niedziela, 24 kwietnia 2016

Rozdział XXV - Krew na lodzie

     Zacząłem od cmentarza. Ciała już nie było – Helgrid zabrała je do Komnaty Umarłych. Drzwi do niej znajdowały się tuż przy cmentarzu, więc szybko znaleźliśmy się w przestronnej krypcie, tworzącej skomplikowany labirynt korytarzy, wypełnionych zasuszonymi zwłokami. Trochę potrwało, zanim ją znaleźliśmy.

Wichrowy Tron - cmentarz.


     Ludzie uprzedzali mnie, że Helgrid ma trochę nie po kolei w głowie. Po rozmowie z nią byłem innego zdania. Ktoś, kto całe życie spędza z umarłymi, nie mógł być całkowicie normalny. Uznałem, że Helgrid nie odbiega od normy. Rzucała co chwilę jakieś dziwne uwagi, oderwane od kontekstu, ale w sumie dało się nią porozmawiać.

     Zastaliśmy ją pochyloną nad ciałem Susanne, z ostrym narzędziem w ręku.

     - Szerokie, ukośne cięcie od lewego ramienia – mruczała sama do siebie.

     Spytałem o zwłoki. Byłem ciekaw, czy znalazła w nich coś niezwykłego.

     - No, nie żyje – odrzekła z dziwnym uśmiechem. – Ale to chyba nic nadzwyczajnego jak na kogoś, kto tu trafił. Znaczy się, dla kogoś poza mną.

     Spojrzałem na nią poważnym wzrokiem. Uśmiech nie znikł, ale z drwiącego zamienił się w zadumany.

     - Wybacz – mruknęła. – Taki żart. Rzadko rozmawiam z żywymi.

     - W porządku – odparłem, przyglądając się zwłokom. – Udało ci się czegoś dowiedzieć?

     - Nie bardzo – westchnęła. – Jedyna nietypowa rzecz, to kształt ran.

     Pochyliłem się nad ciałem. Rzeczywiście, nie były to typowe rany od pchnięcia sztyletem, jak mi się z początku zdawało. Miały poszarpane brzegi i przedstawiały widok na tyle okropny, że poczułem jak krew odpływa mi z twarzy. Wyglądało, jakby ktoś chciał wyszarpać jej żyły z nóg.

     - Wyglądają, jak zadane… - Helgrid zawahała się. – No cóż, dawni Nordowie używali tego typu ostrzy do balsamowania zwłok. Nawet nie wiem, kto w Wichrowym Tronie może coś takiego mieć. Poza mną, rzecz jasna.

     W tych słowach wskazała na haczykowate narzędzie, leżące na półce. Obejrzałem je sobie dokładnie. Tak, miała rację. Te rany zadano takim ostrzem. Nie uszło też mojej uwadze, że narzędzie to było lekko zakurzone, jakby od jakiegoś czasu go nie używano.

     - Kiedy ostatnio go używałaś? – spytałem.

     - Tydzień… Więcej, dwa tygodnie temu – odparła. – Zamordowano dziewczynę z klanu Łamaczy Tarcz. W taki sam sposób. Używałam tego do zabalsamowania zwłok.

     Nie podejrzewałem jej ani przez chwilę. Zbyt otwarcie mówiła mi o rzeczach, które mogły rzucić na nią podejrzenie. Chyba nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Przyjrzałem się groźnie wyglądającemu ostrzu. Nietrudno byłoby coś takiego zrobić. W dodatku, łażąc swego czasu po kryptach, widziałem takie ostrza wiele razy, porzucone w kącie, lub na jakimś ołtarzu. Zamyślony wyszedłem z Komnaty Umarłych, mrużąc oczy przed słońcem, odbijającym się od śniegu. Przez chwilę pożałowałem, że nie przyszedłem tu skoro świt, gdy ślady nie były jeszcze zadeptane przez tłum i strażników. Tropienie na śniegu nie jest trudne, może wyczytałbym coś ze śladów.

Wichrowy Tron - Komnata Umarłych. Jedna z krypt

     Podszedłem do pomnika, zbryzganego krwią ofiary. Rany na ciele były głębokie i mocno krwawiły. Może jednak znajdę jakieś ślady? Zacząłem uważnie lustrować grunt wokół pomnika. Coraz dalej i dalej. Znalazłem kilka śladów, ale były to jedynie plamy, rozniesione przez buty.

     Oprócz jednej!

     Pochyliłem się nad nią przyjrzałem się dokładnie. Akurat w tym miejscu nie było odcisku żadnej stopy, natomiast widniała wyraźna plama krwi. Kropla krwi upadła dokładnie w to miejsce, nie została tu zawleczona na niczyjej podeszwie. Nie miałem wątpliwości, w końcu nieraz podczas polowań dochodziłem postrzałka i to w klimacie, w którym śnieg był rzadkością.

     Ślad prowadził na schody. Poszedłem w tym kierunku i okazało się, że moje domysły były słuszne. Znalazłem następną plamę, jeszcze wyraźniejszą.

     - Ktoś niósł coś, z czego kapała krew – powiedziałem cicho do Lydii. – Ślady prowadzą w tym kierunku. Uważaj, nie zadepcz ich.

     Zaczęliśmy lustrować grunt, jak dwa psy. Co jakiś czas znajdowaliśmy plamy krwi. Czasem ledwo widoczną, czasem całkiem wyraźną. Idąc tropem krwawych śladów, doszliśmy o jakiegoś domostwa. Na progu znalazłem kolejny ślad, choć widać było, że ktoś próbował go zetrzeć. Drzwi były zamknięte.

     - Kto tu mieszka? – spytałem przechodzącego strażnika.

     - Nikt – odparł, nie zatrzymując się. – To posiadłość Hjerim, opuszczona od kilku miesięcy.

     Gdy strażnik zniknął za rogiem, wyciągnąłem pęk wytrychów. Nie było trudno sforsować zamek. Wolałem jednak nie robić tego na oczach strażnika. Miałem wprawdzie pełnomocnictwa od Jorleifa, ale człowiek, grzebiący w zamkach zawsze jest podejrzany.

     
Wichrowy Tron - posiadłość Hjerim. Widok od frontu

     Drzwi otworzyły się, odsłaniając opustoszałe wnętrze. Weszliśmy, zamykając za sobą drzwi. Dom był duży, składający się z kilku pokoi, a pustota jego wnętrza sprawiała, że wydawał się jeszcze większy. Podłoga była zakurzona, w rogach widać było pęki pajęczyn. Wciągnąłem w nozdrza zapach kurzu i… czegoś jeszcze. Jakby lekko dostrzegalna nuta odoru popsutego mięsa. Na podłodze leżały w nieładzie porozrzucane naczynia, również zakurzone, i pokryte pajęczynami. Pod ścianą stal natomiast drewniany kufer, który bardzo mnie zainteresował.

     Zanim go otworzyłem, zauważyłem, że niedawno przesunięto go pod ścianę. Czyli jednak ktoś w tym budynku bywał! W kufrze były jednak tylko jakieś ulotki. Chwyciłem jedną z nich i przeczytałem.

     
     Strzeż się Rzeźnika!

     Zabójcy grasującego na ulicach Wichrowego Tronu.

     W tych tragicznych czasach z ludzi wychodzi najgorsze. Nie bądź następną ofiarą!

     Jeśli zauważysz podejrzane zachowania, skontaktuj się z Violą Giordano.


     Przejrzałem jeszcze kilka ulotek. Wszystkie były takie same. Wszystkie też miały uszkodzenia, jak oddarte rogi, czy brakujące fragmenty. Jakby ktoś te ulotki zdarł z budynków. Bezmyślnie pogmerałem w tej kupie papieru, aż moja ręka natrafiła na coś twardszego. Wyciągnąłem coś, co wyglądało jak niezdarnie sporządzony kajet. Otworzyłem go.

     Był to Dziennik Rzeźnika, część I – tak przynajmniej stało nakreślone na samej górze. Z wypiekami na twarzy zabrałem się za lekturę. Lydia czytała mi przez ramię.


     Plan przebiega celująco. Znalazłem dobre źródło kości, mięsa i krwi, aczkolwiek wciąż nie wiem, skąd wziąć porządne próbki ścięgien. Nieważne. Miasto aż tętni od pogardzanych głupców, za którymi nikt nie będzie tęsknił.

     Ostatniej noce prawie udało mi się dostać Susanne, gdy wychodziła z Knota. Durni gwardziści pojawili się w nieodpowiednim momencie i musiałem się wyspowiadać. Wyszedłem na spacer, takie tam. Jeszcze będzie okazja, choć czasu coraz mniej.

     Wracam myślami do pobytu w Zimowej Twierdzy. Tyle marnujących się umysłów zamkniętych w wieżach. Studiują magię, którą już znają. Ja odkrywam nową magię. Coś głębszego niż jarmarczne popisy z ogniem i światłem. Magia ciała jest starsza niż my sami. Być może starsza od całego świata. Ocieram się o granice absolutu i wszechświata. Tam, gdzie on się kończy, ja zatriumfuję.

     Jeszcze jeden zamach na dziewkę z Knota. Zrobiła się czujna, a w tych silnych stawach znalazłbym wyborne ścięgna. Warto spróbować. Dziś w nocy.


     Spojrzeliśmy po sobie.

     - Jakiś nekromanta – szepnęła Lydia. – Obrzydliwe…

     - Czujesz? – spytałem. – Zapach padliny. Od razu go wyczułem.

     - Może na górze? – spytała Lydia. – Mam nadzieję, że to nie to, o czym myślimy.

     - Może po prostu zdechły szczur – zgodziłem się. – Ale musimy przetrząsnąć cały dom.

     Piętro było prawie zupełnie puste. W jednym pokoju stało tylko stare łóżko i dwa krzesła, a wszystko po pokryte pajęczynami. Wróciliśmy na dół, zbadać ostatni pokój. Jako jedyny był umeblowany, aczkolwiek dość skromnie. Stał tu mały regał, zawalony papierami i dwie porządne szafy na ubrania. Najpierw obejrzałem regał. Papiery okazały się być ulotkami o tej samej treści, co przytoczona powyżej. Jednak było tam coś jeszcze. Spomiędzy stosu ulotek wysunęło się coś ciężkiego i błyszczącego. Był to naszyjnik. Wziąłem go do ręki i podniosłem do oczu.

     Składał się on z ebonowych rurek, nanizanych na jakąś nitkę, czy rzemyk, połączonych kulistymi stawami. Jego główną częścią ebonowy medalion, w którym tkwiła lekko zatarta, jadeitowa czaszka, wielkości odcisku kciuka. Nie wiedziałem, co to za biżuteria, ale wrażenie robiła raczej negatywne, kojarząc się jednoznacznie ze śmiercią.



     Spojrzałem na Lydię, ale ta potrząsnęła głową. Też nie wiedziała, co to takiego.

     Szafa zdziwiła mnie jeszcze bardziej, zawierała bowiem dwa bogato zdobione kaftany, z pewnością bardzo drogie i parę porządnych butów dużego rozmiaru. Druga szafa była zupełnie pusta, jednak gdy ją otworzyłem, odór popsutego mięsa buchnął z niej, jak żar z pieca.

     - Chowano tu zwłoki? – spytała Lydia, zakrywając dłonią usta i nos.

     Pokręciłem głową.

     - Przygotuj się na horror – mruknąłem.

     Pusta szafa mnie nie zmyliła. Zauważyłem już wcześniej, że jest przybita do ściany. To nie była żadna szafa, to były ukryte drzwi. Takie same, jak w gospodzie u Delphine. Otworzyłem fałszywą ściankę. To, co ujrzeliśmy, sprawiło, że cofnęliśmy się odruchowo. Widok był tak makabryczny, że nawet przyzwyczajona widoku krwi Lydia odwróciła się i ukryła twarz w dłoniach.

     Za szafą był ukryty pokój, a w nim porozrzucane w nieładzie ludzkie szczątki. Przeważnie kości, oczyszczone z mięśni i ścięgien. Niektóre całkiem niedawno. Początkowo zacząłem liczyć czaszki, ale gdy doszedłem do jedenastu, dałem spokój. Pod ścianą stał marmurowy stół, zasłany również kośćmi, ułożonymi jednak w jakiś wzór, zupełnie jakby ktoś chciał odtworzyć ludzkie ciało ze części, pochodzących ze zwłok. Leżały tam też w nieładzie narzędzia do balsamowania, w tym takie, jakie zademonstrowała mi Hilgrid. I jakiś kajet, oprawiony w skórę.

     Chwyciłem notes, po czym pospiesznie wyszedłem, starannie zamykając za sobą drzwi.

     Wybiegliśmy z posiadłości na zewnątrz, odetchnąć świeżym powietrzem, wprost w ramiona przechodzącego strażnika. Lydia była blada jak kreda, ja z pewnością wyglądałem nie lepiej, co było widać nawet mimo mroku, jaki już zdążył zapaść. Na szczęście strażnik niósł zapaloną pochodnię.

     Wyciągnąłem zza pazuchy pełnomocnictwo Jorleifa i pokazałem mu.

     - Zabezpiecz to miejsce – powiedziałem mu. – Ale nie wchodź do środka. Odkryliśmy tam coś strasznego.

     Strażnik nie oponował, jakkolwiek widać było po nim, że jest zdziwiony. My tymczasem otworzyliśmy znaleziony w tajemniczym pokoju notes. Była to druga część dziennika Rzeźnika.


17 ścięgien i wiązadeł
173 fragmenty kości do złożenia
Ok. 4 wiader krwi (najlepiej norskiej)
6 łyżeczek szpiku (nie więcej niż 2 z kości udowej)
11 łokci skóry (niepociętej)

Wróżba z gwiazd norskiej zmarzłej myśli
Spójrz w światło, gdzie dusze tańczą
Odkryj czas, kiedy iskra ożywi
Gdy zgniłe powstanie pod komendą

(przekład aldmerskiego tekstu w tłumaczeniu Ayleidów, po raz pierwszy spisany przez Altmera o nieznanej proweniencji i tożsamości
Wkrótce


     Ciężko oddychając udałem się do Pałacu Królów. Świeże powietrze przyniosło mi ulgę. Mimo to, gdy odwiedziliśmy Jorleifa po raz drugi, wciąż oboje mieliśmy bladość na twarzach.

     - Co możesz powiedzieć o Rzeźniku? – spytałem bez wstępu, pokazując mu ulotkę.

     Jorleif potrząsnął głową i westchnął przeciągle.

     - Rozmawiała już z tobą Viola Giordano? – spytał. – Rozwiesza to po całym mieście, a ktoś ciągle zrywa. Spytaj ją, jeśli chcesz dostać burę.

     - Wiesz, co to za amulet? – zademonstrowałem znaleziony naszyjnik.

     Jorleif wziął go do ręki i obejrzał dokładnie.

     - Nigdy czegoś takiego nie widziałem – potrząsnął głową. – Warto by to zabrać do Calixta w Domu Osobliwości. Ma dobre oko do świecidełek. Może nawet sypnie za to groszem…

     Uznałem, że to dobra rada. Powiadomiłem go też o naszym znalezisku. Pobladł, ale zapewnił, że zajmie się tym. Wyszliśmy na zewnątrz. Popytałem przechodniów o Dom Osobliwości Calixta i dom Violi Giordano. Wskazali mi miejsca, ale oba były zamknięte, a właścicieli nie było w środku. Udaliśmy się więc do gospody. I tu dopisało nam szczęście – szynkarka, na pytanie o Violę i Calixta wskazała nam pięterko, gdzie przy stole posilała się jasnowłosa Nordka. Była to Viola Giordano.

     Spojrzała na nas zdziwiona, gdy przysiedliśmy się do jej stolika.

     - Czy możemy chwilę porozmawiać? – spytałem. – To nie potrwa długo.

     Skinęła głową. Wyciągnąłem ulotkę i położyłem ją na stół.

     - Co możesz powiedzieć o Rzeźniku? – spytałem.

     - Śledzę go od kilku miesięcy – odparła spokojnie, choć na twarzy pojawił jej się grymas wściekłości. – No, może nie śledzę, próbuję go odszukać.

     Podniosła na nas wzrok i spojrzała mi w oczy ze smutkiem.

     - Strażnicy nie chcą pomóc, ludzie nie chcą pomóc! – zwiesiła głowę. – Tylko ja uważam, że można go złapać.

     Pokiwałem głową ze zrozumieniem. Wyciągnąłem dziennik Rzeźnika i pokazałem jej.

     - Ten dziennik był w kryjówce zabójcy.

     - Hę? – zaświeciły jej się oczy. – Co mówi?

     Przeczytaliśmy go jeszcze raz wspólnie. Wniosek nasunął mi się sam.

     - Zdaje się, że nadworny mag eksperymentował – mruknąłem bez przekonania.

     - Vuunfert… - szepnęła Viola. – Od lat krążą o nim różne plotki. Od kiedy pamiętam. To niebezpieczny człowiek. Dlatego nazywają go Nieumarły. Lepiej go nie drażnić. – Spojrzała mi w oczy. – Te informacje muszą trafić do zarządcy. On cię wysłucha.

     Skinąłem głową.

     - To jeszcze żaden dowód – mruknąłem. – To tylko podejrzenie. Ale nie daje mi spokoju ta Zimowa Twierdza. To tam mieści się Akademia Magów, prawda? Wiemy już, że Rzeźnikiem jest mag, pytanie tylko, czy TEN mag.

     - Tu nie ma innego – odparła Viola szeptem. – A przynajmniej nic o tym nie wiem. To norskie miasto. Nordowie rzadko parają się magią. Chyba, że któryś z elfów, oni prędzej.

     W tym jednym przypadku rasizmu przyznałem jej rację. Dunmerowie byli bardzo uzdolnieni magicznie, czego nie można było powiedzieć o Nordach. Było już jednak dość późno, więc nie widziałem wielkiego sensu w zwiedzaniu teraz Szarej Dzielnicy. Po pracowicie spędzonym dniu, należał nam się odpoczynek. Posiedzieliśmy jeszcze trochę przy lekkiej kolacji i kubku piwa, po czym udaliśmy się do swoich pokoi, obiecując sobie wstać jutro wcześnie rano.

     Tak też uczyniliśmy. Skoro świt udaliśmy się do Szarej Dzielnicy. Pamiętałem ją z mojej pierwszej wizyty, ale wtedy widziałem ją w świetle pochodni. W dzień wyglądała jeszcze biedniej i jeszcze brudniej.

     Nie bardzo wiedziałem, czego szukamy. Na chybił trafił udaliśmy się do sklepu Revyna Sadriego, pod pretekstem pozbycia się niepotrzebnych klamotów. Po drodze jednak dopisało nam szczęście, bowiem w pewnym wąskim przejściu zderzyliśmy się Calixtem Corrium, zdążającym do swojego Domu Osobliwości. 
     
      Pokazałem mu naszyjnik. Oczy błysnęły mu nieskrywanym zainteresowaniem.

     - Niech no spojrzę – rzekł, wyciągając po niego rękę.

     Oglądając go ze wszystkich stron, kiwał głową, jakby poznawał, z czym miał do czynienia.

     - To Kamieniokrąg – odezwał się, nie odrywając wzroku od naszyjnika. – Dziedziczny symbol władzy w Wichrowym Tronie. Zgodnie z tradycją, noszony przez nadwornego maga…

     Spojrzeliśmy z Lydią po sobie. Elementy układanki zaczęły do siebie pasować. Jednak na moje pytanie, czy widział kiedyś ten naszyjnik na szyi Vuunferta, zaprzeczył.

     - Ale ja bardzo rzadko go widuję – odparł. – Nie bywam w pałacu, a poza tym… Nie ukrywam, że trochę się go obawiam. Zresztą, jak wszyscy w tym mieście. Unikam go jak mogę.

     Z wyraźnym wysiłkiem oddał mi naszyjnik, oświadczając, że chętnie go kupi.

     - Byłby wspaniałym eksponatem w moim Domu Osobliwości. Zbieram tam różne ciekawostki z całego Skyrim. Dam pięćset złotych monet.

     Potrząsnąłem głową. Naszyjnik był dowodem w sprawie i choć suma była nęcąca, postanowiłem go zatrzymać. Calixto posmutniał, ale żegnając się z nami, zaprosił nas do odwiedzenia Domu Osobliwości.

     - Jeśli się namyślisz, pamiętaj, że wciąż jestem chętny – dodał. – Nie sądzę, żeby jakikolwiek kupiec dał ci za to więcej niż ja. Materialnie nie przedstawia wielkiej wartości, ale bez wątpienia jest osobliwością, a ja potrafię to docenić.

     Pożegnaliśmy się i odwiedziliśmy sklep z używanymi towarami.

     Ku naszemu zaskoczeniu, choć skromnie urządzony, był czysty i schludny, w dodatku zaopatrzony całkiem nieźle. Revyn Sadri był wysokim, czarnowłosym Dumnerem o całkiem miłym sposobie bycia. Wymieniliśmy kilka drobnych towarów na złoto, po czym wdaliśmy się w pogawędkę.

     Revyn nie znał w mieście innego maga, poza Vuunfertem.

     - Naturalnie, jeśli masz na myśli prawdziwego maga – uśmiechnął się. – Bo jeśli chodzi o drobne sztuczki, to potrafi je każdy Dunmer. A samego Vuunferta widziałem może ze trzy razy w życiu. Rzadko tu zachodzi, a ja do niego wcale.

     Sklep opuściliśmy zamyśleni.

     - Czy to możliwe, żeby było to takie proste? – szepnęła Lydia.

     - Grasuje od kilku miesięcy – mruknąłem niezadowolony. – A nam wystarczył jeden dzień.

     Pokręciłem głową. Tak, to było za proste. Poszło za łatwo. Po co Rzeźnik chował te ulotki? Powinien je spalić. Dlaczego dziennik schował w skrzyni, do której był tak łatwy dostęp? I dlaczego zostawił swój naszyjnik pomiędzy ulotkami, skoro na jego szyi nie budziłby żadnych podejrzeń? Nadwornym magiem nie zostaje nowicjusz, lecz ktoś o dużych umiejętnościach. Dlaczego nie zastawił magicznej pułapki, która ostudziłaby zapał potencjalnego szperacza? Jedna magiczna runa przy wejściu do sekretnego pokoju natychmiast zlikwidowałaby każdego niepożądanego gościa. 

     Dziwne to wszystko.

     Skierowaliśmy się na schody, prowadzące do głównej części miasta. Przed nami, wdzięcznie kołysząc biodrami, szła skromnie odziana Altmerka. Zdziwiła mnie jej obecność.

     - Nawet Altmerowie muszą tu mieszkać w Szarej Dzielnicy – odezwałem się. – Ciekawe, czy też para się magią.

     - Ma stoisko obok kuźni – odrzekła Lydia. – Trochę ubrań, trochę broni, mikstury i takie tam różne towary. Ma na imię… Nie pamiętam… Viryana, czy jakoś tak. Nie wygląda na maga.

     Przytaknąłem. Maga zwykle można było rozpoznać na pierwszy rzut oka. Silnego maga wyczuwało się natychmiast, bowiem nawet powietrze wokół niego potrafiło wibrować.

     Gdy skręcaliśmy do pałacu, Altmerka obejrzała się i ujrzała nas. Wyraźnie wzdrygnęła się na widok thalmorskiej zbroi. Niczego podejrzanego jednak w niej nie dostrzegłem.

     Jorleif siedział przy długim stole i pospiesznie jadł śniadanie, przeglądając jakieś papiery. Podniósł wzrok, gdy stanęliśmy nad nim.

     - Chyba mamy sprawcę – odezwałem się ze ściśniętym gardłem. – Znaleźliśmy „Dziennik Rzeźnika”. Wynika z niego, że Rzeźnikiem jest mag. Silny mag…

     Wyraźnie zbladł. Podałem mu dziennik. Chwycił go z wahaniem, ale zajrzał do niego i przeleciał wzrokiem treść.

     - Niesamowite… Zatem złe plotki okazały się być prawdziwe. Macie na niego coś jeszcze?

     Pokazałem mu amulet.

     - Pamiętasz ten wisiorek? Calixto twierdzi, że nazywa się to Kamieniokrąg i zwykle jest noszony przez nadwornego maga.

     Jorleif opuścił głowę.

     - Przed takimi dowodami muszę skapitulować – szepnął. – Dziękuję ci. Nie zapomnę ci tego, jak pomogłeś temu miastu. Vuunfert zostanie uwięziony i osądzony.

     Opuszczaliśmy Pałac Królów z mieszanymi uczuciami. Widzieliśmy jak Jorleif przywołuje kilku strażników. Zapewne dokona aresztowania niezwłocznie.

     Nie znałem Vuunferta Nieumarłego i nigdy go nie widziałem. Może to i lepiej, bowiem pewnie nie miałbym odwagi spojrzeć mu w oczy. Pewnie, trzeba było go uwięzić, bo to mogło uratować życie kilku młodych dziewcząt. Ale jeśli się pomyliliśmy? Skazać niewinnego pod tak paskudnym zarzutem? Nawet jeśli udowodni swoją niewinność, będzie się to za nim ciągnąć przez resztę życia. To szeptanie po kątach, wskazywanie palcami, wyolbrzymianie każdego błędu. To właśnie go czekało.

     - Coś mi mówi, że ta sprawa jeszcze się nie zakończyła – odezwała się niespodziewanie Lydia. – I że jeszcze tu wrócimy.

     Uśmiechnąłem się w zadumie. Tak, chyba miała rację.

     - A jak twoje demony? – spytała.

     Wzruszyłem ramionami.

     - Wciąż mam wątpliwości – odparłem. – Ulfric wydaje się szczery i ma sporo racji, ale za łatwo żąda. Nie ma zwolenników, tylko wyznawców, którzy ślepo w niego wierzą i poświęcą się za jego marzenia. A to bardzo psuje człowieka. On jest w stanie poświęcić wielu ludzi dla sprawy, w którą wierzy. Mam nadzieję, że w nią wierzy… Bo jeśli to wszystko robi dla zaspokojenia własnej ambicji…

     - Ludzie w Samotni mówili, że zabił Torryga krzykiem – rzekła Lydia. – Musi władać Głosem. Czy to możliwe, że on też jest Smoczym Dziecięciem?

     Pokręciłem głową.

     - Siwobrodzi twierdzą, że jestem jedynym, jakie objawiło się za ich żywota. Thu’um można się nauczyć, tylko wymaga to wielu lat ćwiczeń. Ulfric pewnie poznał jakiś Krzyk, ale nie jest Smoczym Dziecięciem.

     - Czyli jesteś od niego silniejszy – szepnęła i uśmiechnęła się. – W razie czego możesz przywołać go do porządku.

     Uśmiechnąłem się w zadumie. Nadal nie wiedziałem, kto ma rację w tym sporze, ale to, co widziałem i słyszałem w Pałacu Królów, utwierdziło mnie jedynie w przekonaniu, że trzeba zachować ostrożność co do Ulfrica. Moje sympatie polityczne lekko przechyliły się w stronę Cesarstwa.

     - Co robimy? – spytałem Lydię. – Czas wracać do domu. Jeszcze wcześnie, ale za dnia nie zdążymy dojść.

     - Mam dość tego miejsca – oświadczyła. – Wracajmy.

     - Wracajmy – powtórzyłem. – Kupimy tylko coś na drogę i wracamy. Przenocujemy gdzieś po drodze.

     Ruszyliśmy w stronę gospody.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Rozdział XXIV - Ulfric Gromowładny

     - Więc trakt prowadzi naokoło? – mój głos stał się zrzędliwy. – Nie ma krótszej drogi?

     Szliśmy drogą do Białej Grani. Poranne powietrze było rześkie i chłodne. Miałem doskonały humor, dopóki nie zerknąłem na mapę. Okazało się bowiem, że idąc traktem, musimy nadłożyć sporo drogi, podczas gdy na przełaj byłoby znacznie bliżej. 

     - Trakt jest dla wozów i karawan – odparła Lydia. – Doliną da się przejść, ale wóz nie przejedzie. To co, na przełaj?

     - Droga jest bardzo trudna? – spytałem niepewnie.

     - Wcale nie jest trudna – odparła. – Tylko trzeba uważać na wilki i szablozębne koty. Czasem może się tu jakiś napatoczyć.

     Postanowiliśmy mimo wszystko zaryzykować. Istotnie, droga nie była trudna. Czasem przecinały ją wąskie i płytkie strumyki, czasami trzeba było omijać co bardziej strome wzgórza, ale poza tym szło się całkiem przyjemnie. Naszym oczom ukazała się niewysoka, ale dość stroma góra, a u jej stóp malownicze jezioro. W blasku słońca wyglądało naprawdę pięknie.

     - Ładnie tu – odetchnąłem głęboko.

     Ale Lydia nie odpowiedziała. Wpatrywała się w coś w oddali. Podążyłem za jej wzrokiem i po chwili też dojrzałem jakąś płomienną postać, ciskającą ogniste pociski. Niedaleko inna postać, w czarnej szacie, strzelała do niej lodowymi kolcami.

     Zafascynowany przyglądałem się temu pojedynkowi między lodowym magiem a atronachem ognia, bo tym właśnie okazała się być ognista postać. W końcu mag uległ, a atronach zwrócił się w naszą stronę. Chciałem podejść bliżej i przyjrzeć mu się uważniej, ale rzucona ku mnie ognista kula przekonała mnie, że nie ma on zamiaru zawierać znajomości. Zaatakował nas tak, jak zrobiłby to z każdą ziemską istotą, zbliżającą się ku niemu.

     Atronach jest rodzajem daedry, zamieszkującym Otchłań. Sam z siebie bardzo rzadko zjawia się na ziemi, ale można go przywołać z Otchłani, mając odpowiednie składniki, lub znając odpowiednie zaklęcie ze Szkoły Przywołania. Był zawsze posłuszny magowi, który go przywołał, ale nikt inny nie miał nad nim kontroli i atakował on każdego innego, kogo tylko zdołał ujrzeć. Atronachy to uosobienia żywiołów. Ten tutaj był związany z ogniem i wyglądał jak zwiewna, niemal niewieścia postać, płynąca cal nad ziemią, płonąca purpurowym ogniem. Atronach lodu, o czym dowiedziałem się później, związany z mrozem, przypominał lodowego giganta. Był jeszcze atronach burzy, wyglądający jak siłacz, zbudowany z małych, burzowych chmur, po których przelatywały błyskawice. Jak każda daedra, atronachy były nieśmiertelne. Nie można było ich zabić, można było jednak osłabić ich ziemską powłokę na tyle, że wracały do Otchłani. Ten tutaj musiał być wyczerpany walką z magiem, bowiem dwie celne strzały wystarczyły, aby się zachwiał, spłynął na ziemię, a potem wybuchł w malowniczej eksplozji.

Atronach Ognia to nierzadki widok w Skyrim. Ta daedra jest jedną z chętniej przez magów przywoływanych postaci z Otchłani. Zapewne z powodu skuteczności, ale być może i niewątpliwego uroku

     Podszedłem bliżej. Atronach zniknął. W miejscu, gdzie padł, ujrzałem tylko spaloną trawę i jakiś purpurowy proszek.

     Sole ognia!

     Wspominał o nich Balimund. Niewiele się namyślając, zebrałem sporą garść drobnej, miałkiej soli do swej sakiewki. Innego naczynia nie miałem.

     Do białej Grani dotarliśmy wieczorem, bez dalszych przygód. Wiadomości od Delphine wciąż nie było.

     Rankiem zbudziło nas walenie pięścią do drzwi. 

     Niezadowolony zwlokłem się na dół i otworzyłem je. Przede mną stał człowiek w podróżnym stroju, z dużą torbą na plecach. Zanim zdążyłem się odezwać, zaczął się dopytywać, czy to ja jestem Wulfhere, zwany Smoczym Dziecięciem. Wciąż nieco zaspany, potwierdziłem. Ucieszył się.

     - Szukałem cię wszędzie – oświadczył, sięgając do torby. – Mam dostarczyć coś wprost do twych rąk. Zobaczmy… - pogmerał chwile w torbie, po czym wyciągnął z niej zapieczętowany list i wręczył mi go. – To by było na tyle. Muszę lecieć!

     Pomacałem się po spodniach, w poszukiwaniu sakiewki, ale zapomniałem, że jestem tylko w cienkich, płóciennych pludrach i koszuli. Pieniądze zostały na górze. Kurier, ujrzawszy to, roześmiał się.

     - Nie trzeba – oświadczył. – Zapłatę dostałem od nadawcy. Na razie!

     I tyle go widziałem!

     Zamknąłem drzwi i zaaferowany spojrzałem na list. Był opatrzony pieczęcią, przedstawiającą stylizowany łeb jelenia. Czyżby z dawna oczekiwana wiadomość od Delphine? Podszedłem do okna, gdzie było lepsze światło.

     - Co się stało? – spytała Lydia, schodząc po schodach.

     Pokazałem jej list.

     - Pieczęć Falkret – ziewnęła, rzuciwszy na nią okiem. – Nieduże miasto w górach, na południu.

     - Falkret – powtórzyłem bezwiednie. – Już myślałem, że to od Delphine. Chociaż, kto wie, gdzie ją wywiało.

     Złamałem pieczęć i rozwinąłem list.


     Wulfhere,

     Pozwól, że się przedstawię. Nazywam się Siddgeir i mam zaszczyt piastować funkcje jarla w dumnym, starożytnym mieście Falkret.

     Wieści o twoich dokonaniach w Skyrim zwróciły na moją uwagę. Jeśli zechcesz zostać tanem krainy Falkret, zapraszam cię na rozmowę ze mną następnym razem, gdy gościć cię będzie Falkret. Poza zaszczytem, jaki wiąże się z tym tytułem, moi tanowie mają prawo do posiadania osobistego huskarla. Informuję cię również, że jeśli twoje usługi okażą się dla mnie cenne, w dzielnicy Falkret z pewnością znajdzie się działka ziemi, którą będziesz miał możliwość zakupić.

     Z niecierpliwością wyczekuję naszego spotkania.

     Pozostaję z szacunkiem,

     Jarl miasta Falkret Siddgeir

     
     Wzruszyłem ramionami i podałem list Lydii. Na co mi działka w Falkret, jak mam już dom w Białej Grani? Mimo wszystko, postanowiłem spotkać się z Siddgeirem, ale jeszcze nie teraz. Teraz planowałem wyprawę do Wichrowego Tronu.

Biała Gań - bazar w Dzielnicy Wiatru. Z obu stron schodów widoczne cembrowane kanały, zasilające miasto w wodę ze źródła przy Smoczej Przystani


     Przez kilka dni odpoczywaliśmy. Ja przy okazji naprawiłem sobie i dopasowałem do swojej sylwetki elfią zbroję, hełm, buty i rękawice. Gdy stanąłem w niej przed Lydią, ta przekrzywiła głowę i stwierdziła, że i tak z Thalmorczykiem nikt mnie nie pomyli.

     - Dlaczego? – spytałem zaskoczony.

     - Jesteś za mały – rzuciła przez ramię.

     Fakt, że Altmerowie było stosunkowo wysocy, ale mogła to ująć inaczej.

     Rankiem czwartego dnia, wciąż nie otrzymawszy wiadomości od Delphine, wyruszyliśmy znaną sobie trasą do Wichrowego Tronu. Przez cały dzień nie spotkała nas żadna przygoda. Zmierzchało już, gdy skręciliśmy na trakt do miasta, ale postanowiliśmy iść dalej, nie czując zmęczenia.

     - Zabawne – mruknąłem do Lydii. – Po raz trzeci w życiu idę tą drogą, ale jeszcze jej nie widziałem za dnia.

     Do miasta dotarliśmy przed północą. Gospoda pod Knotem przyjęła nas gościnnie, w dodatku mieli tam świeżo upieczony chleb, jeszcze gorący, który pachniał z daleka. Rzuciliśmy się na kolację, jak dwa wygłodniałe wilki, a potem udaliśmy się na spoczynek.

     Rano wstałem zamyślony. Nie miałem żadnego pretekstu, aby udać się do Ulfrica. Wejście tak po prostu, ni z gruszki, ni z pietruszki, w ogóle nie wchodziło w grę. Chyba, że przyłączę się do Gromowładnych i złożę mu przysięgę, ale tego wcale nie chciałem. Jeszcze nie!

     Postanowiliśmy pospacerować trochę po mieście, w nadziei, że przyjdzie nam do głowy jakiś pomysł. Porozmawiałem z kowalem. Spojrzał nieufnym wzrokiem na moją elfią zbroję i stwierdził, że nie ma dla mnie żadnych zleceń. Szkoda, dostarczenie broni do pałacu byłoby świetnym pretekstem. A ja, choć coraz lepiej czułem się w lekkiej, a przy tym niezwykle wytrzymałej thalmorskiej zbroi, zacząłem żałować, że wybrałem się w niej właśnie do tego miasta. Tu wszystko co nienorskie, było co najmniej podejrzane, a już na pewno godne pogardy.

     Postanowiłem pójść do Szarej Dzielnicy. Tam podobno był jakiś sklep, więc była okazja poszukać czegoś ciekawego, albo pozbyć się kilku kamyków. Przechodząc jednak obok Komnaty Umarłych i niewielkiego cmentarza, ujrzałem zbiegowisko.

     - Stać! Nie zbliżać się!

     Głos strażnika należał do gatunku tych, z którymi się nie dyskutuje, tylko natychmiast wykonuje jego polecenia. Zerknąłem na mały tłumek, zgromadzony wokół grobu. Na pomniku ktoś leżał.

     - Co się stało? – odważyłem się spytać. – Potrzeba pomocy? Mam miksturę leczniczą.

     - Możesz ją sobie… - strażnik nie dokończył. – Za późno. Kolejna dziewczyna nie żyje.

     I po tych słowach jego ton stracił nieco na twardości. Zapewne śmierć tej osoby poruszyła go do tego stopnia, że trudno mu było zgrywać twardziela.

     - Znałeś ją – spytałem.

     Strażnik niechętnie skinął głową.

     - Susanne z Gospody pod Knotem – mruknął. – Ledwie parę wieczorów temu podawała mi piwo.

     - Kolejna? – spojrzałem na niego. – To znaczy, że były też inne? To zdarzyło się już wcześniej?

     Strażnik przejechał dłonią po karku. Miał na głowie przyłbicę, ale odniosłem wrażenie, że bardzo chciałby ją teraz zdjąć.

     - Susanne jest trzecia – mruknął ze smutkiem. – Zawsze tak samo. Młoda dziewczyna zabita nocą. Ciało w strzępach.

     Skinąłem głową ze zrozumieniem. Strażnik natomiast odsunął się nieco i pozwolił mi zerknąć na zwłoki. Ciało dziewczyny leżało na pomniku twarzą do dołu. Było rozebrane niemal do naga. Rany rzeczywiście były głębokie i paskudne. Nie trzeba było bystrości, żeby odgadnąć, że zadano je ostrym narzędziem. Niektóre z nich oblane były krwią, inne wydawały się suche, widać zadane już po śmierci dziewczyny, gdy serce przestało bić. Napastnik w niewysłowiony sposób pastwił się najpierw nad ofiarą, potem nad jej zwłokami. Wzdrygnąłem się.

     - Bestia… - szepnęła za moimi plecami Lydia.

     - Czy ktoś zajmuje się tą sprawą? – spytałem. – Boję się, że będą następne.

     Strażnik zrezygnowany machnął ręką.

     - Wojna nas już sporo kosztuje, więc nikt nie ma czasu się tym zajmować. Przykre, ale tak właśnie jest.

     Bezkarny morderca, w dodatku sadysta w środku miasta, a nikt nic z tym nie robi! Nie wierzyłem własnym uszom. Spojrzeliśmy na siebie z Lydią, nie kryjąc zdumienia. W Białej Grani nawet trudno było sobie wyobrazić coś takiego, ale nawet gdyby się zdarzyło, strażnicy zapomnieliby o śnie, jedzeniu i piciu, dopóki nie znaleźliby sprawcy. W dodatku każdy pomagałby jak tylko by mógł. Ale to nie było winą strażnika – on nie potrzebował reprymendy, tylko pomocy. Zaofiarowałem więc swoją. Naprawdę było mi żal tej dziewczyny i bałem się, że będą następne ofiary.

     Strażnik wzruszył ramionami.

     - Pewnie, możesz pomóc. Spróbuj pogadać z ludźmi, może ktoś coś widział. Ja zbadam ciało, zanim dobiorą się do niego szczury.

     Ostatnie zdanie powiedział z goryczą, której nawet nie próbował ukryć.

     Spytałem tłum, kto był tutaj w nocy. Podeszły do mnie trzy osoby. Poprosiłem, żeby podały swoje imiona i opowiedziały mi, co widziały.

     Jeden z nich był Cyrodiilijczykiem w średnim wieku. Widocznie widok rodaka go ośmielił, bo odezwał się jako pierwszy. Przedstawił się jako Calixto Corrium, właściciel Domu Osobliwości, jak nazywał niewielkie muzeum w mieście. Wydawało mu się, że widział kogoś uciekającego, ale nie przyglądał mu się. Zresztą, trwało to bardzo krótko. Zapytałem go o czas, o kierunek, w którym domniemany sprawca uciekł, ale nic więcej nie wiedział. Drugą osoba była znajoma mi już staruszka, która swego czasu poprosiła mnie o datek. Ludzie nazywali ją Sildą Niewidoczną. W świetle dziennym wcale nie wyglądała tak staro. Ale widać było, że jest słaba i schorowana, co dodawało jej wielu lat.

     - W nocy zwykle kręcę się w pobliżu kuźni – rzekła cicho, jakby się usprawiedliwiała. – Tam cieplej. Usłyszałam jakiś krzyk. Nadbiegłam, ale nie biegam już tak szybko jak kiedyś. Ona… Ona już taka była, gdy tu dotarłam.

     Trzecia osoba nie była bezpośrednim świadkiem zdarzenia, ale o dziwo, miała najwięcej do powiedzenia. Przedstawiła się jako Helgrid. Była niemłodą już, ale wciąż dziarską Nordką, ubraną w kapłańskie szaty i, jak twierdziła, zajmowała się pochówkiem zmarłych, co zresztą potwierdzili pozostali. Zwróciła moją uwagę na fakt, że sakiewka została nienaruszona, więc nie był to napad rabunkowy.

     - Zresztą, w tym mieście to się raczej nie zdarza – zapewniła mnie, a ja nie miałem powodów, by jej nie wierzyć.

     Strażnik skończył oględziny i od dłuższego czasu przysłuchiwał się zeznaniom. Na koniec wybuchnął z bezsilną złością.

     - Jak zawsze – warknął. – Nikt niczego nie widział! Ta gnida znowu uciekła.

     - Jeśli nie macie nikogo, to ja chętnie się tym zajmę – powiedziałem cicho. 

     Strażnik obruszył się.

     - Słuchaj, jeśli sądzisz, że sprawisz się lepiej niż legion strażników, to proszę bardzo! – rzekł z ironią, po chwili jednak spasował i dodał spokojniej. - Musisz porozmawiać z Jorleifem. Nie możemy pozwolić, by każdy mógł sobie chodzić i twierdzić, że ma jakieś pełnomocnictwa. 

     - Rozumie się – odrzekłem. – Gdzie go znajdę?

     - W Pałacu Królów, oczywiście – odparł strażnik.

     Rzuciłem jeszcze ostatnie spojrzenie na ciało i wstąpiłem na schody prowadzące na główny plac. Nawet nie pomyślałem w tej chwili o tym, że mam właśnie pretekst, by odwiedzić siedzibę Ulfrica. Szedłem zamyślony, bowiem próbowałem znaleźć jakiś powód, dla którego morderca tak pastwił się nad swoją ofiarą. Zanim doszedłem do bramy pałacu, miałem już wytypowane trzy możliwe motywy zbrodni. Pierwsza, to oczywiście gwałt. Dziewczyna się nie dała, więc gwałciciel ze złości zabił ją, a potem jeszcze w szale długo pastwił się nad zwłokami. Fakt, że ciało było obnażone na takim mrozie, tylko to potwierdzał. Drugie, co przyszło mi do głowy, to zemsta. Możliwe, że Susanne wcale nie była tak niewinna, jak się wydawało. Kelnerki i barmanki słuchają różnych rozmów i plotek. Mogła dowiedzieć się czegoś o kimś i tego kogoś szantażować. A on w złości zabił ją, wpadając przy tym w szał. Możliwe… Ale była jeszcze jedna możliwość – dziewczyna została złożona w ofierze jakiegoś chorego kultu.

     Drgnąłem, gdy strażnik mnie zatrzymał.

     - Do zarządcy – powiedziałem niechętnie. – W sprawie morderstw.

     - Skąd masz tę zbroję? – spytał kpiącym tonem. – Jesteś pupilkiem Thalmorczyków?

     - Zdobyłem ją! – wycedziłem przez zęby. – Mogę przejść?

     Efekt był – strażnik spojrzał na mnie z szacunkiem i bez słowa przepuścił. Weszliśmy do środka.

     Sala w Pałacu Królów była równie wielka, jak w Smoczej Przystani. I nawet urządzona podobnie. Cała różnica polegała na tym, że Smoczą Przystań zbudowano z drewna, a Pałac Królów – z kamienia. Tam gładka podłoga, tu kamienna posadzka. Poza tym podobny długi stół i podwyższenie, na którym stał tron. Wokół tronu wolnym krokiem spacerowało dwóch ludzi, pochłoniętych rozmową. Jeden z nich miał na sobie zbroję i niedźwiedzią skórę, nałożoną na głowę, co nadawało mu wygląd barbarzyński i nieokrzesany. Głos miał ochrypły i bardziej wyglądał na zbója, niż wojownika. Ramiona miał umięśnione jak atleta i wyglądał na osiłka. Drugim był Ulfric Gromowładny, którego poznałem od razu. Miał na sobie bogaty strój i poruszał się jak ktoś świadomy własnej wyjątkowości. W kamiennej sali akustyka była tak dobra, że mimo woli słyszałem każde słowo.


Wichrowy Tron - Pałac Królów, sala tronowa

     Przy stole siedział skromniej ubrany człowiek, w zabawnej czapce. Przy nim kilka osób. Widać było, że są bardzo zajęci, omawiając jakąś sprawę.

     - Jorleif? – spytałem cicho strażnika.

     Wskazał mi postać siedzącą przy stole. Podszedłem do niego i zatrzymałem się w pewnej odległości, czekając aż skończy załatwianie interesantów. Tymczasem do moich uszu doszła rozmowa między Ulfrikiem i jego doradcą, który, o ile zdołałem się zorientować, zwał się Galmar Kamienna Pięść i nie wątpiłem, że zasłużył sobie na ten przydomek.

     - Balgruuf nie chce się jasno zadeklarować – rzekł Galmar ochrypłym i nieprzyjemnym głosem.

     Balgruuf? Co oni chcą od Balgruufa. Mimo woli nadstawiłem uszu.

     - Jest prawdziwym Nordem – odparł spokojnie Ulfric. - Jeszcze przejrzy na oczy.

     - Nie byłbym tego taki pewien – mruknął Galmar. – Udało nam się złapać paru gońców z Samotni. Wygląda na to, że cesarscy chcą ruszyć na Białą Grań.

     Ulfric parsknął niezadowolony.

     - Co według ciebie miałbym zrobić? – spytał rozdrażniony.

     - Jeżeli nie jest z nami, jest przeciwko nam – odrzekł Galmar pewnym głosem.

     - On o tym wie – odparł Ulfric. – Wszyscy o tym wiedzą.

     - Jak długo zamierzasz czekać? – spytał niecierpliwym głosem Galmar.

     Ulfric uśmiechnął się z wyższością.

     - Twierdzisz, że powinienem dać Balgruufowi bardziej dosadny znak?

     - Jeśli poderżnięcie gardła można uznać za wiadomość – zaproponował całkiem poważnie Galmar, wzbudzając we mnie obrzydzenie.

     - Zajęcie miasta i okrycie jego imienia hańbą byłoby bardziej dosadnym przykładem, nie uważasz – spytał swobodnie Ulfric.

     A mnie aż zatrzęsło, gdy to usłyszałem. Poczułem złość. Biała Grań była pięknym i wzorowo zarządzanym miastem. Balgruuf może i nie był wybitnym wodzem i może nawet miał coś na sumieniu, ale był znakomitym gospodarzem, oddanym swemu ludowi. W Smoczej Przystani widać było dostatek, ale ten dostatek był widoczny też w całym mieście. Tymczasem Wichrowy Tron to była góra śmieci, walących się murów, wyszczerbionych schodów, na których można było połamać nogi, a w dodatku miasto uprzedzeń, ksenofobii i rasizmu. I, jakby tego było mało, jeszcze grasował w nim sadystyczny morderca i nie było nikogo, komu chciało się tym zająć. Sami nie umieli zbudować niczego, co mogłoby się równać z miastem Balgruufa, a jeszcze chcą zniszczyć jego! Wiele nie brakowało, a obróciłbym się na pięcie i wyszedł, pozostawiając Wichrowy Tron sam sobie. Ale wspomnienie dziewczyny przystopowało mnie. Nie robiłem tego dla Ulfrica, tylko dla mieszkańców, których było mi żal.

     - To jak, możemy zaczynać tę wojnę? – dopytywał się Galmar z niecierpliwością.

     Ulfric tymczasem podkręcił wąsa.

     - Niedługo – zbył go, siadając niedbale na tronie.

     - Nadal uważam, że trzeba było załatwić ich jak Torryga, Trupi-Króla – upierał się Galmar.

     - Torryg był tylko wiadomością dla innych jarlów – skwitował Ulfric. – Ci, którymi ich zastąpimy, będą potrzebowali wsparcia naszej armii.

     - Czekamy tylko na ciebie – zapewnił Galmar.

     - Wszystko zależy od Białej Grani – rzekł Ulfric, zamyślonym głosem. – Jeżeli zajmiemy miasto bez rozlewu krwi, to tym lepiej, a jeżeli nie…

     - Lud cię poprze! – zwołał Galmar.

     A ja zrozumiałem, że ten człowiek fanatycznie wierzy we wszystko, co tylko Ulfric powie…

     - Boję się, że wielu wciąż trzeba przekonać.

     Taaa… Ogniem i żelazem! Tak wyglądają wasze metody przekonywania…

     - Więc niech zdechną! – warknął Galmar. – I oni i ich fałszywi królowie!

     A kto ci, niedźwiedzi wypierdku, dał prawo decydowania o ludzkim życiu!? Mają umrzeć, bo tobie się nie podobają? Tak wygląda wasza norska wizja wolnego państwa? Przyszła na mnie wielka ochota, by przy wszystkich zdzielić go w pysk moją thalmorską rękawicą. To zabolałoby go podwójnie.

     - Jesteśmy żołnierzami od dawna – odparł Ulfric. – Znamy cenę wolności. Lud wciąż rozważa ją w swoich sercach.

     Brzmiało, jak z dawna przygotowane przemówienie, wykute na pamięć.

     - Co nam zostało? – spytał bezradnie Galmar, rozkładając ręce. – Nie mamy żadnych asów w rękawie!

     - Mają rodziny – westchnął Ulfric.

     - A ilu ich synów i córek poszło za tobą w bój? – spytał Galmar z uniesieniem. – To my jesteśmy ich rodziną!

     - Dobrze powiedziane… - zastanowił się Ulfric. – Galmarze, dlaczego walczysz w moim imieniu?

     Galmar stanął przed tronem i posłał jarlowi wiernopoddańcze spojrzenie.

     - Poszedłbym za tobą w samo serce Otchłani! – zapewnił. – Dobrze o tym wiesz.

     - Taaaak – mruknął Ulfric. – Ale dlaczego walczysz? Jeśli nie za mnie, to po co?

     - Prędzej sczeznę niż pozwolę, by elfy dyktowały nam, jak mamy żyć. Czyż w tej kwestii nie jesteśmy jednomyślni? 

     Tu musiałem mu po cichu przyznać mu rację. Moje spotkanie z Thalmorczykami upewniło mnie, że nienawiść do nich jest w pełni zasłużona i usprawiedliwiona. Miałem jednak wciąż w pamięci słowa Delphine i wiedziałem, że wojna byłaby Thalmorowi na rękę. Podzielone Cesarstwo nie oprze się Aldmerskiemu Dominium. Pytanie, czy Galmar zdawał sobie z tego sprawę. Chyba nie, bo fanatycznie oddany Ulfricowi, nawet nie brał pod uwagę takiej możliwości, wierząc swemu jarlowi bezgranicznie. A Ulfric? Czy też był tak zaślepiony, że tego nie dostrzegał, czy przeciwnie? Zerknąłem na niego spod powiek. Czy możliwe, że on został nasłany przez Thalmor? Ile szczerości było w jego deklaracjach, a ile cynizmu i manipulacji? Nie potrafiłem tego rozstrzygnąć. Tymczasem on wyprostował się na tronie i uroczystym, poważnym tonem przemówił.

     - Walczę za mężczyzn, których trzymałem w ramionach, gdy umierali na obcej ziemi! – zagrzmiał. - Walczę za mężczyzn, których trzymałem w ramionach, gdy umierali na obcej ziemi! Walczę za ich żony i dzieci, których imiona szeptali ostatnim tchnieniem! Walczę za tę garstkę, która wróciła do domu tylko po to, by ujrzeć nasz kraj pełen obcych ludzi o znajomych twarzach! Walczę za swój lud żyjący w biedzie i spłacający dług Cesarstwu, które jest zbyt słabe, by ich bronić, a mimo to piętnuje ich mianem przestępców za to, że pragną decydować o własnym losie! Walczę, po to, by przelana dotychczas krew nie poszła na marne. Walczę, gdyż muszę.

     Ostatnie zdanie wypowiedział szeptem, a ja, musiałem to przyznać, byłem pod wrażeniem tej przemowy. Miał dużo racji, twierdząc że Cesarstwo nie zdało w tym momencie egzaminu z lojalności wobec swoich obywateli. Inna sprawa, że to tylko jedna strona medalu…

     Sztywna elfia zbroja sprawiła, że kuksańca pod żebro w ogóle nie poczułem. Lydia pociągnęła mnie za rękę, żeby przywołać mnie do rzeczywistości. Zarządca Jorleif skończył już bowiem załatwiać sprawy interesantów i dopytywał się, w jakiej sprawie go o odwiedzam.

     - Przepraszam – zaczerwieniłem się. – Przysłuchiwałem się mowie Ulfrica i zapomniałem o całym świecie.

     - Potrafi zahipnotyzować – skinął głową ze zrozumieniem. – O co chodzi?

     Opowiedziałem mu o zdarzeniu na cmentarzu. Wyraźnie go to zmartwiło, ale gdy zaofiarowałem swoją pomoc, przystał na to z ochotą. Był mi wdzięczny, że ktoś chce zająć się ta sprawą. Bez wahania udzielił mi wszelkich pełnomocnictw.

     Gdy skończyłem rozmowę z Jorleifem, zerknąłem na tron. Ulfric przyglądał mi się uważnie. No cóż, elfia zbroja zapewne nie była częstym widokiem w tych murach. Zachęcony tym spojrzeniem, podszedłem do tronu i skłoniłem się.

     - Bądź pozdrowiony, Ulfricu Gromowładny – powiedziałem.

     Nie odpowiedział od razu. Zmarszczył brwi i oparł policzek o podwinięte palce.

     - Tylko głupcy i odważni podchodzą do jarla bez wezwania – odezwał się, wciąż mi się przypatrując.

     - Tylko, jeśli za jarla mają tyrana – odparłem bezczelnie.

     Uniósł brwi, nie wiadomo czy w podziwie dla mojej elokwencji czy głupoty.

     - Jak widzisz, wiele spraw wymaga mojej uwagi – rzekł powoli. – Jeśli koniecznie chcesz po prostu sobie pogadać, może zawołam kilku strażników więziennych, żeby ucięli sobie z tobą pogawędkę.

     Sam dziwiłem się swojej swobodzie, ale miałem akurat dobry dzień i sypałem ripostami jak z rękawa.

     - Tyran zapewne tak właśnie by uczynił – odparłem.

     Rozszerzyły mu się nozdrza. Zaczynało się w nim gotować. 

     - Ta zbroja jest obrazą dla obywateli tego miasta – rzekł powoli. – Już za to samo mógłbym cię wtrącić do lochu i nie muszę być żadnym tyranem. Dlaczego nosisz zbroję Thalmoru?

     - Zdobyłem ją – odparłem z prostotą. – Czyż dla Thalmorczyków nie jest to jeszcze większą obrazą?

     Zaśmiał się. Nie był to serdeczny, beztroski śmiech, jaki niegdyś widziałem u Balgruufa, ale nareszcie porzucił swą nadętą pozę zbawcy świata. Ten krótki śmiech przywrócił go do równowagi.

     - Czy ja cię przypadkiem nie znam? – spytał, poważniejąc. – Wydaje mi się, że już gdzieś cię widziałem.

     - Miło mi, że pamiętasz – odparłem swobodniej. – To jest właśnie powód, dla którego staję przed tobą nie wzywany. Byłem towarzyszem twojej niedoli, gdy na krótki czas obu nas opuściło szczęście. Uznałem, że zadzierzgnęło to między nami pewne więzy, które pozwalają mi dowiedzieć się o twoje zdrowie. 

     Naprawdę nie byłem aż tak wygadany. Miałem tylko nadzieję, że jarl z kolei nie był za bardzo oczytany w cyrolidiijskiej literaturze, bowiem właśnie zacytowałem mu fragment jednej z czytanych w dzieciństwie baśni. 

     - A bez metafor? – spytał.

     Uśmiechnąłem się. Bystry miał umysł! Odpiąłem hełm i zdjąłem go. Może teraz sobie przypomni.

     - Byliśmy razem w Helgen.

     Pochylił się w moją stronę i przewiercił mnie wzrokiem.

     - Czyżby?

     - Siedziałem z tobą na jednym wozie, gdy wiedziono nas na śmierć. Razem z Ralofem z Rzecznej Puszczy i nieszczęsnym Lokirem z Rorikstead, niech Arkay opiekuje się jego duszą.

     Błysk zrozumienia zajarzył się w jego oczach. Pozornie surowe oblicze wyraźnie się rozjaśniło, choć na twarzy nie drgnął mu ani jeden mięsień.

     - Tak, teraz poznaję – skinął głową i lekko się uśmiechnął. – Poznaję tę głowę, która już leżała na katowskim pniu, gdy pojawił się smok. Cieszę się, że widzę cię zdrowym.

     - I ja, jarlu, cieszę się, że mogę cię oglądać w dobrym zdrowiu – zapewniłem. – Nie będę zajmował ci więcej czasu. Chciałem tylko upewnić się, że u ciebie wszystko dobrze.

     Skłoniłem się, a on również skinął mi łaskawie głową. Audiencja była skończona, a ja na razie nie trafiłem do lochów.

     Wychodząc na zewnątrz, omal się nie roześmiałem. Oczywiście, nie pozwoliłbym się aresztować i z pewnością dałbym radę kilku strażnikom, próbującym tego dokonać. Nie chciałem z nimi walczyć, ale gdybym nie miał wyboru, nie wahałbym się ani chwili. Musiałbym potem omijać Wichrowy Tron szerokim łukiem, ale aż tak bardzo tego miasta nie kochałem. Mimo wszystko byłem zadowolony z takiego obrotu sprawy. 

     Szybko jednak spoważniałem. Czekało mnie wcale niełatwe śledztwo, a ja byłem w tych sprawach zupełnie zielony. Z westchnieniem udałem się na miejsce przestępstwa.

czwartek, 14 kwietnia 2016

Rozdział XXIII - Wąwóz Rabusiów

     Obudziłem się długo przed świtem. Cała miejscowość jeszcze spała. Tylko oberżystka cicho krzątała się już po kuchni. Zamieniliśmy kilka słów. Dowiedziałem się, że ma na imię Faida i rzeczywiście pochodzi z Cyrodiil. Po chwili z sąsiedniego pokoju wychyliła się Lydia.

     - Śpij, jeszcze wcześnie – uśmiechnąłem się.

     - Niedługo będzie świtać – odparła, ziewając. – Nie ma sensu kłaść się znów.

     Usiadła obok mnie. Zamówiliśmy sobie po kilka kanapek i kubku gorącego, całkiem smacznego naparu z palonego zboża i cykorii. Uspokoiłem Faidę, że wcale nam się nie spieszy, bo zaczęła przygotowywać śniadanie w takim pośpiechu, że wszystko leciało jej z rąk. Spojrzała na mnie z wdzięcznością.

     - Jakie plany na dziś? – spytał Lydia.

     Wzruszyłem ramionami.

     - Trzeba się dowiedzieć, czy Delphine ma już jakiś pomysł – odrzekłem powoli. – A jeśli nie, to…

     Poczekała chwilę, ale potem popędziła mnie, oczekując odpowiedzi.

     - Mam ochotę odwiedzić Wichrowy Tron i zobaczyć się z Ulfrikiem – wyznałem. – Muszę wiedzieć, kto ma rację, bo inaczej zwariuję.

     Uniosła brwi.

     - A zostaniemy w ogóle do niego wpuszczeni? – wyraziła wątpliwość. – A nawet jeśli, to co mu powiesz? I, co ważniejsze, co on ci odpowie…

     - Nie rozumiem – spojrzałem na nią pytająco.

     - Powie ci to, co chcesz usłyszeć. Pewnie zwerbuje cię do Gromowładnych.

     Opuściłem głowę. Miała rację. Ale może tak właśnie byłoby lepiej, dać się opętać idei i walczyć o to, w co się wierzy. Mieć cel w życiu, robić coś nie dla siebie, ale dla innych, z czystym sumieniem i radością w sercu.

     - Nie znam się na polityce – odparła z prostotą. – Dokądkolwiek pójdziesz, ja pójdę za tobą. Tylko jeśli na koniec okaże się, że wybrałeś źle, to rozpaczą zapłacisz podwójnie za te wszystkie uniesienia serca. Przy okazji, nie wydaje ci się, że najpierw należałoby zrobić porządek ze smokami?

     Prychnąłem z dezaprobatą. Nie żebym się z nią nie zgadzał, tylko właśnie dlatego, że znów miała rację.

     - Wciągasz skoomę, że od rana jesteś taka wyszczekana? – mruknąłem zgryźliwie. – Daj mi się obudzić i pomyśleć.

     Roześmiała się.

     - Jak sobie życzysz, tanie – dobiła mnie swoją irytującą formułką. – Daj znać, jak się obudzisz.

     Bezczelna!

     Ale wiedziałem, że wolę ją właśnie taką - szczerą, swobodną i mającą własne zdanie, niż tego posłusznego żołnierza, którym była na początku naszej znajomości.

     Słońce jeszcze nie pojawiło się za górami, gdy opuszczaliśmy gospodę, kierując się na południe. Miejscowość nie była duża, ale miała jeden bardzo charakterystyczny obiekt. Był nim most. Masywny, kamienny most, przegradzający rzekę, wysoko sklepiony, ozdobiony pośrodku rzeźbą w kształcie smoczego łba, naprawdę robił wrażenie. W dodatku wybudowano go w miejscu, gdzie rzeka była rwąca, szeroka i całkiem głęboka, miał więc spore znaczenie strategiczne. Nie zdziwił mnie więc mijany po prawej stronie posterunek cesarskiego legionu. Takiego miejsca należało pilnować, aby nie wpadło w ręce wroga.

     Nieco dalej na południe weszliśmy na drugi most, nie tak wielki, przerzucony nad niewielką rzeczką. Za nim stal kupiecki wóz, jak nam się z daleka wydawało, wyładowany towarem. Choć rozglądaliśmy się na boki, w szarzyźnie poranka nie mogliśmy dostrzec ani właściciela, ani konia, bo przecież ręcznie takiego wozu pchnąć przez góry się nie da. Zagadka rozwiązała się, gdy podeszliśmy bliżej. W wysokiej trawie leżała zamordowana Regardka, a kilka kroków dalej Nord, naszpikowany strzałami. Koń też był, a jakże! Ale również nieżywy, ze śladami po mieczu i strzałach. Ciała były sztywne i powoli zaczynały gnić. Musiało się to więc wydarzyć co najmniej wczoraj rano, bowiem chłodna noc z pewnością spowolniła rozkład zwłok.

     Nie wiedziałem, co zrobić. Nord, oprócz ubrania, nie miał przy sobie nic – ani broni, ani żadnych kosztowności. U Regardki znalazłem jednak trochę złota i srebrny pierścień z ametystem na palcu, a w sakiewce, przytroczonej do paska, oprawiony w skórę pamiętnik.

     Nie mogłem się powstrzymać, musiałem do niego zajrzeć. Wschodzące słońce oświetliło jasne kartki, pokryte drobnym, kobiecym pismem.

     
     Błagałam męża, aby nie jechał. Nie chciał słuchać. Stwierdził, że jeśli opóźni dostawy o kolejny tydzień, legion znajdzie kogo innego, by ruszył na południe.

     Niech sobie zatrzymają te przeklęte pieniądze. Droga do Białej Grani jest dziś tak niebezpieczna. Wszyscy o tym wiedzą. Tyle karawan zostało napadniętych, tylu podróżnych rozpłynęło się w powietrzu. Niektórzy twierdzą, że to zwykli rozbójnicy, ale krążą plotki o goblinach, duchach, czy wiedźmach.

     Jesteśmy małżeństwem od dwunastu lat. Nie zniosę myśli, że mogłabym go stracić. Nie pozwolę mu jechać samemu, nie tym razem. Żyjemy we dwoje i tak umrzemy. Maro, miej nas w opiece.


     Powoli zamknąłem pamiętnik.

     Dlaczego chce mi się wyć właśnie teraz? Tyle razy widziałem już śmierć, tyle razy sam ją zadałem… Dlaczego akurat ta śmierć mnie tak przybiła? Bo byli niczemu niewinni? A co zawinili upolowani przez trolla żołnierze? Co zawinił Khajicki kupiec, że zabił go gigant? Co zawiniła Agna w Grobowcu Hilldura? Tylu niewinnych ludzi już zginęło. Dlaczego właśnie teraz wzrok mi się mgli i ściska mnie za gardło?

     Nie wiem, kto mi odpowiedział. Wyglądało to tak, jakby ktoś mądrzejszy ode mnie podsunął mi tę myśl.

     Bo taka miłość nie powinna była zginąć!

    Tak, to była prawda. Tak naprawdę żałowałem nie tyle tych dwojga nieszczęśników, co ich miłości. Taka miłość jest skarbem, który nie powinien zostać tak bezsensownie zniszczony.

     Wiem, że Lydia pomyślała wtedy to samo. Sama mi się później do tego przyznała. I widziałem, że bardzo nią to wstrząsnęło. Mimo to, ta dzielna dziewczyna próbowała funkcjonować normalnie. Podała mi strzałę, wyrwaną ze zwłok zabitego konia.

     - Ty się na tym lepiej znasz – powiedziała przez ściśnięte gardło. – Co to za strzała? Nigdy takiej nie widziałam.

     Wziąłem do ręki czarny pocisk. Dziwne… Z czego go zrobiono? Był cienki, prosty, ale zarówno przy grocie, jak i przy lotkach nieco pogrubiony. Asymetryczny grot wyglądał, jakby razem z drzewcem tworzył jedną całość. I nie było to drewno, ani metal. Było bardzo sztywne i lekkie. To coś wyglądało jak… Jakby takie już urosło! Obejrzałem inne strzały. Wszystkie miały taki sam kształt, ale różniły się nieznacznie długością i grubością. Wyciągnąłem orkowy sztylet i spróbowałem przeciąć jedną z nich. Okazała się być bardzo twarda, ale po krótkim wysiłku udało mi się ją rozłupać. Była pusta w środku, choć nie do końca. Miała w sobie jakieś zasuszone narośla, zupełnie jak źle oczyszczona skóra z resztkami mięsa.

     - Wiesz, co mi to przypomina? – powiedziałem wolno. – Będziesz się śmiać, ale ja powiedziałbym, że… Że to wysuszona noga jakiegoś pająka, albo owada.

     - Chaurus – odrzekła Lydia, wcale się nie uśmiechając. – Na bagnach żyje taki owad.

     Gdzieś już chyba słyszałem tę nazwę.

     - Taki duży? – przyłożyłem strzałę do ramienia. Prawie dorównywała mu długością.

     - Bardzo duży – odrzekła. – Widziałam spreparowane okazy. Ma wielkość wilka, ale bywają większe.

     - Jadowity?

     - Nie wiem, chyba nie. Ale silny i ma ostre szczęki. Podobno młode mogą latać.

     Podrapałem się po nosie.

    - Kto robi strzały z nogi owada? – zapytałem głośno sam siebie. – Prostego drewna pod dostatkiem, wokół rośnie pełno trzciny, która też się na to nadaje. A tu – zerknąłem na prymitywną strzałę – ani to specjalnie lekkie, ani specjalnie proste. No i strzały tak bardzo się od siebie różnią. Przecież dobry komplet strzał właśnie dlatego jest dobry, że wszystkie są jednakowe!

     Lydia nic nie powiedziała, ale wiedziałem, że się ze mną zgadza. Łucznik ma ruchy tak wytrenowane, że za każdym razem składa się do strzału w jednakowy sposób. I dlatego tak ważne jest, alby każda strzała była taka sama. Wtedy każda z nich, wystrzelona w taki sam sposób, trafi w to samo miejsce, co pozostałe. A gdy każda jest inna… Z bliska to może nie ma większego znaczenia, ale z daleka nawet najlepszy strzelec nie trafi tam, gdzie celował. Wyceluje w środek, a tu okaże się, że ta akurat strzała jest cięższa i trafi poniżej celu. Skoryguje – a tu niespodzianka, następna strzała jest lżejsza i trafi w niebo. A trzecia okaże się krótsza i w ogóle spadnie z łęczyska. Dziwne to było.

     Jeszcze dziwniejszym był fakt, że zwłok nie obrabowano. Pozostawiono przy nich wszystkie kosztowności i towary na wozie. Nie zrobili więc tego rozbójnicy. Poza tym, oni na pewno nie zabijaliby konia.

     - Chyba, że zranili go w walce – mruknęła Lydia. – I go dobili, bo nie nadawał się już do niczego.

     - I zostawiliby taką skórę? – podrapałem się po nosie. – No i mięso. To przecież góra mięsa. Dla rabusiów prawdziwy skarb.

     - Nie jadam koni – skrzywiła się Lydia.

     - Ja też nie – odparłem powoli. – Bo nie zabiłbym konia dla mięsa. Ale sądzisz, że zbóje mają jakieś zasady?

     Potrząsnęła głową.

     - Tym bardziej nie wiemy, kto ich zabił – westchnęła. – I po co? Komu oni mogli zagrażać? 

     Pozostawiliśmy kwestię nie rozstrzygniętą.

     Na kupieckim wozie znaleźliśmy kilka dywanów. Potraktowaliśmy je jak całuny. Pochowaliśmy nieszczęsnych kupców nieco dalej od drogi, gdzie ziemia była bardziej miękka. Przysypaliśmy kamieniami, ziemią i jeszcze jedną warstwą kamieni. Pamiętnik pochowałem razem z nimi.

     Gdy po pogrzebie myliśmy ręce w rzece, Lydia niespodziewanie odezwała się.

     - Zazdroszczę im.

     Spojrzałem na nią zaskoczony. Dostrzegła to.

     - Tak, zazdroszczę – powtórzyła. – Żyli razem, kochali się i razem zmarli. Wyobrażasz sobie, jak jedno z nich musiałoby cierpieć, gdyby zostało samo na świecie?

     Rozumiałem ją. Byłem wtedy tak rozbity, że łatwo było mnie wzruszyć. I nagle strasznie zatęskniłem do swojego domu. Nie tego w Białej Grani – tego prawdziwego, w którym się wychowałem, gdzie wciąż mieszkali moi rodzice. Zatęskniłem do starszego wioski – surowego, ale przecież dobrodusznego starca. Zatęskniłem do Eanora, swego bosmerskiego przyjaciela. Do kolegów z wioski, do rodzeństwa, do zapachu ziół, wiszących pod stropem, do tego wszystkiego, z czego pochodziłem. Świat wydał mi się nagle nieprzyjazny i wrogi. Tylko tam, w rodzinnym domu było spokojnie, bezpiecznie i ciepło. Chyba lekkomyślnie go porzuciłem.

     Po drodze powiedziałem o tym Lydii, trochę się wstydząc własnej słabości. 

     - Gdybyś nie uciekł, właśnie ocierałbyś pot z czoła, dmuchając w ogień, w zamkowej kuchni – odpowiedziała wesoło. – A kucharz stałby nad tobą z pasem i wymyślał ci od obiboków.

     Roześmiałem się. Miała rację. Coraz częściej jej się to zdarzało. Widać, gdy ja nie potrafiłem myśleć spokojnie, ona przejmowała ten obowiązek za mnie.

     Na horyzoncie zamajaczyły nam skały i jakieś zabudowania. Lydia nagle przystanęła.

     - Wąwóz Rabusiów – mruknęła z dezaprobatą. – Mam nadzieję, że w rękach cesarskich!

     - Hę? – może i nie było to inteligentne pytanie, ale Lydia zrozumiała je zupełnie jasno.

     - Tak to nazywają. Często gnieżdżą się tam rozbójnicy. Wąwóz na trakcie, ominąć się nie da. Idealna pułapka na podróżnych.

     Wbiłem wzrok przed siebie. Wydawało mi się, że widzę tam strużkę dymu.

     - Ktoś tam jest – mruknąłem. – Ominąć się nie da, powiadasz?

     - Jedynie w bród – odparła. – Ale karawana nie ominie. Ci nieszczęśnicy tam – wskazała za siebie, - gdyby nie zginęli wcześniej, pewnie wpadliby w ich łapy. No, chyba że cesarscy znów odbili obóz. Przechodzi z rąk do rąk. 

     - Więc trzeba zachować ostrożność – zdjąłem łuk z ramienia. – Chodźmy tędy, przy rzece. Lepiej nie iść traktem, żeby nas nie zauważyli.

     Ale i tak nas zauważyli. I nie byli to cesarscy. Oni nie noszą żelaznych hełmów z rogami, a taki właśnie ujrzałem u nieruchomo stojącego osobnika, pod drewnianym rusztowaniem. Pierwsza strzała nadleciała jednak nie od niego, tylko właściwie nie wiadomo skąd. Wbiła się w ziemię kilka kroków za mną. Przykucnąłem w wysokiej trawie, zaraz pod jej osłoną przesuwając się w bok. Następna spadła jeszcze bliżej.

     Lydia strzeliła w stronę obozu i gwałtowny ruch na drewnianym rusztowaniu zaznaczył trafienie. Dopiero teraz go zauważyłem. Do tego stopnia zlał się z cieniem skał i drewnianego rusztowania, że trudno było go zobaczyć. Posłałem mu strzałę, a ta z kolei posłała go w zaświaty. Niestety, pojawiło się dwóch kolejnych. W dodatku otworzyła się brama, której też przedtem nie zauważyłem, ponieważ nikła w cieniu skały. A z bramy wybiegło dwóch uzbrojonych bandytów. Dołączył do nich ten w hełmie z rogami, który stał dotąd pod rusztowaniem. Wszyscy trzej ruszyli na Lydię.

     Stwierdziłem, że zanim dobiegną, chyba zdążę pozbyć się dwóch łuczników. Ale nie zdążyłem. Gdy po długiej wymianie strzał udało mi się wreszcie obu unieszkodliwić, Lydia wycierała już miecz o spodnie trzeciego pokonanego przeciwnika. Pokręciłem głową z podziwem.

     - Sama przeciw trzem – odezwałem się. – Ile razy mnie jeszcze zadziwisz?

     - Sam przeciw trzem i żadnej ranki – odparła, naśladując mój głos. – Jak ty to robisz?

     - Jesteś ranna? – zaniepokoiłem się.

     - Nic poważnego – machnęła ręką.

     Ale ja już chwyciłem Kostur Uzdrawiającego Dotyku i skierowałem go ku niej. Strzelił złocistą mgiełką, która owionęła moją towarzyszkę i została przez nią wchłonięta.

     - Zaklęcie lecznicze? – spytała zdziwiona. – Jesteś kapłanem?

    Wzruszyłem ramionami. Przecież widzi, że mam w rękach magiczną laskę. A zresztą, czy Szkoła Przywracania zarezerwowana jest tylko dla kapłanów? Ruszyliśmy w stronę obozu. Nie było w nim nikogo, ale na końcu ogrodzenia stała drewniana chata. Ktoś mógł tam się jeszcze chować.

     Łuk znowu powędrował do mojej dłoni, a strzała na cięciwę. Tylko po to, by wylądować na ziemi, gdy odrzuciłem jedno i drugie, chwytając miecz i sięgając po tarczę. Z chaty z impetem wypadł na nas osobnik w stalowej zbroi. Było za ciasno, żeby Lydia mogła mnie wesprzeć. Musiałem sobie radzić sam. Rozbójnik walczył stalowym mieczem. Moja elfia tarcza na razie wytrzymywała ciosy, ramię również, natomiast przebić się przez jego pancerz graniczyło z cudem. Miał na sobie pełnopłytową, stalową zbroję z przyłbicą. Moje ciosy po prostu odbijały się od niej, nie czyniąc mu żadnej szkody. No, prawie żadnej. Nie wolno bowiem zapomnieć, że Przedświt, jak wszystkie daedryczne artefakty, miał w sobie sporo magii. Ten miecz zaklęto ogniem. Za każdym razem, gdy trafiałem w cel, mój przeciwnik zaczynał płonąć. Zrazu, ze względu na mocny pancerz, nawet tego nie zauważył, ale jego zbroja w kilku miejscach nagrzała się tak, że zaczęło go to parzyć. Jego ruchy były coraz bardziej nieskoordynowane. W końcu udało mi się wymacać mieczem szparę między kirysem i naramiennikiem. Ryknął jak zarzynane zwierzę, gdy pod pancerzem buchnął mu ogień. Teraz już poszło szybko. Po chwili rozciągnął się u moich stóp jak długi.

Przedświt, dar Meridii- pierwszy z deadrycznych artefaktów, jakie zdobył Wulfhere. Obecnie eksponat Muzeum Wietrznego Domku w Białej Grani (Skyrim)

     Odwróciłem się do Lydii i zaraz uniosłem miecz. Za nią stał jeszcze jeden bandyta, w łuskowej zbroi i dwuręcznym mieczem w ręce. Oręż jednak miał opuszczony, a jego ciało dziwnie migotało. Lydia roześmiała się, ja po chwili też. To był ożywieniec. Moja towarzyszka użyła kostura, który znaleźliśmy w forcie pod Pękniną i ożywiła zwłoki jednego z bandytów, zwiększając naszą liczebność. Taki ożywieniec nie był zbyt silny, ale zawsze mógł związać na chwilę wrogie siły, co czasem naprawdę trudno było przecenić. Spojrzałem na migotające niebieskim połyskiem ciało, z nieobecnym wzrokiem, wbitym w dal. Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Nie znosiłem nekromancji. Jak w każdym normalnym człowieku, wzbudzała ona we mnie wstręt. Tym razem jednak trudno było mi mieć jej to za złe – nie wiedziała, ilu przeciwników mamy przed sobą, więc na czas zareagowała, powiększając nasze siły. To było bardzo roztropne, choć nie zmienia faktu, że obrzydliwe. Wiedziałem mimo wszystko, że zdarzyło się to po raz pierwszy i ufałem jej, że czego jak czego, ale tego kostura na pewno nadużywać nie będzie. Też czuła do tego wstręt.

     Gapiliśmy się na tego ożywieńca jak na jakieś szczególnie niezrozumiałe i obrzydliwe, ale jednak dzieło sztuki. Żadne z nas nie widziało czegoś takiego z bliska, a przynajmniej nie stojącego nieruchomo. W końcu nieszczęśnik wydał z siebie jęk i… rozsypał się w jasnobłękitny popiół, który zaraz rozwiał wiatr.

     - Nie zniewoliłam go na długo – szepnęła Lydia. – To dobrze…

     - Nie wiem, czy w ogóle go zniewoliłaś – odparłem. – To było puste ciało, bez duszy. Tak mi się przynajmniej wydaje.

     W forcie oczywiście znaleźliśmy trochę wartościowych rzeczy. Chciałem też zabrać tę płytową zbroję, ale okazała się być na tyle ciężka, że poniechałem. Na nikogo z nas nie pasowała i choć można było za nią dostać niezłą cenę, postanowiliśmy ją zostawić. Wrzuciliśmy ją do solidnego kufra, od którego klucz znalazłem przy zwłokach rozbójnika. Może kiedyś tu wrócimy.

     Obejrzeliśmy sobie też przemyślną pułapkę, jaką rabusie przygotowali na podróżnych. Na drewnianym rusztowaniu, zbudowanym na skałach wąwozu, umieścili po obu stronach solidne platformy, z których można było ostrzelać jadących w dole. Ponadto znajdowała się tam ruchoma platforma, która po przesunięciu dźwigni zasypywała wąwóz kilkoma wielkimi głazami, wystarczająco dużymi, aby zabić konia.
Nie mieliśmy tu już nic więcej do roboty. Poprawiliśmy rynsztunek i skierowaliśmy się na most. Droga zaczęła piąć się w górę.

     - Długo tak będziemy się wspinać? – spytałem, gdy trakt nachylił się do tego stopnia, że zacząłem się miejscami z niego ześlizgiwać. – Dokąd prowadzi ta droga? Mam nadzieję, że jest tam gdzieś miejsce, gdzie można odpocząć.

     - Rorikstead – odparła Lydia, ciężko dysząc. – Na szczycie jest wąwóz, a za wąwozem…

     Urwała, gdy na kamieniach obok niej zaklekotała wypuszczona nie wiadomo skąd strzała. Padliśmy na ziemię, ale nie było tu żadnej osłony, a kolejna strzała zaklekotała jeszcze bliżej, krzesząc iskry żelaznym grotem po kamiennym bruku. Jedyna rada – bieg zakosami.

     Poderwaliśmy się jednocześnie. Chwyciliśmy tarcze i za ich osłoną rozpoczęliśmy morderczy bieg pod górę. Strzały co jakiś czas świstały nam koło uszu, ale, o dziwo, żadna nie trafiła. Gdy dojrzałem łucznika, było to jak podpisanie na niego wyroku śmierci. Był daleko, ale nie dla mnie i nie dla dwemerskiego łuku. Odrzuciłem tarczę, chwyciłem łuk. Trafiłem za pierwszym razem w samo serce. Wątpliwe, żeby przeżył taki strzał. Za głazem u góry ujrzałem drugiego. Zdążył się schować, więc moja strzała musnęła go tylko, ale ja rzuciłem się w przód jak szalony, chcąc dopaść do jak najprędzej.

     Lydia jednak była szybsza. Podczas, gdy ja traciłem czas na strzelanie, ona wciąż biegła w górę i właśnie, choć zdyszana i zziajana, dopadła napastnika i natarła na niego ostro. Nie zdołała go zranić, ale udało jej się zmusić go do wychylenia się zza głazu, co wykorzystałem z podziwu godnym refleksem, trafiając go w szyję.
Nie był to koniec kłopotów. Gdy wspięliśmy się na szczyt, z góry ruszył na nas trzeci rozbójnik. Nie zdołał nam zaszkodzić i własnym rozpędem nadział się zwyczajnie na nasze nadstawione miecze. Teraz dopiero walka była skończona.

     - Ilu ich jeszcze napotkamy? – jęknąłem. – To już zaczyna być nudne.

     Szczyt góry był płaski. Droga rozwidlała się w tym miejscu. Wzdłuż grani prowadziła odnoga na zachód, a trakt na wprost wchodził do skalistego wąwozu i skręcał w lewo. Na rozwidleniu stała zaś bardzo sprytna pułapka. Był to porzucony wózek, na którym umieszczono solidny kufer. Obok leżały zwłoki, ubrane w rzemieniową zbroję. Wyglądało to, jakby jakiegoś wędrowca zaatakowali zbóje, ale z jakiegoś powodu nie zdołali go obrabować. Żaden podróżny nie oparłby się pokusie zajrzenia do skrzyni. A wtedy ginął od strzał, wypuszczonych z trzech stron.

     Wspinaczka i czekająca u szczytu walka wyczerpały nas niemal zupełnie. Oparci o wózek, dyszeliśmy jak kowalskie miechy.

     - Daleko do tej miejscowości? – spytałem. – Jak to ona się zwała?

     - Rorikstead – odparła Lydia. – Całkiem blisko, zaraz za wąwozem.

     Rorikstead… Gdzieś już słyszałem tę nazwę… Czy to aby nie stąd pochodził mój nieszczęsny towarzysz niedoli? Lokir z Rorikstead, tak się chyba nazywał! Tak go wywołał Hadvar, zanim chłopak zginął od strzał cesarskich łuczników. Westchnąłem cicho. Może mieszkają tu jacyś jego krewni? Może rodzice… Czy wiedzą, jaki los spotkał ich syna?

     Do wioski rzeczywiście nie było daleko. Ujrzeliśmy ją już za załomem wąwozu. Dowlekliśmy się resztką sił do gospody. Dobrze, że w każdej miejscowości jest gospoda. Może nie być kowala, wójta, nawet mieszkańców, ale gospoda jest zawsze! Ta wioska zresztą też nie była imponująca – tylko kilka chat. No i gospoda! 

     Było zaledwie wczesne popołudnie, ale my już zakończyliśmy nasz dzień. Zamówiliśmy sobie porządny obiad, wynajęliśmy po pokoiku, a potem umyliśmy się przy studni, przebraliśmy się w lekkie ciuchy i próżnowaliśmy już do wieczora, siedząc przy stole i popijając piwo. Od jednego z gości, starego człowieka, dowiedziałem się, że znał Lokira.

     - To sierota – odrzekł, gdy zapytałem go o chłopaka. – Jego rodzice nie żyją, a on sam też popadł w złe towarzystwo. Zaczął kraść, ponoć współpracował z jakąś bandą. Niezłe z niego ziółko. Kiedyś źle się to dla niego skończy.

     - Już się skończyło – mruknąłem głośno. – Lokir nie żyje. Widziałem, jak go zastrzelili cesarscy.

     Starzec uniósł tylko brwi.

     - Szkoda chłopaka - rzekł zamyślony. – Hultaj bo hultaj, ale przecież nie był złym człowiekiem. Niech Arkay się nim opiekuje.

     Wypiliśmy za spokój jego duszy.