środa, 4 stycznia 2017

Rozdział XVII – Gwiazda Azury

     Gdy wyszliśmy na zewnątrz, oboje musieliśmy zakryć oczy. Dzień był słoneczny, a okolice pokryte śniegiem. Nasze oczy, przyzwyczajone do ciemności podziemi, były teraz tak wrażliwe na światło, że słoneczny blask kłuł nas, jakby ktoś wbijał nam w oczy ostre sztylety. Dłuższą chwilę trwało, zanim mogliśmy oderwać ręce od twarzy. Nasunąłem hełm głębiej na czoło. Lydia potrząsnęła głową i opuściła sobie włosy na oczy, przytrzymując je diademem. Uśmiechnąłem się na ten widok.

     - Teraz nie będę wiedział, gdzie przód, gdzie tył.

     Co dziwne, nie odcięła mi się. Czekałem kilka chwil i nic.

     - Nie skomentujesz? – spytałem.

     - Pokazałam ci język. Wystarczy za komentarz…

     Umilkła, ale po lekkim drżeniu ramion poznałem, że się śmieje. Chwyciłem jej rękę i razem wspięliśmy się na drewnianą platformę, która wyprowadziła nas na powierzchnię.

     Mogliśmy iść tą samą drogą, którą tu przyszliśmy, ale po przeciwnej stronie zauważyliśmy coś dziwnego. Jakieś rozbłyski. Wychodziły zza skalnej ściany, nie mogliśmy więc dostrzec, skąd pochodzą. Pobiegliśmy w tamtym kierunku, wciąż niepewni, czy nam się po prostu nie przywidziało. Wbiegliśmy do stromego wąwozu. Był pusty. Poszliśmy więc dalej, na wszelki wypadek wyciągnąwszy broń. Lydia odgarnęła włosy z czoła, a ja uniosłem hełm do normalnej pozycji. Zaczęliśmy się uważnie rozglądać. Aż w końcu znaleźliśmy źródło tajemniczej iluminacji. I to niejedno, ale aż trzy. Zwłoki trojga kultystów z wyspy Solstheim, którzy zginęli w walce z dwoma śnieżnymi trollami. Trolle również były martwe. Obszedłem pole bitwy dookoła, poszukując śladów. Niewykluczone bowiem, że był tu ktoś jeszcze. Ale znalazłem tylko tropy trzech ludzi i dwóch trolli, nic więcej. Zatem pozabijali się nawzajem…

Eksponat po lewej to kompletny, oryginalny strój kultysty z Solstheim. Po prawej widać szklaną zbroję. Oba eksponaty znajdują się w posiadłości Dumna Wieżyca, w Samotni.

     - Zaczynają mnie drażnić – mruknąłem, wskazując na poszarpane pazurami ciało kultysty. – Wszędzie ich pełno.

     - Podszkolisz się trochę, to się za nich zabierzemy – szepnęła Lydia. – Jest ich wielu i są wszędzie, ale jak na razie, żaden nie dał ci rady.

     - To nie Miraak – westchnąłem. – On z pewnością jest nieporównanie potężniejszy. No i, jak widzisz, ma wielu ludzi.

     - Wielu, ale nie nieskończenie wielu – odparła. – Z każdym ich atakiem zmniejszasz jego siły. Może to i lepiej, że chodzą trójkami. Trzem damy radę. I stopniowo pozbędziemy go wojska.

     Uśmiechnąłem się smutno. Lydia, oczywiście, nie mówiła tego serio. Chciała mnie po prostu pocieszyć. Nie wiedziałem, jak liczne są zastępy Miraaka, ale skoro potrafił wysłać patrol w każdy zakątek Skyrim, musiały być one spore.

     - My też nie jesteśmy sami – szepnęła Lydia. – Popatrz, ilu masz przyjaciół. Za tobą staną magowie, legioniści, nawet smok…

     Pokiwałem głową i rzeczywiście zrobiło mi się lżej na sercu.  Nie byłem sam. W każdym mieście miałem kilku oddanych przyjaciół. No i miałem ją – Lydię. Spojrzałem na nią czule. Tak, miała rację. Cóż z tego, skoro na Solstheim nie mogłem ich zabrać? Przecież wcale nie musiałem się tam wybierać!

     Wiedziałem jednak, ze któregoś dnia tam popłynę. Mój niespokojny duch nie pozwoli mi zostawić tej sprawy nie rozwiązanej.

     Tymczasem szliśmy dalej wąwozem. Tędy było trochę dalej, ale nie chciało nam się wracać do Saarthal. Szliśmy więc tą samą drogą, którą kiedyś szedłem do fortu Kastav.

     - Smocza ściana? – spytała Lydia, wskazując na podnóże góry Anthor, które ukazało nam się po prawej stronie.

     Skinąłem głową.

     - Byłem tu, gdy szedłem do fortu Kastav. Pradawny smok. Brrr… Nieprzyjemna gadzina. Ale Słowo z tej ściany uratowało mnie już przed Gromowładnymi.

     Przystanąłem.

     - Co się stało? – spytała Lydia.

     - Nic, myślę – mruknąłem. – Anthor i Saarthal… Dwa miejsca tak blisko siebie. I dwa słowa tego samego Krzyku. Może gdzieś tu w pobliżu znajdę trzecie?

     Było jeszcze wcześnie. Przygoda w Saarthal nie zabrała nam dużo czasu. Więc gdy ujrzałem stromą ścieżkę, odrywającą się od drogi, postanowiłem zbadać, dokąd prowadzi. Lydii nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Uwielbiała odkrywać nieznane sobie miejsca. Nie było jaskini, obok której przeszłaby obojętnie. Za każdym razem, gdy obok jakiejś przechodziliśmy, zatrzymywała się i wołała: „Hej, patrz, jaskinia! Ciekawe, co jest w środku!”. Ponieważ w górach jaskiń było wiele, zdarzało się to dość często.

     Poszliśmy w górę. Nieważne, czy coś tam będzie. Ścieżka prowadziła na szczyt, albo w pobliże szczytu, a stamtąd na pewno będzie piękny widok, wart każdej wspinaczki. Muszę jednak przyznać, że tak pięknego widoku się nie spodziewałem. Jeszcze kilka kroków, wyszliśmy poza skalną ścianę i jak zamurowani, stanęliśmy olśnieni.

     To nie był po prostu pomnik. To był olbrzymi monument, wielkości sporego pałacu! Nie wiem, kto go wykonał, ale musiał to być ktoś naprawdę potężny. Przed nami ukazał się wysoki, kilkupiętrowy cokół, sam w sobie imponujący, a na nim stał monumentalny posąg kobiecej postaci, trzymający w jednej ręce gwiazdę w kształcie Słońca, w drugiej róg Księżyca. Był nie tylko piękny, ale i wspaniale wyeksponowany, oświetlony ostrym, górskim słońcem na tle ośnieżonych gór i jasnego nieba. Jego wielkość zaś nie sprawiała wrażenia przytłaczającej, wręcz przeciwnie. 

     - Azura! – wyrwało nam się z ust.

     Tak, to był pomnik Azury, jednej z najpotężniejszych daedr. I najbardziej ukochanej przez śmiertelników. I zarazem, główne źródło niezgody pomiędzy ludnością Tamriel i Strażnikami Stendarra. Bowiem, o ile zemsta na daedrach i ich wyznawcach na ogół nie budziła sprzeciwu, o tyle nie dotyczyło to na ogół dobrotliwej i łagodnej Pani Zmierzchu i Świtu.

Skyrim - kaplica Azury. O ogromie budowli świadczy ledwo dostrzegalna figurka kapłanki na szczycie budowli

     Zbliżyliśmy się do kaplicy. Na wszelki wypadek omiotłem okolice zaklęciem „Wykrycie Życia” ze Szkoły Przemiany. Żadnego wroga, ani zwierzyny w pobliżu nie było, za to na szczycie cokołu, w miejscu, którego z dołu nie można było dostrzec, zamajaczyło błękitne światło.

     - Tam ktoś jest – oznajmiłem, pokazując ręką. – Pod posągiem.

     - Przyjaciel, czy wróg? – spytała Lydia.

     - Chyba przyjaciel – mruknąłem. – W każdym razie, nie wróg. Jarzy się na niebiesko…

     Wspięliśmy się wyżej już po chwili zaczęliśmy ostrożnie wchodzić po nieco oblodzonych schodach. Schodów było wiele i w różnych konfiguracjach, ale w końcu dotarliśmy na szczyt. Pod samym monumentem stał ołtarz, w kształcie kamiennego stołu. A przy nim, z wzniesionymi w górę ramionami, stała drobna postać w kapłańskich szatach. Gdy się zbliżyliśmy, odwróciła się w naszą stronę.

     Była to Dunmerka, o spokojnej twarzy i niesamowitym spojrzeniu. Wcale nie miała czerwonych oczu, jak inni Dunmerowie. Jej oczy były prawie czarne, co w połączeniu z bijącym od niej spokojem sprawiało niesamowite wrażenie. Z pewnością spędzała tu czas na medytacjach i modlitwach, co było po niej widać. Po drugiej stronie cokołu miała rozbity namiot z grubego materiału, palenisko i kilka sprzętów. Widać, koczowała tu od dłuższego czasu.

     Pozdrowiliśmy ją i przedstawiliśmy się, przepraszając za najście, ale „sama rozumiesz, ciekawość…”. Skinęła nam głową z tajemniczym uśmiechem i przedstawiła się jako Aranea Ienith, po czym spojrzała na mnie badawczo i dała do zrozumienia, że wie, kim jestem.

     - Azura przewidziała twe przyjście – odezwała się głębokim, dźwięcznym i bardzo przyjemnym dla ucha głosem. – To nie ciekawość, lecz przeznaczenie cię tu przywiodło.

     W pierwszej chwili chciałem się roześmiać, ale zastanowił mnie ton jej głosu. Ona naprawdę coś wiedziała!

     - Przewidziała moje przyjście – powtórzyłem zdumiony. – Co masz na myśli?

     Wskazała głową na pomnik ponad nami.

     - Azura zesłała na mnie dar jasnowidzenia – szepnęła. – Na długo przed twoimi narodzinami miałam wizję, jak wchodzisz po schodach tego ołtarza. Wybrała cię swym czempionem…

     Słuchałem tego z rosnącym zdumieniem. Ja czempionem Azury? Może nie powinno mnie to dziwić aż tak bardzo, bowiem już jedna z daedr dokonała takiego samego wyboru. Przedświt u mego boku był wyraźnym tego dowodem. Ale, czy to sprawiła niesamowita atmosfera tego miejsca, czy jego niezwykłość sama w sobie, dość, że ta wiadomość oszołomiła mnie zupełnie.

     Aranea uśmiechnęła się ciepło.

     - Wiem, że to dla ciebie zaskoczenie – odezwała się. – Ale nie martw się, wszystko idzie zgodnie z planem.

     Wiedziałem, że mówi prawdę. To było widać. Mogła się wprawdzie mylić, a z pewnością nie chciała mnie oszukać. I naprawdę miała w sobie coś niesamowitego. Bez trudu przyszło mi uwierzyć w jej dar jasnowidzenia. I poczułem zarazem coś w rodzaju dumy. Bo przysłużyć się Azurze było dla mnie zaszczytem. Co najmniej takim samym, jak niegdyś przysługa, wyświadczona jej siostrze, Meridii. Czy to ona właśnie poleciła mnie Azurze?...

     - Dobrze… - odezwałem się niepewnie. – Czego potrzebuje Azura?

     Araena zamknęła na chwilę oczy. Gdy je otworzyła na powrót, miała w nich blask tak niezwykły, że nawet przez chwilę nie wątpiłem, iż przekazuje mi słowa Azury.

     - Udaj się do fortecy, zagrożonej wodą, lecz wodą nie dotkniętej – powiedziała. – Wewnątrz znajdziesz elfiego maga, który potrafi sprawić, by najjaśniejsza gwiazda stała się czarna niczym noc…

     Znów zamknęła oczy, by po chwili spojrzeć na mnie zupełnie inaczej, ciepło i łagodnie.

     - Wiem, że to zawiłe – uśmiechnęła się. – ale znaki Azury nigdy się nie mylą. Sądzę, że może chodzić o Zimową Twierdzę. Spytaj tam o elfiego zaklinacza.

     No, świetnie! Znaleźć elfiego zaklinacza w Zimowej Twierdzy – cóż mogło być łatwiejszego? Elfy, mając znacznie większe zdolności magiczne niż ludzie, ze zrozumiałych względów stanowiły większość członków Akademii. A zaklinać potrafił tam każdy, lepiej, lub gorzej, włącznie ze mną. I jak ja w tym gąszczu mam znaleźć tego właściwego? Doprawdy, Azuro, nie masz łatwiejszych zagadek?

     Araena tymczasem opuściła wzrok i stała zadumana, milcząc, jakby w ogóle jej tu nie było. Rozejrzałem się wokół.

     - Jesteś tu w pojedynkę? – spytałem.

     Zawsze wydawało mi się, że daedryczne kulty skupiają całe grupy wyznawców.

     - Tak – znów podniosła oczy na mnie. – Na początku byli też inni, ale wizje Azury poddały ich wiarę ciężkiej próbie. Nie chcieli znać własnej przyszłości i po kolei odchodzili.

     Zerknęła na monument i jej twarz rozjaśniła się na chwilę.

     - Ja jednak nie opuszczę kaplicy. Wizje są darem Azury, która ostrzega mnie w ten sposób przed tragediami, wojną i śmiercią. Nie zrezygnuję  z jej opieki. 

     Pokiwałem głową ze zrozumieniem. 

     - Wszystko zostało przepowiedziane – powiedziała nam jeszcze na odchodnym. – My tylko gramy swoje role.

     Pożegnaliśmy Araenę i zeszliśmy na dół. Snując domysły, kto może być tym zaklinaczem, skręciliśmy ku traktowi do Zimowej Twierdzy. Do Akademii doszliśmy, gdy zmierzchało. Lydia udała się do Komnaty Osiągnięć, gdzie był nasz pokój, a ja popędziłem na samą górę, do kwatery arcymaga.

     Była to ogromna komnata, w kształcie rotundy. Na samym środku urządzono coś w rodzaju zimowego ogrodu, w którym posadzono wiele roślin, potrzebnych w alchemii. W dodatku skomponowano z nich naprawdę imponujący widok. Rosło tam nawet małe drzewo. Dookoła uprawy stały szafy, regały i skrzynie, tworząc coś w rodzaju korytarza, obiegającego całą komnatę. W oddali ujrzałem warsztat alchemiczny i magiczny katalizator, służący do zaklinania. Półki na regałach pełne  były ksiąg, klejnotów duszy i magicznych artefaktów.

Akademia w Zimowej Twierdzy - kwatera arcymaga.

     Savos Aren siedział pod ścianą w fotelu i uważnie studiował jakąś księgę. Gdy stanąłem przed nim, skinął mi głową. Uśmiechnął się i wskazał na księgę.

     - To, czego się tu nauczysz, zostanie ci w głowie do  końca twego żywota – odezwał się poważnym tonem. – Kilku, jeśli wykażesz się talentem…

     Po czym zamknął księgę i spojrzał na mnie pytająco.

     - Muszę z tobą pomówić o Saarthal – odezwałem się.

     Wstał i spojrzał na mnie spłoszony.

     - Proszę – jęknął. – Tylko nie mów mi, że kolejny uczeń spłonął! I tak mam już dosyć na głowie…

     Opadł z powrotem na fotel. A ja uspokajająco pokręciłem głową.

     - Znaleźliśmy jakąś… Kulę! – odpowiedziałem. – Tolfdir chciał, żeby ci ją pokazać.

     Spojrzał na mnie, jakby oczekiwał, że wyjmę z kieszeni jakąś kulkę i mu ją wręczę, ale ponieważ nie uczyniłem żadnego ruchu, domyślił się, że nie było to w mojej mocy. W kilku słowach opowiedziałem mu o wszystkim, co wydarzyło się w Saarthal. Słuchał uważnie, ani razu nie przerywając.

     - Ach… Tak… – skinął głową i uśmiechnął się. – Rozumiem, że Tolfdir ma dla mnie nieco bardziej szczegółowe wyjaśnienia.

     Wstał i wolnym krokiem podszedł do niskiego, podłużnego kufra.

     - Dziękuję za zwrócenie na to mojej uwagi – rzekł, uchylając wieko. – Twoją małą grupką zwykle opiekuje się Tolfdir, prawda?

     Przytaknąłem.

     - Jako że obecnie najwyraźniej jest czymś zajęty, a ja będę musiał zobaczyć to na własne oczy, myślę że musisz zacząć zgłębiać ten temat. Porozmawiaj z Uragiem w Arcaneum. Sprawdź, czy wie coś o czymkolwiek co pasowałoby do twojego odkrycia.

     Wyciągnął z kufra jakąś krótką laskę o fantazyjnych kształtach, po czym zatrzasnął wieko i podszedł do mnie.

     - No i… - klepnął mnie w ramię. – Dobra robota!

     I wręczył mi kostur, nie przestając się uśmiechać.

     - Następnym razem, gdy będziesz zwiedzać norskie ruiny, może ci się przydać.

     Był to Kostur Magicznego Światła. Potrafił umieścić w badanym pomieszczeniu kulę jasnego światła. Bardzo pomocne w badaniu podziemi. Wziąłem go, dziękując nieśmiało, bowiem dotarło do mnie, że arcymag dał mi jednocześnie temat do badań. Każdy początkujący mag musiał zgłębić jakieś zjawisko i przestudiować je dokładnie, powiększając zasoby wiedzy Akademii. Ja miałem wiele szczęścia, że mój temat pojawił się już na początku studiów. Już miałem odejść, ale odważyłem się na zadanie jeszcze jednego pytania.

     - Spotkałeś kiedyś mnichów z zakonu Psijic?

     Wydawał się zaskoczony tym pytaniem.

     - Osobiście? – pokręcił głową. – Nie. Ja nie. Jeden z nich doradzał arcymagowi, kiedy ja byłem zaledwie uczniem. Ale to było wiele, wiele lat temu, zanim wszyscy członkowie zakonu zostali wezwani z powrotem na wyspę Artaeum i zakon ten całkowicie zniknął.

     Wychodząc z komnaty arcymaga do przedsionka Komnaty Żywiołów, natknąłem się na Faraldę. 

     - Tutaj jesteś! – uśmiechnęła się. – Szukałam cię.

     Pociągnęła mnie za rękawicę w kąt przedsionka. Zniżyła głos do szeptu.

     - Chciałam tylko dać ci znać, że Ancano o ciebie wypytuje. Chyba cię szuka.

     Ancano! Tajemniczy Thalmorczyk, kręcący się po Akademii. Zimnymi oczami penetrujący wszystkie zakamarki. Miałem nadzieję, że nie będę musiał znosić jego obecności.

     - Dlaczego Ancano mnie szuka – spytałem niespokojnie.

     - Nie jestem pewna – odrzekła Faralda. – Ale… Uważaj, co mówisz, dobrze?

     Tknęło mnie złe przeczucie.

     - Jakiś problem? – spytałem szeptem, pochylając się do jej ucha?

     - Nie, nie… - roześmiała się. – A przynajmniej, nie wydaje mi się. Tak między nami, krążą o nim różne plotki. Na przykład, że to jego stanowisko doradcy, to zwykły przekręt i przykrywka. Podobno tak naprawdę jest szpiegiem Thalmorczyków i przekazuje im informacje. Ciężko stwierdzić, czy to prawda. Nie zaszkodzi jednak na niego uważać, prawda?

     Mrugnęła do mnie i oboje się uśmiechnęliśmy.

     - Dzięki za ostrzeżenie – ścisnąłem jej dłoń.

     - Cała przyjemność po mojej stronie – uśmiechnęła się.

     Już mieliśmy się rozejść, ale coś mi się przypomniało. Obróciłem się na pięcie i złapałem ją za rękę. Przystanęła, patrząc na mnie pytająco.

     - Czy jest tutaj elfi mag, który bada gwiazdy? – spytałem.

     Spojrzała na mnie zaskoczona.

     - Dlaczego akurat gwiazdy?

     Wzruszyła ramionami, ale zaraz dotknęła ręką czoła.

     - Czekaj… Czy masz na myśli… Nie, przecież nie możesz o tym wiedzieć!

     - O co chodzi? – spojrzałem na nią uważnie. – Co się stało?

     - To było parę lat temu – zmrużyła oczy, jakby chciała sobie coś przypomnieć. – Kilku magów nabrało zbytniej pewności siebie i zostali wygnani. I tak byli beztalenciami – wzruszyła ramionami. – Podobno jeden z nich, Nelacar, wciąż kręci się koło Zmrożonego Paleniska. Chyba nie ma dokąd pójść, biedaczysko…

     Zmrożone Palenisko to była gospoda w Zimowej Twierdzy, naprzeciwko skromnej siedziby jarla. Pożegnałem Faraldę, gorąco dziękując jej za pomoc. Wyszedłem z Akademii, kierując się do miasta. Było już ciemno, ale jeszcze na tyle wcześnie, że mogłem zastać Nelacara w gospodzie. Już po kilku chwilach otrzepałem buty ze śniegu na drewnianym ganku i uchyliłem drzwi do Zmrożonego Paleniska.

     Wewnątrz było ciepło i przytulnie. Nelacar rzucał się w oczy. Poznałem go od razu, choć nigdy przedtem go nie widziałem. Był szczupłym Altmerem, dość skromnie ubranym i nie trzeba było wielkiej bystrości, żeby zgadnąć, że nie najlepiej mu się powodzi. W chwili, gdy wszedłem, stał obok oberżysty i podtykał mu pod nos jakąś niedużą fiolkę.

     - Przepraszam, czy możesz opisać mi ten zapach? – spytał.

     Oberżysta Dagur pociągnął lekko nosem, po czym skrzywił się z obrzydzeniem.

     - Jakby jakiś straszliwy potwór został wywrócony na lewą stronę – burknął. – A potem eksplodował… Co to było?

     Altmer wyraźnie się zmartwił. Powąchał fiolkę i również się skrzywił.

     - Wystąpił mały błąd w obliczeniach – rzekł, trąc czoło. – W następnych eksperymentach już się nie powtórzy.

     Dagur wzruszył ramionami i zajął miejsce za ladą.

     - Właśnie dlatego ludzie mają problem z waszą akademią, Nelacar – roześmiał się.

     Elf tymczasem z zasępioną miną skierował się do swego pokoiku. Poszedłem za nim. Gdy wszedłem, spojrzał na mnie pytająco. Elfie blachy musiały go zmylić. Chyba wziął mnie za Thalmorczyka. Dlatego pewnie od razu odezwał się tonem usprawiedliwienia.

     - Mam dobry układ z Dagurem – rzekł szybko. – On mi zapewnia przyszłość, a ja staram się, by eksperymenty nie wysadziły w powietrze jego gospody…

     Urwał, gdy zdjąłem hełm i okazało się, że wcale nie jestem z Thalmoru.

     - Szukam elfiego maga, który bada gwiazdy – oznajmiłem.

     - Kto cię przysłał? – spytał zdziwiony i trochę przestraszony.

     Rzucił okiem na magiczny kostur, jaki wciąż trzymałem w dłoni.

     - Akademia? Jarl?

     Zrezygnowany usiadł na łóżku.

     - Miało nie być więcej pytań! – jęknął tonem skargi.

     - Przysyła mnie kapłanka Azury – odparłem spokojnie.

     Ale mój spokój nie udzielił mu się. Przeciwnie!

     - Współpracujesz z daedrami? – wybuchnął. – Jasne! Opowiedz mi jeszcze bajkę o argoniańskiej pokojówce i chutliwym baronie!

     Albo mi nie wierzył, albo się czegoś bał. Omiotłem wzrokiem skromne wyposażenie pokoju. Naprawdę musiał cienko prząść. To dawało mi niejaką szansę, jako że ja już do biedaków nie należałem. Ba, byłem uważany za człowieka zamożnego! Sięgnąłem do pasa i odpiąłem jeden z mieszków. Zważyłem go w dłoni. Powinien zawierać kilkaset septimów.

     - Słuchaj, mogę zapłacić – zadzwoniłem mu pieniędzmi.

     Spojrzał na mnie inaczej. W jego wzroku nie było chciwości. Ale widać było po nim, że naprawdę potrzebuje tych pieniędzy.

     - Kilka monet za moją duszę? – westchnął, wskazując mi krzesło. – Nawet  nie wiesz, ile w tym ironii…

     Rzuciłem mu mieszek. Złapał go i zważył w dłoni. W jego oczach ujrzałem zdziwienie. Zapewne nie spodziewał się tak wysokiej nagrody. Pochylił się ku mnie nieco zażenowany całą sytuacją, ale za to bardzo skory do współpracy. Splótł palce i opuścił głowę, zastanawiając się, jak zacząć.

     - Co wiesz o klejnotach duszy? – spytał, podnosząc głowę.

     – Służą do zaklinania, prawda? – odrzekłem niepewnie.

     - Zgadza się – skinął głową. – Z tym, że kamienie są bardzo delikatne i zostają za każdym razem pochłonięte. Poza jednym. Gwiazda Azury! Daedryczny artefakt, przez który może przejść dowolna liczba dusz.

     Urwał, szukając słów.

     - Niektórzy z nas chcieli poznać jej tajemnice – zaczął po dłuższej chwili. – Pracowałem wtedy z Malynem Varenem – pokręcił głową. – Szkoda, że nie przejrzeliśmy jego planów w porę…

     - Co zrobił Malyn? – spytałem zaciekawiony.

     Nelacar wstał i zaczął krążyć po pokoju, nie przestając mówić. Gestykulował przy tym tak, że naprawdę było widać, jak bardzo był wzburzony.

     - Malyn chciał zmienić Gwiazdę. Był śmiertelnie chory. Myślał, że zdoła przechować w środku swą duszę. I zyskać nieśmiertelność! Popadł przez to w szaleństwo.

     Zniżył głos.

     - Studenci zaczęli ginąć… Akademia go w końcu wygnała, a on zabrał kilkoro lojalnych uczniów i zniknął w Głębi Ilinalty.

     Znów usiadł na łóżku i spojrzał mi prosto w oczy.

     - Posłuchaj, nie dbam o to, kto cię przysłał po Gwiazdę, ale nie oddawaj jej Azurze.

     Chwycił moją dłoń.

     - Daedry to zło wcielone – szepnął. – To właśnie przez nie Malyn postradał rozum!

     Pokręciłem głową z powątpiewaniem.

     - Jakim cudem daedrze udało się doprowadzić Malyna do szaleństwa? – wzruszyłem ramionami.

     - Azura nie jest zwykłą daedrą! – rzekł dobitnie. – W Otchłani włada całym królestwem. Im dłużej Malyn pracował nad Gwiazdą, tym większy miała ona na niego wpływ. Zaczęło się niewinnie. Malyn zaczynał widzieć rzeczy, których nie było. Potem krzyczał na studentów za słowa, których nie wypowiedzieli. Kiedyś, gdy akurat wszedłem, odkryłem że… - wzdrygnął się na te słowa – Malyn zabił studentkę! W porywie szaleńczej inspiracji zaczął używać jej duszy do swych prac…

     Westchnął przeciągle, jakby te wspomnienia sprawiły mu przykrość.

     - Zdaje się, że Malyn dostał to, na co zasłużył – mruknąłem z dezaprobatą.

     - Akademia miałaby podobne zdanie – Nelacar uśmiechnął się smutno. – Ale zdajesz sobie sprawę, ilu niewinnych zabito tylko po to, by Azura mogła się zemścić? Dla daedr jesteśmy niczym. Zwykłymi pionkami na szachownicy, które można dowolnie przesuwać i niszczyć.

     Gorycz dyktowała mu te słowa. Nie wszystkie daedry były złe. Gdyby to była inna daedra… Vaermina, Boetiah, czy choćby Hermeus Mora, zgodziłbym się z nim. Ale to przecież była Azura! To przecież nie ona zabijała tych niewinnych. Z pewnością ubolewała nad nimi tak samo jak my.

     Wiedziałem jednak, że rozmowa skończona. W milczeniu uścisnąłem mu dłoń. Gorycz, czy nie,  udzielił mi informacji, których potrzebowałem. Chwyciłem hełm i wolnym krokiem ruszyłem ku wyjściu.

*          *          *

     Do Arcaneum udałem się dopiero na drugi dzień, po pierwszej lekcji, którą tym razem prowadziła Mirabelle. Nauczyłem się kilku naprawdę przydatnych zaklęć z różnych szkół. Mistrzyni uznała, że jako wojownikowi, przydadzą mi się czary Zniszczenia. Pokazała mi, jak rzucić Ognisty Pocisk. Było to bardzo przydatne zaklęcie, bowiem pocisk ten miał bardzo daleki zasięg, w przeciwieństwie do Płomieni, którymi umiałem razić zaledwie na kilkanaście kroków. Na moją uwagę, że w walce często otrzymuje się też rany, nauczyła mnie „Szybkiego Leczenia” ze Szkoły Przywracania. Swą wiedzę wzbogaciłem o „Jasnowidzenie” ze Szkoły Iluzji. Było to zaklęcie, pokazujące drogę do szukanego celu. W czasie wędrówek, nie do przecenienia.

     Do Arcaneum udałem się wraz z Lydią. Na jej widok, Urag wyraźnie złagodził swą groźną twarz. Lydia też się uśmiechnęła. Zdążyli się już polubić. Nic dziwnego, skoro ona całymi dniami tu przesiadywała.

     - Potrzebuję informacji o czymś, co znaleźliśmy w Saarthal – powiedziałem, rozkładając ręce, bowiem sam nie wiedziałem, czego szukać.

     - Wiem, czego szukasz – rzekł Urag z przekąsem. – Tutaj wieści szybko się rozchodzą. Udało ci się odkryć jakąś wielką tajemnicę, co?

     Pokręcił głową.

     - Nie musisz nawet pytać – oznajmił, rozkładając ręce. – Nie, nie mam niczego dla ciebie. Przynajmniej na razie…

     Opadły mi ręce.

     - Nie masz niczego, co mogłoby mi pomóc? – spytałem zawiedziony.

     Potrząsnął głową.

     - Powiedziałem już, że nie – burknął. – Orthorn ukradł kilka ksiąg, gdy uciekł do Twierdzy Zabójczego Blasku, żeby przyłączyć się do Przywoływaczy. Coś w rodzaju propozycji zawarcia pokoju… Wydaje mi się, że w tych tomach mogły znaleźć się ważne informacje. Jeśli chcesz je mieć, musisz porozmawiać z Orthornem.

     - Kim jest ten Orthorn? – spytała Lydia.

     Twarz Uraga złagodniała, gdy zwracał się do niej.

     - Był uczniem Akademii – wyjaśnił. – Niezbyt utalentowanym, ale zadawał się z grupą magów, którzy go polubili. Kiedy oni odeszli, uciekł za nimi. Ukradł zapasy i księgi Akademii, pewnie po to, żeby im się przypochlebić.

     Przyznam, że byłem zdumiony.

     - Nikogo nie obchodzi, że Orthorn okradł Akademię? - spytałem z niedowierzaniem.

     - Nie na tyle, by się tym zajmować – westchnął Ork. – Arcymag Aren pozwala, by to wszystko samo mogło się uporządkować. Ale zdaje mi się, że porządkowanie przypadnie tobie. Powodzenia…

     I przy tych słowach spojrzał na mnie z nadzieją. Wiedziałem dlaczego. On po prostu kochał księgi szczerą i oddaną miłością. Były dla niego największym skarbem. Nie mogłem mu odmówić, zresztą, sam potrzebowałem tych tomów.

     Zatem, kolejna wyprawa. A nawet dwie, bo przecież trzeba się też udać do… Jak to było? Głębia Ilinalty… Nazwa wskazywała na okolice Rzecznej Puszczy, gdzie rozlewało się malownicze jezioro Ilinalta, skąd początek brała Biała Rzeka. A z kolei rzeczona twierdza leżała gdzieś w pobliżu wież Valtheim, niedaleko Białej Grani.

     Skierowaliśmy się ku wyjściu, gdy niemal zderzyłem się z Ancano. Masz ci los! Miałem nadzieję na uniknięcie tego spotkania. Nie było jak się wykręcić, tym bardziej, że Ancano przybrał uprzejmy wyraz twarzy i takiż głos. Zwyczajnie nie mogłem posłać go do wszystkich demonów…

     - Ej, ty! – zatrzymał mnie niedbałym gestem. – Mam kilka pytań…

     Przystanąłem niechętnie.

     - Znasz trochę Saarthal, prawda? Doszły mnie słuchy, że coś tam znaleziono.

     Absolutnie nie czułem się zobowiązany do składania raportów Thalmorczykowi.

     - Tak – odparłem krótko. – Arcymag został poinformowany.

     - Doskonale o tym wiem – uśmiechnął się tak słodko, że aż mnie zemdliło – Tolfdir wciąż przebywa w Saarthal, prawda? Oczekuję, że gdy powróci, zda mi pełny raport.

     - Skąd o tym wiesz? – spytałem, zły na długie języki w Akademii.

     - Moim zadaniem jest wiedzieć takie rzeczy – rzekł tonem przechwałki. – Moja rolę doradcy arcymaga wspiera fakt, że wiem o wszystkim, co się tutaj dzieje.

     Łaskawie skinął mi głową.

     - Dziękuję ci za pomoc. Możesz już iść.

     Jakże wtedy żałowałem, że nie miałem pretekstu, aby kopnąć go w ten chudy zad! Elfie buty miały spiczaste czubki, okute twardą blachą, z księżycowego kamienia. Długo by pamiętał taki kopniak, oj długo…

*          *          *

     Na naszą wyprawę wybraliśmy się tydzień później. W Komnacie Żywiołów odbywały się bowiem ważne zajęcia, których nie chciałem opuszczać. Lubiłem je zresztą. Jedynym nieprzyjemnym epizodem była krótka rozmowa z Niryą, która tego dnia była czymś mocno poddenerwowana. Po jednej z moich kolejnych rozmów z Faraldą na temat Ancano, zaczepiła mnie i zmierzyła nienawistnym wzrokiem.

     - To kłamstwa! – wybuchła. – Od początku do końca! Nieważne, co ci powiedziała, ale to nieprawda.

     - O kim ty mówisz? – spytałem zdumiony.

     - O Faraldzie – chwyciła się pod boki. – Nie zachowuj się, jakby nic ci nie mówiła. Znam ją, wiem co planuje.

     - Co ci nie pasuje w Faraldzie? – spojrzałem zdziwiony.

     - Co mi w niej nie pasuje? – aż przewróciła oczami. – To ona ma coś do mnie! Czuje się przeze mnie zagrożona. Moimi czarodziejskimi umiejętnościami, moją elegancją, posturą i moim olśniewającym wyglądem. Ale nie uda jej się uzyskać nade mną przewagi. Nie dam się, o nie! Właśnie do tego zmierza. Chce podkopać moją pewność siebie. Żebym zaczęła w siebie wątpić… Na mnie to nie zadziała, zapewniam.

     Była bliska płaczu. Choć jej oskarżenia pod adresem Faraldy były zupełnie chybione, zrobiło mi się jej żal. Musiała przeżyć niedawno jakieś załamanie, zapewne spotkało ją jakieś niepowodzenie, które podkopało jej pewność siebie. Tu o niepowodzenie nietrudno. Magia to dość kapryśna i niebezpieczna sztuka. Chciałem jednak sprawdzić, czy przypadkiem nie pomaga Ancano – bo przecież z Faraldą rozmawialiśmy głównie o nim.

     - Co wiesz o Ancano? – spytałem, gdy już się trochę uspokoiła.

     Zmieniła się na twarzy i zniżyła głos.

     - Nie ufaj mu – szepnęła. – Na pewno coś knuje. Większość tu coś knuje, ale w tym przypadku chodzi o coś grubszego. Jeszcze nie wiem, o co chodzi, ale na pewno to rozgryzę…

     Czyli zwykłe, babskie dąsy! Zwykłe nieporozumienie, spowodowane być może jakimiś kłopotami czarodziejki. Zazdrościła zapewne Faraldzie, że wszyscy ją lubią i chętnie przebywają w jej towarzystwie, choć teoretycznie to ona jest tu tą piękną. Musiałem przyznać, że figurę miała idealną i poruszała się z naturalnym, niewymuszonym wdziękiem, ale altmerską urodę nie mnie oceniać. Spiczaste brody i uszy, wielkie oczy, złocisto-zielona skóra… Za żadną z nich nie oddałbym nawet jednego włosa Lydii.

     - Jest jednak dość przystojny, nie? – mrugnęła na odchodnym Nirya, zupełnie już uspokojona.

     Może dla Altmerów oboje byli pięknościami. Ja nie wiem. Nie znałem ideału altmerskiej urody, ani męskiej, ani żeńskiej. Mnie nie podobały się ich wydłużone twarze, na planie trójkąta, wąskie wargi, blade oczy, ani spiczaste uszy. Mój ideał miał małe uszka, pełne usta, stworzone wręcz do całowania, ciemne oczy, w kształcie dwu igrających delfinów i owalną, gładką buzię. I właśnie wybierałem się z nim do Białej Grani.

     W drodze spotkała nas tylko jedna przygoda. Na skraju lasu, już na trakcie do Białej Grani, napadł nas jakiś oszalały Orsimer, w stalowej zbroi i z wielkim, dwuręcznym toporem. Wywinął nim tak szybkiego młyńca, że Lydia nie zdążyła się zasłonić. Koniec podwójnego ostrza zahaczył o jej zbroję. Cios był tak potężny, że odrzucił ją o kilka kroków, jednak Ork odsłonił wtedy kark, czego nie omieszkałem wykorzystać, zadając mu szybką śmierć od Zguby Smoków.

     Podbiegłem do Lydii.

     - Nic mi nie jest – uspokoiła mnie. – Draśnięcie.

     Spojrzałem na jej lewy bok. Czerwieniał. Topór rozciął kirys, jakby ten był z papieru, nie ze stali. Rzuciłem w jej stronę zaklęcie Uzdrawiający Dotyk i zasklepiłem jej ranę. Pomogłem wstać. Zapewniła, że nic jej nie jest, ale kirys musiała zdjąć. Brzegi blach przy rozcięciu zawinęły się do środka i uwierały ją w bok.

     - Jak to dobrze mieć męża, który umie to naprawić. – przytuliła się do mnie, ale zaraz odskoczyła. – Ale ty jesteś zimny!

     Tak to jest, gdy w samej koszuli przytuli się człowiek do elfiej zbroi. Podałem jej płaszcz kultysty, żeby się okryła. A potem wzięliśmy się za ręce i już bez przygód dotarliśmy do Wietrznego Domku.

wtorek, 27 grudnia 2016

Rozdział XVI – Saarthal

     Niewiele wiedziałem o historii Skyrim. Dlatego pewnie tylko ja zdziwiłem się, gdy ujrzałem wnętrze. Spodziewałem się dwemerskich ruin, a ujrzałem typową norską budowlę, surową w stylu, choć nie pozbawioną uroku tajemnicy. Weszliśmy na drewniany, lekko chyboczący się pomost i spojrzeliśmy z góry na szyb wykopalisk. Był słabo oświetlony, a przynajmniej taki się zdawał, gdy weszliśmy z zewnątrz, gdzie było jasno, słonecznie i w dodatku śnieżnie. Ale po pewnym czasie moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności i ujrzałem kilka postaci, badających ruiny.

     Zeszliśmy na sam dół i stanęliśmy na kamiennej posadzce. Tolfdir odwrócił się w naszą stronę.

     - Jak część z was wie – odezwał się tonem nauczyciela, - Saarthal była jedną z najwcześniejszych osad Nordów w całym Skyrim. A przy tym, największą. Niewiele wiadomo na temat tego, co przydarzyło się Saarthal po tym, jak elfy złupiły je podczas niesławnej „Nocy Łez”. To dla nas ekscytująca okazja. Będziemy mogli przestudiować tak wczesną cywilizację oraz używaną przez nią magię.

     Powiódł po nas wzrokiem.

     - Cóż… Czy są jakieś pytania, zanim zaczniemy?

     Wstydziłem się trochę swej niewiedzy, ale przemogłem się.

     - Co takiego ważnego jest w tym miejscu? – spytałem, czerwieniąc się.

     Na szczęście było dość ciemno i nikt nie zauważył. Tolfdir natomiast uważał widocznie, że nie ma głupich pytań i cierpliwie wyjaśnił.

     - Szczególnie interesuje nas powszechne występowanie magicznych pieczęci, umieszczonych na tutejszych grobowcach – wyjaśnił. – Nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się z czymś podobnym.

     Widziałem już magiczne pieczęci w Niebiańskiej Przystani, gdzie do otwarcia potrzebna była kropla krwi, jak i w Wieży Świtu, gdzie Erandur użył magii ognia, by ją otworzyć. Nie była to więc dla mnie całkowita nowość. Ale po minach pozostałych zorientowałem się, że nigdy o czymś takim nie słyszeli. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Może i nie znałem za dobrze historii Skyrim, może i mag ze mnie cokolwiek niewydarzony, ale z pewnością ze wszystkich tu obecnych, włączając Tolfdira, byłem najbardziej doświadczonym eksploratorem norskich podziemi.

     - Nie mam więcej pytań – skinąłem głową. – Co mam robić?

     - Ach tak – stary mag bezwiednie podrapał się po nosie. – Hmm... Cóż, może sprawdzisz, czy możesz pomóc w czymś Arielowi Gane? To jeden z naszych uczonych, który pracuje nad skatalogowaniem naszych znalezisk. Sądzę, że przyda mu się pomoc w szukaniu magicznych artefaktów w ruinach.

     Chwycił mnie za ramię i pokazał korytarz na wprost, gdzie miałem znaleźć uczonego maga.

     - Nadadzą się wszystkie zaklęte przedmioty – dodał. – Przydatność zaklęć nie jest ważna. Jeśli znajdziesz cokolwiek, klasa będzie mogła to obejrzeć.

     Powiódł wzrokiem po pozostałych

     - Zobaczmy, czym możemy zająć resztę… Brelyna, moja droga, zacznij szukać zaklęć ochronnych. Wszystkiego, co zostało przygotowane, by trzymać ludzi z dala od tego miejsca.

     Wskazał jej ten sam korytarz, co mnie. Dunmerka ruszyła we wskazanym kierunku, jednakże Tolfdir delikatnie złapał ja jeszcze za rękaw.

     - Nie wchodź z nimi w interakcję – ostrzegł. – Po prostu zidentyfikuj.

     Spojrzał na naszą trójkę.

     - No dobrze – uśmiechnął się. – Bądźcie uważni, ale bawcie się dobrze!

     Ruszyłem wskazanym korytarzem. Za mną podreptała Brelyna. Lydia zamykała pochód.

     - Tylko pomyśl – szepnęła Brelyna z przejęciem, nie wiadomo do kogo się zwracając. – Moi przodkowie zniszczyli domy przodków Onmunda… Tyle cierpienia…

     To była cała Brelyna. Łagodna, spokojna, kochająca wszystkich wokół i wszystkim współczująca. Nie spotkała się z okropnościami wojen i zło nie zdążyło zatruć jej duszy. Miałem nadzieję, że los oszczędzi jej cierpienia. Życzyłem jej tego z całego serca.

     - Miejcie się na baczności – zawołał jeszcze za nami Tolfdir. – Teren nie został w pełni zabezpieczony!

     Brelyna skręciła w prawy korytarz. Lydia i ja poszliśmy kawałek dalej, do jednej z oświetlonych kagankami kamiennych komnat, wykutych w skale. Urządzono tam coś w rodzaju kantoru, bowiem cała zawalona była dokumentami, księgami, kajetami i przyborami do pisania. Łysawy mag zapisywał coś pracowicie w oprawionym w skórę kajecie.

     - Cóż, to wszystko nie pomoże mi w badaniach… – dobiegł mnie jego cichy głos, gdy odłożył pióro.

     Wszedłem do środka. Podniósł głowę i przyjrzał mi się. Był to ten sam mag, który wczoraj zwrócił mi uwagę, gdy potraktowałem J’zargo Krzykiem. Więc to był Arniel Gane.

     - Tolfdir przysyła mnie z pomocą – oznajmiłem.

     Obrzucił zdziwionym wzrokiem moje elfie blachy.

     - Co? – zmrużył oczy, ale po chwili rozpogodził twarz. – Ach, tak, ty… Pamiętam cię.

     Uśmiechnął się przyjacielsko.

     - Pomożesz mi?

     Skwapliwie pokiwałem głową.

     - Dobrze, nie narób tylko bałaganu – mrugnął żartobliwie. – Przejrzałem tylko część tej sekcji. Możesz rozejrzeć się po komnatach na północ stąd.

     Uniosłem brwi i rozejrzałem się bezradnie. Nie wiedziałem, jak w podziemiach można znaleźć kierunki świata. Mag roześmiał się i pokazał ręką właściwą stronę.

     - Zachowaj ostrożność – skinął głową. – Nie chcemy tu niczego zniszczyć.

     Chwyciłem dwa nie zapalone kaganki i odpaliłem je od większego, oświetlającego korytarz.  Zaczęliśmy z Lydią myszkować po ciemnych pomieszczeniach. Zdawały się być zupełnie puste. Nie było tam nawet szczątków porzuconych sprzętów. Jedyne, czego było pełno, to pajęczyny i gruba warstwa pyłu. Mimo to udało mi się w szparze znaleźć kamienny pierścień. Otarłem go z kurzu. Błysnął magiczną poświatą. Zaklęty! Świetnie! Poświata była czerwona. Z pewnym lękiem wsunąłem go na palec, ale nie poczułem żadnej zmiany. Barwa poświaty sugerowała, że pierścienia tego używano do leczenia lub poprawy samopoczucia, ale zaklęcie było bardzo słabe. Na tyle słabe, że zdrowy człowiek, jak ja, niczego nie poczuł. Może, gdybym był ranny, albo chory…

Wykopaliska Saarthal

     Tymczasem Lydia wsunęła mi w rękę następny pierścień. Leżał na kamiennej, naturalnej półce. Ten dla odmiany był srebrny i nieco pokrzywiony, ale zaklęcie nosił bardzo podobne. Zaczęliśmy gorliwiej szukać. Jednak można tu coś znaleźć!

     Nie wiedziałem, dlaczego z komnat zabrano wszystko, a pozostawiono tylko zaklęte pierścienie. Musiały być przecież stosunkowo cenne i użyteczne. Może to forma ofiary, złożonej bogom...

     Następna komnata była nieco większa. Coś przyczepiło mi się do podeszwy buta. Spojrzałem i… znalazłem kolejny pierścień! Z takim samym zaklęciem. Czy ktoś je tu rozsiewał? Zbierało się je jak, nie przymierzając, grzyby w lesie! Te podziemia to prawdziwa kopalnia artefaktów! Zapewne Nordowie, opuszczając to miejsce na zawsze, pozostawili je jako dary wotywne.

     Mój wzrok padł na dziwną wypukłość w ścianie. Odgarnąłem pajęczyny i dmuchnąłem mocno w to miejsce. Oboje się zakrztusiliśmy, tak wielką chmurę drobnego pyłu wzniecił mój podmuch. Ostrożnie odgarnąłem resztki pyłu. Na kamieniu, pokrytym tajemniczymi znakami, wisiał kościany naszyjnik, w kształcie płytki, pokrytej jakimiś znakami i z kilkoma zwierzęcymi kłami, zamocowanymi do rzemyka. Również pulsował słabą, magiczną poświatą. Ucieszony, sięgnąłem po naszyjnik i zdjąłem go z kamiennego wieszaka.

     I nagle rozległ się głośny trzask! Spojrzeliśmy zdziwieni w kierunku, skąd dobiegł. Kilka kroków za naszymi plecami pojawiła się krata. Stalowe pręty wysunęły się z przykrytych pyłem otworów w posadzce, odcinając nam wyjście. Chwyciłem za pręty, ale były grube i sztywne. Byliśmy uwięzieni.

     Arniel Gane, słysząc trzask, przybiegł natychmiast i zdziwiony zerknął na kratę, której, jak pamiętał, przedtem nie było. Po chwili dołączył do niego Tolfdir, z wyrazem zaniepokojenia na twarzy.

     - Co to było za zamieszanie? – dopytywał się. – Czy wszystko w porządku?

     Uspokoiłem go gestem, ale wskazałem na kratę.

     - Nie mogę się stąd wydostać – oznajmiłem.

     Tolfdir złapał za kraty i spróbował nimi potrząsnąć, ale pręty ani drgnęły.

     - Jakim cudem do tego doszło? – uniósł brwi.

     Wskazałem na ścianę za sobą i zademonstrowałem kościany naszyjnik.

     - Zdjęcie amuletu ze ściany chyba to spowodowało – odparłem.

     - Naprawdę? – zaaferowany dotknął kościanej płytki. Być może ten amulet jest w jakiś sposób istotny… - potarł czoło. – Możesz go w jakiś sposób używać?

     Chwyciłem kruszący się w palcach rzemyk. Zdjąłem hełm, żeby nie zahaczyć o żaden występ i włożyłem na siebie tajemniczy  naszyjnik. Na wszelki wypadek, hełm powędrował na swoje miejsce.

     - Widzisz to? – zawołał Tolfdir, wskazując na miejsce, gdzie przedtem wisiał amulet. – Jakiegoś rodzaju rezonans! Ty i ściana!

     Obejrzałem się za siebie. Fragment ściany falował. Nie jak woda. Raczej jakby tuż pod nim rozpalono ognisko, a gorące, falujące powietrze zniekształcało widok.

     - To musi mieć jakiś związek z amuletem – odezwał się Tolfdir, podnieconym głosem. – Ciekawe, jaki efekt mogą mieć twoje zaklęcia…

     Byłem gotów spróbować. Pamiętałem, jak Erandur potraktował magiczną pieczęć w Wieży Świtu i uczyniłem to samo. Z mojej ręki trysnęła wiązka ognia, prosto w falujące miejsce. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Fragment ściany rozpadł się z cichym hukiem, odsłaniając przejście. Jednocześnie opadła krata, o mało nie rozcinając nosa staremu magowi.

     Ale ten był zbyt zaaferowany odkrytym zjawiskiem, żeby to zauważyć. Podszedł i wsadził głowę w wąskie przejście.

     - Cóż, to dość niezwykłe – bąknął. – I bardzo interesujące.

     Chciał wejść pierwszy, ale powstrzymałem go. Zapewniłem, że Lydia i ja jesteśmy doświadczonymi eksploratorami norskich podziemi, a tam może być niebezpiecznie. Zgodził się pójść za nami.

     Posuwaliśmy się ostrożnie. W takich miejscach mogło być pełno pułapek. Po chwili na pół naturalny korytarz doprowadził nas do niewielkiej groty, w której stało coś w rodzaju kamiennego stołu. Na stole skwierczał kaganiec, oświetlający wnętrze. Zapalony! Ale mnie bardziej zainteresowały trzy zamknięte sarkofagi, wmurowane pionowo w ścianę. Uniosłem dłoń w ostrzegającym geście i dobyłem miecza. Lydia uczyniła to samo. Wiedzieliśmy, czego się po nich spodziewać.

     - Dlaczego coś takiego miałoby zostać zamknięte? – zastanawiał się Tolfdir. - Co to za miejsce?

     Spojrzał na nas i skinął głową. Też spodziewał się kłopotów. Przywołał zaklęcie mrozu – tak na wszelki wypadek.

     - Nie jestem pewien, czego oczekiwać – powiedział. – Miejcie się na baczności.

     Stało się jednak coś zupełnie, ale to zupełnie nieoczekiwanego. Oto bowiem w komnacie zrobiło się tak jasno, że musiałem zmrużyć oczy. Za kamiennym stołem pojawiła się jakaś postać w kapturze. Miała na sobie szaty, przypominające mnisi habit. Była półprzezroczysta, ale nie był to duch. Bardziej kojarzyło się to z jakąś magiczną transmisją, jakby zjawą spoza czasu i miejsca.

     - Wstrzymaj się, magu! – zawołała postać. – I posłuchaj!

     Wbiłem w niego wzrok, a on we mnie. Nie zdradzał wrogich zamiarów. Mimo to, nie wypuściłem miecza, nie wiedząc, czego się spodziewać. Zauważyłem jednak zdziwione miny Tolfdira i Lydii. Patrzyli na mnie, nie na zjawę. Czyżby oni niczego nie widzieli, ani nie słyszeli?

     - Wiedz, że twoje czyny wprawiły w ruch łańcuch wydarzeń, którego nie da się powstrzymać – odezwała się znów tajemnicza postać. – Nie osądzono cię, gdyż nie w twojej mocy było wiedzieć. Twoje przyszłe czyny, a także sposób, w jaki stawisz czoła zagrożeniom, zostaną poddane osądowi. Ostrzegamy cię, ponieważ zakon Psijic pokłada w tobie nadzieję. Tylko ty, magu, masz odpowiedni potencjał, by zapobiec zagrożeniu. Uważaj na siebie i pamiętaj, że Zakon cię obserwuje!

     Trwało to chwilę, zanim zjawa zafalowała i znikła. Wszystko wróciło do normy. Oszołomiony spojrzałem na Tolfdira.

     - Przysięgam, że poczułem przed chwilą coś dziwnego – odezwał się. – Co tu się właśnie stało?

     A zatem naprawdę niczego nie widział! Zjawa ukazała się tylko mnie. Ale magiczne zdolności pozwoliły mu wyczuć zakłócenia w przepływie magii.

     Niepewnie wzruszyłem ramionami.

     - Pojawił się jakiś duch, albo zjawa – powiedziałem niepewnym głosem. – Przemówił do mnie.

     Stary mag z zaciekawieniem podszedł bliżej.

     - Obawiam się, że niczego nie widziałem. Możesz opowiedzieć o tym, co udało ci się zobaczyć?

     Potarłem ręką czoło.

     - Mówił coś o czyhającym niebezpieczeństwie i zakonie Psijic…

     - Zakon Psijic? – Tolfdir otworzył szeroko oczy. – Masz co do tego pewność?

     Skinąłem głową.

     - To bardzo dziwne – mruknął ni to do siebie, ni do nas. – I niebezpieczeństwo przed nami? To nie ma najmniejszego sensu… Psijicowie nie mają żadnego związku z tymi ruinami. Na dodatek, nikt nie widział żadnego z nich od wielu lat.

     Rozejrzał się po komnacie.

     - Może powinniśmy zajrzeć do tych trumien… - odezwał się niepewnie. – Proszę, zachowaj ostrożność. Kto wie, co tutaj znajdziemy.

     Odezwał się w nim badacz. Był wystarczająco doświadczonym magiem, by nie dziwiło go byle co. Sam fakt pojawienia się zjawy nie wywołał w nim wielkiego zdumienia. Zdziwił się jedynie na dźwięk słów „zakon Psijic”.

     - Czym jest zakon Psijic? – spytałem.

     - To grupa magów – odparł. – Z czasów poprzedzających powstanie Cesarstwa. Bardzo potężnych, bardzo tajemniczych. Nikt nie widział ich od ponad stu lat. Zniknęli razem ze swoim sanktuarium, na wyspie Artaeum. Nie mam pojęcia, w jaki sposób mogliby być związani z tym miejscem.

     - Dlaczego zakon Psijic chce się ze mną skontaktować? – spytałem znów.

     Tolfdir wzruszył ramionami.

     - Nie mam pojęcia – odparł. – Ale to fascynujące! Oczywiście, zakładając, że to prawda – przyjrzał mi się badawczo. – Wyspa Artaeum znikła ponad sto lat temu i od tamtego czasu nikt ich nie widział. Lecz teraz nagle postanowili się z tobą skontaktować? – pokiwał głową. – Doprawdy, intrygujące… Osobiście wziąłbym to za komplement – uśmiechnął się. – Mnisi Psijic zawsze zadawali się jedynie z tymi, których uważali za godnych…

     Urwał nagle i wszyscy aż podskoczyliśmy, bowiem z dwóch sarkofagów nagle odpadły kamienne wieka. Dwa draugry rozejrzały się wokół i zaatakowały. Byłem blisko pierwszego, więc zdzieliłem go przez łeb raz i drugi. Opadł z sił i zajął się ogniem, gdy przeskoczył na niego ładunek z mego miecza. Trzeci cios zgasił błękitną poświatę w jego oczach i wywołał wybuch. Lydia zdążyła tylko zasłonić Tolfdira i zadać jeden cios mieczem, gdy drugi draugr również padł od eksplozji, wywołanej przez Przedświt. Nam nic się nie stało. Eksplozja niszczyła tylko nieumarłych.

     Z zadowoleniem zerknąłem na dar od Meridii. Dobrze zrobiłem nie zostawiając go w domu. Choć trochę było to kłopotliwe, nadal paradowałem z dwoma mieczami. Przedświt nosiłem w przytroczonej do pasa pochwie, Zgubę Smoków natomiast w pochwie wsuniętej wyżej za pas. Dzięki temu było mi wygodnie dobywać którykolwiek z nich. Coraz poważniej jednak myślałem o zastąpieniu ich jednym, dobrze wyprofilowanym i porządnie zaklętym mieczem szklanym, takim jak Ponury Siekacz, będący własnością Mjoll. To była broń! Gdy tylko uda mi się zdobyć podobny, a nie wątpiłem, że kiedyś to nastąpi, moje dwa dotychczasowe skarby trafią na ścianę i będą mi przypominać o dawnych czasach. Słyszałem kiedyś o szklanym mieczu potężniejszym nawet od Ponurego Siekacza. Zwał się Rozdzieracz Chłodu. Ale zaginął kilka lat temu, wraz ze swym właścicielem. Zwłoki wojownika znaleziono wkrótce. Miecza – nigdy. Ktokolwiek go ukradł, nie obnosił się z nim.

     Istniały na świecie miecze potężniejsze niż szklane. Rzemieślnicy, specjalizujący się w tak zwanym ciężkim kowalstwie, czyli orkowym, dwemerskim, czy ebonowym, potrafili robić takie cuda. Czasami, choć niezmiernie rzadko, można było w ruinach, nawiedzonych przed daedry, znaleźć miecze daerdyczne, o nieregularnych i bardzo wymyślnych kształtach. Jednak każdy miecz wyższej klasy wymagał dopasowania do indywidualnych cech wojownika, a któż ulepszy go lepiej, niż kowal i wojownik w jednej osobie? Dlatego nigdy nie powierzałem tej pracy komuś innemu. Niestety, ulepszanie ebonowych ostrzy nie wychodziło mi najlepiej. Miecz Wampira, który dostałem od Tuliusa, choć wyważyłem go starannie, naostrzyłem i wypolerowałem, nadal nie ciął tak dobrze jak Zguba Smoków, czy nawet miecz elfi, jakiego używałem niegdyś. Ja sam wyspecjalizowałem się w kowalstwie lekkim – elfim i szklanym – i taką broń potrafiłem doprowadzić do perfekcji. Byłem pewien, że jeśli uda mi się zdobyć dobrze zaklęty miecz szklany, potrafię go tak wyważyć, naostrzyć i wypolerować, że stanie się najsilniejszym orężem w całym Skyrim.

     Ale póki co, takowego nie miałem. Miecza wykutego własnoręcznie nie potrafiłem zakląć wystarczająco mocno. W dodatku, nie potrafiłem nałożyć dwóch zaklęć na jeden oręż. To umieli tylko mistrzowie zaklinania, a żadnego z nich nie znałem. A oba moje miecze miały nałożone po dwa zaklęcia i nieraz przekonałem się, jak przydatna jest to cecha.

     Tymczasem, gdy ja marzyłem o broni, Lydia i Tolfdir odkryli przejście przez jeden z sarkofagów. Znów zagłębiliśmy się w wąski korytarz i znów poruszaliśmy się bardzo cicho, ze strzałami na cięciwach, a Tolfdir z przygotowanym, jarzącym się na dłoni zaklęciem ze Szkoły Zniszczenia.

     Chodnik prowadził w dół, by na samym dole skręcić w prawo. Dalej przejście zasłaniała gruba krata z kutego żelaza. Jednakże obok znajdowała się dźwignia, która bez trudu ją podniosła. Nie wiadomo więc, dlaczego pod kratą leżało pełno kości i czaszek. Czyżby ci nieszczęśnicy nie potrafili zastosować tak prostego mechanizmu?

     Przejście prowadziło do bardzo dużej komnaty, na planie koła. Na środku chlupotała woda, przykryta jednak żelazną kratą, nad która rozciągnięto w dodatku kamienny, łukowy most. Naprzeciw znajdowała się kolejna krata, zasłaniająca przejście. I to podwójna. Przednia wyglądała, jakby ktoś z posadzki wysunął cały szereg ostrych, żelaznych włóczni. Tylna była kutą, masywną, kratową bramą. Przeświecały przez nie czarne, żelazne drzwi. Nie ma co, zamknięte solidnie! Po obu stronach przejścia ze ściany wystawały stylizowane „smocze dzioby”, jak to kiedyś nazwała Lydia, z wychodzącymi z nich łańcuchami i uchwytami – zapewne otwierały one przejście. A dalej, dookoła komnaty, w ściany wmurowano sarkofagi, na który to widok ścisnęliśmy mocniej miecze. Weszliśmy ostrożnie do środka, Lydia na prawo, ja na lewo. Wiedzieliśmy, że jeśli z sarkofagów wyskoczą draugry, każde z nas będzie musiało wziąć na siebie walkę z kilkoma z nich.

     Długo nie czekaliśmy. Kamienne pokrywy zaczęły z trzaskiem odpadać, jedna za drugą. Nie było czasu do stracenia. Gdy tylko grobowiec obok mnie uchylił wieko, trzasnąłem mieczem w szparę, po czym wbiłem ostrze aż po świecący klejnot w gardzie. Draugr padł, zanim zdążył wyleźć. Tarczą odparłem atak drugiego, który zamierzył się na mnie toporem. Tą samą tarczą trzasnąłem atakującego w głowę. Przedświt rozrąbał mu czaszkę, ale nie uśmiercił. Zrobił to dopiero sztych w gardło. Tym razem Przedświt pomógł nam wszystkim, wywołując swoją magiczną eksplozję. Wszystkie draugry się od niej zachwiały i straciły część sił. Zamierzyłem się na następnego, ale ten padł pod ciosem Lodowego Kolca, posłanego mu przez Tolfdira. Jeden, co rzadko spotykane, spróbował uciekać. Tolfdir spowolnił go Mrozem i dobił Błyskawicą. Lydia walczyła, zdawałoby się, zupełnie bez wysiłku, z dwoma jednocześnie. Trzeci leżał już u jej stóp. Ani Tolfdir, ani ja nie zdążyliśmy przyjść jej z pomocą. Cios tarczą w gardło uśmiercił jednego. Szybki unik, obrót i potężne cięcie z półobrotu, które niemal rozpołowiło nieumarłego. Walka była skończona.

     Spojrzałem z uznaniem na starego maga. Sądziłem, że będziemy musieli go osłaniać, tymczasem poradził sobie znakomicie.

     - Może i jestem stary, ale wciąż mogę walczyć – uśmiechnął się, nieco zażenowany, po czym rozejrzał się dookoła. - Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego w norskich ruinach.

     Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. Skinąłem głową. Lydia też. My widzieliśmy…

     - Spójrzcie tylko na te wszystkie trumny – podszedł do kamiennego sarkofagu i zaczął mu się uważnie przyglądać, badając ręką. – To wymaga bliższych oględzin.

     Spojrzałem na Lydię. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Tolfdir, choć był potężnym magiem, jednocześnie był po prostu uczonym i wszelkie zagadki starożytności fascynowały go, jak każdego innego mędrca. Nie inaczej było tym razem.

     - Chciałbym tu zostać i lepiej się temu przyjrzeć – odezwał się. – Ty jednak musisz iść dalej. Spróbuj znaleźć to, o czym mówiła wizja. Ale gdyby miało się to okazać niebezpieczne, uważaj na siebie.

     Przekonawszy się, że potrafimy dać sobie radę w norskich ruinach, nie czuł się już koniecznie zobowiązany do opieki nad nami. Uznał, że poradzimy sobie bez niego.

     - Idź przodem – skinął głową. – Wkrótce do ciebie dołączę.

     Szarpnąłem lewy łańcuch. Stało się jak myślałem – pręty pochowały się w posadzce. Lydia pociągnęła prawy – krata się uniosła. Przejście prawie stanęło otworem. Za kratą znajdowały się jeszcze żelazne drzwi, ale otworzyły się, gdy je pchnąłem, odsłaniając kryptę. Wysoki korytarz, z wykutymi w ścianie marami, rozszerzył się i skręcał w prawo. Jak zawsze w takich przypadkach, schowałem miecz i sięgnąłem po łuk. Poruszałem się ze strzałą na cięciwie, dlatego gdy tylko zza zaułka wysunął się draugr, położyłem go jedną, celną strzałą. Zatrzymałem się. Na posadzce widniała Runa Ognia.

     Runa to magiczny znak, nakreślony w równie magiczny sposób. Są to czary ze Szkoły Zniszczenia, umożliwiające zastawianie pułapek. Wejście na taki znak skutkowało gwałtowną eksplozją czaru – w tym wypadku ognia. Wskazałem Lydii znak. Skinęła głową. Ominęliśmy pułapkę, ale naprzeciw ujrzeliśmy dwóch nieumarłych. Jeden padł od mojej strzały. Drugi zdążył dobiec i nadział się na miecz Lydii. Poszliśmy dalej. Korytarz skręcał w lewo, a pod ścianą pojawił się drewniany pomost i dalej kamienne schody, wiodące w górę.

     Kątem oka ujrzałem ruch na balkonie. Draugr – pan śmierci!

     - Daniik Kendor! – zahuczał draugr.

     Nie wiedziałem, co mówi, ale nie sądziłem, żeby chciał po prostu pogadać. Zwłaszcza, że zaraz poczęstował nas Krzykiem. Widziałem, jak fala uderzeniowa Nieugiętej Siły zbliża się z szaloną prędkością. Zachwiała mną, ale Lydią rzuciła na posadzkę. Nie zwlekając wysłałem mu strzałę, potem jeszcze jedną i jeszcze jedną. Trzecia skończyła z nim na dobre. Spadł z łoskotem na dół.

     Podbiegłem do Lydii, ale wstała sama. Była cała, tylko trochę oszołomiona. Miała szczęście, że pomieszczenie było obszerne i fala uderzeniowa miała gdzie się rozejść. W dodatku stała nieco z tyłu, a draugr skierował Krzyk na mnie. Szybko doszła do siebie i dała znać, że może iść dalej.

     Wspięliśmy się na schody. Skręciły w lewo i zakończyły się żelaznymi drzwiami. Obok  stała drewniana skrzynia. Oczywiście, zajrzałem do niej, ale oprócz kilku sztuk złota, nie zawierała niczego ciekawego. Jakieś stare zbroje…

     Przez cały czas, od samego początku, natykaliśmy się na urny, zawierające drobne kosztowności. Można było je czasem znaleźć także w truchłach padłych draugrów. Zatem już teraz byliśmy o wiele bogatsi niż na początku wyprawy. Znaleźliśmy kilka pierścieni, trochę złota, jakiś diadem…

     Pchnąłem drzwi. Odsłoniły schody, wiodące w dół, a na samym dole skręciły w lewo. Tam stała kolejna skrzynia, tym razem zawierająca kilkanaście złotych monet i czarny klejnot duszy. Na samym dnie leżał kołczan z orsimerskimi strzałami. Też się przydadzą!

     Dalej była krypta. Na kamiennych leżach po obu bokach leżały zaschnięte szkielety, tłumoki, owinięte w resztki całunu i… draugry. Ustrzeliliśmy dwa, zanim zdążyły wstać. Korytarz skręcił w prawo.

     Krypta przybrała kształt czterech, połączonych ze sobą pomieszczeń, rozciągniętych wzdłuż. Jakby podzielono ją na cztery, rozszerzone sekcje, oddzielone wąskimi przejściami. W pierwszym bo bokach znajdowały się kamienne, piętrowe leża na zwłoki, ale gdy przeszedłem do drugiego, po obu stronach ujrzałem kamienne filary szyfrowego zamka. Tak samo było w trzecim i czwartym, gdzie dodatkowo znajdowała się dźwignia, zapewne podnosząca żelazną kratę. Oczywiście, podnosząca, pod warunkiem ustawienia odpowiedniej kombinacji na kolumienkach. W przeciwnym wypadku, co zauważyłem od razu, częstująca porcją zatrutych strzałek. Otwory w ścianie nie pozostawiały wątpliwości – widziałem takie mechanizmy nieraz. 

     Zaczęliśmy rozglądać się po ścianach. Zagadka była łatwa, jako że za każdą kolumienką znajdowała się pokryta kurzem i pajęczynami kamienna tablica, pokazująca właściwy znak. Ustawiliśmy kolumny kolejno. Po lewej stronie orzeł, wąż i śledź…

     - Wieloryb – westchnęła Lydia. – To wieloryb!

     - Jak zwał, tak zwał – mruknąłem. – Ważne, żeby się zgadzało.

     Po prawej stronie odsłoniliśmy znaki śledzia…

     - Wieloryb! – powiedziała z naciskiem Lydia.

     Machnąłem ręką, ustawiając na następnych dwa orły. Przerzuciłem dźwignię. Krata uniosła się z chrzęstem. Dalej korytarz skręcał w prawo, opuszczał się w dół i kończył żelaznymi drzwiami. Gdy w nie wszedłem, moim oczom ukazała się wysoka komnata. Pod przeciwległą ścianą zbudowano wysokie wzniesienie, jakby taras. Prowadziły tam schody po obu stronach. A na górze ujrzałem ruch. Draugr. I to nie byle jaki! Dwie strzały pomknęły ku niemu jednocześnie. Nieumarły zachwiał się. Nabrał powietrza w dziurawe płuca, ale dwie następne strzały uniemożliwiły mu oddanie Krzyku. Dwie następne skończyły z nim na zawsze.

     Wspięliśmy się na schody i spenetrowaliśmy drewniany kufer. Zabraliśmy stamtąd trochę kosztowności. Przeszliśmy pod ścianą do małej krypty, uważnie stawiając kroki wokół Runy Mrozu. Korytarz skręcił w lewo i naszym oczom ukazał się świątynny korytarz, jaki nieraz już widziałem w norskich budowlach. Tyle tylko, że na końcu nie było Smoczych Drzwi, jak można by się spodziewać, tylko żelazna krata. A przed nią dźwignia i cztery kolumienki ze znakami zwierząt. W dodatku, za każdą z nich tkwiła tablica, pokazująca właściwy znak. Łatwa sprawa!

Saarthal. Nietypowy zamek szyfrowy, o którym wspomina Wulfhere

     Chwyciłem pierwszą kolumienkę z lewej, chcąc ustawić na niej znak węża. Ku mojemu zdziwieniu, obróciła się nie tylko ta kolumienka, ale również obie po prawej. Spróbowałem jeszcze raz – taki sam skutek. Lydia chwyciła prawą kolumnę i spróbowała ją przekręcić. Dało się bez trudu, a wszystkie kolumny pozostały na swoich miejscach. To był bardzo nietypowy zamek. Spróbowaliśmy wszystkich kombinacji i okazało się, że każda kolumna była inna. Lewa tylna obracała również dwiema prawymi. Prawa tylna nie obracała żadną. Sama natomiast była obracana przez prawą przednią, a lewa przednia obracała wszystkimi jednocześnie.

     Roześmiałem się.

     - Tu trzeba sposobu – mrugnąłem do Lydii. – Patrz i podziwiaj geniusz swego męża.

     - Zaczniesz od lewej przedniej – pokiwała głową.

     - Skąd wiesz? – uniosłem brwi.

     - Bo tylko ta nie jest poruszana przez żadną inną – ziewnęła. – I jaki znak ustawisz, taki zostanie. Potem druga lewa, prawa przednia i ta – uderzyła ręką w prawą tylną kolumnę – na końcu.

     - Nie tylko mąż jest genialny w tym małżeństwie – pokręciłem głową, wzbudzając w niej wybuch śmiechu.

     Zrobiłem dokładnie tak jak mówiła.

     - Najpierw śledź…

     - Wieloryb!

     Pokręciłem głową.

     - To jest śledź – odparłem z uporem. – Wieloryba masz koło siebie.

     - Przecież znaki są takie same – jęknęła.

     - Nie, ten jest jaśniejszy – odparłem. – Potem idzie wąż – przekręciłem następną kolumnę. – Dalej orzeł… Możesz przekręcić swojego śledzia.

     - Sam jesteś śledź – mruknęła, ale przekręciła najbliższą kolumienkę.

     Przerzuciłem dźwignię. Krata uniosła się w górę. Korytarz skręcił w prawo i powiódł w dół, po czym rozwidlił się. Zatrzymaliśmy się, ale tylko dlatego, że za plecami usłyszeliśmy szybki tupot. Ktoś biegł. Niezbyt szybko, ale biegł. Jeszcze chwila i naszym oczom ukazał się zdyszany Tolfdir.

     - Za… czekaj mój chłopcze – wydyszał z trudem. – Zaczekaj…

     Zrobił kilka głębszych oddechów.

     - Pomyślałem, że najwyższa pora, bym cię dogonił…

     Poczekaliśmy, aż trochę odpocznie. Starł pot z czoła, po czym upił jakiegoś zielonego płynu z fiolki. Z pewnością była to mikstura kondycji, bowiem zaraz doszedł do siebie. Ruszyliśmy dalej. Prawy korytarz był ślepy i stało w nim wygaszone laboratorium alchemiczne. Lewy natomiast prowadził dalej. Wkrótce skręcił w prawo i zakończył się wielkimi, żelaznymi wrotami, które zgrzytnęły ciężko, gdy pchnąłem je ramieniem. Gdy się otworzyły, ujrzeliśmy niecodzienny widok.

     Znaleźliśmy się na tarasie, a pod nami rozciągała się rozległa, na pół naturalna komnata. Pod tarasem stał sporej wielkości stół do balsamowania zwłok, a za nim tron, na którym siedział bardzo silny draugr. Za nim coś w rodzaju niskiego podwyższenia, nad którym unosiła się wielka, błękitna kula, pokryta tajemniczymi znakami. Co dziwne, nie była nigdzie zawieszona, ani podparta. Po prostu lewitowała, zalewając komnatę błękitnym blaskiem, wydobywającym się z jej wnętrza.

Saarthal. Miejsce znaleziska - wizja artystyczna. Dzieło nieznanego malarza, który na fotografii domalował draugra i tajemniczą kulę

     - No, no… - szepnął Tolfdir. – Spójrzcie na to… Nie spodziewałem się, że znajdziemy coś takiego.

     Podszedł do skraju tarasu i przyjrzał się tajemniczej kuli.

     - Dlaczego zakopano to tak daleko, w Saarthal? – mruknął sam do siebie.

     Z tarasu biegły schody w dół. Ale gdy tylko na nie wstąpiłem, draugr ożył i chwycił wielki, dwuręczny miecz. Zbiegłem mu naprzeciw, Lydia za mną, a Tolfdir za Lydią. Rozpoczęła się walka. Ale już po pierwszym starciu było widać, że to nie będzie walka jakich wiele. Nasze ciosy nie robiły żadnego wrażenia na nieumarłym, jakby jakaś siła go chroniła. Istotnie, otaczała go jasna poświata, niespotykana u innych draugrów. Trzasnąłem raz – nic, nawet się nie zachwiał. Lydia poprawiła z drugiej strony – również nic. On tymczasem wywijał mieczem i tylko naszym tarczom zawdzięczaliśmy całość naszych kości. Przeciwko magii mrozu byliśmy jednak bezsilni. Gdy otrzymałem porcję mroźnego podmuchu, aż mnie sparaliżowało.

     Tolfdir pierwszy zorientował się, że coś jest nie tak.

     - Nic nie działa! – zawołał przerażony i rozejrzał się na boki.

     Musiał coś zauważyć, bo zaraz jego oczy zaświeciły nadzieją.

     - Odciągnij jego uwagę! – zawołał, rzucając się w bok. – Spróbuję pozbawić go części mocy!

     Kątem oka zauważyłem, że skierował się ku tajemniczej kuli. Nie wiem, jakim czarem tam zadziałał, ale istotnie, okrywająca dotąd draugra jasna poświata nagle znikła.

     - Już – zawołał mag. – Do ataku!

     Tym razem nasz podwójny atak był skuteczny. Pod naszymi ciosami draugr padł i więcej się nie podniósł. Zdjąłem hełm i otarłem pot z czoła.

     - Cała? – spytałem.

     Lydia skinęła głową i schowała miecz. Wszyscy troje zbliżyliśmy się do tajemniczej kuli. Z bliska wyglądała, jakby ktoś ułożył ją z mniejszych kawałków, jakby wypukłych płyt. Wyraźnie przeświecało przez nie światło, nie wydawała jednak żadnego dźwięku, żadnej wibracji – nic.

     - Nie tylko ja to widzę prawda? – uśmiechnął się Tolfdir. – Doprawdy, to zupełnie niezwykłe…

     - Co to jest? – spytałem, mrużąc oczy przed jasnym blaskiem.

     - Nie mam pojęcia – odrzekł mag. – To niesamowite. Absolutnie niesamowite!

     Spojrzał na mnie.

     - Arcymag musi się natychmiast o tym dowiedzieć – rzekł nagle. – Musi zobaczyć to na własne oczy.

     Skinąłem głową. Byłem gotów zanieść wiadomość.

     - Co mam powiedzieć arcymagowi?

     Tolfdir wzruszył ramionami.

     - Powiedz mu, że odkryliśmy… coś – mruknął. – Cóż, nie jestem pewien… Powiedzmy, że coś niezwykłego. Ewidentnie jest w tym coś magicznego, ale nigdy wcześniej nie spotkałem się z czymś takim. Powinno go to zainteresować.

     - Dasz sobie radę w pojedynkę? – spytałem, wkładając hełm.

     - O, myślę, że nic mi nie będzie – zapewnił. – Wygląda na to, że udało się nam wyeliminować największe zagrożenie – wskazał na truchło draugra. – Wygląda na to, że ten, który umieścił to tutaj chciał, by było to dobrze chronione. Ciekawe dlaczego…

Saarthal - tajemnicza kula. Zdjęcie operacyjne Akademii w Zimowej Twierdzy.

     O Tolfdira mogliśmy być spokojni. Był nie tylko rozważny i doświadczony, ale i potrafił się w razie czego obronić.

     Rozejrzałem się jeszcze po komnacie. Przy zabitym draugrze znalazłem kilka złotych monet. Natomiast za tajemniczą kulą ujrzałem drugie wejście do komnaty. Pchnąłem żelazne drzwi i moim oczom ukazał się korytarz. Lydia z ciekawością zajrzała do środka, ale ja nie musiałem patrzeć. Wiedziałem już, co tam jest. Do moich uszu dobiegł bowiem znajomy zew. Smocza ściana!

     Jak zahipnotyzowany, przekroczyłem wąski korytarz i wszedłem do niedużej jaskini. Smocza ściana pulsowała błękitnym światłem Słowa. Szedłem jak we śnie i zatrzymałem się dopiero przed pokrytą klinowym pismem gładzią ściany. Słowo oderwało się od niej i wniknęło we mnie. Ciemność przed oczami i akord z tysięcy gardeł!

     I wszystko ucichło…

     - Slen – szepnąłem. – Ciało…

     Jedna z wchłoniętych uprzednio smoczych dusz użyczyła mi zrozumienia słowa. To było drugie słowo krzyku Lodowa Postać. Słowa, które zamrażało przeciwnika na kamień.

     Lydia podtrzymała mnie, gdy zachwiałem się na nogach. Zapewniłem, że nic mi nie jest. Ale wskazałem wyjście, widniejące w oddali. Krótki korytarz zaprowadził nas wprost do wykopalisk, od których wszystko się zaczęło. Wolnym krokiem wyszliśmy na powierzchnię.