wtorek, 12 kwietnia 2016

Rozdział XXII - Przedświt

      Jeszcze nie dotarliśmy do Wietrznego Domku, gdy przy bramie napatoczyłem się na Adrianne.

      - Już zaraz – uprzedziłem ją, zanim otworzyła usta. – Tylko zostawię te manele w domu i zaraz zabieramy się do pracy!

      Pokręciła głową i uśmiechnęła się tylko. Słowa dotrzymałem. Zostawiwszy pakunki w domu, zabrałem tylko skóry i zdobytą broń, po czym zameldowałem się w kuźni, stając na baczność. Wywołałem tym kolejny uśmiech. Zabraliśmy się do pracy.

      Zacząłem od wyprawiania skór, co wychodziło mi lepiej niż niejednemu kowalowi. Potem kilka z nich równo pociąłem na paski o żądanej szerokości. Ja zabrałem się za zszywanie zbroi, podczas gdy Adrianne wykuwała broń. Gdy machanie młotem ją zmęczyło, zamieniliśmy się rolami. Podczas pracy opowiedziałem jej o elfiej zbroi, jaką udało mi się zdobyć. Obiecała pomoc w jej naprawie. Okazało się, że potrafi taką zbroję wykonać, tylko nie bardzo ma z czego. Miała trochę księżycowego kamienia, ale do tego potrzebne też było złoto i specjalny amalgamat, wykonany z rtęci, żelaza, korundu i rafinowanego księżycowego kamienia. Rtęci nikt w mieście nie miał. Zawsze jednak pozostawała przeróbka tej zdobytej.

      Wieczorem, gdy skończyliśmy pracę, Adrianne sięgnęła do kiesy, ale ja zaproponowałem, że rozliczymy się po wykonaniu zlecenia.

      - Zostaniemy tu przez kilka dni, to uporamy się od razu z całym zamówieniem – zapewniłem. – Będziesz miała to z głowy.

      Ale zeszło nam więcej czasu – przeszło tydzień. Nie narzekałem, bo praca szła dobrze, a Lydia w międzyczasie zajęła się domem, przy sporej pomocy Proventusa Avenicci, który załatwił wiele spraw. Przede wszystkim, najął rzemieślników, którzy na powrót postawili ścianę w sypialni i gabinecie, wstawili drzwi i dokładnie naprawili dach. Sprzedał nam też trochę niezłych mebli, zalegające komnatę-graciarnię w Smoczej Przystani. Dość, że kiedy uporaliśmy się z cesarskim zamówieniem, całe piętro było już gotowe, na dole wreszcie było gdzie zjeść i ugotować, a jedynie gabinet czekał na swoją kolej, bo jeszcze nie zdecydowaliśmy, co tam urządzimy. No i moja sakiewka, pomimo zapłaty od Adrienne, była teraz przerażająco lekka, bo remont pochłonął niemal wszystkie moje oszczędności.

      Za elfią zbroję na razie się nie zabrałem. Chciałem odpocząć od kuźni. Więc po prostu, któregoś ranka wdzialiśmy na siebie swoje stare, podreperowane nieco zbroje i wyruszyliśmy do Morthalu.

      Pierwszą noc spędziliśmy w jaskini Orotheim. Pusta od miesiąca melina rozbójników była doskonałym schronieniem. Przy okazji, postanowiłem zabrać stamtąd stalowy berdysz, należący przedtem do herszta bandy, jako dowód dla jarla. Do Morthalu dotarliśmy późnym popołudniem. Od razu udaliśmy się do siedziby jarla. Przy okazji dowiedziałem się, że nazywa się ona Komnatą Wysokiego Księżyca.

      Zwyczajowy strażnik jarla, młody i sympatycznie wyglądający huskarl, wysłuchał nas i przepuścił bez problemów. Zbliżając się do tronu, ze zdziwieniem zauważyłem, że jarl jest kobietą, w wieku około sześćdziesięciu lat, a może i więcej. Włosy jednak miała czarne, bez śladu siwizny. Ech, kobieca próżność! Nawet w tym wieku próbowała oszukać czas, przy pomocy jakiegoś przyciemniającego wywaru. Zwała się Ilgrod Babokruk, a w oczach miała coś, co wręcz wymuszało szacunek. Wydawało się, że te oczy widzą rzeczy, których inni nie dostrzegają.

      - Zatem los skierował was do Morthalu… - odezwała się głosem nadspodziewanie silnym i dźwięcznym. – I do mnie… W jakim celu, to się wkrótce okaże. Witajcie!

      Skłoniliśmy się z szacunkiem i wymieniliśmy nasze imiona. Wyciągnąłem ręce, na których leżał topór z Orotheim.

      - Przywódca bandytów z Orotheim nie żyje – odezwałem się. – Pozostali zresztą też…

      - I jesteś tu, aby dostać za niego nagrodę – odrzekła jarl.

      - Nie ukrywam, że chciałbym ją otrzymać – bąknąłem zmieszany.

      - Doskonale. Wiele ci zawdzięczamy – uśmiechnęła się Ilgrod. – Ciężko było?

      - Nie bardzo – odparłem zgodnie z prawdą. – Ale też nie dałem im żadnych szans. Jestem bardziej łucznikiem niż szermierzem…

      Ostatnie słowa wymówiłem z niejakim wstydem, bowiem trudno było nie przyznać, że nie było to z mojej strony po rycersku. No, po prostu, wystrzelałem ich jak lisy w norze. Ale jarl tylko się uśmiechnęła i ze zrozumieniem skinęła głową.

      - Honorową walkę zostaw ludziom, którzy znają pojęcie honoru – odrzekła wyrozumiale. – Oto nagroda.

      Dostałem woreczek ze zwyczajowymi stoma septimami. Niewiele, ale zawsze coś. Podziękowałem, chwilę jeszcze wymienialiśmy uwagi, po czym opuściliśmy siedzibę jarla i udaliśmy się do gospody. Jonna przyjęła nas gościnnie, więc najedliśmy się do syta i udaliśmy się do łóżek, przewidując, że czeka nas jutro ciężki dzień.

      Nazajutrz poszliśmy na przełaj, przez las i mokradła. Szybko dotarliśmy do rzeki.

      - Spora – przyznałem, widząc przed sobą rozlaną wodę. – Poszukajmy brodu.

      Aby go znaleźć, musieliśmy się nieco cofnąć, ale jakoś przebrnęliśmy przez wodę, choć nie obyło się bez przemoczenia, gdy wpadłem w jakąś dziurę. Po wylaniu wody z butów i wyrażeniu nadziei, że dzień będzie ciepły, udaliśmy się kamiennym traktem w stronę góry Kilkret.

Skyrim, góra Kilkret - świątynia Meridii


      Wszystko zgadzało się z opisem Lydii. Obok traktu stała kamienna brama, pod nią biegły schody. Kilkanaście kroków dalej – następna brama. Schody prowadziły do monumentalnej, kamiennej budowli. Na jej szycie widniał olbrzymi posąg, przedstawiający kobiecą postać, ze zniesionymi w górę ramionami i w płaszczu, wyglądającym, jakby przykrywał ogromne skrzydła, wyrastające jej u ramion. Nieco dalej, na uboczu, w cieniu wielkich świerków, stała smocza ściana. Nie zdążyłem jednak do niej dojść, gdy znany mi już głos Meridii zabrzmiał znów. Tym razem wyczułem w nich żal.

      - Spójrz na moją świątynię – mówiła daedra. – Legła w gruzach. To by było na tyle, jeśli chodzi o wierność śmiertelników, ich serca i rzemiosło! Jeśli mnie nie kochają, jak może ich dosięgnąć moja miłość?

      Słowa te, a raczej skarżący się ton, zrobiły na mnie duże wrażenie. Meridia na pewno nie zasłużyła sobie na ludzką niewdzięczność. Wiedziałem już, że muszę jej pomóc. Ale aby to zrobić muszę być silny. Dlatego pierwsze kroki skierowałem do smoczej ściany, aby poznać nowe słowo, którego zew słyszałem już od kilku chwil.

      - Sui! – szepnąłem nowo poznane słowo. – Powietrze!

      I poczułem, że mogę poruszać się szybko, jak huragan, zadając ciosy nie odbicia. Moje ramiona stały się nieuchwytnym wiatrem, których żadna materia nie zdoła zatrzymać. Dusza zabitego niedawno smoka przyniosła mi zrozumienie słowa nowego krzyku: Furii Żywiołów.

      Obrzęd pod ścianą nie trwał długo. Gdy powróciłem do rzeczywistości, od razu wstąpiłem na schody, prowadzące do posągu Meridii. Stanąłem przed nim, podziwiając starodawne rzemiosło, po czym powoli wyciągnąłem z plecaka klejnot i z namaszczeniem ująłem go w dłonie.

Góra Kilkret - posąg Meridii. U podstawy widoczny postument, w kształcie dwu kobiecych postaci, trzymających się za ręce, na którym kapłani umieszczali klejnot, zwany Latarnią Meridii.

      - Przywróć mi moje światło – odezwała się znów Meridia – bym mogła poprowadzić cię ku przeznaczeniu!

      Zawahałem się. Nie wiedziałem, co mam zrobić, dopóki mój wzrok nie padł na kamienny piedestał, jakby specjalnie po to wykonany, aby umieścić w nim Latarnię Meridii, którą trzymałem w rękach. Podszedłem do niego i umieściłem klejnot na postumencie. Pasował. I nagle stało się coś niesamowitego.

      Oślepiło mnie białe światło. Musiałem zamknąć oczy. Jednocześnie poczułem się, jakbym oderwał się od ziemi i poszybował w górę. Gdy otworzyłem w końcu oczy, nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem. Znajdowałem się wysoko na niebie. Pod sobą widziałem całe Skyrim. Widok był tak niesamowity, że zaparło mi dech w piersiach. Gapiłem się na malownicze szczyty na majaczące w oddali miasta, na srebrne wstążeczki rzek i ciemność lasów. Zapewne żaden śmiertelnik nie podziwiał takiego widoku przede mną. W uszach zabrzmiał mi ponownie głos Meridii, tym razem władczy i stanowczy.

      - Nadszedł czas, by moja świetność powróciła do Skyrim! Lecz symbol mojej prawdy leży teraz pogrzebany pod ruinami niegdyś wspaniałej świątyni, którą teraz zbrukała ciemność, czyhająca wewnątrz. Nekromanta Malkoran plugawi moje sanktuarium swoim zepsuciem, zmuszając do służby zagubione dusze, będące wynikiem tej wojny. Co gorsza, czerpie moc, zgromadzoną w należącym do mnie artefakcie, by czynić zło. Sprowadziłam cię tu, śmiertelna istoto, byś stała się moim czempionem. Udasz się do mojej świątyni, odzyskasz artefakt i zniszczysz plugawca!

      Deadra zamilkła, jakby czekając na moją odpowiedź. Co miałem powiedzieć w takiej sytuacji? Jeśli odmówię, zapewne pozwoli mi spaść prosto na ziemię z wysokości, nieosiągalnej nawet dla ptaków. Nie miałem zamiaru jej odmawiać, ale postawienie mnie w takiej sytuacji uznałem za nie do końca uczciwe. Może właśnie dlatego moja odpowiedź pozbawiona była uległości.

      - Zdaje się, że nie mam innego wyboru! – zawołałem, z pewną dozą ironii.

      Ku mojemu zdziwieniu, w głosie Meridii nie dostrzegłem przygany, raczej wyrozumiałość.

      - Płomień jednej świeczki jest w stanie rozświetlić mrok całej pustki - mówiła. - Jeśli nie ty, to ktoś inny. Moja latarnia na pewno zwabi jakąś szlachetną duszę. Lecz jeśli tli się w tobie mądrość, uczynisz jak mówię. Idź już. Należy odzyskać ten artefakt i zniszczyć Malkorana. Malkoran siłą zawarł drzwi, ale to moja świątynia i odpowiada na moje wezwania. Ześlę promień światła. Przeprowadź je przez świątynię, a drzwi się otworzą.

      I po tych słowach łagodnie opadłem z powrotem na kamienny cokół, obok pomnika. Światło zgasło, głos ucichł. A ja półprzytomny rozejrzałem się wokół.

      Pierwsze, co ujrzałem, to zaaferowane oblicze Lydii.

      - Co to było? – wybąkała. – Zrobiło się jasno i coś uniosło cię w górę!

      - Nie wiem – pokręciłem głową. – Ale naprawdę byłem w górze. Widziałem całe Skyrim! I mówiła do mnie Meridia. Mówiła, że jakiś nekromanta bezcześci świątynię. Musimy go pokonać i odzyskać jakiś artefakt. I jeszcze to, że ona ześle promień światła, który nas poprowadzi i otworzy drzwi.

      Spojrzałem na nią przytomniej.

      - Niewiele z tego rozumiem… - przyznałem. – Ale chcę to zrobić.

      Skinęła głową.

      - Wejście do świątyni jest na dole – powiedziała spokojnym głosem i skierowała się na schody.

      Podążyłem za nią i po chwili stanęliśmy przed wejściem. Drzwi wykonane były z rzeźbionej, kamiennej płyty. Wydawały się zamknięte na głucho, ale, o dziwo, otworzyły się gdy tylko je pchnąłem dłonią. Z pewnością pomogła mi w tym moc Meridii, bowiem pchnąłem o wiele za słabo, by ruszyć z posad tak ciężką i masywną płytę.

      Ujrzeliśmy korytarz, prowadzący w dół. Jasno oświetlony wszędobylską łuną, dobywającą się z rozpalonych w podziemiach zniczy i kaganków. Już na wstępie potknąłem się o zwłoki. U wejścia leżało dwóch nieżywych ludzi, w pysznych szatach i z ciężkimi trzosami u pasa. Spojrzałem pytająco na Lydię, ale ona tylko wzruszyła ramionami. Wiedziała tyle co ja.

      Na dole korytarz rozszerzał się. Po lewej stronie pojawiły się drewniane drzwi, a naprzeciwko żelazna krata, zamykająca przejście do krótkiego, ślepego chodnika, na końcu którego stał drewniany kufer. Zapewne jakiś skarbiec. Kraty jednak nie dało się w żaden sposób podnieść. Spróbowałem więc z drzwiami. Te dały się otworzyć wytrychem. Prowadziły do małej komnatki, w której nie było nic, prócz żelaznej dźwigni. Po jej przesunięciu uniosła się krata naprzeciwko. W kufrze znalazłem sporo złota. Ucieszyłem się z niego, bo moja sakiewka ostatnio zrobiła się przerażająco lekka.

      Dalej korytarz nie był już prosty – wił się jak wąż, by po chwili rozszerzyć się w niewielką salę. Panował w niej okropny nieład, a pod ścianami leżało kilka ludzkich zwłok. Na środku za to widniał piedestał, z widocznym klejnotem-latarnią, podobnym do tego, który przyniosłem ze Szczytu Postradanej Mowy. Za nim znajdowały się drewniane drzwi, których jednak nie zdołałem otworzyć. Podrapałem się w głowę, nie wiedząc, co robić.

      Lydia tymczasem powęszyła trochę po sali, by na koniec wręczyć mi kilka wypełnionych złotem sakiewek. Spojrzałem na nią zdumiony.

      - Meridia jest też panią chciwości – odparła z prostotą. – Nie będzie miała nic przeciwko temu, jeśli zabierzesz sakiewki tym biednym umarłym. Im przecież na nic się nie przydadzą.

      Chowając złoto do plecaka, rozmyślałem nad tym, co powiedziała. „Umarli”… Wiedząc, że grasuje tu jakiś nekromanta, spodziewałbym się raczej nieumarłych. Ożywieńców, albo draugrów. Tymczasem napotkałem tylko spokojnie leżące ciała. I w dodatku, nie wiedziałem, którędy mam iść dalej.

      Przeszukaliśmy całą salę. Nigdzie nie znaleźliśmy żadnego ukrytego wyjścia. Jednak coś mi przyszło do głowy, gdy zerknąłem na piedestał z klejnotem. Padał na niego promień światła, niewiadomego pochodzenia. Wyglądało to, jakby system kryształów prowadził ten promień przez podziemia. Jak to mówiła Meridia? Przeprowadzić promień przez świątynię, a drzwi się otworzą… Póki co, promień urywał się przy piedestale. Tam trzeba było coś zrobić.

      Wskoczyłem na kamienny cokół. W środku miał jakiś dziwny mechanizm. Poruszyłem jakąś dźwigienkę i znajdujący się dotąd w cieniu klejnot, wysunął się z postumentu, prosto pod biały promień światła, który odbił na wprost, jakby przedłużał jego działanie. Jednocześnie drzwi cicho rozwarły się na oścież.

      Spojrzeliśmy po sobie zadowoleni i ruszyliśmy w tamtym kierunku. Naszym oczom ukazały się schody, prowadzące w dół. Na końcu zaś kolejne drzwi, tym razem otwarte, a za nimi obszerna sala. 

      No i wykrakałem! Wspomniałem o nieumarłych. Spodziewałem się draugrów, ale tu ujrzałem coś, czego nie widziałem nigdy przedtem. Naprzeciwko nam wyszły powiem cienie.

      Tak, cienie! Ciemne, ledwo widoczne postacie, o nieokreślonych, mglistych kształtach, uzbrojone w pradawną broń. Wyglądały, jakby czarny dym nie chciał się rozwiać, tylko skupił się na kształt czegoś, zbliżonego do ludzkiej postaci. Ale tylko od pasa w górę przypominało to trochę człowieka – dół był mglisty, niewyraźny, ginął stopniowo im bliżej ziemi. Cienie wyglądały, jakby płynęły w powietrzu i były na swój mroczny i okrutny sposób piękne – zwiewnością i lekkością. Ale przez to wcale nie mniej okrutne.

      Najpierw zaatakował nas jeden. Musiałem wpakować w niego aż cztery strzały, zanim rozwiał się nicość, pozostawiając na posadzce jedynie ciemną plamę jakiejś plazmy. Czym prędzej zmieniłem strzały na dwemerskie i wziąłem na cel następnego. Z trzecim rozprawiła się Lydia w bezpośrednim starciu. Musieliśmy chwilę odpocząć po tej walce. Do tego stopnia była wyczerpująca.

      Sala była naprawdę duża. Z pewnością odprawiano tu w przeszłości masowe obrzędy, mogła bowiem pomieścić wielu ludzi. Można było tu dojrzeć jeszcze potrzaskane ławki, przeznaczone dla wiernych, słuchających kazań kapłana. Za podwyższeniem, wybudowanym na kształt ołtarza, znajdowały się szerokie drzwi. Przed nim stał piedestał z latarnią, podobnie jak w poprzednim pomieszczeniu. Podobnie i tu natknęliśmy się na ludzkie zwłoki, a w bocznej ścianie odkryłem wąski korytarzyk, zakończony drzwiami, w których zamku połamałem kilka wytrychów, ale otworzyć ich nie zdołałem. Podobnie brama pod ołtarzem zamknięta była na głucho.

      Ale wiedziałem już, co zrobić. Wskoczyłem na piedestał i uruchomiłem tajemniczy mechanizm. Latarnia wychyliła się z kamiennego słupa i rozbłysła światłem na wprost, gdzie właśnie otworzyły się wrota. Nasze uśmiechy jednak szybko rozmyły się w grymas zawodu – przejście było zawalone gruzem.

      Zrezygnowany zeskoczyłem z cokołu. Już sądziłem, że to koniec przygody i przyjdzie mi zapisać na swym koncie klęskę, gdy kątem oka ujrzałem światło w bocznym korytarzu. Drzwi na końcu też się otworzyły! I zaraz za nimi pojawiły się dwa następne cienie. Unieszkodliwiliśmy je z łuków, aczkolwiek łatwo nie poszło. Trzeba naprawdę trafić w cień wiele razy, aby się rozwiał. Z draugrami mimo wszystko było łatwiej. Przynajmniej już po pierwszym trafieniu było widać jakiś efekt. A tu? Człowiek nie wie nawet, czy trafił!

      Dalej był długi, szeroki korytarz, rozświetlony zniczami, jakby stworzony do procesji. Nie trzeba było wielkiej wyobraźni, by ujrzeć kroczących z powagą i nabożnym śpiewem kapłanów i wiernych. Na posadzce zachowały się nawet resztki dywanika, który musiał ją kiedyś okrywać. Kończył się jednak wąskim i krętym przejściem i schodami, po których żadna procesja już iść nie mogła, a przejście – ścianą, pod którą stał drewniany kufer, a w nim kolejna porcja złotych monet. Pod ścianą trzeba było skręcić w lewo do jeszcze węższego korytarza, ale ten prowadził do obszernej sali. Przypominało to trochę świątynię Ustengrav, bowiem kamienne filary, podtrzymujące strop, połączone były takimi samymi mostkami i otoczone takimi samymi galeryjkami. Na jednym z nich stał następny piedestał. Dostać się do niego jednak można było jedynie okrężną drogą, najpierw po drewnianych schodach na krużganek, a potem z mostu na most. Oczywiście, nie obyło się bez walki. Znowu napatoczyły się na nas trzy cienie, które jednak pokonaliśmy bez problemu.

      Tym razem latarnia Meridii otworzyła nam drzwi na balkon. Wyszliśmy na świeże powietrze, w otaczającą nas noc, która w międzyczasie zapadła. Nie wiedzieliśmy, w którym miejscu się znajdujemy. Balkon nie miał żadnego połączenia z ziemią, która znajdowała się dość daleko pod nami. Był tam jedynie most, który poprowadził nas na drugi balkon, z którego wiodły schody w górę, do żelaznych drzwi. Zanim jednak się tam udaliśmy, zaaferowała mnie stojąca pod schodami skrzynia.

      Trudno było ją otworzyć. Miała bardzo precyzyjnie wykonany zamek. Połamałem na nim kilka wytrychów, ale trud opłacił się, bowiem zawierała złoto, trochę kosztowności i coś, co warte było całego zachodu. Znalazłem w niej dwa prawdziwe skarby. Pierwszym był magiczny pierścień skradania. Przedmiot ten, nałożony na palec, tłumił w dużym stopniu wszelkie odgłosy, jakie wydawał skradający się człowiek. Dałem go Lydii, bowiem przy wszystkich jej umiejętnościach, stalowa segmentata nie jest najlepszym strojem do cichego poruszania się. Drugim był magiczny Kostur Uzdrawiającego Dotyku. Nareszcie! Nie znałem wprawdzie zaklęcia, ale kosturem można było posługiwać się mimo to. Nareszcie będę mógł leczyć rany innych osób, nie tylko swoje.

      Za drzwiami schody wciąż pięły się w górę. Potem korytarz skręcał w lewo i zaraz w prawo, aż naszym oczom ukazała się spora sala, o wysoko zawieszonym sklepieniu. I tu znajdowały się smukłe filary i galeryjki, połączone kamiennymi mostkami, ale tym razem mosty zostały otoczone metalowymi klatkami, zapobiegającymi upadkowi z wysokości. Piedestał również znajdował się w górze. Prowadziła do niego skomplikowana droga po mostach, schodach, bramach i galeryjkach. Oczywiście, cienie też były, aczkolwiek chyba nauczyłem się już z nimi walczyć. Z ulgą stwierdziłem, że nie są wcale mądrzejsze od draugrów i wystarczyło strzelić w kamienny filar, aby zaraz wszystkie się tam zgromadziły, szukając źródła hałasu. Wtedy należało do nich strzelać, a zanim zorientowały się, skąd lecą strzały, zwykle pozostawał tylko jeden, nietrudny już do pokonania.

      Dość długo błądziliśmy po świątyni, zapalając kolejne latarnie i walcząc z cieniami. W końcu doszliśmy do głównej sali, niewielkiej jeśli porównać ją do potężnych komnat, jakie do tej pory mijaliśmy. Ta była ślepa. Na samym końcu znajdował się kamienny ołtarz, z którego biło jasne światło. Było tam kilka cieni, leżało kilka zwłok, ale przede wszystkim był też Malkoran – długowłosy osobnik w czarnej szacie, odprawiający jakiś rytuał.

      Skinęliśmy do siebie głowami. Wielokrotne wspólne przygody sprawiły, że rozumieliśmy się już bez słów. Zatrute śnieżnym jadem strzały powędrowały na cięciwy. Napięliśmy łuki.

      Wystrzeliłem pierwszy, Lydia tuż za mną. Obie strzały trafiły. Malkoran zatoczył się, jak pijany. Wtedy otoczyły go cienie i zniknął mi z oczu. Chciałem wpakować mu jeszcze kilka strzał, ale cienie ruszyły w naszą stronę i zyskaliśmy inne kłopoty. Lydia przytomnie zastawiła wąskie przejście tarczą. Wzięła na siebie zadanie zatrzymania atakujących cieni. Mimo spadających na nią ciosów, nie cofnęła się. Ja tymczasem słałem strzałę za strzałą w szparę między tarczą a kamiennym obmurowaniem przejścia. Kilka cieni położyłem, aż ujrzałem Malkorana, próbującego porazić mnie magią zniszczenia. Nie zdążył – dwemerska strzała w oko rozłożyła go na kamiennej posadzce. Lecz, o dziwo, z jego zwłok uniósł się cień, podobny do tych, które nas atakowały. Z tym rozprawiłem się szybko. Gdy cień Malkorana rozwiał się, pozostałe znikły same z siebie. Walka była skończona.

      - Dokonało się! – rozległ się nagle głos Meridii. – Plugawiec został pokonany! Zabierz Przedświt z piedestału!

      Lecz ja podszedłem najpierw do Lydii, by upewnić się, że jest cała. Zapewniła mnie, że nic jej nie jest, ale i tak strzeliłem w jej stronę leczniczym kosturem. Nauczyłem się już jej nie wierzyć, jeśli chodziło o jej własne samopoczucie.

      A potem zastanowiłem się, czego właściwie chciała ode mnie Meridia.

      „Zabierz Przedświt z piedestału!”. Co to, na bogów, ma znaczyć? Czyżby chodziło jej o to świecące coś? Podszedłem do kamiennego cokołu z jaśniejącym klejnotem. Miał u góry rączkę, jak od miecza. Chyba chodzi o to… Chwyciłem rączkę i spróbowałem poruszyć. Nie dało się. Nacisnąłem – nic. Dopiero, gdy pociągnąłem ją w górę, zorientowałem się, że to wcale nie jest żaden klejnot. Po prostu, z kamiennego ołtarza zaczął wysuwać się najprawdziwszy miecz.

      Był piękny! Na pierwszy rzut oka wyglądał, jak stalowy. Długie, wąskie, obosieczne, proste ostrze, miało u nasady niewielką gardę, w której osadzony był świecący, okrągły klejnot, jarzący się magicznym blaskiem. Machnąłem nim na próbę – zadziwiająco lekki! 

      Ale nie miałem czasu na zachwyty, bowiem nagle znów oślepiło mnie światło, a ja sam znalazłem się wysoko w górze, podziwiając całe Skyrim, jakie znalazło się nagle u moich stóp.

      - Malkoran został pokonany – odezwała się ciepłym głosem Meridia. - Martwi w Skyrim znów mogą spać spokojnie. Jest, jak być powinno, dzięki tobie. Wstaje nowy dzień, a ty będziesz jego heroldem. Weź ze sobą Przedświt i za jego pomocą oczyść najmroczniejsze zakątki świata z zepsucia. Władaj nim w moim imieniu, by mogły rosnąć moje wpływy!

      Targały mną sprzeczne uczucia. Z jednej strony, poczułem się wyróżniony, że ktoś taki jak Meridia wybrał właśnie mnie. Zasłużyłem, nie było wątpliwości. Ale co innego wyświadczyć przysługę, a co innego stać się czyimś sługą. Nie chciałem uzależniać się od jej kaprysów. Była daedrą – wprawdzie opiekuńczą i czasami szlachetną, ale jednak daedrą. A ja miałem inne plany, niż służenie daedrom i to nie z powodu spotkanych niedawno Strażników Stendarra. Miałbym zamienić się w kaznodzieję, niosącego jej światło? Bardzo szlachetne, ale zupełnie nie czułem ku temu powołania. Co robić?

      - Zatrzymam miecz - odezwałem się niepewnie. – Ale znajdź kogoś innego do głoszenia swojej religii…

      Słowa utknęły mi w gardle. Przestraszyłem się własnej śmiałości i nie dokończyłem tej wypowiedzi, choć właśnie powinienem. Zamierzałem bowiem powiedzieć jej o swych wątpliwościach, a nie bezpardonowo odrzucać jej ofertę. Mimo to, daedra nie tylko nie ukarała mnie w żaden sposób za moją bezczelność, ale wręcz w jej głosie wyczułem pobłażliwy uśmiech. 

      - To nie ma znaczenia - odparła. - Roślina nie dba o promienie, które niosą ze sobą ciepło słońca. Moje światło dotknie świata wszędzie tam, gdzie znajdzie się Przedświt. 

      I po tych słowach łagodnie opuściła mnie z powrotem na ziemię. Znalazłem się tam, gdzie wszystko się zaczęło – pod jej posągiem. A wokół naprawdę wstawał nowy dzień. W podziemiach spędziliśmy całą noc.

      Musiałem usiąść. Nagle ogarnęło mnie znużenie. Klapnąłem na kamienny cokół i oparłem się o pomnik Meridii. Zdjąłem hełm. Chłodny i świeży powiew poranka zaplątał mi się we włosy, nieco mnie orzeźwiając, ale mimo to przymknąłem na chwilę oczy. Posiedzieć przez chwilę… Odpocząć… Wiedziałem jednak, że długo nie posiedzę, bo przenikliwy chłód kamiennej płyty powoli zaczynał ogarniać moje siedzenie. Zmusiłem się do powstania. Aż mi się w głowie zakręciło, gdy to zrobiłem. Przed oczami zrobiło się ciemno. Na widok nadbiegającej postaci, nie miałem siły nawet wyciągnąć miecza. Nie wiedziałem nawet, czy to miraż, czy rzeczywisty napastnik.

      Okazało się, że ani jedno, ani drugie. To była Lydia. Gdy Meridia porwała mnie po raz drugi, najpierw czekała, aż się pojawię znów, ale potem przyszło jej do głowy, że mogę pojawić się pod pomnikiem, jak poprzednio. Gdy długo się nie zjawiałem, pobiegła z powrotem.

      - Gdzie tu można się przespać? – spytałem. – Padam z nóg.

      - Ja też – przyznała. – Do Samotni jest niedaleko.

      Samotnia! To był przecież jeden z celów mojej podróży. Od razu nabrałem sił.

      Dotarliśmy do głównego traktu i skręciliśmy na wschód. Droga była pusta i nie spotkaliśmy na niej nikogo. W pewnym momencie rozwidliła się. Lewa odnoga biegła w górę, prawa łagodnie opadała w dół.

      Lydia wskazała prawą odnogę. Już po chwili ujrzałem strażnicę i mury miasta. Sporego miasta, dodajmy. Zza murów widać było wysokie wieże i strzeliste dachy zabudowań. Strażnicy mieli na tarczach herb samotni – łeb wilka. Ten, który stał przed bramą, zagadnął nas. Spytał, kim jesteśmy i po co idziemy do miasta. Ot, zwykłe pytanie, jakie zadają strażnicy miejscy w każdym mieście na świecie. Zauważyłem, że podejrzliwym okiem rzucił na mój nowy miecz. Nic dziwnego, miał osobliwy kształt gardy, a wielki klejnot w samym jej środku, świecił jak latarnia.

      Uchylając bramę, rzucił jeszcze krótką uwagę.

      - Zjawiacie się w samą porę, by pomachać Roggvirowi – rzekł smutnym głosem.

      - Komu? – spytała Lydia.

      Strażnik westchnął.

      - To ten biedny drań, skazany na śmierć. Wartownik, który wypuścił Ulfrica Gromowładnego z miasta, po zamordowaniu najwyższego króla.

      Spojrzeliśmy po sobie. Wiadomość trochę mną wstrząsnęła. Byłem zmęczony i fizycznie i psychicznie, więc łatwo się wzruszałem. Sam niedawno cudem uciekłem katu, więc każda egzekucja przywracała nieprzyjemne wspomnienia. 

      Po drugiej stronie bramy od razu wpadliśmy w gęsty tłum. Ludzie gromadzili się na niewielkim placyku pod murami miasta. Wszyscy patrzyli w jedno miejsce. Powędrowałem tam wzrokiem.

      Wzdłuż muru znajdował się niewysoki taras. Stał na nim potężny osobnik, dzierżąc w dłoniach wielki katowski topór. Na jego widok aż się wzdrygnąłem. Obok znajdował się pień, na którym skazaniec miał położyć głowę. Stary, ale bez plam krwi. Widać, nie szafowano tu zbyt często wyrokami śmierci. Uzbrojony strażnik wprowadził na szafot biednie wyglądającego skazańca. Bez szarpania, ani oporu z jego strony. Pogodził się już zapewne ze swoim losem. Spojrzał zgaszonym wzrokiem na tłum, ale współczucia tam nie znalazł.

      - Zdrajca! – usłyszałem z przodu.

      Skazaniec opuścił głowę.

      - Nie mogą skrzywdzić wujka Roggvira! – mówiła przy mnie płaczliwym głosem jakaś dziewczynka, ciągnąc za rękę młodego mężczyznę. – Powiedz im, że on tego nie zrobił.

      Ten przyklęknął tylko, objął ją i pogłaskał po głowie.

      - Idź do domu – rzekł łagodnie. – I siedź tam, zanim nie zjawi się twoja matka.

      - Powiedz jej, że jej wuj jest gnidą, która zdradziła najwyższego króla – syknęła jakaś kobieta. – Powinna o tym wiedzieć, Alvarze.

      - Słodka jesteś, Vivienne… - prychnął człowiek, zwany Advarem, wyprowadzając dziecko z tłumu.
Tymczasem strażnik, w randze kapitana, o ile mogłem się zorientować, zabrał głos.

      - Roggvirze – odezwał się donośnym głosem. – Pomogłeś Ulfricowi Gromowładnemu ujść z miasta po tym, jak zamordował najwyższego króla Torryga! Otwarcie bramy Ulfricowi było aktem zdrady wobec grodu Samotni!

      - Nie było żadnego morderstwa! – zawołał skazaniec, unosząc głowę. – Ulfric wyzwał Torryga! Pokonał króla w uczciwej walce! To nasza tradycja! To starożytny obyczaj Skyrim i wszystkich Nordów!

      Ale jego wołanie nie znalazło posłuchu wśród mieszkańców grodu.

      - Kłamca! – zawołał ktoś z przodu.

      - Zdrajca! – dołączył do niego ktoś inny.

      Po chwili cały tłum buczał w dezaprobacie dla skazańca i jego czynu. Idący na śmierć nie miał usłyszeć już ani jednego ciepłego słowa. Opuścił głowę na piersi.

      - Dziś wyruszam do Sovngardu – szepnął.

      Kapitan straży nacisnął jego ramię. Skazaniec posłusznie uklęknął przed pniem. Stopą, obutą w okuty stalą but, oficer przycisnął Roggvira do pnia. Kat uniósł topór.

      Nie chciałem na to patrzeć. Chciałem zamknąć oczy, odwrócić głowę, zacisnąć uszy… Ale nie mogłem. Coś mówiło mi, że akurat ja jeden nie mam prawa w tej chwili się odwrócić. Byłem bowiem chyba jedynym, który szczerze mu współczuł i który nie czuł do niego nienawiści. Może to i dziecinne i głupie, ale w tej chwili chciałem być z nim.

      Topór opadł z głuchym trzaskiem. Głowa skazanego groteskowo potoczyła się po kamiennym tarasie, jak kopnięta główka kapusty. Bezgłowe ciało osunęło się, ochlapując pień krwią. Tłum milczał, a ja czułem, że łzy napływają mi do oczu.

      - Nie powinno tak być – rzekł cicho jakiś kobiecy głos.

      Ktoś złapał mnie za rękę i odciągnął od tego makabrycznego widowiska. To była Lydia. Spojrzała mi w oczy i bez pytania wyprowadziła mnie z tłumu. Ten zresztą zaczął już rzednieć. Krwawe widowisko się skończyło. Ludzie powoli wracali do swych codziennych zajęć. Szybko przestali interesować się nieszczęśnikiem, a zaczęli zupełnie czymś innym.

      - Dumna Wieżyca, to dopiero ładny dom! – usłyszałem rozmowę dwóch mieszczan. – W dodatku na sprzedaż…

      Nie wiem, czym skończyła się ta wymiana zdań, bo Lydia pociągnęła mnie na kamienny wjazd, który prowadził na podwyższenie. Znajdowała się tam kuźnia. Kochana Lydia, wiedziała, że ten widok zawsze działa na mnie kojąco!

      Kowal miał na imię Beirand. Był łysawy, nosił krótką bródkę i miał bardzo, ale to bardzo niebieskie oczy. Tliły się w nich wesołe iskierki, gdy nucąc jakąś melodię, wykuwał żelazne ćwieki.

      Pozdrowiłem go, jak zwyczaj nakazuje. A potem wyraziłem uznanie dla jego pracy. Widziałem bowiem, jak potrafił wykuć delikatny ćwiek dość dużym i ciężkim młotem. Jego uderzenia były tak mocne i jednocześnie precyzyjne, że wystarczyło ich zaledwie kilka, aby powstał gotowy ćwiek.

      - Zdaje się, że nie sposób zaspokoić potrzeb cesarskich – uśmiechnął się w odpowiedzi. – Ale w czym ci mogę pomóc?

      Wyciągnąłem przedmioty na sprzedaż. Chętnie kupił tych kilka mieczy, tarczę i dwa sztylety, które udało mi się zdobyć w podziemiach. Okazało się przy tym, że ma na zbyciu kilka sztabek specjalnego stopu, z którego można wyodrębnić rtęć. Kupiłem je wszystkie.

      Jednak znalezionych łuków nie chciał kupić.

      - Tam urzęduje spec od tych spraw – rzekł wesoło.

      Istotnie, obok był sklep łuczarza, jak sam siebie nazywał. Za ladą stał wysoki Redgard, o jasnych włosach, wygolonych na kształt czuba. Oczywiście, włosy miał farbowane – wszyscy Redgardzi są naturalnymi brunetami, o ciemnej skórze. Przedstawił się jako Fihada.

      - Witaj i bądź pozdrowiony, przyjacielu. Jak mogę ci pomóc tego pięknego dnia.

      Jego słowa znów napełniły mnie goryczą. Ów „piękny dzień” zaczął się wręcz makabrycznie. Mimo to ubiliśmy interes. Kupił ode mnie te dwa łuki, które mu zaoferowałem i sprzedał kilkanaście dwemerskich strzał. A ponadto miał kilka innych – elfich. Były drogie – każda z nich kosztowała piętnaście septimów. Ale było warto! Strzały te były równie lekkie jak dwemerskie, ale znacznie od nich cieńsze. Niosły znacznie dalej. Zachowałem je na wypadek, gdyby przyszło nam się mierzyć ze smokiem. Spytałem go o elfi łuk. Nie miał. Może to i lepiej. Już od jakiegoś czasu przeglądałem różne zapiski w kuźniach i w mojej głowie pojawił się pomysł, jak wykonać taki łuk samodzielnie. Rtęć już miałem, księżycowy kamień też, resztę się kupi…

      Wyszliśmy na zewnątrz.

      - Pytałeś o zamek Dour – odezwała się nagle Lydia. – Właśnie pod nim stoisz.

Samotnia - zmiana warty na dziedzińcu zamku Dour


      Obejrzałem się za siebie. Stałem u bramy do zamku. Potężnego zamku, o wysokich wieżach. Aż mnie zatkało. Zajrzałem przez bramę do środka. Na kamiennym dziedzińcu cesarscy legioniści trenowali walkę wręcz. 

      - To tu mieszkał król? – spytałem.

      Potrząsnęła głową.

      - Król mieszkał w Błękitnym Pałacu. Teraz mieszka tam jego żona, jarl Elisif. Chcesz zobaczyć?

Samotnia - główna ulica z widokiem na Błękitny Pałac

      Chciałem. Lydia poprowadziła mnie więc szerokimi, równo wybrukowanymi ulicami na drugi koniec miasta. Rozglądałem się na boki jak przybysz z zapadłej prowincji. Miasto było całe zbudowane z jasnoszarego kamienia – jedynie dachy domów pokryto gontem. Kamienie jednak były równo ociosane, a zabudowania, zwykle piętrowe, bardzo malownicze. I dobrze utrzymane. W cały mieście czuło się rękę dobrego gospodarza. Było czysto, na klombach rosły ozdobne rośliny, a ludzie wydawali się być znacznie zamożniejsi niż w innych grodach. Zamieszkiwali je głównie Nordowie, ale byli i inni. Zauważyłem Argonianina, podpierającego mur, Altmerkę, jak szła z naręczem tkanin i Cyrodiilijkę, zdążającą do jakiegoś sklepu. I traktowano ich na równi z Nordami. Nie było to żadnego getta dla innych ras. Miasto podobało mi się – musiałem to przyznać. Powietrze też było tu inne, świeże, odżywcze, choć chłodne. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że w ogóle się tu nie pocę.

      Pałac z daleka wyglądał pięknie. Błękitne kopuły, wieńczące jego szczyty, nadawały mu egzotyczny wygląd, jednak z bliska nie wypadał już tak efektownie. Był, jak wszystko w tym mieście, zbudowany z szarego kamienia, a od pozostałych budowli różnił się jedynie wielkością. Miałem ochotę wejść do środka, ale nie miałem żadnego pretekstu, aby to zrobić. Nie przysłano mnie z żadną misją, mogłem więc jedynie zaofiarować Elisif swoje usługi, a na to nie miałem ochoty. Bardziej zależało mi na przeszukaniu kartotek zamku Dour, w poszukiwaniu wiadomości o Aersicu, ale na to w obecnej sytuacji nie mogłem liczyć w najmniejszym stopniu.

      Wracając, przeszliśmy przez dziedziniec zamku. Legioniści przyglądali nam się zdziwieni. Zapewne cywile nie zjawiali się tam bez wyraźnej przyczyny. Chciałem do nich podejść i zapytać o Aersica i Hadvara, ale uznałem, że to zły pomysł. Nieznajomy cywil w sztabie, nagle zadający dużo pytań – to musiałoby się wydać podejrzane. Nie miałem ochoty na ponowne spotkanie z katowskim pniem.

      Wyszliśmy z zamku od strony kuźni. Zbliżając się do gospody, ujrzałem dwóch ludzi, uprzątających zwłoki Roggvira. Jeden z nich próbował podnieść jego głowę, ale ta wypadła mu z rąk i potoczyła się jak piłka. Ryknęli śmiechem, a mnie zrobiło się niedobrze. To przecież był człowiek! Popełnił może błąd, ale uczynił to w dobrej wierze. A tu spotyka go tylko szyderstwo, które nie opuszcza go nawet po śmierci. Czy gdyby nie zjawił się smok i moja głowa potoczyła się po dziedzińcu Helgen, też cesarscy bawiliby się nią jak piłką? Poczułem gorąco w miejscu, w którym głowa stykała się z szyją, zupełnie jakby ktoś przytknął mi do karku rozżarzone ostrze. Moje nogi zrobiły się miękkie.
I w tym momencie stwierdziłem, że mam zdecydowanie dość Samotni!

      - Lydio – rzekłem cicho. – Czy jest tu w pobliżu jakaś inna miejscowość?

      - Najbliżej jest Smoczymost – odparła zdziwiona. – Niedaleko. Trochę dalej niż do świątyni Meridii.

      - Masz tyle sił, aby tam dojść?

      - Mam… - bąknęła zdziwiona. – Co się stało?

      - Nic – szepnąłem. – Po prostu zrobiło mi się tu duszno. Chcę stąd wyjść.
Nie zadawała pytań. Powiodła mnie w kierunku bramy. Gdy znaleźliśmy się na zewnątrz, odetchnąłem głęboko, ale nie przyniosło mi to ulgi. Ruszyliśmy przed siebie. Sam nie wiem, dlaczego poczułem się tak fatalnie. Może dlatego, że wiem, jakie to uczucie, gdy kładzie się głowę na katowskim pniu. Bardzo współczułem Roggvirowi i obojętność przyglądającego się egzekucji tłumu napawała mnie obrzydzeniem. Ci ludzie gardzili nim! Dlaczego? Bo zrobił w to, w co wierzył? Nie obwiniałem cesarskich za wyrok śmierci – zapewne była to konieczność, a długi czas, jaki upłynął od śmierci Torryga sugerował, że Roggvir miał uczciwy proces (czego nie można było powiedzieć o mnie). Ale od jego ziomków spodziewałem się chociaż minimum współczucia. Przecież żył między nimi, przyjaźnił się z nimi, wiele lat chronił ich głowy, służąc w straży…

      Podzieliłem się moimi myślami z Lydią. Musiałem to z siebie wyrzucić.

      - Oni znali Torryga – szepnęła tylko.

      A ja, choć targały mną tak silne emocje, musiałem przyznać jej rację. Tak, znali Torryga. To nie nienawiść do Roggvira, to żal po stracie dobrego króla przez nich przemawiał. Tak, Lydia miała rację. To wszystko zmieniało. Ja widziałem w nim tylko nieszczęśnika, skazanego na śmierć, ale oni widzieli w nim tego, który uwolnił mordercę, pozwalając mu ujść sprawiedliwości po strasznej zbrodni. I nie miało znaczenia, jak odbyło się to naprawdę – tak to właśnie wyglądało.

      W międzyczasie pojawiły się przed nami zabudowania. Całe szczęście, bo ledwo już powłóczyłem nogami. Nie przespana noc, spędzona w dodatku na walce z cieniami i nekromantą, do spółki z silnymi emocjami, zaczęły dawać mi się we znaki. Wszedłszy między drewniane domy, nie miałem sił, by przyjrzeć się nowo odkrytej miejscowości – szukałem tylko gospody. Znalazłem ją po lewej stronie drogi. Zdołałem jeszcze przeczytać szyld. „Gospoda pod Czterema Tarczami”. Nazwa szumna, nic mi nie mówiąca. Za ladą stała Cyrodiilijka w średnim wieku. Nie rozmawialiśmy jednak wiele. Wynajęliśmy dwa pokoiki. Lydia zamówiła jeszcze sobie coś do jedzenia, ale mnie nie chciało się jeść. Byłem zbyt zmęczony. Pożegnałem się, poszedłem do siebie, zrzuciłem buty i zbroję prosto na podłogę, obok miecza i łuku, a potem padłem na łóżko, niezdolny do poruszenia palcem.

      Mimo zmęczenia, nie mogłem zasnąć. Było jeszcze jasno, a mnie pod czaszką kłębiły się rozszalałe myśli. Słyszałem więc rozmowy, choć niewiele do mnie docierało. Słyszałem, jak Lydia rozmawiała o jakimś liście gończym, jak chwaliła kolację, jak tłumaczyła moje zmęczenie. A potem musiałem zasnąć znów, bo nie pamiętam już nic.

Skyrim, Smoczymost - starożytna, kamienna budowla, od której nazwę wzięła cała miejscowość

piątek, 8 kwietnia 2016

Rozdział XXI - Na Wysokim Hrothgarze

     Na Wysoki Hrothgar udaliśmy się z samego rana. Zjedliśmy pożywne śniadanie, zostawiliśmy łupy u Wilhelma, żeby się zbytnio nie obciążać i ruszyliśmy w drogę. Ja zabrałem tylko plecak z kilkoma drobiazgami, między innymi z rogiem Jurgena Wiatrowładnego, który chciałem przekazać Siwobrodym. Pogoda była słoneczna, więc kroczyliśmy dziarsko, aczkolwiek już po kilkudziesięciu stopniach zwolniliśmy tempa. To jednak nie to samo, co po równym gruncie. Wspinaczka nakazywała oszczędzanie sił. Po stromym zboczu nastąpił nieco łagodniejszy odcinek, ale i tak postanowiliśmy zbytnio nie przyspieszać. Siły przydadzą nam się na trolla.

     Minęliśmy granicę wiecznego śniegu. Trzeba było teraz ostrożniej stawiać nogi. Kamienne stopnie były gdzieniegdzie pokryte bardzo cienką i niewidoczną warstwą lodu. Co jakiś czas przystawaliśmy i nasłuchiwaliśmy, czy nie ma w pobliżu drapieżników. Ale nic nie zakłóciło nam drogi. Jedynie pogoda się popsuła i zaczął prószyć drobny śnieg. Gdy naszym oczom ukazał się wąwóz, zwolniłem i chwyciłem łuk. Nałożyłem dwemerską strzałę, zatrutą śnieżnym jadem. Słaba to trucizna, ale musiała wystarczyć. Ostrożnie wychyliłem się zza kamiennych stopni.

     Był tam. Trwało dłuższą chwilę, zanim go dostrzegłem, bowiem siedział nieruchomo na szczycie skały, niemal całkowicie zlewając się z otoczeniem. Napiąłem łuk. Lydia zrobiła to samo.

     Dwie strzały niemal jednocześnie pomknęły do celu. Obie trafiły, ale w tym przypadku trafić to za mało – trzeba było naszpikować go strzałami i to szybko, zanim się zregeneruje. Widziałem już z bliska, jak szybko czarny troll goi rany, ale, o ile wierzyć opowieściom, troll śnieżny w tej umiejętności pozostawiał go daleko w tyle.

     Potwór ryknął i rozejrzał się wokół. Nie od razu nas zauważył, co dało nam okazję do wystrzelenia kolejnej salwy. A potem zeskoczył ze skały i niezdarnym z pozoru krokiem pobiegł ku nam.

     Słaliśmy strzałę za strzałą. W tej decydującej chwili ani jedna z nich nie chybiła celu. Pierś i głowa trolla, zanim dobiegł zupełnie blisko, wyglądały już jak poduszki na szpilki. W końcu, gdy był już jedynie o kilka kroków od nas, stęknął głucho i przewrócił się na plecy. Łuki mieliśmy napięte, więc dla pewności wpakowaliśmy mu jeszcze po jednej strzale, ale, jak się okazało, był to już zbytek ostrożności. Troll nie żył.
   
     Spojrzeliśmy po sobie zadowoleni. Jednak go pokonaliśmy! Potwór był znacznie większy niż czarny troll, których już kilka uśmierciliśmy. I na pewno silniejszy. Regeneracja też przebiegała u niego znacznie szybciej, bowiem niektóre strzały były już zarośnięte wokół świeżą skórą. Zabraliśmy się za ich wyrywanie. Niektóre z nich uszkodziły się, ale część odzyskaliśmy, aczkolwiek kilka ran trzeba było rozerwać na nowo, bo zdążyły się w magiczny sposób zabliźnić, pochłaniając groty.

     - Stąd już niedaleko – odezwałem się. – Może zmienisz zdanie?

     Zerknęła w kierunku, w którym szliśmy.

     - Zawsze chciałam zobaczyć ten klasztor – wyznała. – Ale do środka nie wejdę.

     Klasztor ukazał się naszym oczom już niezadługo, gdy tylko minęliśmy skalny występ. Lydia uśmiechnęła się, oczarowana. Rzeczywiście, budowla robiła wrażenie. Jednak mimo mojej zachęty nie zdecydowała się na towarzyszenie mi wewnątrz. Postanowiła wrócić do Ivarstead i tam wypocząć. Odczepiłem od paska sakiewkę i wręczyłem jej.

     - Tam ci się przydadzą – stwierdziłem. – Ja nie wiem, jak to długo potrwa, ale gdy tylko skończymy, wrócę do Ivarstead.

     - Przepiję co najmniej połowę – stwierdziła żartobliwie, biorąc woreczek do ręki.

     - Aż tak długo to chyba nie potrwa – uśmiechnąłem się. – Poza tym, w tym woreczku jest pół remontu domu. Chyba chcesz, żeby odzyskał dawną świetność?

     - Będę żywiła się korzonkami i popijała źródlaną wodę – uniosła w górę dłoń, jakby składała przysięgę.

     - Ech, to już lepiej przepij…

     Roześmialiśmy się oboje. Uścisnęliśmy sobie ręce, jak dwaj przyjaciele, po czym ona odwróciła się i zaczęła wolno schodzić w dół. Ja zaś wspiąłem się na schody, prowadzące do jednej z bram.

     Gdy brązowe drzwi zamknęły się za mną, otoczyła mnie cisza. Tu nie wiał wiatr, nic nie wydawało żadnego dźwięku – jedynie wonny kaganek cicho skwierczał, dodając jeszcze pomieszczeniu specyficznego, świątynnego nastroju. Gdy skierowałem się do głównej sali, poczułem skrępowanie, słysząc odgłos moich butów po kamiennej posadzce. Już zawczasu wyciągnąłem z niemal pustego plecaka zawiniątko z rogiem i trzymałem go teraz oburącz przed sobą.

     Wszyscy bracia klęczeli w sali, zatopieni w medytacji, każdy zwrócony w inną stronę. Przyszło mmi na myśl, że celowo zwrócili się we wszystkie strony świata, aby siłą swej woli bronić go przed jakimś kataklizmem. Stanąłem, niepewny, nie wiedząc, czy mogę im przerwać. Ale stałem tak dłuższą chwilę i nikt nie zwracał na mnie uwagi. W końcu podszedłem do pierwszego.

     Ten uniósł głowę i spojrzał na mnie, nie zmieniając wyrazu twarzy. To był mistrz Bori.

     - Arngeir – szepnąłem cicho.

     Bori wskazał postać, medytującą po jego prawej stronie. Podszedłem do Arngeira i stanąłem przed nim. Ten spojrzał na mnie, nie okazując zdziwienia i powoli powstał z kolan. Pochyliłem głowę w wyrazie szacunku i wyciągnąłem przed siebie ręce, w których dzierżyłem szary, na pozór nieciekawy, a jednak bezcenny artefakt.

     - Ach, udało ci się odzyskać róg Jurgena Wiatrowładnego… - nawet taki mistrz Głosu jak Arngeir nie potrafił ukryć wzruszenia.

     Wziął ode mnie róg, delikatnie, jakby ten był zrobiony z cienkiego szkła. Poobracał go chwilę w dłoniach, po czym spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

     - Dobra robota – zapewnił. – Udało ci się przejść wszystkie próby.

     Odwrócił się ku pozostałym i wzniósł róg ponad głowę. Klęczący dotąd mnisi powstali i skłonili głowy.

     - Chodź ze mną – odezwał się Arngeir. – Czas formalnie ogłosić cię Smoczym Dziecięciem. Czas nauczyć się ostatniego słowa Nieugiętej Siły.

     Stanąłem na środku kwadratowej mozaiki, zdobiącej posadzkę. Wszyscy mnisi stanęli na jej rogach. Arngeir wskazał na jednego z mistrzów.

     - Dzięki trzem połączonym słowom, krzyk będzie znacznie silniejszy. Korzystaj z niego mądrze. Mistrz Wulfgar nauczy cię teraz „Dah”.

     Obróciłem się ku Wulfgarowi. Spojrzał na mnie ciepło, skinął dobrotliwie głową, po czym nabrał powietrza i grzmiącym głosem rzucił ku posadzce słowo.

     - Dah!...

     Posadzka zalśniła złotym blaskiem, który ułożył się w znaki klinowego pisma. Znaki świeciły przez chwilę, zanim pomknęły ku mnie, przyprawiając mnie o słaby zawrót głowy. W moim umyśle zabłysło słowo.

     - Dah! – powtórzyłem. – Pchać!

     Wulfgar uśmiechnął się, po czym posłał ku mnie porcję złocistej mgiełki. Podzielił się ze mną swym rozumieniem Słowa. Wypełniła mnie ogromna moc. Poczułem się zdolny do pokonania każdej przeszkody. Jakby żadna nie mogła mnie zatrzymać. A jeśli zatrzyma, tym gorzej dla niej.

     Po chwili uniesienie opadło. Wróciłem do rzeczywistości.

     - Twój trening dobiegł końca – oświadczył Arngeir uroczystym tonem. – Smocze Dziecię, chcemy z tobą porozmawiać. Stań między nami i przygotuj się. Mało kto jest w stanie wytrzymać nieokiełznany głos Siwobrodych. Ty jednak możesz.

     Znów stanęliśmy w tych samych miejscach – ja w środku, oni na rogach ozdobnej mozaiki. Bezwiednie napiąłem mięśnie.

     Tego, co przeżyłem potem, nie da się w żaden sposób opisać. Poczułem się, jakbym wlazł do wnętrza ogromnego dzwonu, a dzwonnicy w nieokiełznanym szale szarpali za sznur, jakby chcieli go oderwać. Mistrzowie rozpoczęli przemowę w smoczym języku. Dudnili w moją stronę dźwiękami tak pełnymi energii, że rzucało mną na wszystkie strony. Kręciło mi się w głowie, cały czas widziałem podwójnie, jakbym nie umiał zgrać własnych oczu, by patrzyły w jedno miejsce. Co wróciłem do względnej równowagi, głos Siwobrodych natychmiast mnie z niej wybijał. Tylko ostatnią siłą woli powstrzymałem się od zaciśnięcia uszu pięściami. Pod czaszką wibrowało mi od głosu mnichów, drżały we mnie wszystkie wnętrzności. Głos chwilami zgniatał mnie, by za moment spróbować rozerwać mnie na strzępy. Jak przetrwałem tę najboleśniejszą ze wszystkich prób, nie wiem sam. Z ulgą odetchnąłem, gdy mistrzowie w końcu umilkli. Mnie jednak wciąż szumiało w głowie i dyszałem, jak po wielkim wysiłku.

Rzadkie zdjęcie głównej sali Wysokiego Hrothgaru, wykonane sto dwadzieścia lat po opisanych wydarzeniach. Widoczni na zdjęciu medytujący mnisi kontynuują regułę dawnego Zakonu


     Arngeir skinął głową.

     - Dovahkiinie – odezwał się. – Udało ci się zasmakować głosu Siwobrodych i wyjść ze spotkania bez szwanku! Wysoki Hrothgar stoi przed tobą otworem.

     Uroczystość dobiegła końca. Ale nie moja wizyta na Wysokim Hrothgarze. Chciałem jeszcze pomówić z Arngeirem o kilku sprawach. Zaprowadził mnie do pomieszczenia, które wyglądało jak sala obrad, przeznaczona dla znacznie większego grona niż Siwobrodzi. Mistrz sięgnął po dwa kielichy i butelkę wina.

     - Rzadko świętujemy, ale dziś jest wyjątkowy dzień – rzekł, napełniając pucharki. – Słucham cię, co cię gnębi, Smocze Dziecię.

     - Kilka spraw, które tobie mogą wydać się nieistotne – odrzekłem, kosztując wina. – Dla mnie jednak są ważne. Wiem, że rzadko przyjmujecie gości. Czy ja mogę was odwiedzać?

     - Oczywiście! – odparł Arngeir. – Czyż nie powiedziałem, że Wysoki Hrothgar stoi przed tobą otworem? Jesteś jednym z nas. Zawsze będziesz tu mile widziany.

     - Jeden z jarlów dał mi do ochrony huskarla… Przyboczną straż… To kobieta. Przemierzyliśmy już razem kawał drogi i nie odstępowała mnie na krok. Jedynie tutaj nie chciała wejść, twierdząc, że nie została zaproszona.

     - To dowodzi jej roztropności – odrzekł mistrz, poważnym tonem. – Czy ufasz jej?

     - Bezgranicznie – zapewniłem.

     - Powierzyłbyś jej swoje życie?

     - Wielokrotnie musiałem to już zrobić.

     - Zatem, gdy nas odwiedzisz następnym razem, nie krępuj się, możesz ją przyprowadzić. Twoi przyjaciele są naszymi przyjaciółmi. Zresztą – zniżył głos, - dobrze, że dziś nie było jej między nami. Ona nie wytrzymałaby naszego głosu, a schować się przed nim nie było gdzie.

     Ucieszyło mnie to. Przeszedłem więc do następnej sprawy i wyciągnąłem z plecaka maskę kultysty. Opowiedziałem o zajściu w Ivarstead i o liście tajemniczego lorda Miraaka, który również mu pokazałem. Słuchał w skupieniu, nie przerywając mi ani razu. Gdy skończyłem, potarł zasępione czoło.

     - Miraak… znam to imię – rzekł cicho. – Wspominają o nim dokumenty, zgromadzone na Wysokim Hrothgarze, ale wiadomości o nim są bardzo skąpe.  Został skazany na zapomnienie. Żył dawno temu. Był pierwszym Smoczym Dziecięciem, jakie się objawiło. Potężnym. Jednak zaślepiony pychą, zstąpił na złą ścieżkę. Skusiła go pradawna wiedza, jednak nie dał rady jej posiąść, to ona posiadła jego. Zniknął bez wieści i nikt nie wie, co się z nim stało. To wszystko, co można o nim wyczytać.

     - Czy to możliwe, że żyje do dziś? – spytałem.

     - Miraak był Dunmerem – odrzekł Argneir. – Elfy żyją dłużej niż my, ale nie aż tak długo. Podejrzewam, że jego postać stała się obiektem kultu już po jego śmierci. Ale pewności nie mam. Jeśli zawarł pakt z Otchłanią, może w niej żyć do dziś.

     - Służy daedrom… - szepnąłem. – Tak, to możliwe. Nie pozostaje mi nic innego, jak udać się na Soltsheim.

     - Jeszcze nie – Argneir uniósł dłoń. – Nie masz dość siły. Pamiętaj, że jeśli Miraak żyje, doskonalił się w sztuce Głosu przez długie wieki. Nie sprostasz mu. Nie teraz.

     Przyznałem mu rację. Magiczne umiejętności kultystów przekonały mnie, że są oni bardzo silni. Skoro oni mają tyle mocy, ileż musi mieć ten, który wydaje im rozkazy?

     Pozostała jeszcze jedna sprawa. Opowiedziałem mu o Delphine i ostatnich wydarzeniach w Gajkyne. Gdy wspomniałem o Ostrzach, skrzywił się.

     - Ostrza to ramiona pozbawione głowy – rzekł bez pogardy, ale z wyraźnym smutkiem. – Igrają ze sprawami, o których nie mają pojęcia. Mogą narobić więcej szkody niż pożytku. Ale… Może się zdarzyć, że staną się twoimi sprzymierzeńcami. Smoki powróciły. Ty się zjawiłeś. To wszystko się wiąże. Nie skreślajmy ich tak od razu.

     - Mogę im zaufać?

     Nie odpowiedział od razu. Zamyślił się na chwilę.

     - Myślę, że ich intencje są szczere – rzekł powoli. – I pod tym względem możesz im ufać. Z pewnością nie chcą skrzywdzić ani ciebie, ani ludzkości. Ale ich działania mogą czasem być nieprzemyślane i nieostrożne. Oni nie zdają sobie sprawy z tego, jak niszczące siły są w stanie obudzić nieroztropnym działaniem. Pamiętaj, że Thu’um to potężna moc i jak każda potęga potrafi też niszczyć, więc trzeba jej używać rozsądnie. Ostrza mogą chcieć wykorzystać twoją moc. Raczej nie do własnych celów, ale do celu, który oni uznają za słuszny, a który może wcale takim nie być. Musisz być ostrożny. Zawsze musisz przemyśleć swoje działanie i przewidzieć, jakie ono może przynieść owoce. To wszystko, co mogę ci dziś powiedzieć. Ale zawsze, gdy ogarną cię wątpliwości, możesz tu przyjść i porozmawiać. Może razem wpadniemy na jakiś sensowny pomysł.

     Arngeir w zasadzie nie powiedział mi niczego konkretnego, ale też sytuacja była na tyle niejasna, że trudno było od niego tego oczekiwać. Wiedziałem jednak, że jest mi życzliwy i w razie czego mogę mu zaufać.

     Zrobiło się późno, znów zaczął padać śnieg, a w szczelinach zawył górski wicher. Arngeir odradził mi powrót w takich warunkach i zaproponował mi nocleg. Zgodziłem się chętnie, sam bowiem uznałem, że na oblodzonych schodach przy takiej pogodzie, w dodatku podczas zapadających ciemności, łatwo skręcić kark, albo choćby złamać nogę, co na jedno wychodziło. Tym razem Bori przyniósł mi całe naręcze koców, derek i cienko wyprawionych skór z miękkim futrem. Ściągnąłem więc z siebie zbroję, stwierdzając przy okazji, że przydałoby się jej nawoskowanie i zanurkowałem w ciepłe posłanie. 

     Mimo zmęczenia, długo nie mogłem zasnąć. Potyczka ze smokiem, walka z trollem, głos Siwobrodych… To było bardzo dużo wrażeń jak na jeden dzień. Przewracałem się z boku na bok, co chwilę szukając wygodniejszej pozycji. A potem zacząłem wyobrażać sobie, co zrobię z elfią zbroją, którą dziś zdobyłem. W myślach planowałem wygodną uprząż, nie krępującą ruchów, do której przymocuję gotowe już skorupy. To uspokoiło nieco moje myśli. Przed oczami stanęła mi kuźnia Adrianne i jej ironiczny uśmiech, gdy wygłaszała swoją kolejną, ciętą opinię. No i mój dom, który stał tuż obok. Wyobraziłem sobie, jaki będzie, gdy już zrobimy w nim porządek i urządzimy go na nowo. Niech Lydia zdecyduje, jak ma wyglądać. Niech poczuje się, jak u siebie. Po tej całej poniewierce, jaką przeszła, niech ma własny dom… A potem jej poważna twarz stanęła mi przed oczami wyobraźni i nagle zapragnąłem znaleźć się blisko niej. Czy to możliwe, aby nasza nieraz już wypróbowana przyjaźń zamieniła się w coś więcej? Zasypiając, miałem już niemal pewność, że bardzo bym tego chciał.

*          *          *
     
     Huczący głos Siwobrodych, oddających się codziennym ćwiczeniom, budził lepiej niż znerwicowany kogut na zagrodzie. Wstałem wypoczęty, przeciągnąłem się. Aż zatrzeszczały mi kości. Postanowiłem trochę się rozruszać, więc wykonałem kilkanaście skłonów, przysiadów i skrętów, aż poczułem, że krew żywiej we mnie zapulsowała. Wsunąłem luźno buty, chwyciłem płócienny ręcznik i wyszedłem na dziedziniec, gdzie natychmiast owionął mnie niezbyt silny, ale potwornie zimny wietrzyk, wywołując dreszcz. Chwyciłem garść śniegu, przez chwilę mocowałem się sam ze swoją wolą, po czym zamknąłem oczy i rozmasowałem go sobie na twarzy.

     - Uaaaa! – mój głos nie był wprawdzie w stanie wybić się ponad potężne Thu’um Siwobrodych, ale i tak został dosłyszany i wywołał na ich twarzach wesołe uśmiechy. Resztka senności uleciała ze mnie jak dym z komina. Zrzuciłem koszulę i natarłem śniegiem tors, ramiona i kark, cały czas wydając okrzyki, które wprawdzie z Głosem niewiele miały wspólnego, ale ich efekt i tak był zadziwiający – Siwobrodzi przerwali trening i chwycili się za brzuchy. Gdy zrzuciłem buty i stanąłem boso na śniegu, wydawałem już odgłosy, jakich nie powstydziłaby się mistrzyni w szkole bardów, a mnisi kulali się ze śmiechu po dziedzińcu. Myślę, że w tej jednej chwili odpłaciłem im za cały trening, jakiego mi użyczyli – ten śmiech zapamiętają na długo.

     Do klasztoru wróciłem biegiem i natychmiast otuliłem się we wszystko, co leżało na moim łóżku. Długo trwało, zanim się jako tako rozgrzałem, ale poczułem się rześki, jak nigdy. Szybko się ubrałem, zjadłem kawałek suchara, jaki znalazłem na dnie plecaka, obiecując sobie solidne śniadanie u Wilhelma, a potem wyszedłem na dziedziniec, chcąc się pożegnać. Mnisi życzliwie pokiwali mi głowami.

     Na dół dotarłem bez żadnych przygód. Próbowałem po drodze zapolować na górskie kozy, ale one były diabelnie szybkie i zwinne. Raz tylko miałem jedną na strzał, a i tę spudłowałem haniebnie, bo akurat wiatr dmuchnął mi prosto w nos, gdy puszczałem cięciwę. Pełen energii znalazłem się w Ivarstead i czym prędzej zaszedłem do gospody, zjeść coś konkretnego i gorącego, bo po drodze trochę zmarzłem.

     W gospodzie, poza Wilhelmem, nie było nikogo. On sam uśmiechnął się na mój widok i półgłosem zaproponował mi kubek grzanego miodu, bowiem kasza na śniadanie jeszcze nie zaczęła bulgotać w kociołku.

     - Lydia dotarła wczoraj? – spytałem zaniepokojony.

     Wilhelm przyłożył palec do ust.

     - Mów ciszej. Jeszcze śpi. Należy się jej.

     Spojrzałem na niego pytająco. On tylko się roześmiał.

     - Jeśli myślisz, że odsypia pijacką orgię, to mogę cię uspokoić – rzekł półszeptem. – Ta twoja pani ledwo maczała usta. Ale że ciebie tu nie było, to od adoratorów nie mogła się opędzić. Strażnicy machnęli ręką na służbę i wszyscy zwalili mi się do gospody – zaśmiał się cicho. - Jeden przez drugiego chwalili się przed nią, jacy to oni dzielni. Skończyło się na tym, że wszyscy zaczęli grać w Łup-Cup – wskazał na stół pod ścianą, wciąż jeszcze zastawiony drewnianą planszą i kolorowymi kamykami. – I grali do późnej nocy. A kto przegrał, musiał zwycięzcę wziąć na barana i pogalopować z nim naokoło gospody. Mówię ci, śmiechu było co niemiara.

     Roześmiałem się, wyobrażając sobie ten widok.

     - A jeszcze ci powiem, że twoja przyjaciółka albo miała takie szczęście, albo tak dobrze grała, że ujeżdżała tych strażników, jak stare szkapy. Ale nikt się nie bronił, każdy chciał ją przewieźć.

     Rechotaliśmy już obaj, zaciskając sobie rękami usta, żeby nie narobić hałasu. Wyobraziłem sobie Lydię, jak popędza swoimi okutymi butami grubego, sapiącego strażnika, a ten robi do niej maślane oczy.

     - Długo nie trwało, a cała wioska zwaliła mi się do gospody – Wilhelmowi aż łzy ciekły ze śmiechu. – Wszyscy ich obsiedli dookoła, polało się wino i zaczęło się kibicowanie. Mówię ci, takiego cyrku dawno tu nie widziano! A jak mi obroty wzrosły! 

     Pośmialiśmy się jeszcze trochę, pogadaliśmy, aż w końcu przede mną pojawiła się miska pożywnego gulaszu z kaszą. Lydia niedługo wychyliła się z pokoju.

     - Nawet pospać nie dacie – ziewnęła. – Rechoczecie jak żaby na wiosnę.

     Klapnęła ciężko obok mnie, ziewnęła raz jeszcze i ukradła mi z miski kawałek dziczyzny.

     - Wolnego! – zawołałem z udanym oburzeniem. – To moja micha!

     Wilhelm, śmiejąc się, podał jej drugą porcję.

     - Musisz sprawić jej wierzchowca – rzekł do mnie, siląc się na powagę. – Jest świetnym jeźdźcem.

     - Na dwóch nogach? – spytałem.

     - Jeśli nauczysz go żreć trawę, to może być – odparła Lydia. – Jakie plany na dziś?

     Wyciągnąłem mapę.

     - Najpierw do Białej Grani – powiedziałem zamyślony. – I będziemy musieli tam pobyć kilka dni. Obiecałem Adrianne pomoc w kuźni. Zajmiesz się urządzaniem domu?

     - Chętnie – odparła. – Tylko się nie zdziw, gdy przerobię go na swoją modłę.

     - Na pewno zrobisz to dobrze – uśmiechnąłem się. – Uzupełnimy też zapasy. Trzeba kupić trochę mikstur. U Adrianne i Belethora pozbędziemy się części łupów. A potem… Gdzie jest ta góra Kilkret?

     Lydia ujęła w dłoń ołowiany sztyft.

     - Tu, na trakcie do Samotni jest odbicie na północ – naszkicowała ścieżkę. – Mniej więcej w połowie jest wejście na górę. Zresztą, stamtąd widać już świątynię. Którędy pójdziemy?

     - Chciałbym zajść do Morthalu – wskazałem trzonkiem widelca niezdarnie zaznaczone przeze mnie miasteczko. – Mam tam do odebrania nagrodę. Wydaje się niedaleko. 

     - Niedaleko – odrzekła Lydia. – Ale między Morthalem i Kilkret jest rzeka i żadnego mostu. Trzeba by poszukać jakiegoś brodu. A to dość duża rzeka i może być z tym kłopot.

     Górskie rzeki zazwyczaj nie są zbyt głębokie. Wierzyłem, że znajdziemy bród. Jeśli nie, trzeba będzie cofnąć się kawał drogi. Ale mówi się trudno – jeśli będzie trzeba…

     W ramach zapłaty, ustrzeliłem Wilhelmowi młodego łosia, którego dostrzegłem za rzeką. Starczy mu mięsa na długo. Zabrałem tylko skórę, która z kolei przyda się mnie. Opuściliśmy gościnną wioskę tą samą drogą, którą niegdyś do niej przyszliśmy – obok jaskini trolla.

     - Ostrożnie – ostrzegła mnie Lydia. – Trolle często zasiedlają opuszczone legowiska innych trolli. Nie zdziwię się, jeśli tam jakiegoś spotkamy.

     Niestety, miała rację. Gdy wychyliliśmy się zza głazów, dostrzegliśmy go, siedzącego bez ruchu pod skałą. W jego grocie dostrzegliśmy coś niebieskiego.

     - To opończa Gromowładnych – szepnęła mi Lydia do ucha. – Dorwał jakiegoś żołnierza.

     Wściekły napiąłem łuk. Nie będzie małpiszon jeden żywił się ludzkim mięsem! Strzała w łeb, która omal go nie przewróciła, na pewno nie była dla niego miłą niespodzianką. Dwie następne z pewnością nie smakowały lepiej. A zanim zorientował się, skąd spada nie niego grad kolejnych pocisków, był już martwy.

     Nieszczęśnicy nie żyli już od co najmniej doby. Zbroje ich nie obroniły. Straszliwie pokaleczeni w odsłoniętych miejscach, przedstawiali okropny widok. Jeden z nich miał głowę niemal oderwaną od tułowia. Zza kirysu wystawał mu kawałek papieru. Sięgnąłem po niego. Był to list z pieczęcią, w kształcie niedźwiedziej łapy.

     

     Kapitanie,

     Dostaliśmy liczne skargi na ataki w pobliżu rzeki, na północnym zachodzie Rift. Przydałoby się większe wsparcie cywilów w tamtym rejonie. Wyślijcie kilku ludzi, żeby zbadali sytuację. To pewnie stado wilków, więc nie mam sensu oddelegowywać więcej niż dwóch ludzi.

     Pomyślnych łowów!


     W zamyśleniu, bezwiednie złożyłem list we czworo i wsunąłem do kieszeni. Rozejrzałem się wokół. Skaliste podłoże nie dawało szans na pochowanie ciał. Ułożyliśmy je w płytkim zagłębieniu groty i jako tako obłożyliśmy mniejszymi kamieniami, które udało nam się znaleźć. Nie ulegało jednak wątpliwości, że pierwszy lepszy niedźwiedź, albo troll, jest w stanie je bez trudu wygrzebać. Nic więcej jednak zrobić nie mogliśmy. Zasmuceni ruszyliśmy górską ścieżką na północ.

     Wędrowaliśmy cały dzień bez innych przygód. Zmierzch zastał nas u podnóża góry, ale ponieważ nie czuliśmy jeszcze zmęczenia, postanowiliśmy iść dalej. Przez jakiś czas szliśmy dość dziarsko, ale potem trakt zaczął się łagodnie wspinać i można było poczuć to w nogach. Było już wiadome, że do Białej Grani nie zdążymy dziś dojść.

     - Spróbujmy chociaż do wież Valtheim – zaproponowała Lydia. – Tam można zanocować. 

     Było to dość daleko, ale daliśmy radę. Pobieżna lustracja wież upewniła nas, że nikt się w nich nie zakwaterował. Szerokie łoże stało puste. Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby przejmować się zasadami. Po zaryglowaniu drzwi, rzuciliśmy się na nie oboje. Ona przykryła się cienką derką, ja płaszczem kultysty i niemal natychmiast zapadliśmy w sen.

     Rankiem zbudziłem się pierwszy. Nie ruszałem się jednak, nie chcąc przerywać snu Lydii. Oddychała spokojnie i równomiernie. Czułem ciepło jej ciała i zapragnąłem nagle przytulić ją do siebie. Powstrzymałem się jednak, choć wiele mnie to kosztowało. Długą chwilę leżałem obok niej bez ruchu, wsłuchując się w odgłosy poranka i jej ciepły oddech. Czy była ze mną tylko dlatego, że takie otrzymała rozkazy? A gdyby mogła wybrać, czy wybrałaby się ze mną na tę wędrówkę? Tak po prostu, z własnej woli? A w końcu, nawet gdyby poszła, to czy tylko z chęci przeżycia przygody, czy może też dla mojego towarzystwa? Przekręciłem głowę w jej stronę i przyjrzałem się jej profilowi. Mały nos, i pełne wargi nadawały mu niemal poetycki wymiar. W tej chwili wydała mi się tak piękna, że nie mogłem od niej oderwać oczu. 

     Trwało to krótko. Jej usta po chwili rozchyliły się i wydały głębszy oddech, po czym otworzyła oczy. Zawstydzony, natychmiast zamknąłem swoje i udałem, że śpię. Przez chwilę nic się nie działo. A potem deski łóżka drgnęły, zaskrzypiały i poczułem chłód poranka, wdzierający się pod płaszcz. Lydia wstała delikatnie, by mnie nie obudzić i cicho zeszła na dół.

     Otworzyłem oczy i z tęsknotą wpatrzyłem się w puste miejsce obok mnie. Westchnąłem cicho i również zmusiłem się do zrzucenia okrycia. Pod łóżkiem znalazłem swoje buty.

     Rozpoczynał się nowy dzień. Wyszedłem na most i zwróciłem oczy na zachód. Częściowo zasłonięta przez pobliską górę, ale przecież doskonale widoczna w czystym porannym powietrzu, w oddali zamajaczyła mi znajoma bryła górującej nad otoczeniem Smoczej Przystani.

Biała Grań rankiem - mury miasta od strony południowo-wschodniej. Najwyższy gmachk to Smocza Przystań. Przed grodem widoczny wiatrak i zabudowania gospodarcze.


niedziela, 3 kwietnia 2016

Rozdział XX - Szczyt Postradanej Mowy

     W Gajkyne nie zabawiliśmy długo. W gospodzie kupiliśmy coś do jedzenia i ruszyliśmy na południe, ku Gardłu Świata. Chciałem odnieść Arngeirowi róg, zanim wplączę się w następną przygodę. Postanowiliśmy pójść tą samą drogą, którą szedłem ostatnio – przez Pękninę. Słońce już stało wysoko, więc nie mieliśmy nadziei na dotarcie tam przed zmrokiem, ale nie chcieliśmy tracić czasu. Droga mijała nam spokojnie. Zebrałem trochę ziół, żeby poeksperymentować z miksturami, raz zaatakowały nas wilki, na swoje własne nieszczęście, ale poza tym niewiele się wydarzyło. Spotkaliśmy tylko dwoje dziwnych, posępnych osobników, w szatach z kapturami, ale uzbrojonych w buławy.

     - Niechaj ogarnie cię miłosierdzie Stendarra, albowiem straż miłosierdzia nie zna! – odezwała się idąca przodem kobieta, gdy nas ujrzała.

     Okazało się, że byli to Strażnicy Stendarra. To sekta, która walczyła z daedrami i ich wyznawcami, tępiąc ich bez litości i twierdząc, że zło, które daedry sprowadziły na ludzkość zostanie pomszczone.

     Tu należałoby wyjaśnić, kim są daedry. Otóż, oprócz dziewięciorga bóstw, czczonych w Tamriel, istniały także istoty, które można by nazwać kimś w rodzaju pomniejszych bóstw. Były to istoty nieśmiertelne, zamieszkujące Otchłań, ale często wtrącające się w sprawy śmiertelników. Istotnie, trudno było je kochać, bowiem losem ludzi bawiły się, jakby były to pionki do gry. Często sprowadzały na nich cierpienia, bez żadnego powodu, poza tym, że je to bawiło. Z szacunkiem więc skłoniłem głowę przed owymi strażnikami, choć gdy się pożegnaliśmy, ogarnęło mnie zwątpienie. Nie wszystkie daedry były bowiem do gruntu złe.

     O ile nikt nie miał wątpliwości co do Mehrunesa Dagona, Molaga Bala, czy Vaerminy, o tyle już pojawiały się one jeśli chodziło o Hermaeusa Morę.  Zniewalał on wprawdzie wybranych śmiertelników, ale nie czynił tego dla zabawy, lecz dla gromadzenia wiedzy, którą uważał za największy skarb. Złym z pewnością nie był Malacath, opiekun odtrąconych, czczony przez Orsimerów jako bóg. Wprawdzie surowy i wymagający, ale jednocześnie sprawiedliwy i z pewnością nie bawiła go krzywda śmiertelników. A już rzadko kto podzielał zdanie strażników, jeśli chodziło o Azurę, czy Meridię, które nieraz śmiertelnikom pomagały. Strażnicy wyglądali jednak na tak pewnych siebie, że nie odważyłem się o to zapytać.

     Było już ciemno, gdy dotarliśmy do tej samej strażnicy, w której nocowałem poprzednio. Była pusta. Postanowiliśmy spędzić w niej noc. Nic nie zakłóciło naszego wypoczynku, choć kilkakrotnie budziło mnie odległe ryczenie niedźwiedzia.

     Rano trochę poleniuchowaliśmy. Do Pękniny było blisko, więc nie musieliśmy się spieszyć. Wyruszyliśmy, gdy słońce stało już dość wysoko na niebie. Było ciepło i bezwietrznie. Niedługo dotarliśmy do Skały Shora, gdzie ucieszony naszym widokiem Filnjar, zrobił sobie przerwę w pracy i poczęstował nas wędzonym mięsem i świeżym piwem. Głodni nie byliśmy, ale piwa napiliśmy się chętnie. Zapewniłem go przy okazji, że łuk, jaki od niego dostałem, sprawuje się świetnie.

     - Używa go na grubą zwierzynę – zapewniła Lydia z tajemniczym uśmiechem. – Nawet nie domyślasz się, jak grubą!

     Filnjar zmrużył tylko oko, dając znak, że się domyśla. Oczywiście, nie mógł wiedzieć, że Lydia miała na myśli smoki. Przypuszczał, że tępię z niego bandytów, w czym mówiąc szczerze, wiele się nie pomylił. Kupiłem od niego kilka dwemerskich strzał i naprawiłem sobie zbroję w miejscu, gdzie zabójca wbił mi sztylet. Po ranie został jedynie siniak. W południe pożegnaliśmy się i ruszyliśmy ku Pękninie.

     Dochodząc do fortu Zielony Mur, z zadowoleniem ujrzałem wiszące na masztach flagi z herbem dzielnicy Rift – dwoma skrzyżowanymi mieczami. Fort obsadzono już załogą, zwerbowaną w Pękninie. Wprawdzie o tym mieście i jego mieszkańcach wysokiego mniemania nie miałem, ale zawsze byli to legalni grododzierżcy, w przeciwieństwie do bandytów. Przez fort przeszliśmy nie niepokojeni, a nawet wydało mi się, że strażnicy odnoszą się do nas z szacunkiem. No cóż, powiem nieskromnie, że chyba zasłużonym…

     Pęknina również przywitała nas bez niespodzianek. Było jeszcze wcześnie, więc kramy na rynku wciąż były rozłożone. Zaszedłem do Madesiego, sprzedając mu złoty samorodek, jaki znalazłem podczas wędrówki. Jeden element został skreślony z listy jego zapotrzebowania. Obiecałem, że pozostałe przyniosę, jak tylko uda mi się je zdobyć. A potem poszliśmy do Balimunda.

     Kowal ucieszył się na nasz widok. Spytał Lydię, jak sprawuje się jej kirys, mnie dopytywał się o dwemerskie strzały, a gdy zapewniłem go, że były naprawdę doskonałe, uśmiechnął się łobuzersko i zaproponował następną partię.

     - Mam dwadzieścia osiem sztuk w idealnym stanie – zademonstrował jedną z nich, trzymając ją na palcu i pokazując, jak świetnie jest wyważona. – Tobie opuszczę cenę do dziesięciu za sztukę.

     Wziąłem wszystkie. Przekonałem się już, że na tym nie warto oszczędzać. Przy okazji, Balimund zdradził mi, że udało mu się skądś zdobyć strzały jeszcze lepsze.

     - Elfie – powiedział szeptem, aby nikt nie usłyszał. – Muszę się za nie zabrać, jak tylko skończę z tym żelastwem – wskazał na kilka elementów zbroi, leżących na warsztacie. – Mówię ci, cudo! Jeszcze lżejsze, równie sztywne, ale dużo cieńsze. I dziwić się trudno, elfy to mistrzowie łuku! Trochę przy nich roboty, bo ździebko pokiereszowane, a ja też wakacji nie mam, ale za kilka tygodni będę miał cały pęk gotowy. Zachować dla ciebie?

     - Będę wdzięczny – zapewniłem.

     A potem poszliśmy do gospody. Keerava przyjaźnie zmarszczyła nos, gdy nas ujrzała.

     - Nocleg czy kolacja? – spytała na powitanie.

     - Jedno i drugie – odpowiedziałem.

     - Balia będzie potrzebna?

     - Przydałaby się – odrzekła Lydia.

     - A, to musicie poczekać, aż wodę zagrzeję – odrzekła, wołając gestem męża.

     - A na razie poprosimy piwa i… - spojrzałem na Lydię. – Łosoś?

     - Mam też zębacza – powiedziała Keerava. – Świeżo złowiony, mogę usmażyć.

     Zgodziliśmy się na zębacza i zajęliśmy stolik. Gospoda stopniowo zaczęła się zapełniać. Do naszych uszu dochodziły rozmowy klientów, zwykle o polityce. Nie obyło się bez małej awantury, gdy jakiś wielmoża próbował zmusić jakiegoś młodszego do wypicia zdrowia Ulfrika Gromowładnego, choć ten wcale nie miał na to ochoty. Na szczęście Talen-jei wmieszał się w rozmowę i umiejętnie uspokoił gorące głowy.

     Zębacz był pyszny. Podobno Argonianie mają zupełnie inny zmysł smaku niż ludzie i elfy, ale widocznie Keerava znała ludzkie gusta, albo była wyjątkiem. Usmażony na smalcu, doprawiony wodorostami i ziołami, z chrupiącą skórką. Prawdziwa uczta dla podniebienia. Płacąc rachunek, nie omieszkałem jej o tym wspomnieć, wyrażając swoje uznanie. Nos zmarszczył jej się z zadowolenia.

     - Zębacz sam w sobie jest smaczny – odparła skromnie. – To drapieżnik, a ryby drapieżne są lepsze w smaku.

     Pewnie miała trochę racji, ale i tak kucharką była wyśmienitą.

     Po kąpieli i przebraniu się w lżejsze ciuchy, powłóczyliśmy się jeszcze po mieście, bez celu, ot tak, dla rozrywki. W końcu zapadł zmierzch i udaliśmy się na spoczynek.

     Nazajutrz, przy śniadaniu na kontuarze znalazłem jakiś list gończy. Obiecana nagroda. Czyżby znowu bandyci? Keerava podała mi bez słowa odbitkę. Okazało się, że nie bandyci, tylko smok! Zaaferowany pokazałem list Lydii.

     - Masz ochotę zapolować, co? – uśmiechnęła się kpiąco. – Myśliwy się w tobie odezwał.

     - Nie przeczę – odparłem. – Wiem, że to niebezpieczne, ale chyba już umiem polować na smoki. Przynajmniej na te ożywieńce, które powstają z kurhanów.

     - Możemy spróbować – odparła Lydia. – Ale jeśli okaże się, że to ten czarny, lepiej nie ryzykować. Coś mi mówi, że on jest dużo silniejszy, niż nam się zdaje.

     Przyznałem jej rację. Ustaliliśmy, że wybierzemy się tam i rzucimy okiem. O samym polowaniu zdecydujemy już na miejscu.

     - Szczyt Postradanej Mowy – przeczytałem w liście, po czym rozwinąłem mapę. – Tam zagnieździł się smok. Wiesz, gdzie to jest?

     - Słabo znam Rift – odparła Lydia. – Ale zaraz się dowiem.

     Chwyciła mapę i podeszła z nią do jakiegoś gościa, rozpoczynającego śniadanie. Przez chwilę słyszałem tylko szmer przyciszonej rozmowy, w końcu Lydia wróciła do stołu i złapała za ołowiany sztyfcik.

     - Tutaj – zaznaczyła na mapie, całkiem zręcznie rysując mały smoczy łeb. – Trzeba wyjść południową bramą i zaraz za skałą skręcić w lewo. Tam jest ścieżka, która nas doprowadzi.

     - Tak blisko miasta? – zdziwiłem się. – Teraz rozumiem, dlaczego jarl wyznaczyła za niego nagrodę. W każdej chwili może uderzyć na miasto.

     - A tu wszystko z drewna – dodała Lydia. – Jedno zarzewie i miasta nie ma.

     Opuściliśmy mury miasta południowa bramą. Nietrudno było znaleźć ścieżkę, prowadzącą na szczyt. Wznosiła się łagodnie, wijąc się między skałami. Po drodze mieliśmy małą potyczkę ze śnieżnymi pająkami, które wylazły z jakiejś jaskini, ale nie zdążyły zrobić nam krzywdy.

     W pewnym momencie ścieżka urwała się, tuż pod wysokimi i stromymi schodami, wykutymi w skale. Po obu stronach schodów co jakiś czas można było dojrzeć ruiny kamiennych filarów, podobnych do tych, jakie napotkałem w drodze z Ivarstead do Helgen. Szczyt był z tego miejsca niewidoczny, zasłonięty przez skały. Zdjęliśmy łuki z pleców, nałożyliśmy strzały na cięciwy i ruszyliśmy w górę. Schody wiły się równie często co ścieżka. W jednym miejscu kamienny filar był przewrócony i oparty o skałę, pozostawiając niewiele miejsca na przejście. Gdy w nie wszedłem, uderzył mnie paraliżujący mróz. Resztką sił cofnąłem się i schowałem za filarem. Wokół miejsca, gdzie stałem, zawirowała zmrożona mgiełka, ziemia pokryła się szronem.

     Lydia przypadła do mnie i podtrzymała mnie, bowiem już osuwałem się w przepaść. Przywołałem zaklęcie leczenia, żeby przywrócić sobie siły. Ale mnie zmroziło! Co to było?

     - Magiczna pułapka – stwierdziła Lydia, wychylając się ostrożnie zza filaru. – Farengar kiedyś mi o nich opowiadał. Zerknij, tylko za bardzo się nie wychylaj, bo znowu strzeli.

     Ostrożnie wychyliłem się zza kamiennej osłony. Po lewej stronie ścieżki stał kamienny słup, wysokości człowieka. Jego szczyt wyrzeźbiono łukowato na kształt dwu muszli, ułożonych jak ludzkie dłonie, obejmujące niebieskawy kryształ - klejnot duszy. Owe łuki miały za zadanie odbijać magię klejnotu i kierować ją w stronę przejścia, niby w magicznym reflektorze. Wystarczało, aby w szczelinie pojawił się człowiek, a kryształ ciskał w niego potężną porcją magii mrozu.

     - A Farengar nie mówił ci przypadkiem, jak taką pułapkę zniszczyć? – spytałem szeptem, w obawie o bliską obecność smoka.

     - Trzeba wyciągnąć klejnot z podstawy – odrzekła. – Ale jak się do niego zbliżyć, to już nie mówił…

     - Spróbujemy po mojemu – odparłem, podnosząc łuk.

     Pierwsza strzała zaklekotała tylko o kamienny słupek. Druga trafiła w klejnot, ale ten twardo stał na miejscu. Dopiero trzecia, trafiając idealnie w miejsce między kryształem a podstawą, wybiła go z gniazda. Kryształ wypadł z oprawy i spadł na ziemię. Przejście było wolne.

     Jeszcze kilkadziesiąt stopni i ujrzałem go. W zasadzie ujrzałem najpierw smoczą ścianę, a dopiero potem dotarło do mnie, że to, co wziąłem najpierw za posąg smoka, nie było wcale z kamienia. Smok siedział na szczycie ściany, z opuszczoną głową ukrytą za skalnym załomem. Wyglądał jakby spał, albo zapadł w jakiś letarg. Było jeszcze dość daleko, ale ja miałem dwemerski łuk, takież strzały i całkiem spore umiejętności posługiwania się tym orężem. Żałowałem, że nie mam żadnej mocniejszej trucizny, poza śnieżnym jadem, która smokowi za bardzo zaszkodzić nie mogła. Mimo to, wybrałem zatrutą strzałę. Może trochę go spowolni?...

     Łeb smoka był niewidoczny z mojej pozycji. Zasłaniały go skały. Ale tułów był tak wyeksponowany, że sam prosił się o strzał. Żałowałem, że smok skrzydła miał opuszczone. Zauważyłem już bowiem poprzednio, że pod pachą znajduje się wrażliwe miejsce. Wycelowałem w tułów, tuż przed skrzydłem. Delikatnie, aby nie drgnęły mi ręce, zwolniłem cięciwę. Strzała z sykiem pomknęła do celu.

     Smok drgnął, podniósł łeb i poruszył skrzydłami. Potem trzepnął łbem, gdy strzała Lydii przeszyła mu szyję. Zamachnął się skrzydłami i oderwał od ściany w tym samym momencie, kiedy ja strzeliłem po raz drugi, trafiając w nasadę skrzydła. Smok wzniósł się w powietrze, poza nasz zasięg. Obawiałem się, że po prostu ujdzie i tyle będzie z całej tej historii, ale nie doceniłem pychy smoczego rodu. Smok nie da się wypędzić człowiekowi. Musi go zniszczyć!

     Gad zatoczył krąg i zniżył lot, rażąc nas z pyska jęzorem mroźnej mgły. Uskoczyliśmy na boki, czując w nogach chłód. Kolejne strzały, próbujące dosięgnąć go w locie, chybiły celu. Jednak smok, widocznie taki był ich sposób walki, w pewnym momencie zawisł nad nami i poraził nas mroźnym oddechem. Lydii udało się odskoczyć, ale ja oberwałem po nogach tak, że nie mogłem zrobić kroku. Sparaliżowało mnie od pasa w dół. Posłałem mu za to celną strzałę pod pachę, która wyraźnie nim zachwiała. Smok zatoczył kolejny krąg i tym razem wylądował tuż obok mnie.

     Przed sobą ujrzałem olbrzymi smoczy pysk. Gad niezdarnie, opierając się na skrzydłach, zaczął czołgać się w moim kierunku, otwierając paszczę. Posłałem mu strzałą prosto w podniebienie, czując, że nie zdołam się przed nim obronić. Jeszcze chwila, a złapie mnie zębiskami za głowę!

     Ale oto między nas wślizgnęła się niezawodna Lydia.

     - Dziś zdechniesz, smoku! – krzyknęła, trzasnąwszy gada mieczem po pysku. 

     Smok próbował ją zaatakować, ale silny cios tarczą w nos sprawił, że cofnął łeb, zapewne bardziej zdziwiony, niż obolały.

     - Odsuń się! – krzyknąłem, napinając łuk.

     Lydia przesunęła się nieznacznie w prawo, odsłaniając połowę smoczej głowy. Strzeliłem mu w łeb i byłbym trafił w oko, gdyby gad nie poruszył się w tym momencie. Jednak strzała mocno utkwiła w jego czaszce i musiało to być dla niego bolesne, bowiem trzepnął łbem i zaryczał. I za okamgnienie drgnął po raz drugi, gdy Lydia wbiła mu miecz w pierś. Odrzucił ją silnym uderzeniem skrzydła. Moja towarzyszka wywinęła kozła i upadła z głuchym jękiem kilka kroków dalej, a ja z wściekłością posłałem mu strzałę prosto w szyję. Ostatnią, jak się później okazało. Smok zachwiał się, jęknął i opadł bezwładnie na kamienne podłoże. Po chwili rozwiał się w mgiełkę, którą wchłonąłem, jak zwykle.

     Wchłonięcie smoczej duszy wyzwoliło we mnie przypływ sił. Nogi wciąż miałem jak z kamienia, ale przynajmniej mogłem już nimi poruszać. Niezdarnie podbiegłem do Lydii. Była przytomna, ale na jej twarzy było widać grymas bólu. Oczy zaczynały zachodzić jej mgłą. Widać było, że gaśnie. Obrażenia były zbyt poważne nawet dla niej.

     - Chyba coś sobie złamałam – szepnęła z wysiłkiem.

     Nie otworzyłem plecaka. Rozerwałem go, jakby zrobiony był z papieru. Na ziemię wysypały się wszystkie fiolki z leczniczymi i trującymi miksturami. Chwyciłem pierwszą z brzegu buteleczkę z uzdrawiającą zawartością, drżącymi rękami wyciągnąłem korek i wlałem jej całą zawartość do ust. Niestety, zakrztusiła się i prawie całą natychmiast wypluła. 

     - Tylko mi tu nie umieraj – jęknąłem. – Nie umieraj, to rozkaz! Nie umieraj, bo cię zabiję! Nie możesz teraz umrzeć! Nie możesz zostawić mnie samego!

     Kolejna mikstura powędrowała do jej ust. Wargi drżały jej z wysiłku, gdy próbowała ją przełknąć. Udało się. Złocista mgiełka pojawiła się nad jej głową. Spojrzała przytomniej. Następną fiolkę opróżniła już bez wysiłku. Otworzyłem kolejną. Mimo jej protestów, wlałem jej miksturę do ust.

     - Już mi lepiej – szepnęła, chwytając mnie za rękę, którą sięgnąłem do stosu buteleczek. – Nie trzeba…

     Rzeczywiście, na twarz zaczęły powracać jej rumieńce. Ale nie miałem zamiaru ryzykować. Otworzyłem następną i podałem jej.

     - Zużyjesz cały zapas – jęknęła.

     - No i co z tego? – burknąłem, wciskając jej fiolkę. – To można kupić, ciebie nie.

     Spojrzała na mnie ciepło i bez oporu wypiła następną porcję lekarstwa. Wyraźnie poczuła się lepiej. Dźwignęła się i próbowała wstać. Udało jej się jednak dopiero, gdy zmusiłem ją do wypicia ostatniej porcji. Musiało wystarczyć - zapas się skończył.

     - Czuję się już dobrze – zapewniła, jednak skrzywienie ust nie uszło mojej uwadze.

     - Zjedz jeszcze to – podsunąłem jej garść błękitnych, wysuszonych płatków chabra. – Nie tak mocne, jak mikstura, ale też działa. Jeśli coś sobie złamałaś, trzeba to wyleczyć do końca. Inaczej będzie cię boleć do końca twoich dni.

     Posłusznie zaczęła żuć podane zioła. Rzeczywiście, nad jej głową pojawiła się ledwo zauważalna złota mgiełka, oznaczająca magię uzdrowienia. Wcisnąłem jej do rąk cały zapas, jaki miałem. Powinno wystarczyć.

     - Uzbieramy sobie po drodze – zapewniłem. – Wiem już, jak z tego przyrządzić miksturę.

     Naprawdę wiedziałem. Nie znałem wprawdzie sposobów jej zagęszczania, ale łagodne lekarstwo potrafiłem już przyrządzić całkiem nieźle. W Ivarstead mieszkał Gwilin, który znał się na miksturach. Nie wątpiłem, że nam pomoże uzupełnić zapasy.

     Lydia tymczasem chyba wydobrzała już na dobre. Znałem ją już na tyle, że sceptycznie odnosiłem się do jej zapewnień o znakomitym samopoczuciu, ale nic więcej zrobić nie mogłem, bo zabrakło mi wszelkich lekarstw. Ech, szkoda że nie znałem innych zaklęć ze szkoły przywracania! Słyszałem o Uzdrawiającym Dotyku, pozwalającym uleczyć inną osobę. W jednej z ksiąg wspomniano o zaklęciu Uzdrowienie Przyjaciela, które bardzo by mi się teraz przydało…

     Wyrwałem miecz Lydii, który utknął między kośćmi smoka i podałem jej. Zebrałem kilka strzał, które wydały mi się nie uszkodzone. Okazało się, że smok ma w sobie sporo złota. Nie wiedziałem, skąd się wzięło, dopiero później przeczytałem gdzieś, że kiedyś ludzie, oddając hołd swym smoczym panom, zakopywali złoto w smoczych kurhanach, jako coś w rodzaju ofiary. Smok, wygrzebując się z ziemi, zapewne nieświadomie zabrał je ze sobą na powierzchnię, a gdy obrósł ciałem, złoto zostało w nim uwięzione. Oderwałem z wysiłkiem kawałek żebra. Udało mi się też oderwać jedną łuskę. Reszta trzymała się tak mocno, że nawet przy pomocy miecza nie dało się nic zrobić. Podeszliśmy do smoczej ściany. Leżała tam duża, drewniana skrzynia.

      - Przeszukamy kufer? – spytała Lydia.

     Uciszyłem ją ruchem dłoni. Usłyszałem bowiem dobrze już sobie znany zew.

     - Słyszysz? – spytałem.

     - Co? – Lydia nadstawiła uszu, ale po chwili potrzasnęła głową.

     - Czy tylko ja to słyszę? – szepnąłem. – Chodźmy bliżej.

     Podeszliśmy do ściany. Znaki klinowego pisma były niewyraźne i zatarte przez czas, jednakże jedno ze słów pulsowało niebieskim światłem. Zew rozbrzmiał jak surma bojowa.

     - Nic nie słyszysz? – zerknąłem na Lydię. – Nie słyszysz tego dźwięku, jaki dobywa się z tego światła?

     - Jakiego światła? – Lydia otworzyła szeroko oczy. – O czym ty mówisz.

     Wskazałem na znaki. Ale ona potrząsnęła tylko głową.

     - Nie widzę tam żadnego światła. I niczego nie słyszę.

     Widocznie zew ten skierowany był tylko do mnie. Posłuszny swemu przeznaczeniu, podszedłem do pulsującego słowa. Światło oderwało się od znaków i popędziło ku mnie, by wniknąć w moje ciało.

     - Faas – szepnąłem. – Strach!

     Dopiero co pochłonięta smocza dusza nadała mi zrozumienie nowego krzyku. Poczułem, jak przepełnia mnie moc, budząca lęk wśród moich wrogów. Czułem się tak potężny, że mogłem okrzykiem zmusić całe armie do odwrotu. Oczyma duszy widziałem przeciwników, porzucających broń i uciekających w popłochu.
Trwało to krótką chwilę. Wróciła mi przytomność. Tak nauczyłem się nowego krzyku, zwanego Zniechęcenie.

     Lydia z ciekawością zajrzała do kufra. Dołączyłem do niej. W skrzyni było trochę złota, które natychmiast zmieniło właściciela. Był też diadem z księżycowego kamienia i rubinów, którego Lydia nie chciała przyjąć, mimo moich usilnych próśb. Postanowiłem, że nałożę na niego jakieś zaklęcie i wtedy jej go podaruję. Na pewno pięknie by w nim wyglądała.

     I było tam coś jeszcze. Dziwny, biały, świecący, kulisty klejnot, oszlifowany ze wszystkich stron w taki sposób, że składał się z bardzo wielu płaskich ścianek. Wielki jak dwie złożone razem pięści. Lśnił jak latarnia. Piękny klejnot. Wziąłem go do ręki. Ciężki…

     To co się stało, sprawiło, że omal go nie upuściłem. Wokół mnie rozległ się głos. Głos potężny i dźwięczny, niewątpliwie kobiecy. I przejmujący aż do kości. Nie wiedziałem, skąd się wydobywa, po minie Lydii poznałem jednak, że i ona go słyszy.

     - Nowa dłoń dotyka mojej latarni! – mówił głos. – Słuchaj, nadstaw uszu i ugnij się przed moją wolą! Plugawa ciemność wlała się do mojej świątyni. Ciemność, którą musisz zniszczyć. Zanieś moją latarnię z powrotem na górę Kilkret, a ja uczynię cię instrumentem mojego oczyszczającego światła!

     Głos umilkł, a my zdumieni spojrzeliśmy po sobie.

     - To jakiś daedryczny artefakt – wybąkałem, spoglądając na trzymany klejnot. – Jakaś deadra do nas przemówiła z Otchłani!

     - Meridia – wyszeptała Lydia. – Wspomniała o górze Kilkret. Tam jest świątynia Meridii.

     Trochę mi ulżyło. Meridia była jedną z nielicznych daedrycznych książąt, zamieszkujących Otchłań, które były w miarę życzliwe ludziom i innym śmiertelnikom. Gdyby to był ktoś inny, wsadziłbym ten kryształ z powrotem do kufra i z hukiem zatrzasnął wieko, żałując, że nie mam dość odwagi, by cisnąć go w przepaść, aby roztrzaskał się o skały. Ale Meridia? Kapryśna wprawdzie i pełna humorów, ale jednak wiele dobrego zrobiła dla ludzi. Była jak dobra królowa, której jednak lepiej nie drażnić, bo łatwo wpadała w złość.

     Spojrzeliśmy na siebie.

     - Pójdziemy tam, prawda? – spytała Lydia. – Wezwania Meridii chyba nie należy ignorować?

     - Też tak myślę – odrzekłem. – Meridii należą się względy. Wiesz, gdzie to jest?

     - Wiem – odparła. - Niedaleko Samotni. Byłam tam kiedyś, dawno temu.

     - W świątyni?

     - W samej świątyni nie, ale widziałam ją z zewnątrz. Kamienna budowla, z pięknym, majestatycznym posągiem. A obok jest coś takiego.

     I przy tych słowach wskazała na smoczą ścianę.
Aż mnie zatchnęło. Jeśli teraz ktoś chciałby mnie powstrzymać, miałby nie lada problem. Teraz zapaliłem się do tej wyprawy, jakby od tego zależało moje życie. Wiedziałem już, że gdy tylko zaniosę róg Siwobrodym, udamy się na górę Killkret.

     - Droga wiedzie przez Białą Grań – dodała Lydia. – Możemy tam odpocząć.

     No tak, Biała Grań, a w Białej Grani Adrianne Avenicci i moja nie spełniona dotąd przysięga pomocy z cesarskim zamówieniem! Usiadłem zrezygnowany na skrzyni. W dodatku czasu było coraz mniej i moja pomoc coraz bardziej potrzebna. Czyli nie od razy udamy się na Killkret. No cóż, słowo się rzekło, trzeba go dotrzymać.

     Na razie zeszliśmy ze schodów i wróciliśmy na trakt do Ivarstead.

     - Wejdziesz ze mną na Wysoki Hrothgar? – spytałem po drodze.

     - A Siwobrodzi mnie też zaprosili? – spytała przekornie Lydia.

     - No, nie… - zająknąłem się. – Ale chyba nie mieliby nic przeciwko temu.

     - A jeśli tak? – uśmiechnęła się w zamyśleniu. – To jednak klasztor.

     - Jest tam wąwóz, w którym czyha śnieżny troll – próbowałem ją podejść. – Sam pewnie nie dam mu rady i polegnę w drodze.

     - Taaa, pewnie… - mruknęła z ironią. – Poprzednio ładnie poprosiłeś go o pozwolenie i ten jeden raz dał ci przejść.

     - Poprzednio musiałem się przekradać po oblodzonej skale – odparłem. – Ale jeśli będę musiał to robić za każdym razem, kiedyś zjadę z niej prosto w przepaść. To będzie mój ostatni krzyk.

     - Dobrze, pójdę z tobą – westchnęła.

     - Świetnie!

     - Do wąwozu – zgasiła mnie. – Dalej idziesz sam.

     Byłem trochę zawiedziony, ale i zadowolony, że wreszcie sama decydowała o tym, co ma zamiar robić, a co nie. Wojskowa dyscyplina oduczyła ją myślenia o sobie. Postanowiłem, że przywrócę jej tę umiejętność.

     Naszą rozmowę przerwał pewien dziwnie ubrany osobnik, który niespodziewanie wyłonił się z krzaków. W jego dłoniach błyszczały dwa ostre sztylety.

     - No, dobra – zacharczał. – Dawaj błyskotki, albo wypatroszę cię jak rybę!

     Patrzyliśmy na rozbójnika szeroko otwartymi oczami. Nie ze strachu – z dwójką uzbrojonych wojowników nie miał najmniejszych szans. Ale ze zdziwienia. Napastnik był Argonianinem. I miał na sobie zbroję. Elfią! Zupełnie niedopasowaną do swej wydłużonej sylwetki, sprawiającą wrażenie, jakby wisiała na czymś zbyt wysoko umieszczonym, bowiem kirys podchodził mu aż pod brodę. Poza tym, jego głupota również potrafiła zadziwić. On, sam jeden, rzuca się na dwoje uzbrojonych ludzi, mając w rękach jedynie sztylety!

     - No, dalej, nie będę czekał cały dzień! – popędził nas gardłowym głosem.

     Dobyłem miecza. Lydia zrobiła to samo. Zrobiliśmy to tak szybko, że nie zdołał zareagować.

     - Taka błyskotka może być? – spytałem, demonstrując szerokie, ciemnozłote ostrze dwemerskiego miecza.

     W odpowiedzi rozbójnik zaatakował. Chciał jednym sztyletem przejechać mi po oczach, a drugim pchnąć pod żebro, ale spodziewałem się tego ruchu i w czas zasłoniłem się tarczą i mieczem. Napastnik był niezwykle szybki – to musiałem mu przyznać. Ale sama szybkość nie wystarcza przeciwko zbroi, tarczy i mieczowi, w dodatku to wszystko pomnożone było przez dwa. Cios tarczą w nos, a gdy go odrzuciło, mieczem przez odsłonięty łeb. Sprawa załatwiona. Ostry, krasnoludzki miecz bez trudu rozłupał delikatną czaszkę Argonianina, a on sam padł bez jęku u naszych stóp. Nawet nie zdążyliśmy otrząsnąć się ze zdziwienia.

     - Skąd on ma taką zbroję? – Lydia zabawnie wykrzywiła usta. – Przecież nie napadł Thalmorskiego żołnierza.

     - Skąd wiesz?

     - Bo był żywy – odpowiedziała, wywołując u mnie niekontrolowany śmiech.

     - Ukradł pewnie – odparłem. – Chyba ją weźmiemy?

     - Jest warta majątek – Lydia skinęła głową. – Nie my, to weźmie ją ktoś inny.

     Żadne z nas nie znało przemyślnego i skomplikowanego systemu rzemieni, mocujących elfią zbroję. W dodatku, rozbójnik przerobił je tak, aby dopasować je do swej gadziej sylwetki. Skończyło się na tym, że rzemyki po prostu przecięliśmy i zdjęliśmy z niego zbroję w kawałkach.

     - Jakby na ciebie – Lydia chwyciła kirys i przyłożyła go do moich napierśników. – Trzeba zrobić tylko wyściółkę i paski. Z tym chyba dasz sobie radę.

     - Dam – potwierdziłem. – Wyściółka i uprząż to drobiazgi, skoro mam gotowe skorupy. Patrz, jakie to lekkie.

     Elfia zbroja była zadziwiająco lekka i sztywna. Wprawdzie na razie nie nadawała się do użytku, ale i tak była cennym łupem. Przy złodzieju znaleźliśmy jeszcze trochę kosztowności. Sztylety też były całkiem niezłe, ostre jak brzytwy. Dostaniemy za nie dobrą cenę.

     - Może wrócimy do Pękniny? – podrapałem się po nosie. – Sprzedalibyśmy część tego wszystkiego. Będziemy to dźwigać do Białej Grani?

     Lydia chwyciła powiązane ze sobą części zbroi i uniosła, ważąc je w ręku.

     - To wcale nie jest ciężkie. Poniosę to. Szkoda czasu.

     Pakunek istotnie nie był ciężki, zwłaszcza, że jeden z rzemyków związałem tak, aby dało się to nieść na ramieniu. Był jednak nieporęczny, nieśliśmy go więc na zmianę. Do Ivarstead dotarliśmy już bez przygód, aczkolwiek dość późnym wieczorem. Było już zupełnie ciemno, gdy weszliśmy na most, prowadzący do wsi. Na zewnątrz kilku strażników patrolowało okolicę. Ten, który zatrzymał nas na moście, nie robił żadnych kłopotów. Wysłuchał tylko, kim jesteśmy i skąd idziemy, po czym przepuścił nas bez problemów. Nasze buty wkrótce zadudniły na ganku gospody Vilenyr.

     Wilhelm przywitał nas serdecznie, jak zwykle. W gospodzie, przy piwie siedzieli też Gwilin, Kilimmek i jeden ze strażników, który akurat miał przerwę w służbie, więc natychmiast zostaliśmy zaproszeni do stołu. Zrobiło się gwarno i wesoło. A stek z horkera smakował mi jak nigdy.