niedziela, 20 października 2019

Rozdział XXXV – Serce Cesarstwa

     Źle oceniłem odległość. Zupełnie źle. Cóż, nie znałem zbyt dobrze południowej części kraju. Mimo iż popędzaliśmy nasze konie po równym trakcie, nie zdążyliśmy do Cesarskiego Miasta przed zapadnięciem zmroku. Ba, co tu mówić o mieście, skoro nie zdążyliśmy nawet wyjechać z lasu. W lesie noc zapada szybko, więc gdy tylko zaczęło się ściemniać, zaczęliśmy rozglądać się za gospodą. Niby nie było czego się tu bać w nocy, ale to jednak las, gdzie po zmroku w pochmurne dni nie było widać czasem wyciągniętej ręki. Jazda konna zupełnie na ślepo to coś, na co mógł sobie pozwolić wyłącznie wytrawny jeździec, pod warunkiem, że dosiadał konia, którego dobrze znał. Żadne z nas nie chciało zderzyć się z jakąś wystającą gałęzią, więc pozostało nam poszukać gospody. Przy głównych traktach ich nie brakuje, więc wkrótce ujrzeliśmy światła drewnianego zajazdu. Stajenny, nie był zbyt rozgarnięty, sądząc z pozorów, bowiem musiałem mu trzy razy tłumaczyć, co ma zrobić z końmi. Na zachętę dałem mu złotą monetę. Chwycił wodze i zaciągnął nasze wierzchowce do stajni, z której dobiegło nas rżenie kilku innych koni.

     Zajazd nie był duży. Na dole znajdowała się niewielka sala z kilkoma stolikami i kuchnia, na górze kilka pomieszczeń dla gości. Prowadziła go para spokojnych Dunmerów, na widok których zrobiło nam się weselej, bo poczuliśmy się jak w Kruczej Skale. Mieli wolny pokój, nawet niedrogo. Zostawiliśmy tam nasze skorupy i broń i zeszliśmy na dół, zjeść kolację. Na kominku buzował ogień, a nad nim wisiał kocioł z jakąś przyjemnie pachnącą polewką. W środku, przy stole, trzech imperialnych strażników grało w kości. Gdy weszliśmy, przerwali grę i przyjrzeli nam się uważnie. Pozdrowiliśmy się, jak zwyczaj nakazywał, po czym chwilowo stracili zainteresowanie naszymi osobami. Przynajmniej moją, bo na Lydię zerkali co chwilę, czego nie zdołali ukryć. Ich szepty nie docierały do nas, ale zauważyliśmy, że zawzięcie o czymś dyskutują.

     Polewka była smaczna i pożywna. Dostaliśmy do tego po kilka kawałków razowego chleba. Najedliśmy się do syta, po czym zamówiłem mały dzbanek wina. Atmosfera zrobiła się luźna i leniwa.

     Pogawędziliśmy też trochę ze strażnikami. Trochę z ciekawości, a trochę zapewne z obowiązku spytali nas, kim jesteśmy i skąd przybywamy. Nie mieliśmy przed nimi żadnych tajemnic. Wymieniliśmy nasze imiona i opowiedzieliśmy trochę o sobie. Żaden z nich nigdy przedtem o nas nie słyszał. Potem ja zapytałem o nowiny.

     - Nie byłem w stolicy od trzech lat – wyjaśniłem. – Wiele się tu zmieniło?

     I tu strażnicy zasypali nas nowinami, których słuchaliśmy z zaciekawieniem. Chociaż dla nas, awanturników, były to sprawy błahe, w spokojnym Cyrodiil urastały do rangi sensacji. Opowiedzieli o niedawnym schwytaniu przestępcy, zwanego Leśnym Strzelcem, bowiem zasadzał się on na trakcie, w głębokim lesie i polował na ludzi, a raczej na ich dobytek. Wspomnieli o odkrytej jaskini goblinów, gdzieś pod Chorrol. Jeden z nich przypomniał sobie o pojawieniu się smoka nad Brumą, który jednak nikogo nie zaatakował, nawet nie zaryczał, tylko spokojnie i majestatycznie przeleciał nad miastem.

     - Skoro nie atakował, to chyba nawet wiem który to smok – mruknąłem. – Założę się że miał śnieżnobiały brzuch i karmazynowy grzbiet.

     - Tego nie widziałem – odparł strażnik. – Pod słońce wszystkie wydają się ciemne. A co, słyszałeś o nim?

     Opisałem mu Odahviinga tak dokładnie jak umiałem.

     - Jeśli takiego zauważycie, dajcie mu spokój – poprosiłem. – Z jego strony nic wam nie zagraża. No, chyba że go zaatakujecie, wtedy będzie się bronił. A uwierzcie mi, potrafi. Nie wszystkie smoki są złe. Wiem coś o tym.

     - Ma długie skrzydła, i kiedy leci, wygląda jakby płynął – dodała Lydia. – Prawda,  niewprawne oko może go pomylić z innym smokiem i niekoniecznie musi to być Odahviing. Smoki są do siebie podobne, zwłaszcza z daleka. Najlepiej poczekać, czy zaatakuje. Jeśli nie, dać mu spokój.

     Pogawędziliśmy jeszcze trochę, ale zaczęło nas już ogarniać zmęczenie. Wkrótce pożegnaliśmy się i poszliśmy na górę, żeby się porządnie wyspać.

     Rankiem powróciliśmy na trakt. Droga, od jakiegoś czasu wijąca się w lesie, wreszcie odsłoniła się z prawej strony, gdzie naszym oczom ukazało się jezioro.

     - Jezioro Rumare – odezwałem się. – Do Cesarskiego Miasta dotrzemy dopiero pod wieczór.

     Minęliśmy niewielką wioskę i wjechaliśmy na kamienny most. Rzeka pod nami płynęła leniwie, zupełnie inaczej niż szumiące, rwące potoki w Skyrim, a jej brzegi porastały lilie wodne, co w Lydii wzbudziło prawdziwy zachwyt. Jechaliśmy kłusem, nie spiesząc się i podziwiając widoki. Minęliśmy kolejny most i w pewnym momencie droga skręciła w stronę Jeziora Rumare, które rozlewało się w tym miejscu naprawdę szeroko. Nie widzieliśmy go jeszcze, bo widok zasłaniał nam wysoki brzeg, ale i tak dostrzegliśmy smukłą, pionową linię, wyraźnie błyszczącą w słońcu, która wydawała się wyrastać wprost z ziemi.

     - Co to takiego? – Lydia osłoniła oczy ręką.

     - To symbol tej krainy – uśmiechnąłem się. – Wieża z Białego Złota. Według legendy, widoczna z każdego miejsca w Cyrodiil, ale jak sama widzisz, to bzdura wyssana z palca.

     - To jesteśmy tak blisko miasta?

     - Wcale nie blisko – potrząsnąłem głową. – Ta wieża jest po prostu tak wysoka, że widać ją z daleka. Oczywiście, tylko przy ładnej pogodzie.

     Istotnie, choć wkrótce ujrzeliśmy taflę Jeziora Rumare, wciąż zza horyzontu widzieliśmy tylko czubek wieży, sterczący jak cienki patyk, wetknięty w wodę. Minęło południe, zanim zbliżyliśmy się na tyle, by ujrzeć pod nią białą smugę miejskich murów. Teraz nie musiałem zachęcać Lydii do pośpiechu. Rwała się naprzód, jakby czekało ją tam nie wiadomo co.

     Po drodze wciąż mijaliśmy ayleidzkie ruiny, stare, nieczynne forty i małe, białe kapliczki. Raz zademonstrowałem żonie chrzcielnicę wigoru, zachęcając ją, by sama spróbowała jej użyć. Ale ona wciąż zdawała się nie zwracać wielkiej uwagi na to, co dzieje się wokół niej, wciąż skupiając się na celu wędrówki. Wkrótce z mgiełki wyłoniła się wielka, zielona wyspa. A na niej równe, jak spod igły, bielejące w południowym słońcu mury stolicy.

Cesarskie Miasto - widok od północy

     - Jakie piękne! – westchnęła. – I jakie wielkie!

     Przyznaję, że widok robił wrażenie, ale bardziej z powodu jaskrawego oświetlenia. Mury, wykonane z białego kamienia, zdawały się świecić, odbijając południowe słońce i tworząc na falach jeziora efektowną iluminację. W dodatku perspektywa zmieniła nieco ich wygląd, bowiem spoglądaliśmy na miasto od strony portu. Na pierwszym planie znajdowała się dzielnica portowa, składająca się z małych, ledwo widocznych drewnianych domków, usytuowanych poza murem. Za nimi stała biała ściana czegoś w rodzaju wysokiego przedmurza, zakrywającego przed naszymi oczami właściwy port. Dalej widać było cienką kreskę właściwego muru miasta i sterczącą nad nim, niby maszt okrętu, smukłą i niesamowicie wysoką Wieżę z Białego Złota – symbol Cesarskiego Miasta.

     Konie jakby wyczuły, że są już u kresu podróży i same przyspieszyły kroku. Słońce nie zdążyło się zaczerwienić, gdy ich podkowy zabrzmiały na bruku wielkiego, kamiennego mostu, prowadzącego do stolicy Cesarstwa. Miasto leżało bowiem na wyspie i prowadził do niego tylko jeden most. Solidny, kamienny, ale przede wszystkim majestatyczny i monumentalny – jak wszystko w tym mieście.

     Most wydawał nam się nieskończenie długi. Gdy dotarliśmy wreszcie na wyspę, trzeba było jeszcze wspiąć się pod górę po brukowanej drodze, która nagle zrobiła się bardzo stroma. Gdy wreszcie znaleźliśmy się pod bramą, skręciliśmy w lewo ku drewnianym zabudowaniom miejskiej stajni, gdzie za ogrodzeniem kłębiło się prawdziwe mrowie końskich grzyw.

     - Nie wiedziałam, że na świecie jest tyle koni – mruknęła Lydia, spoglądając na okólnik. – Skąd one się biorą?

     Parsknąłem śmiechem.

     - Część z nich to konie straży – wyjaśniłem. – Ale większość należy do różnych instytucji. Widzisz te czarne? To konie z Cheydinal. Najszybsze w całym Cesarstwie. Większość z nich należy do Czarnego Konia.

     - Do kogo?

     - Czarny Koń to tytuł gazety – wyjaśniłem. – Kurierzy rozwożą ją po całym Cyrodiil. Dociera do każdego miasta.Potrzebują szybkich koni. Te śnieżnobiałe pochodzą z Anvil. Zapewne to część cesarskiego inwentarza.

     - No a reszta?

     - Własność mieszkańców – wzruszyłem ramionami. – Tutaj mieszka wielu rycerzy, wojowników i kupców. Potrzebują koni. W Cyrodiil nigdy ich nie brakowało.

     Podjechaliśmy do drewnianych wrót. Naprzeciwko nam wyszła Orsimerka, której widok tutaj nie powinien nikogo dziwić, jako że Cesarskie Miasto zamieszkiwały wszystkie rasy humanoidów. W dodatku w Cyrodiil Orsimerowie nie żyli w swoich enklawach, tylko razem z innymi i nie uważali innych ras za obce. Byli od nich może nieco bardziej bezpośredni, ale nawet w połowie nie tak opryskliwi i posępni jak w Skyrim. Chętniej się uśmiechali i można było z nimi nawet pogawędzić i pożartować. Orsimerka przyjęła od nas wodze i pobrała opłatę stajenną za trzy dni z góry, tyle bowiem zamierzaliśmy tutaj gościć. A potem skierowaliśmy się do miasta.

     Brama była otwarta. Dwóch strażników, opartych o mur, wyraźnie się nudziło. Gdy przechodziliśmy, obrzucili jedyne wzrokiem nasze błyszczące zbroje. Znaleźliśmy się na brukowanej ulicy.

     - Niesamowite! – szepnęła Lydia.


Cesarskie Miasto - Plac Talosa. W centrum dzielnicy stoi pomnik smoka - symbolu cesarskiej linii Septimów.

     Nie wiem. Co ją tak zachwyciło. Mogło to być w zasadzie wszystko. Może wielki pomnik smoka, symbolu Cesarstwa, stojący na środku placu. A może jasne, wysokie frontony kamienic, ciasno upakowanych po obu stronach ulic. A może kolorowe rabaty, wciśnięte w każdy wolny skrawek terenu. A może w końcu mrowie ludzi, idących ulicami, w sobie tylko znanym celu. Lydia, rozglądając się na boki, ruszyła przodem. Podążyłem za nią. Obeszliśmy całą dzielnicę od muru do muru, a wszystko tutaj było dla niej nowe i zdumiewające.

     - To miasto jest ogromne – oświadczyła z błyskiem w oczach. – Wyobrażałam je sobie zupełnie inaczej.

     - To nie miasto, to tylko jedna dzielnica miasta – roześmiałem się. – Jest ich w sumie dziesięć.
Chwyciłem ją za rękę i zacząłem objaśniać.

     - Tu, w dzielnicy Plac Talosa, mają swe domostwa najzamożniejsi obywatele. Ten budynek pośrodku to Hotel Tibera Septima. Proponuję wejść właśnie tam.

     - Wygląda na luksusowy…

     - Bo jest – odparłem.

     Ale Lydia skrzywiła usta.

     - Źle się czuję w luksusach. Poszukajmy czegoś skromniejszego.

     - Odrobina luksusu nikomu nie zaszkodziła – stwierdziłem nie przekonany.

     - Jeśli chcesz – odparła zrezygnowana. – Jestem Nordką ze Skyrim i przywykłam do surowszych klimatów. Ale sokoro ci zależy…

     - Nie, wcale mi na tym nie zależy – zapewniłem ją. – Tu jest wiele hoteli. Poszukamy sobie czegoś w innej dzielnicy. Ale uprzedzam, że i tam napotkasz wygody, jakich nie znajdziesz w oberżach. Na to nie ma rady. To serce Cesarstwa. Przed luksusem się tu nie obronisz.

     Roześmialiśmy się oboje. Lydia chwyciła moją rękę, a ja skręciłem do dzielnicy świątynnej, która znajdowała się za wysoką bramą, otwartą jak wszystkie w mieście. Zamykano je bowiem tylko na noc, a i tak można było wtedy przez nie przejść, choć zwyczaj nakazywał wtedy wcisnąć w dłoń strażnikowi jakąś drobną monetę.

     - Pokażę ci coś, co istnieje tylko w tym miejscu – oświadczyłem. – Świątynia Jedynego, w której płonęły kiedyś Smocze Ognie, a dziś stoi skamieniały awatar cesarza Martina Septima.

     Wkroczyliśmy do sąsiedniej dzielnicy. Jej centrum zajmowała wielka rotunda, która wydawała się nie mieć dachu.

     - Zgadza się – przytaknąłem. – Kiedyś świątynię przykrywała kopuła, ale została zniszczona podczas ostatniej walki Kryzysu Otchłani.

     Pociągnąłem ją w stronę wejścia.

     - Wtedy to Mehrunes Dagon – ciągnąłem – osobiście wkroczył do Cesarskiego Miasta, otoczony pomniejszymi daedrami. I wtedy cesarz Martin Septim strzaskał Amulet Królów i przybrał postać ognistego smoka.

     - Wcielenie Akatosha – zgadła Lydia. – Mimowolny dowód na jego smoczą krew.

     - Właśnie – skinąłem głową. – Martin Septim pod postacią smoka pokonał Mehrunesa Dagona, ale po zwycięskiej walce smoczy awatar skamieniał i  pozostał kamieniem do dziś.

     Otworzyłem wejście do świątyni. Było tu kilka osób, które odwróciły się w naszą stronę. Przez chwilę przyglądali się dwom nieznajomym postaciom w złotych zbrojach, by po chwili powrócić do swych medytacji. Tutaj obcy nie wzbudzali większego zainteresowania. Zawsze było ich wielu. Pociągnąłem Lydię do wewnątrz. Było tu zupełnie jasno, bowiem świątynia, jako się rzekło, nie miała dachu.

     - Ludzie postanowili pozostawić ją w takim stanie – szepnąłem jej do ucha. – Na pamiątkę bohaterskiego cesarza.

Cesarskie Miasto - Świątynia Jedynego.

     Podeszliśmy z nabożną czcią do gigantycznego, kamiennego posągu. Wyglądał, jakby wykonano go z alabastru, ale pod palcami można było poczuć chłód jak przy dotyku marmuru. Przedstawiał on smoka, stojącego na wyprostowanych nogach, z rozłożonymi skrzydłami i głową odchyloną w tył, jakby w przedśmiertnym spazmie. Pomnik był tak dokładny, tak precyzyjnie odzwierciedlał każdy najmniejszy nawet szczegół, że nie sprawiło mi kłopotu, by uwierzyć, iż rzeczywiście jest to skamieniałe ciało wcielenia Akatosha. To naprawdę był Martin Septim – ostatni cesarz z rodu Smoka.
Z czcią dotknęliśmy pazura u lewej nogi smoka. Wyżej żaden człowiek nie dałby rady sięgnąć bez drabiny. Poczuliśmy jak po naszych ciałach rozlewa się ciepło i spokój. I coś jakby otucha. Jakby sam cesarz przemówił do nas uspokajającym tonem.

     - Podobno Martin Septim miał aksamitny głos*, który potrafił uspakajać każdego, kto go słyszał – odezwała się Lydia. – Czytałam o tym.

     - To w zasadzie potrafi każdy Cesarski – przyznałem. – Ja również. To Głos Cesarza, nasza wrodzona, magiczna umiejętność. Chociaż pewnie Martin Septim władał tym darem nieporównywalnie sprawniej. W końcu, był kapłanem…

     Zwiedziliśmy jeszcze pobieżnie Elfie Ogrody, przytulną, mieszkalną część miasta, przez którą musieliśmy przejść, by dostać się do dzielnicy handlowej, w której znajdowała się znana mi sprzed lat, zabytkowa gospoda „Obrok”. Tam postanowiliśmy zostać na noc.

     Gospoda bardziej przypominała luksusowy hotel. Na dole duża restauracja, na piętrach pokoje gościnne. Wystrój i umeblowanie w dobrym gatunku, niby w cesarskim pałacu. Mieliśmy niezwykłe szczęście, że akurat mieli dwa wolne pokoje, bo ruch tutaj był naprawdę spory. Wzięliśmy jeden pokój i zamówiliśmy kolację. Pokój był wygodny i urządzony z typowym tutaj przepychem. Na szerokim łożu leżała haftowana złota nicią narzuta, a podłogę przykrywał wzorzysty dywan. Był stolik, dwa krzesła, szafa i stojak z miednicą, a obok duży dzban perfumowanej wody. Zrzuciliśmy z siebie zbroje i włożyliśmy nasze podróżne ubrania. Oczywiście, skorzystaliśmy też z miednicy i wody, by się trochę opłukać. Potem zeszliśmy na dół, co nieco przekąsić.

     Do kolacji bez pytania podano nam dzban przedniego wina. To było tutaj normą. Gości w restauracji biesiadowało wielu, a Cesarscy są ludem raczej towarzyskim, toteż szybko poczuliśmy się, jakbyśmy mieszkali tu od lat. Rozpoczęły się opowieści, zabawne historyjki i wzajemne przepijanie do siebie między stolikami. Wkrótce dosiadł się do nas pewien Altmer, przez chwilę bezradnie rozglądający się za wolnym stolikiem. Zaprosiłem go do naszego stołu. Nie zapamiętałem jego imienia, a szkoda, bo okazał się być bardzo wesołym i miłym kompanem. Mieszkał w okolicy od urodzenia i widać było, że czuł się całą duszą obywatelem Cesarstwa. Jakże różnił się od posępnych i zarozumiałych przybyszów z Wysp Summerset. Nic dziwnego, to w końcu „nasz” Altmer.

     Biesiada przeciągała się do późnej nocy, ale my, zmęczeni podróżą, wkrótce pożegnaliśmy wesołe towarzystwo i wdrapaliśmy się na piętro, by odpocząć. Miękkie łoże, pachnąca pościel, ukochana przy boku – czegóż więcej może pragnąć człowiek? Zasypiałem przepełniony poczuciem niezwykłego szczęścia. Jestem w swojej ojczyźnie i jestem z niej dumny!

     Nazajutrz zaplanowaliśmy sobie zwiedzania ciąg dalszy.

     Lydia koniecznie chciała zobaczyć pałac cesarza.

     - Nic łatwiejszego – oznajmiłem. – Przejście do centrum jest w każdej dzielnicy.

     I przy tych słowach skręciłem się w ulicę, biegnącą w kierunku sterczącej zza murów Wieży z Białego Złota.

     Cesarskie Miasto zbudowano na planie wielkiego koła, podzielonego na siedem części i trzech dodatkowych lokacji zewnętrznych, leżących poza głównymi murami. Okrągły środek stanowiło Centrum, w którym znajdował się Pałac Cesarza. Pozostałe sześć dzielnic leżały wokół niego, ułożone jak kawałki tortu. Każda dzielnica była odgrodzona od pozostałych murem, jednakże łączyły je szerokie bramy, zaopatrzone w solidne, okute skrzydła. Z każdej dzielnicy można było więc przejść do dwu sąsiednich oraz do centralnej, z pałacem. Cztery z nich miały ponadto po jednej dodatkowej bramie w zewnętrznym murze, prowadzącej poza ów magiczny okrąg. Z Placu Talosa można było wyjść na most, którym tu przybyliśmy. Z kolei z dzielnicy świątynnej można było wyjść do portu. Dwie inne dzielnice posiadały bramy do Garnizonu i Tajemnego Uniwersytetu, głównej siedziby Gildii Magów. Oba te miejsca były odrębnymi, mniejszymi grodami, leżącymi poza murami miasta. W Garnizonie mieściło się również więzienie.

Cesarskie Miasto - Pałac Cesarza. Ikonografia przedstawia dzielnicę miasta. Widać jedynie fragment murów właściwego pałacu (po prawej stronie)

     Ale zaczęliśmy od pałacu. Widziałem go już nieraz, ale zawsze podziw wzbudzał we mnie jego ogrom. Zbudowano go, jak wszystko tutaj, na planie koła. Był wysoki i masywny, a na samym szczycie pod samo niebo sterczała Wieża z Białego Złota, której czubek często przysłaniały chmury. Pałac okolony był szeroką promenadą, z której w sześciu kierunkach prowadziły równie szerokie schody i przejścia do sześciu bram – każda do innej dzielnicy. Między promenadą i murem znajdował się szeroki pas zieleni, który był zarazem cmentarzem, na którym chowano władców i innych zasłużonych dostojników. Pośród kwiatów, drzew i krzewów stały tam kamienne nagrobki, pomniki i wejścia do grobowców.

     Brama do pałacu była, oczywiście, zamknięta, ale dwaj stojący przed nią strażnicy, w złocistych zbrojach, zapewnili nas, że można wejść do środka i zwiedzić kilka pomieszczeń.

     - Pamiętajcie tylko, by nie zakłócać spokoju – ostrzegł nas jeden z nich. – Żadnych krzyków i głośnych rozmów. Za to można dostać grzywnę, a nawet trafić do aresztu.

     Skorzystaliśmy z okazji. Długi, ciągnący się niemal naokoło budynku korytarz zaprowadził nas na schody, a te do następnych schodów. Za nimi znajdowały się dwa przejścia. Jedno, do cesarskich apartamentów, było niedostępne, ale drugie, prowadzące na wewnętrzny taras, otwarto dla zwiedzających. Taras znajdował się nad Salą Obrad, jakieś pięć wysokości człowieka ponad ławkami senatorów. Zbudowano go tak, że można było obejść go dookoła i wyjść tymi samymi drzwiami. W tej chwili Sala Obrad świeciła pustkami. To dobrze i źle. Źle, bo nic się tam nie działo. Można było podziwiać jedynie architekturę przestrzennego wnętrza. Dobrze, bo inaczej tarasu by nie udostępniono dla zwiedzających. Bezpieczeństwo senatorów było ważniejsze od kaprysu turystów.

     Klasnąłem w dłonie. Nie za mocno, by nie robić hałasu. Dźwięk rozszedł się po całej sali i powrócił do nas echem.

     - Tu pewnie nawet nie trzeba podnosić głosu, by zostać usłyszanym – stwierdziłem. – Akustyka wręcz doskonała. Zapewne dlatego strażnicy tak naciskają, żeby nie hałasować.

     - Tak właśnie wyobrażałam sobie to miejsce – Lydia obiegła oczami okrągłą salę pod nami. –Funkcjonalne, bez zbędnego przepychu, nawet trochę surowe jak na cesarski styl, a przy tym niezwykle dostojne i wręcz przytłaczające. Jak świątynia.

     Zgodziłem się z nią, że architektura i wystrój wnętrza miały w sobie coś świątynnego. Nie trzeba było nikogo zachęcać do utrzymania ciszy – człowiek wręcz nie śmiał odezwać się głośniej w takim miejscu.

     Do wieczora odwiedziliśmy niemal wszystkie dzielnice, włącznie z portem. Nawet Garnizon, choć nie był dostępny dla zwiedzających. Wykorzystałem jednak fakt, że oboje byliśmy oficerami Cesarskiego Legionu. Czekała nas tam zresztą miła niespodzianka, bowiem spotkaliśmy kilku znajomych legionistów.

Port w Cesarskim Mieście

     Potem odwiedziliśmy port. Tu jednak spotkało nas rozczarowanie. Przy kamiennej kei stały tylko dwa niewielkie statki. Jedynie jej rozmiary wyraźnie pokazywały, że może ich tu przybijać znacznie więcej. Dzielnica portowa z bliska nie wyglądała już tak uroczo jak z brzegu jeziora. Większość domków była w złym stanie a służby oczyszczania miasta chyba nie odwiedzały zbyt często tego miejsca. Przy brzegu leżało pełno śmieci, a woda w kanale portowym, mimo przepływu, cuchnęła mułem, który osadzał się w zakamarkach. Nadbrzeże zastawiono jakimiś skrzyniami i beczkami. Nic ciekawego, wróciliśmy więc w obręb murów miasta i przeszliśmy do kolejnej jego części.

Cesarskie Miasto - Arboretum

     Arboretum zachwyciło nas oboje. Słabo je pamiętałem. Był to przepiękny park, pełen kwiatów i ozdobnych krzewów i drzew. Nic dziwnego, że spacerowało tu wielu ludzi, zwłaszcza z dziećmi. Przyznaję, że tak malowniczego miejsca nie spotkałem w żadnym innym mieście. Usiedliśmy na ławeczce pod drzewem i zasłuchani w pienia ptaków i głosiki biegających wokół dzieci, trwaliśmy tak bez ruchu, nawet nie wiem jak długo. Spokój i magia tego miejsca udzieliły się i nam.

     A potem przeszliśmy do sąsiedniej dzielnicy i tam moja żona dowiedziała się, czym jest Arena. I za nic nie mogła tego zjawiska pojąć.

     Już w bramie przystanęła zdumiona, na widok tak wielkiego obiektu. Tutaj wydawał się większy niż cesarski pałac. Arena bowiem nie przypominała niczego, co Lydia w życiu widziała, choć przecież widziała wiele. Stanowiła ją mieszana, kamienno-drewniana rotunda bez dachu. Jej centrum stanowił wysypany piaskiem, okrągły plac, naokoło którego wybudowano wysoką widownię. Pod nią znajdowały się sale ćwiczeń i cele, zamykane żelaznymi kratami. Zaprowadziłem ją do środka.

     - Co tu się odbywa? – spytała zdumiona. – To teatr?

     - Walki – odparłem krótko.

     - Jakie walki?

     No i wytłumacz tu zjawisko komuś, dla kogo walka jest rzemiosłem, jak każde inne!

     - Jakby ci to wytłumaczyć… Jeśli chcesz wyzwać kogoś na pojedynek, najlepiej, żeby odbył się on właśnie tutaj. Tu jest widownia i są sędziowie, którzy dopilnują, by odbył się on zgodnie z kodeksem honorowym.

     - Czyli to jest miejsce rozwiązywania sporów? – uniosła brwi. – Nie macie trybunałów? Albo Rady Starszych, która rozsądza o winie? Zgromadzenia Starszyzny?

     - Ależ mamy, mamy – uspokoiłem ją. – Są jednak sprawy honorowe, których nie da się rozwiązać inaczej, niż przez pojedynek na śmierć i życie.

     Pokręciła głową z niedowierzaniem.

     - Poza tym, dla publiczności taka walka to przednia rozrywka.

     Zwęziły jej się oczy.

     - Jak walka może być rozrywką?

     - No, nie dla walczących – zgodziłem się. – Ale dla gawiedzi… Tu jest wielu zawodowych wojowników, którzy trudnią się tylko tym i niczym więcej. Ludzie ich oklaskują, mają swoich faworytów, robią zakłady, o to, kto wygra. Nazywamy ich tu gladiatorami. To spora instytucja. To też miejsce, w którym wykonuje się  wyroki śmierci.

     - Wyroki?

     - Publiczne egzekucje. Ustawia się pieniek, przychodzi kat… A czasem też ma to charakter pojedynku. Jeśli na śmierć został skazany ktoś znaczny, albo zasłużony w przeszłości, ma on prawo umrzeć w walce, z mieczem w dłoni. Musi się wtedy pojedynkować z zawodowym gladiatorem i zwykle tego nie przeżywa.

     - A jeśli to on wygra?

     - Wtedy kara śmierci jest darowana. Czasem zamieniana na lżejszą. Ale tu o wszystkim decyduje publiczność.

     - Jak to?

     - Widzisz, to widowisko. Podobnie zresztą jest w walkach gladiatorów. Jeśli skazaniec walczył dzielnie i honorowo, a przy tym efektownie, publiczności się to podoba i zdobywa on jej sympatię. Wtedy nawet, jeśli zostaje pokonany, może liczyć na jej przychylność. Publiczność domaga się wtedy darowania mu życia.

     - A jeśli walczą dwaj gladiatorzy?

     - To samo. Jeśli jeden z nich jest ranny na tyle, że nie może dłużej walczyć, publiczność decyduje, co się z nim stanie. Jeśli ma ją po swojej stronie, może wyjść z tego żywy.

     - A jeśli nie?

     - Zostaje dobity.

     Zadrżała.

     - I ktoś zdrowy na umyśle zostaje gladiatorem?

     - Nigdy ich nie brakuje – zapewniłem ją. – Gladiator może zdobyć sławę, majątek i uwielbienie tłumów. To spora pokusa. A do stracenia ma tylko jedno – życie. Jest jak najemnik, który walczy za pieniądze i też liczy się z tym, że może zginąć. Cała różnica polega na tym, że tutaj uważane to jest za sztukę, więc musi dodatkowo zadbać o efekt wizualny.

     Milczała przez chwilę, po czym z obrzydzeniem potrząsnęła głową.

     - To nie to samo. Najemnik, nawet jeśli walczy za pieniądze, zawsze walczy o coś. Jeśli nie o swoją sprawę, to o czyjąś. A nie dla rozrywki tłumu. Jak publiczności może podobać się wzajemne zarzynanie się na arenie? Chcesz powiedzieć, że zrobiliście sobie rozrywkę z walki? Ze śmierci? Że ludzie umierają ku uciesze gawiedzi?

     Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, ale czułem, że cały zachwyt, jaki udało mi się wzbudzić w mojej żonie, pokazując jej cuda cywilizacji, w tej jednej chwili uleciał z niej z niemal słyszalnym sykiem. Dla Norda ze Skyrim walka i rozrywka były czymś tak odległym, że nie był w stanie tego pojąć. Dla Lydii walka była honorową koniecznością, a zabijanie ludzi ku uciesze gawiedzi nie mieściło jej się w głowie. Przyznaję, że sam wtedy poczułem ukłucie wstydu. Dotąd nie widziałem niczego złego w walkach gladiatorów. Były one częścią kultury, w której wyrosłem i wydawały mi się czymś zupełnie normalnym, zwłaszcza że zwyczaj ten obecny był nie tylko w Cyrodiil. W moich oczach usprawiedliwiał go zupełnie fakt, że nikt tutaj nikogo do walki nie zmuszał. Gladiatorzy byli wolnymi ludźmi i sami dokonywali takiego, a nie innego wyboru. Trzeba było nieskalanego poczucia norskiego honoru, żebym dostrzegł w tym coś niewłaściwego.

Cesarskie Miasto - Arena

     Dość, że Lydia wymaszerowała z Areny z nadąsaną miną i stwierdziła, że nigdy tutaj nie wróci.

     - Chyba jedynie po to, żeby przetrzepać skórę temu, co to wymyślił! Nawet na arenie, jeśli będzie nalegał.

     W milczeniu wyszedłem za nią. Nawet nie sprostowałem, że ze swym postanowieniem spóźniła się o kilkaset, a może nawet o kilka tysięcy lat.Zwyczaj ten był tak stary jak Cesarstwo, albo jeszcze starszy. Czułem jednak, że jeśli to powiem, skończy się na kłótni. Dla równowagi zaproponowałem zwiedzanie Tajemnego Uniwersytetu, ale to jedno miejsce zamknięto przed zwiedzającymi. Nie pomógł nawet mój tytuł arcymaga, o ile nie zaszkodził, po tym, jak swego czasu spotkaliśmy jednego z magów w ruinach Mzulft. Pewnie urobił nam tu nieciekawą opinię.

     Zgłodnieliśmy trochę, więc wróciliśmy do gospody coś przekąsić.

     - Jestem zmęczona – uśmiechnęła się Lydia. – Mogę spędzić cały dzień w forsownym marszu, ale takie powolne włóczenie się po mieście zwyczajnie mnie męczy.

     - Nikt nas nie goni – odparłem, zamawiając dzban piwa. – Możemy tu sobie odpocząć. Ale przyznam ci się, że mam ogromną ochotę wykąpać się w jeziorze. Tak dawno nie miałem okazji popływać. W Skyrim się nie da.

     Lydii spodobał się ten pomysł. Po obiedzie i dłuższym odpoczynku poszliśmy poza mury miasta. Nie byliśmy sami, bowiem wielu miejscowych wpadło na ten sam pomysł. Było bardzo ciepło i słonecznie, więc pogoda wręcz zachęcała do kąpieli. Lydia, przyzwyczajona do zimnych potoków Skyrim, aż roześmiała się, gdy zanurzyła się w nagrzanych, przybrzeżnych wodach jeziora.

     - Jak w łaźni!

     Ja sam wdrapałem się na duży przybrzeżny głaz, za którym woda była bardzo głęboka. Skoczyłem, dając nura do samego dna. Przypomniały mi się zabawy z innymi chłopcami, gdy sam byłem jeszcze dzieckiem. Kąpiel w jeziorze była obowiązkowym punktem w naszym codziennym rozkładzie zabaw. Wszyscy umieliśmy doskonale pływać i nurkować. Ktoś kto nie potrafił, zawsze uważany był tutaj za dziwaka.

     Wynurzyłem się tuż przy Lydii.

     - Musimy w przyszłości częściej odwiedzać Wichrowy Tron – oznajmiłem. – Tam są gorące źródła.

     - Ale tam woda cuchnie siarką – odparła Lydia. – No i trudno się pływa z bronią u pasa.

     Westchnąłem. Tak, to była prawda. W Skyrim wciąż trzeba było być czujnym i przygotowanym do obrony. Jak nie smok, to niedźwiedź, jak nie niedźwiedź, to banda zbójów, jak nie zbóje to wampiry. Takie beztroskie baraszkowanie w wodzie było możliwie tylko tu, w Cyrodiil. Choć tęskniłem do Wietrznego Domku, sam przed sobą musiałem przyznać, że trudno mi się będzie pożegnać z ojczyzną. Nigdzie indziej nie czułem się tak bezpiecznie i tak beztrosko.

     - Możemy tu przyjeżdżać częściej – Lydia objęła mnie ramionami. – Jesteśmy legionistami, nie będą nam robili kłopotów na granicy.

     - Masz rację – odwzajemniłem uścisk. – Będziemy tu przyjeżdżać częściej. Następnym razem zabiorę cię do Anvil, nad Złote Wybrzeże.

     - Ładna nazwa.

     - I piękne, piaszczyste plaże nad morzem. Stąd właśnie wzięła się nazwa, bo jest żółtawy i w słońcu błyszczy jak złoto. A miasto jest prześliczne. Całe zabudowa z białego kamienia. Nawet bruk na ulicach. Podobno… Nigdy tam nie byłem. Sam chciałbym to zobaczyć.

     - Zobaczymy to razem – uśmiechnęła się i pocałowała mnie czule. – Któregoś dnia.

     Cesarskie miasto opuściliśmy nazajutrz, wcześnie rano. Włożyliśmy zbroje, przypasaliśmy broń i dosiedliśmy swych wierzchowców. Ich podkowy znów zastukały na bruku Cesarskiego Mostu, a potem skręciłem w prawo, by objechać jezioro od północy.

     Jezioro Rumare rozlewało się szeroko, toteż droga, prowadząca naokoło, obiegająca całe jezioro, była niezmiernie długa. Słońce jeszcze nie doszło do najwyższego punktu na niebie, ale niewiele mu do niego brakowało, gdy wreszcie skręciliśmy z okólnego traktu na północ i zaczęliśmy piąć się pod górę. Na skrzyżowaniu widniał drewniany drogowskaz z kilkoma tabliczkami. Na tej, skierowanej na północ, wyryto ozdobne litery, składające się w miłą mojemu sercu nazwę miasta, które dobrze znałem.

     Napis brzmiał: „Bruma”.

________________
*W grze Oblivion Martin Septim mówi głosem Seana Beana.

piątek, 6 września 2019

Rozdział XXXIV – Cyrodiil

     W Cyrodiil thalmorskie zbroje, tutaj zwane po prostu elfimi, nie budziły takiego zainteresowania jak w Skyrim. Wielu wojowników takowe nosiło, choć rzadko kiedy były to zbroje kompletne. Trzeba pamiętać, że jak w całym Tamriel, wciąż prężnie działała tutaj Gildia Wojowników, organizacja w zasadzie nieobecna tylko w Skyrim. Tam bowiem działali Towarzysze z Jorrvaskr, którzy choć bywało, że z Gildią współpracowali, zachowali nadal odrębność. Gildia wprawdzie wierna była tradycji i raczej stawiała na stal, ale nie broniła się przed elfimi wynalazkami. Zresztą, różnorodność to drugie imię Imperium Smoka, jak nazywano moją ojczyznę, poświęconą bogu Akatoshowi. Było prawdziwym tyglem kultur, które przenikały się wzajemnie i uzupełniały. W tym właśnie wielu ludzi dopatrywało się źródła dostatku stołecznej prowincji.

     Leyawiin zrobiło na Lydii spore wrażenie. Każde miasto w Cyrodiil było otoczone murami i nad każdym górował murowany zamek obronny. Tu nie było tak majestatycznych formacji skalnych, by można było wykorzystać je jako naturalne fortyfikacje. Wszystko budowano od podstaw. Mury były stare, jednakże utrzymane w bardzo dobrym stanie. Nigdzie nie było widać żadnych ubytków, tylko gdzieniegdzie inny odcień kamienia pozwalał dostrzec miejsce, w którym dokonano naprawy.
     
Mury Leyaviin

     - To prawdziwa twierdza! – rzekła zdumiona.

     Zadarła głowę i zaczęła podziwiać strzeliste baszty i blanki, otaczające stanowiska strzelnicze. Najbardziej zdumiała ją jednak sama wysokość murów i fakt, że były one zupełnie pionowe, bez żadnego, niewielkiego nawet skosu. W dodatku całkiem gładkie, jako że kamienie do ich budowy starannie obrobiono.

     - Każde miasto tutaj ma takie mury? - spytała.

     - Każde – potwierdziłem. – Tak przynajmniej mówią ludzie, bo ja widziałem dotąd tylko kilka z nich. Ale z tych, które widziałem, każde.

     Chciała przejść się wzdłuż murów. Poszliśmy więc wolnym krokiem, aczkolwiek nie zaszliśmy daleko, gdy drogę nasza przegrodziła nam woda. Miasto leżało nad zalewem, na niewielkim półwyspie, więc w niektórych miejscach woda dochodziła do samych murów.

     - A to co? – wskazała na dziwną budowlę, znajdującą się na jednej z niewielkich wysepek.

     Roześmiałem się w głos.

     - A to, moja piękna żono, to jest pozostałość po naszej historii najnowszej.

     Spojrzała na mnie zdumiona, a ja chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem w tamtym kierunku. Trzeba było obejść dookoła, ale wkrótce stanęliśmy przed wąskim mostkiem, prowadzącym na wyspę. Most sam w sobie był zagadkowy, bo wyglądał, jakby wykonano go z kości. Był jednak twardy i nie uginał się pod stopami, zupełnie jakby zbudowano go z kamienia.

     Podeszliśmy do tajemniczej budowli.

     Była wysoka na dwie, może miejscami trzy wysokości człowieka i bardziej przypominała grupę martwych drzew, niż budowlę. Wyglądała jak dwa, wielkie, zakrzywione pazury, wystające z ziemi. Czas sprawił, że kolory wyblakły nieco, ale jeszcze można dostrzec czarne i czerwone barwy, jakimi niegdyś ją pokryto.

     - Czy to ayleidzkie ruiny? – spytała. – Wyobrażałam je sobie zupełnie inaczej.

     - Ayleidzkie ruiny nie są historią najnowszą – sprostowałem. – To dawne dzieje. To, co widzisz, to nic innego jak Wrota Otchłani.

     Otworzyła szeroko oczy i zdumiona spojrzał najpierw na mnie, potem na mroczną budowlę, nieziemskiego pochodzenia.

     - Tak, moja droga, to dzieło Mehrunesa Dagona. Już na szczęście nieczynne. To właśnie wychyliło się spod ziemi w czasach Kryzysu Otchłani, przeszło dwieście lat temu.

Pozostałości Wrót Otchłani pod Leyaviin.

     Nie zdziwiło mnie jej oszołomienie. Kryzys Otchłani to było coś, o czym uczyło się każde dziecko, ku przestrodze. Wiedziała doskonale, czym on był, a jednak zobaczyć na własne oczy portal do Otchłani, to coś, co robiło wrażenie na każdym. Każdym, który nie widział tego wcześniej.

     - A ty widziałeś? – zmrużyła oczy. – Przecież nigdy tu nie byłeś.

     - Ech, skarbie ty mój – objąłem ją ramieniem. – Tego przecież pełno w całym Cyrodiil. Bramy pootwierały się wszędzie, w pobliżu każdego miasta po kilka, a nawet wiele z nich w zupełnej głuszy. Te widzę po raz pierwszy, ale niewiele różnią się od tych, po których jako chłopiec skakałem z innymi dzieciakami pod Brumą.

     - I to są wrota, które zamknął Bohater z Kvatch? – spytała.

     - Tego nie wiem – przyznałem. – Te pod Brumą na pewno zamknął on sam. Podobno towarzyszył mu kapitan straży, któremu pokazał, jak trzeba to zrobić. Jeśli tylko znalazł się jakiś odważny, zabierał go ze sobą do Otchłani i pokazywał, jak należy zamykać złowrogie wrota. A wiadomo, gdzie wielu ludzi, tam zawsze znajdzie się jakiś śmiałek. On sam nie zdołałby zamknąć tylu wrót. Nie mógł być wszędzie. Ale nauczył innych i…

     - I wszyscy zaczęli go naśladować.

     - Nie wszyscy, ale paru się znalazło – zgodziłem się. – Dzięki temu daedry nie zdołały uczynić większych zniszczeń. W zasadzie zniszczyły tylko Kvatch i niewielki fragment Cesarskiego Miasta. Fakt, że Kvatch zniszczyły doszczętnie. Co do tych wrót tutaj, nie wiem, czy zrobił to osobiście, ale to bardzo możliwe.

     Lydia wyciągnęła dłoń przed siebie  z wahaniem dotknęła monstrualnego pazura. Jednak wkrótce z obrzydzeniem cofnęła rękę. Mroczne siły Otchłani budziły w niej zrozumiały lęk. Przez chwilę milcząco wpatrywała się w bramę, aż w końcu potrząsnęła głową.

     - Próbuję sobie to wyobrazić – oznajmiła. – I nie wiem, czy zdobyłabym się na coś takiego. Sama, zdana tylko na siebie, przeciwko daedrom na ich własnym terenie. Bohaterowi z Kvatch należy się pomnik.

     - Jest – odrzekłem. – Stoi w Brumie. Z tego, co opowiadali mi ludzie, większość tych misji wykonał sam, ale na przykład w Cheydinhal towarzyszył mu młody książę, syn grododzierżcy. Co więcej, książę poszedł tam na długo przed nim, zanim Bohater z Kvatch przybył do miasta. Spotkali się dopiero w Otchłani podobno razem unieszkodliwili tamtą bramę. Znaczy, jedną z nich…

     - Odważny ten książę – mruknęła. – Ja bym się na to nie zdobyła.

     - Opowiadasz bzdury – szepnąłem jej do ucha. – Znam cię nie od dziś. Nie cofasz się nigdy.

     Lydia popatrzyła jeszcze przez chwilę na wystające z ziemi pazury, jakby chciała je zapamiętać. A potem ruszyliśmy w stronę bramy miasta. Weszliśmy od wschodu, prosto na dziedziniec zamku. Miasto od wieków miało trzy bramy, w tym dwie prowadzące do zamku i nic się tu nie zmieniło. Gdy stanęliśmy na brukowanym placu, moja żona uśmiechnęła się w zadumie.

     - To jest twierdza – pokiwała głową z uznaniem. – Grube mury, wysokie wieże. Tu ognia nie podłożysz, jak w Smoczej Przystani.

Zamek w Leyaviin

     Do miasta prowadziła szeroka brama bez skrzydeł. Poszliśmy w tamtą stronę szeroką ulicą, wybrukowaną szarym kamieniem. Minęliśmy malowniczy staw, pełen nenufarów, który poza ozdobą zdawał się nie pełnić żadnej funkcji. Skierowaliśmy się do najbliższych zabudowań, na których wisiały szyldy, sugerując, że mamy do czynienia z placówkami usługowymi. Tak też było w istocie. W jednym z nich urządzono sklep, a prowadzący go Bosmer bez problemu zgodził się na przyjęcie depozytu i wystawienie stosownych asygnat. Gildia kupiecka działała prężnie w całym Cyrodiil i wystawione przez niego dokumenty miały taką samą wartość jak złote monety. Poprosiłem go, by przygotował papiery, opiewające na sumę trzydziestu tysięcy septimów, które zdeponujemy u niego pod wieczór, gdy Cronus skończy wyładunek i nasza skrzynia znajdzie się na lądzie.

     - W jakich nominałach? – spytał jeszcze.

     Uzgodniliśmy dwa po dziesięć tysięcy, jeden za pięć, cztery po tysiąc i pozostały tysiąc w setkach.
Tuż obok znajdował się zajazd, prowadzony przez parę Argonian. Zamówiliśmy sobie pokój i porządny obiad. Po raz pierwszy od wielu dni coś innego niż nie doprawiona kasza! Pomni jednak faktu, że nasze żołądki uległy w czasie rejsu pewnemu rozstrojowi, poprosiliśmy o coś lekkostrawnego. Argonianka zaproponowała nam rybę, ugotowaną na parze. Sam zapach drażnił podniebienie mieszaniną aromatycznych wodorostów. Smakowała znakomicie. A do tego jeszcze podała nam niewielki dzban zimnego, białego wina. Nie należy się więc dziwić, że po tym obiedzie poczuliśmy się tak wspaniale, że postanowiliśmy zwiedzić miasto.

Leyaviin

     Było co zwiedzać. Miasto prezentowało się bardzo malowniczo. Murowane domy pokryto kolorowymi tynkami, co nadawało im miły dla oka wygląd. Drewniane elementy zwykle przyciemniano dla kontrastu. Szyldy nierzadko zawierały srebrne wstawki, a wszystko wykonano tutaj z dbałością o szczegóły. Jakże różniło się to miasto od podobnych miejsc w Skyrim, gdzie postawiono na surową funkcjonalność. Tutaj ważna była nie tylko wygoda, ale i efekt wizualny. Poza tym było czysto i schludnie. Z pewnością była to zasługa nie tylko służb oczyszczania miasta, ale i samych mieszkańców. Stanęliśmy pod imponującym budynkiem, z szyldem Gildii Wojowników.

     - To jest siedziba – Lydia pokiwała głową. – A ja zawsze uważałam Jorrvaskr, z tym dachem wykonanym z kadłuba statku, za cud architektury.

Leyaviin. Czerwony budynek po prawej stronie to siedziba Gildii Wojowników

     Roześmiałem się serdecznie, czując jak wzbierają we mnie jednocześnie duma i wypite wcześniej wino. To była moja ojczyzna. Przez większość czasu tęskniłem za Skyrim, ale dziś czułem się bardziej Cyrodiilijczykiem, niż kiedykolwiek przedtem.

     Ale największy zachwyt wzbudziła w niej świątynia Zenithara. Takiego obiektu nie sposób znaleźć w Skyrim, gdzie budowano jedynie niewielkie kapliczki. Strzelista budowla, z wysoką wieżą-dzwonnicą, aż zatchnęła jej dech w piersiach. Oczywiście, musieliśmy wejść do środka. Przyjemny chłód, panujący wewnątrz i wszechobecna cisza, sprawiały że człowiek naprawdę poczuł się jak w królestwie bogów. Minęliśmy drewniane ławki i podeszliśmy do ołtarza, wyglądającego jak wielka, pusta misa, okolona biało-czerwonymi ornamentami. Skłoniliśmy głowy i w myślach poprosiliśmy bóstwo o błogosławieństwo. Przez chwilę nic się nie działo, aż wreszcie na ołtarzu pojawiła się błękitna mgiełka i otoczyła nas ze wszystkich stron, po czym wniknęła w nasze ciała. Oboje poczuliśmy przypływ sił i błogosławiony spokój ogarnął nasze umysły.

Leyaviin. Świątynia Zenithara

     W podróż wyruszyliśmy dopiero nazajutrz, po śniadaniu. Właściciel stajni gorąco polecał nam gorącokrwiste wierzchowce, „w sam raz dla takich znamienitych rycerzy”, ale my woleliśmy nieco spokojniejsze zwierzęta. Lydia wzięła sobie długogrzywą, srokatą klacz, mnie zaś w oko wpadł niemłody już ogier bułanej maści, leniwie przeżuwający wiązkę siana. Według stajennych, były to bardzo wytrzymałe konie, aczkolwiek niezbyt szybkie. Czyli w sam raz dla nas. Osiodłaliśmy je na tyle sprawnie, na ile umieliśmy.

     - No, to w drogę! – uśmiechnąłem się do Lydii. – W podróż po Cyrodiil!

     I wskoczyłem na swego bułanka.

     Świat z grzbietu konia wyglądał zupełnie inaczej niż z dołu. Przede wszystkim, konie były tu znacznie wyższe niż w Skyrim. Tamte używano głównie do chomąta, te natomiast były hodowane specjalnie pod wierzch. Miały dłuższe nogi i znacznie smuklejsze kształty. Skutek był taki, że poczułem się, jakbym wlazł na wysoką wieżę. Lepiej, żeby mnie ten zwierz nie zrzucił z siodła, bo do ziemi było dość daleko.

     Ruszyliśmy stępa. Nigdzie się nie spieszyliśmy, a zalew Niben prezentował się na tyle malowniczo, że nie chcieliśmy tego rejonu opuszczać zbyt szybko. Droga biegła głównie wzdłuż brzegu, czasem jedynie na krótko chowając się nieco głębiej w lesie. Mijaliśmy wielu podróżników, zdążających w obie strony. Tu dłoń w pozdrowieniu uniósł jakiś pieszy wojownik, dziarsko maszerujący przed siebie, tam jakieś dwie rozgadane kobiety z pakunkami na ramionach, kilku chłopów, ciągnących ręczny wózek, wyładowany pełnymi workami, czy myśliwy, wracający do domu, z pękiem upolowanych ptaków na ramieniu. Czasem mijaliśmy konnego strażnika, w stalowym kirysie, patrolującego okolice, albo jakąś przydrożną gospodę, z której wydobywał się gwar. Lydia była zachwycona. Po pierwsze, krajobrazem. Mnogość kolorowych kwiatów, barwnych motyli, soczysta zieleń wokół i bogactwo przyrody oszołomiły ją. Zdziwiło ją także mrowie ludzi, a najbardziej to, iż poruszali się oni swobodnie traktem, zwykle nie mając przy sobie broni, a mimo to nie zdradzając oznak lęku, co świadczyło o tym że droga jest bezpieczna.

     - Czuję się, jakbym w ogóle nie wyszła z miasta – roześmiała się. – Tu zawsze tylu ludzi?

     - Tak tu się żyje na co dzień – odparłem. – Dalej pewnie będzie bardziej pusto, ale tutaj wciąż jesteśmy blisko miasta.

     - Jakie szanse na zobaczenie dreugha, albo minotaura?

     - Bliskie zeru – uśmiechnąłem się. – Chyba, że skręcimy w las i pojedziemy na przełaj. Ale las gęsty i dla koni nie byłaby to wygodna droga. Poza tym, łatwo zabłądzić. W nocy ponoć można jeszcze przy odrobinie szczęścia dostrzec świetlika. Ale zaczęły one bać się ludzi, więc trudno jakiegoś zauważyć. Tak jak mówiłem, ludzie wybili wszystkie stwory.

     - Trochę szkoda…

     - Wiesz, po Kryzysie Otchłani, gdy wrota nagle się pozamykały, wiele daedr nie zdążyło wrócić do Otchłani – odrzekłem, przypominając sobie opowieść, jaką kiedyś podzielił się ze mną Tolfdir w Akademii. – Ludzie więc, uskrzydleni zwycięstwem, ruszyli w las, by je wybić. A przy okazji uśmiercili wiele innych groźnych stworów. Ogry prawie doszczętnie wybili, minotaury też, po trollach zostało niewiele ponad wspomnienie… Wiele stworzeń też przepędzili do Argonii. Niedźwiedziom i wilkom też się dostało. Dreugha nie widziano tu od wieku, a przecież kiedyś było ich tu pełno. Właśnie tu, w tej okolicy. Wyniosły się, nie wiadomo dokąd.

     Wieże miasta już dawno znikły za ścianą lasu. Droga wspięła się na niewielki pagórek i poprowadziła w głąb zarośli. Zamknęło się nad nami zielone sklepienie, w którym hałasowały ptaki. Po pewnym czasie minęliśmy pozostałości białego muru, porośnięte mchem. Okalały jakąś masywną budowlę, ziejącą czarnym otworem szerokiego wejścia bez drzwi.

     - Ayleidzkie ruiny? – spytała Lydia.

     - Nie – roześmiałem się. – Pozostałość po cesarskim forcie.

     - Zwiedzimy?

     - Tam nic nie ma – wzruszyłem ramionami. – Jeśli coś tam było, to już dawno zostało stamtąd wyniesione. Co najwyżej, znajdziesz tam kupę pajęczyn i gniazdo szczurów. A najpewniej składowisko śmieci.

     - A jeśli skryli się tam jacyś banici?

     - Za blisko traktu – pokręciłem głową. – I miasta.

     - Blisko? – Lydia uniosła brwi. – Wydaje mi się, że dość daleko. Strażnicy patrolują tak daleko od miasta?

     - To przecież konni – odparłem. – Patrolują cały trakt, nie tylko pobliże miasta. Bliżej miast jest ich więcej, ale strażnika można spotkać dosłownie wszędzie. Gdzie bity trakt, tam i strażnicy.

     Jakby na zawołanie, zza zakrętu wyłonił się wysoki, kasztanowy koń, a na jego grzbiecie siedziała uzbrojona postać w wypolerowanym, stalowym kirysie i hełmie. Na ciężkiej, okrągłej tarczy nie było żadnego godła – był to pielęgnowany od dawna zwyczaj imperialnych strażników konnych, których zadaniem było patrolowanie traktów z dala od miast. 

     Nie odpowiedziała, ale zgadłem co poczuła. Jej ojczyzna wydała się jej zapewne dzika i barbarzyńska. Może ona sama poczuła się dzikuską i na pewno zrobiło się jej nieprzyjemnie. Nie wiedziałem, jak mam ją pocieszyć, więc milczałem. A zgadłem to, bo ja sam poczułem się zupełnie odwrotnie. Dotąd przyzwyczajony do ciągłej czujności, czy to w Skyrim, czy to na Solstheim, tutaj nagle poczułem błogie rozleniwienie, jakie w innej części świata odczuwałem tylko w obrębie miejskich murów. Zupełnie, jakby cała kraina była jednym, wielkim miastem. Oto, czym jest cywilizacja.

     Potem trochę podgoniliśmy nasze konie. Do Bravil był kawał drogi, a tu już minęło południe. Zadudniły kopyta na kamienistym trakcie. Przez pewien czas nawet rozgorzał między nami wyścig, ale szybko się skończył, bowiem nie chcieliśmy męczyć naszych zwierząt. Poza tym, żadne z nas nie było dobrym jeźdźcem, więc o wypadek nietrudno.

     Słońce zaczęło się z wolna czerwienić, gdy las nagle rozstąpił się przed nami i naszym oczom ukazało się ogromne jezioro. Tak wielkie, że nie można było dostrzec przeciwległego brzegu. Jednocześnie w oddali ujrzeliśmy dużą, przybrzeżną wyspę, okoloną wysokim murem, ze strzelistymi basztami. Kolejne miasto.

Bravil o zachodzie słońca

     - Bravil – odezwałem się. – Byłem tu kiedyś. Ciekawe, czy wciąż podają tu tę smaczną potrawkę z mięsa i fasoli. A to Zatoka Niben, największe jezioro w Cyrodiil.

     Ale Lydia nie patrzyła w stronę miasta. Jej uwagę przykuło coś zupełnie innego. Oto bowiem, po naszej prawej stronie, na samym brzegu jeziora, pomiędzy drzewami zalśniła w słońcu biała, misterna budowla, której centralnym elementem był monumentalny, marmurowy posąg jakiejś uskrzydlonej postaci.

     - Co to? – zdumiała się.

     - To są właśnie ayleidzkie ruiny – odparłem. – Pozostałości po kulturze kontynentalnych Altmerów. Tę nazywają Bawn.

Cyrodiil. Bawn - ruiny dawnej ayleidzkiej budowli

     - Zobaczymy? – zerknęła na mnie prosząco.

     Roześmiałem się. Od chwili, gdy po raz pierwszy usłyszała o ayleidzkich budowlach, zapragnęła je zobaczyć na własne oczy. Kto wie, czy to nie głównie dlatego tak zapaliła się do podróży przez Cyrodiil.

     - Dlaczego nie – odparłem, kierując konia w stronę ruin. – Ale nie spodziewaj się zbyt wiele. To zapewne tylko ciemne, opuszczone podziemia.

     Stanęliśmy przed wejściem. Drogę przegradzały nam kamienne drzwi. Wszystkie wejścia do ayleidzkich pałaców tak właśnie budowano. Wszystkie miały ten sam znak. Wyglądał, jakby koło podzielono na trzy części – najpierw wycięto z niego mniejsze kółko, o dwukrotnie mniejszej średnicy, a pozostałość przepołowiono w pionie i nieco rozsunięto na boki. Kamienne skrzydła należało pchnąć w samym środku, gdzie znajdowało się wgłębienie w kształcie małego koła. Mechanizm niewątpliwie magiczny, ale wciąż działał. Skrzydła wrót rozchyliły się z lekkim chrobotem, by po chwili powrócić na swoje miejsce. Pchnąłem więc jeszcze raz i tym razem weszliśmy do środka, zanim wrota zamknęły się za nami. Strzeliłem w górę Płomieniem Świecy.

Wejścia do ayleidzkich podziemi wyglądały podobnie w całym Cyrodiil

     Tak jak myślałem, było tu zupełnie pusto. Kamienne schody prowadziły w dół, a potem rozdzielały się na dwa korytarze, prowadzące w przeciwnych kierunkach. Lewy był krótki i wiódł do niewielkiej, na wpół zawalonej komnaty, natomiast prawy ciągnął się dość długo i prosto. Musieliśmy zmrużyć oczy, bowiem niegdyś śnieżnobiałe, dziś już nieco poszarzałe ściany wciąż intensywnie odbijały światło. Po pewnym czasie korytarz skręcił i doprowadził nas do dużego pomieszczenia niewiadomego przeznaczenia. Stały tu w geometrycznym porządku jakieś kamienne, wysokie postumenty, zapewne dawno temu podtrzymujące latarnie, bowiem na kilku z nich wciąż tkwiły jakieś żelazne uchwyty. Pośrodku znajdował się potężny blok marmuru, w kształcie sarkofagu. Nie był jednak grobowcem, bowiem stanowiła go jednolita bryła. Pewnie przed wiekami umieszczono na nim coś ciężkiego, ale co to było, nikt już dziś nie potrafił zgadnąć. W oddali ujrzeliśmy wejścia do kolejnych tuneli.

     - Piękne – westchnęła Lydia, podziwiając gładkie ściany. – Dlaczego taka budowla stoi opuszczona i niszczeje?

     - Trochę z powodu przesądu – odparłem. – Cesarscy uważają, że kultura Ayleidów powinna ulec zapomnieniu. Poza tym, to nie jest bezpieczne miejsce. To stare ruiny, w każdej chwili grożą zawaleniem.

     - Ayleidzi też żyli pod ziemią, jak Dwemerowie?

     - Nie, z tego co wiem, nie. Po prostu naziemne części ich budowli nie przetrwały do naszych czasów. Zostały zburzone, zwykle budulec po prostu rozkradziono. Pozostały tylko podziemia. Musisz pamiętać, że to wszystko ma co najmniej tysiąc lat.

     - Żadna nie ocalała?

     - Tego nie wiem – przyznałem. – Jakby poszukać, pewnie znalazłoby się jakąś dobrze zachowaną. W końcu, tyle ich było…

     Poszliśmy jeszcze kawałek dalej, ale poza echem niczego nie znaleźliśmy. Mimo to, same podziemia warte były obejrzenia. Lydii bardzo spodobały się arkady i delikatne ornamenty, wieńczące każde przejście i oplatające każdy filar. Podziwiała precyzję wykonania, dotykając gładkich ścian, na których często, pomimo upływu lat, wciąż nie było widać łączeń poszczególnych bloków marmuru.

Ruiny ayleidzkich podziemi

     - Podobno kiedyś w takich podziemiach skrywały się różne stwory – odezwałem się szeptem, sam nie wiedząc, dlaczego. – Minotaury, świetliki, nawet wiły. Teraz co najwyżej można w nich znaleźć bandę zbójów, a i to bardzo rzadko.

     Poszliśmy jeszcze dalej, aż natrafiliśmy na następne przejście, do głębszych zakamarków podziemi. Przegradzały je ozdobne, metalowe drzwi, zdaje się, z pociemniałego ze starości księżycowego kamienia, z misternym ornamentem, wyobrażającym drzewo. Zamiast liści miało ono otwory na wylot. W niektórych tkwiły jeszcze kryształki kryształowego szkła. Przed wiekami ornament ten musiał być przepięknym witrażem, zwłaszcza, gdy oświetlono go z przeciwnej strony. Próbowałem go sobie wyobrazić, ale byłem pewien, że rzeczywistość znacznie przekraczała to, co mogła mi wymalować przed oczami moja imaginacja. Drzwi dały się otworzyć, choć z trudem, ale gdy przeszliśmy, natychmiast się za nami zamknęły. Dalej były schody i jeszcze jedna komnata, trochę mniejsza, wyglądająca jak skład. Pewnie pełniła niegdyś rolę spiżarni, albo magazynu. Wyjście prowadziło do chodnika, skręcającego w prawo, pod dość ostrym kątem. Dalej jednak nie można było przejść, bowiem drogę zagradzała misternie kuta żelazna krata, mocno pordzewiała, ale wciąż nie do ruszenia. Zawróciliśmy więc i po krótkim spacerze w podziemiach wyszliśmy na zewnątrz.

     - Bardzo rozbudowane te podziemia – stwierdziła Lydia. – Prawie jak dwemerskie. A nie sprawdziliśmy wszystkich przejść.

     - Możemy sobie zwiedzić jakieś inne – odrzekłem. – Natrafimy tu jeszcze na niejedno takie miejsce. Pod Cesarskim Miastem jest podobna budowla.

     Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, więc powróciliśmy na trakt i popędziliśmy w stronę miasta. Po pewnym czasie kopyta zadudniły na moście, po czym trakt skręcił w prawo, wzdłuż murów miasta, oddzielonych od lądu wąskim kanałem. Zbliżając się do stajni, zauważyliśmy jeszcze jedną ayleidzką budowlę, wystającą z lasu, po lewej stronie. Obiecaliśmy sobie zajrzeć do niej nazajutrz.

     Stajenny przytrzymał Lydii strzemię i pomógł jej zejść. Podziękowała mu z tak pięknym uśmiechem, że zaczerwienił się jak piwonia, ale widać było, że sprawiło mu to ogromną przyjemność. Nic dziwnego. Lydia urodą mogłaby obdarzyć ze trzy dziewczyny, a w złotej, ciasno dopasowanej zbroi, wyglądała naprawdę ponętnie. Wiedziałem już, że jutro rano jej srokacz będzie nie tylko wyszczotkowany, ale pewnie też będzie miał wypolerowaną uprząż. Ja poradziłem sobie sam, nie czekając aż zmieszany chłopak do mnie podejdzie. Podałem mu tylko wodze i poinformowałem, że konie będą nam potrzebne jutro przed południem.

     Do miasta prowadził drewniany most. Kiedyś podobno zawieszony był na linach, ale dziś zastąpiono go solidną, dębową konstrukcją. Miasto miało tylko jedną bramę od strony lądu. Drugą stanowiły wodne wrota, otwierające się na jezioro. Przez jego środek przepływał kanał portowy na rzece Larsius, jednak próżno było szukać w nim większego statku. Przy kei stały wyłącznie niewielkie, rybackie łódki. Zabudowa była tu drewniana i Bravil istotnie przypominało nieco Pękninę, choć domy zbudowano w innym stylu. Zamiast ciągu zabudowań, tutaj każdy budynek stał osobno i każdy miał co najmniej jedno piętro, zwykle z osobnym wejściem. Próżno było tu szukać luksusowych rezydencji, na wzór posiadłości Pękwald. Zwykle były one podzielone na dwa skromne mieszkania i widać było, że zbudowano je z myślą o biedniejszej części mieszkańców. Widać też było ich zaniedbanym nieco stanie, że miasto nie było zbyt bogate.

Bravil

     W centralnej części znajdował się niewielki placyk, z pomnikiem Szczęśliwej Starej Pani. Nie wiedziałem zbyt dobrze, kto to taki, bo nie znałem miejscowych legend, jednakże wielu ludzi przychodziło tutaj prosić o jej błogosławieństwo. Za placykiem i kilkoma domostwami, stała świątynia Mary – chyba jedyny porządnie wyglądający obiekt.

     - Nawet to mają wspólne – roześmiała się Lydia. – Świątynia Mary, jak w Pękninie.

     Odwiedziliśmy ją, oczywiście. Wiedziałem, że nigdy nie zdołam się odwdzięczyć bogini Marze za ten bezcenny dar, jaki od niej otrzymałem, a który kroczył obok mnie, trzymając mnie za rękę. Szliśmy tam nie tyle po błogosławieństwo, co złożyć jej podziękowania.

     Wewnątrz świątynia niewiele różniła się od tej, poświęconej Zenitharowi, stojącej w Leyawiin. Wszystkie kaplice w Cyrodiil budowano w tym samym stylu, by żaden z bogów nie czuł się wyróżniony, ani urażony. Będąc wewnątrz, trudno było czasem odróżnić jedną od drugiej. Przyjęliśmy z wdzięcznością błogosławieństwo, jakiego udzieliła nam bogini. Przez krótki czas staliśmy po prostu przed ołtarzem, napawając się atmosferą tego miejsca. Dopiero gdy następna para zbliżyła się do ołtarza, odsunęliśmy się i skierowaliśmy ku wyjściu.

Bravil. Świątynia Mary

     - Ładna dziewczyna – szepnęła jeszcze Lydia, zerknąwszy przez plecy.

     Ja jednak myślałem już tylko o posiłku.

     Gospoda też nie była jakaś szczególna. Skromna, ale ważne że czysta. Zamówiliśmy sobie pokój na parterze i zasiedliśmy do stołu. Okazało się, że wciąż mają w menu tę smaczną potrawkę, którą jadłem będąc tu z ojcem przed laty. Składała się z kawałków mięsa, obficie polanych słodkawym sosem, w którym można było znaleźć ziarna fasoli, drobne kawałki orzechów i suszonych owoców. Smakowała równie dobrze, jak niegdyś.

     Rankiem przywdzialiśmy nasze zbroje i wyszliśmy na zewnątrz. Nasze kroki zadudniły po deskach mostu. Jednak zamiast skierować się ku stajniom, ominęliśmy je i zaczęliśmy wspinać się pod górę, między gęste zarośla, gdzie bielał mur ayleidzkich ruin. Wejście było nieco wyszczerbione, ale tajemniczy mechanizm wciąż działał. Znaleźliśmy się w środku.

     Krótki labirynt korytarzy zaprowadził nas do wielkiej, pustej sali. Lydia klasnęła w ręce, chcąc posłuchać echa. Niewiele jednak było tu do podziwiania. Zagłębiliśmy się w korytarz, odchodzący w bok i po jakimś czasie znaleźliśmy się w miejscu, przypominającym podziemną kapliczkę. A na środku leżał jakiś wielki, ciemnoszary kształt.

     - Co to? – zdumiała się moja żona.

     Sam nie od razu odgadłem, co to. Pociągnąłem nosem, ale nie poczułem żadnego zapachu, poza właściwą podziemiom stęchlizną. Podeszliśmy bliżej.

     To były zwłoki. Zasuszone, zmumifikowane zwłoki wielkiego minotaura. Wyglądał, jak worek, z którego wypuszczono powietrze. Przez skórę wystawały mu kości. Zrazu trudno było poznać, co to takiego, bowiem ciało pozbawiono najbardziej charakterystycznej cechy – rogów.

     - Leży tu nie wiadomo od kiedy – mruknąłem. – Na pewno od dawna. Ze sto lat, albo i dwieście.

     - Zmarł z głodu? – zastanawiała się Lydia. – Czy może go upolowano?

     - Kto to wie? – wzruszyłem ramionami. – W każdym razie, ktoś go znalazł i odpiłował mu rogi. To był cenny składnik alchemiczny. Widzisz, masz szczęście. Ledwo tu przyjechałaś, a już zobaczyłaś minotaura. Ja przez całe życie nie widziałem ani jednego.

     - Szkoda, że nieżywy – mruknęła Lydia, oglądając truchło uważnie. – Na nogach ma racice jak byk… Ale tutaj, popatrz, ręce!

     - Minotaur był jakąś hybrydą – odparłem. – Powstałą z dwóch różnych stworzeń. Możliwe, że część jego ciała pochodzi od elfa. Ręce, ale przede wszystkim mózg. Wstyd przyznać, ale nie wiem o tych stworzeniach zbyt wiele.

     Lydia przyłożyła dłoń do ogromnej łapy stwora, pilnie uważając, by go nie dotknąć. Jej ręka wyglądała na bardzo małą w porównaniu do ogromnej łapy minotaura. Nawet po śmierci, z mięśniami zaschniętymi na wiór, wyglądał na siłacza. Z pewnością był niełatwym przeciwnikiem.

     - Upolowany – stwierdziła nagle Lydia, wskazując na jedno z żeber, wystających zza zmurszałej skóry. – Przyjrzyj się dobrze.

     Istotnie, spomiędzy żeber wystawał jakiś patyk. Sięgnąłem po niego i z niejakim wysiłkiem zdołałem go wyrwać. Była to połowa strzały. Wyraźnie było widać resztki skorodowanego srebrnego grotu. Takich używano niegdyś przeciw siłom nieczystym, daedrycznego pochodzenia.

     - Musiał to być dzielny śmiałek, skoro rzucił się na takiego potwora – pokiwałem głową. – Jedna strzała na pewno nie wystarczy na takiego osiłka. Nie sposób zastrzelić go z ukrycia.

     - Mogło ich być więcej…

     Snując domysły co do losów minotaura, wyszliśmy z podziemi i skierowaliśmy się do stajni. Tak jak przypuszczałem, koń Lydii stał na przodzie, wyszczotkowany, wyczesany i z wyczyszczoną uprzężą, nawet z wypastowanymi kopytami. Mój też prezentował się schludnie, tyle że bez aż takiej przesady. Stajenny przywitał nas ukłonem i z pąsem na twarzy wręczył Lydii wodze.

     Dostał od nas garść złotych monet. Byłem jednak pewien, że cenniejsza nagrodą był dla niego uśmiech Lydii i dotyk jej dłoni, gdy serdecznie podziękowała mu za opiekę nad wierzchowcem. Co jak co, ale mężczyźni zawsze jedli jej z ręki. Wszyscy. Ja chyba najbardziej.

Okolice Bravil

     Wyprowadziliśmy nasze konie ze stadniny. Wskazałem drogę, pnącą się pod górę i prowadzącą w las.

     - A teraz tędy – oznajmiłem. – Do stolicy!

     Ruszyliśmy z kopyta. Po chwili ściana lasu zamknęła się za nami. Bravil i zatoka Niben znikły nam z pola widzenia. Zewsząd otoczył nas gęsty, szumiący lekko las, przecięty jedynie jasną wstęgą wijącego się pomiędzy drzewami traktu.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Rozdział XXXIII – Daleki rejs

     Noc pod pokładem minęła spokojnie. Statek łagodnie ukołysał nas do snu. Tylko było mi trochę chłodno, ale nie chciało mi się wstać i sięgnąć po wysłużony płaszcz kultysty, który leżał zwinięty między skorupami w płóciennym tobołku. Zwłaszcza, że z takiej koi niełatwo jest wstać i niełatwo na nią wejść. Spaść było o wiele łatwiej.
  
     Rankiem zbudził nas ruch na statku. Drewniany kadłub bardzo dobrze przewodził dźwięki, zwłaszcza wszelkie stuki i zgrzyty. Zaczęło się od nieśmiałego tupotu stóp, potem rozległy się nawoływania, aż w końcu statek ożył kakofonią dźwięków. Potworne skrzypienie, jakby rozdzierano kadłub, poderwało nas na nogi. Czym prędzej wskoczyłem w buty i wybiegłem na pokład. Lydia dołączyła do mnie po chwili.

     - Co się dzieje? – spytałem pierwszego napotkanego marynarza.

     - A co ma się dziać? – odparł zdziwiony. – Nic. Odpływamy…

     Po chwili doszliśmy do tego, że ów dźwięk wydawał pewien przyrząd, znajdujący się na przednim pokładzie. Nie od razu się w tym zorientowaliśmy, bowiem na zewnątrz pracował on w miarę cicho i jego odgłosy nie wydawały się aż tak przerażające jak pod pokładem.

     Składał się z masywnej, drewnianej kolumienki, nieco grubszej na górze, gdzie wykonano kilka pionowych wycięć, w które marynarze powtykali jakieś drzewce. Czterech z nich kręciło tą kolumienką, jak konie, zaprzężone w kierat. Trwało to chwilę, aż inny żeglarz, wychylony za burtę i uważnie wpatrujący się w wodę Altmer, krzyknął głośno.

     - Stój! 

     Marynarze znieruchomieli.

     - Poluzuj!

     Marynarze lekko przekręcili kolumienkę w przeciwnym kierunku, po czym znów znieruchomieli. Przez chwile nic się nie działo, aż z prostokątnego otworu w pokładzie wychyliła się jakaś głowa.

     - Przepięte! – zakrzyknęła głowa.

     - Pchaj! – rzucił Altmer.

     Marynarze znów nacisnęli na drzewce i zaczęli obracać kolumną. Jednocześnie padły inne komendy, coś o stawianiu foka. Kilku marynarzy wspięło się na przedni maszt, kilku innych chwyciło jakąś linę na przodzie. Na razie trwali w bezruchu czekając komendy.

     Altmer tymczasem, wpatrując się w wodę po drugiej stronie. Powoli podnosił rękę.

     - Stój!

     I wtedy padła inna komenda o ciągnięciu czegoś, czego chyba nie zrozumiałem. Marynarze szarpnęli za liny. Ciągnęli je rytmicznie, w takt pieśni, śpiewanej przez jednego z nich, podobnie, jak niegdyś czynili to marynarze „Dziewicy Północy”. On śpiewał początek, marynarze odpowiadali „Rwij fał ze wszystkich sił!”. I znów jakaś niezrozumiała przyśpiewka i znów „Rwij fał ze wszystkich sił!”. I tak kilkakrotnie, aż przedni trójkątny żagiel wspiął się na linę, łączącą masz z wystającym z przodu drzewcem. Wypełnił się poranną bryzą. Statek drgnął i powoli ruszył w stronę wyjścia z portu.

     Nie będę tu opisywał wszystkich czynności bo nie starczyłoby mi inkaustu. Było to bardzo skomplikowane. Padło wiele komend, pociągnięto wiele lin, wyśpiewano jeszcze kilka pieśni, zanim statek rozwinął żagle, niby ptak skrzydła i zaczął sunąć przed siebie, początkowo na zachód, potem skręcając na północ. Kapitan zdecydował się, jak widać, opłynąć wyspę od północy.

     Gdy wszystkie żagle rozwinięto i statek nabrał szybkości, wdrapaliśmy się jeszcze na wysoki pokład na rufie, by pomachać żegnającym nas Dunmerom na brzegu. A potem, korzystając z faktu, że część marynarzy chwilowo nie miała nic do roboty, ucięliśmy sobie pogawędkę z jednym z nich, prosząc, by wyjaśnił nam parę szczegółów.

     Dowiedzieliśmy się, że owa trzeszcząca kolumienka nazywa się kabestan i służy po prostu do podnoszenia kotwic. Wystający drąg na dziobie to tak zwany bukszpryt, który był niczym innym, jak poziomym masztem, służącym do rozpinania trójkątnych żagli, zwanych sztakslami. Nazwa żagli brała się od lin, zwanych sztagami, na których je zawieszono. Liny te od przodu utrzymywały maszty w pionie. Podobne liny, lecz po bokach, nazywano wantami.

     Spytałem również, co to znaczy „rwać fały”. Dowiedziałem się, że fał to inna lina, która unosi w górę żagiel. „Rwanie fałów” oznaczało po prostu stawianie żagli, choć w tym wypadku tylko sztaksli, bowiem pozostałe stawiało się inaczej. Marynarze wspinali się po prostu na reje i na komendę rozwiązywali liny, podtrzymujące żagiel, który spływał z łopotem, niby wielki, biały wodospad.

     Zachodni wiatr pochylił nieco statek na prawą burtę. „Dreugh” majestatycznie sunął przed siebie. Po prawej stronie majaczył ciemny zarys wyspy. Trudno było patrzeć w tamtą stronę, bowiem powietrze tego dnia było bardzo czyste i nisko wiszące słońce świeciło prosto w oczy. Mimo to dostrzegliśmy kilka znajomych miejsc, jak wieże Kurhanu Krwiopuszcza, czy nieco wyżej przełęcz, prowadzącą do Kurhanu na Białym Grzbiecie. A potem minęliśmy zachodni cypel i statek zaczął oddalać się od brzegu, który wkrótce znikł za horyzontem. Kapitan zdecydował się opłynąć ląd z daleka, z powodu podwodnych skał, które według niego jeżyły się przy północnym brzegu wyspy. Wkrótce też zmieniono kurs i „Dreugh” ruszył z wiatrem w kierunku słońca. Wyprostował się nieco, za to zauważalnie przyspieszył. Kapitan Cronus zapewnił mnie, że ten galeon przy pomyślnych wiatrach jest równie szybki jak norski barkas. Wprawdzie nie tak smukły, nie wspinał się na fale jak choćby „Dziewica Północy”, tylko parł w nie i rozbijał je ostrym dziobem, ale za to nieporównanie większa powierzchnia żagli powodowała, że wiatr pchał go znacznie silniej.

     Dalej niewiele się działo. Rozdano posiłek, niezbyt wyszukany, ale nikt nie narzekał. Marynarze powrócili do swoich zajęć, a kapitan co jakiś czas wychodził na górny pokład, skontrolować położenie słońca. Wymienialiśmy wtedy po kilka uprzejmych słów, odpowiadał na nasze pytania, po czym zwykle stwierdzał, że jest dziś zimno i znikał w rufowej nadbudówce, którą nazywał kasztelem. Poza tym niewiele się działo. Statek zapewne pozostawił już wyspę daleko w tyle. Nie było jej widać, tylko jak sięgnąć okiem, morze. Falująca, bezbrzeżna płaszczyzna. Nawet chmury nie pojawiły się na niebie. I tak do samego wieczora.

     Statek wciąż płynął na wschód…

     Następny dzień niewiele różnił się od poprzedniego. Wciąż płynęliśmy na wschód. Tylko trochę chmur pojawiło się na niebie. Ale nic, co popsułoby pogodę. Prawie cały dzień przesiedzieliśmy na pokładzie, wypatrując na horyzoncie czegokolwiek, co zakłóciłoby jednostajny krajobraz. Nie zauważyliśmy absolutnie nic.

     - Lubię morze – mruknąłem do Lydii. – Ale nie na długo. Jest piekielnie nudne.

     Usłyszał mnie stojący przy sterze Altmer i roześmiał się w głos.

     - Oby jak najdłużej wiało nudą – odparł ze śmiechem. – Uwielbiam się nudzić na morzu. Oby tylko nie dostarczyło nam rozrywki!

     Roześmialiśmy się wszyscy troje. Potem poszliśmy coś zjeść – znowu ta sama, nie doprawiona kasza z kawałkami mięsa – i z powrotem na pokład, wytrzeszczać oczy, w poszukiwaniu lądu, albo żagla. Nie dostrzegliśmy niczego. Jak okiem sięgnąć, wodna pustynia. I tak do samego wieczora.

     Dopiero trzeciego dnia coś się zmieniło. Wprawdzie „Dreugh” wciąż płynął wschodnim kursem, ale kapitan nieco częściej pojawiał się na pokładzie.


     - Muszę pilnować położenia statku – uśmiechnął się do nas, choć głowę dałbym, że uśmiech ten bardziej skierowany był do Lydii niż do mnie. – Właśnie opływamy Morrowind od północy. Zbliżamy się do Tel Thenim. Gdy ją miniemy, skręcimy na południe. Wreszcie zrobi się cieplej.

     - Tel Thenim? – spytała Lydia. – To jakaś wyspa?

     - Właściwie miasto, ale na wyspie – odparł. – Jedno z niewielu ocalałych po wybuchu Czerwonej Góry.

     - Brzmi jak nazwa miasta Telvannich – dodałem. – Też zabudowana grzybami?

     Kapitan potwierdził.

     - Północny wschód to ziemie Telvannich. Tu prawie wszystkie osady wykonano z grzybów.

     - A Sadrith Mora? – przypomniałem sobie nazwę rodzinnej posiadłości Nelotha. – To też gdzieś tutaj?

     Kapitan pokręcił głową.

     - Sadrith Mora leżało na małej wyspie, na wschód od wielkiej wyspy Vvardenfell – wyjaśnił. – Tam jest cały archipelag niewielkich wysepek, między Vvardenfell, a stałym lądem. Ale tam po wybuchu prawie nic nie zostało.

     - A to, jak mówiłeś, Tel Thenim leży na krańcu Vvardenfell?

     Kapitan spojrzał na mnie zdziwiony.

     - Ależ skąd – odparł. – To na stałym lądzie. – Vvanderfell już dawno zostawiliśmy z tyłu.

     - Szkoda że nie wiedziałem – mruknąłem. – Chciałbym kiedyś zobaczyć to miejsce. Choćby z daleka.

     - I tak nic byś nie zobaczył – odrzekł Cronus. – Za daleko. Jeśli cię to interesuje, zapraszam do siebie. Zerkniesz sobie na mapy.

     Skorzystałem z zaproszenia. Lydia również była ciekawa szczegółów. Kabina kapitana była urządzona schludnie i przytulnie. I funkcjonalnie. Była ciasna, jak wszystkie pomieszczenia na statku, ale za to wypełniona słonecznym światłem, wpadającym przez oszkloną rufę. Nie było tu hamaka, tylko solidne, drewniane łóżko, przyśrubowane do podłogi. Widać, kapitanowi kołysanie nie przeszkadzało. Obok stał spory stół, którego blat skonstruowano w sposób tak przemyślny, że można go było składać, opuszczając płyty po bokach. Kapitan otworzył jedną z niezliczonych tutaj szafek i wyciągnął gruby rulon papieru, po czym rozłożył go na stole. Pochyliliśmy się nad mapą.

     - Oto północno-wschodnia część kontynentu. Tu mamy Morrowind – zakreślił palcem.

     Morrowind wyglądało jak dwie dłonie, połączone w nadgarstkach i skierowane na północ, obejmujące z obu stron wielką wyspę Vvardenfell, tworząc Morze Wewnętrzne, otwarte jedynie od północy. Ją samą ze wszystkich stron otaczały archipelagi drobnych wysepek. Lądowa część Morrowind graniczyła od zachodu aż z trzema krainami – na północy ze Skyrim, bardziej na południe z Cyrodiil i na południu z Czarnymi Mokradłami, ojczyzną Argonian. Od tych krain oddzielał ich długi łańcuch gór Velothi. Z pozostałych stron oblewało je morze.

     - To Solstheim – Lydia pokazała okrągłą wyspę, która w porównaniu do reszty wydała mi się niezmiernie mała. – Myślałam, że jest większa. Zawsze mówiono mi, że to duża wyspa.

     - Całkiem spora – odrzekł kapitan. – Po prostu bywają większe. A gdy spojrzysz na całe Morrowind…

     - Kawał lądu – przyznałem. – Chyba większy niż Cyrodiil.

     - Nigdy tego nie liczyłem – zaśmiał się Cronus. – Ale jakby dobrze policzyć i pomierzyć te wszystkie wysepki, pewnie tak by to właśnie wyszło. My jesteśmy tu – wskazał na północny wschód.
Podążyliśmy wzrokiem za jego palcem. Potężny półwysep, okalający Vvardenfell od wschodu, skierowany był na północ. U jego krańca leżała duża wyspa, na której widniała kropka, opisana jako Tel Thenim. „Dreugh” zbliżał się do jej północnego brzegu.

     - Niedługo powinna być widoczna – dodał. – Miniemy ją dość blisko, więc ujrzymy zarys lądu. I zaraz skręcimy na południe. Już jutro pod wieczór powinno zrobić się zauważalnie cieplej.

     - A jaki ląd ujrzymy w następnej kolejności – spytała Lydia.

     Kapitan wskazał niewielki półwysep, odstający nieco na wschód.

     - Necrom – odrzekł. – Jak widzisz, to najdalej na wschód wysunięta kontynentalna część Tamriel. Ujrzymy ją pojutrze, wczesnym rankiem.

     - Dlaczego płyniemy tak daleko od lądu? – spytałem. – Ze względu na mielizny?

     - Na wschodzie nie ma wielu mielizn – odparł kapitan. – Morze tutaj jest głębokie, więc moglibyśmy płynąć bliżej brzegu. Ale po co? To znacznie wydłużyłoby drogę. Statek, tam gdzie może, płynie w linii prostej.

     I przy tych słowach chwycił srebrny sztyfcik i nakreślił prostą linię, łączącą wschodni cypel mijanej wyspy z najbardziej na wschód wysuniętą częścią półwyspu. Pokiwałem głową. To w końcu nie była wycieczka krajoznawcza, tylko rejs handlowy i czas miał dla niego kolosalne znaczenie. Przez głowę jednak przeszła mi myśl, żeby któregoś dnia wynająć statek i załogę tylko po to, by zwiedzić dalekie kraje. Byłem człowiekiem bogatym. Pewnie byłoby mnie na to stać. W ostateczności mogę nawet kupić okręt. Może jeszcze nie teraz, ale nasz majątek wciąż rósł. Może kiedyś…

     Na razie postanowiliśmy coś zjeść, a potem wrócić na pokład. Cronus z podziwem pokręcił głową.

     - Że też chce wam się tam marznąć – mruknął. – Za dwa dni, to rozumiem, ale teraz? Ziąb tam taki, że ręce grabieją.

     - Skąd jesteś – spytałem.

     - Z Anvil – odparł.

     - Złote Wybrzeże – uśmiechnąłem się. – Piękna kraina. Cóż, ja pochodzę z okolic Brumy, więc do mrozu i wiatru jestem przyzwyczajony. Wystarczy mi cieplejszy płaszcz i mogę stać tam przez cały dzień.

     Wskazałem na płaszcz kultysty, który miałem narzucony na ramiona.

     - A ja ze Skyrim – uśmiechnęła się Lydia. – Dla mnie na pokładzie jest całkiem przyjemnie.

     - Czasami zazdroszczę Nordom ich odporności na zimno – Cronus skłonił się Lydii z galanterią. – Mam w załodze kilku takich zuchów, co nie boją się mrozu. Wszyscy są Nordami.

     W doskonałych humorach opuściliśmy kajutę kapitana. Stanęliśmy na górnym pokładzie, wypatrując lądu po prawej stronie. I wkrótce go dostrzegliśmy, choć marynarz na maszcie – Nord, a jakże – obwieścił go długo przedtem, zanim udało nam się go dostrzec.

     Kapitan pojawił się na pokładzie natychmiast po okrzyku marynarza. Wkrótce na pokład wyszła większa część załogi. Zajęli stanowiska. Szykowała się zmiana kursu.

     Zwrot przebiegł sprawnie i szybko. Padło kilka niezrozumiałych komend, pociągnięto kilka lin, kilka innych poluzowano i wciąż jeszcze nisko wiszące słońce przesunęło się na lewą stronę, tak że świeciło teraz na dziób i lewą burtę. Statek też zauważalnie przechylił się na lewo i zaczęło nim trochę mocniej kołysać.

     - Po południu skorygujemy kurs i popłyniemy prosto na Necrom – odezwał się kapitan. – A na razie możecie z daleka podziwiać Morrowind.

     Było wprawdzie daleko, ale można było dostrzec szczegóły lądu. Słońce błyszczało na południowym wschodzie, zatem brzeg wyspy oświetlało z lewej strony. Przy ostrym, bocznym oświetleniu można wyraźnie dostrzec nawet niewielkie obiekty. Dlatego udało nam się, oprócz skał i niewielkich połaci lasów, wypatrzeć także kilka zabudowań. Choć na podziwianie architektury istotnie było za daleko.


     Następny dzień był nudny – dosłownie i w przenośni. Dookoła wodna pustka, a kołysanie znacznie się nasiliło. Źle to znosiłem, Lydia również. Straciliśmy apetyt i bez przerwy odczuwaliśmy nudności. Ja sam kilkakrotnie musiałem przechylić się przez burtę i wypompować z siebie całą zawartość żołądka, choć wydawało mi się, że i bez tego jest całkiem pusty. Lydia znosiła to trochę lepiej, ale i jej twarz, zwykle dość blada, stała się jeszcze bielsza. Czułem się słaby, wciąż było mi zimno i kręciło mi się w głowie. Z trudem stałem na nogach.

     Ze strony marynarzy nie doczekaliśmy się współczucia. Patrzyli na nas rozbawieni i niejeden rzucał przy nas jakąś uwagę o lądowych szczurach, którą zapewne uważał za dowcipną. Co gorsza, pozostali też musieli ją za takową uważać, bo po każdej z nich rozlegały się śmiechy. I to nie przytłumione.

     Większość dnia spędziłem pod pokładem, nie mając siły zwlec się z hamaka. Tam dało się wytrzymać, bo hamak kołysał się zgodnie z ruchem statku i trochę go niwelował. Mimo to, zapewne i tam zanieczyściłbym pomieszczenie, gdyby nie to, że już naprawdę nie miałem czym.

     Po dniu przyszła równie koszmarna noc i równie koszmarny dzień. A potem morze oszalało. Zerwał się silny wiatr i choć do ładowni światło słoneczne nie dochodziło, przysiągłbym, że widzę błyskawice. Zobojętniałem już na wszystko. Śmierć powitałbym jak wybawicielkę. Co chwila zapadałem w gorączkowy sen. Zatraciłem zdolność odróżniania snu i jawy. Koszmary mieszały mi się z rzeczywistością, równie okropną, a może i gorszą. Nie wiem sam, jak długo to trwało. Wydawało mi się, że całą wieczność. Pewnej nocy poczułem, że koniecznie muszę się chociaż napić wody, bo w gardle miałem strasznie sucho. Siłą woli wywlokłem się na pokład i odetchnąłem świeżym powietrzem. Poczułem się trochę lepiej, ale drżałem z zimna. Choć statkiem wciąż kołysało, wydawało mi się, że nieco lżej niż poprzednio. Musiałem się chwycić nadburcia, bo ledwo stałem na nogach.

     - Gdzie jesteśmy? – spytałem wysokiego Norda, stojącego przy sterze.

     Musiałem powtórzyć, bowiem ze słabości mówiłem tak cicho, że mnie nie dosłyszał.

     - Zbliżamy się do Archon – odparł. – A raczej do okolic Archon, bo miasto nie leży nad morzem.

     Nic mi ta nazwa nie mówiła. Zerknąłem w prawo. Widziałem niewyraźnie, ale udało mi się dostrzec w oddali jakieś światło.

     - To światło miasta?

     - A skąd – wzruszył ramionami. – Pewnie jakaś rybacka osada. Albo przystań…

     - Jesteśmy tak blisko brzegu?

     Skinął głową.

     - W dzień byłoby widać wyraźnie. Niestety, rankiem znowu oddalimy się od lądu. Ale na krótko. Teraz częściej będziemy widywać ląd.

     Próbowałem sobie przypomnieć mapę Morrowind i zorientować się, w którym miejscu możemy się znajdować. W końcu spasowałem.

     - To wyspa czy kontynent? – spytałem.

     - Stały ląd – odparł. – Ostatnią większą wyspę minęliśmy wieczorem. Następna dopiero na Morzu Topal, niedaleko Cyrodiil.

     - Którego dziś mamy?

     Roześmiał się, ale podał datę. Aż uniosłem brwi.

     - To tak długo to trwało?

     Okazało się, że od momentu wypłynięcia z portu minął już tydzień. To co wziąłem za wybrzeże Morrowind było w rzeczywistości Argonią – Czarnymi Mokradłami. Byliśmy znacznie dalej na południe niż myślałem. Musiałem stracić przytomność na dłużej niż mi się wydawało. Nic dziwnego, że ledwo stałem.

     - Zjedz coś – doradził marynarz.

     Z obrzydzeniem potrząsnąłem głową.

     - Zmuś się, bo do Cyrodiil dowieziemy tylko twoje zwłoki!

     Uparcie odmówiłem. Ledwo dałem rady napić się wody, a i tak czułem, że i ona podchodzi mi do gardła.

     - Musisz mieć czym rzygać – nalegał. – Wiem, to nic przyjemnego. Ale trzeba. Raz, drugi, czy może i trzeci zwrócisz to wszystko, ale trzeba uparcie jeść. W końcu się przyjmie a ty poczujesz się lepiej.

     Nie odpowiedziałem, ale choć robiło mi się niedobrze na samą myśl o jedzeniu, postanowiłem posłuchać jego rady. Może uda mi się zjeść jakiegoś sucharka. Zszedłem do ładowni. Właściwie to się do niej wturlałem, bo nie dałem rady utrzymać się na stromych schodach. Tam postanowiłem pomóc sobie Magią Przywracania. Trochę pomogło. Przywołałem więc Uzdrawiający Dotyk i rzuciłem porcję magii w stronę Lydii, ciężko oddychającej w koi obok. Otworzyła oczy.

     Minęło trochę czasu, zanim daliśmy radę wywlec się na pokład. Zjedliśmy po sucharze, maczanym w winie. I rzeczywiście, pierwsze suchary poszły za burtę, ale pomny rady marynarza spróbowałem jeszcze raz. Tym razem posiłek pozostał w żołądku. I naprawdę poczułem się lepiej!

     Tymczasem po lewej stronie niebo zaczęło jaśnieć. Wypiliśmy jeszcze po kilka łyków wina. Aż dziwne, ale zaszumiało nam w głowach, jakbyśmy wychylili po całym dzbanie. Cóż pusty żołądek i osłabienie. Mimo wszystko uznaliśmy, że lepiej będzie się położyć. Zeszliśmy na dół.

     Tym razem spałem spokojniej. Wciąż jeszcze było to na granicy jawy i snu, ale pozwoliło nabrać sił. Minęło południe, gdy Lydia obudziła mnie, pytając jak się czuję.

     - Lepiej – zapewniłem.

     - Zjesz coś?

     Poczułem nagle głód. To dobry objaw. Lydia podała mi menażkę z bogato okraszoną kaszą. Zapach podrażnił moje podniebienie.

     Nie chciało mi się wierzyć, że to ta sama nie doprawiona kasza, jaką rozdawano tu codziennie. Smakowała mi jak nigdy. Bujanie nie ustawało, ale nie wywoływało to już u mnie torsji. Lydii też wróciły rumieńce. Wyszliśmy na pokład.

     - O, jednak żyjecie! – roześmiał się Cronus. – A my już tu chcieliśmy się zabierać za szycie całunów!

     - Ale śmieszne – zgrzytnąłem zębami. – Już wiem, dlaczego ta podróż była taka tania.

     Roześmiał się w głos i poufale klepnął mnie w plecy.

     - Skoro przeżyłeś, nie jest źle! Każdy szczur lądowy przez to przechodzi, zanim zamieni się w wilka morskiego. Właśnie dostałeś pierwszą lekcję.

     - Mam nadzieje że ostatnią – westchnąłem. – Ledwo żyję.

     Kapitan polecił mi pójść do kambuza i poprosić o dwa kubki grogu. Zapewnił, że skoro już powstaliśmy z martwych, powinno nam to pomóc.

     - Czego?

     - Czego, czego… - przedrzeźniał mnie z wesołymi ognikami w oczach. – Zobaczysz!

     Postąpiłem zgodnie z jego radą. I nie wiadomo, co było gorsze – grog, czy morska choroba. Nie chodzi o smak. Napój był gorący, aromatyczny, słodkawy i pachnący miodem i korzeniami. W smaku całkiem przyjemny, choć ostry. Ale palił w gardle i odbierał dech. Wydawało mi się, że wlewam w siebie płynną lawę. Zakręciło mi się od niego w głowie. Ale rzeczywiście, dodał mi sił i animuszu. Zrobiło mi się ciepło, po raz pierwszy od wielu dni.

     Przez cały dzień dochodziliśmy do siebie. Stopniowo wracał nam apetyt, a wraz z nim siły. Ląd po prawej stronie zniknął wkrótce, a statek znów zmienił kurs, co poznałem po położeniu słońca. Wieczorem oświetlało już nie tylko prawą burtę, ale i część dziobu. Płynęliśmy na południowy wschód.

     Przez następne kilka dni wciąż mieliśmy po prawej ląd. To znikał w oddali, to znów się przybliżał, ale prawie cały czas był widoczny. Statek kilkakrotnie zmieniał kurs. Płynęliśmy teraz na zachód, aż pewnego ranka „Dreugh” skręcił na północny zachód. Wpłynęliśmy na Morze Topal. Kołysanie od razu się uspokoiło. Teraz było delikatne, choć wyczuwalne. Jednocześnie statek trochę zwolnił. Wiatr był tu wyraźnie słabszy, no i szliśmy częściowo pod wiatr.

     Od tego czasu Lydia nie odstępowała kapitana Cronusa, który wydawał się być tym faktem zachwycony. Zadawała mu mnóstwo pytań, na które starał się odpowiadać rzeczowo i dokładnie. Na pytanie, jak wielkie jest Morze Topal, uśmiechnął się.

     - To zwyczajowa nazwa. Topal jest właściwie zatoką.

     - I Leyawiin leży nad tą zatoką?

     - Nie do końca. Leyawin leży nad zalewem Dolny Niben, trochę dalej w głąb lądu.

     - To ten zalew jest tak głęboki?

     - To spory zalew – odparł Cronus. – Sięga aż do Cesarskiego Miasta. W okolicach Leyawiin jest najwęższy i najpłytszy, a i tak mogą tam wpłynąć pełnomorskie statki. Trochę ciasno, ale dają radę.

     - Niesamowite…

     - Wpływają nawet do Cesarskiego Miasta – odrzekł Cronus. – I to nie jakieś małe barkasy, tylko pełnomorskie galeony, większe niż ten.

     - Cesarskie Miasto jest pełnomorskim portem – dodałem. – W dodatku chyba największym w całym Cyrodiil.

     - A Leyawiin?

     - Do niedawna w ogóle portu tam nie było – odparł Cronus. – Tylko przystań. Trochę ją rozbudowano i teraz jest, choć niewielki.

     - Nigdy nie byłem w Leyawiin – przyznałem. – Wiem o mieście tyle, co z książki. I to starej, z czasów Kryzysu Otchłani.

     - No, to się zdziwisz! – roześmiał się. – Miasto rozrosło się od tego czasu. Może nie samo miasto, ale poza murami powstało wiele zabudowań. I jest wreszcie port z prawdziwego zdarzenia. Niewielki, ale funkcjonalny. Do tej pory, żeby dostarczyć towary, trzeba było płynąć aż do Bravil.

     - A w Bravil jest duży port? – spytała Lydia.

     - Miasto samo jest portem – odparłem. – Byłem tam kiedyś. Bardzo przypomina Pękninę. Przez środek miasta płynie kanał i mogą tam wpłynąć statki. Nawet zabudowa podobna.

     - Bravil mocno podupadło, po zbudowaniu portu w Leyawiin – przyznał Cronus. – Niewiele się tam dzieje. Większe ładunki wygodniej rozładować w Cesarskim Mieście.

     - Chciałabym to zobaczyć…

     - Przecież zobaczysz – otoczyłem ją ramieniem. – Już wkrótce.

     Rankiem następnego dnia ogarnęło mnie wzruszenie. Stałem na dziobie i wpatrywałem się w ląd przed nami. Zbliżał się wolno, niezauważalnie. Najpierw był po prostu ciemną smugą, przypominającą chmurę. Potem rozrósł się na boki i poszarzał, by po jakimś czasie zacząć nabierać kolorów. Najpierw zdał mi się błękitny, potem stopniowo zaczął zielenieć. Po raz pierwszy od niemal trzech lat, kiedy to po raz ostatni odwiedziłem swój dom, ujrzałem Cyrodiil. Ziemię, która mnie zrodziła. Jakbym ujrzał dawno nie widzianą matkę.

     Oczywiście, nasza podróż musiała przebiegać przez Brumę i moją rodzinną wioskę. Wiedziałem, że zostaniemy tam dłużej, w domu moich rodziców, których nie widziałem już tak dawno. A zanim to nastąpi, czeka mnie jeszcze nostalgiczna podróż po całej krainie – od najbardziej na południe wysuniętego skrawka lądu, aż do gór Jerall na północy, które stanowiły granicę ze Skyrim. Pokażę swojej żonie stolicę, pałac cesarza, Wieżę z Białego Złota i dobrze zachowane ayleidzkie ruiny, wciąż piękne i malownicze, pomimo zniszczeń, jakich dokonał czas. Zaprowadzę ją do świątyni Akatosha, gdzie wciąż wznosi się dumnie monumentalna statua boga-smoka, która jeśli wierzyć legendom, była skamieniałym awatarem cesarza Martina Septima. Przypomnę jej Brumę, miasto Nordów, które dotąd widziała tylko raz. I przede wszystkim przepiękne, gęste lasy, szeleszczące liśćmi, nie igłami.

     Usłyszałem czyjeś delikatne kroki za plecami. Nie musiałem odwracać głowy, by wiedzieć kto to. Wkrótce objęły mnie dwa ramiona i dwie smukłe dłonie legły na mojej piersi.

     - Całe Cyrodiil jest takie zielone? – spytała Lydia.

     - Prawie całe – odparłem. – Tylko na północy, w górach, jest białe. Zresztą. sama zobaczysz to na własne oczy.

     - Nie mogę się doczekać – szepnęła mi do ucha. – Chodź, musimy się przygotować do zejścia na ląd.

     Z trudem oderwałem oczy od lądu i podążyłem za nią do ładowni. Postanowiliśmy włożyć zbroje, by nie targać niezgrabnego tobołu. Z trudem też przekonałem Lydię, że nie należy pod nią wkładać bluzy.

     - Koszula zupełnie wystarczy – zapewniłem. – Jesteśmy w Cyrodiil. Tobie pewnie nawet w samej koszuli będzie za gorąco.

     Spakowaliśmy nasze rzeczy i wytargaliśmy je na pokład. W międzyczasie „Dreugh” zbliżył się do lądu na tyle, że było widać nawet pojedyncze drzewa.

Cyrodiil, zalew Dolny Niben. W oddali widoczne mury miasta Leyawiin. Ten właśnie widok zapewne tak bardzo wzruszył naszego bohatera

     Wkrótce wpłynęliśmy do czegoś, co wyglądało jak szerokie ujście wielkiej rzeki. W oddali majaczyły wysokie mury miasta, nad którymi górował zamek. Serce biło mi jak oszalałe. Jeszcze trochę, jeszcze chwila i będę w domu!

     Wkrótce statek sprawnie przybił do drewnianej kei pod murami miasta. Uścisnęliśmy ręce załodze i pożegnaliśmy się z nimi. Rzucono cumy, a potem drewniany trap. Lydia wyszła pierwsza, ja za nią. Gdy tylko dotknąłem stopą lądu, w oczach pojawiły mi się łzy wzruszenia. Nie mogłem się oprzeć. Zdjąłem rękawicę i schyliłem się do ziemi. Dotknąłem całą dłonią ciepłego, nagrzanego od słońca gruntu. Wziąłem w garść trochę czarnego, pachnącego wodorostami piasku, jakby było to czyste złoto.

     - Cyrodiil – szepnąłem przez ściśnięte gardło. – Wróciłem do domu…