czwartek, 19 stycznia 2017

Rozdział XIX – Twierdza Zabójczego Blasku

     Księga niewiele mi powiedziała. Zresztą, trudno to nazwać księgą. Wprawdzie tomisko było opasłe, ale zapisano tylko dwie pierwsze strony i kawałek trzeciej. Reszta kartek bielała pustką. Zapewne autor zamierzał napisać długą rozprawę, ale nie zdążył, lub poniechał swego zamiaru. To co napisał, wykaligrafował jednak bardzo starannie. Pierwsza litera stanowiła ozdobny i pełen fantazji inicjał.

     Choć niektórzy kręcili nosem na samą myśl o eksperymentowaniu z daedrycznymi artefaktami, a inni z miejsca ją odrzucali, udało mi się osiągnąć sukces tam, gdzie inni nawet nie próbowali. Czarna Gwiazda. Otworzyłem i przejąłem kontrolę nad najwyższym klejnotem duszy władcy daedr, Azury. W nim przechowam swą nieśmiertelność. Oto dowód na to, że śmiertelni mogą żyć wiecznie, tak jak mieszkańcy Otchłani. 

     Prześladują mnie wizje i głosy, które zesłała na mnie Azura. Niektórzy twierdzą, że oszalałem, ale ja znam prawdę. Nie ma żadnych świętości, kiedy chodzi o rozwój samej natury magii. Niech daedry zsyłają swoje nędzne wizje na mój umysł. Otrzymałem od nich pragnienie i niezłomną determinację, aby nie dopuszczać do siebie żadnej myśli o moralności.

     Ja i moi uczniowie stworzyliśmy nowe miejsce, wolne od ciekawskich spojrzeń tych prymitywów z Zimowej Twierdzy: fort Ilinalta. Zanim udaliśmy się na poniewierkę, przeprowadziliśmy kilka pomniejszych eksperymentów. Niektóre z nich wywołały zamęt na wyspie, ale dzięki innym, ruiny zachowały się w nienaruszonym stanie. Pod powierzchnią wód jeziora Ilinalta przeprowadzimy ostatni eksperyment, dotyczący Czarnej Gwiazdy.

     Tu rękopis urywał się. Dalej były już tylko czyste kartki.

     Rzuciłem księgę na półkę i zamyśliłem się. Niewiele się z niej dowiedziałem, ale potwierdziły się przynajmniej słowa Nelacara: Malyn pragnął nieśmiertelności i wszystko co robił, miało tylko ten jeden cel. Nie ma rady, trzeba odnieść artefakt właścicielce, w stanie takim, jaki był. Nawet przez chwilę nie myślałem o tym, by przekazać ją Nelacarowi. Potrafiłby ją naprawić i przerobić na Czarną Gwiazdę – tak przynajmniej mi się zdawało. Mógłbym ją potem zatrzymać i używać wielokrotnie. Ale czy warto było z tego powodu zawieść Azurę? Dusz istot rozumnych i tak nie zamierzałem więzić. To byłoby wstrętne. Nie potrzebowałem czarnych klejnotów. Pewnie, gdy jakiś znalazłem, brałem go, bo miał dużą pojemność, ale napełniałem go zawsze duszą zwierzęcia. Na cóż mi więc Czarna Gwiazda?

     Gdyby chodziło o inną daedrę, może nie miałbym skrupułów, choć nie wiadomo, czy starczyłoby mi odwagi. Ale to przecież była Azura!

     Długo jeszcze siedziałem na dole. Zamyślony, gapiłem się w dogasający ogień na palenisku. Tak miło jest patrzeć w ogień, będąc we własnym domu! Początkowo zamierzałem przerobić palenisko i zafundować sobie kominek, tak jak w domu Alvora. Ale gdy poznałem historię Wietrznego Domku, zrezygnowałem z tego. Niech pozostanie taki jaki był. I jakim zapamiętała go Lydia. Która w końcu wychyliła głowę znad schodów i spytała, jak długo mam zamiar jeszcze tam siedzieć.

     Nazajutrz wstaliśmy wcześnie. Lydia bez gadania zaczęła nakładać na siebie elfią zbroję, co przyjąłem z zadowoleniem. Wyruszyliśmy razem ze świtem. Tym razem prowadziła Lydia, znająca te okolice bardzo dobrze. Skręciliśmy na trakt do Zimowej Twierdzy i kroczyliśmy nim przez krótki czas, by wkrótce zboczyć w prawo, na wschód, gdzie za rozległym płaskowyżem majaczyły góry. Szliśmy ostrożnie, bowiem można tu było napatoczyć się na grubego zwierza. W płytkich zagłębieniach na swe ofiary czyhały czasem szablozębne koty. Po równinie biegały wilki, a mógł się też trafić niedźwiedź. Ale nie zaatakował nas żaden z tych drapieżników. Zrobił to zabójca o wiele groźniejszy.

     Właśnie dochodziliśmy do podnóża góry, gdy zza niej wysunął się smok. Strzelił w naszą stronę jęzorem mroźnej mgły i odleciał kawałek, tylko po to, by po zgrabnym nawrocie zaatakować znów. Pierwszą strzałę udało mi się władować mu jeszcze gdy leciał. Drugą, gdy zawisł nad nami. Szpikowaliśmy go ognistymi pociskami tak szybko, że nie miał czasu, by zionąć mrozem po raz drugi. Ja swoim szklanym Łukiem Pożogi, Lydia magicznym kosturem, wypluwającym z siebie kule ognia. Smok mrozu jest bardzo wrażliwy na ogień, toteż szybko nam uległ, a ja wchłonąłem kolejną smoczą duszę.

     Zdjąłem hełm i powachlowałem się tarczą.

     - Daleko jeszcze? – spytałem.

     Lydia potrząsnęła głową.

     - Ta ścieżka prowadzi do kotlinki, a stamtąd już blisko, za wzgórzem.

     Istotnie, ścieżka przez krótki czas pięła się w górę, by zamienić się w małą kotlinkę, otoczoną śnieżnymi szczytami. Przejść można było na północ, albo na wschód, przez przerwy między nimi. Lydia wskazała na wschód. I wtedy właśnie ujrzałem w oddali jakieś trzy postaci.

     - Kultyści? – mruknąłem niezadowolony, widząc długą szatę jednego z nich.

     - Thalmor – odparła Lydia. – Za nim jest dwóch żołnierzy.

     Istotnie, byli to Thalmorczycy. Justycjariusz w długim płaszczu i dwoje żołnierzy w elfich zbrojach, takich samych jak nasze. Szli w naszym kierunku, ostrożnie stawiając kroki i uważnie nam się przyglądając. Zapewne myliły ich nasze złociste blachy. Sądzili pewnie, że to jakiś inny oddział Thalmoru. Uśmiechnąłem się. Czeka ich rozczarowanie…

     Ale uśmiech zamarł mi na ustach, gdy idący na przedzie justycjariusz bez żadnego ostrzeżenia strzelił w moją stronę Lodowym Kolcem. Tylko refleks mnie uratował. W ostatniej chwili zdołałem się uchylić, odruchowo szarpiąc za łuk.

     O co tu chodzi? Dlaczego Thalmor mnie atakuje?!

     Te pytania miałem sobie zadać później. Na razie trzeba było się bronić.

     Thalmorczyk wyciągnął przed siebie dłoń. Jasne światło czarów mrozu zamigotało mu na ręce. Jednocześnie drugą dłonią wywołał magiczną barierę. Mimo to, kula ognia, wypuszczona przez Lydię z kostura, który wciąż trzymała w ręce, zdążyła go dopaść, zanim bariera się zamknęła. Na moje strzały bariera nie działała. Rozpoczął się pojedynek na lodowe kolce i szklane strzały. Lydia tymczasem chwyciła miecz i zajęła się dwoma żołnierzami, z którymi szybko sobie poradziła. Thalmorczycy byli zwinni i mieli świetną broń, ale brakowało im zwykłej, zwierzęcej, brutalnej siły, jaką dysponowali dobrze wytrenowani ludzie. I doświadczenia. Wyszkolony huskarl-weteran, oficer Cesarskiego Legionu, to była dla nich za twarda przekąska. Mnie również wystarczyły dwie celne strzały, by Thalmorczyk legł z rozciętym przez grot gardłem. 

     Spojrzeliśmy po sobie. Lydia wzruszyła ramionami i potrząsnęła głową. Też tego nie rozumiała.

     - Dlaczego oni nas napadli? – szepnęła. – Czyżby mścili się za ten epizod w ambasadzie?

     - Nie wiem – odrzekłem. – Zobaczmy, może coś przy nich znajdziemy.

     I znaleźliśmy! Justycjariusz miał przy sobie list. Napisany na czerpanym papierze, bardzo cienkim piórem, w jakich lubowali się rozmiłowani w kaligrafii Altmerowie.

     Zachowaj czujność!

     Pewien Cesarski, imieniem Wulfhere, jest wrogiem Thalmoru i szkodzi naszej działalności. Jeśli jego osoba rzuci się w oczy, masz pozwolenie na likwidację, bez względu na koszty.

     Uwaga! Jest to osoba wyjątkowo niebezpieczna i zaradna. Jeżeli trafisz w ręce miejscowych służb, nie będziemy w stanie ci pomóc.

     Ku chwale Dominium Aldmerskiego!

     Z trudem przełknąłem ślinę. To nie była pomyłka… To nie przypadek! Thalmor urządził na mnie polowanie! Wysłał za mną listy gończe… To już nie było Mroczne Bractwo. Z pojedynczym zabójcą dawałem sobie radę bez trudu. Ale tu miałem na karku potężną organizację, o ogromnych wpływach. Musiałem usiąść…

     - Zatłukę tę thalmorską sukę – syknęła Lydia. – Choćby mnie mieli za to ściąć.

     - O kim mówisz? – podniosłem wzrok.

     - O Elenven oczywiście – warknęła. – Nie udało się dyplomacją, to próbuje siły.

     Pokręciłem wolno głową.

     - Twierdzisz, że to nie ona? – spytała. – Kto w takim razie?

     Nie odpowiedziałem od razu, tylko siedziałem przez chwile na kamieniu, bezwiednie uderzając się kartką papieru po ustach.

     - Kto wiedział, dokąd idziemy? – spytałem.

     - Wiele osób – odparła. – Nie kryliśmy się ze swoimi zamiarami. Po pierwsze, Urag, ale chyba go nie podejrzewasz?

     - Tolfdir – dodałem. – Brelyna, Onmund, Faralda, Nirya, Savos...

     - Nie wydaje mi się żeby ktoś z nich…

     Podniosłem na nią oczy i uśmiechnąłem się.

     - Nikogo z nich nie podejrzewam – odparłem. – Ale skoro oni wiedzieli, to wiedział również…

     - Ancano! – wpadła mi w słowo. – No tak, to możliwe. Dlatego czekali właśnie tutaj.

     Pokiwałem głową. Mogłem się mylić, ale zbyt wiele elementów pasowało do tej układanki. 

     Lydia tymczasem wyciągnęła z plecaka trochę zapasów. Skoro już siedzimy, to była okazja, żeby się posilić. Wkrótce zresztą trzeba było zapomnieć o Thalmorze, przynajmniej na jakiś czas, bowiem cel naszej wędrówki ukazał nam się przed oczami.

     Sama twierdza nie była imponująca, ale stała tak blisko skały, że można było mieć pewność co do jej rozbudowanych piwnic i korytarzy, wykutych w skale i pod ziemią. Z pewnością wewnątrz była o wiele większa niż na zewnątrz. I na pewno musiała mieć drugie wejście. Zaczailiśmy się pod skałką, bowiem po dziedzińcu kręciła się jakaś postać w czarnej szacie. Jakiś mag. A raczej, czarownica, bo chyba była to kobieta… Nie, nie mieliśmy zamiaru traktować ich jak rozbójników! To byli być może odszczepieńcy, ale przecież nie byli przestępcami. Byli magami z Zimowej Twierdzy. Miałem nadzieję, że uda się uniknąć rozlewu krwi i jakoś się dogadamy.

Twierdza Zabójczego Blasku

     Ale się nie udało. Czarownica zauważyła nas. Bez ostrzeżenia strzeliła w naszą stronę mroźną burzą. To czar o wiele potężniejszy niż Lodowy Kolec. Gdybyśmy nie skryli się za skałką, byłoby z nami źle. Wyszedłem zza skałki i zamachałem rękami, dając znać, że nie chcę walczyć. Ale ku mnie popędziła tylko kolejna porcja mroźnej magii. Trafiła mnie w nogi i nagle poczułem, że nie potrafię zrobić nawet jednego kroku. Sparaliżowało mnie od pasa w dół. Nie było rady, zerwałem łuk z pleców. Z daleka wypuściłem elfią strzałę. Czarownica wydała tylko zduszony lęk i upadła na plecy. Jednak z okienka zawalonej budowli ku nam pomknął ognisty pocisk. To atronach ognia, pełniący zapewne straż, wspomógł swoją koleżankę. Udało mi się ustrzelić go przez wąski otwór w murze. Wybuchł, pozostawiając na murze garść soli ognia. Gdy tylko wróciło mi czucie w nogach, podreptałem niezdarnie w tamtym kierunku i zabrałem je, z myślą o Balimundzie. Potem podszedłem do czarownicy. Lydia podążyła za mną.

     Ciało czarownicy upadło w płytką nieckę. Gdy zbliżyłem się do niego i zerknąłem na twarz, mimowolnie wydałem z siebie zduszony jęk. To była młoda dziewczyna. Bardzo młoda. Miała nie więcej niż piętnaście lat. Moja, niestety, celna strzała wbiła jej się prosto w serce. Stałem jak skamieniały, gdy podeszła do mnie Lydia.

     Staliśmy w milczeniu dłuższą chwilę. W końcu Lydia położyła mi dłoń na ramieniu.

     - Jeśli kiedyś będziemy mieli dzieci, wykierujemy je na kupców – szepnęła. – Albo na rzemieślników. Na budowniczych, albo kowali, ale nie na wojowników…

     - Ze mną też tak miało być – odparłem przez ściśnięte gardło. – Miałem być kuchcikiem. A kim jestem? Mordercą dzieci…

     - Nie mów tak – objęła mnie z tyłu i przycisnęła do siebie. – Nigdy tak nie mów. Nawet rozbójnikowi uratowałeś kiedyś życie. Morderca tak nie robi.

     Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, wiem, że nie była to moja wina. Nie wiedziałem, że czarownica jest tak młoda – było za daleko. Poza tym, tylko się przed nią broniłem. Ale wtedy byłem tym tak wstrząśnięty, że chciałem rzucić łuk, wrócić do domu i na dobre zająć się kowalstwem. I to nie broni. Kułbym ćwieki, okucia do mebli, produkował zawiasy i zamki do drzwi. Kułbym żelazne, ozdobne kraty do palenisk i duże kotły, do gotowania w bogatych domostwach. A jedyne ostrza, jakie bym wyrabiał, to kuchenne noże. Byłbym przydatnym i pożytecznym człowiekiem, bez zabijania, bez cierpienia i bez niepotrzebnej walki.

     - A kto ocali świat przed smokami? – szepnęła Lydia. – Przed zbójami, przed wampirami i zdegenerowanymi magami?

     Trwało dobrą chwilę, zanim doszedłem jako tako do siebie. I to tylko dlatego, że Lydia pociągnęła mnie w stronę na pół zwalonych ruin, gdzie dostrzegła wejście do lochów.

     Do lochów schodziło się w dół, dość głęboko po schodach. Już pierwsza komnata była na pół zawalona i zalana wodą po kolana. Musieliśmy przecisnąć się wąskim przejściem, brodząc w zimnej i na dodatek niezbyt czystej wodzie.

Twierdza Zabójczego Blasku - podziemne przejście

     - Oby twoja droga doprowadziła cię do ciepłych piasków… - mruknęła Lydia, naśladując właściciela khajickiej karawany. – Masz swoje ciepłe piaski…

     Szybko jednak umilkła, gdy wskazałem jej w przejściu rozłożoną pułapkę na niedźwiedzie. Czego oni się tu spodziewali? Zdjęliśmy łuki z pleców i zaczęliśmy się skradać. Skoro są aż tak ostrożni, z pewnością będą tu mieli poustawianych strażników. Wiedzieliśmy już, że na dialog liczyć nie można.

     Następna komnata była większa, ale też zalana wodą. W tej wodzie leżały różne śmieci i porozbijane sprzęty. Poczułem także odór śnieżnego pająka. Delikatnie wysunąłem głowę z przejścia. Po lewej stronie znajdował się wysoki o dość rozległy taras. Prowadziły doń schody, zaczynające się po przeciwległej stronie komnaty. Na tarasie stała postać w czarnej szacie maga. Czarnej… A więc nekromanta…

     - Spróbuję z nim porozmawiać – szepnąłem Lydii na ucho. – Trzymaj łuk w pogotowiu. Jakby zaatakował, strzelaj.

     Skinęła głową. Wysunąłem się z przejścia i stanąłem naprzeciw maga.

     - Witaj! – zawołałem. – Możemy porozmawiać?

     Ale on nie chciał rozmawiać. Szybko jedną ręką przywołał czary ochronne, a druga zajarzyła mu się błyskawicą. Dobrze, że trochę potrenowałem czary ochronne w Akademii, dzięki czemu błyskawica nie zrobiła mi krzywdy. Jednak pogadać się nie dało. Lydia zlikwidowała maga jedną celną strzałą. Nie koniec na tym – po schodach zaczęły schodzić ku nam dwa pająki śnieżne. Jednego załatwiłem Płomieniem. Drugi dostał strzałę od Lydii.

Twierdza Zabójczego Blasku. Taras i schody, na których nasi bohaterowie ustrzelili maga i pająki

     Wspięliśmy się na taras. Za nim były schody, prowadzące w dół.

     - Uważaj – szepnąłem, pokazując na sam dół schodów, gdzie ujrzałem żelazną płytę naciskową. Jaką pułapkę uruchamiała, nietrudno się domyślić. W ścianach, po obu stronach, dostrzegłem złowieszcze otwory, wydmuchujące zatrute strzałki. Ominęliśmy pułapkę i stanęliśmy na rozdrożu. Przed nami krótkie schody w górę i jakieś drzwi. Po lewej schody w dół, prowadzące do jakiegoś większego pomieszczenia. Postanowiłem najpierw zbadać, co kryje się za drzwiami. Była to jednak tylko jakaś graciarnia, pełna starych ciuchów i innych sprzętów. Mimo wszystko, w zakurzonym kufrze znalazłem kilka sztuk złota. Schody w dół natomiast kończyły się kolejną pułapką. Na kamiennej posadzce ujrzałem błyszczącą Runę Mrozu. Ominąć jej nie sposób.

     Spojrzeliśmy po sobie. Wzruszyłem ramionami. Runy to była wyższa szkoła magii. Ja nie umiałem ich rzucać, ani nie wiedziałem, co trzeba zrobić, aby ją zlikwidować. Jedyny sposób, jaki znałem, to przyjąć na siebie magiczne wyładowanie, licząc na to, że nie jest tak silne, aby zabiło. Kilka razy zdarzyło mi się w nią przypadkiem wdepnąć, gdy jeszcze nie wiedziałem co to takiego, a wciąż jeszcze żyję. Po namyśle, wróciłem do graciarni i wyciągnąłem stamtąd jakąś starą, przetartą i na pół zjedzoną przez mole niedźwiedzią skórę. Rzuciłem ja na runę, ale ta nie wybuchła. Zrobiła to dopiero, gdy nastąpiłem na skórę. Podrzuciło mnie nieźle. Nogę mi zamroziło na chwilę, ale poza tym skóra osłabiła działanie mrozu na tyle, że nic poważniejszego mi się nie stało.

     Chwilę poczekałem, zanim ruszyłem dalej. A dalej korytarz rozszerzył się i zamienił w sporą, choć niską komnatę, zamienioną na więzienie lub miejsce trzymania groźnych zwierząt. Jedna ściana była zakratowana i podzielona na cele. Przypominało to zagrodę dla psów, ale w półmroku dostrzegłem w klatkach ludzkie postaci.

     Nie miałem jednak czasu im się przyjrzeć, bowiem odgłos magicznej eksplozji ściągnął w to miejsce dwóch magów. Jeden z nich był początkującym magiem lodu. Nie zdołał nam zrobić krzywdy, zanim sam zginął. Ale drugi miał na sobie szatę przywoływacza i nie trzeba było bystrości, żeby zauważyć, jak bardzo jest potężny. Cóż z tego, że lodowy mag zginął, skoro przywoływacz ożywił go na powrót? Znów mieliśmy przeciwko sobie dwóch przeciwników. Dominujący mag cisnął we mnie mroźną burzą, ale zdołałem się skryć za murem, zanim mnie dopadła, Lydia wypuściła strzałę. Nie miała czasu wycelować, więc trafiła go w płuca. Strzał nie był śmiertelny, ale wystarczył, aby mag zachwiał się i stracił oddech, dając z kolei mnie okazję do strzału, tym razem w pierś. Mag padł na posadzkę, a ożywieniec rozpadł się na jasny proszek. 

     Ostrożnie weszliśmy do więzienia. Było dość ciemno, bowiem na stole, znajdującym się w zaułku, płonął tylko jeden kaganiec. Trzy postaci, uwięzione w klatkach, powstały, gdy weszliśmy. Nieszczęśnicy… Zapewne nekromanci trzymali ich tutaj dla swoich ciemnych eksperymentów. Jak zwierzęta doświadczalne.

     Podszedłem do pierwszej klatki. Uwięziona kobieta nie podeszła jednak do krat, jak uczyniłby to zwykły, przerażony więzień, widzący w każdym wrogu swych oprawców wybawiciela. Przeciwnie, spoglądała na mnie dziwnie jarzącymi się oczyma, bez cienia strachu. Zapewne nekromanci odurzali ich jakimiś narkotykami, żeby zapewnić sobie spokój.

     Zamek nie był skomplikowany. Poradziłem sobie bez trudu. Ale gdy tylko otworzyłem drzwi, kobieta warknęła na mnie.

     - Z drogi, kupo mięcha!

     Zaskoczony cofnąłem się o krok, a wtedy ona, z nieprzytomnym błyskiem w oczach, odepchnęła mnie, wyprysła z klatki i popędziła ku drzwiom, po prawej stronie. Otworzyła je, odsłaniając przyległą komnatę. Z dzikim rykiem rzuciła się na dwoje magów, którzy się tam znajdowali. Czerwona mgła pojawiła się między jej ręką a magiem. A ja zrozumiałem nagle, z kim mam do czynienia i włosy stanęły mi na głowie.

     Więźniami były wampiry!

     Odskoczyłem od krat, jak oparzony. Tymczasem uwolniona przeze mnie wampirzyca zabiła już jednego z magów, zanim sama zginęła z rąk drugiego. A ten z kolei zaatakował nas. Był jednak tak osłabiony, że jedna strzała Lydii zupełnie wystarczyła, aby rozłożyć go na łopatki. Lydia ostrożnie zajrzała do sąsiedniej komnaty, podczas gdy ja stałem jak skamieniały, wpatrując się w dwie pozostałe wampirzyce. Bo, jak się okazało, wszystkie były kobietami. Pod czaszką przelatywała mi burza myśli.

     Skąd się wzięły? Czy zostały złapane przez przywoływaczy? A jeśli złapane, to czy już jako wampiry, czy też jako niewinne kobiety, na których dokonano później ohydnego zabiegu transmutacji? Czy mam je zabić, czy wypuścić? Ale dlaczego zabić, skoro nie tylko nic złego mi nie uczyniły, ale też nie zdradzały wobec mnie wrogich zamiarów? Z tej odległości mogły bez trudu zastosować czary wysączania. Uwolniony wampir nie zaatakował mnie, tylko magów… A jeśli przekształcono je w wampiry wbrew ich woli, zabicie ich byłoby czynem zgoła wstrętnym! Ale co z nimi zrobić? Wypuścić? Przecież to wampiry! Uwolnione będą zabijać…

     Wampirzyce nie ułatwiały mi zadania. Próbowałem z nimi porozmawiać. Wyjąłem z plecaka fiolki z miksturą uleczenia choroby. We wczesnej fazie wampiryzmu pomagały, choć patrząc na nie, doszedłem do wniosku, że tutaj już na to o wiele za późno. Bez skutku. W ogóle się nie odzywały, a gdy zbliżałem się do krat, ostrzegały mnie tylko niezbyt wyszukanymi słowami, abym się nie zbliżał. To był dowód jedynie na to, że nie chcą mnie skrzywdzić. Nie chcą! A to już było wiele. Mnie wystarczyło, aby nie podnieść na nie ręki.

     Tymczasem Lydia wróciła blada jak płótno, co było widać nawet pomimo półmroku. Wskazała sąsiednią komnatę i potrząsnęła głową, z wyraźną rezygnacją. Tknęło mnie złe przeczucie. Ostrożnie przeszedłem przez drzwi i stanąłem jak skamieniały, bowiem taka zdjęła mnie zgroza.

     Pomieszczenie było rzeźnią!

     Ale nie szlachtowano tu świń. Robiono to z ludźmi… Na kilku rzeźnickich stołach leżały zwłoki. Jakiś Nord, jakiś Khajit. Nawet wampir! Wiele w życiu widziałem. Nieraz znajdowałem się w środku bitwy, w której rozłupywano czaszki i wypruwano wnętrzności, ale jeszcze nigdy żaden widok nie przeraził mnie tak jak to. Przerażenie powoli przemieniło się w nienawiść. Wiedziałem już, że zabiję każdego przywoływacza, jakiego napotkam. Bez litości, bez miłosierdzia. Zasługują na śmierć o wiele bardziej niż bandyci, czy nekromanci. Ruszyłem w boczny korytarz, nieco słaniając się na nogach, bowiem krew odpłynęła mi z twarzy. Były tam schody, wiodące w dół. Na dole korytarz skręcał w prawo, a po chwili w lewo. Znalazłem się w kolejnym więzieniu…

     Nie zdążyłem jeszcze niczego zaobserwować, gdy ze schodów naprzeciwko wyprysł jeden z przywoływaczy. Ale nie biegł do nas, tylko w stronę trzech dźwigni, znajdujących się na środku okrągłej komnaty. Nie wiedziałem, co chce zrobić, ale doskonale zdawałem sobie sprawę, że owe dźwignie uruchamiają jakąś pułapkę. Dwie strzały dosięgły go jednocześnie, jeszcze zanim on zdołał sięgnąć dźwigni. Padł na plecy i już nie wstał.

     A ja omiotłem pomieszczenie wzrokiem.

     Po prawej stronie znajdowały się zakratowane cele. Po lewej ściana i szerokie schody, prowadzące w górę, do jakiejś bramy. Jeszcze bardziej po lewej tkwiły w ścianie drewniane drzwi, podobnie jak na wprost wejścia, którym się tu dostaliśmy. Na samym środku, jak już powiedziałem, znajdowały się trzy dźwignie, zamocowane na kamiennym postumencie.

Twierdza Zabójczego Blasku - więzienie

     - Proszę, błagam, wypuść mnie! – usłyszałem nagle jęk, dobiegający z prawej strony.

     Podeszliśmy do krat. W celi, niemal przyklejony do kraty, stał jakiś Altmer, w biednej szacie, noszącej resztki ozdob, charakterystycznych dla Akademii w Zimowej Twierdzy. Był przerażony, ale jednocześnie spoglądał na nas błagalnym wzrokiem, pełnym nadziei. Wbił mi w oczy błagalne spojrzenie i szepnął znów.

     - Musisz mnie wypuścić… Chcą mi zrobić coś okropnego. Szybko, zanim zjawi się ich więcej.

     Dwie łzy oderwały się od jego oczu i popłynęły po bladej twarzy. Oczywiście, że go tak nie zostawię! Ale wcale nie kwapiłem się do tego, by zrobić to szybko. Domyślałem się bowiem, z kim rozmawiam.

     - Ty jesteś Orthorn? – spytałem.

     Na dźwięk swego imienia, Orthorn ożywił się. Nadzieja rozjaśniła jego twarz.

     - Tak, tak! – przytaknął skwapliwie. – Przysłał cię arcymag Aren? Posłał cię na ratunek, prawda?

     Uśmiechnąłem się pod nosem. A więc to był sprawca całego zamieszania. Chociaż, oczywiście, nie miałem zamiaru zostawiać go w łapach przywoływaczy, pomyślałem, że dobrze byłoby uświadomić mu, jaki błąd popełnił. Niech jeszcze trochę potu wyleje ze strachu, to go nauczy rozsądku na przyszłość.

     Stanąłem przed kratą i założyłem ręce na piersi.

     - Jestem tu po księgi, które udało ci się ukraść z Akademii – wycedziłem zimnym tonem.

     Przestrach odbił się w jego oczach. Struchlał, jakby zobaczył kata.

     - Co?... Księ… Och… Ojejku!... – tyle zdołał z siebie wykrztusić, zanim opuścił głowę. – Nie powinienem ich brać, wiem – rzekł z pokorą. – To było głupie. Jestem idiotą…

     Przez chwilę trwał w tej pozycji, ale zaraz podniósł głowę i z nadzieją w oczach odezwał się proszącym tonem.

     - To już się nie powtórzy – obiecał. – Pomóż mi stąd wyjść, a ja pomogę ci w poszukiwaniach. Proszę!

     Obrzuciłem wzrokiem celę.

     - Dlaczego siedzisz w tej klatce? – spytałem.

     - Wrzucili mnie tutaj, abym czekał, aż będą gotowi, by wykorzystać mnie w jednym ze swoich eksperymentów – załkał. – To nie tak miało wyglądać… Myślałem, że potrzebny im pomocnik, a nie królik doświadczalny.

     - Gdzie ukradzione przez ciebie księgi?

     - Już ich nie mam – westchnął. – Wzięła je… Zaklinaczka. Ona mnie tu uwięziła…

     Znów przypadł do krat.

     - Proszę, wypuść mnie!

     Prosił głosem tak pełnym rozpaczy, że nie miałem sumienia trzymać go dłużej w niepewności. Spojrzałem na zamek, ale wyglądał zupełnie inaczej, niż zwykłe zamki, otwierane kluczem.

     - Jest jakiś klucz do tej klatki? – spytałem.

     - Nie! – w jego oczach błysnęła nadzieja. – To te dźwignie w środku. Uważaj, żeby nie pociągnąć złej!

     Przestroga była jak najbardziej na miejscu. W jednej z klatek uwięziono parę rosłych wilków, zapewne karmionych ludzkim mięsem z pobliskiej kaźni. Uwolnienie ich naraziłoby nas na niebezpieczeństwo. Zwłaszcza, że oba przypatrywały nam się ze śliną, kapiącą z mord. Podszedłem do dźwigni i chwyciłem środkową. Tak mi się wydawało, że powinna to być ta, bowiem Orthorn uwięziony był właśnie w środkowej celi.

     - Proszę, pospiesz się – poprosił Orthorn. - Nie chcę tu gnić…

     Jeden ruch ręką i klatka stanęła otworem. Orthorn otworzył szeroko oczy, jakby nie dowierzając, po czym wybiegł z celi i porwał mnie w ramiona.

     - Dziękuję! – krzyknął trochę za głośno. – Dziękuję! Obiecuję, że ci pomogę. A potem wrócę do Akademii i będę ich błagał, żeby mnie przyjęli z powrotem.

     Wierzyłem w jego dobre chęci, ale narwany i nieodpowiedzialny mag to przedostatnia osoba, jaką życzyłbym sobie mieć za plecami, w czasie skradania się po twierdzy. Ostatnią byłby wygłodniały wampir…

     Gdy piszę te słowa, teraz, po latach, nie mogę się powstrzymać od śmiechu. Naprawdę tak wtedy pomyślałem. Ale niedobrze jest zakładać się ze swoim losem. To bardzo szczwany gracz. Nigdy nie przypuszczałem, że przyjdzie mi jeszcze w życiu podróżować w towarzystwie najprawdziwszego wampira. Ale to zdarzyło się o wiele później. Nie uprzedzajmy faktów. Na razie stałem w więzieniu Twierdzy Zabójczego Blasku, z podekscytowanym Orthornem przed sobą i z całych sił wykręcałem się od jego towarzystwa.

     - Nie chcę twojej pomocy – pokręciłem głową.

     Rzucił okiem na nasze elfie blachy i zapewne wziął nas za aldmerskich oficerów, doświadczonych w takich walkach. Wiele się nie pomylił. Zrozumiał w każdym razie, że tylko by przeszkadzał.

     - Ach, rozumiem – skinął głową. – W takim razie pójdę tuz za tobą i będę bardzo cicho…

     - No więc, gdzie są te księgi? – spytałem niecierpliwie.

     - Tak, oczywiście… - uśmiechnął się. – Przecież mówiłem, że ci powiem, prawda? Ma je Zaklinaczka. Bardzo ją interesowała jedna z ksiąg. Choć nie na tyle, żeby mnie uwolnić…

     - Lepiej znajdź sobie jakieś bezpieczne miejsce – powiedziałem, wskazując na korytarz, którym przyszliśmy.

     - Nie potrzebujesz mojej pomocy? – spytał zdziwiony.

     - Pójdzie łatwiej, jeśli nie będziesz wchodzić mi w drogę – odparłem, starając się mówić pewnym głosem.

     Musiał wziąć mnie za kogoś naprawdę potężnego, bowiem nie czuł się urażony. Dosłownie, przygniotłem go swoim autorytetem, jakikolwiek sobie wyobraził.

     - Cóż – rzekł przepraszającym tonem. – Chciałem tylko pomóc… Dziękuję, sam się uratuję. Dziękuję za pomoc w wydostaniu się z tej klatki.

     Lydia poradziła mu iść przez lochy, w kierunku, z którego przyszliśmy. Zapewniła, że oczyściliśmy drogę i powinna być bezpieczna. Pożegnaliśmy się i Orthorn zniknął w przejściu. Chyba naprawdę zrozumiał swój błąd. Fakt, że koniecznie chciał pomóc, przywróciła mi w niego nieco wiary.

     My poszliśmy dalej. Brama nad szerokimi schodami była zamknięta i zaryglowana z drugiej strony. Sprawdziliśmy więc inne drzwi. Jedne prowadziły do ciasnego pomieszczenia, ale pustego. Dopiero drugie odsłoniły nam wąski korytarz i schody w dół.

     Przejście wiło się na prawo i lewo. W pewnej chwili zatrzymaliśmy się, słysząc jakieś głosy.

     - Start! – zawołał ktoś na dole.

     Rozległ się dźwięk, jakby huczącego wodospadu. Trwał chwilę i ustał. Poczułem na policzkach delikatną falę gorąca. 

     - Znowu! – ten sam głos.

     I ten sam dźwięk. Zrozumiałem, co to. Ktoś ćwiczył magię. To były Płomienie, ze Szkoły Zniszczenia. Zresztą, tajemniczy głos sam to potwierdził.

     - Dobrze – rozległ się. – Zrobimy krótką przerwę, a następnie przejdziemy do obszarowych czarów niszczących.

     Jak duchy zeszliśmy na sam dół. Naszym oczom ukazała się… Strzelnica! Prawdziwa strzelnica, o trzech stanowiskach, z ladą, wyznaczającą miejsce strzelca i manekinami, stanowiącymi cele. Tyle tylko, że przeznaczona dla czarów zniszczenia, a więc odległość od celu wynosiła zaledwie kilkanaście kroków.

     Trzech magów zlikwidowaliśmy strzałami, nie magią zniszczenia. I to z odległości znacznie większej. I szybciej…

     Po lewej znalazłem kolejne schody, ale tym razem w górę. Na górze krótki korytarz poprowadził nas w prawo i znów na schody. Wspięliśmy się po nich, by ujrzeć spore, podłużne pomieszczenie, wyglądające jak nawa jakiejś świątyni.

     Po bokach stały kamienne sarkofagi. Środek był wolny i prowadził do czegoś w rodzaju mównicy, skąd zapewne wygłaszano jakieś kazania, czy nauki. Na mównicy, o ile mogłem dostrzec, leżała jakaś księga. Tuż za nią stał mag w czarnej szacie, a obok niego zwyczajowy strażnik nekromantów – uzbrojony szkielet.

     Było dość daleko, więc na wszelki wypadek wybrałem elfią strzałę. Wycelowałem ponad głowę nekromanty i strzeliłem. Rozległ się złowieszczy syk i strzała głośnym plaśnięciem zaznaczyła trafienie. Mag nawet nie westchnął, tylko zwalił się na posadzkę, jak kukła. Ale szkielet nie rozsypał się, jak się tego spodziewałem. Zatem to nie wola zabitego nekromanty nadawała mu pozory życia. Musiał to być ktoś inny.

     Nie mieliśmy czasu na zastanawianie się, któż to może być, bo szkielet zorientował się w końcu, skąd padł strzał i ruszył niezdarnym biegiem w naszą stronę. Na domiar złego, z sarkofagów powyłaziły następne. Trzeba było się pospieszyć. Najpierw trafiłem biegnącego. Rozsypał się na poszczególne kości, z hukiem upuszczając ciężką tarczę i miecz. Potem wziąłem na cel najbliższego. To samo. Trzeciego przetrąciła Lydia. Ja zestrzeliłem kolejnego prawie jednocześnie w tej chwili, gdy ostatni rozsypał się od strzały mojej żony.  Droga była wolna.

     Podszedłem do mównicy. „Wskrzeszenie Zombie” – głosił tytuł, a na okładce widniał znak Szkoły Przywołania. Nie miałem zamiaru zajmować się nekromancją, więc nie traciłem czasu na zapoznanie się z zaklęciem, ale księgę zabrałem. Oddam ją Uragowi, albo jakiemuś magowi z Akademii.

     Schody za mównicą skręcały w lewo i prowadziły pod górę. Korytarz wił się i skręcał to na prawo, to na lewo, aby doprowadzić nas do wielkiej komnaty. Dwóch przywoływaczy odprawiało tam jakieś swoje ciemne obrzędy. Jakiekolwiek one były, nie dokończyli ich…

     Na posadzce widniał magiczny pentagram, z ustawionymi na rogach klejnotami duszy. Jakikolwiek był to rytuał, wymagał potężnej magii.

     Przyległe pomieszczenie było zapewne miejscem spotkań i posiłków. Było całkiem przytulnie umeblowane i nawet ogień płonął na kominku. A prowadziło ono do następnego, w którym napotkałem kogoś, kogo jeszcze nie widziałem. Na schodach stała dziwaczna postać. Zbudowana ni to z kamieni, ni z ciemnych, burzowych chmur. Wysoka jak dwóch ludzi i potężnie zbudowana. Między członkami jej ciała co jakiś czas błyskały wyładowania. Wiedziałem, co to, bo w Akademii pokazano mi to na obrazku, ale po raz pierwszy miałem okazję na własne oczy ujrzeć Atronacha Burzy.

     To był dość groźny przeciwnik, ale nie dla zręcznego strzelca. Eksplodował już po trzeciej strzale. Nie zginął, oczywiście, bo daedry – a atronach jest daedrą – nie giną, tylko zostają odesłane z powrotem do Otchłani.

     Długo jeszcze włóczyliśmy się po zamku. Przeszliśmy jeszcze wiele korytarzy i pomieszczeń, ale w końcu dotarliśmy do celu. To nie mogło być nic innego. Naszym oczom ukazały się nagle drewniane drzwi na końcu korytarza, a przed nimi na straży stal Atronach Ognia.

     Każdy Atronach ma w sobie jakieś swoiste piękno, choćby wynikające z bijącej od niego potęgi. Ale Atronach Ognia był z nich zdecydowanie najpiękniejszy. Ognista postać, lekka i zwiewna, jakby kobieca, poruszająca się z niesamowitym wdziękiem. Jak dobrze, że nie można go zabić. Nie lubię zabijać piękna. Ale odesłać go strzałą do Otchłani, to co innego. To zrobiłem bez mrugnięcia okiem. Za drzwiami były schody, prowadzące do komnaty rytualnej.

     Miałem rację, to było wejście do komnaty Zaklinaczki. Od razu ją poznałem, choć nie widziałem jej nigdy przedtem. Komnata była obszerna, na planie koła. Pod ścianą stały postumenty, na których rozłożono po jednej księdze. Jeden z postumentów znajdował się też na środku, a za nim stała rozwścieczona Altmerka w kapłańskiej szacie.

     Zmroziła nas spojrzeniem, gdy tylko weszliśmy, ale mnie nie zwiodła. Dojrzałem w jej oczach strach. Bała się nas, bez dwóch zdań. Skoro zaszliśmy tak daleko, pokonując tylu strażników i magów, wcale nie najsłabszych, musieliśmy być kimś, z kim nawet ona sobie nie poradzi, choć z pewnością była najsilniejsza z obecnych tu magów.

     Ale była sama. A nas było dwoje…

     - A więc to tobie zawdzięczam włamanie i zniszczenie tylu projektów – odezwała się, bez żadnych wstępów, bardzo ostrym głosem.

     Zadziwiające… Pomimo ostrego tonu, jej głos brzmiał bardzo przyjemnie. Głęboki, dźwięczny, w innych okolicznościach mógłby się wydać zmysłowy. I to zapewne dlatego nie uśmierciłem jej od razu, choć wciąż miałem przed oczami ludzką rzeźnię, jaką znaleźliśmy na dole.

     - Kim jesteś? – spytałem chłodno.

     Spojrzała na mnie uważnie.

     - Imiona nic już nie znaczą – odparła ostrożnie. – Możesz mnie zwać Zaklinaczką… Masz jakiś dobry powód robienia takiego bałaganu?

     No proszę… Dokonałem spustoszenia wśród jej współpracowników, a ona nazywa to bałaganem! Czyżby tak niewiele dla niej znaczyli? Cóż, nekromanci rzadko kiedy cenili ludzkie życie, poza własnym.

     - Jestem tu po księgi z Akademii – odparłem krótko, podchodząc do niej całkiem blisko.

     - A, więc należysz do gromadki popychadeł Arena? – jej twarz wykrzywiła się w szyderczym grymasie. – Jestem rozczarowana, bo widziałam w tobie potencjał.

     Wzruszyłem ramionami. Nie obchodziło mnie, co we mnie widziała. W Akademii miałem do załatwienia poważniejszą sprawę, niż jej rozczarowania. A do tego potrzebowałem ksiąg. Sięgnąłem po tę, która leżała przed nią, ale z wściekłością wyrwała mi ją z ręki.

     - Przychodzisz tu – syknęła. – Zabijasz moich pomocników. Niszczysz moją pracę. Jestem poirytowana – słowo „poirytowana” wycedziła w taki sposób, jakby mówiła do małego dziecka. – I nie wydaje mi się, bym zechciała coś ci dawać!

     Położyłem rękę na gardzie Zguby Smoków.

     - Pozwól mi odejść z księgami – powiedziałem wolno, - a skończą się kłopoty.

     Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Lydia wolnym krokiem podeszła do nas i stanęła po mojej lewej stronie. Zaklinaczka spłoszyła się nieco, ale próbowała nie dać po sobie poznać.

     - W porządku – odezwała się ledwo dostrzegalnie drżącym głosem. – Zabieraj je i wynoś się! Nigdy tu nie wracaj, albo spotka cię mój gniew!

     Omal się nie roześmiałem. Ale nie chciało mi się z nią dyskutować. Po prostu obszedłem komnatę i zabrałem wszystkie trzy księgi, rozłożone na postumentach. Zerknąłem na tytuły. „Noc łez”. Coś mi to mówiło… Czy to nie Tolfdir wspomniał o Nocy Łez? To wtedy Dunmerowie zniszczyli Saarthal? „O Artaeum”… Ta nazwa też wydała mi się znajoma i chyba też wspomniał o niej Tolfdir. Jedynie trzeci tytuł, „Ostatni król Ayleidów”, nic mi nie mówił.

     Wychodząc skinąłem Zaklinaczce głową. Nie poruszyła się. Stała jak zamurowana, wpatrzona w nas na poły z wściekłością, na poły z jakimś rodzajem podziwu i zazdrości.

     Wyszliśmy z twierdzy innym wyjściem. Głównym. Prosto w pachnący rosą i świerkowym igliwiem pogodny wieczór.

     - A co z wampirami? – spytała Lydia.

     - Nie wiem – wzruszyłem ramionami. – Naprawdę nie wiem. Wypuścić ich nie można. Zabić? Jakoś nie mam sumienia.

     - Może spotkamy jakiegoś Strażnika Stendarra? – zamyśliła się. – Powiemy mu, jak sprawa stoi i niech się tym zajmie.

     - Oni potrafią z tego uleczyć… - mruknąłem. – Ale czy te wampirzyce zechcą?

     - Lekarstwo albo śmierć – Lydia wzruszyła ramionami. – Ty byś się zastanawiał?

     - Ja nie… - mruknąłem. – Ale ja nie jestem wampirem.

     W jak złą godzinę to powiedziałem, miałem przekonać się dopiero nazajutrz.

środa, 11 stycznia 2017

Rozdział XVIII – Głębia Ilinalty

     Wstałem wcześnie. Obudziłem się i już nie mogłem zasnąć. Delikatnie okryłem Lydię, ubrałem się i zszedłem na dół, starając się nie robić hałasu.

     Wziąłem do rąk płytowy kirys Lydii i dokładnie obejrzałem uszkodzenie. Cóż, da się wyklepać i załatać, choć będzie z tym trochę roboty. Uderzenie było naprawdę potężne. Trzeba będzie zupełnie wypruć wyściółkę i dokuć jakąś łatę na gorąco. Wyściółka też była uszkodzona, trzeba ją wymienić na nową. Uniosłem zbroję w górę i zważyłem ją w rękach. Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Jak ona może dźwigać na sobie taki ciężar? Męczy się dwa razy bardziej, niż to potrzebne. Może zdołałbym ją namówić na zmianę upodobań? W skrzyni na górze leżała znakomita, kompletna elfia zbroja, przerobiona specjalnie na nią. Równie mocna, jak jej płyty i bez porównania lżejsza, W dodatku bardziej elastyczna, bowiem osłona brzucha nie stanowiła blachy, tylko składała się z kilku elementów, zachodzących na siebie na podobieństwo rybich łusek. To umożliwiało zginanie się w pół i skręcanie tułowia na boki. Sam takiej używałem i nie zamieniłbym jej na żadną inną. Ale moja uparta Lydia koniecznie chciała nosić zbroję stalową, jak przystoi huskarlowi, twierdząc, że w niej czuje się najlepiej.

     Przywiązanie Nordów do stali graniczyło z głupotą. Żaden prawdziwy Nord nie używał innej broni niż stalowa. Stal, owszem, to bardzo wdzięczne i mocne tworzywo, ale przecież skoro był dostęp do lepszych, dlaczego z nich nie skorzystać? Dała się namówić na szklany łuk i elfi miecz, potem jeszcze na ebonowy topór, odebrany jednemu z draugrów. Może zgodzi się też na elfią zbroję?

     Było jeszcze na tyle wcześnie, że nie chciałem hałasować młotem. Ale mogłem już rozpalić i rozgrzać palenisko. Adrianne odpadnie rano jedna czynność do zrobienia. Już dawno pozwoliła mi „raz na zawsze” korzystać ze swej kuźni, gdy tylko będę miał na to ochotę, byle potem ułożyć wszystkie narzędzia tak jak były. Cóż, nikt nie lubi, gdy mu przybory do pracy giną. Za moją sprawą trochę się rozmnożyły. W czasie moich wędrówek udało mi się znaleźć kilka ciekawych narzędzi, które dołączyłem do kompletu Adrianne. Traktowała mnie więc jako kogoś w rodzaju wspólnika. Tylko materiały musiałem mieć swoje, ale z tym nigdy nie było problemu. Zaopatrzenie w mieście działało znakomicie.

     Włożyłem na siebie kowalski fartuch i chwyciłem zaklęte rękawice. Chyba zaklęte… Znalazłem je kiedyś w skrzyni z łupami rozbójników. Pozwalały na bardzo precyzyjne uderzenia młotem i sprawiały, że ręce nie męczyły się tak szybko. Sam już dziś nie wiem, czy nie były po prostu wygodne, czy rzeczywiście miały nałożone jakieś zaklęcie, ale pracowało mi się w nich bardzo dobrze.

     Nie zdążyłem jednak wyjść, gdy z góry zeszła Lydia i wciąż nieco zaspana klapnęła na krzesło obok mnie.

      - Powinnaś wypocząć – uśmiechnąłem się. – Nie dalej jak wczoraj byłaś ranna w walce.

     - Czuję się dobrze – ziewnęła. – A im prędzej wyruszymy, tym lepiej.

     - Nie tak szybko – pokręciłem głową. – Twój kirys zabierze mi trochę czasu. Nie prędzej niż za kilka dni. Chyba, że…

     Spojrzała na mnie zaciekawiona.

     - Chyba że tymczasem włożysz coś innego – dokończyłem. – Wiem, że wolisz stalową zbroję, ale może na tę jedną wyprawę spróbujesz elfiej?

     Grymas niezadowolenia przebiegł przez jej buzię, ale po chwili wzruszyła ramionami.

     - Przymierzę…

     Uniosłem się z miejsca.

     - Ale dopiero po śniadaniu – dokończyła. – To co tam przygotowałeś?

     - Jeszcze nic – odparłem. – Sam jeszcze nie jadłem.

     - I już się bierzesz za młot? – pokręciła głową. – Ściągaj to przypalone wdzianko, zaraz coś przygotuję.
Chcąc nie chcąc, zdjąłem z siebie skórzany fartuch. Rękawice powędrowały z powrotem do szuflady, Lydia tymczasem zakrzątnęła się przy kuchni. Nie miała wielkiego talentu w tym kierunku, więc przygotowywała raczej proste potrawy. Ale i tak lubiłem, gdy coś upichciła. Sprawiało jej to przyjemność. Mnie też. Poza tym, naprawdę się starała, często przesiadując u Fuldy i Balbusa w gospodzie i dopytując się o różne przepisy.

     Tym razem po prostu pokroiła chleb i przypiekła kromki na blasze, przykrywając je resztkami wczorajszej potrawki i kawałkami sera. Smakowało to wyśmienicie i przyjemnie chrupało między zębami. Tyle smaku za tak niewiele! A potem przyszła pora przymiarki. Zbroję tę zdobyliśmy dawno temu, ściągając ją z jakiegoś złodzieja. Hełm znalazłem gdzieś indziej, nie pamiętam już gdzie. Rękawice leżały w jednym z niezliczonych kufrów, jakie spenetrowałem w czasie swoich wędrówek, a buty po prostu kupiłem od jednej z zaznajomionych khajickich karawan kupieckich, która często rozbijała namioty pod Samotnią. Przez wiele dni, korzystając z wolnych chwil, przerabiałem to wdzianko, by dopasować je do figurki mojej ukochanej.

     Buty pasowały idealnie. Wcale nie musiałem ich przerabiać. Nawet wyściółka była w porządku. Ci Khajitowie na ogół byli uczciwymi kupcami i nie wciskali wybrakowanego towaru. To samo rękawice. Lydia miała małe stopy i szczupłe dłonie o długich palcach, zupełnie jak elf, więc żadna przeróbka nie była potrzebna. W hełmie zmieniłem tylko wyściółkę, bo poprzednia była w strzępach i zastosowałem wynalazek Adrianne – wkładki, wzmacniające dźwięk. Zadbałem przy tym, aby nic nie przesłaniało jej widoku, bowiem to potrafiło zniechęcić ją do każdego hełmu. Przy samej zbroi napracowałem się trochę bardziej, bo musiałem dopasować ją do jej rozmiarów. Pamiętam, z jakim drżeniem poprawiałem napierśnik, wyobrażając sobie, jak wkłada go na siebie. Nie ukrywam, że to była przyjemna robota, podszyta sporą dawką delikatnego i nieśmiałego jeszcze wtedy erotyzmu.

     I teraz, gdy pomagałem jej włożyć skorupy, nie mogłem się oprzeć, by jej nie objąć i pocałować w kark. Drgnęła jak kot, którego niespodziewanie się pogłaszcze. Gdy zapiąłem ostatni pasek, odszedłem o kilka kroków i przyjrzałem jej się uważnie.

     - Wyglądasz prześlicznie – odezwałem się. – A jak się w tym czujesz?

     - Ta zbroja nic nie waży – westchnęła. – Czuję się jakbym była naga.

     Pogładziłem ją po włosach.

     - Nie masz pojęcia, jak pięknie wyglądasz naga – szepnąłem jej do ucha. – Przymierzysz hełm?

     Z niechęcią włożyła na siebie złocisty hełm. Pokręciła trochę głową na boki.

     - Nie zasłania widoku – mruknęła. – Taki mogłabym nosić…

     A potem zrobiła kilka skłonów i wypadów, by stwierdzić, że zbroja jest całkiem wygodna i w zasadzie może być na ten jeden raz. Wymogła tylko na mnie obietnicę, że stalowy, płytowy kirys zostanie naprawiony niezwłocznie po powrocie. Obiecałem. I tak miałem zamiar go naprawić, choćby jako pamiątkę, gdyby jednak przekonała się do elfich blach.

     Późnym rankiem wyszliśmy przed bramę i skręciliśmy w lewo, na wschód. Szliśmy szybkim krokiem, ale nie na tyle szybkim, aby nie móc trzymać się za ręce.

     - Wyglądamy jak altmerscy kochankowie – mruknęła, spoglądając na swoją zbroję i przy okazji na moją. – Mamy takie same wdzianka.

     Wcale mi to nie przeszkadzało.
Wulfhere i Lydia w elfich zbrojach pod Białą Granią. Wbrew powszechnej opinii, tej fotografii nie wykonano w czasie wyprawy do Głębi Ilinalty. Świadczy o tym tarcza Lydii, zdobyta później. Zdjęcie wykonał któryś z khajickich kupców

     Przeszliśmy przez skrzyżowanie i skierowaliśmy się w górę, w stronę Rzecznej Puszczy. Miałem okazję potrenować Zniszczenie, gdy zaatakował nas wilk. Potraktowałem go Błyskawicą. Zdążył jeszcze zaczepić mnie kłem, ale trafił w zbroję i nie zdołał uczynić mi żadnej krzywdy. Sam byłem zdziwiony, że tak pewnie trafiłem go magicznym wyładowaniem. Jednak to prawda, że ćwiczenia czynią mistrza. Odtąd na zmianę używałem błyskawic, ognia i mrozu w każdym starciu z mniej groźnym przeciwnikiem, a na Lydii wymogłem obietnicę, że będzie wkraczała dopiero w ostateczności. No, powiedzmy, wyprosiłem…

     W Rzecznej Puszczy urządziliśmy sobie krótki postój. Przywitałem się ze swymi przyjaciółmi, kowalem Alvorem i kupcem Lucasem. Chwilę pogadaliśmy, ot tak, o niczym. Ale poprawiło mi to humor. Dobrze jest wiedzieć, że są gdzieś ludzie, którzy uśmiechają się na mój widok.

     Po wyjściu ze sklepu Lucasa, Lydia, ku memu zdziwieniu, skręciła w prawo, w drogę, którą przyszliśmy.

     - Dokąd idziesz? – spytałem.

     - Głębia Ilinalty jest po drugiej stronie jeziora – odparła. – Chcesz płynąć? Ja wolę przejść mostem.

     Cóż, poszedłem za nią na most, a za mostem skręciliśmy w lewo i poczłapaliśmy wzdłuż nurtu Białej Rzeki. Nie było tu drogi, ani ścieżki. Teren był nieco podmokły – jak to przy rzece – i można było spotkać wiele zwierząt, które żyły tu sobie w spokoju. Kilka krabów błotnych, kilka łosi, lisy, zajączki… Co ciekawe, ptaków było tu bardzo niewiele. Do celu nie było daleko, ale droga nie należała do łatwych. Trzeba było przedzierać się przez gąszcz splątanych korzeni i krzaków, uważając wciąż, by ziemia nie obsunęła się spod stóp, co groziło zimną kąpielą w rzece. W dodatku naszła mgła i jedynie fakt, że brzeg rzeki był naszym drogowskazem sprawił, że nie zabłądziliśmy w tym gąszczu. Dlatego do celu doszliśmy dopiero późnym popołudniem.

     - Przecież to wszystko jest zatopione! – odezwałem się zdumiony. – Co tu się stało?

     Przede mną stały ruiny jakiegoś niedużego zamku. Ale stały w wodzie. Ponad powierzchnię wystawała jedynie wieża i fragment stołpu.

Głębia Ilinalty - widok z zewnątrz

     – Ten zamek stał kiedyś nad rzeką – odparła Lydia. - Ale dawno temu, niedaleko Rzecznej Puszczy, tam gdzie teraz jest wodospad, obsunęła się skała i zatamowała rzekę. Woda wzbierała i wzbierała, aż powstało jezioro.

     - Jak dawno?

     - Nie wiem – wzruszyła ramionami. – Dawno. Moi rodzice nie pamiętali już, żeby tego jeziora nie było.

     - I jezioro zalało zamek – pokiwałem głową. – Tylko jak my się tam mamy teraz dostać do środka? I po co, jak to wszystko zalane? To robota dla nurka…

     Przeskoczyłem po ruinach murów na coś, co wyglądało na sklepienie nad jakimś zalanym pomieszczeniem. Teraz niewiele wystawało ono ponad powierzchnię jeziora. Obok stał masywny stołp, który wydawał się nienaruszony, ze sterczącą w górę wieżą, ale wejścia do niego nie było, przynajmniej nie znad powierzchni wody.

     Lydia tymczasem znalazła jakąś klapę. Uchyliła ją i zajrzała do środka.

     - Wulf, tam jest wolna przestrzeń! – zawołała. – To wcale nie jest zalane!

     Zajrzałem. Rzeczywiście, ujrzałem drabinę, prowadzącą w dół, do całkiem przestronnej komnaty. I wcale nie zalanej wodą! Woda była tylko na dnie, kilka dobrych wysokości człowieka poniżej poziomu jeziora.

     - Idziemy? – spytała Lydia, wpatrując się w prostokątny otwór. – Wygląda bezpiecznie.

     - Ryzykując, że mur pęknie i woda nas zaleje – mruknąłem. – Idziemy!

     Do dziś nie wiem, jak to możliwe, że komnaty poniżej poziomu jeziora nie zostały przezeń zalane. Woda oczywiście wdzierała się wieloma nieszczelnościami, ale gdzieś uciekała. Nie wiem, gdzie. Może zamek miał głębokie lochy, połączone z jaskiniami, jak zamek w Helgen i cała woda po prostu uciekała z niego przez jakieś ujście, leżące poniżej. Gdybym miał zgadywać, ujścia tego szukałbym pod wodospadem obok Rzecznej Puszczy.

     Nie powiem, że bez strachu zszedłem po tej drabinie. Niepewnie stanąłem na dnie, po kostki w wodzie. Czułem się nieswojo, mając nad głową olbrzymie ilości wody. Komnata miała kształt rotundy. I wcale nie była szczelna. Po ścianach z głośnym szumem spływały srebrne kaskady. Na środku ktoś umieścił drewniany słup, a na nim...

     - Okropność – prychnęła Lydia. – Trzeba być potworem, żeby zrobić coś takiego.

Głębia Ilinalty - pierwsza komnata. Szkielet pozostawiono na miejscu kaźni, ku pamięci zamordowanego rybaka.

     Na słupie, rozpięty w śmiertelnej pozie, tkwił przykuty szkielet jakiegoś nieszczęśnika. Zginął zapewne męczeńską śmiercią wiele lat temu, bowiem kości bielały, jakby ktoś lub coś dokładnie oczyściło je z mięsa. Pod słupem, w wodzie dojrzałem ciemny kształt. Był to zbutwiały i rozlatujący się plecak, jednak wciąż był pełen. Nie musiałem go otwierać – sam się rozdarł. Pod nogi wysypały mi się jakieś nadgniłe resztki odzieży, jakiś nóż, kilka złotych monet i oprawiony w skórę, wyświechtany dziennik. Z trudem otworzyłem pozlepiane kartki. Woda rozpuściła inkaust i pismo zamieniło się w nieczytelne plamy. Tylko jedna strona cudem zachowała się w stanie, dającym się odcyfrować. Zbliżyłem ją do pochodni Lydii i zacząłem czytać.

     Coraz trudniej o przyzwoity połów. Jeśli wkrótce nie znajdziemy miejsca, obfitującego w ryby, możemy nie przetrwać kolejnej zimy. Dlatego udaję się na południe, w kierunku zalewu Ilinalta. Powiadają, że jest przeklęte. Pewnego dnia zatonął tam cały cesarski fort i od tego czasu w ruinach straszy. Tak mówią…

     Dalej był nieczytelny, rozmyty fragment, Dopiero ostatni akapit dał się odczytać.

     Kiedy pytam o jezioro, słyszę tylko opowieści o duchach. Historie tych, którzy poszli nad jezioro i nigdy nie wrócili. Mówią, że korytarze utopionego fortu nawiedzają upiory, porywające dzieci z kołysek. Żaden z wieśniaków nie chciał mnie tam zaprowadzić za żadną cenę, dlatego idę sam, posuwając się wzdłuż Białej Rzeki.

     Strzeżcie mnie, Bóstwa. Oby te opowieści nie były prawdziwe…

     Dalej już nic nie dało się odczytać. A i przeczytane przeze mnie fragmenty zaczęły się rozmazywać, gdy woda, ściekając z karty, ciągnęła za sobą czarną smugę inkaustu. Odłożyłem dziennik na kamienny fragment zawalonego muru i poleciłem duszę rybaka Arkayowi. To chyba jego szkielet wisiał tutaj, ku przestrodze śmiałkom, którzy odważyliby zagłębić się w te korytarze.

     - Przynajmniej wiemy, że to nie żadne upiory – mruknęła Lydia. – To zrobili ludzie.

     Jacy ludzie, nietrudno było się domyślić: rozbójnicy, albo nekromanci. Stawiałbym na tych drugich, bo śmierć zadano mu z wymyślnym okrucieństwem, a szkielet dokładnie oczyszczono, jakby ktoś potrzebował ludzkich organów do swych ciemnych eksperymentów.

Głębia Ilinalty - wnętrze zatopionego zamku

     Za słupem było przejście do innej komnaty. Na jej szczycie znajdował się balkon, ale za wysoko, by się tam wspiąć. Za to po lewej stronie odchodził od niej korytarz, prowadzący w dół. Na samym dole skręcił w prawo i zamienił się w nieduże pomieszczenie. Było ono umeblowane, a przy stole siedziała ciemna postać, w czarnej szacie.

     Nekromanta!

     Pomny niedawnego widoku nieszczęsnego rybaka, nie znalazłem w sobie nawet odrobiny litości. Posyłając mu dwemerską strzałę w skroń, uczyniłem dla niego więcej, niż on uczynił dla swej ofiary – ja przynajmniej zadałem mu szybką śmierć, bez niepotrzebnych tortur i znęcania się nad nim.

     Rumor upadającego ciała i krzesła zwabił jednak dwóch następnych. Z korytarza naprzeciwko wychynęły dwie postaci, przywołując czary ochronne, które okryły ich ciała magiczną barierą.

     Ale bariera nie najlepiej sprawdza się przeciwko ostrzom. Roznieśliśmy ich na mieczach, bez trudu, pomimo, że oboje zostaliśmy trafieni magią mrozu. Trzecia postać nie była trudnym przeciwnikiem. Za nekromantami przybiegł bowiem szkielet, uzbrojony w miecz i tarczę – specyficzna straż nekromantów, powszechna w każdym miejscu ich podejrzanej działalności. Cios Lydii w miejsce, gdzie kiedyś znajdowało się gardło, zniszczył magiczną siłę, trzymającą go w kupie. Kościotrup z chrzęstem rozsypał się na pojedyncze kości, które zaklekotały na kamiennym murze.

     Korytarz prowadził do obszernego pomieszczenia, w którym urządzono refektarz. Stał tam długi stół, zastawiony talerzami i sztućcami oraz kagankami i nawet wazonem z kwiatami. Po obu stronach kopciły dwa kominki, co bardzo mnie zdziwiło, bowiem w takim razie nad powierzchnią jeziora powinien pojawić się dym, a niczego takiego nie zauważyliśmy. Może z powodu mgły… Na przeciwległej ścianie znajdowało się przejście do jakiegoś niewielkiego pomieszczenia, a obok drewniane, zamknięte drzwi.

     Zbadałem najpierw przyległe pomieszczenie. Był tam tylko szkielet, który rozsypał się, gdy dostał strzałę w czaszkę.  Drzwi natomiast ukrywały wąski korytarz. Zagłębiliśmy się weń, skradając się bezszelestnie. Chodnik skręcił w prawo i zamienił się w komnatę, częściowo zalaną wodą. Dookoła prowadził jednak balkon, który znajdował się powyżej poziomu wody. Przypominało mi to wszystko Wyszczerbioną Banię w Pękninie… Tylko tam nie było nekromantów, a tu był. Ujrzałem go, wziąłem na cel - i już go nie było… Szkielet, idący za nim, dostał strzałę od Lydii, zanim zdążyłem przywołać czar Zniszczenia. Uśmiechnęła się przepraszająco.

     - Przyzwyczajenie…
Głębia Ilinalty - zalane pomieszczenie

     Przeszliśmy balkonem z prawej strony, a tam następny korytarz, następna komnata i następny szkielet. Korytarz skręcił w prawo, do całego ciągu komnat.

     Po zlikwidowaniu dwojga kręcących się po nich nekromantów, zwiedziliśmy je sobie. Były to bez wątpienia komnaty mieszkalne. Znajdowały się w nich łóżka, nocne stoliki, lampki i skrzynie na różne drobiazgi. Kilka z tych drobiazgów sobie zabraliśmy – nieboszczykom i tak się nie przydadzą. Zresztą, i tak nie należały do nich.

     Dalej korytarz zawracał i skierował nas do kolejnej zalanej komnaty. Tutaj balkony jednak nie otaczały jej dookoła, umożliwiając przejście. Stały po obu stronach – naszej i przeciwnej. Jedynym przejściem był drewniany, zwodzony most, niestety, podniesiony, a opuszczenie go było możliwe tylko z tamtej strony, gdzie dostrzegłem uchwyt, wiszący na grubym łańcuchu. Za to na tamtym brzegu jakiś nekromanta wyższego stopnia, co można było poznać po szacie, odprawiał nieznany mi rytuał, w towarzystwie dwóch strażników-szkieletów. Nie interesowało mnie, co robi. Cokolwiek to było, nie zdążył skończyć. Lydia wzięła na cel pierwszego kościotrupa, ale powstrzymałem ją ruchem ręki. Przywołałem Błyskawicę. Oba rozsypały się po pierwszej porcji magicznej energii Zniszczenia. Idzie mi coraz lepiej!

     No, ale przejścia nadal nie było…

     Chcąc nie chcąc, musiałem zanurzyć się w zimnej wodzie i przepłynąć na drugą stronę. Tam były schody, na które się wdrapałem, znacząc za sobą drogę lejącą się ze mnie wodą. Jak dobrze, że elfie skorupy są takie lekkie. Można było w nich nawet pływać. Potknąłem się o zwłoki jakiegoś bandyty, uśmierconego przez nekromantę. Cóż, gdyby tylko takich zabijali, dałbym im spokój. Sam tępiłem rozbójników. Ale w tym przypadku lekarstwo było gorsze od choroby. No i jednak ten bandyta był człowiekiem. Zabić to jedno – należało mu się. Ale bawić się potem jego duszą, więzić ją, skazywać na cierpienie… Nie, na to nikt sobie nie zasłużył, nawet zbir. Może jedynie inny nekromanta.

     Opuściłem most, chcąc zaoszczędzić Lydii zimnej kąpieli. Było mi zimno, ale łyknąłem mikstury odporności na chłód. Mikstura ta wprawdzie w założeniu miała chronić przed czarami mrozu ze Szkoły Zniszczenia, ale na zwykłe zimno też pomagała. Byle nie zacząć kichać…

     Poczekaliśmy, aż trochę odcieknę. Lydia ścisnęła mnie w objęciach, ku naszej uciesze wyciskając ze mnie trochę wody, niby soku z jabłka i poszliśmy dalej. Korytarz zaprowadził nas do następnej komnaty, tym razem całkiem sporej, całkiem jasno oświetlonej i umeblowanej. Przy stole siedziało dwoje nekromantów, mężczyzna i kobieta. Zawzięcie o czymś dyskutowali.

     - Gwiazda potrzebuje więcej dusz – mówił mężczyzna. – Ostatnia ofiara umarła, zanim można było ją zebrać.

     - Nie możemy tak wcześnie sprzątać kolejnego wieśniaka z powierzchni – zaoponowała kobieta. – Mówiłam, że masz wszystko dobrze przygotować.

     - Po prostu, poświęcimy kolejnego ucznia – mężczyzna wzruszył ramionami.

     A we mnie się zagotowało.

     To mało wam już śmierci niewinnych ludzi! Mało wam skazywania ich na cierpienia gorsze nieraz od samej śmierci. Mało wam zabawy ludzkimi duszami i ciałami! Jeszcze do tego wszystkiego dołożycie zdradę we własnych szeregach. Co za kanalie!

     Nawet nie westchnął, gdy dwemerska strzała wbiła mu się w głowę. Kobieta spojrzała na niego zaskoczona. Dostrzegła strzałę, ale nie zdążyła zareagować. Strzał Lydii był równie czysty i skuteczny jak mój. Parsknąłem tylko gniewnie i to było całe moje epitafium dla obojga.

     Z komnaty prowadził następny korytarz. Wywiódł nas na schody, opadające w dół. Z pewnym przestrachem zagłębiałem się na dno fortu, ale skoro już tu wlazłem, musiałem brnąć dalej. Chwilami dosłownie, bowiem dna wielu korytarzy i pomieszczeń zalane były wodą, sięgającą czasem kostek, czasem kolan. Na końcu znajdowały się drewniane drzwi. Pchnąłem je ostrożnie i moim oczom ukazało się więzienie. Każdy fort miał pomieszczenie, przeznaczone na więzienie, więc nie było to nic nadzwyczajnego. Po obu stronach szerokiego i bardzo długiego korytarza umieszczono cele. Na samym końcu, pod drugimi drzwiami, stał jakiś nekromanta w bogatej szacie, zapewne mistrz. Wybrałem elfią strzałę, bo celniej niosła na duże odległości. Poza tym, to przecież mistrz, zasługiwał na coś lepszego. Wystarczyła jedna. Towarzyszący nekromancie szkielet rozbiłem Błyskawicą.

     Cele były puste, choć wszystkie zamknięte na klucz, co dokładnie sprawdziłem. Nie wiedziałem, po co i nie obchodziło mnie to. Za drzwiami natomiast znajdował się kolejny chodnik, prowadzący do kolejnego pomieszczenia. I tam również spotkaliśmy nekromantę i trzy szkielety. Mag zginął od strzały Lydii. Szkielety od mojej magii, która posługiwałem się już coraz lepiej.

     W komnacie było parę drobiazgów, a szkielety miały przy sobie trochę złota. Nie wiem, po co, ale co za różnica? Zabraliśmy je i poszliśmy dalej. A dalej zaczęły się schody.

     Schody były kręcone i prowadziły w górę. To musiało być wnętrze wieży, bowiem od pewnego poziomu mury były prawie suche. Wspięliśmy się cicho na samą górę. Naszym oczom ukazała się komnata.

     Widok był naprawdę niecodzienny. Otóż, wewnątrz, pod ścianą stał drewniany tron, a na nim… Na nim siedział szkielet. Ale nie szkielet-strażnik, będący dziełem nekromanty, tylko zwykły, ludzki szkielet, trzymany w całości przez resztki zaschniętej skóry, ścięgien i zetlałej odzieży. Siedział z odchyloną do tyłu głową, w pozycji, w której zapewne umarł. A w kościstych dłoniach trzymał dziwny klejnot.

     Poznałem go od razu. To była Gwiazda Azury. Zawsze przedstawiano ją z tym klejnotem w ręce. Jej pomnik, górujący nad kaplicą w górach, też dzierżył go w dłoni. Klejnot wyglądał, jakby zbudowano go z połączonych w kształt gwiazdy kryształów duszy. Mienił się niebieskim blaskiem, ale niektóre kamienie wydawały się ciemniejsze, jakby do zbudowania artefaktu użyto czarnych kamieni duszy. Czarne to one były tylko z nazwy – w rzeczywistości miały barwę ciemnoniebieską – ale tak je nazywano z powodu zastosowania. W czarnych klejnotach można było bowiem uwięzić duszę istoty rozumnej, co uważano za nieopisane okrucieństwo i powszechnie piętnowano, jako czarną magię. Delikatnie wyciągnąłem artefakt z rąk nieżyjącego. I westchnienie wyrwało mi się z ust.

     Gwiazda była pęknięta! Zauważyłem to od razu, gdy tylko wziąłem ją w ręce. Całość ledwo trzymała się w kupie, a jeden z promieni odłamał się zupełnie i leżał obok. Artefakt Azury został zniszczony. Co za strata!

     - Może dałoby się to jakoś skleić? – szepnęła Lydia, również spoglądająca na Gwiazdę. – Albo może Azura umiałaby ją naprawić?

     Tak czy owak, trzeba było go jej odnieść. Klejnot, uszkodzony, czy nie, był jej własnością. Ja zrobiłem, co mogłem, nie miałem sobie nic do zarzucenia. Nie ja zniszczyłem Gwiazdę i Azura z pewnością o tym wiedziała. A jeśli nie, to się dowie. I nie będzie się mścić. To nie była jakaś złośliwa i kapryśna daedra, tylko wyrozumiała i pełna miłości Pani Zmierzchu i Świtu.

     Delikatnie owinąłem klejnot kawałkiem płótna i schowałem go do plecaka. Z westchnieniem spojrzeliśmy po sobie. Lydia tymczasem przekrzywiła głowę i schyliła się. Spod tronu wytargała jakąś grubą księgę. Dmuchnęła na zakurzoną okładkę, aż wzbiła chmurę pyłu.

     - „Czarna Gwiazda” – przeczytała tytuł. – Pióra Malyna Varena… To ten, co chciał przelać w Gwiazdę swoją duszę, prawda?

     - Ten sam – potwierdziłem. – Ano, zobaczymy, co nam księga powie.

     - Ale może później, co? – skrzywiła się. – Już dość długo tu jesteśmy.

     Miała rację. Czas najwyższy stąd wyjść. Pod ścianą stała drabina, prowadząca do klapy w powale – ani chybi wyjście. Pomyszkowaliśmy jeszcze trochę po komnacie. W zakurzonym kufrze znaleźliśmy piękny diament bez skazy i diadem z jadeitu i szmaragdów. Cenna zdobycz! A potem Lydia wdrapała się na drabinę, z niemałym wysiłkiem uchyliła klapę i wygramoliła się na zewnątrz. Podążyłem za nią.

     Znaleźliśmy się na dachu wieży. Wokół zapewne roztaczał się piękny widok na całe jezioro, ale mgła niestety wcale nie ustąpiła, więc niewiele było widać. Natomiast udało nam się dostrzec fakt, że zejść nie było którędy. Skok z blanki nie wchodził w rachubę – pod stołpem było za dużo kamieni. Niechętnie, ale ze świadomością, że nie ma innego wyjścia, na powrót udaliśmy się do wewnątrz i po krótkiej wędrówce wyszliśmy tą samą drogą, którą tu dotarliśmy. Zmierzchało już, gdy wygramoliliśmy się z fortu i stanęliśmy na suchym lądzie. Lydia spojrzała na mnie i pokręciła głową.

     - Pędem do Rzecznej Puszczy – powiedziała zdecydowanym tonem. – Jesteś cały mokry. Zapalenie płuc pewne. 

     Miałem w plecaku fiolki z miksturą uleczenia choroby, więc nie bałem się przeziębienia, ale drżałem cały z zimna. Cała wyściółka mojej zbroi była mokra, a skorupy z księżycowego kamienia też nie izolowały ciepła. Zresztą, ani on kamień, ani księżycowy. To był po prostu twardy i lekki metal i jak każdy metal, ziębił nieprzyjemnie, odbierając ciepło ciału.

     Szliśmy szybko. Na tyle szybko, że kilka razy przez nieuwagę wyłożyłem się jak długi. Lydia również nie obroniła się przed jednym upadkiem. Na szczęście, żadne z nas niczego sobie nie złamało.

     W pobliżu wodospadu rzeka nieco się wypłycała. Choć było już ciemno, udało nam się znaleźć bród. Nogi i tak mieliśmy mokre od brodzenia w zalanym forcie, więc szybko przeszliśmy na drugą stronę i znaleźliśmy się w Rzecznej Puszczy.

     Zaraz po przejściu pod strażnicą, natknęliśmy się na Alvora, stojącego przy kuźni, gapiącego się w niebo i rozmyślającego nad czymś z rozmarzoną miną. Widząc, że szczęka drży mi z zimna, nie czekał na żadne wyjaśnienia, tylko zapędził nas do izby. Zamierzaliśmy wprawdzie ogrzać się w gospodzie, ale gdy tylko otworzył drzwi, stanęła w nich Sigrid i nie przyjęła żadnych tłumaczeń. Szybko sięgnęła do kufra i wyjęła trochę suchej odzieży.

     - Przebierzcie się – poleciła. – Te zbroje trzeba osuszyć!

     Z wdzięcznością przyjęliśmy suchą, ciepłą odzież. Nasze skorupy ustawiliśmy na kominku, żeby wyściółka trochę przeschła. Sigrid tymczasem zakrzątnęła się przy kociołku z zupą.

     - Alvor też jeszcze nie jadł – odezwała się. – Siadajcie do stołu i opowiadajcie.

     - Tu ludzie spragnieni opowieści – uśmiechnął się Alvor, siadając na drewnianej ławie. – Co tam słychać w wielkim świecie?

     - Pozwól, że ci przedstawię moją żonę – zwróciłem się do Sigrid.

     - Lydii nie musisz mi przedstawiać – roześmiała się Sigrid. – Nosiłam ją na rękach, gdy była mała. Przecież ona pochodzi stąd! – przyjrzała się mojej żonie i z uznaniem pokiwała głową. – Zawsze była ładnym dzieckiem, ale teraz zrobiła się z niej prawdziwa piękność.

     Lydia uśmiechnęła się skromnie i opuściła oczy.

     - Pasujecie do siebie – Sigrid uściskała nas żartobliwie. – Krążą już o was legendy po całym Skyrim.

     - O nas? – Lydia uniosła wzrok.

     - O niezwyciężonym Smoczym Dziecięciu i towarzyszącej mu dzielnej piękności – uśmiechnął się Alvor. – Tak, tak, moja droga, jesteś równie sławna jak twój mąż. Znamy te opowieści. Ale radzi bylibyśmy usłyszeć prawdziwą wersję, a nie legendy, wymyślone przy kuflu piwa.

     - Piwa nie ma – odrzekła Sigrid. - Skończyło się. Ale jest miód.

     Już po chwili wszyscy czworo jedliśmy gorącą zupę z jaglaną kaszą. Robiło mi się coraz cieplej. A gdy Alvor nalał nam miodu zaczęły mnie piec policzki. Na opowieściach przebiegł nam cały wieczór.

     Rankiem, podziękowawszy za gościnę, udaliśmy się do sklepu Lucasa Valeriusa, sprzedać kilka znalezionych drobiazgów. Przywitał nas ciepło, ale gdy pokazaliśmy mu kosztowności na sprzedaż, rozłożył ręce.

     - Nie mam czym zapłacić – odrzekł. – Kupiłem wczoraj sporo towarów i prawie pozbyłem się gotówki. Mam wszystkiego pięćdziesiąt parę septimów. Dziś raczej nie ubijemy interesu.

     Poprosiliśmy, żeby pokazał nam towary, w nadziei, że się chociaż wymienimy. Nie miał jednak nic, co mogłoby nas interesować. Kupował to, co mógł sprzedać tu na miejscu. Żywność, materiały budowlane, narzędzia, błyskotki, stroje, trochę książek – to miał. Ale nic, co mógłby sprzedać takim włóczęgom jak my. Bronią prawie nie handlował, zostawiając to Alvorowi i jego kuźni. Daliśmy mu więc tylko jeden z miedzianych diademów, w zamian za kilka słodkich bułek na miodzie.

     A wczesnym popołudniem dotarliśmy do Białej Grani. I tu mieliśmy szczęście – pod murami rozbiła swe namioty karawana wędrownych, khajickich kupców. Pozbyliśmy prawie wszystkich kosztowności, za to kupiłem od nich cenną rzecz – Księgę Czarów. Była to księga „Lodowy Kolec” ze Szkoły Zniszczenia. 

     - Oby twoja droga doprowadziła cię do ciepłych piasków! – pożegnał mnie uprzejmie Khajit.

     To była typowa, grzecznościowa formułka wśród Khajitów. Pochodzili z gorącej i pustynnej prowincji Elsweyr, leżącej na południe od Cyrodiil. W chłodnym i surowym klimacie Skyrim często narzekali na zimno. Nosili ciepłą odzież i to pomimo naturalnego, całkiem gęstego futra.

     Nauczyłem się tego zaklęcia jeszcze tego samego wieczoru. Było to bardzo silne zaklęcie. Umożliwiało naszpikowanie przeciwnika magicznymi, lodowymi kolcami, zadającymi poważne obrażenia od mrozu. Nie działało to jak strzała, przeszywając ciało. Kolec tworzył się dopiero u celu. Nie przebijał wnętrzności, lecz zamrażał je na kształt kolca. Na słabszego przeciwnika, jak wilk, czy osłabiony, nieuzbrojony człowiek wystarczały dwa lub trzy takie strzały, pod warunkiem, że trafiły. A trafić nie było łatwo. Moja mana też nie była jeszcze tak silna, żeby starczyło jej na więcej niż sześć strzałów. Nie mogłem więc tej magii jeszcze używać do walki z równym sobie przeciwnikiem. Ale mogłem trenować do woli i miałem nadzieję, że niedługo dam radę walczyć jak mag.

     Tymczasem usiedliśmy w swoim domku przy stole. Wyciągnąłem mapę.

     - No, to teraz czeka nas wyprawa do Twierdzy Zabójczego Blasku – mruknąłem, spoglądając na znaczek, postawiony przez Uraga. – To gdzieś w pobliżu wież Valtheim.

     - Ciekawe, czy jest przejście – Lydia potarła czoło. – Tam jest prawie pionowa skała. Ja spróbowałabym z drugiej strony rzeki. Tam chyba łatwiej będzie podejść.

     - Ustalimy to jutro rano – uznałem. – A na razie mam zamiar byczyć się do samego wieczora.

     - To nie naprawisz mi kirysu? – spytała.

     Parsknąłem niezadowolony. A już przygotowałem się psychicznie na leniuchowanie!

     Ale Lydia, widząc moją minę, tylko się roześmiała.

     - No dobrze – przytuliła się do mnie. – Chyba przekonałam się do tych elfich skorup.

     Odetchnąłem z ulgą. I już po chwili zabrałem się za lekturę „Czarnej Gwiazdy”, pióra szalonego maga.