poniedziałek, 21 listopada 2016

Rozdział X – Pogranicze w ogniu

     Księżyc świecił jak latarnia, a na niebie nie dało się zauważyć nawet jednej chmurki. Noc była tak jasna, że przyzwyczajonym do ciemności oczom nie mógł umknąć żaden szczegół. Zwłaszcza, że wszystko dookoła pokrywała puszysta, śnieżna pierzyna, iskrząca się milionami maleńkich ogników, w ciepłej, księżycowej poświacie.

     Nie powiem, że było jak w dzień. Było… inaczej. Światło Księżyca nie jest tak ostre jak słoneczne. Jest miękkie, lekko żółtawe i wydaje się ciepłe, choć przecież nie grzeje. Cały świat w jego świetle nabiera dodatkowego czaru i tajemniczości. I ta cisza, gdy tylko wiatr zagwiżdże na ostrych skałach. Ale tej nocy nie było nawet wiatru.

     Szedłem, rozglądając się wokół z zachwytem. Tak piękną noc widziałem dotąd tylko raz w życiu, jeszcze w Cyrodiil. Księżyc świecił wtedy tak samo jasno, a wiatr właśnie odganiał niesforną chmurę, która zraszała deszczem łąkę. Szedłem wtedy z łukiem na ramieniu, w kierunku owej oddalającej się chmury, mając Księżyc za plecami. I wtedy ujrzałem coś, czego nie zapomnę do końca swych dni. Ujrzałem najprawdziwszą tęczę! Ale jakże inną niż te wszystkie, które widziałem do tej pory. Miękką, jedwabną, o złamanych nieco barwach, nie tak intensywną i jaskrawą, a przecież na tle ciemnego nieba wydała mi się o wiele jaśniejsza niż ta zwykła, którą w dzień widzimy po burzy. Łagodnym, kolorowym blaskiem odcinała się od ciemności nocy, niby tajemnicza piękność, kusząca powabnym spojrzeniem. Raz jeden w życiu widziałem rzadkie zjawisko, zwane księżycową tęczą.

     Dziś niebo było zbyt pogodne, by ujrzeć jakąkolwiek tęczę. Może bliżej morza, gdzie fale rozbryzgują się o przybrzeżne skały, udałoby mi się jakąś zobaczyć. Ale nie było mi po drodze. Morze leżało za daleko…

     Minąłem Alftand. Widoczne spod śniegu złociste ornamenty, jakie gdzieniegdzie zachowały się na budowli, świeciły jak klejnoty w blasku Księżyca. Nie mogłem oderwać od nich wzroku. W czasach świetności dwemerów musiały przedstawiać przepiękny widok.

     A potem ujrzałem w oddali dwie ciemne postaci.

     Znieruchomiałem i powoli przypadłem do podłoża. Powoli, bowiem w taką noc każdy szybki ruch musiał zwracać uwagę potencjalnego obserwatora. Pamiętałem słowa kapitana Aldisa, które wygłosił podczas szkolenia: „Posłaniec musi być ostrożny jak licówka*! Najważniejsze jest przekazanie wieści, reszta się nie liczy. Posłaniec nie stawia czoła niebezpieczeństwu, tylko unika go jak może, bo od wieści zależy życie całych oddziałów!”. Tak i ja teraz starałem się nie rzucać w oczy, za to z całych sił wybałuszałem swoje, wbijając wzrok w cienie pod skałami, chcąc dowiedzieć się, kto tam idzie. Obie postaci, niezdarnie krocząc, zbliżały się ku mnie. Stawały się coraz wyraźniejsze, a ja coraz szerzej rozchylałem powieki, bowiem czegoś takiego nie widziałem jak żyję. Gdy nieznajome postaci znalazły się zaledwie kilkadziesiąt kroków ode mnie i wyszły na otwartą, oświetloną księżycowym blaskiem przestrzeń, włosy stanęły mi na głowie.

     Co to za ohydne stwory?!

     Były nieco wyższe od człowieka, ciemne, prawie czarne i miały… sześć… Tak, widziałem wyraźnie! Miały sześć kończyn! Oprócz rąk i krzywych, zgiętych w kolanach nóg, miały też błoniaste skrzydła, jak smoki. Wyrastały im z pleców i choć wydawało mi się, że owe skrzydła są zbyt małe, aby mogły służyć do latania, dodawały im mroczności, właściwej ciemnym siłom. Stwory z daleka wyglądały jak dwa niewydarzone nietoperze. Gdy podeszły bliżej, jako żywo zaczęły przypominać maszkarony, jakimi ozdabiano szczyty zamkowych ścian. Miały odstające ni to rogi, ni to uszy, a pyski zdawały się być półotwarte, jak u człowieka, kiedy mówi „o”.

     Co to jest, na dziewięć bóstw?

     Wrogowie, czy przyjaciele?

     Wcielone zło, czy nieszczęśliwe istoty, potrzebujące pomocy?

     Nie śmiałem oderwać się od ziemi. Powoli, aby stwory mnie nie zauważyły, wyciągnąłem przed siebie rękę. Pomyślałem zaklęcie „Wykrycie Życia” i pchnąłem oddech w kierunku dłoni. Nic… Tylko jakiś zając w oddali zajarzył się purpurą. Stwory pozostały ciemne.

     Nieumarli! Poczułem pot, spływający mi po grzbiecie…

     Ale co to może być? To nie były draugry. Nie były to też wampiry. To było coś, o czym nigdy przedtem nie słyszałem. Skuliłem się i przywarłem do śniegu jeszcze bardziej.

     A w tej właśnie chwili jeden ze stworów wyczuł mnie. Widziałem, jak podnosi ohydny pysk i zaczyna węszyć. Okrągłe, półotwarte usta, otworzyły się szerzej i wydały nieludzki ryk. Stwory przyspieszyły. Kołysząc się niezdarnie na krzywych nogach, zaczęły biec w moją stronę. Na pewno nie po to, by delikatnie pogłaskać mnie po czuprynie.

     Zerwałem łuk z pleców. Prawa ręka poszukała strzały. Było już blisko, więc wybrałem szklaną. Zwolniłem cięciwę i strzała z groźnym sykiem poszybowała ku stworowi. Trafiła – potwór zaryczał i zajął się płomieniem. Ale nie poniechał ataku.

     Zdążyłem wypuścić jeszcze dwie strzały, zanim stwory mnie dopadły. Za każdym razem celowałem w prawego, więc gdy mnie doszedł, był już tak osłabiony, że wystarczyło zdzielić go mieczem przez łeb, aby padł na dobre. Drugi jednak zachował pełnię sił. Zamierzył się na mnie pazurami. Nadstawiłem tarczę…

     Ale co to? Potwór nie uderzył mnie, tylko posłał ku mnie jakąś czerwoną mgiełkę. Poczułem się dziwnie, jakby ktoś wysysał ze mnie siły. I zrozumiałem nagle, że ta mgiełka nie płynie do mnie, tylko w kierunku potwora. To jakiś rodzaj wampira!

     Musiałem działać szybko, zanim wyssie ze mnie życie.

     - Yol! – krzyknąłem w jego stronę. 

     Krzyk Ognisty Oddech okazał się być skuteczny. W myślach podziękowałem Paarthurnaxowi za ten dar. Wiedziałem, że wampiry były podatne na działanie płomieni. Miałem nadzieję, że te kreatury również. Stwór zajął się ogniem i przerwał atak, a ja, z Przedświtem w dłoni, natarłem na niego jak furia. Jeden cios i drugi… Potwór osłabł, wciąż płonąc. Próbował trzasnąć mnie pazurami, ale trafił w tarczę. Trzasnąłem go tarczą w pysk i ponowiłem atak mieczem. Ciosy miecza zadawały mu groźne rany. Nic dziwnego, Przedświt przecież stworzono właśnie do walki z nieumarłymi. Jeszcze jedno cięcie, jeszcze jeden sztych i… Potwór osunął się na śnieg, a jednocześnie wokół rozbłysła błękitna eksplozja. Niepotrzebnie – więcej nieumarłych wokół nie było.

     Zdjąłem hełm i ochłodziłem sobie głowę w przyjemnym tchnieniu nocnego, ledwo wyczuwalnego podmuchu wiatru. Wciąż nie mogłem oderwać wzroku od stworów, których zwłoki leżały u moich stóp. Po raz pierwszy w życiu spotkałem się z czymś takim. O wiele później dowiedziałem się, z kim stoczyłem walkę tej nocy. Nazywano je gargulcami. Były nieodłącznym elementem świata wampirów. Wampirzy władcy ozdabiali nimi swoje zamki, gdzie tkwiły, niby zwykłe posągi. Ale w razie potrzeby wampiry potrafiły je ożywić i przywołać na pomoc. Nikt nie wiedział, jak one powstały. Czy są to po prostu rzeźby, ożywione magicznym sposobem, czy przeciwnie – żywe stwory, zaklęte w kamień i ożywające na powrót, gdy usłyszą wampirzy zew. Były sługami krwiopijców, ich wiernymi żołnierzami i strażnikami, prawdopodobnie nieświadomymi swego losu, ślepo słuchającymi rozkazów.

     Tylko skąd się tu wzięły? Czy wampiry wysłały je z jakąś misją?

     Wypiłem magiczną miksturę uleczenia choroby. Od kiedy dowiedziałem się o wampirach, miałem zawsze kilka fiolek w swym plecaku. Bałem się zarazić wampiryzmem, wolałem więc dmuchać na zimne. Kusiło mnie, żeby zbadać szczątki gargulców, ale nie umiałem przezwyciężyć wstrętu. Pozostawiłem je tam, gdzie były.

     Zamyślony ruszyłem w dalszą drogę. Kierowałem się ku widniejącej w oddali latarni morskiej, która jednak nie świeciła. Po co więc tkwiła w tym miejscu? Czyżby latarnik uciekł przed którąś z armii? Raczej nie – ani Gromowładni, ani Cesarscy nie szkodzili cywilom. Czyżby więc wygnały ich jakieś potwory?

     Wiedziałem, że rzecz wymaga sprawdzenia, ale nie mogłem teraz tracić na to czasu. Westchnąłem przeciągle. Ech, sam zakułem się w kajdany żołnierskiego losu. Żołnierz nie dysponuje swoim czasem. Z chwilą włożenia cesarskiej zbroi skończyły się dla mnie czasy swobodnej włóczęgi i poszukiwania przygód.

     Ale wojna kiedyś się skończy. Wtedy odwiedzę to miejsce.

     Zeskoczyłem z kilku stromych skałek i dotarłem do ścieżki, którą poprzednio pokonałem konno. Teren wypłaszczył się i zamienił w łagodną równinę. Do obozu było już niedaleko.

     *          *          *

     Tym razem obóz zastałem nie tknięty. Jeszcze zanim do niego doszedłem, zatrzymał mnie wartownik.

     - Dovahkiin – rzekł, poznawszy mnie.

     Coraz więcej współtowarzyszy broni tak mnie nazywało. Strażnik przepuścił mnie, salutując.

     Namiot sztabowy był pusty. Dowódca warty stał opodal, grzejąc się przy małym ognisku. Podszedłem i zapytałem o legata, któremu miałem dostarczyć wieści.

     - Dobre wieści, czy złe? – spytał.

     - Dobre – odparłem.

     - Dobre mogą poczekać – uśmiechnął się żołnierz. – Gdyby były złe, kazałbym obudzić legata. A tak, lepiej niech pośpi. Bardzo tego potrzebuje. Czy też mam bezwzględnie budzić?

     Wieści nie wydawały mi się aż tak pilne. Nic się nie stanie, jeśli poczekają do jutra. Nauczony doświadczeniem z zamku Dour, kazałem obudzić się, gdy tylko legat stanie na nogi. Do świtu jeszcze było trochę czasu, więc postanowiłem złapać kilka godzin snu. Ruszyłem w kierunku oficerskiego namiotu i rzuciłem się na pierwszą wolną pryczę. Otuliwszy się futrem, po krótkim czasie zapadłem w sen.

     Spałem mocno. Wartownik musiał potrząsnąć kilka razy moim ramieniem, zanim otworzyłem oczy. A potem zaraz je zamknąłem, gdy uderzył mnie jasny blask słonecznego światła. Zapowiadał się kolejny pogodny dzień, aczkolwiek w tej krainie pogoda potrafiła zmienić się bardzo szybko. Bywało, że bard zaczynał balladę przy pięknej, słonecznej aurze, a śnieżyca nie pozwoliła mu jej dokończyć.

     Pomrugałem trochę oczami i wciąż nieco zaspany udałem się do namiotu dowódcy. Tam spotkała mnie spora niespodzianka. Spodziewałem się spotkać Rikke, ale zamiast niej przy stole stał wysoki Dunmer w sile wieku, którego nigdy przedtem nie widziałem na oczy.

     Zameldowałem się i przedstawiłem.

     - Legat Sevan Telendas – odparł. – Co tam przynosisz?

     - Raport, panie – podałem mu list Hadvara. – Fort Kastav zdobyty i obsadzony naszymi ludźmi. Choć przydałoby się trochę wzmocnić ten garnizon…

     - Takie wieści lubię – wskazał mi krzesło i sam usiadł. – Kto dowodził atakiem?

     - Trybun Hadvar – odparłem.

     - Znam – skinął głową. – Były kłopoty?

     - Czterech naszych poległo…

     Pokiwał głową z powagą i pogrążył się w lekturze. Po chwili uniósł głowę i przeszył mnie wzrokiem.
- Coś mi się widzi, że zdobycie tego fortu nie do końca było zasługą Hadvara – rzekł z tajemniczym uśmiechem. – Przynajmniej on sam tak twierdzi…

     Nie czytałem raportu, więc nie wiedziałem, co Hadvar tam naskrobał. Wydawało mi się, że wojskowy raport powinien zawierać tylko ważne dane, jak stan przejętej fortyfikacji, liczba żołnierzy potrzebnych do obsadzenia, obecny stan garnizonu i wykaz poległych. Ale jeśli wspomniał o mnie, to bardzo miło z jego strony.

     - Wiesz, dlaczego trybun nie poszedł na fort z całym manipułem? – spytał niespodziewanie legat.

     - Nie, panie… - odparłem niepewnie. – Ale wydaje mi się, że tam nawet centuria nie miałaby co robić, chyba że chciałaby zostać wystrzelana z murów.

     - Prawie dobrze – odparł. – Ale prawdziwym powodem jest fakt, że niejaki Wulfhere swego czasu zdobył fort Hraggstad w pojedynkę, działając cicho i z zaskoczenia. Nie znasz go przypadkiem? – mrugnął do mnie rozbawiony. - A potem zrobił to samo z owianym złą sławą fortem Dunstad, mając tylko garstkę żołnierzy. Sztab uznał to za bardzo skuteczną taktykę.

     Czułem, jak pąs wędruje mi na policzki

     - Fort Hraggstad to byli tylko bandyci – odparłem niepewnie.

     - Zgadza się – skinął głową. – Nie mogą się równać z Gromowładnymi. Dlatego na żołnierzy Ulfrica nie wysyłamy pojedynczych zwiadowców, tylko zgodnie z zaleceniem naczelnego dowódcy, kilka decurii na raz. Połączenie metod twojej i generała Tuliusa dają jak na razie świetne wyniki. Odbiliśmy już dwie dzielnice, a wiesz jakie mamy straty? Zaledwie trzydziestu żołnierzy! To nowy rekord.

     Skinął mi przyjaźnie głową i dodał.

     - Zjedz coś i przygotuj się do drogi. Zaniesiesz ten raport do generała. Tylko trochę go uzupełnię o wiadomości stąd. Zgłoś się do mnie po śniadaniu. 

*          *          *

     Tym razem podróż była znacznie krótsza – tylko do Gwiazdy Zarannej. Tam wynająłem sobie łódź. Przewoźnik, starszy już, rumiany jegomość o dobrotliwej twarzy, skinął mi głową i zaprosił na pokład swojej łupinki.

     - Mamy dziś wschodni wiatr – rzekł, chwytając za wiosła. – Będziemy w Samotni jeszcze za dnia. 

     Było już prawie południe, więc nie bardzo mu dowierzałem. Ale on wyprowadził tylko łódź na kilkaset kroków od brzegu i nastawił prostokątny żagiel, po czym siadł za sterem, dzierżąc w dłoni kilka linek. Był to widać stary i wytrawny żeglarz, bowiem łódź, jak pchnięta czarodziejską siłą, pomknęła nagle ku zachodowi, ślizgając się po falach i znacząc swą drogę pienistym śladem. Pokręciłem głową z podziwem. To się nazywa kunszt! Nie omieszkałem mu o tym powiedzieć. Przewoźnik pokraśniał z zadowolenia i zaczął opowiadać o morzu. Dowiedziałem się całkiem ciekawych rzeczy. Przyswoiłem sobie też kilka żeglarskich terminów, aczkolwiek nie mam pewności, czy prawidłowo. W pewnym momencie nawet pomagałem mu w prostych czynnościach, musiał mi tylko wytłumaczyć, co mam robić. Wiem już co znaczy „zluzować fał”, wiem co to wanta, sztag i wiem też, że to drewniane, co spadło mi na łeb po pociągnięciu niewłaściwej liny, nazywa się reja. Gdyby nie hełm, pewnie by mnie zamroczyło.

     Żeglarz dotrzymał słowa. Do portu Kompani Wschodniocesarskiej w Samotni dotarliśmy, gdy słońce dopiero zbliżało się do horyzontu. Wynagrodziłem mu sowicie tę podróż. Uścisnęliśmy sobie ręce i udałem się w kierunku bram miasta.

     Zauważyłem, że teraz spoglądam na miasta inaczej niż kiedyś. Wylazł ze mnie żołdak. Każdą budowlę odruchowo próbowałem teraz ocenić pod kątem możliwości jej obrony. Nie inaczej potraktowałem Samotnię.

Samotnia - zewnętrzny mur z bramą i strażnicą. Z tyłu widoczny główny mur, z drugą bramą. Razem stanowią skuteczną fortyfikację miasta.

     To miasto samo w sobie jest fortecą. Jej położenie na naturalnym, skalnym moście, zapewnia jej bezpieczeństwo. Dostać się do niej można jedynie od zachodu, od strony bram, ewentualnie ciasnym przejściem z baszty. Bramy są dwie, ale pojedyncze, jedna za drugą, więc podwajają możliwości obrony, a nie ataku. To chyba najlepiej ufortyfikowane miasto Skyrim. Pierwsza brama mogła zostać łatwo zabarykadowana, a strażnica przy murze stanowiła znakomite stanowisko łucznicze. Jeśli to nie wystarczało, zawsze można było wycofać się za drugą. A tamtą już bardzo trudno było sforsować, gdy pociski leciały na atakujących ze wszystkich stron, a sama brama wykonana była z kutej stali i osadzona na zawiasach tak masywnych, że nie sposób było jej wyrwać. Co do przejścia basztą, było za wąskie na jakikolwiek atak z tamtej strony. Dwóch ciężkozbrojnych piechurów, uzbrojonych we włócznie, z łatwością zatrzymałoby cały oddział, próbujący pojedynczo wejść po wąskich schodach. A kilka toczących się po stromych stopniach głazów, było w stanie powalić atakujących niby kręgle, by w końcu zabarykadować przejście całkowicie. Wież, ani drabin nie było gdzie wokół przystawić, jedynie na krótkim, łatwym do obrony odcinku przy bramie.

     A nawet gdyby wróg wdarł się do miasta, czekało go jeszcze zdobywanie zamku Dour - a to już była potężna forteca.

     Ja nie musiałem jej zdobywać – wartownicy przy bramie przepuścili mnie bez żadnego pytania.  W środku musiałem chwilę poczekać w holu, przysłuchując się kilku zebranym tu żołnierzom.

     - Ostatnio droga do Białej Grani jest niebezpieczna – mówił jeden z nich. Na południe od Smoczymostu wielu podróżnych po prostu znika… Giną bez śladu.

     Potem opowieści zeszły na różne potwory.

     - Znasz Jaskinię Kruczej Rany? – spytał inny.

     Tamten skinął głową.

     - To jaskinia na wyspie, na zachodzie…

     - To tam gnieżdżą się te przeklęte wiedźmokruki!

     Dalej nie słyszałem, bowiem adiutant zawołał mnie do generała.

     Tulius z zadowoleniem przyjął raport. Przeczytał go uważnie. Zadał mi jeszcze kilka pytań, a potem swoim zwyczajem założył ręce na piersi i zaczął wolno krążyć po komnacie, głośno rozmyślając.

     - Skoro mamy Zimową Twierdzę, możemy obsadzić miasto wojskiem… Dopóki nie będziemy gotowi do wymarszu na Wichrowy Tron.

     Trochę jeszcze pomruczał, po czym sięgnął do skrzyni i wyjął jakiś ozdobny papier, opatrzony pieczęcią. Stanął przede mną i uroczystym głosem powiedział.

     - Twoja pomoc okazała się nieodzowna. Nie pozostaje mi nic innego, jak przyjąć cię do najwyższego sztabu.

     Wręczył mi podany przez adiutanta ciężki, ebonowy miecz.

     - Niniejszym awansuję cię do rangi legata. Z ramienia Cesarstwa i mojego, przyjmij ten dar oraz nowe stanowisko. Gratuluję!

     Uścisnął mi rękę, a ja poczułem, jak uginają się pode mną nogi.

     Legat! Ja legatem! Od dwóch miesięcy zaledwie w Legionie, a już zostałem przyjęty do najwyższego sztabu…

     Nie dziwcie się mojemu przerażeniu. Legatów w całym Cesarstwie było nie więcej niż czterdziestu. Legat należał to najściślej zaufanych ludzi Cesarstwa. Legat miał prawo przebywać w towarzystwie cesarza z bronią u boku. Legat miał prawo do tryumfalnego przejazdu główną ulicą Cesarskiego Miasta. Legat mógł dowodzić całym legionem. Legat to po prostu był… legat! Wśród żołnierzy prawdziwa arystokracja.

     A wraz ze wszelkimi splendorami, otrzymywał ciężar potwornej odpowiedzialności. Legat nie mógł się zasłonić rozkazem – bo niewielu było takich, którzy mogli mu rozkazywać. Legat nie mógł okazać niezdecydowania. Legata nikt nie mógł wspomóc radą, czy instrukcją – to on miał je wydawać. Legat nie miał prawa popełniać błędów. Gdyby taki popełnił, jedynym honorowym wyjściem byłaby zadana sobie samemu śmierć, poprzez nadzianie się na własny miecz. A ja? Co ja wiedziałem o wojsku? Co ja wiedziałem o taktyce, strategii, czy choćby o tym, jakie komendy należy wydawać w polu?

     - Generale… - odrzekłem słabym głosem. – Nie, ja nie dam rady! To ponad moje siły.

     - Nie doceniasz własnych sił – uśmiechnął się. – Czy wiesz, że zdobycie obu miast zawdzięczamy twojej taktyce?

     - Taktyce?... – jęknąłem. – A gdzie tu taktyka? Ja jestem samotnikiem, walczę w pojedynkę. Umiem się skradać, strzelać i wiem co-nieco o samotnych misjach. Jestem łazikiem, albo raczej łazęgą, szwendającą się po Skyrim. Ale legat? Ja nie umiem dowodzić! Nie mam o tym zielonego pojęcia! Poza tym, zupełnie brak mi doświadczenia…

     - Wierzę w ciebie – skinął głową.

     - Ale ja nie… - odparłem kręcąc głową. – To nie kwestia wiary. Ja to wiem!

     W tym momencie wpadł mi do głowy znakomity pomysł, jak wykręcić się od tego honoru.

     – Generale, przecież nawet ty nie możesz mnie awansować do tej rangi! – zawołałem. – Takie prawo ma tylko cesarz!

     Tulius, z kpiącym uśmiechem, wskazał na trzymany przeze mnie dokument. Zerknąłem na niego i oniemiałem. Na mojej nominacji widniała cesarska pieczęć i elegancki, smukły podpis:

     Titus Mede II

     Cesarz!... Przed oczami zrobiło mi się ciemno. Zupełnie jak wtedy, gdy poznawałem nowe słowo. Awans nie cieszył mnie ani trochę. Przeciwnie, przeraził mnie do głębi. Jak można takiego nieopierzonego młokosa awansować do tak wysokiej rangi?

     - Ale generale – jęknąłem. – Ja nie potrafię!

     Tulius tymczasem wziął mnie poufale pod ramię i zaprowadził do kąta, gdzie stały dwa wysokie zydle. Wskazał mi jeden, sam siadając na drugim, po czym pochylił się w moją stronę.

     - Posłuchaj – rzekł. – Nie jesteś zwyczajnym człowiekiem. Masz dar, otrzymany od bogów. A ja, choć za geniusza się nie uważam, nie jestem też ostatnim idiotą. Nikt nie będzie od ciebie wymagał, abyś dowodził. Ale dla cesarskich legionów twoja moc jest nieoceniona. Zresztą, już to udowodniłeś. Doświadczenie? Tylko twojemu doświadczeniu zawdzięczamy zwycięstwo w Korvanjund, Dunstad, czy Kastav. Nie bój się, będziesz posyłany tam, gdzie twoje zdolności się nie zmarnują.

     Umilkł na chwilę, szukając odpowiednich słów.

     - Napisałem o tobie do cesarza, gdy tylko zgłosiłeś się do służby - ciągnął. – Sam zaproponowałem wysoką rangę dla ciebie, aby byle oficer nie mógł tobą rozporządzać. Jego odpowiedź brzmiała: mam przyjąć cię do legionu, wypróbować twoją lojalność i zdolności w kilku misjach. Jeśli przejdziesz próby pomyślnie i uznam że na to zasłużyłeś, mam wręczyć ci tę nominację, którą załączył do listu. To najwyższa godność, jaką można zaofiarować żołnierzowi z zaciągu, nie spokrewnionemu z cesarską rodziną. Mnie pozostawił jedynie decyzję, czy i kiedy ma to nastąpić. A ja uważam, że odpowiednia chwila jest dziś.

     Urwał na chwilę, po czym przemówił znów.

     - Cesarz zasugerował jednak, że po zakończeniu wojny w Skyrim, być może należy zwolnić cię ze służby. Uznał, że twój dar powinien służyć wszystkim, a lepiej go wykorzystasz, gdy nie będziesz skrępowany wojskową dyscypliną. Trochę żałuję, bo ja chętnie zatrzymałbym cię w Legionie. Ale mam zamiar spełnić to życzenie.

     Uśmiechnął się kpiąco.

     - Na szczęście, to ja mam zdecydować, kiedy twoja służba się skończy.

     Spoważniał.

     - A skończy się dopiero po śmierci Ulfrica i rozgromieniu rebelii. Nie wcześniej.

     Opuścił głowę i cichym głosem dodał.

     - Zakładając, że obaj dożyjemy tej chwili…

     - Generale… - zająknąłem się. – Siwobrodzi wbili mi do głowy, że Thu’um nie można używać dla własnej korzyści. Nie chcę używać go w walce przeciwko ludziom.

     Uśmiechnął się lekko i spojrzał mi w oczy.

     - Nie chodzi o twoje, jak to nazywasz, Thu’um. Rozumiem ciebie i rozumiem Siwobrodych. Chodzi mi o Ulfrica. Zrozum, jesteś jedynym, który może go pokonać. Tylko z tobą nie zrobi tego, co uczynił z królem Toryggiem. Potrzebuję cię…

     A potem uśmiechnął się weselej, klepnął mnie w ramię i rzekł głośniej.

     - Głowa do góry, legacie. Będzie dobrze. Zaufaj mi! O tyle dobrze, o ile dobrze może być na wojnie. Będziesz pełnił rolę doradczą i człowieka do specjalnych poruczeń. Od czasu do czasu wyślę cię gdzieś, gdzie będziesz mógł wspomóc jakiś oddział. Ale nie bój się, dowodzić zawsze będzie ktoś inny. Wprawdzie misje te będą niebezpieczne, ale ty przecież nie jesteś tchórzem. Ktoś, kto zabija smoki, nie może nim być. Nawet jeśli wspomaga go dar od bogów. Zresztą – przyciągnął mnie bliżej siebie i szepnął do ucha, – gdybym był bogiem, nie dałbym takiej mocy słabeuszowi. Jeśli nie ufasz mnie, zaufaj im. Oni wiedzą, co robią.

     Wstał, a ja razem z nim.

     - Wypocznij dziś i prześpij się z tym. Należy ci się kwatera i wyżywienie w gospodzie, na koszt Legionu. Przyjdź do mnie jutro w południe. Spodziewam się wieści, więc mogę mieć dla ciebie jakieś nowe zadanie.

     Pożegnałem generała i wyszedłem na miękkich nogach. Po tej rozmowie wcale mi nie ulżyło. Wyszedłszy z zamku, skierowałem się w prawo, ku zejściu do miasta. Postanowiłem pójść do gospody. Należała mi się szklanka brandy. Albo i dwie. Może to pozwoli mi otrzeźwieć…

     Gdy przechodziłem obok kuźni, usłyszałem głos Beiranda.

     - Legacie!

     Spojrzałem w jego stronę. Stał przy wejściu do magazynu, a jego błękitne oczy rzucały wesołe iskierki. Podszedłem w jego stronę.

     - Skąd wiesz? – spytałem. – Przecież ja sam dowiedziałem się dopiero kilka minut temu.

     - A ja wiem o tym już od dwóch tygodni – pochwalił się. – Generał polecił mi przygotować dla ciebie zbroję. Chcesz przymierzyć? Przerobiłem jedną ze zbroi innego legata.

     - Poległ? – spytałem słabym głosem.

     - Nie – uśmiechnął się Beirand. – Pił za dużo piwa i już się w nią nie mieści.

     A ja odetchnąłem z pewną ulgą. Sam nie wiem, dlaczego, ale nie chciałem nosić uzbrojenia po nieboszczyku. Rzecz o tyle dziwna, że przecież na co dzień używałem elfich skorup, które swego czasu ściągnąłem z własnoręcznie zabitego złodzieja.

     Zbroja była trochę cięższa i nieco sztywniejsza niż stara. Nic dziwnego, była w wielu miejscach wzmocniona stalową blachą. Ale dało się ją nosić bez większego wysiłku. Ruchów też specjalnie nie krępowała. Prezentowała się natomiast znakomicie. Włożyłem ją jednak ze sporym wahaniem. Stanowiła bowiem o wiele większy ciężar, niż te skóry i blachy, które na nią zużyto. Tym ciężarem była odpowiedzialność. A ja nie czułem się na siłach, by ją udźwignąć. Miałem przecież dopiero niecałe dziewiętnaście lat. Zapewne byłem najmłodszym legatem w historii Cesarstwa. I najbardziej zielonym.

*          *          *

     Ciężar owej odpowiedzialności poczułem już następnego dnia, gdy zameldowałem się u generała, po nowe rozkazy.

     - Udaj się czym prędzej do naszego obozu, ukrytego na Pograniczu – wskazał na mapie miejsce niedaleko Markartu. – Ulfric zbyt długo cieszy się tamtejszymi kopalniami srebra.

     Poczułem pąs na twarzy. Kopalnie srebra przypadły mu w wyniku negocjacji na Wysokim Hrothgarze. Czułem się poniekąd za to odpowiedzialny. Tulius odgadł to chyba, bo gdy wychodziłem, przytrzymał mnie za ramię.

     - A, jeszcze jedno – rzekł poważnym głosem. – Pomożesz mi odbić Markart, albo zginiesz próbując!

     Oblał mnie zimny pot.

     - To przez twoją genialną strategię musieliśmy oddać miasto buntownikom – dodał.

     Mimo nóg z waty zdołałem się wyprężyć i potwierdzić.

     - Tak, panie.

     - Wprawdzie jesteście już równi stopniem, ale to Rikke dowodzi – dodał. - To chyba jasne…

     Spojrzał na mnie cieplej i uścisnął ramię.

     - Za Cesarstwo! – rzekł po swojemu.

     Nie zdołałem odpowiedzieć, skinąłem tylko po wojskowemu głową i wyszedłem z zamku.

     Północna część Pogranicza było chyba najmniej ucywilizowaną krainą Skyrim. Górzysta, bez żadnych dróg, jedynie gdzieniegdzie istniały wąskie i strome ścieżki. W dodatku roiło się tam od Renegatów. To wszystko sprawiło, że trzeba było tam podróżować pieszo. Konno dojechałem jedynie do Smoczymostu. Tam zostawiłem wierzchowca pod garnizonem kapitana Maro i na piechotę zboczyłem ze szlaku, udając się w góry.

     W drodze rozmyślałem o słowach generała. Mogły się wydać obcesowe i niesprawiedliwe. W końcu, dzięki negocjacjom, otrzymał w zamian Pękninę, może i łatwiejszą do zdobycia niż Markart, ale dzięki temu zyskał kontrolę nad całą granicą z Cyrodiil. Ja jednak zrozumiałem, o co mu chodziło. Ludzie wiedzieli… Ludzie doskonale zdawali sobie sprawę, dlaczego musieli oddać Markart. Opuszczając miasto, musieli zadawać pytania – taki rozkaz był bardziej niż zaskakujący. I ktoś im powiedział. Co by się stało, gdyby zabrakło mnie w bitwie o Markart? Co powiedzieliby żołnierze? „Najpierw oddał miasto bez walki, a teraz boi się stanąć z nami do boju!”. Albo „My naszą krwią musimy teraz płacić za to, co ten młokos oddał Gromowładnym – a on paraduje sobie w zbroi legata i spija śmietankę!”. Tak właśnie by mówili. Groziło to nawet buntem, gdyby, co nie daj bogowie, któryś z dowódców wydał jakiś lekkomyślny rozkaz. Po prostu musiałem tam być. Musiałem się pokazać i mało tego – musiałem jeszcze wyróżnić się w walce.

     Ale zupełnie nie wiedziałem, jak Cesarscy zamierzają tego dokonać. Dla mnie Markart był twierdzą nie do zdobycia. Gdyby to ode mnie zależało, spróbowałbym znaleźć jakieś przejście z Czarnej Przystani do dwemerskich ruin Nchuand-Zel i stamtąd bym uderzył – od środka. W moich szpargałach wciąż tkwił klucz do wykopalisk, który dał mi kiedyś Calcelmo. Podziemne miasta Dwemerów często były bowiem ze sobą połączone przemyślnymi przejściami. I to wydawało mi się najszczęśliwsze rozwiązanie. Pod warunkiem, że takie przejście naprawdę istniało, bo nic o nim nie wiedziałem. Postanowiłem opowiedzieć o tym Rikke, gdy tylko znajdę się na miejscu.

     Właśnie minąłem skalisty pagórek, gdy o kilkadziesiąt kroków ode mnie ujrzałem watahę wilków. Przypadłem do skały, ale każdy myśliwy wie doskonale, że człowiek przed wilkiem się nie ukryje. Te zwierzęta mają węch tak czuły, że potrafią zwęszyć człowieka z ogromnych odległości, a tu jeszcze wiatr wiał w ich stronę. Zdążyłem tylko zerwać łuk z pleców i raz wystrzelić, ale w pośpiechu chybiłem jak nowicjusz. Wilki tym razem nie bawiły się w żadną taktykę. Były trzy, a ja jeden. Zaatakowały wszystkie naraz.

     Odrzuciłem łuk i chwyciłem tarczę. Mogłem bronić się mieczem, ale gdyby mnie opadły ze wszystkich stron, nie dałbym rady zwinnym przeciwnikom. Wolałem spróbować czegoś innego. Czego boi się wilk? Tylko jednej rzeczy – ognia! Jeszcze pierwszy basior nie podbiegł do mnie, a ja już poczęstowałem go płomieniem, przywołując zaklęcie ze Szkoły Zniszczenia. Rozległ się głośny skowyt, gdy ogień objął potężnego samca, paląc go żywcem. Pozostałe jednak nie uciekły, jak się tego spodziewałem, lecz zaatakowały z dwu stron. Przypadłem plecami do skały, aby ochronić plecy. Lewą ręką nadstawiłem tarczę, odgradzając się od jednego z nich, drugiego poczęstowałem płomieniem. Gdy dwa wilki padły, z trzecim już poradziłem sobie bez trudu.

     Nie marudziłem z odzieraniem ich ze skóry. Nie było na to czasu. Po prostu pozbierałem swoje rzeczy i ruszyłem w dalszą drogę. Zmierzchało już, gdy znalazłem niewielką, pustą jaskinię, ukrytą pod skalnym nawisem. Tam zdecydowałem się przenocować. W krainie wilków, niedźwiedzi i Renegatów nie było to bezpieczne schronienie. Ale w nocy łatwo mogłem pobłądzić na tych bezdrożach, albo wręcz skręcić kark na stromiznach. Niby noce w Skyrim są jasne, znacznie jaśniejsze niż w moich rodzinnych stronach, ale to już jednak nie była Biel, gdzie śnieg świecił równie jasno jak Księżyc. Tu były tylko skaliste pagórki, porośnięte trawą, krzewami i z rzadka drzewami, pełne cieni, dziur, zapadlisk i ruchomych głazów. Musiałem przenocować. Zanim jednak położyłem się na posłaniu z mchu, porozrzucałem dookoła suche liście i gałązki, których leżało tu pod dostatkiem. Potencjalnego napastnika wolałem usłyszeć zawczasu.

     A potem zakryłem wejście gałęziami, częściowo, na tyle na ile było to możliwe odgrodziłem się tarczą, wyjąłem miecz i położyłem go sobie na kolanach. Otuliłem się płaszczem kultysty i zapadłem w czujny, przerywany sen.

     Nie był to najlepszy odpoczynek, ale lepszy taki niż żaden. Młody organizm szybko regeneruje siły. Rankiem wstałem przed świtem, rozruszałem trochę kości, zdrętwiałe od niewygodnej pozycji i nie zwlekając, ruszyłem w dalszą drogę, po drodze gryząc suchary, aby nie tracić czasu. Niby nie było daleko do obozu, ale droga trudna i łatwo było zabłądzić.

     Po pewnym czasie dotarłem do rzeki. Spojrzałem na mapę – trzeba przejść na drugą stronę. Miałem szczęście – wyszedłem na nią tuż przy najpłytszym miejscu. Znalazłem bród i jakoś przelazłem, niespecjalnie nawet się mocząc. Jak na razie udało mi się nie zabłądzić. Zobaczymy, co będzie dalej.

     Minąłem jakieś dwemerskie ruiny. W tych stronach to całkiem pospolity widok. Zacząłem piąć się ścieżką pod górę. Minąłem właśnie skalną ścianę i wraz ze ścieżką skręciłem ostro w prawo, gdy niespodziewanie wpadłem na trzech Gromowładnych. Niemal się z nimi zderzyłem. A to pech!

     Oni ruszyli na mnie, gdy tylko mnie zobaczyli. Nie było czasu na negocjacje. Zresztą, cóż mógłbym im powiedzieć? Jedyne, co mogłem zrobić, to wyciągnąć miecz i bronić się. Ale sam przeciwko trzem żołnierzom jednocześnie, uzbrojonym w ciężką broń, nie miałem szans.

     - Iiz! - krzyknąłem w kierunku pierwszego.

     Skutek był piorunujący – żołnierz skamieniał. A raczej zlodowaciał. Unieruchomił go lodowy paraliż mojego nowo poznanego Thu’um. Znieruchomiały, z toporem wzniesionym do ciosu, przewrócił się na ścieżkę, jak kamienny posąg. Dwóch następnych ogarnęła konsternacja. Wystarczyło, żeby bliższy dostał tarczą w nos i sztych w gardło. Zajął się płomieniem, gdy upadał. Trzeci ruszył na mnie, wymachując dwuręcznym, stalowym mieczem. Uchyliłem się od ciosu i zripostowałem tak szybko, że nie zdążył zamachnąć się znów. Kolejne ciało zapłonęło od magii Przedświtu. Tymczasem paraliż ustąpił i trzeci żołnierz niezdarnie podniósł się z ziemi.

     - Poniechaj! – opuściłem miecz. – Nie dasz mi rady…

     Nie poniechał. Ruszył jak furia. Ale wciąż jeszcze był zdezorientowany i sprawność nie wróciła mu w pełni. Pokonałem go bez trudu.  Trzecie płonące ciało osunęło się na ziemię. Przez krótką chwilę wszystkie trzy jarzyły się bladym płomieniem. Patrzyłem na to magiczne ognisko ze strasznym kłuciem w sercu. Pogranicze stanęło w ogniu, dosłownie i w przenośni…

     Trwało to krótko, gdy w końcu zgasło pierwsze, potem drugie, potem trzecie ciało… Ale mój ból nie ustał. Ulfricu, cóżeś ty najlepszego uczynił!? Oto rozpętałeś bratobójczą wojnę, w której ginie najszlachetniejsza część dumnego narodu, zwiedzionego twoimi obietnicami!

     Schowałem miecz i poleciłem dusze poległych Arkayowi. W myślach przeprosiłem Kynaret, za użycie krzyku w walce przeciw Nordom. Ale chodziło o moje życie, więc chyba mi to wybaczy. Nic więcej uczynić nie mogłem. Zanim odszedłem, z mieszanymi uczuciami, tylko dla wypełnienia wojskowego obowiązku, obszukałem jeszcze zwłoki, w poszukiwaniu jakiegoś listu, czy rozkazu, czy choćby mapy, która mogłaby mi zdradzić zamiary Gromowładnych. Niczego nie znalazłem. Westchnąłem po raz ostatni i wolnym krokiem odszedłem, pozostawiając za sobą trzech nieżywych żołnierzy.


_______________________________
*Licówka – w gwarze łowieckiej łania, przewodniczka stada. Jest nią zawsze łania, mająca młode, bowiem taka jest najbardziej czujna. Gdy łania prowadząca straci młode, jej miejsce przewodniczki zajmuje inna łania-matka. Pośród myśliwych licówka jest symbolem ostrożności, czujności i niezwykle wyczulonych zmysłów

środa, 16 listopada 2016

Rozdział IX – Na ratunek

     Gdy otworzyłem oczy, było już jasno. Zerknąłem w okno. Po cieniach poznałem, że już prawie południe. Przespałem pół dnia!

     - Dlaczego nikt mnie nie obudził? – jęknąłem.

     - Nie było rozkazu, prefekcie! – odezwał się pełniący służbę w zamku auxilliarius. 

     - Czy wojsko do Gwiazdy Zarannej już wyruszyło? – spytałem.

     - Skoro świt, panie – odparł żołnierz.

     A ja zakląłem pod nosem.

     Wojsko już dawno wyruszyło, więc dogonić go nie sposób. A miałem nadzieję, że choć przez część drogi będę podróżował się razem z żołnierzami. Nie pomyślałem tylko o tym, że teraz byłem oficerem i to ja powinienem wczoraj dać rozkaz, aby mnie obudzono na czas. Zapomniałem o tym, przyzwyczajony, że każdy podoficer zadba o to, abym za długo się nie wylegiwał. W dodatku, zmęczony po podróży, spałem jak kamień. I proszę, oto skutek. Zamiast podążyć razem z oddziałem, ja zostałem w koszarach.

     Całe szczęście, że nie miałem przydziału do tego oddziału, bo podpadłoby to pod dezercję.

     Zwlokłem się w posłania, ubrałem i wyszedłem z zamku. Najpierw do kowala, gdzie miałem odebrać nowy ekwipunek. Ciężką tarczę wymieniłem na oficerski hełm. Był trochę cięższy od starego, jako że wyłożono go stalową blachą. W dodatku miał na czubie srebrną wypustkę – odznakę mojego nowego stopnia.

     Potem polazłem coś zjeść, do gospody. Oficerowie mieli do tego prawo. Posiliwszy się, zacząłem sposobić się do drogi.

     Wiedziałem, że dziś za daleko nie zajdę. Zostało mi zaledwie pół dnia. Wyruszyłem więc powoli, nie chcąc się zbytnio zmęczyć. Zamierzałem dziś dojść jedynie do Smoczymostu.

     Komendant placówki w Smoczymoście, kapitan Maro, zaproponował mi nocleg w wojskowym budynku, ale podziękowałem i wybrałem gospodę. Zjadłem tam lekką kolację, choć właściwie był to późny obiad i położyłem się spać, prosząc, by obudzono mnie na godzinę przed świtem. Długo nie mogłem zasnąć, ale w końcu mi się udało. Śniło mi się, że podróżowałem gdzieś daleko, na południe Cyrodiil, do samego Morza Topal. Jechałem konno, a obok mnie kłusowała Lydia i nieco z tyłu ktoś jeszcze. Obejrzałem się przez ramię i ujrzałem swego brata, Aersica. Uśmiechał się i kiwał głową.

     - Wiedziałem, że daleko zajdziesz – mówił, kołysząc się na koniu. – Ale nie myśl, Mały, że będę słuchał twoich rozkazów!

     Roześmiałem się tylko. Aersic nigdy nie mówił do mnie po imieniu. Zawsze nazywał mnie „Mały”. Cóż, byłem dzieckiem, gdy wyruszył z legionem w daleki świat. Później ujrzałem go tylko raz, gdy odwiedził rodzinny dom. Uniósł mnie wtedy w swych silnych ramionach i stwierdził, że bardzo urosłem. Ale nadal byłem mniejszy od niego. A potem…

     Coś mi się zaczynało rozmazywać.

     - Aersicu – odezwałem się niepewnie.

     - No? – wyszczerzył zęby.

     - Jak to możliwe, że jedziemy razem? Przecież ty nie żyjesz…

     - Bzdura! – roześmiał się. – Przecież widzisz, że żyję!

     I w tym momencie sen prysł, a ja usiadłem na łóżku, oblany potem. Ech, ile ja bym dał, aby to była prawda! Ale to tylko sen. Niestety… Nigdy go już nie zobaczę. Nawet nie wiem, gdzie zginął. Podobno na morzu…

     A przecież byłem w Sovngardzie! Mogłem go poszukać. W ogóle wtedy o tym nie pomyślałem. A nie będzie już życiu drugiej okazji…

     Zerknąłem w małe okienko. Noc była pogodna i dokładnie było widać gwiazdy. Poszukałem znajomych konstelacji i po ich położeniu zorientowałem się, że do świtu już niedaleko. Byłem już ubrany i gotowy do drogi, gdy pomocnik szynkarki, zgodnie z moim życzeniem przyszedł mnie obudzić.

     Zapłaciłem i wyruszyłem przed siebie. Dziś moim celem był Morthal.

     Wędrowałem cały dzień. Droga wypadała mi obok niedawno odkrytego fortu, zajętego przez nekromantów. Przekradłem się niepostrzeżenie. Raz napadł mnie jakiś bandzior w stalowej zbroi i przyłbicy. Nie zdążył zadać nawet jednego celnego ciosu, gdy zginął od mojego miecza. Miał przy sobie trochę złota i kosztowności. Zapewne rozbójnik. Zgodnie z prawem, w takim wypadku mogłem zabrać sobie, co chciałem. Zabrałem cenne przedmioty – zawsze się przydadzą. Z broni zabrałem tylko krasnoludzki sztylet. Sprzedam przy okazji.

     Do Morthalu doszedłem już po zmroku. Jonna, widząc mnie, bez pytania postawiła przede mną miskę z parującą kaszą ze skwarkami i kawałkiem gotowanego bażanta. Rzuciłem się na te frykasy jak wygłodniały wilk. Pokoik dostałem ten co zwykle. 

     Rankiem powitała mnie z tajemniczym uśmiechem. Kładąc przede mną talerz z usmażonymi jajkami, spytała nieśmiało.

     - Czy to amulet Mary?

     Dotknąłem naszyjnika, który wysunął mi się zza koszuli.

     - To dziwne, że ktoś taki jak ty jeszcze nie ma żony… - uśmiechnęła się.

     Zrobiłem się czerwony na twarzy. Czułem to. I wiedziałem, o co jej chodzi. Interesowała się mną. A ja bardzo ją polubiłem i naprawdę nie wiedziałem, co powiedzieć, aby nie sprawić jej przykrości.

     - Moja ukochana jest daleko stąd – odrzekłem, starając się na nią nie patrzeć – Wojna nas chwilowo rozdzieliła. Ale gdy tylko się skończy, bierzemy ślub.

     Dopiero teraz podniosłem wzrok i spojrzałem w jej oczy. Jakże zgasły…

     Szybko skończyłem śniadanie i wciągnąłem zbroję. Na odchodnym, spojrzałem na nią ciepło.

     - Szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej – uśmiechnąłem się. – Ale jak znam swoje szczęście, nie dopchałbym się do ciebie.

     Uśmiechnęła się, ale jakoś tak smutno. 

*          *          *

     Obóz znajdował się pomiędzy Gwiazdą Zaranną, a Zimową Twierdzą. Rozbito go w miejscu bardzo podobnym do poprzedniego. Nawet namioty rozstawiono tak samo. Gdy zameldowałem się u Rikke, słońce minęło najwyższy punkt na niebie i powoli zaczynało opadać.

Obóz Cesarskiego Legionu pod Zimową Twierdzą

     Rikke na mój widok roześmiała się zawadiacko.

     - No, proszę, witamy nowego oficera!

     Uśmiechnąłem się tylko i spytałem o rozkazy.

     - Na razie nic – odparła. – Nic, w czym mógłbyś pomóc. Czekamy. Dwa dni temu posłałam oddział w kierunku fortu Kastav. Wiesz gdzie to jest?

     Skinąłem głową. Rikke zniżyła głos, jak zawsze, gdy dzieliła się ze mną poufnymi informacjami.

     - Buntownicy trzymają tam naszych ludzi. Planuję odwrócić ten fakt na naszą korzyść. Wysłałam tam trybuna Hadvara, z kilkunastoma osobami.

     Trybuna! No, proszę, i jemu się awansowało! Gdy spotkaliśmy się w Korvanjund, był zaledwie centurionem. Cóż, życzyłem mu jak najlepiej i cieszył mnie jego awans. Jednak coś mnie tknęło.

     - Czy Hadvar wie o tajnym przejściu? – spytałem.

     Rikke spojrzała na mnie uważnie.

     - O czym ty mówisz?

     - Więzienie ma ukryte wejście, pod murem, od strony zachodu – wyjaśniłem. – Byłem tam już. Można wejść do środka nie zauważonym.

     Rikke zbladła. Spojrzała na mnie spłoszonym wzrokiem.

     - Musisz im o tym powiedzieć! – odezwała się nagle. – Musisz ich dopędzić i powiedzieć im o tym! To sprawa arcyważna!

     Poczułem przypływ adrenaliny.

     - Którędy poszli?

     Zaciągnęła mnie do mapy.

     - Tutaj – wskazała. – Tą przełęczą i na trakt. Wyruszyli wczoraj o świcie, żeby dziś o zmroku być na miejscu. Gdy się ściemni, mają zaatakować.

     Zakląłem pod nosem. Nawet konno nie dam rady ich dopędzić. Zresztą, wtedy będę musiał jechać dalekim traktem, co jeszcze bardziej wydłuży drogę. Nie, trzeba popędzić pieszo.

     - Pójdę tędy – wskazałem znajome miejsce na mapie. – Przez Alftand. Może dam radę zdążyć przed nimi.

     Rikke zerknęła na mapę i uniosła brwi. Droga prowadziła przez dzikie zbocza zaśnieżonych gór. Bardzo trudna trasa. Tyle tylko, że ja już ją znałem i pamiętałem. Szansa na to, że zdążę, była niewielka, ale była.

     - Uważaj na siebie – odrzekła cicho. – Ta droga biegnie w pobliżu góry Anthor. Tam podobno zagnieździł się smok.

     Kolejna przeszkoda! Aż parsknąłem wściekły. Ale co innego mi zostało?

     - Powodzenia w misji – powiedziała mi na odchodne.

     A ja popędziłem przed siebie, w kierunku dwóch koni, stojących przy żłobie. Choć kawałek podjadę na końskim grzbiecie. Zawsze to trochę szybciej.

     Jeden z nich wyglądał na wypoczętego. Osiodłałem go szybko i wyprowadziłem z obozu. A potem dosiadłem i popędziliśmy w kierunku majaczącej w oddali skarpy z latarnią morską na szczycie, gdzie spodziewałem się znaleźć przejście przez góry. 

*          *          *

     Latarnia była chyba niedawno opuszczona, bo nosiła świeże ślady ludzkiej bytności. Kiedy indziej zapewne zbadałbym ją dokładnie, ale teraz nie miałem czasu do stracenia. Tu musiałem pożegnać się z wierzchowcem. Było stromo i nierówno. Trzeba było miejscami skakać z głazu na głaz. Nie ma mowy, żeby koń przeszedł.

     - No, kary – poklepałem go po szyi. – Wracaj do obozu.

     Koń przez chwilę przyglądał mi się, jakby zdziwiony, po czym wolno odwrócił się i stępa ruszył w stronę, z której przyszedł. Nie musiałem się o niego martwić. Wiedziałem, że sam trafi. A ja wspiąłem się na skałkę i przeskoczyłem na następną. Jeszcze kilka takich susów i stanąłem na równiejszym gruncie.

     Szedłem dalej, brnąc w głębokim śniegu, zanim znalazłem znaną już sobie dobrze udeptaną ścieżkę górskich kóz. Ruszyłem żwawiej. Nie minęło dużo czasu, gdy zamajaczyły mi przed oczami wystające spod śniegu wieże Alftand. Dwemerskie ruiny, przez które swego czasu dostałem się do Czarnej Przystani, w poszukiwaniu Pradawnego Zwoju. Dalej powinno być jeszcze łatwiej. Stąd już niedaleko do wąwozu, a stamtąd na stromą ścieżkę w dół, potem dróżka skręcała w lewo i prowadziła na trakt do Zimowej Twierdzy.

     Słońce zaczerwieniło się już, gdy dotarłem do podnóża góry Anthor. Smoka nie było stąd widać, wiec na wszelki wypadek zacząłem iść bardzo ostrożnie. Skierowałem się ku wąskiemu wąwozowi. Ale aby tam dotrzeć, musiałem najpierw wyjść zza skał. Gdy znalazłem się na otwartej przestrzeni, ujrzałem smoczą ścianę w całej okazałości, a na niej wielkie, nieruchome cielsko smoka. Na jego widok zrobiło mi się zimno.

     Pradawny smok! O wiele silniejszy, niż te, z którymi miałem dotąd okazję się potykać. No, z wyjątkiem Alduina… Smoki bowiem wcale nie były jednolitym rodem. Te, z którymi walczyłem do tej pory, były zaledwie namiastką tych, które pojawiły się teraz, po śmierci Alduina. Smoki, zwane pradawnymi, miały znacznie większą moc zniszczenia. Ich Thu’um było tak silne, że wystarczał zwykle jeden lub dwa ataki, aby zabić nawet Smocze Dziecię. A wcale nie były to najsilniejsze gady, bowiem ponoć w Otchłani żyły jeszcze inne, zwane czcigodnymi. To była prawdziwa smocza arystokracja. Ale do tej pory widziałem je tylko na obrazku w książce Esberna. Teraz musiałem zmierzyć się z naprawdę silnym przeciwnikiem. A byłem sam, bez Lydii za plecami i jej niezawodnego łuku. Byle tylko mnie nie zauważył!

     Przywarłem do skały. Ebonowa strzała powędrowała na cięciwę. Sprawdziłem kieszonki kołczana, gdzie tkwiły mikstury uzdrowienia. Nie miałem zamiaru tracić czasu na walkę, ale jeśli mnie zaatakuje, nie będę miał wyjścia, będę musiał się bronić.

     Ostrożnie, krok za krokiem, ruszyłem w stronę skalnej ściany. Do przejścia miałem kilkadziesiąt kroków. Jeśli mi się uda, walki nie będzie.

     Nie udało się…

     Czy to przypadek, czy niezwykła czujność gada – nie wiem do dziś. W pewnym momencie, bez żadnego ostrzeżenia, smok zamachał skrzydłami, wzniecając niemałą zadymkę, po czym oderwał się od ściany i wzniósł w powietrze. Dostrzegł mnie od razu. Zapewne w jakiś magiczny sposób, właściwy smokom. I ruszył na mnie.

     Skręcił gwałtownie, jak atakujący sokół. Zwinność smoków zawsze mnie zdumiewała. Z ogromną prędkością zaczął się zbliżać w moją stronę.

     Zdążyłem wpakować mu strzałę, która wyraźnie nim zachwiała, zanim posłał ku mnie jęzor niezwykle gorącego ognia. Jak to się stało, że nie straciłem przytomności, nie wiem. Ból był porażający. Ręka sama chwyciła fiolkę z miksturą. Wypiłem jedną i drugą… Były to zagęszczone, mocne mikstury obfitego uzdrowienia, zebrane podczas przygód, gdy to myszkowałem po różnych zakamarkach, więc uzdrowiły mnie od razu. Wiedziałem jednak, że na przyszłość będę musiał starannie unikać ataków smoka – inaczej mnie zabije, zanim zdążę sięgnąć po lekarstwo.

     Korzystając z okazji, że smok odleciał na drugą stronę góry, sięgnąłem do plecaka i wypiłem eliksir odporności na ogień, zakupiony w sklepie alchemicznym w Samotni. Od razu poczułem na sobie jego moc. Teraz wręcz zacząłem się modlić, żeby smok zaatakował jak najszybciej, bowiem ten specyfik działał tylko kilkadziesiąt sekund.

     Moje modlitwy zostały wysłuchane. Smok wynurzył się nagle zza góry i poszybował prosto na mnie.

     - Joor-Zah-Frul! – krzyknąłem w jego kierunku.

     Natychmiast otoczyła go błękitna mgiełka i rozpełzła się po jego ciele, jak stado robaków. Smok zatrzepotał bezradnie skrzydłami, po czym zwalił się przez skrzydło prosto na ostry występ skalny. Musiał to być dla niego potężny cios, bowiem przez chwilę leżał bez ruchu. A ja, nie tracąc czasu, podbiegłem do miejsca, skąd doskonale było go widać, z zamiarem naszpikowania go strzałami.

     Zdążyłem wypuścić tylko dwie, zanim ponownie wzniósł się w powietrze. Jednak tym razem zrobił to, niezdarnie, z wyraźnym wysiłkiem, jakby mu coś przeszkadzało. Zawisł nade mną i zionął ogniem, w chwili, gdy wypuściłem strzałę prosto w jego oko.

     Nie wiem, czy trafiła, bo cały mój widok zasłonił jasny, oślepiający płomień smoczego ognia. Na szczęście, niecelny, bowiem spodziewając się tego, przekoziołkowałem w lewo, nie wypuszczając z rąk łuku. A może to działanie mikstury uchroniło mnie od znaczniejszych obrażeń?

     Znów poczęstowałem go Krzykiem. Po krótkiej walce z magią pradawnych bohaterów, spadł z niewielkiej wysokości. Wielkiej krzywdy sobie nie zrobił, ale chwilowo był zupełnie bezbronny. Nie mógł zionąć ogniem, dopóki nie zregeneruje mu się mana. Wznieść się w powietrze, też nie mógł. Jedyne co mógł, to spróbować zaatakować mnie zębami, ale na to byłem za daleko. Posłałem mu jeszcze dwie strzały. A potem jeszcze dwie. Ostatnia wbiła mu się w łeb, w chwili, gdy już się podrywał. Wystarczyło. Wzniósł głowę ku niebu, by po chwili wyzionąć ducha.

     A ja wchłonąłem kolejną smoczą duszę…

     Wiedziałem, że nie mam czasu. Wiedziałem, że muszę czym prędzej udać się do fortu. Ale zew Smoczej Ściany potrafił mnie zniewolić, jak nic innego na świecie. Po prostu musiałem do niej podejść. Musiałem wchłonąć pulsujące słowo. Musiałem. To było silniejsze ode mnie…

     - Iiz – szepnąłem, gdy Słowo rozbłysło echem w mojej głowie. – Lód!

     Dusza ubitego smoka użyczyła mi zrozumienia Słowa. Poczułem nagle moc mrozu, tak ogromną, że potrafiła zamrażać przeciwnika na kamień. Poznałem nowy Krzyk: Lodowa Postać.

Podnóże góry Anthor. Widok na smoczą ścianę.

     Otrzeźwienie przyszło szybko. Z wysiłkiem oderwałem się od Smoczej Ściany i z ciężkimi nogami, jakby odlano je z ołowiu, popędziłem w górę. Słońce już zachodziło. Nie zdążę!

     Musiałem porzucić zamiar wędrówki przełęczą. To było za daleko. Pognałem ku stromemu zboczu, gdy wychyliłem głowę zza skał, ujrzałem w dole ciemniejącą bryłę fortu. Ech, mieć skrzydła jak smok! Byłem tak daleko i tak blisko jednocześnie. Gdyby nie trzeba było iść zboczem, naokoło, może bym zdążył. Ale którędy tu zejść? Skały niemal pionowe…

     Wypatrzyłem nieco łagodniejsze miejsce. Niewiele się namyślając, zsunąłem się po nim na skalną półkę. Poniżej ujrzałem płaski występ. Doskoczę? Powinienem…

     Dałem radę, ale gdy przypadłem do skały, musiałem przez chwilę uspokoić oddech i bicie serca. Mało brakowało! Muszę bardziej uważać, bo martwy na nic się nikomu nie przydam.

     A tu czas goni… Nie mogę sobie pozwolić na odpoczynek.  Trzeba iść dalej. Słońce już zaszło, w ciemnościach łatwo skręcić kark. A ja nie miałem wyboru – musiałem!

     Zsunąłem się po lekko nachylonej ścianie, modląc się w myślach, by ten ciemny kształt pode mną okazał się skalną półką, a nie przepaścią. Miałem szczęście – to był ostry głaz, przypominający menhir, który odłamał się kiedyś od szczytu i opadł na zbocze, zahaczając o jakiś występ. Chybotał się pod moimi stopami, ale nie spadł niżej. Po nim doczołgałem się do dolnego występu, na którym pół leżał, pół stał. Tam już nie było wysoko do sporego piargu, jaki powstał pod szczytem. Trochę się pokaleczyłem, zeskakując, ale nie dbałem o to. Zaklęcie „Leczenie” pomogło mi stanąć na nogi. Jeszcze kilka susów, kilka ostrożnych kroków i jeden ryzykowny skok. Stanąłem na drodze, ciężko dysząc. Było to najszybsze zejście ze szczytów, jakiego do tej pory miałem okazję dokonać. Gdy zerknąłem w górę, zdziwiłem się, że w ogóle mi się udało. Cud, że jeszcze żyję!

     Zdjąłem na chwilę hełm, pozwalając, by chłodne powietrze ochłodziło nieco moje skronie. Chwilę trwało, zanim uspokoiłem oddech na tyle, by móc iść dalej. Ruszyłem w stronę majaczącego opodal fortu, gdy nagle dziwny dźwięk sprawił, że przystanąłem, nadstawiając uszu. Co to?...

     Spóźniłem się. To były odgłosy walki. Nasi zaatakowali…

     Nie było sekundy do stracenia. Przypuszczając słusznie, że strażnicy byli teraz zajęci bitwą, nie bawiąc się w żadne skradanie, co tchu pobiegłem do miejsca, w którym, jak pamiętałem, znajdowało się tajne wejście. Chwilę trwało, zanim je wymacałem i wsunąłem się wnętrza. Dyszałem jak kowalski miech, więc nawet nie starałem się iść cicho. Szybko, ze strzałą na cięciwie, przesunąłem się przez spiżarnię i pokój służbowy. Były puste. Dopiero, gdy doszedłem do schodów, pokazał się jeden z żołnierzy. Nie zauważył mnie. Śmierć przyszła na niego znienacka.

     Więzienia nikt nie pilnował. Wszyscy wartownicy wybiegli zapewne na dziedziniec, gdy ogłoszono alarm. Chwyciłem leżący na stole klucz i zbiegłem na dół, gdzie znajdowało się właściwe więzienie.

     Przy schodach znajdowały się skrzynie, w których chowano dobytek, zabrany więźniom. Otworzyłem jedną z nich i gwizdnąłem przez zęby. Niezła zbrojownia! A wszystko cesarskie – miecze, tarcze, zbroje… Świetnie, przynajmniej z wyposażeniem więźniów nie będzie problemu. Zbiegłem na sam dół.

     Uwięzieni żołnierze podnieśli głowy. Ujrzawszy cesarską zbroję, najbliższy przypadł do krat i zawołał mnie. Wsunąłem klucz do zamka. Jeden ruch – i krata otworzyła się.

     - Mamy ludzi na zewnątrz – zawołałem na tyle głośno, aby usłyszano mnie również w sąsiednich celach. – Przejmujemy fort. Szybko, nasi walczą na dziedzińcu. Trzeba ich wspomóc.

     - Dobrze – żołnierz wyszczerzy zęby. – Mam trochę rachunków do wyrównania!

     - Dajmy tym gnojom nauczkę! – syknął następny, wychodząc z celi.

     - Wasze wyposażenie jest w tamtych skrzyniach – wskazałem. – Nie ma chwili do stracenia. 

     Nie trzeba było ich popędzać. Rwali się do walki jak zadziorne koguty. Po kolei dopadali skrzyń i sobie tylko znanym sposobem odnajdywali własne zbroje. Złapali za miecze i tarcze. Minęła zaledwie chwila, a już miałem przed sobą oddziałek doborowych żołnierzy.

     - Za mną – rzuciłem i popędziłem na schody, ku wyjściu.

     Na dziedzińcu walka trwała w najlepsze. Nacierający Cesarscy nie zdobyli przewagi, ale i Gromowładnym nie udało się ich odepchnąć. Siły były bardzo wyrównane. Walka przerodziła się w kilkanaście jednoczesnych pojedynków. Na śniegu leżało kilku poległych.

     Nie zdążyłem wydać żadnej komendy. Byli więźniowie z posępnym wyciem uderzyli na wroga.

     Gromowładni nie spodziewali się ataku od tyłu. Zapewne nawet nie zdawali sobie sprawy, że do fortu prowadzi inne wejście. Nasz atak całkowicie wytrącił ich z równowagi. Kilku odwróciło się w naszą stronę, czego nie omieszkali wykorzystać ścierający się z nimi legioniści. Szereg wojów w błękitnych opończach zachwiał się. Linia obrony pękła, a potem rozsypała się w puch. Jeszcze ten i ów bronił się wielkim toporem, albo mieczem przed najczęściej dwoma atakującymi go Cesarskimi, jeszcze kręcili młyńce i próbowali kąsać, ale przewaga gwałtownie przechyliła się na stronę Cesarskich. To już był początek końca.

     - Gromowładni poddajcie się! – zawołałem. – Obiecuję wam przyzwoite traktowanie. Słowo cesarskiego oficera!

     W odpowiedzi jeden z nich zamachnął się na mnie dwuręcznym brzeszczotem. Uniknąłem ciosu i uderzyłem go przez hełm płazem miecza.

     - Poddajcie się! – powtórzyłem. – Dość już bratniej krwi rozlano!

     Gromowładny zarechotał złowróżbnie.

     - Bracia! – krzyknął. – Tak walczą Cesarscy! Zraniony paluszek i zaraz rzucają broń! Pokażmy im, jak umiera Nord! Za Skyrim!

     I natarł na mnie z furią rozszalałego tygrysa.

     Nie zdołał jednak mnie dosięgnąć. Krok w tył pozwolił mi uniknąć ciosu. Krok w przód dla skrócenia dystansu. Trzaśnięcie tarczą w twarz lekko go zamroczyło. Cios sztychem pod przyłbicę dokończył dzieła.

     Dziedziniec fortu zasłał się ciałami. Pozostali wydali okrzyk zwycięstwa.

     A gdzie Hadvar? Poszukałem wzrokiem srebrzystej zbroi trybuna. Żywy! Klęczał na śniegu, trzymając się za udo, z którego wyciekała krew. Rzuciłem w jego kierunku zaklęcie „Uzdrawiający Dotyk”. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

     - Świetna robota – rzekł. – Nie dalibyśmy rady bez ciebie. Skąd się tu wziąłeś?

     Opowiedziałem mu o tajnym przejściu, jednocześnie lecząc rany pozostałych. Czterech niestety nie udało się odratować. Ech, co bitwa, to więcej poległych! 

     - Szkoda, że nie wiedziałem o tym wcześniej – pokiwał głową.

     - Pech – wzruszyłem ramionami. – Zjawiłem się za późno.

     - Awansowałeś – uśmiechnął się. – Gratuluję!

     - To przez to pewnie zjawiłem się za późno – prychnąłem, wspominając swoją spóźnioną pobudkę. – Jak się czujesz?

     - Już dobrze – zapewnił. – Zbadajmy fort.

     Wydał kilka komend i ruszył wraz ze mną w kierunku górnego budynku. Były tam kwatery żołnierzy i rodzaj kantyny. Nikogo. Za to żywności było sporo, na jakieś dwa tygodnie. Usiedliśmy przy jednym ze stołów i Hadvar sięgnął po stojącą a nim butelkę miodu. Tryknęliśmy się cynowymi kubkami.

     - Zaniesiesz wiadomość? – spytał.

     - Zaniosę – odparłem.

     - Mógłbym posłać kuriera, ale ty dotrzesz prędzej – uśmiechnął się. – Rikke pewnie zajęła już Zimową Twierdzę. Zawsze tak działamy. Jednoczesne uderzenia na fort i miasto.

     - Zajmie Akademię? – spytałem z niepokojem.

     Potrząsnął głową.

     - Akademia jest neutralna i apolityczna. Cesarstwo to szanuje. Zajmujemy miasto i forty. Po prostu, wykurzamy stamtąd rebeliantów i na tym się kończy. Cesarstwo nie rusza cywilów.

     Pokiwałem głową.

     - Zresztą, pewnie i tak nie udałoby się zająć Akademii – zaśmiał się Hadvar. – Magowie by na to nie pozwolili.

     Łyknęliśmy miodu. Był to pośledni czwartak, ale żołnierz nie wybrzydza. Ważne, że rozgrzewał.

     - Ruszysz z rana? – spytał.

     Potrząsnąłem głową.

     - Ruszę zaraz – odparłem. – Czuję się jeszcze całkiem na chodzie, a im wcześniej sztab się dowie, tym lepiej.

     - Czekaj, naskrobię jakiś raport – westchnął, wyciągając z sakwy przybory do pisania. – Jak ja nie lubię tych papierów!

     - Taki los oficera – zaśmiałem się.

     Spojrzał na mnie spod brwi.

     - Też tak masz?

     Nie wiem – odparłem. – Noszę to zaledwie od kilku dni. Te szybkie awanse przyprawiają o zawrót głowy.

     - Lepiej się przyzwyczaj – odrzekł tajemniczym tonem. – Tulius chce cię mieć w sztabie.

     Wzruszyłem ramionami.

     - Musiałbym chyba zostać legatem – mruknąłem.

     - Zakład, że nim zostaniesz? – zaśmiał się Hadvar. – Ty nie jesteś byle kim. Legat to dla ciebie odpowiednia szarża.

     - Taaa – mruknąłem popijając miód. – Cesarz pewnie osobiście mnie mianuje. Marzy o tym. Nie może się już doczekać…

     Hadvar nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się, skrobiąc coś na papierze. Na koniec posypał go piaskiem i strzepnął nadmiar. Zwinął i zapieczętował.

     - No, to powodzenia – rzekł, wręczając mi zwój. – Wróć do obozu, i przekaż wieści o naszym zwycięstwie. Ja zostanę i posprzątam ten bałagan.

     - Rozkaz, trybunie – uśmiechnąłem się, chowając dokument do plecaka. – Wciąż jesteś wyższy stopniem.

     - Wierz mi, że to już niedługo – klepnął mnie w plecy. – Uważaj na siebie.

     Coś mi się przypomniało, ale nie wiedziałem, czy wypada go o to pytać. W końcu przemogłem się.

     - Hadvarze… Czy pamiętasz Ralofa? – spytałem nieśmiało. – Tego Gromowładnego, co miał zostać ścięty w Helgen, razem ze mną…

     Posmutniał.

     - Czy go znam? – westchnął. – Wychowaliśmy się razem. Był towarzyszem moich dziecięcych zabaw i najlepszym przyjacielem.

     Zamilkł, ale tylko na chwilę, bowiem zaczął ciągnąć dalej.

     - Kiedyś, byłem już wtedy legionistą, aresztowano jego kuzyna. Nie wiem, pod jakim zarzutem. Przyszedł z tym do mnie. Prosił o jego uwolnienie. A ja? Cóż ja mogłem? Byłem szeregowym żołnierzem, bez żadnych wpływów. Nie wiedziałem nawet, gdzie i przez kogo został aresztowany. Zresztą, to jest legion. Tu obowiązują rozkazy. Co może zdziałać zachcianka jednego szeregowca? Powiedziałem mu, że nic nie da się zrobić. Spojrzał na mnie wtedy z takim wstrętem… Podobno jeszcze tego samego dnia zaciągnął się do Gromowładnych. Ostatnio widziałem go w Helgen. Nie wiem, co się z nim dzieje. Nie wiem nawet, czy żyje.

     Zamilkł, ze smutnym wzrokiem, wbitym w stół. Nie ciągnąłem go za język. Rozumiałem jego smutek i, o dziwo, rozumiałem też Ralofa. Trudno było mu pojąć, że Hadvar musi robić to, co mu każą, pomimo przyjaźni, jaka ich łączyła. Gromowładni nie stanowili wojska w pełnym tego słowa znaczeniu. Byli odważni, umieli świetnie walczyć i nade wszystko cenili sobie honor. Ale nie rozumieli potrzeby bezwzględnej dyscypliny i podporządkowania się dowództwu. Składali się wojowników, byli mieszaniną indywidualności. W pojedynkę niezwyciężeni. Ale w grupie, gdzie konieczna była koordynacja i sprawne manewry, przegrywali na wszystkich frontach.

     Tymczasem Hadvar odprowadził mnie na zewnątrz. Powietrze było chłodne i rześkie. Uściskaliśmy się serdecznie. Nic tak nie zbliża jak wspólna walka przeciwko wspólnemu wrogowi. Skierowałem się ku bramie.

     Minąłem wartownika i wyszedłem na trakt. Najkrótsza droga prowadziła przez Alftand, w pobliżu góry Anthor. Noc zapowiadała się pogodna, jasna i księżycowa. Wiatru prawie nie było. Trzeba tylko uważać na śnieżne trolle. Traktem i przełęczą będzie za długo. Skręciłem więc w prawo, w kierunku Zimowej Twierdzy.

     Maszerowałem dziarsko, a jednak cicho, jak miałem w zwyczaju. Co jakiś czas przywoływałem zaklęcie „Wykrycie Życia”. Kilkakrotnie zaświeciły mi w ciemności purpurowym blaskiem sylwetki niewielkich zwierząt. Czasem lis, czasem górska koza. Raz nawet coś większego, chyba wilk, ale tym razem inteligentniejszy niż inne, bo nie zaatakował. Że mnie wyczuł, nie miałem wątpliwości.

     Niezadługo skręciłem z traktu i zacząłem wspinać się pod górę stromą ścieżką. Tu już nie było tak łatwo, bowiem to przejście stanowiło teren łowiecki śnieżnego trolla. Zaklęcie pozwoliło mi wykryć go z daleka. Znakomity łuk dokończył dzieła. Położyłem go jedną strzałą.

     Minęły już czasy, gdy musiałem wpakować w potwora pół kołczana. Szklany łuk niósł o wiele dalej niż myśliwski, a strzałom nadawał niemal dwukrotnie większą prędkość. Zaklęcie ognia bardzo osłabiało zdolności regeneracyjne trolla. Same strzały też miałem dużo lepsze niż w przeszłości. Gdy dobrze poznałem tutejsze źródła zaopatrzenia, nie miałem już kłopotów ze zdobyciem strzał dwemerskich, czy ebonowych. Elfie i szklane umiałem już wykonywać sam, co było wprawdzie pracochłonne, ale dawało pociski najprzedniejszej jakości. Nie bez znaczenia były też moje umiejętności strzeleckie. Już jako świeży przybysz radziłem sobie nieźle z łukiem, ale tu nauczyłem się też zachowania moich przeciwników. Wiedziałem, gdzie trzeba mierzyć, gdzie są słabe punkty. Wprawa też robiła swoje. Ruchy miałem już tak wytrenowane, że celować musiałem tylko w wyjątkowych wypadkach – zwykle łuk sam strzelał tam, gdzie kierowałem wzrok. Jakoś tak sam z siebie… 

     Po pewnym czasie ścieżka ustąpiła nieco ze swą stromizną. Doszedłem do miejsca, z którego poprzednio zaczynałem zsuwać się na skróty. I nagle, w jasnym blasku Księżyca, ujrzałem na skraju drogi jakieś regularne cienie. Podszedłem bliżej.

     Był to potrzaskany wóz. Wokół leżały poszarpane zwłoki trojga ludzi: dwóch mężczyzn i kobiety. Wyglądało na robotę trolla, może nawet tego samego, którego przed chwilą upolowałem. Zwłoki były zimne i trudno było stwierdzić, kiedy potwór ich zamordował. Mogło to być wczoraj, mogło i przed miesiącem. Panujący tutaj ciągły mróz zapobiegał rozkładowi ciał. Nie miałem jak oddać im ostatniej posługi. Poleciłem tylko ich dusze Arkayowi. I zrobiłem to jakoś machinalnie, jakby śmierć tych ludzi nic mnie nie obeszła.

     Nic tu po mnie. Poszedłem dalej. Prosto w kierunku wąwozu. Zdziwiony, że w tak krótkim czasie tak bardzo spowszedniała mi śmierć.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Rozdział VIII – Szlify

     Obóz już był prawie zwinięty, gdy zameldowałem się u Rikke. Została tylko kuchnia polowa. Zauważyłem, że żołnierzy jest znacznie mniej. Z taborów też niewiele pozostało. Sama legat wydawała się być lekko podenerwowana. Mimo to, z zadowoleniem przyjęła mój raport.

     - Dobra robota – skinęła głową. – Powierzenie tej misji tobie było właściwym wyborem.

     Nie wiem, czy chwaliła mnie, czy sama siebie, za dokonanie tego wyboru. Następnie zarządziła odprawę.
Kilku podoficerów zebrało się wokół niej. Z rzucanych krótko komend domyśliłem się, że obóz zostaje przeniesiony. W dodatku żołnierze szykują się do jakiejś akcji. Byłem ciekaw, co zamierzają, ale wiedziałem, ze takiego pytania zadać mi nie wolno. Cierpliwie czekałem, aż przyjdzie kolej na mnie. W końcu Rikke spojrzała na mnie uważnie i donośnym głosem oznajmiła.

     - Twoim celem jest fort Dunstad!

     Nadstawiłem ucha.

     - Dołącz do przygotowujących się przed atakiem żołnierzy. Potem wypleńcie razem rebeliantów. Gdy zwyciężycie, obsadzimy fort!

     Czyli walka. Przynajmniej będzie honorowo.

     Pokazała mi na mapie punkt zborny. Według jej słów, miał tam na mnie czekać oddział doborowych żołnierzy. Moim zadaniem było wspomóc ich w zdobyciu fortu Dunstad, który zdążyłem już poznać i to nie tylko tej nocy.

     - I co, żołnierzu? – spytała żartobliwie. – Podejmiecie się tego zadania?

     Zawsze zapominam, że rozkaz trzeba potwierdzić!

     - Ten fort już należy do nas! – zapewniłem.

     Uśmiechnęła się tajemniczo.

     - Wiedziałam, że mogę na was liczyć, żołnierzu!

     Ten uśmiech mnie zastanowił. Gdy odchodziłem w kuchni, opanowała mnie myśl, że to kolejna próba. W co ona ze mną gra?

     Do fortu Dunstad było stosunkowo blisko, a plan przewidywał atak w nocy. Obijałem się więc prawie przez cały dzień. Udało mi się nawet zdrzemnąć na jednym z wozów. Niedługo, ale wystarczyło, żeby zregenerować siły. W wojsku nigdy nie wiadomo, kiedy będzie następna okazja do zmrużenia oka.  Dopóki nie zostałem legionistą, nie miałem pojęcia, że można spać na zapas, w dodatku na rozkaz. Tutaj szybko nauczyłem się tej sztuki. Późnym popołudniem napełniłem sobie żołądek gorącą, gęstą polewką i bezzwłocznie wyruszyłem w drogę.

     Najlepszym momentem na atak jest końcówka nocy, tuż przed świtem. Żołnierze na warcie są wtedy najbardziej zmarznięci i zmęczeni, a ci, co nie mają służby, chrapią w najlepsze. Ja dotarłem na miejsce grubo po północy, gdy wysłani do walki żołnierze zbierali się już w umówionym punkcie, przy trakcie po północnej stronie fortu.

     Udało mi się podejść ich tak, że mnie nie zauważyli.

     - Chwała Cesarstwu – odezwałem się cicho, dając znać, że jestem ze swoich.

     Najbliższy błyskawicznie dobył miecza, ale poznawszy mnie, schował go na powrót do pochwy.

     - Chwała – odpowiedział.

     Powtórzyło to półgębkiem kilku najbliższych.

     Znałem tego żołnierza. Był w obozie w Bieli. Zwał się Sivius i miał stopień decuriona.

     - Kto tu dowodzi? – spytałem.

     Żołnierze spojrzeli na mnie zdziwieni.

     - Jak to, kto? – wybąkał jeden z nich.

     - No… - zająknąłem się. – Ma jakieś imię, prawda?

     Odpowiedziało mi skonfundowane milczenie. Powiodłem zdziwiony po ich twarzach.

     - Nie macie dowódcy? – spytałem.

     - Mamy – odrzekł Sivius niepewnym tonem.

     - No więc? Kto to?

     -Ty, kwestorze…

     Aż mnie zamurowało! To ja mam dowodzić tą akcją? Nie potrafię! Zrobiło mi się gorąco. A na domiar złego, nie mogłem im pokazać po sobie, że nie wiem co robić.

     Chrząknąłem zakłopotany.

     - Nie poinformowano mnie, że to ja mam dowodzić – miałem nadzieję, że głos mi nie drży. – Ale skoro tak, to…

     Próbowałem sobie szybko przypomnieć, co powinien zrobić dowódca. Nigdy mnie tego nie uczono, więc nie było niczego do przypominania. Cóż, nie miałem o tym pojęcia. Tyle tylko, że pamiętałem, jak zachowała się Rikke pod Korvanjund.

     - Jak wygląda sytuacja? – spytałem, próbując nadać swemu głosowi zdecydowany ton..

     - Z tobą jest nas dwudziestu dwóch, kwestorze – zameldował żołnierz. – W forcie stacjonuje góra trzydziestu Gromowładnych, albo trochę mniej. Nie dało się zaobserwować dokładnie. Dwie bramy, strzeżone przez wartowników, do tego dwóch innych na murach. Bramy nie są zabarykadowane.

     Dwudziestu dwóch… Mizerne te nasze siły. Wróg miał liczebną przewagę, w dodatku siedział za murami. Ale czyż nie oczyszczaliśmy swego czasu fortów tylko we dwójkę? Raz było to nawet ten fort, kiedy to razem z Lydią, wytrzebiliśmy z niego zbójów. Dużo to nie dało, bo szybko obsiadła go inna banda, ale miałem okazję poznania rozkładu pomieszczeń. Teraz również mieliśmy okazję ich zaskoczyć.

     - Który zna fort?

     Zgłosiło się dwóch, w tym Sivius. Sam byłem trzeci. Zbiliśmy się w krąg.
Fort Dunstad kontroluje trakt, wiodący do Gwiazdy Zarannej. Podzielony jest na część cywilną, gdzie znajduje się gospoda, i wojskową, zawierającą koszary.

     - Najlepiej byłoby się rozdzielić i zaatakować z dwóch stron – oznajmiłem, rysując po śniegu końcem łuku prowizoryczny plan fortu. – Ale nie damy rady przekraść się niepostrzeżenie do drugiej bramy. Musimy zaatakować stąd, całością sił. Wejdziemy północną bramą. Najpierw jednak trzeba zdjąć wartowników. Który dobrze strzela? Ty, dobrze, ktoś jeszcze? Ty, w porządku. Waszym zadaniem będzie zdjęcie wartowników i potem pilnowanie murów. Ktokolwiek znajdzie się na murach, ustrzelić. Potem się rozdzielamy. Dziesięciu, pod dowództwem Siviusa, bierze więzienie i kwaterę komendanta. Są tutaj – wskazałem końcem łuku na znaki na śniegu. – Reszta idzie ze mną i bierze na siebie główny budynek, gdzie są koszary. Jak się uda ich zaskoczyć, nie powinno być dużo roboty. Pytania?

     Jeden z żołnierzy podniósł dłoń.

     - Kto zdejmie pierwszego wartownika?

     - Dobre pytanie – odparłem. – Ja to zrobię. Będzie to zarazem sygnał, że wkraczamy do środka. Jeśli się uda zrobić to niepostrzeżenie, skradamy się dalej. Spróbujemy zlikwidować najpierw strażników, a potem wejść do budynków. Jeśli podniosą alarm, wchodzimy szturmem. Ale jeśli nie, idziemy na paluszkach, łucznicy z przodu. Najdłużej jak się da. Coś jeszcze?

     Nie było więcej pytań. Szybko podzieliliśmy się na dwa oddziały. Sięgnąłem po łuk. To samo zrobiło dwóch innych żołnierzy. Reszta dobyła mieczy i powoli, dbając by nie zabrzęczała nam broń, zaczęliśmy się skradać w kierunku ciemnej bryły fortu, majaczącej przed nami. Trudno się skradać z wyciągniętym orężem, ale to była konieczność. Dobycie tylu mieczy tuż pod nosem wroga, zawsze wywoływało brzęk, który w nocnej ciszy brzmiał zadziwiająco donośnie.

     Podeszliśmy na nie więcej, niż dwadzieścia kroków od wieży. Ciemna sylwetka wartownika wyraźnie odcinała się na tle szarego nieba. Napiąłem łuk.

     Wartownik nawet nie westchnął. Płonąc bladym płomieniem, zwalił się z wieży, na szczęście na śnieg, więc nie narobił hałasu. Stuknąłem w ramię dwóch łuczników i cichcem wślizgnęliśmy się do fortu. Reszta poszła za nami.

     Na migi wskazałem żołnierzom strażnika, przechadzającego się po murze. Posłali mu jednocześnie dwie celne strzały. Drugiego nie było widać. Trzeciego, stojącego na wieży, zdjąłem sam. Jak na razie wszystko szło dobrze. Rozdzieliliśmy się. Grupa Siviusa przeszła pod kamienną bramą, prowadzącą na drugi dziedziniec. I tu szczęście nas opuściło.

     Ostatni strażnik dojrzał jego żołnierzy i zaalarmował pozostałych, zanim łucznik go uciszył strzałą w gardło. Odwrotu nie było.

     Gromowładni wypadli ze wszystkich pomieszczeń, dzierżąc broń, ale w większości nie mieli na sobie zbroi. Bywało, że wybiegli w samych koszulach. Zapewne wyrwani ze snu. Wybiegali prosto na nasze miecze i tarcze. Zgubiło ich też zamiłowanie do ciężkiej, dwuręcznej broni. Ściskając ich tarczami w wąskim przejściu, nie daliśmy im okazji do rozmachu wielkimi toporami i ogromnymi brzeszczotami, podczas gdy cesarskie, jednoręczne miecze, do spółki z łukami, zbierały pośród zaskoczonych żołnierzy krwawe żniwo. Poradziliśmy sobie z nimi, tracąc zaledwie jednego człowieka.

Gromowładni. Zdjęcie wykonano we Wschodniej Marchii. Znakiem rozpoznawczym była niebieska opończa, narzucona na kirys. Na głowach przeważnie nosili charakterystyczne norskie przyłbice.

     Sivius miał mniej szczęścia. Okazało się, że w więzieniu urządzono dodatkowe kwatery i część Gromowładnych stacjonowała właśnie tam. W dodatku, była to grupa, która nad ranem miała objąć wartę i wyskoczyła w pełnym uzbrojeniu. Wybiegli na mur i zaatakowali ich na schodach. Stracił dwóch ludzi, zanim udało mu się ich pokonać.

     Gdy bitwa dobiegła końca, wbiegliśmy do pomieszczeń. Tam jednak nikogo nie było. Ani w koszarach, ani w gospodzie.

     Żołnierzy nie udało mi się odratować. Gdy klęknąłem nad nimi, z zaklęciem „Uzdrawiający Dotyk”, już nie żyli. Za to udało mi się zaleczyć kilka groźnych ran u pozostałych. W tym samym czasie dwóch innych żołnierzy próbowało uspokoić dwa ocalałe i oszalałe ze strachu konie. Dwa inne padły w ferworze walki, gdy zerwały się z pęt i jak oszalałe zaczęły biegać tam i z powrotem.

     No cóż, przynajmniej żołnierze mieli koninę na obiad. Odpadało zaopatrzenie w żywność przez jakiś czas.

     Z Gromowładnych nie ocalał nikt. Naliczyłem dwadzieścia sześć ciał. Nordowie w ogóle nie rozumieją pojęcia poddania się. Walczą zawsze do końca. Gdyby byli przygotowani na nasz atak, roznieśliby nas w puch. Ale zaspani, w koszulach, na boso i w ciasnym przejściu, byli łatwym przeciwnikiem.

     Usiadłem na stopniach, prowadzących na mur i zdjąłem hełm. Fort został zdobyty.

     Sivius podszedł do mnie, w oczekiwaniu na rozkazy.

     - Najpierw straże – powiedziałem. – Wystaw straż. Podwójną! Potem zabarykaduj dobrze obie bramy. Masz mało ludzi, postaram się przysłać więcej. Potem możesz kilku dać do robienia porządku. Ciała wydamy Gromowładnym przy najbliższej okazji… Jest mroźno, nic się z nimi nie stanie. Acha, i spisz mi imiona poległych żołnierzy. Coś jeszcze?... Ach, najważniejsze. Obejmiesz dowództwo do czasu, gdy przyślą regularną obsadę.

     - A ty, kwestorze?

     - A ja pójdę powiadomić dowództwo, że fort zdobyty.

     Zasalutował i odszedł. Nie potrzebował dalszych instrukcji. Był to już doświadczony wyga i wiedział, co należy robić. Decurionem nie zostawał ktoś, kto nie potrafił dowodzić.

     A ja nadal siedziałem na schodach i próbowałem zebrać myśli. Przyznaję, że to zwycięstwo mnie nieco oszołomiło. Oto dowodziłem szturmem i to w dodatku skutecznie. Oczywiście, miałem potężny atut, w postaci świetnie wyszkolonych żołnierzy, ale i tak można było spaprać tę robotę jednym głupim rozkazem. Czyli jednak nie byłem taki najgorszy! Na strategii ani taktyce w polu nie znałem się zupełnie, ale tam, gdzie trzeba było działać po cichu i sposobem, umiałem sobie radzić. Cóż, udowodniłem, że zasłużyłem na dystynkcje kwestora. Głównie samemu sobie, bo Tulius chyba nie miał wątpliwości.

     Konie udało się w końcu uspokoić, ale dopiero po uprzątnięciu obu padłych sztuk. Żołnierze zawlekli je w stronę gospody, gdzie dwóch zabrało się za ich odzieranie. Po chwili oba pozostałe wierzchowce spokojnie stały przy żłobie. Zaczęło się robić jasno, aczkolwiek dzień zapowiadał się pochmurny. Wyciągnąłem mapę.

     Miałem do wyboru dwie drogi. Kusiło mnie, żeby wziąć jednego konia i pojechać do obozu konno. Cała trudność polegała na tym, że mogłem wtedy jechać jedynie traktem, bo innych dróg, nadających się dla konnych tu nie było, a ta mogła zostać obsadzona przez Gromowładnych z Gwiazdy Zarannej. Mogłem też iść pieszo na przełaj, przez wertepy, gdzie było bezpieczniej, ale droga męcząca, a ja potrzebowałem odpoczynku. W dodatku zaczął prószyć śnieg, a gdy się rozjaśniło zupełnie, niebo pokazało ciemne chmury, zapowiadające śnieżycę. Niebezpiecznie było iść na przełaj. Po namyśle, zdecydowałem się na podróż konno. Nie byłem dobrym jeźdźcem, ale konie wydawały się łagodne. Wybrałem krępego, niewysokiego, długogrzywego srokacza, który wydał mi się spokojniejszy.

     - Zabarykadujcie, jak tylko wyjadę – rzuciłem w stronę żołnierzy przy bramie.

     Z gospody zabrałem trochę żywności, wskoczyłem na siodło i… Koń z wolna pokłusował po kamienistym trakcie.

     Spróbowałem nałożyć na siebie płaszcz kultysty. Był obszerny, ale nie na tyle, by wejść na moją zbroję. Narzuciłem go więc tylko na ramiona i zapiąłem najwyższą haftkę pod szyją. Nie chodziło mi o ochronę przez zimnem, aczkolwiek tę również zyskałem. Chodziło mi o to, że płaszcz był zaklęty i moja mana regenerowała się w nim o wiele szybciej. A zużywałem jej sporo, rzucając raz po raz zaklęcie „Wykrycie Życia” ze Szkoły Przemiany, we wszystkich miejscach, które wydały mi się podejrzane. To było bardzo przydatne zaklęcie, ale należało do grupy wysokoenergetycznych i zużywało momentalnie niemal całą moją manę. Wiele lat minęło, zanim nauczyłem się nim posługiwać tak, aby w miarę regularnie lustrowało przestrzeń wokół mnie.

     Niedaleko Gwiazdy Zarannej od traktu odbijał szlak na zachód. Skręciłem i popędziłem konia, chcąc znaleźć się jak najdalej od miasta. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, jaką Rikke przygotowała mi niespodziankę.

     Zbliżałem się już do obozu, gdy gdzieś tam, z tyłu głowy, zajarzyło mi się źródełko niepokoju. Jeszcze nie wiedziałem, co jest nie tak, ale ściągnąłem wodze i zacząłem poruszać się powoli, rozglądając się na boki. „Wykrycie Życia” niczego nie wykryło. Czego więc się boję?

     Gdy wreszcie dotarło to do mnie, aż się uśmiechnąłem. Ech, Wulf, chyba jesteś za bardzo zmęczony, żeby myśleć! No właśnie, niczego nie wykryłem, podczas gdy za wzgórzem wszystko powinno być niebieskie!

     Zaklęcie to sprawia, że wszystkie żywe istoty zaczynają w oczach maga świecić. Światło to widzi tylko mag, rzucający zaklęcie, ale za to dostrzega je również, gdy obiekt jego poszukiwań znajduje się za zasłoną. Światło to przenika przez mury i naturalne przeszkody. Zobaczyć można zarówno ludzi, jak i zwierzęta. Jakby tego było mało, zaklęcie to rozróżnia istoty nastawione do maga pokojowo, które rozjaśnia błękitnym światłem, i wrogo, które jarzą się purpurą. Podobnie rozróżnia zwierzęta udomowione i dzikie, niekoniecznie wrogie. Któż bowiem bałby się lisa, albo królika?

     W obozie po prostu nikogo nie było.

     Gdy podjechałem bliżej, zauważyłem, że nie było też obozu. Jedynymi śladami, świadczącymi o tym, że obozowali tu Cesarscy, był wydeptany śnieg i ciemna ziemia w miejscach, gdzie stały namioty. Nawet krąg paleniska został rozebrany, a kamienie rozrzucone. Gdy popada śnieg, a właśnie padał, nikt nie zorientuje się, że obozował tu Legion.

     No dobrze, ale dokąd ja mam się teraz udać?

     Tropienie na śniegu jest bardzo łatwe, zwłaszcza, gdy tropi się kilkuset żołnierzy, wraz z taborami. Problem w tym, że ślady prowadziły w trzy różne strony. Widocznie grupa rozdzieliła się na mniejsze i każda podążała gdzie indziej. Za którą mam iść? Spróbowałem myśleć tak jak Rikke. Nie opuściłaby swoich ludzi, więc zapewne idzie z największą grupą. Skierowałem się więc na zachód, gdzie poszła niemal połowa wojska. Tymczasem śnieg padał coraz intensywniej. Zakląłem szpetnie. Niedługo zasypie ślady i tyle będzie z mojego tropienia! W lesie dałbym sobie radę mimo to. Taka gromada zawsze pozostawi inne ślady. Tu złamana gałązka, tam drzewo, odarte z kory, tam gdzieś na gałęzi oszroniały i błyszczący w słońcu koński włos, czy też na ziemi to, co konie produkują nieustannie, a w co bardzo nie chciałem wdepnąć. Ale na tym pustkowiu? Zresztą, po co żołnierze mieliby iść na zachód? Tam był Morthal i mokradła, cały czas w rękach cesarskich.

     A śnieg rozpadał się na dobre. Z nieba nie prószyły już płatki, tylko leciały gotowe zaspy!

     Szybko zgubiłem nie tylko ślady, ale i poczucie kierunków. Trzeba było urodzić się Nordem, żeby w tej śnieżycy znaleźć drogę. Nordem, albo… zwierzęciem! I ta myśl wydała mi się najszczęśliwsza. Jedyne, co mogłem zrobić, to zdać się na instynkt swojego wierzchowca. Gdy puściłem mu wodze, sam polazł, sobie tylko znanym sposobem wynajdując ścieżki. Wkrótce jego podkute kopyta zadzwoniły inaczej – znak, że znalazł brukowany trakt, choć bruku spod śniegu nie było widać. Ruszył drogą, ale nie wiedziałem nawet, w którą stronę idzie. Otuliłem się szczelniej płaszczem, bowiem wiatr się każdą szczeliną.

     Dopiero teraz doceniłem cesarską, skórzano-stalową zbroję. Do tej pory wciąż żałowałem, że nie mam na sobie lekkich i mocnych elfich skorup. Ale było coś, czym cesarska zbroja biła elfią na głowę - trzymała ciepło. Elfia zbroja już dawno pokryłaby się szronem i skutecznie przyprawiałby mnie o dreszcze. Ta była jak ciepła kurtka i jedynie w odsłonięte nogi i ramiona było trochę zimno, bowiem pod zbroją miałem jedynie płócienną bluzę i takież spodnie. Jedynie w przypadku dłoni stara zbroja miała przewagę. Elfie, pełne, pięciopalczaste rękawice były mimo wszystko cieplejsze, niż skórzane karwasze, osłaniające tylko przedramiona i grzbiety dłoni, które ukryłem w połach płaszcza.

     Tymczasem szlak prowadził w las. Tu było cieplej, ale niewiele przyjemniej. Ucichł wprawdzie gwiżdżący wiatr, ale zamienił się w ponury szum drzew. Ja kuliłem się na siodle, podczas gdy koń jednostajnym, kołyszącym krokiem dreptał przed siebie, nieczuły na zimno i zapewne na głód, bowiem ilości paszy, jakie potrafiły pochłonąć konie, zawsze mnie zadziwiały.

     Zmierzchało już, gdy koń zjechał z traktu, a ja zziębnięty i wygłodniały – bo ziąb była taki, że nie umiałem się przemóc, żeby rozpiąć płaszcz i sięgnąć do torby z sucharami – ujrzałem przed sobą strzechy Morthalu. Strażnik zatrzymał mnie, a ja, skostniały, ledwo zlazłem z konia.

     - Kwestor Wulfhere – przedstawiłem się. – Szukam naszego garnizonu.

     W Morthalu nie było cesarskiego garnizonu, ale wszyscy strażnicy pochodzili z Legionu. Strażnik poradził mi, żebym przenocował w gospodzie, a rano ruszył do sztabu, co też postanowiłem uczynić. Ledwo odtroczyłem swoje manele, koń zawrócił i udał się w drogę powrotną.

     - Hej, dokąd! – podbiegłem i złapałem go za uzdę.

     Koń stanął, ale widać było, że uparte bydlę wybiera się z powrotem i żadna siła nie zmusi go do spędzenia nocy w Morthalu. Zaciągnąłem go w pobliże gospody, gdzie znajdowała się niewielka stajenka. Dopiero zapach obroku przekonał go, że jednak nocleg w tym miejscu to nie jest najgorszy pomysł.

     Rozkulbaczyłem go i wytarłem słomą. Zdjąłem wędzidło i jedynie za kantar przywiązałem do żerdzi, żeby czasem w nocy nie wpadł na jakiś genialny koncept. A potem udałem się do gospody. Gorąca zupa – to zdominowało wszystkie moje myśli przez ostatnie pół dnia.

     Moje marzenie ziściło się szybko. Jonna, znajoma już oberżystka, z uśmiechem poleciła mi gęstą polewkę z marchwi, z drobnymi, lanymi kluseczkami, która właśnie parowała z niedużego kociołka. Zaniosłem manele do pokoiku i usiadłem do stołu, parząc wargi pyszną zupą i przygryzając pszenną bułką, z grubo mielonej mąki.

     - Jak interes? – zagadnąłem, między jedną łyżką i drugą. – Lepiej się kręci?

     - Lepiej – uśmiechnęła się. – Wielu kurierów tu się zatrzymuje. Co jakiś czas transport wojska i tak dalej. Od kilku dni pustki, ale nie narzekam.

     Pogawędziłem sobie trochę z miłą szynkarką, aż gorąca zupa i mocny miód zrobiły swoje i poczułem ciepło i nieprzepartą senność. Powlokłem się do pokoju, zmusiłem się do zdjęcia z siebie zbroi i butów, po czym zapadłem w sen, gdy tylko przyjąłem pozycję poziomą. 

*          *          *

     Świt był mroźny i rześki, ale przestało padać i wyjrzało słońce. Śnieg na trakcie zaczął topnieć i późnym rankiem zrobiło się dużo cieplej. Moja szkapa na szczęście nie miała w nocy żadnych pomysłów i zastałem ją tam, gdzie ją zostawiłem, opychającą się sianem.

     - No, mały, czas nam w drogę – poklepałem konia po szyi.

     W odpowiedzi próbował mnie ugryźć, ale dostał karwaszem w pysk. Zaprzestał chwilowo prób pozbawienia mnie palców. Zacząłem go kulbaczyć, ale sprawiał wrażenie, jakby wszystkie te czynności dotyczyły innego konia. Wciąż opychał się pachnącym sianem ze żłobu. Widać zeżarł już cały owies, jaki mu nasypałem wieczorem. Gdy zakładałem mu wędzidło, spojrzał na mnie z wyrzutem i parsknął z dezaprobatą.

     - Spokojnie, mały – odezwałem się. – Obiecuję nie szarpać. Wiesz, kiepsko jeżdżę, będę czuł się pewniej.

     Zapiąłem mu klamry przy uszach.

     - Może nie powinienem ci tego mówić? – spytałem. – Mam nadzieję, że nie wykorzystasz sytuacji.

     Parsknął tylko, ale nie wiem, co chciał przez to powiedzieć. Gdy go dosiadłem, ruszył jednak posłusznie truchtem w stronę głównego szlaku.

     Postanowiłem pojechać do Samotni i zdać relację bezpośrednio generałowi Tuliusowi. Nie znałem zbyt dobrze terenów na zachód od Morthalu, była więc okazja, by je poznać.

     Trakt prowadził na zachód, w kierunku Smoczymostu, jak odczytałem z drogowskazu. Jeszcze słońce nie dotarło do najwyższego punktu, a ja już znalazłem się przy moście nad małą rzeczką. Zrobiło się cieplej. Za mostem droga pięła się jakiś czas w górę, ale temperatura spadła tylko nieznacznie. W oddali zamajaczył jakiś fort. 

     Zbliżyłem się do budowli, przypominającej nieco znany mi już fort Hraggstad. Tymczasem koń zaczął dziwnie się zachowywać. Parskał, szarpał wędzidłem, wyraźnie nie chciał iść w tamtą stronę.

     - No, co jest, mały? – spytałem. – Czego się bo…

     Urwałem, gdy ujrzałem wartowników przy bramie. Były to dwa szkielety.

     Nekromanci!

     Dobrze, że nie miałem na sobie elfiej zbroi. Tamta miała buty wyposażone w krótkie ostrogi. Gdybym miał je na sobie, zapewne poraniłbym koniowi brzuch, tak mocno uderzyłem go piętami. Koń, przełamawszy się wreszcie, nie potrzebował już popędzania. Wyciągnął łeb przed siebie i rozpoczął szalony cwał. Kopyta zastukały o kamienny bruk, a oba szkielety napięły łuki, gdy minęliśmy je w szaleńczym biegu. Dwie pradawne norskie strzały poleciały za nami, ale żadna nie trafiła. Pochyliłem się w siodle, obawiając się, że następna trafi mnie w plecy, ale nic takiego się nie stało. Po chwili byliśmy już za daleko na strzał. Zacząłem delikatnie ściągać wodze. Nie bardzo wiedziałem, jak należy utrzymywać się w siodle przy tak szybkim biegu. Wydawało mi się, że energiczne podrygi za chwilę mnie z niego wyrzucą. Na szczęście, wkrótce mój wierzchowiec uspokoił się nieco i powrócił do łagodnego truchtu. Było wczesne popołudnie, gdy dotarliśmy do rozwidlenia.

     Tu wyraźnie było czuć wpływ rzeki na klimat. Było wilgotniej i cieplej. Ani śladu śniegu, za to sporo zieleni. Musieliśmy zbliżać się do Samotni. Wybrałem prawy szlak, bo wydawało mi się, że biegnie bliżej rzeki. Tak też było w istocie. Po krótkim czasie znalazłem się na kamiennym mostku, gdzie szlak dochodził do głównego traktu, ale ten już znałem. W prawo do Smoczymostu, w lewo do Wąwozu Rabusiów. Słońce znikło za górą na zachodzie, pogrążając drogę w cieniu, gdy dotarłem do stajni w Samotni. Pożegnałem tu swego wierzchowca i udałem się do zamku.

     W sztabie były tylko dwie osoby – generał Tulius i legat Adventus Saesennius. Gdy wpuszczono mnie do komnaty, generał właśnie coś tłumaczył legatowi. Obaj byli rozluźnieni i widać było, że znają się doskonale i dobrze czują się w swoim towarzystwie. Zapewne w przeszłości walczyli ramię w ramię…

     - Musimy zatamować dopływ srebra dla buntowników – mówił generał. – Zanim odbijemy Pogranicze, Gromowładni splądrują tamtejsze kopalnie i opłacą nowe zastępy.

     Skinął mi głową, nie przestając mówić.

     - Wiele tam nie ma, ale jeżeli odbijemy Zimową Twierdzę, to zbliżymy się do Wichrowego Tronu, a wojska Ulfrica będą gnić w garnizonie.

     Legat skinął głową ze zrozumieniem, a generał zwrócił się do mnie.

     W kilku słowach opowiedziałem przebieg bitwy, jak również o tym, że nie znalazłem obozu i dlatego jestem tutaj. Wolałem, żeby nie posądził mnie o ucieczkę. Ale on tylko się uśmiechnął.

     - To nie jest przejaw braku zaufania – powiedział dobitnie. – Rikke wysłała cię na niebezpieczną misję, a w takich przypadkach zawsze trzeba wziąć pod uwagę możliwość wpadki. Dlatego lepiej, żeby żołnierz nie wiedział za dużo.

     Cóż, miało to sens…

     - No, ale teraz mogę ci powiedzieć, że obóz został przeniesiony w pobliże Zimowej Twierdzy – dodał, biorąc z sekretarzyka jakiś papier.

     Przez chwilę skrobał piórem po białej karcie, po czym złożył swój zamaszysty podpis i położył pieczęć na samym dole. Następnie dokonał korekty na mapie. Wyrwał i rzucił w róg stołu kilka niebieskich chorągiewek, symbolizujących Gromowładnych i zastąpił je czerwonymi, cesarskimi. Gdy ponownie stanął przede mną, uśmiechał się lekko.

     - Zdobycie Bieli daje nam kolejny port w Gwieździe Zarannej i bazę wypadową do Wichrowego Tronu – odezwał się pogodnym głosem. – Ulfric powinien zacząć bardziej uważać, nie? – mrugnął zawadiacko. – Bitwy wygrywają wyszkoleni i zdyscyplinowani ludzie. Wojny zwyciężają utalentowane i wyjątkowe jednostki.

     Położył mi jedną rękę na ramieniu. Drugą podał mi dokument z pieczęcią.

     - Awansuję cię do rangi prefekta. Przyjmij ten dar, jako symbol nowego stanowiska. Zasługujesz na nie.

     Pociemniało mi w oczach i zakręciło mi się w głowie. Prefekt? To przecież stopień młodszego oficera do specjalnych poruczeń! Ja prefektem?

     Tymczasem Tulius i Adventus spojrzeli po sobie i z trudem stłumili wesołość. Musiałem mieć bardzo niepewną minę, gdy odbierałem dokument i żelazną tarczę, podaną mi przez adiutanta, który pojawił się nie wiadomo skąd.

     - Nowe rozkazy, panie? – wyjąkałem z trudem.

     - Potrzebujemy cię w Wichrowym Tronie. Zamelduj się w naszym tajnym obozie.

     To mówiąc, powiódł mnie do mapy i wskazał przypięte doń godło Cesarstwa – stylizowanego smoka. Znajdował się niedaleko Zimowej Twierdzy, blisko wybrzeża.

     - Nigdzie tego nie zapisuj, ani nie zaznaczaj na mapie – podniósł w górę palec. – To jest ściśle tajna informacja. Po prostu zapamiętaj. A na razie wypocznij, czeka cię daleka droga.

     - Tak, panie – odparłem wciąż nieco oszołomiony.

     - Bogowie niech będą z tobą – rzekł ciepło generał na pożegnanie.

     A ja wyszedłem z zamku na miękkich nogach. Właśnie zdobyłem oficerskie szlify. A wraz z tym olbrzymią odpowiedzialność. Czy ja dam radę ją udźwignąć?