ni to do nas, ni do siebie samej. – Czy to świadczy o tym, że ten ośrodek miał największe wpływy?

     Katria wysunęła dolną wargę i uniosła ramiona w geście niepewności.

     - Być może – odparła po chwili. – A może po prostu tak pasowały ornamenty klucza, że przecięto go właśnie tak, a nie inaczej. Nie wiem. Ale mam zamiar się dowiedzieć, zanim opuszczę ten świat na zawsze. W moim dzienniku jest mapa. Od tego musimy zacząć. Trzeba tam poszukać i może znajdziemy pozostałe części klucza.

     - Co potem? – spytałem.

     - Ciągle musimy znaleźć samą Kuźnię – odrzekła z przekonaniem. – Mam już pewne poszlaki. Jeszcze wiele trzeba zrobić. Zamierzam wyruszyć i się tego dowiedzieć.

     Spojrzeliśmy po sobie.

     - Tylko że my – zająknąłem się – nie możemy ci pomóc.

     Rozczarowanie odbiło się na jej świetlistej twarzy.

     - To znaczy – wtrąciła Lydia – nie możemy ci pomóc TERAZ. Mamy własne zobowiązania i musimy najpierw zrobić swoje.

     - Ale potem na pewno zajmiemy się Kuźnią – zapewniłem. – Jeśli dożyjemy…

     - Nie zostawimy cię z tym samej – dodała Lydia.

     Katria popatrzyła na nas z wdzięcznością.

     - Cóż, ja mam czas – uśmiechnęła się zadumana. – Mam dużo czasu. Poczekam. Ale nie zrezygnuję. Pierwszy raz od dłuższego czasu myślę, że ja… my… mamy szansę tego dokonać. I zawdzięczam to wam. Dziękuję…

     Milczeliśmy, bo nie wiedzieliśmy, co odpowiedzieć. Chwila milczenia nie trwała jednak długo, bowiem Katria uśmiechnęła się ciepło i skinęła nam głową.

     - Nie żegnam się – szepnęła. – Bo na pewno się jeszcze spotkamy. Bywajcie…

     I przy tych słowach rozwiała się, jakby nigdy nie istniała. A my staliśmy w milczeniu jeszcze przez dłuższą chwilę, zanim Lydia oprzytomniała i rozejrzała się po skarbcu.

     - Jakoś tak pusto tu bez niej – westchnęła. – Już za nią tęsknię. Jak myślisz, spotkamy ją jeszcze?

     - Na pewno – skinąłem głową. – Mówiła to z taką pewnością.

     - Ale na razie wracamy do poszukiwania Gunmara? – upewniła się.

     - Tak, to najpilniejsze zadanie – potwierdziłem. – Chociaż, nie… Są dwie sprawy, które musimy załatwić jeszcze tutaj.

     Popatrzyła na mnie pytająco.

     - Pierwsza sprawa, to skarbiec – wskazałem dłonią na sejf. – Jesteśmy w krasnoludzkim skarbcu już od dłuższego czasu, a schowki wciąż zamknięte. Co się z nami dzieje?

     Roześmiała się.

     - A druga sprawa?

     Spoważniałem.

     - Chyba nie zostawimy jej tak… leżącej na ziemi…

     Spoważniała również i pokiwała głową, po czym sięgnęła do najbliższego schowka.

     Skarbiec okazał się być bardziej magazynem części zamiennych, ale i tak znaleźliśmy kilka wartościowych przedmiotów. Złoty, wysadzany naszyjnik, srebrny diadem z szafirami, kilka pierścieni z drogimi kamieniami. A potem opuściliśmy dwemerskie podziemia, by wynieść ciało Katrii na zewnątrz i pochować je w głębokim dole, który zasypaliśmy kamieniami, aby nie wygrzebały go dzikie zwierzęta.

     - Arkayu, gdy będzie już po wszystkim – szepnąłem słowa wymyślonej naprędce modlitwy – przyjmij do siebie naszą przyjaciółkę i pomóż jej przejść do miejsca, w którym będzie szczęśliwa.

     Odgoniłem natrętną i wielce niestosowną myśl o tym miejscu, bowiem przed oczami pokazało mi się muzeum Calcelma w Markarcie i Katria, przechadzająca się między artefaktami i asystująca mu w badaniach. Ale jestem pewien, że bóg, opiekujący się umarłymi, nie miał mi tego za złe. A potem wróciliśmy do Dushnihk Yal, bo słońce już chowało się za górami.

     Orsimerowie znów przyjęli nas życzliwie i przenocowali. Wyruszyliśmy dopiero następnego ranka. Niebo zasnuło się chmurami i gdzieniegdzie po górach błąkała się rzadka mgiełka, która z czasem zaczęła gęstnieć. Nie znaliśmy tej części Pogranicza, toteż nic dziwnego, że pobłądziliśmy. W pewnym momencie, we mgle usłyszałem jednak coś, co normalnie uznałbym za niebezpieczeństwo, ale tym razem wyjątkowo powitałem ten dźwięk radosnym uśmiechem. Był to ryk trolla. Skoro są tu trolle, to może natrafimy i na Gunmara? Nadzieja wstąpiła nam do serc. Zdjęliśmy łuki z ramion i ostrożnie zaczęliśmy skradać się po kamiennym podłożu w kierunku głosu. Wkrótce dołączył do niego drugi troll. Oba znajdowały się przed nami.

     Nie wiedziałem, czy przypadkiem nie psuję w tym momencie interesu Gunmarowi, ale dla własnego bezpieczeństwa musiałem oba trolle ustrzelić. Temu stworzeniu nie wolno pozwolić się zbliżyć. W walce wręcz człowiek nie ma z nim szans. Troll dysponuje nie tylko ogromną siłą i zasięgiem ramion, wyposażonych w ostre i długie pazury, ale przede wszystkim niesamowitą żywotnością. Dlatego ubić go trzeba z daleka, bo jak dopadnie człowieka, ten nie ma jak się przed nim obronić.

     - Laas! – krzyknąłem przed siebie.

     Szept Aury pokazał mi dwie purpurowe poświaty. Wziąłem na cel bliższą i wystrzeliłem. Poświata zgasła, zatem troll ubity. Ale po chwili zgasła też druga, gdy moc Krzyku przestała działać. Musiałem poczekać, aż zregeneruje mi się mana.

     - Laas! – krzyknąłem po raz drugi.

     Tym razem nic mi nie przeszkodziło. Drugi troll padł od mojej strzały. Więcej żywych stworzeń w okolicy nie było.

     Poszliśmy w kierunku strzałów. Znaleźliśmy płytką grotę, w której trolle urządziły sobie schronienie. Jeden z nich leżał w grocie, drugi kilkanaście kroków przed nią. Oba ze strzałami tkwiącymi w czołach. W myślach sam sobie pogratulowałem celności.

     Walało się tu sporo zwierzęcych kości i jedna ledwo naruszona tusza jelenia, jednak nie znaleźliśmy niczego, co świadczyłoby o obecności człowieka.

     - Może to i lepiej – skwitowałem. – Gdybym utłukł trolle, które Gunmar chciał oswoić, pewnie nawet nie chciałby nawet ze mną rozmawiać.

     Mgła nie ustępowała. Zupełnie nie wiedzieliśmy, w którą stronę się udać. Wreszcie poszliśmy wzdłuż skalnej ściany, jak nam się wydawało, na południowy wschód. Początkowo poruszaliśmy się bezdrożami, dopiero po pewnym czasie wyczułem pod stopami wydeptaną ścieżkę. Ta, niestety urwała się, gdy doszliśmy do stromego zbocza. Chcąc nie chcąc, zaczęliśmy ostrożnie schodzić i ku naszemu zdziwieniu, znaleźliśmy się niespodziewanie na cesarskim szlaku i żadne z nas nie wiedziało, ani w którą stronę iść, ani co to właściwie za szlak. Podszedłem do najbliższego drzewa i zbadałem, z której strony porośnięte jest mchem. Przynajmniej mogłem określić strony świata.

     - Idziemy na wschód – wskazałem ręką. – A zatem w tę stronę. Ciekawe, dokąd ten szlak prowadzi. Może do Falkret?

     Sprawa wyjaśniła się szybciej niż przypuszczaliśmy, przed nami bowiem zamajaczył drogowskaz. Spojrzeliśmy na niego i oboje wybuchliśmy śmiechem. Znajdowaliśmy się pod Karthwasten, na szlaku prowadzącym z Markartu do Doliny Białej Grani. Czyli w którymś momencie musieliśmy skręcić za bardzo na północ i przez dłuższy czas iść w tym kierunku. Nie do wiary, jak łatwo zgubić się w górach, gdy nie widać słońca!

     - Tyle dobrego, że idziemy do Białej Grani – odezwała się Lydia, gdy już trochę się uspokoiliśmy. – Nie wiem, ile do zachodu słońca, ale sił wciąż mam dużo i mam zamiar dojść dziś do domu i wyspać się we własnym łóżku. A co z tobą?

     Myśl o domu podziałała na mnie jak smagnięcie biczem. Ruszyliśmy energicznie na wschód. Niedługo mgła zaczęła się rozwiewać i wyszło słońce. Niestety, wisiało już nisko i zaczynało już nabierać czerwonej barwy, a wkrótce znikło za szczytami gór i jedynie purpurowa poświata rozświetlała nam drogę.

     - Dojdziemy akurat na rano – westchnąłem. – Tu nigdzie po drodze nie ma cywilizowanego miejsca na nocleg. Dasz radę?

     Lydia spojrzała na mnie jak na wariata, po czym ruszyła przede mną. Pobiegłem za nią i zrównałem się z nią.

     - Chmury ustępują – odezwała się, spoglądając w niebo. – Noc powinna być jasna. Dojdziemy.

Noce w Skyrim bywają bardzo malownicze. Okolice Rorikstead, w dzielnicy Biała Grań

     Uśmiechnąłem się i złapałem ją za rękę. Szliśmy tak przez jakiś czas. Noc istotnie była jasna, choć tylko jeden, i to mniejszy z księżyców wychylił się zza gór. Okazało się, że nie tylko my zdecydowaliśmy się na podróżowanie nocą. Po drodze minęliśmy jakiegoś wieśniaka, pędzącego przed sobą krowę, potem natknęliśmy się na cesarski patrol. Gdy w oddali zamajaczyły nam mury Fortu Szara Przystań, spotkaliśmy dwóch Strażników Stendarra, a pod samą Białą Granią jeszcze jeden cesarski patrol. Jak na warunki Skyrim, tej nocy na szlaku panował wręcz tłok.

     Niebo na wschodzie jeszcze nie zajaśniało, gdy przekraczaliśmy bramę Białej Grani, wsuwając w dłoń strażnika kilka złotych monet.