środa, 11 stycznia 2017

Rozdział XVIII – Głębia Ilinalty

     Wstałem wcześnie. Obudziłem się i już nie mogłem zasnąć. Delikatnie okryłem Lydię, ubrałem się i zszedłem na dół, starając się nie robić hałasu.

     Wziąłem do rąk płytowy kirys Lydii i dokładnie obejrzałem uszkodzenie. Cóż, da się wyklepać i załatać, choć będzie z tym trochę roboty. Uderzenie było naprawdę potężne. Trzeba będzie zupełnie wypruć wyściółkę i dokuć jakąś łatę na gorąco. Wyściółka też była uszkodzona, trzeba ją wymienić na nową. Uniosłem zbroję w górę i zważyłem ją w rękach. Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Jak ona może dźwigać na sobie taki ciężar? Męczy się dwa razy bardziej, niż to potrzebne. Może zdołałbym ją namówić na zmianę upodobań? W skrzyni na górze leżała znakomita, kompletna elfia zbroja, przerobiona specjalnie na nią. Równie mocna, jak jej płyty i bez porównania lżejsza, W dodatku bardziej elastyczna, bowiem osłona brzucha nie stanowiła blachy, tylko składała się z kilku elementów, zachodzących na siebie na podobieństwo rybich łusek. To umożliwiało zginanie się w pół i skręcanie tułowia na boki. Sam takiej używałem i nie zamieniłbym jej na żadną inną. Ale moja uparta Lydia koniecznie chciała nosić zbroję stalową, jak przystoi huskarlowi, twierdząc, że w niej czuje się najlepiej.

     Przywiązanie Nordów do stali graniczyło z głupotą. Żaden prawdziwy Nord nie używał innej broni niż stalowa. Stal, owszem, to bardzo wdzięczne i mocne tworzywo, ale przecież skoro był dostęp do lepszych, dlaczego z nich nie skorzystać? Dała się namówić na szklany łuk i elfi miecz, potem jeszcze na ebonowy topór, odebrany jednemu z draugrów. Może zgodzi się też na elfią zbroję?

     Było jeszcze na tyle wcześnie, że nie chciałem hałasować młotem. Ale mogłem już rozpalić i rozgrzać palenisko. Adrianne odpadnie rano jedna czynność do zrobienia. Już dawno pozwoliła mi „raz na zawsze” korzystać ze swej kuźni, gdy tylko będę miał na to ochotę, byle potem ułożyć wszystkie narzędzia tak jak były. Cóż, nikt nie lubi, gdy mu przybory do pracy giną. Za moją sprawą trochę się rozmnożyły. W czasie moich wędrówek udało mi się znaleźć kilka ciekawych narzędzi, które dołączyłem do kompletu Adrianne. Traktowała mnie więc jako kogoś w rodzaju wspólnika. Tylko materiały musiałem mieć swoje, ale z tym nigdy nie było problemu. Zaopatrzenie w mieście działało znakomicie.

     Włożyłem na siebie kowalski fartuch i chwyciłem zaklęte rękawice. Chyba zaklęte… Znalazłem je kiedyś w skrzyni z łupami rozbójników. Pozwalały na bardzo precyzyjne uderzenia młotem i sprawiały, że ręce nie męczyły się tak szybko. Sam już dziś nie wiem, czy nie były po prostu wygodne, czy rzeczywiście miały nałożone jakieś zaklęcie, ale pracowało mi się w nich bardzo dobrze.

     Nie zdążyłem jednak wyjść, gdy z góry zeszła Lydia i wciąż nieco zaspana klapnęła na krzesło obok mnie.

      - Powinnaś wypocząć – uśmiechnąłem się. – Nie dalej jak wczoraj byłaś ranna w walce.

     - Czuję się dobrze – ziewnęła. – A im prędzej wyruszymy, tym lepiej.

     - Nie tak szybko – pokręciłem głową. – Twój kirys zabierze mi trochę czasu. Nie prędzej niż za kilka dni. Chyba, że…

     Spojrzała na mnie zaciekawiona.

     - Chyba że tymczasem włożysz coś innego – dokończyłem. – Wiem, że wolisz stalową zbroję, ale może na tę jedną wyprawę spróbujesz elfiej?

     Grymas niezadowolenia przebiegł przez jej buzię, ale po chwili wzruszyła ramionami.

     - Przymierzę…

     Uniosłem się z miejsca.

     - Ale dopiero po śniadaniu – dokończyła. – To co tam przygotowałeś?

     - Jeszcze nic – odparłem. – Sam jeszcze nie jadłem.

     - I już się bierzesz za młot? – pokręciła głową. – Ściągaj to przypalone wdzianko, zaraz coś przygotuję.
Chcąc nie chcąc, zdjąłem z siebie skórzany fartuch. Rękawice powędrowały z powrotem do szuflady, Lydia tymczasem zakrzątnęła się przy kuchni. Nie miała wielkiego talentu w tym kierunku, więc przygotowywała raczej proste potrawy. Ale i tak lubiłem, gdy coś upichciła. Sprawiało jej to przyjemność. Mnie też. Poza tym, naprawdę się starała, często przesiadując u Fuldy i Balbusa w gospodzie i dopytując się o różne przepisy.

     Tym razem po prostu pokroiła chleb i przypiekła kromki na blasze, przykrywając je resztkami wczorajszej potrawki i kawałkami sera. Smakowało to wyśmienicie i przyjemnie chrupało między zębami. Tyle smaku za tak niewiele! A potem przyszła pora przymiarki. Zbroję tę zdobyliśmy dawno temu, ściągając ją z jakiegoś złodzieja. Hełm znalazłem gdzieś indziej, nie pamiętam już gdzie. Rękawice leżały w jednym z niezliczonych kufrów, jakie spenetrowałem w czasie swoich wędrówek, a buty po prostu kupiłem od jednej z zaznajomionych khajickich karawan kupieckich, która często rozbijała namioty pod Samotnią. Przez wiele dni, korzystając z wolnych chwil, przerabiałem to wdzianko, by dopasować je do figurki mojej ukochanej.

     Buty pasowały idealnie. Wcale nie musiałem ich przerabiać. Nawet wyściółka była w porządku. Ci Khajitowie na ogół byli uczciwymi kupcami i nie wciskali wybrakowanego towaru. To samo rękawice. Lydia miała małe stopy i szczupłe dłonie o długich palcach, zupełnie jak elf, więc żadna przeróbka nie była potrzebna. W hełmie zmieniłem tylko wyściółkę, bo poprzednia była w strzępach i zastosowałem wynalazek Adrianne – wkładki, wzmacniające dźwięk. Zadbałem przy tym, aby nic nie przesłaniało jej widoku, bowiem to potrafiło zniechęcić ją do każdego hełmu. Przy samej zbroi napracowałem się trochę bardziej, bo musiałem dopasować ją do jej rozmiarów. Pamiętam, z jakim drżeniem poprawiałem napierśnik, wyobrażając sobie, jak wkłada go na siebie. Nie ukrywam, że to była przyjemna robota, podszyta sporą dawką delikatnego i nieśmiałego jeszcze wtedy erotyzmu.

     I teraz, gdy pomagałem jej włożyć skorupy, nie mogłem się oprzeć, by jej nie objąć i pocałować w kark. Drgnęła jak kot, którego niespodziewanie się pogłaszcze. Gdy zapiąłem ostatni pasek, odszedłem o kilka kroków i przyjrzałem jej się uważnie.

     - Wyglądasz prześlicznie – odezwałem się. – A jak się w tym czujesz?

     - Ta zbroja nic nie waży – westchnęła. – Czuję się jakbym była naga.

     Pogładziłem ją po włosach.

     - Nie masz pojęcia, jak pięknie wyglądasz naga – szepnąłem jej do ucha. – Przymierzysz hełm?

     Z niechęcią włożyła na siebie złocisty hełm. Pokręciła trochę głową na boki.

     - Nie zasłania widoku – mruknęła. – Taki mogłabym nosić…

     A potem zrobiła kilka skłonów i wypadów, by stwierdzić, że zbroja jest całkiem wygodna i w zasadzie może być na ten jeden raz. Wymogła tylko na mnie obietnicę, że stalowy, płytowy kirys zostanie naprawiony niezwłocznie po powrocie. Obiecałem. I tak miałem zamiar go naprawić, choćby jako pamiątkę, gdyby jednak przekonała się do elfich blach.

     Późnym rankiem wyszliśmy przed bramę i skręciliśmy w lewo, na wschód. Szliśmy szybkim krokiem, ale nie na tyle szybkim, aby nie móc trzymać się za ręce.

     - Wyglądamy jak altmerscy kochankowie – mruknęła, spoglądając na swoją zbroję i przy okazji na moją. – Mamy takie same wdzianka.

     Wcale mi to nie przeszkadzało.
Wulfhere i Lydia w elfich zbrojach pod Białą Granią. Wbrew powszechnej opinii, tej fotografii nie wykonano w czasie wyprawy do Głębi Ilinalty. Świadczy o tym tarcza Lydii, zdobyta później. Zdjęcie wykonał któryś z khajickich kupców

     Przeszliśmy przez skrzyżowanie i skierowaliśmy się w górę, w stronę Rzecznej Puszczy. Miałem okazję potrenować Zniszczenie, gdy zaatakował nas wilk. Potraktowałem go Błyskawicą. Zdążył jeszcze zaczepić mnie kłem, ale trafił w zbroję i nie zdołał uczynić mi żadnej krzywdy. Sam byłem zdziwiony, że tak pewnie trafiłem go magicznym wyładowaniem. Jednak to prawda, że ćwiczenia czynią mistrza. Odtąd na zmianę używałem błyskawic, ognia i mrozu w każdym starciu z mniej groźnym przeciwnikiem, a na Lydii wymogłem obietnicę, że będzie wkraczała dopiero w ostateczności. No, powiedzmy, wyprosiłem…

     W Rzecznej Puszczy urządziliśmy sobie krótki postój. Przywitałem się ze swymi przyjaciółmi, kowalem Alvorem i kupcem Lucasem. Chwilę pogadaliśmy, ot tak, o niczym. Ale poprawiło mi to humor. Dobrze jest wiedzieć, że są gdzieś ludzie, którzy uśmiechają się na mój widok.

     Po wyjściu ze sklepu Lucasa, Lydia, ku memu zdziwieniu, skręciła w prawo, w drogę, którą przyszliśmy.

     - Dokąd idziesz? – spytałem.

     - Głębia Ilinalty jest po drugiej stronie jeziora – odparła. – Chcesz płynąć? Ja wolę przejść mostem.

     Cóż, poszedłem za nią na most, a za mostem skręciliśmy w lewo i poczłapaliśmy wzdłuż nurtu Białej Rzeki. Nie było tu drogi, ani ścieżki. Teren był nieco podmokły – jak to przy rzece – i można było spotkać wiele zwierząt, które żyły tu sobie w spokoju. Kilka krabów błotnych, kilka łosi, lisy, zajączki… Co ciekawe, ptaków było tu bardzo niewiele. Do celu nie było daleko, ale droga nie należała do łatwych. Trzeba było przedzierać się przez gąszcz splątanych korzeni i krzaków, uważając wciąż, by ziemia nie obsunęła się spod stóp, co groziło zimną kąpielą w rzece. W dodatku naszła mgła i jedynie fakt, że brzeg rzeki był naszym drogowskazem sprawił, że nie zabłądziliśmy w tym gąszczu. Dlatego do celu doszliśmy dopiero późnym popołudniem.

     - Przecież to wszystko jest zatopione! – odezwałem się zdumiony. – Co tu się stało?

     Przede mną stały ruiny jakiegoś niedużego zamku. Ale stały w wodzie. Ponad powierzchnię wystawała jedynie wieża i fragment stołpu.

Głębia Ilinalty - widok z zewnątrz

     – Ten zamek stał kiedyś nad rzeką – odparła Lydia. - Ale dawno temu, niedaleko Rzecznej Puszczy, tam gdzie teraz jest wodospad, obsunęła się skała i zatamowała rzekę. Woda wzbierała i wzbierała, aż powstało jezioro.

     - Jak dawno?

     - Nie wiem – wzruszyła ramionami. – Dawno. Moi rodzice nie pamiętali już, żeby tego jeziora nie było.

     - I jezioro zalało zamek – pokiwałem głową. – Tylko jak my się tam mamy teraz dostać do środka? I po co, jak to wszystko zalane? To robota dla nurka…

     Przeskoczyłem po ruinach murów na coś, co wyglądało na sklepienie nad jakimś zalanym pomieszczeniem. Teraz niewiele wystawało ono ponad powierzchnię jeziora. Obok stał masywny stołp, który wydawał się nienaruszony, ze sterczącą w górę wieżą, ale wejścia do niego nie było, przynajmniej nie znad powierzchni wody.

     Lydia tymczasem znalazła jakąś klapę. Uchyliła ją i zajrzała do środka.

     - Wulf, tam jest wolna przestrzeń! – zawołała. – To wcale nie jest zalane!

     Zajrzałem. Rzeczywiście, ujrzałem drabinę, prowadzącą w dół, do całkiem przestronnej komnaty. I wcale nie zalanej wodą! Woda była tylko na dnie, kilka dobrych wysokości człowieka poniżej poziomu jeziora.

     - Idziemy? – spytała Lydia, wpatrując się w prostokątny otwór. – Wygląda bezpiecznie.

     - Ryzykując, że mur pęknie i woda nas zaleje – mruknąłem. – Idziemy!

     Do dziś nie wiem, jak to możliwe, że komnaty poniżej poziomu jeziora nie zostały przezeń zalane. Woda oczywiście wdzierała się wieloma nieszczelnościami, ale gdzieś uciekała. Nie wiem, gdzie. Może zamek miał głębokie lochy, połączone z jaskiniami, jak zamek w Helgen i cała woda po prostu uciekała z niego przez jakieś ujście, leżące poniżej. Gdybym miał zgadywać, ujścia tego szukałbym pod wodospadem obok Rzecznej Puszczy.

     Nie powiem, że bez strachu zszedłem po tej drabinie. Niepewnie stanąłem na dnie, po kostki w wodzie. Czułem się nieswojo, mając nad głową olbrzymie ilości wody. Komnata miała kształt rotundy. I wcale nie była szczelna. Po ścianach z głośnym szumem spływały srebrne kaskady. Na środku ktoś umieścił drewniany słup, a na nim...

     - Okropność – prychnęła Lydia. – Trzeba być potworem, żeby zrobić coś takiego.

Głębia Ilinalty - pierwsza komnata. Szkielet pozostawiono na miejscu kaźni, ku pamięci zamordowanego rybaka.

     Na słupie, rozpięty w śmiertelnej pozie, tkwił przykuty szkielet jakiegoś nieszczęśnika. Zginął zapewne męczeńską śmiercią wiele lat temu, bowiem kości bielały, jakby ktoś lub coś dokładnie oczyściło je z mięsa. Pod słupem, w wodzie dojrzałem ciemny kształt. Był to zbutwiały i rozlatujący się plecak, jednak wciąż był pełen. Nie musiałem go otwierać – sam się rozdarł. Pod nogi wysypały mi się jakieś nadgniłe resztki odzieży, jakiś nóż, kilka złotych monet i oprawiony w skórę, wyświechtany dziennik. Z trudem otworzyłem pozlepiane kartki. Woda rozpuściła inkaust i pismo zamieniło się w nieczytelne plamy. Tylko jedna strona cudem zachowała się w stanie, dającym się odcyfrować. Zbliżyłem ją do pochodni Lydii i zacząłem czytać.

     Coraz trudniej o przyzwoity połów. Jeśli wkrótce nie znajdziemy miejsca, obfitującego w ryby, możemy nie przetrwać kolejnej zimy. Dlatego udaję się na południe, w kierunku zalewu Ilinalta. Powiadają, że jest przeklęte. Pewnego dnia zatonął tam cały cesarski fort i od tego czasu w ruinach straszy. Tak mówią…

     Dalej był nieczytelny, rozmyty fragment, Dopiero ostatni akapit dał się odczytać.

     Kiedy pytam o jezioro, słyszę tylko opowieści o duchach. Historie tych, którzy poszli nad jezioro i nigdy nie wrócili. Mówią, że korytarze utopionego fortu nawiedzają upiory, porywające dzieci z kołysek. Żaden z wieśniaków nie chciał mnie tam zaprowadzić za żadną cenę, dlatego idę sam, posuwając się wzdłuż Białej Rzeki.

     Strzeżcie mnie, Bóstwa. Oby te opowieści nie były prawdziwe…

     Dalej już nic nie dało się odczytać. A i przeczytane przeze mnie fragmenty zaczęły się rozmazywać, gdy woda, ściekając z karty, ciągnęła za sobą czarną smugę inkaustu. Odłożyłem dziennik na kamienny fragment zawalonego muru i poleciłem duszę rybaka Arkayowi. To chyba jego szkielet wisiał tutaj, ku przestrodze śmiałkom, którzy odważyliby zagłębić się w te korytarze.

     - Przynajmniej wiemy, że to nie żadne upiory – mruknęła Lydia. – To zrobili ludzie.

     Jacy ludzie, nietrudno było się domyślić: rozbójnicy, albo nekromanci. Stawiałbym na tych drugich, bo śmierć zadano mu z wymyślnym okrucieństwem, a szkielet dokładnie oczyszczono, jakby ktoś potrzebował ludzkich organów do swych ciemnych eksperymentów.

Głębia Ilinalty - wnętrze zatopionego zamku

     Za słupem było przejście do innej komnaty. Na jej szczycie znajdował się balkon, ale za wysoko, by się tam wspiąć. Za to po lewej stronie odchodził od niej korytarz, prowadzący w dół. Na samym dole skręcił w prawo i zamienił się w nieduże pomieszczenie. Było ono umeblowane, a przy stole siedziała ciemna postać, w czarnej szacie.

     Nekromanta!

     Pomny niedawnego widoku nieszczęsnego rybaka, nie znalazłem w sobie nawet odrobiny litości. Posyłając mu dwemerską strzałę w skroń, uczyniłem dla niego więcej, niż on uczynił dla swej ofiary – ja przynajmniej zadałem mu szybką śmierć, bez niepotrzebnych tortur i znęcania się nad nim.

     Rumor upadającego ciała i krzesła zwabił jednak dwóch następnych. Z korytarza naprzeciwko wychynęły dwie postaci, przywołując czary ochronne, które okryły ich ciała magiczną barierą.

     Ale bariera nie najlepiej sprawdza się przeciwko ostrzom. Roznieśliśmy ich na mieczach, bez trudu, pomimo, że oboje zostaliśmy trafieni magią mrozu. Trzecia postać nie była trudnym przeciwnikiem. Za nekromantami przybiegł bowiem szkielet, uzbrojony w miecz i tarczę – specyficzna straż nekromantów, powszechna w każdym miejscu ich podejrzanej działalności. Cios Lydii w miejsce, gdzie kiedyś znajdowało się gardło, zniszczył magiczną siłę, trzymającą go w kupie. Kościotrup z chrzęstem rozsypał się na pojedyncze kości, które zaklekotały na kamiennym murze.

     Korytarz prowadził do obszernego pomieszczenia, w którym urządzono refektarz. Stał tam długi stół, zastawiony talerzami i sztućcami oraz kagankami i nawet wazonem z kwiatami. Po obu stronach kopciły dwa kominki, co bardzo mnie zdziwiło, bowiem w takim razie nad powierzchnią jeziora powinien pojawić się dym, a niczego takiego nie zauważyliśmy. Może z powodu mgły… Na przeciwległej ścianie znajdowało się przejście do jakiegoś niewielkiego pomieszczenia, a obok drewniane, zamknięte drzwi.

     Zbadałem najpierw przyległe pomieszczenie. Był tam tylko szkielet, który rozsypał się, gdy dostał strzałę w czaszkę.  Drzwi natomiast ukrywały wąski korytarz. Zagłębiliśmy się weń, skradając się bezszelestnie. Chodnik skręcił w prawo i zamienił się w komnatę, częściowo zalaną wodą. Dookoła prowadził jednak balkon, który znajdował się powyżej poziomu wody. Przypominało mi to wszystko Wyszczerbioną Banię w Pękninie… Tylko tam nie było nekromantów, a tu był. Ujrzałem go, wziąłem na cel - i już go nie było… Szkielet, idący za nim, dostał strzałę od Lydii, zanim zdążyłem przywołać czar Zniszczenia. Uśmiechnęła się przepraszająco.

     - Przyzwyczajenie…
Głębia Ilinalty - zalane pomieszczenie

     Przeszliśmy balkonem z prawej strony, a tam następny korytarz, następna komnata i następny szkielet. Korytarz skręcił w prawo, do całego ciągu komnat.

     Po zlikwidowaniu dwojga kręcących się po nich nekromantów, zwiedziliśmy je sobie. Były to bez wątpienia komnaty mieszkalne. Znajdowały się w nich łóżka, nocne stoliki, lampki i skrzynie na różne drobiazgi. Kilka z tych drobiazgów sobie zabraliśmy – nieboszczykom i tak się nie przydadzą. Zresztą, i tak nie należały do nich.

     Dalej korytarz zawracał i skierował nas do kolejnej zalanej komnaty. Tutaj balkony jednak nie otaczały jej dookoła, umożliwiając przejście. Stały po obu stronach – naszej i przeciwnej. Jedynym przejściem był drewniany, zwodzony most, niestety, podniesiony, a opuszczenie go było możliwe tylko z tamtej strony, gdzie dostrzegłem uchwyt, wiszący na grubym łańcuchu. Za to na tamtym brzegu jakiś nekromanta wyższego stopnia, co można było poznać po szacie, odprawiał nieznany mi rytuał, w towarzystwie dwóch strażników-szkieletów. Nie interesowało mnie, co robi. Cokolwiek to było, nie zdążył skończyć. Lydia wzięła na cel pierwszego kościotrupa, ale powstrzymałem ją ruchem ręki. Przywołałem Błyskawicę. Oba rozsypały się po pierwszej porcji magicznej energii Zniszczenia. Idzie mi coraz lepiej!

     No, ale przejścia nadal nie było…

     Chcąc nie chcąc, musiałem zanurzyć się w zimnej wodzie i przepłynąć na drugą stronę. Tam były schody, na które się wdrapałem, znacząc za sobą drogę lejącą się ze mnie wodą. Jak dobrze, że elfie skorupy są takie lekkie. Można było w nich nawet pływać. Potknąłem się o zwłoki jakiegoś bandyty, uśmierconego przez nekromantę. Cóż, gdyby tylko takich zabijali, dałbym im spokój. Sam tępiłem rozbójników. Ale w tym przypadku lekarstwo było gorsze od choroby. No i jednak ten bandyta był człowiekiem. Zabić to jedno – należało mu się. Ale bawić się potem jego duszą, więzić ją, skazywać na cierpienie… Nie, na to nikt sobie nie zasłużył, nawet zbir. Może jedynie inny nekromanta.

     Opuściłem most, chcąc zaoszczędzić Lydii zimnej kąpieli. Było mi zimno, ale łyknąłem mikstury odporności na chłód. Mikstura ta wprawdzie w założeniu miała chronić przed czarami mrozu ze Szkoły Zniszczenia, ale na zwykłe zimno też pomagała. Byle nie zacząć kichać…

     Poczekaliśmy, aż trochę odcieknę. Lydia ścisnęła mnie w objęciach, ku naszej uciesze wyciskając ze mnie trochę wody, niby soku z jabłka i poszliśmy dalej. Korytarz zaprowadził nas do następnej komnaty, tym razem całkiem sporej, całkiem jasno oświetlonej i umeblowanej. Przy stole siedziało dwoje nekromantów, mężczyzna i kobieta. Zawzięcie o czymś dyskutowali.

     - Gwiazda potrzebuje więcej dusz – mówił mężczyzna. – Ostatnia ofiara umarła, zanim można było ją zebrać.

     - Nie możemy tak wcześnie sprzątać kolejnego wieśniaka z powierzchni – zaoponowała kobieta. – Mówiłam, że masz wszystko dobrze przygotować.

     - Po prostu, poświęcimy kolejnego ucznia – mężczyzna wzruszył ramionami.

     A we mnie się zagotowało.

     To mało wam już śmierci niewinnych ludzi! Mało wam skazywania ich na cierpienia gorsze nieraz od samej śmierci. Mało wam zabawy ludzkimi duszami i ciałami! Jeszcze do tego wszystkiego dołożycie zdradę we własnych szeregach. Co za kanalie!

     Nawet nie westchnął, gdy dwemerska strzała wbiła mu się w głowę. Kobieta spojrzała na niego zaskoczona. Dostrzegła strzałę, ale nie zdążyła zareagować. Strzał Lydii był równie czysty i skuteczny jak mój. Parsknąłem tylko gniewnie i to było całe moje epitafium dla obojga.

     Z komnaty prowadził następny korytarz. Wywiódł nas na schody, opadające w dół. Z pewnym przestrachem zagłębiałem się na dno fortu, ale skoro już tu wlazłem, musiałem brnąć dalej. Chwilami dosłownie, bowiem dna wielu korytarzy i pomieszczeń zalane były wodą, sięgającą czasem kostek, czasem kolan. Na końcu znajdowały się drewniane drzwi. Pchnąłem je ostrożnie i moim oczom ukazało się więzienie. Każdy fort miał pomieszczenie, przeznaczone na więzienie, więc nie było to nic nadzwyczajnego. Po obu stronach szerokiego i bardzo długiego korytarza umieszczono cele. Na samym końcu, pod drugimi drzwiami, stał jakiś nekromanta w bogatej szacie, zapewne mistrz. Wybrałem elfią strzałę, bo celniej niosła na duże odległości. Poza tym, to przecież mistrz, zasługiwał na coś lepszego. Wystarczyła jedna. Towarzyszący nekromancie szkielet rozbiłem Błyskawicą.

     Cele były puste, choć wszystkie zamknięte na klucz, co dokładnie sprawdziłem. Nie wiedziałem, po co i nie obchodziło mnie to. Za drzwiami natomiast znajdował się kolejny chodnik, prowadzący do kolejnego pomieszczenia. I tam również spotkaliśmy nekromantę i trzy szkielety. Mag zginął od strzały Lydii. Szkielety od mojej magii, która posługiwałem się już coraz lepiej.

     W komnacie było parę drobiazgów, a szkielety miały przy sobie trochę złota. Nie wiem, po co, ale co za różnica? Zabraliśmy je i poszliśmy dalej. A dalej zaczęły się schody.

     Schody były kręcone i prowadziły w górę. To musiało być wnętrze wieży, bowiem od pewnego poziomu mury były prawie suche. Wspięliśmy się cicho na samą górę. Naszym oczom ukazała się komnata.

     Widok był naprawdę niecodzienny. Otóż, wewnątrz, pod ścianą stał drewniany tron, a na nim… Na nim siedział szkielet. Ale nie szkielet-strażnik, będący dziełem nekromanty, tylko zwykły, ludzki szkielet, trzymany w całości przez resztki zaschniętej skóry, ścięgien i zetlałej odzieży. Siedział z odchyloną do tyłu głową, w pozycji, w której zapewne umarł. A w kościstych dłoniach trzymał dziwny klejnot.

     Poznałem go od razu. To była Gwiazda Azury. Zawsze przedstawiano ją z tym klejnotem w ręce. Jej pomnik, górujący nad kaplicą w górach, też dzierżył go w dłoni. Klejnot wyglądał, jakby zbudowano go z połączonych w kształt gwiazdy kryształów duszy. Mienił się niebieskim blaskiem, ale niektóre kamienie wydawały się ciemniejsze, jakby do zbudowania artefaktu użyto czarnych kamieni duszy. Czarne to one były tylko z nazwy – w rzeczywistości miały barwę ciemnoniebieską – ale tak je nazywano z powodu zastosowania. W czarnych klejnotach można było bowiem uwięzić duszę istoty rozumnej, co uważano za nieopisane okrucieństwo i powszechnie piętnowano, jako czarną magię. Delikatnie wyciągnąłem artefakt z rąk nieżyjącego. I westchnienie wyrwało mi się z ust.

     Gwiazda była pęknięta! Zauważyłem to od razu, gdy tylko wziąłem ją w ręce. Całość ledwo trzymała się w kupie, a jeden z promieni odłamał się zupełnie i leżał obok. Artefakt Azury został zniszczony. Co za strata!

     - Może dałoby się to jakoś skleić? – szepnęła Lydia, również spoglądająca na Gwiazdę. – Albo może Azura umiałaby ją naprawić?

     Tak czy owak, trzeba było go jej odnieść. Klejnot, uszkodzony, czy nie, był jej własnością. Ja zrobiłem, co mogłem, nie miałem sobie nic do zarzucenia. Nie ja zniszczyłem Gwiazdę i Azura z pewnością o tym wiedziała. A jeśli nie, to się dowie. I nie będzie się mścić. To nie była jakaś złośliwa i kapryśna daedra, tylko wyrozumiała i pełna miłości Pani Zmierzchu i Świtu.

     Delikatnie owinąłem klejnot kawałkiem płótna i schowałem go do plecaka. Z westchnieniem spojrzeliśmy po sobie. Lydia tymczasem przekrzywiła głowę i schyliła się. Spod tronu wytargała jakąś grubą księgę. Dmuchnęła na zakurzoną okładkę, aż wzbiła chmurę pyłu.

     - „Czarna Gwiazda” – przeczytała tytuł. – Pióra Malyna Varena… To ten, co chciał przelać w Gwiazdę swoją duszę, prawda?

     - Ten sam – potwierdziłem. – Ano, zobaczymy, co nam księga powie.

     - Ale może później, co? – skrzywiła się. – Już dość długo tu jesteśmy.

     Miała rację. Czas najwyższy stąd wyjść. Pod ścianą stała drabina, prowadząca do klapy w powale – ani chybi wyjście. Pomyszkowaliśmy jeszcze trochę po komnacie. W zakurzonym kufrze znaleźliśmy piękny diament bez skazy i diadem z jadeitu i szmaragdów. Cenna zdobycz! A potem Lydia wdrapała się na drabinę, z niemałym wysiłkiem uchyliła klapę i wygramoliła się na zewnątrz. Podążyłem za nią.

     Znaleźliśmy się na dachu wieży. Wokół zapewne roztaczał się piękny widok na całe jezioro, ale mgła niestety wcale nie ustąpiła, więc niewiele było widać. Natomiast udało nam się dostrzec fakt, że zejść nie było którędy. Skok z blanki nie wchodził w rachubę – pod stołpem było za dużo kamieni. Niechętnie, ale ze świadomością, że nie ma innego wyjścia, na powrót udaliśmy się do wewnątrz i po krótkiej wędrówce wyszliśmy tą samą drogą, którą tu dotarliśmy. Zmierzchało już, gdy wygramoliliśmy się z fortu i stanęliśmy na suchym lądzie. Lydia spojrzała na mnie i pokręciła głową.

     - Pędem do Rzecznej Puszczy – powiedziała zdecydowanym tonem. – Jesteś cały mokry. Zapalenie płuc pewne. 

     Miałem w plecaku fiolki z miksturą uleczenia choroby, więc nie bałem się przeziębienia, ale drżałem cały z zimna. Cała wyściółka mojej zbroi była mokra, a skorupy z księżycowego kamienia też nie izolowały ciepła. Zresztą, ani on kamień, ani księżycowy. To był po prostu twardy i lekki metal i jak każdy metal, ziębił nieprzyjemnie, odbierając ciepło ciału.

     Szliśmy szybko. Na tyle szybko, że kilka razy przez nieuwagę wyłożyłem się jak długi. Lydia również nie obroniła się przed jednym upadkiem. Na szczęście, żadne z nas niczego sobie nie złamało.

     W pobliżu wodospadu rzeka nieco się wypłycała. Choć było już ciemno, udało nam się znaleźć bród. Nogi i tak mieliśmy mokre od brodzenia w zalanym forcie, więc szybko przeszliśmy na drugą stronę i znaleźliśmy się w Rzecznej Puszczy.

     Zaraz po przejściu pod strażnicą, natknęliśmy się na Alvora, stojącego przy kuźni, gapiącego się w niebo i rozmyślającego nad czymś z rozmarzoną miną. Widząc, że szczęka drży mi z zimna, nie czekał na żadne wyjaśnienia, tylko zapędził nas do izby. Zamierzaliśmy wprawdzie ogrzać się w gospodzie, ale gdy tylko otworzył drzwi, stanęła w nich Sigrid i nie przyjęła żadnych tłumaczeń. Szybko sięgnęła do kufra i wyjęła trochę suchej odzieży.

     - Przebierzcie się – poleciła. – Te zbroje trzeba osuszyć!

     Z wdzięcznością przyjęliśmy suchą, ciepłą odzież. Nasze skorupy ustawiliśmy na kominku, żeby wyściółka trochę przeschła. Sigrid tymczasem zakrzątnęła się przy kociołku z zupą.

     - Alvor też jeszcze nie jadł – odezwała się. – Siadajcie do stołu i opowiadajcie.

     - Tu ludzie spragnieni opowieści – uśmiechnął się Alvor, siadając na drewnianej ławie. – Co tam słychać w wielkim świecie?

     - Pozwól, że ci przedstawię moją żonę – zwróciłem się do Sigrid.

     - Lydii nie musisz mi przedstawiać – roześmiała się Sigrid. – Nosiłam ją na rękach, gdy była mała. Przecież ona pochodzi stąd! – przyjrzała się mojej żonie i z uznaniem pokiwała głową. – Zawsze była ładnym dzieckiem, ale teraz zrobiła się z niej prawdziwa piękność.

     Lydia uśmiechnęła się skromnie i opuściła oczy.

     - Pasujecie do siebie – Sigrid uściskała nas żartobliwie. – Krążą już o was legendy po całym Skyrim.

     - O nas? – Lydia uniosła wzrok.

     - O niezwyciężonym Smoczym Dziecięciu i towarzyszącej mu dzielnej piękności – uśmiechnął się Alvor. – Tak, tak, moja droga, jesteś równie sławna jak twój mąż. Znamy te opowieści. Ale radzi bylibyśmy usłyszeć prawdziwą wersję, a nie legendy, wymyślone przy kuflu piwa.

     - Piwa nie ma – odrzekła Sigrid. - Skończyło się. Ale jest miód.

     Już po chwili wszyscy czworo jedliśmy gorącą zupę z jaglaną kaszą. Robiło mi się coraz cieplej. A gdy Alvor nalał nam miodu zaczęły mnie piec policzki. Na opowieściach przebiegł nam cały wieczór.

     Rankiem, podziękowawszy za gościnę, udaliśmy się do sklepu Lucasa Valeriusa, sprzedać kilka znalezionych drobiazgów. Przywitał nas ciepło, ale gdy pokazaliśmy mu kosztowności na sprzedaż, rozłożył ręce.

     - Nie mam czym zapłacić – odrzekł. – Kupiłem wczoraj sporo towarów i prawie pozbyłem się gotówki. Mam wszystkiego pięćdziesiąt parę septimów. Dziś raczej nie ubijemy interesu.

     Poprosiliśmy, żeby pokazał nam towary, w nadziei, że się chociaż wymienimy. Nie miał jednak nic, co mogłoby nas interesować. Kupował to, co mógł sprzedać tu na miejscu. Żywność, materiały budowlane, narzędzia, błyskotki, stroje, trochę książek – to miał. Ale nic, co mógłby sprzedać takim włóczęgom jak my. Bronią prawie nie handlował, zostawiając to Alvorowi i jego kuźni. Daliśmy mu więc tylko jeden z miedzianych diademów, w zamian za kilka słodkich bułek na miodzie.

     A wczesnym popołudniem dotarliśmy do Białej Grani. I tu mieliśmy szczęście – pod murami rozbiła swe namioty karawana wędrownych, khajickich kupców. Pozbyliśmy prawie wszystkich kosztowności, za to kupiłem od nich cenną rzecz – Księgę Czarów. Była to księga „Lodowy Kolec” ze Szkoły Zniszczenia. 

     - Oby twoja droga doprowadziła cię do ciepłych piasków! – pożegnał mnie uprzejmie Khajit.

     To była typowa, grzecznościowa formułka wśród Khajitów. Pochodzili z gorącej i pustynnej prowincji Elsweyr, leżącej na południe od Cyrodiil. W chłodnym i surowym klimacie Skyrim często narzekali na zimno. Nosili ciepłą odzież i to pomimo naturalnego, całkiem gęstego futra.

     Nauczyłem się tego zaklęcia jeszcze tego samego wieczoru. Było to bardzo silne zaklęcie. Umożliwiało naszpikowanie przeciwnika magicznymi, lodowymi kolcami, zadającymi poważne obrażenia od mrozu. Nie działało to jak strzała, przeszywając ciało. Kolec tworzył się dopiero u celu. Nie przebijał wnętrzności, lecz zamrażał je na kształt kolca. Na słabszego przeciwnika, jak wilk, czy osłabiony, nieuzbrojony człowiek wystarczały dwa lub trzy takie strzały, pod warunkiem, że trafiły. A trafić nie było łatwo. Moja mana też nie była jeszcze tak silna, żeby starczyło jej na więcej niż sześć strzałów. Nie mogłem więc tej magii jeszcze używać do walki z równym sobie przeciwnikiem. Ale mogłem trenować do woli i miałem nadzieję, że niedługo dam radę walczyć jak mag.

     Tymczasem usiedliśmy w swoim domku przy stole. Wyciągnąłem mapę.

     - No, to teraz czeka nas wyprawa do Twierdzy Zabójczego Blasku – mruknąłem, spoglądając na znaczek, postawiony przez Uraga. – To gdzieś w pobliżu wież Valtheim.

     - Ciekawe, czy jest przejście – Lydia potarła czoło. – Tam jest prawie pionowa skała. Ja spróbowałabym z drugiej strony rzeki. Tam chyba łatwiej będzie podejść.

     - Ustalimy to jutro rano – uznałem. – A na razie mam zamiar byczyć się do samego wieczora.

     - To nie naprawisz mi kirysu? – spytała.

     Parsknąłem niezadowolony. A już przygotowałem się psychicznie na leniuchowanie!

     Ale Lydia, widząc moją minę, tylko się roześmiała.

     - No dobrze – przytuliła się do mnie. – Chyba przekonałam się do tych elfich skorup.

     Odetchnąłem z ulgą. I już po chwili zabrałem się za lekturę „Czarnej Gwiazdy”, pióra szalonego maga.

środa, 4 stycznia 2017

Rozdział XVII – Gwiazda Azury

     Gdy wyszliśmy na zewnątrz, oboje musieliśmy zakryć oczy. Dzień był słoneczny, a okolice pokryte śniegiem. Nasze oczy, przyzwyczajone do ciemności podziemi, były teraz tak wrażliwe na światło, że słoneczny blask kłuł nas, jakby ktoś wbijał nam w oczy ostre sztylety. Dłuższą chwilę trwało, zanim mogliśmy oderwać ręce od twarzy. Nasunąłem hełm głębiej na czoło. Lydia potrząsnęła głową i opuściła sobie włosy na oczy, przytrzymując je diademem. Uśmiechnąłem się na ten widok.

     - Teraz nie będę wiedział, gdzie przód, gdzie tył.

     Co dziwne, nie odcięła mi się. Czekałem kilka chwil i nic.

     - Nie skomentujesz? – spytałem.

     - Pokazałam ci język. Wystarczy za komentarz…

     Umilkła, ale po lekkim drżeniu ramion poznałem, że się śmieje. Chwyciłem jej rękę i razem wspięliśmy się na drewnianą platformę, która wyprowadziła nas na powierzchnię.

     Mogliśmy iść tą samą drogą, którą tu przyszliśmy, ale po przeciwnej stronie zauważyliśmy coś dziwnego. Jakieś rozbłyski. Wychodziły zza skalnej ściany, nie mogliśmy więc dostrzec, skąd pochodzą. Pobiegliśmy w tamtym kierunku, wciąż niepewni, czy nam się po prostu nie przywidziało. Wbiegliśmy do stromego wąwozu. Był pusty. Poszliśmy więc dalej, na wszelki wypadek wyciągnąwszy broń. Lydia odgarnęła włosy z czoła, a ja uniosłem hełm do normalnej pozycji. Zaczęliśmy się uważnie rozglądać. Aż w końcu znaleźliśmy źródło tajemniczej iluminacji. I to niejedno, ale aż trzy. Zwłoki trojga kultystów z wyspy Solstheim, którzy zginęli w walce z dwoma śnieżnymi trollami. Trolle również były martwe. Obszedłem pole bitwy dookoła, poszukując śladów. Niewykluczone bowiem, że był tu ktoś jeszcze. Ale znalazłem tylko tropy trzech ludzi i dwóch trolli, nic więcej. Zatem pozabijali się nawzajem…

Eksponat po lewej to kompletny, oryginalny strój kultysty z Solstheim. Po prawej widać szklaną zbroję. Oba eksponaty znajdują się w posiadłości Dumna Wieżyca, w Samotni.

     - Zaczynają mnie drażnić – mruknąłem, wskazując na poszarpane pazurami ciało kultysty. – Wszędzie ich pełno.

     - Podszkolisz się trochę, to się za nich zabierzemy – szepnęła Lydia. – Jest ich wielu i są wszędzie, ale jak na razie, żaden nie dał ci rady.

     - To nie Miraak – westchnąłem. – On z pewnością jest nieporównanie potężniejszy. No i, jak widzisz, ma wielu ludzi.

     - Wielu, ale nie nieskończenie wielu – odparła. – Z każdym ich atakiem zmniejszasz jego siły. Może to i lepiej, że chodzą trójkami. Trzem damy radę. I stopniowo pozbędziemy go wojska.

     Uśmiechnąłem się smutno. Lydia, oczywiście, nie mówiła tego serio. Chciała mnie po prostu pocieszyć. Nie wiedziałem, jak liczne są zastępy Miraaka, ale skoro potrafił wysłać patrol w każdy zakątek Skyrim, musiały być one spore.

     - My też nie jesteśmy sami – szepnęła Lydia. – Popatrz, ilu masz przyjaciół. Za tobą staną magowie, legioniści, nawet smok…

     Pokiwałem głową i rzeczywiście zrobiło mi się lżej na sercu.  Nie byłem sam. W każdym mieście miałem kilku oddanych przyjaciół. No i miałem ją – Lydię. Spojrzałem na nią czule. Tak, miała rację. Cóż z tego, skoro na Solstheim nie mogłem ich zabrać? Przecież wcale nie musiałem się tam wybierać!

     Wiedziałem jednak, ze któregoś dnia tam popłynę. Mój niespokojny duch nie pozwoli mi zostawić tej sprawy nie rozwiązanej.

     Tymczasem szliśmy dalej wąwozem. Tędy było trochę dalej, ale nie chciało nam się wracać do Saarthal. Szliśmy więc tą samą drogą, którą kiedyś szedłem do fortu Kastav.

     - Smocza ściana? – spytała Lydia, wskazując na podnóże góry Anthor, które ukazało nam się po prawej stronie.

     Skinąłem głową.

     - Byłem tu, gdy szedłem do fortu Kastav. Pradawny smok. Brrr… Nieprzyjemna gadzina. Ale Słowo z tej ściany uratowało mnie już przed Gromowładnymi.

     Przystanąłem.

     - Co się stało? – spytała Lydia.

     - Nic, myślę – mruknąłem. – Anthor i Saarthal… Dwa miejsca tak blisko siebie. I dwa słowa tego samego Krzyku. Może gdzieś tu w pobliżu znajdę trzecie?

     Było jeszcze wcześnie. Przygoda w Saarthal nie zabrała nam dużo czasu. Więc gdy ujrzałem stromą ścieżkę, odrywającą się od drogi, postanowiłem zbadać, dokąd prowadzi. Lydii nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Uwielbiała odkrywać nieznane sobie miejsca. Nie było jaskini, obok której przeszłaby obojętnie. Za każdym razem, gdy obok jakiejś przechodziliśmy, zatrzymywała się i wołała: „Hej, patrz, jaskinia! Ciekawe, co jest w środku!”. Ponieważ w górach jaskiń było wiele, zdarzało się to dość często.

     Poszliśmy w górę. Nieważne, czy coś tam będzie. Ścieżka prowadziła na szczyt, albo w pobliże szczytu, a stamtąd na pewno będzie piękny widok, wart każdej wspinaczki. Muszę jednak przyznać, że tak pięknego widoku się nie spodziewałem. Jeszcze kilka kroków, wyszliśmy poza skalną ścianę i jak zamurowani, stanęliśmy olśnieni.

     To nie był po prostu pomnik. To był olbrzymi monument, wielkości sporego pałacu! Nie wiem, kto go wykonał, ale musiał to być ktoś naprawdę potężny. Przed nami ukazał się wysoki, kilkupiętrowy cokół, sam w sobie imponujący, a na nim stał monumentalny posąg kobiecej postaci, trzymający w jednej ręce gwiazdę w kształcie Słońca, w drugiej róg Księżyca. Był nie tylko piękny, ale i wspaniale wyeksponowany, oświetlony ostrym, górskim słońcem na tle ośnieżonych gór i jasnego nieba. Jego wielkość zaś nie sprawiała wrażenia przytłaczającej, wręcz przeciwnie. 

     - Azura! – wyrwało nam się z ust.

     Tak, to był pomnik Azury, jednej z najpotężniejszych daedr. I najbardziej ukochanej przez śmiertelników. I zarazem, główne źródło niezgody pomiędzy ludnością Tamriel i Strażnikami Stendarra. Bowiem, o ile zemsta na daedrach i ich wyznawcach na ogół nie budziła sprzeciwu, o tyle nie dotyczyło to na ogół dobrotliwej i łagodnej Pani Zmierzchu i Świtu.

Skyrim - kaplica Azury. O ogromie budowli świadczy ledwo dostrzegalna figurka kapłanki na szczycie budowli

     Zbliżyliśmy się do kaplicy. Na wszelki wypadek omiotłem okolice zaklęciem „Wykrycie Życia” ze Szkoły Przemiany. Żadnego wroga, ani zwierzyny w pobliżu nie było, za to na szczycie cokołu, w miejscu, którego z dołu nie można było dostrzec, zamajaczyło błękitne światło.

     - Tam ktoś jest – oznajmiłem, pokazując ręką. – Pod posągiem.

     - Przyjaciel, czy wróg? – spytała Lydia.

     - Chyba przyjaciel – mruknąłem. – W każdym razie, nie wróg. Jarzy się na niebiesko…

     Wspięliśmy się wyżej już po chwili zaczęliśmy ostrożnie wchodzić po nieco oblodzonych schodach. Schodów było wiele i w różnych konfiguracjach, ale w końcu dotarliśmy na szczyt. Pod samym monumentem stał ołtarz, w kształcie kamiennego stołu. A przy nim, z wzniesionymi w górę ramionami, stała drobna postać w kapłańskich szatach. Gdy się zbliżyliśmy, odwróciła się w naszą stronę.

     Była to Dunmerka, o spokojnej twarzy i niesamowitym spojrzeniu. Wcale nie miała czerwonych oczu, jak inni Dunmerowie. Jej oczy były prawie czarne, co w połączeniu z bijącym od niej spokojem sprawiało niesamowite wrażenie. Z pewnością spędzała tu czas na medytacjach i modlitwach, co było po niej widać. Po drugiej stronie cokołu miała rozbity namiot z grubego materiału, palenisko i kilka sprzętów. Widać, koczowała tu od dłuższego czasu.

     Pozdrowiliśmy ją i przedstawiliśmy się, przepraszając za najście, ale „sama rozumiesz, ciekawość…”. Skinęła nam głową z tajemniczym uśmiechem i przedstawiła się jako Aranea Ienith, po czym spojrzała na mnie badawczo i dała do zrozumienia, że wie, kim jestem.

     - Azura przewidziała twe przyjście – odezwała się głębokim, dźwięcznym i bardzo przyjemnym dla ucha głosem. – To nie ciekawość, lecz przeznaczenie cię tu przywiodło.

     W pierwszej chwili chciałem się roześmiać, ale zastanowił mnie ton jej głosu. Ona naprawdę coś wiedziała!

     - Przewidziała moje przyjście – powtórzyłem zdumiony. – Co masz na myśli?

     Wskazała głową na pomnik ponad nami.

     - Azura zesłała na mnie dar jasnowidzenia – szepnęła. – Na długo przed twoimi narodzinami miałam wizję, jak wchodzisz po schodach tego ołtarza. Wybrała cię swym czempionem…

     Słuchałem tego z rosnącym zdumieniem. Ja czempionem Azury? Może nie powinno mnie to dziwić aż tak bardzo, bowiem już jedna z daedr dokonała takiego samego wyboru. Przedświt u mego boku był wyraźnym tego dowodem. Ale, czy to sprawiła niesamowita atmosfera tego miejsca, czy jego niezwykłość sama w sobie, dość, że ta wiadomość oszołomiła mnie zupełnie.

     Aranea uśmiechnęła się ciepło.

     - Wiem, że to dla ciebie zaskoczenie – odezwała się. – Ale nie martw się, wszystko idzie zgodnie z planem.

     Wiedziałem, że mówi prawdę. To było widać. Mogła się wprawdzie mylić, a z pewnością nie chciała mnie oszukać. I naprawdę miała w sobie coś niesamowitego. Bez trudu przyszło mi uwierzyć w jej dar jasnowidzenia. I poczułem zarazem coś w rodzaju dumy. Bo przysłużyć się Azurze było dla mnie zaszczytem. Co najmniej takim samym, jak niegdyś przysługa, wyświadczona jej siostrze, Meridii. Czy to ona właśnie poleciła mnie Azurze?...

     - Dobrze… - odezwałem się niepewnie. – Czego potrzebuje Azura?

     Araena zamknęła na chwilę oczy. Gdy je otworzyła na powrót, miała w nich blask tak niezwykły, że nawet przez chwilę nie wątpiłem, iż przekazuje mi słowa Azury.

     - Udaj się do fortecy, zagrożonej wodą, lecz wodą nie dotkniętej – powiedziała. – Wewnątrz znajdziesz elfiego maga, który potrafi sprawić, by najjaśniejsza gwiazda stała się czarna niczym noc…

     Znów zamknęła oczy, by po chwili spojrzeć na mnie zupełnie inaczej, ciepło i łagodnie.

     - Wiem, że to zawiłe – uśmiechnęła się. – ale znaki Azury nigdy się nie mylą. Sądzę, że może chodzić o Zimową Twierdzę. Spytaj tam o elfiego zaklinacza.

     No, świetnie! Znaleźć elfiego zaklinacza w Zimowej Twierdzy – cóż mogło być łatwiejszego? Elfy, mając znacznie większe zdolności magiczne niż ludzie, ze zrozumiałych względów stanowiły większość członków Akademii. A zaklinać potrafił tam każdy, lepiej, lub gorzej, włącznie ze mną. I jak ja w tym gąszczu mam znaleźć tego właściwego? Doprawdy, Azuro, nie masz łatwiejszych zagadek?

     Araena tymczasem opuściła wzrok i stała zadumana, milcząc, jakby w ogóle jej tu nie było. Rozejrzałem się wokół.

     - Jesteś tu w pojedynkę? – spytałem.

     Zawsze wydawało mi się, że daedryczne kulty skupiają całe grupy wyznawców.

     - Tak – znów podniosła oczy na mnie. – Na początku byli też inni, ale wizje Azury poddały ich wiarę ciężkiej próbie. Nie chcieli znać własnej przyszłości i po kolei odchodzili.

     Zerknęła na monument i jej twarz rozjaśniła się na chwilę.

     - Ja jednak nie opuszczę kaplicy. Wizje są darem Azury, która ostrzega mnie w ten sposób przed tragediami, wojną i śmiercią. Nie zrezygnuję  z jej opieki. 

     Pokiwałem głową ze zrozumieniem. 

     - Wszystko zostało przepowiedziane – powiedziała nam jeszcze na odchodnym. – My tylko gramy swoje role.

     Pożegnaliśmy Araenę i zeszliśmy na dół. Snując domysły, kto może być tym zaklinaczem, skręciliśmy ku traktowi do Zimowej Twierdzy. Do Akademii doszliśmy, gdy zmierzchało. Lydia udała się do Komnaty Osiągnięć, gdzie był nasz pokój, a ja popędziłem na samą górę, do kwatery arcymaga.

     Była to ogromna komnata, w kształcie rotundy. Na samym środku urządzono coś w rodzaju zimowego ogrodu, w którym posadzono wiele roślin, potrzebnych w alchemii. W dodatku skomponowano z nich naprawdę imponujący widok. Rosło tam nawet małe drzewo. Dookoła uprawy stały szafy, regały i skrzynie, tworząc coś w rodzaju korytarza, obiegającego całą komnatę. W oddali ujrzałem warsztat alchemiczny i magiczny katalizator, służący do zaklinania. Półki na regałach pełne  były ksiąg, klejnotów duszy i magicznych artefaktów.

Akademia w Zimowej Twierdzy - kwatera arcymaga.

     Savos Aren siedział pod ścianą w fotelu i uważnie studiował jakąś księgę. Gdy stanąłem przed nim, skinął mi głową. Uśmiechnął się i wskazał na księgę.

     - To, czego się tu nauczysz, zostanie ci w głowie do  końca twego żywota – odezwał się poważnym tonem. – Kilku, jeśli wykażesz się talentem…

     Po czym zamknął księgę i spojrzał na mnie pytająco.

     - Muszę z tobą pomówić o Saarthal – odezwałem się.

     Wstał i spojrzał na mnie spłoszony.

     - Proszę – jęknął. – Tylko nie mów mi, że kolejny uczeń spłonął! I tak mam już dosyć na głowie…

     Opadł z powrotem na fotel. A ja uspokajająco pokręciłem głową.

     - Znaleźliśmy jakąś… Kulę! – odpowiedziałem. – Tolfdir chciał, żeby ci ją pokazać.

     Spojrzał na mnie, jakby oczekiwał, że wyjmę z kieszeni jakąś kulkę i mu ją wręczę, ale ponieważ nie uczyniłem żadnego ruchu, domyślił się, że nie było to w mojej mocy. W kilku słowach opowiedziałem mu o wszystkim, co wydarzyło się w Saarthal. Słuchał uważnie, ani razu nie przerywając.

     - Ach… Tak… – skinął głową i uśmiechnął się. – Rozumiem, że Tolfdir ma dla mnie nieco bardziej szczegółowe wyjaśnienia.

     Wstał i wolnym krokiem podszedł do niskiego, podłużnego kufra.

     - Dziękuję za zwrócenie na to mojej uwagi – rzekł, uchylając wieko. – Twoją małą grupką zwykle opiekuje się Tolfdir, prawda?

     Przytaknąłem.

     - Jako że obecnie najwyraźniej jest czymś zajęty, a ja będę musiał zobaczyć to na własne oczy, myślę że musisz zacząć zgłębiać ten temat. Porozmawiaj z Uragiem w Arcaneum. Sprawdź, czy wie coś o czymkolwiek co pasowałoby do twojego odkrycia.

     Wyciągnął z kufra jakąś krótką laskę o fantazyjnych kształtach, po czym zatrzasnął wieko i podszedł do mnie.

     - No i… - klepnął mnie w ramię. – Dobra robota!

     I wręczył mi kostur, nie przestając się uśmiechać.

     - Następnym razem, gdy będziesz zwiedzać norskie ruiny, może ci się przydać.

     Był to Kostur Magicznego Światła. Potrafił umieścić w badanym pomieszczeniu kulę jasnego światła. Bardzo pomocne w badaniu podziemi. Wziąłem go, dziękując nieśmiało, bowiem dotarło do mnie, że arcymag dał mi jednocześnie temat do badań. Każdy początkujący mag musiał zgłębić jakieś zjawisko i przestudiować je dokładnie, powiększając zasoby wiedzy Akademii. Ja miałem wiele szczęścia, że mój temat pojawił się już na początku studiów. Już miałem odejść, ale odważyłem się na zadanie jeszcze jednego pytania.

     - Spotkałeś kiedyś mnichów z zakonu Psijic?

     Wydawał się zaskoczony tym pytaniem.

     - Osobiście? – pokręcił głową. – Nie. Ja nie. Jeden z nich doradzał arcymagowi, kiedy ja byłem zaledwie uczniem. Ale to było wiele, wiele lat temu, zanim wszyscy członkowie zakonu zostali wezwani z powrotem na wyspę Artaeum i zakon ten całkowicie zniknął.

     Wychodząc z komnaty arcymaga do przedsionka Komnaty Żywiołów, natknąłem się na Faraldę. 

     - Tutaj jesteś! – uśmiechnęła się. – Szukałam cię.

     Pociągnęła mnie za rękawicę w kąt przedsionka. Zniżyła głos do szeptu.

     - Chciałam tylko dać ci znać, że Ancano o ciebie wypytuje. Chyba cię szuka.

     Ancano! Tajemniczy Thalmorczyk, kręcący się po Akademii. Zimnymi oczami penetrujący wszystkie zakamarki. Miałem nadzieję, że nie będę musiał znosić jego obecności.

     - Dlaczego Ancano mnie szuka – spytałem niespokojnie.

     - Nie jestem pewna – odrzekła Faralda. – Ale… Uważaj, co mówisz, dobrze?

     Tknęło mnie złe przeczucie.

     - Jakiś problem? – spytałem szeptem, pochylając się do jej ucha?

     - Nie, nie… - roześmiała się. – A przynajmniej, nie wydaje mi się. Tak między nami, krążą o nim różne plotki. Na przykład, że to jego stanowisko doradcy, to zwykły przekręt i przykrywka. Podobno tak naprawdę jest szpiegiem Thalmorczyków i przekazuje im informacje. Ciężko stwierdzić, czy to prawda. Nie zaszkodzi jednak na niego uważać, prawda?

     Mrugnęła do mnie i oboje się uśmiechnęliśmy.

     - Dzięki za ostrzeżenie – ścisnąłem jej dłoń.

     - Cała przyjemność po mojej stronie – uśmiechnęła się.

     Już mieliśmy się rozejść, ale coś mi się przypomniało. Obróciłem się na pięcie i złapałem ją za rękę. Przystanęła, patrząc na mnie pytająco.

     - Czy jest tutaj elfi mag, który bada gwiazdy? – spytałem.

     Spojrzała na mnie zaskoczona.

     - Dlaczego akurat gwiazdy?

     Wzruszyła ramionami, ale zaraz dotknęła ręką czoła.

     - Czekaj… Czy masz na myśli… Nie, przecież nie możesz o tym wiedzieć!

     - O co chodzi? – spojrzałem na nią uważnie. – Co się stało?

     - To było parę lat temu – zmrużyła oczy, jakby chciała sobie coś przypomnieć. – Kilku magów nabrało zbytniej pewności siebie i zostali wygnani. I tak byli beztalenciami – wzruszyła ramionami. – Podobno jeden z nich, Nelacar, wciąż kręci się koło Zmrożonego Paleniska. Chyba nie ma dokąd pójść, biedaczysko…

     Zmrożone Palenisko to była gospoda w Zimowej Twierdzy, naprzeciwko skromnej siedziby jarla. Pożegnałem Faraldę, gorąco dziękując jej za pomoc. Wyszedłem z Akademii, kierując się do miasta. Było już ciemno, ale jeszcze na tyle wcześnie, że mogłem zastać Nelacara w gospodzie. Już po kilku chwilach otrzepałem buty ze śniegu na drewnianym ganku i uchyliłem drzwi do Zmrożonego Paleniska.

     Wewnątrz było ciepło i przytulnie. Nelacar rzucał się w oczy. Poznałem go od razu, choć nigdy przedtem go nie widziałem. Był szczupłym Altmerem, dość skromnie ubranym i nie trzeba było wielkiej bystrości, żeby zgadnąć, że nie najlepiej mu się powodzi. W chwili, gdy wszedłem, stał obok oberżysty i podtykał mu pod nos jakąś niedużą fiolkę.

     - Przepraszam, czy możesz opisać mi ten zapach? – spytał.

     Oberżysta Dagur pociągnął lekko nosem, po czym skrzywił się z obrzydzeniem.

     - Jakby jakiś straszliwy potwór został wywrócony na lewą stronę – burknął. – A potem eksplodował… Co to było?

     Altmer wyraźnie się zmartwił. Powąchał fiolkę i również się skrzywił.

     - Wystąpił mały błąd w obliczeniach – rzekł, trąc czoło. – W następnych eksperymentach już się nie powtórzy.

     Dagur wzruszył ramionami i zajął miejsce za ladą.

     - Właśnie dlatego ludzie mają problem z waszą akademią, Nelacar – roześmiał się.

     Elf tymczasem z zasępioną miną skierował się do swego pokoiku. Poszedłem za nim. Gdy wszedłem, spojrzał na mnie pytająco. Elfie blachy musiały go zmylić. Chyba wziął mnie za Thalmorczyka. Dlatego pewnie od razu odezwał się tonem usprawiedliwienia.

     - Mam dobry układ z Dagurem – rzekł szybko. – On mi zapewnia przyszłość, a ja staram się, by eksperymenty nie wysadziły w powietrze jego gospody…

     Urwał, gdy zdjąłem hełm i okazało się, że wcale nie jestem z Thalmoru.

     - Szukam elfiego maga, który bada gwiazdy – oznajmiłem.

     - Kto cię przysłał? – spytał zdziwiony i trochę przestraszony.

     Rzucił okiem na magiczny kostur, jaki wciąż trzymałem w dłoni.

     - Akademia? Jarl?

     Zrezygnowany usiadł na łóżku.

     - Miało nie być więcej pytań! – jęknął tonem skargi.

     - Przysyła mnie kapłanka Azury – odparłem spokojnie.

     Ale mój spokój nie udzielił mu się. Przeciwnie!

     - Współpracujesz z daedrami? – wybuchnął. – Jasne! Opowiedz mi jeszcze bajkę o argoniańskiej pokojówce i chutliwym baronie!

     Albo mi nie wierzył, albo się czegoś bał. Omiotłem wzrokiem skromne wyposażenie pokoju. Naprawdę musiał cienko prząść. To dawało mi niejaką szansę, jako że ja już do biedaków nie należałem. Ba, byłem uważany za człowieka zamożnego! Sięgnąłem do pasa i odpiąłem jeden z mieszków. Zważyłem go w dłoni. Powinien zawierać kilkaset septimów.

     - Słuchaj, mogę zapłacić – zadzwoniłem mu pieniędzmi.

     Spojrzał na mnie inaczej. W jego wzroku nie było chciwości. Ale widać było po nim, że naprawdę potrzebuje tych pieniędzy.

     - Kilka monet za moją duszę? – westchnął, wskazując mi krzesło. – Nawet  nie wiesz, ile w tym ironii…

     Rzuciłem mu mieszek. Złapał go i zważył w dłoni. W jego oczach ujrzałem zdziwienie. Zapewne nie spodziewał się tak wysokiej nagrody. Pochylił się ku mnie nieco zażenowany całą sytuacją, ale za to bardzo skory do współpracy. Splótł palce i opuścił głowę, zastanawiając się, jak zacząć.

     - Co wiesz o klejnotach duszy? – spytał, podnosząc głowę.

     – Służą do zaklinania, prawda? – odrzekłem niepewnie.

     - Zgadza się – skinął głową. – Z tym, że kamienie są bardzo delikatne i zostają za każdym razem pochłonięte. Poza jednym. Gwiazda Azury! Daedryczny artefakt, przez który może przejść dowolna liczba dusz.

     Urwał, szukając słów.

     - Niektórzy z nas chcieli poznać jej tajemnice – zaczął po dłuższej chwili. – Pracowałem wtedy z Malynem Varenem – pokręcił głową. – Szkoda, że nie przejrzeliśmy jego planów w porę…

     - Co zrobił Malyn? – spytałem zaciekawiony.

     Nelacar wstał i zaczął krążyć po pokoju, nie przestając mówić. Gestykulował przy tym tak, że naprawdę było widać, jak bardzo był wzburzony.

     - Malyn chciał zmienić Gwiazdę. Był śmiertelnie chory. Myślał, że zdoła przechować w środku swą duszę. I zyskać nieśmiertelność! Popadł przez to w szaleństwo.

     Zniżył głos.

     - Studenci zaczęli ginąć… Akademia go w końcu wygnała, a on zabrał kilkoro lojalnych uczniów i zniknął w Głębi Ilinalty.

     Znów usiadł na łóżku i spojrzał mi prosto w oczy.

     - Posłuchaj, nie dbam o to, kto cię przysłał po Gwiazdę, ale nie oddawaj jej Azurze.

     Chwycił moją dłoń.

     - Daedry to zło wcielone – szepnął. – To właśnie przez nie Malyn postradał rozum!

     Pokręciłem głową z powątpiewaniem.

     - Jakim cudem daedrze udało się doprowadzić Malyna do szaleństwa? – wzruszyłem ramionami.

     - Azura nie jest zwykłą daedrą! – rzekł dobitnie. – W Otchłani włada całym królestwem. Im dłużej Malyn pracował nad Gwiazdą, tym większy miała ona na niego wpływ. Zaczęło się niewinnie. Malyn zaczynał widzieć rzeczy, których nie było. Potem krzyczał na studentów za słowa, których nie wypowiedzieli. Kiedyś, gdy akurat wszedłem, odkryłem że… - wzdrygnął się na te słowa – Malyn zabił studentkę! W porywie szaleńczej inspiracji zaczął używać jej duszy do swych prac…

     Westchnął przeciągle, jakby te wspomnienia sprawiły mu przykrość.

     - Zdaje się, że Malyn dostał to, na co zasłużył – mruknąłem z dezaprobatą.

     - Akademia miałaby podobne zdanie – Nelacar uśmiechnął się smutno. – Ale zdajesz sobie sprawę, ilu niewinnych zabito tylko po to, by Azura mogła się zemścić? Dla daedr jesteśmy niczym. Zwykłymi pionkami na szachownicy, które można dowolnie przesuwać i niszczyć.

     Gorycz dyktowała mu te słowa. Nie wszystkie daedry były złe. Gdyby to była inna daedra… Vaermina, Boetiah, czy choćby Hermeus Mora, zgodziłbym się z nim. Ale to przecież była Azura! To przecież nie ona zabijała tych niewinnych. Z pewnością ubolewała nad nimi tak samo jak my.

     Wiedziałem jednak, że rozmowa skończona. W milczeniu uścisnąłem mu dłoń. Gorycz, czy nie,  udzielił mi informacji, których potrzebowałem. Chwyciłem hełm i wolnym krokiem ruszyłem ku wyjściu.

*          *          *

     Do Arcaneum udałem się dopiero na drugi dzień, po pierwszej lekcji, którą tym razem prowadziła Mirabelle. Nauczyłem się kilku naprawdę przydatnych zaklęć z różnych szkół. Mistrzyni uznała, że jako wojownikowi, przydadzą mi się czary Zniszczenia. Pokazała mi, jak rzucić Ognisty Pocisk. Było to bardzo przydatne zaklęcie, bowiem pocisk ten miał bardzo daleki zasięg, w przeciwieństwie do Płomieni, którymi umiałem razić zaledwie na kilkanaście kroków. Na moją uwagę, że w walce często otrzymuje się też rany, nauczyła mnie „Szybkiego Leczenia” ze Szkoły Przywracania. Swą wiedzę wzbogaciłem o „Jasnowidzenie” ze Szkoły Iluzji. Było to zaklęcie, pokazujące drogę do szukanego celu. W czasie wędrówek, nie do przecenienia.

     Do Arcaneum udałem się wraz z Lydią. Na jej widok, Urag wyraźnie złagodził swą groźną twarz. Lydia też się uśmiechnęła. Zdążyli się już polubić. Nic dziwnego, skoro ona całymi dniami tu przesiadywała.

     - Potrzebuję informacji o czymś, co znaleźliśmy w Saarthal – powiedziałem, rozkładając ręce, bowiem sam nie wiedziałem, czego szukać.

     - Wiem, czego szukasz – rzekł Urag z przekąsem. – Tutaj wieści szybko się rozchodzą. Udało ci się odkryć jakąś wielką tajemnicę, co?

     Pokręcił głową.

     - Nie musisz nawet pytać – oznajmił, rozkładając ręce. – Nie, nie mam niczego dla ciebie. Przynajmniej na razie…

     Opadły mi ręce.

     - Nie masz niczego, co mogłoby mi pomóc? – spytałem zawiedziony.

     Potrząsnął głową.

     - Powiedziałem już, że nie – burknął. – Orthorn ukradł kilka ksiąg, gdy uciekł do Twierdzy Zabójczego Blasku, żeby przyłączyć się do Przywoływaczy. Coś w rodzaju propozycji zawarcia pokoju… Wydaje mi się, że w tych tomach mogły znaleźć się ważne informacje. Jeśli chcesz je mieć, musisz porozmawiać z Orthornem.

     - Kim jest ten Orthorn? – spytała Lydia.

     Twarz Uraga złagodniała, gdy zwracał się do niej.

     - Był uczniem Akademii – wyjaśnił. – Niezbyt utalentowanym, ale zadawał się z grupą magów, którzy go polubili. Kiedy oni odeszli, uciekł za nimi. Ukradł zapasy i księgi Akademii, pewnie po to, żeby im się przypochlebić.

     Przyznam, że byłem zdumiony.

     - Nikogo nie obchodzi, że Orthorn okradł Akademię? - spytałem z niedowierzaniem.

     - Nie na tyle, by się tym zajmować – westchnął Ork. – Arcymag Aren pozwala, by to wszystko samo mogło się uporządkować. Ale zdaje mi się, że porządkowanie przypadnie tobie. Powodzenia…

     I przy tych słowach spojrzał na mnie z nadzieją. Wiedziałem dlaczego. On po prostu kochał księgi szczerą i oddaną miłością. Były dla niego największym skarbem. Nie mogłem mu odmówić, zresztą, sam potrzebowałem tych tomów.

     Zatem, kolejna wyprawa. A nawet dwie, bo przecież trzeba się też udać do… Jak to było? Głębia Ilinalty… Nazwa wskazywała na okolice Rzecznej Puszczy, gdzie rozlewało się malownicze jezioro Ilinalta, skąd początek brała Biała Rzeka. A z kolei rzeczona twierdza leżała gdzieś w pobliżu wież Valtheim, niedaleko Białej Grani.

     Skierowaliśmy się ku wyjściu, gdy niemal zderzyłem się z Ancano. Masz ci los! Miałem nadzieję na uniknięcie tego spotkania. Nie było jak się wykręcić, tym bardziej, że Ancano przybrał uprzejmy wyraz twarzy i takiż głos. Zwyczajnie nie mogłem posłać go do wszystkich demonów…

     - Ej, ty! – zatrzymał mnie niedbałym gestem. – Mam kilka pytań…

     Przystanąłem niechętnie.

     - Znasz trochę Saarthal, prawda? Doszły mnie słuchy, że coś tam znaleziono.

     Absolutnie nie czułem się zobowiązany do składania raportów Thalmorczykowi.

     - Tak – odparłem krótko. – Arcymag został poinformowany.

     - Doskonale o tym wiem – uśmiechnął się tak słodko, że aż mnie zemdliło – Tolfdir wciąż przebywa w Saarthal, prawda? Oczekuję, że gdy powróci, zda mi pełny raport.

     - Skąd o tym wiesz? – spytałem, zły na długie języki w Akademii.

     - Moim zadaniem jest wiedzieć takie rzeczy – rzekł tonem przechwałki. – Moja rolę doradcy arcymaga wspiera fakt, że wiem o wszystkim, co się tutaj dzieje.

     Łaskawie skinął mi głową.

     - Dziękuję ci za pomoc. Możesz już iść.

     Jakże wtedy żałowałem, że nie miałem pretekstu, aby kopnąć go w ten chudy zad! Elfie buty miały spiczaste czubki, okute twardą blachą, z księżycowego kamienia. Długo by pamiętał taki kopniak, oj długo…

*          *          *

     Na naszą wyprawę wybraliśmy się tydzień później. W Komnacie Żywiołów odbywały się bowiem ważne zajęcia, których nie chciałem opuszczać. Lubiłem je zresztą. Jedynym nieprzyjemnym epizodem była krótka rozmowa z Niryą, która tego dnia była czymś mocno poddenerwowana. Po jednej z moich kolejnych rozmów z Faraldą na temat Ancano, zaczepiła mnie i zmierzyła nienawistnym wzrokiem.

     - To kłamstwa! – wybuchła. – Od początku do końca! Nieważne, co ci powiedziała, ale to nieprawda.

     - O kim ty mówisz? – spytałem zdumiony.

     - O Faraldzie – chwyciła się pod boki. – Nie zachowuj się, jakby nic ci nie mówiła. Znam ją, wiem co planuje.

     - Co ci nie pasuje w Faraldzie? – spojrzałem zdziwiony.

     - Co mi w niej nie pasuje? – aż przewróciła oczami. – To ona ma coś do mnie! Czuje się przeze mnie zagrożona. Moimi czarodziejskimi umiejętnościami, moją elegancją, posturą i moim olśniewającym wyglądem. Ale nie uda jej się uzyskać nade mną przewagi. Nie dam się, o nie! Właśnie do tego zmierza. Chce podkopać moją pewność siebie. Żebym zaczęła w siebie wątpić… Na mnie to nie zadziała, zapewniam.

     Była bliska płaczu. Choć jej oskarżenia pod adresem Faraldy były zupełnie chybione, zrobiło mi się jej żal. Musiała przeżyć niedawno jakieś załamanie, zapewne spotkało ją jakieś niepowodzenie, które podkopało jej pewność siebie. Tu o niepowodzenie nietrudno. Magia to dość kapryśna i niebezpieczna sztuka. Chciałem jednak sprawdzić, czy przypadkiem nie pomaga Ancano – bo przecież z Faraldą rozmawialiśmy głównie o nim.

     - Co wiesz o Ancano? – spytałem, gdy już się trochę uspokoiła.

     Zmieniła się na twarzy i zniżyła głos.

     - Nie ufaj mu – szepnęła. – Na pewno coś knuje. Większość tu coś knuje, ale w tym przypadku chodzi o coś grubszego. Jeszcze nie wiem, o co chodzi, ale na pewno to rozgryzę…

     Czyli zwykłe, babskie dąsy! Zwykłe nieporozumienie, spowodowane być może jakimiś kłopotami czarodziejki. Zazdrościła zapewne Faraldzie, że wszyscy ją lubią i chętnie przebywają w jej towarzystwie, choć teoretycznie to ona jest tu tą piękną. Musiałem przyznać, że figurę miała idealną i poruszała się z naturalnym, niewymuszonym wdziękiem, ale altmerską urodę nie mnie oceniać. Spiczaste brody i uszy, wielkie oczy, złocisto-zielona skóra… Za żadną z nich nie oddałbym nawet jednego włosa Lydii.

     - Jest jednak dość przystojny, nie? – mrugnęła na odchodnym Nirya, zupełnie już uspokojona.

     Może dla Altmerów oboje byli pięknościami. Ja nie wiem. Nie znałem ideału altmerskiej urody, ani męskiej, ani żeńskiej. Mnie nie podobały się ich wydłużone twarze, na planie trójkąta, wąskie wargi, blade oczy, ani spiczaste uszy. Mój ideał miał małe uszka, pełne usta, stworzone wręcz do całowania, ciemne oczy, w kształcie dwu igrających delfinów i owalną, gładką buzię. I właśnie wybierałem się z nim do Białej Grani.

     W drodze spotkała nas tylko jedna przygoda. Na skraju lasu, już na trakcie do Białej Grani, napadł nas jakiś oszalały Orsimer, w stalowej zbroi i z wielkim, dwuręcznym toporem. Wywinął nim tak szybkiego młyńca, że Lydia nie zdążyła się zasłonić. Koniec podwójnego ostrza zahaczył o jej zbroję. Cios był tak potężny, że odrzucił ją o kilka kroków, jednak Ork odsłonił wtedy kark, czego nie omieszkałem wykorzystać, zadając mu szybką śmierć od Zguby Smoków.

     Podbiegłem do Lydii.

     - Nic mi nie jest – uspokoiła mnie. – Draśnięcie.

     Spojrzałem na jej lewy bok. Czerwieniał. Topór rozciął kirys, jakby ten był z papieru, nie ze stali. Rzuciłem w jej stronę zaklęcie Uzdrawiający Dotyk i zasklepiłem jej ranę. Pomogłem wstać. Zapewniła, że nic jej nie jest, ale kirys musiała zdjąć. Brzegi blach przy rozcięciu zawinęły się do środka i uwierały ją w bok.

     - Jak to dobrze mieć męża, który umie to naprawić. – przytuliła się do mnie, ale zaraz odskoczyła. – Ale ty jesteś zimny!

     Tak to jest, gdy w samej koszuli przytuli się człowiek do elfiej zbroi. Podałem jej płaszcz kultysty, żeby się okryła. A potem wzięliśmy się za ręce i już bez przygód dotarliśmy do Wietrznego Domku.